Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 45.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

Zarządzanie

Zarządzanie (32)

piątek, 21 grudzień 2012 12:06

Samorządność reglamentowana

Napisane przez

Samorządowcy liczą, że dojdzie do merytorycznej dyskusji na temat udoskonalenia ustawodawstwa, która miałaby przynieść większą autonomię jednostek. Stawką jest nie tylko ich stabilność finansowa, lecz, co być może ważniejsze, zrównoważone i świadome skutków, stanowione z udziałem wyobraźni, prawo.

W Europejskiej Karcie Samorządu Terytorialnego z r. 1985 czytamy:

„…samorząd terytorialny oznacza prawo i rzeczywistą zdolność społeczności lokalnych, w granicach określonych prawem, do kierowania i zarządzania zasadniczą częścią spraw publicznych na ich wyłączną odpowiedzialność i w interesie ich mieszkańców”.

Z tajemniczych powodów oficjalny, trójjęzyczny (po polsku, angielsku i francusku) dokument potwierdzający ratyfikację Karty przez Rzeczpospolitą Polską w dniu 26 kwietnia 1993 roku, pomija we fragmencie dotyczącym samej koncepcji samorządności (art.3 p.1) magiczne słówko „rzeczywistą” (capacité effective – fr.) i powiada, że oznacza ona „prawo i zdolność społeczności lokalnych”. Pewnie to przypadek, ale praktyka, wraz z wrodzoną podejrzliwością, zasiewa we mnie szczyptę wątpliwości związanych z pisaną bez cudzysłowu rzeczywistością.

Zasięg państwowego nadzoru

Ratyfikacja ratyfikacją, zaś realia podporządkowane rozmaitym uwarunkowaniom nie do końca przystają do pierwotnej, jakże pięknej idei, która widziała samorząd terytorialny jako działającą na szczeblu lokalnym lub regionalnym władzę publiczną, z własnymi wybieralnymi organami uchwałodawczymi i wykonawczymi, bez hierarchicznego jej podporządkowania władzy centralnej. W tym miejscu pojawia się pewien kłopot natury formalno-prawnej, bowiem kompetencje, zakres uprawnień samorządu terytorialnego, ograniczony do spraw regionalnych, jest wytyczany lub, mówiąc wprost, pochodzi od państwa. Mogłoby się zatem wydawać, że wynikający z prawa, centralny, państwowy nadzór sięga wyłącznie sfery legalności działań władzy lokalnej w zakresie dochodów, wydatków, realizacji wszelkiego rodzaju zadań. Elementarna logika wydaje się zatem podpowiadać, że rolą samorządu jest zastępować państwo wszędzie tam, gdzie z uwagi na większą i głębszą znajomość lokalnych, miejscowych warunków wypełni te zadania lepiej od państwa. Kłania się tutaj zasada subsydiarności, którą rozumieć należy prosto – władza publiczna nie powinna przeszkadzać obywatelom, grupom społecznym w podejmowaniu i realizowaniu własnych inicjatyw, czuwając tylko, by nie uchybiały one prawu. W interesującym nas układzie wynika z niej zatem, że wyższy szczebel władzy winien imać się jedynie tych zadań, których realizacji nie podoła, nie jest w stanie wykonywać skutecznie szczebel niższy. Tylko wówczas i jeśli czytać rzecz jak należy, jak każe prawo, nader częste manewry osłabiające opisaną wyżej zdolność budzić muszą wątpliwości. Mówiąc o manewrach, mam na myśli wcale bogaty arsenał środków, które dadzą się podzielić na miękkie (soft law) pod postacią wytycznych, rekomendacji i takich tam różnych zaleceń, poleceń, instrukcji oraz te twarde, czyli ustawy, rozporządzenia i zarządzenia. Dla porządku odnotujmy, że nie zawsze, i jedne i drugie pozostają w zgodzie z duchem ustawy zasadniczej czy ustawy o samorządzie terytorialnym. (dziś, po zmianach, ustawy o samorządzie gminnym).

W poszukiwaniu przyczyn kiepskiego stanu rzeczy wielu teoretyków podejmuje próby przeniesienia odpowiedzialności na dolną strefę społecznej hierarchii.

Partycypacja czy partykularyzm?

Ze wszech miar irytująca jest lektura dyrdymałów, z których ma wynikać, że mamy do czynienia z„deficytem udziału obywateli w sprawowaniu władzy” lub „brakiem społecznej mobilizacji i chęci wzięcia odpowiedzialności za funkcjonowanie wspólnot, regionów”, czego winowajcą  jest „garb poprzedniego ustroju, w którym monokratyczne struktury państwa kontrolowały każdy aspekt funkcjonowania wspólnot lokalnych”.

Ani mi się śni obrona minionego ustroju. Nie znaczy to jednak, że przystaję bez oporu na wątłą merytorycznie diagnozę socjologów od siedmiu boleści, którzy w imię mody lub koniunktury patrzą za siebie, a nie byli uprzejmi spojrzeć w dzień dzisiejszy, by dostrzec znaczną i żwawo rosnącą liczbę ruchów, zrzeszeń, forów, fundacji, które dowodzą istnienia społecznego zainteresowania realnym uczestnictwem w sprawowaniu władzy. Uczestnictwem, które nazwano uczenie partycypacją. Co się zaś tyczy, mało kto zwraca uwagę, że podlega ona wielu uwarunkowaniom, wśród których na szczególną uwagę zasługują, wywodzące się z politycznej sfery, od szczebla najwyższego po najniższy, prawne rozwiązania krępujące samorządność. Mam na myśli całkiem lokalne uwarunkowania wynikające ze znanego powszechnie „liczenia szabel” w radach gmin i miast, partyjne (bardziej trafnie chyba partyjniackie) gry, które niekiedy bardzo skutecznie zastępują społeczną partycypację - partykularyzmem. Nie da się wykluczyć, że to stamtąd właśnie płynie inspiracja do wspomnianych już opowieści o deficycie obywatelskiego udziału, braku społecznej mobilizacji i garbie niesłusznego ustroju. Toż to wymarzone usprawiedliwienie – wy, proszę elektoratu, nie umiecie, nie chce wam się, garb na grzbiecie pozbawił was inicjatywy i kudy wam do partycypacji? My, wybrańcy, zrobimy to za was, będziemy partycypować jak należy, ponieważ przyznaliście nam mandat a jeśli się uda, skoczymy może nieco wyżej i ani się obejrzycie, trafimy do prawdziwej polityki. Niżej się przecież sprawdziliśmy.

Tania popularność

Ograniczenia społecznego udziału w rządzeniu, biorą się czasami zwyczajnie, z prawa.   

Odbywa się to przy pomocy sprytnego zabiegu, polegającego na mnożących się ponad wytyczaną zdrowym rozsądkiem miarę ustawowych, nakładających szereg rygorów regulacjach, dotyczących władz lokalnych, przy jednoczesnym przenoszeniu coraz to nowych zadań oraz decyzji ze szczebla centralnego na lokalny. Zauważmy, że najczęściej nie towarzyszy tym delegacjom równoczesne przeniesienie środków finansowych lub dzieje się to w stopniu daleko niewystarczającym, zaś bez nich (o kasie mowa!!!) gest rozszerzenia samorządowych kompetencji okazuje się być jałową gierką „pod publiczkę”, obliczoną na zyski w postaci taniej popularności. Jak wynika z dwu ostatnich zdań, naprawdę taniej, choć wątpię czy zasłużonej, bowiem nie da się zaprzeczyć, że zła – a są tacy, którzy twierdzą, że dramatyczna - kondycja finansowa  polskich samorządów lokalnych bierze się z ich pogłębiającej się zależności od pozostających w dyspozycji państwa pieniędzy – dotacji, subwencji, wpływów podatkowych.

Od słów – do czynów

Banałem byłoby stwierdzenie, że zadania i wraz z nimi kłopoty, o których mówimy, dotykają z wielu stron i być może nawet w pierwszej kolejności, obszaru o szczególnej wrażliwości i znaczeniu, obszaru finansów. Obejmuje on sporo elementów, wśród których gromadzenie i wydatkowanie publicznych środków przez organy samorządowe i podległe im jednostki dotyczy detalicznie pobierania i gromadzenia dochodów, wydatkowania, finansowania deficytu, zaciągania szerokiego asortymentu zobowiązań angażujących publiczne pieniądze, zarządzania środkami i długiem publicznym.

Na tym właśnie polu zderzenie samorządności z rzeczywistością jest szczególnie ważne i, co tu ukrywać, szczególnie bolesne. Zadania muszą oznaczać wydatki. Te zaś już ogrodzono szeregiem barier prawnych i niewiele lub nic zgoła nie zapowiada ich usunięcia lub przynajmniej obniżenia.

Latem kończącego się wkrótce roku zaświtał pewien promyk nadziei (nie mylić ze światełkiem w tunelu), bowiem alarmujące nieprzerwanie od kilku lat samorządy uznały, że najwyższa pora przejść od słów do czynu i - powoławszy wcześniej Komitet Inicjatywy Ustawodawczej - złożyły do laski marszałkowskiej w dniu 5 lipca b.r. projekt zmian w ustawie o dochodach jednostek samorządu terytorialnego.

Zarówno wcześniejsze sygnały, jak i sama inicjatywa ustawodawcza, powinna być rozumiana jako naturalna reakcja na, już gołym okiem widoczne i pogłębiające się, zachwianie równowagi finansowej samorządów. To rezultat przeniesienia na samorządy większości zadań należących do niedawna do państwa, wśród których na pierwszym planie znalazły się pozycje dotyczące budowy dróg innych niż krajowe, infrastruktury, gospodarki wodno-ściekowej i obiektów użyteczności publicznej.

Konieczny dialog

Równocześnie z przeniesieniem zadań nasze władze centralne zadeklarowały władzom Unii Europejskiej wykorzystanie unijnych funduszów na przedsięwzięcia rozwojowe w wielu sferach, co też się w poważnej mierze stało.

Kłopot wszakże polega na tym, że nie dostrzeżono lub po prostu zapomniano o ważnym europejskim rygorze, który wymusza na beneficjentach tych funduszy współfinansowanie i realizowanie, już własnym sumptem, przedsięwzięć towarzyszących. Wlatach 2005 – 2011 władze centralne wprowadziły liczne zmiany ustawowe, które spowodowały zmniejszenie dochodów własnych jednostek samorządu terytorialnego. Jednocześnie przekazały im nowe zadania albo rozszerzyły zakres zadań realizowanych dotychczas bez odpowiednich zmian w dochodach samorządów.

Towarzyszyła temu, co jest sprawą osobną, rozbudowa do nieznanych dotąd rozmiarów aparatu kontrolnego czyli, nazywając rzecz po imieniu, powiększono biurokrację i liczbę jej funkcjonariuszy. Samorządom nie jest łatwo zmagać się z mnożącymi się obciążeniami. Co więcej, jest to walka nierówna, bowiem władza centralna, zbrojna w twarde i miękkie prawo, już przed pierwszym gongiem posiada przewagę. Samorządowcy liczą, że parlament i władze centralne podejmą zaproponowany przez Inicjatywę Ustawodawczą dialog i dojdzie do merytorycznej dyskusji na temat udoskonalenia ustawodawstwa i większej autonomii dla samorządów. Stawką jest nie tylkostabilność finansowa samorządów, lecz, co być może ważniejsze, zrównoważone i świadome skutków, stanowione z udziałem wyobraźni prawo.

Być może otworzy się wówczasszansa na odnalezienie społecznego poczucia podmiotowości, przywrócenia poczucia odpowiedzialności za siebie, za wspólnotę, za państwo. Może uda się także uniknąć całkiem realnego zagrożenia centralizacją, od której tak niedawno umknęliśmy, pokrzykując gromko: Nigdy więcej!!

Za kilka miesięcy nowa polska samorządność obchodzić będzie dwudziestolecie. To okazja, żeby kilka rzeczy przemyśleć na nowo i powrócić do źródeł, do idei samorządności rzeczywistej. To szansa wyjścia ze świata iluzji stymulowanej poczuciem ważności, płynącej z usytuowania wyżej na niepotrzebnej nikomu hierarchicznej drabinie.

poniedziałek, 26 listopad 2012 18:12

Gniezno: Budujemy tożsamość i promujemy miasto

Napisane przez

Starosta gnieźnieński Dariusz Pilak w rozmowie z Magazynem Samorządowym "GMINA" komentuje obecną dyskusję o sensie istnienia polskich powiatów.

Wywiad ze Starostą Gnieźnieńskim – Dariuszem Pilakiem

GMINA: Dziesięć lat po wprowadzeniu reformy samorządowej coraz częściej powątpiewa się w sens istnienia powiatów. Internauci powtarzają na forach internetowych, że są one zbyt drogie i powinny oddać kompetencje gminom. Czy istnieją takie zadania, których gminom przekazać się nie da?

DARIUSZ PILAK: Cechą szczególną powiatów jest ponadgminność. Nie chodzi tu oczywiście o zależność podległości, ale uzupełnienie pewnych kompetencji, których gmina nie jest w stanie samemu udźwignąć. W wielu dziedzinach wspieramy gminy i instytucje, które działają na ich terenach. Powstają boiska, szkoły, szpitale, drogi, obiekty kulturalne i wiele innych. Wspieramy również działania z zakresu pomocy społecznej – w tej dziedzinie można powiedzieć chociażby o pieczy zastępczej znajdującej się w kompetencjach Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie. Dzięki regulacjom administracyjnym, wśród „narzędzi” (jeśli można to tak określić), w które powiat został wyposażony są inspekcja sanitarna, weterynaryjna i wiele innych. Zespalają one i koordynują działania związane ze zdrowiem i bezpieczeństwem na większych obszarach niż byłaby to w stanie zrobić gmina.

Czyli taka maxi gmina?

Gminy wykonują te zadania, z których jako wspólnoty samorządowe wywiążą się najlepiej. Ustawa o samorządzie gminnym wprowadza przecież pojęcie domniemania kompetencji gmin. Jednak – zgodnie z konstytucyjną zasadą pomocniczości – tam, gdzie kończą się możliwości gmin w zakresie skutecznego zaspokojenia potrzeb mieszkańców, tam wkracza powiat. Upraszczając, można powiedzieć, że powiat pilnuje pewnego powierzonego mu obszaru całościowo, nie cząstkowo, dlatego jest on niezbędny i konieczny do sprawnego funkcjonowania samorządu terytorialnego.

Ale gdzie wobec tego wkracza powiat? W jaki sposób strategia rozwoju powiatu gnieźnieńskiego wspiera działania gmin?

Odnawiamy szlaki turystyczne, modernizujemy szpital, który służy wszystkim mieszkańcom powiatu, wspieramy oświatę, także w projektach unijnych, i przede wszystkim budujemy naszą tożsamość jako miejsca, w którym zrodziło się państwo polskie.

W tym miejscu trzeba wspomnieć o naszym wielkim projekcie „Tu powstała Polska”, który promuje naszą piastowską historię już nie tylko na naszych terenach, ale także w całej Polsce. Pracujemy również nad nową formułą Szlaku Piastowskiego. W tej chwili nasz Szlak zyskał certyfikat za najlepszy produkt turystyczny Polskiej Organizacji Turystycznej, co pokazuje jak cenne jest to przedsięwzięcie i ważne w stosunku do mapy turystycznej kraju. W konsekwencji doprowadzi to również do rozwoju poszczególnych miejscowości w gminach – przypomnimy i zmodernizujemy pewne atrakcje, które mają jeszcze bardziej przyciągnąć turystów, co przyczyni się do rozwoju lokalnego biznesu.

Staramy się również napędzać gospodarkę powiatu. Pracujemy nad pomysłem strefy gospodarczej, dostrzegamy działania lokalnych przedsiębiorców i promujemy je dalej. To tylko niektóre z obszarów naszej pracy.

Mamy niemal czterysta powiatów w Polsce. Wielu polityków, a także przeciętnych ludzi, uważa, że to za dużo i przynajmniej część powiatów należałoby zlikwidować, bo powiaty nie realizują swoich zadań albo wręcz „przeszkadzają” obywatelom. Kiedy taka sytuacja ma miejsce?

To nie moja rola – oceniać, czy powiatów jest zbyt dużo, czy nie. Z pewnością są one potrzebne. Myślę jednak, że podział administracyjny państwa nie jest przypadkowy. Kształt reformy administracyjnej był poparty odpowiednimi badaniami i dyskusjami. Powiaty w Polsce są bardzo zróżnicowane ze względu na wielkość ich terytorium i liczbę mieszkańców.

Wypowiadając się w kontekście naszego regionu muszę powiedzieć, że podczas konwentów starostów spotykam się z włodarzami powiatów całej Wielkopolski, a czasami nawet spoza naszego województwa. Każdy z nas ma zadania, które realizuje i cały czas mamy dużo pracy, co pokazuje, że nasze działania są potrzebne. Myślę, że dyskusja o tym czy powiat komuś przeszkadza czy nie, jest dyskusją mającą podteksty polityczne. Dotyczy to zarówno poziomu kraju, jak i poszczególnych regionów. Musimy jednak pamiętać, że my jesteśmy samorządowcami mającymi wspierać działania mieszkańców, którymi się opiekujemy. Idea samorządności powinna być nam najbliższa, nie polityka sama w sobie. Jeśli popatrzymy przez pryzmat dbania o lokalne społeczeństwo, pracy na rzecz zaspokajania jego potrzeb, problem zbyt dużej ilości powiatów znika.

Jak Pan ocenia obecny system finansowania powiatów? Jak wyglądają dziś możliwości pozyskiwania własnych środków?

Żyjemy w czasach kryzysu gospodarczego – i powiaty również muszą się z nim zmierzyć. Nasze budżety są coraz mniejsze, a zadań do realizacji ciągle przybywa. Codziennie musimy radzić sobie z pokonywaniem trudności nie tylko administracyjnych, ale także finansowych. Staramy się jednak patrzeć optymistycznie w przyszłość. Korzystamy z funduszy unijnych, wspieramy także lokalne inicjatywy, próbujące pozyskiwać środki na swoje zadania. W ten sposób posuwamy się do przodu.

Choć oczywiście nie brakuje wyrzeczeń. Są rzeczy, które chciałoby się zrealizować, ale z powodu tak uszczuplanego budżetu i większych zadań na razie jest to w sferze marzeń.

Ostatnio do Sejmu trafiła inicjatywa obywatelska zainicjowana przez wspólnoty samorządowe „Stawka większa niż 8 MLD”, w ramach której mówimy o konieczności zmian w finansowaniu naszych budżetów. Ta propozycja pokazuje między innymi  w jaki sposób w samorządach przywrócić równowagę finansową oraz racjonalnie rozdzielać środki budżetowe tak, aby zadania samorządów, których jest coraz więcej, mogły być bezpiecznie i stabilnie realizowane. Projekt został poparty przez ćwierć miliona obywateli, czyli znacznie więcej niż przewiduje ustawa, co pokazuje, iż jest to problem istotny, nad którym parlament musi się pochylić.

Na czym powinien być oparty silny i przydatny obywatelom powiat?

Przede wszystkim w dobrym zarządzaniu i dobrze opracowanej strategii. Jeśli prowadzi się zrównoważoną i racjonalną politykę finansową połączoną z wykorzystaniem potencjału gospodarczego, turystycznego i kulturowego danego regionu, to można odnieść sukces. Trzeba jednak pamiętać, że muszą to być działania długofalowe.

Rozmawiał: Mariusz Janik

poniedziałek, 26 listopad 2012 18:07

Powiaty w Polsce: szanse i zagrożenia

Napisane przez

Czy likwidacja 79 sądów rejonowych to pierwszy krok do likwidacji powiatów? Rząd zaprzecza, ale krok resortu sprawiedliwości ożywił burzliwy spór. Dyskusja o sensie istnienia powiatów oraz spekulacje o ich demontażu tliła się jednak od wiosny.

Plotki o planach likwidacji blisko osiemdziesięciu sądów krążyły od lutego, budząc obawy, że w ten zawoalowany sposób rozpoczyna się proces likwidacji powiatów, w których zlokalizowane były sądy. W październiku projekt ten nabrał kształtów: minister Jarosław Gowin podpisał stosowne rozporządzenie o zniesieniu 79 sądów i uczynienie ich oddziałami zamiejscowymi innych sądów rejonowych.

Resort zarzeka się, że kryterium likwidacji była liczba sędziów – sprawa dotyczy tych sądów, w których ich liczba nie przekracza 10. W zamierzeniu ma to być próba obniżenia kosztów funkcjonowania sądownictwa oraz skrócenia czasu rozpatrywania wpływających spraw. W debacie sejmowej szef resortu użył też argumentu, że dzięki temu rozporządzeniu zlikwidowane zostaną „lokalne układy”.

Projekt rozporządzenia wzbudził jednak powszechny opór – i to nie tylko w klubach PiS, Solidarnej Polski, SLD czy Ruchu Palikota, ale też w tworzących koalicję rządową PO i PSL. Ale największe obawy projekt Gowina wywołał w miastach powiatowych, gdzie zlokalizowane są przeznaczone do likwidacji sądy – powszechnie uważa się tam, że oznacza to rychłą likwidację rejonowych prokuratur oraz powiatowych komend policji. Rozporządzenie jest interpretowane jako sygnał rozpoczęcia procesu likwidacji samych powiatów. – Nie będzie sądu, później nie będzie urzędu skarbowego, nie będzie ZUS-u i Łęczyca przestanie być powiatem – przekonywali mieszkańcy Łęczycy podczas protestu przeciwko forsowanym przez resort sprawiedliwości zmianom.

Teoretycznie jest to możliwe: likwidacja powiatów nie wymaga bowiem zmiany konstytucji, lecz jedynie uchylenia ustawy o samorządzie. – Mamy takie informacje, że w zaciszu gabinetu premiera Donalda Tuska przygotowywany jest projekt likwidacji powiatów – stwierdził otwarcie poseł Dariusz Joński z SLD. Według krążących w sejmowych kuluarach spekulacji, pomysł likwidacji kilkudziesięciu powiatów kontestują też koalicjanci z PSL: partia ta optuje za ewentualną likwidacją wszystkich powiatów, zamiast wchłonięcia słabszych jednostek terytorialnych przez silniejsze.

Część czy wszystkie?

Problem nie jest nowy. W lokalnych mediach w całej Polsce od czasu do czasu pojawiają się spekulacje na temat likwidacji przynajmniej części powiatów. Poruszenie panuje choćby w Parczewie. – Od pewnego czasu, małymi krokami, daje się zauważyć proces zmierzający do likwidacji powiatu parczewskiego – przyznawał na łamach lokalnej prasy podlaskiej jeden z tamtejszych urzędników. – Zamknięcie sądu grodzkiego, przymiarki do likwidacji Prokuratury Rejonowej, teraz mówi się, że stracimy Powiatową Stację Sanitarno-Epidemiologiczną, która ma być podłączona do Radzynia Podlaskiego. Zamykanie każdej kolejnej powiatowej instytucji pozbawia sensu istnienie tego powiatu – skarżył się anonimowy urzędnik.

- Myślę, że w duchu każdy starosta się tego obawia, bo sygnały [dotyczące likwidacji słabych powiatów – przyp. red.] pojawiały się nawet na blogu ministra Boniego – mówił Wiesław Holaczuk, starosta w sąsiedniej Włodawie, do której mógłby zostać przypisany „rozparcelowany” powiat parczewski. – Kilka miesięcy temu było głośno, że z mapy województwa lubelskiego miałoby zniknąć sześć powiatów – stwierdził z kolei starosta radzyński, Lucjan Kotwica. – Nawet gdyby, hipotetycznie, do tego doszło, starostów nikt by o zdanie pytał – dodał. – Pozyskujemy zewnętrzne pieniądze większe niż inne powiaty, finansowo dobrze stoimy, nie ma więc możliwości, by nasz powiat przestał istnieć – oponował z kolei wicestarosta parczewski Jerzy Maśluch.

Takie dyskusje nasilają się jednak w całej Polsce. W kwietniu poseł PiS Grzegorz Woźniak, na łamach „Tygodnika Siedleckiego”, ogłosił, że w Sejmie trwają nieformalne negocjacje między rozmaitymi klubami dotyczące połączenia kilkudziesięciu powiatów. I tak do powiatu piaseczyńskiego trafiłby powiat otwocki, do Mińska Mazowieckiego – powiat garwoliński, a do Siedlec – powiat łosicki.

Liczba powiatów i finanse

Punktem wyjścia do dyskusji o powiatach są dane. W Polsce funkcjonuje 379 powiatów, w tym 65 miast na prawach powiatu. Jeśli porównać to do systemu powiatowego sprzed wojny – gdzie na terytorium większym o jedną piątą istniało „tylko” 241 powiatów oraz 23 grodzkie – widać, że obecne struktury powiatowe zostały rozdrobnione (zwłaszcza w województwie mazowieckim, w którym zlokalizowany jest co dziesiąty z powiatów). Proces wyodrębniania kolejnych powiatów „rozdął” ich strukturę pod wpływem lokalnych grup interesów o około 100 nowych jednostek i doprowadził do sytuacji, w której funkcjonują np. powiaty z liczbą mieszkańców nieprzekraczającą 30 tysięcy osób – a więc ilością odpowiadającą właściwie dużej gminie.

Jak podkreślają krytycy obecnie istniejącego rozwiązania, struktury powiatowe zostały wciśnięte w – praktycznie 4-stopniową – administrację terenową, dublując w pewnym stopniu struktury gminne i struktury filii urzędów wojewódzkich. Bardzo wyraźnie odzwierciedla się to w powiatowych finansach: jeśli gminy mogą w relatywnie swobodny sposób samodzielnie kształtować swoje budżety – powiaty są zdane niemal wyłącznie na finansowanie z budżetu państwa, które jest konsekwentnie okrajane. Efekt jest taki, że to co pozostaje w kompetencjach władz powiatowych – od dróg, przez opiekę społeczną, po szkolnictwo ponadgimnazjalne – to bardzo często obszary zaniedbane i niedofinansowane. Jednocześnie nie oznacza to, że w tych sferach gminy radzą sobie lepiej.

Krytyka i zagrożenia

Przeszło dziesięć lat po wprowadzeniu tych struktur rzesze przeciwników powiatów rosną. – Dzisiejsza cywilizacja pozwala kontaktować się wystarczająco łatwo, by odległość do urzędu nie przeszkadzała w codziennym życiu. Można się więc zastanawiać, czy brak tego pośredniego tworu między gminą a województwem, jakim jest powiat, byłby odczuwalny. Nie chcę się wdawać w spór polityczny, czy powiaty są potrzebne czy nie, ale administracja powiatowa nie wypełnia oczekiwań pokładanych w niej w 1999 roku – mówił dwa lata temu ówczesny szef MSWiA Jerzy Miller.

Z krytyką nie kryją się też samorządowcy. – Niech Pan zerknie na powiaty i niech mi Pan Premier wytłumaczy, w jakim celu i do jakich potrzeb funkcjonują starostwa powiatowe? – pytała w liście otwartym do szefa rządu Dorota Łukomska, burmistrz Stąporkowa. – Przecież wystarczy do gmin przekazać zadania związane z niektórymi wydziałami i wraz z tym tylko część tych ogromnych budżetów na utrzymanie starostw. Reszta niech idzie do budżetu centralnego. Ja do dziś szukam odpowiedzi, do jakich celów powołany został ten drugi szczebel samorządowy – powiaty? – pisała pani burmistrz.

Dyskusja dopiero się zaczyna, gdyż argumentów na rzecz reformy struktur samorządowych nie brakuje. Tyle że poszczególne ugrupowania polityczne – mające możliwość zmiany istniejącego systemu – różnią się między sobą w ocenie sytuacji i w kwestii wyboru ewentualnego scenariusza zmian, od częściowej redukcji struktur powiatowych po całkowitą likwidację tego szczebla administracji państwowej, co proponuje choćby Ruch Palikota. Dlatego spór może trwać jeszcze przez lata, chyba że problemy wynikające z kryzysu finansowego w Europie dotknęłyby Polskę w znacznie większym stopniu niż ma to miejsce do tej pory, zmuszając rząd do gwałtownego poszukiwania oszczędności. To mogłoby oznaczać dla powiatów de facto wyrok śmierci.

poniedziałek, 26 listopad 2012 17:42

WYWIAD: Wójt drugiej gminy w kraju

Napisane przez

Piotr Świderski pełni funkcję wójta gminy Wałcz nieprzerwanie od 11 czerwca 1991 roku. Magazynowi "GMINA" opowiada o latach swoich doświadczeń.

Jest Pan wójtem drugiej pod względem powierzchni gminy w Polsce od ponad dwudziestu lat. Gminy - z sześćdziesięcioma ośmioma miejscowościami. Udało się Panu dotrzeć do każdej z nich, poznać jej mieszkańców?

− Mieszkam tu i pracuję od ukończenia szkoły, najpierw w PGR, później w Centrali Nasiennej, więc gminę znam znacznie dłużej, bo od 45 lat. Mogę powiedzieć, że od przysłowiowej podszewki i większość jej mieszkańców znam osobiście.

Co, Pana zdaniem, należy do największych zalet tej gminy?

− Przede wszystkim jest to niezwykle piękny krajobrazowo teren, w znacznej części pokryty lasami, z dużą ilością jezior, typowo rolniczy, o bardzo małym zaludnieniu, więc ma duży potencjał do rozwoju turystyki. Piękną miejscowością są Zdbice.

Jednak dzisiejszemu turyście nie wystarczy, że zaoferuje się mu podziwianie przyrody i czyste powietrze. Przede wszystkim chce spędzić wakacje w wygodnych warunkach. Na razie liczba turystów w naszym regionie uzależniona jest od pogody. Kiedy lato jest ciepłe, możemy liczyć na ich przyjazd, kiedy zdarzają się chłody i deszcze, nie mamy im zbyt wiele do zaproponowania i nie przyjeżdżają. 

Jak ocenia Pan szanse na rozwój turystyki, o której nie od dziś mówi się, że mogłaby być najmocniejszą stroną gminy?

− Żeby ją rozwijać i w pełni wykorzystać walory gminy pod tym kątem, trzeba zainwestować jeszcze sporo pieniędzy, a tych brakuje, chociażby na poprawienie infrastruktury. Wszystkie ośrodki, niegdyś państwowe, zostały sprywatyzowane, ale i tę bazę także trzeba poprawić, a to również wymaga dofinansowania. Musi się też zmienić mentalność osób, które na turystyce chcą zarabiać. Nie można oferować wypoczynku w obiekcie, który nie zmienił się od lat 70. czy w najlepszym przypadku 90., przy jednoczesnym windowaniu cen.

Jest Pan włodarzem gminy z tak długim stażem, że uczestniczył Pan w najważniejszych zmianach, jakie zachodziły w Pana otoczeniu po 1989 r. Z jakimi największymi problemami przyszło się Panu uporać?

− Z perspektywy czasu mogę ocenić, że olbrzymią trudnością był ogólny zastój w gminnych miejscowościach po rozpadzie PGR, konieczne było zagospodarowanie gruntów popegeerowskich. Poza tym w tamtych czasach nikt nie zbierał śmieci. Trzeba było likwidować dzikie wysypiska, które szerzyły się przy każdym zakładzie, w rowach, lasach. Gmina rozdawała mieszkańcom za darmo pojemniki na śmieci. Powołano Straż Gminną, żeby czuwała nad porządkiem. Jeżeli ktoś zrywał umowę na wywóz nieczystości, straż natychmiast jechała sprawdzić, z jakiego powodu i czy nie będzie zdarzało się tak, że śmieci trafią do lasu albo rowu. Brakowało instalacji kanalizacyjnych, które chroniłyby środowisko przed ściekami. Trzeba było wybudować oczyszczalnie, naprawić te, które istniały, wybudować szamba ekologiczne przy domach. Rozpoczynała się planowa gospodarka mieszkaniowa. Popegeerowskie mieszkania były sprzedawane, bądź przekazywane mieszkańcom gminy. Powstał Dom Samotnej Matki, bo trzeba było gdzieś ulokować samotne kobiety z dziećmi. Uporządkowania wymagała sieć szkół. Z ówczesnych dziewiętnastu placówek zostało dziewięć. Kilka lat temu w gminie zamykano przedszkola, bo liczba przedszkolaków była równa liczbie wychowawców i stanowiło to duże nadwyrężenie dla budżetu. Nie istniała inna możliwość uporania się z tym finansowo.

Minęło sporo lat, a problemy krążą wokół tych samych spraw?

− Tyle że kiedyś zamykaliśmy przedszkola, a teraz je otwieramy. Mamy ich w gminie cztery. W Ostrowcu działa pierwsza niepubliczna placówka tego typu, jest szansa na drugą. Nadal porządkujemy bazę mieszkaniową. Potrzeby, niestety, nie maleją. Powstają nowe mieszkania socjalne. Świetlice, wykorzystywane trzy−cztery razy do roku, zmniejszamy, a pozostałą część budynku wyodrębnia się na lokale mieszkaniowe.

Palącym problemem ciągle pozostaje infrastruktura drogowa. Trzeba ją poprawić przede wszystkim na osiedlach. Zamykamy przestarzałe oczyszczalnie, w tym roku jedną, w Chwiramie, w najbliższych latach w Strącznie i Nakielnie, żeby mieć pewność, że gminie nie grozi bomba ekologiczna, a nieczystości odprowadzamy do zmodernizowanej oczyszczalni w Wałczu, nawet z oddalonej 20 km od miasta Górnicy.

Co, według Pana, jest obecnie największym problemem gminy?

− Bez zmian. Od wielu, wielu lat palący problem to bezrobocie, które dotyka zwłaszcza kobiet i ludzi młodych. Gmina ma charakter typowo rolniczy i, poza usługami leśnymi i handlowymi, jej mieszkańcy nie mają łatwo ze znalezieniem pracy. W rolnictwie zatrudnienie pozostaje na poziomie 4−7 proc., inne osoby będą musiały się przekwalifikować. Kolejny problem, o czym już mówiłem, to sprawy mieszkaniowe. W popegeerowskiej gminie rodziny pozostały w małych mieszkaniach, dzieci z tych rodzin już dorosły, chciałyby się rozwijać i pójść na swoje, ale lokali brakuje.

Najbardziej aktualną sprawą pozostaje też reforma oświaty. Jeśli edukacja nie zostanie przeorganizowana, gmina nie poradzi sobie finansowo. Jesteśmy na etapie zmian w szkołach, do których uczęszcza od 60 do 90 dzieci. Na ostatniej sesji Rady Gminy radni przyjęli uchwałę uspołeczniającą trzy szkoły.

Jak gmina przygotowuje się do wejścia w życie nowej ustawy związanej z wywozem nieczystości, zwanej popularnie „śmieciową”?

− Do wdrożenia tej ustawy pracownicy urzędu przygotowują się od wielu lat, przeszli szkolenia. Pierwszy problem polega na tym, że gminę Wałcz obsługuje spółka należąca do związku komunalnego w Pile, czyli podlegająca pod Wielkopolskę, natomiast marszałek województwa zachodniopomorskiego nie wyraził zgody na przystąpienie gminy do Wielkopolskiego Związku Komunalnego.

Gmina jest również jedną z większych, więc koszty, jakie przyjdzie ponieść jej mieszkańcom, generować będzie m.in. transport. Wybraliśmy też metodę naliczania opłat od osoby, mogą więc one wzrosnąć nawet o 300 proc. i to na pewno będzie budzić niezadowolenie. Poza tym mogą dojść koszty wymiany pojemników, w które musi być uzbrojona każda posesja.

Do końca roku zamierzamy uporać się z podjęciem uchwał, do których jesteśmy obligatoryjnie zobowiązani. W marcu przyszłego roku zostanie ogłoszony przetarg na wywóz nieczystości dla firm. Już wiadomo, że staną do niego cztery przedsiębiorstwa. Na pewno będziemy się starać, by dostarczać jak najwięcej posegregowanych odpadów, a te są tańsze.

Jak ocenia Pan pracę Urzędu Gminy?

− Kadrę stanowią ludzie od wielu lat sprawdzeni i to oni tworzą wizerunek urzędu. Myślę, że jest on pozytywny, oczywiście zdarzają się skargi, ale tam gdzie się rąbie drewno i wióry lecą. Przyjmujemy skargi uzasadnione.

Jak wyobraża Pan sobie przyszłość gminy?

− Chciałbym, aby gmina miała szeroką ofertę pracy, mieszkania i wypoczynku dla młodych ludzi, by ich tu zatrzymać i by była ona na tyle atrakcyjna, żeby osoby, na przykład ze Śląska, chciały zakupić tu działkę rekreacyjną i spędzić właśnie tutaj czas na emeryturze.

Strona 3 z 3

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY