Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

wtorek, 23 lipiec 2013 21:38

BUDŻETOWE ZAKŁADY NIEZGODY

Rewolucja w gospodarce śmieciami to wyrok śmierci dla gminnych zakładów budżetowych. – Komórki, które do tej pory realizowały te zadania, padną. A wraz z nimi pracę stracą setki ludzi – alarmowali przed wejściem w życie nowego prawa wójtowie i burmistrzowie. Problemu by nie było, gdyby wcześniej zakłady zostały przekształcone w gminne spółki.

Samorządowy zakład budżetowy – ten zwrot w ostatnich dniach nie schodzi z ust samorządowców. Ów tajemniczy byt odpowiedzialny jest za zamieszanie wokół przepisów śmieciowych i jest powodem buntu 22 gmin, które nie rozpisały przewidzianych ustawą przetargów. Bowiem zakład budżetowy to jednostka organizacyjna, która odpłatnie wykonuje wyodrębnione zadania publiczne nałożone na gminę i pokrywa koszty swojej działalności z własnych przychodów. Taki zakład to poniekąd relikt przeszłości: nie ma osobowości prawnej i to jest właśnie powód całego zamieszania.

Wszystkie państwowe zakłady budżetowe oraz część tych samorządowych zostały zlikwidowane z dniem 1 stycznia 2011 roku, po wejściu w życie nowelizacji ustawy o finansach publicznych. Nadal jednak w całym kraju spółki i zakłady budżetowe, które zajmują się odbiorem śmieci, posiada około 800 gmin. W przetargach mogły wystartować te pierwsze. Te drugie śmieciami nie mogą się już zajmować. Po wejściu w życie ustawy zakłady będą musiały więc albo zrezygnować z tej części działalności, albo po prostu zostaną zlikwidowane.

Zakład to nie firma

Dokładnie tak stało się w Górnie w województwie świętokrzyskim. Tam obowiązki gospodarowania odpadami przejęła wyłoniona w przetargu firma. W związku z tym zlikwidowano stanowiska dwóch kierowców, którzy obsługiwali śmieciarkę, a sprzęt do odbioru odpadów stoi bezużyteczny. ­– Teraz zakład administruje tylko siecią wodno-kanalizacyjną i zbiera opłaty za ścieki – mówi Paweł Marwicki, zastępca wójta gminy Górno. Jak dodaje, sprzęt zostanie prawdopodobnie sprzedany.

Wójt Górna nie miał innego wyjścia, bo zakłady budżetowe w przetargach śmieciowych nie mogły startować. Brak możliwości udziału w konkursie gminnej jednostki organizacyjnej wynika z ustawy o zamówieniach publicznych. Zakład budżetowy nie ma osobowości prawnej, w związku z tym gmina nie może udzielić mu zamówienia publicznego. To tak, jakby ktoś wystartował w przetargu, który sam ogłosił. Przyjęcie takiego rozwiązania zmuszałoby gminy do fizycznej likwidacji własnego zakładu budżetowego lub przekształcenia go w gminną spółkę handlową.

Przykładem gminy, w której to właśnie spółka miejska wygrała przetarg śmieciowy jest Chmielnik w świętokrzyskiem. – Blisko rok temu, wiedząc o tym, że będzie nowa ustawa, przekształciliśmy nasz zakład budżetowy w spółkę miejską. Nasza spółka stanęła do przetargu, wygrała go i teraz realizuje gospodarkę odpadami – mówi nam Andrzej Piwowarski, sekretarz gminy Chmielnik.

Koalicja buntowników

Niektórzy samorządowcy twardo stoją na stanowisku, że śmieci – tak jak dotychczas – wywozić będzie zakład budżetowy. W Polsce przetargów nie rozpisało około 20 gmin. Jedną z nich jest Lubrza w województwie Opolskim. – Nie zamierzamy niczego likwidować. W obecnej ustawie samorządowej istnieje możliwość przekazywania zadań do realizacji zakładom budżetowym. Nasz zajmuje się nie tylko gospodarką sieciową, ale także zaopatrzeniem w wodę. W ustawie śmieciowej jest mowa o spółkach. Ale nie ma słowa o zakładach budżetowych. Jakby ktoś, kto ją pisał, nie wiedział o tym, że są w Polsce gminy, które mają zakłady budżetowe – mówi Krzysztof Barwieniec, wicewójt gminy Lubrza. Wójt Lubrzy, Mariusz Kozaczek argumentował, że nie zamierza na potrzeby realizacji ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminie przekształcać zakładu w spółkę prawa handlowego, jakie działają w wielu samorządach, tak, by mogła ona wziąć udział w przetargu. „Nie mogę mieć przecież pewności, że ta spółka, gdy już powstanie, wygra przetarg” – mówił w wywiadzie dla Magazynu Samorządowego „Gmina”.

Taki „bunt” przeciw nowej ustawie jest udziałem nie tylko mniejszych gmin. Jedną z największych jest Sopot, który podobnie jak większość z tych samorządów,  powierzył sprawę śmieci swojemu zakładowi budżetowemu. Jak zapewniają urzędnicy, wszystko jest w porządku, a takie rozwiązanie zostało skonsultowane z prawnikami.

– W naszej ocenie, popartej opinią prawną, miasto Sopot, posiadając jednostkę budżetową zajmującą się wywozem odpadów – Zakład Oczyszczania Miasta – posiada pełne prawo powierzenia tej jednostce zadań wynikających z ustawy – twierdzi w rozmowie z „Gminą” Anna Dyksińska z sopockiego ratusza. – Ustawa zastrzega tryb przetargowy wyłącznie w stosunku do przedsiębiorców, w tym spółek gminnych. Nasz ZOM spółką gminną nie jest – dodaje. Z argumentacją swoich włodarzy zgadzają się sami sopocianie. W przeprowadzonych przez PBS badaniach opinii publicznej mieszkańców 70 proc. badanych wskazało, że miasto powinno mieć pełną kontrolę nad kosztami wywożenia śmieci. Obsługa systemu odbioru i utylizacji odpadów przez ZOM taką kontrolę – zdaniem urzędników – zapewnia.

Posypią się kary

Generalny Inspektor Ochrony Środowiska jest jednak innego zdania i grozi zbuntowanym gminom dotkliwymi sankcjami. – Te gminy zlekceważyły, ba, w ogóle nie wypełniły, obowiązku ustawowego. Jest zatem 22 kandydatów do najwyższego wymiaru kary – mówił w rozmowie z Polską Agencją Prasową Andrzej Jagusiewicz. Zgodnie z ustawą śmieciową samorządom tym grozi kara od 10 do 50 tysięcy złotych. Dodaje jednocześnie, że to skandal, by urzędnicy świadomie łamali przepisy i jeszcze chwalili się tym w mediach.

Mimo takich praktyk, jak przyznają eksperci, w ostatnich latach wiele zmieniło się na lepsze. Zostały te jednostki, które – między innymi – zajmowały się gospodarowaniem odpadami. Mamy już znacznie mniej jednostek budżetowych w samorządach niż jeszcze kilka lat temu. Jednak dalej pozostają pewne obszary działania jednostek samorządu terytorialnego, gdzie takich zakładów jest zdecydowanie za dużo. Takim właśnie przykładem są jednostki budżetowe zajmujące się gospodarowaniem odpadami. – Na śmieciach można dobrze zarobić i nie ma powodu, by państwo wyręczało przedsiębiorców – mówi nam Ireneusz Jabłoński z Centrum im. Adama Smitha. Jednak, jak dodaje, są takie elementy w działalności samorządów, które nie są dochodowe. Wśród nich na pierwszym miejscu wymienia placówki kulturalne czy sportowe. – To są miejsca, gdzie bardzo trudno byłoby osiągnąć zysk, albo są deficytowe z założenia. Jak np. publiczna szkoła miałaby nagle zarabiać pieniądze?  Jednak nawet w nich powinno się coś zmienić. Chodzi o jakość zarządzania. Zarządzanie powinno być realizowane poprzez podniesienie jakości świadczonych usług i efektywności działania. Podstawowe pytanie brzmi: po co się tworzy jednostkę budżetową? Czy po to, by zapewnić pracę znajomym, czy też żeby realizować cele publiczne? – pyta retorycznie.

poniedziałek, 24 czerwiec 2013 23:54

I PO CO NAM TA REWOLUCJA?

Rozmowa z wójtem gminy Lubrza w województwie opolskim, Mariuszem Kozaczkiem

MATEUSZ WEBER: Dlaczego nawołuje pan do anarchii, lekceważąc prawo?

MARIUSZ KOZACZEK: Tu nie chodzi o namawianie do anarchii.

Jak to nie? Lekceważy Pan ustawodawcę, czyli polski parlament.

Absolutnie nie.

O co więc chodzi?

Uważam, że ustawa śmieciowa w części przetargowej dotyczy gmin, które mają swoje spółki. Mogą one startować w przetargach. Ja wykonałem 99 procent ustawy. Między innymi, podjęliśmy stosowne uchwały. Uchwaliliśmy stawki za wywóz odpadów, jak również zebraliśmy deklaracje od mieszkańców. Odpady nadal będzie wywoził nasz zakład budżetowy.

Dlaczego?

Ustawa śmieciowa nie przewidziała sytuacji, w jakiej są gminy, w których gospodarkę odpadami prowadzą zakłady budżetowe. A one nie mają osobowości prawnej. Zgodnie z prawem, one nie mogą startować w przetargach. Dla nas byłaby to tragedia: musielibyśmy zwolnić około 30 procent załogi zakładu. Nie chcę, zwłaszcza w czasach kryzysu, pozbawiać ludzi pracy.

Poza tym, co z gminami, które mają zakupiony sprzęt do swoich zakładów, zwykle ze środków unijnych? Miały możliwość kupowania – w oparciu o programy unijne – śmieciarek i innych maszyn do sortowania czy utylizacji. Co teraz się z nimi stanie? Przecież w tych programach trzeba utrzymać trwałość projektów. Nas to akurat  nie dotyczy, ale innych gmin, które znam, jak najbardziej.

Czy to nagły zwrot?

Od samego początku, odkąd poznałem projekt, widziałem w nim nieścisłości. Mam podejrzenie co do celu tej ustawy. Nie rozumiem, dlaczego zamyka się wysypiska, które są w połowie wypełnione, a zostawia się niektóre. To jest nonsens. Dlaczego tak to zostało zrobione i co to ma wspólnego z całym systemem utrzymania porządku?

Czy na terenie gminy znajdują się jakieś wysypiska, które trzeba było zamknąć?

W sąsiedniej gminie, pięć kilometrów od nas. Śmietnisko, które obsługiwało trzy sąsiednie gminy jest obecnie zamykane, a jego role przejmuje Regionalne Centrum Gospodarowania Odpadami w Domaszkowicach – 25 km od nas.

To kto na tym zyska?

Ta ustawa wyjątkowo sprzyja firmom, które wygrają przetargi. Dziś firmy, które wygrają w konkursach, będą właściwie świadczyć usługi taksówkarskie. Dlaczego w czasach, kiedy jest ogólnie ciężko, podnosi się stawki? Jest ogromny kryzys. Istnieje duże ryzyko, że rynek opanują duże firmy. One będą w stanie wygrać każdy przetarg, dając mniejsze ceny. Lokalni przedsiębiorcy nie będą mieli szans.

Co więcej na wysypiska śmieci będzie się jeździło dalej – często nawet dwukrotnie dalej. Będę musiał wywozić śmieciarką zebrane odpady nie sześć kilometrów – tak jak teraz – tylko 25 kilometrów. To jest 50 kilometrów dziennie. A wyjazdy kosztują. To są koszty ogólne całej tej zabawy, które są zupełnie niepotrzebne.

Największym problemem jest to, że sami mamy wybrać firmę. Sami, jako gmina, mamy zapłacić firmie na czas. Jeżeli nasz mieszkaniec nie zapłaci, to my musimy pokryć jego długi. A potem co? Będziemy ścigać własnych obywateli, aby oddali nam pieniądze. Bo to gmina będzie miała przeprowadzać egzekucję, by jakoś odzyskiwać należność. Wcześniej te należności odzyskiwał komornik. To jakieś nieporozumienie.

Czyli nie chce być Pan komornikiem?

Samorząd nie jest od tego. Mieszkańcy nas wybierają, żebyśmy ich reprezentowali. A teraz będziemy ich gnębić i nachodzić, jeśli ktoś nie zapłaci pieniędzy… Obłęd. Robi się ustawę odgórną, żeby było lepiej. Ale tylko tym, którzy świadczą usługi. A nie zwykłym ludziom. Jak posłowie siedzą w Sejmie, to nie ma problemu. Jak są w regionie, to zaczynają się schody. Wtedy słyszymy, że poseł jest z innej komisji albo coś podobnego. Nigdzie nie czytałem, aby któryś ze znanych mi posłów w rozmowach lokalnych na swoim terenie poparł tą ustawę.

Ale pan jest członkiem koalicyjnego PSL-u…

To nie znaczy, że mam popierać wszystkie pomysły swojej partii. Wpadlibyśmy w jakąś paranoję. Nie zamierzam na wszystko się zgadzać. Dobrze się patrzy z góry – z pozycji rządu. Inaczej to wygląda, kiedy patrzy się z lokalnej perspektywy.

A może warto przekształcić zakłady w spółkę prawa handlowego?

Ten pomysł był dobry piętnaście lat temu. Doskonale rozumiem, dlaczego gminy to robiły. Wprost się to wywodziło z zakładów budżetowych: tworzono spółki ze stuprocentowym udziałem gminy. Rozumiem, że te spółki mogły startować w różnych przetargach. Jednak czasy się zmieniły, już nie ma takiego prosperity… A brak zleceń zabija spółki.

Dlatego nie zamierzam na potrzeby realizacji ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminie przekształcać zakładu w spółkę prawa handlowego. Nie mamy pewności, że ta spółka później wygra w przetargu. Ale jeśli przegra, co wtedy? Po co taka spółka, która nie świadczy usług?

Jakie widziałby pan wyjście z tej sytuacji? Nowelizację ustawy?

Najważniejszym rozwiązaniem, jakie widziałbym w znowelizowanej ustawie, byłoby zwolnienie urzędów, które posiadają swoje zakłady budżetowe, z przeprowadzenia przetargu.

A jak rozwiąże pan problem segregacji odpadów?

Zacznijmy od tego, że ja się w ogóle dziwię, że zrobiono taką ustawę. Pod przykrywką hasła, że będzie łatwiej, wprowadza się nikomu do niczego nie potrzebną rewolucję. U nas, na dzień dzisiejszy, segregacja też działa. Odbieramy raz w miesiącu posegregowane odpady. Są miejsca we wsiach i w miastach, gdzie wrzuca się posegregowane odpady. Owszem system nie jest w stu procentach szczelny, ale można go doszlifować  i domknąć, żeby działał lepiej. Ta ustawa nic nie wnosi, tylko zaprowadza kompletny chaos.  Od lipca będziemy działać zgodnie z nową ustawą, która częściowo pokrywa się z tym, co już robimy.

Jaki procent mieszkańców segreguje śmieci?

Do tej pory mogę powiedzieć, że wszyscy. Każdy, kto miał podpisaną umowę z ZGKiM w Lubrzy, ma co najmniej jeden kontener, jak również worki do segregacji śmieci. Każdy powoli, stopniowo przyzwyczajał się do segregacji odpadów.

Czy konsultował pan swoją decyzję z prawnikiem?

Tak, powiedział to, co ja. Jego zdaniem, naruszy się zapis dotyczący sposobu wyłonienia podmiotu odpowiedzialnego za odbiór. Sprzeczne jest to, czy naruszenie powinno wiązać się z nałożeniem na gminę kar. Wystarczy wziąć Ustawę o samorządzie i ustawę śmieciową – widać sprzeczności w pewnych zapisach.

To co panu grozi?

W ustawie jest to wyraźnie napisane. W ustawie są wyszczególnione kary dla gmin, które nie przygotują przetargu. Stąd, na przykład, ostatnie problemy Warszawy.

Wszystkie nasze uchwały przeszły jednak przez nadzór wojewody. Dlaczego miałaby karę dostać gmina, która ma własny zakład budżetowy, działający zgodnie z ustawą o finansach publicznych? To jest przecież zakład budżetowy gminy nie posiadający osobowości prawnej.

Co na to pana koledzy samorządowcy?

Cały czas otrzymuję sygnały od innych samorządowców. W połowie czerwca zaplanowaliśmy spotkania z gminami, które również posiadają swoje zakłady budżetowe. One są w takiej samej sytuacji. Będziemy razem rozwiązywać ten problem. Dodam, że żaden z polityków się z nami nie kontaktował.

A co na to mieszkańcy? Czy konsultował Pan z nimi swoją decyzję?

Oczywiście, że tak. Wszyscy moi mieszkańcy są oburzeni, tym że stawki za odbiór śmieci pójdą w górę. Jakbyśmy w tej sytuacji dołożyli jeszcze jeden kontener lub dodatkowe worki, to powoli sami dostosowalibyśmy dotychczasowy system segregacji do nowych wymogów. Spokojnie mogę powiedzieć, że mam poparcie mieszkańców.

 

MARIUSZ KOZACZEK– 35 lat, wójt gminy Lubrza od 2010 roku, poprzednio dyrektor opolskiego oddziału Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa

poniedziałek, 27 maj 2013 14:31

WÓJT BEZ PREMII

Jedyną nagrodą dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast może być... reelekcja. Wbrew temu, co wciąż myśli część samorządowców – ani przewodniczący rady, ani sami radni nie mają kompetencji do przyznawania bonusów za szczególne osiągnięcia w pracy zawodowej. Zabrania im tego ustawa.

Dla jednych to zwykły skok na kasę, dla innych premia za ciężką pracę. Nagrody dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast to problem tak stary, jak przywrócenie w Polsce samorządności. Kiedyś przyznawane zgodnie z prawem – od czasu, gdy włodarzy wybieramy w głosowaniu powszechnym, dozwolone już nie są. Okazuje się jednak, że mimo iż przepisy są jednoznaczne i zabraniają przyznawania włodarzom nagród, to część z nich takie premie dostało.

Piotr Świderski rządzi gminą Wałcz od lat 90. ubiegłego wieku. Regionalne portale nie mogą się go nachwalić: w ich opinii to zdolny i rozsądny gospodarz. Dlatego jego podwładni uznali w końcu, że wójtowi za ciężką pracę należy się premia.  W 2010 roku dostał dwie nagrody, każda w wysokości 15 tysięcy złotych. Zgodę na  to podpisał przewodniczący rady gminy. Jak się okazało, była to niedźwiedzia przysługa, bo za premię na wójta posypały się gromy. – Regionalna Izba Obrachunkowa zakwestionowała nagrody. Wójt otrzymał od nas w tej sprawie pismo, do którego się ustosunkował. Kilka lat temu takich przypadków było więcej. Teraz zdarzają się tylko sporadyczne  – mówi Bożena Szumiata-Redzisz, naczelnik wydziału kontroli gospodarki finansowej w Regionalnej Izbie Obrachunkowej w Szczecinie, która przeprowadzała kontrole w urzędzie w Wałczu.

Gdy sprawa wyszła na jaw, przewodniczący rady stracił stanowisko. Później tłumaczył się tym, że ktoś z pracowników urzędu podsunął mu dokument do podpisu. – W 2010 roku zostałem poproszony przez pracownika Urzędu Gminy o podpisanie nagrody dla wójta. Zanim to pismo podpisałem, zapytałem, czy jest to zgodne z prawem. Otrzymałem odpowiedź twierdzącą i usłyszałem, że w innych gminach też tak robią – tłumaczył przewodniczący w rozmowie z lokalnymi mediami.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:23

BRAK WIEDZY NIE ZWALNIA Z MYŚLENIA

Rozmowa z mecenasem Wojciechem Jankowskim, radcą prawnym specjalizującym się w prawie samorządowym i byłym sekretarzem gminy Połczyn – Zdrój.

MATEUSZ WEBER: Czy przyznawanie nagród wójtom to klasyczny skok na kasę, czy chęć premiowania go za ciężką pracę?

WOJCIECH JANKOWSKI: Trudno jednoznacznie odpowiedzieć… Jak zwykle w takich przypadkach wszystko zależy od  uczciwości i inteligencji pracownika samorządu. Chociaż trzeba powiedzieć, że mimo iż Polacy narzekają na prace urzędników, to jednak większość pracowników administracji lokalnej faktycznie wykonuje ciężką pracę.

W 2010 roku wójt Wałcza otrzymał nagrodę od przewodniczącego rady. Zatem takie przypadki się zdarzają. Dlaczego?

Niestety część pracowników samorządowych jest merytorycznie słabo przygotowana do wykonywania swojej pracy. Dlatego przyznanie nagrody wójtowi może być efektem błędnej interpretacji prawa. Szczególnie artykułu 36 ustawy  o pracownikach samorządowych, w którym szczegółowo opisane są przepisy dotyczące ich wynagradzania.

Wałcz to nie jedyny taki przypadek. Próba przyznania wójtowi, burmistrzowi czy prezydentowi to częsty proceder?

Nie. To raczej sporadyczne przypadki. Ja takie sytuacje znam jedynie z analizowanych orzeczeń. Nie spotkałem się z nimi osobiście. Chociaż mam kilku kolegów radców prawnych, którzy mieli do czynienia z takimi nieprawidłowościami w różnych instytucjach samorządowych.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:06

GMINA NA FEJSIE. 10 PRZYKAZAŃ SAMORZĄDOWCA

Nie ma cię na Facebooku? Czyli nie żyjesz. Tę prawdę zna każdy specjalista od komunikacji. Swoje profile na najpopularniejszych portalach społecznościowych mają wielkie korporacje i mikroprzedsiębiorstwa, politycy i dziennikarze. Teraz korzyści płynące z własnych fanpage'ów zaczynają dostrzegać samorządy. Taką stroną trzeba jednak zarządzać umiejętnie, bo źle prowadzona może przynieść więcej szkód niż pożytku. Poznajcie 10 zasad, których przestrzeganie zapewni sukces w mediach społecznościowych.

Samorząd nie musi być nudny. To, czego nie wypada opublikować na stronie internetowej powiatu, czy w lokalnej, gminnej gazecie może świetnie sprawdzić się na portalu społecznościowym. Facebook

czy Google+ to dobre miejsce na umieszczanie dowcipnych komentarzy, zabawnych informacji i lokalnych ciekawostek. To idealny sposób na promocję regionu i budowanie trwałych relacji pomiędzy urzędem a mieszkańcami. Samorządowy fanpage zapewni „wieści gminnej” skuteczne rozpowszechnianie. – W komunikacji liczy się teraz krótka, ale ciekawa forma. Nikt już nie chce czytać elaboratów – mówi Eryk Mistkiewicz, redaktor naczelny kwartalnika „Nowe Media”.

Okazję do promocji z wykorzystaniem popularnych serwisów społecznościowych widzi już również znaczna część samorządowców. W krótkim czasie stały się one skuteczną platformą komunikacji pomiędzy urzędami gmin czy miast a ich mieszkańcami. Dzięki temu otworzyły się nowe, nieograniczone możliwości informowania i promowania tego, co dzieje się w samorządach. Specjaliści nie mają wątpliwości: za prowadzenie profilu gminy czy powiatu trzeba zabrać się w sposób przemyślany i kierować się sprawdzonymi rozwiązaniami.

  1. Droga bez odwrotu – raz wejdziesz, nie rezygnuj

Jeśli już decydujesz się na założenie gminnego fanpage’a, to pamiętaj, że musisz być na nim aktywny.  Często popełnianym błędem jest zakładanie strony, a potem pozostawienie jej samej sobie. – Najgorzej wyglądają te fanpage, na których właściciele przestali się udzielać – uważa Paweł Harajda z agencji social mediowej Netlords, która prowadziła działania m.in. na rzecz znanej akcji „Mazury cud natury”.  – Takie zachowanie to brak szacunku dla fanów. A to prędzej czy później się zemści – dodaje. Jeżeli więc nie masz wystarczająco dużo treści, aby twój fanpage nieustannie się zmieniał, to lepiej zrezygnuj. – Wszystkie media społecznościowe wymagają regularności. Oczywiście, zależy to również od wielkości gminy. Trudno oczekiwać, że mała miejscowość będzie codziennie wpisywała informacje. Ale za to musi robić to systematyczne – mówi Jan Zając, współwłaściciel firmy badawczej Sotrender.

 

2. Fanpage to nie tablica ogłoszeń

Nie publikujemy wszystkiego, co się poja­wia na stronie internetowej ratusza. Tym bardziej, że treści tam umieszczane pisa­ne są językiem urzędowym. — Facebook to typowy serwis rozrywkowy. Urząd nie może silić się na sztuczny luz. Rów­nocześnie nie może być zbyt sztywny. Najlepiej pisać teksty wcześniej, przeczy- | tać je dokładnie i zastanowić, czy pasu- " ją do takiego miejsca, jakim jest Facebook. Pozwoli to na uniknięcie błędów. Sektor publiczny powinien w jak najwięk­szym stopniu zwracać uwagę na przydat­ność działań prowadzonych na profilu. — Potrzebujesz informacji, znajdziesz ją nie tylko na stronie www, ale i na naszym FB — podkreśla Harajda.

 

3.  Czas na wagę złota

Pamiętaj, że bardzo ważna jest godzi­na publikowania treści. Jeżeli informa­cje pojawiają się w godzinach, gdy w sie­ci nie ma twoich fanów, znacząco spad­nie zasięg opublikowanej wiadomości. Zazwyczaj dobrze jest opublikować nowe treści rano, bo większość osób zaczyna dzień od zalogowania się na Facebooka. Nie jest to jednak sztywna zasada. War­to więc analizować statystyki, żeby Twoja praca nie poszła na marne. — Może okazać się, że nasza grupa docelowa ma zupełnie inne zwyczaje i wówczas trzeba się do tego dopasować. Choć, jeśli kierujemy przekaz do pracowników biurowych, to faktycznie najlepszą porą byłby poranek — podkreśla Jan Zając.

 

4. Zawsze reaguj

To, że Twoja strona stanie się miejscem do wylewania żali — to pewne. Nie masz na to wpływu. Każdy na coś narzeka, a Facebook doskonale do tego się nadaje. — W takiej sytuacji najlepiej przygotować podręcznik kryzysowy. Powinno się tam znaleźć wszystko, czego można się spo­dziewać ze strony fanów — mówi Harajda. Dlatego zawsze odpowiadaj im na posty i nie bój przyznawać się do błędów. Naj­gorzej jest zaprzeczać, gdy twoja wina jest ewidentna. To prosta droga do spotę­gowania kryzysu. Dialog z fanami to naj­lepsze rozwiązanie nawet najtrudniejszej sytuacji.

 

5. Nie stawiaj na konkursy

Dobrze zorganizowany konkurs na Facebooku pomoże zwiększyć liczbę fanów. Ludzie polecą go sobie nawzajem, zachę­cając się do walki o nagrody. Pokusa, by konkursy organizować, jest więc spora. Gmina powinna jednak z tym uważać: rozdawanie nagród to kiepski sposób na zbudowanie zaangażowanej społeczno­ści. Za konkursami przyjdą przypadko­wi ludzie, a nie o tych wam chodzi. Twoi fani, to w pierwszej kolejności mieszkań­cy. Chcą się dowiedzieć, co dzieje się w życiu lokalnej społeczności i wpływać na jej losy. Dlatego systematycznie buduj swoją społeczność wokół wydarzeń, które zainteresują twoich fanów. — Wyjątkiem jest sytuacja, że samorząd jest patronem jakiegoś konkursu. Na przykład na zdję­cie najładniejszego ogródka w gminie — mówi Jan Zając.

 

6. Niekupuj lajków. Nie warto!

Działania samorządu w serwisach spo­łecznościowych, to nie jest konkurs pięk­ności. — Nie zbierasz głosów. Kupowa­nie fanów to nie pre-paid, nie doładu­jesz swojego fanpage'a tak jak karty tele­fonicznej. Wizyta na internetowej aukcji niemal na pewno skończy się zakupie­niem „martwych kont”. Co więcej, istnieje ogromna możliwość kompromitacji. Na przykład jeśli ktoś odkryje, że połowa Twoich fanów pochodzi z południowego Wietnamu... — mówi Paweł Harajda.

 

7. Jeśli nie Facebook,to co?...

Facebook, mimo że najpopularniejszy wśród portali społecznościowych, nie jest jednak jedynym. W Polsce w dalszym ciągu bardzo dużo osób jest obecnych na Naszej Klasie. - Wszystko zależy od tego, czego używają twoi fani - mówi Harajda. Kiedyś podział był prosty: w dużych miastach kró­lował Facebook, w tych mniejszych NK. Teraz nie jest to już takie oczywiste. Sys­tematycznie rośnie też w siłę serwis społecznościowy Google - google+. W stycz­niu tego roku miał już prawie 2,5 mln użyt­kowników. To nadal niewiele w porównaniu z prawie 11 mln facebookowiczów. Chociaż nie wiadomo, jak długo gigant Marka Zuckerberga pozostanie w modzie.

 

8. Twitter - warto przemyśleć

Może więc warto korzystać z popular­nego szczególnie w Stanach Zjednoczo­nych Twittera? W Polsce ten serwis na razie dopiero raczkuje, ale kto wie jak sytuacja zmieni się za jakiś czas. — W tej chwili to zbyt mała grupa odbiorców, aby opłacało się angażować w siły i środki w ćwierkanie — mówi Harajda. Kolejny problem to zaangażowanie fanów. Zdecy­dowana większość followersów, nie udzie­la się na Twitterze, tylko biernie obser­wuje poczynania na danym koncie. Dla­tego w tym przypadku ważniejsze jest aktywne zaangażowanie użytkowników, niż ich ilość. Warto dbać przede wszyst­kim o tych, którzy są aktywni.

 

9. Serwisy obrazkowe - przyszłość społeczności?

Takie serwisy jak Pinterst i Instagram - mimo że nadal niszowe - systematycznie zdobywają nowych odbiorców. Nazwa Pinterest to połączenie dwóch angielskich słów „pin” (przypiąć) i „interest” (zainteresowa­nia). Ten portal społecznościowy umożliwia dzielenie się użytkowników publikowany­mi zdjęciami czy stronami internetowymi. Inny użytkownik może „polubić” poszcze­gólne elementy, skomentować je lub umie­ścić w swojej kolekcji. - Większe samorzą­dy, szczególnie te o walorach turystycz­nych, mogą rozważyć korzystanie z tego serwisu - mówi Harajda. Podobnie ma się sytuacja z serwisem obrazkowym Insta­gram. Jeżeli gmina ma atrakcyjnie wizual­ne miejsca, które warto fotografować, może pomyśleć o zaistnieniu na Instagramie.

 

10. Różnicuj przekaz

Uważaj na sposób przekazywania infor­macji. Inne treści powinny się znaleźć na Twitterze, a inne na Facebooku. - Twitter jest narzędziem do bieżącej komunikacji. W ten sposób można przykładowo poinfor­mować o zalanej ulicy w mieście, czy awarii sieci energetycznej - mówi Natalia Hatalska, autorka bloga o mediach społeczno­ściowych i ekspertka od komunikacji mar­ketingowej. Co innego facebook: ten ser­wis świetnie nadaje się do umieszczenia na nim krótkiego opisu organizowanej w gmi­nie imprezy. Z kolei, jeśli jakiś samorząd zdecyduje się utworzenie konta w serwisie Pinterest, to wówczas trzeba mieć kolek­cję zdjęć, którymi na prawdę można się pochwalić - mówi Hatalska.

 

 

Prezydencki projekt ustawy samorządowej ma trafić do Sejmu „w dość szybkim terminie” – zapowiadają urzędnicy z prezydenckiej kancelarii. Bronisław Komorowski chce zwiększenia udziału mieszkańców we władzy oraz stworzenia nowych form współdziałania samorządów. Problem w tym, że sami samorządowcy krytykują propozycje Pałacu Prezydenckiego i nazywają je „otwieraniem puszki Pandory”.

W założeniu nowa ustawa o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym na rzecz rozwoju lokalnego i regionalnego ma przybliżyć małe ojczyzny ich mieszkańcom i zmobilizować samorządy do współpracy. Teoretycznie wszystko jest w porządku – Polacy deklarują, że chcieliby mieć większy wpływ na to co dzieje się w ich najbliższej okolicy. Już co trzeci nasz rodak interesuje się sprawami lokalnymi i domaga się większego udziału w lokalnej polityce. Czujemy się też niedoinformowani: z badania przeprowadzonego na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika, że zaledwie 18 procent badanych czuje się dobrze informowanych o życiu swojego samorządu.

Projekt Pałacu Prezydenckiego ma więc utorować drogę dla rewolucji w polskiej polityce lokalnej. Dokument przewiduje np. inicjatywę uchwałodawczą dla mieszkańców – której zasady określałyby rady w statutach gmin lub powiatów. W ustawie założono również, że referenda byłyby ważne bez względu na liczbę uczestniczących w nich osób. Wyjątek stanowić miałoby referendum w sprawie odwołania organu jednostki samorządu wyłonionego w wyborach bezpośrednich – czyli wójtów, burmistrzów lub prezydentów miast. Dla ważności takiego referendum konieczna byłaby frekwencja nie mniejsza niż w czasie wyborów tego organu.

Zmieniłyby się też zasady, według których odbywają się konsultacje społeczne. Ich szczególną formą ma być wysłuchanie publiczne. Byłaby to specjalna sesja rady, podczas której każdy mieszkaniec mógłby zabrać głos. Wysłuchanie odbywałoby się choćby przed uchwaleniem budżetu. Na postawione przez mieszkańców w trakcie sesji pytania włodarze musieliby udzielić odpowiedzi. – Gmina działałaby dla dobra mieszkańców – tłumaczy filozofię stojącą u podstaw projektu prof. Jerzy Regulski, prezydencki doradca ds. samorządów. – Nie powinno się zniechęcać jej do działania. Poza tym musimy zwiększyć stabilność naszego systemu samorządowego – dodaje.

Furtka dla pieniaczy

Problem w tym, że potrzeby radykalnego zmieniania obowiązującego prawa nie widzą sami samorządowcy. Ich zdaniem, proponowane rozwiązania są w większości niepotrzebne, a niekiedy – nawet szkodliwe. – Im więcej wolności pozostawi się gminom, tym lepiej – podkreśla prezydent Kielc Wojciech Lubawski. – Więcej zmian nie potrzeba, oznaczałoby to tylko otwarcie puszki Pandory – kwituje. Jego zdaniem, wystarczy dookreślić zadania własne gmin. Doprecyzować, czym powinny się one zajmować na co dzień, czy walką z bezrobociem czy chociażby promocją sportu.

Bo też to, co najbardziej niepokoi samorządowców, to rozszerzenie uprawnień przeciętnych mieszkańców danej JST. Jak mówią lokalni politycy, to furtka dla wszystkich pseudospołeczników, pieniaczy i osób torpedujących proponowane przez władze rozwiązania. Zmiany to ukłon w stronę „niespełnionych polityków” – argumentował kilka tygodni temu w liście do Bronisława Komorowskiego szef Unii Metropolii Polskich, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Jak podkreślił, efektem zaproponowanych rozwiązań może być wzrost nastrojów populistycznych.

To, co budzi największe emocje lokalnych włodarzy, to rozszerzenie instytucji konsultacji społecznych i wprowadzenie wysłuchań publicznych. – To jest chęć przypodobania się tej części społeczności, która ma dobry kontakt z mediami. Nie możemy podważać kompetencji rady gminy, ponieważ to ona jest przedstawicielem społeczeństwa – tłumaczy prezydent Lubawski. – Jestem przekonany, że w 90 proc. przypadków takie konsultacje są zupełnie niepotrzebne. W praktyce przychodzą na nie osoby, które się z czymś nie zgadzają – tłumaczy prezydent Lubawski.

Zgodnie z projektem, wprowadzony byłby także obowiązek podawania do publicznej informacji w Biuletynie Informacji Publicznej imiennych wykazów głosowań radnych. Takie imienne głosowania przeprowadzane są w Sejmie – teraz rejestrowane miałyby być również głosowania radnych.

Senat Izbą Samorządową?

Istotną zmianą, jaką przewiduje projekt nowej ustawy, jest również możliwość łączenia mandatu wójta, burmistrza czy prezydenta miasta z mandatem senatora. Zdaniem kancelarii prezydenta to pomysł, który ma służyć refleksji nad rolą i usytuowaniem Senatu. Tu na linii Pałac Prezydencki-samorządy panuje pełna zgoda. – Jestem zwolennikiem takiego rozwiązania. Uważam, że Izba wyższa powinna być Izbą Samorządową. W Senacie powinni zasiadać nie tylko samorządowcy reprezentujący władze terytorialne, ale nawet samorządowcy z poszczególnych branż. W tej chwili senatorowie popierają pomysły swoich partii – uważa Lubawski.

Dlaczego prezydent chce wprowadzać zmiany w funkcjonowaniu samorządów? – Mamy gminy, w których współpraca z obywatelami układa się świetnie. Ale są również przypadki zupełnie odwrotne. To trzeba zmieniać – dowodzi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” prof. Jerzy Regulski. – Nie chcemy narzucać gminom przeprowadzania konsultacji. W naszej propozycji jest zapis, że gmina ma określić formy, w jakich obywatel może uczestniczyć w podejmowaniu decyzji. Co prawda, obecnie gminy również mogą to robić, tylko problem w tym, że tak się nie zawsze dzieje – ocenia.

Żeby zachęcić samorządy do tej współpracy, prezydent Bronisław Komorowski ustanowił Nagrodę Obywatelską. Wyróżnienie to jest przyznawane w przypadku wybitnych, nowatorskich i efektywnych działań obywatelskich na rzecz dobra wspólnego, mogących stanowić wzór do naśladowania. – Pomysłowość przesłanych do nas projektów jest zdumiewająca – podkreśla prof. Regulski.

Kiedy dokładnie prezydencki projekt trafi do Sejmu – na razie nie wiadomo. Minister w Kancelarii Prezydenta, Olgierd Dziekoński w połowie marca zapowiedział, że nastąpi to tak szybko, jak kancelaria będzie w stanie odpowiedzieć na uwagi zgłoszone w procesie konsultacji i dokonać niezbędnych zmian. – Sądzę, że na odpowiedź na uwagi prawdopodobnie potrzeba nie więcej niż miesiąc – podkreślił.

Strona 5 z 5

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY