Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

środa, 22 styczeń 2014 00:14

Z NOWĄ NAZWĄ W NOWY ROK

Z początkiem tego roku w całej Polsce zmienionych lub zlikwidowanych zostało 115 nazw miejscowych. Zmiany najczęściej dotyczą spraw czysto administracyjnych, zdarza się jednak, że stanowią o żywotnym interesie społeczności. Szczególnie, gdy nazwa miejsca zamieszkania budzi kontrowersje wśród mieszkańców lub zwykłą wesołość wśród turystów.

W dzisiejszym Głogowie na Dolnym Śląsku na Ostrowie Tumskim niedaleko wodociągów istniała kiedyś wieś Obora. Pochodzenie nazwy wiązało się z istniejącym tu w przeszłości folwarkiem, w którym hodowano krowy. Nazwa wioski w różnej formie funkcjonowała od średniowiecza. Najwidoczniej nie podobała się jednak mieszkańcom, bo od tego roku została oficjalnie zlikwidowana. Nawet jeżeli u podstaw tej decyzji nie leżał tylko dyskomfort zamieszkujących tę cześć miasta ludzi, to i tak zapewne wielu z nich odetchnęło z ulgą. Bo kto chciałby mieszkać w Oborze?

W województwie zachodniopomorskim w ubiegłym roku miała miejsce sytuacja zgoła odmienna. Wójt Darłowa Franciszek Kupracz wystąpił z inicjatywą, by nazwę Zielnowo zmienić na Lepperowo. Bo Zielnowo to licząca około 70 mieszkańców wieś, w której mieszkał założyciel Samoobrony. – W końcu dzięki Lepperowi ta mała miejscowość zaistniała w naszej rzeczywistości – tłumaczył w sierpniu ubiegłego roku na antenie telewizji TVN24. Inicjatywa spotkała się jednak z ostrym sprzeciwem samych mieszkańców. – To absurdalny pomysł. Nie wiem, skąd wójtowi to przyszło do głowy – skwitowała w rozmowie z dziennikarzami stacji Justyna Osses, sołtys Zielnowa. Ostatecznie Zielnowo pozostało Zielnowem. – Nazwa nie została zmieniona i wszystko zostało po staremu. Propozycja zmiany na Lepperowo wyszła od wójta, ale on nie chciał nikomu narzucać swojej woli – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA zastępca wójta Radosław Głażewski.

Jak Lalki zostały Pupami

Choć do zmiany nazw dochodzi każdego roku, wiele z nich trwale weszło do historii – w charakterze lokalnych anegdot. Najsłynniejszą chyba batalię o zmianę nazwy swojej miejscowości stoczyli mieszkańcy jednej z mazurskich wiosek. Osada przed wojną znajdowała się w Niemczech i nosiła nazwę Puppen, co w języku Goethego oznacza „lalki” – które w mazurskiej gwarze nazywają się Pupy. Najwyraźniej Mazurzy nie mieli żadnych złych skojarzeń, dobrze pamiętając niemiecki „teatralny” źródłosłów nazwy. Powojenni eksperci od wyszukiwania polskich akcentów na Ziemiach Odzyskanych bez trudu zaaprobowali więc wersję mazurską – przez propagandę nazywaną prapolską. Puppen zostało urzędowo ochrzczone mianem Pupy.

Nazwa zaczęła jednak doskwierać nowym powojennym osadnikom, nieznającym gwary Mazurów – szczególnie, gdy publicznie musieli zdradzić miejsce zamieszkania. Niezadowolenie z roku na rok rosło. Na pomoc mieszkańcom Pup przyszedł w końcu reżyser Aleksander Ford. Pod koniec lat 50. zaczęły się prace nad filmem „Krzyżacy”. Szansą dla pupczan (pupian?) stał się rycerz Jurand ze Spychowa. Sienkiewiczowski bohater podsunął urzędnikom pomysł nowej nazwy – w 1959 r. wieś oficjalnie została Spychowem. W okolicy podobny, a być może nawet większy, problem z nazwami swoich osad mieli mieszkańcy dwóch innych wsi: stare mazurskie Kurwik i Kurwie musiały zastąpić Kierwik i Karwica Mazurska.

Śmieją się tylko turyści

Wywołująca uśmieszki, a nawet drwiny, nazwa miejsca zamieszkania to problem aktualny do dziś, bo co ma odpowiedzieć mieszkaniec Białegokału w powiecie rawickim w Wielkopolsce, gdy ktoś zapyta go skąd pochodzi? Dziś i tak tamtejsi mieszkańcy nie mają najgorzej, bo do 1999 roku mieszkali w Białym Kale. Problem wciąż może doskwierać mieszkańcom Suchych Cipek w okolicach podhalańskiego Poronina. Kompromitującej nazwy próbowano się pozbyć w 2009 roku drogą administracyjną. Nie udało się do dziś, bo wciąż są ważniejsze wydatki i na zmianę nazwy brakuje środków w gminnej kasie. Ale jak mówi w rozmowie z  Magazynem Samorządowym GMINA sekretarz gminy Poronin, Katarzyna Krzyściak, problem jest wydumany. – Ta nazwa tak naprawdę nikomu nie przeszkadza, bo nie figuruje w żadnych dokumentach. Nikt oficjalnie nie jest tam zameldowany, a nazwa, choć może i śmieszna, funkcjonuje tylko wśród lokalnej społeczności – tłumaczy.

Suche-Cipki to jedna z wielu nazw miejscowości w Polsce, która bawi przyjezdnych ze względu na skojarzenia, czasem podszyte wulgaryzmem. Takie nazwy wywołują najwięcej emocji i komentarzy, nic więc dziwnego, że turyści dla żartu bardzo często fotografują się na tle tablic z nazwami takich wsi, jak: Całowanie, Zadki, Pieścidła, Cyców, Górne Wymiary, Moszna, Podsutki, Przytulanka, Pupkowizna, Roskosz (dawniej Rozkosz), Rozkoszówka, Zazdrość, czy Zdrada. Jak to jest urodzić się w miejscu, którego nazwa budzi powszechną wesołość najlepiej wie Tomasz Murawski, mieszkaniec wsi Moszna w gminie Brwinów na Mazowszu. – Nie wstydzę się tego gdzie mieszkam. Mówię wprost: we wsi Moszna. Sam często mówię o tym, bo to świetna anegdota. Ludzie po prostu się śmieją i nie zdarzyło mi się, aby ktoś szydził z tego powodu – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA.

Na baczności powinni mieć się jednak kierowcy, przejeżdżający przez jedną z wsi w gminie Ryki, w województwie lubelskim. Tabliczka z nazwą znajduje się tuż przed zakrętem, a informuje o tym, że wjeżdża się do miejscowości Oszczywilk. Osobliwa nazwa może stać się przyczyną niezachowania przez prowadzących samochód szczególnej ostrożności. W urzędzie gminy, w nazwie wioski nikt jednak nie widzi nic śmiesznego. Nikt tam też nie słyszał, aby ktoś chciał tę nazwę zmieniać…

Bardzo drogi koniec świata

Nad zmianą nazwy jednego z przysiółków zastanawiali się natomiast mieszkańcy Głuszyny pod Ostrzeszowem, w województwie wielkopolskim. Bo w Głuszynie jest Koniec Świata. Nazwa przysiółka dała się we znaki mieszkańcom szczególnie w grudniu 2012 r., gdy cały świat żył wizją apokalipsy. – Musieliśmy na koniec świata nowe tabliczki przywiesić, bo ciągle kradną – mówił wtedy, w rozmowie z lokalnymi mediami Józef Adamus, sołtys Głuszyny. – Ciągle ktoś drogowskazy zdejmuje. Na drodze tablicę kazałem przyspawać, żeby nie zginęła. Bo każdy chce mieć pamiątkę z Końca Świata, a to kosztuje – narzekał.

Urzędowe zmiany nazw są efektem wniosków rad gmin, przekazanych za pośrednictwem wojewodów do ministra administracji, który wprowadza je w formie rozporządzenia. Najczęściej mają charakter porządkujący, ale zdarza się, że są efektem wniosków samych mieszkańców.

wtorek, 21 styczeń 2014 23:37

NADCHODZI EPOKA LOKALNYCH LIDERÓW

Rozmowa z profesorem Andrzej K. Piaseckim, kierownikiem Katedry Samorządu Terytorialnego i Wspólnot Lokalnych w Instytucie Politologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie

MATEUSZ WEBER: W tym roku czekają nas wybory samorządowe. Kto, Pana zdaniem, okaże się największym zwycięzcą?

ANDRZEJ K. PIASECKI: Dla partii politycznych będzie to najważniejszy test przed przyszłorocznymi wyborami do parlamentu i wyborami prezydenckim. Platforma Obywatelska teraz rządzi we wszystkich województwach. Nie sądzę, by ta sytuacja się utrzymała. Szczególnie w tradycyjnych bastionach Prawa i Sprawiedliwości, takich jak Podkarpacie. Szczerze wątpię, by udało się zniechęcić elektorat prawicowy do uczestnictwa w wyborach lokalnych. Poza tym, dla dużych partii problemem mogą być nowe podmioty polityczne, których nie było w trakcie poprzednich wyborów. Lokalnie silne może być ugrupowanie Jarosława Gowina. Chociaż jest też ciemna strona takiego kalendarza wyborczego.

Jaka?

Część kandydatów będzie chciała zapewnić sobie spokój. W tym roku wystartują w wyborach samorządowych, a w przyszłym roku spróbują swoich szans w wyborach parlamentarnych. Nawet jeśli im się w tych drugich nie uda, to zawsze mają pewne stanowisko po tych pierwszych. Wątpię, by wyborcy byli szczęśliwi, wiedząc, że wybierają radnego czy prezydenta na rok… Dlatego byłoby dobrze, żeby od razu deklarowali się, czy zamierzają startować w kolejnym roku.

Spora część samorządów ma bardzo ambitne budżety na ten rok. Myśli Pan, że to już są budżety wyborcze?

Oczywiście, że tak. Taki jest urok demokracji. Nie mam nic przeciwko temu, że przed wyborami obywatele dostaną nowe chodniki, ulice czy odnowione skwery. Od lat lokalni włodarze tak planują wydatki, by skończyć je w roku wyborczym. Jednak ważniejsza jest odpowiedź inne pytanie: co lokalni politycy planują na czas powyborczy. I tutaj pojawia się bardzo ważna rola mediów. Przy oddawaniu kolejnych obiektów dziennikarze powinni pytać, co będzie za rok. I z jakich środków te obiekty będą utrzymywane.

To czego możemy się spodziewać po zbliżającej się kampanii?

Z pewnością nie fajerwerków. Myślę, że nie będzie zbyt atrakcyjna dla postronnych obserwatorów. Partie nie będą skłonne do przeznaczania dużych środków na kampanie lokalnych działaczy. Raczej będą chciały oszczędzać środki na wybory parlamentarne i prezydenckie. Spodziewam się, że będzie to raczej kampania negatywna. Moim zdaniem, zdarzać się będą kandydaci o podobnych nazwiskach. W ten sposób wprowadza się ludzi w błąd. Nowa większościowa ordynacja sprzyja takiej sytuacji. Jeśli mamy jednego silnego kandydata, to tak naprawdę jedno co może zrobić konkurencja to tak zwane rozwadnianie elektoratu.

Na czym ono polega?

Jeśli z jakiejś listy kandyduje lekarz, to konkurencja namówi innego lekarza do kandydowania. Albo wystawi kandydata o podobnym nazwisku. Wszystko po to, aby przechwycić chociaż część elektoratu. Proszę nie zapominać, że w małych okręgach często decydują pojedyncze głosy.

W wyborach samorządowych tradycyjnie najciekawsze są bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Czy są włodarze, którzy o zwycięstwo nie muszą się martwić?

W Krakowie Jacek Majchrowski może praktycznie liczyć już reelekcje. W Rzeszowie urzędujący prezydent Tadeusz Ferenc również jest pewniakiem. Oczywiście, jeśli obaj zdecydują się na kandydowanie. W miastach sytuacja jest bardzo stabilna. Może coś się zmieni w Łodzi: tam Hanna Zdanowska może mieść problemy. Moim zdaniem, w mniejszych miastach około 70 proc. burmistrzów i prezydentów utrzyma swoje stanowisko. W większych myślę, że będzie to nawet 80 proc.

A walka o Warszawę? Czego możemy się spodziewać?

Nie będzie niespodzianek. Spodziewam się, że władze w dalszym ciągu fory będzie miała Hanna Gronkiewicz-Waltz. Tyle, że trudno będzie jej wygrać tak jak przed czterema laty, już w pierwszej turze.

Referendum pomogło czy zaszkodziło?

Doświadczenia z kampanii referendalnej raczej pomogą szeroko pojętej opozycji. W końcu 90 proc. głosujących jesienią chciało odwołania pani prezydent. Jeśli i tym razem mobilizacja przeciwników PO będzie równie duża, to w nadchodzących wyborach pani Gronkiewicz będzie miała kłopoty.

A może kampania się już gdzieś zaczęła?

Niektórzy uważają, że następna kampania zaczyna się już w dniu wyborów. Jednak w samorządach kampania trwa tak naprawdę ostatnie cztery tygodnie przed głosowaniem. To wynika z ordynacji i z dotychczasowej praktyki. W skali kraju Platforma Obywatelska może coś zaproponować prezydentom miast, którzy są poza PO – może będą chcieli przyciągnąć Rafała Dutkiewicza, prezydenta Wrocławia, może także Ryszarda Grobelnego z Poznania. Wydaje się, że w niektórych miastach PO nie wystawi kontrkandydatów przeciwko popularnym prezydentom.

Dlaczego?

Porażka tych kandydatów byłaby pewnym uszczerbkiem na wizerunku. Z kolei stworzenie przedwyborczej koalicji z urzędującymi prezydentami spoza PO dałoby szanse nie tylko na wyjście z twarzą z tych wyborów, ale również pokazałoby proces poszerzania możliwości koalicyjnych Platformy.

Czym jeszcze jesienne głosowania będą różniły się od poprzednich wyborów?

Najważniejsze, że wybory odbędą się już według nowej ordynacji wyborczej, z okręgami jednomandatowymi. Ubiegać się o mandat radnego w gminie będzie mógł każdy mieszkaniec posiadający bierne prawo wyborcze. Jednak zwycięzca może być tylko jeden. Na przykład, jeśli miasto zostanie podzielone na 21 okręgów wyborczych, to zostanie wyłonionych 21 radnych. Wcześniej w takich miastach było kilka okręgów wyborczych.

Wpłynie to znacząco na kampanię?

Zdecydowanie tak. Proszę sobie wyobrazić, że do tej pory kandydat musiał przeprowadzić kampanię wyborczą w połowie miasta – tam, gdzie mieszkają potencjalni wyborcy. Jej skala musiała być dużo większa. Więcej ulotek, plakatów, wolontariuszy potrzebnych do prowadzenia działań. Teraz taka kampania będzie mogła być przeprowadzona jedynie na kilku ulicach. Im mniejszy będzie okręg, tym łatwiej będzie można przeprowadzić kampanię. Polska powiatowa kreuje polski lokalizm.

To w takim wypadku, czy spodziewa się Pan wysypu kandydatów? W tej chwili kandyduje od 200 do 300 tysięcy osób.

Jak najbardziej. Pytanie brzmi, o ile będzie ich więcej niż wcześniej. W końcu o wiele łatwiej będzie kandydować. Progi rejestracyjne dla kandydatów (podpisy, założenie komitetu) nie są trudne. Wobec tego można spodziewać się większej liczby kandydatów. Może wielkiej burzy nie będzie, ale z pewnością pojawi się więcej nowych twarzy. Z drugiej strony, może się skończyć tak, jak w przypadku jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do senatu. Okazało się, że mandaty podzieliły między siebie największe partie. Trzeba pamiętać, że to już przeważnie nie będą kampanie siermiężne – z lat 90. Jak ktoś chce wygrać, to musi mieć pieniądze i odpowiednio przygotowaną strategię wyborczą. Bez takich środków trudno mówić o jakiejkolwiek szansie na zwycięstwo.  

Na ile taka sytuacja wzmocni rolę komitetów lokalnych?

Ogromnie. To będzie przede wszystkim ich czas. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, jak już mówiłem, zmieniła się ordynacja wyborcza, która będzie promowała lokalnych liderów. Do tej pory trzeba było wstępować do partii, po drugie partie będą nie będą skłonne do przeznaczania poważnych środków na kampanie. Dzięki czemu łatwiej będą mogły się wybić lokalni liderzy.

Ale w dalszym ciągu możemy mieć sytuacje, kiedy cześć włodarzy rządzi po trzy czy cztery kadencje.

Faktycznie to jest duży problem. Wciąż mamy ogromną przewidywalność wyborów, ponieważ w wielu miastach będą kandydować dotychczasowi prezydenci i burmistrzowie. Taka sytuacja nie sprzyja demokracji. Jeśli ktoś jest prezydentem przez 10 lat albo 15 lat, to przeważnie mamy do czynienia ze skostniałym układem. Spokojnie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, kiedy wielu znakomitych prezydentów, czy burmistrzów, mogłoby się realizować poza samorządem. W pewnych obszarach wprowadza się kadencyjność. I tam się to sprawdza. Zatem dlaczego nie w wyborach samorządowych? Po pewnym czasie powinna pojawić się „świeża krew”.

Dlaczego?

Przewietrzenie i zmiana potrzebna jest wielu urzędach. Niech nikt mi nie mówi, że będzie to kolejna kreatywna kadencja. Jakiś czas temu przeprowadzałem badania na temat dalszych losów osób, które przegrały wybory. Wie pan, co się z nimi dzieje? W większości ich potencjał nie jest wykorzystany przez lokalną wspólnotę. Kandydat, który wybory przegra, nie działał dalej na rzecz społeczności. Nie znajdziemy go w żadnej organizacji pozarządowej. Trwa tak tylko od wyborów do wyborów. Mamy ogromną przepaść między ludźmi, którzy mają władzę i tymi, którzy jej nie mają. Tworzy się kasta, która jest u władzy i jest uprzywilejowana – taka lokalna elita. Z drugiej strony są ci, którzy władzy nie mają i bardzo trudno jest im ją zdobyć. W Polsce pomiędzy byciem rządzonym, a byciem u władzy nie ma niczego pośredniego. W Szwecji jest na przykład stanowisko zastępcy radnego. Taka osoba wcale nie pobiera diety, ale obserwuje, jak prowadzi się działalność publiczną – i zdobywa doświadczenie. Ci ludzie pracują społecznie dla lokalnej społeczności. U nas, niestety, na razie tak nie jest.

wtorek, 21 styczeń 2014 23:35

KAMPANIJNY FALSTART

Choć do wyborów samorządowych zostało jeszcze 10 miesięcy, są miejsca, gdzie kampania wyborcza ruszyła na dobre. Na pierwszy ogień poszły wielkie miasta – bo zwycięstwo w Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku, nie mówiąc o Warszawie, to nie tylko władza i prestiż, ale i miejsca pracy dla partyjnych kolegów. Wyborcza walka z dala od blasku jupiterów toczy się już też jednak na wsiach i w małych miasteczkach.

Czego należy się spodziewać po nadchodzących wyborach? Jak chcą głosować Polacy, sprawdziła na zlecenie „Gazety Wyborczej” firma badawcza Millward Brown. Wyniki nie pozostawiają wątpliwości. We wszystkich dużych miastach, z wyjątkiem Olsztyna, faworytami zbliżającej się elekcji są urzędujący prezydenci.

Prezydent znaczy faworyt

Prawie pewny kolejnej, czwartej już, kadencji może być prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc. Jego reelekcji chce 70 procent mieszkańców miasta. W Białymstoku w swoim fotelu pozostanie – na trzecią już kadencję – Kazimierz Truskolaski. Popiera go 57 proc. białostocczan. W Zielonej Górze dużą szansę na utrzymanie władzy ma Janusz Kubicki, jego pozostania na stanowisku chce 47 proc. mieszkańców miasta. Podobnie spore szanse na zachowanie gabinetu w swoim ratuszu mają też Piotr Uszok z Katowic i Wojciech Lubawski z Kielc. Popiera ich odpowiednio 45 i 44 proc mieszkańców.

Rekordy padają na Wybrzeżu. Na głowę bije wszystkich Wojciech Szczurek. Dotychczasowy prezydent Gdyni, który władzę sprawuje nieprzerwanie od 1998 roku, może liczyć na rekordowe, 78-procentowe poparcie. Na bezpieczną odległość trzyma też swoich politycznych przeciwników prezydent Sopotu, Jacek Karnowski. Chce na niego głosować 45 proc. indagowanych przez Millward Brown respondentów. Potencjalny rywal Karnowskiego – Wojciech Fułek – może liczyć jedynie na 18-procentowe poparcie. Liderem sondaży, z podobnym stażem, jak Szczurek i Karnowski, jest też prezydent Gdańska – Paweł Adamowicz. W przeciwieństwie do sąsiadów nie może on jednak spać spokojnie. Cieszy się poparciem 28 proc., ale po piętach depczą mu popierany przez Platformę Obywatelską Jarosław Wałęsa i potencjalny kandydat PiS, Andrzej Jaworski. Na obu chce głosować 18 proc. pytanych.

Podobnie na laurach nie powinni osiadać prezydenci Poznania – Ryszard Grobelny – i Krakowa, Jacek Majchrowski. Mimo, że nadal są liderami sondaży – z poparciem odpowiednio 35 i 29 proc. – to reelekcji nie mogą być już pewni. Temu ostatniemu wyrósł ostatnio silny rywal w osobie Jarosława Gowina. Lidera Polski Razem popiera 18 proc. potencjalnych wyborców. W podobnej sytuacji jest Hanna Zdanowska – prezydent Łodzi popiera jedna czwarta wyborców, na jej potencjalnego kontrkandydata, byłego prezydenta Jerzego Kropiwnickiego zagłosowałoby 15 procent pytanych.

Kolejnym miastem, gdzie liderem przedwyborczego wyścigu jest urzędujący prezydent, jest Szczecin. Piotra Krzystka popiera 27 proc. mieszkańców miasta. Daje to prezydentowi 10 punktów procentowych przewagi nad kolejną w sondażu bezpartyjną radną, Małgorzatą Jacyną-Witt. W Bydgoszczy szanse na drugą kadencję, z 23 proc. poparcia, ma urzędujący prezydent Rafał Burski. Musi on jednak uważać, bo liczba jego zwolenników według sondaży topnieje. Zupełnie inaczej wyglądają natomiast szanse Piotra Grzymowicza: popierany przez PSL prezydent Olsztyna z 16 proc. poparciem dołuje w sondażach, a o 20 punktów procentowych wyprzedza go… odwołany w związku z głośną „seksaferą” Czesław Małkowski.

Inwestycje kluczem do sukcesu

– Dla wyborców liczy się przede wszystkim komunikacja i usługi życia codziennego, takie jak dostęp do żłobków czy przedszkoli. Ta kadencja samorządu upływa pod znakiem wydawania środków unijnych, dlatego szczególnie w dużych miastach wiele się zmieniło. Stąd może brać się wysokie poparcie dla urzędujących polityków – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA prof. Grzegorz Gorzelak z Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych Uniwersytetu Warszawskiego. – Włodarze powinni jeszcze pamiętać o tym, że bardzo ważna z punktu widzenia wyborcy jest komunikacja. Bardzo boleśnie przekonała się o tym prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz. Mieszkańcy nie lubią, gdy władza ich ignoruje – dodaje.

Teraz pani prezydent, wzmocniona wygranym jesiennym referendum, w którym obroniła się przed odwołaniem z funkcji, znowu słabnie. Z 28-procentowym poparciem przegrywa o 2 punkty z Ryszardem Kaliszem, który – po odejściu z SLD – szefuje stowarzyszeniu Dom Wszystkich Polska. Poza tą dwójką inni potencjalni kandydaci w Warszawie zanotowali marginalne poparcie.

O tym, jak ważne dla wyborców są inwestycje, samorządowcy wiedzą do dawna. Dlatego tegoroczne lokalne budżety nazywane są przez część komentatorów wyborczymi. Pod koniec grudnia ubiegłego roku radni miasta zatwierdzili tegoroczny budżet Lublina. W przyszłym roku na inwestycje miasto ma wydać prawie 780 mln zł, co będzie stanowić blisko 37 proc. wszystkich wydatków budżetu. Deficyt ma wynieść 176 mln złotych. Zadłużenie miasta pod koniec tego roku ma wynieść 1,1 mld złotych.

– Ten budżet oznacza, że kończymy najważniejsze inwestycje infrastrukturalne, które zapewnią dostępność komunikacyjną i podniosą jakość życia. Priorytetowy charakter mają inwestycje finansowane ze środków europejskich i dotacji rządowych oraz uzbrajanie terenów dla biznesu, aby przyczynić się do tworzenia nowych miejsc pracy – mówił po głosowaniu, w rozmowie z mediami, prezydent miasta Krzysztof Żuk. Zupełnie innego zdania są będący w opozycji radni PiS. Według nich, taki budżet jest nierealny i spowoduje gigantyczny wzrost zadłużenia i bezrobocia.

Budżet kością niezgody

O to, czy miejskie inwestycje pełnią rolę „kiełbasy wyborczej”, spierają się też lokalni politycy w Poznaniu. W połowie grudnia prezydent Ryszard Grobelny przedstawił projekt budżetu miasta na przyszły rok. Miasto planuje wydać w tym roku prawie 2,8 mld zł. Najwięcej pieniędzy ma pójść na szkoły i przedszkola oraz na drogi i komunikację miejską. Różnice w porównaniu z tym rokiem są nieznaczne. – Osiągniemy nadwyżkę budżetową. Nie zaciągniemy żadnego nowego długu, za to spłacimy część obecnego – podkreślał w trakcie debaty budżetowej prezydent Grobelny. Radni opozycji mieli jednak poważne wątpliwości co do jego jakości. Szef klubu SLD Tomasz Lewandowski mówił wręcz o „recydywie budżetowej”. – Ten budżet powiela wszystkie błędy sprzed roku, m.in. przeszacowane wpływy z podatków PIT i CIT, czy sprzedaż nieruchomości – dowodził. – Przyjęto założenia trudne, wręcz niemożliwe do spełnienia, żeby tylko spiąć budżet – sekundował mu Szymon Szynkowski z Prawa i Sprawiedliwości.

Podobne budżetowe przepychanki są na porządku dziennym również w mniejszych miastach. Analogiczna sytuacja ma miejsce choćby w Bochni, w województwie małopolskim. Uchwalony  tam niedawno budżet burmistrz chwali jako ambitny i inwestycyjny, a opozycja – krytykuje jako przygotowany specjalnie pod wybory. – To jest budżet pod wybory, taki, który ma zapewnić dostarczenie odpowiedniej ilości głosów dla obecnego burmistrza, bądź też dla osób, które z nim współpracują – mówił w rozmowie z lokalnymi dziennikarzami opozycyjny radny Bogdan Kosturkiewicz w imieniu klubu Prawa i Sprawiedliwości.

Budżetowe przepychanki studzi profesor Elżbieta Kornberger-Sokołowska, kierownik studiów podyplomowych w Centrum Samorządu Terytorialnego i Rozwoju Lokalnego. – Jeśli budżet wyborczy służyłby rozdawnictwu publicznych środków, to byłoby to oczywiście negatywne. Jednak obecne ramy prawne nie pozwalają na takie traktowanie budżetu samorządowego. Nad wszystkim czuwają Regionalne Izby Obrachunkowe, które pilnują wydawania publicznych środków. Dlatego nie mam wrażenia, że prowadzi się rozrzutną politykę finansową, czy tworzy „budżety wyborcze” w negatywnym tych słów znaczeniu. Chociaż, oczywiście, nie można wykluczyć, że takie sytuacje mają czasami miejsce – mówi badaczka Magazynowi Samorządowemu GMINA.

Informacja to nie agitacja

Jednak oznaki ruszającej kampanii wyborczej przed jesiennymi wyborami widać nie tylko w debatach budżetowych. W Nysie w województwie opolskim pojawiły się billboardy samorządowców Platformy Obywatelskiej, z których dowiedzieć się można, w jaki sposób wywiązują się oni ze swoich wyborczych obietnic. Lokalni działacze PO w akcji bilboardowej nie widzą nic złego i tłumaczą, że w ten sposób informują mieszkańców, jak wywiązują się z powierzonego im mandatu. – Startowaliśmy w 2010 r. z trzema postulatami, obietnicami, które spełniliśmy, ponieważ są w fazie realizacji. Lokalne media i organizacje nie informują rzetelnie o naszych działaniach, stąd taka kampania – przekonuje Daniel Palimąka, który jest jednocześnie rzecznikiem PO w regionie. Opozycja z PiS grzmi, że to nic innego, jak start kampanii wyborczej jeszcze przed ogłoszeniem terminu wyborów.

Bilboardowa strategia opolskiej PO nie jest jednak naciąganiem prawa. Jak mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Krzysztof Lorentz z Krajowego Biura Wyborczego, informowanie o swoich działaniach przez radnych jest nie tylko zgodne z prawem ale i pożądane. – Osoba sprawująca funkcję publiczną ma obowiązek informowania o tym, jak sprawuje swój mandat – mówi. Dlatego, jego zdaniem, nie ma mowy o prowadzeniu przedwczesnej kampanii. Co innego, gdyby na takich plakatach znalazła się informacja o tym, że dana osoba zamierza kandydować w zbliżających się wyborach – i hasła wyraźnie namawiające do głosowania na nią. Taka treść to zgodnie z obowiązującym Kodeksem Wyborczym agitacja wyborcza, która może być prowadzona dopiero po ogłoszeniu oficjalnego terminu wyborów. Zgodnie z prawem, oficjalnie wybory zarządza i ustala prezes Rady Ministrów. Powinien to zrobić nie wcześniej niż na 4 miesiące i nie później niż na trzy miesiące przed upływem kadencji.

Oznacza to, że oficjalnie kampania ruszy od momentu wydania rozporządzenia premiera o wyborach, a to może zgodnie z kodeksem nastąpić najwcześniej 21 lipca, a najpóźniej – 21 sierpnia. Paradoksalnie, lepiej wiemy, kiedy pójdziemy do urn. Jak poinformował szef Krajowego Biura Wyborczego, Kazimierz Wojciech Czaplicki, będzie to 16 listopada.

niedziela, 29 grudzień 2013 23:57

POMYSŁY MIESZKAŃCÓW ZA BUDŻETOWE PIENIĄDZE

Płacę – więc wymagam. Jedno z podstawowych praw rządzących gospodarką rynkową zaczyna święcić triumfy w samorządzie. Polacy chcą współdecydować o tym, na co przeznaczane są ich podatki. Jak kraj długi i szeroki, budżety partycypacyjne – zwane również obywatelskimi – stały się hitem wśród mieszkańców.

Już kilkadziesiąt polskich miast zgodziło się na to, by ich mieszkańcy decydowali, na co zostanie przeznaczona część ich budżetów. W głosowaniach organizowanych przez samorządy biorą udział dziesiątki tysięcy ludzi.

Tak integruje się mieszkańców

Zdaniem promotorów partycypacji obywatelskiej, stanowi ona kwintesencję demokracji lokalnej, a możliwość podpowiadania samorządowi przez mieszkańców, na co powinien przeznaczyć część budżetowych pieniędzy, to strzał w dziesiątkę.

– W ten sposób buduje się kapitał społeczny. To angażuje obywateli w decyzje o lokalnych wydatkach i daje możliwość skutecznego dialogu mieszkańców z ich reprezentantami. Ludzie widząc, że mają wpływ na to, co dzieje się w ich otoczeniu, tym chętniej się angażują – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Ewa Stokluska z Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”, członek Rady ds. budżetu partycypacyjnego przy Prezydencie m. st. Warszawy.

Wydatki, o których decydują obywatele, to co prawda tylko 0,5-1,5 proc. budżetów poszczególnych miast. O reszcie nadal decydują prezydenci i radni. Współdecydowanie o wydatkach integruje mieszkańców, pielęgnuje patriotyzm lokalny, daje im wiedzę o miejskich finansach i pozwala realizować te inwestycje, których ludziom najbardziej brakuje. Partycypowanie przez mieszkańców w podziale budżetowych pieniędzy służy też kreowaniu lokalnych liderów.

Brazylijski przykład

Na czym polega istota budżetu partycypacyjnego? Sprawa nie jest skomplikowana. Najpierw mieszkańcy przesyłają projekty swojego autorstwa. Najczęściej dotyczą one spraw najprostszych. Może to być budowa ścieżki rowerowej, rewitalizacja parku, budowa placu zabaw na nowym osiedlu lub nowego żłobka. Gdy lista zostanie zamknięta, urzędnicy – razem z ekspertami – weryfikują te pomysły. Sprawdzają, czy inwestycję da się zrealizować zgodnie z prawem i czy koszty przyjęte w projekcie zostały prawidłowo oszacowane. Te projekty, które przejdą weryfikację, biorą udział w konkursie. Mieszkańcy głosują i wybierają ten, który ich zdaniem najlepiej odpowiada ich potrzebom. Zwycięskie projekty są wpisywane do budżetów miast i realizowane.

Chociaż w Polsce budżety partycypacyjne to nowość, sama idea ma już długą historię. Pomysł narodził się dwadzieścia lat temu w brazylijskim Porto Alegre. W tym mieście najpierw mieszkańcy decydowali o podziale środków na osiedlu, potem w dzielnicy, w końcu – na poziomie całego miasta. Przygotowany przez mieszkańców budżet partycypacyjny trafiał do radnych i burmistrza, a ci przyjmowali go bez zmian. Od czasu jego wprowadzenia w Porto Alegre znacząco poprawiły się warunki życia. Ulice wypiękniały, a odsetek domów z dostępem do prądu i bieżącej wody z roku na rok rośnie.

Eksperyment przeprowadzony w Brazylii szybko zyskał rozgłos, a pomysł zaczął być kopiowany na całym świecie. Dziś jest już stosowany w tysiącach miast, od Ameryki Południowej po Europę. Władze hiszpańskiej Sewilli od 2004 roku zachęcają mieszkańców do współudziału w tworzeniu miejskiego budżetu. Decyzję o odsetku budżetu miejskiego przeznaczonego do decyzji obywateli co roku podejmuje rada miasta. Budżet partycypacyjny staje się coraz popularniejszy w Wielkiej Brytanii. Od 2006 roku ponad 150 gmin przyłączyło się do rządowego programu zachęcającego do stosowania tego rozwiązania. Modele stosowane w poszczególnych gminach odpowiadają na aktualne potrzeby lokalnych społeczności. Na przykład w Tower Hamlets – dzielnicy Londynu – władze co roku wydają 2,5 miliona funtów w ramach budżetu partycypacyjnego.

Brazylijski pomysł na polski grunt przeszczepili lokalni społecznicy. Pierwszy z głosem mieszkańców zmierzył się Sopot. Cztery lata temu na budżet partycypacyjny przeznaczył cztery miliony złotych. Sopocianie, wbrew obawom urzędników, nie przeznaczyli pieniędzy na festyny, lecz wydali je na pojemniki do segregacji śmieci.

Miliony do wydania

Rekordowa pod tym względem okazała się w tym roku Łódź. Władze miasta do dyspozycji mieszkańców przeznaczyły 20 milionów złotych. Zainteresowanie było ogromne, w głosowaniu wzięło udział ponad 100 tysięcy ludzi. Prace nad budżetem partycypacyjnym przeprowadzono w sposób wzorcowy. Już w połowie 2012 roku powołany został zespół ds. budżetu obywatelskiego. Zespół liczy 23 osoby, a w jego składzie znaleźli się przedstawiciele Rady Miejskiej, organizacji pozarządowych, rad osiedli, Urzędu Miasta Łodzi, a także Uniwersytetu Łódzkiego.

Szczególnie chwalony jest model budżetu partycypacyjnego funkcjonującego w Dąbrowie Górniczej. W tym roku mieszkańcy po raz pierwszy mogą zdecydować, na co w przyszłym roku zostaną wykorzystane pieniądze z ich podatków – pięć milionów złotych. Kwota ta zostanie podzielona pomiędzy 27 dzielnic miasta (kwoty od 53 do 380 tys. zł). Wśród projektów znalazły się m.in. place zabaw, parkingi, boiska, skwery w dzielnicach, remonty chodników, renowacje miejskich alejek, rewitalizacja osiedli. Każdy mieszkaniec ma możliwość zagłosować na projekty proponowane do zrealizowania w jednej z dzielnic. Głosy można oddawać na trzy sposoby: przez internet na stronie twojadabrowa.pl, w punkcie konsultacyjnym w dzielnicy, albo w Biurze Obsługi Klienta w Urzędzie Miejskim. Udział w głosowaniu mogą wziąć wszyscy mieszkańcy, którzy ukończyli 16 lat. W przyszłym roku zostaną zrealizowane te projekty, które zbiorą najwięcej punktów. Wyniki mają być znane 13 grudnia.

– Z początku spotykaliśmy się ze złośliwymi uwagami mieszkańców: po co mamy wyręczać radnych, od czego jest władza. Jednak mieszkańcy szybko przekonali się do tej idei. Wpłynęło 250 projektów, a w głosowaniu brało udział 23 tysiące osób. Więc osiągnęliśmy prawie 20-procentową frekwencję, ponieważ w naszym głosowaniu mogli również głosować 16-latkowie. Zaczynamy pracę nad kolejną edycją budżetu – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Piotr Drygała, kierownik biura organizacji pozarządowych z Dąbrowy Górniczej.

Mieszkańcy Wałbrzycha zdecydowali z kolei, że w ich mieście rozbudowane zostanie hospicjum stacjonarne. Właśnie to przedsięwzięcie zdobyło największe poparcie podczas głosowania, które odbyło się w ubiegłym miesiącu. W sumie, w Wałbrzychu w budżecie partycypacyjnym na 2014 rok jest 2,2 miliona złotych na projekty lokalne oraz 1,8 miliona na przedsięwzięcia ogólnomiejskie.

Na zwycięski projekt ogólnomiejski o nazwie „Rozbudowa Hospicjum Stacjonarnego, podniesienie jakości opieki nad chorymi i ich Rodzinami” głosowało prawie 4 tysiące mieszkańców. Koszt realizacji inwestycji to 1,45 mln zł. Poparcie mieszkańców uzyskały też projekty o znaczeniu dzielnicowym. Wśród nich do realizacji wybrano m.in. urządzenie placów zabaw dla dzieci, centrum spotkań mieszkańców, ścieżki zdrowia, budowę parkingu, boiska sportowego, zagospodarowanie terenów zielonych oraz odnowienie schodów. Projekty, które otrzymały najwięcej głosów, zostaną wpisane do budżetu miasta na przyszły rok.

Ostatecznie w konkursie w Wałbrzychu wystartowało 120 projektów. – 84 lokalne i 36 ogólnomiejskich. Każdy mieszkaniec Wałbrzycha, który ukończył 16 lat, mógł oddać swój głos na trzy projekty lokalne i trzy ogólnomiejskie. Władze miasta zapowiadają, że jeżeli po ich realizacji w budżecie będą jeszcze pieniądze, zostaną wykorzystane na kolejne inwestycje z listy rezerwowej. Aby było sprawiedliwie, każda z dzielnic otrzymała na swoje projekty część pieniędzy proporcjonalną do liczby jej mieszkańców. To już drugi projekt Wałbrzyskiego Budżetu Partycypacyjnego. W ubiegłym roku na pomysły mieszkańców przeznaczono 3 mln zł.

Propozycje inwestycji z budżetu partycypacyjnego zbiera też Toruń. Tu na realizację potrzeb zgłaszanych przez mieszkańców miasta przeznaczono 6,4 mln zł. Konkretne pomysły przedsięwzięć –  możliwych do zrealizowania w ramach budżetu obywatelskiego – mogą zgłaszać mieszkańcy Torunia, którzy ukończyli 16 lat. Zgłaszany wniosek musi mieć poparcie co najmniej piętnastu osób i trzeba go złożyć do 16 grudnia. Urzędnicy magistratu spodziewają się, że weryfikacja propozycji potrwa do 21 stycznia 2014 r. Z zadań oznaczonych jako „przyjęte” utworzona zostanie lista projektów, które poddane będą pod głosowanie.

Jeden mieszkaniec może zgłosić jeden projekt ogólnomiejski oraz dwa lokalne – dotyczące okręgu, w którym mieszka. Podczas ostatecznego głosowania każdy z biorących w nim udział będzie mógł poprzeć maksymalnie trzy projekty z jednej listy lokalnej dotyczącej okręgu, w którym mieszka, oraz trzy projekty z listy ogólnomiejskiej. Głosowanie potrwa od 24 stycznia do 3 lutego przyszłego roku. Lista wybranych projektów zostanie ogłoszona w połowie lutego.

Stolica stawia na dzielnice

Do wprowadzenia budżetu obywatelskiego przygotowuje się też stolica. W połowie lipca prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła, że Warszawa – jak coraz więcej miast w Polsce – będzie wdrażać budżet partycypacyjny. Pierwszy raz ma się to stać w 2015 roku. Dzielnice mogłyby zdecydować o przyznaniu na ten cel od 0,5 proc. do 1 proc. swojego budżetu. W skali miasta może to być więc między 21 a 42 mln złotych. Do prac nad swoimi budżetami partycypacyjnymi przyłączyły się wszystkie dzielnice.

Najwięcej procentowo (1 proc. budżetu dzielnicy) chcą przeznaczyć do dyspozycji mieszkańców Ursynów (3 mln złotych), Bemowo (około 2 mln), Ochota (2,1 mln) oraz Wilanów (około 750 tys.). 0,6 proc. budżetu przeznaczy na dzielnicowy budżet partycypacyjny Praga Południe (to około 2 mln złotych). Na najniższą możliwą wysokość zdecydowały się dzielnice: Mokotów (2,5 mln złotych), Białołęka (około 1,2 mln), Bielany (1,5 mln), Śródmieście (2,5 mln), Targówek (około 1,4 mln), Ursus (590 tys.), Wawer (800 tys.), Wesoła (300 tys.), Włochy (około 580 tys.), Żoliborz (660 tys.) oraz Rembertów (271 tys.).

– Zorganizowanie całego przedsięwzięcia to skomplikowany proces, bo w Warszawie w tworzeniu projektów i późniejszym głosowaniu będą mogli brać udział już 14-latkowie. Jesteśmy jednak dobrze przygotowani i wierzymy, że wszystko zakończy się sukcesem – mówi nam Ewa Stokluska.

Skonstruowanie dzielnicowego budżetu partycypacyjnego to długi proces, który będzie trwał prawie rok. Pierwszym krokiem było powołanie przez dzielnice zespołów ds. budżetu partycypacyjnego. 20 stycznia przyszłego roku zarząd dzielnic ogłosi przystąpienie do realizacji budżetu partycypacyjnego. Od 20 stycznia do 9 marca 2014 roku zostanie przeprowadzona ogólnomiejska akcja informacyjna, dotycząca możliwości zgłaszania projektów w danej dzielnicy. W czerwcu przeprowadzone zostanie głosowanie nad projektami zgłoszonymi przez mieszkańców. Zwycięskie projekty zostaną zapisane w budżecie na 2015 rok.

Pieniądze dla sołectwa

Część samorządowców jest jednak zdania, że budżety partycypacyjne to specyfika dużych miast. Tam, gdzie dominują tereny wiejskie, rozwiązaniem skierowanym na współpracę z mieszkańcami są fundusze sołeckie. Są to środki wyodrębnione z budżetu gminy, zagwarantowane na realizację przedsięwzięć służących poprawie życia mieszkańców. Dodatkową zachętą dla gmin do wyodrębniania funduszu sołeckiego jest możliwość otrzymania zwrotu części poniesionych wydatków z budżetu państwa. Zgodnie z ustawą o funduszu sołeckim, w budżecie państwa zagwarantowane są środki na ten cel. Zwrot może dotyczyć 10, 20 lub 30 proc. poniesionych kosztów, zależnie od zamożności gminy, która zdecydowała się wyodrębnić fundusz sołecki. Największy procentowo zwrot otrzymują gminy najbiedniejsze.

– Mamy 22 sołectwa i we wszystkich utworzyliśmy fundusz. I to mieszkańcy w jakiejś mierze decydują o przeznaczeniu tych środków. Czasami mam inne zdanie niż oni, ale szanuję ich decyzję – mówi w rozmowie Magazynem Samorządowym GMINA Tomasz Korczak, burmistrz Międzylesia w województwie dolnośląskim. W samorządach najwyraźniej zaczyna się nowa era.

wtorek, 03 grudzień 2013 22:04

WOJNA CENOWA SZKODZI E-ADMINISTRACJI

Oszczędzanie funduszy to chleb powszedni polskich samorządowców. Jednak, oglądając z obu stron każdą złotówkę, trzeba mieć się na baczności. Informatyzując urząd trzeba brać pod uwagę nie tylko cenę, ale również jakość i możliwości sprzętu elektronicznego. A także całkowite koszty użytkowania: eksploatację, rachunki za prąd czy serwis. Bo może się zdarzyć, że tani sprzęt będzie horrendalnie drogi w użytkowaniu.

Prosty przykład: oto trzeba wyposażyć urząd w sprzęt drukujący. W pierwszej kolejności ogłaszany jest przetarg. Zgodnie z przyjętym zwyczajem, wybierany jest dostawca, który zaproponował najniższą cenę. Na pierwszy rzut oka – wszystko jest w porządku.

Niestety, nie do końca. Szybko może się okazać, że urządzenia kupione tanio są niesłychanie drogie w użytkowaniu. Wymagają ciągłych napraw i, co rusz, nowych części zamiennych. Bo tusz czy toner do taniej drukarki może być dwa razy droższy niż do tej ze średniej półki. Poza tym taka drukarka nie oferuje wielu ekonomicznych rozwiązań, takich jak dwustronny druk, uśpienie sprzętu czy wyznaczanie limitu na zużycie papieru. Na tym nie koniec. Szybko okaże się, że zwykła drukarka nie ma funkcji skanowania ani kopiowania. Potrzebny więc będzie nowy przetarg…

Pułapka niskich cen

W zeszłym roku cena była jedynym kryterium oceny ofert w aż 92 proc. postępowań o zamówienie publiczne. Dla porównania: w całej Europie jedynie 30 proc. przetargów jest rozstrzyganych w ten sposób – wynika z raportu Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

– Nie tylko wykonawcy autostrad, ale też zamawiający usługi i produkty informatyczne czują się zmuszeni do wyboru wykonawcy z najniższą ceną – potwierdza Marcin Strzałkowski, prezes InteliWise, firmy specjalizującej się w dostawie rozwiązań technologicznych m.in. do jednostek samorządu terytorialnego.

Niestety, skutki takich praktyk są opłakane. Przede wszystkim prowadzą do nadmiernego obciążenia budżetu. Przykładem może być wspomniany sprzęt drukujący. Koszt rocznego utrzymania 100 drukarek to 130 tys. złotych, a tysiąca – ponad milion. Te kwoty można by zmniejszyć – i to nawet o 30 proc. rocznie – dzięki zastosowaniu aktywnego zarządzania obiegiem dokumentów lub poprzez dzierżawę sprzętu. Tyle że samorządowi włodarze rzadko decydują się na takie rozwiązania.

- Urzędy, które uznają cenę za jedyne kryterium wyboru, często fundują sobie żenująco niskiej jakości systemy IT. Albo podejmują współpracę z niewiarygodnymi firmami, które niekiedy nie są w stanie zrealizować kontraktów, choćby z powodu upadłości – wskazuje Strzałkowski. – Dzieje się tak, ponieważ zgodnie z procedurami nawet ci wykonawcy, którzy nie mają najmniejszego doświadczenia w ramach przedmiotu przetargu, proponują najniższe oferty, a dopiero potem szukają referencji na rynku, wręcz je kupując – dodaje.

Rewolucja cyfrowa w urzędach

Administracja staje się coraz ważniejszym klientem dla firm informatycznych. Przykładem jest Comarch, który przez wiele lat nie doceniał tego rynku. Tymczasem w ubiegłym roku zarobił ponad 100 milionów złotych na kontraktach z sektorem publicznym. Również spółka SAP wiąże duże nadzieje z tym sektorem rynku.

– Rosnące zainteresowanie mieszkańców e-usługami napędza popyt na zaawansowane narzędzia elektroniczne – tłumaczy Marek Głazowski, dyrektor ds. sektora publicznego w SAP Polska. – Potwierdzeniem jest współpraca i zastosowanie rozwiązań naszej firmy nie tylko przez organy administracji centralnej, ale też samorządy, choćby Urząd Miasta Stołecznego Warszawa.

Sęk w tym, że wraz z liczbą przetargów rośnie liczba dostawców, którzy zawyżają swoje możliwości, a zarazem obniżają stawki, byle tylko zdobyć kontrakt. Rywalizacji cenowej często nie są w stanie wygrać przedsiębiorcy, których oferta jest korzystniejsza z innych powodów, np. jakości, terminu dostawy czy gwarancji. Do tej pory słyszeliśmy o tym głównie w kontekście przedsięwzięć budowlanych i drogowych. Ale problem dotyczy także projektów technologicznych.

Za wojnę cenową odpowiadają też zleceniodawcy. I przynajmniej do pewnego stopnia trudno im się dziwić. Dlaczego? Projekty informatyczne w sektorze publicznym często okazują się bardziej złożone, a przez to obciążone większymi kosztami, niż uruchomienie go w prywatnych przedsiębiorstwach. Stąd bierze się pokusa, by tu i ówdzie coś uszczknąć i zaoszczędzić w budżecie.

– Struktura organizacyjna wielu urzędów jest mniej elastyczna i bardziej złożona niż w prywatnych firmach, zaś urzędowe procedury, m.in. prawo zamówień publicznych, uniemożliwiają elastyczność – wyjaśnia dyrektor Głazowski. – Kluczowym elementem, wyróżniającym sektor publiczny, są też problemy formalne. Często się zdarza, że prosta z informatycznego i technicznego punktu widzenia modyfikacja wymaga wprowadzenia zmian w rozporządzeniach, a nawet w ustawie – dodaje.

Za błędy zapłaci podatnik

Część nawet niewielkich samorządów już zdało sobie sprawę, jak istotną inwestycją jest sprawny system informatyczny. Jedną z takich gmin jest Czerwonak w województwie Wielkopolskim, który może się poszczycić rozbudowaną infrastrukturą IT. Składa się na nią m.in.: 15 serwerów, 35 laptopów, 80 stacji roboczych, dwie sieci i dwa łącza dostępu do Internetu, a także system łączności wykorzystujący technologię GSM, pozwalający na pełną mobilność pracowników.

– Dla nas najlepsza oferta to ta, która spełnia nasze oczekiwania – deklaruje Tomasz Fiedler, starszy informatyk i zastępca kierownika działu ochrony danych i teleinformatyki w gminie Czerwonak. – Dlatego przy każdym przedsięwzięciu teleinformatycznym, oprócz ceny, bierzemy pod uwagę wiele innych czynników, takich jak marka produktu, serwis gwarancyjny i pogwarancyjny, szybkość reakcji na zgłoszenia dotyczące usterek i awarii czy konieczności dostarczenia części zamiennych – podkreśla.

– Kluczem do sukcesu jest zarówno wybór odpowiedniego sprzętu, jak i wyłonienie dostawcy z właściwymi kompetencjami i doświadczeniem. Między innymi dlatego jego urząd nie organizuje przetargów, lecz konkursy ofert, na co pozwala art. 4 pkt 8 ustawy Prawo zamówień publicznych, dotyczący zakupów poniżej progu przetargowego, czyli 14 tys. euro – dodaje. Zbyt korzystna cenowo oferta zawsze wzbudza naszą czujność i podejrzliwość.

Oczywiście, konkurencyjność – mierzona także coraz niższymi kosztami pozyskiwania usług czy systemów – jest rzeczą pożądaną. – Zamawiający powinni brać również pod uwagę takie czynniki, jak jakość oferowanego rozwiązania, możliwości modyfikacji, niezawodność systemu i koszy utrzymania – wymienia Paweł Kozyra z Comarchu. – Oferty poniżej cen rynkowych powinny zostać wyeliminowane, bo ostatecznie płacą za to podatnicy – dodaje. 

wtorek, 03 grudzień 2013 22:03

ŚMIECIOWY PROBLEM GMIN

Wprowadzona z wielkim hukiem ustawa śmieciowa nie działa. Kontrolerzy przyjrzeli się dziesięciu procentom polskich gmin i sprawdzili jak funkcjonują nowe przepisy. Wnioski są zatrważające – w większości miejscowości odpady nie są segregowane, a nowe dzikie wysypiska zamiast znikać – powstają.

Na razie kontrolą objęto zwłaszcza te samorządy, w których opłaty za odbiór śmieci są bardzo niskie. Efekty mówią same za siebie. Tylko jedna trzecia skontrolowanych gmin radzi sobie z wdrożeniem nowych regulacji. W sumie Główny Inspektorat Ochrony Środowiska weźmie pod lupę ponad 250 gmin w całej Polsce. Najczęściej jednak rzeczywistość pozostawia wiele do życzenia, a niekiedy dochodzi do sytuacji wręcz kuriozalnych.

Na niefrasobliwe samorządy posypały się kary. W pierwszej kolejności dostały je te gminy, w których w ogóle nie przeprowadzono przetargów. Mandaty w wysokości 50 tysięcy złotych dostało 17 samorządów. – Informacje spływają, więc trudno powiedzieć jakie będą końcowe wyniki. Cały raport  powinien powstać do roku – mówi Magazynowi Samorządowemu „GMINA” Kinga Dębkowska, specjalista ds. komunikacji społecznej w Głównym Inspektoracie Ochrony Środowiska.

– Postępujemy zgodnie z prawem – podkreśla w rozmowie z „Gminą” Mariusz Kozaczek, wójt Lubrzy, w której nie odbył się przetarg. – Nie może być kontroli, która jest na coś nastawiona, a udaje, że pewnych rzeczy nie widzi, bądź udaje, że coś jest inaczej, niż rzeczywiście obowiązuje. Nasz zakład budżetowy, który wozi śmieci, działa legalnie na obowiązujących przepisach – zaznacza. Jednak w przypadku Lubrzy uwagi dotyczyły też braku Punktu Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych.

Wśród ukaranych są m.in. Zielona Góra, Świdnica, Sopot oraz Hel. Przetargu nie rozpisały też Piekary Śląskie – zrezygnowano tam z postępowania, ponieważ stwierdzono, że dotychczasowy system działał jak należy. – Trudno mi zrozumieć funkcjonariusza publicznego, jakim jest burmistrz, który publicznie odmawia wykonania obowiązującego prawa – mówił w RMF FM szef ministerstwa środowiska, Marcin Korolec. Ukarane natomiast nie będą te samorządy, które przetargi rozpisały, ale nie zdążyły z ich rozstrzygnięciem. Takich samorządów, według danych ministerstwa środowiska, jest w całym kraju 147.

Odbiór śmieci raz na kwartał

Jednak nawet tam, gdzie przeprowadzono przetarg, sytuacja daleka jest od ideału. Takim przykładem jest Hrubieszów w województwie lubelskim. Tu wyłoniono w przetargu firmę, ale odpady miały być wywożone… raz na trzy miesiące. Inspektorzy ochrony środowiska przeprowadzili kontrolę i stwierdzili, że taka sytuacja jest nie do przyjęcia. W protokole pokontrolnym znalazło się zalecenie, żeby wywóz odpadów był częstszy. Władze gminy zobowiązały się do wprowadzenia w życie wniosków z protokołu. – Umowa na wywóz obowiązuje do końca roku. Do tego czasu mieszkańcy mogą w razie potrzeby poprosić o wcześniejszy odbiór nieczystości. Firma miałaby na to 14 dni – mówi Jan Mołodecki, wójt Hrubieszowa.

Inny przykład, tym razem z Przyłęku w województwie mazowieckim: Zgodnie z oficjalnymi danymi mieszkaniec tej gminy produkuje rocznie 32 kilogramy śmieci. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju produkuje ich… dziesięć razy więcej. Czyżby Przyłęk był najczystszą gminą w Polsce? Raczej nie. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że odpady zamiast trafić do odpowiedniego pojemnika – hurtem trafiają do lasu. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Dwie trzecie skontrolowanych gmin ma problem z osiągnięciem wymaganego w tym roku 10-procentowego poziomu odzysku szkła, papieru, plastiku czy metali, 30-procentowego poziomu unieszkodliwiania gruzu, czy 50-procentowego poziomu utylizacji odpadów biodegradowalnych.

Dzikie wysypiska jak grzyby po deszczu

Ale nowe prawo ma też nieprzewidziane skutki. W Chomęcicach koło Poznania powstało nielegalne wysypisko śmieci. Właściciel ziemi podpisał umowę z dostawcą, twierdząc że będzie śmieci segregował. Żeby prowadzić składowisko, na którym segregowane są odpady, trzeba mieć zgodę starostwa powiatowego. Tego rodzaju działalność musi być dopuszczona w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Nikt z Chomęcic jednak o takie pozwolenie nie występował.

Właściciel gruntu widocznie nie zdawał sobie sprawy na co się decyduje. – Robię, co mogę, żeby rozwiązać umowę z firmą, która odpady przywozi. Sądziłem, że to będzie inaczej wyglądało. Przywiozą partię odpadów, posegregują i wywiozą – mówił w rozmowie z „Głosem Wielkopolski”.

Podobny proceder wykryli w połowie października strażnicy miejscy ze Swarzędza. Podczas rutynowego patrolu natrafili na nielegalną sortownię odpadów i wysypisko. Na terenie jednego z gospodarstw rolnych znajdowała się ogromna ilość posegregowanych odpadów i kontenery pełne odpadów czekających na segregację. Na kontenerach widniało logo jednej z firm zajmujących się legalnie zbieraniem i przetwarzaniem odpadów na terenie powiatu poznańskiego. W ten sposób firma mogła oszczędzać na utylizacji śmieci. Sprawą zajął się już wojewódzki inspektorat ochrony środowiska. Takim praktykom miało przeciwdziałać montowanie w śmieciarkach urządzeń GPS, tak aby można było sprawdzić, gdzie wywieziono odpady. Problem w tym, że nie wszystkie firmy je stosują.

Winny jest pośpiech

Zdaniem Głównego Inspektora Ochrony Środowiska, Andrzeja Jagusiewicza, bałagan z wdrażaniem ustawy to efekt między innymi tego, że gminy zostawiały wszystko na ostatnią chwilę. W wielu miejscowościach przetargi były rozstrzygane dosłownie ostatniego dnia. – Firmy, które się zajmowały tym do tej pory, niekoniecznie wygrały przetargi, wobec czego opuściły swoją piaskownicę i przestały się bawić w odbiór śmieci. Z kolei te firmy, które nie były pewne, że wygrają, czekały aż wygrają i nie robiły nic przez półtora roku. Kumulacja tych dwóch przyczyn daje taki efekt, że mamy niski w stosunku do oczekiwanych wymagań poziom recyklingu strumieni materiałowych – mówił w rozmowie z Polską Agencją Prasową Jagusiewicz.

Za śmieci przed trybunał

A problem jest naprawdę poważny. Gminy nie radzą sobie z recyklingiem, a tajemnicą poliszynela jest fakt, że odpowiednie zaświadczenie o liczbie odzyskanych opakowań można sobie w Polsce po prostu kupić. Bowiem nad punktami zajmującymi się odzyskiem surowców nikt tak naprawdę nie ma kontroli. Jednak nawet takie sztuczne podnoszenie statystyk nie pomaga. Polska nie wypełnia limitów, za co Komisja Europejska grozi nam sprawą przed Trybunałem Sprawiedliwości.

Czasu na dostosowanie się do obowiązku zostało naprawdę niewiele. Limity muszą być spełnione do  wakacji 2014 r. Wchodząc do UE, Polska wzięła na siebie zobowiązanie, że 60 procent opakowań, które trafią na rynek, wróci do producenta. Na razie udaje nam się to zaledwie w połowie. W takich krajach jak Luksemburg, Belgia, Szwajcaria czy Szwecja prawie każda sprzedana szklana butelka wraca do producenta i zostaje poddana recyklingowi. W Polsce, według Europejskiej Federacji Opakowań Szklanych, zaledwie 45 proc. Tymczasem polskie samorządy miały półtora roku na przygotowanie się do nowego systemu – przeprowadzenie przetargów na odbiór śmieci, wprowadzenie nowych opłat śmieciowych i zebranie deklaracji od właścicieli nieruchomości. To czas, który najwyraźniej przeciekł między palcami.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:35

BATALIA W STOLICY DOBIEGŁA KOŃCA. PREZYDENT ZOSTAJE!

Hanna Gronkiewicz-Waltz ocaliła stanowisko. Referendum mające na celu odwołanie prezydent stolicy okazało się nieważne. W głosowaniu wzięło udział 25,66 proc. wyborców. Aby plebiscyt okazał się wiążący frekwencja musiałaby sięgnąć 29,1 proc.

Przeciwnikom gospodyni warszawskiego ratusza zabrakło naprawdę niewiele: nieco ponad 45 tysięcy głosów. To tyle, ile mieszka w najmniejszej warszawskiej dzielnicy, czyli na Żoliborzu. W referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz wzięło udział dokładnie 343 732 głosujących. Aby plebiscyt był ważny, musiałoby wziąć w nim udział 3/5 liczby wyborców, którzy uczestniczyli w wyborze prezydent Warszawy w 2010 roku. Trzy lata temu głosowało ich 649 049. Oznaczało to, że referendum byłoby wiążące, jeśli zagłosowałoby co najmniej 389 430 osób, a większość głosowała za odwołaniem prezydent przed upływem kadencji. W niedzielę 13 października 94,86 procent głosujących opowiedziało się za odwołaniem prezydent Warszawy, przeciwnych było 5,14 procent. Ale podział głosów był w tej sytuacji drugorzędny.

Po pierwsze frekwencja

Bo, że to właśnie frekwencja będzie miała najistotniejsze znaczenie dla referendum, wiadomo było od początku. W Polsce do urn chodzi zwykle około połowy uprawnionych do głosowania. Gdy głosowanie odbywa się przed terminem, lub dotyczy kwestii lokalnych, jest ich jeszcze mniej. Stąd kampania wyborcza przed referendum skupiła się właśnie na frekwencji. Hasłem kampanii prowadzonej przez Platformę stało się więc: „Popieram Hankę, nie idę na referendum” i „Wybieram za rok, nie idę na referendum”.

– Dla polityków i politologów nie jest tajemnicą, że w referendach w sprawie odwołania wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast znacznie łatwiej zmobilizować elektorat negatywny niż zwolenników władzy. Jeśli kogoś coś boli, to jest znacznie bardziej aktywny, niż ten, kto władze popiera – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Bartłomiej Biskup, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Strategia rządzącej partii była więc prosta: zniechęcić do udziału w referendum zwolenników urzędującej pani prezydent. Platforma głosami swoich polityków nawoływała do bojkotu referendum: w akcję zaangażował się sam premier Donald Tusk, a pozostanie w domu zapowiadał nawet Bronisław Komorowski. Przeciwnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz mobilizowali natomiast swoich zwolenników, nawołując do wywiązania się z obywatelskiego obowiązku.

Styl i hasło, pod jakim swoją kampanię prowadziła Platforma, potępiała nie tylko opozycja. Zagrożenie w zniechęcaniu wyborców do głosowania widzą też eksperci. Zdecydowanie taką postawę potępia prof. Jacek Raciborski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Przywódcy nie mogą zapominać o fundamentach demokracji – mówił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. – Nawet, gdy w istocie są cyniczni, to muszą pamiętać, że całe uzasadnienie ich władzy, ich dostojeństwo tkwi właśnie w tych odświętnych wartościach – podkreślił. Działacze PO tłumaczyli jednak, że absencja w głosowaniu referendalnym jest takim samym wyborem, jak wrzucenie do urny kartki w obronie urzędującej prezydent.

Najwyższa frekwencja w Śródmieściu, najniższa na Wilanowie

Do urn najmniej chętnie poszedł Wilanów – tradycyjnie wspierający PO. W warszawskim mateczniku rządzącej partii frekwencja wyniosła 20,56 proc. Niechętne odwołaniu Hanny Gronkiewicz-Waltz były też Białołęka 22,98 proc. i Bemowo 23,62 proc. Najchętniej z kolei do referendum poszli mieszkańcy Wawra, Pragi-Północ oraz Bielan. Tam frekwencja wyniosła odpowiednio 27,91 proc., 27,85 proc. i 27,43 proc. Paradoksalnie, najwyżej w tym zestawieniu znajduje się Wawer – dzielnica Hanny Gronkiewicz-Waltz. Co ciekawe, frekwencja w referendum była ściśle związana z sytuacją gospodarczą w poszczególnych dzielnicach. W dzielnicach, gdzie poziom frekwencji był niższy, poziom bezrobocia również był relatywnie niższy. I tak np. w Wilanowie, gdzie frekwencja wyniosła 20,56 proc., poziom bezrobocia był również najniższy: niewiele ponad 2 proc.. Z kolei w dzielnicy Praga-Północ, gdzie frekwencja osiągnęła drugi najwyższy wśród dzielnic poziom (27,85 proc.), liczba bezrobotnych jest najwyższa wśród stołecznych dzielnic i sięga ponad 7 proc. – Platforma ma tradycyjnie większe poparcie u ludzi zamożniejszych. Stąd może wynikać różnica we frekwencji – mówi Bartłomiej Biskup.

Sami zwycięzcy, przegranych brak

Inicjatorem referendum była Warszawska Wspólnota Samorządowa, której liderem stał się burmistrz Ursynowa, Piotr Guział. Podpisy pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum zbierały też m.in. PiS i Twój Ruch (do niedawna Ruch Palikota). Organizatorzy zarzucali Gronkiewicz-Waltz m.in. podwyżki cen biletów, nieprzygotowanie miasta do przejęcia gospodarki odpadami od 1 lipca tego roku, źle prowadzone inwestycje i rozrost biurokracji.

Od początku zwolennicy referendum starali się nadać plebiscytowi charakter obywatelski i ponadpartyjny. – To inicjatywa obywatelska, ponadpartyjna, oddolna, umocowana w konstytucji, bo to ona daje obywatelowi prawo do referendum – mówił w rozmowie z „Super Ekspresem” Piotr Guział. Rządzący dzielnicą Ursynów lider Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej zmontował wokół swojej inicjatywy egzotyczną koalicję właściwie wszystkich liczących się w stolicy ugrupowań. Murem za Guziałem stanęło choćby PiS, angażując w kampanię całą swoja machinę partyjną. Do odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz nawoływał też Twój Ruch, Solidarna Polska, PJN oraz Republikanie Przemysława Wiplera. Przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz opowiedział się też popularny warszawski polityk Ryszard Kalisz – do niedawna w SLD, dziś lider stowarzyszenia „Dom wszystkich Polska”.

I podobnie, mimo że Hanna Gronkiewicz-Waltz pozostała na stanowisku, swój sukces ogłosiły jednak wszystkie ugrupowania zaangażowane w referendum. – Prawda jest taka, że to my, ludzie lewicy obroniliśmy Hannę Gronkiewicz-Waltz przed Jarosławem Kaczyńskim – dowodził w TVP Info Dariusz Joński, rzecznik SLD. Sojusz – jako jedyna partia opozycyjna – nie wezwał swoich zwolenników do udziału w głosowaniu. „Patrząc na liczbę triumfujących w referendum, to będę musiał napisać, że to sympatycy PSL w stolicy, choć nieliczni, przechylili szalę ;)” - napisał na Twitterze Krzysztof Kosiński, rzecznik PSL. Wątpliwości co do dobrze wykonanego zadania nie mają też politycy Prawa i Sprawiedliwości. – Udało się nam zmobilizować do pójścia w tym bardzo trudnym, niekonstytucyjnym referendum 340 tys. warszawiaków. Oni zdali egzamin z demokracji. Niedzielna mobilizacja to jest progres, jednak ja się nie cieszę, bo chodziło o to, żeby referendum było ważne – komentował Adam Hofman. Zdecydowanie krytyczny wobec wyniku referendum jest jedynie Piotr Guział, który jednak zaraz po ich ogłoszeniu mówił o triumfie niezależnych samorządowców. Burmistrz Ursynowa zmienił jednak zdanie i dziś przyznaje się do porażki. – Nie można uciec od słowa porażka, ja biorę pełną odpowiedzialność za tę porażkę – skomentował wyniki warszawskiego referendum na antenie TVN24.

Trzecia kadencja pani prezydent?

Dumy ze zwycięstwa nie kryje natomiastHanna Gronkiewicz-Waltz – i po zwycięstwie w niedzielnym referendum stara się iść za ciosem. Prezydent stolicy zapowiedziała już, że zamierza walczyć o kolejną kadencję. Stwierdziła też, że warszawskie referendum było przedsięwzięciem czysto politycznym i w przyszłości trzeba starać się ograniczyć podobne przedsięwzięcia. Jej zdaniem można by to zrobić, podnosząc próg ważności referendum. Prezydent stolicy na odbudowę społecznego zaufania ma rok. Wybory samorządowe już za niecałe 12 miesięcy.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:34

NUREK ZBIERA OWOCE REWOLUCJI

Rewolucja śmieciowa ma niespodziewanych zwycięzców. Nie są to jednak mieszkańcy, którzy mniej płacą za odpady. Największymi wygranymi są bezdomni i drobni złodzieje. To w ich ręce trafiają mozolnie posegregowane przez lokatorów kilogramy puszek i makulatury.

Scenariusz zazwyczaj wygląda podobnie. Wcześnie rano, zanim jeszcze przyjedzie śmieciarka, pod wypełnione makulaturą czy puszkami kontenery podjeżdża niewielki furgon. Wysiada z niego kilku mężczyzn i błyskawicznie ładuje odpady. Chwile później auto odjeżdża, a po aluminium czy makulaturze nie ma już śladu. Proceder śmieciowej kradzieży dotyczy głównie miast i miasteczek, gdzie na osiedlach wystawione są pojemniki do segregacji. A śmieciowi złodzieje mają z czego wybierać.

Zbieracze zainteresowali się tymi odpadami, odkąd weszły w życie przepisy nakazujące mieszkańcom ich sortowanie. W miastach mieszkańcy osiedli wyrzucają śmieci zazwyczaj do zbiorczych kontenerów oznaczonych odpowiednim kolorem i symbolem. Żeby je wybrać, najczęściej wystarczy przechylić pojemnik.

Pieniądze leżą na ulicy. Dosłownie

Sytuacja – na pozór śmieszna – może stać się jednak dużym problemem dla gmin. Bo w myśl nowych przepisów to one są właścicielami odpadów i muszą rozliczać się z prowadzonej gospodarki śmieciowej. Chodzi o liczbę odebranych surowców wtórych w stosunku do pozostałych opadów. Jeżeli ich zakontraktowana ilość nie będzie się zgadzać, samorząd zapłaci karę.

W Szczecinie takich pojemników są setki. Ustawiono je na każdym osiedlu. – Oczywiście zdarzają się takie sytuacje. Sam dwa razy widziałem, jak tacy panowie wyjmowali makulaturę i puszki z pojemników na segregację. Zabierają tyle, ile mogą udźwignąć – mówił w rozmowie z lokalnymi mediami Marek Jakubowski, wiceprezes MPO Szczecin. Sam proceder nasila się szczególnie wtedy, gdy rosną ceny surowców w skupach.

O ile w Szczecinie odpady kradną drobni złodzieje, o tyle w Jeleniej Górze proceder ten przyjął bardziej zorganizowany charakter. Grzegorz Demuth, kierownik działu wywozu i oczyszczania w MPGK, kilkakrotnie miał sygnały o kradzieżach od swoich pracowników. Na widok śmieciarki, złodzieje zawsze szybko odjeżdżają. – Sygnałów o podbierającym nam makulaturę, jasnym busie, mieliśmy już kilka – informuje Demuth.

Wszystko wskazuje na to, że osoby zamieszane w ten proceder zwietrzyły okazję do łatwego zarobku. A zysk z takiego procederu jest naprawdę niezły: w skupie za każdy kilogram makulatury można dostać 25 groszy. To niewiele, ale gdy dostarczy się ich setki kilogramów, to już niezły zarobek. Jeszcze lepiej wyglądają ceny puszek. Kilogram to nawet 3,50 złotych. Łatwo więc policzyć, że za dziesięć kilo można dostać 35 złotych. Z punktu widzenia zbieracza, pieniądze leżą dosłownie na ulicy.

Światło, kamera!... Śmieci!

– Codziennie przychodzą do nas dziesiątki osób. Jedni dorabiają w ten sposób do emerytury czy renty, inni po prostu zbierają na alkohol – mówi nam pracownik jednego ze skupów w Jeleniej Górze. O nietypowym problemie wie już miejscowa policja, która przyznaje, że do tej pory częściej zdarzały się przypadki podrzucania odpadów, a nie ich podbierania. Problem w tym, że jednorazowa wartość skradzionych śmieci jest trudna do oszacowania, a bez tego policja nie może wszcząć postępowania. Jednak nawet jeżeli to się uda, to i tak sytuacja nie jest prosta: bo przestępstwo to kradzież na kwotę wyższą niż 250 złotych. Czyli, aby je popełnić jednorazowo, trzeba by ukraść tonę makulatury… Wystarczy więc kraść jej na każdym z osiedli na przykład po 50 kilogramów.

– Pracownicy firm zbierających śmieci podejrzewają, że ktoś im je podbiera. W całej sprawie chodzi o to, żeby określić wartość skradzionych przedmiotów. Jeśli pokrzywdzony podmiot będzie w stanie określić, jaka była to kwota, wówczas będziemy mogli wszcząć postępowanie. Szczególnie, jeśli będzie chodzić o sumę przekraczającą 250 złotych. Jest to nowe zjawisko, dlatego będziemy musieli się zmierzyć z tym problemem i wypracować jakieś jedno rozwiązanie – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” podinspektor Edyta Bargowska z Komendy Miejskiej w Jeleniej Górze.

Jednorazowa kradzież to niewielka strata, jednak – gdy oszacować ilość wszystkich znikających śmieci – pieniądze robią się naprawdę poważne. Według prezesa Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w Jeleniej Górze Włodzimierza Stasiaka, w skali roku może to być nawet 600 tysięcy złotych. Dodatkowo przeszukujący pojemniki na odpady zwykle zostawiają po sobie bałagan, który później trzeba posprzątać. Władzie miasta zapewniają, że tam, gdzie jest to możliwe, przesuną pojemniki na śmieci w zasięg miejskiego monitoringu. Liczą że w ten sposób zniechęcą potencjalnych złodziei.

Przyjadą, potną, zniosą. Pełny serwis

Posegregowane znikające śmieci to nie tylko problem dużych miast. Podobny proceder rozkwitł też w mniejszych miejscowościach. Przykładem może być Brzesko w województwie małopolskim. – Śmieci są dobrze posegregowane i czyste, ponieważ to się kontroluje – mówi Katarzyna Pacewicz-Pyrek, przewodnicząca osiedla Brzezowieckie w Brzesku. Jak przyznaje Janusz Filip, prezes Brzeskich Zakładów Komunalnych, czasami firma nie ma co zbierać. – Zdarza się, że kosze na metal są zupełnie puste – mówi. Najczęściej, zamiast wyrzucać stal i inne metale, mieszkańcy oddają je quasi-firmom śmieciowym, które chętnie je odbiorą, a nawet same potną i zniosą z piętra.

Firmy śmieciowe nie mają problemu ze sprzedażą metali, szkła, butelek z plastiku i makulatury. Bardzo trudno natomiast znaleźć im nabywców na zużytą folię, samochodowe opony i plastikowe opakowania po produktach spożywczych, na przykład po jogurtach.

Podobnie ma się sytuacja w Strzelcach Opolskich. Tu śmieci najczęściej znikają z kontenerów na Osiedlu Piastów Śląskich. Zbieracze podjeżdżają wózkami i szybko ładują do nich całą zawartość, a potem jadą do pobliskiego skupu makulatury czy plastiku. W sumie chodzi o niebagatelną ilość odpadów: mieszkańcy Strzelec Opolskich i okolicznych wsi miesięcznie segregują blisko 80 ton surowców wtórnych. Henryk Nowakowski, prezes przedsiębiorstwa komunalnego, szacuje, że do tej pory zbieracze byli w stanie wywieźć na wózkach nawet dwie tony metali.

Śmieci? Elektrośmieci to dopiero problem!

To, że posegregowane i umyte śmieci to prawdziwa gratka dla złodziei, wiedzą już te gminy, które na selektywną zbiórkę postawiły jeszcze przed wejściem w życie ustawy śmieciowej. Ze znikającymi odpadami od pewnego czasu walczy już Międzylesie na Dolnym Śląsku.

– Zawsze tak było, że śmieci segregowane podkradano. My na tym tracimy, ponieważ mamy mniejsze dochody. Z całą pewnością zawsze był kradziony złom i aluminium – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Tomasz Korczak, burmistrz Międzylesia. Jednak, jak twierdzi, większym problemem dla gmin jest „podkradanie” elektrośmieci. Mechanizm jest prosty. – Pan Kowalski rejestruje firmę, która zbiera elektrośmieci. Przychodzi do szkoły publicznej i proponuje, że kupi tej szkole telewizor, jeśli pani dyrektor zorganizuje akcję, polegająca na zbieraniu starych sprzętów RTV. W szkole organizowana jest zbiórka, a przedsiębiorca zarabia, sprzedając je innym firmom. Zatem z naszego rynku znikają elektrośmieści. Jednak, paradoksalnie, dla nas jest to ogromny problem ponieważ nie możemy osiągnąć wymaganego wskaźnika zebrania elektrośmieci – przez co możemy zapłacić karę – podkreśla Korczak.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:25

KOMUNIKACJA Z WYSOKIM IQ

Kamery na skrzyżowaniach, czujniki w asfalcie, cyfrowe tablice informujące o warunkach jazdy… Polskie samorządy inwestują w zaawansowane technologie, aby po mieście jeździło się szybciej, wygodniej i bezpieczniej. Wydatki na ten cel są możliwe dzięki funduszom unijnym.

Gdańsk w rankingu najbardziej zakorkowanych miast w Polsce, przygotowanym przez portal Korkowo.pl, zajmuje wysokie, 8. miejsce. Samochody poruszają się tam ze średnią prędkością 41 km na godzinę. Mają jednak jeździć co najmniej o 7 proc. szybciej – trzeba tylko poczekać do drugiej połowy przyszłego roku. Wtedy zacznie działać Zintegrowany System Zarządzania Ruchem Tristar, który zrewolucjonizuje komunikację w Trójmieście. Projekt od 2006 roku realizuje technologiczna spółka Qumak we współpracy ze ekspertami z Politechniki Gdańskiej i Fundacji Rozwoju Inżynierii Lądowej.

– Kompleksowe wdrożenie systemu Tristar obejmuje m.in. instalację systemu sterownia ruchem, budowę i wyposażenie dwóch centrów zarządzania w Gdańsku i Gdyni, utworzenie sieci komunikacyjnej, uruchomienie i modernizację ponad 150 rozbudowanych sygnalizacji świetlnych, a także wyposażenie 675 pojazdów transportu publicznego w komputery pokładowe – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Daniel Miłosz, dyrektor Działu Zarządzania Kontraktami Integracyjnymi w firmie Qumak.

Natężenie ruchu pojazdów będą śledzić setki kamer, czujników i pętli indukcyjnych. W ramach systemu funkcjonować będzie ponad sto fotoradarów i kamer, wyłapujących kierowców, którzy blokują skrzyżowania. Ponadto zainstalowane zostaną znaki zmiennej treści, informujące o wypadkach i proponowanych objazdach oraz wolnych miejscach parkingowych.

Sercem ma być komputer dostosowujący sygnalizację świetlną do aktualnego i przewidywanego natężenia ruchu (m.in. na podstawie informacji o kończącym się koncercie, meczu czy innej imprezie masowej). Zaawansowane oprogramowanie IT ma w sposób uprzywilejowany traktować miejskie środki transportu. Między innymi dzięki zamontowanym w tramwajach, autobusach i trolejbusach czujnikom specjaliści z gdańskiego i gdyńskiego centrum zarządzania ruchem będą w tzw. czasie rzeczywistym, czyli na bieżąco, planować trasy i rozkłady jazdy oraz sugerować alternatywne kursy.

– Szacunkowa wartość inwestycji to ponad 184 mln złotych. 85 proc. tej sumy, czyli około 156 mln zł, wyłoży Unia Europejska, co pokazuje, że dotacje z Brukseli pozwalają realizować duże projekty usprawniające zarządzanie miejskimi systemami – mówi „GMINIE” Antoni Pawlak, rzecznik prezydenta miasta Gdańsk.

Polscy liderzy ITS

Tristar to przykład inteligentnego systemu transportowego (ITS). Nazwa została zaakceptowana na pierwszym, światowym kongresie Stowarzyszenia ITS w Paryżu w 1994 r. i oznacza rozwiązania, które stanowią szeroki zbiór różnorodnych technologii (telekomunikacyjnych, informatycznych, automatycznych i pomiarowych) oraz technik zarządzania stosowanych w transporcie w celu ochrony życia uczestników ruchu, zwiększenia efektywności systemu transportowego oraz ochrony zasobów środowiska naturalnego. Co równie ciekawe, w krajowym prawodawstwie pojęcie „ITS” pojawiło się dopiero w ubiegłym roku.

Do najbardziej znanych projektów ITS w Polsce, nie licząc trójmiejskiego, należą przedsięwzięcia zrealizowane w Szczecinie i Krakowie. Jednak i mniejsze samorządy coraz częściej porywają się na takie inwestycje. Przykładem może być inicjatywa Urzędu Miasta w Legnicy – na najważniejszych skrzyżowaniach ulic pojawią się tam detektory ruchu. Za pośrednictwem sieci światłowodowej i radiowej będą przekazywały do centrum zarządzania informacje o zdarzeniach na drogach, co pozwoli na rozładowanie korków. System, który ma powstać do końca 2015 r., pochłonie ponad 21 mln złotych. 85 proc. tej sumy legnicki magistrat pozyskał z funduszy UE.

Celem narzędzi klasy ITS jest odkorkowanie miast i zmniejszenie uciążliwości komunikacyjnych. Ale nie tylko. Chodzi też o zwiększenie bezpieczeństwa w transporcie. – Jeżeli chodzi o funkcjonowanie miasta, do najpopularniejszych rozwiązań należą te związane z bezpieczeństwem, przede wszystkim kamery, czyli monitoring wizyjny. System rozpoznaje wypadek i alarmuje odpowiednie służby – tłumaczy w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Iwona Wciślak, dyrektor ds. rozwoju terytorialnego w IBM Polska.

Pod bezpieczeństwo i komfort podróżowania podpadają również wszelkie działania ograniczające degradację infrastruktury drogowej. I w tej dziedzinie trudno się dziś obyć bez technologii. Przykład? Krakowskie Laboratorium Oprogramowania IBM we współpracy z Krakowem, Akademią Górniczo-Hutniczą oraz Zarządem Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie opracowało rozwiązanie do… zarządzania dziurami w jezdniach. Jeśli któryś z mieszkańców zrobi zdjęcie wyrwy telefonem komórkowym i prześle na odpowiedni adres e-mailowy, system na podstawie informacji GPS zawartych w fotografii automatycznie ją zlokalizuje i przyjmie zgłoszenie.

Powiew świeżości z Zachodu

Na Zachodzie rozwiązania ITS znane są przynajmniej od dwóch dekad, w Polsce zaczęły być wdrażane w ostatnich latach. Dlatego mamy jeszcze spory dystans do nadrobienia. Warto byłoby np. wdrożyć narzędzie zbliżone do nowojorskiego systemu, który został zaprojektowany z myślą o osobach poruszających się na wózkach inwalidzkich. Niepełnosprawni mogą wejść na specjalną stronę WWW, aby sprawdzić, jak o danej porze mogą dojechać z jednego punktu metropolii do drugiego.

– Portal pokazuje najkrótsze lub najszybsze połączenia, a także dobre zjazdy z krawężnika na określonej ulicy. Serwis informuje też o godzinach przyjazdu autobusów niskopodłogowych. Aplikacja wykorzystuje precyzyjne dane o rozkładzie jazdy, typie taboru i topografii chodników, które łatwo pokonać podróżującym na wózkach i z wózkami. W naszym kraju trudno to sobie ciągle wyobrazić – wskazuje dyrektor Wciślak.

Godne implementacji są także wszelkie narzędzia przyczyniające się do redukcji emisji pyłów i gazów cieplarnianych. Dlaczego? Według raportu WHO z 2011 roku, spośród 65 największych miast w Polsce tylko sześć mieści się w europejskiej normie dotyczącej stężenia pyłu zawieszonego (limit to 20 μg/m3, czyli mikrogramów na metr sześcienny). Najczystszy był Gdańsk ze stężeniem PM10 wynoszącym 18 μg/m3, a najbardziej zanieczyszczone powietrze w Polsce ma Kraków. Tam roczne średnie stężenie pyłu zawieszonego sięga aż 64 μg/m3. Inną ciekawą obserwacją jest to, że w Warszawie aż 67 proc. zanieczyszczeń pyłem zawieszonym pochodzi z transportu samochodowego.

Za wzór działań ekologicznych może służyć Milan Ecopass – wprowadzony przez władze Mediolanu system pobierania opłat, których wysokość zależy od stopnia ekologiczności aut (właściciele modeli spełniających normę Euro 4 i Euro 5 są z nich zwolnieni). W pierwszym roku działania systemu do centrum tego włoskiego miasta wjechało o 57 proc. mniej wozów emitujących najwięcej zanieczyszczeń, a całkowity ruch samochodowy w strefie spadł o 5 mln pojazdów. Co więcej, mieszkańcy chętniej zaczęli korzystać z komunikacji publicznej (35 mln dodatkowych przejazdów).

„W niektórych miastach polskich można spotkać tablice Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska, wyświetlające informacje o aktualnych poziomach stężenia zanieczyszczeń w atmosferze. Dobrze, że jest taka informacja, jednakże na razie brak systemowej możliwości wpływu tej informacji na konkretne działania, w szczególności na transport. Technologiczne możliwości są; trzeba jedynie stworzyć możliwości prawne” – pisze Ewa Wolniewicz-Warska, wiceprzewodniczącą Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, na stronie stowarzyszenia ITS Polska.

Wspomagane elektroniką strefy płatnego wjazdu działają też w Londynie i Sztokholmie. Nie dość, że pozytywnie wpływają na środowisko naturalne, to jeszcze przyczyniają się do spadku natężenia hałasu – średnio od 1 do nawet 4 decybeli. Co więcej, dzięki nim zmniejszają się opóźnienia komunikacji publicznej.

Z unijnym wsparciem

No dobrze, mamy się na kim i na czym wzorować. Ale czy mamy fundusze na wdrażanie pomysłów, które sprawdziły się w Europie? Albo inaczej: Bruksela do tej pory, owszem, chętnie wspierała przedsięwzięcia ITS. Lecz czy nie zechce przykręcić finansowego kurka, choćby w związku z kryzysem gospodarczym?

– Bez obaw, finansowania nie zabraknie. Zwłaszcza, że nowa unijna perspektywa budżetowa na lata 2014-2020 ma wspierać działania prowadzące do wzrostu innowacyjności i konkurencyjności – uspokaja dyrektor Daniel Miłosz. Wyrazem tych priorytetów są wielomiliardowe programy operacyjne „Inteligentny rozwój” i „Polska cyfrowa”. To zaś oznacza, że trudniej będzie pozyskać środki na tzw. infrastrukturę twardą (m.in. drogi, tunele, mosty), natomiast łatwiej – na nowoczesną myśl technologiczną. Innymi słowy: UE zapala zielone światło dla inteligentnych miast i transportu z wysokim IQ.

 

UE nie tylko nie sprzeciwia się inwestycjom w ITS, ale wręcz naciska, by takie projekty realizować. A nasz rząd zdaje się to rozumieć. Dowód? Weszła w życie nowelizacja ustawy o drogach publicznych, która ma usystematyzować m.in. możliwość wykorzystywania w miastach systemów inteligentnego transportu. Wprowadza ona także do polskiego systemu prawnego przepisy unijnej dyrektywy w sprawie ram ich wdrażania. Ustawa nakłada na zarządców infrastruktury drogowej obowiązek wprowadzania usług i aplikacji ITS na drogach publicznych. Skoro Bruksela chce, samorząd nie ma chyba wyjścia: musi zapalić przed ITS zielone światło.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:24

URZĘDNIK W SIECI

Komunikacja głupcze!... Tak w najprostszy sposób można określić nową strategię komunikacyjną samorządów. Władze lokalne coraz częściej chcą rozmawiać ze mieszkańcami. A wspomaga je w tym technologia.

Telefon, faks, komputer, tablet, poczta elektroniczna, SMS-y, komunikator internetowy czy zestaw wideokonferencyjny – paradoksalnie, ogromny wybór urządzeń i technologii utrudnia komunikację pomiędzy jednostką administracyjną a interesantami. Rozprasza też urzędników i odciąga ich od pracy. Jednak można tego z powodzeniem uniknąć. Bo też różne formy przekazu informacji można połączyć w zintegrowany system teleinformatyczny. Na takie rozwiązanie – zwane z języka angielskiego unified communications, w skrócie UC – zdecydował się ostatnio Urząd Miasta Opole. Ratusz postawił na UC w coraz popularniejszym modelu chmury obliczeniowej. Polega on na użytkowaniu usług dostarczonych przez usługodawcę za pomocą internetu. Oznacza to, że klient nie musi inwestować w oprogramowanie, sprzęt, a często także we własne kadry i kompetencje IT.

– To pierwszy tego typu projekt teleinformatyczny zrealizowany dla podmiotu z sektora publicznego. Skorzystanie z modelu chmurowego zapewnia urzędowi elastyczność, czyli pozwala mu dopasowywać usługi do własnych potrzeb, oraz umożliwia stałe poszerzanie kręgu osób korzystających z systemu – zachwala Rafał Bakalarz, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w firmie Netia, która dostarcza rozwiązanie.

System w opolskim magistracie obejmuje zintegrowane telefonie – klasyczną i IP, obsługę faksów, komunikator Microsoft Lync 2013 i konta pocztowe. Jest też dostęp do platformy, która umożliwia m.in. wspólną pracę na dokumentach, prezentacje w trybie broadcast i wieloosobowe wideokonferencje w jakości HD. Ponadto, w ramach umowy, są też łącza transmisji danych i dostęp do internetu. W sumie wartość oferty to 405 tysięcy złotych brutto. Jak praca w chmurze wygląda w praktyce? Na jednym ekranie konsultant widzi, kto i kiedy próbował się z nim kontaktować. Urzędnik może mu bezpośrednio i w dogodny sposób odpowiedzieć.

Kolejki muszą zniknąć

Nie tylko urząd miejski w Opolu informatyzuje się na potęgę. Podobnych przykładów wykorzystywania nowinek IT w administracji publicznej są tysiące. I to wbrew powszechnemu przekonaniu, że polskie urzędy to technologiczny skansen, którego nie sposób zmodernizować. - Stereotyp zacofanej administracji nijak się ma do rzeczywistości. Systemy, które do niedawna wspomagały głównie biznes, dzisiaj znajdują szerokie zastosowanie w instytucjach samorządowych. – I słusznie, bo niektóre procesy – takie jak komunikacja, obieg informacji, obsługa klientów, ale też finanse, księgowość, kadry – występują zarówno w korporacjach, jak i w urzędach – wskazuje Krzysztof Witczak, członek zarządu i dyrektor sprzedaży w spółce itelligence, która zajmuje się dostawą zaawansowanych produktów i usług informatycznych.

Na ile technologie mogą poprawić jakość obsługi klientów w urzędach? Według Marcina Strzałkowskiego, prezesa InteliWise, najważniejsze w tej dziedzinie są cztery kwestie. Pierwsza to łatwość i szybkość znalezienia informacji na stronie WWW danej instytucji. Druga – załatwienie sprawy podczas pierwszej wizyty na tym portalu, albo podczas jednej rozmowy lub czatu z konsultantem. Trzecia – odciążenie urzędników od błahostek. I ostatnia – łatwość i szybkość kontaktu, zarówno przez telefon, jak i przez kanały tekstowe, np. komunikatory i chat na żywo.

– Nasze doświadczenia z wdrożeń w jednostkach administracji pokazują, że problemy w urzędach powinny być rozwiązywane w 50 procentach przez wirtualnego doradcę, czyli inteligentną wyszukiwarkę, w 30 procentach przez infolinię i w 20 procentach przez live chat lub pocztę elektroniczną – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” prezes Strzałkowski.

Jego spółka, wykorzystując technologię własną oraz IBM, stworzyła aplikację Wirtualny Urzędnik, która dzięki połączeniu semantycznego wyszukiwania bazy wiedzy i rozwiązania typu live chat pozwala w przyjazny sposób obsługiwać interesantów bez konieczności ich wizyty w urzędzie. Wszystko to w trybie 24/7/365 (24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, 365 dni w roku). Pierwszy w oprogramowanie zainwestował, w kwietniu tego roku, Urząd Miejski w Gdyni. Dziś InteliWise świadczy podobną usługę dla Środy Wielkopolskiej, Olsztyna, Łomży, Świętochłowic i Warszawy.

Marcin Strzałkowski nie ma wątpliwości: administracja musi coraz lepiej radzić sobie z gwałtownym i niekontrolowanym nasileniem kontaktów, czyli „rozładowywać” kolejki sfrustrowanych ludzi. I to bez dodatkowych kosztów, ewentualnie przy niewielkich wydatkach. A takie produkty, jak Wirtualny Urzędnik im to umożliwiają. – Trudność w połączeniu się z call center i długi czas oczekiwania na odpowiedź e-mailową zachęcają urzędy do wprowadzania rozwiązań automatyzujących obsługę klienta – od wirtualnych doradców, poprzez procesory e-mail, na zaawansowanych systemach przepływu informacji skończywszy. Nawet duże korporacje nie zawsze mają takie narzędzia – uważa szef InteliWise.

To idzie młodość

Spory odsetek obywateli (35 proc.) woli nadal osobisty kontakt z urzędem – wynika z badania „Polak 3.0 – czy jesteśmy gotowi na życie w cyfrowej rzeczywistości?”, zrealizowanego przez Instytut Homo Homini na zlecenie Poczty Polskiej. Powody są różne. Czterech na dziesięciu nie ma zaufania do komunikacji cyfrowej. Ponad jedna trzecia lubi mieć papierowe potwierdzenia dokonania płatności czy załatwienia sprawy. 15 proc. przyznało, że po prostu nie umieją obsługiwać komputera. Co dziesiąty wskazał natomiast na brak takiego urządzenia lub dostępu do sieci.

– Od e-administracji nie ma jednak odwrotu. Głównie z powodu komunikacyjnych przyzwyczajeń młodego pokolenia, które coraz więcej spraw prywatnych, służbowych i urzędowych załatwia w przestrzeni wirtualnej, najczęściej za pomocą swoich smartfonów, tabletów i ultrabooków – stwierdza dyrektor Krzysztof Witczak z itelligence.

Sondaż Homo Homini tę opinię potwierdza: dziewięciu na dziesięciu respondentów w wieku 18-24 lata chce wykorzystywać internet do kontaktowania się z jednostkami administracji publicznej i w sprawach związanych z usługami masowymi (dostawa prądu, gazu, ogrzewanie, telekomunikacja). – Za sprawą internetu i mediów społecznościowych na naszych oczach dokonuje się rewolucja w komunikacji. Instytucje rządowe, samorządowe i dostawcy usług muszą dopasować do tego swoje strategie. Doskonałym przykładem jest rynek pocztowy, na którym SMS-y i maile wypierają papierowe listy – twierdzi Jerzy Jóźkowiak, prezes Poczty Polskiej.

Najwięcej entuzjastów sieciowej obsługi (69 proc.) pochodzi z miast i miasteczek. 65 proc. używa do tego laptopów, notebooków i netbooków, a 42 proc. – komputerów stacjonarnych. Niemal wszyscy (90 proc.) są zadowoleni z tej formy załatwiania spraw urzędowych – pokazuje najnowszy raport firmy EMC Poland, dostawcy produktów, usług i rozwiązań z dziedziny zarządzania i przechowywania informacji.

– Już prawie 18 milionów mieszkańców Polski jest – lub bywa – w sieci, a w ostatnim roku podwoiła się liczba osób korzystających z dostępu bezprzewodowego. Dzięki e-administracji mogą załatwiać sprawy urzędowe w dogodnym dla siebie miejscu i czasie, bez konieczności zwalniania się z pracy i marnowania czasu w kolejkach – zachwala Adam Wojtkowski, dyrektor generalny EMC w Polsce.

Najpopularniejszą e-usługą jest rozliczanie podatków (13 proc.). Według Ministerstwa Finansów, e-deklaracje za 2011 r. złożyło ponad 2,1 mln osób, czyli 12 proc. podatników PIT. A w tym roku na tę formę rozliczenia zdecydowało się już ponad 3,5 mln podatników. Daleko nam jednak do Austrii, w której zeznania drogą elektroniczną wysyła ponad połowa podatników, i do Estonii, gdzie robią to prawie wszyscy (94 proc.).

Pieniędzy nie zabraknie

Plany informatyzacji kraju są ambitne. Michał Boni, minister administracji i cyfryzacji, chce na ten cel przeznaczyć aż 1,96 mld euro w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa. Natomiast e-administracja ma zostać zasilona kwotą 885 mln euro. Jest tylko jedno „ale”: te pieniądze będą (przynajmniej częściowo) wyrzucone w błoto, jeśli urzędom nie uda się uniknąć błędów, które popełniły w ostatnich latach. Jak ocenia prezes Strzałkowski, setki jednostek administracji publicznej i lokalnej zainwestowały miliony, a nawet miliardy złotych w unowocześnianie i cyfryzację obsługi, ale interesanci tylko częściowo widzą zmiany. Systemy są budowane jako proste przeniesienie do tzw. „cyfry” tradycyjnych działań w urzędach (papierowa biurokracja czy kontakty twarzą w twarz), bez zrozumienia istoty komunikacji elektronicznej. Prowadzi to do tego, że ludzie z tych wątpliwych udogodnień albo nie korzystają, albo robią to rzadko.

– Interesant, inwestor, mieszkaniec – każdy ma proste wymagania i proste pytania. Szuka informacji lub chce coś szybko załatwić. Tymczasem na większości stron WWW urzędów nie znajduje jasnej i wyczerpującej odpowiedzi. Użytkownik zostaje odesłany do Biuletynu Informacji Publicznej albo na karty spraw, a tam nawet najprostsze rzeczy wyjaśnia się urzędniczym żargonem na kilku stronach – opisuje Marcin Strzałkowski.

Jak podkreśla z kolei Alina Pawlicka-Mamczura, rzecznik prasowa prezydenta Opola, coraz więcej inicjatyw realizuje się przy udziale mieszkańców. – Przygotowujemy projekt budżetu obywatelskiego. Stworzyliśmy platformę sms-ową, dzięki której mieszkańcy mogą się łatwo dowiedzieć, co dzieje się w terenie. Nawet przy wyborze piosenek odtwarzanych w lokalnej fontannie słuchamy głosów naszych mieszkańców – mówi Pawlicka-Mamczura.

Prognozy są optymistyczne. Z e-administracji korzystało w ubiegłym roku 31 proc. Polaków. W 2023 roku ma ich być aż 64 proc. – Bo obywatele, mimo licznych obaw i zastrzeżeń, jednak coraz częściej wybierają usługi w sieci, zaś administracja uczy się bardzo szybko. Może nie jest to kolosalna zmiana, ale coraz więcej osób jest tym zainteresowane – zaznacza rzeczniczka prasowa prezydenta Opola.

Choć w sprawie e-administracji wiele dobrego już zostało zrobione, to póki co, sytuacja daleka jest jeszcze od ideału. – Strony urzędów nie są intuicyjne ani przyjazne. Urzędnicy nadal myślą o nich przede wszystkim w kategorii wizytówki, a nie kanału komunikacji z klientem  – mówi w rozmowie z Magazynem „Gmina” Agata Kordowicz, która w firmie badawczej Gemius doradza instytucjom publicznym, jak ulepszać obsługę e-klientów. – Tymczasem wystarczyłoby choćby wprowadzenie wirtualnego doradcy, który pomagałby użytkownikowi w odnalezieniu potrzebnych treści. Nie zapominajmy też o tym, że wciąż niewiele instytucji czy urzędów oferuje możliwość załatwiania spraw przez internet – dodaje.

Strona 3 z 5

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY