Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

sobota, 23 marzec 2013 20:30

WIELKIE ŚWIĘTO ZMARTWYCHWSTANIA

Jak Polska długa i szeroka, zawsze Wielkanoc świętowano w Polsce hucznie i radośnie. To najważniejsze – i najstarsze – święto chrześcijańskie, które początkowo obchodzono w tym samym dniu, w którym w judaizmie świętowana jest Pascha, a od 325 r. w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca. W ten sposób symbolicznie dobiega też końca Wielki Post.

Zwiastunem nadchodzącej Wielkanocy był dźwięk kołatek, grzechotek i terkotek, który po trzech tygodniach odmawiania sobie uciech stołu przypominał o śródpościu. Wkrótce później o drzwi domów roztrzaskiwały się wypełnione popiołem garnki, a tydzień później topiono w rzekach kukły Marzanny. Po czterdziestu dniach poszczenia nadchodziła zaś Niedziela Palmowa, rozpoczynająca Wielki Tydzień.

Ten pierwszy akt wielkanocnego spektaklu miał zawsze symbolizować nieśmiertelność duszy i nieuniknione jej zmartwychwstanie. Utarły się też inne nazwy – Niedziela Kwietna lub Wierzbowa – ze względu na fakt, że palemki to w gruncie rzeczy wierzbowe rózgi, umajowe gałązkami bukszpanu, malin i porzeczek, a dodatkowo kwiatkami, mchem, ziołami, czasem nawet kolorowymi piórkami. Bywały oczywiście wyjątki: np. na Kurpiach palemki przygotowywano z bibuły.

Poświęconą palemką warto było symbolicznie „obić” domowników, co miało gwarantować szczęście na resztę roku. Kropiono nimi dom i resztę gospodarstwa, z bydłem włącznie. Bazie z palemek połykano (ale też dawano do połknięcia zwierzętom): była to wróżba na zdrowie i bogactwo oraz ochrona przed bólami zębów i przeziębieniami, a zatknięcie palemki za święty obrazek chroniło gospodarstwo. Na Pomorzu chętnie przywiązywano palemki do sieci rybackich i łodzi, w innych regionach wkładano je do pszczelich uli. Na Rzeszowszczyźnie chętnie umieszcza się palemki w rogu pola – by chroniły przed żywiołami i zapewniały urodzaj. Z kolei mieszkańcy Podlasia wieszali też pod sufitem „pająki” – zbitki słomy, bibuły, piórek, grochu i wełny.

Po kilku dniach spokoju nadchodził Wielki Czwartek, pierwszy dzień Triduum Paschalnego. Jak powszechnie wierzono, to dzień, w którym żyjących odwiedzały dusze zmarłych. Dlatego unikano prac wiążących się z harmidrem i hałasem. Tego dnia kościelne dzwony nie biły, nie rąbano drewna, nie mielono w żarnach, ani nie tłuczono kaszy.

W Wielki Piątek żałoba osiągała apogeum: z ołtarzy zdejmowano elementy ozdobne, a za to odsłaniano udekorowane inscenizacje grobu Jezusa. Przez kolejne dwie doby pilnowali ich wyznaczeni do tego zadania mężczyźni, od żołnierzy po ministrantów (na południowo-wschodnich rubieżach Polski, ze względów historycznych nazywani czasem Turkami). Jednocześnie zaczynały się przygotowania do wielkanocnych posiłków: od pieczenia ciast po przygotowanie mięs. Wtedy też zaczynano przygotowywać wielkanocne pisanki – całe sterty jaj były gotowane, a następnie zdobione. Z przygotowaniem tego najważniejszego elementu świątecznej symboliki należało zdążyć przed nocą.

A wszystko po to, by księża zdążyli poświęcić jedzenie w Wielką Sobotę. Najpierw kapłani odwiedzali wiernych w domach, z czasem jednak utarła się tradycja wędrowania z „koszyczkiem” do kościoła. Skład wiktuałów w koszyczku różnił się jednak w rozmaitych regionach: chleb, mięsa czy wędliny, sól, chrzan z cukrem i, oczywiście, pisanki były stałym zestawem. Przy czym rzadko pokarmy te zjadano, a przynajmniej – nie od razu. Pisanki były zakopywane pod progiem domu czy w kurnikach – dla zapewnienia ochrony i urodzaju. Chrzanem smarowano zęby – dla zdrowotności. Nawet woda po ugotowanych jajkach służyła za amulet zapewniający szczęście i urodę. Zapalone w kościele i przyniesione do domu świece symbolizowały nieśmiertelność i zjednoczenie zarówno z żyjącymi, jak zmarłymi. Łemkowie przynosili jedzenie do domu dopiero w nocy z soboty na niedzielę, przedtem obnosząc je trzykrotnie wokół domu.

Kluczowym punktem świąt była oczywiście Niedziela Wielkanocna. Rozpoczynana rezurekcją – czyli świąteczną mszą, urozmaicaną odpalanymi petardami, a na Podlasiu też wyścigami furmanek – a po powrocie do domu wieńczona świątecznym posiłkiem. Tak jak i dziś, od stuleci dzielono się wówczas jajkiem oraz życzeniami. To był ten moment, kiedy na stole lądował pieczony w całości prosiak, wędliny, baranek z ciasta, „baby kołacze” itd. Menu było oczywiście zróżnicowane – na kurpiowskich stołach nie mogło choćby zabraknąć ciasteczek z miodu i marchewki. W Małopolsce polewano lanckorońską chrzanówkę, polewkę na bazie chrzanu, mającą też charakter afrodyzjaku – a do tego podawano żur na serwatce, przygotowywany m.in. na bazie wędlin.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wychodzono z wszystkimi tymi przysmakami poza dom – na pola. Rzucano przez ramię kawałki mięsa, kruszono paskę, czyli specjalnie na tę okazję upieczone „chlebki”. W bogatszych domach szukano poukrywanych przez gospodarzy prezentów.

Już w nocy z niedzieli na poniedziałek, nocy „diabelskiej”, jak ją nazywano, zaczynały się psoty. Na Podbeskidziu miały miejsce śmiergusty – próby wdarcia się do domów panien przez młodych, barwnie ubranych i hałasujących mężczyzn. Ukoronowaniem tych zabaw były strugi wody lejące się na wszystkich „w zasięgu wiadra” w poniedziałek. Śmigus-Dyngus, jak zwykło się nazywać Lany Poniedziałek, niegdyś oznaczał zresztą dwa zwyczaje: Śmigus – bicie witkami wierzbowymi, Dyngus – oblewanie wodą.

Najczęściej ofiarą żartownisiów były młode dziewczęta, co zresztą pozwalało też na zawoalowane zaloty: im bardziej zmoczona wodą była panna, tym bardziej uchodziła za atrakcyjną. Pisanki przydawały się i tego dnia – wręczona przez dziewczynę była wykupem od oblania, wręczona przez chłopaka – wyrazem uczuć. Ale też nie wszędzie chodziło o relacje damsko-męskie: w Małopolsce „dziady śmigustne” zbierali „pod groźbą wiadra” datki, nie wypowiadając przy tym ani słowa, co miało być nawiązaniem do biblijnych niedowiarków, którzy stracili mowę. Jedynie pod kościołami czyhał na dziewczęta Siuda Baba, usmolony mężczyzna polujący na dziewczęta – które mogły się wykupić datkiem lub pocałunkiem. Gdzieniegdzie amory zaczynały się zresztą wcześniej: w Wielkopolsce w noc z czwartku na piątek oblewano okna panien żurem – brak rozplaśniętego na szkle żuru mógł być dla panny przyczyną wielkiego smutku…

Inna sprawa, że w Wielkopolsce znęcanie się nad dziewczętami najszybciej dobiegało końca. Już w południe prześladowcy zamieniali wiadra na przebranie – niedźwiedzia, bociana czy czapli – i ruszali w spacer po wsi czy miasteczku. Z „niedźwiedziem” na sznurku obchodzono domy, śpiewając i przyjmując jedzenie jako zapłatę. Wielkopolanie – a szczególnie Wielkopolanki – mogli więc mówić o szczęściu. Na Kujawach przez cały dzień czekano na pechowców, którzy przejdą pod zawieszonym na sznurku garnkiem, rzadko kiedy z wodą – częściej z popiołem lub gnojem. „Dziewki unikają tej wędrówki, aby się na przykre skutki owej swawoli chłopców nie naradzić, więc je nierzadko ci ostatni pochwytują z zasadzki, gwałtem pod ów garnek ciągną, i nie wypuszczają dopóty, dopóki ich całkiem niemal sadzami i popiołem nie oszpecą, od czego wszakże, chronić je zwykło wykupne, to jest kilka groszy danych na wódkę" – pisał o tym zwyczaju, z lekkim zgorszeniem, etnograf Oskar Kolberg. 

sobota, 23 marzec 2013 13:50

MARUDERZY DOSTANĄ PO KIESZENI

Z Przewodniczącym senackiej Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej, senatorem Januszem Sepiołem, rozmawia Mariusz Janik

MARIUSZ JANIK: Do wejścia w życie znowelizowanej ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach pozostało zaledwie kilka tygodni. Czy polskie gminy, biorąc pod uwagę dotychczasowe opóźnienia i spory, zdążą w tym terminie z wprowadzeniem wszystkich wymaganych zmian?

JANUSZ SEPIOŁ*: Jestem optymistą. Wydaje mi się, że wcześniej część gmin zachowała się bardzo racjonalnie, wstrzymując realizację przewidzianych ustawą procedur – kiedy było wiadomo, że Senat wprowadzi jeszcze poprawki do tego aktu. Ustawa została jednak znowelizowana – i teraz nie ma już na co czekać: więcej zmian nie będzie, dalsze wstrzymywanie się od działań to wyłącznie strata czasu.

Jak poprawki Senatu zmieniły ustawę śmieciową?

Przede wszystkim dotykały najważniejszej w odbiorze społecznym kwestii, czyli sposobu naliczania opłat. Do tej pory sytuacja była „sztywna” – konieczne było przyjęcie jednego z kryteriów wyliczania ceny usług. Senat stworzył możliwość stosowania podejścia indywidualnego oraz różnicowania obszarowego. W efekcie powstają zupełnie nowe możliwości kształtowania ceny odbioru śmieci. Nie jest to więc jakaś drobna poprawka stylistyczna, lecz zasadnicza zmiana merytoryczna.

Co teraz stanie się z ruchem przeciwników ustawy?

Kto złożył skargę do Trybunału Konstytucyjnego, ten raczej się z niej nie wycofa. Ale myślę, że poprawki odebrały przeciwnikom ustawy znaczną część argumentów, również tych uzasadnionych. Tylko najbardziej zdeterminowani będą dalej się sprzeciwiać. Praktyka powinna jednak uspokoić nastroje.

Ustawa weszłaby w życie tak czy inaczej, w tej formie czy innej. Warto było się buntować?

Te samorządy, które poczekały z przyjmowaniem stosownych uchwał i rozwiązań, na pewno nie zrobiły błędu. Ale zaskakuje mnie lęk – a właściwie pogłoski – dotyczący radykalnego zwiększenia kosztów dla producentów śmieci. Bo cóż się w rzeczy samej zmienia? Śmieci będziemy teraz zbierać więcej, więc w gruncie rzeczy koszty powinny spaść. A wygląda na to, że koszty będą rosły…

Według niektórych szacunków nawet o 100 procent!

Rzeczywiście, może być tak, że dla pewnej grupy producentów śmieci mogą one istotnie wzrosnąć. Ale za to dla innych powinny w znacznej mierze spaść. To jest związane ze sposobami naliczania opłat: przy kryterium powierzchni dla jednej osoby mieszkającej w lokalu zapewne wzrosną, przy liczeniu na podstawie zużycia wody – im więcej jest użytkowników, albo im więcej cieknących kranów, tym cena będzie wyższa. Jednak per saldo nie ma powodów, żeby opłaty rosły.

Mam inne podejrzenie: część samorządów może chcieć wykorzystać tę sytuację dla podniesienia swoich dochodów i poprawy stanu finansów. Mieliśmy już taki przypadek przy okazji zmian dotyczących opłat za przedszkola. Ustawa pozwoliła samorządom na swobodne kształtowanie tych opłat – i okazało się, że wszędzie gwałtownie wzrosły. Czy i tym razem, zasłaniając się wymogami ustawowymi, gminy nie chcą zrobić interesu? Nie wiem, ale muszę przyznać, że sytuacja budzi pewne podejrzenia.

Ależ, gdyby gminy miały na tym zarobić, wszystkie uchwały już dawno byłyby podjęte, a przetargi rozstrzygnięte. Nie byłoby mowy o żadnym buncie śmieciowym!

Gdyby było to takie ewidentne, byłyby też konsekwencje polityczne – przy urnach wyborczych. Już przecież widzimy napięcia społeczne, jakie towarzyszą wprowadzaniu nowych rozwiązań. Zresztą może dotyczą one tych miejsc, gdzie większość mieszkańców do tej pory pozbywała się śmieci w lasach i potokach? Sytuacja wzrostu jednostkowych cen przy pełniejszym zbiorze śmieci wymyka się jednak logice. I to dodatkowo w sytuacji, gdy firmy zajmujące się tym zbiorem muszą zostać wybrane w przetargu, czyli w postępowaniu konkurencyjnym. Generalnie w takim przypadku ceny powinny być niższe niż w przypadku monopolu, jaki wcześniej w wielu miejscach należał do przedsiębiorstw komunalnych.

Przecież to nowe przepisy tworzą de facto monopole. Na poziomie każdej gminy będziemy odtąd skazani na jedną firmę. Podpisana na kilka lat umowa „na wyłączność” wyeliminuje w tym okresie całą konkurencję, która nie będzie miała na czym zarabiać. I padnie.

Sporo zależy od roztropności władz danej gminy. Od tego, co będzie przedmiotem przetargu, na jakie obszary będą rozpisane poszczególne postępowania. Proszę pamiętać, że istnieje możliwość podzielenia gminy na mniejsze jednostki. Oczywiście, jeżeli robimy przetarg na całą gminę, ustanawiamy nowy monopol, narażamy się na sytuację, w której jedna firma będzie wkrótce dyktować warunki. Ale już mając kilka przetargów obszarowych, to mamy kilka firm w obrębie gminy, możemy porównywać ceny, jakość i efektywność ich pracy. Łatwo też można jedną firmę zastąpić inną. Konkurencja zostaje zachowana.

Silna, dominująca, dysponująca zapleczem finansowym i organizacyjnym firma wygra wszędzie, nawet zaniżając cenę na jakiś czas. Mało było takich przypadków?

Od tego mamy Urząd Antymonopolowy, żeby zapobiegał nadmiernej koncentracji. Pytanie tylko, kiedy do niej dochodzi: czy w sytuacji, gdzie dana firma ma połowę gmin w Polsce, czy tylko na przykład całą Warszawę.W każdym bądź razie, jeżeli Urząd uzna, że któraś z firm narusza przepisy antymonopolowe, może zakazać jej startu w kolejnych przetargach.

Tak czy inaczej wyniki tych przetargów zdecydują o „być albo nie być” wielu firm zajmujących się zbieraniem śmieci. Nie grozi nam wobec tego fala skarg na rozstrzygnięcia przetargów?

Wydaje mi się, że ten rynek jest duży i rozproszony. Konkurencja jest na nim sytuacją normalną. Gminy, w których przedsiębiorstwa komunalne obsługują całość albo znaczną część rynku, to mniejszość. Sytuacja, o której Pan mówi, jest możliwa teoretycznie, ale nie praktycznie.

Te małe firmy, które przegrają na swoim terenie, a nie będzie im się opłacało przenosić działalności gdzie indziej, mogą rzeczywiście paść. Ale takie są prawa gospodarki rynkowej. To podobnie, jak z problemami firm budowlanych – nie tak dawno przez Polskę przetoczyła się fala upadłości w tej branży. Ale nie ubolewałbym nad tym, bo najczęściej rzecz dotyczyła firm, które nie zatrudniały murarzy czy operatorów koparek, ale hordy prezesów i prawników. Robotę i tak wykonywał ktoś inny.

A jak te nowe rozwiązania przełożą się na czystość naszych lasów i rzek?

To, co za – powiedzmy – trzy lata będzie się działo w naszych lasach i potokach, to podstawowe kryterium oceny, czy nowa ustawa działa. Przy czym na te skutki również trzeba patrzeć przez pryzmat indywidualnych uwarunkowań: gęstości zaludnienia i zalesienia, czy tego, do kogo należą lasy.

Weźmy Małopolskę – obszar gęsto zaludniony, z dużą ilością lasów prywatnych. Tam przed laty sytuacja była dramatyczna. Gdy byłem marszałkiem województwa małopolskiego, co jakiś czas przeznaczaliśmy ogromne środki na utylizację dzikich wysypisk śmieci. Jak tylko kończyła się jedna akcja, zaczynała się następna. W miejsce jednego usuniętego wysypiska powstawało nowe. Ze wstydem przyznaję, że na południu Polski wciąż uważa się, że najlepszym miejscem wyrzucania odpadów są potoki. Wiosną przyjdzie „duża woda” i zabierze wszystko, nawet starą wersalkę i opony.

Na szczęście, rośnie też świadomość problemu. Jest on poważny, ale już nie tak, jak dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Nowa ustawa śmieciowa wprowadza dodatkowo mechanizmy wymuszające segregację i minimalizację ilości odpadów. Tych elementów nowego prawa opinia publiczna w tej chwili jeszcze nie dostrzega, ale one – również przez politykę cenową – sprawiają, że będziemy musieli poświęcić naszym śmieciom więcej uwagi. Zmiana mentalności to również ważne kryterium działania tej ustawy.

Śmieci będzie więcej, będą posegregowane. Czy gminy są przygotowane na taką zmianę ilościowo-jakościową?

Nawet jeśli nie są, to będą. Przykładem na podobny proces jest ustawa o odpadach, wprowadzająca dla dużych regionów obowiązek utylizacji. W ślad za nią ruszył sektor prywatny – w tej chwili mamy aż nadmiar ofert na budowę instalacji utylizacyjnych. Są na to pieniądze, mamy znaczące wsparcie z funduszy unijnych – można zarobić, więc chętnych do działań nie brakuje. A więc nawet jeśli nie ma infrastruktury, to ona szybko powstanie.

Najważniejsze, by zwiększyć tę masę odpadów, przejąć ją w całości i zapewnić znacznie wyższy poziom recyklingu. Żeby nie trafiały na wysypiska, tylko były przerabiane i zasilały polską gospodarkę, z energetyką na czele. Nie wyważamy tu żadnych drzwi, wszystkie nasze sąsiednie kraje już przez to przeszły – czy to Dania, czy Niemcy albo Austria. To taka sama droga, jak u nich: przejęcie odbioru śmieci przez samorządy, centralizacja gospodarki odpadami, stworzenie specjalistycznych instytucji, wydzielenie odpadów niebezpiecznych i uciążliwych, osobny system ich zbioru i utylizacji. My tylko powtarzamy tę drogę z kilkuletnim spóźnieniem. I obyśmy mieli za kilkanaście lat taką sytuację pod względem ekologicznym, jak oni.

Kilkanaście lat to daleka perspektywa, tymczasem zostało nam kilka tygodni na dokończenie procedur. Co stanie się z maruderami?

Nie załamywałbym rąk, jeżeli dojdzie do opóźnienia o miesiąc czy dwa. Gorzej, gdy jakaś gmina nadal nie będzie wypełniać wymogów – i sytuacja ta przeciągnie się np. do końca roku. Są oczywiście różne metody mobilizacji takich działań, ale jedna z nich wydaje się być najbardziej skuteczna, spokojnie można ją realizować: to polityka finansowa Wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Gminy, które nie realizują założeń ustawy, powinny znaleźć się poza listą beneficjentów NFOŚiGW oraz WFOŚiGW. Zarządy województw w swoich programach operacyjnych, a więc w przydzielaniu pieniędzy z funduszy europejskich, również mogą kontrolować sytuację: czy gminy prowadzą politykę proekologiczną, czy też nie. Jeżeli nie prowadzą, nie widzę powodu udzielania pomocy rozwojowej.

No to mamy kij. A marchewka?

Ważne, żeby w dziedzinie koniecznych inwestycji gminy nie zostały same. To również zadanie dla Funduszy oraz władz wojewódzkich: powinny gospodarkę odpadami uczynić jednym ze swoich priorytetów. I wydaje się, że w tej sprawie nie ma kontrowersji – gdy spojrzymy na stan gospodarki wodnej, ochrony powietrza i ziemi, sytuację w dziedzinie gospodarki odpadami, od razu widać, że byliśmy tu „barbarzyńcami”. Musimy to odrobić. I bariera w tej dziedzinie nie ma charakteru finansowego, tylko mentalny: ważniejszym problemem od pieniędzy na odpowiednie instalacje jest to, że nie przywiązujemy choćby śladowej uwagi do segregowania swoich śmieci.

Za kilka lat przewidywany jest gruntowny „przegląd” funkcjonowania ustawy. Rzeczywiście do niego dojdzie, czy też musimy się liczyć z tym, że zatwierdzone właśnie rozwiązania pozostaną na lata?

Zobaczymy. Jest kilka dróg takiej oceny. Pierwszą przygotowuje najczęściej Najwyższa Izba Kontroli, monitorująca wszystkie nowo wprowadzane rozwiązania ustawowe, po roku czy dwóch od ich wejścia w życie. Druga wiedzie przez parlament: tam dochodzą informacje z terenu, „to działa” albo „to nie działa”. Tam przygotowywane są wnioski, ekspertyzy, nowelizacje. I jak widać, takich nowelizacji jest wiele. Jest też, oczywiście, kontrola polityczna: ktoś staje do wyborów i albo ma „dorobek”, albo nie.

Najtrudniej jest zorganizować taki gruntowny, systematyczny przegląd wszystkich przepisów ustawy. Tym bardziej, że niektóre tematy – model służby zdrowia, podziału administracyjnego kraju, systemu wyborczego – to „nie kończące się opowieści”. Tu reformy trwają wiecznie i być może takim też tematem będą śmieci.

Jeżeli jednak doszłoby do wprowadzenia zmian w ustawie, co konkretnie może się jeszcze zmienić? Gdzie są te bardziej „wrażliwe” punkty ustawy?

Być może za kilka lat będziemy mieć nowe pomysły na rozwiązania mieszane, pozwalające na ustalanie stawek na podstawie innych wskaźników lub ich połączenia. Wiele może się też zmienić w zakresie wymuszania segregacji i minimalizacji ilości odpadów – tu zmiany mogą pójść w stronę dalszego zaostrzania wprowadzanych właśnie przepisów. Już teraz jest przecież obszerny fragment dotyczący kar dla tych, którzy mieszają odpady różnego rodzaju. Liczę jednak, że przez te lata swoje zdziała też edukacja, nowe standardy i wzorce zachowań. One mogą złagodzić potencjalne bardziej uciążliwe konsekwencje stosowania ustawy – i nie ukrywam, że na to właśnie liczę najbardziej.

Dziękuję za rozmowę.

 

*JANUSZ SEPIOŁ – szef senackiej Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej, senator VII i VIII kadencji, były marszałek województwa małopolskiego

niedziela, 27 styczeń 2013 20:49

Promocja zarządza rozwojem

z profesorem Eugeniuszem Sobczakiem, z twórcą Rankingu Zrównoważonego Rozwoju Jednostek Samorządu Terytorialnego, rozmawia Mariusz Janik

MARIUSZ JANIK: W jakiej kondycji są dziś polskie samorządy?

PROF. EUGENIUSZ SOBCZAK: Różnej. Zależy, gdzie patrzeć: są samorządy słabe i mocne. Mocne to te, w których jest dobry zarząd. Najlepiej widać to w wielkich miastach – np. Warszawie czy Wrocławiu.

W tym drugim przypadku sytuacja jest nawet bardziej ewidentna, tym bardziej, że dolnośląskie nie stanowi typowego regionu zachodniego – tamtejsza ludność przybyła tam przede wszystkim ze Wschodu. Mamy na zachodzie kraju kilka podobnych regionów, m.in. zachodniopomorskie i lubuskie. Ale najlepiej wśród nich rozwija się dolnośląskie. Dla porównania, zachodniopomorskie spadło poniżej ogólnopolskiej średniej, np. pod względem poziomu PKB na głowę mieszkańca. Tymczasem dolnośląskie pozostaje pod tym względem na 3. miejscu w Polsce, przeskakując nawet wielkopolskie. Twierdzę, że zależy to od kwestii przywództwa.

To skala makro, całe regiony. A jak sytuacja wygląda w skali mikro? Na poziomie gmin?

Można tu przyjąć kryterium dochodów własnych. Są gminy, takie jak Kleszczów, mające 90-procentowy udział dochodów własnych. Ta, mierząc wartością budżetu per capita, najbogatsza w Polsce gmina, ma niesamowicie wysokie wydatki na projekty rozwojowe. Istnieją też gminy bardzo bogate z oczywistych powodów – np. Warszawa, mająca również 80 proc. dochodów własnych. Na poziomie 70 proc. pozostają Wrocław czy Poznań. Te gminy bynajmniej nie balansują na krawędzi.

Ale spotykamy i takie gminy, które w olbrzymim stopniu – sięgającym 60-70 proc. – zależą od dotacji czy subwencji. Weźmy Krosno – fantastycznie się rozwija, liczba pracujących na 1000 mieszkańców sięga 520 (w Warszawie ten sam wskaźnik sytuuje się na poziomie 480). Tyle że Krosno wykazuje się niebywale niskim udziałem dochodów własnych – około 45 proc. A więc, by domknąć budżet, musi pozyskać z budżetu centralnego, funduszy strukturalnych lub innych źródeł aż 55 proc. potrzebnych pieniędzy.

A długi, w których jakoby mają tonąć polskie samorządy?

Ustawa stanowi, że nie mogą one przekroczyć 60 proc. wielkości budżetu (od 2013 roku gminy pod tym względem będą oceniane indywidualnie, na podstawie dochodów bieżących, powiększonych o wartość sprzedaży majątku minus wydatki bieżące w relacji do wartości budżetu). Gminy, które dochodzą do tego progu, pozostają w trudnej sytuacji. Te, które były gospodarzami np. Euro 2012, teraz będą musiały spowolnić rozwój. Ale mamy też przykłady przeciwne: w tym roku, wśród powiatów grodzkich, na trzecie miejsce – z czwartej dziesiątki – awansował Przemyśl. Stało się tak dlatego, że pozyskał ogromne środki z unijnych funduszy strukturalnych – co zwiększyło nakłady na projekty rozwojowe.

W małych miastach też znajdziemy pozytywne przykłady. Mława – położona peryferyjnie w stosunku do metropolii – po wielu zabiegach ściągnęła koncern LG. Kleszczów już zastanawia się nad tym, co robić, gdy żywot tamtejszej kopalni dobiegnie końca. Ma już elektrownię, rozwija infrastrukturę społeczną, ściąga inwestorów. Część miast w okolicach Warszawy, takich jak: Grodzisk Mazowiecki, Pruszków czy Otwock, rozwija się dobrze. Ale spotykamy tam też i takie, które zalicza się do najsłabiej rozwiniętych w Polsce. Z kolei Legionowo czy Wołomin, które korzystają z rynku pracy w Warszawie – pozyskują tam pracujących, dzięki czemu powiększają swój udział dochodów własnych, zaniedbują konkurencyjność inwestycyjną. Każda gmina musi więc oszacować swoje możliwości zadłużania się indywidualnie. Po 2013 roku gminy pod tym względem będą oceniane indywidualnie, na podstawie dochodów bieżących, powiększonych o wartość sprzedaży majątku minus wydatki bieżące w relacji do wartości budżetu.

Czyli długi nie są jednoznacznie szkodliwe?

Przeciwnie: bez dźwigni finansowej nie ma rozwoju. Kto ją stosuje – oczywiście, zadłużając się bezpiecznie – będzie rozwijać się szybciej i lepiej niż ten, który jej nie zastosuje. Przyjęliśmy bezpieczny poziom zadłużenia rzędu 60 proc. – i tak jest dobrze. Każda gmina może wyliczyć dokładnie, na ile może się zadłużyć, by nie mieć problemów z  płynnością finansową.

Generalnie polskim gminom bankructwo nie grozi. W skrajnych przypadkach powołany zostanie zarząd komisaryczny, który będzie musiał naprawić to, co zostało zepsute – bo oczywiście, zdarza się, że samorządy zachowują się nieodpowiedzialnie. Czasem to polityka decyduje o ich działaniach, a nie racjonalne, ekonomiczne kalkulowanie. W przypadku, gdy wyborcom podsuwa się kiełbasę wyborczą, można rzeczywiście wpaść w spiralę długów. Ale to rzadkie przypadki. Większość samorządów minimalizuje ryzyko przy podejmowaniu realizacji większych projektów, które wymagają zaciągania kredytów, poprzez proste kalkulacje (np. studium wykonalności). 

Jaką część wydatków samorządu powinny stanowić wydatki na promocję?

To również każda gmina powinna określić indywidualnie. W dużych gminach może to być nawet 5 do 10 procent, w pozostałych jednostkach może być od 2 do 7 proc. Miasta, które osiągnęły sukces, promując swoją markę, przeznaczały od 3 do 5 proc. wydatków budżetowych na promocję.

Promocja jest niesłychanie ważna: to jeden z elementów zarządzania rozwojem. Żeby poprawić konkurencyjność inwestycyjną nie wystarczy bowiem budować infrastrukturę, poprawiać dostępność transportową czy infrastrukturę społeczną poprzez dostęp do edukacji i kultury. Marka miejsca – co jest też treścią konkursu „Markowy Samorząd” – to coś, co powinna wymyśleć sobie każda gmina czy region. To element identyfikacji danego miejsca – nie logo, lecz skojarzenie, hasło promocyjne.

Poznań mówi o sobie, że jest „miastem know-how”. Wrocław jest „miejscem spotkań”. Może Warszawa powinna zostać „miastem innowacji”? W końcu stolica wyróżnia się pod względem uznawanych patentów i innych rozwiązań innowatorskich. Krosno jest „miastem szkła” czy „kryształów” – i wszyscy tak je kojarzymy, co pomaga w eksporcie tamtejszych produktów na rynki zagraniczne, z USA włącznie. Ale to duże jednostki – małe jeszcze nie widzą najczęściej takiej potrzeby. Co więcej, droga do lansowania własnej marki jest ciernista – samorządy czy radni często uznają pieniądze wydane na ten cel za wyrzucone, wójtowie czy prezydenci nierzadko mają problem z uzasadnieniem tego typu wydatków.

Jakim narzędziem są tu konkursy, takie jak „Markowy Samorząd”?

Fantastycznym. Ale żeby miały one stosowną siłę rażenia, trzeba do nich przyciągnąć ogólnopolskie media, zwłaszcza telewizje. Z tym już trudniej, bo stacje gonią wyłącznie za newsami.

Co jest atutem gminy z punktu widzenia inwestorów?

Po pierwsze, infrastruktura techniczna i społeczna, dostępność transportowa. Dostępność informacyjna w dobie Internetu nie jest już tak istotnym czynnikiem. Harmonijny rozwój na rozmaitych polach – np. jeśli Mława zaniedba inwestycje w infrastrukturę społeczną, może kiedyś stracić LG na rzecz innego miejsca. Działania promujące pozytywny wizerunek gminy. Co z tego, że mamy atuty, skoro nikt o nich nie wie.

A z punktu widzenia potencjalnych mieszkańców? Jak sprawić, żeby nasze miasteczka nie pustoszały?

Trzeba dbać o warunki życia i infrastrukturę. Weźmy Legionowo czy Grodzisk Mazowiecki: są dobrze skomunikowane z metropolią, żyje się tam wygodnie. Grodzisk pozyskał park rozrywki Adventure World Warsaw, zabiega o kolejnych inwestorów, tworzy miejsca pracy. A tym, którzy dojeżdżają do Warszawy, oferuje szybkie połączenie kolejką WKD czy dojazd autem. Poza tym to ładne miasteczko, a to ma znaczenie dla mieszkańców, również tych, którzy na co dzień przebywają w Warszawie.

Sztuka ta jest trudniejsza z perspektywy ośrodków położonych bardziej peryferyjnie. Choćby Radom ma olbrzymie kłopoty: dziś mieszka tam 230 pracujących na 1000 mieszkańców. Kilka lat temu miasto miało 230 tysięcy mieszkańców, dziś liczba ta maleje (ujemne saldo migracji) - zbliża się do 200 tysięcy. Tam migracja stanowi olbrzymi problem. To doskonały przykład, że poprawianie dziś konkurencyjności migracyjnej jest nie mniej ważne niż poprawianie konkurencyjności inwestycyjnej. W końcu – jaki sens ma mieszkanie w miejscach, w których nie ma miejsc pracy. I odwrotnie.

Jakie cele powinny sobie wyznaczyć samorządy na najbliższe lata?

Przede wszystkim te, o których już mówiliśmy: konkurencyjność inwestycyjna i migracyjna – czyli poprawianie warunków życia mieszkańców. Ponadto rozwój przedsiębiorczości, ale także efektywność wydatków ponoszonych na projekty rozwojowe, zwłaszcza te, realizujące długoterminowe cele. Ale to w szerokiej perspektywie. W nieco węższej: zwiększanie udziału dochodów własnych w budżecie, np. dookreślenie, na jakich inwestorach nam zależy, tworzących miejsca pracy wysoko- czy niskoproduktywne. Warszawa stawia na tych pierwszych, ze statystyk wynika, że Krosno – na tych drugich. Trzeba więc zdecydować się na „rodzaj inwestora” – produktywny, innowacyjny, bardziej czy mniej?

I pamiętajmy, wyznaczenie celów powinno być poprzedzone diagnozą rozwoju i jego bieżącego stanu. Dobra diagnoza pozwala formułować dobre cele strategiczne, określić projekty, ułożyć je w hierarchię. Zależy też od zasobów, w tym finansowych. Ważne jest utrzymanie ciągłości działań rozwojowych – to jeden z istotnych warunków rozwoju. Tam, gdzie zarządy zmieniają się co cztery lata, tam też często co cztery lata zmieniają się cele. A to niedobrze. Z drugiej strony, w Wielkopolsce takie zjawisko nie występuje, za to czasem widać, że tamtejsze jednostki nie proponują nowych projektów – mają już infrastrukturę, techniczną i społeczną – ale nie mają pomysłu na to, co dalej. Nadmierne uporządkowanie celów też może być słabością. Ale póki co, obyśmy tylko takie problemy mieli.

Mariusz Janik

 

Konkurs markowy samorząd to nowa inicjatywa Wolters KluwerPolska, służąca promocji dobrych

praktyk w Samorządzie. Konkurs adresowany jest do wszystkich Jednostek Samorządu Terytorialnego: gmin wiejskich, miejsko-wiejskich, miejskich, powiatów i województw

w Polsce. Konkurs pozwoli wyróżnić i nagrodzić Jednostki Samorządu Terytorialnego, którym udało się wypracować własną markę, rozwijają ją i konsekwentnie budują dobry wizerunek swojego

obszaru lub nawet regionu, a przy tym wyróżniają się dynamicznym rozwojem i dobrymi wskaźnikami

społeczno-ekonomicznymi.

niedziela, 27 styczeń 2013 20:25

Siła wizerunku

Dlaczego to Zakopane, a nie Karpacz czy Wisła, stało się „zimową stolicą Polski”? Dlaczego Międzyzdroje uchodzą za symbol wypoczynku nad Bałtykiem, podczas gdy nie brak na wybrzeżu innych urokliwych zakątków? Do niedawna renoma niewielkich miast była budowana niemalże przypadkiem, dziś staje się prężną dziedziną szeroko rozumianego public relations. I jedną z nielicznych szans, jakie mają niewielkie miasta, by odnieść sukces.

Marketing terytorialny to nowe pojęcie w słowniku samorządowców. Ale błyskawicznie zyskuje na znaczeniu: kolejne uczelnie wyższe wprowadzają do swojego programu studia z tego zakresu, a na bilbordach w największych metropoliach pojawiły się pierwsze reklamy zarówno dużych, jak i małych miast.

– Miasta i regiony zaczęły odważniej niż dotychczas rywalizować między sobą o turystów, nowych mieszkańców, inwestorów, fundusze pomocowe czy prawo do organizacji prestiżowych wydarzeń kulturalnych i sportowych. Dość szybko marketing terytorialny przeszedł ewolucję od czystej promocji po filozofię zarządzania marką jednostki terytorialnej – twierdzi Barbara Całka z krakowskiej Wyższej Szkoły Europejskiej im. Ks. Józefa Tischnera.

Zajęcia z tego zakresu wprowadzają nie tylko bardziej skłonne do eksperymentów uczelnie prywatne, ale też szacowne uniwersytety państwowe, jak Uniwersytet Warszawski czy Uniwersytet im. Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie. – To modny kierunek. Dziś prawie każde większe miasto, województwo, a niekiedy i gmina, chcą się promować i chcą wiedzieć, jak robić to skutecznie – podkreśla kierownik studiów podyplomowych na lubelskim uniwersytecie, dr Robert Furtak. Do podręczników i skryptów wracają przy tej okazji nawet doświadczeni pracownicy JST lub prywatnych firm, doradzających samorządom w zakresie polityki promocyjnej. – Promocyjne działania samorządów wydawały mi się często oparte na intuicyjnym poszukiwaniu tzw. dobrych pomysłów, a nie na przemyślanej strategii – opowiadał na łamach „Rzeczpospolitej” jeden ze „studentów”, Krzysztof Zajączkowski z Departamentu Promocji, Turystyki i Sportu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podkarpackiego.

Do Pacanowa turyści jeżdżą

Wbrew pozorom okazuje się, że to mniejsze ośrodki mogą skorzystać ze skutecznej promocji najbardziej – i robią to najlepiej. W konkursie Złote Formaty – w którym samorządy rywalizują ze sobą w zakresie najciekawszych i najlepszych narzędzi promocji – w gronie nagrodzonych znalazła się silna reprezentacja niewielkich miasteczek. Najlepsze wydawnictwo promocyjne przygotowały władze Jarocina. W kategorii „wydarzenie specjalne” drugie miejsce zdobyły Mysłowice. Za drugą najlepszą samorządową stronę internetową uznano witrynę Giżycka. Trzecie miejsce w kategorii najlepszy plakat reklamowy zdobył Bełchatów. W tej samej rywalizacji wyróżnień doczekały się też Śrem, Kościan, Ruda Śląska, Łomża, Tanów i Słupsk.

Od kilku lat władze publiczne, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach ogłaszają kolejne przetargi na działania promocyjne: hasła, nowe herby miejskie, loga kampanii promocyjnych, gadżety. Najlepszym przykładem są choćby „wyspiarze” – lokalna waluta w Świnoujściu albo stylizowany na legendarny napis „Hollywood” napis „Szczebrzeszyn”.

Najwyraźniej podejście samorządowców do promocji zaczyna się zmieniać. – Pieniądze wyłożone na promocję to nie wydatek. To inwestycja – argumentuje wójt Korycina, Mirosława Lech. – Nie wystarczy jakiś plakat czy dożynki, by zbudować dobry wizerunek – dodaje. Jeżeli w Korycinie promocja była jednak działaniem planowym, to np. w Pcimiu – wynikła z przypadku: gdy w reklamie jednego z banków pojawił się słynny brytyjski komik i aktor John Cleese, przyznając, że jego „ciotka pochodzi z Pcimia” – władze miasteczka podchwyciły temat i dopiero wówczas ruszyły z kampanią. – Która gmina może poszczycić się tym, że aktor takiego formatu, jeden z najlepszych komików na świecie, udostępnił nam swój wizerunek za darmo? – pytał w wywiadach wójt Pcimia, Daniel Obajtek.

Swoje „dziedzictwo” i tworzone przez nie możliwości wykorzystał Pacanów. W nawiązaniu do bajek z Koziołkiem Matołkiem, pod patronatem resortu kultury, miasteczko zorganizowało Festiwal Kultury Dziecięcej, na który regularnie zjeżdża do Pacanowa dwadzieścia tysięcy turystów. Podobnie wspomniany Szczebrzeszyn odwołuje się do słynnego wierszyka Brzechwy. – Trzeba przyciągnąć turystów, aby zostawiali tu pieniądz, żeby dodatkowe środki szły na lokalne zatrudnienie i to jest właśnie zaczątek naszej strategii promocji – mówi Marian Mazur z tamtejszego urzędu.

Plama na honorze miasta

Czasami promocja to jedyna szansa na to, by zaradzić fatalnej renomie danego miasteczka – również tej niezawinionej przez miejskie władze. Tak będzie zapewne w przypadku Sosnowca, jednego z najszybciej pustoszejących polskich miast, na dodatek rozsławionego w ostatnich latach szeregiem wstrząsających zbrodni i dramatycznych wydarzeń. To tam rozegrał się dramat małej Madzi, tam znaleziono w lesie zamarznięte ludzkie płody, w Sosnowcu doszło do pedofilskiego ataku i narodzin dziecka w lokalnym Urzędzie Pracy. „Nie musiałem czytać, jakie to miasto. Było pewne, że Sosnowiec”. „Wolała zamordować własne dziecko niż pozwolić, żeby zamieszkało w Sosonowcu” – wyzłośliwiali się internauci pod kolejnymi doniesieniami na temat wspomnianych tragedii.

W sieci zaroiło się od niskiego lotu żartów i cierpkich komentarzy. Nawet Ślązacy utyskiwali, że Sosnowiec to miejsce patologiczne, a wymienione incydenty są tam standardem. Urzędnicy miejscy kontrowali, że Sosnowiec to jedno z tych miejsc, gdzie mieszkańcy chętnie angażowali się w rozmaite działania społeczne. – Mało jest miast, o których słyszymy, że mieszkańcy angażują się w takie sprawy. W Sosnowcu znieczulicy społecznej nie ma, a ludzie starają się nieść pomoc – kwitował Rafał Łysy z tamtejszego magistratu. – Z pewnością jednak lawina kontrowersji, otoczka skandalu, podejrzeń i złości wokół sprawy Madzi nie sprzyja budowaniu pozytywnego obrazu Sosnowca w Polsce – dodał. Czy jednak urząd ma jakiś pomysł na pozbycie się przylepianych miastu „łatek”? – Finansowo nie bylibyśmy w stanie temu podołać. Na taki cel musielibyśmy mieć kilka milionów złotych, a takich środków na kampanię nie mamy. Najlepszym dowodem na dbanie o wizerunek miasta są sami mieszkańcy, którzy stają się jego ambasadorami, reprezentują je – stwierdził.

Żyjemy jednak w czasach „łatek” i pozbycie się pejoratywnych skojarzeń może trwać latami. Zresztą nie tylko Sosnowiec musi się borykać z tym problemem. Nie tak dawno w plebiscycie Magnetyzm Polskich Miast sformowano również listę „najbardziej odpychających miast w Polsce”. Wygrały Wałbrzych, Bytom i Ruda Śląska. To kolejne miejsca, które będą teraz musiały podwoić wysiłki, żeby zatrzymać mieszkańców i inwestorów. Z renomą jest bowiem, jak z lawiną – gdy rusza, nabiera impetu i wkrótce jest nie do powstrzymania.

Dlaczego migrują

Eksperci unikają jednoznacznego określenia przyczyn pustoszenia miast. Luźno wspomina się o braku miejsc pracy, przepaści między poziomem zarobków w metropoliach i poza nimi, imigracji za granicę, lepszych możliwościach kształcenia siebie i dzieci w dużych miastach. Niebagatelną rolę odgrywają też warunki życia w mniejszych miastach: hałas, infrastruktura w fatalnym stanie, niedostatki – estetyczne i techniczne – architektury.

Paradoksalnie, są jednak miasteczka, które na ucieczce do metropolii zyskują. Podwarszawskie Legionowo czy leżący tuż pod Białymstokiem Supraśl to miejsca, które stają się „sypialniami” większych aglomeracji. Gwarantują względnie komfortowe warunki życia, a gdy są dobrze skomunikowane z pobliskim dużym miastem – stają się jego nieformalną dzielnicą. W najbliższym czasie będą to jedyni wygrani procesu migracji. Inne miasteczka będą musiały poszukać sposobu na zatrzymanie mieszkańców lub przyciągnięcie nowych. Czeka je więc droga najeżona trudnościami.

APOKALIPSA MAŁYCH MIAST

Od kilkunastu lat polskie miasta pustoszeją – im mniejsze, tym bardziej. Co roku do metropolii lub za granicę z każdego regionu Polski wyjeżdża po kilkadziesiąt tysięcy osób. A to może być ledwie wierzchołek góry lodowej: wielu wyjeżdżających nie zmienia meldunku, co utrudnia oszacowanie skali zjawiska.

Dramatyczna sytuacja panuje zwłaszcza na tzw. ścianie wschodniej. Jak wynika z danych GUS, tylko w latach 2006-2010 z Lubelszczyzny wyjechało około 110 tysięcy osób – 5 proc. ludności województwa. W 2009 roku mniejsze miasta i wsie na Podkarpaciu opuściło 21 tysięcy ludzi, w Świętokrzyskiem – 13,2 tysiąca, na Podlasiu – 12,6 tys. Zgodnie z prognozami, ten ostatni region do 2035 r. straci około 120 tysięcy mieszkańców, czyli dziesiątą część populacji!

Oczywiście, mieszkańcy wschodnich regionów najczęściej wybierają Warszawę. Podkarpacie i Małopolska zjeżdża do Krakowa. Imigranci z miasteczek położonych na zachodzie Polski wybierają z kolei Poznań lub Wrocław.

Kilka wyliczonych miast to jednak jedynie „rodzynki w cieście”. Ucieczka ludności dotyka też miast, które jeszcze do niedawna uchodziły za prężne regionalne ośrodki. W dramatycznej sytuacji jest Łódź. Jej populacja w ciągu ćwierćwiecza skurczyła się o 16 proc. – do mniej więcej 733 tysięcy. Gorzej, że to nie koniec: przez kolejne 25 lat populacja ma spaść do 578 tys. ludzi. W tej samej perspektywie z mapy mogą zniknąć Katowice – a precyzyjniej, pół miliona mieszkańców województwa śląskiego. Bydgoszcz straci 70 tys. mieszkańców. Proces ten nie ominie nawet Poznania, nie mówiąc już o Częstochowie czy Sosnowcu.

ŚMIECIOWA KONTRREWOLUCJA

Od Darłowa po Warszawę – narasta bunt samorządowców, zarówno tych z małych, jak i wielkich miast. Samorządy kwestionują sposoby naliczania opłat, obowiązek organizowania przetargów i założenia ustawy, która ma wejść w życie już 1. lipca. Sprawa trafiła już do Trybunału Konstytucyjnego, a w przyszłości może doprowadzić do wypłaty gigantycznych odszkodowań z budżetu centralnego.

Od chwili, gdy „Gmina” pisała o opóźnieniach i niedociągnięciach we wdrażaniu nowej ustawy śmieciowej, sytuacja nie tylko się nie poprawiła. Wręcz przeciwnie, sprawy komplikują się niemal z dnia na dzień. Co najmniej kilkadziesiąt jednostek samorządowych – od niewielkich miast, takich jak Brzeg czy Darłowo, po metropolie, jak Warszawa i Kraków – otwarcie bojkotuje założenia, mającego wkrótce wejść w życie prawa.

Kontrowersje budzą już tzw. uchwały śmieciowe. To podstawowy element zaprojektowanego systemu, w którym poszczególne JST decydują, czy na ich terenie opłaty będą naliczane od mieszkańca, zużycia wody, powierzchni mieszkania lub gospodarstwa. Bez względu na ostateczne, przyjęte w uchwale kryterium, pewne jest, że opłaty za wywóz śmieci wzrosną co najmniej o kilkadziesiąt procent. – Zaproponowane przez polityków rozwiązania są tak kosztowne dla mieszkańców, że powinny być od początku do końca firmowane przez administrację państwową, a nie samorządową – twierdzi wójt Osiecznicy na Dolnym Śląsku, Waldemar Nalazek.

Samorządowy rozkrok

Stratni będą nie tylko przeciętni obywatele. Wiele gmin zainwestowało sumy, sięgające od dziesiątek tysięcy po miliony, we własne przedsiębiorstwa komunalne, mające formę zarówno zakładów budżetowych, jak i spółek komunalnych. Jeśli – zgodnie z ustawą – rozpisane zostaną przetargi na wywóz śmieci, te pierwsze nie będą mogły w ogóle brać w nich udziału. Te drugie zaś mogą przegrać w konkurencji z dominującymi na rynku dużymi firmami, zajmującymi się wywozem śmieci (również tymi międzynarodowymi). Oznacza to praktycznie zamknięcie komunalnych firm – utratę miejsc pracy i pieniędzy. Gdyby do tego doszło, prezydent, uważanego za lidera buntu Inowrocławia, Ryszard Brejza, zapowiada wystąpienie o odszkodowania z budżetu centralnego.

Dlatego kolejne samorządy wstrzymują się zarówno od ogłoszenia przetargu, jak i nawet podjęcia uchwały śmieciowej. Inowrocław zaskarżył ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, podkreślając, że jest niezgodna z konstytucją oraz prawem europejskim. Poparło go około pół tysiąca innych samorządów.

Jeżeli śmieciowy klincz przeciągnie się na kolejne miesiące, przez samorządy może przetoczyć się prawdziwa burza. Przy braku uchwał śmieciowych i przetargów wojewodowie byli zmuszeni wydawać osobne zarządzenia zastępcze dla każdego przypadku. W dłuższej perspektywie, jak podkreśla specjalista prawa samorządowego, prof. Czesław Martysz z NIK, spór może doprowadzić do rozwiązania rad miejskich i odwołania prezydentów. Co nakazała bowiem ustawa, to należy wykonać. – Kierując się logiką samorządów, można by potem postawić postulat, by nie organizować żadnych przetargów – powiedział „Gazecie Wyborczej” Martysz.

niedziela, 27 styczeń 2013 20:22

Pełna współpraca. Ale nie kosztem budżetu

Czy z końcem stycznia samorządowcom uda się uzyskać jakieś ustępstwa ze strony rządu? Jest taka nadzieja: mimo że listopadowe spotkanie delegacji organizacji samorządowych z Donaldem Tuskiem nie zakończyło się żadnymi konkretnymi ustaleniami, obie strony wydawały się być gotowe do kompromisu.

W spotkaniu w listopadzie – poza premierem oraz ministrem Michałem Bonim – wzięli udział przedstawiciele województw, szefowie Związku Powiatów Polskich, Unii Metropolii Polskich, Związku Miast Polskich, Unii Miasteczek Polskich oraz Związku Gmin Wiejskich RP.

Samorządowcy czekali na możliwość spotkania z szefem rządu dosyć długo – aż półtora roku. Liczyli zwłaszcza na dyskusję na temat podpisanego przez prawie 300 tysięcy obywateli projektu ustawy zmieniającej dochody samorządów z podatku PIT. Zgodnie z projektem JST na każdym szczeblu miałyby uzyskać z niego znacznie więcej niż do tej pory: gminy do 48,78 proc. (zamiast dotychczasowego 39,34 proc.), powiaty 13,03 proc. (w tej chwili 10,25 proc.), a województwa 2,03 (dotąd 1,6 proc.). Całość miałaby przynieść samorządom dodatkowe 8 miliardów złotych.

Donald Tusk – mimo że cierpliwie wysłuchał przeszło godzinnych argumentów gości za proponowanymi rozwiązaniami – nie pozostawił większych wątpliwości, że ich akcja (znana pod hasłem „Stawka większa niż 8 mld zł”) nie ma większych szans powodzenia. – Z wypowiedzi premiera wynika, że w obecnej sytuacji finansów państwa samorządy nie mają co liczyć na przekazanie dodatkowych środków w zaproponowanej przez nas formie – komentował po spotkaniu Andrzej Porawski, pełnomocnik Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej. – Jednocześnie premier zadeklarował, że możemy wspólnie poszukiwać innych sposobów wygospodarowania dodatkowych środków dla samorządów – dodał.

Propozycje rozwiązań

Nie oznacza to całkowitego odesłania inicjatywy samorządowców na boczny tor. Jak podkreślili przedstawiciele rządu, możliwości zwiększenia udziału JST w dochodach z PIT będą większe po 2014 roku – kiedy to będzie można się spodziewać „odwrotu światowego kryzysu ekonomicznego”.

Na co mogą wobec tego liczyć samorządy? Na życzliwość szefa rządu wobec innych zaproponowanych rozwiązań, nie dotykających budżetu centralnego. Chodzi m.in. o zmniejszenie zadań delegowanych do JST, przegląd ulg w podatku od nieruchomości (np. dodatkowy podatek od nieruchomości dla sklepów wielkopowierzchniowych), poprawę wydajności opłat adjacenckiej i planistycznej, stopniowe wprowadzanie podatku od nieruchomości ad valorem (choćby w przypadku tych gruntów, których właściciele oczekują od gmin wybudowania infrastruktury).

Na marginesie dyskusji o finansach wspomniano o innych postulatach JST: zmianach w Karcie Nauczyciela, wprowadzeniu standardów w oświacie oraz opiece społecznej. Premier nie wykluczył też, że rząd przeforsuje poprawki w ustawie śmieciowej – precyzując np. definicję instalacji regionalnej, likwidując zapis o braku możliwości zlecania własnym jednostkom odbioru odpadów bez konieczności ogłaszania przetargu.

Jak ustalono, nad szczegółowymi rozwiązaniami mają pracować specjalne zespoły rządowo-samorządowe działające przy Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. Pierwsze efekty ich prac będziemy zapewne mieli szansę poznać już w trakcie styczniowego spotkania Donalda Tuska z samorządowcami. Będziemy starali się sukcesywnie informować o nich na łamach Magazynu Samorządowego „Gmina”.

piątek, 21 grudzień 2012 11:56

Budżet samorządów: Walka o pieniądze

Rok 2012 minął w rytmie zażartej batalii o środki. Samorządy zarówno równoważyły budżety, jak i inwestowały na bazie funduszy krajowych i unijnych. Ale – choć zaprezentowane przez ministerstwo finansów wyniki „w terenie” wyglądają całkiem nieźle – poza wielkimi miastami dominuje w Polsce niepokój o przyszłość.

Dane publikowane w listopadzie i grudniu przez resort finansów kreślą optymistyczny obrazek: po pierwszych trzech kwartałach 2012 roku jednostki samorządowe w Polsce miały nadwyżkę rzędu 7,12 mld złotych – przy planowanym deficycie wysokości 13,5 mld. Co więcej, deficyt ten na koniec roku może się okazać znacznie niższy. Dochody osiągnęły łączną kwotę 131,06 mld – o 4,3 proc. więcej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Zrealizowane dochody własne (63,43 mld zł) były z kolei wyższe o 5,1 proc. W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2012 roku niemal 83 proc. samorządów było na plusie: ich dochody były wyższe niż wydatki. Na grudniowej konferencji prasowej Marianna Borowska z Departamentu Finansów Samorządu Terytorialnego Ministerstwa Finansów poinformowała też, że zadłużenie samorządów po trzech kwartałach sięgnęło sumy 64,7 mld zł.

Globalnie – nieźle, lokalnie - trudniej

- Z danych ze sprawozdań jednostek samorządu terytorialnego wynika, że globalnie sytuacja finansowa jednostek nie jest zła. Wskaźniki są zachowywane, dochody wzrosły – mówiła Borowska. – Natomiast w indywidualnych przypadkach to może wyglądać różnie. Są samorządy, które borykają się z trudnościami, mają problemy z płynnością finansową, występują do ministra finansów o pożyczki na programy naprawcze – podkreśliła. Przyczyny takiego stanu rzeczy bywają różne: samorządy przeinwestowują, bywają zmuszone do wzięcia na siebie zobowiązań, np. po likwidowanych ZOZ-ach, a w przypadku powiatów to m.in. konieczność zwrotu środków pobranych z tytułu wydawanych kart pojazdów.

Jednak z perspektywy polskich samorządowców sytuacja nie wygląda już tak różowo. – Nigdy nie miałem tylu sygnałów od kolegów, zwłaszcza ze ściany wschodniej, żeby wspomóc ich choćby na kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych, bo pod koniec roku mają trudną sytuację – mówi nam Krzysztof Iwaniuk, wiceprzewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP oraz członek Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. – W przyszłym roku możemy mieć coraz większy kłopot z wchłanianiem pieniędzy przez samorządy, a to dotknie wszystkich. Ale też nierównomiernie: dysproporcje między poszczególnymi jednostkami – dużymi i małymi miastami, miastami a wsią, itd. – rosną. Niektórzy, nie z własnej winy, nie mają szans na szybki i samodzielny rozwój, coraz trudniej więc mówić o samorządności. Oczekując pogłębionej spójności od Unii, zapominamy, że polityka spójności powinna obowiązywać też w samym kraju – ocenia.

- Rząd częstuje nas kolejnymi zobowiązaniami, ale nie dokłada przy tym kompetencji – podkreśla w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Stanisław Gnosowski, wójt gminy Brojce na Pomorzu. – Weźmy choćby dodatki mieszkaniowe. Do pewnego momentu były na nie środki w budżecie państwa, potem się skończyły i w tej chwili w stu procentach dodatki te są oparte na budżetach gmin – dodaje. Kolejnym jego zmartwieniem jest projekt wprowadzenia podatku dochodowego dla rolników, mającego zastąpić podatek rolny. Choć miałby on obowiązywać już od 2014 roku, na razie nie wiadomo, czy stosowna ustawa zostanie uchwalona w terminie i jakie dokładnie rozwiązania będzie zawierać.

Bariera: udział własny

Skoku cywilizacyjnego, jakiego dokonała ta, również gminno-powiatowa Polska w ostatnich latach, nie sposób kwestionować. Jednocześnie jednak samorządowcy nie ukrywają, że był on możliwy zwłaszcza dzięki funduszom unijnym. – Jedno kryterium jest kluczowe: o udanym dofinansowaniu można mówić wtedy, gdy pozyskuję dużo pieniędzy, a nie zwracam nic. I nam się udaje – zaznacza w rozmowie z nami Eugeniusz Góraj, burmistrz Rawy Mazowieckiej. – Mamy wnioski, m.in. na infrastrukturę edukacyjną, na 8 milionów złotych. Powinniśmy zakończyć projekt w przyszłym roku. Na liście rezerwowej oczekuje też wniosek na rewitalizację jednego z osiedli. 2013 rok powinien być pod względem finansowym okresem „tłustym”.

Istnieje jednak problem, który dla wielu gmin stanowi barierę nie do przeskoczenia: udział własny. – Pieniądze w Brukseli może i są, ale my możemy nie być w stanie „postawić” do każdego projektu tych 25-30 procent wkładu własnego – mówi Stanisław Gnosowski. – Na dodatek mieszkańcy często mówią: przecież Unia daje. Ale to nie takie proste. Na początek trzeba przecież aplikować, zdobyć środki, podpisać umowę. Potem zrobić przetargi i zapłacić wykonawcy. I do tego gmina musi mieć 100 procent funduszy na zapłatę, a zwrot dotacji następuje dopiero później. W naszym przypadku było to czekanie przez dziewięć miesięcy. Wyczekałem i dostałem zwrot, ale ten 9-miesięczny okres był dla nas bardzo trudny – opowiada.

Perspektywa nowej perspektywy

Co gorsze, jak spodziewają się samorządowcy, w kolejnej perspektywie finansowej UE – kluczowej z punktu widzenia m.in. funduszy, z których korzystają polskie samorządy – mogą zostać zapisane cięcia wydatków lub podniesienie wkładu własnego, nawet do progu 40-50 proc. – Tymczasem niektóre samorządy są bardziej zadłużone niż przed poprzednią perspektywą finansową UE – mówi Krzysztof Iwaniuk. – Ze względu na ograniczenia deficytu i nową ustawę o finansach publicznych, nie mają możliwości dalszego kredytowania się na udział własny do zewnętrznych środków. Więc może się zdarzyć, że uda się ocalić i zarezerwować te fundusze, ale my z nich nie skorzystamy – podkreśla.

A skala potencjalnych inwestycji może iść w dziesiątki milionów. – Przez dwa ostatnie lata w same drogi poszło u nas 60 milionów złotych, również w oparciu o fundusze unijne – wylicza w rozmowie z „GMINĄ” Eugeniusz Berezowiec, burmistrz Bielska Podlaskiego. – Ale są rozmaite ograniczenia, wskutek których np. musimy zapewnić 50 proc. funduszy na dane zadanie. I tak, gdy projekt w dokumentach jest szacowany na 16 mln zł, w przetargu schodzi do 11 mln, a dotacja na niego potrafi sięgnąć jedynie 3 mln – szacuje.

Ale bywało też lepiej. Przykładowo, na terenie gminy Brojce władze powiatowe zrealizowały w tym roku projekt modernizacji mostu na drodze powiatowej. Jak szacuje wójt Gnosowski, wartość projektu sięgnęła około miliona złotych, a z tej sumy powiat zdobył w Brukseli około 700 tysięcy. – Tylko ta biurokracja jest straszna – narzeka. – Jednak, kto daje, ten stawia warunki. Tyle że widzę, jak mi szafy z papierami puchną, a ja muszę pilnować, żeby mi ich żadna myszka nie pogryzła, bo niektóre muszą leżeć na wypadek kontroli pięć, dziesięć, albo i więcej lat. Niby mamy informatyzację, ale każda decyzja musi być na papierze i z podpisem – śmieje się.

2013. Rok inwestycji

Trudności i obawy to jedno, ale żaden z pytanych przez nas samorządowców nie ma zamiaru zwalniać tempa. Od ambitnych projektów aż się roi.

- W 2012 roku oddaliśmy wyczekiwaną od lat krytą pływalnię, wybudowaną kosztem 29 mln złotych. Wszystko na wysoki standard, z dostosowaniem dla osób niepełnosprawnych i spa – wspomina burmistrz Eugeniusz Góraj. – W przyszłym roku takich inwestycji będzie nawet więcej. Jesteśmy na półmetku zakończenia pierwszej fazy gospodarki wodno-ściekowej, w tym modernizacji oczyszczalni i przepompowni ścieków, wszystko kosztem 82 mln złotych. W Rawie Mazowieckiej powstanie też żłobek – jako pierwszy element większego kompleksu - centrum wspomagania rozwoju dziecka oraz pomocy osobom niepełnosprawnym i starszym. – Jesteśmy na etapie koncepcji. Zastanawiamy się, czy na 100 czy na 125 miejsc? – mówi Góraj. – Ponadto, po fazie gospodarki wodno-ściekowej muszę przystąpić do rewitalizacji i to będzie dla mnie najważniejsze zadanie na lata 2014-2020, stąd sytuacja w UE ma dla nas kluczowe znaczenie – dodaje.

Bielsk Podlaski ma inne priorytety. – Staramy się o środki na budowę Bielskiego Domu Kultury – mówi Eugeniusz Berezowiec. – Ale mamy też dokumentację na halę sportową. Będziemy również otwierać trzecią już na naszym terenie fabrykę domów. W pierwszej powstają konstrukcje na wzór domów kanadyjskich. Druga tworzy piętrowe domy dla Norwegów. Ta trzecia również będzie produkować na potrzeby Skandynawów: Finów i Norwegów – opowiada.

W mniejszych gminach projekty tylko pozornie są mniejsze. – Mamy 12 milionów budżetu, więc jakie tu projekty mogą być – zastrzega pół żartem, pół serio wójt Gnosowski. – Ale w tej chwili mamy, jak dla mnie ogromny, projekt wodociągowy na 5 milionów. Za 1,3 mln realizujemy też projekt „Rozbudzić pasję w szkołach”. Znalazł się również inwestor, który chce rozbudować biogazownię, tak by uzyskać 1 MW prądu. A co najważniejsze, chce zagospodarować gnojowicę z okolicznej fermy trzody chlewnej – wylicza. Gdy tylko gmina uzyska pozwolenie na budowę, ruszą prace nad dokumentacją potrzebną do podłączenia okolicznych obiektów do biogazowni. – To ciepło z kogeneracji, z gorącej wody spadowej, a więc w miarę tanie. Zabezpieczy osiedle, budynki gminne, szkołę, salę gimnastyczną, budynek urzędu. A jak inni mieszkańcy zobaczą, że jest tanio, może również podłączą się właściciele posesji – mówi Gnosowski.

W Terespolu natomiast, po zażegnaniu problemów budżetowych, myśli się przyszłościowo. – Teraz planujemy jeszcze trochę siłą rozpędu – twierdzi Krzysztof Iwaniuk. – Nasze najważniejsze potrzeby są zaspokojone, ale marzy nam się wejście w programy energetyki odnawialnej: energia solarna, fotowoltaika. Chcielibyśmy wytwarzać własną energię, zwłaszcza słoneczną, chociaż ze strony posiadających sieci przesyłowe spółek skarbu państwa napotykamy bariery. Ale nie ma wyjścia, energia już jest droga i nie chcemy tylko oszczędzać, ale też mieć własne źródła prądu – dodaje. To zresztą nie wszystko: na liście potencjalnych projektów są też: mała retencja, segregacja odpadów, biogazownia, wzmacnianie służb komunalnych.

Mariusz Janik

***

Pewnym pocieszeniem dla samorządowców może być przynajmniej fakt, że w budżecie na rok 2013 przewidziano nieco większą niż w 2012 r. – o 2,7 proc. – subwencję ogólną dla samorządów. Na ich potrzeby rząd przeznaczył 51,5 mld zł subwencji oraz 17,6 mld zł dotacji. Jednak największa część planowanej subwencji będzie przeznaczona na oświatę, a więc na cele, które nie są dziś dla samorządowców najważniejszym wśród priorytetów. Po części jest to jednak wynik podwyżki wynagrodzeń nauczycielskich, która „przeszła” na rok 2013.

Z kolei z puli dotacji blisko 70 proc. ma trafić do gmin, a ponad 26 proc. – do powiatów. W tym pierwszym przypadku pieniądze są przeznaczone na politykę z zakresu pomocy społecznej. Powiaty mogą wydać dotacje na - przede wszystkim - bezpieczeństwo publiczne i ochronę przeciwpożarową (41 proc.), ochronę zdrowia (27,3 proc.). Poza tym województwa będą korzystać z liczących 922 mln zł środków przeznaczonych zwłaszcza na dopłaty dla przewoźników realizujących krajowe połączenia (z tytułu obowiązujących ulg) oraz na budowę i utrzymanie systemu melioracji.

Podstawowy problem polega jednak na tym, że budżetowe pieniądze nie zaspokoją potrzeb związanych z dalszym rozwojem i inwestycjami samorządów. Pozwolą jedynie zapewnić środki na bieżące potrzeby. Po to, by móc znowu myśleć perspektywicznie, samorządowcy będą musieli przetrwać kolejny rok – z punktu widzenia zawartości ich portfeli będzie on kluczowy zarówno w skali samej Polski, jak i całej Unii Europejskiej.

czwartek, 13 grudzień 2012 12:14

Olsztyński rynek najlepszym produktem roku 2012

Zrewitalizowany rynek w Olsztynie wygrał konkurs zorganizowany przez Regionalną Izbę Przemysłowo – Handlową w Częstochowie. Wyróżnienia wręczono 7 grudnia 2012 r. podczas wieczornej gali w Klubie Politechnik w Częstochowie. Statuetkę dla Gminy Olsztyn odebrał wójt Tomasz Kucharski. Galę uświetnił występ Częstochowskiego Teatru Tańca Włodzimierza Kucy.

Źródło: Monika Kosielak
Promocja i turystyka
Gmina Olsztyn

poniedziałek, 26 listopad 2012 18:12

Gniezno: Budujemy tożsamość i promujemy miasto

Starosta gnieźnieński Dariusz Pilak w rozmowie z Magazynem Samorządowym "GMINA" komentuje obecną dyskusję o sensie istnienia polskich powiatów.

Wywiad ze Starostą Gnieźnieńskim – Dariuszem Pilakiem

GMINA: Dziesięć lat po wprowadzeniu reformy samorządowej coraz częściej powątpiewa się w sens istnienia powiatów. Internauci powtarzają na forach internetowych, że są one zbyt drogie i powinny oddać kompetencje gminom. Czy istnieją takie zadania, których gminom przekazać się nie da?

DARIUSZ PILAK: Cechą szczególną powiatów jest ponadgminność. Nie chodzi tu oczywiście o zależność podległości, ale uzupełnienie pewnych kompetencji, których gmina nie jest w stanie samemu udźwignąć. W wielu dziedzinach wspieramy gminy i instytucje, które działają na ich terenach. Powstają boiska, szkoły, szpitale, drogi, obiekty kulturalne i wiele innych. Wspieramy również działania z zakresu pomocy społecznej – w tej dziedzinie można powiedzieć chociażby o pieczy zastępczej znajdującej się w kompetencjach Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie. Dzięki regulacjom administracyjnym, wśród „narzędzi” (jeśli można to tak określić), w które powiat został wyposażony są inspekcja sanitarna, weterynaryjna i wiele innych. Zespalają one i koordynują działania związane ze zdrowiem i bezpieczeństwem na większych obszarach niż byłaby to w stanie zrobić gmina.

Czyli taka maxi gmina?

Gminy wykonują te zadania, z których jako wspólnoty samorządowe wywiążą się najlepiej. Ustawa o samorządzie gminnym wprowadza przecież pojęcie domniemania kompetencji gmin. Jednak – zgodnie z konstytucyjną zasadą pomocniczości – tam, gdzie kończą się możliwości gmin w zakresie skutecznego zaspokojenia potrzeb mieszkańców, tam wkracza powiat. Upraszczając, można powiedzieć, że powiat pilnuje pewnego powierzonego mu obszaru całościowo, nie cząstkowo, dlatego jest on niezbędny i konieczny do sprawnego funkcjonowania samorządu terytorialnego.

Ale gdzie wobec tego wkracza powiat? W jaki sposób strategia rozwoju powiatu gnieźnieńskiego wspiera działania gmin?

Odnawiamy szlaki turystyczne, modernizujemy szpital, który służy wszystkim mieszkańcom powiatu, wspieramy oświatę, także w projektach unijnych, i przede wszystkim budujemy naszą tożsamość jako miejsca, w którym zrodziło się państwo polskie.

W tym miejscu trzeba wspomnieć o naszym wielkim projekcie „Tu powstała Polska”, który promuje naszą piastowską historię już nie tylko na naszych terenach, ale także w całej Polsce. Pracujemy również nad nową formułą Szlaku Piastowskiego. W tej chwili nasz Szlak zyskał certyfikat za najlepszy produkt turystyczny Polskiej Organizacji Turystycznej, co pokazuje jak cenne jest to przedsięwzięcie i ważne w stosunku do mapy turystycznej kraju. W konsekwencji doprowadzi to również do rozwoju poszczególnych miejscowości w gminach – przypomnimy i zmodernizujemy pewne atrakcje, które mają jeszcze bardziej przyciągnąć turystów, co przyczyni się do rozwoju lokalnego biznesu.

Staramy się również napędzać gospodarkę powiatu. Pracujemy nad pomysłem strefy gospodarczej, dostrzegamy działania lokalnych przedsiębiorców i promujemy je dalej. To tylko niektóre z obszarów naszej pracy.

Mamy niemal czterysta powiatów w Polsce. Wielu polityków, a także przeciętnych ludzi, uważa, że to za dużo i przynajmniej część powiatów należałoby zlikwidować, bo powiaty nie realizują swoich zadań albo wręcz „przeszkadzają” obywatelom. Kiedy taka sytuacja ma miejsce?

To nie moja rola – oceniać, czy powiatów jest zbyt dużo, czy nie. Z pewnością są one potrzebne. Myślę jednak, że podział administracyjny państwa nie jest przypadkowy. Kształt reformy administracyjnej był poparty odpowiednimi badaniami i dyskusjami. Powiaty w Polsce są bardzo zróżnicowane ze względu na wielkość ich terytorium i liczbę mieszkańców.

Wypowiadając się w kontekście naszego regionu muszę powiedzieć, że podczas konwentów starostów spotykam się z włodarzami powiatów całej Wielkopolski, a czasami nawet spoza naszego województwa. Każdy z nas ma zadania, które realizuje i cały czas mamy dużo pracy, co pokazuje, że nasze działania są potrzebne. Myślę, że dyskusja o tym czy powiat komuś przeszkadza czy nie, jest dyskusją mającą podteksty polityczne. Dotyczy to zarówno poziomu kraju, jak i poszczególnych regionów. Musimy jednak pamiętać, że my jesteśmy samorządowcami mającymi wspierać działania mieszkańców, którymi się opiekujemy. Idea samorządności powinna być nam najbliższa, nie polityka sama w sobie. Jeśli popatrzymy przez pryzmat dbania o lokalne społeczeństwo, pracy na rzecz zaspokajania jego potrzeb, problem zbyt dużej ilości powiatów znika.

Jak Pan ocenia obecny system finansowania powiatów? Jak wyglądają dziś możliwości pozyskiwania własnych środków?

Żyjemy w czasach kryzysu gospodarczego – i powiaty również muszą się z nim zmierzyć. Nasze budżety są coraz mniejsze, a zadań do realizacji ciągle przybywa. Codziennie musimy radzić sobie z pokonywaniem trudności nie tylko administracyjnych, ale także finansowych. Staramy się jednak patrzeć optymistycznie w przyszłość. Korzystamy z funduszy unijnych, wspieramy także lokalne inicjatywy, próbujące pozyskiwać środki na swoje zadania. W ten sposób posuwamy się do przodu.

Choć oczywiście nie brakuje wyrzeczeń. Są rzeczy, które chciałoby się zrealizować, ale z powodu tak uszczuplanego budżetu i większych zadań na razie jest to w sferze marzeń.

Ostatnio do Sejmu trafiła inicjatywa obywatelska zainicjowana przez wspólnoty samorządowe „Stawka większa niż 8 MLD”, w ramach której mówimy o konieczności zmian w finansowaniu naszych budżetów. Ta propozycja pokazuje między innymi  w jaki sposób w samorządach przywrócić równowagę finansową oraz racjonalnie rozdzielać środki budżetowe tak, aby zadania samorządów, których jest coraz więcej, mogły być bezpiecznie i stabilnie realizowane. Projekt został poparty przez ćwierć miliona obywateli, czyli znacznie więcej niż przewiduje ustawa, co pokazuje, iż jest to problem istotny, nad którym parlament musi się pochylić.

Na czym powinien być oparty silny i przydatny obywatelom powiat?

Przede wszystkim w dobrym zarządzaniu i dobrze opracowanej strategii. Jeśli prowadzi się zrównoważoną i racjonalną politykę finansową połączoną z wykorzystaniem potencjału gospodarczego, turystycznego i kulturowego danego regionu, to można odnieść sukces. Trzeba jednak pamiętać, że muszą to być działania długofalowe.

Rozmawiał: Mariusz Janik

poniedziałek, 26 listopad 2012 18:07

Powiaty w Polsce: szanse i zagrożenia

Czy likwidacja 79 sądów rejonowych to pierwszy krok do likwidacji powiatów? Rząd zaprzecza, ale krok resortu sprawiedliwości ożywił burzliwy spór. Dyskusja o sensie istnienia powiatów oraz spekulacje o ich demontażu tliła się jednak od wiosny.

Plotki o planach likwidacji blisko osiemdziesięciu sądów krążyły od lutego, budząc obawy, że w ten zawoalowany sposób rozpoczyna się proces likwidacji powiatów, w których zlokalizowane były sądy. W październiku projekt ten nabrał kształtów: minister Jarosław Gowin podpisał stosowne rozporządzenie o zniesieniu 79 sądów i uczynienie ich oddziałami zamiejscowymi innych sądów rejonowych.

Resort zarzeka się, że kryterium likwidacji była liczba sędziów – sprawa dotyczy tych sądów, w których ich liczba nie przekracza 10. W zamierzeniu ma to być próba obniżenia kosztów funkcjonowania sądownictwa oraz skrócenia czasu rozpatrywania wpływających spraw. W debacie sejmowej szef resortu użył też argumentu, że dzięki temu rozporządzeniu zlikwidowane zostaną „lokalne układy”.

Projekt rozporządzenia wzbudził jednak powszechny opór – i to nie tylko w klubach PiS, Solidarnej Polski, SLD czy Ruchu Palikota, ale też w tworzących koalicję rządową PO i PSL. Ale największe obawy projekt Gowina wywołał w miastach powiatowych, gdzie zlokalizowane są przeznaczone do likwidacji sądy – powszechnie uważa się tam, że oznacza to rychłą likwidację rejonowych prokuratur oraz powiatowych komend policji. Rozporządzenie jest interpretowane jako sygnał rozpoczęcia procesu likwidacji samych powiatów. – Nie będzie sądu, później nie będzie urzędu skarbowego, nie będzie ZUS-u i Łęczyca przestanie być powiatem – przekonywali mieszkańcy Łęczycy podczas protestu przeciwko forsowanym przez resort sprawiedliwości zmianom.

Teoretycznie jest to możliwe: likwidacja powiatów nie wymaga bowiem zmiany konstytucji, lecz jedynie uchylenia ustawy o samorządzie. – Mamy takie informacje, że w zaciszu gabinetu premiera Donalda Tuska przygotowywany jest projekt likwidacji powiatów – stwierdził otwarcie poseł Dariusz Joński z SLD. Według krążących w sejmowych kuluarach spekulacji, pomysł likwidacji kilkudziesięciu powiatów kontestują też koalicjanci z PSL: partia ta optuje za ewentualną likwidacją wszystkich powiatów, zamiast wchłonięcia słabszych jednostek terytorialnych przez silniejsze.

Część czy wszystkie?

Problem nie jest nowy. W lokalnych mediach w całej Polsce od czasu do czasu pojawiają się spekulacje na temat likwidacji przynajmniej części powiatów. Poruszenie panuje choćby w Parczewie. – Od pewnego czasu, małymi krokami, daje się zauważyć proces zmierzający do likwidacji powiatu parczewskiego – przyznawał na łamach lokalnej prasy podlaskiej jeden z tamtejszych urzędników. – Zamknięcie sądu grodzkiego, przymiarki do likwidacji Prokuratury Rejonowej, teraz mówi się, że stracimy Powiatową Stację Sanitarno-Epidemiologiczną, która ma być podłączona do Radzynia Podlaskiego. Zamykanie każdej kolejnej powiatowej instytucji pozbawia sensu istnienie tego powiatu – skarżył się anonimowy urzędnik.

- Myślę, że w duchu każdy starosta się tego obawia, bo sygnały [dotyczące likwidacji słabych powiatów – przyp. red.] pojawiały się nawet na blogu ministra Boniego – mówił Wiesław Holaczuk, starosta w sąsiedniej Włodawie, do której mógłby zostać przypisany „rozparcelowany” powiat parczewski. – Kilka miesięcy temu było głośno, że z mapy województwa lubelskiego miałoby zniknąć sześć powiatów – stwierdził z kolei starosta radzyński, Lucjan Kotwica. – Nawet gdyby, hipotetycznie, do tego doszło, starostów nikt by o zdanie pytał – dodał. – Pozyskujemy zewnętrzne pieniądze większe niż inne powiaty, finansowo dobrze stoimy, nie ma więc możliwości, by nasz powiat przestał istnieć – oponował z kolei wicestarosta parczewski Jerzy Maśluch.

Takie dyskusje nasilają się jednak w całej Polsce. W kwietniu poseł PiS Grzegorz Woźniak, na łamach „Tygodnika Siedleckiego”, ogłosił, że w Sejmie trwają nieformalne negocjacje między rozmaitymi klubami dotyczące połączenia kilkudziesięciu powiatów. I tak do powiatu piaseczyńskiego trafiłby powiat otwocki, do Mińska Mazowieckiego – powiat garwoliński, a do Siedlec – powiat łosicki.

Liczba powiatów i finanse

Punktem wyjścia do dyskusji o powiatach są dane. W Polsce funkcjonuje 379 powiatów, w tym 65 miast na prawach powiatu. Jeśli porównać to do systemu powiatowego sprzed wojny – gdzie na terytorium większym o jedną piątą istniało „tylko” 241 powiatów oraz 23 grodzkie – widać, że obecne struktury powiatowe zostały rozdrobnione (zwłaszcza w województwie mazowieckim, w którym zlokalizowany jest co dziesiąty z powiatów). Proces wyodrębniania kolejnych powiatów „rozdął” ich strukturę pod wpływem lokalnych grup interesów o około 100 nowych jednostek i doprowadził do sytuacji, w której funkcjonują np. powiaty z liczbą mieszkańców nieprzekraczającą 30 tysięcy osób – a więc ilością odpowiadającą właściwie dużej gminie.

Jak podkreślają krytycy obecnie istniejącego rozwiązania, struktury powiatowe zostały wciśnięte w – praktycznie 4-stopniową – administrację terenową, dublując w pewnym stopniu struktury gminne i struktury filii urzędów wojewódzkich. Bardzo wyraźnie odzwierciedla się to w powiatowych finansach: jeśli gminy mogą w relatywnie swobodny sposób samodzielnie kształtować swoje budżety – powiaty są zdane niemal wyłącznie na finansowanie z budżetu państwa, które jest konsekwentnie okrajane. Efekt jest taki, że to co pozostaje w kompetencjach władz powiatowych – od dróg, przez opiekę społeczną, po szkolnictwo ponadgimnazjalne – to bardzo często obszary zaniedbane i niedofinansowane. Jednocześnie nie oznacza to, że w tych sferach gminy radzą sobie lepiej.

Krytyka i zagrożenia

Przeszło dziesięć lat po wprowadzeniu tych struktur rzesze przeciwników powiatów rosną. – Dzisiejsza cywilizacja pozwala kontaktować się wystarczająco łatwo, by odległość do urzędu nie przeszkadzała w codziennym życiu. Można się więc zastanawiać, czy brak tego pośredniego tworu między gminą a województwem, jakim jest powiat, byłby odczuwalny. Nie chcę się wdawać w spór polityczny, czy powiaty są potrzebne czy nie, ale administracja powiatowa nie wypełnia oczekiwań pokładanych w niej w 1999 roku – mówił dwa lata temu ówczesny szef MSWiA Jerzy Miller.

Z krytyką nie kryją się też samorządowcy. – Niech Pan zerknie na powiaty i niech mi Pan Premier wytłumaczy, w jakim celu i do jakich potrzeb funkcjonują starostwa powiatowe? – pytała w liście otwartym do szefa rządu Dorota Łukomska, burmistrz Stąporkowa. – Przecież wystarczy do gmin przekazać zadania związane z niektórymi wydziałami i wraz z tym tylko część tych ogromnych budżetów na utrzymanie starostw. Reszta niech idzie do budżetu centralnego. Ja do dziś szukam odpowiedzi, do jakich celów powołany został ten drugi szczebel samorządowy – powiaty? – pisała pani burmistrz.

Dyskusja dopiero się zaczyna, gdyż argumentów na rzecz reformy struktur samorządowych nie brakuje. Tyle że poszczególne ugrupowania polityczne – mające możliwość zmiany istniejącego systemu – różnią się między sobą w ocenie sytuacji i w kwestii wyboru ewentualnego scenariusza zmian, od częściowej redukcji struktur powiatowych po całkowitą likwidację tego szczebla administracji państwowej, co proponuje choćby Ruch Palikota. Dlatego spór może trwać jeszcze przez lata, chyba że problemy wynikające z kryzysu finansowego w Europie dotknęłyby Polskę w znacznie większym stopniu niż ma to miejsce do tej pory, zmuszając rząd do gwałtownego poszukiwania oszczędności. To mogłoby oznaczać dla powiatów de facto wyrok śmierci.

poniedziałek, 26 listopad 2012 17:51

Rok 2013: Rewolucja śmieciowa w gminach

Do rewolucji pozostało jedynie siedem miesięcy: wchodząca w życie 1 lipca przyszłego roku ustawa śmieciowa oddaje gospodarkę odpadami w ręce gmin. W urzędach trwają więc gorączkowe przygotowania do stosowania nowych przepisów – atmosfera jest tym bardziej nerwowa, że znaczna część gmin znajduje się w rzeczywistości dopiero u progu procesu wprowadzania zmian.

Sprawa ma priorytetowe znaczenie: w zeszłym roku „wyprodukowaliśmy” w sumie 9 827 tysięcy ton śmieci. Na statystycznego Polaka przypadało około 315 kg wytworzonych odpadów i niemal 70 proc. z nich wytworzono w gospodarstwach domowych. Prawie 58 proc. tych śmieci zebrały prywatne firmy, ponad 40 proc. firmy sektora publicznego, a niemal 2 proc. – przedsiębiorstwa prywatno-publiczne.

Ten system odbioru śmieci kończy się jednak nieubłaganie. Od 1 lipca za odbiór śmieci odpowiadać będą gminy, a do tego czasu w przetargach powinny zostać wyłonione firmy odpowiedzialne za wywóz odpadów na danym terenie. Problem w tym, że większość gmin jest dopiero na wstępnym etapie prac nad wdrożeniem nowego systemu: z badań na ten temat, przeprowadzonych przez Ministerstwo Środowiska latem br. wynika, że aż 60 proc. gmin nie wie, jaki wybrać system zbierania odpadów, a przytłaczająca większość – 88 proc. – nie rozpoczęła jeszcze procedur zmierzających do wyłonienia w przetargu firmy obsługującej daną gminę.

Moja rodzina nie produkuje śmieci

Oczywiście, i tu są pionierzy. W podwarszawskim Legionowie rozwiązania wprowadzane teraz w całym kraju obowiązują od grubo ponad trzech lat. – Powietrze było gorsze niż na Śląsku – wspomina prezydent Legionowa, Roman Smogorzewski. – Bolały śmieci porzucane w lasach, palenie nimi w przydomowych piecach, podrzucanie ich, gdzie tylko się dało. Nie można było ustawić nowych koszy miejskich, bo nocami zapełniały je krasnoludki – ironizuje.

Batalia o wprowadzenie nowych rozwiązań zaczęła się wraz z referendum przeprowadzonym w 2006 roku. Jak wspomina Smogorzewski, większością aż 86 proc. mieszkańcy zdecydowali o powierzeniu wywozu odpadów gminie. Nie usatysfakcjonowało to wszystkich: przez kolejne lata samorządowcy musieli bronić nowego rozwiązania. – Ludzie nie rozumieli nowego systemu, mimo faktu, że w kampanię informacyjną włączono nawet księdza proboszcza i ambonę – wspomina nie bez uśmiechu, Smogorzewski. – Pamiętam, jak jeden z mieszkańców Legionowa powiedział: moja 11-osobowa rodzina nie produkuje śmieci; proszę mi udowodnić, że jest inaczej – dodaje.

Od 2010 r. to gmina odpowiada za wywóz śmieci z Legionowa. Efekty? – Powietrze jest czystsze, dziś z miasta wyjeżdża nawet 30 proc. śmieci więcej niż w poprzednich latach. Dzięki nowemu systemowi ludzie nie palą śmieciami – wylicza prezydent Legionowa. – Nowy system to wyzwanie dla nas wszystkich, wyzwanie cywilizacyjne – mówi z kolei marszałek województwa mazowieckiego Adam Struzik. – Z wywozu śmieci zostanie przesunięty nacisk na odzyskiwanie surowców, które znajdują się w odpadach – podkreśla.

Będzie drożej i niepopularnie

Atmosfera w gminach daleka jest jednak od optymizmu. – Będzie drożej i niepopularnie – mówił na listopadowej sesji rady gminy Wałcz zastępca wójta, Janusz Bartczak. – Nowy system oznacza drastyczny wzrost cen – podkreślał. W gminie Wałcz oszacowano je podobnie, jak w Legionowie – na 15 złotych (włodarze Legionowa szacują też koszt wywozu śmieci posegregowanych na 8,50 zł). Przykłady z innych państw, w których zastosowano takie rozwiązania, pokazują jednak, że kiedy system zaczynał funkcjonować, ceny stopniowo spadały, czego zapewne będzie się można z czasem spodziewać również w Polsce.

W Wałczu stawkę określono, biorąc pod uwagę kryterium liczby osób zamieszkujących dany lokal, z którego odbierane są śmieci. Gminy mają jednak jeszcze do wyboru dwa inne kryteria: powierzchnię lokalu oraz zużycie wody. Wielokrotnie przygotowania do wprowadzenia nowych rozwiązań na terenie gmin utykają na etapie doboru tego kryterium – tak stało się choćby w sąsiadującej z Wałczem gminie Tuczno, w której na początku listopada radni próbowali się dowiedzieć, czy w sprawie nowej ustawy „coś się dzieje”.

- Najważniejsze decyzje, które trzeba podjąć obligatoryjnie, to wysokość stawki czy metoda naliczania – odpowiadał w imieniu władz gminy Bartłomiej Biela, specjalista ds. zarządzania kryzysowego w urzędzie Tuczno. Jego zdaniem, nie znając wciąż kosztów, m.in. transportu ani ilości odpadów, można jedynie wstępnie prognozować stawki: na 9,93 zł dla śmieci posegregowanych i 12,24 zł dla śmieci niesortowanych.

- Żadna z proponowanych metod naliczania stawek nie jest idealna – podkreśla w rozmowie z „Gminą” marszałek mazowiecki Adam Struzik. – Idealnie byłoby wybierać kryterium, które maksymalnie uatrakcyjniałoby segregację. W systemach, gdzie istnieją liczne możliwości zarabiania na odpadach i będących rezultatem recyklingu surowcach, można byłoby sobie wyobrazić wówczas bardzo niskie ceny wywozu śmieci – dodaje.

Z danych ankietowych wynika jednak, że aż 83 proc. władz gminnych w Polsce opowiada się za naliczaniem opłat w zależności od ilości mieszkańców. Za kryterium metrażu lokalu optuje 6 proc., za kryterium zużycia wody – 4,3 proc., natomiast 1,7 ankietowanych gmin chciałoby wprowadzić ryczałt od gospodarstwa domowego.

Zadziwiająca bezczynność

Dodatkowym problemem dla gmin jest decyzja, jak organizacyjnie przygotować się do nowych wyzwań. Z badań Ministerstwa Środowiska wynika, że niemal 71 proc. gmin będzie chciało samodzielnie zająć się nowymi zadaniami. Jednak prawie co czwarta gmina (22,64 proc.) chce delegować nowe obowiązki na specjalne związki międzygminne – w tym połowa skłaniających się ku takiemu rozwiązaniu chciałaby „zrzucić” na związek całość nowych zadań. W grę wchodzą ponadto jeszcze porozumienia międzygminne.

Co ciekawe, choć ankiety resortu wypełniło przeszło 1700 gmin w całym kraju, to tylko w 276 gminach prace nad powołaniem nowej komórki, mającej odpowiadać za funkcjonowanie wprowadzanego systemu, zostały doprowadzone do stopnia zaawansowanego. W 715 innych gminach podjęto rozmaite – ale niezbyt intensywne – działania w tym kierunku. Natomiast aż w 527 gminach – 31 proc. wszystkich biorących udział w badaniu – nie zrobiono w tej sprawie praktycznie nic. Co ciekawe, nie jest to związane z delegowaniem nowych obowiązków na różne struktury międzygminne: taka sytuacja ma miejsce wyłącznie w 9 proc. przypadków.

Więcej niż co czwarta gmina – jak wynika ze studium Ministerstwa Środowiska, chodzi o 474 urzędy – nie przeprowadziła też koniecznych analiz stanu gospodarki odpadami komunalnymi. Ponad połowa ankietowanych gmin (930) prowadzi w tym zakresie pewne działania, przy czym jedynie 240 jednostek ujawnia, że są to prace zaawansowane. W 25 gminach uznano wręcz, że tego typu analizy są niepotrzebne.

Zrzeszenia przecierają szlaki

Czas jednak ucieka, a w tych gminach, które przeprowadzą analizy wcześniej, jest szansa znalezienia niestandardowych rozwiązań. Do takich należy choćby zawiązywanie lokalnych związków, zrzeszających gminy. Przyczyna takiego stanu jest prosta: oszczędności. Gminy nie tylko mają utrzymać czystość i porządek na swoim terenie, ale też zapewnić budowę, utrzymanie i eksploatację własnych lub wspólnych z innymi gminami regionalnych instalacji do przetwarzania odpadów komunalnych – połączenie „strumienia” własnych śmieci z odpadami z innych gmin pozwala wtedy obniżać koszty, a więc także ceny.

Stąd związki takie jak Związek Gmin Dolnej Odry. W ramach tego zrzeszenia skupiły się 22 gminy powiatu gryfińskiego oraz większość z powiatów myśliborskiego i pyrzyckiego – w gruncie rzeczy niemal cała południowo-zachodnia część województwa. Na całym terytorium wchodzącym w skład Związku żyje w sumie około 200 tysięcy ludzi. Formuła wspólnej instytucji pozwala nie tylko kolegialnie rozstrzygnąć dysputę co do wyboru kryterium naliczania opłaty, ale też definiować rozdział obowiązków w zakresie gospodarki śmieciowej między gminami a związkiem (co pozwala uniknąć powoływania osobnych, nowych komórek w strukturach urzędów, delegując np. obowiązki na wspólną jednostkę stworzoną w ramach Związku). Powoływane według tej filozofii związki będą też musiały decydować o tym, czy opłaty za wywóz śmieci pobierać będzie Związek czy też poszczególne gminy, wchodzące w skład zrzeszenia. – Najgorzej byłoby, gdyby w jednych gminach miał to robić związek, a w innych gminy zdecydowałyby się robić to samemu – twierdzi Janusz Gawroński, kierujący biurem Związku Gmin Dolnej Odry.

Szlaki przecierał pod tym względem Związek Międzygminny „Obra” – działające już od dwunastu lat zrzeszenie miasta i gminy Wolsztyn oraz pobliskich gmin wiejskich Przemęt i Siedlec. Na jego terenie, zlokalizowanym w zachodniej części województwa wielkopolskiego, mieszka ponad 55 tysięcy ludzi, a przeszło połowa powierzchni wchodzących w skład Związku gmin objęta jest rozmaitymi formami ochrony przyrody. W 1997 r. – podobnie jak w podwarszawskim Legionowie – gmina Wolsztyn wprowadziła własny „podatek śmieciowy”, likwidując dzięki temu dzikie wysypiska oraz obejmując wywózką praktycznie 100 proc. odpadów komunalnych. Cztery lata później polityka ta została zaadaptowana na poziomie całego Związku. W ostatnich latach „Obra” nie tylko rozwinęła na szeroką skalę zakres kampanii dotyczących gospodarki śmieciowej, ale też systemowo organizuje np. zbiórki zużytego sprzętu AGD i RTV, baterii czy odpadów wielkogabarytowych.

Marszałek rusza z odsieczą

Niestety, inicjatywy takie jak w gminie Legionowo czy w ramach Związku Międzygminnego „Obra” to wciąż wyjątki. – Tymczasem to krytyczny moment – podkreśla Adam Struzik. Dlatego też urząd marszałka województwa mazowieckiego chce wyjść z inicjatywą wsparcia wchodzących w skład województwa gmin. – Przygotowaliśmy publikację mającą formułę podręcznika – ogłosił na początku listopada marszałek.

Kilkudziesięciostronicowy „Poradnik” to punkt wyjścia. W broszurze znalazły się nie tylko najważniejsze przepisy, które będą musiały przyjąć gminy, ale też m.in. założenia Wojewódzkiego Planu Gospodarki Odpadami dla Mazowsza na lata 2012-2017, z uwzględnieniem lat 2018-2032, spis działań, które są niezbędne dla wdrożenia nowej ustawy, opis funkcjonowania systemu, czy wreszcie – prawdziwa gratka: wzory koniecznych uchwał, umów, specyfikacji istotnych warunków zamówienia (sformułowanych pod kątem przetargów, w których wyłonione zostaną formy obsługujące dane gminy) czy wreszcie wzorcowe materiały informacyjno-edukacyjne, na których będą mogły się oprzeć urzędy, chcąc poinformować mieszkańców o skali zaprowadzanych zmian na swoim terenie. Poza tym w siedmiu najważniejszych miejscowościach województwa odbędą się dodatkowe spotkania na ten temat.

Strona 9 z 9

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY