Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

wtorek, 25 marzec 2014 21:10

LEPIEJ DECYDOWAĆ SAMEMU

Czy to możliwe, by mieszkańcy sami decydowali o wydatkach z budżetu miasta? Jak najbardziej. Po raz pierwszy spróbowano tego w brazylijskim Porto Alegre w 1989 roku. Pomysł dobrze się sprawdzał – i budżet obywatelski (nazywany także budżetem partycypacyjnym) zaczęto wprowadzać także w innych miastach w Brazylii i na świecie. Od kilku lat zyskuje również na popularności w naszym kraju.

Pionierem pod względem wprowadzania budżetu obywatelskiego w Polsce był Sopot. W 2011 roku jego mieszkańcy zadecydowali, na co wydać 5 mln zł – czyli ponad 1 proc. wydatków z budżetu miasta. Była to pierwsza próba i sprawdzian całej procedury, która w kolejnych latach miała być usprawniana.

Zawrotna kariera

Po Sopocie próby skonstruowania budżetu obywatelskiego podjęło kilka innych dużych miast. Prowadzono je m.in. w Poznaniu, Łodzi, Rzeszowie, Tarnowie, Wrocławiu czy Elblągu. Wbrew obawom sceptyków, mieszkańcy miast unieśli ciężar odpowiedzialności i swoimi pieniędzmi dysponują bardzo rozważnie. – Doświadczenia miast, które dały obywatelom możliwość decydowania o wydatkach, są bardzo budujące. Ludzie nie chcą jakichś nieistotnych i nikomu niepotrzebnych, ale bardzo konkretnych rzeczy, które poprawiają jakość ich życia. Dlatego na przykład autorzy i autorki Obywatelskiej Strategii Konina 2013-2020, która ma być wdrażana, chcą, by do 2018 roku wszystkie wydatki inwestycyjne zależały od decyzji obywateli. Warto też brać przykład z Łodzi, gdzie prace nad budżetem na 2014 rok zaczęto już pod koniec 2012 roku – mówiła w jednym z wywiadów Joanna Erbel, socjolog zajmująca się problematyka miast.

– Oczywiście z jednej strony możemy narzekać, że mamy w Polsce niski poziom aktywności społecznej. Spójrzmy jednak na drugą stronę: budżety partycypacyjne zrobiły w Polsce oszałamiającą karierę. Gdyby jeszcze trzy lata temu spytać kogoś o budżet partycypacyjny, popukałby się w głowę i zaczął uzasadniać, że nie jesteśmy na to gotowi, ludzie są nieodpowiedzialni i nikt nie będzie chciał się tym zajmować. Dzisiaj to rozwiązanie działa w kilkunastu dużych miastach. Odważnie poczynają sobie też małe ośrodki, które mają większą skłonność do eksperymentowania – zachwalała. Wtórował jej Jarosław Makowski, szef Instytutu Obywatelskiego, ośrodka badawczo-analitycznego, który jest zapleczem eksperckim Platformy Obywatelskiej. – Jeżeli ludzie dostają możliwość decydowania, na co mają iść pieniądze, to okazuje się, że wcale nie chcą żadnych aquaparków, ale chcą rzeczy niskobudżetowych, które podnoszą jakość życia. To są place zabaw na osiedlach, siłownie pod chmurką, ścieżki rowerowe, oświetlenie w parkach – mówił.

Dodatkowo, zdaniem Makowskiego, budżet partycypacyjny jest elementem, który angażuje ludzi do działania – jest zatem remedium na niechęć do aktywności społecznej. – Przecież o to chodzi w Polsce samorządowej – żeby ludzie się „samorządzili", bo oni najlepiej wiedzą, co jest problemem na ich osiedlu, w ich gminie, powiecie czy mieście. Narzędziem do tego „samorządzenia się", bardzo dobrym i skutecznym, jest właśnie budżet partycypacyjny – uważa Makowski. Opinię tę potwierdzają zresztą liczby. W głosowaniu nad tegorocznym budżetem obywatelskim Poznania wzięło 88 tysięcy osób, czyli ponad cztery razy więcej niż nad poprzednim. – Frekwencja przekroczyła nasze oczekiwania i świadczy o pozytywnym odbiorze budżetu obywatelskiego przez mieszkańców miasta. Obawialiśmy się, że będzie głosowało mniej osób niż przed rokiem – nie ukrywał zadowolenia Ryszard Grobelny, prezydent Poznania.

Łatwiej, niż się wydaje

Wbrew pozorom, aby wprowadzić budżet obywatelski w polskim mieście lub wsi, nie potrzeba nowego prawa. Wystarczy jedynie dobra wola prezydenta miasta (wójta lub burmistrza) i rady gminy. Od strony formalnej wygląda to tak, że przeprowadzane są konsultacje w sprawie wydatków z budżetu miasta, z jedną, istotną różnicą w stosunku do zwykłych konsultacji ‒ prezydent i rada gminy deklarują, że projekty wybrane przez mieszkańców zostaną zrealizowane. Wszystko opiera się zatem nie na regulacjach ustawowych, lecz na wzajemnym zaufaniu pomiędzy mieszkańcami, a ich przedstawicielami (co jest zresztą cenne samo w sobie).

W ramach budżetu obywatelskiego mieszkańcy mogą nie tylko wybierać najlepsze projekty, ale także zgłaszać ich propozycje. Takie propozycje wypracowuje się na spotkaniach mieszkańców na przestrzeni nawet kilku miesięcy, a pod koniec roku poddaje się je pod głosowanie. Na przykład w Rzeszowie na ten rok mieszkańcy zgłosili 197 pomysłów. 12-osobowa komisja złożona z radnych i urzędników odrzuciła 95 takich, które nie spełniały wymogów formalnych. Na początku stycznia br. pod głosowanie trafiły 102 zadania. Kwalifikacje trwały do 15 stycznia. Głosować można było w ratuszu, w siedzibach rad osiedli, w Punktach Informacyjnych Urzędu Miasta, Punktach Obsługi Mieszkańców, przez Internet, albo pocztą. Każdy obywatel Rzeszowa mógł oddać głos na maksymalnie trzy pomysły. Do realizacji zakwalifikowało się dziesięć. Jest wśród nich siłownia na świeżym powietrzu, park, zadaszenie nad skateparkiem, plac zabaw i boisko.

Od czego zacząć, jeżeli chce się wprowadzić budżet obywatelski w swojej miejscowości? Najprościej od spotkania z radnymi, prezydentem i mieszkańcami, na którym przedstawiona zostanie idea budżetu obywatelskiego. Następnie zazwyczaj odbywa się dyskusja, czy i jak mógłby on działać w danej gminie. Nie ma potrzeby martwić się niskim początkowo poziomem aktywności obywatelskiej. Jeżeli budżet obywatelski będzie działał prawidłowo, mieszkańcy sami zaczną się uaktywniać, bo zobaczą, że ich zaangażowanie przynosi konkretne efekty – powstał plac zabaw, nowy park czy wyremontowano ulicę. Wskazuje na to stopniowy wzrost frekwencji w budżecie obywatelskim choćby właśnie w Porto Alegre.

Według ekspertów, mała aktywność obywateli w wielu przypadkach nie wynika z tego, że ludzie nie są zdolni do zachowań społecznych, lecz z tego, że nie mają, jak i gdzie włączyć się w sprawy lokalnej społeczności. Konsultacje, których wyniki są ignorowane, nie zachęcają do tego, by udzielać się w sprawach miasta czy gminy wiejskiej. Budżet obywatelski oznacza natomiast, że decyzje podjęte przez mieszkańców będą wprowadzone w życie, niezależnie od tego, czy radni się z nimi zgadzają, czy też nie. Wówczas mieszkańcy widzą sens angażowania własnego czasu i energii.

Dlaczego jednak mieszkańcy w ogóle mieliby decydować o wydatkach z budżetu miasta czy gminy wiejskiej? Odpowiedź jest prosta ‒ dlatego, że to ich własne pieniądze. Nie należą one do radnych, wójta czy burmistrza, tylko właśnie do mieszkańców, którzy są gospodarzami gminy.

środa, 26 luty 2014 19:59

CZARNE CHMURY NAD STRAŻĄ MIEJSKĄ

Straż miejska to obecnie najbardziej znienawidzona służba w Polsce. W założeniu miała to być jednostka pomagająca mieszkańcom miast, która przy okazji odciążyłaby policję. Szybko stała się jednak sposobem na uzupełnienie miejskich budżetów.

Efekt jest taki, że już dwanaście polskich miast pod naciskiem mieszkańców zlikwidowało swoje straże. Należą do nich m.in. Stalowa Wola, Żory czy Chrzanów. Wygląda na to, że niebawem dołączą do nich kolejne.

Nie tęsknią

Zarzuty mieszkańców wobec funkcjonariuszy we wszystkich miejscach w Polsce są bardzo podobne. Można je podsumować jednym zdaniem: strażnicy miejscy nie wywiązują się z misji, do której zostali powołani – nie są pomocni mieszkańcom miast. Ich podstawowe zajęcie to wystawianie mandatów, tymczasem sytuacje takie, jak pomoc w odpaleniu zamarzniętego samochodu należą do rzadkości.

Samorządom również coraz trudniej znaleźć argumenty, które uzasadniałyby istnienie straży miejskiej. – Wielu boi się, że jeśli straż miejska zniknie, to w jej miejsce nie zostanie zaproponowane nic w zamian i powstanie luka. U nas nie odczuwa się jednak żadnej tęsknoty – mówił w jednym z wywiadów Ryszard Kosowski, burmistrz Chrzanowa. – Czas, który już upłynął, pokazał, że miasto nie odczuło wielkich ubytków. Od pięciu lat nie pojawił się żaden głos mieszkańców, którzy chcieliby powrotu straży, choć mówiłem wtedy (w 2007 roku – przyp. red.), że jeśli zajdzie kiedyś taka potrzeba, to zawsze można wrócić do powołania tej formacji. W naszej okolicy tendencje są natomiast wręcz przeciwne, bo w ostatnim czasie straż zlikwidowała też jedna z ościennych gmin – dodawał.

Zdaniem Kosowskiego utrzymywanie formacji to duży wydatek, z którego nie ma zbyt wielkiego pożytku. – Dokonaliśmy analizy pracy strażników i okazało się, że ich efektywność nie jest wysoka, nieadekwatna do ponoszonych przez nas wydatków. Nie mogę powiedzieć oczywiście, że strażnicy nic nie robili oraz, że nie byli potrzebni. Ale oczekiwaliśmy od nich czegoś więcej – podsumowuje. W jaki sposób udało się wypełnić lukę powstałą po likwidacji straży? Chrzanów po prostu płaci policji za dodatkowe patrole. Założenie jest takie, że nie mogą być one wykonywane żadnym środkiem lokomocji, a wyłącznie pieszo. Z comiesięcznych raportów, które dostaje Kosowski, wynika, że obecne wyniki ze wskaźnikami pracy straży miejskiej, to naprawdę duża różnica. Dodatkowo jest to dobrze skoordynowane i skupione w jednych rękach. Nie trzeba pewnych czynności specjalnie przekazywać policji, bo sama, mając raport z patroli, potrafi szybko opanować sytuację.

Cios z NIK

Zwolennicy likwidacji straży miejskiej pod koniec ubiegłego roku dostali do rąk potężną broń: miażdżący dla formacji raport Najwyższej Izby Kontroli. Wynika z niego przede wszystkim, że fotoradary w rękach straży miejskiej najczęściej nie przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa. „W latach 2009-2010 w większości gmin straż koncentrowała swoje działania na kontroli prędkości pojazdów (w niektórych miastach nawet ponad 90 proc. mandatów wystawianych przez straż miejską dotyczyło przekroczenia prędkości). Udział mandatów nałożonych w wyniku kontroli ruchu drogowego w wartości wszystkich mandatów nałożonych przez strażników gminnych (miejskich) wyniósł np. w gminie Pelplin 98,7 proc., a w gminie Kobylnica 99,9 proc.” – czytamy w dokumencie.

Niestety, tak aktywne zaangażowanie strażników miejskich w kontrolę prędkości nie przynosi skutków w postaci poprawy bezpieczeństwa. – Prześledziliśmy wyniki dotyczące poprawy bezpieczeństwa w jedenastu gminach, które intensywnie używały fotoradarów. Jak się okazało, tylko w trzech poprawiło się bezpieczeństwo na drodze. W pozostałych poprawa w tym zakresie nie nastąpiła. Wzrosły tylko budżety gmin – komentował rzecznik NIK, Paweł Biedziak. – W wielu miastach formacja, która została powołana do działań prewencyjnych i miała wspomagać policję w utrzymaniu bezpieczeństwa, skoncentrowała się – zamiast na patrolach w pobliżu szkół, w parkach, na dworcach, osiedlach, tam, gdzie mieszkańcy tego potrzebują – na ruchu drogowym. To zrobiło ze straży miejskiej w niektórych miejscowościach kolejną służbę ruchu drogowego – przyznał Biedziak.

Zajmowanie się głównie fotoradarami nie jest największym przewinieniem strażników miejskich. – Kilka jednostek straży przyłapaliśmy (podczas kontroli NIK – red.) na wystawianiu mandatów po terminie. Zgodnie z prawem, sprawa mandatu powinna w takim przypadku zostać przekazana do policji, bądź do sądu. Ale wówczas pieniądze trafiłyby do budżetu państwa, a nie gminy, i prawdopodobnie dlatego strażnicy nie stosowali się do przepisów – mówił Biedziak. Kolejnym zarzutem, jaki Izba postawiła strażom miejskim po kontroli funkcjonowania w latach 2009-2010, było nielegalne nakładanie grzywien na właścicieli samochodów za niewskazanie – na żądanie strażnika – osoby, która kierowała pojazdem w momencie popełnienia wykroczenia. Izba podliczyła, że łącznie finansowe skutki nieprawidłowości – z tytułu mandatów za niewskazanie osoby kierującej pojazdem oraz ewidencjonowanie zapłaconych po terminie mandatów jako przychodów gminy – wyniosły 300 019 680 zł.

Nie bez winy są tutaj również same samorządy. Szczególnie tym biedniejszym trudno jest oprzeć się sięgnięciu po pieniądze z mandatów za fotoradary.

Błędne koło

Kiedy jednak spojrzymy, na co idą pieniądze ściągnięte przy pomocy funkcjonariuszy, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z absurdem. Pieniądze zarobione na mandatach wystawionych przez strażników miejskich samorządy wydają na... usługi prywatnych agencji ochrony. Firmy wyręczają funkcjonariuszy. Łódź w 2012 roku na ochronę swoich trzynastu budynków wydała 822 tys. zł. Kraków tylko na ochronę obiektów należących do urzędu miasta przeznaczył 1,7 mln zł. Wrocławski Zarząd Zasobu Komunalnego na ochronę mienia wydał 920 tys. zł. Z kolei Gdańsk w ubiegłym roku wydał na ten cel 1,35 mln zł – niemal tyle samo, ile wyniosły wpływy z mandatów wystawionych przez tamtejszą straż miejską (ok. 1,5 mln zł).

Prym wiedzie stolica. Warszawski ratusz dwa lata temu roku zawarł z agencjami ochrony umowy o wartości 6,8 mln zł brutto. Ochroniarze często wykonują zadania, które mogłyby realizować straże miejskie i inne służby. Przykładowo w Krakowie jedna z firm wygrała w 2010 r. przetarg na ochronę fizyczną tunelu tramwajowego KST wraz z dwoma przystankami i dojściami oraz ochronę fizyczną dolnego poziomu ronda Mogilskiego. We Wrocławiu agencja zapewnia ochronę fizyczną urządzeń znajdujących się na terenie fontanny i głośników umieszczonych na pergoli przy Hali Stulecia oraz mienia znajdującego się na terenie parku im. Mikołaja Kopernika przy ul. Teatralnej. W Kielcach w ramach trzydniowej imprezy Święta Kielc ochroniarze patrolowali m.in. plac Konstytucji i rynek przy urzędzie miasta. W wykazie zadań zleconych przez miasto zewnętrznej agencji znalazło się legitymowanie osób w celu ustalenia ich tożsamości, czy ujęcie w celu niezwłocznego przekazania policji osób stwarzających bezpośrednie zagrożenie dla życia lub zdrowia.

Pracownicy agencji ochrony patrolują parki (np. w Warszawie Łazienki czy park Ujazdowski), kontrolują bilety w środkach transportu publicznego, a po nowelizacji prawa lotniczego w 2011 r. mogą się zajmować bezpieczeństwem w portach lotniczych. Dlaczego nie robią tego, i tak opłaceni już strażnicy miejscy? Nie zostałby nikt, kto mógłby wystawiać mandaty?

środa, 26 luty 2014 19:36

ULICZNE PRZEPYCHANKI

Mogłoby się wydawać, że ćwierć wieku po upadku komunizmu spory o nazwy ulic również należą w Polsce do przeszłości. Tymczasem nic bardziej mylnego: utarczki zdarzają się co prawda rzadziej, ale budzą równie duże emocje, co kiedyś. Mimo tego, że często wcale nie są to już nawet spory ideologiczne.

Pod koniec ubiegłorocznych wakacji radny z Wrocławia, Sebastian Lorenc, złożył u prezydenta Rafała Dutkiewicza interpelację, by ponownie oficjalnie nazwać wzgórze w Parku Południowym imieniem Georga Bendera. Był to nadburmistrz Wrocławia z przełomu XIX i XX w., a wzgórze jego imienia istniało w stolicy Dolnego Śląska do 1945 roku. Wcześniej z takim pomysłem zgłaszało się do komisji kultury rady miasta Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia – bezskutecznie. Jak tłumaczył jeden z radnych, Bender to kontrowersyjna postać, która Polakom zalazła za skórę.

Meandry wrocławskiej przeszłości

Mimo to Lorenc postanowił spróbować jeszcze raz. Swoją propozycję uzasadniał tym, że Bender w latach swoich rządów bardzo wiele zrobił dla Wrocławia, m.in. powiększył jego obszar, a do miejskiej kasy zaczęło z tego tytułu wpływać więcej pieniędzy. Tyle że Georg Bender, jako patron wzgórza, wciąż nie wszystkim się podoba. Ba, wręcz budzi kontrowersje. Przed objęciem urzędu nadburmistrza Wrocławia, był burmistrzem Torunia i słynął z, delikatnie mówiąc, niechęci do Polaków. Podkreślał to nawet publicznie. – To światła postać w dziejach Wrocławia, ale jak widać, nie wszystko jest takie proste – mówił w jednym z wywiadów Jerzy Skoczylas, przewodniczący Komisji Kultury i Nauki Wrocławia.

Bender jest znany m.in. z tego, że w Toruniu wskazał dom, w którym mieszkała rodzina Mikołaja Kopernika (teraz jest tam muzeum astronoma). Jednocześnie jednak podkreślał, że Kopernik był Niemcem, a Polacy „przywłaszczyli” sobie jego sukcesy, bo brak im wielkich uczonych.

Nie jest jednak tak, że Wrocław za wszelką cenę chciał wymazać swoją przedwojenną przeszłość. Chociaż większość nazw sprzed 1945 roku zniknęła, to niektóre wciąż się zachowały. Nadal istnieje ulica Wilhelma Roentgena (noblisty z dziedziny fizyki) czy Roberta Kocha (również noblisty, wybitnego lekarza). Kolejne wyjątki to ul. Pestalozziego i... Kopernika. Czasem usuwanie nazw wynikało ze zwyczajnej niewiedzy, np. ulica Holtei’a otrzymała nowego patrona – Darwina. Tymczasem Karol von Holtei był polonofilem, wielbicielem Tadeusza Kościuszki.

Co ciekawe, Wrocław wydaje się mieć wyjątkową skłonność do kłótni o nazwach ulic. W styczniu urzędnicy miejscy zaproponowali, by do części nazw ulic dodać kierunki świata. Meliorancka Południowa, Polanowicka Północna, Żwirki i Wigury Zachodnia – to nowe nazwy fragmentów tras koło obwodnicy Wrocławia, które wymyślili urzędnicy. Ich zdaniem, zamieszanie z ulicami wprowadziła w mieście Autostradowa Obwodnica, która przecięła na dwie części pięć istniejących tras.

Pomysł nie wszystkim się podoba. Komisja Nazewnictwa Ulic, działająca przy Towarzystwie Miłośników Wrocławia, ma swoje zdanie na ten temat. – Wrocław to nie Ameryka, gdzie jest tradycja dodawania do ulic kierunków świata. Propozycję oceniamy negatywnie, ponieważ wprowadzi zamieszanie – mówił prof. Bernard Jancewicz, przewodniczący Komisji. Przekonuje on, że mieszkańcom ulice zlokalizowane w tej samej części miasta będą się po prostu mylić.

Obrońcy przystanku Jubilat

Podczas gdy we Wrocławiu można doszukać się sensu w dyskusjach o nazwach, to gdzie indziej wcale nie jest to regułą. Np. w Krakowie, w ubiegłym roku, Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu postanowił zlikwidować nazwy takich przystanków, jak m.in. Kabel, Jubilat, Biprostal, Hala Targowa, Dom Handlowy Wanda i wprowadzić zamiast nich nazwy ulic, przy których się znajdują. Urzędnicy uzasadniali, że chcą w ten sposób ułatwić poruszanie się po Krakowie turystom. Pomysł likwidacji popularnych nazw wywołał jednak gwałtowną reakcję. Błyskawicznie na Facebooku powstała grupa sprzeciwiająca się pomysłowi ZIKiT, która w krótkim czasie zyskała poparcie prawie 5 tysięcy osób.

Mieszkańcy argumentowali, że obecne nazwy są bardziej rozpoznawalne niż ulice, przy których się znajdują. Prześcigali się wyłapywaniu absurdów w proponowanych zmianach.

Dlaczego przystanek Opolska Estakada ma się zmienić na Estakada Rozwadowskiego? Przecież prawie nikt nie wie, jakie nazwy noszą estakady. Dlaczego znika nazwa Jubilat, a jedną z nowych ma być niewiele mówiąca Brama 2? „Kabel stanie się Malborską, Malborska stanie się Dauna, Dauna stanie się Spółdzielców. Bardzo inteligentne, to na pewno poprawi komunikację i nie wprowadzi zamętu” – kpił jeden z internautów. „Proponuję jeszcze zmianę nazwy przystanku Wawel, no bo przecież nie obiektu, tylko ulicy szukają turyści” – dodawał inny. Pojawiły się także głosy, że to, co ma zniknąć w Krakowie, jest normą w innych dużych miastach. W Londynie nawet przystanki metra noszą nazwę nie od ulic, ale od ważnych miejsc.

Pod wpływem protestów ZIKiT postanowił wycofać się ze zmiany. Inna sprawa, że cierpliwość mieszkańców grodu Kraka mogła się wyczerpać: krakowscy urzędnicy już rok temu przeprowadzili podobną rewolucję. Wprowadzili ponad sto nowych nazw. Wtedy objęły one przede wszystkim mniej znane przystanki – nie udało się jednak zmienić nazwy przystanku Dworzec Główny przy ulicy Basztowej. Pasażerowie w głosowaniu internetowym postawili weto.

Ulica godna apartamentowca

Nie zawsze jednak udaje się uratować dotychczasowe, czasme historyczne nazwy ulic. Tak może być w przypadku ulicy Krowiej w Warszawie. To nieduża ulica na Pradze. W XIX w. była tu ubojnia bydła. Do niedawna ulica była zaniedbana i zarośnięta trawą. Teraz ma prowadzić do nowoczesnego kompleksu mieszkalno-biurowego budowanego przez spółkę Port Praski.

Spółka ta chce, aby nazwa ulicy Krowiej została zmieniona na Vaclava Havla. Już raz taka inicjatywa przepadła – od śmierci prezydenta Czech nie minęło bowiem pięć lat, a to jest właśnie okres zalecany w takich sytuacjach. Do tego wątpliwe, aby nieżyjący prezydent Czech kiedykolwiek odwiedził te okolice. Wydział infrastruktury odrzucił propozycję zamiany, ponieważ nazwa ulicy – Krowia – jest historyczna. Sprawa jednak jest w toku, ponieważ radni nie są jednomyślni. Jedni uważają, że inwestor, który wydaje olbrzymie sumy w dzielnicy, zasługuje na rozważenie jego wizji – zwłaszcza, że zmiana nazwy ulicy Krowiej nie wiąże się z żadnymi istotnymi kosztami. Inni mówią, że ulica ta na dobre wpisała się już w historię Pragi i nie należy jej zmieniać.

Najlepszym podsumowaniem całej sprawy jest komentarz anonimowego internauty: „No tak, skoro zostawia duże pieniądze, to jak najbardziej powinien dostać to, czego chce... Jak się zabierze kiedyś za budowanie apartamentowców przy Polu Mokotowskim i tam też zostawi duże pieniądze, może warto zrobić tam pole golfowe tylko dla bogatych? Rzygać się chce od decyzji tych wszystkich "radnych" i "polityków" :/”

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:24

STOLICA DOBREGO ŻYCIA

Z perspektywy Warszawy, czy kilku innych dużych polskich metropolii, Rzeszów może wydawać się lokalnym ośrodkiem, w którym życie toczy się własnym rytmem. Błąd. Być może jest to najbardziej światowe z polskich miast. A co ważniejsze, to jedno z niewielu miejsc, w których ludzie są zadowoleni z tego, jak im się żyje.

W grudniu Rzeszów otrzymał Europejską Nagrodę za Najlepsze Praktyki przyznaną przez Europejskie Stowarzyszenie Badań Jakościowych (ESQR), a prezydent Rzeszowa dostał nagrodę Primus Innovatorum 2013. Laureaci są wybierani są przez ESQR w kompleksowej procedurze na podstawie ankiet, badań opinii konsumentów oraz badań rynkowych i opinii publicznej. W tym roku nagrody przyznano 76 instytucjom z 59 krajów z całego świata.

Wśród całego grona nagrodzonych renomowanych firm, instytucji i organizacji z Europy, Azji, Afryki, Ameryki i Australii znalazł się i Rzeszów – jako jedyne miasto z Polski i jedno z nielicznych wyróżnionych Nagrodą za Najlepsze Praktyki miast Europy.

A jest to tylko ostatnia z wielu nagród, które regularnie dostaje miasto. Kilka tygodni wcześniej zostało ono sklasyfikowane najwyżej w Polsce w rankingu inteligentnych miast opracowywanym przy udziale Politechniki Wiedeńskiej. W uzasadnieniu podano m.in. stawianie na rozwój kapitału ludzkiego, ułatwianie mieszkańcom dostępu do administracji (w centrach handlowych istnieją Punkty Obsługi Mieszkańców, gdzie sprawy urzędowe można załatwić od ręki, dyżurują przedstawiciele ZUS-u i Rzecznik Praw Konsumenta), a także rozwój monitoringu wizyjnego i powszechnego dostępu do szerokopasmowego Internetu.

Tymczasem w corocznym Rankingu Samorządów publikowanym przez dziennik „Rzeczpospolita”, wśród miast najlepiej wykorzystujących fundusze unijne Rzeszów zajął wysokie – 3. miejsce. W stosunku do 2012 roku, kiedy Rzeszów znalazł się na 27. pozycji, była to znaczna poprawa, „wyskoczenie” m.in. przed Wrocław i Lublin. W kategorii „Najlepsze miasta” – miasta na prawach powiatu, stolica Podkarpacia znalazła się na 7. Miejscu – przed m.in. Wrocławiem, Krakowem, Katowicami i Lublinem.

Stolica Podkarpacia dostała też tytuł najlepiej zarządzanego miasta w Konkursie Innowator – i tytuł Przyjaznej Gminy w konkursie o takiej samej nazwie. Nagrody tylko z tego roku można jeszcze długo wymieniać. Zamiast tego zapytaliśmy prezydenta Rzeszowa, Tadeusza Ferenca, jaką ma receptę na zarządzanie miastem.

STANISŁAW RAJEWSKI: Panie prezydencie, jest pan dumny z kolejnych wyróżnień, które dostaje Rzeszów?

TADEUSZ FERENC*: Tak, oczywiście. Ale moja duma ma tu znaczenie drugorzędne. Te nagrody to sygnał, że miasto dynamicznie się rozwija w kierunku, który zaplanowaliśmy. To swojego rodzaju potwierdzenie z zewnątrz, że podejmujemy właściwe decyzje. Z drugiej strony, kiedy jadę za granicę – służbowo albo prywatnie – zawsze wracam z przekonaniem, że wciąż robimy za mało, że ciągle jest mnóstwo zaległości do nadrobienia.

Od 2002 roku podejmuje pan najważniejsze dla Rzeszowa decyzje. Jaką ma pan receptę na zarządzanie miastem?

Właśnie taką, żeby ciągle uczyć się od innych i starać się dorównać lepszym od nas. Bez przerwy poszukiwać, podglądać nowe rozwiązania, które jeszcze lepiej i sprawniej będą służyć mieszkańcom. Ostatnio pracujemy, na przykład, nad projektem kolejki nadziemnej, która usprawni komunikację i rozładuje korki.

Dlaczego właśnie nadziemną?

Bo metro to rozwiązanie sprzed ponad stu lat. Tramwaje, oprócz tego, że są równie stare, to w dodatku zajmują dużo miejsca. Na całym świecie ucieka się z komunikacją miejską do góry, a nie pod ziemię. Poza tym proszę porównać koszty: inwestycja w drugą linię metra w Warszawie to 4,6 miliarda złotych. Tymczasem szacunkowy koszt naszej inwestycji to 200 mln złotych.

Wspomniał pan o konieczności uczenia się od innych. Czy jest jakieś miasto na świecie, które szczególnie chciałby pan naśladować?

Raczej nie. Nie ograniczam się do jednego miasta czy regionu. Z każdej podróży przywożę jakieś pomysły. Z Dubaju jedne, a z Wiednia inne. Wysyłam też swoich architektów i urbanistów, żeby oglądali cudze rozwiązania, analizowali je pod kątem tego, jak mogą poprawić jakość życia mieszkańców – i potem ewentualnie wdrażali je w Rzeszowie.

Jakie rozwiązania zatem pożyczył Rzeszów za granicą?

Chociażby okrągłą kładkę dla pieszych, którą zbudowaliśmy nad Aleją Piłsudskiego, o której było głośno w całej Polsce, widziałem w Szanghaju. Ale nie muszą to być rzeczy wielkie i spektakularne. Na przykład, któregoś razu w Wiedniu zdałem sobie sprawę, że tam ludzie w parkach rozkładają koce, urządzają grilla – krótko mówiąc, miło spędzają czas. Nikt ich nie wygania i nie ustawia tabliczek z napisem: „Nie deptać trawy”. Więc postanowiłem w rzeszowskich parkach ustawić tabliczki z napisami: „Tu możesz rozłożyć koc”, albo „Tu jest miejsce na grilla”, żeby zachęcić mieszkańców do korzystania z tych możliwości. Warszawa i Wrocław w mijającym roku chwaliły się, że wprowadziły wypożyczalnie rowerów miejskich, tymczasem u nas działa to od 2010 roku i nikogo już nie dziwi. Nie są to wielkie rzeczy, ale dzięki nim mieszkańcy Rzeszowa lepiej czują się w swoim mieście.

Żeby jednak czuli się naprawdę dobrze, potrzebne są nieco poważniejsze rzeczy niż okrągła kładka i tabliczki z miłymi napisami? Opozycja w radzie miejskiej zarzuca panu, że szasta pan pieniędzmi na drogie gadżety.

Są to projekty mniejszej rangi niż budowa dróg, mostów, szkół, przedszkoli, żłobków, ale – jak doskonale pan wie – nie zaniedbujemy niczego. Natomiast, gdyby moim celem było uniknięcie krytyki za wszelką cenę, to ugrzązłbym w niekończących się dyskusjach nad kolejnymi projektami, a Rzeszów nie wyglądałby dziś tak, jak wygląda. Nie rozwijałby się tak, jak się rozwija. To normalne, że do 95 proc. projektów w mieście są zgłaszane wątpliwości. Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś się nie podoba. Jeśli te uwagi są uzasadnione, to oczywiście, pochylamy się nad nimi. Ale prezydent miasta musi mieć jedną podstawową cechę: musi być konsekwentny.

Mógłbym wymienić parę przykładów, kiedy konsekwentne ignorowanie mieszkańców doprowadziło do sytuacji, w której życie w danych miejscowościach stało się nieznośne.

W Rzeszowie jest odwrotnie. Wszystkie nasze działania są podporządkowane jednemu celowi: poprawie komfortu życia w Rzeszowie i ściąganiu do miasta nowych mieszkańców. Dodatkowo, żeby nie oderwać się od rzeczywistości – cały czas trzymam rękę na pulsie. Regularnie, przez trzy miesiące w roku, prowadzimy konsultacje społeczne. Dzięki temu mamy aktualną wiedzę na temat potrzeb mieszkańców. Oprócz tego, sam cały czas chodzę na spotkania z mieszkańcami w różnych instytucjach. Dodatkowo, przy okazji wieczornych spacerów z żoną, łączę przyjemność z pracą i np. osobiście oceniam stan ulic – albo słucham uwag przypadkowo spotkanych ludzi.

Wspomniał pan o budowie nowych szkół. W wielu miejscowościach w Polsce szkoły się zamyka i zwalnia nauczycieli. Dlaczego w Rzeszowie jest na odwrót?

Właśnie po to, żeby ludzie chcieli tu mieszkać i tu się przeprowadzać. Jeśli zapewnimy dostęp do szkół i wyższych uczelni, to obronimy się przed emigracją do innych miast i przyciągniemy tu nowych mieszkańców. Ostatnio byłem na spotkaniu w jednym z rzeszowskich liceów i zapytałem w jednej z klas, ile jest w niej osób spoza Rzeszowa. Okazało się, że ponad połowa. Jestem pewien, że po maturze wielu z tych uczniów pójdzie w Rzeszowie na studia, zamieszka tu na stałe i będzie przyczyniać się do dalszego rozwoju miasta.

Podsumowując zatem, zamykanie szkół to – moim zdaniem – krótkowzroczność. Przy czym edukacja, to tylko jedna ze sfer, na której się skupiamy i która sprawia, że Rzeszów jest atrakcyjnym miejscem do życia. Kolejne to chociażby sport i kultura. Oprócz tego, że mamy doskonałą drużynę siatkarską, to staramy się też ułatwiać mieszkańcom uprawianie sportów. Zamek Lubomirskich niedługo już – mam nadzieję – przestanie być siedzibą sądu i zostanie zaadaptowany do celów kulturalnych.

Założenia założeniami, ale czy to działa?

Zdecydowanie: liczba mieszkańców stale rośnie. Obecnie zameldowanych w Rzeszowie jest 184 tysiące osób. Szacujemy jednak, że de facto mieszka tu na stałe około 220 tysięcy ludzi.

Chcąc dowieść, że „Rzeszów – stolica innowacji” to nie jest pusty slogan, musi pan mieć wyjątkowo sprawny aparat urzędników. Jak dobiera pan współpracowników?

Podczas kilkudziesięcioletniej pracy na kierowniczych stanowiskach nauczyłem się jednej rzeczy: najgorsze, co może zrobić szef, to zatrudnić kogoś po znajomości, czy z polecenia. Nie byłbym dziś prezydentem Rzeszowa, ani nie byłbym w stanie tak zmieniać tego miasta, gdybym rozdawał posady na tej zasadzie. Ja jestem odpowiedzialny przede wszystkim przed mieszkańcami, a nie znajomymi czy kolegami. A mieszkańcy rozliczają mnie z realizacji konkretnych inwestycji. Muszę mieć zatem kompetentnych ludzi, którzy znają się na robocie. Nie interesuje mnie, jakie mają poglądy, koligacje i przynależności – mają się poświęcać dla pracy. Jeśli tak robią, to mogą być pewni, że zostaną docenieni. Z kolei ci, którzy próbowali cyganić, czy obijać się, nigdy nie zagrzali u mnie długo miejsca.

W Polsce ciągle powstają lotniska, które już nawet w fazie planów nie są nastawione na rentowność. Absurd? Najwyraźniej niezauważany przez samorządy. Część z nich przy podejmowaniu decyzji nie zastanawia się, czy inwestowanie w lotnisko regionalne będzie opłacalne. Za punkt honoru poczytuje sobie natomiast zrobienie czegoś spektakularnego. Utrzymywanie szkół czy dróg przestało już za takie uchodzić.

Czerwcowe wyniki lotów pasażerskich potwierdziły tylko to, o czym w branży lotniczej mówiło się od dawna: przez pierwsze sześć miesięcy 2013 roku z portu lotniczego Poznań-Ławica skorzystało niespełna 600 tysięcy pasażerów – czyli o prawie 22 proc. mniej niż rok temu. Podobnie Łódź i Gdańsk odnotowały w czerwcu ponad 20-procentowe spadki liczby odpraw, a ruch we Wrocławiu obniżył się o 15 proc. Aż pięć z jedenastu polskich lotnisk odnotowało spadki liczby pasażerów, a siedem – mniejszą liczbę startów i lądowań.

Wojskowy pas na dobry start

W klasyfikacji nie został uwzględniony Modlin, który miał pół roku przerwy spowodowanej usterkami pasa, oraz Lublin otwarty raptem w grudniu. Władze tego ostatniego portu nie mają jednak powodów do radości. Mimo że na tym lotnisku – w odróżnieniu od Modlina – obyło się bez wielkich usterek technicznych, jego sytuacja jest trudna. Przedstawiciele spółki Port Lotniczy Lublin obiecywali podczas grudniowego otwarcia, że lotnisko w ciągu pierwszego roku obsłuży 300 tysięcy pasażerów. Ciężko będzie dotrzymać słowa skoro 100-tysięczny pasażer odleciał stamtąd dopiero w lipcu.

Gorzej niż Lublin wypada tylko lotnisko w Zielonej Górze. Powód? Według ekspertów chodzi przede wszystkim o to, że Lublin i tzw. ściana wschodnia po prostu nie generują wystarczająco dużego ruchu. W dodatku Lublin leży 170 km od Warszawy i 200 km od Modlina. Co prawda, biorąc pod uwagę powolną, ale stałą poprawę stanu dróg, nie jest to odległość, która odstraszyłaby pasażerów. Jednak warszawskie Okęcie przyciąga znacznie większą ofertą lotów.

– Decyzja o budowie lotniska regionalnego powinna zapadać na podstawie przesłanek demograficznych, ekonomicznych, komunikacyjnych itp. U nas natomiast jest często tak, że bez namysłu przerabia się lotniska wojskowe na lotniska cywilne. A te przecież budowano z zupełnie innych powodów. One powstawały na terenie ukrytym, oddalonym od jakichś siedlisk, odpowiadającym wojsku pod względami strategicznymi – mówił w 2012 roku dla portalu „Rynek Infrastruktury” Krzysztof Michalski, prezes Agencji Mienia Wojskowego. – Lotnisko regionalne jest uzasadnione tylko po przeprowadzeniu badań, które udowodnią, że w tym miejscu jest potrzebne. A u nas jest tak, że jak w gminie jest lotnisko wojskowe, to samorządy się cieszą, że mają już pas startowy i inwestują publiczne pieniądze w budowę portu regionalnego. Tymczasem pas startowy to zaledwie 20 proc. całej inwestycji – dodawał.

Na prawo port, na lewo port…

Ani dane statystyczne, ani podobne opinie nie zrażają jednak samorządowców. Na Mazowszu jesienią ruszy port w Radomiu – trzecie lotnisko w województwie. Za czwartym lobbuje już Mińsk Mazowiecki. Od wielu lat mówi się o rozbudowie lotniska Szymany, położonego 60 km od Olsztyna, które ma zacząć obsługiwać loty cywilne po 2014 roku. W 2015 r. ma zaś zacząć działać lotnisko Koszalin w Zegrzu Pomorskim. Za własnymi lotniskami lobbują też następne miasta: Białystok i Kielce.

Komisja Europejska bada tymczasem sensowność pomocy publicznej w wysokości 52 milionów euro udzielonej na budowę portu lotniczego Gdynia-Kosakowo. Znajduje się on… 25 kilometrów od istniejącego Lotniska Lecha Wałęsy w Gdańsku. Za tą absurdalną inwestycją ma się kryć rywalizacja między prezydentami Gdyni i Gdańska – Wojciechem Szczurkiem i Pawłem Adamowiczem.

Boom na regionalne porty lotnicze trwa w Polsce od naszego wejścia do Unii Europejskiej w 2004 roku. Jest on jednak „okupiony” dopłatami z budżetów samorządów dla tanich linii lotniczych, stanowiącymi zachętę do korzystania z tych lotnisk. Urzędy niechętnie podają kwoty tych „dotacji”. Portal Pasazer.com podał jednak, że województwo podkarpackie przeznaczyło prawie 25 mln zł w ciągu czterech lat dla Ryanaira.

Według portalu Rynek Infrastruktury, przepływ dopłat odbywa się najczęściej w ramach tzw. opłat marketingowych. Do obejścia unijnych przepisów, które zakazują bezpośredniego dofinansowania, służy podpisywanie z przewoźnikiem umowy na promocję danego regionu reklamami: na kadłubach samolotów, w magazynach pokładowych i na stronie internetowej. Te promocyjne kontrakty, to w rzeczywistości warunek, od którego przewoźnik uzależnia uruchomienie trasy lub otwarcie bazy. Umowę podpisuje z przewoźnikiem spółka zarządzająca portem lotniczym (tak jest np. w Katowicach i Gdańsku), albo samorząd przez swoją organizację turystyczną (to przykład Poznania).

Koleje wykoszą samoloty?

Opłaty marketingowe to niejedyny sposób na pozyskanie przewoźnika. Wśród zachęt są m.in. zniżki w opłatach lotniskowych oraz rabaty na paliwo i lotniskowe usługi techniczne. Wysokość tych upustów jest z reguły najpilniej strzeżoną tajemnicą handlową portów. Eksperci zwracają uwagę, że ulgi automatycznie zmniejszają przychód lotnisk. A jeśli lotnisko jest deficytowe, to stratę pokrywa samorząd województwa z budżetu.

Z taką sytuacją mamy do czynienia w Rzeszowie: tu do każdego pasażera latającego z Jasionki samorząd dopłacił w ubiegłym roku prawie 17 złotych. Więcej – 22 zł na głowę – wykłada tylko Bydgoszcz (ten port akurat odnotował prawie 13-procentowy wzrost liczby pasażerów w I kwartale br.). W czołówce pod względem dopłat jest też Gdańsk, który zgodził się płacić liniom Wizz Air 4,5 mln zł rocznie za reklamę, oraz Katowice, które co roku zwiększają wartość umowy podpisywanej z przewoźnikiem. Tanim liniom lotniczym płacą też samorządy m.in. Poznania, Łodzi i Szczecina.

Jak długo może to trwać? – Część naszych lotnisk, niestety, również może skończyć tak, jak zamykane i nierentowne regionalne porty w Hiszpanii – uważa Krzysztof Michalski. – Z polskich lotnisk regionalnych broni się lotnisko w Łodzi, choć moim zdaniem i tak leży ona za blisko Warszawy. Lepiej byłoby przecież zbudować szybką kolej, łączącą Łódź z Warszawą, niż utrzymywać łódzki port lotniczy. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego zamiast tworzyć rozwiązania powszechnie stosowane na świecie, brniemy w naszym kraju w kiepskie pomysły dla chwilowego rozgłosu – bo budowa lotniska w małej miejscowości taki rozgłos przyniesie. Gdyby natomiast mądrze zainwestować w rozbudowę infrastruktury kolejowej, na przykład budowę szybkiej kolei łączącej Kraków z Gdańskiem, co de facto już się dzieje, to wówczas takie połączenie stanowiłoby realną konkurencję dla samolotów. Zastanawiam się, jak te wszystkie małe porty będą sobie radziły, kiedy w Polsce będziemy mieli wreszcie Koleje Dużych Prędkości. I który przewoźnik lotniczy będzie wówczas latał do tych mniejszych portów? – podsumowuje.

wtorek, 23 lipiec 2013 21:36

GOSPODARSKIE WIZYTY NA POLU MINOWYM

Partyjni przywódcy w ostatnich miesiącach coraz częściej zaczęli jeździć po Polsce. Wizyty przywódców niemal wszystkich partii politycznych w Elblągu to tylko wierzchołek góry lodowej. Mieszkańcy oddalonych od Warszawy regionów cieszą się, że zasłużyli na uwagę najważniejszych osób w państwie. Najczęściej po odwiedzinach zostaje jednak tylko krótkie wspomnienie. Podczas spotkań bowiem temat lokalnych problemów jest albo nieobecny, albo... pokazuje ignorancję polityków.

Logika tego rodzaju gospodarskich wizyt ujawniła się w pełnej krasie w Elblągu, gdzie w wyniku referendum zostały odwołane dotychczasowe władze miasta. Partie uznały, że odwiedziny znanego lidera otwiera drogę do sukcesu. Przedterminowe wybory w Elblągu były uważane za test dla PO i PiS przed ogólnokrajowymi wyborami do parlamentu, które czekają nas w 2015 roku.

Parada wpadek

Jeśli faktycznie w ten sposób do tego podejść, to PO egzamin oblała – prezydentem miasta został Jerzy Wilk z PiS. Przegrał również Donald Tusk, który osobiście zaangażował się w kampanię, żeby zniweczyć wysiłki swojego największego politycznego rywala – Jarosława Kaczyńskiego. Trud premiera okazał się jednak całkowitym niewypałem. Donald Tusk, krytykując pomysł PiS o przekopaniu Mierzei Wiślanej bezwiednie zdradził się z całkowitą nieznajomością lokalnych realiów. – Ten bardzo kosztowny projekt, o wątpliwym sensie ekonomicznym, jest dziś wyłącznie politycznym trikiem – mówił Tusk podczas wizyty w Elblągu. Problem polega jednak na tym, że to część regionalnych polityków PO zabiega o przekopanie Mierzei. Co więcej, sam rząd premiera Tuska co roku wydaje 5 mln zł na przygotowania do tej inwestycji...

Podobne wpadki są raczej regułą niż wyjątkiem. Niedawno wielkopolskie Wronki odwiedził Janusz Palikot. Chciał wesprzeć akcję zbierania podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania burmistrza (inicjatorami są właśnie działacze Ruchu Palikota). – Wie pan, jakie poparcie w wyborach zdobył Mirosław Wieczór? – pytał podczas spotkania z Palikotem jeden z mieszkańców miasta. – Kto? – zapytał, ledwo ukrywając zdziwienie, lider ugrupowania. Trudno się dziwić, że skoro nie wiedział nawet, jak się nazywa obecny burmistrz Wronek, to nie mógł też domyślić się, jakim cieszy się poparciem. A na Mirosława Wieczora zagłosowało w ostatnich wyborach ponad 70 proc. mieszkańców miasteczka.

W 2012 roku Leszek Miller, szef SLD, odwiedził Gimnazjum Nr 24 w Poznaniu. Miał wesprzeć rodziców i nauczycieli, którzy protestowali przeciwko likwidacji szkoły. Jeszcze przed wizytą zapowiadał, że zaprezentuje konkretne rozwiązania i pomysły dla protestujących. Niestety – nic z tego. – Nie przyjeżdżam z żadną cudowną receptą – przyznał otwarcie podczas spotkania w poznańskim gimnazjum. – Chcę dowiedzieć się, jak wygląda polityka rządu dotycząca zasilania samorządów pieniędzmi na oświatę – mówił były premier z SLD. Podczas innej wizyty w Poznaniu Leszek Miller przyznał, że nie wie, kto był kandydatem SLD na prezydenta Poznania. Dopiero dziennikarze musieli przypomnieć przewodniczącemu SLD, że sojusz w ostatnich wyborach nie wystawił swojego kandydata.

Lokalnymi sprawami niechętnie zajmował się też Jarosław Kaczyński, podczas kwietniowego tournée po wielkopolskich miastach. W Środzie Wielkopolskiej i Nowym Tomyślu mówił o programie PiS m.in. dotyczącym  polityki zatrudnienia, podatków, OFE i służby zdrowia. Gdy pod koniec spotkania w Środzie Wielkopolskiej były szef rządu został zapytany o to, w jaki sposób rozwiązać sytuację zadłużonego szpitala w Środzie i Śremie, w odpowiedzi mieszkańcy usłyszeli jednak jedynie ogólne hasła.

Nieprzygotowany – zostań w domu

Czy nieznajomość lokalnych spraw przez liderów ma znaczenie dla wyborców? – Mieszkańcy czują się dowartościowani wizytą polityka z pierwszych stron gazet. Ale zależy im też, by orientował się w ich sprawach. Dlatego zadaniem zaplecza politycznego jest przygotowanie lidera. Jeśli odniesie się do lokalnej sytuacji, zdobędzie plusy. Ale gdy odwiedza kilka miejsc dziennie, jest to trudne. Bezpieczniej skupić się na ogólnikach – mówił w rozmowie z „Głosem Wielkopolskim” Sergiusz Trzeciak, ekspert od marketingu politycznego z Collegium Civitas w Warszawie. Jego zdaniem, podczas tego rodzaju „gospodarskich” wizyt nie chodzi tylko i wyłącznie o lokalne sprawy.

Dużo większe znaczenie ma fakt, że dzięki mediom aktywność polityka widzą wyborcy w całym kraju. – Można więc przekonać nawet tych niezdecydowanych. Widoczna jest też siła całej partii, bo nie każda jest w stanie zorganizować takie wyjazdy. Otwartość na dyskusję z mieszkańcami oraz znajomość ich problemów to dodatkowe plusy. Popularność lidera przekłada się na partię i dalej: na konkretne osoby. Dlatego lokalni politycy zawsze pojawiają się u boku lidera – tłumaczył Trzeciak. Wydaje się zatem, że nawet będąc nieprzygotowanym, na „gospodarskiej” wizycie można tylko zyskać. Ignorowanie spraw lokalnych jest natomiast niejako wpisane w ten rodzaj podróży czy kampanii.

Wtopa na własnym terenie

Dużo gorzej, jeśli „gospodarskie” wizyty polityk próbuje składać na swoim terenie. Zwłaszcza, jeśli wcześniej tego nie robił. Przekonała się o tym ostatnio Hanna Gronkiewicz-Waltz. Prezydent Warszawy, którą do tej pory mieszkańcy raczej rzadko widywali, ruszyła z polityczną ofensywą. Rozpoczęła serię gospodarskich wizyt związanych ze „śmieciową rewolucją”. Znalazła m.in. czas na wizytę w klubie seniora na Bemowie. Zdjęcia z tego niecodziennego wydarzenia robią furorę w mediach społecznościowych – szczególnie te, na których prezydent stolicy osobiście testuje otwartą siłownię. Oprócz tego była obecna na Nocy Pragi, Dniach Ursynowa, przekazuje budynki komunalne.

Efekt jest taki, że przeciwnicy kpią z nagłej aktywności Gronkiewicz-Waltz, a internauci wytykają jej, że to jedynie „polityczny PR”, „propaganda przypominająca erę Gierka”, czy zwykła „gra pod publiczkę” – czytamy na forum TVN Warszawa. Mimo to Bartosz Milczarczyk, rzecznik pani prezydent, zapowiada, że Hanna Gronkiewicz-Waltz nie zamierza zwalniać tempa. W planach są kolejne wizytacje. Wszystko wskazuje na to, że w warszawskim ratuszu ktoś uwierzył, że mogą one być lekiem na całe zło.

Tymczasem o tym, że mogą one wywołać skutek odwrotny od zamierzonego, przekonał się jeszcze w 2012 roku sam Donald Tusk. Polski premier musiał się wówczas zmierzyć z falą kpin za „gospodarskie” wizyty w miastach-gospodarzach Euro 2012, podczas których osobiście sprawdzał poziom przygotowań do mistrzostw i meldując „gotowość operacyjną do Euro”. Ryszard Kalisz nazwał zachowanie Tuska „putinadą”, a internauci nie pozostawili suchej nitki na szefie rządu, którego ostatnie działania porównywane są do „gospodarskich wizyt” I sekretarzy KC PZPR. Robiąc dobrą minę do złej gry, premier mówił wówczas w jednym z wywiadów: „Wolę, żeby ludzie się śmiali nawet ze mnie, niż byli wściekli i mieli zaciśnięte zęby. Jeśli ktoś chce mi bardzo dokuczyć i porównać do wizyt Edwarda Gierka, to jestem w stanie to zaakceptować. Moje pokolenie dobrze pamięta tamten okres, lata 70-te. To nie były dobre czasy, ale to nie były też czasy, które warto przekreślić. Akurat gospodarskie wizyty i inwestycje za czasów Gierka to jest raczej coś, co dobrze wspominam”.

Prawdopodobnie nieco inaczej niż dzisiejsi odwiedzani, którzy najchętniej zapomnieliby o wizytach zarówno przedstawicieli zarówno rządu, jak i opozycji. I to tak szybko, jak tylko się da.

poniedziałek, 27 maj 2013 14:10

PROBLEMY Z KOMUNIKACJĄ

Z jednej strony kampanie społeczne, które mają zachęcić do przesiadania się do autobusów i tramwajów, z drugiej – podwyżki cen biletów i zmniejszanie liczby kursów. To w dwóch zdaniach diagnoza stanu komunikacji miejskiej w Polsce. I chociaż sytuacja w szczegółach różni się w rozmaitych miejscowościach ze względu na lokalne uwarunkowania, to ze świecą w ręku można szukać miejscowości, których mieszkańcy są zadowoleni z publicznego transportu.

W marcu br. warszawiacy dowiedzieli się, że ZTM – z powodu oszczędności – musi wycofać z ulic część autobusów. Tegoroczny budżet komunikacji jest mniejszy w sumie o 190 milionów złotych. W pierwszej wersji cięcia i zmiany objęły blisko 40 tras autobusowych. I to mimo niedawnej, dość znacznej podwyżki cen biletów. Największe protesty wywołała zapowiedź likwidacji linii 175 na Lotnisko Chopina. ZTM uznał początkowo, że popularną linię mogą zastąpić… pociągi. Ostatecznie – po setkach petycji i akcjach zbierania podpisów – Zarząd się ugiął: autobusy linii 175 zostaną, ale będą kursować rzadziej. Udało się też uratować linię 521.

I chociaż Zarząd Transportu Miejskiego twierdzi, że przychylił się do próśb pasażerów, to większość z zapowiedzianych zmian i tak zacznie wchodzić w życie już od czerwca. W stolicy szykują się zatem wakacje w atmosferze napięcia. Zwłaszcza, że nie były to pierwsze ograniczenia komunikacji miejskiej w tym roku. W styczniu warszawskie metro zlikwidowało bowiem nocne kursy. Decyzja ta wywołała nie tylko kolejną internetową falę złośliwości pod adresem prezydent Warszawy, Hanny Gronkiewicz-Waltz – do gry włączyli się także burmistrzowie dzielnic, a przede wszystkim rządzący na Ursynowie Piotr Guział, który zaproponował, by to dzielnice „zrzuciły się” na nocne kursy. Bezskutecznie.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

środa, 24 kwiecień 2013 20:19

OSTATNI TAKI BUDŻET. NA DODATEK ZAGROŻONY

Po lutowych negocjacjach budżetowych w Brukseli premier Donald Tusk oceniał, że ich wyniki to sukces Polski. Uzgodnienie perspektywy finansowej na lata 2014-2020 miało być zasługą strategii negocjacyjnej, która połączyła interesy polskie i europejskie, oraz decyzji kadrowych. Szef rządu ostro krytykował próby „dezawuowania polskiego sukcesu”. Niezależnie od tego, jak oceniamy wynik brukselskiego szczytu, jedno możemy powiedzieć prawie na pewno: to będzie ostatni taki budżet związany z polityka spójności.

– Szykuje się osobny budżet strefy euro. Na razie udało nam się co prawda to zatrzymać, ale nie wiadomo, co będzie dalej – mówił w jednym z wywiadów Janusz Lewandowski, komisarz UE ds. budżetu. Jeśli integracja strefy euro będzie postępować, to za sześć czy siedem lat kolejne negocjacje budżetu UE nie będą już takie ważne. Więcej pieniędzy zostanie przeznaczonych na finansowanie trzonu Unii, czyli strefy euro. Na razie jednak trzeba się skoncentrować na skutecznej absorpcji tego co zostanie nam zagwarantowane, ponieważ –  z różnych względów – wcale nie jest pewne, czy zostaniemy członkami strefy euro.

Tymczasem wchłonięcie tego, co dostaniemy w najbliższej perspektywie, wcale nie będzie łatwe. Przede wszystkim korzystać ze środków unijnych zaczniemy w tej perspektywie później. – Wszyscy musimy mieć świadomość, że nie ma takiej opcji, nie ma takiej możliwości, abyśmy rozpoczęli wydawanie pieniędzy 1 stycznia 2014 r. My w Polsce szacujemy, że najwcześniejszy termin rozruchu nowego budżetu to koniec 2014 r. – mówiła ostatnio minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska. Dodała, że jeszcze w listopadzie 2012 r. uważała, iż wydawanie pieniędzy rozpocznie się w trzecim kwartale 2014 r. – W tej chwili jesteśmy dwa-trzy miesiące później i to jest koniec roku 2014, kiedy będziemy mogli wszystkim tym, którzy będą chcieli z tych pieniędzy korzystać, powiedzieć, że możemy rozpocząć wydawanie. Wcześniej jest to niemożliwe – stwierdziła.

Rafy dokumentów końcowych

Jest to sytuacja wyjątkowo niekorzystna dla Polski, ponieważ środki z UE mają być przekierowane przede wszystkim do obszarów przedsiębiorczości, nauki, innowacyjności i infrastruktury. Opóźnienie ich wydawania oznacza zatem przedłużanie się zastoju i wzmaga widmo recesji. To jednak nie jedyne niebezpieczeństwo. Już teraz widać, że wydawanie pieniędzy z UE będzie o niebo trudniejsze niż teraz. A wykorzystanie całej sumy jest prawie niemożliwe.

W dokumencie kończącym budżetowe negocjacje jeży się od raf, o które można się rozbić. Eurodeputowani już grożą, że budżetu nie zatwierdzą. 13 marca Parlament Europejski przyjął niewiążącą prawnie rezolucję, w której odrzuca porozumienie ws. budżetu na lata 2014-20 – wynegocjowane na szczycie UE w lutym – i żąda jego poprawek. Nie jest to  ostateczna decyzja PE, ale europosłowie zadeklarowali, że zagłosują za budżetem dopiero po pomyślnym przeprowadzeniu negocjacji z Radą UE. Podkreślili, że wnioski z lutowego szczytu UE w sprawie budżetu należy traktować jedynie jako zalecenia polityczne. Wskazali, że porozumienia, które będzie obowiązywało Unię przez kolejne siedem lat, nie wolno zaakceptować bez spełnienia zasadniczych warunków.

Europarlamentarzyści ocenili, że nowe ramy finansowe UE powinny zapewniać niezbędne środki do wyjścia z kryzysu. Upomnieli się o znaczne zwiększenie inwestycji w innowacje, badania i rozwój, infrastrukturę i młodzież. Traktat lizboński daje im prawo do odrzucenia kompromisu budżetowego wypracowanego podczas szczytu unijnego. A lista zastrzeżeń, jakie do nowej perspektywy finansowej mają posłowie, jest naprawdę długa. W skrócie można je zamknąć stwierdzeniem: jest za mało pieniędzy, a te, które są, będą wydawane w niewłaściwy sposób. Według eurodeputowanych unijny budżet powinien być dużo większy, jego wartość powinna oscylować nawet wokół 3-5 proc. PKB krajów członkowskich. Ich postulaty mówią, że zamiast wpłat bezpośrednich z poszczególnych stolic, Unia powinna mieć własne dochody. Natomiast pieniądze powinno się wydawać na poszczególne projekty, które wspierają rozwój całej Europy, a nie przyznawać w kopertach poszczególnym krajom (taka jest filozofia zatwierdzonej perspektywy).

Jako że sposób skonstruowania nowego budżetu jest – według eurodeputowanych – anachroniczny, to grożą jego zawetowaniem. Europarlamentowi nie podoba się także zapisana w projekcie nowej perspektywy dziura budżetowa, czyli różnica między wpływami do budżetu (ustalonymi na poziomie 908,4 mld euro) oraz zobowiązaniami (w wysokości 960 mld euro) – może według nich zachwiać sposobem funkcjonowania całej Unii. W połowie marca posłowie zagrozili, że nie rozpoczną negocjacji, dopóki Komisja Europejska nie przedstawi propozycji nowelizacji tegorocznego budżetu UE oraz, że ich nie zakończą do czasu przyjęcia tej nowelizacji przez rządy i PE. Chodzi o nowelizację, która zapewni pokrycie w tym roku wszystkich niezrealizowanych płatności z 2012 r. Zeszłoroczne niedobory środków w kasie UE spowodowały, że zagrożony był m.in. program wymiany studenckiej Erasmus. Parlament chce politycznego zobowiązania od Rady, że wszystkie rachunki do zapłacenia w 2013 r. zostaną w nim zapłacone – co pozwoli uniknąć „przenoszenia” deficytu, zabronionego prawnie w UE, do nowych wieloletnich ram finansowych.

Komisja Europejska – hamulcowy?

Europarlament jednak raczej nie okaże się dużym zagrożeniem dla nowego budżetu – choć jeszcze bardziej opóźni jego realizację. Może się nim natomiast stać Komisja Europejska.

Według konkluzji ostatniego szczytu UE, zostanie ona wyraźnie wzmocniona po 2014 r., przede wszystkim zyska dodatkowe uprawnienia kontrolne. Poszczególne państwa stracą swobodę w wydawaniu przyznanych im sum. Każdy projekt wart ponad 50 mln euro (75 mln euro w przypadku projektów transportowych) będzie wymagał dodatkowej akceptacji ze strony KE, która będzie go oceniać pod względem przydatności. Poza tym Komisja będzie kontrolować stan finansów publicznych w każdym kraju członkowskim. Te, które są nadmiernie zadłużone, będą karane zamrożeniem subwencji. Decyzja będzie wchodzić w życie automatycznie, chyba że zablokuje ją Rada Unii Europejskiej większością kwalifikowaną. Dotacje będzie można zablokować właściwie za każdym razem, gdy będą one wydawane w sposób niezgodny z ekonomicznymi kierunkami rozwoju UE.

Mało precyzyjny zapis sprawia, że Komisja będzie miała szerokie pole manewru. I prawdę mówiąc, KE z tego pola manewru będzie wręcz musiała korzystać. Wszystko dlatego, że do budżetu wpisano bardzo dużą rozbieżność między wpływami a zobowiązaniami. Jako że unijny budżet nie może mieć długów, oznacza to, że z części wpisanych do perspektywy projektów trzeba będzie po prostu zrezygnować. Najłatwiej będzie wtedy, gdy Komisja wykryje jakieś niedostatki i zablokuje pieniądze. Można już dziś się przygotowywać na to, że kontrole z jej strony będą wyjątkowo częste i dokładne – a takie sytuacje jak ta, gdy KE zablokowała 3,5 mld zł na budowę autostrad w Polsce, będą się po 2014 r. powtarzać regularnie.

Przeglądy – pułapki w budżecie

Do nowego budżetu wpisano jeszcze jedną pułapkę: jego przegląd. Dwa razy, w 2016 i w 2019 r., zostanie dokonana rewizja wpisanych do niego ustaleń oraz kontrola sposobu wydatkowania środków. Stanowi to dużą pokusę, by przemodelować kształt całej perspektywy – skory do tego może być w 2016 r. Europarlament. W skrajnym przypadku mogłoby to nawet prowadzić do zlikwidowania kopert narodowych i zastąpienia ich działaniami projektowymi – dla Polski byłaby to bardzo niekorzystna sytuacja.

Bardzo ważny będzie przegląd w 2019 r. Wszystkie kraje będą musiały zamrozić 7 proc. środków, jakie otrzymują na politykę regionalną. W 2019 r. dojdzie do przeglądu sposobów wydawania subwencji i dopiero, jeśli uzyska się pozytywną opinię, będzie można wykorzystać zablokowane pieniądze. Łatwo się domyślić, że w sytuacji, gdy budżet UE cały czas nie będzie zbilansowany, Komisja wyjątkowo niechętnie będzie się zgadzała na wydanie pozytywnej opinii – tym bardziej, że kryteria oceny są nieostre. Z kolei przegląd budżetu w 2016 r. niepokoi ze względów politycznych. Dotychczas osiągnięte porozumienie jest ważne, bowiem podpisali się pod nim wszyscy przywódcy unijni – to rzadki głos jedności w coraz bardziej podzielonej Europie.

Nie można wykluczyć, że te podziały w najbliższych latach się pogłębią. Wielka Brytania mówi o referendum w sprawie członkostwa w UE. Kraje strefy euro coraz bardziej zacieśniają współpracę, a w przyszłym roku zaczną tworzyć własny, niezależny budżet. Być może za trzy lata dzisiejsza Unia będzie istnieć tylko na papierze – a kraje dziś ją tworzące wykorzystają przegląd w 2016 r. do tego, by po prostu wycofać się z przyjętych kilka tygodni temu ustaleń.

W 2005 r. zakończenie negocjacji budżetowych można było zwieńczyć głośnym „Yes, yes, yes!”. Ówczesne reguły gry sprawiały, że otrzymanie ustalonych sum było niemal oczywiste. Jeśli nie popełniło się rażących błędów w ich wydawaniu, to euro płynęły do państw wartkim strumieniem. Teraz jest inaczej – negocjacje były tylko rozgrzewką przed 7-letnim maratonem bojów z Komisją Europejską, która będzie podważać pewnie każdą przysłaną jej fakturę. Dopiero jeśli w 2020 r. okaże się, że wydaliśmy taki sam procent pieniędzy z UE, jaki uzyskamy w 2014 r., to wtedy premier będzie mógł wysłać triumfalnego SMS-a z tekstem „Załatwione!!!”.

środa, 24 kwiecień 2013 20:13

FUNDUSZE, KTÓRE PRZELECĄ NAM KOŁO NOSA

Nowy wieloletni budżet UE na lata 2014-2020 przewiduje wydatki na poziomie 960 mld euro w zobowiązaniach oraz 908,4 mld euro w płatnościach. Pod naciskiem płatników netto – z Wielką Brytanią na czele – na nową siedmiolatkę jest mniej o blisko 40 mld euro, czyli ok. 3 proc. Ocalone przed cięciami zostały polityka spójności i Wspólna Polityka Rolna – obie nawet zyskały w ostatniej wersji projektu budżetu. Czy jednak rzeczywiście na tym skorzystamy, jak zapewnia nas rząd?

– Dla mnie to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu – powiedział premier Donald Tusk tuż po zakończeniu szczytu Unii Europejskiej w Brukseli. – Nie tylko udało się zdobyć więcej niż w poprzednim budżecie, ale też jesteśmy liderem jako największy beneficjent EU – oceniał szef rządu. Polska dostanie w sumie 105,8 mld euro, czyli 441 mld zł, w tym: 72,9 mld euro na politykę spójności (to 4 mld więcej niż w przypadku obecnego budżetu) i 28,5 mld euro na Wspólną Politykę Rolną (w obecnym budżecie było to 26,9 mld euro).

Na stronach rządu RP czytamy, że Polsce udało się przeforsować pomysł, według którego VAT – płacony przez samorządy przy okazji inwestycji finansowych przez UE – będzie mógł być pokrywany ze środków unijnych. Donald Tusk podkreślił, że daje to dodatkowo prawie 7 mld euro. Wynegocjowane fundusze to w praktyce m.in. nowe miejsca pracy. – Te pieniądze dedykuję tym wszystkim, którzy dzisiaj czekają na pracę i nie mogą jej znaleźć – mówił premier. – Środki europejskie są najlepszą gwarancją rozwoju i nie można ich przejadać. Trzeba je w przygniatającej większości inwestować w rozwój – dodawał. Tak wygląda sprawozdanie rządu. Czy faktycznie mamy powody do odtrąbienia zwycięstwa? Na ten temat rozmawiamy z dr Konradem Pieńkowskim, ekonomistą z Uniwersytetu w Białymstoku.

STANISŁAW RAJEWSKI: Czy rzeczywistość faktycznie wygląda tak różowo, jak opisał ją premier Donald Tusk po szczycie budżetowym w Brukseli?

KONRAD PIEŃKOWSKI: Magiczne 300 mld zł z polityki spójności, o których mówił Donald Tusk, to bardzo zręczny chwyt marketingowy, który miał być symbolem sukcesu rządu. Ale jeśli przyjrzeć się temu od strony matematycznej, owa kwota nie wygląda imponująco. Te 300 mld podzielone jest przede wszystkim na siedem lat, czyli rocznie Polska ma dostać około 40-42 mld zł (z powodu różnic kursowych nie jesteśmy w stanie dokładnie określić tej kwoty).

I tak brzmi całkiem nieźle.

Te 40 mld zł rocznie trzeba jednak poddać redukcji. Przecież Polska składka do unijnego budżetu stale wzrastała, odkąd zostaliśmy członkami Wspólnoty. Na przykład w 2011 roku wpłaciliśmy 15,7 mld złotych. Dodatkowo wpłacamy jeszcze składki do kilku innych unijnych instytucji, jak Europejski Bank Inwestycyjny oraz Europejski Bank Centralny. Łącznie to kolejne 2,5 mld złotych. Zostaje zatem nieco ponad 20 mld zł rocznie na i inwestycje i wsparcie rozmaitych projektów.

Nadal wydaje mi się, że gra jest warta świeczki.

Bo kwoty, o których mówimy, są na papierze. To jest to, co widać na pierwszy rzut oka. Wielu rzeczy jednak nie widać wprost, a odgrywają znacznie ważniejszą rolę. Jeśli porównamy wpływy dla Polski z Unii w latach 2007-2013, to wychodzi, że łącznie trafiło do nas 91 mld euro. Czyli jeśli obecny projekt budżetu zostanie finalnie zatwierdzony przez Parlament Europejski, to Polska teoretycznie otrzyma mniej więcej tyle samo…

Dlaczego teoretycznie?

Dlatego, że efektywnie zostało wykorzystanych 67 mld euro z poprzedniej perspektywy budżetowej. Czyli blisko jedna trzecia tej sumy przepadła. Nikt nie mówi, że strata tych blisko 25 mld zł nie była bezkosztowa. Przecież ktoś przygotowywał projekty, które zostały odrzucone, ktoś poświęcił na to czas, który mógłby spokojnie wykorzystać na coś zupełnie innego – to są tzw. opportunity costs. Wreszcie, co chyba najważniejsze, część decyzji została podjęta tylko dlatego, że te środki wydawały się dosłownie na wyciągnięcie dłoni, a dopiero później przyszła refleksja, że nie ma pełnego finansowania i trzeba mieć swój wkład, często wcale niebagatelny – na który brakuje już środków. Wszystko to, o czym wspominam, jest widoczne dopiero wtedy, gdy spojrzymy na zadłużenie polskich samorządów, które są głównymi beneficjentami unijnych środków pomocowych.

Jaka jest skala tego zadłużenia?

W 2002 roku dług wszystkich jednostek samorządu terytorialnego wynosił 13 mld złotych. W 2005 roku, czyli rok po wstąpieniu Polski do Unii, dług wszystkich polskich samorządów wynosił już 25 mld złotych. W 2008 roku osiągnął poziom 28 mld zł, a w 2010 roku wzrósł do 41 mld zł, aby zaledwie po roku sięgnąć 55 mld zł – zaś na koniec I kwartału 2012 roku dojść do poziomu ponad 83 miliardów.

Co to oznacza w praktyce?

Oznacza to, że zdecydowana większość samorządów zadłużyła się w ciągu ostatnich pięciu lat. Zadłużyła się do tego poziomu, że dalej już nie może – 60 proc. to granica możliwości zadłużania miast i gmin w stosunku do wysokości swoich dochodów. Jej przekroczenie groziłoby niewypłacalnością i bankructwem. Warto przy okazji zauważyć, że największy wzrost zadłużenia nastąpił w miastach-gospodarzach ubiegłorocznych mistrzostw Europy w piłce nożnej – czyli Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku i Warszawie.

Z czego to wynika?

Z perspektywy unijnego budżetu kondycja finansowa samorządów ma ogromne znaczenie. Realizacja projektów współfinansowanych ze środków pomocowych pochodzących z Unii przez samorządy wiązała się z zaciąganiem zobowiązań na przyszłość i doprowadziła do olbrzymiego zadłużenia.

Jakie będą tego konsekwencje w trakcie obowiązywania najbliższej perspektywy budżetowej?

Ponieważ jest granica zwiększania zadłużenia, bardzo prawdopodobne jest, że w nowej perspektywie budżetowej na lata 2014-2020 wiele samorządów – nawet jeśli będzie chciało – nie będzie w stanie skorzystać z dostępnych środków pomocowych. Wydaje się zatem, że jeśli w ciągu ostatnich sześciu lat udało się Polsce wykorzystać 67 mld euro z dostępnych nieco ponad 90 mld euro, to było to szczytem możliwości. Niezależnie zatem od ostatecznego kształtu unijnego budżetu i miliardów, które uda się dla Polski wyrwać – z perspektywy ekonomicznej, zdrowego rozsądku, nie mają one większego znaczenia dla rzeczywistego rozwoju Polski.

Ale ich znaczenie przecież widać na każdym kroku: przy drogach, na uniwersytetach, kamienicach – dosłownie wszędzie widać tabliczki z napisem „współfinansowane ze środków unijnych”.

Właściwie nie ma żadnych dowodów na to, że powodują one jakikolwiek rozwój, liczby pokazują zaś, że cały ten system jest niezwykle kosztowny (szczególnie, jeśli chodzi o koszty poboczne, o których dziwnym trafem mało kto w ogóle wspomina), często nieefektywny, a przy tym ogromnie marnotrawny.

Jakieś przykłady?

Proszę bardzo. Doskonale widać to na przykładzie rynku szkoleń, na które idzie gros pieniędzy. Jesteśmy chyba w czołówce Europy, jeśli chodzi o liczbę szkoleń, w których bierzemy udział. Sęk w tym, że olbrzymia większość szkoleń współfinansowanych przez Unię odbywa się tylko po to, aby zamknąć projekt, pomijając w ogóle fakt, czy w rzeczywistości mają one jakiekolwiek praktyczne znaczenie. Ogrom tych środków jest po prostu dobrze księgowanych, nie idzie za tym zaś jakiekolwiek meritum. System służy do zarobienia całkiem przyzwoitych pieniędzy, ale dla gospodarki jest niezwykle szkodliwy. To nie jest rozwój gospodarczy. To jest system patologii, nieefektywności i antyprzedsiębiorczości.

Jak zatem na to wszystko patrzeć z perspektywy unijnego budżetu i pieniędzy, jakie mamy otrzymać z Unii?

Można na to spojrzeć z perspektywy politycznej, odkładając na bok czysty rachunek ekonomiczny, który jak wykazałem, jest ujemny – i obrócić te środki w sukces polityczny państwa i dyplomacji. Problem w tym, że niezależnie od tego, ile na forum Unii Polska ostatecznie wywalczy pieniędzy na „rozwój”, znając metody propagandowe obecnego rządu i tak zostanie to obrócone w wielki sukces i wielki triumf.

Jak patrzeć na to z perspektywy ekonomicznej?

Krytycznie, bo to nie dotacje są źródłem rozwoju i bogactwa. To nie biurokratyczne elity powinny decydować o sensowności lub nie zgłaszanych projektach, bo skąd właściwie ludzie siedzący po 8 godzin za biurkiem, w zdecydowanej większości przypadków nieprowadzący nigdy żadnego biznesu, mają wiedzieć, co jest właściwe, a co nie. Teza, że urzędnicy wiedzą lepiej, które projekty są dobre, innowacyjne, a które nie, jest w samej swej istocie absurdalna i przypomina system, który podobno zakończył się w 1989 roku. Z ekonomicznego i, w wielu przypadkach, z praktycznego punktu widzenia dotacje są antyrozwojowe, ale świat ekonomii i polityki rządzi się całkiem różnymi od siebie prawami.

Jak wspomniałem, Polska, wywalczywszy dla siebie to, co chce wywalczyć, mogłaby pokazać, że jest jednym z ważniejszych graczy na arenie unijnej, że w końcu jesteśmy zdecydowanie największym państwem, które przystąpiło do Unii w 2004 roku. Interesem wszystkich państw powinno być jak największe ograniczenie wysokości budżetu, który jest narzędziem realizacji interesów niektórych państw Unii. Z obecnym rządem wydaje się to jednak niemożliwe. Czy z innym byłoby możliwe? Nie można tego wykluczyć, ale do czasu zakończenia negocjacji w sprawie budżetu chyba nie będzie dane nam tego sprawdzić.

sobota, 23 marzec 2013 20:31

FESTIWAL FESTIWALI

Każdy w Polsce prawdopodobnie słyszał o wielkich, masowych festiwalach muzycznych – jak Open’er, Warsaw Orange Festival, czy Męskie Granie. Przyciągają one wielkie gwiazdy, tysiące ludzi, i co za tym idzie, wymagają ogromnych pieniędzy i pozwalają zarobić krocie. Nie trzeba jednak wybierać się do Gdyni, czy Warszawy, żeby posłuchać dobrej muzyki. Co roku w całej Polsce w niedużych miejscowościach odbywa się kilkaset festiwali muzycznych. Wiele z nich dzięki staraniom gmin i miejscowych zapaleńców, to prawdziwe rarytasy.

O festiwalu „Spinacz” w Kolbuszowej na Podkarpaciu słyszało zapewne niewielu. Mimo, że regularnie grywa na nim Kazik Staszewski, a w ubiegłym roku wystąpił Lao Che. Znakiem rozpoznawczym organizowanego od siedmiu lat w lipcu „podkarpackiego Woodstocku” jest przede wszystkim to, że udaje mu się świetnie łączyć różne subkultury muzyczne: od rocka przez metal po hip-hop. I wbrew pozorom jest to wyjątkowo bezpieczna impreza. – Festiwal „Spinacz” to najbezpieczniejsza impreza w Kolbuszowej. Nie dochodzi na niej do żadnych ekscesów w przeciwieństwie do gminnych dożynek, festynów wiejskich itd. – mówi Dorian Pik, pomysłodawca i organizator festiwalu. – U nas zawsze jest porządek, spotykają się różne subkultury, bo taka jest idea festiwalu. Nie widać pomiędzy ludźmi wrogości, a tylko i wyłącznie sympatię. Jeśli ktoś wpadnie w błoto, cała reszta go podnosi. I to jest urocze – śmieje się.

Historia zakazanego koncertu

Podobnie jak na corocznym kilkudniowym festiwalu kultury alternatywnej w Lubiążu, Slot Art. Jego program każdorazowo obejmuje dziesiątki koncertów granych na 7 scenach, ponad 120 warsztatów z różnych dziedzin sztuki, wykłady, wystawy, projekcje filmowe, przedstawienia teatralne oraz happeningi. Organizatorem jest Stowarzyszenie Lokalnych Ośrodków Twórczych. Artyści pochodzą z różnych państw m.in Holandii, USA, Nowej Zelandii, Szwecji, Finlandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Ukrainy czy Łotwy.

Pierwsza edycja festiwalu odbyła się w 1993 roku w miejscowości Stacze na Mazurach. Od 2001 roku festiwal przeniesiono do Lubiąża na teren Opactwa Cysterskiego. Na swojej stronie internetowej Slot reklamuje się jako „pięć dni wyjętych spod ogólnych praw wyścigu szczurów, walki i pośpiechu”. Choć, co ciekawe, w odróżnieniu od większości letnich imprez jedną z głównych zasad w Lubiążu jest zakaz wnoszenia i spożywania alkoholu i narkotyków. Osoby pijane nie są wpuszczane. Mimo, że historia Slotu sięga lat 80. i kontrkulturowego, punkowego fermentu tamtych lat. Wtedy na zaproszenie kilku osób przyjechał z Amsterdamu do Polski punkowo zespół No Longer Music. Mieli wystąpić na scenie festiwalu w Jarocinie, ale ponieważ ich koncert był de facto spektaklem opartym na ewangelicznej historii pasji Jezusa – występu zakazano. Koncert odbył się nieoficjalnie poza terenem festiwalu. Oczywiście hasło „zakazany koncert” był wtedy najlepszą reklamą, więc zebrał się spory tłum.

I tak się zaczęło. Organizatorzy dzisiejszego Slota kilkakrotnie robili dla No Longer Music trasę koncertową po Polsce. Ich działalność w efekcie przekształciła się w festiwal. Podobnych historii jest tyle ile małych festiwali muzycznych. Przyciągają one jednak ludzi nie ze względu na swoją genezę, tylko profil.

Wysyp rockowych rykowisk

Festiwal Rockowe Ogródki w Płocku to przegląd artystyczny młodych muzyków rockowych z miasta i regionu, który ma na celu wyłonienie najciekawszych i najbardziej wartościowych wykonawców. Festiwal odbywa się na przełomie lipca i sierpnia w Płocku. W 2012 r. miała miejsce 15. edycja imprezy. Podczas festiwalu organizowane są Warsztaty Muzyczne i Warsztaty Realizacji Dźwięku.

Rock May Festiwal w Skierniewicach, jak sama nazwa wskazuje odbywa się w maju, począwszy od 2002 r. Jest organizowany przez Młodzieżowe Centrum Kultury w Skierniewicach. Festiwal ma charakter edukacyjno-koncertowo-konkursowy. Na festiwalu prezentuje się 12 zespołów, wybranych spośród tych, które nadesłały swoje zgłoszenie. W koncercie finałowym wszystkie występy ocenia jury, w skład którego wchodzą muzycy rockowi znanych zespołów, dziennikarze muzyczni oraz przedstawiciele organizatora. Ba, muzycy mają szansę na nagrody pieniężne. Po części konkursowej, na zakończenie festiwalu, prezentuje się gwiazda festiwalu.

Z kolei historia festiwalu Go Rock sięga 1992 roku. W ciągu lat zmieniał swoją nazwę – początkowo był to TBG Rock, w 2003 roku nosił nazwę ASM – Amatorska Scena Muzyczna, od 2005 r. odbywa się pod nazwą Go Rock Festival. Festiwal jest organizowany w Miejskim Domu Kultury w Stalowej Woli. Zasadniczą częścią festiwalu jest konkurs, do którego zgłasza się każdorazowo nawet kilkaset zespołów.

Nie wszystkie festiwale są jednak w stanie przetrwać. Pierwsza edycja festiwalu Strashydło odbyła się w 1988 r. w Ciechanowie. Z roku na rok festiwal zyskiwał miano międzynarodowego festiwalu muzyki metalowej, oprócz zespołów z Polski na festiwalu grały grupy z Holandii, Niemiec, Czech, Rosji, Argentyny. W 1995 r. władze miasta nie zezwoliły jednak na organizację Sthradhydła. W 2008 roku, po latach starań stowarzyszenia Psychoart, festiwal wskrzeszono. Odbywał się on na błoniach Zamku Książąt Mazowieckich w Ciechanowie, gdzie mogły być jednocześnie organizowane zloty motocyklowe. Niestety, ten festiwal jednak nie przetrwał do dziś.

Podobnie przebiegały losy festiwalu NIE ZABIJAJ, funkcjonującego od 2002 roku. Pierwsze cztery edycje miały miejsce w Oleśnie, w 2006 r. impreza została przeniesiona do Jastrzygowic. Niestety, jak do tej pory była to edycja ostatnia – choć organizatorzy ogłosili w ubiegłym roku reaktywację imprezy. Nowa edycja ma się odbyć w tym roku. Festiwal jest obok odbywającego się w sierpniu – Ostróda Reggae Festival, największym festiwalem muzyki reggae w Polsce. Impreza posiadała wsparcie ogólnopolskiego projektu „Kampania przeciwko Rasizmowi”. Każda edycja opatrzona jest hasłem przewodnim. Elementami towarzyszącymi imprezie są warsztaty bębniarskie oraz wegetariańska kuchnia.

Promocja za niewielkie pieniądze

Można by tak wymieniać w nieskończoność: od festiwali dla młodzieży, po imprezy dal seniorów; od disco-polo po rap; od zupełnie amatorskich po profesjonalne z udziałem najbardziej znanych zespołów; od katolickich po obojętne światopoglądowo. Łączy je jednak kilka podstawowych zalet. Przede wszystkim są promocją dla gminy, na której terenie się odbywają. Promocją, która kosztuje bardzo niewiele. Dla przykładu na festiwal „Spinacz” Kolbuszowa w tym roku przeznacza zaledwie 25 tys. złotych. Resztę organizatorzy zbierają u sponsorów. Co ważniejsze jednak festiwale muzyczne to po prostu sposób na dobrą rozrywkę dla mieszkańców, na oderwanie się od codzienności i znalezienie zajęcia dla nudzących się młodych ludzi. To zaś jest bezcenne.

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY