Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

Samorządowe finanse

Samorządowe finanse (32)

sobota, 01 listopad 2014 20:08

PLANOWANIE ZADAŃ W OBSZARZE BUDŻETU OBYWATELSKIEGO

Napisane przez

W całym kraju trwają prace nad projektowaniem budżetów JST na 2015 r. Zgodnie z obowiązującym prawem, wójtowie, burmistrzowie, prezydenci miast oraz zarządy jednostek samorządu terytorialnego mają obowiązek przedstawić organom stanowiącym – radom gmin i powiatów oraz sejmikom wojewódzkim – projekt uchwały budżetowej do 15 listopada. W wielu miastach prace nad projektem budżetu obejmują również przygotowanie budżetów obywatelskich, w ramach których obywatele bezpośrednio wybiorą projekty, które będą realizowane w 2015 r.

Ustawowy termin przedłożenia organom stanowiącym jednostek samorządu terytorialnego projektów uchwał budżetowych bezpośrednio poprzedza ustalony przez Prezesa Rady Ministrów tegoroczny termin wyborów samorządowych. W dniu 16 listopada 2014 r. pójdziemy do urn, aby wybierać radnych gmin, powiatów i województw. Wybierzemy też w bezpośrednich wyborach wójtów, burmistrzów oraz prezydentów miast. Tak ustalony kalendarz, obok innych aspektów, daje szansę oceny realizacji procesów kształtowania budżetów obywatelskich za pomocą głosowania na przyszłych włodarzy miast. Oczywiście, dotyczy to w pierwszej kolejności tych samorządów, gdzie zaproszono mieszkańców do partycypacji w kształtowaniu kierunków wydatkowania środków publicznych. Ale również wybory samorządowe dają szansę wypowiedzenia się – także poprzez ocenę tych prezydentów miast czy burmistrzów, którzy takiej możliwości nie zaproponowali lokalnemu społeczeństwu.

Przy okazji dokonywania ocen wdrażania systemów projektów partycypacyjnych warto jednakże brać pod uwagę fakt, że są to procesy zupełnie nowe w naszych realiach. Przecież pierwszy budżet obywatelski w naszym kraju został przyjęty całkiem niedawno, bo w roku 2011 . Kilka samorządów zdecydowało się na wdrożenie tego rozwiązania po raz pierwszy właśnie w bieżącym roku. A więc, jak każde nowatorskie przedsięwzięcie, także wdrażanie budżetu obywatelskiego dotknięte jest ryzykiem popełniania błędów. Zwłaszcza, że polskie przepisy prawne nie zawierają reguł, jakimi powinni kierować się samorządowcy, podejmując decyzje o zaproszeniu obywateli do partycypacji w projektowaniu budżetu na kolejny rok. Jednocześnie przepisy prawne związane z realizacją procesu inwestycyjnego są w naszym kraju niezbyt przyjazne inwestorom. W wielu przypadkach możliwość realizacji takich projektów komplikuje złożony układ stosunków własnościowych. A właśnie projekty o charakterze inwestycyjnym stanowią pokaźną grupę propozycji zgłaszanych w ramach budżetu obywatelskiego.

Projekty zgłoszone w tym roku

Aktualnie prace nad przygotowaniem budżetów obywatelskich weszły w fazę głosowania nad wyborem projektów do realizacji. Poprzedził ją proces zgłaszania propozycji, które następnie były weryfikowane pod względem możliwości realizacyjnych przez służby samorządowe. Mamy więc dziś dane na temat preferencji mieszkańców miast odnośnie kierunków wydatkowania części środków samorządowych w roku 2015.

Za dobre rozwiązanie należy uznać przyjęty w wielu miastach podział zadań zgłaszanych w ramach budżetów obywatelskich według progów wartościowych. A właściwie lepiej określić je progami istotności – bowiem granica między pogrupowanymi zadaniami nie przebiega ściśle według kryterium wartościowego. Pozwala to na uniknięcie bezpośredniej konfrontacji zadań o znaczeniu ogólnomiejskim z zadaniami lokalnymi. Dla przykładu, przy wyborze zadań w ramach Wrocławskiego Budżetu Obywatelskiego (WBO) dokonano podziału na trzy progi projektowe. W przypadku samorządów Miasta Łodzi czy Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa podział dokonany został na dwie grupy zadań. Na projekty ogólnomiejskie oraz na projekty dzielnicowe. Do tej pierwszej grupy zaliczone zostały projekty dotyczące budowy chodników, obiektów sportowych, organizacji zajęć sportowych, organizacji czasu dla seniorów, instalacja sygnalizacji świetlnej. Projekty te często przekraczają wartość 1 000 000 zł.

W przypadku dwóch projektów zgłoszonych w Krakowie – „Hala sportów ekstremalnych” oraz „Miejski Plac Manewrowy 01 – motocyklowo-samochodowy tor szkoleniowy” – szacowana wartość wynosi po 2 700 000 zł każdy. Przy czym, jak wspomniałem wcześniej, wśród zadań ogólnomiejskich znalazły się również zadania o wartości oscylującej wokół 50 000 zł. Jak choćby zadania integracyjne dla seniorów, przewidujące stosunkowo niski budżet, jednocześnie obejmujące swym oddziaływaniem całą aglomerację. Istotny dla zaklasyfikowania zadania jest więc w tym przypadku zasięg oddziaływania.

Projekty lokalne, czy też te o znaczeniu dzielnicowym, to projekty o wartości nie przekraczającej 100 000 zł. Często dotyczą zagospodarowania placów, parków czy boisk szkolnych. Dotyczą też prowadzenia zajęć szkoleniowo-rekreacyjnych. Z ciekawych inicjatyw warto zwrócić uwagę na budowę integracyjnego placu zabaw, gdzie znaleźć mają się urządzenia do zabawy dla dzieci zdrowych i niepełnosprawnych. Tematyka wielu zadań wskazuje na dużą dojrzałość społeczną autorów pomysłów.

Nowe doświadczenia

Wspomniałem wcześniej, że budżet obywatelski, jako rozwiązanie znajdujące się w fazie „raczkowania”, siłą rzeczy musi rodzić problemy. Część z nich grozi rozczarowaniem pewnej grupy projektodawców, co jest szczególnie niebezpieczne dla rozwoju systemu, mającego wspierać rozwój aktywności społecznej.

Przeglądając informacje na temat zgłoszonych i zakwalifikowanych do głosowania projektów w poszczególnych jednostkach samorządu terytorialnego, można zauważyć sporą liczbę projektów odrzuconych przez służby komunalne na etapie weryfikacji formalnej. Realizacji tych projektów sprzeciwiają się uwarunkowania formalno-prawne, które bardzo często nie są zrozumiałe, a tym samym akceptowalne dla osób zaangażowanych w przygotowanie wniosków. Do jednej z głównych barier realizacji zadań zaliczyć należy problemy własnościowe nieruchomości. Dla przykładu autorzy projektu wskazując konkretną działkę, z ich punktu widzenia optymalną dla lokalizacji placu zabaw, nie sprawdzili, kto jest właścicielem interesującej ich nieruchomości. Jeżeli działka nie jest we władaniu jednostki samorządu terytorialnego, realizacja przedsięwzięcia jest niemożliwa. Wartość działek w obszarach dużych miast jest duża. A więc właściciel nie jest zwykle skłonny do odstąpienia swej własności na cele społeczne. Warto pamiętać, że w wielu przypadkach występuje także  trudność w identyfikacji właściciela działki.

Jeśli założymy, że właścicielem nieruchomości jest JST, może się także zdarzyć, że planowane przedsięwzięcie nie uzyska akceptacji społecznej. Kilkanaście lat temu mieszkałem na osiedlu mieszkaniowym, którego mieszkańcy sprzeciwili się budowie placu zabaw dla dzieci. Osoby przeciwne tej inicjatywie wskazywały na jeden argument: hałas, jaki związany jest z zabawą dzieci. Wiele z nich pracowało w systemie zmianowym i w ciągu dnia odpoczywało. Wydawałoby się prozaiczne uwarunkowanie może więc zablokować realizację najbardziej szczytnych celów.

Oprócz barier związanych z czynnikiem społecznym, nie możemy również nie wspominać o wpływie przepisów prawa na możliwość realizacji niektórych przedsięwzięć. Myślę tu przede wszystkim o przepisach o zagospodarowaniu przestrzennym, przepisach o ochronie środowiska, a nade wszystko – przepisach prawa budowlanego. W tym przypadku problemem nie są przepisy o finansach publicznych czy zamówieniach publicznych. Te bowiem mogą rodzić problemy na etapie realizacji, a więc już po wyborze konkretnego projektu do realizacji.

Wspomniane problemy bardzo często nie są zrozumiałe dla osób zgłaszających projekty. To oczywiście rodzi wspomnianą już frustrację. Spotkałem się nawet z radykalnymi głosami, aby „urzędnicy” nie dyskwalifikowali żadnych projektów – lecz pozwolili wypowiedzieć się na ich temat mieszkańcom decydującym o ich rankingu. Z praktycznego punktu widzenia nie jest to uzasadnione, biorąc pod uwagę fakt, że środki na realizację zadań są ograniczone. A więc głosowanie nad projektami, które ze względów formalnych są nie do przyjęcia, mogłoby zamknąć drogę innym projektom, których realizacja jest możliwa.

W tym miejscu musimy bowiem zdać sobie sprawę, że prace nad projektem budżetu nie mogą być prowadzone w nieskończoność. Choćby ze względu na wspomniany na początku termin 15 listopada, jako nieprzekraczalną datę złożenia projektu budżetu przez prezydenta miasta do organu stanowiącego. Nie jest więc możliwe ponawianie głosowania. Oczywiście, ktoś może powiedzieć: przecież projekt budżetu złożony radzie miasta nie musi zawierać szczegółowo wykazu poszczególnych zadań planowanych do realizacji w ramach budżetu obywatelskiego. Z formalnego punktu widzenia miałby rację. Ale należy pamiętać, że wymogi formalne związane z harmonogramem prac nad projektem uchwały budżetowej nie są stworzone w celu utrudniania życia samorządowca. Ich konstrukcja w założeniu ma zagwarantować czas na przeprowadzenie wszystkich wymaganych procedur, aby realizacja i rozliczenie zadań była możliwa w danym roku budżetowym.

Ważna jest świadomość uwarunkowań

Wydaje się, że receptą na usprawnienie systemu zgłaszania projektów do realizacji w ramach budżetu obywatelskiego jest większy udział służb komunalnych w konsultacjach na etapie ich przygotowania przez wnioskodawców. Przy czym jest to działanie wymagające zwiększenia nakładów związanych ze zwiększeniem obsługi systemu budżetu obywatelskiego. Jednakże warto zastanowić się, czy dla rozwoju tej – bez wątpienia potrzebnej – inicjatywy należy takie koszty ponieść. Tym bardziej, że jestem przekonany o pozytywnym wpływie przejrzystych, jasnych procedur na zwiększenie społecznej aktywności.

Z drugiej strony, uczestnicząc w pracach nad przygotowaniem projektów budżetów obywatelskich, warto mieć świadomość tych wszystkich uwarunkowań, które wpływają na możliwość realizacji zgłaszanych projektów. Aby niepotrzebnie nie zrażać się faktem, że rewelacyjny pomysł został zdyskwalifikowany ze względu na niezrozumiały problem formalny. Te bowiem stanowią rzeczywistość wszystkich inwestorów w naszym kraju. Szkoda by było, aby tak ciekawa i potrzebna inicjatywa, jak budżet obywatelski, nie stała się powszechna. Zwłaszcza, że można coraz częściej obserwować samoistne rozwijanie się inicjatyw społecznych.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

PÓŁ ROKU ZA NAMI

Napisane przez

Pierwsze sześć miesięcy 2014 r. już za nami. Czas na przygotowanie informacji półrocznych z realizacji budżetów jednostek samorządu terytorialnego. Czas pierwszych podsumowań, analiz oraz – być może – podejmowania decyzji w sprawie korekty planów finansowych. Można też dokonać oceny, na ile potwierdziły się obawy wyrażane kilka miesięcy temu w związku ze szczególnymi  uwarunkowaniami roku 2014.

Szczególne uwarunkowania roku 2014 to przede wszystkim przejście między okresami programowania finansowego Unii Europejskiej oraz fakt, że bieżący rok to rok wyborczy. Czyli z jednej strony spodziewać należało się tendencji do wskazywania nowych inicjatyw zmierzających do poprawy życia mieszkańców poszczególnych jednostek samorządu terytorialnego – jako haseł pozwalających zdobyć poparcie wyborców. Z drugiej strony przewidywano mniejsze niż w latach poprzednich możliwości jednostek samorządu terytorialnego w zakresie sięgania po środki europejskie, szczególnie związane z realizacją nowych projektów. W przypadku małych jednostek samorządu terytorialnego nakładają się na te okoliczności dodatkowo kłopoty z nową formułą zadłużenia. Czy po zakończeniu pierwszego półrocza można potwierdzić, że obawy były uzasadnione?

Na środki przyjdzie jeszcze poczekać

W pierwszej kolejności spójrzmy, jak wygląda sytuacja z możliwością finansowania   zadań samorządowych środkami z Unii Europejskiej. Tak, jak należało się spodziewać, z bieżących informacji płynących ze strony instytucji odpowiedzialnych za programowanie wydatkowania środków europejskich, prace nad programami operacyjnymi na lata 2014-2020 rozwijają się dynamicznie. Co oznacza w praktyce, że na środki z nowej perspektywy finansowej musimy jeszcze trochę poczekać. Chociaż mamy już za sobą siedem miesięcy pierwszego roku kolejnego okresu programowania.

Jednakże po raz kolejny okazuje się, że na pomoc beneficjentom środków europejskich przychodzi reguła n+2. Myślę o regule obowiązującej przy rozliczaniu środków europejskich pozwalającej realizować finansowanie projektów w ciągu dwóch lat po zakończeniu okresu programowania. W praktyce oznacza to, że jeżeli dostępne europejskie środki finansowe w ramach perspektywy 2007-2013 zostaną zakontraktowane, to ich rozliczenie będzie możliwe do końca roku 2015. Programując, dla przykładu, w ramach regionalnego programu operacyjnego realizację modernizacji drogi w roku 2012 lub 2013, jej wykonanie może przypadać na lata 2014-2015. Bowiem przyjmuje się słuszne założenie, że – szczególnie w przypadku projektów inwestycyjnych – powinniśmy przewidywać kilkuletnią ich realizację. Zasada ta w swoim założeniu wspiera, a przynajmniej usprawiedliwia powstawanie opóźnień w działalności instytucji zarządzających wydatkowaniem środków publicznych. Na każdym poziomie.

Można przecież zadać pytanie, dlaczego przygotowując się do nowego okresu programowania jednostka samorządu terytorialnego nie może posiadać przygotowanych zadań inwestycyjnych. Pozwoliło by to na wykorzystanie środków w szybszym tempie, i nie trzeba byłoby zwlekać z rozliczeniem zadania dwa lata po zakończeniu okresu programowania. Mieszkańcy gminy, powiatu czy województwa mieliby szanse wcześniejszego korzystania z dobrodziejstw, jakie niesie ze sobą członkostwo w Unii Europejskiej. Jestem przekonany, że w sposób wyraźny zwiększyłoby to poparcie dla polityki prowadzonej przez Komisję Europejską. Tyle tylko, że – jak zauważyłem wcześniej – pomimo iż od ponad pół roku trwa nowy okres programowania, w dalszym ciągu procedowane są kwestie zapisów w programach operacyjnych, będące podstawą do wydatkowania środków europejskich.

Jak wynika z doświadczeń prac programistycznych, zarówno dla lat 2004-2006, jak i 2007-2013, opóźnienie we wdrażaniu procedur pozyskiwania i wykorzystania dostępnych środków europejskich jest normą. Oznacza to, że na etapie przygotowania programów mamy swoisty falstart. A to automatycznie przekłada się w dalszej kolejności na harmonogram działań kolejnych szczebli osób zarządzających funduszami unijnymi. Jak w takim razie wymagać od beneficjentów środków europejskich, w tym jednostek samorządu terytorialnego, by przygotowywały projekty w terminie pozwalającym rozliczać dostępne środki w okresach programowania?

Kwestia oszczędności

Oczywiście zasada n+2 ma szczególne znaczenie dla wykorzystania tzw. oszczędności występujących w poszczególnych programach operacyjnych. Z jednej strony ich źródłem są tzw. oszczędności poprzetargowe. Czyli różnica między oszacowaną przez zamawiającego wartością zamówienia, a ceną zaproponowaną przez wybranego wykonawcę. Innym źródłem oszczędności są niezrealizowane projekty. Jeżeli, dla przykładu, jednostka samorządu terytorialnego planowała modernizację systemu informatycznego – i projekt ten nie został z różnych powodów zrealizowany – pozostają niewykorzystane środki finansowe. Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku, instytucja zarządzająca programem operacyjnym może ogłosić nabór do konkursu w ramach kolejnej edycji. Często oznacza to nabór w czasie gdy ku końcowi zmierza perspektywa finansowa.

Z punktu widzenia dodatkowych naborów regułę n+2 należy więc bezwzględnie ocenić pozytywnie. Ale – co ważne z punktu widzenia naszych rozważań – reguła n+2 pozwala na realizację projektów finansowanych ze środków europejskich również w okresie przejściowym. Pomimo braku możliwości przygotowywania  nowych projektów i przedstawiania ich w trakcie kampanii wyborczej, w różnych miejscach kraju odbywają się uroczyste odbiory kolejnych odcinków dróg, mostów czy obiektów współfinansowanych ze środków europejskich. Oczywiście, że w tym przypadku należy mówić wyłącznie o pozytywnej ocenie reguły n+2 przez aktualnie sprawujących władzę. Można w tym miejscu zadać pytanie retoryczne: czy perspektywa wyborcza nie wpływa na sposób planowania poszczególnych projektów finansowanych ze środków zewnętrznych?

Wracając jednakże do wstępnej oceny pierwszego półrocza w zakresie gospodarki finansowej jednostek samorządu terytorialnego trzeba zwrócić uwagę, że generalnie nie można zaobserwować jakiegoś szczególnego zachwiania budżetów jednostek samorządu terytorialnego w obszarze dochodów. Nie nastąpiło załamanie  finansowania samorządów przez ministerstwo finansów w drodze subwencji z budżetu państwa.

Przede wszystkim należy jednak pozytywnie ocenić fakt, że dochody podatkowe są realizowane na poziomie zadowalającym. Co prawda, z ubiegłorocznych deklaracji pana premiera w sprawie zakończenia kryzysu, można było spodziewać się powrotu wielkości strumieni podatkowych z okresu poprzedzającego lata kryzysu. Jednakże, dokonując oceny poziomu wysokości podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT) uzyskanego w pierwszej połowie bieżącego roku, szczególnie przy porównaniu  do wyników lat poprzednich, można zauważyć progres. Cieszyć powinno to szczególnie gminy i powiaty. Również wpływy podstawowego źródła dochodów własnych samorządów województw, czy podatku dochodowego od osób prawnych (CIT), nie wyglądają źle w stosunku do poprzednich lat. Nie trzeba nikogo przekonywać, jak ważna dla sektora samorządowego jest stabilizacja w zakresie wysokości dochodów własnych.

Tempo realizacji wydatków

Z punktu widzenia oceny półrocznej informacji z realizacji budżetów jednostki samorządu terytorialnego, znacznie bardziej jednakże niż na dochodach uwaga opinii społecznej skupiona jest na tempie realizacji wydatków. A co za tym idzie, stopniu wykonania zadań zaplanowanych przez poszczególne jednostki sektora finansów publicznych. Wydaje się, że w tym aspekcie nie nastąpiło również jakieś szczególne odchylenie od dotychczasowych standardów. Można mówić o pewnym wzroście realizacji wydatków w stosunku do lat poprzednich. Jest to zapewne pochodna zwiększenia strumienia środków europejskich, w związku z koniecznością rozliczania szeregu projektów finansowanych w ramach zakończonej perspektywy finansowej. Czyli chodzi o praktyczne wykorzystanie reguły n+2.

Obserwujemy, jak zwykle, znaczną różnicę w tempie realizacji zadań bieżących oraz inwestycyjnych. Ale stosunkowo niskie wykonanie wydatków inwestycyjnych wiąże się z długością cyklu inwestycyjnego. A co za tym idzie, z harmonogramami płatności przewidującymi kolejne raty płatności w drugiej połowie roku. Ten zaś powoduje, że pod koniec roku zwykle zmniejszają się różnice między wykonaniem wydatków bieżących a inwestycyjnych.

Dokonując wstępnej oceny minionego półrocza, wydaje się, że obawy dotyczące finansów samorządowych w roku 2014 nie potwierdziły się. Realizacja zadań odbywa się poprawnie. Poniekąd umożliwiły to dostępne źródła dochodów. Jednocześnie – mimo wcześniejszych uwag – trzeba przyznać, że nie zaobserwowałem jakiejś szczególnej gorączki oddawania kolejnych inwestycji w kontekście zbliżających się wyborów. Można odnieść wrażenie, że szczególnie w obszarze wielkich miast prezydenci zdają się opierać nadchodzącą kampanię o dokonania całej kadencji. Jako szczególny można wskazać przypadek Stołeczno-Królewskiego Miasta Krakowa, gdzie mamy raczej do czynienia z tendencją wycofywania się z nadmiernych wydatków. Myślę w tym miejscu o rezygnacji ze starania się o organizację olimpiady w roku 2022. Przy czym, oczywiście, rezygnacja ze starania się o organizację zimowej olimpiady była wynikiem referendum. Ale nie ukrywajmy, że moment, w jakim referendum w Krakowie się odbyło, nie był raczej przypadkowy.

sobota, 24 maj 2014 16:21

WIEJSKI BÓJ O UNIJNE PIENIĄDZE

Napisane przez

Z perspektywy wsi najbliższa „sześciolatka” nie wygląda gorzej niż poprzednia. Do 2020 r. na obszary wiejskie z budżetu państwa i Unii Europejskiej ma trafić łącznie 42,4 mld euro. A jednak samorządowcy z całego kraju mają się na co skarżyć.

Najwięcej środków unijnych i krajowych zostanie wykorzystanych na płatności bezpośrednie (aż 23,7 mld euro), które są obecnie kluczowym elementem Wspólnej Polityki Rolnej. Innym źródłem finansowania jest Program Rozwoju Obszarów Wiejskich (PROW). Projekt na lata 2014-2020 trafił w połowie kwietnia do akceptacji Komisji Europejskiej. Zdaniem szefa resortu rolnictwa, Marka Sawickiego, Komisja Europejska może go zatwierdzić w ciągu pięciu miesięcy. Istnieje zatem duże prawdopodobieństwo, że jeszcze w tym roku gminy będą mogły starać się o unijną „kasę”. Mimo to część wójtów uważa, że obszary wiejskie są pod względem unijnych pieniędzy dyskryminowane. Chcą gwarancji, że przynajmniej 30 proc. środków trafi na wieś.

Polska wieś jest dyskryminowana

– Mamy serdecznie dość budowania miast i szesnastu stolic – mówił niedawno w rozmowie z PAP Krzysztof Iwaniuk, wójt Terespola i wiceprezes Związku Gmin Wiejskich. Jego zdaniem nikt nie myśli o obszarach wiejskich. Wójt podaje przykład OZE. – Przecież umożliwienie rozwoju małych przydomowych instalacji, które pozwoliłyby tym biednym ludziom z prowincji – bo w większości są biedni – ograniczyć koszty życia, byłoby z korzyścią dla wszystkich. No, może z wyjątkiem wielkiego biznesu. Okazuje się jednak, że to, co możliwe jest w Czechach, czy w Niemczech, u nas takie nie jest – mówił wójt Iwaniuk.

Mimo, że w nowej perspektywie do wykorzystania będzie więcej środków niż w latach ubiegłych, wiejscy samorządowcy patrzą sceptycznie na możliwość pozyskania unijnych funduszy. Zdaniem Wacława Wielesika, wójta gminy Markusy, położonej w województwie warmińsko-mazurskim, wszystkie znaki wskazują, że w nowym okresie gminy będą miały o wiele gorzej. Jego opinię podziela Dominika Grymajło, która w urzędzie gminy Kosakowo w województwie pomorskim zajmuje się funduszami unijnymi.

Jej zdaniem, mimo że w okresie 2014-2020 Polska całościowo uzyska większe dofinansowanie niż poprzednio, gminom wiejskim będzie o wiele trudniej pozyskać środki unijne, a ich wielkość będzie mniejsza od dotychczasowej. Jak dodaje, kryteria przyznawania środków w wielu sytuacjach nie uwzględniają specyfiki wsi. – Chodzi na przykład o wymogi stawiane wnioskodawcom, których i tak nie będą mogli spełnić: zaawansowana innowacyjność, szeroko zakrojone partnerstwa wielosektorowe oraz efekt skali – wymienia w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA i dodaje, że mało która gmina wiejska może się pochwalić takimi działaniami.

Zdaniem Dominiki Grymajło polska wieś jest dyskryminowana i najwięcej pieniędzy zawsze trafia do obszarów miejskich. Tę opinię podzielają też inni samorządowcy. – Mniejsza gęstość zaludnienia i infrastruktura sprawiają, że nie możemy konkurować z miastami, a przy ocenie efektywności jesteśmy skazani na porażkę, gdyż często brana jest pod uwagę liczba osób zamieszkujących dany obszar – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA Krzysztof Barwieniec, zastępca wójta w gminie Lubrza w województwie lubuskim.

Wystarczy się przyłożyć

Innego zdania jest wójt gminy Czorsztyn Tadeusz Wach, który uważa określenie, iż polska wieś czuje się dyskryminowana za przejaskrawione. – Gminy, które przykładają się do pozyskiwania środków unijnych nie mają problemu z ich otrzymaniem. Gmina Czorsztyn pozyskuje ich sporo i nie czujemy się mniej zauważani od miast – podkreśla w rozmowie z GMINĄ.

Zjawiska dyskryminacji polskiej wsi nie dostrzega również Leszek Grombala, wójt gminy Kolbudy położonej w województwie Pomorskim. Podkreśla jednocześnie, że jego gmina jest nietypowa – graniczy z Gdańskiem i jest współzałożycielem Gdańskiego Obszaru Metropolitarnego, co w przyszłości przyniesie zapewne solidne korzyści. Wójt Grombala uważa, że pieniądze zawsze były, są i będą, niezależnie od źródła finansowania. Trzeba tylko ciężko pracować, aby je zdobyć.

Pomimo różnicy w opiniach, samorządowcy zgadzają się co do jednego: najciężej jest zdobyć środki na budowę i odnowę dróg.  – Infrastruktura drogowa jest naszą największą bolączką – mówi GMINIE wójt gminy Słupsk Barbara Dykier i dodaje, że na tego typu projekty zawsze brakuje środków. Tłumaczy, że jedynym wyjściem z sytuacji są tzw. schetynówki, czyli drogi budowane z funduszy Narodowego Programu Przebudowy Dróg Lokalnych, prowadzonego w okresie, gdy ministrem spraw wewnętrznych był Grzegorz Schetyna. Nie dla wszystkich jednak starcza pieniędzy, więc nie każda gmina może skorzystać z programu. Podobnego zdania jest Andrzej Mazur, wójt gminy Sawin, która zajmuje dziesiąte miejsce w Polsce pod względem wykorzystania środków unijnych. – Gdyby nie brak środków finansowych na drogi powiedziałbym, że naszej gminie wiedzie się umiarkowanie dobrze – kwituje w rozmowie z GMINĄ.

Choć zgodnie z unijnymi przepisami samorządy mogły dotychczas ubiegać się o dotacje na budowę lub modernizację dróg gminnych, w praktyce projekty wiejskie przegrywały z miejskimi. – Jeśli plan budowy drogi nie zakładał dostępu do odpowiedniej wielkości obszarów przemysłowych bądź inwestycyjnych, to nie było szansy na fundusze. Ponadto, dość często warunkiem niezbędnym otrzymania środków była liczba użytkowników takiej drogi, a przecież wiadomo, że na wsi jest ich znacznie mniej niż w miastach – tłumaczy zastępca wójta gminy Lubrza, Krzysztof Barwiniec. Zdaniem samorządowców startujących we wszystkich możliwych konkursach, częstą praktyką było faworyzowanie wniosków miejskich na rzecz wiejskich.

Jak zapewnia minister rolnictwa Marek Sawicki, pieniądze na drogi znajdą się w PROW na lata 2014-2020. W zatwierdzonym przez rząd w połowie kwietnia projekcie zostało dodane, w ramach działania ósmego – „Podstawowe usługi i odnowa miejscowości na obszarach wiejskich” – poddziałanie „Inwestycje związane z tworzeniem, ulepszaniem lub rozbudową wszystkich rodzajów małej infrastruktury”. W ten sposób uwzględniono postulaty gmin wiejskich i Związku Powiatów Polskich w zakresie wsparcia projektów drogowych.

Cień Miejskich Obszarów Funkcjonalnych

Mimo trudności w pozyskiwaniu środków na budowę i remont dróg, istnieją inne obszary, na które udało się gminom zdobyć fundusze. Gmina Sopot zrealizowała wiele projektów, od budowy ścieżek rowerowych, przez remont świetlic, po stworzenie placów zabaw. Sporo działań przeprowadziła gmina Sawin – zdobyła pieniądze na wodociągi, przydomowe oczyszczalnie ścieków czy boiska wielofunkcyjne. – Zawsze można powiedzieć, że pieniędzy mogłoby być więcej. Pamiętajmy jednak, że gdyby nawet było ich więcej, i tak nie każda gmina mogłaby je pozyskać. Warunkiem otrzymania funduszy jest bowiem posiadanie wkładu własnego, a nie każda jednostka taki wkład ma – tłumaczy wójt Andrzej Mazur.

Jednym z tematów budzących obawy samorządowców są Miejskie Obszary Funkcjonalne (MOF) ośrodków wojewódzkich, do których – ich zdaniem – będzie płynąć najwięcej pieniędzy. Jak podkreślają, samotna gmina nie będzie miała szans na przebicie i uzyskanie środków. Jedynym rozwiązaniem wydaje się stworzenie wspólnoty gmin i wspólne ubieganie się o unijne fundusze. Dzięki temu gminy są mocniejsze, tworzą wspólną strategię, a także lepiej oceniają wspólne niebezpieczeństwa i wyzwania. Innym pomysłem jest przyłączenie gminy do MOF-u, jednak w dalszym ciągu brakuje na ten temat wystarczającej wiedzy.

Minister Sawicki polecił Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa przeprowadzenie szerokiej kampanii informacyjnej w zakresie PROW. W każdej gminie będą zorganizowane spotkania potencjalnych beneficjentów: rolników, przedsiębiorców i jednostek samorządu terytorialnego na temat zaplanowanych działań i zasad przyznawania pomocy finansowej. Spotkania te mają rozpocząć się jeszcze w maju.

sobota, 24 maj 2014 16:19

POLSKA NA DOPINGU, CZYLI DEKADA Z FUNDUSZAMI UE

Napisane przez

Nie ma chyba w Polsce nikogo, kto nie zapamiętałby charakterystycznej plakietki – „Finansowane ze środków Unii Europejskiej”. Ile miliardów dostaliśmy w ciągu ostatniej dekady z Unii Europejskiej i jak, dzięki tym pieniądzom, zmieniały się nasze województwa, powiaty i gminy?

Unia to samo zło, nie powinniśmy do niej wchodzić, trzeba się było zwrócić na Wschód. A serio?… W żadnych okolicznościach Polska nie rozwijałaby się tak szybko. Wstąpienie do wspólnoty oznaczało nowe drogi, poprawę środowiska naturalnego, szybki internet, wysyp innowacyjnych firm – to tylko niektóre osiągnięcia 10 lat członkostwa naszego kraju w UE.

Dumni powinnyśmy być też z wysokiego wzrostu gospodarczego w latach 2004-2013 (średniorocznie 4 proc. wobec 1 proc. w UE-27) oraz z faktu, że zdołaliśmy uniknąć recesji w latach 2009-2010, gdy w kryzys osunęły się najbardziej rozwinięte unijne gospodarki. Te sukcesy są w znacznej mierze efektem wykorzystania funduszy, które szeroką rzeką płyną do nas z Brukseli.

– Sukces ma wielu ojców. Duch przedsiębiorczości w narodzie nie ginie, samorządowcy dbają o rozwój lokalnych społeczności, a klasa polityczna przynajmniej świadomie nie utrudnia działalności gospodarczej. Ale jednym z najważniejszych czynników wzrostu są pieniądze z UE – potwierdza Marek Zuber, ekonomistai doradca finansowy.

Mazowsze przoduje,  Opole w tyle

Od akcesji zrealizowaliśmy ponad 185 tysięcy projektów o łącznej wartości prawie 593 mld zł – przy czym ponad połowa tej kwoty pochodziła z unijnej kasy. UE przekazała nam w minionych dziesięciu latach 333 mld zł. W przeliczeniu na mieszkańca jest to ponad 8,6 tys. zł.

33 proc. wszystkich pieniędzy, które dała nam wspólnota, przeznaczyliśmy na rozwój regionów. Według danych Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju (MIiR), w wykorzystaniu funduszy unijnych przoduje województwo mazowieckie, które dostało prawie 50 mld zł. W samej tylko Warszawie UE dopłaciła do 513 przedsięwzięć, a do miasta trafiło 18,7 mld zł. Najwięcej przeznaczono na budowę II linii metra. Drugie w rankingu województwo – śląskie – otrzymało 32 mld zł. Lwią cześć tych pieniędzy pochłonęła budowa autostrady A1 oraz modernizacja kanalizacji. Na kolejnych trzech miejscach znalazły się województwa: dolnośląskie (23,5 mld zł), małopolskie (21,8 mld zł) i łódzkie (21,7 mld zł).

Najgorzej w zestawieniu wypadła Opolszczyzna, która zdołała pozyskać tylko 6,3 mld zł. Zdaniem Piotra Popa, rzecznika MIiR, region ten nie ma prawa jednak czuć się dyskryminowany. Bo dotacje wylicza się na podstawie lokalnego poziomu PKB w stosunku do jego średniego poziomu w całej UE, wskaźników bezrobocia, wielkości czy liczby mieszkańców. – Właśnie z tych powodów opolskie, jako jedno z najmniejszych województw w Polsce, dostaje najmniej pieniędzy – tłumaczy Piotr Popa w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA.

Beton czy człowiek – w co inwestować?

Od 2004 r. otrzymaliśmy ponad 82 mld euro z polityki spójności, której celem jest wyrównanie warunków ekonomicznych i społecznych we wszystkich regionach Unii Europejskiej. Kwota ta ponad trzy razy przewyższyła sumę naszych składek członkowskich. W rezultacie Polska jest największym beneficjentem netto funduszy UE.

W perspektywie 2004-2006 zainwestowaliśmy wszystkie dostępne fundusze – 14,2 mld euro. Z budżetu 2007-2013 wykorzystaliśmy już 97,5 proc. przyznanej nam kwoty – 67,9 mld euro – czyli ponad 66 mld euro. W obu perspektywach – według stanu na 27 kwietnia 2014 r. – beneficjenci zrealizowali łącznie ponad 186 tys. projektów.

Gros przedsięwzięć to tzw. twarde inwestycje: autostrady, drogi, lotniska, dworce kolejowe, środki transportu, oczyszczalnie ścieków czy kanalizacja. Niestety, rzadziej dotacje przeznaczamy na działalność naukowo-badawczą. Dlatego Anna Radwan, prezes Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana i doradca Komisji ds. Unii Europejskiej w Sejmie RP, ostrzega: „Pieniądze płynące z Brukseli są jednak pułapką, w którą łatwo wpaść. Tak było chociażby w przypadku Hiszpanii czy Portugalii. Mówi się, że kraje Południa za dużo zainwestowały w beton, a za mało w człowieka. To scenariusz, którego za wszelką cenę musimy uniknąć” (raport „Europa: rozważna czy romantyczna?”, Instytut Obywatelski, 2014).

Czy wszystkim województwom uda się uniknąć scenariusza Grecji, Portugalii lub Hiszpanii? Pewności nie ma. – Mniej majętne regiony w Polsce wykorzystują fundusze na infrastrukturę drogową, komunikację, kanalizację, czyli to, co poprawia jakość życia, lecz nie inwestują w innowacje– mówi nam Marzena Chmielewska, ekspert PKPP Lewiatan.

Samorządy korzystają na potęgę

Największym beneficjentem Funduszy Europejskich są samorządy. Jak wynika ze statystyk opublikowanych przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, 31 proc. inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych jest realizowanych właśnie przez te podmioty, a łączna wartość dofinansowania wyniosła w sierpniu 2013 r. 76,3 mld złotych.

Spośród 767 przedstawicieli samorządów biorących udział w badaniu Instytutu Spraw Publicznych (ISP) tylko jedna osoba odpowiedziała, że jednostka, którą reprezentuje, nie stara się o dotacje unijne. Aż 9 na 10 ankietowanych (89 proc.) potwierdziło, że robi to często, a co dziesiąty (11 proc.) – że czasami.

Prawie 90 proc. ankietowanych uważa, że fundusze unijne mają znaczący wpływ na rozwój samorządu, przy czym 42 proc. jest zdania, że ten wpływ jest zdecydowanie duży, a 45 proc. – że jest on raczej duży. Jednocześnie ponad połowa (52 proc.) uważa, że dla ich społeczności pula środków unijnego wsparcia jest zbyt skromna.

A na co jednostki samorządu terytorialnego przeznaczają fundusze UE? Główne cele to inwestycje infrastrukturalne (97 proc. ankietowanych), ekologiczne (50 proc.) i kulturalne (36 proc.). Respondenci wskazywali również na wspieranie zatrudnienia i rozwój turystyki (po 25 proc.).

– Szkoda, że tylko 13 proc. lokalnych włodarzy przeznacza fundusze z Brukseli na rozwój przedsiębiorczości, zwłaszcza zaś segmentu MŚP. A przecież właśnie mniejsze firmy decydują o rozwoju regionów i całego kraju – przekonuje w rozmowie z GMINĄ Łukasz Wenerski, analityk społeczno-ekonomiczny, autor raportu „Unia daje czy zabiera? Dekada członkostwa Polski w UE w oczach  przedstawicieli polskich samorządów”, będącego pokłosiem ankiety ISP.

Pieniądze dla rolników

Jedną z grup, które najwięcej zyskały na członkostwie Polski w UE, są rolnicy. Tak przynajmniej uważa 81 proc. uczestników sondażu ISP. Dane statystyczne to potwierdzają. Dziesięć lat temu miesięczny dochód rolnika wynosił około 500 zł, dziś – 1092 zł. Skąd ten wzrost? W momencie akcesji polskie rolnictwo zostało objęte instrumentami Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), mającymi na celu poprawę opłacalności produkcji, co otworzyło w historii wsi nowy rozdział.

Głównym instrumentem wsparcia dochodów rolników w UE są płatności bezpośrednie, których rozdziałem w ramach WPR zajmuje się Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR). W 2004 r. polscy rolnicy otrzymali płatności bezpośrednie po raz pierwszy. W minionych dziesięciu latach o to wsparcie ubiegało się 1,4 mln rolników. Systematycznie rosła łączna kwota płatności – od prawie 7 mld zł w 2005 r. do ponad 14 mld zł w 2013 r. W sumie do końca stycznia 2014 r. ARiMR  wypłaciła z tego tytułu prawie 97 mld zł. Na tę kwotę składają się zarówno środki unijne, jak i krajowe. Z Unii do kieszeni rolników trafiło ponad 53 mld zł. Średnio każdy gospodarz dostał więc 38 tys. zł – wynika z analizy Polityki Insight.

Ogromnie pomocne były też programy inwestycyjne, dzięki którym beneficjenci ARiMR kupili m.in. 338 tys. maszyn i urządzeń rolniczych. To oznacza, że w co czwartym polskim gospodarstwie jest maszyna czy urządzenie rolnicze kupione dzięki wsparciu z programów UE.

Strumień nie wysechł

Jest jeszcze lepsza wiadomość: w nowej perspektywie unijnego finansowania jest ponad 300 mld złotych na spójność, a łącznie Polska wynegocjowała ponad 440 miliardów. Choć europejski budżet na lata 2014-2020 jest mniejszy o 3 proc. od poprzedniego, transfer funduszy do Polski zwiększy się o 4 proc. Tak oto nasz kraj ponownie będzie największym biorcą środków europejskich.

– Te pieniądze będą mogły zmienić Polskę na skalę dotychczas niespotykaną. Jest tylko jeden warunek: musimy je wydawać rozsądnie – zastrzega ekonomista Marek Zuber.

Obawy na wyrost? Niekoniecznie. W dyskusjach na temat wsparcia – np. dla rolnictwa czy start-upów – często pojawia się temat absurdalnie łatwego przyznawania pieniędzy unijnych i braku odpowiednich procedur kontrolnych. Pozwalało to na „przejadanie” środków przeznaczanych na rozwój czy modernizację działalności. Do rzadkości nie należały też przypadki marnotrawienia pieniędzy na poziomie województw, powiatów i gmin. Gwoli sprawiedliwości: do nadużyć dochodziło szczególnie tuż po wejściu do Unii Europejskiej. Wraz z upływem czasu Bruksela rozlicza beneficjentów coraz skuteczniej.

Co dały nam eurofundusze w latach 2004-2013

  • zbudowano lub zmodernizowano łącznie ponad 2 tys. km dróg ekspresowych i autostrad;
  • zbudowano lub przebudowano ponad 14 tys. km dróg krajowych i samorządowych;
  • długość wybudowanych/przebudowanych w latach 2004-2013 linii kolejowych wyniosła około 2,3 tys. km;
  • w ramach umów z zakresu transportu miejskiego zakupionych zostało ponad 2 tys. jednostek taboru komunikacji miejskiej, a zmodernizowanych – ok. 300 jednostek;
  • wsparto ponad20 tys. przedsiębiorstw;
  • wdrożonych zostanie niemal 1200 wyników prac badawczo-rozwojowych;
  • 250 wspartych instytucji otoczenia biznesu wykonało na rzecz przedsiębiorstw ponad 13 tys. usług;
  • zbudowano oraz zmodernizowano prawie 36 tys. km sieci kanalizacyjnej i 12 tys. km sieci wodociągowej;
  • wybudowano i rozbudowano oraz zmodernizowano 683 oczyszczalni ścieków komunalnych;
  • szacuje się, że dzięki FE liczba pracujących w wieku 20-64 wzrosła o około 800 tys. osób;
  • ponad 243 tys. nowych firm założyły osoby bezrobotne dzięki bezzwrotnym dotacjom;
  • wsparto 5 tys. przedszkoli, zespołów i punktów przedszkolnych;
  • blisko 90 tys. studentów rozpoczęło studia na kierunkach zamawianych, takich jak automatyka i robotyka, biotechnologia, budownictwo, informatyka;
  • 55 proc. wszystkich szkół w Polsce zostało wyposażonych w pracownie komputerowe, w których stworzono niemal 250 tys. stanowisk.
wtorek, 25 marzec 2014 21:10

LEPIEJ DECYDOWAĆ SAMEMU

Napisane przez

Czy to możliwe, by mieszkańcy sami decydowali o wydatkach z budżetu miasta? Jak najbardziej. Po raz pierwszy spróbowano tego w brazylijskim Porto Alegre w 1989 roku. Pomysł dobrze się sprawdzał – i budżet obywatelski (nazywany także budżetem partycypacyjnym) zaczęto wprowadzać także w innych miastach w Brazylii i na świecie. Od kilku lat zyskuje również na popularności w naszym kraju.

Pionierem pod względem wprowadzania budżetu obywatelskiego w Polsce był Sopot. W 2011 roku jego mieszkańcy zadecydowali, na co wydać 5 mln zł – czyli ponad 1 proc. wydatków z budżetu miasta. Była to pierwsza próba i sprawdzian całej procedury, która w kolejnych latach miała być usprawniana.

Zawrotna kariera

Po Sopocie próby skonstruowania budżetu obywatelskiego podjęło kilka innych dużych miast. Prowadzono je m.in. w Poznaniu, Łodzi, Rzeszowie, Tarnowie, Wrocławiu czy Elblągu. Wbrew obawom sceptyków, mieszkańcy miast unieśli ciężar odpowiedzialności i swoimi pieniędzmi dysponują bardzo rozważnie. – Doświadczenia miast, które dały obywatelom możliwość decydowania o wydatkach, są bardzo budujące. Ludzie nie chcą jakichś nieistotnych i nikomu niepotrzebnych, ale bardzo konkretnych rzeczy, które poprawiają jakość ich życia. Dlatego na przykład autorzy i autorki Obywatelskiej Strategii Konina 2013-2020, która ma być wdrażana, chcą, by do 2018 roku wszystkie wydatki inwestycyjne zależały od decyzji obywateli. Warto też brać przykład z Łodzi, gdzie prace nad budżetem na 2014 rok zaczęto już pod koniec 2012 roku – mówiła w jednym z wywiadów Joanna Erbel, socjolog zajmująca się problematyka miast.

– Oczywiście z jednej strony możemy narzekać, że mamy w Polsce niski poziom aktywności społecznej. Spójrzmy jednak na drugą stronę: budżety partycypacyjne zrobiły w Polsce oszałamiającą karierę. Gdyby jeszcze trzy lata temu spytać kogoś o budżet partycypacyjny, popukałby się w głowę i zaczął uzasadniać, że nie jesteśmy na to gotowi, ludzie są nieodpowiedzialni i nikt nie będzie chciał się tym zajmować. Dzisiaj to rozwiązanie działa w kilkunastu dużych miastach. Odważnie poczynają sobie też małe ośrodki, które mają większą skłonność do eksperymentowania – zachwalała. Wtórował jej Jarosław Makowski, szef Instytutu Obywatelskiego, ośrodka badawczo-analitycznego, który jest zapleczem eksperckim Platformy Obywatelskiej. – Jeżeli ludzie dostają możliwość decydowania, na co mają iść pieniądze, to okazuje się, że wcale nie chcą żadnych aquaparków, ale chcą rzeczy niskobudżetowych, które podnoszą jakość życia. To są place zabaw na osiedlach, siłownie pod chmurką, ścieżki rowerowe, oświetlenie w parkach – mówił.

Dodatkowo, zdaniem Makowskiego, budżet partycypacyjny jest elementem, który angażuje ludzi do działania – jest zatem remedium na niechęć do aktywności społecznej. – Przecież o to chodzi w Polsce samorządowej – żeby ludzie się „samorządzili", bo oni najlepiej wiedzą, co jest problemem na ich osiedlu, w ich gminie, powiecie czy mieście. Narzędziem do tego „samorządzenia się", bardzo dobrym i skutecznym, jest właśnie budżet partycypacyjny – uważa Makowski. Opinię tę potwierdzają zresztą liczby. W głosowaniu nad tegorocznym budżetem obywatelskim Poznania wzięło 88 tysięcy osób, czyli ponad cztery razy więcej niż nad poprzednim. – Frekwencja przekroczyła nasze oczekiwania i świadczy o pozytywnym odbiorze budżetu obywatelskiego przez mieszkańców miasta. Obawialiśmy się, że będzie głosowało mniej osób niż przed rokiem – nie ukrywał zadowolenia Ryszard Grobelny, prezydent Poznania.

Łatwiej, niż się wydaje

Wbrew pozorom, aby wprowadzić budżet obywatelski w polskim mieście lub wsi, nie potrzeba nowego prawa. Wystarczy jedynie dobra wola prezydenta miasta (wójta lub burmistrza) i rady gminy. Od strony formalnej wygląda to tak, że przeprowadzane są konsultacje w sprawie wydatków z budżetu miasta, z jedną, istotną różnicą w stosunku do zwykłych konsultacji ‒ prezydent i rada gminy deklarują, że projekty wybrane przez mieszkańców zostaną zrealizowane. Wszystko opiera się zatem nie na regulacjach ustawowych, lecz na wzajemnym zaufaniu pomiędzy mieszkańcami, a ich przedstawicielami (co jest zresztą cenne samo w sobie).

W ramach budżetu obywatelskiego mieszkańcy mogą nie tylko wybierać najlepsze projekty, ale także zgłaszać ich propozycje. Takie propozycje wypracowuje się na spotkaniach mieszkańców na przestrzeni nawet kilku miesięcy, a pod koniec roku poddaje się je pod głosowanie. Na przykład w Rzeszowie na ten rok mieszkańcy zgłosili 197 pomysłów. 12-osobowa komisja złożona z radnych i urzędników odrzuciła 95 takich, które nie spełniały wymogów formalnych. Na początku stycznia br. pod głosowanie trafiły 102 zadania. Kwalifikacje trwały do 15 stycznia. Głosować można było w ratuszu, w siedzibach rad osiedli, w Punktach Informacyjnych Urzędu Miasta, Punktach Obsługi Mieszkańców, przez Internet, albo pocztą. Każdy obywatel Rzeszowa mógł oddać głos na maksymalnie trzy pomysły. Do realizacji zakwalifikowało się dziesięć. Jest wśród nich siłownia na świeżym powietrzu, park, zadaszenie nad skateparkiem, plac zabaw i boisko.

Od czego zacząć, jeżeli chce się wprowadzić budżet obywatelski w swojej miejscowości? Najprościej od spotkania z radnymi, prezydentem i mieszkańcami, na którym przedstawiona zostanie idea budżetu obywatelskiego. Następnie zazwyczaj odbywa się dyskusja, czy i jak mógłby on działać w danej gminie. Nie ma potrzeby martwić się niskim początkowo poziomem aktywności obywatelskiej. Jeżeli budżet obywatelski będzie działał prawidłowo, mieszkańcy sami zaczną się uaktywniać, bo zobaczą, że ich zaangażowanie przynosi konkretne efekty – powstał plac zabaw, nowy park czy wyremontowano ulicę. Wskazuje na to stopniowy wzrost frekwencji w budżecie obywatelskim choćby właśnie w Porto Alegre.

Według ekspertów, mała aktywność obywateli w wielu przypadkach nie wynika z tego, że ludzie nie są zdolni do zachowań społecznych, lecz z tego, że nie mają, jak i gdzie włączyć się w sprawy lokalnej społeczności. Konsultacje, których wyniki są ignorowane, nie zachęcają do tego, by udzielać się w sprawach miasta czy gminy wiejskiej. Budżet obywatelski oznacza natomiast, że decyzje podjęte przez mieszkańców będą wprowadzone w życie, niezależnie od tego, czy radni się z nimi zgadzają, czy też nie. Wówczas mieszkańcy widzą sens angażowania własnego czasu i energii.

Dlaczego jednak mieszkańcy w ogóle mieliby decydować o wydatkach z budżetu miasta czy gminy wiejskiej? Odpowiedź jest prosta ‒ dlatego, że to ich własne pieniądze. Nie należą one do radnych, wójta czy burmistrza, tylko właśnie do mieszkańców, którzy są gospodarzami gminy.

Któregoś ranka usłyszałem w radiu informację, z której wynikało, że prezydent Królewsko-Stołecznego Miasta Krakowa przekazał do dyspozycji mieszkańców środki w wysokości prawie 5 mln złotych w ramach budżetu obywatelskiego. Teraz mieszkańcy mają prawo bezpośrednio decydować, na jaki cel te środki zostaną przeznaczone. Informacja ta zrodziła u mnie kilka refleksji, z którymi postanowiłem się z Państwem podzielić.

Co to jest budżet obywatelski  

Pierwsza dotyczy wątpliwości związanej z warstwą definicyjną zagadnienia. Co to jest budżet obywatelski w samorządzie terytorialnym? I jaki charakter mają uchwalane przez demokratycznie wybranych reprezentantów obywateli  samorządowe budżety w  „klasycznym” kształcie?

Budżet obywatelski, zwany też budżetem partycypacyjnym, definiowany jest jako  „demokratyczny proces dyskusji i podejmowania decyzji, w którym każda mieszkanka i każdy mieszkaniec miasta decyduje o tym, w jaki sposób wydawać część budżetu miejskiego lub też publicznego”[1].Pierwszy budżet partycypacyjny został uchwalony w Brazylii, w mieście Porto Alegre w roku 1989. W Polsce pierwszym samorządem, który zdecydował się na takie działanie, był Sopot, gdzie budżet obywatelski wprowadzono w roku 2011. W kolejnych latach inicjatywy takie podejmują duże miasta jak Poznań, Wrocław, Łódź, Elbląg, Tarnów, Warszawa Gdańsk, no i wspomniany już – Kraków.

Działania prowadzone przez polskie samorządy zakresie przygotowania budżetu obywatelskiego polegają na wyodrębnieniu kwoty środków w  budżecie jednostki samorządu terytorialnego i umożliwieniu mieszkańcom zdecydować w sposób bezpośredni o kierunkach ich wydatkowania. Z dostępnych informacji wynika, że generalnie w grę wchodzą kwoty na poziomie od 3 do 10 mln złotych.

W trakcie przygotowania budżetu obywatelskiego wyodrębnić można dwa zasadnicze etapy.

Pierwszy obejmuje zgłaszanie projektów, które winny być realizowane w ramach tej inicjatywy. Spotykamy się z różnymi stanowiskami co do zakresu uprawnień do zgłaszania propozycji zadań, które miałyby być realizowane w ramach budżetu obywatelskiego. Z jednej strony, wskazując na obywatelski charakter działań, przyjmuje się stanowisko, że uprawnienie takie przysługuje wyłącznie mieszkańcom gminy. Dla przykładu, organizacje pozarządowe mają możliwość poszukiwania środków przyznawanych w ramach ustawy o organizacjach pożytku publicznego i wolontariacie. A więc nie powinny posiadać prawa do zgłaszania projektów do budżetu obywatelskiego.

Z kolei przeciwnicy ograniczania prawa do składania propozycji projektów przedstawiają zupełnie inny punkt widzenia. Zgodnie z nim, najważniejsze jest, aby projekty były sensowne. Czyli związane z efektywnym zabezpieczeniem rzeczywistych potrzeb społecznych. Nie jest istotne, kto je zgłasza. Mogą je zgłaszać bezpośrednio mieszkańcy, organizacje społeczne, jak również prezydent miasta czy radni.

Istotnym jest natomiast, aby zabezpieczyć rzeczywisty wpływ obywateli na wybór optymalnych projektów. Ten odbywa się w drugim etapie projektowania budżetu obywatelskiego, w którym mieszkańcy głosują bezpośrednio na zgłoszone wcześniej projekty. I z punktu widzenia istoty budżetu obywatelskiego najważniejszym jest, aby głos obywateli był respektowany. Niezależnie od tego, czy wybrane projekty są akceptowane przez władze samorządu.

Wybierane projekty mogą dotyczyć prac z zakresu zieleni, małej architektury, rekreacji czy też innych potrzeb ważnych dla lokalnych społeczności. Mogą dotyczyć budowy chodnika czy modernizacji drogi. Mogą dotyczyć także placu zabaw, czy zagospodarowania parku miejskiego. Właściwie wybór jest limitowany wyłącznie wysokością dostępnych środków.

Znaczenie budżetu obywatelskiego

Uczestnictwo obywateli w decyzjach dotyczących wykorzystania środków budżetu jest postrzegane jako sposób na zwiększenie aktywności obywatelskiej. Realna możliwość wpływania na kierunki inwestowania środków budżetowych wpływać powinna na większe zainteresowanie społeczne problematyką funkcjonowania samorządu terytorialnego w naszym kraju.

Z drugiej strony, można też patrzeć na budżet obywatelski jako na delegowanie bezpośrednio na członków wspólnoty odpowiedzialności w zakresie zarządzania samorządem. Poprzez udział w podejmowaniu decyzji w zakresie kierunków finansowania zadań, prezydent zaprasza jego mieszkańców do współodpowiedzialności za losy miasta. Biorąc pod uwagę jednak wielkość budżetów partycypacyjnych w polskich samorządach, a przede wszystkim ich udział w wielkościach globalnych środków to skala wspomnianej współodpowiedzialności jest raczej marginalna. Budżet dużego miasta sięga 3-4 miliardów złotych. Plan wydatków budżetu Miasta Stołecznego Warszawy obejmuje nawet ponad 14 miliardów złotych.  W tej sytuacji poziom kwot oddawanych do dyspozycji budżetów obywatelskich oscyluje w okolicach promila wszystkich wydatków zaplanowanych w uchwale budżetowej dużego miasta. Inna sprawa, że na wielkość wydatków planowanych w budżetach jednostek samorządu terytorialnego składają się liczne pozycje wydatków, na które samorząd ma ograniczony wpływ. Chociażby środki na zadania zlecone z zakresu administracji rządowej. W budżecie jednostki samorządu terytorialnego znajdują się też wydatki, które z różnych względów nie mogą być przedmiotem decyzji publicznej. Z jednej strony myślę na przykład o wydatkach na wynagrodzenia. Z drugiej istnieją pozycje wydatków strategicznych,  zagwarantowanych w wieloletnich prognozach finansowych. W tym oczywiście dotyczących projektów finansowanych ze środków zagranicznych.

Być może jednak system rozwinie się w taki sposób, że również decyzje co do kształtu wieloletniej prognozy finansowej podejmować będą bezpośrednio obywatele?

Ale w dzisiejszych realiach budżet obywatelski spełniać będzie przede wszystkim zadania w zakresie zwiększenia aktywności obywatelskiej. Nie będzie miał znaczenia dla delegacji odpowiedzialności.

Podstawy stosowania budżetu obywatelskiego

Budzenie aktywności obywatelskiej poprzez zaproszenie do kształtowania kierunków wydatków w oparciu o budżet obywatelski jest obecnie wyrazem woli władz samorządowych. Obowiązujące przepisy prawne nie przewidują rozwiązań w tym zakresie. Czyli decyzja o wdrażaniu zasad budżetu obywatelskiego jest obecnie uzależniona od woli prezydenta, burmistrza czy wójta.

Warto w tym miejscu zwrócić może uwagę, że aktualnie toczą się prace nad  przepisami mającymi na celu zwiększenie udziału obywateli w działalności samorządu terytorialnego. Myślę w tym miejscu o prezydenckim projekcie ustawy o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym na rzecz rozwoju lokalnego i regionalnego oraz o zmianie niektórych ustaw. Przy czym projekt ten opiera się na innym pomyśle niż omawiana idea budżetu obywatelskiego. Nowy projekt przewiduje m.in. powoływanie stowarzyszeń i komitetów aktywności lokalnej, tworzenie nowych ciał kontrolnych na wszystkich szczeblach samorządu (np.konwent delegatów samorządu lokalnego w województwie) oraz możliwości opiniowaniacałości budżetów wszystkich szczebli samorządu przez obywateli. Tymczasem, o ile partycypację obywateli w kształtowaniu kierunków wydatków z poziomu samorządu lokalnego, realizowaną szczególnie w ramach budżetu zadaniowego, należy oceniać pozytywnie, o tyle stopień skomplikowania budżetu województwa samorządowego oraz zakres zadań tej instytucji każe mi wątpić w sensowność partycypacji poszczególnych obywateli w kształtowaniu kierunków wydatków regionu.

Zamiast podsumowania

Ostatnia refleksja związana jest z rozterkami o charakterze systemowym. Dlaczego jest nam potrzebny budżet obywatelski? Po co ten nowy wymysł? Czy demokratycznie wybrane władze samorządowe nie są gwarantem realizacji zadań samorządu w interesie jego mieszkańców?

Budżet obywatelski, tak jak i wspomniany prezydencki projekt ustawy, może być postrzegany jako potwierdzenie porażki obecnego modelu demokracji, szczególnie w wydaniu samorządowym. Bo cóż innego oznacza wdrażanie rozwiązań pozwalających obywatelom mieć rzeczywisty wpływ na wykorzystanie środków publicznych? A więc środków, których źródłem są „portfele” tychże obywateli. Środków, które jesteśmy zobowiązani oddać Państwu w oparciu o obowiązujące przepisy – czyli reguły uchwalone przez naszych przedstawicieli w strukturach władzy. Dążenie do wdrażania w samorządach rozwiązań pozwalających obywatelom bezpośrednio decydować o przeznaczeniu środków budżetowych wskazuje, że faktycznie społeczeństwo nie posiada wpływu na wykorzystanie środków publicznych. A system ich dystrybucji w obecnym kształcie jest niezadawalający. Innymi słowy, tendencja ta oznaczać może, że model demokracji pośredniej, w którym najważniejsze decyzje w imieniu obywateli podejmują ich przedstawiciele, nie sprawdza się. A więc testujemy wdrażanie alternatywnego rozwiązania, opartego na modelu demokracji ateńskiej. Demokracji bezpośredniej, w której funkcje agory spełnia internet. Bo jakże można by dzisiaj bez tego instrumentu zmobilizować jakąkolwiek znacząca grupę obywateli do aktywności samorządowej?

Pojawiające się bardzo wyraźnie tendencje powrotu do zasad demokracji bezpośredniej wydają się potwierdzać dość często stawianą tezę o znacznym oderwaniu się władz od obywatela – w tym również na poziomie samorządu lokalnego.



[1] Taka definicję znaleźć można przykładowo  w Wikipedii

wtorek, 25 marzec 2014 20:57

ODNAWIALNE ŹRÓDŁA PIENIĘDZY

Napisane przez

Odnawialne źródła energii (OZE) tworzą szanse, których nie da się lekceważyć. Ich zwolennicy podkreślają, że przestawienie krajowej energetyki właśnie na OZE przyczyni się do tworzenia nowych miejsc pracy, niskich rachunków za energię i poprawy stanu środowiska. Trend cieszy się wsparciem Unii i na całym kontynencie wydaje się już być nieodwracalny. Krytycy uważają z kolei, że powyższe zyski to jedynie projekcja optymistów i upłyną dekady zanim alternatywna energetyka zacznie się opłacać. Na dodatek cała branża tkwi w prawnej próżni: mimo zapowiedzi wciąż nie doczekaliśmy się ustawy o OZE.

W połowie marca projektem ustawy o OZE miał się zająć rząd, jednak do momentu zamknięcia tego wydania Magazynu Samorządowego „GMINA” sprawa nie stanęła na porządku obrad. Opozycja i branża energetyczna próbuje więc zwiększać presję na gabinet Donalda Tuska, by prace jednak przyspieszyć. – Od kilku lat słyszymy, że koalicja PO i PSL przygotowuje nowe, nowoczesne rozwiązania prawne, które mają uregulować wiele problemów działalności branży OZE, ale jeśli to będzie się działo w takim tempie, to prędzej OZE przestaną istnieć, niż doczekają się stosownych regulacji – krytykował na początku marca szef SLD, Leszek Miller, przypominając, że Sojusz złożył własny projekt dotyczący OZE.

Rzeczywiście, prace nad rządowym projektem wyjątkowo się ślimaczą. Pierwotna wersja powstała w resorcie gospodarki jeszcze jesienią 2011 r. Po dwóch latach to samo ministerstwo przedstawiło jednak drugi, w dużej mierze zmodyfikowany, wariant ustawy. Ale i ten na niemal pół roku utknął w urzędniczych trybach. W lutym jednak Stały Komitet Rady Ministrów przyjął go, rekomendując przyjęcie przez rząd. I w tym miejscu narracja się urywa…

Rewolucja prosumencka

Sprawą zainteresowali się senatorowie. Na marcowym spotkaniu z nimi pojawił się wiceminister gospodarki, Jerzy Pietrewicz. – Ministerstwo intensywnie pracuje nad pełnym wdrożeniem regulacji unijnych w zakresie tzw. pakietu energetyczno-klimatycznego, w szczególności promowania energii ze źródeł odnawialnych – mówił. – Znaczna część tych regulacji została już wprowadzona do polskiego systemu prawa, zwłaszcza w ramach dotychczasowej nowelizacji ustawy Prawo energetyczne – dodawał.

Jednak to, co budzi najwięcej emocji, to zmiany, które ujęto w projekcie będącym wciąż „w drodze”. Założono w nim m.in. odejście od obecnego dotowania bieżącej produkcji energii ze źródeł odnawialnych na rzecz aukcji: oferent proponujący najniższą cenę dostawałby gwarancję zakupu nawet na okres piętnastu lat. Aukcje miałyby być ogłaszane przynajmniej raz w roku. Minister gospodarki wcześniej ogłaszałby tzw. cenę referencyjną – a więc maksymalną, jaką można zaoferować na aukcji, a także pulę energii, jaka może w danym roku liczyć na wsparcie państwa.

Resort chce zapewnić też wsparcie dla małych producentów energii. Producenci energii o potencjale nie przekraczającym 1MW braliby udział w osobnych aukcjach, a co najmniej 25 proc. energii objętej wsparciem państwa miałoby pochodzić właśnie z takiej mini-produkcji. Koszty takiej operacji zostałyby jednak przerzucone na odbiorców energii – jako tzw. opłata OZE. Jej wysokość na 2015 r. określono na poziomie 2,27 zł/MWh, przy średniej wspieranej energii z OZE na poziomie 362 zł/MWh.

Ponadto projekt wprowadza np. definicję mikroinstalacji – a więc niewielkiej instalacji, często służącej do produkcji energii na własne potrzeby, użytkowanej bez koncesji i zakładania działalności gospodarczej.

Dodatkowo wreszcie, resort chce położyć kres jednemu z najpopularniejszych dotychczasowych sposobów wytwarzania polskiej „zielonej” energii: współspalaniu biomasy z węglem w dużych blokach energetycznych. W zamian ministerstwo chciałoby wspierać tzw. dedykowane instalacje spalania wielopaliwowego, gdzie każdemu paliwu „dedykowany” jest osobny podajnik.

Zmiany w branży energetycznej

Problem w tym, że czas płynie, a brak rozwiązań w tym zakresie tylko pogłębia zamieszanie. Branża OZE najwyraźniej uznała więc – zwłaszcza w obliczu sporu z Rosją i potencjalnych zakłóceń dostaw surowców zza Buga – że to idealny moment na wywarcie presji na rządzących. 25 organizacji i podmiotów z tego sektora w drugiej połowie marca opublikowało list otwarty do premiera. – Polska ma znaczący potencjał odnawialnych zasobów energetycznych, w tym wiatru – piszą sygnatariusze listu. – Należy pamiętać, że rozwój OZE oznacza nie tylko dynamiczne uzupełnianie niedoborów mocy innowacyjnymi, zielonymi technologiami, ale przede wszystkim dywersyfikację źródeł wytwarzania energii, a co za tym idzie – znaczącą poprawę bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju – dodają.

Temu przypomnieniu służą też statystyki. Jak skrzętnie liczą autorzy listu, w 2012 roku 13 proc. węgla kamiennego, 70 proc. gazu ziemnego, 96 proc. ropy naftowej i 2,5 proc. energii elektrycznej zużywanych w Polsce pochodziło z importu. Ich zdaniem, podtrzymywanie podobnych proporcji w kolejnych latach tylko pogłębi naszą zależność od zewnętrznych dostaw.

To zestawienie jest tym bardziej uderzające, gdy porówna się je z wynikami całej Europy. Według opublikowanego w marcu br. raportu EurObserv’ER, w 2012 r. OZE w UE wytworzyły 763,5 TWh energii elektrycznej, czyli 23,4 proc. całej produkcji – 3 proc. więcej niż rok wcześniej. Podczas gdy w całej branży energetyki elektrycznej produkcja wręcz nieznacznie spadła (o 0,3 proc.), OZE produkowały więcej – wytworzyły o 14,4 proc. więcej energii niż w 2011 r. W statystykach przodują Austria i Szwecja – z odnawialnych źródeł energii pochodziło tam odpowiednio 68,3 i 67,1 proc. puli. O sukcesach mogli też mówić Łotysze (43,4 proc.) i Duńczycy (41,7 proc.). Polacy znaleźli się na 21. pozycji – z wynikiem 10,6 proc.

Nawet wielkie koncerny energetyczne uznają najwyraźniej trend za nieodwracalny. Koncern GDF Suez nie ukrywa, że nie widzi przyszłości dla praktycznie wszystkich swoich elektrowni węglowych i gazowych w Europie. – W ciągu kilku lat wygrają z nimi panele fotowoltaiczne – kwitował wiceprezes GDF Suez Energy Europe, Grzegorz Górski. – Nasza strategia to bardzo mocny sygnał dla europejskich polityków, że doprowadzili do zniszczenia europejskiej energetyki konwencjonalnej. I nie chodzi tu o wyznaczanie celów zmniejszenia emisji dwutlenku węgla lecz o wpływ dotowanej energetyki odnawialnej – dodawał. Tego typu sygnały wywołały jednak pewien oddźwięk: w styczniu Komisja Europejska zaproponowała, aby po 2020 r. powstrzymać nieco tempo ekspansji OZE. W ciągu dekady 2020-2030 ich udział w produkcji miałby wzrosnąć „zaledwie” z 20 do 27 proc.

W Polsce to jednak wciąż margines. OZE zaspokajają 4 proc. naszego zapotrzebowania na energię – głównie poprzez spalanie biomasy, energetykę wiatrową i hydroenergetykę. Pozostaje więc mieć nadzieję, że uda nam się ustalić reguły dla tego sektora, by wreszcie zacząć dyskutować o realnych kosztach i zyskach z OZE, a nie przerzucać się wizjami rozkwitu – lub upadku – sektora, bez posiadania żadnych poważnych doświadczeń w tej dziedzinie.

środa, 26 luty 2014 19:53

POLACY NIE SZASTALI EURO

Napisane przez

Od lat Najwyższa Izba Kontroli monitoruje, jak Polska wydaje unijne pieniądze. Chodzi o kwotę 67,9 miliardów euro przyznanych na lata 2007-2013 z polityki regionalnej UE. I, jak wynika z ostatniego podsumowania, opublikowanego na koniec ubiegłego roku, Polska wypadła na tym polu pozytywnie.

Co więcej to powtórzenie sukcesu, bo taką opinię wydał NIK w identycznym raporcie również w 2012 r. Na stronie Izby można przeczytać, że Polska w efektywny i prawidłowy sposób wydaje pieniądze z funduszy unijnych, chociaż raporty z poszczególnych kontroli nie są pozbawione zastrzeżeń. Ze szczegółowymi analizami można się zapoznać w sprawozdaniach z wykonania budżetu. Na stronie NIK umieszczono również raporty pokontrolne przygotowane w ramach konkretnych programów.

Pod lupą – drogi, szpitale, edukacja

Departamenty i delegatury NIK przeprowadziły cały szereg kontroli, badając wykorzystanie unijnych pieniędzy, zarówno pod względem programów operacyjnych − „Innowacyjna gospodarka” (w tym m.in. prowadzenie konkursów i zawieranie umów przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości) czy „Kapitał ludzki” (realizacja projektów edukacyjnych w ramach Priorytetu III), jak i odbiorców, a wśród nich dwóch głównych grup – samorządowców i przedsiębiorców.

Kontrolerzy oceniali na przykład kwalifikowalność wydatków oraz umiejętność wykorzystania funduszy strukturalnych przez administrację publiczną, ale przede wszystkim sprawdzali, jakie efekty przyniosła realizacja poszczególnych projektów. NIK sprawdzał bardzo różne dotacje, od przeznaczonych na zakup aparatury medycznej, rozwój Euroregionu „Bug” (w województwie lubelskim, ciągnącego się wzdłuż wschodniej granicy Polski z Białorusią i Ukrainą), jak i inwestycje drogowe. Do podsumowania zamieszczonego na stronie Izby w sumie dołączono trzydzieści jeden szczegółowych sprawozdań pokontrolnych.

Doceniono pracę wojewody

Jednym z beneficjentów było Stowarzyszenie Samorządów Euroregionu „Bug”, które pozyskało dotację na rozwój zarówno gospodarczy, jak i społeczno-kulturalny obszaru przygranicznego. Od 2006 r. do końca maja 2013 r. w sumie Stowarzyszenie zrealizowało dwadzieścia nieinwestycyjnych projektów związanych z funkcjonowaniem euroregionu. Łącznie pozyskano na nie 15 395 tys. zł. NIK nie miał zastrzeżeń co do sposobu rozdysponowania tej kwoty, a w podsumowaniu napisał, że była wydatkowana rzetelnie. W raporcie, co warto podkreślić, pozytywnie oceniono pracę wojewody lubelskiego, który pośredniczył i zarządzał Programem Sąsiedztwa Polska-Białoruś-Ukraina INTEREG 2004−06.

Aparatura pokrywa się kurzem

Izba dokładnie przyjrzała się zakupom aparatury medycznej w latach 2007-11, ale przede wszystkim, w jaki sposób była wykorzystywana. Kontrole prowadzono w dziewięciu podmiotach, jednak w tym przypadku raporty wyszczególniały wiele nieprawidłowości. – Mimo, że nowy sprzęt medyczny jest szansą dla polskiej służby zdrowia, jednak nawet on nie poprawi sytuacji pacjentów, jeśli nie będzie wykorzystany – brzmiała najważniejsza konkluzja NIK.

Weryfikatorzy podsumowali, że w skontrolowanych placówkach zabrakło właściwej koordynacji i planowania zakupów. Z tego powodu jedna trzecia skontrolowanych szpitali nie używa obecnie efektywnie nowego sprzętu, tak, jak to było zapowiedziane we wnioskach. Ilość faktycznie wykonanych świadczeń była niższa – a niekiedy dużo niższa – od tego, co szacowano w projektach.

Na tym jednak nie kończy się lista uchybień. Podważono też przyjęte procedury zakupowe, które spowodowały, że w jednych placówkach brakowało sprzętu, a w innych – było go w nadmiarze. Zdarzały się przypadki, że do obsługi nowych urządzeń brakowało wykwalifikowanej kadry, a co więcej – nawet gabinetów i laboratoriów. Mimo, że pieniądze z dotacji można było przeznaczyć również na dostosowanie pomieszczeń.

W sześciu placówkach, w których pojawili się kontrolerzy NIK, wykonywano badania diagnostyczne sprzętem zakupionym w ramach dofinansowań unijnych. Tyle że pobierano przy tym opłaty – choć ta aparatura może być wykorzystywana wyłącznie do świadczeń w ramach kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia.

W raporcie NIK pojawiły się również zarzuty pod adresem samorządów: choćby związane z tym, że nie przeprowadziły na swoich terenach rzetelnych analiz potrzeb zdrowotnych, ani nie posiadały aktualnych danych dotyczących rozmieszczenia aparatury medycznej. Jak się okazało, wiedza wojewodów na ten temat różniła się od danych zgromadzonych przez Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia (CSIOZ).

Wskazówki Rady EU i NIK dla rządu

Izba wzięła pod lupę również to, jak realizowane są zalecenia Rady Unii Europejskiej z 12 lipca 2011 r. w sprawie krajowego programu reform Polski z 2011 r. oraz zaktualizowanego programu konwergencji na lata 2011-14. Rada wydała zalecenia dotyczące finansów publicznych, systemu emerytalnego, finansowania kształcenia i szkoleń, finansowania placówek opieki nad dziećmi, energetyki, transportu kolejowego oraz procedur prawnych związanych z egzekwowaniem zobowiązań zawartych w umowach, budownictwem i zagospodarowaniem przestrzennym.

Rząd rozpoczął pracę nad realizacją tych zaleceń, jednak według Najwyższej Izby Kontroli, te działania mogą okazać się niewystarczające, by w sposób trwały obniżyć deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych do poziomu trzech procent PKB. To również za mało w opinii NIK, by zapewnić wzmocnienie potencjału rozwojowego Polski w dłuższej perspektywie.

Ocenę zaniżyły gminy

Korzystnie Izba zaopiniowała także koordynację i realizację działań z zakresu infrastruktury komunalnej ze środków UE na Wspólną Politykę Rolną i z funduszy strukturalnych. W tym zakresie NIK docenił działania ministra rozwoju regionalnego, ministra rolnictwa i rozwoju wsi, prezesa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz samorządów województw, mające na celu koordynację i realizację przedsięwzięć z zakresu infrastruktury komunalnej w ramach regionalnych programów operacyjnych i Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-13. Jednak, mimo że ostatecznie NIK wydał dobrą opinię, stwierdzono wiele nieprawidłowości w działaniach gmin – co dotyczyło czternastu na szesnaście skontrolowanych JST. Chodziło głównie o wykonanie i utrzymanie przedsięwzięć związanych z infrastrukturą komunalną. W jednym przypadku skontrolowana gmina rozpoczęła inwestycję bez… pozwolenia na budowę.

Mimo, że w raportach pojawiły się nie do końca pochlebne opinie, to generalnie w Polsce euro wydawano efektywnie i zgodnie z prawem. Taka opinia jeszcze w 2012 roku była przekonującym argumentem podczas ustalania budżetu na lata 2014-20, a co się z tym wiąże – pozwoliła na uzyskanie satysfakcjonującej puli pieniędzy dla Polski.

środa, 26 luty 2014 16:27

FINANSOWANIE ZADAŃ W 2014 ROKU

Napisane przez

Rok 2014 będzie trudnym rokiem dla jednostek samorządu terytorialnego. Z jednej strony jest to rok wyborczy, a więc należy się spodziewać nacisku na pokazanie efektów działalności samorządowej. Z drugiej strony, jest to rok „przejściowy” w zakresie możliwości korzystania z bonusu, jakim z pewnością jest zasilenie gospodarki pieniędzmi z Unii Europejskiej.

Dodatkowo sprawy komplikuje obowiązująca od Nowego Roku nowa formuła wskaźnika zadłużenia jednostek samorządu terytorialnego. Jak sobie radzić w tych okolicznościach, zadają sobie zapewne pytanie liderzy samorządowi na różnych szczeblach. Można oczywiście kierować do „najwyższej instancji” pytanie – jak żyć, Panie Premierze? Ale jak pokazuje historia, lepsze efekty realnie można uzyskać  poszukując rozwiązań we własnym zakresie.

Alternatywne źródła finansowania

Brak możliwości finansowania nowych przedsięwzięć środkami europejskimi w większym stopniu niż w ostatnich latach kieruje nasze zainteresowanie w stronę alternatywnych źródeł finansowania zadań. Wśród różnych możliwości najbardziej atrakcyjnym kierunkiem wydaje się być sięgnięcie po środki przeznaczone na finansowanie przedsięwzięć proekologicznych.

Starać się możemy o ich pozyskanie przede wszystkim w funduszach ochrony środowiska. Zarówno w narodowym, nakierowanym na finansowanie przedsięwzięć ponadregionalnych, jak i wojewódzkich funduszach zorientowanych na finansowanie przedsięwzięć o mniejszym zasięgu. Fundusze dysponują środkami gromadzonymi przez marszałków województw. Najbardziej korzystną formą ich pozyskania jest oczywiście bezzwrotna dotacja. Ale również preferencyjne pożyczki z możliwością częściowego umorzenia zobowiązania stanowią atrakcyjne źródło finansowania samorządów. Co prawda, zakres możliwości wykorzystania środków jest w tym przypadku ograniczony proekologicznym charakterem źródła, ale potrzeby w tym zakresie są ogromne na wszystkich poziomach samorządów.

Zgodnie z obowiązującymi regułami, część środków marszałkowie przekazują bezpośrednio do budżetów gmin i powiatów. Choć od kilku lat nie funkcjonują powiatowe i gminne fundusze celowe w zakresie finansowania środowiska, ale strumień środków przekazywany do budżetów jednostek samorządu terytorialnego stanowi tzw. pieniądz znaczony. Może on zostać wykorzystany wyłącznie na finansowanie przedsięwzięć ekologicznych, podobnie jak środki przekazywane do narodowego oraz wojewódzkich funduszy ochrony środowiska. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na zmianę w ustawie Prawo ochrony środowiska, która wyjaśnia wątpliwości co do tego, kto jest beneficjentem wpływów opłaty z tytułu składowania i magazynowania odpadów.[1] Zgodnie z tą regulacją 50 proc. wpływów z tego tytułu stanowi dochód gminy, na terenie której znajduje się składowisko, natomiast 10 proc. dochód powiatu. W przypadku miast na prawach powiatu oznacza to uzyskanie dochodu w wysokości 60 proc. środków wpłacanych przez zarządcę składowiska odpadów.

Pozyskiwanie środków na finansowanie przedsięwzięć proekologicznych to zagadnienie, którego nie wyczerpuje możliwość sięgania po środki zgromadzone w ramach funduszy ochrony środowiska. W świetle ograniczonej ilości środków gromadzonych przez marszałków województw, warto mieć świadomość, że samorządy mają możliwość wpływania na wielkość strumienia środków z opłat za korzystanie ze środowiska. Myślę przede wszystkim o współpracy z marszałkami województw w zakresie uświadamiania przedsiębiorców co do obowiązków wynikających z faktu gospodarczego wykorzystania środowiska oraz roli opłat jako instrumentu poprawy jego stanu. W dalszym bowiem ciągu świadomość w tym zakresie wśród przedsiębiorców jest niewielka, a to wpływa w sposób znaczący na brak realizacji obowiązków wnoszenia opłat za korzystanie ze środowiska.

Ograniczoność środków, o które mogą starać się samorządy, żeby finansować  zadania proekologiczne, w szczególności w ramach bezzwrotnej dotacji, wymusza konieczność zwiększania zdolności finansowej realizacji zadań w oparciu o instrumenty dłużne. Możliwość ich wykorzystania jest jednak ograniczona wspomnianym już wskaźnikiem zadłużenia, szczególnie w jego aktualnej formule. To powoduje, że winniśmy poszukiwać najbardziej efektywnych rozwiązań.

Efektywne sposoby pozyskania środków

Jakie więc mamy możliwości w tym zakresie? Wydaje się, że w ostatnich latach najbardziej efektywnymi kierunkami pozyskiwania środków finansowych są pożyczki zaciągnięte w międzynarodowych instytucjach finansowych, takich jak Europejski Bank Inwestycyjny (EBI – European Investment Bank), czy Bank Rozwoju Rady Europy (CEB – Council of Europe Development Bank). Pomimo utrudnień związanych z wymogami stawianymi przez obie instytucje w zakresie rozliczania finansowego pożyczki, proponowane warunki spłaty są bardzo atrakcyjne. Nawet biorąc pod uwagę ryzyko kursowe. Dla jednostek samorządu terytorialnego nie bez znaczenia jest, że pomimo, iż obie instytucje w swej nazwie mają słowo „bank”, faktycznie reprezentują organizacje międzynarodowe. Skutkuje to w praktyce brakiem obowiązku stosowania przepisów Prawa zamówień publicznych przy zawieraniu umów.[2]

W drugiej kolejności warto zwrócić uwagę na możliwość pozyskiwania środków finansowych w drodze emisji obligacji. Jest to ciągle niezbyt popularna forma zdobywania kapitału – pomimo dość szerokiej dyskusji na temat emisji papierów wartościowych przez jednostki samorządu terytorialnego, która zapoczątkowana była jeszcze w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego stulecia. Koszt pozyskania kapitału tą drogą jest niższy niż w przypadku zaciągnięcia kredytu. Wskazuje się też na inne korzyści wynikające z emisji obligacji, jak pewność pozyskania kapitału, prestiż jednostki samorządu terytorialnego czy brak obowiązku stosowania prawa zamówień publicznych do usług finansowych związanych z emisją, sprzedażą, kupnem lub transferem papierów wartościowych[3].

Z kolei pewną prostotę pozyskiwania środków finansowych wskazuje się jako zaletę sięgania po wsparcie finansowe w drodze zaciągnięcia kredytu w bankach komercyjnych. Co prawda, w tym przypadku nie unikniemy stosowania przepisów prawa zamówień publicznych, ale przy odpowiednim opisaniu przedmiotu zamówienia i warunków przetargu możemy uzyskać środki finansowe bez większych kłopotów. Co należy podkreślić, przy dzisiejszych poziomach stóp procentowych jednostki samorządu terytorialnego mogą uzyskać kredyt, ponosząc bardzo niskie koszty jego pozyskania. Znam przypadek dużej jednostki samorządu terytorialnego, która uzyskała w ubiegłym roku niższe oprocentowanie kredytu w banku komercyjnym, niż proponowane oprocentowanie pożyczek w Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Taka sytuacja jednak jest uzależniona od dobrej kondycji finansowej jednostki. W tym zakresie wygrywają te podmioty, które prowadziły dotychczas bezpieczną politykę finansową. Bardzo pozytywnie przez wszelkie instytucje finansowe postrzegane są te samorządy, które poddawały się ocenie agencji ratingowych. Oczywiście, w przypadku, gdy przyznawany rating był wysoki.

Pomimo różnych możliwości kredyt wydaje się w dalszym ciągu najpopularniejszą ścieżką  pozyskiwania kapitału przez jednostki samorządu terytorialnego. Tym niemniej, eksperci wskazują, że niedogodności – wynikające z obecnej formuły wskaźnika zadłużenia – będą zmuszać samorządowców do poszukiwania alternatywnych sposobów. Wymienia się wśród nich formułę partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP). Inna sprawa, że poważną barierą wprowadzania tego rozwiązania w naszym kraju jest jednak ciągle pokutujące przekonanie, że do formuły „trzech P” należy dodać czwarte – Prokurator. Panuje dość powszechnie opinia, że formuła partnerstwa w naszych warunkach wiąże się z niejasnymi relacjami miedzy partnerami publicznym i prywatnym. To powoduje, że formuła ta nie jest zbyt popularna wśród samorządów, szczególnie tych mniejszych. A te w pierwszej kolejności wskazuje się jako „ofiary” nowej formuły wskaźnika zadłużenia.

Preferowane JST duże i mocne

Można spotkać się też z obawami, że nowa formuła wskaźnika zadłużenia wymusi na samorządach jeszcze inne praktyki. Jako przykład wskazuje się na realizację inwestycji za pośrednictwem spółek, których zadłużenie nie wlicza się do skonsolidowanych sprawozdań jednostek samorządu terytorialnego. Jednocześnie, jako sposób ominięcia skutków nowej formuły zadłużenia, wskazuje się faktyczne zlecanie zadań poprzez podwyższanie kapitału podstawowego spółki komunalnej  w postaci wpłaty gotówki[4].

W pewnym sensie negatywną konkluzją, do jakiej dochodzimy w tych rozważaniach, jest jednak przekonanie, że zakres dostępnych możliwości pozyskiwania dodatkowych środków na finansowanie zadań preferuje samorządy duże i mocne. A więc te, dla których ograniczenia wynikające z nowej formuły wskaźnika zadłużenia są znacznie mniej dotkliwe. Małym samorządom należy więc w bieżącym roku rekomendować przede wszystkim korzystanie z dostępnych bezzwrotnych środków, takich, jak te przeznaczone dla realizacji przedsięwzięć proekologicznych. Przy czym podkreślić należy, że na zwiększenie dostępności dotacji wpłynie większa aktywność samorządów. Szczególnie w obszarze współpracy z marszałkami województw w zakresie działań zwiększających skuteczność egzekwowania opłat za korzystanie ze środowi



[1] Ustawa z dnia 8 listopada 2013 r. o zmianie ustawy Prawo ochrony środowiska (Dz. U. z 2014 r., poz. 47)

[2] W oparciu o art. 4 pkt. 1a Prawa zamówień publicznych. Por. „Udzielanie zamówień publicznych przez Zamawiającego stosującego szczególną procedurę przewidzianą przez wewnętrzne regulacje organizacji międzynarodowej”, www.uzp.gov.pl.

[3] Zgodnie z art. 4 pkt. 3j Prawa zamówień publicznych.

[4] „Pora na obligacje. Analiza możliwości inwestycyjnych samorządów”, Portal internetowy Serwis Samorządowy PAP.

środa, 22 styczeń 2014 01:52

VALUE ADDED TAX, CZYLI TAJEMNICE VAT

Napisane przez

Value Addet Tax, czyli podatek od wartości dodanej, powszechnie określany  jako podatek VAT, jest tzw. podatkiem pośrednim. Oznacza to, że faktycznie kosztu podatku nie ponosi płatnik, czyli sprzedawca, lecz klient ostateczny. Dokonując więc zakupu określonego dobra, płacimy za nie kwotę obejmującą koszt wytworzenia bądź zakupu, ewentualny zysk sprzedawcy oraz podatek od towarów i usług. O czym jesteśmy informowani w treści paragonu lub faktury.  I to jest w zasadzie wszystko, co można o polskim podatku VAT powiedzieć w kategorii informacji pewnej, nie budzącej wątpliwości.

Polskie przepisy określające zasady naliczania, poboru i rozliczania tej daniny publicznej są bowiem skonstruowane w sposób na tyle skomplikowany i niejasny, że ciężko jest poznać i zrozumieć wszystkie jego zawiłości nie tylko przeciętnemu obywatelowi, ale również  tzw. ekspertom – czyli osobom, które zajmują się zawodowo doradztwem podatkowym.

Niekonsekwencja NSA

Potwierdzeniem tej tezy jest sytuacja, jaka powstała po uchwale z dnia 23 czerwca 2013 r. Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie, podjętej w składzie siedmiu sędziów na temat rozstrzygnięcia, czy gminne jednostki organizacyjne są podatnikami podatku od towarów i usług w świetle zapisów art. 15 ust. 1 i 2 ustawy o podatku od towarów i usług. Zdaniem Naczelnego Sądu Administracyjnego gminne jednostki organizacyjne nie są samodzielnymi podatnikami. Samodzielnym podatnikiem jest gmina. A więc z podatku rozlicza się łącznie jednostka samorządu terytorialnego. Rozliczenie to obejmuje działalność wszystkich jednostek organizacyjnych danego samorządu. Przy czym z uzasadnienia uchwały Naczelnego Sadu Administracyjnego wynika pewna niekonsekwencja. Wiąże się ona z ograniczeniem przedstawionego stanowiska wyłącznie do jednostek budżetowych. Bowiem samorządowe zakłady budżetowe są traktowane odmiennie, jako samodzielny płatnik podatku od towarów i usług.

Generalnie sprawa wydaje się prosta. Gminna jednostka budżetowa nie posiada osobowości prawnej, nie posiada własnego majątku, nie dysponuje własnymi dochodami, nie ponosi odpowiedzialności za wyrządzone szkody, a wszelkie czynności wykonuje w imieniu i na rzecz gminy. Jednostka budżetowa nie ponosi ryzyka gospodarczego prowadzonej działalności. To ryzyko obciąża zawsze gminę. Przyjmując takie argumenty, NSA w sposób logiczny przyjął stanowisko, zgodnie z którym to gmina winna być traktowana jako podatnik. Skąd więc takie duże zamieszanie i głosy protestu po przyjęciu tej uchwały? Dlaczego w grudniu NSA, pomimo przyjęcia jednoznacznej interpretacji, zdecydował się wystąpić w tej sprawie do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej?

Szereg wątpliwości

Odpowiedź na tak postawione pytania jest wielowątkowa. Pierwsza wątpliwość dotyczy wspomnianego już wyłączenia z przyjętego stanowiska samorządowych zakładów budżetowych. Co prawda, w przeciwieństwie do jednostki budżetowej zakład budżetowy jest powoływany w celu prowadzenia działalności gospodarczej. Jednakże trudno byłoby twierdzić, że samorządowy zakład budżetowy prowadzi działalność gospodarczą na własną odpowiedzialność i że ponosi samodzielnie ryzyko gospodarcze prowadzonej działalności. Podobnie jak jednostka budżetowa, nie posiada on własnego majątku. Nie posiada też osobowości prawnej. A to, jak wynika z uzasadnienia uchwały, stało się podstawą do przyjęcia rozstrzygnięcia w kwestii podmiotowości podatkowej samorządowych jednostek budżetowych.

Druga wątpliwość, która pojawia się po podjęciu czerwcowej uchwały Naczelnego Sądu Administracyjnego, wiąże się ze skomplikowaną strukturą jednostek samorządu terytorialnego. Posługuję się w tym miejscu w sposób przemyślany terminologią JST, bowiem uchwała ma swoje konsekwencje nie tylko w odniesieniu do samorządu gminnego, ale również powiatowego oraz wojewódzkiego. Struktura wewnętrzna JST obejmuje często dużą liczbę jednostek budżetowych wykonujących różnorodne zadania. Są to m.in. szkoły, jednostki pomocy społecznej, urzędy pracy, zarządy gospodarki komunalnej, zarządcy dróg oraz urzędy miast, gmin, powiatów oraz urzędy marszałkowskie. Wiele z tych jednostek nie wykonuje żadnych czynności podlegających opodatkowaniu, inne – w różnej skali. Różnorodność oraz liczba jednostek powoduje, że comiesięczne składanie w imieniu wszystkich jednostek budżetowych deklaracji podatkowych wydaje się przedsięwzięciem  karkołomnym. A przynajmniej znacznie utrudniającym funkcjonowanie samorządów. W tym poprzez wymuszenie ponoszenia nieuzasadnionych kosztów, bowiem realizacja obowiązków rozliczania podatku od towarów i usług przy rozbudowanych strukturach jednostek samorządu terytorialnego, w moim przekonaniu, wymaga stworzenia wewnętrznych systemów rozliczeń.

Podstawowa wątpliwość, związana z podjętą przez NSA uchwałą, dotyczy jednak faktu występowania powszechnie stosowanej dotąd interpretacji, zgodnie z którą samorządowe jednostki budżetowe traktowano jako odrębnego podatnika podatku od towarów i usług. Dziś nikt nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi, jak traktować dotychczasowy sposób rozliczania się poszczególnych jednostek budżetowych w świetle podjętego rozstrzygnięcia. Nie nastąpiła bowiem zmiana przepisu, która umożliwiłaby wprowadzenie obowiązujące vacatio legis. Przyjęcie odmiennego sposobu rozliczania podatku VAT w drodze interpretacji istniejącego stanu prawnego w zasadzie wymusza konieczność ponownego, zgodnego z obowiązującą wykładnią rozliczenia podatku za okres ostatnich pięciu lat.

Przy czym łączenie przychodów poszczególnych jednostek może spowodować powstanie obowiązku podatkowego w tych jednostkach, które dotychczas limitów ustawowych nie przekroczyły. Nie można zapominać o obowiązku zapłaty odsetek za zaległości podatkowe. Co oznacza, w przypadku konieczności weryfikacji rozliczeń według nowej wykładni, nie tylko konieczność zapłaty potencjalnych zaległości, ale również odsetek od nich naliczonych. Aktualnie obowiązujące przepisy Ordynacji Podatkowej nie przewidują możliwości umorzenia należności i odsetek z powodu zmian interpretacji przepisów prawnych. Konieczne jest natomiast wskazanie interesu publicznego i interesu podatnika. Oczywiście, wątpliwości co do sposobu postępowania jednostek samorządu terytorialnego nie zmniejsza informacja o wspomnianym wcześniej zapytaniu Trybunału Sprawiedliwości o słuszność przyjętego przez Naczelny Sąd Administracyjny stanowiska. Przesuwa ono jedynie konieczność podjęcia działań w czasie.

Aktualne zamieszanie związane z trudnością interpretacji przepisów o podatku od towarów i usług to nie pierwszyzna. Wcześniej zdarzały się również problemy interpretacyjne, jak choćby powstanie w 2002 i 2003 r. kwestii opodatkowania czynności związanych z wydawaniem przez marszałków województw decyzji administracyjnych w zakresie przewozów autobusowych. Wówczas uznano, że przygotowanie decyzji administracyjnej na wniosek przewoźnika wymaga wykonania szeregu czynności mających znamiona świadczenia usługi. Tak przynajmniej wynikało z opinii przygotowanej przez byłego wiceministra finansów. Problem ten, na szczęście, rozwiązała nowelizacja przepisów o podatku od towarów i usług, wykreślająca podobne zadania z katalogu usług podlegających opodatkowaniu.

Meandry interpretacji

Różnorodne niespójne i przede wszystkim budzące wątpliwości wykładnie prawne w zakresie podatku VAT wpłynęły na wprowadzenie zmian przepisów prawnych w zakresie upoważnień do interpretacji prawa podatkowego. Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Finansów do wydawania w indywidualnych sprawach pisemnych interpretacji przepisów prawa podatkowego upoważnieni zostali Dyrektorzy Izb Skarbowych w Bydgoszczy, Katowicach, Łodzi, Poznaniu i Warszawie. To rozwiązanie miało na celu ograniczyć kłopoty związane z niejednolitością interpretacji podatkowych. Jak pokazuje zamieszanie z uchwałą NSA, problem nie został jednak całkowicie rozwiązany. W szczególności w zakresie interpretowania przepisów w odniesieniu do jednostek sfery publicznej. Może więc warto zastanowić się nad jednoznaczną zmianą systemową w zakresie opodatkowania jednostek administracji publicznej, w tym szczególnie z podsektora samorządowego.

Podstawowym zadaniem sfery publicznej nie jest prowadzenie działalności gospodarczej. Jest nim realizacja zadań związanych z zabezpieczaniem potrzeb publicznych.Podstawowa forma organizacyjna sektora publicznego,  jaką jest jednostka budżetowa, została stworzona właśnie w takim celu. Nie posiadając majątku, własnych środków finansowych, może skupić się na wykonywaniu zadań publicznych, a nie na konieczności pozyskiwania środków na swoja działalność. Jeśli wśród zadań pobocznych pojawiają się czynności mające znamiona działalności gospodarczej, to mają one znaczenie marginalne. Dlatego uważam za zasadne uznanie jednostek sektora finansów publicznych, w tym szczególnie jednostek budżetowych, za podmioty ustawowo wykreślone z listy podmiotów zaliczanych do podatników podatku od towarów i usług.

Chciałbym przy okazji zwrócić uwagę na jeszcze jedno zagadnienie związane z podatkiem od towarów i usług. Mianowicie, podatek ten nie stanowi dochodu jednostek samorządu terytorialnego. Stanowi natomiast dochód budżetu państwa. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że aktualny system rozliczania podatku stanowi ukrytą dystrybucję środków jednostek samorządowych, jako nabywcy towarów i usług (klient ostateczny) do budżetu państwa. W przypadku zaś jednostek podsektora rządowego, stanowi swego rodzaju przypadek przekładania środków finansowych z jednej kieszeni ministra finansów, do drugiej. Dlatego warto rozważyć – w przypadku zwolnienia podmiotowego jednostek samorządu terytorialnego z obowiązku podatkowego w zakresie VAT – wprowadzenie jednocześnie z mocy prawa stawki zerowej VAT na towary i usługi nabywane przez administrację publiczną, w tym jednostki samorządu terytorialnego.

Strona 1 z 3

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY