Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:59

WALKA O FREKWENCJĘ

Referendum samorządowe przestaje być świętem lokalnej demokracji. Zamiast pełnić rolę Forum Romanum, zmienia się w arenę politycznego starcia. Walka na na niej toczy się zaś nie o głosy mieszkańców, ale o to... ilu z nich pójdzie do urn w dniu głosowania.

Dzień 13 października 2013 r. będzie w historii Warszawy datą szczególną. Tego dnia warszawiacy wypowiedzą się w referendum, czy chcą, aby prezydentem miasta nadal była Hanna Gronkiewicz-Waltz (PO), czy też pokażą jej czerwoną kartkę. Jednak wszystko wskazuje na to, że niezależnie od jego wyniku, Gronkiewicz –Waltz nadal bedzie rządzić miastem. Jak to możliwe?

Gra na frekwencji

Hanna Gronkiewicz-Waltz jest nie tylko prezydentem stolicy, ale również wiceprzewodniczącą krajowych struktur Platformy Obywatelskiej. Dlatego referendum w sprawie jej odwołania ma wymiar ogólnokrajowy – a nie tylko ze wględu na to, że rządzi największym miastem w Polsce. Aby warszawskie referendum było ważne, musi w nim wziąć udział 3/5 wyborców, którzy głosowali w ostatnich wyborach samorządowych. W przypadku stolicy musi to być co najmniej 389 430 osób. To oznacza, że frekwencja musi wynieść minimum 29 proc. Osiągnięcie jej wydaje się bardzo prawdopobone, jako że do komisarza wyborczego trafiły listy z ponad 232 tysiącami podpisów osób domagających się odwołania pani prezydent.

Dlatego zwolennicy Hanny Gronkiewicz-Waltz zaczęli grać na obniżenie frekwencji. Niewielka liczba głosujących spowoduje, że referendum nie będzie ważne. Premier Donald Tusk i inni prominentni politycy PO, a nawet prezydent Bronisław Komorowski, zaczęli namawiać mieszkańców stolicy do pozostania 13 października w domu. Wiadomo bowiem, że do urn ruszą porzede wszystkim przeciwnicy prezydent Gronkiewicz-Waltz. Niemal pewne jest więc, że większość głosów padnie za jej odwołaniem. W tej sytuacji głosy w jej obronie de facto mogą prezydent pogrążyć – bo podwyższą frekwencję i paradoksalnie zwiększą szansę na przegraną.

Ile kosztuje referendum?

Innym sposobem zniechęcania warszawiaków do referendum było podkreślanie kosztów z nim związanych. – Szacujemy, że przy tej liczbie wyborców, osób uprawnionych do udziału w referendum w Warszawie, koszt kart do głosowania wyniósłby około 250 tysięcy złotych. Takie koszty poniesie budżet państwa. Inne środki będą pochodziły z budżetu samorządowego – mówił mediom szef Krajowego Biura Wyborczego, Kazimierz Czaplicki. Ale znaczna część wydatków związanych z przeprowadzeniem referendum lokalnego pokrywana jest z budżetów samorządów. Rada miasta będzie musiała pokryć wszelkie koszty związane z organizacją tego referendum, w tym również diet dla członków komisji.

Co prawda, „cena” samego referendum nie jest oszałamiająco wysoka, ale zdecydowanie większe byłyby koszty przyspieszonych wyborów samorządowych w stolicy – bo samo referendum w sprawie odwołania prezydent, bez wyborów nowego włodarza miasta, byłoby nie do końca sensowym rozwiązaniem. Kazimierz Czaplicki szacuje wydatek na 2-2,2 mln zł. Tyle bowiem kosztuje przeprowadzenie wyborów w mieście, w którym jest około miliona wyborców.

Tymczasem niedawno prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz informowała, w odpowiedzi na interpelację jednego z radnych, że referendum będzie kosztowało około 3 mln zł, a przedterminowe wybory – 4 mln zł. Zajmujący się wyborami na co dzień Kazimierz Czaplicki podaje kwotę dwa razy niższą... Niezależnie od jej wysokości, władze miasta podały, że potrzebną kwotę zapewnią, zabierając ją z tzw. rządowej subwencji drogowej, czyli z newralgicznego dla życia miasta budżetu. To bezzwrotna pomoc finansowa, udzielana samorządom przez państwo ze środków budżetowych, z przeznaczeniem na inwestycje związane z komunikacją.

Chaos czy sukcesy?

Zwolennicy odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz zarzucają jej brak kompleksowego rozwiązania problemu odszkodowań wypłacanych z tytułu dekretu Bieruta (na jego mocy na własność gminy m.st. Warszawy w 1945 r. przeszły wszelkie grunty w przedwojennych granicach miasta), nieskuteczne działania na rzecz zniesienia janosikowego (wpłata do budżetu państwa na podstawie ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego przez jednostki, których dochody z podatków przekraczają wskaźniki określone w ustawie), podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej przy jednoczesnych cięciach w budżecie ZTM, wysokie opłaty za śmieci i chaos przy wdrażaniu ustawy śmieciowej, a także cięcia w edukacji.

Odpowiedzią prezydent miasta jest jej wzmożona aktywność publiczna i interaktywna mapa, na której zaznaczono wszystkie – czasem wręcz symboliczne – inwestycje miejskie dokonane pod jej rządami.

Niezależnie od wyniku – prezydent nadal rządzi

Deklaracje przedstawicieli najwyższych władz państwowych – o nie braniu udziału w referendum – i namawianie warszawiaków do brania z nich przykładu spotkały się z ostrą reakcją nie tylko opozycji, ale i zwykłych obywateli. Nic dziwnego, namawianie do niebrania udziału w referendum samorządowym w imię doraźnych korzyści politycznych, to psucie demokracji lokalnej.

Donald Tusk wyraźnie zapowiedział jednak, czego chce. Jeśli bowiem nawet warszawiacy nie chcieliby dłużej pani prezydent Gronkiewicz-Waltz na dotychczasowym stanowisku, to szef rządu zamierza i tak utrzymać ją przy władzy. Najprawdopodobniej mianowałby ją komisarycznym prezydentem miasta, do czego – jako premier – ma prawo. Plan spotkał się z takim oburzeniem opinii publicznej, że Tusk natychmiast złagodniał. –Pozwoliłem sobie na taką uwagę, chcąc pokazać absurdalność tego referendum. Jestem przekonany, że to referendum nie ma większego sensu, zwłaszcza na rok przed wyborami, kiedy to warszawiacy wybiorą Hannę Gronkiewicz-Waltz lub, jeśli mają jej dosyć, kogoś innego – tłumaczył.

Wszystkie te działania to de facto elementy kampanii referendalnej, która musi zostać zakończona do 11 października do godziny 24. Następnego dnia nastąpi przekazanie przewodniczącym obwodowych komisji spisu wyborców uprawnionych do udziału w referendum.

Co poza Warszawą?

Nie tylko w stolicy mieszkańcy domagają się odwołania władz. Nie wszędzie jednak skutecznie. 8 września mieszkańcy Gryfic w Zachodniopomorskiem mieli zdecydować o ewentualnym odwołaniu Andrzeja Szczygła, od czterech kadencji burmistrza miasta. Inicjatorzy referendum zarzucali burmistrzowi próby dezintegracji rady miejskiej, ponadto ich zdaniem w ciągu 2,5 roku ostatniej kadencji burmistrz Szczygieł miał przekroczyć kompetencje w zakresie gospodarki finansowej gminy, przede wszystkim akceptując wydatki niezabezpieczone w jej budżecie. Nie podobało się im również bezpłatne oddanie w zarząd gryfickiemu TBS lokali gminnych i korzystanie z doradztwa kancelarii prawnej, której usługi wyceniono na kwoty sporo przekraczające rynkowe stawki.

Referendum jednak okazało się nieważne. Do urn poszło bowiem zbyt mało uprawnionych wyborców. Aby było ważne, musiało wziąć w nim udział co najmniej 4539 osób – a więc 3/5 uczestniczących w wyborach burmistrza w 2010 r. Uprawnionych do głosowania było blisko 20 tysięcy osób. Tymczasem w referendum głosy oddały 1583 osoby. Za odwołaniem burmistrza opowiedziały się 1364 osoby, a przeciw zagłosowało 150 mieszkańców miasta. Frekwencja wyniosła 8,22 proc.

W nieodległym Rewalu mieszkańcy również chcieli odwołać wójta. Ich zdaniem Robert Skraburski łata budżet gminy wysoką ceną wywozu śmieci, podatkami i opłatami wodno-kanalizacyjnymi. Miał on ponadto doprowadzić do bardzo wysokiego zadłużenia gminy (wskaźnik zadłużenia wynosił w 2012 roku 83,5 proc.) i rozrostu administracji. Wyborcom nie podobało się również to, że zaciągnął kredyty na rewitalizację Nadmorskiej Kolei Wąskotorowej, która miała stać się atrakcją turystyczną.

Organizatorzy referendum w Rewalu zebrali co prawda odpowiednią ilość głosów, jednak ostatecznie nie zamierzają oddać petycji w ręce komisarza wyborczego. „Z uwagi na katastrofalną sytuację finansową Gminy (jak się okazało, dług na koniec roku 2012 wzrósł o 268% – przyp. red.), nie chcemy przyczyniać się do dalszego wzrostu zadłużenia – i dlatego odstępujemy od złożenia wniosku o przeprowadzenie referendum w naszej Gminie. Uważamy, że za obecny stan gminy odpowiadają wyłącznie obecny Wójt i Rada Gminy” – napisali w komunikacie.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:39

ŁAPIĄ SŁOŃCE NA PODLASIU

Dzięki dotacjom z Brukseli dziewiętnaście podlaskich gmin inwestuje w kolektory solarne – na domach prywatnych i w obiektach użyteczności publicznej. Na ten cel dostaną aż 35,4 milionów złotych.

Województwo podlaskie nie jest potęgą pod względem uprzemysłowienia, edukacji czy informatyzacji. Za to jego atutem jest nieskażona natura. To skojarzenie, napędzające choćby ruch turystyczny, lokalni włodarze ugruntowują poprzez kolejne przedsięwzięcia ekologiczne.

Jednym z ostatnich jest projekt, w którym uczestniczy 19 tamtejszych gmin, polegający na budowie kolektorów słonecznych m.in. na budynkach prywatnych, szkołach, przedszkolach czy urzędach. Wartość wszystkich inwestycji wyniesie 49,6 mln zł. Tyle że lwią część tej kwoty – a dokładnie 35,4 mln zł – wysupłała Unia Europejska w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podlaskiego(RPOWP) na lata 2007-2013.

- Odnawialne źródła energii to priorytet Unii Europejskiej. Bruksela nie żałuje na ten cel pieniędzy w kończącej się perspektywie finansowej, zaś w nowej, na lata 2014-2020, ma być jeszcze hojniejsza. Organizując „solarny” konkurs dla samorządów, wpisujemy się w tę tendencję – mówi Izabela Smaczna-Jórczykowska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego w Białymstoku. Dodaje, że tym razem z dotacji nie mogą skorzystać instytucje komercyjne. Nie powinny się jednak czuć dyskryminowane, ponieważ podobne inicjatywy skierowane były wcześniej głównie do nich.

Radziłów pionierem

Gminy zostały wyłonione w konkursie. Pierwszeństwo miały te słabo rozwinięte i leżące na obszarach chronionych. Z ośmioma z nich urząd marszałkowski zawarł już umowy na dofinansowanie – na łączną kwotę 19,1 mln zł, z czego aż 13,8 mln zł to unijna dotacja. To Goniądz, Grajewo, Narewka, Hajnówka, Krynki, Radziłów, Turośń Kościelna i Zabłudów. Solary zostaną tam zainstalowane na ponad 1,1 tys. domów oraz na 32 obiektach użyteczności publicznej. Z pozostałymi gminami umowy na dofinansowanie będą podpisane w najbliższym czasie.

Umowę z  urzędem marszałkowskim zawarła m.in. gmina Radziłów, która realizuje jeden z większych tego typu projektów, obejmujący 34 miejscowości. Do końca października kolektory będą tam zamontowane w 220 gospodarstwach i na sześciu budynkach użyteczności publicznej. Inwestycja pochłonie 4,3 mln zł, z czego 3,3 mln zł da Bruksela.

– Instalujemy kolektory próżniowe o powierzchni około 3 m kw. i płaskie o powierzchni 4 m kw. Cena zestawu wynosi od 12 do 15 tys. złotych. 22 proc. to wkład własny mieszkańców, którzy zgłosili się do projektu – informuje Ewa Duchnowska, zastępca wójta gminy Radziłów.

Solary będą służyć do podgrzewania wody użytkowej w sezonie letnim. Duchnowska jest pewna, że kolektory przyniosą korzyści ekologiczne, bo latem – by podgrzać wodę – rolnicy spalają węgiel i drewno, a teraz nie będą musieli tego robić. Będą więc potrzebowali mniej tradycyjnego opału, a to pozwoli na oszczędności. Ich poziom zależy m.in. od źródła energii, z którego obecnie korzysta właściciel domu lub administrator obiektu użyteczności publicznej.

Zastępczyni wójta Radziłowa nie jest w stanie powiedzieć, jak szybko zwróci się instalacja kolektorów w przypadku różnych typów ogrzewania. Oszacował to jednak Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW). W 3-osobowym gospodarstwie domowym zwrot z inwestycji nastąpi po 10 miesiącach – jeżeli wcześniej do podgrzania wody używało ono prądu; po 18 miesiącach – jeśli stosowało olej opałowy; po 26 – gdy był to gaz i po 36 – w razie wyeliminowania pieca węglowego. Przy czym szacunki te nie uwzględniają dotacji unijnej. Natomiast dzięki niej czas ten można skrócić nawet o 50-70 proc.

Boom na solary

Skąd presja Unii na energię odnawialną w Polsce? Odpowiedź wydaje się prosta: energetyka solarna – dzięki dopłatom – bardzo popularyzuje się w Europie, bardziej niż jakakolwiek inna technologia, również spośród tych „zielonych”. Tymczasem w naszym kraju mikroelektrowni słonecznych jest – jak na lekarstwo. Inaczej niż w krajach, w których zapewniono korzystne, gwarantowane ceny sprzedawanego przez nie prądu. Szczególnie w Niemczech, gdzie działa ponad 4 mln tego typu urządzeń domowych. U nas liczba mikroinstalacji Odnawialnych Źródeł Energii, czyli OZE (kolektory słoneczne, pompy ciepła, małe elektrownie wiatrowe, kotły na biomasę, mikrobiogazownie czy domowe systemy fotowoltaiczne) nie przekracza 223 tysięcy – wynika z badania TNS OBOP przeprowadzonego na zlecenie Instytut Energetyki Odnawialnej.

Na szczęście sytuacja szybko się zmienia. Zainteresowanych inwestycjami w tym sektorze jest aż 45 proc. respondentów, a 21 proc. zamierza sfinalizować inwestycje w przydomowe, odnawialne źródła energii, w ciągu maksymalnie dwóch lat. Największy odsetek (31 proc.) rozważa możliwość pozyskiwania energii ze słońca. W rezultacie rynek mikroinstalacji OZE, dziś szacowany na 4,5 mld zł, może się zwiększyć do 2020 r. nawet sześciokrotnie.

Wielu specjalistów nie ma wątpliwości: już niedługo zacznie się w Polsce prawdziwy boom na termiczną energetykę słoneczną – taki, jaki miał miejsce swego czasu w Niemczech i Włoszech. W dużej mierze za sprawą dotacji unijnych, ale głównie tych z NFOŚiGW. W optymizmie utwierdza m.in. ostatni raport Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO), według którego w 2012 r. krajowy rynek kolektorów słonecznych wzrósł o 19 proc. w ujęciu rok do roku, co stanowi jeden z lepszych wyników w Europie. W analizowanym okresie przybyło u nas 1,2 mln mkw. solarów, co odpowiada 848 MW przeliczeniowej mocy cieplnej. W sprzedaży instalacji słonecznych zajęliśmy w UE drugie miejsce, zaraz po Niemczech. W 2011 r. uplasowaliśmy się na czwartej pozycji. w tym roku kolektory słoneczne staną się pod względem mocy zainstalowanej drugą w kraju, po energetyce wiatrowej, technologią OZE.

Jakie są możliwości Podlasia w zakresie wykorzystania OZE? Wygląda na to, że bardzo duże, głównie za sprawą zasobów biomasy, dobrych warunków wiatrowych i energii słonecznej. Tak przynajmniej uważa prof. Janusz Leszek Sokół z Katedry Ekonomii i Nauk Społecznych Politechniki Białostockiej, po badaniach sondażowych, które przeprowadził wśród mieszkańców województwa. Ankietowani wskazywali m.in. zalety stosowania OZE. Najczęściej wymieniali ochronę środowiska (32 proc.) i nieograniczone zasoby tej energii (26 proc.). Niższe koszty eksploatacji były ważne dla 13 proc. respondentów, a oszczędność surowców nieodnawialnych i ograniczenie emisji pyłów do atmosfery – dla 9 proc. Mniejszy odsetek badanych zwracał uwagę na niewyczerpywalność surowców i wszechobecność energii (odpowiednio 9 i 3 proc.).

– Inwestycje solarne mają wymiar nie tylko ekonomiczny i ekologiczny, ale też wizerunkowy – zaznacza Radosław Ceplin, specjalista ds. kreowania marki, właściciel firmy konsultingowej Communico Arts. – Dzięki takim przedsięwzięciom Podlasie przełamuje stereotyp regionu wiejskiego, promującego głównie tradycję czy walory przyrodnicze i turystyczne, a wyrasta na niezłomnego promotora innowacji i technologii, których nie powstydziłyby się najbardziej rozwinięte kraje Unii.

Iść w stronę słońca

Solary w województwie podlaskim to zresztą nie pierwszyzna. W połowie 2010 r. 30 baterii słonecznych zamontował np. powiatowy szpital w Siemiatyczach. Urządzenia kosztowały około 200 tysięcy złotych, ale cała inwestycja, obejmująca także ocieplenie budynku, wymianę stolarki i modernizację kotłowni, zamknęła się w 1,1 mln zł. Z tym, że dwie trzecie tej kwoty to pieniądze z UE.

Inne duże przedsięwzięcie z zakresu OZE dopiero powstaje. Są nim elektrownie fotowoltaiczne o docelowej mocy 20 MW, które w miejscowościach Kolno, Jedwabne i Lipsk na powierzchni 25 hektarów wybuduje Grupa Amber Energia, dostawca energii elektrycznej dla biznesu. Pierwszą część projektu – „Elektrownia słoneczna (fotowoltaiczna) Lipsk” – warszawska firma zaczęła realizować w wakacje. Kompleks o nazwie Podlasie Solar Park zapewni prąd 2 tysiącom gospodarstw domowych. Do wartej 28 mln zł inwestycji 13,9 mln zł dołożyła UE. Część finansowania zapewnia budżet państwa.

– Energetyka słoneczna to najszybciej rozwijający się segment OZE na świecie. Natomiast w Polsce inwestycje w energetykę słoneczną i energetykę rozproszoną powinny być znacznie większe. Mamy tylko jedną, wolnostojącą farmę solarną o mocy 1 MW. Tymczasem w Niemczech zainstalowanych jest około 32 tys. MW, a w Belgii około 3 tys. MW – tłumaczy Przemysław Pięta, prezes Amber Energii.

Na tle kraju Podlasie zaczyna uchodzić za solarne eldorado. Choć – co warto mocno podkreślić – nie ma tam większej liczby słonecznych dni w roku niż w innych regionach. Za to, dzięki dalekowzroczności lokalnego samorządu i dotacjom z RPO – panuje klimat zachęcający do inwestowania w niekonwencjonalne źródła energii.

– Nawet podwarszawskie gminy mogłyby się sporo nauczyć od samorządów podlaskich, bo technologie fotogalwaniczne nadal wykorzystują w niedostatecznym stopniu – twierdzi Radosław Ceplin. – Nie mam jednak wątpliwości, że włodarze z Mazowsza, Pomorza, Wielkopolski, skądkolwiek zresztą, zaczną wkrótce kopiować dobre pomysły swoich kolegów z Białegostoku, Hajnówki czy Grajewa. To się najzwyczajniej w świecie opłaca – kwituje.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:27

KREW NA WAGĘ ZŁOTA

Stacje krwiodawstwa biją na alarm. Zapasy krwi kończą się w szybkim tempie. Najgorsza sytuacja była w sierpniu: zdarzały się wypadki, że szpitale musiały odwoływać zabiegi chirurgiczne. Po wakacjach jest nieco lepiej, ale sytuacja nadal nie wróciła do normy.

„Potrzebujemy krwi. Im więcej tym lepiej” – niemal każda stacja krwiodawstwa w kraju mogłaby się podpisać pod tymi słowami. W poprzednich latach taki apel kierowano do honorowych krwiodawców głównie w lipcu i sierpniu, kiedy ci wyjeżdżali na wakacje. W tym roku było podobnie. To ciężkie miesiące dla lekarzy, bo honorowi krwiodawcy są wtedy na urlopach. W tym roku jednak było wyjątkowo źle, a sytuacja nadal nie wróciła do normy.

Dramatycznie niskie stany magazynowe

- Wrzesień zaczął się dla nas nieciekawie – przyznaje Adrianna Franc, koordynator ds. promocji w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa (RCKIK) we Wrocławiu. – Studenci jeszcze się nie zjechali. Za to rodzice myślą głównie o tym, jak pomóc swoim dzieciom wejść w nowy rok szkolny. Efekt – mamy niewielu dawców i mało krwi grup 0 i A, zarówno plusów, jak i minusów – tłumaczy.

Również nastroje w warszawskim RCKIK są minorowe. Powód to dramatycznie niskiestany magazynowe krwi grup 0Rh-, ARh-, BRh- i ABRh-. W białostockim banku krwi nie ma z kolei grup 0Rh, 0Rh+, ARh-, ARh+ i BRh-. Natomiast w Gdańsku brakuje grupy ARH-, a 0Rh wystarczy tylko na kilka dni. Tymczasem w Poznaniu pilnie potrzeba krwi BRH-. Najgorzej jej w Słupsku i Szczecinie. Tu brakuje dosłownie  wszystkich grup.

- W wakacje aktywność krwiodawców, owszem, maleje. A jednak nie to jest głównym powodem deficytów żywej tkanki, które czasem dają o sobie znać nawet we wrześniu – tłumaczy Sławomir L. Kaczyński, przewodniczący Krajowej Rady Honorowego Krwiodawstwa PCK. – Te niedostatki wynikają przede wszystkim z większej liczby wypadków komunikacyjnych i w rolnictwie latem, a także z kumulacji zabiegów chirurgicznych, co z kolei ma związek ze zbyt późnym podpisaniem przez szpitale kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia.

Kampanie w mediach i na billboardach

Na szczęście apele stacji krwiodawstwa spotykają się z szybkim odzewem. Tak było na przykład 12 sierpnia w jednostce 2 batalionu saperów w Stargardzie Szczecińskim. Zorganizowano tam zbiórkę, w której – oprócz żołnierzy – uczestniczyli policjanci oraz funkcjonariusze służby więziennej i straży granicznej. W efekcie zebrano 19 litrów krwi. Spisał się także Kalisz, gdzie na osiedlu Dobrzec 25 sierpnia zebrano 18 litrów. Jej organizatorami była tamtejsza Rejonowa Rada Honorowego Krwiodawstwa Polskiego Czerwonego Krzyża i Parafia pw. błogosławionego Papieża Jana Pawła II.

Powodów do niepokoju nie ma również w Kielcach. Tamtejszy RCKIK nie musiał w ostatnich miesiącach korzystać z zasobów zgromadzonych w innych ośrodkach. Co więcej, jest w stanie zaopatrywać w krew pozostałe regiony kraju.

- Kluczem do sukcesu jest ofiarność mieszkańców, a dokładnie umiejętna współpraca z lokalnymi samorządami, organizacjami, szkołami – wskazuje Jerzy Stalmasiński, dyrektor kieleckiego RCKIK. – Po wakacjach ruszyliśmy pełną parą. Codziennie pobieramy nawet sto jednostek krwi. To duże wyzwanie dla naszych placówek i ekip wyjazdowych.

Na deficyt krwi nie narzeka także katowicki RCKIK. Częściowo dzięki sms-om, które pracownicy placówki wysyłają do mieszkańców zawsze, gdy kończą się zapasy. - Dzięki komórkom poradziliśmy sobie latem. Tym bardziej damy sobie radę teraz, gdy zaczęły się otwarte akcje pobierania krwi w plenerze, połączone na przykład z festynami, nauką udzielania pierwszej pomocy czy konkursami dla najmłodszych – uważa Aleksandra Dyląg z RCKIK w Katowicach. – W naszych oddziałach w terenie i ambulansach praca wre. Stała grupa krwiodawców nigdy nas jeszcze nie zawiodła. Ale nigdy nie ma ich tak wielu, żeby nie było warto walczyć o następnych – dodaje.

SMS-y to nie jedyne nowinki technologiczne, które mogą zaktywizować krwiodawców. Wrocławski RCKIK pewnie nie narzekałby dziś na braki krwi, gdyby we wrześniu kontynuował kampanię marketingową, którą prowadził przez całe wakacje. – Promowaliśmy krwiodawstwo w mediach, na billboardach, na dwustu ekranach w autobusach miejskich oraz na telebimach, które znajdują się w centralnych punktach miastach. W rezultacie w lipcu i sierpniu mieliśmy najwyższe stany krwi w Polsce – opowiada Adrianna Franc.

Komercjalizacja nie pomoże

Przykłady ofiarności cieszą. Niestety, zapasy altruizmu są na wyczerpaniu. Według danych GUS, w roku 2010 zbiorowość honorowych krwiodawców w Polsce liczyła 633 tys. osób. Problem w tym, że chętnych do dzielenia się własną krwią z każdym rokiem ubywa. Dziś ich liczbę szacuje się na pół miliona.

Może więc należałoby płacić za oddaną krew gotówką? Ten pomysł się nie sprawdza, co w latach 70. wykazał brytyjski socjolog Richard Titmuss, porównując system oddawania krwi w USA (płatny) i Wielkiej Brytanii (honorowy, jak w Polsce). Otóż, honorowy funkcjonuje lepiej. Nie trapią go chroniczne braki i marnotrawstwo krwi , a koszty i ryzyko skażeń są mniejsze. Uczony twierdził, że przekształcanie krwi w zwykły towar rozmywa ludzkie poczucie, że należałoby ją oddawać.

Podobnie uważa Krzysztof Loranc, zastępca dyrektora sprzedaży w technologicznej firmie Arcus, który półtora miesiąca temu po raz pierwszy oddał krew. I chce robić to już regularnie. Jego zdaniem, komercjalizacja i zysk z krwiodawstwa zabrałyby donatorom zadowolenie i przekonanie, że robią coś ważnego dla drugiego człowieka. – Gdy usłyszałem, że ojciec kolegi ma poważną operację i potrzebuje krwi, nie mogłem odmówić – wspomina menedżer z Arcusa. – Zrodził się we mnie odruch solidarności. A później radość, poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Motywy pieniężne z pewnością odebrałyby mi tę satysfakcję.

Tym niemniej, Loranc rozumie te osoby, które narzekają, że sytuacja honorowych dawców krwi w Polsce systematycznie się pogarsza, czyli przysługuje im coraz mniej uprawnień i przywilejów. – To dobrze, że osoby promujące krwiodawstwo stale przypominają, iż krew jest niezbędna zarówno ofiarom wypadków, jak i cierpiącym na wiele poważnych chorób – ocenia. – Szkoda jednak, że tak mało mówią o korzyściach, choćby o ulgach podatkowych czy dniu wolnym w pracy. Dla wielu niezdecydowanych mocnym argumentem może być też robione przed każdym pobraniem badanie krwi pod kątem wirusów, bakterii i chorób. Wielokrotnie zdarzało się, że honorowy krwiodawca o ciężkiej chorobie dowiadywał się właśnie podczas rutynowego badania.

Celebryci dają przykład

Na szczęście w Polsce jest coraz więcej dobrych akcji promujących oddawanie krwi. Twarzami niektórych są celebryci, będący również honorowymi dawcami. Należą do nich aktorzy Piotr Małaszyński i Rafał Mroczek, działacz charytatywny Jurek Owsiak, podróżnik i polarnik Marek Kamiński, poseł i ratownik GOPR Piotr van der Coghen czy dziennikarz Tomasz Lis.

– Słowa uczą, a przykład pociąga. Zwłaszcza przykład kogoś znanego i lubianego. Szczególnie młodzież naśladuje swoich idoli z kina, telewizji czy estrady – komentuje Loranc. – Nasze akcje kierujemy do poszczególnych grup społecznych: studentów, licealistów, którzy osiągnęli pełnoletniość, klientów pewnej sieci handlowej lub strażaków – dodaje Sławomir L. Kaczyński z PCK. – Do każdej trzeba mówić specyficznym językiem i zachęcać je innymi argumentami. Taki różnorodny, ściśle dostosowany do profilu odbiorców przekaz zawsze działa. Wbrew utyskiwaniom, że duch ofiarności i bezinteresowności w narodzie ginie – podkreśla.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:19

ŚMIECIOWA FIKCJA

Nowa ustawa śmieciowa działa już prawie kwartał. Minister środowiska jeszcze przed jej wejściem w życie groził, że za niepodporządkowanie się nowemu prawu wymierzane będą drakońskie kary. Pierwsze kontrole przeprowadzone przez inspektorów już pokazują, że nie wszędzie system funkcjonuje prawidłowo. Narzekają też mieszkańcy, głównie na terminowość wywozu śmieci i wysokość opłat.

Inspektorzy ochrony środowiska od kilku tygodni jeżdżą po Polsce i sprawdzają, jak samorządy wywiązują się ze swoich obowiązków. – Jeszcze nie zakończyliśmy kontroli w gminach. Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska mają przesłać nam informacje z poszczególnych obszarów i w listopadzie przedstawimy raport na temat wyników kontroli – mówi Magazynowi Samorządowemu „Gmina” Kinga Dębkowska, specjalista ds. komunikacji społecznej.

Kontrole nadal trwają na Mazowszu. Sprawdzonych zostało dotychczas 10 z 32 zaplanowanych gmin. Z analiz wynika, że większość gmin nie zorganizowała jeszcze punktów selektywnej zbiórki odpadów komunalnych – oraz nie osiągnęła wymaganych poziomów odzysku i recyklingu. Dodatkowo gminom wytknięto brak kontroli firm odbierających odpady od właścicieli nieruchomości. W Warszawie, po przetargowej wpadce, do końca roku obowiązuje prowizorka – mieszkańców, jak dawniej, obsługują firmy, ale za wywóz płaci miasto.

Nie lepiej jest w kujawsko-pomorskiem. Przykładowo, w Toruniu wywozem odpadów zajmuje się miejscowe Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania, które – jako jedyny oferent – wystartowało w przetargu na realizację tej usługi i go wygrało. Ta komunalna spółka zaoferowała stawkę 57,4 mln zł brutto. Od 1 lipca opłata za wywóz odpadów naliczana jest od gospodarstwa domowego i liczby zamieszkujących je mieszkańców. Zróżnicowano opłatę dla zabudowy jednorodzinnej i wielorodzinnej. Pojemniki i worki do gromadzenia odpadów zapewnia miasto, a zbiórka selektywna jest tańsza. Tak wygląda teoria. A praktyka? – Jak dotąd nie dostaliśmy pojemników do selekcji śmieci. Usłyszeliśmy, że mamy po prostu czekać – mówi Bożena Furczyk, właścicielka jednego z dziewięciu mieszkań w domu tworzącym wspólnotę „Bydgoska 116”. Efekt jest taki, że segregacja odbywa się tylko na papierze.

Od osoby, nie lokalu

W Gdyni niezadowoleni mieszkańcy urządzili nieopodal ratusza demonstrację. Nie odpowiada im wybrana przez radę miasta metoda rozliczeń za wywóz odpadów. Samorządowcy podjęli bowiem decyzję, by stawki uzależnić tylko od metrażu lokali. Czy w 100-metrowym mieszkaniu zameldowana jest, lub mieszka, jedna osoba, czy osiem – pobierana opłata jest identyczna, niezależnie od ilości „produkowanych” śmieci. W przypadku osób samotnych jest to tym dotkliwsze, że nowe regulacje spowodowały wzrost ceny o kilkaset procent. Demonstranci domagali się wprowadzenia opłat uzależnionych od liczby osób zamieszkujących w lokalu – a nie metrażu. Urzędnicy obawiają się jednak, że przy takim rozwiązaniu ludzie zaczęliby wymeldowywać się z mieszkań i w ten sposób zaniżać opłaty. Przy czym, wPolsce koszt zagospodarowania odpadów komunalnych jest relatywnie niski. Rocznie waha się on od 15 do 75 euro. Dla przykładu, we Francji czy w Niemczech cena wynosi od 125 do 650 euro. Tyle, że tam wyższe – i to znacznie – są też zarobki.

Kłopot z zsypami

Władze Rzeszowa zachęcają mieszkańców stolicy Podkarpacia do przeprowadzania selekcji śmieci poprzez niższe ceny odbioru odpadów. W Rzeszowie z takiej możliwości korzysta 95 procent osób, które złożyły do tej pory tzw. deklaracje śmieciowe. Jednak na łamach lokalnej prasy pojawiają się narzekania mieszkańców, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej – na wielu osiedlach, mimo ustawionych pojemników do selekcji, śmieci wrzucane są bez zwracania uwagi na przeznaczenie kubłów, a ze zobowiązania złożonego w deklaracji wywiązuje się zaledwie garstka ludzi.

Jerzy Kustra, wiceprezes spółdzielni Nowe Miasto przyznaje na łamach miejscowego dziennika „Nowiny”, że system na największym w Rzeszowie osiedlu nie działa, jak należy, i winą za zamieszanie obarcza konsorcjum firm z Miejskim Przedsiębiorstwem Gospodarki Komunalnej. – To ono wygrało przetarg na odbiór nieczystości i miało obowiązek stworzyć ludziom warunki do segregacji. Jeśli chce od nich wymagać selektywnej zbiórki, powinno dostarczyć odpowiednie kubły. A ograniczyło się ono do tego, że na połowie osiedla na stare kubły naklejono obskurne nalepki, które dla starszych osób są po prostu niewidoczne. Przy pozostałych blokach nie ma nawet naklejek – opowiada Jerzy Kustra.

W specyficznej sytuacji są mieszkańcy bloków z zsypami. Prowadzą one do jednego kontenera. Problemem jest selekcjonowanie, zgodnie z nowymi przepisami, frakcji mokrej i suchej (papier, szkło, plastik). Docelowo zsyp będzie przeznaczony na odpady frakcji mokrej, a na suchą dodatkowe kosze ustawiono na parterze. Półtora miesiąca po przyjęciu takiego rozwiązania, MPGK jednak ich nie ustawiło. Tym czasem opłaty wzrosły o 40 procent, a śmieciarki przyjeżdżają rzadziej.

Władze miasta zapowiadają kontrole mieszkańców i wystawianie wysokich rachunków tym, którzy zasad selekcji nie przestrzegają. Jak fizycznie mają wyglądać takie kontrole – nikt jednak nie wie, zwłaszcza w blokowiskach. Za pierwszy miesiąc odbioru śmieci w nowym systemie w terminie rachunki zapłaciło tylko 80 procent mieszkańców. Pozostali zalegają miastu łącznie 200 tysięcy złotych.

Nieterminowe odbiory

Kontrolę przeprowadzono już w Lublinie. Tam przetarg na wywóz i zagospodarowanie odpadów wygrały dwie firmy – KOM-EKO i MPO Sita. Lublin został podzielony na siedem sektorów, pierwsza z tych firm obsługuje cztery, a druga – trzy. Łączny roczny koszt wywozu i zagospodarowania śmieci w tym mieście to ok. 57 mln. zł. Sprawdzane były nieprawidłowości zgłaszane urzędnikom przez samych mieszkańców oraz funkcjonowanie systemu odbioru odpadów

Kontrolowano terminowość odbioru, ale też stan wyposażenia w pojemniki i worki oraz stan sanitarny altan śmietnikowych i innych miejsc przeznaczonych do gromadzenia śmieci. Kontrolerzy stwierdzili ponad 700 nieprawidłowości. Większość z nich dotyczyła nieterminowego odbioru opadów, m.in. w 265 przypadkach były opóźnienia w odbiorze tzw. fakcji suchej, a w 112 – odpadów zmieszanych. Prawie 140 nieprawidłowości dotyczyło pojemników na odpady: brakowało ich lub były za małe. Miasto – zgodnie z umową zawartą z firmami, które wygrały przetarg na odbiór odpadów – może naliczyć 50 zł kary za jeden dzień opóźnienia w odbiorze każdego rodzaju śmieci.

Zbyt niskie ceny

Tak wygląda sytuacja w dużych miastach. A jak jest w małych gminach? Inspektorzy ochrony środowiska skontrolowali gospodarkę odpadami komunalnymi w podradomskich gminach Wolanowo i Ciepielów.W gminie Ciepielów, zamieszkiwanej przez ok. 6 tys. osób, cenę za odbiór śmieci posegregowanych ustalono na poziomie 3,15 zł za miesiąc, w Wolanowie – 3,50 zł za miesiąc. W przeliczeniu na średnią ilość odpadów daje to ok. 133 zł za tonę.

Tymczasem przyjęcie odpadów do regionalnej instalacji przetwarzania odpadów komunalnych (RIPOK) to poziom ok. 230-300 zł za tonę. „Wydaje się, że przy tak niskim poziomie ilości odebranych odpadów komunalnych, gminy powinny podjąć kontrole przewoźników odpadów. Istotny element tej kontroli powinien stanowić udział pracownika Urzędu Gminy w procesie odbioru odpadów przez przewoźnika wraz z ich dowozem do RIPOK” – napisali inspektorzy w dokumencie pokontrolnym.

W praktyce chodzi o to, aby sprawdzić, czy przy wyjątkowo niskich cenach firmie odbierającej odpady wystarcza pieniędzy, aby opłacić ich przyjęcie przez zakład utylizacji. Pytanie brzmi bowiem, co się dzieje z odpadami, gdy firma nie jest w stanie zapłacić za ich utylizację. Wątpliwości inspektorów ochrony środowiska budziły ponadto ilości odpadów zbierane od mieszkańców obu gmin. W Ciepielowie w 2012 r. średnio od jednego mieszkańca odebrano zaledwie 19,5 kg, w Wolanowie – 23 kg. Tymczasem statystyczny Polak wytwarza rocznie 315 kg odpadów komunalnych. Inspektorów zastanowiło także i to, że w 2012 r. żadna z kontrolowanych gmin nie miała zawartej umowy z firmami na odbiór odpadów budowlanych i poremontowych.

Zmiany, które weszły w życie 1 lipca, wprowadzono po to, aby uszczelnić gospodarkę odpadami. Dotychczas znaczna ich część trafiała na dzikie wysypiska, bo mieszkańcy oszczędzali na rachunkach. Fikcją była też segregacja. Teraz to gmina ma ustanowić punkty odbioru posegregowanych odpadów oraz kontrolować firmy, które je wywożą. Chodzi głównie o przestrzeganie wymogów technicznych śmieciarek – w tym obowiązku odpowiedniego wyposażenia ich w urządzenie GPS umożliwiający ich lokalizację. Obecny stan realizacji nowych ustawowych wymogów można by określić przysłowiem – pierwsze koty za płoty. Problem w tym, żeby ich losu nie podzieliły kolejne zwierzaki.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:08

NIECHCIANE KRAJOWE DROGI

Dobra infrastruktura i położenie blisko głównych szlaków komunikacyjnych to dla samorządu szansa na rozwój. Okazuje się jednak, że tylko w teorii. Bo droga krajowa biegnąca przez gminę – zamiast być atutem – okazuje się przekleństwem. Jak to często bywa, problemem są pieniądze.

Permanentny problem z drogą krajową mają władze Drawska Pomorskiego. DK 20 przebiega przez samo centrum miejscowości. – Od lat ten odcinek nie jest remontowany. A to co było robione do tej pory, trudno nazwać remontem. Załatanie dziury to nie remont! Trzy miesiące temu chciałem przejąć tę drogę, aby móc ją naprawić. Ale to według obowiązującego prawa nie jest możliwe – mówi Zbigniew Ptak, burmistrz Drawska Pomorskiego.

Podobna sytuacja jest w położonym kilkanaście kilometrów dalej Złocieńcu. – Na terenie naszej gminy znajdują się dwa newralgiczne punkty. Oba są położone na drodze krajowej numer 20. Nie ma tam ani krzyżówki, ani żadnego dobrze oznakowanego przejazdu. W efekcie ten odcinek trasy jest niebezpieczny. Zarezerwowaliśmy nasze grunty, żeby powstał tam węzeł drogowy. Jednak mimo to, nic się nie zmienia. Chociaż na własny koszt zrobiliśmy oświetlenie, to wciąż nie możemy doprosić się nawet ułożenia chodnika. To nasza największa bolączka. A co najważniejsze, to jest jedyna droga krajowa w okolicy – mówi Waldemar Włodarczyk, burmistrz Złocieńca w województwie zachodniopomorskim.

Dlaczego gmina nie może naprawić drogi, która leży na jej terenie? Bo ulice leżące w ciągu dróg krajowych należą do skarbu państwa – tak mówi ustawa. Z tego prostego powodu jej zarządcą jest Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. A gmina, czy powiat, nie mogą płacić swoimi pieniędzmi za coś, co do nich nie należy.

Droga przez mękę

Samorządy mimo to robią wszystko, żeby tę sytuację zmienić. – Właściwie nie wychodzę z gabinetu szefa oddziału szczecińskiego GDDKiA. Mam kilka grubych skoroszytów z monitami w tej sprawie. Niczego nie chcę sugerować, ale wygląda to na zwykłą złośliwość. To jest odcinek długości 5 kilometrów biegnący przez miasto. Jego remont kosztowałby około 9 milionów złotych. Dlaczego nie może podzielić go na etapy i po kolei remontować każdego fragmentu? – mówi burmistrz Ptak. Jak dodaje, sprawa jak zwykle rozbija się o pieniądze. – Cały czas słyszę, że nie mają środków na remont tej drogi – mówi burmistrz Ptak. Podobnie bezsilny jest burmistrz Włodarczyk. – Już nawet nie pamiętam, ile razy interweniowałem w GDDKiA. Urzędnicy jak mantrę powtarzają, że nie mają pieniędzy – mówi.

A jest o co walczyć. Dobrej jakości droga nie tylko pozytywnie wpływa na wizerunek miasta, ale jest wręcz w stanie przyciągnąć inwestorów. – Dla mnie estetyka miasta jest bardzo istotna. Remontujemy kamienice, wyburzamy stare budynki. Dbamy o jego wizerunek. A tu taka zakała w samym centrum! Również dla inwestorów to prawdziwy dramat. Wzdłuż tej trasy ciągnie się specjalna strefa ekonomiczna, która bardzo dobrze funkcjonuje. Zagraniczne delegacje są w szoku, jak możemy żyć z taką drogą. Tam, gdzie jest dobra droga, od razu miasto się lepiej rozwija. Wszystko oddałbym, żeby można ją było wyremontować.

Droga jak kukułcze jajo

Nie zawsze jednak samorządy rwą się do tego, by remontować „cudzą” infrastrukturę. Najczęściej sytuacja wygląda zgoła inaczej. Zgodnie bowiem z obowiązującym zapisem ustawy, odcinki dróg krajowych – z chwilą oddania do użytkowania ekspresówki – stają się drogami tych gmin, przez których tereny administracyjne przebiegają. Dlatego, paradoksalnie, prawdziwe problemy samorządów zaczęły się wraz z infrastrukturalną modernizacją Polski.

To, co dla rządu przed Euro 2012 było powodem do dumy, u samorządowców powoduje ból głowy. Bo wraz z rosnącymi jak grzyby po deszczu ekspresówkami i autostradami dotychczasowe drogi krajowe przechodziły pod opiekę gmin. Często jest tak, że ubogiego samorządu nie stać na remonty kilometrów szos. Droga więc niszczeje. Taka właśnie sytuacja jest między innymi w Swarzędzu, Łubowej i Pobiedziskach. Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nie jest zarządcą dawnej drogi krajowej numer 5 z Poznania do Gniezna. Co to oznacza dla samorządów i dla kierowców?

Jeszcze w zeszłym roku trasa z Poznania do Gniezna była drogą krajową, ale po oddaniu do użytku ekspresowej „piątki”, zgodnie z przepisami, stała się tylko drogą gminną. Potwierdził to w środę Naczelny Sąd Administracyjny. – Dla gminnych budżetów to katastrofa. Samo utrzymanie letnie i zimowe drogi to koszt około miliona złotych, a na konieczny remont drogi od Pobiedzisk do Bugaja potrzeba 27 mln zł – mówił w rozmowie z Polskim Radiem burmistrz Pobiedzisk Michał Podsada. Rocznie na wszystkie inwestycje gmina ma nawet 8 milionów złotych. Dla kierowców oznacza to, że niestety, dawna krajowa piątka będzie w coraz gorszym stanie. A to prowadzi do spowolnienia ruchu, większej ilości wypadków i coraz gorszego stanu nawierzchni. Podobny problem miały gminy w województwie zachodniopomorskim. Po wybudowaniu drogi ekspresowej S3 musiały „przygarnąć” dawną krajową „trójkę”.

Jedni budują, inni płacą

Problem spornych dróg nie ogranicza się jednak tylko do ich konserwacji. Konflikt dotyczy też infrastruktury okołodrogowej. Najczęściej tego, kto ma płacić za oświetlenie ekspresówek, biegnących przez teren należący do samorządu. Ostatnio w takiej sytuacji znalazła się gmina wiejska Słupsk. Samorząd musi zapłacić Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad za oświetlenie obwodnicy znajdującej się na terenie gminy. Taką decyzję podjął pod koniec lipca Sąd Okręgowy w Słupsku. Gmina płacić nie chciała, bo samorządowcy twierdzili, że nie mieli wpływu na powstanie trasy. Sąd uznał natomiast, że samorząd musi płacić za oświetlenie obwodnicy, bo trasa nie jest drogą płatną. W sumie gmina będzie musiała zapłacić GDDKiA około dwustu tysięcy złotych. Eksperci tłumaczą, że źródłem problemów jest skomplikowana struktura zarządzania drogami i pomijanie lokalnej specyfiki w infrastrukturze.

– Po pierwsze utrzymanie dróg krajowych jest bardzo kosztowne i większość samorządów na to nie stać – mówi Wojciech Malusi, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa. – Jednak, co ważniejsze, powinny funkcjonować co najwyższej dwa poziomy zarządzania. Powinno się zlikwidować chociażby Zarządy Dróg Powiatowych i oddać je we w administrowanie gminom. Drogami Krajowymi powinna zarządzać GDDKiA. No chyba, że taka droga ma duże znaczenie lokalne. Wtedy wpływ na nią powinna mieć władza lokalna – dodaje.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:55

OBYWATELSKA CZERWONA KARTKA

Łódź, Elbląg, Brzeszcze, może Włocławek i Warszawa... Mieszkańcy polskich miast zasmakowali w referendach – jako sposobie na pozbycie się niechcianej władzy.

Na warszawskiej „patelni”, czyli placu przy wejściu do stacji metra Centrum, od maja br. oprócz sprzedawców sznurowadeł, wszelkiego rodzaju muzyków i oryginałów uwagę zwracały osoby w żółtych koszulkach z błękitną Syrenką, żółto-czerwoną flagą Warszawy i naspisem „Referendum” na piersiach.

Młode dziewczyny, starsi panowie, ludzie w sile wieku podchodzili do przechodniów spieszących się do i z podziemnej kolejki, namawiając ich do składania podpisów pod wnioskiem o zorganizowanie referendum w sprawie odwołania z urzędu Hanny Gronkiewicz-Waltz. Rzadko który przechodzień mijał ich obojętnie – składali podpisy za referendum, albo odmawiali, wyrażając czasem głośno i dosadnie swoje niezadowolenie z pomysłu odwołania prezydent miasta. Inicjatorzy akcji – członkowie i sympatycy Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej – do 22 lipca, ostatniego dnia, do kiedy zgodnie z przepisami mogli zbierać podpisy, robili to nie tylko na „patelni”, ale i w innych uczęszczanych miejscach stolicy. Jak zapewnia stojący na czele WWS burmistrz warszawskiej dzielnicy Ursynów Piotr Guział, do komisarza wyborczego trafiły listy z 232 tys. podpisów.

Jak wylicza „Dziennik Gazeta Prawna” w trakcie obecnej kadencji władz samorządowych w Polsce, czyli od wyborów lokalnych w 2010 r., mieszkańcy odwołali w ten sposób już dziewięciu prezydentów, burmistrzów i wójtów – oraz cztery rady gmin. Czy po precedensach, do jakich doszło w Elblągu czy Łodzi, teraz dołączy do nich prezydent Warszawy? Dowiemy się, gdy komisarz wyborczy stwierdzi prawidłowość podpisów co najmniej 10 proc. osób uprawnionych do głosowania (w Warszawie jest to około 135 tysięcy ludzi) – na co ma 30 dni.

Elbląg – basen zamiast basenu

W 130-tysięcznym Elblągu, aby odwołać prezydenta Grzegorza Nowaczyka (PO) do urn musiały pójść aż trzy piąte mieszkańców, którzy wzięli udział w wyborach samorządowych z 2010 roku, czyli ok. 20 tys. osób. W kwietniowym referendum, w wyniku którego została odwołana również Rada Miasta, wzięło udział 24 tys. elblążan.

Do podjęcia działań na rzecz odwołania Nowaczyka zdeterminowała ich wzorowana na nieodległym Gdańsku reforma czynszów w mieszkaniach komunalnych. Dla wielu najemców z Elbląga oznaczała ona podwyżkę czynszów o ponad 100 proc. Jak powiedział „Gazecie Wyborczej” Kazimierz Falkiewicz, pełnomocnik grupy referendalnej „Wolny Elbląg”, do rozpoczęcia działań w celu odwołania prezydenta, zmobilizowała mieszkańców „arogancja prezydenta, który nie potrafił komunikować się ze społeczeństwem, wytłumaczyć tej reformy”.

Do tego doszły sprawy wręcz kuriozalne, jak zamknięcie miejskiego basenu otwartego, z którego korzystało wielu mieszkańców – i w miejscu którego miał powstać aquapark. Tyle że prac nad nim nawet nie rozpoczęto. – Wszystkie główne ulice są rozkopane, jak można było tak sparaliżować miasto? Dostawcy i klienci nie mają jak dostać się do sklepów, wiele firm przez to już upadło. Do tego jeszcze buta, zadłużenie miasta i nepotyzm w miejskich instytucjach – punktował Nowaczyka na łamach prasy pełnomocnik „Wolnego Elbląga”.

Łódź – bez powtórki z przeszłości

W Łodzi, podczas referendum w sprawie odwołania prezydenta Jerzego Kropiwnickiego w styczniu 2010 roku, nie chodziło – tak jak w głośnych referendach w Szwajcarii – o widoki czy minarety. Zdaniem inicjatorów głosowania, lokalnych polityków SLD, Kropiwnicki był złym gospodarzem, a jego rządy doprowadziły m.in. do fatalnego stanu ulic i chaosu komunikacyjnego, nieodpowiedzialnego wydawania pieniędzy na chybione inwestycje i liczne podróże zagraniczne prezydenta, upadku Teatru Nowego i bałaganu w mieście. Do tego doszły zawirowania wokół budowy w Łodzi Centrum Festiwalowo-Kongresowego Camerimage Łódź Center.

Zwolennicy odwołania prezydenta od września 2009 r. przez dwa miesiące zebrali 90 tys. podpisów. Kropiwnicki, który rządził Łodzią od 2002 r. został odwołany głosami 127 874 łodzian, przeciw… 4 951. Do urn poszło prawie 134 tys. mieszkańców, co dało frekwencję w wysokości 22,2 procent.

Po trzech latach sytuacja w Łodzi była bliska powtórki. Mieszkańcy, zebrani w grupie „Ratujmy Nasze Miasto”, podjęli inicjatywę odwołania następczyni Kropiwnickiego – Hanny Zdanowskiej z PO. Zarzuty? Nadmierne zadłużanie miasta, zamykanie szkół, degradacja komunikacji miejskiej, wyprzedawanie miejskiego majątku. Pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania prezydent Zdanowskiej oraz Rady Miejskiej, według organizatorów akcji, podpisało się 60 tys. mieszkańców miasta (referendum zostałoby przeprowadzone, jeśli ważnych byłoby ponad 58 tys. podpisów). Komisarz wyborczy stwierdził jednak, że zebrano jedynie39 484 podpisów i referendum nie dojdzie do skutku.

Zachodniopomorskie – „nie” drogiemu doradzaniu i drogiej kolejce

Odbędzie się natomiast referendum dotyczące odwołania burmistrza Gryfic w Zachodniopomorskiem. 8 września 2013 r. mieszkańcy tego miasta będą mogli zdecydować o odwołaniu bądź pozostawieniu na stanowisku Andrzeja Szczygła, od czterech kadencji burmistrza miasta.Podpisy w sprawie odwołania Szczygła rozpoczęto zbierać w połowie czerwca – potrzebnych było 2 tysiące podpisów.

Inicjatorzy referendum zarzucają burmistrzowi próbę dezintegracji rady miejskiej, ponadto ich zdaniem w ciągu 2,5 roku ostatniej kadencji burmistrz Szczygieł miał przekroczyć kompetencje w zakresie gospodarki finansowej gminy – przede wszystkim, akceptując wydatki niezabezpieczone w budżecie. Nie podoba im się również bezpłatne oddanie w zarząd lokali gminnych gryfickiemu TBS i korzystanie z doradztwa kancelarii prawnej za kwoty sporo przekraczające ceny rynkowe.

Po sąsiedzku – w Rewalu – mieszkańcy również zbierają podpisy w sprawie odwołania wójta. Ich zdaniem, Robert Skraburski łata budżet gminy wysoką ceną wywozu śmieci, podatkami i opłatami wodno-kanalizacyjnymi. Miał ponadto doprowadzić do bardzo wysokiego zadłużenia gminy (wskaźnik zadłużenia wynosił w 2012 r. 83,5 proc.) i rozrostu administracji. Rewalanom nie podoba się również to, że Skraburski zaciągnął kredyty na rewitalizację Nadmorskiej Kolei Wąskotorowej, która miała być atrakcją turystyczną.

Małopolska – burmistrz kontra górnicy

Ważą się również losy burmistrz 20-tysięcznej gminy Brzeszcze w Małopolsce, Teresy Janowskiej. Podpisy pod petycją z żądaniem przeprowadzenia referendum zbierają zarówno członkowie komitetu społecznego, skrzykniętego przez mieszkańców miasta, jak i górnicy zatrudnieni w lokalnej kopalni węgla kamiennego.

Również w tym przypadku lista zarzutów wobec pani burmistrz jest długa: mieszkańcom nie podoba się projekt wybudowania na terenie gminy drogi ekspresowej S1. Przecięłaby ona obszary, na których trwa wydobycie węgla. Efektem mogłoby być ograniczenie pracy kopalni, gdzie zatrudnionych jest wielu brzeszczan. Budowa drogi ekspresowej mogłaby doprowadzić do zmian w koncesji: obecnie zakłada ona prowadzenie eksploatacji do 2040 r. W przypadku budowy S1 termin ten skróciłby się do ok. 2030 r. Na dokładkę inicjatorzy referendum oskarżają Janowską o zapaść kulturalną gminy, zaprzestanie remontów ulic w miasteczku oraz wprowadzenie wysokich cen wody.

Warszawa – i co dalej?

W naturalny sposób jednak to sytuacja w stolicy przykuwa uwagę mediów oraz niemal wszystkich Polaków. Tym bardziej, że wykracza ona poza ramy działalności stricte samorządowej – prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz jest jednocześnie wiceprzewodniczącą krajowych struktur PO. Nic więc dziwnego, że w sprawie referendum wypowiedzieli się i prezydent RP Bronisław Komorowski, i premier Donald Tusk. Prezydent zapowiedział, że nie weźmie udziału w ewentualnym referendum, a premier powiedział wręcz, że liczy na to, że warszawiacy nie pójdą do urn. Jednocześnie odpowiedzią pani prezydent jest wzmożona aktywność publiczna i… interaktywna mapa, na której zaznaczono wszystkie, czasem wręcz symboliczne, inwestycje miejskie dokonane pod jej rządami. Czy to pozwoli Hannie Gronkiewicz-Waltz obronić ratusz przed przeciwnikami? Wkrótce się przekonamy. Niewątpliwie jednak burzliwy przebieg wydarzeń w stolicy może zachęcić resztę Polaków do sięgania po instytucję referendum, by pozbyć się niechcianego włodarza. Być może takie interwencyjne referenda będą naszą polityczną codziennością. A jeśli tak się stanie – miejmy nadzieję, że zmieni to nasza politykę lokalną na lepsze.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:54

GDZIE PANI BYŁA PRZEZ OSTATNIE SIEDEM LAT?!

Rozmowa z burmistrzem Ursynowa i liderem Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej, Piotrem Guziałem

Czy wie pan już, kim jest Super-Hanka?

Super-Hanka? Nie, nie wiem kim jest. Bo na pewno nie prezydentem Warszawy.

Ćwiczy na siłowni w pełnym makijażu, garsonce i szpilkach, jeździ rowerem miejskim, a w wolnym czasie drąży drugą linię metra. Swoją aktywność dokumentuje na Facebooku i chwali się nią na Twitterze… Ale na poważnie. Ostatnio warszawiacy nazywają tak prezydent stolicy Hannę Gronkiewicz-Waltz.

To jest raczej ironiczne określenie... Szkoda, że przez siedem lat pani prezydent nie była tak aktywna, jak przez ostanie siedem tygodni. Jednak oczekiwałbym, żeby prezydent Warszawy, zamiast bujać się na huśtawce w parku, zajęła się rozwiązywaniem problemów Warszawy. Na przykład, żeby ten czas spędzała na spotkaniach z inwestorami, czy lobbując na rzecz Warszawy w parlamencie. Jest cała masa problemów, które ciągle nie zostały rozwiązane. Na przykład sprawy majątkowe związane z dekretem Bieruta (dokument z 26 października 1945 r., odbierający mieszkańcom prawo własności gruntów w przedwojennych granicach stolicy – przyp. red.).

Referendum prawie stało się faktem, czy superaktywność uratuje panią prezydent przed porażką?

Poczekajmy na decyzję komisarza wyborczego, który wciąż jeszcze sprawdza podpisy złożone pod wnioskiem referendalnym. Jeśli jednak do niego dojdzie, to raczej wątpię w szansę wygranej pani prezydent. Im bardziej się teraz angażuje, tym bardziej widać, jak bardzo była nieobecna przez ostanie siedem lat. A warszawiacy – tego jestem pewien – mają doskonałą pamięć. Doskonale wiedzą, co się działo w tym okresie.

Pani prezydent jest przy tym bardzo nieautentyczna. Dlaczego mamy jej teraz wierzyć? Dwa razy ogłaszała swoje programy wyborcze – ostatnio w 2010 roku. Z tego, co naobiecywała, zrealizowała zaledwie ułamek. Warszawiacy pójdą na wybory, ponieważ władza nie dotrzymała słowa.

Uważa pan, że byłby lepszym prezydentem Warszawy?

Nie ubiegam się o tę funkcję, więc nie wiem... Z pewnością jestem lepszym burmistrzem Ursynowa niż byłaby nim pani prezydent. W odróżnieniu od pani prezydent, lubię i umiem słuchać ludzi, by na tej podstawie podejmować dobre dla nich decyzje.

To jakie ma pan argumenty za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz? Czasem mam wrażenie, że podstawowym zarzutem jest arogancja pani prezydent. Czy to nie jest za mało, żeby odwoływać prezydenta?

Arogancja to tylko jeden z powodów. W Warszawie panuje ogromny chaos. Mamy najdroższe bilety w Polsce. Za średnią pensję można u nas kupić około 800 biletów jednorazowych. Dla porównania, w Berlinie jest to 1,5 tysiąca biletów, w Paryżu ponad 2 tysiące.

Chce pan kolejny powód? Co się działo przy wprowadzaniu ustawy śmieciowej? Pani prezydent Warszawy za blisko milion złotych zatrudniła firmę doradczą. Tak nie zrobiło żadne miasto w Polsce – i mimo to do dziś nie udało się rozstrzygnąć przetargu na wywóz nieczystości. A zaproponowane opłaty należały do najwyższych w Polsce. Dopiero bat referendalny skłonił prezydent do obniżki tych horrendalnych stawek.

Prezydent wiele w kampaniach wyborczych obiecała i bardzo niewiele spełniła. Gdzie są obiecane mosty czy parkingi wielopoziomowe? Gdzie obwodnica Śródmieścia, hala widowiskowa, centrum kongresowe? Co ze szpitalem południowym na Ursynowie? A to wszystko w bardzo aroganckim tonie. Wieczna nieobecność na posiedzeniach rad dzielnic. Na sesji rady miasta – też rzadko. Wszystko się zmieniło po złożeniu wniosku referendalnego. Zupełna zmiana. Jeszcze raz pytam – gdzie pani prezydent była przez ostatnie siedem lat?

Załóżmy, że Hanna Gronkiewicz-Waltz przegra referendum. Co wtedy? Co dalej z panem? Wystartuje pan w wyborach na prezydenta Warszawy?

Obecnie nie toczy się jeszcze kampania wyborcza, więc nie mam potrzeby się określać. Do wyborów wiele się może zmienić, tak na krajowej, jak i samorządowej scenie politycznej. Gdy będzie znany termin wyborów, przyjdzie czas na decyzje.

To spójrzmy dalej. Gdzie Pan siebie widzi za pięć lat?

Myślę, że w stołecznym samorządzie. Jak pokazuje ostatnia aktywność władz Warszawy, będąca wynikiem bata referendalnego, mam pozytywny wpływ na życie warszawiaków. Chciałbym to kontynuować.

Nie przeszkadza panu mocne zaangażowanie partii politycznych? Warszawski samorząd to właściwie mikroparlament. Podobnie jest z akcją referendalną. Najpierw była to akcja stricte społeczna, teraz już z udziałem polityków występujących pod szyldem swoich partii.

Mnie osobiście bardzo przeszkadza partyjna polityka w samorządzie i partie polityczne obecne w samorządzie. Jednak wszystko odbywa się zgodnie z prawem, więc trudno się na to obrażać. Partie, póki co, mają prawo wystawiać kandydatów w wyborach – i mają prawo się wypowiadać. Bój o Warszawę to jest bój o Polskę. Partia, która wygrywa Warszawę, wygrywa Polskę. Partia, która traci Warszawę, traci wpływy w kraju. A Platforma Obywatelska jest – niestety dla tej partii – na dobrej drodze, żeby właśnie w Warszawie przegrać wszystko.

Czyli pana głównym celem jest jedynie odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz w referendum?

Główny cel to zmienić i unowocześnić sposób zarządzania miastem i istotnie poprawić komunikację z mieszkańcami. Drogą do tego jest odwołanie obecnej, bardzo chaotycznie działającej, prezydent.

Ile to będzie kosztować?

Według Krajowego Biura Wyborczego: około 2,2 milionów złotych. Dla przeciętnego Kowalskiego może być to faktycznie dużo. Ale proszę przyjrzeć się temu, ile partie dostają z budżetu państwa. To są kwoty idące w dziesiątki milionów złotych rocznie. Demokracja kosztuje, gdyby nie kosztowała, to nie byłoby możliwości, aby obywatele się wypowiadali – i mielibyśmy tutaj monarchię. Demokracja referendalna kosztuje taniej niż na przykład dopłata ministerstwa do koncertu Madonny, która wyniosła 5 milionów złotych. Państwo poniosło oczywiste straty, co wykazała Najwyższa Izba Kontroli. To jest mniej więcej koszt Sylwestra w Warszawie, ale ten trwa zaledwie kilka godzin i nie zmienia trwale życia mieszkańców...

Mówi się, że referendum to tylko sprawa wizerunku, bo i tak, jeżeli uda się odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz, to do wyborów w Warszawie będzie rządzić komisarz.

Dziwię się takiemu myśleniu. Komisarz wchodzi w każdym wariancie, w którym prezydent traci funkcję. Natomiast ważne jest pytanie – na jak długo wchodzi. Jeżeli do wyborów pozostaje okres dłuższy niż 12 miesięcy, komisarz wchodzi tylko po to, żeby przeprowadzić powtórne, przyspieszone wybory – i ma na to 90 dni. Zatem, jeżeli skutecznie uda się odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz – w co wierzę – powtórne wybory prezydenta Warszawy czekają nas na przełomie grudnia i stycznia.

Premier Donad Tusk powiedział niedawno, że kto nie zgadza się z panem i pana sojusznikami, i chce, by prezydentem nadal była Hanna Gronkiewicz-Waltz, to w dniu referendum powinien zostać w domu. Co pan na to?

Brzmi to dość fałszywie. Poprzednio właśnie Donald Tusk zachęcał do pójścia na wybory, a jego partyjni koledzy do udziału w referendach, np. w Zawierciu, czy Włocławku. Mam wrażenie, że premier Tusk nie czuje warszawiaków – mimo, że został wybrany z tego okręgu. Warszawiacy nigdy nie pozwalali sobie narzucać czegoś z góry. Tusk od dwóch kadencji nie zrobił nic dla Warszawy. Dalej borykamy się z problemami, które mogłyby zostać rozwiązane przez parlament. Na przykład tzw. janosikowe, czy dekret Bieruta.

Podpisy zebrane. Ma pan już pomysł na kampanię referendalną?

Czekamy na to, aż komisarz wyborczy zatwierdzi referendum. Dopiero wówczas będziemy planowali szczegółowo. Myślę, że najlepszym hasłem byłyby cytaty z polityków PO – te z ostatnich lat, kiedy to politycy Platformy agitowali za pójściem na wybory. Pamiętam, że przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku premier mówił do ludzi, że „nawet jeśli nie chcecie iść głosować na PO, to weźcie udział w wyborach i głosujcie na innych”.

Jak pan myśli, kiedy może dojść do referendum?

Zdaniem wielu specjalistów, może to być przełom września i października. Również moim zdaniem jest to realny termin.

Pani prezydent ma za sobą całą machinę partyjną. Nie boi się pan, że dosłownie zalepią pana plakatami?

To nie będzie walka Dawida z Goliatem. Po naszej stronie jest już 232 tysiące warszawiaków, którzy poparli referendum. Popiera nas wiele organizacji społecznych – także partie polityczne. Mamy machinę przeciwko machinie.

Wydaje się, że kluczem do sukcesu jest przekonanie nieprzekonanych i tych, którzy zdania nie mają. Co by pan powiedział tym ludziom?

Powiedziałbym tak: W tym głosowaniu nie głosujemy na sytuację abstrakcyjną, tylko decydujemy o naszym komforcie życia w mieście. Idźcie zagłosować, jeśli uważacie, że Warszawa jest miastem, które może się lepiej rozwijać niż dotychczas. Jeśli nie weźmiecie udziału w referendum, to tym samym zgodzicie się na to, co jest teraz: podwyżki biletów, nieskoordynowane remonty. Jeśli chcecie być dumni ze swojego miasta, idźcie i zagłosujcie za pozytywną zmianą.

Czy jest jakaś szansa na wspólnego kandydata ruchu, który doprowadził do referendum przeciwko kandydatowi PO?

Moim zdaniem, limit wpadek Platformy Obywatelskiej – i w Polsce, i w Warszawie – się wyczerpał. W społeczeństwie narasta ogromna potrzeba zmian. Zarówno w warszawskim społeczeństwie, jak i w ogólnopolskim. Osobiście nie mam problemów z poparciem jednego, wspólnego kandydata. Ale widzę, że wygrywają partyjne interesy. Z tego, co słyszę, to dla partii startowanie w wyborach w Warszawie będzie bardzo istotne. W ten sposób mogą zmierzyć swoją realną siłę.

Wobec tego może ktoś taki, jak Pan?

Chcę dokończyć kadencję na Ursynowie. Więc nie będę gdybać na ten temat.

To może inaczej. Które zagraniczne miasto jest dla pana wzorem?

Dla mnie takim wzorem miasta jest Wiedeń. Z jego uporządkowaniem, świetną organizacją, powodującą ogromny komfort życia dla mieszkańców, ale i turystów.

Dziękuje za rozmowę

niedziela, 25 sierpień 2013 16:49

SAMORZĄDY POLUJĄ NA URZĘDNIKÓW

Jak po pracę – to do ratusza. Nikogo nie dziwi, że w czasach kryzysu trudno znaleźć zatrudnienie. Są jednak miejsca, gdzie praca dosłownie czeka na chętnych. Pracowniczą Ziemią Obiecaną stały się magistraty dużych miast. Bo też w Polsce nie ma właściwie metropolii, która nie szukałaby urzędników. Samorządowa administracja pęcznieje jednak i w mniejszych gminach. Tylko na urzędnicze „trzynastki” podatnicy wydali w 2012 r. 3,8 mld złotych. Problem w tym, że nawet specjalistom nie jest łatwo zdobyć w drodze konkursu taką posadę.

Z pozoru wakacje w pełni. Jednak tylko w drugiej połowie lipca upłynął termin nadsyłania dokumentów w ponad czterdziestu konkursach na wolne stanowiska urzędnicze. A to zaledwie wierzchołek góry lodowej: magistraty szukają dosłownie wszystkich – od informatyków po specjalistów w dziedzinie ochrony zieleni. Z miast wojewódzkich jedynie Rzeszów i Zielona Góra nie prowadziły w tym okresie naboru. – Duże miasta zatrudniają, ponieważ przygotowują się do obsługi nowej perspektywy budżetowej UE – mówi Agata Dąmbska, specjalista z Forum „Od-nowa”, organizacji pozarządowej, zajmującej się analizami sektora publicznego.

Jest w czym wybierać

Kogo szukają magistraty? Nabór trwa właściwie na wszystkie stanowiska. Warszawa szuka na przykład urzędnika ds. bezpieczeństwa i higieny pracy, Szczecin – podinspektora ds. wydarzeń o charakterze morskim, jednak tylko na pół etatu. Wrocław natomiast rekrutuje kandydatów na stanowisko ds. ochrony powietrza i przed polami elektromagnetycznymi. Miasto Gdańsk, tylko w lipcu, poszukiwało pięciu nowych pracowników. Jak zapewnia magistrat, wszystkie ogłoszenia to efekt powstania wakatów, a nie tworzenia nowych stanowisk. – Generalnie liczba etatów w naszym urzędzie od ładnych kilku lat kształtuje się na tym samym poziomie – mówi Michał Piotrowski z biura prasowego gdańskiego ratusza.

Biurokracja samorządowa systematycznie jednak puchnie. Rozrost lokalnej administracji najlepiej widać na przykładzie stolicy. Kiedy Hanna Gronkiewicz-Waltz obejmowała władzę sześć lat temu, stołeczny samorząd zatrudniał około 5,7 tysiąca urzędników. Pod koniec ubiegłego roku ratusz razem z urzędami dzielnic dawał już pracę ponad 7,7 tysiąca osób, co stanowi wzrost o 35 proc. Te liczby nie oddają do końca skali zjawiska, ponieważ – po pierwsze – nie uwzględniają zatrudnienia w spółkach samorządowych, które również znacznie wzrosło, a po drugie – stołeczne urzędy coraz częściej zlecają wykonywanie swoich zadań prywatnym firmom. Tylko w ubiegłym roku wydały na ten cel 30 mln złotych.

Ćwierćmilionowa armia

Liczba urzędników samorządowych systematycznie się zwiększała – aż do 2011 roku Wtedy ubyło 6 tysięcy etatów (łącznie było ich 246 tys.). Ta tendencja długo się jednak nie utrzymała. Na koniec 2012 r. było zatrudnionych już ponad 252 tysięcy pracowników. Zdaniem specjalistów, przejściowe zahamowanie wzrostowego trendu było wynikiem raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2010 r., krytykującego politykę zatrudnienia w gminach. – Dziś administracja znów nie obawia się przyjmować nowych osób – podkreśla dr Stefan Płażek, adiunkt w Katedrze Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Oszczędzaniu na etatach nie służy też nowa ustawa śmieciowa. Od 1 lipca urzędników jeszcze przybywa, bo – wdrażając nowe prawo – samorządy musiały zatrudnić księgowego i poborcę podatkowego do realizacji obowiązków nałożonych przez nową ustawę. Zdaniem ekspertów, rosnące zatrudnienie w ratuszach to jeszcze nic.

– To, co jest bardzo przerośnięte, to podlegające gminom jednostki organizacyjne. Wójt nie decyduje o zatrudnieniu, na przykład w szkołach, ale na nie płaci. Jak wynika z naszych szacunkowych obliczeń, w całym sektorze samorządowym pracuje 1,8 miliona osób. Z czego 1,1 miliona w jednostkach organizacyjnych, a pozostali w urzędach i spółkach zależnych – mówi Agata Dąmbska.

U pana Boga za piecem

W powszechnej opinii to właśnie praca urzędnika uchodzi za bardziej stabilną i mniej stresującą, bo pozbawioną mechanizmów wolnorynkowej konkurencji. Myli się jednak ten, kto myśli, że na bezpieczne miejsce pracy w sektorze budżetowym mogą liczyć najlepsi. Na nieprawidłowości przy zatrudnianiu w samorządach zwraca uwagę choćby wspomniany raport NIK. Izba skontrolowała zatrudnienie czterech tysięcy urzędników. W skontrolowanych samorządach tylko połowa została przyjęta w drodze otwartego i konkurencyjnego naboru. Reszta pracę dostała w drodze tak zwanego awansu wewnętrznego. Czyli ze stanowisk nie-urzędniczych, głównie ze stanowisk pomocniczych i obsługi.

– W kryzysie ludzie zawsze tulili się do urzędów, a stworzenie etatu dla znajomego prezydenta miasta lub burmistrza to żaden problem – mówi dr Płażek. Z danych GUS wynika, że w 2012 r. nieznacznie rosły też pensje urzędników. Na przykład w urzędach miast średnia płaca wzrosła o około 150 zł i wyniosła ponad 4,5 tysiąca zł. W gminach zaś była wyższa o około 100 zł i wynosiła średnio 4 tysiące złotych.

– Myśląc w ten sposób, można dwa miliony osób zatrudnić w administracji i w ten sposób pozbyć się bezrobocia. Tyle, że to nie rozwiązuje problemów, a tworzy kolejne. W rzeczywistości za pensje urzędników płacą przedsiębiorcy i zwykli ludzie. Trzeba pobrać wyższe podatki na rzecz osób zatrudnionych przez urzędników. Poza tym gołym okiem widać, że zatrudnienie w administracji urosło w ciągu kilku lat. Zatrudnia się znajomych królika, ci są mało kompetentni, dlatego zatrudnia się kogoś, kto będzie za nich robić. I ten sposób dubluje się stanowiska. Takim przykładem są wszelkie komitety polityczne – mówi Ireneusz Jabłoński z Centrum im. Adama Smitha.

Niebezpieczny trend

Wbrew pozorom, Polska nie jest jednak wcale republiką urzędników. Wręcz przeciwnie. Polska i Litwa mają najniższe wskaźniki liczby urzędników na mieszkańca. Dla porównania na przeciwnym biegunie są Niemcy, Francja i Wielka Brytania. U naszych zachodnich sąsiadów pracuje prawie półtora miliona urzędników, a więc ponad trzykrotnie więcej niż nad Wisłą – choć liczba mieszkańców Niemiec jest tylko nieco ponad dwukrotnie większa niż w Polsce.

Optymistyczne nastroje studzą jednak ekonomiści. Bo mimo, że nad Wisłą z zatrudnieniem w administracji nie jest jeszcze tak źle, to już sam trend jest niebezpieczny. – Szczególnie w takich krajach, jak Grecja i Hiszpania, tworzono dodatkowe miejsca pracy w administracji. A w trakcie kryzysu gospodarczego to kontynuowano. Okazało się to bardzo nieskuteczne. Faktycznie, panuje jakiś dziwny trend do zwiększania zatrudnienia w administracji. Nie wiem, czy chodzi o to, że im więcej osób się zatrudni, tym mniejsze będzie bezrobocie?... Jakby urzędnicy zapominali, że to nie oni, a firmy tworzą PKB. Bo każda złotówka wydana na administrację idzie z naszych podatków – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” Ryszard Petru, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:21

KRZYMIONKI NADAL BEZ PAMIĄTEK

Pamiątki z krzemienia pasiastego z opatowskich Krzemionek, mogłyby być wizytówką Ostrowca Świętokrzyskiego. Nie są, bo na ich sprzedaż nie zgadza się wojewódzki konserwator zabytków. Tłumaczy, że dzika eksploatacja złóż jest śmiertelnym zagrożeniem dla rezerwatu archeologicznego w którym znajdują się neolityczne kopalnie. Tymczasem nazywany „polskim diamentem” kamień cieszy się ogromną popularnością jako materiał jubilerski – nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie.

W gabinecie starosty ostrowieckiego, Zdzisława Kałamagi, fragment skały z krzemionek zajmuje widoczne miejsce. Bo krzemień pasiasty to duma regionu. – Takich obiektów, jak Krzemionki, nie ma nigdzie na świecie. To jest nasz prawdziwy skarb. I w naturalny sposób pamiątki z krzemienia powinny promować region – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina”. – Rozumiem, że Krzemień nie powinien pochodzić z rezerwatu. To jest dla nas oczywista sprawa. Chcielibyśmy tylko, żeby krzemień pochodzący spoza terenu rezerwatu mógł być sprzedawany w nowo wybudowanym obiekcie, który znajduje się poza rezerwatem – dodaje.

Bo kopalnie w Krzemionkach to zabytek unikatowy w skali światowej. Zachowała się tam rozległa, podziemna „infrastruktura”, na którą składa się m.in. trzy i pół tysiąca szybów górniczych, które dają świadectwo rozwiniętym technikom górniczym okresu neolitu. Kopalnie powstały w neolicie czyli około 3,9 tys. lat p.n.e. Wydobywany w nich kamień był używany do wyrobu narzędzi o znaczeniu magicznym, kultowym i obrzędowym.

Do produkcji biżuterii, zwłaszcza srebrnej, zaczęto go używać w XX wieku. Wyrobami z tego kamienia zainteresowały się współczesne zachodnie gwiazdy. Jak swego czasu donosił dziennik „Metro” srebrne kolczyki i bransoletkę z krzemieniem o charakterystycznych podłużnych paskach kupiła Victoria Beckham. Krzemień pasiasty spodobał się też Robinowi Williamsowi i Boy'owi George'owi.

Problem w tym, że konserwatorzy zabytków konsekwentnie twierdzą, że jego wydobycie jest bezprawne. Zgodnie z ustawą Prawo Geologiczne i Górnicze, surowiec może wydobywać tylko ten, kto otrzymał na to koncesję, a jak dotąd nikt się po nią nie zgłosił.

Krzemień – złoto neolitu

Przy zwiedzaniu Krzemionek już na pierwszy rzut oka widać, jak ważnym surowcem był dla ówczesnych ludzi krzemień. Dziś władze powiatu chciałyby, aby oprócz zwiedzania muzeum i rezerwatu turyści mogli też kupować na miejscu wyroby z krzemienia.

– Powinna być możliwa sprzedaż określonych wzorów pamiątek zaaprobowanych przez naszych pracowników. Jednocześnie powinny zostać spełnione wszystkie wymogi konserwatorskie, tak żeby obszar był zabezpieczony. Być może nie uratowałaby to naszego budżetu, ale z pewnością miałoby to wpływ na funkcjonowanie muzeum. Mam dość tłumaczenia wszystkim, dlaczego wszędzie można kupić pamiątki z Krzemienia, a u nas nie – mówi dyrektor Włodzimierz Szczałuba z Muzeum Historyczno-Archeologicznego w Ostrowcu Świętokrzyskim, którego oddziałem jest właśnie Muzeum Archeologiczne i Rezerwat Krzemionki.

Ten pomysł kategorycznie odrzucają jednak archeolodzy. Bo na terenie muzeum w Krzemionkach obowiązuje zakaz handlu pamiątkami z tego półszlachetnego kamienia. Wydał go w 2009 roku wojewódzki konserwator zabytków. Stało się tak – między innymi – na skutek ich postulatów. Archeolodzy alarmowali, że w poszukiwaniu tego coraz popularniejszego kamienia niszczone są hałdy pozostałe po neolitycznych kopalniach.

Z tego powodu jedynymi nawiązującymi do neolitycznych kopalni krzemienia pamiątkami, jakie można kupić w muzeum, są kartki pocztowe. Na terenie placówki nie można dostać nawet zwykłych, oszlifowanych kamyków. Turysta znajdzie je natomiast na sandomierskim Rynku czy w Bodzentynie. Dla dyrektora Szczałuby taka sytuacja jest nie do przyjęcia.

Wydobycie tylko z koncesją

Urząd ochrony zabytków tłumaczy, że mógłby się zgodzić na sprzedaż pamiątek, jeżeli wydobycie surowca zostałoby zalegalizowane i unormowane. – Byłoby śmieszne, gdybyśmy starali się o koncesję. Nie uzyskalibyśmy takiego zezwolenia. Muzeum ma inne zadania statutowe niż prowadzenie własnej kopalni. Próbowałem namawiać kopalnie na wystąpienie o koncesje. One odpowiadają, że „po co?” Przecież pamiątki z Krzemienia są wszędzie sprzedawane, np. w Bałtowie czy Świętej Katarzynie – mówi dyrektor Szczałuba.

Konserwatorzy twierdzą, że skoro na razie nikt nie zwrócił się o koncesję na wydobycie krzemienia, a taka jest obecnie wymagana, to sprzedaż pamiątek, wytworzonych z tego kamienia byłaby nielegalna. Andrzej Przychodni z Urzędu Ochrony Zabytków w Kielcach mówi, że muzeum powinno zająć się najpierw właściwym zabezpieczeniem wyrobisk na terenie rezerwatu, a dopiero potem dbać o rynkowe potrzeby turystów. Dodaje, że starostwo wraz z muzeum powinny bardziej starać się o spełnienie wymagań, umożliwiających wpisanie kopalni na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jednym z nich jest właśnie odpowiednie zabezpieczenie pól górniczych.

Z łopatą po krzemień

– Dzikie wydobycie to prawdziwa plaga – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” Andrzej Przychodni. – Mieszkańcy okolicznych miejscowości przyczynili się w ten sposób do zniszczenia położonych niedaleko Krzemionek hałd. Było to na jednym z pól górniczych w gminie Ćwielów – dodaje. Jak tłumaczy, w takiej sytuacji zgoda na sprzedaż wyrobów z krzemienia w Krzemionkach byłaby zgodą na pozyskiwanie tego surowca do wyrobów jubilerskich także z terenu zabytkowych wyrobisk. I dodaje, że w połowie lat dziewięćdziesiątych zarządzeniem Prezydenta RP, Krzemionki zostały uznane za pomnik historii. – Podziemna trasa turystyczna i zwiedzanie pól górniczych na terenie zarządzanym przez muzeum jest przedmiotem ekspozycji. Nie możemy mówić o tym, że turysta przyjeżdżający do Krzemionek nie jest w stanie skorzystać z wartości tego obiektu – mówi Przychodni.

Jednak starosta Kałamaga nie daje za wygraną i nie zamierza rezygnować ze swojego pomysłu. Twierdzi, że krzemień jest pozyskiwany w sposób legalny, podczas wydobywania wapienia dla pobliskiej cementowni Ożarów. Deklaruje więc, że zrobi wszystko, by pamiątki z krzemienia mogły być sprzedawane w Krzemionkach. Neolityczne kopalnie krzemienia koło Ostrowca są jedynym w Europie takim zabytkiem. By lepiej rozpropagować tę atrakcję, wpisano je w Świętokrzyski Szlak Geo-Archeologiczny, a muzeum otrzymało zespół obiektów do obsługi ruchu turystycznego. Zespół, który stał się jednocześnie siedzibą muzeum. Całość inwestycji kosztowała około 12 milionów złotych.

Krzemionki na liście UNESCO

A jest o co walczyć. Lokalna władza widzi już kopalnie na liście światowego dziedzictwa UNESCO. – Najprawdopodobniej jeszcze w tym roku Krzemionki zostaną zgłoszone na listę „projektów oczekujących” prowadzoną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wpis na listę zapewnia świetną promocje regionu i zwiększy jego prestiż. Szczególnie dla turystów spoza Polski. A co więcej, będzie to dla państwa dodatkowy argument przy staraniu się o kolejne dotacje, które przyczynią się do lepszego zarządzania i funkcjonowania obszaru – wylicza Włodzimierz Szczałuba.

Coraz bliżej jest też do rozwiązania problemu sprzedaży pamiątek – twierdzą władze muzeum. I jak dodają, to tylko kwestia czasu. – Chciałbym, żeby pamiątki miały jednak jakąś wartość artystyczną. Tym bardziej, że nie mogą naśladować wyrobów sprzed ponad 5 tysięcy lat – dodaje.

wtorek, 23 lipiec 2013 21:48

TRANSLATOR ZAMIAST CERTYFIKATU

Że Polacy nie gęsi… to wie każdy. Czasem jednak potrzebna jest znajomość języków obcych – i wtedy pojawia się problem. Szczególnie źle umiejętności lingwistyczne wyglądają wśród polskich samorządowców. Dla mieszkańców „starej” Unii znajomość angielskiego to podstawa. A w zjednoczonej Europie coraz częściej interesantem w urzędzie jest nie Polak, a Niemiec, Angik czy Szwed.

Kiedyś król Michał Korybut-Wiśniowiecki przechwalał się, jakim to on nie jest poliglotą. Miał czym, bo znał aż sześć języków. Na to Jan Sobieski miał mu odpowiedzieć: „Ty panie znasz sześć języków, ale w żadnym z nich nie masz nic do powiedzenia”. I tę anegdotę wzięli sobie do serca nasi samorządowcy.

Ja tam się dogadam

Zdecydowana większość nie może pochwalić się znajomością języków. – Biegle nie znam ani jednego języka obcego, ale porozumiewam się w kilku – mówi Tomasz Korczak, burmistrz Międzylesia w województwie dolnośląskim. I wymienia: niemiecki, czeski, chorwacki i rosyjski. – Jednak, jak przyjeżdżam z oficjalną wizytą, to zawsze korzystam z tłumacza – dodaje. Po angielsku dogada się Wojciech Lubawski, prezydent Kielc. – Znam kilka języków w stopniu dostatecznym. Jak trzeba, to słowo znajdę w jakimiś internetowym programie, takim jak „Google-tłumacz”. A jak trzeba, to za granicą zamówię hotel czy taksówkę – zapewnia.

Podobnie Zbigniew Ptak, burmistrz Drawska Pomorskiego. – Są sytuacje, kiedy znajomość języka jest zupełnie niezbędna. Na przykład we współpracy z miastami partnerskimi. Angielskiego w ogóle nie znam. Dobrze sobie radzę z niemieckim i rosyjskim. Tyle też wymagam od moich współpracowników. Na stanowiskach wymagających kontaktów międzynarodowych potrzebna jest znajomość dwóch języków obcych – podkreśla Zbigniew Ptak. – Nie zaryzykuję kompromitacji swojego urzędu, powierzając stanowisko komuś, kto jest niekomunikatywny – dodaje.

Jak twierdzą naukowcy, pod względem znajomości języków obcych przedstawiciele samorządów niewiele różnią się od reszty społeczeństwa. – Nasza elita samorządowa radzi sobie całkiem dobrze, jednak im niżej w hierarchii, tym oczywiście gorzej. Na szczęście wójt niekoniecznie musi znać język obcy – ważne by miał tłumacza obok siebie… - mówi prof. Andrzej Piasecki, politolog z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, który zajmował się badaniem polskich elit samorządowych.

Google dobry na wszystko

Włodarze rzeczywiście mają zazwyczaj tłumaczy, ale ich pracownicy – już nie. Może z wyjątkiem tego z Google. „Ta umowa zła, musi pan przyjść z kimś, kto zna polski” – tak jeden z wrocławskich urzędników tłumaczył klientowi nierozumiejącemu po polsku, że nie przyjmie dokumentów, z którymi cudzoziemiec przyszedł. Rozmowę wrocławskiego urzędnika z interesantem-obcokrajowcem podsłuchała w styczniu czytelniczka jednego z portali internetowych. – Pracownicy, którzy na co dzień są w kontakcie z klientami, nie muszą koniecznie znać języka angielskiego. Wsparciem dla pracujących w Centrach Obsługi Mieszkańca zawsze jest biuro współpracy z zagranicą – tłumaczyła później wpadkę urzędnika Janina Nowak, z wydziału spraw obywatelskich Urzędu Miejskiego we Wrocławiu.

Problem dotyczy nawet warszawskich urzędników. Okazuje się, że w mieście, które powinno być wizytówką kraju, znajomość mowy Szekspira w wielu przypadkach ogranicza się do sprawnego operowania Google tłumaczem. – U nas, w delegaturze, właściwie nikt dobrze nie mówi po angielsku, kiedy trzeba coś przeczytać, albo nie daj Boże napisać, zaczyna się popłoch – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” jedna z urzędniczek Biura Administracji i Spraw Obywatelskich m.st. Warszawy. Jak mówi, wszystkie e-maile w obcych językach, jakie przychodzą do urzędu natychmiast lądują w translatorze. Gorzej, kiedy taką wiadomość trzeba napisać samemu. Wtedy zaczynają się gorączkowe poszukiwania osoby, która może to zrobić. Zazwyczaj taki e-mail przygotowuje ktoś z rodziny albo znajomy urzędnika. – Dobrze, jak uda się sformułować taką wiadomość w tydzień – dodaje nasza rozmówczyni.

Słynna na całą Polskę jest już wpadka lubelskich urzędników sprzed półtora roku. Lublin, miasto wyższych uczelni, chciał zachęcić do nauki na nich zagranicznych studentów. W tym celu ratusz uruchomił portal „Study in Lublin”. Informację o starcie strony przekazał osobiście prezydent Lublina Krzysztof Żuk, w towarzystwie rektorów wyższych uczelni. Portal przedstawiał ofertę studiów w Lublinie, informował też o formalnościach, jakie obcokrajowiec musi spełnić, by studiować w Polsce.

Zaraz po jego prezentacji rozpętała się burza. – Wygląda to tak, jakby ktoś polskie informacje o studiach w Lublinie tłumaczył na angielski słowo po słowie, w sposób dosłowny, czego absolutnie się nie robi. To tak, jakby „dziękuję z góry” przetłumaczyć „thank you from the mountain” – grzmiał na łamach „Gazety Wyborczej” na temat angielskiego tłumaczenia strony dr Paweł Frelik z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. – Tekst jest źle i niechlujnie przetłumaczony, wygląda na to, że nawet nie zrobiono korekty. Czy ja, po przeczytaniu tej strony, która ma być, jak sądzę, wizytówką akademickiego Lublina, przyjechałbym tu na studia? Zdecydowanie nie – podsumowuje Frelik. Tłumaczenie strony na angielski przygotowała... osoba zatrudniona w Wydziale Strategii i Obsługi Inwestorów.

Ustawowy wymóg?

Co zrobić, by uniknąć równie kompromitujących błędów popełnianych przez urzędników? Może warto wprowadzić ustawowy wymóg znajomości języków obcych? Wystarczy, aby w wymaganiach konkursowych na wolne stanowiska urzędnicze zapisywać obowiązek legitymowania się którymś z międzynarodowych certyfikatów językowych. Tomasz Korczak opowiada, że jak zdenerwuje się na swoich pracowników, to zawsze podkreśla jedną rzecz. – W całym urzędzie jest tylko jedno stanowisko, co do którego nie ma żadnego oficjalnego wymogu wykształcenia. To jest właśnie stanowisko wójta, burmistrza czy prezydenta – mówi Korczak. I faktycznie, aby zarejestrować swoją kandydaturę, nie trzeba legitymować się żadnym dyplomem. Mimo to samorządowcy podkreślają, jak ważna jest znajomość języków. – Każdy, kto kończy studia wyższe, powinien mówić w jakimś obcym języku. Ustawowego wymogu być jednak nie powinno. Wybrali mnie mieszkańcy, a ja nic przed nimi nie ukrywałem. Nie mam kompleksów. Jak trzeba, to się dogadam. W Drawsku, z racji położenia, musimy umieć się porozumiewać. W naszej gminie jest poligon, na którym często ćwiczą żołnierze NATO – mówi Zbigniew Ptak, burmistrz Drawska Pomorskiego.

Specjaliści nie mają wątpliwości. To, jak urzędnicy dają sobie radę z językami, świadczy nie tylko o ich miejscowości, ale i o całym kraju. A dobry wizerunek jest nie do przecenienia. Tym, którzy cieszą się zagranicą dobrą opinią, łatwiej o inwesterów i turystów. Jak zwykle najlepiej jest w dużych miastach. – Świetnie sobie radzą warszawscy samorządowcy. Jeśli proszę o wysłanie kogoś  do europarlamentu, nie ma z tym problemu, jednak to pewne, że do Brukseli jadą tylko ci najlepsi – mówi w rozmowie z „Gminą” europoseł Rafał Trzaskowski. – Poza tym, skoro nasi czołowi politycy nie znają płynnie języków obcych, to czego wymagać od samorządowców… – dodaje prof. Andrzej Piasecki.

Strona 4 z 5

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY