Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 48.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 46.

Przedsiębiorczosć i praca

Przedsiębiorczosć i praca (6)

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:50

MAŁE I ŚREDNIE PRZEDSIĘBIORSTWA FILAREM POLSKIEJ GOSPODARKI

Napisane przez

Miniony czas skłania do refleksji, jak wiele zyskała polska gospodarka przez ostatnie 25 lat od transformacji oraz 10 lat obecności Polski w strukturach Unii Europejskiej.

To właśnie w tym okresie najbardziej rozwiniętym sektorem stało się MSP, stanowiąc dziś ponad 90% firm funkcjonujących w Polsce i generując ponad 60% PKB. Trzeba przyznać, że duża zasługa tego sukcesu leży po stronie polskich przedsiębiorców, ale i ich wsparcia finansowego, jakim były dotacje unijne. Pomoc ze strony UE, w tak dużym stopniu jak dotychczas, możliwa będzie jeszcze tylko przez najbliższe lata – warto z niej skorzystać.

Taką możliwość daje dofinansowanie w ramach projektów unijnych realizowanych w tzw. Nowej Perspektywie 2014-2020. Polski sektor MSP może najwięcej zyskać, uczestnicząc w programach regionalnego wsparcia oraz Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój. Można prognozować, że dla polskich przedsiębiorców najefektywniejszymi okażą się działania zwiększające konkurencyjność firm, rozwoju nowoczesnych technologii lub też innowacyjność, choćby poprzez współpracę z ośrodkami badawczymi.

Dynamiczny rozwój sektora MSP na przestrzeni ostatnich lat, to również możliwość zrzeszania się przedsiębiorców w różnego rodzaju organizacje i stowarzyszenia, skupiające firmy branżowo lub geograficznie. Dziś prężnie działające grupy mają większe szanse na rozwój, wzajemną pomoc, a tym samym sukces.

Brzmi zachęcająco? Pomocnym może okazać się tu wsparcie Mazowieckiego Zrzeszenia Handlu Przemysłu i Usług, które od lat działa na rzecz rozwoju polskiej przedsiębiorczości i pomocy polskim przedsiębiorcom. Jedną z inicjatyw organizowanych przez MZHPiU mających na celu wsparcie sektora małych i średnich przedsiębiorstw jest Narodowy Program Promocji Polska Przedsiębiorczość 2020.

Działania związane z uczestnictwem w Programie to m.in. cykliczne spotkania, służące zaprezentowaniu oferty firmy i nawiązaniu nowych kontaktów biznesowych, czy wymiany doświadczeń. To również szereg możliwości korzystania z pomocy prawnej, doradztwa w zakresie dofinansowania (pożyczek, dotacji unijnych) oraz szeroki wachlarz narzędzi promocyjno-wizerunkowych.

„Polska po 1989 r. stała się jedna z najszybciej rozwijających się gospodarek Europy. Co więcej polska przedsiębiorczość jest ceniona, a my Polacy uznawani na świecie jako ludzie  przedsiębiorczy. Czujemy się również grupą społeczną, która musi bardzo ciężko pracować na swój wizerunek i rozwój. Cieszę się, że Narodowy Program Promocji Polska Przedsiębiorczość 2020 daje możliwości umacniania filaru polskiej gospodarki jakim jest MSP, nie tylko w działaniach marketingowych, ale i doradczych (…)” – mówi Robert Składowski, prezes Mazowieckiego Zrzeszenia Handlu Przemysłu i Usług.

Przedsięwzięcie, jakim jest Narodowy Program Promocji Polska Przedsiębiorczość 2020, spotkało się z poparciem Kancelarii Prezydenta RP. Do programu mogą zgłaszać się przedsiębiorcy oraz osoby aktywnie działające w sferze biznesu – każdy, kto zorientowany jest na rozwój swojej firmy. Więcej informacji na stronie www.polskaprzedsiebiorczosc.pl

wtorek, 23 lipiec 2013 22:36

KONTROWERSYJNY SIÓDMY DZIEŃ TYGODNIA

Napisane przez

Polityczny sezon ogórkowy w tym roku rozpoczął się wcześniej: zamiast dyskusji o stanie finansów publicznych powrócił problem niedzielnego handlu. Spór o to, czy zakazać sprzedaży centrom wielkopowierzchniowym może tym razem skończyć się jednak rozwiązaniem salomonowym – przerzuceniem ciężaru decyzji na samorządy.

- Chodzi o to, by nie zmuszać ludzi do pracy w niedzielę. Chodzi też o rodzinę, by razem spędzać ten czas. Chodzi także i o to, by wesprzeć mały kapitał, niewielkie sklepy, kafejki, które będą otwarte – mówił kilka tygodni temu w radiowej dyskusji europoseł Solidarnej Polski Jacek Kurski. Tak można w skrócie ująć stanowisko pomysłodawców ustawy – m.in. z PiS, PO, PSL i SP – którzy forsują w Sejmie nowe prawo. To również argumenty bardzo istotne dla wszystkich instytucji, które opowiedziały się za projektem – od „Solidarności” po kościół katolicki, który w mniej lub bardziej otwarty sposób wspiera poselski pomysł.

Ryzyko? Tysiące miejsc pracy

To argumenty, które – przynajmniej z pozoru – trudno odrzucić. Jednak projekt ma gigantyczną rzeszę przeciwników, przede wszystkim ze względu na koszty ekonomiczne i społeczne. Zdaniem prezesa polskiego oddziału Tesco, Ryszarda Tomaszewskiego, na bruku może wylądować olbrzymia grupa pracowników supermarketów – w skali całego kraju nawet 100 tysięcy osób. Nieco skromniejsze szacunki prezentuje doradca PKPP Lewiatan, Jeremi Mordasewicz. – Zakaz niedzielnego handlu zmniejszy skłonność inwestorów do budowy kolejnych centrów handlowych i może oznaczać likwidację około 50 tysięcy miejsc pracy – wylicza.

Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji w swoim stanowisku podaje jeszcze inne dane. „Eliminacja jednej siódmej czasu pracy to w polskich warunkach niemal pewna fala wielotysięcznych bankructw firm kupieckich, spadnie też niska już rentowność sieci handlowych. Przeprowadzone analizy wskazują, że sprzedaż niedzielna w sklepach wielkopowierzchniowych to 5-12 proc. sprzedaży tygodniowej. Zakaz handlu po działaniach na rzecz rekompensacji strat spowoduje spadek tygodniowych obrotów o 3-7 proc. co przełoży się na redukcję zatrudnienia w handlu o 5-10 proc.” – twierdzą eksperci organizacji. Czyli: 25 tys. miejsc pracy.

Nic więc dziwnego, że są w Polsce takie ośrodki, w których projekt nie budzi entuzjazmu. Należy do nich choćby Radom: dekadę temu tamtejszy ratusz wprowadził zakaz w życie, uchwałę uchylił jednak w końcu wojewoda. Dziś radomianie liczą inaczej – w mieście, w którym panuje 24-procentowe bezrobocie, i gdzie supermarkety zatrudniają kilka tysięcy pracowników, potencjalne skutki wprowadzenia nowego prawa byłyby dramatyczne. – Polski nie stać dziś na tak rygorystyczne podejście do świątecznego handlu – mówi były radny Andrzej Langowski, który dekadę temu przeforsował zakaz niedzielnego handlu, dopuszczając co najwyżej możliwość skrócenia godzin otwarcia sklepów wielkopowierzchniowych.

Niech każdy decyduje sam

Zdaniem posłanki PO Julii Pitery, najlepszym wyjściem z obecnego klinczu byłoby pozostawienie decyzji w gestii samorządów. Za tym stanowiskiem opowiada się też liczna grupa samorządowców. – To słuszny pomysł, żeby o zakazie decydowały samorządy, bo nie wszystko musi być regulowane przez państwo. Bardzo mi się podobają amerykańskie rozwiązania, np. w jednym stanie alkohol można kupić tylko do godziny 20, a w innym przez całą dobę – twierdzi Edward Maniura, burmistrz Lublińca. – Ostateczną decyzję powinni podjąć radni, ale po szerokich konsultacjach z mieszkańcami, bo to przecież ich dotyczy – dodaje.

Co na to mieszkańcy? Wygląda na to, że są równie podzieleni, jak politycy. W sondażach zdecydowanych przeciwników i zwolenników projektu jest niemal idealnie po 30 proc. Prawie 20 proc. Polaków wypowiada się „raczej przeciw” – i tyle samo „raczej za”. Wygląda więc na to, że tak na centralnym, jak i na lokalnym szczeblu politycy będą mieli twardy orzech do zgryzienia. Chyba że po wakacjach sprawa „przyschnie”.

poniedziałek, 27 maj 2013 14:29

Powroty na rynek pracy z Programem Kapitał Ludzki

Napisane przez

Mama idzie do pracy – program zawodowej aktywizacji kobiet” to projekt dla kobiet, które po urlopie macierzyńskim są bezrobotne. Opracowały go młode mamy – które po urlopie macierzyńskim do pracy wróciły – dla tych mam, którym trzeba pomóc w rozwiązaniu tego problemu.

– Uczestniczkom projektu opowiadamy, że my oprócz tego, że pracujemy, mamy takie same problemy jak one – opowiadają. – Wstajemy wcześnie rano, przygotowujemy dzieci do przedszkola i siebie do pracy, robimy zakupy, gotujemy, sprzątamy.

W małej miejscowości czy na wsi kobiety-matki po urlopie macierzyńskim często są pod presją środowiska, które nie akceptuje samodzielności zawodowej kobiet. Czasem niechętny jest mąż, czasem rodzice i teściowie. Bezrobotne kobiety nie wierzą w swoje szanse i możliwości. Z raportu „Wieloaspektowa sytuacja kobiet na rynku pracy” wynika, że ponad 90 proc. kobiet w Polsce nie ma dostępu do szkoleń niwelujących skutki przerwy w pracy spowodowanej macierzyństwem. Okazuje się, że dostęp do szkoleń zależy głównie od miejsca ich zamieszkania. Przeszkodą w zatrudnieniu kobiety-matki jest też postawa pracodawców, którzy uważają, że są one mniej dyspozycyjne i mniej oddane pracy z powodu obciążenia obowiązkami rodzinnymi.

Czterdzieści pionierek

W województwie zachodniopomorskim, gdzie od marca 2012 r. Instytut Rozwoju Regionalnego w Szczecinie realizuje projekt „Mama idzie do pracy”, różnice ekonomiczne pomiędzy dużymi i małymi miejscowościami są bardzo duże. W 2011 r., kiedy projekt powstawał, w powiecie choszczeńskim w gminie Recz wskaźnik bezrobocia wynosił 17,7 proc., w gminie Pełczyce – 14,6 proc., w gminie Krzęcin – 14,4 proc., w gminie Bierzwnik – 16,5 proc.

Projekt „Mama idzie do pracy” realizowany jest w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki (Priorytet VI. Rynek pracy otwarty dla wszystkich, Działanie 6.1 Poprawa dostępu do zatrudnienia oraz wspieranie aktywności zawodowej w regionie, Poddziałanie 6.1.1 Wsparcie dla osób pozostających bez zatrudnienia na lokalnym rynku pracy). Głównym celem projektu jest podniesienie poziomu aktywności zawodowej czterdziestu kobiet z terenu gmin: Bierzwnik, Krzęcin, Pełczyce i Recz powracających na rynek pracy po przerwie związanej z urodzeniem i wychowywaniem dzieci, poprzez udzielenie im kompleksowego wsparcia w postaci doradztwa zawodowego, szkoleń aktywizujących, szkoleń zawodowych, pośrednictwa pracy, płatnych staży zawodowych u pracodawców. Zakończy się w lutym 2014 r.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

środa, 24 kwiecień 2013 20:39

SAMORZĄDOWCY PRZECIERAJĄ SZLAKI NA ŚWIECIE

Napisane przez

Z danych Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych wynika, że w 2012 roku polscy samorządowcy ściągnęli do naszego kraju inwestycje zagraniczne warte przeszło miliard euro. A chodzi wyłącznie o inicjatywy organizowane przy udziale Agencji – w rzeczywistości więc, skala inwestycji może być znacznie większa. Gra jest warta świeczki, a lokalni włodarze planują dalej podbijać świat.

Tyko wrocławska Silesia Izba Handlowa Sp. z o.o. – firma kojarząca partnerów z Polski i zagranicy – w tym roku zaplanowała dla samorządowców siedem misji, w ramach których nasi samorządowcy będą mogli przedstawić cudzoziemcom oferty inwestycyjne swoich miejscowości, regionów czy Specjalnych Stref Ekonomicznych. Cele podróży są nie byle jakie: to wszystkie kraje tzw. BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny), czyli rozwijające się „nowe” mocarstwa gospodarcze i kilka regionalnych bliskowschodnich potęg – Arabia Saudyjska, Kuwejt i Zjednoczone Emiraty Arabskie. W kryzysowych czasach znaczenie tych krajów jest nawet większe niż dotychczasowych, najbardziej pożądanych, partnerów z państw Zachodniej Europy czy USA. Nie dość, że państwa arabskie w znikomym stopniu odczuwają efekty globalnego kryzysu, to jeszcze stopniowo rośnie w nich świadomość, że zyski z wydobycia surowców naturalnych należy inwestować, a nie przejadać.

Zza Wielkiego Muru na Podkarpacie

Jednym z najważniejszych kierunków samorządowej ekspansji są Chiny. W ubiegłym roku przedstawiciele Podkarpacia – od władz wojewódzkich po władze Rzeszowa – rozpoczęły negocjacje z władzami autonomicznego regionu Kuangsi-Czuang. 27-osobowa delegacja prezentowała oficjelom z Państwa Środka możliwości swojego regionu w zakresie m.in. nowych technologii, odnawialnych źródeł energii i potencjału naukowego miejscowego biznesu i uczelni. Potencjalnym partnerom wskazywano konkretne miejsca, w których można zainwestować – np. strefy ekonomiczne i parki technologiczne w regionie. Podpisano dwa porozumienia – list intencyjny dotyczący współpracy Podkarpacia z Kuangsi-Czuang i umowę o współpracy Rzeszowa z portową metropolią Fangchenggang.

Nie jest tajemnicą, że Chińczycy szukają – zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej – przyczółków do ekspansji na terytorium Unii Europejskiej. Coraz częściej firmy zza Wielkiego Muru szturmują regionalne rynki, czego przykładem była (prawda, niezbyt udana) próba wtargnięcia na polski rynek chińskiej firmy COVEC. Ta sama firma, ze zmiennym powodzeniem, próbowała swoich sił na innych rynkach w regionie.

Polscy samorządowcy chcieliby skorzystać z pojawiających się w ten sposób możliwości. Interesują się nimi nie tylko wrocławska Silesia Izba Handlowa czy Łódzka Agencja Rozwoju Regionalnego, ale też przedstawiciele mniejszych JST. Jesienią ub.r. delegacja z miasta Ningbo zwiedzała m.in. Łomżę. Większości z nas mogłoby się z pozoru wydawać, że chodzi o mało znaczący sojusz dwóch niedużych miast. Zachowajmy jednak skalę: Ningbo ma dziesięć milionów mieszkańców i jeśli nawet nie jest największą metropolią Chin, to gospodarczego potencjału tego miasta nie sposób nie docenić. Z kolei Łomża też nie jest dla Chińczyków miejscem anonimowym: tamtejszy biznes działający na rynku artykułów spożywczych kojarzą choćby jedną z miejscowych firm, produkującą komponenty przypraw i eksportującą technologię przetwórstwa mięsa.

Z kolei samorządowcy ze śląskich Świętochłowic wybrali się do Tai’an, a wkrótce później – dzięki pośrednictwu firmy Kopex, która w tym mieście zlokalizowała swoją chińską spółkę-córkę – doczekała się rewizyty. – Śląsk to region, o którym wiele słyszeliśmy i wiele czytaliśmy. Jesteśmy bardzo zainteresowani współpracą, ponieważ w wielu dziedzinach, choćby w zakresie ochrony środowiska, jesteście lepsi od nas – komplementował gospodarzy mer Tai’an, Li Hongfeng.

Samorządowy korpus dyplomatyczny

Oczywiście, wyprawy polskich samorządowców za Wielki Mur czy nad Zatokę Perską nie są jeszcze codziennością, ani nawet najważniejszym nurtem w obrębie „polityki zagranicznej” prowadzonej przez JST. Ale są żywym dowodem, że ambicje i horyzonty polskich samorządowców gwałtownie się rozszerzają. A profity płynące z takiej działalności są najwyraźniej znaczne, o czym dobitnie świadczą cytowane na wstępie dane PAIiIZ.

Nic więc dziwnego, że w zagraniczne misje angażuje się olbrzymia większość samorządów. Zgodnie z opublikowanym w ubiegłym roku raportem „Współpraca zagraniczna polskich samorządów. Wnioski z badań”, działania w zakresie współpracy międzynarodowej potwierdza 72 proc. JST – w tym niemal wszystkie miasta (95 proc.), olbrzymia większość powiatów i województw (odpowiednio 86 i 85 proc.) oraz – co może zaskoczyć niektórych czytelników – aż 52 proc. gmin wiejskich! Ci, którzy jeszcze nie zaangażowali się w poszukiwanie zagranicznych partnerów usprawiedliwiają się przede wszystkim brakiem pieniędzy, a w drugiej kolejności – brakiem czasu, a czasem znajomości języków obcych wśród pracowników.

Inna sprawa, że kontakty te odbywają się „spontanicznie”: strategie rozwoju współpracy międzynarodowej mają przede wszystkim województwa. Na niższych szczeblach samorządowej drabiny jest z tym znacznie gorzej: tylko 14 proc. miast ma takie dokumenty, a w przypadku powiatów i gmin – jedynie 10 i 9 proc. Dlatego najczęściej polityka w tym zakresie nie jest konsultowana, ewentualnie bywa konsultowana z lokalnymi organizacjami pozarządowymi lub – w co piątym przypadku – z obywatelami. Jeszcze rzadziej samorządowcy konsultują się z MSZ lub innymi instytucjami centralnymi.

Ale epoka działań „na akord” najwyraźniej dobiega końca. „Współpraca zagraniczna rozwija się i staje się bardziej profesjonalna” – piszą autorzy wspomnianego raportu. – „Umowy partnerskie stopniowo tracą znaczenie, a ich miejsce zajmują inne formy działalności międzynarodowej, współpraca projektowa, przedsięwzięcia zależne od potrzeb i działalność w organizacjach międzynarodowych”. Ich zdaniem, polskie samorządy stały się gigantyczną siłą, mogącą odegrać gigantyczną rolę w polskiej polityce zagranicznej. „Polskie miasta i gminy miały w 2009 roku 3349 sformalizowanych partnerów zagranicznych. Obecnie jest ich z pewnością jeszcze więcej. Do tego trzeba dodać niepoliczalne działania i kontakty niesformalizowane. To ogromna liczba kontaktów i możliwości promowania polskich doświadczeń, polskiej kultury czy polskich firm, co powinno być docenione i wspierane przez władze centralne” – konkludują. I tak, po cichu zrodziła się polska alternatywna dyplomacja – kto wie, może nawet o większych możliwościach niż ta, która oficjalnie ma reprezentować Polskę w szerokim świecie.

wtorek, 30 październik 2012 17:34

Pieniądze dla biznesu

Napisane przez

Kiedy rozmawiamy z przedsiębiorcami, zwłaszcza tymi małymi, to podstawową, podnoszoną najczęściej kwestią, jest dostęp do gotówki. Widać to wyraźnie w obliczu nadciągającego kryzysu. 

Brak pieniędzy na rozwój, ale i przyziemne, stabilne trwanie – to dla wielu firm najważniejszy dziś problem. Kredyty bankowe są drogie i trudno dostępne, nie każdy posiada odpowiednie zabezpieczenie, niektórzy mają niedobrą historię kredytową i nienajlepsze doświadczenie z bankiem. Rośnie więc ilość firm „wykluczonych” z korzystania z usług bankowych, a wielu skomplikowane i długotrwające procedury skutecznie odstraszają.
 
Samorządowe fundusze pożyczkowe
 
To na gruncie takich właśnie obserwacji zrodziła się idea samorządowych funduszy pożyczkowych. Idea niezbyt nowa, bowiem fundusze pożyczkowe w Polsce istnieją i niektóre z nich prowadzą dość ożywioną działalność. Jednakowoż, gdy popatrzymy na światowe statystyki, okaże się, że dostęp małych i średnich firm do funduszy jest tam łatwiejszy, a pieniądz pożyczkowy stanowi silny impuls rozwoju tego sektora. Także państwa Unii Europejskiej wyprzedzają nas znacznie, jeśli chodzi o ilość rozmaitego rodzaju instytucji finansowych, a pożyczone pieniądze odgrywają znaczącą rolę w rozwoju i utrzymaniu płynności małych i średnich firm produkcyjnych czy usługowych.
 
Wspomaganie gminnych przedsiębiorców
 
Oryginalność polskiego pomysłu polega na oparciu go o samorządy na poziomie podstawowym (gminnym i miejskim). To najbliższa ludziom instytucja władzy publicznej, posiadająca silną pozycję ustrojową i stosowny – co ważne – autorytet społeczny. Samorząd ponosi także – o czym często się zapomina – odpowiedzialność za rozwój społeczno-gospodarczy swojego terytorium, nie zawsze dysponując stosownymi narzędziami. W sytuacji, kiedy nie może on bezpośrednio prowadzić działalności gospodarczej, lokalny (gminny) fundusz pożyczkowy może stać się narzędziem wspomagania przedsiębiorców, kierowania ich uwagi – bez naruszania zasad konkurencyjności – na socjalne i konsumenckie potrzeby rynku lokalnego. Gminy posiadają także stosowny potencjał kadrowy i doświadczenie instytucjonalne, niezbędne do budowy takiej instytucji. To byłoby dopełnienie procesu decentralizacji naszego państwa.
 
Tak więc chcemy w dłuższej perspektywie powołać w każdej gminie spółkę z o.o. pod nazwą Gminny (Miejski) Lokalny Fundusz Pożyczkowy. Tworzyłaby tę spółkę gmina wspólnie z Unią Gospodarczą „Samorządowa Polska”. To spółka akcyjna, powołana przez działającą przy Związku Rzemiosła Polskiego Fundację na Rzecz Rozwoju Przedsiębiorczości. Gmina objęłaby 40% udziałów (minimum 4 000 PLN), a Unia Gospodarcza resztę. Lokalny Fundusz byłby – zgodnie z normami UE – instytucją non for profit, a więc nie działałby dla zysku. Ewentualne zyski służyłyby rozwijaniu akcji pożyczkowej spółki. 
 
Łatwość dostępu do pożyczki i powszechność systemu
 
A więc powszechność – to pierwsza cecha tego systemu. Druga – równie ważna – to łatwość dostępu do pożyczki. Nie tylko dlatego, że gmina jest wszędzie. Także dlatego, że nie chcemy otwierać kolejnego biura. Pomysł – stosunkowo innowacyjny – polega na tym, że to do przedsiębiorcy trafiałby inny przedsiębiorca, zwany Biurem Pożyczkowo-Inwestycyjnym, proponując mu wsparcie finansowe w postaci pożyczki. Miałby on obowiązek na co dzień kooperować z pożyczkobiorcą, wspierając go radą, czy też systemem zbiorowych zakupów. I znów: zero etatów (wynagrodzenie prowizyjne), za to szybkość działania i minimum formalności. 
 
Rzecz przy tym niezwykle ważna: zaufanie. Pieniądze w lokalnych funduszach byłyby wspólnotowe. A więc nie anonimowy przedsiębiorca, lecz człowiek znany w gminie, pieniądze pożyczałby nie od anonimowego banku, lecz niejako od wspólnoty. I choć zasadnicza część z tych funduszy pochodzić będzie z instytucji europejskich, to jednak gmina będzie ich gospodarzem, użytkownikiem. W tym obrocie, jak w żadnym, liczyć się będzie presja opinii publicznej, etyka i poczucie lojalności wobec wspólnoty.
 
Gwarancje w systemie
 
Niezależnie od tego stworzyć chcemy Krajowy Fundusz Regwarancyjny (poręczeniowy), który nie dopuści do ewentualnych strat w mieniu gminnym. Ono zresztą będzie rosnąć. Powodzenie Gminnego (miejskiego) Funduszu, ewentualne zyski, oznaczają wzrost majątku gminy, poprawę jej zdolności kredytowej. Są też oczywiste zyski pośrednie: ożywienie gospodarcze zawsze powoduje wzrost podatków.
 
Jest pytanie o sumy przeznaczone na pożyczki. Nie są to kwoty błahe. Zakładając, że co piąty przedsiębiorca skorzysta z oferowanej pożyczki (obecnie korzysta ok. 8%, a średnia w UE wynosi ok. 52%), mówimy o kwotach sięgających setek milionów złotych w najbliższych kilku latach. Jest oczywiste, że kwoty te znajdują się poza zasięgiem gmin. Projektujemy zatem pozyskanie środków europejskich zarówno z programów operacyjnych, jak i z kredytów udzielanych przez banki europejskie na rozwój tego rodzaju inicjatyw. Warto tu przypomnieć, że w Strategii Lizbońskiej Unia opowiedziała się za wsparciem i rozwojem sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw, jako tego, który najlepiej sprosta wymogom globalnej konkurencyjności. Z roku na rok przeznacza na to coraz więcej funduszy, których nie jesteśmy w stanie wykorzystać ze względu na brak odpowiednich instytucji finansowych.
 
Dostrzega to także rząd Rzeczypospolitej. Stąd rządowy program „rozwoju funduszy pożyczkowych i poręczeniowych”, stąd poparcie dla powyższej koncepcji przez Komisję Trójstronną. Jest szansa, aby w Polsce powstało coś nowego i ważnego.
wtorek, 30 październik 2012 17:16

Przedsiębiorcy w samorządzie

Napisane przez

Miałem ostatnio spotkanie ze znajomym wójtem. Kolega wójtem jest już trzecią kadencję … i nagle go oświeciło! Uznał, że fajnie będzie w jego gminie nawiązać współpracę z przedsiębiorcami! 

Dobrze będzie też poznać ich bliżej, bo jak dotąd ma kontakt tylko z tymi, którzy przychodzą do niego z jakimiś problemami, albo co jeszcze gorsze, z pretensjami. Szczerze mówiąc, myślałem, że takich gmin już w naszym kraju nie ma, a jednak chyba się głęboko myliłem!  
 
Dlaczego wspierać przedsiębiorców?
 
Czy samorząd powinien angażować się we wspieranie przedsiębiorców na swoim terenie? Formalnie kwestię tę rozstrzyga jednoznacznie ustawa o swobodzie działalności gospodarczej. Jej ósmy artykuł mówi: „Organy administracji publicznej wspierają rozwój przedsiębiorczości, tworząc korzystne warunki do podejmowania i wykonywania działalności gospodarczej, w szczególności wspierają mikroprzedsiębiorców oraz małych i średnich przedsiębiorców”. I to na każdym szczeblu publicznej władzy! Ale jak to zwykle bywa, prawo sobie, a życie sobie. Szczególnie, gdy taki obowiązek nie jest wzmocniony żadnymi sankcjami. 
 
Skuteczniejsze okazały się i tu bodźce ekonomiczne - wiele zmieniło w tym zakresie zapewnienie gminom udziału w podatkach płaconych od działalności gospodarczej, jednak i tu pojawiają się samorządowi „twardogłowi”. Słyszymy, że przecież przedsiębiorcy i tak będą płacić podatki – po co więc wydawać środki, wysilać się na instrumenty wsparcia, zaprzątać sobie głowę ich problemami – przecież mamy dość własnych! 
Nic bardziej mylnego! 
 
Dzisiaj, w dobie swobody przepływu ludzi i kapitału, nic i nikt nie zatrzyma przedsiębiorcy przed przeniesieniem się do sąsiedniej, bardziej przyjaznej mu gminy. 
 
A w sytuacji, gdy to przeniesienie jest z różnych powodów niemożliwe – nikt nie zabroni biznesmenowi wygaszania dotychczasowej działalności i podejmowania nowych wyzwań inwestycyjnych już po sąsiedzku, w innej gminie. Pamiętajmy, że nieprzyjazne warunki rozpoczynania i prowadzenia działalności gospodarczej zniechęcają, powodują, że większość osób zaczyna rozglądać się za ciepłymi posadami w „budżetówce” – wówczas urząd gminy staje się najatrakcyjniejszym pracodawcą, a walka polityczna w gminie ma na celu bardziej załatwienie stanowisk „swoim”, niż spór o najskuteczniejszy program rozwoju gminy.
 
Elastyczni mali i średni przedsiębiorcy
 
Niektórzy, zgadzając się z tezą o konieczności działań na rzecz rozwoju gospodarczego na poziomie gminy, szukają ratunku przede wszystkim w poszukiwaniu dużego inwestora – zbawcy, który przyjdzie do nas, stworzy od razu kilka tysięcy miejsc pracy i rozwiąże wszystkie nasze lokalne problemy. To też ważne, ale nie zapominajmy o własnych przedsiębiorcach! Do dzisiaj pamiętam pierwszą wizytę za oceanem w USA i spotkania z lokalnymi decydentami. Oni już dawno przeżyli takie „przygody”. Wielki koncern zbudował wielką fabrykę i było wielkie święto. Przez kilka, kilkanaście lat wiodło się wszystkim dobrze. Jednak w warunkach globalizującej się gospodarki pewnego dnia okazywało się, że na drugim końcu świata pojawiały się korzystniejsze warunki do prowadzenia działalności, a nowsze technologie spowodowały, że nawet nie opłacało się przenosić produkcji – z dnia na dzień zakład zamykano, a władze lokalne zostawały nagle z problemem tysięcy bezrobotnych. Taką sytuację amortyzował najskuteczniej prężny, elastycznie reagujący na zmieniający się rynek, lokalny biznes – mali i średni przedsiębiorcy. 
 
Najciekawszym dla nas doświadczeniem z kilku wizyt za oceanem było spostrzeżenie, jak wielką wagę gospodarze przywiązują do edukacyjnego wymiaru wspierania przedsiębiorczości! Tam urzędnik za obywatela wypełnia wnioski o zarejestrowanie działalności gospodarczej, kieruje go na odpowiednie szkolenia, wskazuje nisze na rynku, podpowiada, w jakim zakresie warto spróbować działalności, pomaga napisać biznesplan i zdobyć środki! 
 
I oczywiście ten proces nie zawsze prowadzi do sukcesu, często kończy się upadłością … i znowu zaczynamy od nowa! Bo tylko obywatel, który spróbował własnej działalności, napisał własny biznesplan, a nawet kilkakrotnie „zaliczył” upadek, zaczyna rozumieć gospodarcze mechanizmy, z praktyki już wie, co to jest rachunek zysków i strat, przeżył w skali mikro, co oznacza sytuacja, gdy więcej wydajemy niż zarabiamy. Z tak doświadczonym obywatelem łatwiej dyskutować o lokalnym budżecie, ale też w czasie najbliższych wyborów bardziej kierował się on będzie przesłankami merytorycznymi i pragmatycznymi, będzie odporniejszy na populistyczne i demagogiczne hasła. Jednak to znowu temat na odrębną dyskusję o obywatelskiej edukacji.
 
Sami sobie winni!
 
Skoro argumenty za wspieraniem przedsiębiorczości przez samorząd lokalny są tak jednoznaczne, dlaczego w wielu gminach jest z tym tak słabo? Przyczyn jest oczywiście wiele, ale niestety nie bez winy są tutaj często sami przedsiębiorcy. I to z kilku powodów! Najpoważniejszy stanowi oczywiście powszechna awersja do samoorganizowania się, i co za tym idzie, słabość lokalnych organizacji samorządu gospodarczego. Nieczujący istnienia swojej reprezentacji w gminie przedsiębiorcy, próbują najczęściej „brać swoje sprawy w swoje ręce”. Sami decydują się kandydować - tworzą własne listy wyborcze, bądź kandydują z list różnych ugrupowań. I jedna, i druga droga prowadzi donikąd. Przedsiębiorcy – radni nie mają zazwyczaj czasu na wielogodzinne przesiadywanie na sesjach i komisjach, a ich udział w głosowaniach wikła ich w lokalne, polityczne spory i układy. Przedsiębiorcy ze zbiorowego podmiotu gminnej polityki, do którego adresowane być powinno racjonalne wsparcie, stają się stroną w doraźnych rozgrywkach i przetargach. Pomijam tutaj oczywiście sytuację skrajną, gdy przedsiębiorca „idzie” do rady, by tam załatwić swoje interesy. Na szczęście stabilny i stale doskonalony system prawa, coraz bardziej doświadczony nadzór, kontrola mediów i wysoka już świadomość społeczna, w dużym stopniu wyeliminowały takie proste „okazje”.
 
Monitorować polityków
 
Nie jest, moim zdaniem, dobrym rozwiązaniem również i popieranie przez organizacje przedsiębiorców jednej z list partyjnych. Sami przedsiębiorcy mają przecież zróżnicowane poglądy polityczne, a i stosunek kandydatów poszczególnych partii do problemów wspierania przedsiębiorczości jest najczęściej bardzo zróżnicowany. Nawet w parlamencie, gdy kierowałem w różnych kadencjach sejmowymi komisjami: małych i średnich przedsiębiorstw, czy rozwoju przedsiębiorczości, bardzo szybko okazywało się, że poglądy posłów w sprawie konkretnych problemów przedsiębiorców wcale nie układają się zgodnie z politycznymi podziałami. Często dochodziło wręcz do bardzo egzotycznych koalicji. To na szczeblu centralnym, a co dopiero w gminie? 
 
Gdzie szukać zatem optymalnego rozwiązania? Pozwolę sobie sięgnąć znowu do amerykańskiego przykładu. Gościłem kiedyś w kierownictwie federalnego stowarzyszenia reprezentującego amerykański small business. Oni nie popierali z założenia żadnej partii, za to konsekwentnie monitorowali zachowanie poszczególnych kongresmenów, czy lokalnych deputowanych. Przed głosowaniem dotyczącym problemów ważnych dla przedsiębiorców każdy deputowany otrzymywał stanowisko FSBA wypracowane w wyniku ankietowania członków organizacji. Potem przedsiębiorcy dostawali co kwartał zestawienie, kto ile razy głosował zgodnie z ich stanowiskiem. Na koniec kadencji deputowany, który głosował w ponad 50% wbrew interesom przedsiębiorców, miał pewność, że w najbliższej kampanii small business będzie popierał (i finansował!) jego kontrkandydata. I oczywiście nie ma tu prostych odniesień – ale jedno jest pewne – ważne, by we wszystkich klubach radnych znalazło się jak najwięcej tych, którzy problemy przedsiębiorców dobrze rozumieją, sami niekoniecznie przedsiębiorcami będąc.
 
Pracować z zainteresowanymi
 
Skoro już wybraliśmy mądrą i kompetentną radę, przychylną problemom lokalnych przedsiębiorców, a na czele gminy stoi już dobry menadżer, to czego powinniśmy oczekiwać? Warto zacząć od samego początku – od stworzenia systemu komunikowania się z przedsiębiorcami. Dzisiaj, w dobie elektronicznej komunikacji, to żaden wysiłek! Ankietowanie prowadzących działalność gospodarczą, transfer informacji o możliwych formach wsparcia, o podejmowanych inicjatywach w zakresie promocji gospodarczej, i wiele innych działań – powinno stać się w każdej gminie codziennością!
 
Idąc dalej, pamiętajmy, że samorząd lokalny ma, wbrew pozorom, szeroką gamę instrumentów i możliwości wspierania lokalnego biznesu. Począwszy od racjonalnej polityki inwestycyjnej, wyposażania w niezbędną infrastrukturę i uzbrajanie terenów, poprzez rozważną politykę uchwalania lokalnych podatków wraz z inwestycyjnymi ulgami, aż po tworzenie i wspomaganie instytucji otoczenia biznesu. 
 
To znowu materiał na kolejne, szerokie opracowanie. Ważne, by gminna strategia wspierania przedsiębiorczości została wypracowana w szerokiej współpracy ze środowiskiem samych najbardziej zainteresowanych – w konsultacjach z przedsiębiorcami. Funkcjonowanie lokalnych funduszy pożyczkowych i poręczeniowych, działalność inkubatorów przedsiębiorczości i ośrodków wspierania przedsiębiorczości, a nawet podstref specjalnych stref ekonomicznych, promocja lokalnych firm i lokalnych produktów, organizowanie misji gospodarczych i ośrodków informacji gospodarczej oraz wiele innych działań, na trwale wpisało się już do strategii rozwoju wielu polskich gmin. Wielu, ale niestety nie wszystkich – i tu wracamy do początku tego artykułu. 
 

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY