Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

Ochrona zdrowia

Ochrona zdrowia (18)

środa, 24 kwiecień 2013 20:48

CISZA PRZED BURZĄ

Napisane przez

Zdawać by się mogło, że mimo styczniowych zawirowań związanych z wprowadzeniem systemu Elektronicznej Weryfikacji Ubezpieczonych Świadczeniobiorców (EWUŚ), podstawowa opieka zdrowotna działa dość sprawnie, a pacjenci bez lęku mogą zwracać się po pomoc do swego lekarza rodzinnego. No cóż, pozory mylą.

W rejestracji cisza i porządek. Pacjenci okazują dowód osobisty – i nawet jeśli pomyłkowo „zaświecą na czerwono”, to składają oświadczenie o swym ubezpieczeniu i bez problemu nieodpłatnie otrzymują pomoc medyczną. Przestaliśmy też  wyrzekać na SYSTEM, bo to przecież tylko jedno dodatkowe kliknięcie myszką. Przyzwyczailiśmy się wszyscy do nowych procedur:  pacjent, dowód osobisty, weryfikacja EWUŚ, ewentualne oświadczenie i usługa medyczna w ramach POZ.

Kilkugodzinna awaria EWUŚ też nie zmąciła dobrego samopoczucia. Pacjentów ciągle przybywa, bo społeczeństwo spracowane, a i coraz to starsze, ale siedzą cichutko w oczekiwaniu na swoją kolej, bo swojego lekarza znają od lat i ufają mu bezgranicznie. Niestety, jest to cisza przed burzą. Na razie lekarz rodzinny bez względu na to ile osób „świeci na czerwono”, czyli – według danych przekazanych przez KRUS i ZUS – nie ma prawa do świadczeń zdrowotnych w ramach NFZ, otrzymuje co miesiąc 1/12 rocznej stawki na pacjenta zgodnie z tzw. listą aktywną, czyli ilością złożonych deklaracji wyboru lekarza na pierwszy dzień kolejnego miesiąca. Starcza zatem na opłaty stałe, diagnostykę pacjentów, pensje pielęgniarek i wynagrodzenie lekarzy.

Magiczny termin 1 czerwca

Sytuacja stabilna, chociaż o wzroście stawki kapitacyjnej NFZ nie chce słyszeć od lat. Tłumy pacjentów w przychodni jak zawsze, toteż zapracowany medyk – właściciel przychodni – nie uświadamia sobie,  jak bardzo zmieni się sytuacja finansowa przychodni i pacjentów po pierwszym czerwca br. Nawet mu się nie śni, że może zostać bez pracy, a jego chorzy bez opieki medycznej. Skąd ten magiczny termin 1 czerwca? Otóż, od tego dnia podstawą do wypłacania stawki kapitacyjnej będzie lista osób, które złożyły deklarację i posiadają prawo do świadczeń zdrowotnych w ramach ubezpieczenia zdrowotnego zgodnie z danymi w EWUŚ.

W czym więc problem? Logiczne jest przecież, że jeśli lekarz ma umowę z NFZ, to powinien pobierać tylko kapitację na pacjentów, którzy opłacają składkę zdrowotną. Oczywiście, że tak – ale co, jeśli system weryfikacji danych jest wadliwy? Kto ma ponieść koszty rozbieżności między stanem faktycznym, a danymi w EWUŚ? Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż to świadczeniodawcy z zakresu POZ mają w całości stać się kozłami ofiarnymi kolejnych etapów reformowania systemu opieki zdrowotnej.

To, że pacjent „świeci się na czerwono” w EWUŚ nie oznacza na 100%, że nie jest on ubezpieczony. Bardzo często zdarzają się błędy w danych przekazanych do NFZ.  Do tej pory wystarczało oświadczenie pacjenta , lecz przecież to nie dane zawarte w EWUŚ były podstawą do wypłacania kapitacji. Jeśli zatem EWUŚ stanie się jedynym weryfikatorem aktywnych list pacjentów po 1 czerwca, może wnet się okazać, że jego znaczenie jest jeszcze większe niż można było przypuszczać. Dla wielu przychodni stanie się on bowiem przyczyną utraty płynności finansowej. Dla przykładu: na Warmii i Mazurach średnio EWUŚ wykazuje 9,6% nieubezpieczonej dorosłej populacji.

Ze zgromadzonych przeze mnie danych wynika, że w każdej przychodni jest inna liczba osób nieubezpieczonych wskazywanych przez EWUŚ. I tak: przychodnia obejmująca opieką 3950 osób ma 466 „świecących na czerwono” dorosłych osób, co stanowi 18,1% populacji i oznacza utratę rentowności zakładu po 1 czerwca br. Inne dane: pod opieką 3100 osób, w tym 276 nieubezpieczonych, co daje 8,9% populacji; 7500 pod opieką, 500 nieubezpieczonych, tj.6,6%; 8600/590=7%; 5550/270=5%; 8400/820=10%.

Przedłużyć okres karencji

W każdym rejonie kraju sytuacja jest inna. Ogromne znaczenie ma wskaźnik bezrobocia, odległość od granicy państwa, gęstość zaludnienia, struktura zatrudnienia i wiele innych czynników, jak chociażby świadomość, że należy zgłosić do ubezpieczenia dzieci po uzyskaniu pełnoletniości. Na Mazowszu zgodnie z danymi NFZ jest 6,6% nieubezpieczonych, ale w przychodniach Radomia i okolic kształtuje się to różnie: na 3008 osób zdeklarowanych do danej przychodni wypada 279 „świecących na czerwono”, co daje 9,27%. W innych: 1380/40=2,89%; 15000/1500=10%; 2000/144=7,2%; 9500/921=9,69%.

W praktyce dla wielu podmiotów świadczących usługi z zakresu POZ oznacza to zniknięcie części zakładów opieki zdrowotnej z mapy świadczeniodawców usług medycznych naszego kraju. Przyczyną tego będą błędy danych zawartych w EWUŚ. Co z tego, że świadczeniodawcy będą mogli się odwoływać, dochodzić swych praw choćby drogą sądową, gdy ich byt będzie już należał do przeszłości? Mieszkaniec małej miejscowości z dnia na dzień zostanie pozbawiony opieki medycznej, bo im mniejsza populacja, tym większe ryzyko bankructwa dla rozczłonkowanych po wiejskich filiach zakładów. Idea lekarza rodzinnego, który jest jak najbliżej pacjenta, zna jego problemy od lat i czuje się odpowiedzialny za każdego z osobna, będzie przytaczana na podobieństwo opowieści o szklanych domach.

A miało być tak pięknie! EWUŚ miał wprowadzić spokój i porządek. Czyżby wylano dziecko z kąpielą? Czy jest zatem jakiś ratunek i dla pacjentów, i dla przychodni? Oczywiście, że jest!

Wystarczy „odroczyć” tę egzekucję, pozwolić EWUŚ-owi  by „dojrzał” i przedłużyć okres karencji, aby „zweryfikować” system weryfikacji ubezpieczonych. Ewentualnie przy opracowywaniu nowego planu finansowego obowiązującego od 1 czerwca wprowadzić współczynniki korygujące dla populacji między 19 a 65 rokiem życia (największa liczba „świecących na czerwono”), by zgodnie z oświadczeniem Prezesa NFZ nie odbierać środków przeznaczonych na POZ. Czas pokaże, czy rozsądek weźmie górę nad bezdusznym weryfikatorem danych. Oby decydenci potrafili choć na chwilę wstać zza biurek i wcielić się w sytuację mieszkańca przeciętnej gminy i jego lekarza rodzinnego, zanim podejmą nieodwracalne decyzje, które zaskoczą nas wszystkich tak, jak tegoroczne wielkanocne opady śniegu.

sobota, 23 marzec 2013 20:42

WYBADAM CIAŁO ŚMIAŁO czyli „Rak – to się leczy”

Napisane przez

Do czego to doszło? Żeby głosy ze znanych kreskówek namawiały nas – Polaków – do badań profilaktycznych? Tego jeszcze nie było.

A może to świetny sposób na to, by przywołując wspomnienia sympatycznych postaci z ekranu, zaszczepić w naszych umysłach taką właśnie potrzebę? Chwała Jerzemu Stuhrowi! Jeszcze niedawno sam toczył batalię z ciężką chorobą, a teraz pomaga innym – znakomicie wykorzystując siłę swojego autorytetu. Szkoda tylko, że współpracujący z nim w kampanii „Rak – to się leczy” Jarosław Boberek z obezwładniającą telewidza szczerością przyznaje się na łamach telewizji śniadaniowej, że on to jeszcze się nie przebadał, bo… brak mu czasu.

Wierzę, że gdy piszę ten tekst, pan Jarosław nadrobił zaległości i nie będzie już ośmieszał akcji, w której bierze udział. Nie do końca – jako lekarz pracujący w małej miejscowości – jestem pewna zwiększenia ilości badań profilaktycznych po tych zabawnych nawoływaniach. Mam świadomość, jak trudno dostać się „na Fundusz” chociażby do urologa – a rak prostaty jest przecież u mężczyzn trzecim nowotworem co do częstotliwości występowania, zaraz po raku płuca i jelita grubego. Ale co do jednego nie mam wątpliwości: hasło kampanii przyczyni się do obalenia mitu, że rak to wyrok.

Lepiej nie wiedzieć

Moim zdaniem właśnie to – pielęgnowane od lat w społeczeństwie – przekonanie o śmiertelności chorób nowotworowych jest przyczyną unikania badań profilaktycznych, bo jak powtarza to z uporem wielu moich pacjentów: „lepiej nie wiedzieć”. Narodowy Program Zdrowia przyjęty Uchwałą Rady Ministrów  Nr 90/2007 obejmuje cele strategiczne i sposoby ich realizacji w latach 2007-2015.

Za cel Programu stawiane jest między innymi zmniejszenie rozpowszechnienia palenia tytoniu (profilaktyka chorób od tytoniowych w tym nowotworów), usprawnienie wczesnej diagnostyki oraz zwiększenie efektywności leczenia nowotworów złośliwych szyjki macicy i sutka u kobiet po 50. roku życia. I słusznie, ponieważ u kobiet rak piersi zajmuje pierwsze miejsce pod względem częstości zachorowań, a rak płuca drugie – przed rakiem jelita grubego i rakiem szyjki macicy, u mężczyzn zaś rak płuca jest na pierwszym miejscu, a zaraz po nim, jak już wspomniałam, są: nowotwory jelita grubego, rak żołądka i prostaty.

Nowotwory są przyczyną przedwczesnej umieralności Polaków w młodym i średnim wieku. Wiadomym jest, że o możliwości radykalnego leczenia decyduje rodzaj raka oraz stopień jego zaawansowania w momencie rozpoznania. Czy rzeczywiście każdy z nas ma, niczym detektyw, na własną rękę zacząć poszukiwania ewentualnego „obcego” w swoim ciele? A może wystarczy skupić się na tych narządach wewnętrznych, w których rak zasadza się najczęściej? Przejrzeć statystyki i ruszyć do akcji? A jeżeli los da pstryczka w nos danym GUS i sprezentuje nam nieco rzadziej występujący nowotwór, np. białaczkę?

Oczywiście, nie popadajmy w paranoję, bo nie każdy z nas zachoruje na raka. Ryzyko jednak istnieje. Nie wolno nam o tym zapominać. Cóż zatem czynić, aby rozsądnie zastosować prewencję pierwotną, nim popadniemy w karcinofobię lub nerwicę lękową? I tu widzę strefę działania Ministerstwa Zdrowia we współpracy z NFZ, władzami  samorządowymi, lekarzami podstawowej opieki zdrowotnej i poradniami specjalistycznymi. Już uczyniono pierwsze kroki. Z jednej strony przeprowadzane są bezpłatne badania mammograficzne, cytologiczne, kolonoskopie (dla osób po pięćdziesiątce z grup ryzyka). Z drugiej szkolenia dla lekarzy rodzinnych z zakresu onkologii.

„Wszystkich nie da się przebadać”

Chwała decydentom! Ale skoro przy każdej okazji podkreśla się, iż „wszystkich nie da się przebadać”, to może pora pomyśleć o badaniach bilansowych dla osób dorosłych – na podobieństwo bilansów przeprowadzanych u dzieci?  Zaczęlibyśmy od 35-latków i co 5 lat w podstawowej opiece zdrowotnej „zdrowy” pacjent realizowałby program prewencyjny. Wystarczy „połączyć” już istniejący – choć niestety kulejący – program profilaktyki chorób układu krążenia z profilaktyką chorób nowotworowych.

Za każdym razem przed wejściem pacjent odpowiedziałby pisemnie na dosłownie kilka prostych pytań. Następnie lekarz rodzinny, po rozmowie i zbadaniu takiej osoby, wyznaczałby zakres badań dodatkowych, zgodnie z ryzykiem zachorowania na poszczególne schorzenia, przy zachowaniu tzw. pakietu podstawowego, czyli: podstawowe badania krwi, badanie radiologiczne  płuc, EKG i badanie ultrasonograficzne jamy brzusznej. Kobiety, przychodząc na taki bilans, musiałyby przedstawić informację z wizyty u ginekologa,  a mężczyźni od 40. roku życia – u urologa. O konieczności zasięgnięcia porady u kolejnych specjalistów decydowałby już lekarz rodzinny (należałoby wycenić punktowo taką poradę prewencyjną w specjalistyce).  Lekarz POZ czy specjalista decydowaliby, czy dana osoba wymaga dodatkowych badań przed kolejnym planowanym bilansem.

Szklane domy? Kto za to zapłaci? Zaczynam konfabulować, jak postać z kreskówki? I tak, i nie. Jeżeli Ministerstwo Zdrowia, zamiast reformować NFZ, przeznaczyłoby środki na profilaktykę, którą proponuję, NFZ  zleciłoby te konkretne zadania POZ, wyceniając sensownie bilanse w danych grupach wiekowych (diagnostyka jest kosztowna, ale leczenie onkologiczne jeszcze droższe), specjaliści  zaś mogliby dodatkowo realizować porady w ramach prewencji pierwotnej, nie ograniczając dostępu pozostałym pacjentom.

Choroba przewlekła – a nie śmiertelna

A samorząd lokalny? Zapewnienie mieszkańcom opieki medycznej wynika przecież z zadań własnych każdej gminy oraz jest ujęte chociażby w Narodowym Programie Zdrowia (NPZ dodatkowo akcentuje zniwelowanie różnic w dostępności do świadczeń podstawowej opieki zdrowotnej, jakie istnieją w poszczególnych rejonach kraju). Urzędnicy odpowiedzialni za realizację zadań z zakresu ochrony zdrowia, zamiast przesyłać do zakładów opieki zdrowotnej – funkcjonujących na terenie działania gminy – kolejne formularze z zapytaniem, jakie działania profilaktyczne dany ZOZ podjął w mijającym roku, zaangażowaliby się w zawiadamianie mieszkańców o badaniach profilaktycznych. Rozpropagowaliby też prewencję pierwotną, ułatwiliby dotarcie na badania mieszkańcom odległych miejscowości poprzez zorganizowanie dowozu na „białą sobotę” albo znaleźliby środki na sfinansowanie przyjazdu specjalistów do miejscowej przychodni.

Jestem głęboko przekonana, że dzięki kampanii „Rak – to się leczy” przestaniemy się bać chorób nowotworowych i zaczniemy wspólnie czynić wszystko, co tylko możliwe, aby zapobiegać temu, co tak bezlitośnie kradnie nam zdrowie, czyli wg definicji WHO: dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny. Przecież w wielu przypadkach wcześnie wykryty rak staje się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną. Muszą  zatem znaleźć się narzędzia administracyjne, które wspomogą w tym działaniu profilaktycznym każdego obywatela, razem i z osobna, inaczej zapanuje panika i chaos.

niedziela, 27 styczeń 2013 22:07

EWUŚ SIĘ RODZI! SYSTEM TRUCHLEJE!

Napisane przez

Kto najczęściej jest wykazywany przez system jako nieubezpieczony, mimo regularnego uiszczania składek? Osoby, które choć dzień przebywały na zwolnieniu lekarskim albo są zgłoszone do ubezpieczenia „przy kimś”, a ten ktoś korzysta z L4, natychmiast „ wypadają” z ewidencji.

Proszę bardzo, stało się! W stajence betlejemskiej narodziło się Dzieciątko, a w NFZ na świat przyszła/przyszedł EWUŚ! Jak na noworodka przystało, trochę narobiła/narobił zamieszania. Ponoć ledwie się pojawił/pojawiła, już wrzeszczał/wrzeszczała na czerwono, śmiał/śmiała się na zielono. Najpierw jednak ustalmy, jakiej płci jest to maleństwo. Może dojdziemy po imieniu? Ta EWUŚ, a może ten EWUŚ - to podobieństwo do: CZARUŚ?

Pewnie komuś natchnionemu chodziło o oddanie hołdu byłej minister zdrowia. Za to na przykład, że czasami nie lubiła lekarzy. Proza życia zmusza nas do powrotu na ziemię. Okazuje się po krótkim dochodzeniu, że jednak nie mamy do czynienia ze zdrobnieniem od imienia Ewa. EWUŚ to akronim od słów: elektroniczna weryfikacja uprawnień świadczeniobiorców. Jak zatem widać zdecydowanie EWUŚ jest płci żeńskiej. Nic dziwnego, że - jak każda kobieta, potrafi nieźle zaskoczyć i namieszać. Ale spokojnie! Cierpliwości, proszę!

Lekarz - detektyw

Obowiązująca lekarza rodzinnego umowa z NFZ nakazuje mu leczenie wyłącznie tych pacjentów, za których odprowadzana jest składka do ZUS czy KRUS. Nie znajduje tu zastosowania konstytucyjne prawo do opieki zdrowotnej ,przysługujące wszystkim obywatelom naszego kraju, dlatego też lekarz rodzinny otrzymuje środki na leczenie konkretnej populacji ubezpieczonych, którzy złożyli deklarację wyboru lekarza. Na kołek należy odwiesić przysięgę Hipokratesa. Na lekarza rodzinnego przerzucono też obowiązek przeprowadzania dochodzenia czy chory posiada przy sobie dowody dotyczące jego prawa do skorzystania z bezpłatnej pomocy lekarskiej.

Pozostając w tej niekomfortowej sytuacji, domagaliśmy się narzędzia do weryfikacji uprawnień do korzystania z bezpłatnych świadczeń medycznych w ramach ubezpieczenia zdrowotnego? No właśnie! To skąd ta skwaszona mina? Otóż dlatego, że dziecię w powijakach już kuleje!

Wrzaski nowo-rodka

Z niesmakiem 2 stycznia br. patrzyłam na dzierżących w dłoniach dowody osobiste, licznie przybyłych do przychodni malkontentów, póki nie postanowiłam sprawdzić, jak EWUŚ zareaguje na mój PESEL. No i proszę szok! EWUŚ wrzeszczy na czerwono! Jak to? Ja, regularnie płacąca składki ZUS, nie figuruję w wykazie na zaszczytnej zielonej pozycji? Sprawdzam moją zastępczynię i jednocześnie księgową. EWUŚ jej PESEL również wyświetla na czerwono. Śmieje się z nas nielubiąca nowości pielęgniarka praktyki. Poczekaj , poczekaj! Zobaczymy, jak na ciebie zareaguje nowo-rodek! Pielęgniarka przestaje się śmiać, bo i jej się „świeci na czerwono”. Obie kierujemy wzrok pełen oskarżeń na księgową, a ta zaczyna się kajać, zapewniając, że płaci składki na czas i „ tego tak nie zostawi”.

Winny ZUS

Wkrótce okazuje się, kto najczęściej jest wykazywany przez system jako nieubezpieczony, mimo regularnego uiszczania składek. Osoby, które choć dzień przebywały na zwolnieniu lekarskim, albo są zgłoszone do ubezpieczenia „ przy kimś”, a ten ktoś korzysta z L4, natychmiast „ wypadają” z ewidencji.

Jeśli student okresowo podejmie pracę, musi być po jej zakończeniu ponownie zgłoszony do ubezpieczenia zdrowotnego. Podobnie, jeżeli ktoś wykorzystał 180 dni niezdolności do pracy i teraz czeka na komisję przyznającą rentę czy świadczenie rehabilitacyjne, w EWUŚ-u figuruje jako nieubezpieczony. Wina leży po stronie ZUS, gdzie muszą być na bieżąco wprowadzane zmiany w statusie ubezpieczonego. Status pacjenta może się zmieniać w ciągu jednego miesiąca nawet kilka razy, stąd weryfikacja musi być przeprowadzana przy każdej wizycie w przychodni. NFZ otrzymuje przecież dane z ZUS i KRUS.

Na razie wystarcza oświadczenie pacjenta, że ma prawo do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych, a jego pełen pretensji szturm na ZUS nikogo już nie interesuje. Tylko czekać aż usłyszymy w mediach jak okopują się pracownicy ZUS lub jak masowo przebywają na L4 z powodu wyczerpania nerwowego. Na razie mamy okres karencji i, ale już dzisiaj truchleję na myśl, co będzie, jeżeli to EWUŚ zadecyduje, za ilu pacjentów zapłaci mi NFZ.

Zagrożenia dla przychodni

Niestety, natychmiast po przeanalizowaniu sytuacji, straciłam nastrój do żartów. W POZ otrzymujemy miesięczną część rocznej stawki kapitacyjnej, czyli ustalonej przez NFZ i nie podwyższanej od lat kwoty na jednego pacjenta. Ilość środków zależy zatem od liczby osób objętej przeze mnie opieką. Istnieje ryzyko, że błędne czy , o zgrozo, prawidłowe dane z ZUS i KRUS, tak zredukują liczbę moich pacjentów, że stracę płynność finansową, a mieszkańcy mojej gminy zostaną pozbawieni opieki medycznej. Ponoć zależnie od rejonu kraju, struktury wiekowej populacji, gęstości zaludnienia, wielkości miejscowości i wskaźnika bezrobocia, przychodnia może stracić do 40% liczby osób objętych opieką. Takie są szacunkowe dane. Ci, co chętnie obuliby lekarzy w kamasze, już pewnie zacierają ręce z uciechy, ale ich radość jest przedwczesna. Niezależnie od ekipy rządzącej, państwo ma obowiązek zapewnić opiekę zdrowotną swym obywatelom. Co zatem, jeśli EWUŚ stanie się zagrożeniem dla wielu małych przychodni? Również mojej, choć na co dzień pęka w szwach od ilości potrzebujących pomocy pacjentów.

Widzę dwa rozwiązania tej mało komfortowej sytuacji. Przecież pracy mi nie ubędzie przy tak wiekowej i schorowanej populacji, spadną jedynie środki wypłacane przez NFZ zgodnie z kapitacją. Albo zatem należy zwiększyć wysokość stawki kapitacyjnej, by lekarz opiekujący się zredukowaną przez EWUŚ liczbą świadczeniobiorców nie stracił ciągłości finansowej, albo stawkę kapitacyjną uznać za gratyfikację w związku z gotowością do leczenia danej populacji i co miesiąc dodać do niej kwotę za poszczególne usługi, jak: porady w gabinecie, wizyty domowe, bilanse, szczepienia, wypełnianie druków sanatoryjnych, zaświadczeń na grupę niepełnosprawności, powtarzanie leków; z uwzględnieniem osób nieubezpieczonych, ale wymagających natychmiastowej pomocy medycznej.

Co dzięki temu osiągniemy? Moim zdaniem same korzyści, ogromną poprawę w funkcjonowaniu systemu opieki medycznej. Lekarz otrzyma wynagrodzenie za konkretną pracę i nie będzie się bronił przed przyjmowaniem na swą listę osób przewlekle chorych. Solidność zostanie nagrodzona godziwą zapłatą. Chcę podkreślić, że nie chodzi mi o pracę na akord. Dotychczas, moim zdaniem, beniaminkami systemu byli ci, którzy mieli na swoich listach liczną populację zdrowych, młodych obywateli , mieszkających w pobliżu przychodni. W odróżnieniu od nich, po macoszemu traktowani byli medycy z małych, wiejskich miejscowości, na co dzień skazani na leczenie wiekowej, schorowanej populacji, zamieszkującej odległe zakątki gminy.

Wiejskie siłaczki i siłacze

Taki „wiejski” lekarz ma zupełnie inne warunki pracy niż jego „miejscy” lub „wielkomiejscy” koledzy. Medyk, najczęściej działający w pojedynkę, „zna wszystkich”, nie każe więc chorej z grypą czekać na pierwszy wolny termin, tj. za dwa tygodnie. Nawet jeśli sam ledwie żyje, bo od kilku dni walczy z przeziębieniem, a nie ma szansy na zastępstwo, zrezygnuje z przerwy śniadaniowej, by przyjąć tych wszystkich, którzy potrzebują jego pomocy w dniu zgłoszenia. Tu żaden pacjent nie jest anonimowy. Może więc po to przyszła na świat ta, tak wyczekiwana EWUŚ, by decydenci otworzyli oczy na fundamentalne znaczenie POZ w systemie opieki zdrowotnej? To nic, że na razie tylko krzyczy kolorowo, niedługo zacznie raczkować, aby wreszcie stanąć na nogach i oby nie były to nogi gliniane. Dobrze, że wreszcie dysponujemy narzędziem do weryfikacji prawa do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych. Tak długo na to czekaliśmy. Pytanie tylko, czy ten nowo-rodek spełni pokładane w nim nadzieje i czy naprawdę pozwoli w sposób właściwy gospodarować środkami finansowymi, przeznaczonymi na leczenie obywateli naszego kraju.

piątek, 21 grudzień 2012 12:15

Dylematy służby zdrowia: Rodzinny czy specjalista?

Napisane przez

- Kto ma mnie w końcu leczyć? Lekarz rodzinny czy specjalista? - oto dylematy polskich pacjentów, którzy próbują odnaleźć się w systemie placówek. Czy faktycznie przemieszczanie się chorych między poradnią lekarza rodzinnego a poradnią specjalistyczną musi być tak stresujące?

Przed nami koniec roku, ale zanim mieszkańcy miast i miasteczek ruszą do sklepów w poszukiwaniu świątecznych upominków, zapobiegliwie pobiegną do swych przychodni po zapas leków i oczywiście skierowań do poradni specjalistycznych. Lata doświadczeń nakazują zapobiegliwość, bo przecież nikt z pacjentów nie może zawczasu wiedzieć, czy jego lekarz rodzinny będzie miał kontrakt na usługi z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej po Nowym Roku i czy poradnie specjalistyczne, do których chodzą, będą przyjmować zainteresowanych.

Od Annasza do Kajfasza

Przy rejestracji, jak to co roku, w grudniu kłębi się rozjuszony tłum tych, co to „tylko po skierowanie”. Dla białego personelu zaczyna się coroczny zawrót głowy. Jeżeli osoba przewlekle chora dysponuje „Informacją dla lekarza kierującego”, a treści w niej zawarte upoważniają do powtórzenia leków, za ordynację których odpowiedzialność ponosi specjalista, wizyta w praktyce lekarskiej czy NZOZ-ie trwa krótko, a do tego jest miło i przyjemnie. Ba! Nawet starcza czasu na wymianę świątecznych życzeń.

Gorzej, jeśli specjalista nakazał wizytę kontrolną za rok i to z konkretnymi badaniami dodatkowymi. Chory, choć nie jest jeszcze w upragnionej „kolejce oczekujących”, domaga się druku skierowania do poradni odwoławczej. No, tak na wszelki wypadek, by dwa razy nie biegać do przychodni. Lekarz rodzinny buntuje się. „Nie chce mu się pisać!” - wyciąga fałszywy wniosek pacjent. Wyjaśnienia medyka, że przecież list wskazuje na objęcie przez specjalistę stałym leczeniem w wyznaczonym terminie: raz na rok, a to zwalnia z obowiązku ponownego wypisywania skierowania, nie przekonują, bo roszczenie chorego jest konkretne: „Kwit i wychodzę!”. Przed zainteresowanymi kolejny etap przeprawy przez grząski grunt usług medycznych.

- A co z diagnostyką zalecaną w liście od specjalisty?” - nieśmiało pyta pacjent. Oczywiście, w ramach wizyty specjalistycznej skierowania na badania dodatkowe nie wydano, bo skoro wizyta za rok, to specjalista nie wie czy nadal będzie pracował na tzw. umowę z NFZ. Pacjent jest ubezpieczony, więc żąda. Rodzinny zna przepisy, toteż peroruje: „Skoro badania potrzebne są do monitorowania leczenia specjalistycznego, to jak pan myśli, dlaczego lekarz prowadzący dane schorzenie „nie dał skierowania?”. Pacjent słucha, głową kiwa, nie jemu bowiem znać odpowiedź na to trudne pytanie. Wie natomiast, ile kosztuje go to „bezpłatne” leczenie. Duszno mu się robi w tym „rodzinnym” gabinecie. Ma jedno pragnienie, aby jak najszybciej otrzymać niezbędne „kwity” i wyjść.

Dobre serce rodzinnego

Opisana sytuacja to niestety codzienność w poradniach lekarza rodzinnego. Jak potoczy się dalej przytoczona historia? Otóż istnieją dwie możliwości dalszego ciągu tej patowej, na pierwszy rzut oka, konfrontacji. Rodzinny najpierw się nagada, a potem spojrzy na znanego sobie od lat mieszkańca lokalnej społeczności, nie do końca rozumiejącego, dlaczego co roku musi uganiać się za drukiem skierowania i pomyśli:

- Cóż ten chory człowiek jest winien. Po czym po dłuższej, naznaczonej wymownym milczeniem chwili, z miną osoby znękanej przez „niewydolny system”, wypisze skierowanie i do poradni specjalistycznej, i na badania dodatkowe, za które musi zapłacić z puli przeznaczonej na pacjentów leczonych w podstawowej opiece zdrowotnej.

Powroty marnotrawnych synów

Pacjent opuści gabinet usatysfakcjonowany. To nic, że się nasłuchał, jak to „system” przerzuca „całą robotę” na POZ. Nie pierwszy raz był uczestnikiem tego rodzaju utyskiwań. Spogląda na kolejkę przed gabinetem z poczuciem zwycięstwa i rusza po zakupy. Ma upragnione „kwity” w ręku i teraz pozostaje mu tylko czekać, kiedy będą zapisywać do specjalistycznej poradni. W tak zwanym międzyczasie wykona badania laboratoryjne, bo nie przewidzi, że termin do specjalisty wyznaczą mu za… 12 miesięcy. Wróci zatem niczym syn marnotrawny do swego lekarza ze smutną miną, rzuci na biurko wyniki badań i z rozczarowaniem poprosi:

- Lecz mnie pan, bo umrę, zanim się doczekam do tego specjalisty”. Koło się zamyka. Zdezorientowany pacjent. Coraz bardziej wypalony zawodowo lekarz.

Druga strona medalu

Inaczej rzecz się potoczy, jeżeli pacjent trafi w swej macierzystej przychodni na lekarza realizującego umowę z NFZ skrupulatnie i bez zgody na kompromis. Rodzinny wyjaśni choremu, iż - zgodnie z umową z NFZ, ten kieruje na badania, kto leczy, a lekarz rodzinny dołącza wyniki badań potwierdzających konieczność skierowania do specjalisty tylko przed rozpoczęciem leczenia specjalistycznego. Odmówi również wydania kolejnego skierowania w imię „oszczędzania lasów”, bo przecież pacjent został objęty opieką specjalistyczną, na co dowodem jest list z wyznaczonym terminem wizyty kontrolnej.

W tej sytuacji nie ma zadowolonych. Pacjent wychodzi przybity, bo skoro nie ma skierowania na badania, nie ma z czym ruszać, by się dostać do specjalisty. „Nowego” skierowania też nie dostał, bo ponoć „na stronie Funduszu wisi”, że nie trzeba odnawiać skierowań co roku w przypadku stałego leczenia.

- Kto ma mnie w końcu leczyć? Rodzinny czy specjalista?”- zastanawia się pacjent. Cóż pozostaje? Zmienić lekarza rodzinnego, a wtedy nie przyznać się do posiadanego listu od specjalisty lub wykonać badania na własny koszt i jakimś cudem dostać się przed jego oblicze. Czy faktycznie tak stresujące musi być przemieszczanie się chorych między poradnią lekarza rodzinnego a poradnią specjalistyczną?

Don Kichote w sieci punktów

Dla przykładu: wprowadzony od lipca 2011 roku system punktowy, obowiązujący w poradni endokrynologicznej, zdecydowanie preferuje kontynuację diagnostyki i leczenia u tzw. „starych” pacjentów. Grozą napełnia lekarza pacjent, który zgłasza się po raz pierwszy, gdyż zazwyczaj przychodzi z pojedynczym badaniem dodatkowym, wymaga za to zebrania wnikliwego wywiadu i przeprowadzenia dokładnego badania, a także zlecenia mnóstwa badań dodatkowych, a punktów za to jak na lekarstwo. Kolejne wizyty mogą być rozliczone punktowo tylko w przypadku wykonania przez chorego konkretnej diagnostyki. Jej koszty są bardzo wysokie, nie ma bowiem „cen urzędowych”, a to zmusza do takiego lawirowania między zleceniami tzw. wyników, by choć „trochę” zostało dla specjalisty, bo przecież czas Judymów mamy za sobą, a do garnka się satysfakcji nie wrzuci.

Przypomina mi to walkę z wiatrakami. Jest to moim zdaniem droga prowadząca donikąd. Jestem endokrynologiem i przez dwa lata przyjmowałam pacjentów „na NFZ”. Okazało się jednak, że - jako podmiot świadczący usługi dla NFZ, nie mogę mieć podkontraktu na świadczenie usług specjalistycznych i rozstałam się z poradnią.

Dylematy rodzinno-specjalistyczne i kultura

Ogromnie stresujące było dla mnie zliczanie punktów, a co za tym szło, tłumaczenie pacjentom, że nie mogę ich przyjąć, bo mam limit miesięczny. Z ulgą wracałam do pracy w mojej przychodni podstawowej opieki zdrowotnej, bo tu - przy stawce kawitacyjnej, mogłam przyjąć wszystkich, którzy tego potrzebowali. Oczywiście było mi żal, że nie mogę wykorzystać mojej wiedzy endokrynologicznej, bo wykracza ona poza zakres obowiązków lekarza rodzinnego, ale praca w poradni była dla mnie bardzo przykra. Nie byłam w stanie sprostać wymaganiom chorych, którzy zwyczajnie nie rozumieli obowiązujących w AOS-ie zasad.

„Jak się pani nie chce ludzi leczyć, niech pani odda dyplom”- urągali ci, którzy nie mogli się do mnie dostać. „Co mnie obchodzą jakieś punkty! Jestem ubezpieczony i łaski pani nie robi! Pracować się pani nie chce i tyle!” Nigdy wcześniej nie spotkało mnie tyle niezadowolenia ze strony pacjentów, co podczas tego dwuletniego epizodu. Może jestem naiwna, ale analizując pracę jako endokrynolog, uważam, że specjalista powinien otrzymywać wynagrodzenie za wykonaną przez siebie usługę, na podobieństwo pracy w gabinecie prywatnym, badania dodatkowe zaś, tak jak to się dzieje przy badaniach takich jak TC czy MRI, powinny być finansowane bezpośrednio przez NFZ. Wtedy ceny badań nie byłyby wygórowane, a pacjent nie miałby problemu z realizacją skierowania od specjalisty. Obecnie, jeśli otrzyma zlecenie na pobranie krwi z poradni mieszczącej się przykładowo w mieście wojewódzkim, tylko tam może wykonać diagnostykę w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. Rzadko która poradnia ma umowę z ościennymi laboratoriami. Dzięki takiej organizacji „pieniądze zostają w domu”, bo pacjent przeliczy, że zamiast tracić 30 zł na dojazd do laboratorium np. w Szpitalu Wojewódzkim, najpierw spróbuje wymusić „przepisanie” skierowania przez lekarza POZ , a jeśli nie odniesie sukcesu, w ostateczności z bólem serca sam pokryje koszt badań w miejscowym laboratorium.

Węzeł gordyjski systemu

To, co się dzieje dzisiaj, to jeden wielki harmider, a właściwie przerzucanie kosztów na lekarza podstawowej opieki zdrowotnej lub świadczeniobiorcę. Kolejne pomysły decydentów nie przynoszą rozwiązań, a wręcz konfliktują nasze starzejące się społeczeństwo i tak już znękane chorobami cywilizacyjnymi, z osobami niegdyś nazywanymi „służbą zdrowia”, dzisiaj określanymi jako „ świadczeniodawcy usług medycznych”. Chyba każdy się ze mną zgodzi, że pacjent trafiający w sidła obowiązującego systemu opieki zdrowotnej musi mieć końskie zdrowie, lekarz zaś - sokoli wzrok, by dostrzec potrzeby chorego pośród stosu papierów, przepisów i ewentualnych konsekwencji swoich zaniechań.

A „SYSTEM”? Jak mu tam? Spokojnie! „System” ma się dobrze. Decydenci przecież nie muszą stać w kolejce do specjalisty. „System” zatroszczył się o ich zdrowie, by mogli w dobrostanie fizycznym i psychicznym wymyślać dalsze komplikacje systemu opieki zdrowotnej w naszym kraju. W mediach „System” prezentuje się świetnie, ma coraz ładniejsze twarze i z nosem długim jak u Pinokia wciąż obiecuje, że będzie lepiej.

Strona 2 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY