Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

Ochrona zdrowia

Ochrona zdrowia (18)

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

ZOSIA SAMOSIA

Napisane przez

Ministerstwo Zdrowia ponownie wylewa dziecko z kąpielą. Miało być mniej biurokracji, będzie jeszcze więcej wyciętych drzew. Od stycznia 2015 roku pacjent nie dostanie się bez skierowania do dermatologa i okulisty.

Taki zapis widnieje w nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych. Dziennikarze zasypują pytaniami, ministerstwo odpiera ataki. Uzasadnienie wprowadzenia skierowań – co najmniej dziwne.

Od lat tak okulista, jak i dermatolog przyjmowali chorych bez poprzedzającej wizyty u lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. To pacjent decydował o konieczności takiej porady. Rzekomo lekarze rodzinni są pomijani przez chorych, ci bowiem z grzybicą lub zapaleniem spojówek, czy jęczmieniem – od razu biegną do specjalistów. Nowelizacja ma uporządkować system.

Czy jest to realne? Na tym polu najbardziej widać brak konsultacji podczas pracy nad nowelizacją ustawy ze środowiskiem lekarzy pracujących w podstawowej opiece zdrowotnej i ze specjalistami. Przecież wystarczy prześledzić, jak wiele leków okulistycznych, bądź dermatologicznych, jest wypisywanych na receptach przez lekarzy rodzinnych. I nie zawsze chodzi o kontynuację leczenia specjalistycznego.

Mieszkaniec małej miejscowości, nim pomyśli o leczeniu u dermatologa, pokazuje niepojące zmiany skórne swojemu lekarzowi. Podobnie zachowuje się, gdy cierpi na zapalenie spojówek. Lekarz bada i podejmuje leczenie. Na konsultację specjalistyczną wysyła jedynie w uzasadnionych przypadkach. Tak było do tej pory.

Jak będzie od stycznia przyszłego roku? Lekarz rodzinny będzie leczył swoich chorych jak dotychczas. Wydłuży się jednak czas oczekiwania na wizytę. A to za sprawą tych, którzy będą przychodzić „tylko po skierowanie”. Od stycznia każdy pacjent, chcący zmienić okulary, będzie musiał najpierw oznajmić to lekarzowi rodzinnemu, by uzyskać skierowanie. Wydłuży to kolejki w POZ, nie zmniejszy ilości oczekujących na poradę specjalistyczną. Moi pacjenci z problemami skórnymi będą się mnie radzić, jak do tej pory – tyle, że nie wystarczy już przekierowanie ustne do specjalisty, trzeba będzie wypełnić kolejny druk kosztem czasu poświęconego innym pacjentom.

Rozumiem poniekąd ministerstwo. Ma miejsce zjawisko nadkonsumpcji usług, zarówno w podstawowej opiece zdrowotnej, jak i w specjalistyce. Ilością porad udzielanych przez lekarza rodzinnego nikt się nie przejmuje. Płaci się przecież stawkę kapitacyjną, czyli uśrednioną, w miesięcznych transzach, więc – zgodnie z myśleniem urzędników – dokładać pracy w POZ można w nieskończoność. Inaczej wygląda sytuacja z poradami u specjalistów: tutaj każda usługa jest opłacana zgodnie z wyceną punktową. Dołożyć punktów/porad nikt nie chce, więc postanowiono zmniejszyć ilość zainteresowanych poradą poprzez zmuszenie pacjentów do leczenia się u lekarza rodzinnego.

Doprawdy, nie wiem, skąd bierze się przekonanie o ustawicznym przekierowywaniu chorych do poradni specjalistycznych. Zapomina się, że w dobie internetu znacznie wzrosła świadomość naszego społeczeństwa i stąd wzrost zapotrzebowania na porady specjalistyczne. Rzeczywiście, jest grupa osób nadmiernie wykorzystujących możliwości systemu opieki zdrowotnej. To często osoby starsze, schorowane, wymagające wsparcia środowiskowego. Z braku zajęcia potrafią odwiedzić swojego lekarza rodzinnego kilka razy w jednym tygodniu. To po receptę, to po skierowanie na badania, to znowu, by dopytać. Niekiedy „przepadają” na dłużej, bo zasilają wtedy poczekalnie w poradniach specjalistycznych.

Oczywiście, nikt nie odbiera im prawa do leczenia. Nie podlega jednak dyskusji, że to jest właśnie blokowanie miejsc w kolejkach do lekarza – i tego z POZ, i specjalisty. Może ministerstwo zajęłoby się rozwiązaniem tego problemu? Lekarze skupieni w organizacjach związkowych są otwarci na współpracę celem znalezienia systemowych rozwiązań. Do tej pory odrzucone zostały wszelkie propozycje lekarzy-praktyków. Była szansa na poprawienie błędnych zapisów przy konstruowaniu nowelizacji ustawy o opiece zdrowotnej. Kolejny raz punkt widzenia uzależniony był od punktu siedzenia. Pominięto uwagi środowisk świadczących usługi medyczne. Czy w takiej sytuacji może być dobrze w systemie opieki zdrowotnej w naszym kraju? Niestety, nie. Minister Zdrowia nikogo nie słucha. To taka Zosia Samosia.

czwartek, 24 lipiec 2014 19:28

RÓWNI I RÓWNIEJSI

Napisane przez

Największą bolączką osób przewlekle chorych jest konieczność comiesięcznego zaopatrywania się w leki. Nie jest już problemem wizyta u lekarza rodzinnego, gdyż po ustaleniu leczenia, przy dobrej organizacji przychodni, pacjent otrzymuje recepty na trzy miesiące kuracji. Brakuje aptek? Nie. To na czym polega problem?

Zwyczajnie nie starcza chorym pieniędzy na leki. Często właśnie wysokie ceny leków i obowiązujące zasady ich refundacji są źródłem konfliktów na linii lekarz-pacjent. Wynika to z faktu, że dany preparat ma różną odpłatność w zależności od rodzaju schorzenia osoby, której jest zlecany. W ten sposób SYSTEM podzielił nasze społeczeństwo na grupy i jedni kupują dany lek na ryczałt, inni na 30 procent, pozostali – najmniej rzecz jasna zadowoleni – na 100 procent.

Wzdycham do czasów słusznie minionych. Wtedy skupiałam się na diagnozowaniu i leczeniu, teraz muszę znać odpłatność poszczególnych preparatów. Ostatnio zszokowała mnie informacja przekazana przez jednego z właścicieli aptek: że niektórzy moi pacjenci wykupują jedynie tańsze pozycje na recepcie. Sami, bez uzgodnienia z lekarzem, rezygnują z zaleconej terapii. Jakie mogą być skutki takiej samowoli – nie trudno przewidzieć. Nie wynika to, moim zdaniem, z braku zaufania do lekarza, albo celowego niestosowania się do jego zaleceń. Nie starcza funduszy, a z próżnego to i Salomon nie naleje.

Przeciąć węzeł gordyjski

Ubożeje nasze społeczeństwo. Osób przewlekle chorych przybywa. Zazwyczaj pacjent musi stosować kilka preparatów, co znacznie nadwyręża domowy budżet. Próbuję zrozumieć zasady, jakimi kierują się urzędnicy ustalający limity cenowe leków oraz wskazania do refundacji. Nie znajduję klucza. Nie wiem, jak wyjaśnić fakt, że osoba stosująca lek z powodu migotania przedsionków musi zapłacić za niego 100 procent, czyli kwotę między 300 a 500 złotych na miesiąc, podczas gdy ktoś inny – z rozpoznaniem zatorowości płucnej – zapłaci za lek 30 procent.

Pacjent wybrać choroby nie może, stoi więc z kolejce po leki pełen dylematów, co wybrać: kupno chleba czy tabletek. Oj, nie podoba mi się system refundowania leków, nie podoba. Oj, krzywdzi nas obywateli, oj, krzywdzi. Na nic się nie zdają protesty lekarzy, organizacji pacjentów. SYSTEM wie lepiej, kto ma się leczyć na koszt państwa, a kto... odchodzić od lady aptecznej z kwitkiem.

Nierówne traktowanie chorych bulwersuje mnie za każdym razem, gdy wybieram w programie komputerowym odpłatność za lek w zależności od schorzenia, z którym się pacjent do mnie zgłosił. Stres dla lekarza, stres dla pacjenta. Ten pierwszy, w razie pomyłki, zwróci NFZ pieniądze „z tytułu nienależnie wypłaconej refundacji”, ten drugi będzie pomstował w aptece na swego lekarza rodzinnego, że „pożałował” mu zniżki na lek.

Jak przeciąć ten gordyjski węzeł? Znajduję proste rozwiązanie: jeśli pacjent jest ubezpieczony, powinien mieć refundację leku przy jego stosowaniu, zgodnie z charakterystyką produktu leczniczego. Co oznacza w praktyce ta skomplikowana konstrukcja słowna?

Wyjaśnię na przykładzie. Substancja chemiczna o nazwie carvedilol ma rejestrację, czyli wskazania do stosowania w nadciśnieniu tętniczym samoistnym, przewlekłej stabilnej chorobie wieńcowej, w leczeniu wspomagającym przy stabilnej przewlekłej niewydolności serca o nasileniu umiarkowanym lub ciężkim. Obecnie SYSTEM przewiduje odpłatność dla pacjenta próg 30 proc. TYLKO w przypadku „udokumentowanej niewydolności serca w klasach II-IV wg NYHA” oraz „zastoinowej niewydolności serca w przypadkach innych niż określone w CHPL- u dzieci do 18. roku życia”.  Pacjenci chorujący na nadciśnienie czy chorobę niedokrwienną serca (tzw. „wszystkie pozostałe wskazania”) płacą za lek 100 procent.

Zachorować szczęśliwie

Można by rzec, nie mieli – ci płacący 100 procent za lek – szczęścia. Zachorowali bowiem „nie na tę chorobę”, w której lek ma refundację. To trochę śmiech przez łzy. Uważam, że tak ustalone zasady refundacji dzielą nas – obywateli. Przepisy są oderwane od rzeczywistości. Czy naprawdę ci, co je opracowują, w ogóle nie chorują? A może urzędnicy powinni zejść z obłoków na ziemię? Zdałoby się w praktyce sprawdzić działanie SYSTEMU. Wcielić się w rolę przeciętnego pacjenta. Wyciągnąć wnioski i... skierować politykę lekową na właściwe tory. Uważam, że wszystkie preparaty stosowane zgodnie ze wskazaniami (CHPL) powinny być przynajmniej częściowo refundowane. 100 procent powinniśmy płacić za leki zlecane poza wskazaniami do stosowania.

Zdaję sobie przy tym sprawę z tego, jak trudne jest prowadzenie gospodarki lekami. Chwała ministrowi za negocjacje cen leków z firmami farmaceutycznymi. Niektóre preparaty stały się rzeczywiście bardziej dostępne dla chorych. Kolejnym krokiem w porządkowaniu SYSTEMU powinny być zatem rozmowy przy udziale przedstawicieli środowisk świadczeniodawców i świadczeniobiorców, by zasady refundacji leków były przejrzyste i jak najmniej krzywdzące chorych – i tak już dotkniętych przez los przewlekłym schorzeniem. Tylko wtedy leczenie przyniesie efekty, jeśli pacjent wykupi leki i zastosuje je zgodnie z zaleceniem lekarza prowadzącego, a przed apteczną ladą nie będzie równych i równiejszych.

wtorek, 25 marzec 2014 20:47

ZROZUMIEĆ PACJENTA, ZROZUMIEĆ LEKARZA…

Napisane przez

Seriale ze stetoskopem w tle biją rekordy oglądalności – i rzeczywiście, wyparły modę na opowieści o świecie mody i wielkiego biznesu. Odsłaniane są w nich przecież tajemnice tak skrzętnie skrywane za drzwiami lekarskich gabinetów i pracowni diagnostycznych. Bezkrytycznie wierzymy w prawdy ekranu.

Nie przeszkadza w tym widok filmowych poczekalni świecących pustkami, albo personelu wypijającego kolejną kawę podczas czekania na pacjenta. Jakoś nie razi nas nieprawdziwość sytuacji i działania sprzeczne z przepisami, gdy w szpitalu przyjmuje chorych w ambulatorium  lekarz przypadkowo przechodzący korytarzem – i to bez względu na przypisywaną mu przez scenarzystów specjalizację.

Skąd takie zainteresowanie światem białych kitli? Pewnie stąd, że każdy z nas jest potencjalnym pacjentem, a do tego po trosze medykiem? A może odzywa się pragnienie, by w sytuacji, gdy choroba zapuka do naszych drzwi, znalazł się fachowiec, co to poleczy ciało i duszę, a gdy zajdzie potrzeba – i krowę wydoi albo dziecko odbierze ze szkoły? Faktycznie dobrze się ogląda i komentuje bohaterów ekranu, gorzej wejść w ich rolę „w realu” i zacząć wędrówkę po labiryncie systemowych rozwiązań.

Prawda ekranu kontra realia

Mieszkańcy gminnych miejscowości po ratunek pójdą do lekarza rodzinnego. Ten zna ich od lat. Tutaj nikt nie jest anonimowy. Tu będzie tak samo rodzinnie, jak w serialu. Trudniej mają mieszkańcy aglomeracji, zagubieni w wielkich przychodnianych molochach. Mamy gotowe wzorce. Pilot do ręki i naprzód. Co stoi zatem na przeszkodzie, by ideał stał się rzeczywistością? Co tak bardzo odróżnia film od prawdziwego życia?

Moim zdaniem, chodzi o kontakt na linii lekarz-pacjent. Serialowi lekarze poświęcają swoim podopiecznym bardzo dużo czasu. Ba, często następuje znaczne skrócenie dystansu i wchodzenie w prywatne strefy psychologiczne. A jak jest w życiu, gdy zazwyczaj każdy medyk choruje na brak czasu? Niestety, ilość osób, które oczekują pomocy jest ogromna, a doba ma tylko 24 godziny. I to się mści na wszystkich. Gros niepowodzeń w terapii ma bowiem swoje źródło w złym przepływie informacji, bo aż 60 procent skuteczności leczenia zależy od  dobrej relacji z pacjentem.

Większość skarg na lekarzy ma również swoją przyczynę w nieprawidłowym komunikowaniu się w przebiegu całego procesu diagnostyki i leczenia. Wzajemne zrozumienie znacznie zmniejsza ryzyko popełnienia błędu medycznego. Jeśli chory dobrze zrozumie intencje lekarza i jego zalecenia, częściej respektuje wymogi terapii. Jak zatem poprawić obecny stan rzeczy? Czy wina leży wyłącznie po stronie białego personelu? Czy pośpiech może być wytłumaczeniem lekarskich zaniedbań? Wydaje się, że nic prostszego jak wysłuchać pacjenta, zbadać, spokojnie kilkukrotnie wyjaśnić plan leczenia, odpowiedzieć na pytania, wskazać najlepsze rozwiązania i na koniec, dodawszy otuchy, zaprosić na kolejną wizytę.

Podczas tej wyliczanki mimowolnie uśmiecham się do siebie. Nie dalej, jak dzisiaj rano, usłyszałam relację mojego pacjenta z wizyty u specjalisty. Zachwyt nad kompetencją lekarki nie miał granic, więc nie bardzo rozumiałam celu zgłoszenia się do mnie. Okazało się, że kryształowa postać miała pewien defekt. Pani doktor wprawdzie zebrała wywiad, lecz po zbadaniu pacjenta najpierw długo wypełniała stos papierów, by wreszcie, z przepraszającym uśmiechem, poinformować chorego, że wszystkie zalecenia są zapisane na karteczce, gdyż nie ma już czasu na wyjaśnianie, bo kolejni czekają. Niestety, mój rozmówca nie mógł odczytać zapisków i dlatego potrzebował mojej pomocy. Wspólnie rozszyfrowaliśmy zalecenia, lecz odbyło się to kosztem innych nerwowo chrząkających pod drzwiami.

System oparty na kolejkach

Nie rzucę kamieniem w koleżankę po fachu. System zmusza nas do gonitwy, a w sytuacjach konfliktowych zwyczajnie umywa ręce i odpowiedzialność przerzuca wyłącznie na nas. Zwykle, jak każdy lekarz, staram się postępować według pewnego schematu wizyty, przywiązując wielką wagę do omówienia planu terapii i zaleceń. Ale gdy tłum napiera, kolejne etapy muszą być skrócone do niezbędnego minimum i to kosztem właśnie rozmowy z pacjentem. Nie ma przecież limitu porad przypadających na lekarza w podstawowej opiece zdrowotnej. Specjalista też ma zawsze nadmiar potrzebujących i wiele pilnych przypadków.

Tak wiele mówi się o dostępności do świadczeń. Z założenia każdy pacjent, który ma taką potrzebę, powinien uzyskać poradę w gabinecie lekarza rodzinnego tego samego dnia. Specjalista również nie może odesłać w sprawach poważnych. Niestety, przy tak nieudolnie prowadzonych przez nasz system opieki zdrowotnej działaniach zapobiegawczych wciąż zauważamy nadmierne zapotrzebowanie na usługi medyczne. Pośpiech lekarza działa na niekorzyść pacjenta.

W razie niezadowolenia z efektów terapii nikt jednak systemu do sądu nie poda. Zdrowia to też nikomu nie wróci, a lekarzowi dobrego imienia. Zatem dobre zrozumienie się leży w interesie i lekarza, i pacjenta. Na podobieństwo naszego ministra, chciałoby się wystosować list do pacjentów z zaproszeniem do współpracy według konkretnych zasad. Szanujmy wzajemnie swój czas, dajmy też szansę innym potrzebującym.

Wiedzieć, od czego zacząć

Zanim udamy się do przychodni, zastanówmy się nad swoimi problemami zdrowotnymi i oczekiwaniami. Sakramentalne głoszone od wejścia do gabinetu „nie wiem od czego zacząć” sugeruje, że nie ma konkretnej przyczyny zgłoszenia się po poradę. Pomocne jest spisanie na kartce dolegliwości, leków do powtórzenia oraz spraw, które „chcemy załatwić przy okazji”. Nie obawiajmy się też pytać, jeśli nie rozumiemy zaleceń. Poprośmy o zalecenia na piśmie, o ile sam lekarz nie uczynił tego wcześniej. Spójrzmy też, czy potrafimy odczytać wręczone zapiski.

Panujmy nad emocjami. Około 2 proc. chorych to osoby agresywne i roszczeniowe. Nie ma szans na zadowolenie, choćby trafili do Leśnej Góry. Tacy pacjenci generują 98 proc. stresu w ciągu zwykłego dnia pracy białego personelu. Niekorzystnie też wpływają na atmosferę w zakładzie opieki zdrowotnej i na innych chorych. Jedyną radą na furiatów jest uprzejma stanowczość, nie wdawanie się w dyskusję – ale i tak zawsze odbywa się to kosztem tych spokojnych, którzy wolą przepuścić w kolejce krzykacza.

Wiele roszczeń o odszkodowania lub pociągnięcie lekarzy do odpowiedzialności dotyczy zabiegowców. Gdzie leży przyczyna? Znowu winien jest pośpiech. O dziwo, nietrzeźwość lekarza, tak bardzo nagłaśniana w mediach, to sytuacje wyjątkowe i bardzo dla nas – jako środowiska – wstydliwe. Większość skarg wynika z braku odpowiedniego poinformowania pacjenta o samym przebiegu zabiegu i ewentualnych powikłaniach. Tutaj też proponuję, by pytać i egzekwować prawo do informacji. Każdy z nas ma inny temperament, inną osobowość. Wielu z nas to ludzie czynu, którzy nie mają daru do długich tłumaczeń, rozmów, albo mają tak napięty grafik, że spotkania z chorym muszą skracać maksymalnie jak się da. I znowu: proponuję pomoc w postaci zapisania pytań na karteczce. To nic, że rozmawiał z nami anestezjolog, albo już raz lekarz prowadzący „wszystko” nam wyjaśniał. Dopytajmy. Rozwiejmy niepokój i wątpliwości.

Podstawą skutecznego leczenia jest poczucie bezpieczeństwa, a przecież tu chodzi o nasze zdrowie i życie. Wiem, wiem, to lekarz ma tak tłumaczyć, by chory zrozumiał, ale nie zawsze przecież ma świadomość, że język, którego używa, jest zbyt specjalistyczny. Naszym celem jest: nie szkodzić i leczyć, dokładając należytej staranności, lecz jesteśmy tylko ludźmi i po kolejnym dyżurze w SOR, gdzie mieliśmy całą noc przeprawy z awanturnikami, będącymi pod wpływem alkoholu, albo też po przyjęciu czterdziestej osoby w POZ, brak nam zwyczajnie sił i cierpliwości, by odpowiadać na pytanie w stylu „od czego by tu zacząć”. Zapraszam zatem naszych pacjentów do współpracy dla naszego wspólnego dobra.

środa, 22 styczeń 2014 01:17

BARTOSZYCKI SZPITAL EDUKUJE MIESZKAŃCÓW REGIONU

Napisane przez

Ze Sławomirem Wójcikiem, dyrektorem Szpitala Powiatowego w Bartoszycach rozmawia Anna Osowska

ANNA OSOWSKA:  Jest pan chirurgiem od lat związanym z bartoszyckim szpitalem. Obecnie piastuje Pan stanowisko dyrektora Szpitala Powiatowego w Bartoszycach. Jaką rolę pełni szpital powiatowy w systemie opieki zdrowotnej naszego kraju?

SŁAWOMIR WÓJCIK: Szpitale powiatowe można podzielić na kilka kategorii. Są szpitale z podstawowymi oddziałami, jak wewnętrzny, chirurgia, pediatria i ginekologia. Nasz szpital ma dwanaście oddziałów i, co za tym idzie, jego zasięg jest ponadpowiatowy. Mamy oddziały specjalistyczne. Jest, miedzy innymi, rehabilitacja dziecięca, rehabilitacja neurologiczna dorosłych, nefrologia ze stacja dializ, oddział chorób płuc, ortopedia. Wiodącym oddziałem jest Szpitalny Oddział Ratunkowy, do którego przywożeni są  pacjenci z całego regionu.

Jak duże jest zapotrzebowanie na świadczenia szpitalne?

Nasz szpital leczy rocznie ok 18 tysięcy pacjentów. Część z nich z powodzeniem mogłaby być leczona ambulatoryjnie. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że leczenie szpitalne jest znacznie droższe niż ambulatoryjne.

Jak sobie z tym radzą pracownicy szpitala?

Szpital jest placówką zajmującą się tylko i wyłącznie leczeniem stacjonarnym. Poradnie lekarza rodzinnego i poradnie specjalistyczne znajdują się poza strukturami szpitala. Staramy się informować i edukować pacjentów w tym zakresie. Niestety z różnym skutkiem.

Jak powinna przebiegać diagnostyka i leczenie pacjenta zanim trafi do szpitala?

Pacjent powinien być stale i przede wszystkim pod opieką lekarza rodzinnego. I to lekarz rodzinny powinien decydować o diagnostyce, leczeniu i ewentualnie kierować  chorego do specjalisty czy szpitala. W ugruntowanych systemach opieki zdrowotnej lekarz rodzinny nie tylko kieruje do szpitala, ale i obserwuje to leczenie, a następnie nadzoruje wykonywanie przez pacjenta zaleceń. U nas różnie to przebiega.

Zdarzają się nagłe zachorowania po godzinach funkcjonowania przychodni POZ. Kto wówczas świadczy usługi medyczne? Lekarz rodzinny przyjmuje według harmonogramu. Świadczenia medyczne POZ po godzinie 18 w dni powszednie i w święta są oddzielnie kontraktowane. Gdzie znajdą pomoc mieszkańcy naszego powiatu po godzinach pracy swego lekarza rodzinnego?

Po godzinach pracy lekarza rodzinnego, czyli w dni powszednie od godziny 18 do 8 rano, oraz całodobowo w dni wolne od pracy, w strukturach szpitala funkcjonuje nocna i świąteczna opieka lekarska i pielęgniarska, zarówno ambulatoryjna, jak i wyjazdowa. Ambulatorium to nie przedłużenie pracy lekarza rodzinnego. Tutaj leczymy zachorowania ostre lub zaostrzenia chorób przewlekłych, które wystąpiły po godzinach pracy POZ. Nie uzyskamy tu pomocy typu wizyty kontrolnej lub przedłużenia leków przyjmowanych przewlekle. W przypadku zachorowań ostrych, zagrażających życiu, urazów, wypadków, pacjenci zgłaszają się do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego (SOR).

Jak sprawdza się na co dzień system organizacyjny bartoszyckiego szpitala?

Uważam, że organizacja naszego szpitala jest wręcz modelowa w odniesieniu do obszaru, jakim jest powiat. Funkcjonowanie obok siebie ambulatorium NŚOZ i SOR umożliwia właściwą, bezpieczną i wygodną dla pacjenta opiekę doraźną.

Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej powiatu bartoszyckiego w roku 2013 udzielili 216 000 porad w swoich przychodniach. W liczbie tej są też ujęte wizyty domowe. Powiat liczy około 61 tysięcy mieszkańców. Jak wielu pacjentów korzysta z SOR i z Ambulatorium NŚOZ?

W naszym szpitalu w SOR w 2013 r. przyjęto 9200 pacjentów. Lekarze Nocnej i Świątecznej Opieki Lekarskiej udzielili 7150 porad. To bardzo dużo.

Do lekarza rodzinnego pacjent ma prawo zgłosić się z każdym problemem zdrowotnym. Czy zdarzają się nieuzasadnione zgłoszenia pacjentów do SOR lub Ambulatorium?

Przyjmuje się, że 20-30 proc. przypadków jest leczonych w SOR, choć nie ma do tego wskazań. Podobnie do ambulatorium NŚOZ nie powinni zgłaszać się ci, którzy zwyczajnie pominęli swojego lekarza rodzinnego, albo nie odpowiadał im zbyt długi czas oczekiwania na wizytę do specjalisty. Po godzinie 18 ustawiają się kolejki tych, którzy nie mogli – albo nie chcieli – pójść do lekarza rodzinnego lub nie zostali przez niego przyjęci. Okazuje się, że niektórzy przychodzą do ambulatorium celem wizyty kontrolnej w trakcie leczenia. Jest to nieporozumienie. Lekarze ambulatorium mają udzielać pomocy doraźnej, nie zaś zastępować lekarza rodzinnego czy specjalistę. Prośba o powtórzenie leków przyjmowanych przewlekle jest zwyczajnym nadużyciem i niepotrzebnie generuje konflikty.

Wróćmy do tych chorych, którzy rzeczywiście wymagają pomocy szpitala. Jak pacjent ma się odnaleźć w budynku szpitala?

Przed wejściem do szpitala znajdują się tablice informacyjne. Są oznaczone trzy kierunki: Izba Przyjęć, Ambulatorium NŚOZ oraz SOR – EMERGENCY. Pacjent może być przyjęty do szpitala w trybie planowym, wtedy, gdy posiada skierowanie z wyznaczonym terminem przyjęcia. Wówczas trafia do IP w godzinach 8-15. Jeżeli pacjent posiada skierowanie pilne, to w godzinach pracy IP trafia właśnie tam, a po godzinie 15.00 lub w przypadku, gdy skierowania nie ma, a potrzebna jest mu pilna pomoc medyczna, trafia do SOR TRIAGE.

Kto decyduje o tym, jak szybko i w jakiej kolejności zostanie udzielona pomoc osobie zgłaszającej się do szpitala?

W przypadku, gdy pacjent ze swoim problemem zdrowotnym przychodzi do szpitala, oczywiście – nie posiadając skierowania – trafia do punktu określanego jako TRIAGE, czyli punktu segregacji. W punkcie tym kwalifikowany personel nadaje status i wskazuje, dokąd pacjent powinien przejść. Zajmują się tym wykwalifikowane pielęgniarki oraz ratownicy medyczni. Ratownicy medyczni są to wykwalifikowani pracownicy, którzy specjalizują się w czynnościach ratunkowych. Z TRIAGE pacjent jest kierowany do lekarza NŚOZ lub do SOR.

Jaki jest czas oczekiwania na pomoc lekarską?

W NŚOZ czas oczekiwania jest zależny od długości kolejki oczekujących. Inaczej jest w SOR. Tutaj każdy pacjent otrzymuje odpowiedni znaczek-kolor. Kolor zielony oznacza, że pacjent nie ma stanu zagrożenia życia, lecz wymaga diagnozowania oraz leczenia w SOR – i może oczekiwać do 180 minut. Kolor żółty – poważniejsze schorzenie, więc oczekiwanie może wynieść do 90 minut. Kolor czerwony określa stan bezpośredniego zagrożenia życia i czas oczekiwania nie może przekraczać 10 minut, ale najczęściej pacjent w ogóle nie czeka. Pacjenci przywożeni przez zespoły ratownictwa medycznego przyjmowani są poza kolejnością.

Od jak dawna funkcjonuje Szpitalny oddział ratownictwa?

SOR w Bartoszycach istnieje od ponad dziesięciu lat, a w nowych pomieszczeniach funkcjonuje od połowy 2012 r.

Mówiliśmy o nieuzasadnionych zgłoszeniach do SOR. Jak jest z wezwaniami karetki pogotowia?

Jeśli pacjent ma dysfunkcje narządu ruchu lub jest w stanie uniemożliwiającym samodzielne zgłoszenie się do szpitala, a wymaga udzielenia pomocy medycznej w trybie pilnym, może z niej skorzystać, dzwoniąc na numer alarmowy 112 lub 999. Dyspozytor koordynuje pracę zespołów ratownictwa medycznego w województwie. Centrum Powiadamiania Ratunkowego (CPR) znajduje się w Olsztynie. Na naszym terenie stacjonują cztery zespoły Ratownictwa medycznego (RTM). Trzy podstawowe, tzw. „P”, i jeden specjalistyczny – „S”. W podstawowym zespole jeżdżą ratownicy, w specjalistycznym jeździ też lekarz. Zasięg działania zespołów ratowniczych jest ponadpowiatowy. To dyspozytor CPR  decyduje, który zespół jest najbliżej miejsca zdarzenia i zleca mu dojazd do chorego. Stąd do mieszkańca naszego powiatu może przyjechać zespół wyjazdowy spoza Bartoszyc.

Czy często zdarzają się nieuzasadnione wezwania karetki?

Nie ma już tak wielu tego rodzaju sytuacji. Większa jest świadomość społeczeństwa. Plagą są natomiast wyjazdy do osób nietrzeźwych. Nie oznacza to, że osoba pod wpływem alkoholu nie może być chora. Dopiero po zbadaniu pacjenta można stwierdzić, że nie było wskazań do wezwania zespołu wyjazdowego. Na szczęście, obecnie prawie nie zdarzają się wezwania fałszywe. Kiedyś faktycznie było to nagminne.

W jaki sposób należy wezwać pogotowie?

Jeżeli decydujemy się na wezwanie karetki, powinniśmy zrobić wszystko, by dotarła do miejsca zdarzenia w możliwie najkrótszym czasie. Przede wszystkim, należy opanować panikę i najpierw przystąpić do udzielania pierwszej pomocy, jednocześnie zlecając wezwanie pogotowia którejś z obecnych osób. Jeśli jesteśmy sami, to najpierw spróbujmy chorego uratować. Nie obawiajmy się podjąć czynności pierwszej pomocy. Gdy wzywamy karetkę, trzeba wiedzieć, do kogo wzywamy, w jakie miejsce oraz, oczywiście, z jakiego powodu. Ile osób jest poszkodowanych. W tym miejscu chciałbym apelować do samorządowców: zmorą jest brak oznakowania budynków, a często bezładne numerowanie zabudowań opóźnia dojazd. Numery powinny być duże i umieszczone w widocznym z drogi miejscu.

Dobrze oznakowany budynek wystarczy?

Po wezwaniu pogotowia warto, by na drodze ktoś oczekiwał karetki i dał wyraźny znak zespołowi wyjazdowemu, że to właśnie tu znajduje się poszkodowany.

Czy zdarza się utrudniony dojazd do chorego?

Zła jakość dróg pogarsza komfort przewozu chorego i może wydłużyć czas dojazdu. Czasami złe warunki atmosferyczne uniemożliwiają dotarcie karetki na miejsce zdarzenia i musimy się posiłkować innymi pojazdami, np. straży pożarnej lub straży granicznej, lub zwyczajnie – dotrzeć do chorego piechotą.

A pogotowie lotnicze?

Rzeczywiście, funkcjonuje też Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. W niektórych przypadkach dyspozytor może zadysponować użycie w akcji ratowniczej śmigłowca. LPR wykorzystywane jest też do transportów międzyszpitalnych pacjentów będących w ciężkim stanie, wymagających szybkiej interwencji specjalistycznej. W listopadzie 2013 r. bartoszycki szpital zmodernizował swoje lądowisko, dostosowując je do przyjmowania lotów nocnych.

W jaki sposób informacja o zasadach funkcjonowania szpitala dociera do mieszkańców powiatu?

Szpital prowadzi edukację mieszkańców naszego rejonu na bardzo szeroką skalę. Wspomaga nas w tym „Goniec Bartoszycki” – gazeta lokalna – oraz Bart-Sat, lokalna telewizja. Pacjenci, oczekując w poczekalni SOR, mają możliwość poznać zasady działania Szpitalnego Oddziału Ratunkowego i Ambulatorium Lekarzy NŚOZ, a także, zasady zachowania w przypadkach stanu zagrożenia życia. Osiągnęliśmy to, instalując w poczekalni monitor, na którym prezentujemy krótkie filmy edukacyjne.

W tym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra na rzecz SOR-ów. Może warto przedstawić jej pomysł bartoszyckiego szpitala i włączyć do akcji edukacyjnej poradnie lekarza POZ?

Uważam, że jest to bardzo dobry pomysł. Im większa będzie świadomość społeczeństwa, tym krótszy czas oczekiwania na pomoc tych, którzy jej faktycznie potrzebują. Dla przykładu: uczymy, jak kierować akcją ratowania życia, jak się zachować, widząc wypadek komunikacyjny, jak się zachować, widząc omdlenie, drgawki, zasłabnięcie.

Kto poza pacjentami szpitala został włączony w edukację?

Pokazywaliśmy nasze filmy edukacyjne władzom samorządowym. Spotkały się z ogromnym zainteresowaniem. Zależy nam, by dotarły do możliwie licznej grupy mieszkańców naszego rejonu. W opracowanie filmów edukacyjnych zaangażowali się ratownicy naszego szpitala pod kierownictwem koordynatora  SOR, doktora Wojciecha Stefaniaka.

Zatem współpraca z lekarzami rodzinnymi może być kolejnym krokiem w budowaniu świadomości naszej lokalnej społeczności w celu prawidłowego korzystania z SOR i NŚOZ?

Jak najbardziej. Umieszczenie monitora w poczekalni POZ i prezentowanie przygotowanych przez nas materiałów edukacyjnych nie jest kosztowne. A korzyści są bardzo wymierne. Współpraca między szpitalem, a praktykami lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej również na tym polu ma szansę się rozwijać.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:45

SPOKOJNE ŚWIĘTA CZYLI eWUŚ DO POPRAWKI

Napisane przez

Nie ulega żadnej wątpliwości, że gwiazdą systemu opieki zdrowotnej w mijającym roku był eWUŚ, czyli Elektroniczna Weryfikacja Uprawnień Świadczeniobiorców. Oj, dał się on we znaki wszystkim.

System doprowadził do wielu konfliktów, gdyż często błędnie wykazywał brak uprawnień do świadczeń zdrowotnych. Pacjent nie rozumiał, co oznacza, że „świeci na czerwono”, personel  próbował wyartykułować zasady weryfikacji elektronicznej, a kończyło się na skoku ciśnienia tętniczego u obu stron. To, co miało ułatwić pracę, wydłużało kolejki do rejestracji w nieskończoność.

O krok od katastrofy

Na podobieństwo pracy przy taśmie w zakładach opieki zdrowotnej składały się dwa scenariusze: „Dowód osobisty? Dziękuję. Kto następny, proszę?” lub „Dowód osobisty? Brak uprawnień (czyli świecenie w eWUŚ na czerwono)”, co oznaczało niezadowolenie ubezpieczonego – jego oświadczenie – i pomstowanie na macierzystą przychodnię/zakład diagnostyczny/poradnię specjalistyczną/szpital.

Niewielu chorych rozumiało istotę problemu. Awantury o eWUŚ stały się codziennością. Przerwy w łączności paraliżowały pracę przychodni. Pacjenci mieli dość. Personel śnił o eWUŚ po nocach. eWUŚ zaś był jak niechciane dziecko. I nic dziwnego: mnóstwo razy słyszałam stwierdzenia, że po to płacimy składkę zdrowotną, by mieć dostęp do opieki zdrowotnej, wszelkie zaś utrudnienia administracyjne powinny być jak najszybciej niwelowane tak, by chory nie musiał tego przypłacać własnym zdrowiem.

Pacjenci obrzucali system weryfikacji inwektywami. Póki kończyło się na składaniu oświadczeń, można było jeszcze jakoś przystać na ten sposób sprawdzania uprawnień do świadczeń zdrowotnych.  Największy sprzeciw budziło uzależnienie poziomu finansowania podstawowej opieki zdrowotnej (POZ) od eWUŚ. Praktyki miały stracić średnio po 7,5 proc. środków finansowych. Dla wielu gabinetów  lekarskich oznaczało to utratę płynności finansowej. Mało brakowało, a to niedoskonałe narzędzie weryfikacji uprawnień stałoby się powodem upadku instytucji lekarza rodzinnego w naszym kraju, wręcz sprawcą pozbawienia wielu obywateli dostępu do  opieki zdrowotnej.

Fałszywa wyrocznia

Obecnie można skorygować ręcznie uprawnienia doświadczeń zdrowotnych. Zamierzeniem NFZ było, by eWUŚ stał się wyrocznią. Na szczęście przedstawiciele środowiska medyków – Federacja Porozumienia Zielonogórskiego oraz Kolegium Lekarzy Rodzinnych – nie szczędzili wysiłków, by dostarczać coraz to nowych argumentów za tym, by a i owszem, uszczelniać system, ale nie kosztem lekarzy rodzinnych i ich pacjentów.

Kolejne przykłady błędnego działania elektronicznej weryfikacji potwierdziły tezę o wadach ukrytych tego narzędzia. Na szczęście, Prezes NFZ podzieliła obawy świadczeniodawców. Tym razem obyło się bez demonstracji siły. Obie strony mogą mieć satysfakcję: chorzy nie będą ofiarami błędów polityki zdrowotnej, ucichła też wrzawa. Mieszkańcy nawet najbardziej oddalonego od stolicy miasteczka czy wioski mogą spokojnie przygotowywać się do świąt, oswajać z zimą – zamiast wystawać w kolejkach do lekarza rodzinnego po zapas recept „na wszelki wypadek”. Przy wigilijnych stołach nie będzie już rozmów o konfrontacji lekarze rodzinni-Narodowy Fundusz Zdrowia . Zapanowała normalność, czyli lekarz po 1 stycznia będzie czekał w swej przychodni.

Dla naszego starzejącego się społeczeństwa dostęp do opieki medycznej i rehabilitacji jest jedną z najbardziej podstawowych potrzeb. Stres związany z kontraktowaniem usług medycznych, fundowany naszemu społeczeństwu  rokrocznie na przełomie grudnia i stycznia, nie dodaje splendoru żadnej władzy. Przecież Narodowy Fundusz Zdrowia ma nabywać usługi medyczne, nie zaś likwidować system opieki zdrowotnej.

Co po Nowym Roku?

Skoro eWUŚ został odroczony, rodzi się pytanie, czy lekarze podstawowej opieki zdrowotnej będą triumfować, podpisując aneksy do dotychczasowych umów? Jakie korzyści odniesie pacjent, a jakie lekarz? Nowy rok to kontynuacja obowiązujących w 2013 roku zasad funkcjonowania. Bez problemu otrzyma pomoc medyczną, nawet jeśli w eWUŚ błędnie zaświeci się na czerwono. Wystarczy oświadczenie chorego, że jest ubezpieczony, a będzie miał dostęp do bezpłatnej porady, badań diagnostycznych i refundowanych recept. Nadal obowiązuje definicja porady wypracowana w 2010 roku, więc przewlekle chory pacjent otrzyma recepty na leki bez konieczności osobistego zgłoszenia się do gabinetu lekarskiego. Obłożnie chorzy skorzystają z wizyty domowej w ramach ubezpieczenia zdrowotnego, otrzymają też zlecenia na wykonanie zabiegów pielęgniarskich w miejscu zamieszkania – jeżeli oczywiście ich stan zdrowia będzie tego wymagał.

Lekarz rodzinny będzie nadal przewodnikiem po systemie opieki zdrowotnej. To on zdecyduje, kiedy skierować chorego na badania dodatkowe, do poradni specjalistycznej czy do szpitala. Niestety, od świadomości naszych obywateli zależeć będzie decyzja, czy w godzinach wieczornych i nocnych zgłosić się do działu pomocy doraźnej, wezwać  zespół ratunkowy, udać się do ambulatorium lekarza POZ  - czy poczekać do rana i pójść po poradę do swojej przychodni. Żadna reforma tego problemu nie uporządkuje. Tylko edukowanie chorych może z czasem przynieść efekty i przyszpitalne oddziały ratownictwa nie będą odwiedzane przez chorych z błahymi problemami.

Póki co, nie ma pomysłu, jak przeciwdziałać zjawisku nadużywania dostępu do świadczeń medycznych. W POZ obowiązuje składka kapitacyjna, czyli osoby, które nie korzystają ze świadczeń, finansują te, które korzystają. Każdy lekarz rodzinny ma grupę chorych, nadużywającą prawa do bezpłatnych świadczeń. Utrudnia to dostęp tym naprawdę potrzebującym. W specjalistyce nadal obowiązuje wycena punktowa porad, w szpitalu procedury.

Choć zapanował spokój i, póki co, zarówno szpitalom, jak i przychodniom w ciągu najbliższego roku nie grozi widmo bankructwa, reprezentanci środowiska medycznego są dalecy od samozadowolenia i nie mają zamiaru zapadać w sen zimowy. Nie zwiększono środków na leczenie. Zamrożenie środków to gra na zwłokę, czekanie na lepsze czasy. Przedstawiciele środowiska lekarskiego zgodzili się na dotychczasowe warunki finansowe, czym wykazali dobrą wolę. Przed nimi jednak długa droga – negocjowanie umów na kolejne lata.

Przewrotna sprawiedliwość

Może wreszcie NFZ i Ministerstwo Zdrowia, podczas wypracowywania rozwiązań korzystnych dla wszystkich stron, spojrzą na świadczeniodawców, jak na partnerów. Chodzi o to, by podstawowa opieka zdrowotna odzyskała należne jej miejsce w systemie, a opieka specjalistyczna i leczenie szpitalne mogły zapewnić opiekę dla wszystkich, którzy jej potrzebują.

Nie da się nie zauważyć, iż próba odebrania środków za pomocą eWUŚ, paradoksalnie, przyniosła Narodowemu Funduszowi Zdrowia wymierne korzyści. Odwróciła ona bowiem uwagę od faktu, że roczna stawka kapitacyjna przeznaczana na pacjenta nie zmienia się od kilku lat, mimo wzrostu kosztów diagnostyki i leczenia. Znowu świadczeniodawca ma się cieszyć z tego, że mu „nie zabrano”. Opieka specjalistyczna i szpitalna potraktowane zostały podobnie jak POZ. Kontrakty na tym samym poziomie, z niewielkimi cięciami (zmniejszenie liczby punktów o 1 proc. – powiat bartoszycki), to tylko z pozoru zapewnienie ciągłości funkcjonowania zakładów. To taki paradoks naszej rzeczywistości. Pokutuje zasada: lepszy rydz niż nic. Jedno trzeba przyznać. System opieki zdrowotnej jest wreszcie sprawiedliwy: nie wyróżnił nikogo. W rzeczywistości umniejszył wszystkim. Nie ma więc powodów do radości.

Dla kierujących zakładami oznacza to dalsze cięcie wydatków na podstawowe potrzeby zakładu. A co z chorymi? Problem pacjentów jest wciąż taki sam. Znowu będą skargi na niewystarczający dostęp do świadczeń limitowanych ilością punktów czy procedur. Istnieje ryzyko spadku jakości usług. Jedynie wymagania NFZ pozostają na tym samym poziomie: pacjenci w stanach zagrożenia życia oraz przypadki pilne mają być przyjmowane mimo ograniczeń kontraktu, podobnie inwalidzi wojenni.

Wszystko w ramach podstawowej umowy. Urzędnicy umywają ręce, to medyk decyduje, czy przyjąć chorego. Jeżeli dojdzie do nagłego pogorszenia się stanu zdrowia nieprzyjętego pacjenta, czarny PR – niczym stado hien – napadnie tych, co zawinili – czyli lekarzy – pomijając autorów obowiązujących przepisów. Nikt nie będzie pytał o niezapłacone przyjęcia poza limitem. Centrala NFZ daleko, lekarz pod ręką.

eWUŚ niechaj nam dojrzewa

Z uporem więc będę powtarzać, że powinna być dodatkowa pula na przypadki pilne, zarówno w szpitalach, jak i w specjalistyce. Wystarczy ująć ten wariant porady, czy hospitalizacji, w umowie. Ba, określić, jaki procent mogą stanowić te pilne przypadki. Jestem pewna, że takie rozwiązanie znacznie zwiększyłoby dostęp do świadczeń, mniej też byłoby hospitalizacji, gdyż poradnie specjalistyczne przejęłyby znaczną część ciężko chorych pacjentów. Wiele łóżek szpitalnych zajmują bowiem ci, którzy w porę nie dostali się do specjalisty.

Taka procedura ułatwiłaby też funkcjonowanie podstawowej opieki zdrowotnej. Przy zwiększeniu dostępu do porad specjalistycznych lekarz rodzinny nie miałby dylematu: napisać skierowanie w trybie pilnym do specjalisty, czy skierować chorego do szpitala. Wierzę, że wreszcie KTOŚ znajdzie salomonowe rozwiązanie i udoskonali ten, tylekroć reformowany, system opieki zdrowotnej – tak, by i świadczeniobiorcy (pacjenci) i świadczeniodawcy (zakłady opieki zdrowotnej czy lekarze) byli zadowoleni. Zamiast wylewać dziecko z kąpielą, warto usiąść przy stole i wspólnie zastanowić się nad poprawą systemu opieki zdrowotnej, który – choć nieco kulawy – ratuje jednak wiele istnień ludzkich. A co z eWUŚ?  Podziwiajmy choinkę, łammy się opłatkiem, a eWUŚ… niech pomału dojrzewa.

wtorek, 03 grudzień 2013 22:02

SANATORYJNE FAJFY TYLKO DLA WYBRANYCH?

Napisane przez

O wyjazdach sanatoryjnych krążą legendy. Nic dziwnego, gdyż leczenie klimatyczne istnieje w Polsce od XII wieku. Dzisiaj prym wiodą nowopowstałe i nowocześnie wyposażone ośrodki z bazą hotelową na unijnym poziomie. Przed laty wystarczały drewniane pensjonaty bez wygód, spacery, leżakowanie na słońcu (tak leczono miedzy innymi gruźlicę), ćwiczenia i zabiegi oparte na medycynie naturalnej.

Największą atrakcją poszczególnych kurortów były koncerty  znanych artystów. I tak do Krynicy ruszali miłośnicy Jana Kiepury, a w Szczawnie wypatrywano Mieczysławy Ćwiklińskiej. W Ciechocinku kiedyś podziwiano Hankę Bielicką i jej kapelusze, zaś dzisiaj wspomnienie Don Wasyla wciąż powoduje szybsze bicie serca u niejednej kuracjuszki przechadzającej się pod tężniami.

Pamiętający magię deptaka w Sopocie czy Ciechocinku zasypują żartobliwymi radami aktualnie wyjeżdżających „do wód”. Wielu jednak nie kryje niezadowolenia, gdyż tę formę leczenia uważa za zwykły wypoczynek – i to na koszt państwa. Kilkunastominutowe zabiegi  w minimalnej ilości nie mają, w ich mniemaniu, szansy poprawić stanu zdrowia kuracjusza, który musiał pokonać kilkaset kilometrów meczącej drogi, a teraz biega z budynku do budynku.

Po części przyznaję im rację. Nawał pacjentów niekiedy skutkuje pracą na akord nawet tam, gdzie powinien być spokój i harmonia. Zdecydowanie inaczej do sprawy podchodzą wybrańcy, którym udało się otrzymać skierowanie do sanatorium i je zrealizować. Nie ważne dokąd, istotne, że jadą się leczyć.

Fora internetowe kipią od emocji. Na portalach powtarzają się pytania potencjalnych kuracjuszy, o dziwo, nie o poziom świadczonych usług, lecz o… średnią wieku leczonych w danym ośrodku. Czy pytającym chodzi faktycznie o powrót do zdrowia? Najprawdopodobniej tak, tylko wolą odzyskiwać sprawność wśród rówieśników. Nie można ich za to ganić. Jeśli trafi się do pokoju z wiekową osobą, to wypada jej pomagać, wyręczać, a przecież nikt w pełni zdrowy do sanatorium się nie wybiera. Statystyki pokazują, że rzeczywiście, osoby po 60. roku życia najczęściej korzystają z uzdrowiskowej oferty. Nic dziwnego, dłużej żyjemy, dłużej chorujemy, ale też na szczęście – dłużej chcemy pozostać sprawni i samodzielni.

Możliwości w ramach składki

Wzrosła też świadomość możliwości terapii w ramach składki zdrowotnej.  Podkreślić też należy, iż jedynie Narodowy Fundusz Zdrowia oraz Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych umożliwiają rehabilitację seniorom. Zakład Ubezpieczeń Zdrowotnych kieruje swoją ofertę tylko do osób czynnych zawodowo, licząc na to, że rehabilitacja przywróci je do pracy. ZUS nie ma własnych obiektów, kieruje na rehabilitację do jednostek, z którymi podpisał umowy cywilno-prawne. Turnusy prewencji rentowej trwają  średnio 24 dni i są bezpłatne.  Osoba chora może wyjeżdżać nawet kilka razy w roku, w zależności od stanu zdrowia i wskazań do rehabilitacji.

Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego natomiast zapewnia leczenie w ośrodkach rehabilitacyjnych rolnikom i ich przewlekle chorym lub niepełnosprawnym dzieciom (przynajmniej jeden z rodziców musi być ubezpieczony w KRUS) co 12 miesięcy (w uzasadnionych przypadkach częściej). Kwalifikowane są  osoby zagrożone całkowitą niezdolnością do pracy w gospodarstwie rolnym, albo uznane okresowo za całkowicie niezdolne do takiej pracy, które jednak rokują odzyskanie tejże w wyniku leczenia i rehabilitacji. Dotyczy to jednak wybranej grupy, tj. kobiet do 60. roku życia, mężczyzn do 65. roku życia. KRUS posiada własne ośrodki rehabilitacyjne. Turnusy trwają 21 dni. Koszty pokrywa KRUS. Do leczenia rehabilitacyjnego w pierwszej kolejności kierowani są rolnicy, którzy ulegli wypadkowi w gospodarstwie rolnym oraz osoby przebywające na zwolnieniu lekarskim powyżej 180 dni.

Korzystanie z leczenia rehabilitacyjnego w ramach ZUS lub KRUS nie wyklucza kontynuacji leczenia ambulatoryjnego w ośrodkach sanatoryjnych NFZ. Tutaj, jak wspominałam, na szczęście nie ma ograniczeń wiekowych. Wskazaniem do wystawienia skierowania do sanatorium jest konieczność kontynuacji leczenia specjalistycznego lub szpitalnego. Dotyczy to terapii chorób przewlekłych oraz działań mających na celu zapobieganie ich odległym następstwom. Turnusy trwają 21 dni w przypadku pobytu w sanatorium uzdrowiskowym (brak prawa do L4, leczenie w ramach urlopu wypoczynkowego), albo 24 dni, jeśli chory wymaga leczenia w szpitalu sanatoryjnym (kuracjusz otrzymuje L4). Czas oczekiwania na miejsce w sanatorium to średnio 18 miesięcy.

Krócej czeka pacjent, jeżeli w grę wchodzi kontynuacja leczenia szpitalnego (druk sanatoryjny należy złożyć w NFZ w ciągu 3 miesięcy od hospitalizacji). Jesteśmy bardzo schorowanym społeczeństwem, toteż chętnych  nie brakuje. To tłumaczy tak długie kolejki oczekujących. Od dawna nie jest to już urlop na koszt ubezpieczyciela. Tylko leczenie w szpitalu uzdrowiskowym jest bezpłatne dla pacjenta.

Pobyt w sanatorium wiąże się z dopłatą za miejsce w pokoju bardziej komfortowym. Płacimy też „za powietrze” (opłata klimatyczna). Finansujemy dodatkowe zabiegi, aby osiągnąć zamierzony efekt leczniczy i w pełni wykorzystać pobyt w sanatorium. Kurorty zapewniają dodatkowe rozrywki. Wszystko, rzecz jasna, by pokazać walory otoczenia. Rzeczywiście, uczestnictwo w organizowanych przez kurort wycieczkach, prezentacjach czy wieczorkach tanecznych, pozwala oderwać się od codziennych problemów, pozostawionych zwykle kilkaset kilometrów od uzdrowiska.

Łagodne zderzenie z rzeczywistością

Po powrocie łatwiej się zderzyć z rzeczywistością. Leczenie sanatoryjne to przecież regeneracja nie tylko fizyczna, ale i psychiczna. Polecam tę formę terapii. Szkoda, że sposób kwalifikacji pozostawia wiele do życzenia. Z jednej strony dobrze, bo to lekarz – specjalista w dziedzinie balneoklimatologii i medycyny fizykalnej lub rehabilitacji leczniczej – dokonuje oceny skierowania na leczenie uzdrowiskowe, ale niestety, odbiera się świadczeniobiorcy możliwość wyboru terminu leczenia oraz wskazania konkretnego ośrodka sanatoryjnego. Możemy jedynie zaznaczyć preferowany region kraju (nadmorskie, podgórskie itd.).

Znacznym utrudnieniem jest też konieczność „weryfikacji” skierowania po 18 miesiącach od wystawienia druku. Nauczyciele często do skierowań dołączają prośby o terminy wakacyjne. Fakt, gdyby każdy mógł wybrać dogodny okres, sanatoria przez znaczną część roku świeciłyby pustkami. Mimo mnożonych przez NFZ komplikacji, liczba zainteresowanych wcale nie spada. Niestety, zawiadomienie o przyznanym turnusie często przychodzi znienacka i zmusza do nagłej zmiany planów. To generuje stres, a nie o to przecież chodzi w procesie leczenia.

Z mojego doświadczenia wynika, że z leczenia uzdrowiskowego wciąż najczęściej korzystają emeryci i renciści. Osoby czynne zawodowo nie mogą sobie pozwolić na prewencję w postaci leczenia klimatycznego. Trzytygodniowe turnusy w bliżej nieokreślonym terminie? Kto z prowadzących firmę się na to zdecyduje? Który pracodawca zgodzi się na nagły wyjazd chorującego przewlekle, ale przecież zdolnego do pracy podwładnego? Takie realia uniemożliwiają działania profilaktyczne w zakresie chorób układu ruchu osobom w przedziale wiekowym między 45. a 60. rokiem życia. A szkoda. Nie da się nadrobić straconego czasu.

Uważam za celowe ustalenie w NFZ oddzielnej puli miejsc sanatoryjnych dla osób czynnych zawodowo. Może dzięki takim posunięciom nasz kraj będzie mógł się poszczycić większą sprawnością emerytów i mniejszą liczbą rencistów. A gdyby tak wprowadzić wariant 14-dniowych turnusów? Więcej osób mogłoby skorzystać z oferty i zmieniłaby się struktura wiekowa kuracjuszy.

Zdecydowanie nie popieram tych, którzy negują zasadność leczenia sanatoryjnego. Leczenie klimatyczne ma ugruntowaną pozycję w terapii wielu schorzeń. Mikroklimat miejscowości uzdrowiskowych czyni cuda. Jeśli jeszcze dodamy do tego możliwość skorzystania z zabiegów w dobrych warunkach i w miłym towarzystwie – efekt leczniczy pewny. A co z opowieściami o fajfach, wieczorkach tanecznych czy złamanych sercach? No cóż, małżeństwa mogą jeździć do sanatorium tylko wówczas, jeśli jedno pełni rolę opiekuna osoby niepełnosprawnej lub oboje małżonkowie są w zawansowanym wieku. Taniec sprzyja zdrowieniu, a czarowna moc kurortowego otoczenia przysparza o zawrót głowy, więc są i efekty niezamierzone w zaleconej kuracji…

Moi pacjenci wracają z sanatoriów zdrowsi, radośniejsi, jakby młodsi. O sprawy sercowe nie pytam. Na dzień dobry pytają, kiedy znowu mogą starać się o wyjazd na kolejny turnus. Gaszę ich zapędy. Muszą odczekać 12 miesięcy. Niech dadzą szansę innym. Populacja osób kwalifikujących się do leczenia balneologicznego znacznie przekracza możliwości NFZ, więc chyba już zawsze ta forma terapii będzie tylko dla wybrańców. Zatem tym zapracowanym, co nie mogą dołączyć do grona kuracjuszy, pozostaje snuć domysły i z zazdrością wzdychać w stronę deptaka w Ciechocinku albo wybrać się do uzdrowiska na własny koszt.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:30

KOŃ TROJAŃSKI PANI PREZES NFZ

Napisane przez

Mit o koniu trojańskim, zbudowanym przez Greków za radą Odyseusza, to powszechnie znana z mitologii opowieść. Dziesięcioletnie oblężenie Troi znużyło Greków tak bardzo, że zaczęli szukać innych sposobów – i było warto. Wojownicy ukryci we wnętrzu drewnianego konia zaczekali, aż uradowani odstąpieniem Greków od murów miasta obrońcy udadzą się na spoczynek, by podstępnie ją zdobyć. Prezes NFZ najwyraźniej też zna tę historię i stosuje fortele sprzed tysiącleci.

Godny Odyseusza prezent otrzymali tym razem świadczeniodawcy z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej. Koniem trojańskim jest w tym przypadku propozycja warunków kontraktowania świadczeń na przyszły rok.

Na pierwszy rzut oka NFZ wręcz dodaje im środków. Niestety, w rzeczywistości jest to podstęp. Płatnik odbiera to, co wcześniej zdeklarował. Takiej zmyślnej prezesury jeszcze nie mieliśmy! No cóż, świeża osoba na urzędzie musi się wykazać. Zgodnie z zasadą, że nowa miotła po nowemu zamiata, pani Prezes NFZ, jak może, tak próbuje prześcignąć Perfekcyjną Panią Domu. Ma być na wysoki połysk, a do tego bardzo oszczędnie, żeby jak najwięcej pieniędzy zostało w NFZ. Lekarze rodzinni mają dołożyć do interesu, nie otrzymując w zamian żadnych gwarancji utrzymania się na rynku. Ten szczwany plan znają tylko zaufani. Specjaliści do spraw wizerunku działają. Opinia publiczna ma widzieć w Pani Prezes „męża opatrznościowego”, który wreszcie zapewni opiekę medyczną na europejskim poziomie. Takiego też mają zobaczyć w niej lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, ci mniej zorientowani, oczywiście.

Pijar rewelacyjnie pomyślany. Skoro tak bardzo świadczeniodawcy obawiają się utraty płynności finansowej prowadzonych przez siebie zakładów opieki zdrowotnej po zweryfikowaniu list pacjentów przez EWUŚ, potrzebny jest ktoś, kto zrozumie, pomoże, utuli…. Zatem niczym matka, Pani Prezes postanowiła się zatroszczyć o świadczeniodawców i świadczeniobiorców. Ba, pozostawiła w tyle Ministerstwo Zdrowia i Towarzystwa Lekarskie. I po co się było medykom tyle lat uczyć?

Pani Prezes wie wszystko najlepiej. Zarządzenie, które ma być „ lekiem na całe zło” przygotowała więc z ogromną pieczołowitością, wytyczając, co i kiedy lekarz czynić powinien. Nie wiadomo tylko: jak. A wszytko to na miarę własnych wyobrażeń, autorsko, bez konsultacji z zainteresowanymi.

Koń trojański czy puszka Pandory?

W związku z tym pojawiają się całkiem nowe standardy opieki nad pacjentem. Badania mają być zlecane zgodnie z jakąś wiedzą tajemną pomysłodawczyni, bez jakiegokolwiek logicznego uzasadnienia. A może tu mamy do czynienia nie tylko z koniem trojańskim, ale i z puszką Pandory? A jeśli zwyczajnie chodzi o to, by POZ utonął w długach, czyli się zdematerializował? Bóg Hades już czeka za rogiem.

Opiekę medyczną przejmą zadłużone szpitale, które mogą bez konsekwencji generować straty na koszt organu założycielskiego, czyli powiatu. Na pewno nie poprawi ich sytuacji finansowej przejęcie kontraktów POZ, gdyż koszty diagnostyki wymienianej w zarządzeniu przewyższają stawki za poszczególne świadczenia.

Plan Pani Prezes ma swoją piętę achillesową. Wprawdzie cel w postaci dążenia do wczesnego rozpoznawania i leczenia chorób cywilizacyjnych jest szczytny, lecz dążenie do niego – zupełnie pozbawione logiki. Kilometrowe formularze do wypełnienia zniechęcą najbardziej cierpliwego medyka i jego pacjenta. Miało być sprawnie i bez protestów środowiska, ale lekarze rodzinni przejrzeli Panią Prezes i nie chcą jej konia trojańskiego. Nie zgadzają się na nowe standardy terapii osób przewlekle chorych oraz zapisy zawarte w zarządzeniu, negujące w każdym kolejnym punkcie kompetencje lekarza podstawowej opieki zdrowotnej.

Lekarze na to nie pójdą

Szkoda, że doradcy Pani Prezes nie zapobiegli lapsusom w stylu, że to oznaczanie poziomu cholesterolu co pół roku lub elektrokardiogram co trzy miesiące, mają być wykładnikiem należytej staranności w leczeniu chorych na serce. A może wśród ekspertów zabrakło lekarzy? Pomysł na wczesne rozpoznawanie nowotworów jest również nie trafiony. Zbyt rozbudowane formularze, wymogi diagnostyczne nie tyle pozwolą zdiagnozować raka, co wyprawią w niebyt macierzystą przychodnię pacjenta.

Do tego stopień finansowania jest wręcz obraźliwy. Mimo wysiłku nie udało się jeszcze na nowo skomunalizować podstawowej opieki zdrowotnej. Pani Prezes nie zraża się chwilowym brakiem sukcesu. Już zwierane są szyki. Ostrzone są ostrza, by od 1 stycznia 2014 r. wycięcie EWUŚ-em pacjentów „świecących” na czerwono, czyli zdaniem NFZ nieubezpieczonych, odbyło się natychmiast i bez znieczulenia. Niby to co przychodnie stracą, mogą odzyskać na mocy przygotowanego przez Panią Prezes zarządzenia, ale nawet początkujący w branży dostrzegą, że to fikcja. To jak podsumowanie z popularnego telewizyjnego programu: bardzo ładnie, ale nie przechodzisz dalej.

Po wprowadzeniu wymogów NFZ nie będzie wygranych. Przegra podstawowa opieka zdrowotna, przegrają pacjenci, bo pozbawi się ich dostępu do ich lekarza rodzinnego. Nic dziwnego, skoro zdaniem NFZ w ulepszaniu systemu opieki zdrowotnej należy stosować metody rodem z mitologii. W POZ, w odróżnieniu od mieszkańców Troi, nikt nie śpi. Lekarze rodzinni nie przyjmą od Pani Prezes NFZ jej nawet najpiękniej opakowanego konia trojańskiego.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:30

POPIELA ZJADŁY MYSZY, A NAS ZJEDZĄ…

Napisane przez

…pasożyty przewodu pokarmowego! Temat to dla wielu niesłusznie wstydliwy. Po latach alienacji ruszyliśmy poznawać świat, kosztować egzotycznych potraw, wygrzewać się na słońcu, zbierać wspomnienia i fotografie. Zdarza się jednak dość często, że oprócz pamiątek przywozimy z dalekich krajów nieproszonych lokatorów – w postaci robaków przewodu pokarmowego.

Przejściowe zaburzenia gastryczne wiążemy ze zmianą sposobu żywienia – i rozpoznajemy u siebie wywołaną przez  bakterie biegunkę podróżnych. Nie przyjdzie nam nawet do głowy, że nasz organizm być może stał się miejscem wędrówki pasożytów jelitowych, w drodze do osiągnięcia dojrzałości. Zanim parazyty ulokują się w konkretnym narządzie przechodzą kolejne stadia rozwojowe. Wystarczy, że jesteśmy przemęczeni lub zestresowani – a ryzyko inwazji wzrasta.

Niebezpieczna przedszkolna zabawka

Czy zakażenie pasożytami grozi nam tylko podczas urlopu? Wystarczy nie ruszać się z kraju i jesteśmy bezpieczni? Niestety. Przy ogromnym rozpowszechnieniu pasożytów w akwenach wodnych, w surowym mięsie i rybach, ryzyko zainfekowania towarzyszy nam na co dzień.

Wystarczy posłać dziecko do przedszkola, w którym nie przestrzega się zasad higieny. Podawana z rąk do rąk zabawka, to wzajemne „obdarowywanie się” jajami choćby owsika, glisty ludzkiej czy tasiemca karłowatego. Jaja parazyta błyskawicznie trafiają do jamy ustnej malucha i wnet pasożyt zadamawia się w organizmie nowego żywiciela, który jest – bardziej przecież niż dorośli – podatny na to zakażenie.

Gdy rodzice zauważą zmiany w zachowaniu swego dziecka (nadpobudliwość, nerwowość, zaburzenia snu), zaczną szukać pomocy u psychologa. Do lekarza zgłoszą się z przedszkolakiem dopiero po pojawieniu się bólu brzucha, zmniejszeniu apetytu, apatii. Na szczęście diagnostyka robaczycy u dzieci jest prosta i możliwa do przeprowadzenia w praktyce lekarza rodzinnego. Leczenie również nie obciąża organizmu dziecka, choć nawroty zakażeń pasożytami powinny skłonić do weryfikacji placówki przedszkolnej pod względem sanitarnym.

Pasożyt noszony latami

Z dorosłymi może nie być tak łatwo: przebieg infekcji może być bezobjawowy. Co jakiś czas pojawiają się doniesienia badaczy, jak to wiele chorób nowotworowych ma swoje umocowanie w chorobach pasożytniczych.

Bohaterką tych newsów jest przede wszystkim przywra. Zarażamy się nią, jedząc niedokładnie umyte owoce, warzywa, surowe mięso zwierząt i ryb. Ten robak płaski może być powodem brodawczaków pęcherza moczowego, punktem wyjścia do rozrostu nowotworowego narządów kobiecych. „Schistosomatoza jest obok malarii najpoważniejszym w skali światowej parazytologicznym problemem zdrowotnym. Do Polski choroba ta jest zawlekana rzadko” – to cytat z Wikipedii.

Dane to dość chyba już zakurzone. Tak wielu z nas już odwiedziło Azję i państwa Afryki, a jeszcze więcej delektuje się dostępną w Polsce kuchnią orientalną. Okazuje się więc w praktyce, że jednak nie tak rzadko. Jedynie z rozpoznawaniem inwazji pasożytniczej mamy problem. O boreliozie (choroba bakteryjna wywołana przez krętki) też było w Polsce cicho przez wiele lat – póki nie zaczęły nas trawić późne następstwa infekcji roznoszonej przez kleszcze.

Sygnały alarmowe

Parazyty podejrzewa się zazwyczaj dopiero w sytuacji pojawienia się intruza w stolcu. Dzieje się tak, gdyż objawy zakażenia mogą być dość niecharakterystyczne. Organizm sam próbuje poradzić sobie z pasożytem. W stanach spadku odporności dochodzi do manifestacji objawów z powodu znacznego namnożenia parazyta.

Niestety, życie pokazuje, że zbyt rzadko podejrzewa się pasożyty w przypadku osłabienia, drażliwości, „pobolewania” brzucha, wzdęć, ogólnego rozbicia, braku apetytu, nadmiernej męczliwości, nawracającej niedokrwistości z niedoboru żelaza, pokrzywki, bólów głowy. Gdzie leży przyczyna takiego stanu rzeczy? Pewne jest, że wciąż pokutuje przekonanie, że nie wypada „złapać” robaczycy, bo to „choroba brudnych rąk”.

Uważam, że to stwierdzenie już się zdezaktualizowało. Czy mamy wpływ na sposób mycia warzyw i owoców w restauracjach, w których jadamy? Przecież, przebywając w krajach wschodnich i podczas mycia zębów możemy „połknąć jaja”, a nasz organizm jest bardziej podatny na zakażenie niż tubylczy, stykający się z parazytami na co dzień. O infekcję zatem nietrudno.

Rodzime zagrożenia

Leczę mieszkańców okolicznych wiosek od lat. Nie dla nich wyjazdy zagraniczne i jadanie po restauracjach. Z przykrością stwierdzam, że – nie wyjeżdżając z domu – również możemy stać się ofiarą pasożytów przewodu pokarmowego.

Źródłem zakażenia glistą ludzką jest bardzo często woda ze studni. Tak, z tej przydomowej. Któż studnie czyści? Odkaża? Kto sprawdza ich stan epidemiologiczny w wiejskich gospodarstwach? A przecież zwyczaj picia wody prosto ze studni jest zakorzeniony w naszym społeczeństwie od lat. Przegotowana woda (pozbawiona glist) nie jest przecież smaczna. Zimna woda zdrowia doda?!...

Kto zatem winien jest zarobaczeniu naszego społeczeństwa? Po połowie: my sami i nasz system opieki zdrowotnej. Mści się, moim zdaniem – na skuteczności diagnostyki i leczenia – nadmierne rozdrobnienie medycyny. Kształcenie lekarzy zostało podzielone na coraz to bardziej szczegółowe specjalizacje, a umniejsza się rolę lekarza rodzinnego. Większość pacjentów, od chwili wejścia do gabinetu, żąda skierowania do specjalisty. A to właśnie lekarz podstawowej opieki zdrowotnej najlepiej zna środowisko swego pacjenta i ewentualne zagrożenia.

Z przykrością przyznaję, że jedynym badaniem diagnostycznym, jakie jest w zasięgu lekarza rodzinnego jest badanie kału na pasożyty. Znalezienie jaj lub cyst jest dość trudne, często więc medyk otrzymuje wynik: „nie znaleziono”, a to nie oznacza, że w organizmie nie ma pasożytów. Badania serologiczne pacjent musi wykonać na własny koszt, chyba że otrzyma skierowanie z poradni chorób zakaźnych. Ale, by się do niej zarejestrować – długa droga. Bo przecież i tam są limity przyjęć, jak w każdej innej poradni specjalistycznej.

Niedostępny prazykwantel

Z leczeniem tez jest różnie. Mamy preparaty na leczenie obleńców, czyli owsików, glisty czy tasiemca. Gorzej z leczeniem przywry, tak bardzo niebezpiecznej dla człowieka. Prazykwantel nie jest dostępny na polskim rynku farmaceutycznym. Ktoś przeoczył, zapomniał? Import docelowy leku? Jakiś kolejny absurd w naszym systemie opieki zdrowotnej. Czyżby dlatego nie jest dostępny ten lek, bo Polska nie jest już „krajem rozwijającym się”? A może zwyczajnie ktoś z decydentów, w swym codziennym zagonieniu, nie zauważył, jak bardzo – jako obywatele wolnego kraju – staliśmy się światowi?

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:27

KREW NA WAGĘ ZŁOTA

Napisane przez

Stacje krwiodawstwa biją na alarm. Zapasy krwi kończą się w szybkim tempie. Najgorsza sytuacja była w sierpniu: zdarzały się wypadki, że szpitale musiały odwoływać zabiegi chirurgiczne. Po wakacjach jest nieco lepiej, ale sytuacja nadal nie wróciła do normy.

„Potrzebujemy krwi. Im więcej tym lepiej” – niemal każda stacja krwiodawstwa w kraju mogłaby się podpisać pod tymi słowami. W poprzednich latach taki apel kierowano do honorowych krwiodawców głównie w lipcu i sierpniu, kiedy ci wyjeżdżali na wakacje. W tym roku było podobnie. To ciężkie miesiące dla lekarzy, bo honorowi krwiodawcy są wtedy na urlopach. W tym roku jednak było wyjątkowo źle, a sytuacja nadal nie wróciła do normy.

Dramatycznie niskie stany magazynowe

- Wrzesień zaczął się dla nas nieciekawie – przyznaje Adrianna Franc, koordynator ds. promocji w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa (RCKIK) we Wrocławiu. – Studenci jeszcze się nie zjechali. Za to rodzice myślą głównie o tym, jak pomóc swoim dzieciom wejść w nowy rok szkolny. Efekt – mamy niewielu dawców i mało krwi grup 0 i A, zarówno plusów, jak i minusów – tłumaczy.

Również nastroje w warszawskim RCKIK są minorowe. Powód to dramatycznie niskiestany magazynowe krwi grup 0Rh-, ARh-, BRh- i ABRh-. W białostockim banku krwi nie ma z kolei grup 0Rh, 0Rh+, ARh-, ARh+ i BRh-. Natomiast w Gdańsku brakuje grupy ARH-, a 0Rh wystarczy tylko na kilka dni. Tymczasem w Poznaniu pilnie potrzeba krwi BRH-. Najgorzej jej w Słupsku i Szczecinie. Tu brakuje dosłownie  wszystkich grup.

- W wakacje aktywność krwiodawców, owszem, maleje. A jednak nie to jest głównym powodem deficytów żywej tkanki, które czasem dają o sobie znać nawet we wrześniu – tłumaczy Sławomir L. Kaczyński, przewodniczący Krajowej Rady Honorowego Krwiodawstwa PCK. – Te niedostatki wynikają przede wszystkim z większej liczby wypadków komunikacyjnych i w rolnictwie latem, a także z kumulacji zabiegów chirurgicznych, co z kolei ma związek ze zbyt późnym podpisaniem przez szpitale kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia.

Kampanie w mediach i na billboardach

Na szczęście apele stacji krwiodawstwa spotykają się z szybkim odzewem. Tak było na przykład 12 sierpnia w jednostce 2 batalionu saperów w Stargardzie Szczecińskim. Zorganizowano tam zbiórkę, w której – oprócz żołnierzy – uczestniczyli policjanci oraz funkcjonariusze służby więziennej i straży granicznej. W efekcie zebrano 19 litrów krwi. Spisał się także Kalisz, gdzie na osiedlu Dobrzec 25 sierpnia zebrano 18 litrów. Jej organizatorami była tamtejsza Rejonowa Rada Honorowego Krwiodawstwa Polskiego Czerwonego Krzyża i Parafia pw. błogosławionego Papieża Jana Pawła II.

Powodów do niepokoju nie ma również w Kielcach. Tamtejszy RCKIK nie musiał w ostatnich miesiącach korzystać z zasobów zgromadzonych w innych ośrodkach. Co więcej, jest w stanie zaopatrywać w krew pozostałe regiony kraju.

- Kluczem do sukcesu jest ofiarność mieszkańców, a dokładnie umiejętna współpraca z lokalnymi samorządami, organizacjami, szkołami – wskazuje Jerzy Stalmasiński, dyrektor kieleckiego RCKIK. – Po wakacjach ruszyliśmy pełną parą. Codziennie pobieramy nawet sto jednostek krwi. To duże wyzwanie dla naszych placówek i ekip wyjazdowych.

Na deficyt krwi nie narzeka także katowicki RCKIK. Częściowo dzięki sms-om, które pracownicy placówki wysyłają do mieszkańców zawsze, gdy kończą się zapasy. - Dzięki komórkom poradziliśmy sobie latem. Tym bardziej damy sobie radę teraz, gdy zaczęły się otwarte akcje pobierania krwi w plenerze, połączone na przykład z festynami, nauką udzielania pierwszej pomocy czy konkursami dla najmłodszych – uważa Aleksandra Dyląg z RCKIK w Katowicach. – W naszych oddziałach w terenie i ambulansach praca wre. Stała grupa krwiodawców nigdy nas jeszcze nie zawiodła. Ale nigdy nie ma ich tak wielu, żeby nie było warto walczyć o następnych – dodaje.

SMS-y to nie jedyne nowinki technologiczne, które mogą zaktywizować krwiodawców. Wrocławski RCKIK pewnie nie narzekałby dziś na braki krwi, gdyby we wrześniu kontynuował kampanię marketingową, którą prowadził przez całe wakacje. – Promowaliśmy krwiodawstwo w mediach, na billboardach, na dwustu ekranach w autobusach miejskich oraz na telebimach, które znajdują się w centralnych punktach miastach. W rezultacie w lipcu i sierpniu mieliśmy najwyższe stany krwi w Polsce – opowiada Adrianna Franc.

Komercjalizacja nie pomoże

Przykłady ofiarności cieszą. Niestety, zapasy altruizmu są na wyczerpaniu. Według danych GUS, w roku 2010 zbiorowość honorowych krwiodawców w Polsce liczyła 633 tys. osób. Problem w tym, że chętnych do dzielenia się własną krwią z każdym rokiem ubywa. Dziś ich liczbę szacuje się na pół miliona.

Może więc należałoby płacić za oddaną krew gotówką? Ten pomysł się nie sprawdza, co w latach 70. wykazał brytyjski socjolog Richard Titmuss, porównując system oddawania krwi w USA (płatny) i Wielkiej Brytanii (honorowy, jak w Polsce). Otóż, honorowy funkcjonuje lepiej. Nie trapią go chroniczne braki i marnotrawstwo krwi , a koszty i ryzyko skażeń są mniejsze. Uczony twierdził, że przekształcanie krwi w zwykły towar rozmywa ludzkie poczucie, że należałoby ją oddawać.

Podobnie uważa Krzysztof Loranc, zastępca dyrektora sprzedaży w technologicznej firmie Arcus, który półtora miesiąca temu po raz pierwszy oddał krew. I chce robić to już regularnie. Jego zdaniem, komercjalizacja i zysk z krwiodawstwa zabrałyby donatorom zadowolenie i przekonanie, że robią coś ważnego dla drugiego człowieka. – Gdy usłyszałem, że ojciec kolegi ma poważną operację i potrzebuje krwi, nie mogłem odmówić – wspomina menedżer z Arcusa. – Zrodził się we mnie odruch solidarności. A później radość, poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Motywy pieniężne z pewnością odebrałyby mi tę satysfakcję.

Tym niemniej, Loranc rozumie te osoby, które narzekają, że sytuacja honorowych dawców krwi w Polsce systematycznie się pogarsza, czyli przysługuje im coraz mniej uprawnień i przywilejów. – To dobrze, że osoby promujące krwiodawstwo stale przypominają, iż krew jest niezbędna zarówno ofiarom wypadków, jak i cierpiącym na wiele poważnych chorób – ocenia. – Szkoda jednak, że tak mało mówią o korzyściach, choćby o ulgach podatkowych czy dniu wolnym w pracy. Dla wielu niezdecydowanych mocnym argumentem może być też robione przed każdym pobraniem badanie krwi pod kątem wirusów, bakterii i chorób. Wielokrotnie zdarzało się, że honorowy krwiodawca o ciężkiej chorobie dowiadywał się właśnie podczas rutynowego badania.

Celebryci dają przykład

Na szczęście w Polsce jest coraz więcej dobrych akcji promujących oddawanie krwi. Twarzami niektórych są celebryci, będący również honorowymi dawcami. Należą do nich aktorzy Piotr Małaszyński i Rafał Mroczek, działacz charytatywny Jurek Owsiak, podróżnik i polarnik Marek Kamiński, poseł i ratownik GOPR Piotr van der Coghen czy dziennikarz Tomasz Lis.

– Słowa uczą, a przykład pociąga. Zwłaszcza przykład kogoś znanego i lubianego. Szczególnie młodzież naśladuje swoich idoli z kina, telewizji czy estrady – komentuje Loranc. – Nasze akcje kierujemy do poszczególnych grup społecznych: studentów, licealistów, którzy osiągnęli pełnoletniość, klientów pewnej sieci handlowej lub strażaków – dodaje Sławomir L. Kaczyński z PCK. – Do każdej trzeba mówić specyficznym językiem i zachęcać je innymi argumentami. Taki różnorodny, ściśle dostosowany do profilu odbiorców przekaz zawsze działa. Wbrew utyskiwaniom, że duch ofiarności i bezinteresowności w narodzie ginie – podkreśla.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:04

RUCH TO GWARANCJA ZDROWIA I DOBREGO SAMOPOCZUCIA

Napisane przez

Rozmowa z Prezesem Zarządu Krajowej Federacji Sportu dla Wszystkich, Antonim Barą

Krajowa Federacja Sportu dla Wszystkich (KFSdW), od lat organizuje znane imprezy, projekty i inicjatywy sportowe o powszechnym, ogólnospołecznym charakterze. Jednak o samej organizacji wiemy niezbyt wiele. Mógłby Pan przedstawić bliżej Federację?

KFSdW jest organizacją zrzeszającą Stowarzyszenie Kultury Fizycznej i jego Związki oraz inne osoby prawne, których przedmiotem działania jest szeroko rozumiana kultura fizyczna. Jest platformą współdziałania członków w dziele upowszechniania kultury fizycznej, promowania zdrowego sportowego stylu życia, a tym samym podnoszenia zdrowia Polaków na wyższy poziom. Obecnie zrzeszamy 28 członków. Poprzez zrzeszone w Federacji organizacje pozarządowe chcemy docierać do wszystkich gmin i miast w Polsce z różnego rodzaju przedsięwzięciami sportowymi o jak największym odbiorze społecznym, aby móc jak najskuteczniej wpływać na poprawę sprawności fizycznej społeczeństwa oraz wspierać zdrowy styl życia. Federacja działa od 1996 r.

Europejski Tydzień Sportu dla Wszystkich i rozgrywany w jego ramach Sportowy Turniej Miast i Gmin to najlepiej znane inicjatywy Federacji. Jakie są najważniejsze założenia tej imprezy?

Sportowy Turniej Miast i Gmin jest polską wersją Światowego Dnia Sportu – Challenge Day, organizowanego corocznie przez TAFISA (The Association For International Sport for All), w ostatnią środę maja. Od 1988 r. organizatorem tej imprezy jest w Polsce KFSdW. W latach 2009-2011 KFSdW, na zlecenie Ministerstwa Sportu i Turystyki, organizowała Europejski Tydzień Sportu dla Wszystkich, w ramach którego rozgrywane były XV-XVII Sportowy Turniej Miast i Gmin. Mimo, że inicjatywa rozszerzenia formuły Światowego Dnia Sportu – Challenge Day – wyszła z TAFIS-y, oprócz Polski, żaden z krajów członkowskich nie przystąpił do jej realizacji w praktyce. Challenge Day, organizowany przez TAFISA, do tej pory rozgrywany jest na starych zasadach.

W 2012 r., kontynuując rozpoczęte działania, po raz piąty, w tym samym terminie: od 26 maja do 1 czerwca (od Dnia matki do Dnia Dziecka), na podobnych zasadach zorganizowaliśmy Europejski Tydzień Sportu dla wszystkich – XVIII Sportowy turniej Miast i Gmin. Koordynację Turnieju i jego ocenę na szczeblu krajowym prowadziła Centralna Komisja Turniejowa powoływana przez KFSdW. Promocję i koordynację Turnieju na szczeblu wojewódzkim prowadziły Wojewódzkie Komisje Turniejowe powoływane przy zarządach wojewódzkich TKKF.

Na szczeblu gminy miejskiej lub wiejskiej organizatorem turnieju był samorząd terytorialny, który powoływał własnego koordynatora albo zlecał to zadanie wybranej jednostce organizacyjnej lub stowarzyszeniu kultury fizycznej na swoim terenie.

Niezmienny też był cel tej imprezy?

Celem głównym imprezy, jak wszystkich podejmowanych przez nas inicjatyw, jest aktywizacja ruchowa jak największej liczby naszych obywateli, w szczególności tych, którzy nie uprawiają sportu, nie ćwiczą systematycznie, nie prowadzą aktywnego fizycznie trybu życia.

Zwróciłem się m. in. do wójtów, burmistrzów, prezydentów miast. Do dyrektorów przedszkoli, szkół, przedsiębiorstw państwowych, samorządowych i właścicieli firm prywatnych, rektorów wyższych uczelni, trenerów, instruktorów, działaczy i animatorów kultury fizycznej o pomoc w organizacji imprezy. Pod patronatem samorządów lokalnych przygotowaliśmy bogaty program sportowy, turystyczny, rozrywkowy.

Kto może startować w STMiG?

Wszyscy mieszkańcy danego miasta lub gminy – zarówno osoby dorosłe, jak i przedszkolaki, uczniowie, studenci, pracownicy działających tam firm, a także wczasowicze. Warunkiem zaliczenia uczestnictwa w turnieju jest udział w zorganizowanych imprezach turniejowych: grach sportowych, zawodach (np. wędkarskich, tanecznych itp.), turystyce lub innej formie aktywności ruchowej. Zgłaszania udziału miasta lub gminy w Europejskim Tygodniu Sportu dla Wszystkich dokonuje właściwy organ samorządu terytorialnego. Pliki pobrane ze strony KFSdW, takie jak zgłoszenie, wykaz imprez oraz sprawozdanie z turnieju, po wypełnieniu przesyła on do Centralnej Komisji oraz umieszcza na swojej oficjalnej stronie internetowej.

Rywalizacja ogólnopolska odbywa się w 6 grupach: I grupa do 5 tys. mieszkańców, II od 5 tys. Do 7,5 tys. i analogicznie, do 15, 40, 100 tys. oraz powyżej 100 tys. mieszkańców. Kryteriami, decydującymi o punktach zdobytych przez dane miasto lub gminę, jest stosunek łącznej liczby osób startujących w imprezach turniejowych ludności do ogólnej liczby mieszkańców w procentach, iloczyn liczby zorganizowanych imprez i liczba dni, w których zostały przeprowadzone, a także łączna liczba startujących w testach Coopera przeprowadzonych w ramach turniejów. Punktacja każdego z kryteriów jest następująca: za I miejsce – liczba punktów równa liczbie startujących miast i gmin w danej grupie plus 1 pkt., za II zaś – liczba punktów równa liczbie startujących miast i gmin w danej grupie minus 1 pkt. itd., a za III minus 2 pkt. itd. Ostatnie miasto lub gmina w każdej grupie otrzymuje 1 pkt. Wynikiem łącznym jest suma punktów otrzymanych w trzech wymienionych wcześniej kryteriach.

Najlepsze miasta i gminy mogą liczyć na nagrody?

Nagrodą będzie sfinansowanie zakupu sprzętu sportowego, który laureaci wybiorą sobie sami. Środki finansowe na nagrody będą mogły być przeznaczone na zakup sprzętu sportowego stanowiącego wyposażenie obiektów sportowych, zgodnie z potrzebami i wyborem laureatów, z wyjątkiem sprzętu osobistego użytku np.: dresy, koszulki, buty itp. Bezpośrednimi odbiorcami sprzętu będą mogły być stowarzyszenia kultury fizycznej lub inne organizacje, wokół których skupia się życie sportowe danego terenu, wytypowane przez wskazane przez władze zwycięskich miast i gmin. W każdej grupie przewidziano nagrody pieniężne: za I miejsce – 10 tys. zł, II miejsce – 9 tys. zł, III miejsce – 8 tys. zł, za miejsca IV-X – po 4 tys. zł.

Ponadto 40 miast i gmin, które zajęły dalsze miejsca we wszystkich grupach, otrzyma po 3 tys. zł. Liczba przyznanych nagród będzie proporcjonalna do liczby startujących w każdej grupie miast i gmin. Pamiątkowe plakiety otrzyma 60 laureatów – 10 czołowych miast i gmin w każdej grupie. Szczegółowe dane można znaleźć na naszej stronie internetowej www.federacja.com.pl.

Kto patronuje tej ogromnej imprezie?

W roku bieżącym patronat nad V. Europejskim Tygodniem Sportu dla Wszystkich-XIX Sportowym turniejem Miast i Gmin objął Prezydent RP Bronisław Komorowski. Wzorem roku ubiegłego ufundował też przepiękne pamiątkowe puchary dla zwycięskich miast i gmin w swoich kategoriach.

Przybliżmy czytelnikom zwycięskie miasta i gminy.

W I grupie (do 5 tys. mieszkańców), zwyciężyła gmina Stepnica – woj. zachodniopomorskie, w II grupie (do 5 – 7,5  tys. mieszkańców), wygrało Postomino – woj. zachodniopomorskie, w III grupie (do 7,5 - 15 tys. mieszkańców), i miejsce zajął Popielów – woj. opolskie, w IV grupie ( 15 tys. – 40 tys. mieszkańców), zwyciężyła Limanowa – woj. małopolskie, w V grupie (40 tys. – 100 tys. mieszkańców) triumfowały Suwałki –woj. podlaskie, a w grupie VI (pow. 100 tys. mieszkańców), zwyciężyła Dąbrowa Górnicza – woj. śląskie.

W tym roku uroczyste podsumowanie turnieju połączone z wręczeniem nagród i wyróżnień odbędzie się 13-14 września na Zamku Królewskim w Niepołomicach. Oczywiście, serdecznie zapraszamy!

W roku bieżącym do Turnieju zgłosiło się ponad 500 gmin i miast. Łącznie blisko 2 mln uczestników w całej Polsce. Korzystając z okazji i gościnnych łam „GMINY”, pragnę jako Przewodniczący serdecznie podziękować w imieniu Centralnej Komisji Turniejowej władzom samorządowym, nauczycielom, wolontariuszom i wszystkim mieszkańcom gmin biorącym udział w turnieju. Szczególne słowa uznania kierujemy pod adresem bezpośrednich organizatorów imprez: działaczy społecznych TKKF i pozostałych 27 stowarzyszeń członków KFSdW. Bez ich ofiarności, zaangażowania i ciężkiej pracy osiągnięcie tak imponujących wyników niebyło by możliwe.

Gratulując wszystkim zwycięzcom i wyróżnionym, zapraszam już do udziału w VI Europejskim Tygodniu Sportu dla Wszystkich – XX. Sportowym turnieju Miast i Gmin 2014 wszystkie gminy i miasta Polski.

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY