Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 83.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 85.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

Kultura i sport

Kultura i sport (36)

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:11

WYRAZIĆ SIEBIE OBRAZEM

Napisane przez

Czym jest edukacja filmowa? Zgodnie z rozmaitymi definicjami można ją sprowadzić do trzech płaszczyzn: umożliwiania dzieciom i młodzieży kontaktu z dziełami filmowymi, zarówno w szkole, jak i w innych miejscach; wszechstronnego tłumaczenia sposobów i celów, dla jakich powstają filmy, metod, których używają twórcy, by poruszyć daną problematykę oraz wywołać określone emocje; a wreszcie – do zachęcania młodych widzów do eksperymentowania z filmem na własną rękę, tak by uczyli się wyrażać poprzez obrazy samych siebie.

26 płyt, 55 filmów – począwszy od dzieł klasyków i pionierów polskiego kina, jak Andrzej Wajda i jego „Popiół i diament”, po najlepsze filmy ostatnich lat, choćby „Zmruż oczy” Andrzeja Jakimowskiego. Projekt FILMOTEKA SZKOLNA miał ostry start. Jego organizatorzy nie poprzestali na dostarczeniu kadrze pedagogicznej i młodzieży samych filmów – zestawy były wzbogacone o opowieści twórców filmów, a także komentarze filmoznawcy, prof. Tadeusza Lubelskiego, oraz studentów PWSFTviT. W studenckich etiudach wystąpiła też czołówka współczesnych artystów i postaci życia publicznego: Andrzej Chyra, Karolina Gruszka, ksiądz Wojciech Drozdowicz, Tomasz Lis, muzycy z zespołu Lao Che, Muniek Staszczyk, kabaret Mumio oraz Wojciech Sasnal.

Dobór filmów w zestawie to dzieło grona znawców, których celem było stworzenie pomocy naukowej nie tylko dla nauczycieli języka polskiego – zgodnie z powszechnie stosowaną praktyką zastępowania lektur szkolnych ich ekranizacjami. Z pakietu FILMOTEKI SZKOLNEJ mogą korzystać również nauczyciele historii, wychowania obywatelskiego czy wiedzy o sztuce. Krytyczne podejście do pokazywanych dzieł pozwala uczulić młodych widzów zarówno na artystyczne wizje twórców, jak i te elementy historii, które ich zainspirowały i w mniej lub bardziej wiernej formie zostały oddane na ekranie. Całość ma pokazać nie tylko historię polskiego kina, ale też wpływ, jaki miało ono na naszą wiedzę o historii i świadomość tego, jak skomplikowane relacje łączą państwa i ich historię ze społeczeństwami i artystami.

Fabuły, dokumenty, animacje – organizatorzy projektu chcieli młodym widzom pokazać wszystko to, co filmowym jest elementarzem wykształconego Polaka. Formuła przypadła do gustu odbiorcom, zarówno tym młodym, jak i kadrze pedagogicznej, która już w 2009 roku uhonorowała FILMOTEKĘ nagrodą Inicjatywa Edukacyjna Roku (przyznawaną przez MEN oraz redakcję magazynu „Głos Nauczycielski”), a także Platynowymi Koziołkami (na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Młodego Widza „Ale Kino!” w Poznaniu).

Nic więc dziwnego, że Polski Instytut Sztuki Filmowej poszedł za ciosem, kolekcja sukcesywnie rośnie, a poza płytami filmy są również dostępne w internecie. FILMOTEKA SZKOLNA obrosła dodatkowymi inicjatywami. „Filmoteka Szkolna. Akcja!” to dodatkowy mechanizm promocji całego przedsięwzięcia, pozwalający m.in. łączyć nauczycieli z całej Polski w ramach poszukiwania optymalnych możliwości korzystania z FILMOTEKI. „Filmoteka Szkolna. Akademia” to, jak łatwo się domyślić, kurs pozwalający nabyć wiedzę o historii kinematografii, gatunkach, estetyce oraz praktyczne umiejętności w zakresie obsługi kamery cyfrowej i montażu nakręconych materiałów. „Filmoteka Szkolna. Kinoterapia” jest z kolei wyjątkową inicjatywą adresowaną do młodzieży z problemami, wspieraną przez psychologów, pedagogów i polonistów. Wreszcie „Filmoteka Szkolna. Nowe Horyzonty Edukacji Filmowej” to znaczne poszerzenie horyzontów widzów: w ramach tej inicjatywy mają oni szansę poznawać również klasyków zagranicznych i poszerzać swoje kompetencje – pokazy w formie cyklów obejmują też seanse, prelekcje, dyskusje i warsztaty plastyczne.

O kinie centralnie i lokalnie

FILMOTEKA SZKOLNA to nie jedyne tego typu przedsięwzięcie w Polsce. Zarówno na szczeblu centralnym, jak i w regionach inicjatyw edukacyjnych nie brakuje. Najmłodsi mogą choćby uczestniczyć w Ogólnopolskim Programie Edukacji Filmowej „Lekcje w kinie”, czyli multimedialnych zajęciach edukacyjnych połączonych z projekcjami filmowymi – do ubiegłego roku program ten objął już 120 miast. W Wielkopolsce realizowany jest projekt „Wielkopolska Edukacja Medialna”, uzupełniający zajęcia szkolne w poznańskich szkołach – dzięki któremu najmłodsze dzieci mogą zwiedzić choćby kabinę projekcyjną, dotknąć taśmy filmowej czy wziąć udział w konkursie. Regionalny charakter ma też KinoSzkoła – projekt realizowany na południu Polski, obejmujący co miesiąc pięć tysięcy uczniów. We Wrocławiu Galeria Entropia organizuje z kolei cotygodniowe warsztaty filmowe dla dzieci w wieku 6-13 lat. Łódzkie Muzeum Kinematografii adresuje do najmłodszych program Mały Kinematograf.

Jeszcze większe możliwości ma młodzież w wieku ponadpodstawowym. Najlepszym przykładem jest opisywana w ciągu ostatnich miesięcy na łamach Magazynu Samorządowego GMINA kampania „Skrytykuj!”, zachęcająca młodych ludzi do swobodnego analizowania i dyskutowania o filmach, dzielenia się wrażeniami i refleksjami. Szeroko zakrojona kampania toczyła się również na portalach Facebook i YouTube. Ale to nie koniec – równie interesującą ofertę, w zakresie filmów dokumentalnych, oferuje Akademia Planete+ Doc, towarzysząca corocznemu prestiżowemu festiwalowi dokumentów. I tu mamy szansę odnaleźć w całym kraju interesujące przedsięwzięcia lokalne: Ogólnopolski Konkurs Wiedzy o Filmie, organizowany przez Gdańskie Centrum Filmowe, Wielką Przygodę z Filmem organizowaną przez Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu, czy wreszcie krakowskie Przedszkole Filmowe – projekt pod egidą samego Andrzeja Wajdy, adresowany do pasjonatów, którzy już w tak młodym wieku wiedzą, że chcieliby wypowiadać się poprzez sztukę filmową i obrazy.

Dojrzali widzowie nie są bynajmniej poszkodowani. Jeśli ktoś myślał, że Dyskusyjne Kluby Filmowe odeszły w przeszłość wraz z Klubami Książki i Prasy – jest w błędzie. W Polsce wciąż działa około 130 takich instytucji, a niektóre z nich – np. w Bydgoszczy, Lublinie, Krasnystawie czy Grójcu – mają setki członków i organizują wiele dodatkowych atrakcyjnych lokalnych imprez filmowych. W warszawskim kinie „Iluzjon” działa cykliczne 4-letnie studium historii kina światowego na poziomie akademickim – Akademia Filmowa. Nieco krócej – dwa lata – trwa program Akademii Polskiego Filmu, inicjatywy współorganizowanej m.in. przez krakowską Akademię im. A. Frycza-Modrzewskeigo, SFP, WDK w Kielcach, SNH. Swój odpowiednik dla dorosłych ma też Akademia filmu dokumentalnego PLANETE+ DOC.

Gra warta świeczki

Niewątpliwie ta dosyć bogata oferta nie wyczerpuje wszystkich możliwości. Przed edukacją filmową stoją wielkie wyzwania, którym trzeba będzie sprostać w ciągu kilku najbliższych lat. Nie jest bowiem tajemnicą, że publiczność – zwłaszcza najmłodsza – stopniowo odwraca się od oglądania klasycznych mediów, co wkrótce może zepchnąć np. stacje telewizyjne do narożnika. Z kolei projekty edukacyjne, prezentujące klasykę polskiego i światowego kina, uruchamiane w internecie – np. na platformie takiej, jak YouTube – szansę na rozwój zawdzięczają niemal wyłącznie publicznemu wsparciu, bowiem prywatne wytwórnie czy dystrybutorzy uważają udostępnianie dzieł na powszechnie dostępnym portalu za nieuzasadnione ekonomicznie.

Kolejną rewolucją, jaka czeka szeroko rozumiany świat filmu, jest ofensywa urządzeń mobilnych. Już dziś smartfony skutecznie podcięły gałąź, na której od dekad siedziały firmy produkujące sprzęt fotograficzny. Ikony fotografii, firmy takie jak Kodak czy Polaroid, w efekcie praktycznie trafiły do lamusa. Nie inaczej może stać się ze światem kina – już dwa lata temu w oscarowym wyścigu wystartował film „Olive” nakręcony za pomocą smartfona. W Toronto odbywa się pierwszy chyba na świecie festiwal dzieł zrealizowanych za pomocą aparatów komórkowych (jeżeli można je jeszcze tak nazywać). Skala wyzwań jest wielka.

Ale gra jest warta świeczki. Filmy mają znacznie większy wpływ na nasze życie niż zdajemy sobie z tego sprawę. Nie chodzi tylko o ten wpływ, o którym bywa od czasu do czasu głośno: zachęcanie do przemocy czy palenia papierosów. W Polsce trzech na czterech ankietowanych młodych ludzi przyznaje się do tego, że któryś (lub któreś) z obejrzanych niegdyś dzieł zmieniło ich życie, postawy wobec otoczenia, popchnęło na nową drogę w życiu prywatnym czy uświadomiło chęć zajmowania się jakimś zawodem. A to już nie przelewki.

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:51

PRZEMOC W SZKOLE JEST FAKTEM

Napisane przez

Raport Najwyższej Izby Kontroli na temat przemocy w szkole – „Przeciwdziałanie zjawiskom patologii wśród dzieci i młodzieży szkolnej” nie pozostawia złudzeń: szkoła nie radzi sobie ze zjawiskiem agresji.

Najwięcej zachowań patologicznych odnotowano w gimnazjach – 8,8 proc. uczniów deklarowało udział w sytuacjach mających związek z przemocą. Najwięcej wskazań – aż 74 proc. – dotyczyło agresji werbalnej: ubliżania, przezywania, poniżania. 58 proc. odpowiedzi uczniów wskazywało na obecność w szkole agresji fizycznej. W porównaniu z wcześniejszymi latami to znaczny wzrost.

Podobnie przedstawia się sytuacja, jeśli chodzi o cyberprzemoc – z raportu wynika, że aż co piąty uczeń zetknął się bezpośrednio z takimi działaniami. Dane te są wysoce niepokojące – z racji tego, że nauczyciele nie mają często ani doświadczenia, ani umiejętności poruszania się w wirtualnej przestrzeni.

Przemoc hi-tech

Zbigniew Matwiejek z NIK ocenił, że kadra pedagogiczna nie jest przygotowana do rozpoznawania takich zagrożeń. Nauczyciele niekiedy nie zdają sobie sprawy, czym są dla współczesnych nastolatków portale społecznościowe, i jak mierzy się atrakcyjność osoby za pomocą kliknięć „lubię to” oraz z tego, co nastolatki gotowe są zrobić, by zyskać na popularności. Nietrudno wywnioskować, że z tej racji są szczególnie narażone na uczestniczenie w sytuacjach groźnych.

– Taka sytuacja dotyczyła grupki moich rówieśników. Grozili takiej jednej dziewczynie przez internet – opowiada Ania, uczennica gimnazjum nr 1 w Raszynie. Drastyczny przykład przemocy i cyberprzemocy nagłaśniały w 2011 r. media, kiedy to w Szczecinie 11-latek dokonał brutalnego gwałtu na dziewięciolatku – a wydarzenie to nagrał, i sprzedawał innym uczniom za 10 złotych, piętnastolatek.

Justyna Sedlak z Ministerstwa Edukacji Narodowej w odpowiedzi na raport NIK zaznacza, że resort edukacji za jedno z głównych zadań w soku szkolnym 2014-2015 stawia sobie profilaktykę agresji i przemocy w szkołach. Warto zaznaczyć, że od czerwca 2011 r. kodeks karny zawiera przestępstwo „stalkingu” – definiowanego jako uporczywe nękanie i prześladowanie, a także podszywanie się pod inną osobę w celu wyrządzenia jej szkody, także osobistej.

„Stalking” to forma przemocy psychicznej. W świetle obowiązującego w Polsce prawa, w przypadku przemocy rówieśniczej – a więc wtedy, gdy sprawcą jest nieletni – mają zastosowanie przepisy o postępowaniu w sprawach nieletnich, które mówią że szkoła i nauczyciele stanowią instytucję, do których obowiązków należy dbanie o dobro dziecka. Dlatego posiadają oni szczególny obowiązek zwracania uwagi na przemoc i informowanie o niej policji lub prokuratury.

Zgodnie z literą Ustawy z 7 września 1991 r. o systemie oświaty, nauczyciel w swoich działaniach dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych ma obowiązek kierowania się dobrem uczniów, troską o ich zdrowie, postawę moralną. W Karcie Nauczyciela z kolei ustawodawca zaznacza, że do obowiązków nauczycieli należy także dbanie o wykształcenie postaw moralnych i wzajemnego szacunku w uczniach. Powinni zatem nie dopuszczać oni do sytuacji mobbingu rówieśniczego, a w sytuacjach, gdy ma on jednak miejsce, skutecznie reagować. Lucyna Kicińska z Fundacji Dzieci Niczyje opisuje tymczasem zjawisko odbierania nauczycielom „prawa do wychowywania”.

Według niej raport NIK obnażył problem braku współpracy pomiędzy szkołą a rodzicami. W praktyce wygląda to tak, że nauczyciele mają poczucie bycia na cenzurowanym. Skarżą się na roszczeniowo nastawionych rodziców. Jeśli czyjemuś dziecku dzieje się krzywda, rodzice żądają, by dziecko chronić, a sprawcę ukarać, ale kiedy to ich dziecko jest sprawcą przemocy – kategorycznie zabraniają nauczycielowi się wtrącać. „Pani jest od uczenia, a nie od wychowywania” – mówią. A zatem nauczyciel bywa stawiany pod ścianą.

Kicińska zauważa także, że cyberprzemoc nie bierze się znikąd, skoro niemal wszystkie dzieci zostawione są przez rodziców w sieci same sobie. A jest to przestrzeń specyficzna, dziecko nie uczy się w niej relacji interpersonalnych, za to oswaja z językiem bardzo nasyconym przemocą.

Klęska profilaktyki

Z raportu NIK wynika, że na istnienie zjawiska cyberprzemocy wskazało w roku 2012/2013 8 proc. uczniów. Izba przyczyny tego stanu rzeczy upatruje w tym, że szkoły nie diagnozują sytuacji, a nauczyciele nie umieją odpowiednio reagować na zagrożenia, pozbawieni są także wsparcia ze strony samorządów i rodziców. Autorzy raportu podkreślają, że intensywnie narastającym – i w zasadzie nie rozwiązanym – problemem jest zażywanie narkotyków i innych substancji psychoaktywnych. Wyraźnie odnotowuje się tendencję wzrostową, jeśli chodzi o dopalacze. Ponad 30 proc. ankietowanych przez NIK uczniów deklarowało, że było świadkiem narkotyzowania się lub słyszało o takich sytuacjach od koleżanek i kolegów, 17 proc. potwierdzało występowanie handlu narkotykami na terenie szkoły lub jej okolicy.

Nauczyciele zgadzają się z opinią, że w ich placówce występuje problem zażywania narkotyków przez uczniów. Aż 28 proc. z nich twierdzi zatem jednoznacznie: „u nas w szkole są narkotyki”. Oprócz tego, badani wskazywali na istnienie innych patologii, takich jak wandalizm, kradzieże na terenie szkoły, nadużywanie alkoholu.

Raport NIK dowodzi zupełnej nieskuteczności rządowego programu o szumnej nazwie „Bezpieczna i przyjazna szkoła” wprowadzonego do szkół przez MEN w latach 2008-2011. Zakładany cel, tj. poprawa bezpieczeństwa dzieci w szkole, nie został osiągnięty. Podobnie bezowocne – zdaniem NIK – okazały się działania profilaktyczne szkół w latach 2011-2012 i 2012-2013.

Powstaje zatem pytanie, jakie są słabe strony programów profilaktycznych? Na pewno należy tu wymienić niedoinformowanie nauczycieli, skoro aż 30 proc. z nich przyznaje, że nie ma dostatecznej wiedzy na temat ryzykownych zachowań uczniów. Ponadto kontrolerzy Izby dowodzą, że programy profilaktyczne, z których korzystają szkoły, są ogólnikowe, niedostosowane do potrzeb, oparte na jednostronnym przekazie. To skazuje je na klęskę, ponieważ nowoczesna pedagogika musi umieć się poruszać we współczesnym świecie, programy powinny być interaktywne, angażujące zarówno emocje, jak i intelekt osób, do których są kierowane.

Z lokalnej perspektywy   

– W naszej gminie od wielu lat prowadzone są wielopłaszczyznowe działania profilaktyczne pod nazwą Wyszkowskich Dni Profilaktyki. Kilka miesięcy wcześniej zespół składający się z przedstawicieli wszystkich szkół i przedszkoli przygotowuje zakres merytoryczny tych działań dla swojej placówki. Każda z nich przygotowuje plan działań zgodny ze swoimi potrzebami. Nigdzie nie jest powiedziane, że nasilone są w nich te same negatywne zjawiska, co w Warszawie na przykład – mówi Kamila Puławska, inspektor ds. profilaktyki i uzależnień z Urzędu Miasta w Wyszkowie. – Omawiamy wtedy problemy, charakteryzujemy szkołę. Rzetelna diagnoza musi być podstawą działań by miały one sens – dodaje.

Problem przemocy i przestępczości nieletnich był już dyskutowany nieraz, tak przez samorządowców, jak i przedstawicieli policji. Trudno zarzucać im bezczynność, skoro w 2013 r. funkcjonariusze służb prewencyjnych z Zespołu ds. Nieletnich i Patologii odbyli ponad dwieście spotkań z młodzieżą oraz ponad czterysta spotkań z rodzicami i pedagogami. Policjanci realizowali działania profilaktyczne z Ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. – Ich działania, takie jak akcje „Wagarowicz” czy „Nieletni” ukierunkowane były na profilaktykę wszelkich patologii, w tym przemocy szkolnej. Warto podkreślić, że zwracano w nich także uwagę na zasady bezpiecznego korzystania z Internetu – podkreśla Puławska.

Ciekawą i popularną w wielu gminach inicjatywą profilaktyczną jest PaT. KPP i samorządy, realizując program aktywnej profilaktyki stawiającej na kreatywność i potencjał młodych ludzi, wpisuje się trafnie w postulowaną przez NIK nowoczesność programów profilaktycznych. Program PaT został zaliczony do Banku Dobrych Praktyk rządowego programu ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej” i do programu „Bezpieczna i przyjazna szkoła” – tak ostro skrytykowanego przez NIK.

Trudno jednak, wbrew ustaleniom NIK, zakładać, że wszelkie działania profilaktyczne są nietrafione. Jeżeli bowiem – zgodnie z danymi raportu – tak wielu uczniów było świadkami przemocy lub zażywania narkotyków, to rodzi się pytanie kluczowe: co z tym zrobili i jak reagowali. Jeśli bowiem ktoś proponował im narkotyki, a oni odmówili, uznać można to za sukces profilaktyki kładącej nacisk na asertywność w takich sytuacjach. Jednak liczba wskazuje na coś innego – liczy się tylko fakt, także zresztą niepokojący, że byli uczestnikami takiego zdarzenia.

Dowodzi to, że konieczne jest dokonywanie pogłębionych badań obejmujących konkretną szkołę, konkretne klasy. Kamila Puławska informuje, że w gminie Wyszków dokonuje się bardzo obszernej i szczegółowej diagnozy zagrożeń społecznych, obejmującej także szkoły. – Ostatnia była wykonana w 2012 r., a aktualizuje się ją co cztery lata. Ponadto jest ona na bieżąco przypominana i stanowi podstawę podejmowanych w ramach profilaktyki działań – mówi inspektor ds. profilaktyki i uzależnień z wyszkowskiego ratusza.

Okiem psychologa

– Programy profilaktyczne nie powinny być akcjami jednorazowymi, ale długoterminowymi, ponieważ potrzeby są ogromne – podkreśla psycholog Jolanta Twardowska, od ośmiu lat pracująca w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Wyszkowie. – Ważne jest to, by rodzice dostrzegli problem, współpracowali z nauczycielami, a nie tylko przedstawiali swoje oczekiwania w kwestii bezpieczeństwa ich dziecka w szkole – kwituje. Jak twierdzi, tylko rozwiązania systemowe, angażujące wszystkie ogniwa systemu oświaty, mogą przynieść pozytywne rezultaty. A najniebezpieczniejsze jest niedostrzeganie lub bagatelizowanie problemu.

– Zdarza się, że rodzice mylą wsparcie dziecka z bezkrytycznym bronieniem go – zaznacza Twardowska. Na nic wówczas nie zdadzą się działania wychowawcze podejmowane w szkole. Dziecko, otrzymując immunitet na złe zachowanie od rodziców, znajduje się właściwie poza zasięgiem wpływu nauczycieli. W przekonaniu swoim i rodziców dziecko jest dobre, a nauczyciel zły, niekompetentny lub po prostu się czepia. Wzajemne znoszenie się autorytetów jest sytuacją niebezpieczną dla dziecka, które i tak, w okresie dojrzewania, najintensywniej poddane jest wpływom grup rówieśniczych. Te zaś dysponują różnymi wzorcami, niekiedy premiowane jest w nich to, co najniebezpieczniejsze – także zachowania aspołeczne, w tym przemoc.

Dziecko pozbawione wsparcia ze strony dorosłych, nie mające dobrego kontaktu z rodzicami, jest w stanie całkiem zmodyfikować swoje zachowania, tylko po to, by przypodobać się rówieśnikom. Czasem staje się uczestnikiem klasowej nagonki na inne dziecko, czasem jej prowodyrem, a czasem – kozłem ofiarnym. Jolanta Twardowska, zajmująca się w swej placówce socjoterapią, namawia zwłaszcza do czujności w pewnym okresie życia dziecka. – Bardzo niebezpieczny z psychologicznego punktu widzenia jest okres gimnazjalny – mówi.

Warto zatem uświadamiać rodzicom, że umniejszając wartość nauczyciela jako człowieka, umniejszają  wartość dorosłych jako autorytetów, także swoją. Ważne także, by rodzice mieli świadomość, że powierzchowny kontakt z dzieckiem, brak uwagi i czasu zwiększają ryzyko bezkrytycznego poddania się młodego człowieka złym wpływom. Jolanta Twardowska uczula na indywidualne podejście do dzieci, u których takie zachowania dają się zaobserwować, zaleca także zwykłą czujność, przejrzystość oczekiwań – i to, o co niekiedy najtrudniej: zwykłą przyjaźń i zrozumienie dla swojego dziecka. – Czym wcześniejsza interwencja, czym wcześniej podjęte działania naprawcze, tym większa szansa na pomoc – przekonuje.

– Agresja jest często symptomem bardzo złożonych problemów dziecka, które wymagają korekty – tłumaczy Twardowska. – Mogą to być deficyty w umiejętnościach społecznych, problemy emocjonalne, złe wzorce w domu rodzinnym, które dziecko powiela, za pomocą których próbuje porządkować swą rzeczywistość, nieświadome tego, że odbiegają one od wzorów postępowania właściwego – podsumowuje.

Ale też, według niej, dobrze poprowadzona terapia pedagogiczna i psychologiczna modyfikuje niewłaściwe, destrukcyjne zachowania. Ponad to agresja bywa symptomem złożonych zaburzeń. – Zdarza się, że inteligentne, dobrze rozwijające się dziecko rujnuje swą szkolną karierę, ponieważ nie radzi sobie z frustracją, złością, nudą lub innymi emocjami – mówi Twardowska. A szkoła nie radzi sobie z nim. Warto szukać wtedy porady u specjalistów, ustalić przyczynę i odpowiednio pokierować terapią. – Terapia to nie wstyd, a wyraz rodzicielskiej dojrzałości – apeluje. W Ośrodku Szkolno-Wychowawczym Twardowska była współzałożycielką grupy wsparcia dla rodziców borykających się z trudami rodzicielstwa. To szczególnie cenna inicjatywa, ponieważ uświadamia rodzicom, że inni są w podobnej sytuacji, mają prawo do błędów jako rodzice – ponieważ rodzicielstwa nikt nas nie uczy.

Programy nadziei

Wiele gmin w ramach profilaktyki uzależnień realizuje programy skierowane do nauczycieli i rodziców, zahaczające o problematykę przemocy, takie jak: „Praca z dzieckiem trudnym wychowawczo, agresywnym, pochodzącym z rodziny alkoholowej”, czy „Odczuwaj, ufaj, mów”, „Współpraca szkół z policją w sytuacjach zagrożenia dzieci i młodzieży przestępczością i demoralizacją”, „Picie alkoholu i eksperymentowanie z innymi substancjami psychoaktywnymi przez dzieci i młodzież – reagowanie przez rodzica”.

Kamila Puławska zaznacza, że programy profilaktyczne skierowane do rodziców są szczególnie ważne, gdyż rodzice mają często nikłą świadomość zagrożeń, jakie wiążą się z uzależnieniami. – Do inicjacji alkoholowej wśród dzieci dochodzi najczęściej w obecności i za przyzwoleniem rodziców – alarmuje Kamila Puławska. – Trudno w to uwierzyć, ale rodzice z naszej gminy, co wiemy dzięki wspominanej już diagnozie, nie dostrzegają w piciu piwa zagrożenia dla dziecka, a przecież skutkiem takiego przyzwolenia może być zarówno wczesne uzależnienie, jak problemy z zachowaniem, także agresją – mówi.

Obie specjalistki tłumaczą także, że na krytyczne oceny NIK jest stanowczo za wcześnie. Programy profilaktyczne to element długiego procesu wychowawczego, którego skutki możemy ocenić dopiero po latach – dowodzą.

Przykłady? Gimnazjalista z Długosiodła, pytany o przemoc w szkole, opowiada własną historię. – Prawda jest taka, że znęcałem się nad jednym chłopakiem – mówi. – Potem mieliśmy zajęcia, na których rysowaliśmy portret ofiary i portret sprawcy, i wtedy okazało się, że to ja jestem ten słaby, że krzywdzę, by poczuć się lepiej. Teraz bardzo się tego wstydzę – kwituje. Rzuca to trochę inną perspektywę na skuteczność programów profilaktycznych. Dlatego za niezwykle cenne uważa się te programy, które angażują wyobraźnię i emocje dzieci. Ważne również jest kształcenie i uwrażliwianie nauczycieli, ponieważ powinni oni nadążać za zmianami i nabywać kompetencje, pozwalające rozpoznać i rozwiązać problemy.

Szkoła Wyższa im. Pawła Włodkowica w Płocku i wiele innych uczelni realizuje projekty treningowe dla nauczycieli w ramach programu unijnego „Kapitał ludzki”. Realizowany w 2013 roku projekt dotyczył postępowania w sytuacjach kryzysowych i był – zgodnie z nazwą – Treningiem Zastępowania Agresji. Należał do inicjatyw, które zrealizowano pod szyldem Akademii Profesjonalnego Pedagoga. Na pewno warto, by nauczyciele śledzili ofertę szkoleniową, a jest ona naprawdę szeroka.

Los kozła ofiarnego

Przemoc to nie tylko bicie, szturchanie czy wyzwiska. To także nękanie psychiczne, jakie miało miejsce w przypadku Antka. Dzieci nie siadały z nim w ławce, odsuwały od gier i zabaw, uporczywie powtarzały, że śmierdzi. Obgadywały go na Facebooku. Nauczyciele bagatelizowali problem, dopatrywali się winy w nim. – Miałam wrażenie pomieszania światów – opowiada matka Antka, której syn zaczął często chorować, wymiotować przed pójściem do szkoły.

Ich historia zakończyła się przeniesieniem chłopca do innej szkoły, ale czy to jest najlepsze rozwiązanie? Joanna Węgrzynowska ze Stowarzyszenia Bliżej Dziecka, prowadząca treningi z dziećmi, zdecydowanie zaprzecza. – Zmiana szkoły to rozwiązanie ostateczne, kiedy już wszystko inne zawiodło – podkreśla. – Wtedy całą rodzicielską uwagę trzeba skupić na tym, by dziecko wiedziało, że nie zmienia szkoły, bo jest słabe, bezwartościowe, poniosło porażkę. Porażkę ponosi system, pedagodzy, rodzice agresywnych dzieci. Ono nie. Ono ma prawo uczyć się w szkole, w której będzie traktowane z szacunkiem – kwituje z mocą. Węgrzynowska tłumaczy, że jest wiele strategii radzenia sobie z napastnikiem, których można nauczyć dziecko, jest wiele technik podnoszenia pewności siebie i atrakcyjności interpersonalnej. Ocenia, że około 40 proc. dzieci udaje się wyzwolić z roli kozła ofiarnego.

Co z pozostałymi? Samotna matka pięciorga dzieci zapytana o to, czy z jakichś powodów były one w szkole narażone na przemoc, nie ma złudzeń. – Moje dzieci były w gimnazjum dyskryminowane z powodu biedy. Koleżanki z zamożnych domów często im dokuczały i śmiały się, że moje córki kupują ubrania w lumpeksach – opowiada. Natomiast Jolanta Twardowska, zapytana o to czy są dzieci, które z jakichś przyczyn są szczególnie narażone na przemoc ze strony rówieśników, wyszczególnia nieśmiałość – która także powinna być dla rodziców sygnałem do podjęcia działań korekcyjnych, ponieważ wyraźnie przekłada się ona na jakość całego życia. A także nieporadność, nieumiejętność radzenia sobie dziecka w sytuacjach konfliktowych, zagrażających.

Ważne jest, by zarówno w ofierze, jak i sprawcy, widzieć przede wszystkim dziecko, które wymaga pomocy właściwej dla swojej osobowości, swoich problemów. – Rozwijajmy empatię i umiejętności społeczne naszych dzieci. I im, i nam będzie się wtedy żyło lepiej – apeluje Twardowska. – Pracowałam zarówno z dziećmi agresorami, jak i z dziećmi doświadczającymi agresji i jeśli chodzi o rodziców to widzę różnicę między tymi grupami – wspomina z kolei Węgrzynowska. – Rodzice dzieci agresywnych sami częściej wykazują się agresją, widać, że dziecko nauczyło się takiej postawy od nich. Ci rodzice niechętnie uczestniczą w szkoleniach, nie przychodzą, albo mówią, że nie widzą problemu. Bywa i tak, że są dumni z agresywnych zachowań dziecka sądząc, że „przynajmniej da sobie radę w życiu” lub, że „w życiu trzeba walczyć” – dodaje.

Według niej to rodzice kozłów ofiarnych są chętni do współpracy, empatyczni, chcą zdobywać nowe umiejętności. W świetle wypowiedzi cytowanej matki zgodzić się co do konieczności rozwijania empatii u dzieci po prostu musimy. – Problemy nie znikną, zawsze będą się pojawiać, ponieważ błędy, złe decyzje, zachowania ryzykowne są wpisane w nasze życie, a także w życie naszych dzieci. Ważne by umieć wyciągać wnioski, rozmawiać o problemach, nie zamiatać ich pod dywan – mówi psycholog.

Drogowskazy pośród krętych dróg

My, rodzice, powinniśmy zatem pracować nad komunikacją z młodymi ludźmi, wskazywać konsekwencje zachowań destrukcyjnych i przedstawiać atrakcyjne kierunki samorealizacji. Samymi sankcjami, karami nie zdziałamy nic – wszelka represja prowokuje do zamknięcia się w sobie, buntu. Na takim fundamencie nie zbudujemy relacji opartej na zaufaniu, bezpiecznej relacji. Pozytywne relacje z rodzicami, nauczycielami i rówieśnikami to drogowskazy. Warto je stawiać na krętych drogach, którymi chodzą nasze dzieci.

Programy profilaktyczne, choćby nowoczesne, dobrze zaplanowane i profesjonalnie przeprowadzone – nie rozwiążą wszystkich problemów, ale powinny inspirować do codziennej pedagogicznej pracy z dzieckiem i do zaangażowanego rodzicielstwa. Zachęcamy zatem do korzystania z usług Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, lub pracowni psychologicznych, do aktywnego kontaktu z pedagogiem szkolnym – nie tylko wtedy, gdy już zdarzy się coś złego.

Podsumowując zatem: skuteczność programów profilaktycznych zależy od trafnej diagnozy środowiska lokalnego. Raport NIK należy rozumieć jako sygnał alarmowy, zmuszający gminy i szkoły do przyjrzenia się stosowanym przez nie strategiom: czy nie działają na chybił-trafił, czy nie tracą funduszy, czasu i energii na programy nieadekwatne do potrzeb lokalnych – tylko dlatego, że dany projekt zrealizowano w innych gminach, albo dlatego, że jakiś projekt zrealizować wypada, ponieważ jest rekomendowany przez MEN. Poza tym postulat konieczności zaangażowania wszystkich ogniw systemu oświaty musi być traktowany priorytetowo: nauczyciele, pedagodzy powinni się dokształcać, rodzice aktywnie angażować  w proces wychowawczy i współpracować ze szkołą, a same szkoły – otwierać się na współpracę z instytucjami pozarządowymi, które realizują wartościowe programy profilaktyczne, dysponują wiedzą na temat deficytów społecznych z racji tego, że w tych obszarach pracują.

Samorządy z kolei powinny wspierać placówki oświatowe w ich staraniach o intensywność i trafność realizowanych programów profilaktycznych. Przemoc i agresja to patologie znajdujące odzwierciedlenie w policyjnych statystykach. W 2013 r. dzieci do 15. roku życia popełniły na terenie szkoły 120 tysięcy przestępstw odnotowanych przez policję. Według  Ośrodka Rozwoju Edukacji co czwarty uczeń szkoły podstawowej został co najmniej raz pobity, a co dziesiąty regularnie doświadcza przemocy. Raport ORE jest bliźniaczo podobny do dokumentu NIK. Trudno tu mówić o zbiegu okoliczności: przemoc w szkole jest faktem.

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:42

TEN OKROPNY W-F

Napisane przez

 Na nic się nie zdadzą kolejne zmiany w zasadach funkcjonowania szkolnictwa w naszym kraju,  dobre intencje czy kolejne Orliki, jeśli wciąż głównym prześladowcą naszych uczniów będą zajęcia z wychowania fizycznego. Ten sam problem wraca od lat, jak bumerang: lęk przed zajęciami z wychowania fizycznego.

Jak co roku, pod koniec sierpnia zgłaszali się do mnie rodzice z prośbą o wystawienie zaświadczeń zwalniających ich pociechy z zajęć sportowych. Sporo czasu zajęło mi wyjaśnianie, że lepiej, by dziecko ćwiczyło indywidualnie, ale jednak – niż stawało się coraz bardziej niepełnosprawne.

Argumentacja opiekunów była różna. A to, że otyłe dziecko wstydzi się swojego wyglądu, więc lepiej, jeśli posiedzi na ławeczce i poczyta. To znowu zapewnienia o ćwiczeniach indywidualnych w domu pod okiem rodzica. Dzieci stały ze spuszczoną głową i słuchały. Nie miały nic do powiedzenia. Widać było jednak, jak niekomfortowo się czują. Nie ćwiczyć, to przecież oznacza nie mieć kolegów, być też wystawionym na pośmiewisko. Z opowieści rodziców zajęcia sportowe jawiły się jako bardzo stresujące dla ich dziecka, ocena końcowa zaś zdecydowanie „psuła” świadectwo.

Badam dzieci podczas bilansów sześcio-, dziesięcio-, czternastolatka. Zatrważają: ilość wad postawy, złe nawyki w postaci noszenia plecaków na jednym ramieniu, odrabianie lekcji przy ławie przed telewizorem, czy wreszcie godziny spędzone przed monitorem komputera. Równie fatalne wnioski nasuwają się podczas bilansowania uczniów kończących szkolną edukację. Zaniedbane sylwetki, skrzywienia boczne kręgosłupa, okrągłe plecy i brak zainteresowania aktywnością fizyczną.

Tylko część moich podopiecznych czynnie uprawia sport. Nie wynika to z braku dostępu do boisk, czy stadionów. Chętni zawsze znajdą możliwość rozwijania swojej pasji. Stadion po południu świeci pustkami. Spotkamy na nim jedynie starsze panie, uprawiające chodzenie z kijkami lub członków Klubu Sportowego trenujących regularnie. Moi pacjenci-uczniowie po prostu nie lubią zajęć sportowych, a te w szkole traktują, jak zło konieczne.

Zwolnienia z W-F wystawiane przez rodziców z byle powodu są codziennością. Podobnie, jak próba wymuszania takowych na lekarzach POZ. Jak bardzo istotny jest to problem, okazało się w maju br. podczas konferencji zorganizowanej w Bartoszycach: „Sport i aktywność fizyczna w szkole” w ramach szerszej kampanii pn. „Stop zwolnieniom z w-f”. Obecni byli samorządowcy, nauczyciele i lekarze.

Dla mnie najistotniejszym głosem w dyskusji była propozycja zlikwidowania ocen za uczestnictwo w lekcjach W-F. Ocena opisowa, z podkreśleniem osiągnięć danego ucznia, wystarczająco nagrodziłaby tych wyróżniających się, a nie spędzałaby snu z powiek mniej uzdolnionym, ale ambitnym. Urozmaicanie zajęć, podchodzenie indywidualnie do możliwości poszczególnych dzieci dają możliwość zaszczepienia w dzieciach potrzeby ruchu i dbania o sprawność fizyczną. Przecież czym skorupka za młodu... Obowiązkowe zaliczanie poszczególnych elementów, jak przewroty w tył, stanie na rękach czy skoki przez kozła jeszcze dzisiaj, po wielu latach, śnią się po nocach tym, co to byli w szkole mniej sprawni ruchowo, a dobre oceny mieli za solidność.

Zasada prowadzenia monitoringu postępów w danych dyscyplinach z osobna każdego ucznia jest założeniem dobrym, ale jeśli ocenę końcową stawia się, równając do najlepszych, to chyba jakieś nieporozumienie. Jestem za tym, by zajęcia z wychowania fizycznego stały się rzeczywiście rekreacją. Niech będą wytchnieniem od godzin spędzonych w szkolnych ławkach. Niech dzieci z utęsknieniem czekają na to, by wejść na salę gimnastyczną, a zapomnienie stroju będzie dla nich jak kara. Przecież dzieci otyłe, czy niepełnosprawne, mogą wiele zyskać, ćwicząc u boku swych kolegów. Trzeba tylko obdarzyć je empatią i zintegrować uczniów bez względu na ich sprawność. Utopia? W-F to poważna lekcja, więc musi budzić respekt? Oceny z W-F są konieczne, podobnie jak ciągłe sprawdziany i „robienie wyników”? Myślmy tak dalej – a wychowamy kolejne pokolenia inwalidów.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

KLUBY NA KROPLÓWCE Z RATUSZA

Napisane przez

W perspektywie zbliżających się wyborów samorządowych włodarze miast chętniej mówią o wspieraniu sportu amatorskiego niż profesjonalnego. Nikt nie chce być kojarzony z przynoszącymi straty klubami i przepłacanymi zawodnikami. Czyżby wybory miały definitywnie zakończyć współpracę sektora prywatnego i publicznego? Nic bardziej mylnego.

Władze piłkarskiego Górnika Zabrze z niepewnością spoglądają w przyszłość. Klub, który istnieje od ponad sześćdziesięciu lat, stoi na granicy bankructwa. Zadłużenie sięga ponad 40 mln zł, piłkarze od wielu miesięcy grają za darmo. Na dodatek, w ostatnich dniach lipca z klubem pożegnał się prezes Zbigniew Waśkiewicz. Przyczyn jego odejścia upatruje się w konflikcie z władzami miasta, głównego akcjonariusza klubu. Samorządowcom ponoć nie podobały się ostre wypowiedzi prezesa, dotyczące fatalnej sytuacji finansowej i jego oczekiwania, że miasto weprze klub dodatkowymi środkami. Solidarni z zespołem pozostają wciąż kibice i sami piłkarze, pytanie tylko na jak długo? Czy Górnik podzieli los innych znanych bankrutów, jak Warta Poznań czy łódzki Widzew? Czy może miasto zapewni klubowi środki potrzebne na chwilowe przetrwanie kryzysu do czasu znalezienia nowego akcjonariusza?

Promocja na wsparcie

– Miasta powinny wspierać kluby sportowe, choćby z jednego powodu: pełnią one istotną funkcję społeczną. Choćby akademie piłkarskie, gdzie przez lata tysiące dzieciaków nie tylko trenuje, ale uczy się i wychowuje. Środki na to przeznaczane, kiedyś się zwrócą – przekonuje Adam Dawidziuk, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”.

Wspieranie sportu jest jednym z zadań samorządów terytorialnych. Może się to odbywać poprzez bezpośrednie dotacje lub poprzez zlecanie konkretnych działań, mających na celu promowanie zdrowego trybu życia itp. Ile przekazuje się na profesjonalne kluby sportowe? Bydgoszcz, która jest jednym z hojniejszych miast na sportowej mapie Polski, co roku na ten cel przeznacza kilkanaście milionów złotych. Z kolei Wrocław – około 20 milionów złotych, a w Szczecinie na program „Wspieranie i upowszechnianie kultury fizycznej” w budżecie miasta na rok bieżący zarezerwowano 8 mln zł, z czego bezpośrednio do klubów trafiło ponad 3 mln zł. Reszta stanowi budżet na promocję miasta.

Przeprowadzona w latach 2009-2010 kontrola NIK w sześciu miastach wykazała, że aż 91,3 mln zł z 103,5 mln zł z promocji miasta trafiło do profesjonalnych klubów sportowych. 23% środków przeznaczonych na wsparcie sportu kwalifikowanego przekazano niezgodne z przepisami ustawy o sporcie kwalifikowanym, dopatrywano się także mechanizmów korupcjogennych. – Niestety, muszę przyznać, że często jest tak, ze środki „z promocji” są traktowane jako dodatkowe źródło wsparcia lokalnych klubów – mówi Michał Gniatkowski, radca prawny z kancelarii Weremczuk Bobeł & Wspólnicy, ekspert od ustawy o sporcie. Wtóruje mu Dawidziuk. – Patologią jest sytuacja, kiedy klub sportowy zatrudnia zawodników, płaci im wysokie pensje, a w momencie, gdy brakuje pieniędzy, wyciąga rękę do miejskiej kasy. To błąd, a takie sytuacje się zdarzały.

I wciąż zdarzają… Na początku sierpnia br. do prasy lokalnej wyciekła informacja, jakoby piłkarski Śląsk Wrocław miał otrzymać 1 mln złotych za… promowanie maratonu ulicznego.

Weryfikacja zasad podziału środków

Zbliżające się wybory samorządowe zmusiły przedstawicieli miast do zweryfikowania zasad podziału środków na promocję. We wspomnianym już Wrocławiu – wśród klubów, które w przyszłym roku otrzymają dofinansowanie – znalazł się koszykarski Śląsk, który był dotychczas pomijany z powodu „różnic” politycznych. Zmiany zapowiadają także inne miasta, m.in. Bydgoszcz. – Miasto przyznaje środki w oparciu o wiele kryteriów, m.in. popularność dyscypliny, możliwości infrastrukturalne, posiadane środki własne, czy dotychczasowe rozliczenie z powierzonych zadań. To wszystko sprawia, że finansowanie mogą otrzymać tylko kluby działające w dłuższej perspektywie czasowej. Naszym celem nie jest zaprzestanie finansowania sportu, bo to ważny element tożsamości miasta, ale finansowanie wiarygodnych partnerów o właściwych fundamentach działania – tłumaczy Marta Stachowiak, doradca prezydenta miasta.

W Lublinie, który dzięki klubowi SPR Lublin, obecnie MKS Selgros Lublin, był jednym z „antybohaterów” opublikowanego w 2012 r. raportu NIK, wprowadzono bardziej restrykcyjne zasady kontroli środków. – Raport NIK dotyczył złożenia fałszywego oświadczenia przez prezesa SPR w ramach wniosku aplikacyjnego. Fakt ten, pomimo merytorycznego i finansowego rozliczenia dotacji, spowodował zwrot środków, co zostało zrealizowane w ramach wykonania zaleceń pokontrolnych. W chwili obecnej klub nie aplikuje w otwartych konkursach ofert. Miasto Lublin w 2014 r. dokapitalizowało klub kwotą 1 mln zł. Pozostałą część budżetu zapewniają sponsorzy, w tym sponsor tytularny, Selgros. Kontrolę nad wydatkowaniem środków przez Zarząd sprawuje Rada Nadzorcza, w której skład wchodzą osoby wskazane przez Miasto Lublin – tłumaczy Beata Krzyżanowska, rzecznik prasowy prezydenta miasta.

Władze Szczecinka także zdecydowały się na kontrolę lokalnego sportu profesjonalnego. Tamtejsze kluby piłkarskie otrzymały jeden warunek: 250 tys. złotych dofinansowania, ale tylko w sytuacji, gdy połączą one swoje siły i od nowego sezonu będą występowały pod wspólnym sztandarem. Ponieważ porozumiały się tylko dwa kluby piłkarskie, wsparcie zmniejszono do 100 tys. zł, reszta zostanie przekazana na inne cele.

Czy ta nowa, bardziej restrykcyjna taktyka, okaże się zgubna dla profesjonalnych klubów sportowych? Niekoniecznie, bezpośrednie dotacje to tak naprawdę ułamek kwot, na które kluby mogą liczyć dzięki współpracy z samorządami. Oddzielną pulę stanowią bowiem umowy na promocję, m.in. zdrowego trybu życia, szkolenia młodzieży czy walki z alkoholizmem. Kluby nie udzielają informacji, na jakie kwoty są podpisywane umowy z miastami – można jednak przypuszczać, że są to opłacalne kontrakty, choćby jak ten Śląska Wrocław na „promocję maratonu”. – Wsparcie szkolenia sportowego oraz organizacji imprez sportowych odbywa się w ramach otwartych konkursów ofert. Konkursy dla gier zespołowych są ogłaszane na cały sezon rozgrywkowy, co ułatwia aplikowanie o środki i zapewnia stabilność funkcjonowania. W przypadku niektórych dużych wydarzeń sportowych miasto zawiera umowy promocyjne (np. międzynarodowy turniej z udziałem męskiej reprezentacji Polski w piłce ręcznej w 2014 r.) – opowiada Krzyżanowska.

Podobne rozwiązanie obowiązuje także w Bydgoszczy. – Miasto ograniczyło wsparcie klubów poprzez środki przeznaczone na promocję. Aktualnie są one przeznaczane w formie dotacji na szkolenie seniorów. Środki są zbliżonej wysokości, jak wcześniej, jednak dzięki temu miasto ma instrument kontroli ich wydatkowania, a także posiadanych środków własnych gromadzonych przez kluby. Jest to formuła, która pomaga miastu wypełnić jednocześnie dwa ważne cele, czyli: promocję przez sport i kontrolę nad przeznaczanymi środkami – mówi Stachowiak. I dodaje: – Udzielenie zamówienia na usługi promocji zamawiającego w dziedzinie piłki nożnej, siatkarskiej czy koszykarskiej podczas meczów I-ligowych rozgrywanych przez lokalną drużynę (klub sportowy), działający na terenie miasta Bydgoszczy, wypełnia przesłanki uzasadniające udzielenie zamówienia w trybie zamówienia z wolnej ręki. Celem takiego zamówienia jest świadczenie usług promocyjnych przez ściśle określony podmiot, tj. podmiot lokalny, powiązany w określony sposób z zamawiającym, co pozwala osiągnąć efekt rozpropagowania zamawiającego wśród lokalnej społeczności, na skutek jego zaangażowania w wydarzenia sportowe określonego rodzaju – dodaje doradca prezydenta Bydgoszczy.

W harmonii z ratuszem

Podobnie jest także w stolicy. Legia Warszawa to jedyny klub w Polsce, który nie otrzymuje bezpośredniej dotacji z budżetu miasta. Dodatkowo wpłaca do kasy miejskiej 4,5 mln zł za dzierżawę stadionu. Mimo to właściciele Mistrza Polski chwalą sobie kontakty z ratuszem. – Jesteśmy bardzo zadowoleni ze współpracy z miastem – zapewnia Izabela Kuś, rzeczniczka klubu. Stołeczne władze wspierają dwie sekcje Legii: siatkarską i koszykarską, a obiekt przy ul. Łazienkowskiej 3 jest chętnie wykorzystywany podczas organizacji licznym imprez.

Nic więc dziwnego, ze w ostatnich miesiącach prezes Bogusław Leśnodorski, znacznie złagodził swoje wypowiedzi dotyczące współpracy z Hanną Gronkiewicz-Waltz. Czy mimo krytyki ze strony wyborców samorządowcom bardziej opłaca się współpraca z profesjonalnymi klubami? – Miasta powinny częściej korzystać z możliwości promocji poprzez sport. Silna Legia to lepiej postrzegana Warszawa. Mocny Lech to lepsze opinie o Poznaniu. Kilka lat temu, kiedy Kolejorz grał z Manchesterem City, angielscy fani byli pod ogromnym wrażeniem dopingu na stadionie przy Bułgarskiej. Dzień później każda brytyjska gazeta pisała, że kibice The Citizens „będą robić Poznań”. Tego nie da się przeliczyć na pieniądze – reasumuje Dawidziuk. Tezy te potwierdzają dane marketingowe, a w statystykach i rocznych raportach to właśnie te wyglądają najlepiej.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

FELIKS BARTCZUK, OSTATNI POWSTANIEC

Napisane przez

Opowiadana dziś historia wydarzyła się na Podlasiu, na pograniczu dwóch narodowych żywiołów, w okolicy Kosowa Lackiego, w sąsiedztwie Kosowa Ruskiego, w powiecie sokołowskim województwa mazowieckiego.

Nasz bohater – Feliks Bartczuk – urodził się 22 września 1846 r., w rodzinie włościańskiej. Jako nastolatek pracował fizycznie w majątku Ludwika Górskiego w Ceranowie. Pracodawca, ujęty ambicjami młodego parobka, pozwolił mu korzystać z dworskiej biblioteki. Bartczuk skupił się na lekturach historycznych – zarówno naukowych, jak i beletrystycznych  –  i one ukształtowały jego pogląd na świat. Co dokładnie czytał, nie wiadomo, lecz wiemy, że Górscy mieli w Ceranowie bogatą, jak na te czasy, bibliotekę. Ludwik Górski, jeden ze znamienitszych działaczy ziemiańskich tej epoki, był ceniony przez samego Henryka Sienkiewicza.

Pracodawca Bartczuka był typowym przedstawicielem stronnictwa Białych; niewątpliwy, gorący patriota, zwolennik pracy u podstaw (pozytywista), zdecydowanie sprzeciwiał się walce zbrojnej z Rosjanami. W gorącym okresie przedpowstaniowym należał do tej grupy aktywnych ziemian, którzy pojednawczymi gestami pod adresem administracji rosyjskiej starali się równoważyć działania Czerwonych; zamachy i demonstracje. Wspominam o tym, pamiętając, że o ocenę Powstania Styczniowego (sens wywołania i sposób prowadzenia) w Polsce spierano się podobnie, jak o Powstanie Warszawskie; zdaje się, że obie te dyskusje nie doczekają się prędko rozstrzygnięcia. Paradoks tej historii polega na tym, że umożliwiając młodemu, wiejskiemu chłopakowi korzystanie z ziemiańskiej biblioteki, światły acz rozważny ziemianin, Ludwik Górski, bezwiednie ukształtował gorącego, walecznego patriotę, Feliksa Bartczuka.

Gdy w maju 1863 r. w okolicy Ceranowa pojawił się powstańczy oddział Ludwika Lutyńskiego, Feliks Bartczuk wstąpił do niego wraz z grupą młodych mężczyzn z okolicy. Był w oddziale w czasie zwycięskich potyczek pod Węgrowem, w Nagoszewie, przyłączył się też z partią Lutyńskiego do ugrupowania Michała Kruka Haydenreicha i brał udział w sławnej batalii pod Żyrzynem. Przypomnieć warto, że 8 sierpnia 1863 r. Kruk ze swoją partią zaatakował pięćsetosobowy konwój dowodzony przez por. Laudańskiego, rozpraszając go i przejmując ponad 200 tysięcy rubli. Wydarzenie to szeroko relacjonowała europejska prasa, a w rosyjskich sferach rządowych wywołało ono wściekłość i przyczyniło się do zmian władz administracyjnych. Bitwę pod Żyrzynem zrelacjonował Jarosław Iwaszkiewicz w opowiadaniu „Haydenreich”.

W partii Lutyńskiego Bartczuk był jeszcze w czasie walk pod Chotyczami, Wolą Korybutową i Kockiem. W końcu grudnia, ze względu na chorobę, został urlopowany. Zamierzał wrócić do partii, lecz tę Lutyński w styczniu 1864 r. rozwiązał; jednocześnie zaś, w tym samym styczniu 1864 r., Rosjanie aresztowali Bartczuka i przejęli jego powstańcze pamiętniki. Miał wtedy zaledwie 17 lat i zdecydowanie marne perspektywy. Niewiele mógł mu pomóc młody wiek, gdyż Rosjanie potrafili zsyłać na Syberię i piętnastolatków. Rodzina nie poddawała się i podjęła wszelkie możliwe działania. Prawdopodobnie najbardziej Feliksowi pomogła interwencja byłego pracodawcy, Górskiego, oraz fakt, iż Rosjanie starali się skupiać represje na elitach i łagodniej traktować szeregowych. Tym sposobem wbijano klin rozbijający środowiska patriotyczne.

W połowie września 1864 r. Feliks Bartczuk został zwolniony z więzienia i mógł, pod nadzorem policji, zamieszkać w rodzinnym domu. Nie próbował już wracać do walki z zaborcą, zresztą powstanie wygasało. Feliks był jeszcze więziony, gdy 5 sierpnia 1864 r. na szubienicy pod warszawską Cytadelą zginął ostatni dyktator Powstania Styczniowego, Romuald Traugutt.

Bartczuk założył rodzinę i wrócił do pracy w rodzinnym gospodarstwie. 23 maja 1865 roku był świadkiem egzekucji ostatniego dowódcy Powstania, ks. Stanisława Brzóski, w Sokołowie Podlaskim. Wydarzenie to silnie zapisało się w jego pamięci. Ksiądz Brzóska został powieszony w biały dzień, publicznie, na rynku, w obecności wielu modlących się i płaczących rodaków.

Nasz bohater dochował się licznych dzieci i wnuków, doczekał wybuchu Niepodległej w 1918 r. w dobrej formie. Weterani Powstania Styczniowego zostali wówczas otoczeni kultem: Bartczuk został mianowany podporucznikiem, otrzymał stałe uposażenie w wysokości nieznacznie niższej od zawodowego podporucznika służby stałej (ok. 200 zł) i order Polonia Restituta. W charakterystycznym, honorowym mundurze uczestniczył w uroczystościach patriotycznych. W 1933 roku Rydz-Śmigły w obecności Piłsudskiego wręczył mu Krzyż Siedemdziesięciolecia Powstania Styczniowego.

Utrata niepodległości po inwazji hitlerowskich Niemiec bardzo przygnębiła weterana, zwłaszcza że przyszło mu mieszkać blisko obozu śmierci w Treblince. Miał zróżnicowane kontakty z podziemiem; miejscowa organizacja Armii Krajowej uczyniła go swoim honorowym członkiem, zaś grupa partyzantów lewicowej proweniencji zrabowała mu odznaczenia. Mimo traumatycznych przeżyć doczekał zakończenia wojny.

Może ktoś rzec – dlaczego piszę akurat o Feliksie Bartczuku? Typowy polski los, takich było tysiące… Wielu w dziejach Powstania Styczniowego zapisało się w sposób nieskończenie wyrazistszy i barwniejszy, wielu dokonywało czynów, na jakie Feliks Bartczuk się nie porwał (przynajmniej my o nich nie wiemy).

To prawda – Feliks Bartczuk nie był Bobrowskim, Gillerem, Jurgensem, Mierosławskim, Langiewiczem czy Czachowskim, nie był nawet żuawem śmierci z białym krzyżem na piersi. Symboliczne, poczesne miejsce w polskiej historii dał Bartczukowi prosty fakt – spośród znanych nam weteranów Powstania Styczniowego Jemu przyszło żyć najdłużej. Feliks Bartczuk zmarł 9 marca 1946 r., dobiegając setki.

* * *

Opisując dzieje najdłużej żyjącego weterana Powstania 1863 r., skorzystałem z książki Jacka Odziemczaka i Artura Ziontka; Feliks Bartczuk. Ostatni weteran powstania styczniowego, Siedlce
2013 r.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

DOKUMENTALNY WRZESIEŃ

Napisane przez

Miłośnicy filmów dokumentalnych – grupa, która w sezonie wakacyjnym miała słuszne prawo czuć się nieco pominięta – będą mieli szansę odbić sobie to już we wrześniu. Zapraszamy na dwa warte uwagi lokalne wydarzenia filmowe: w Świdnicy i Zakopanem.

- Świdnicki festiwal jest przestrzenią spotkań pasjonatów kina dokumentalnego, niezależnie od wieku i poziomu wiedzy – podkreślają organizatorzy festiwalu „Okiem Młodych”, który już po raz siódmy odbędzie się w Świdnicy. Festiwalowa „oferta” jest adresowana zarówno do kinomaniaków z okolic miasta, jak i wielbicieli dokumentu z całego kraju – ba! – nawet regionu Europy. Nie przypadkiem bowiem świdnicka impreza ma w nazwie przymiotnik „Międzynarodowy”. Organizatorzy bowiem mierzą w twórców – i publiczność – całego Wyszehradu: Polski, Czech, Słowacji i Węgier.

VII Międzynarodowy Festiwal Filmów Dokumentalnych w Świdnicy ma bowiem łączyć: zarówno filmowców – tych młodych, zarówno mających już za sobą profesjonalne doświadczenia filmowe, jak i tych świeżo po szkole oraz tych, którzy o edukację filmową nawet się nie otarli, jednak próbują swoich sił. Na nich koncentrować się będzie jury kluczowego konkursu – na najlepszy film krótkometrażowy twórców do 30. roku życia.

Nie chodzi zresztą wyłącznie o promocję młodych talentów. Twórcy świdnickiego przeglądu liczą na wściekłość i pasję młodego pokolenia. – Chcemy, żeby pokazywane filmy stanowiły punkt wyjścia do dyskusji o zagadnieniach ważnych dla współczesnego świata – zastrzegają. – Perspektywa, z której patrzą na rzeczywistość młodzi twórcy charakteryzuje się świeżością, bezkompromisowością i odwagą, dlatego oddajemy głos młodemu pokoleniu dokumentalistów – tłumaczą.

Ludzie tu smakują każdą chwilę…

Wybór organizatorów – czyli Wrocławskiej Fundacji Filmowej oraz Świdnickiego Ośrodka Kultury – nie przypadkiem padł na Świdnicę. Z miasta pochodzi Paweł Wysoczański – reżyser, scenarzysta, montażysta, autor dokumentów pt. „W drodze” i „Kiedyś będziemy szczęśliwi”; tu uczył się i mieszkał Tomasz Tryzna – reżyser, scenarzysta, pisarz, autor zekranizowanej przez Andrzeja Wajdę powieści „Panna Nikt” (skądinąd, w Świdnicy odbyła się uroczysta premiera tego filmu); nieopodal, w Zagórzu Ślaskim, dorastał z kolei inny znany polski dokumentalista – Jacek Bławut, skądinąd juror konkursu w edycji zorganizowanej trzy lata temu.

- Miasto ma wyjątkową atmosferę. Czas płynie tu wolniej. Ludzie, inaczej niż w metropoliach, bez pośpiechu smakują każdą chwilę, z rzeczywistym zainteresowaniem uczestniczą w projekcjach i późniejszych dyskusjach – zachwalał Świdnicę Paweł Łoziński, autor nagradzanych, świetnych dokumentów i… juror w edycji z 2012 roku.

Co więcej, Świdnica stara się wykorzystywać atut, jakim stał się przegląd filmów dokumentalnych. Publiczność nie musi przesiadywać wyłącznie w salach kinowych czy na pobliskich knajpkach. Odrestaurowana zabytkowa architektura, trasy spacerowe, parki, obiekty sportowe – na potrzeby zarówno tubylców, jak i przyjezdnych władze miasta przygotowały liczne atrakcje, a z rozsianych po mieście i okolicach tablic czy pomników możemy odczytać całą niemalże historię tego zakątka Polski, od XVII-wiecznej astronom Marii Cunitz po Wojciecha Manna. Ba, na festiwalowej witrynie znajdziemy nawet dane kontaktowe do rozmaitego asortymentu bazy noclegowej w mieście – od hoteli po kwatery prywatne.

Nic więc dziwnego, że Świdnica idzie za ciosem. Poza „Okiem Młodych” organizowane są tu również inne wydarzenia kulturalne: ogólnopolski Festiwal Reżyserii Filmowej, Festiwal Teatru Otwartego (trzydniowy przegląd teatrów ulicznych), Świdnickie Noce Jazzowe czy odbywający się pod patronatem resortu kultury Festiwal Bachowski. Od niedawna w mieście działa Centrum UNESCO i odbywa się Kongres Regionów – zlot najważniejszych lokalnych włodarzy z całej Polski.

Oby piękno gór odbiło się echem…

Równie oczywistym wyborem festiwalowego miasta-gospodarza wydaje się być również Zakopane. To właśnie tam, w dniach 3-7 września odbędą się 10. Spotkania z Filmem Górskim – filmowe święto wszystkich miłośników gór, powiązane z szeregiem imprez towarzyszących. – 10. edycja zbiega się z 75. rocznicą zdobycia przez Polaków Nanda Devi East, wyprawy, która symbolicznie zapoczątkowała historię polskiego himalaizmu, i z 30. rocznicą pierwszego zimowego wejścia na Manaslu – drugiego ośmiotysięcznika zdobytego zimą po Evereście, również przez Polaków – wprowadzają w klimat organizatorzy.

- Z roku na rok festiwal się rozwijał, wspierany przez Miasto Zakopane, partnerów, sponsorów i zaprzyjaźnione festiwale, napędzany entuzjazmem organizatorów, a przede wszystkim uczestników – wspominają. – Przez te wszystkie lata dużo osób włożyło wiele serca i wysiłku w to, żeby festiwal trwał do dzisiaj i co roku był miejscem spotkań ludzi kochających góry – dodają.

Jubileuszowa dziesiąta edycja to szansa na wszelkiego rodzaju podsumowania. Nie tylko festiwalowe – choć i do tego zachęcają twórcy imprezy. Tak się składa, że rocznic nie zabraknie – choćby szturm Francuzów na grań Mazeno na Nanga Parbat (35 lat temu), powtórzony w 1995 r. przez Wojciecha Kurtykę, o czym opowie Sandy Allan – towarzysz wyprawy z 1995 r. Rocznica urodzin legendy himalaizmu, Hermanna Buhla (90 lat temu), który jest uznawany za prekursora podbijania Himalajów w stylu alpejskim, którego wspominać będzie w rozmowach z uczestnikami imprezy córka, Kriemhild Buhl. Pierwsze zdobycie ośmiotysięcznika przez kobiety (40 lat temu) – pretekst do spotkania z Edurne Pasaban, pierwszą zdobywczynią Korony Himalajów. Sekundować jej będzie Arlene Blum – organizatorka wyprawy „Annapurna. Miejsce kobiety jest na szczycie”.

- Uważnie wczytajcie się w program, żeby nie przegapić premier filmowych i książkowych, wystaw, zajęć dla najmłodszych, zawodów boulderowych, wycieczki „bez programu” czy trzeciej edycji Akademii Górskiej – nagabują organizatorzy. – Chcielibyśmy, żeby po 10. Spotkaniach z Filmem Górskim, wszyscy mogli choć trochę zaprzeczyć ważkiej myśli Hermanna Buhla „w otaczającym nas świecie, piękno gór nie odbija się echem w naszej codziennej egzystencji…” – dorzucają.

Przy tym nie możemy zapominać, że festiwal jest przede wszystkim świętem filmowym: clou imprezy jest Międzynarodowy Konkurs Filmu Górskiego, z prestiżowym Grand Prix Spotkań z Filmem Górskim. Do tego należy dodać też projekcje pozakonkursowe – również materiałów archiwalnych. Serce imprezy będzie biło w zakopiańskim kinie Sokół, a wśród współpracujących z zakopiańskim przeglądem partnerów znajduje się szacowny Trento Film Festival, najstarszy na świecie festiwal filmów górskich i podróżniczych.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:20

POLSKIE MIASTA W KOLARSKIM PELETONIE

Napisane przez

Rozmowa z Czesławem Langiem, dyrektorem generalnym wyścigu Tour de Pologne

Pierwszy tydzień sierpnia w Polsce zostanie zdominowany przez kolarzy. Po raz 71. wystartuje Tour de Pologne, jeden z najważniejszych wyścigów kolarskich na świecie. O sukces zawalczą jednak nie tylko zawodnicy z najlepszych ekip profesjonalnych, ale i samorządy.

MARTA PYTKOWSKA: Tour de Pologne to uznana marka, nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Miasta same zabiegają o możliwość znalezienia się na trasie przejazdu peletonu. Katowice, województwo małopolskie to tylko te ostatnio podpisane umowy. Wyścig zawita też ponownie do Warszawy. Czy można wykorzystać jazdę na rowerze do promocji miasta?

CZESŁAW LANG: Na pewno. W Polsce ostatnio jest ogromne zainteresowanie kolarstwem, dyscyplina ta odzyskuje swoją dawną potęgę. Aktualnie 4,5 miliona Polaków deklaruje, że jeździ na rowerze, ponadto mamy ciągle rosnącą rzeszę kibiców, którzy śledzą występy polskich kolarzy w telewizji itp. Mamy też młodych, bardzo utalentowanych zawodników, jak Michał Kwiatkowski czy Rafał Majka – którzy mimo bardzo młodego wieku odgrywają główne role w najważniejszych wyścigach kolarskich świata. Mieliśmy „małyszomanię”, mamy Justynę Kowalczyk, Roberta Kubicę, teraz jest także moda na kolarstwo. Ludzie wsiadają na rowery, nie tylko treningowo, ale i rekreacyjnie. Rosnące zainteresowanie kolarstwem, także tym profesjonalnym, przekłada się również na bardzo pozytywną atmosferę, która ostatnio powstała wokół tej dyscypliny, oraz rosnącą wartość marketingową, którą wykorzystują miasta znajdujące się na trasie wyścigu.

Dlaczego warto być na trasie Tour de Pologne?

Gdyż Tour de Pologne ma ogromną moc oddziaływania, co wynika z dwóch podstawowych faktów.Po pierwsze, wyścigi kolarskie to nie są imprezy komercyjne, na trasie dopingować kolarzy może dosłownie każdy, nie wymaga to od kibiców nakładu żadnych środków finansowych. Po drugie, transmisja z wyścigu jest realizowana z dostępem do najnowszych środków techniki. Mamy do swojej dyspozycji helikoptery, kamery na motorach oraz pełną obsługę naziemną, jednocześnie działamy w mediach elektronicznych i internecie. Daje to możliwość pokazywania najpiękniejszych i najciekawszych miejsc, ustalanych wcześniej z przedstawicielami władz samorządowych. Możemy się nimi pochwalić w ponad dwudziestu państwach w całej Europie – i nie tylko. W końcu relacja z wyścigu przygotowywana jest nie tylko przez pierwszy kanał Telewizji Polskiej, ale i Telewizję Polonia, nadającą na cały świat, jak i Eurosport, gdzie mamy zapewnione 14 godzin relacji „na żywo”.

Tour de Pologne to światowa elita kolarska. Czy włodarze wiedzą, jak wykorzystać jego siłę oddziaływania do promocji miast i regionów? Na co kładzie się największy nacisk?

Ten wyścig to niepowtarzalna okazja, by móc zaprezentować całemu światu piękno naszego kraju przy okazji wydarzenia sportowego. Mamy w końcu akredytowanych ponad tysiąc dziennikarzy z różnych zakątków globu. A środki? Przykładowo, jeśli peleton przejeżdża przez Katowice, a my wiemy wcześniej, że gdzieś realizowana jest konkretna inwestycja, którą miasto chciałoby się pochwalić, przekazywany jest odpowiedni komunikat do korespondentów zagranicznych i krajowych. Spójrzmy też i na taką sytuację – podczas rund 5-kilometrowych, odbywających się w miastach, mamy praktycznie godzinę czasu na promocję i pokazanie ustalonych wcześniej obiektów infrastruktury sportowej, przemysłowej itp. Na taką promocję o zasięgu światowym tak naprawdę niewiele miast może sobie normalnie pozwolić w ramach budżetu, którym dysponuje.

Tour de Pologne to nie tylko duże miasta, gdzie kończą się etapy, ale też małe miasteczka i wioski, które kolarze tylko mijają na trasie. Czy im także opłaca się udziału w wyścigu?

Ależ oczywiście, że tak. Gdy przejeżdżamy przez te miejscowości, także pokazujemy najważniejsze i najpiękniejsze miejsca. Niestety, nie wszystkie z nich łapią się podczas relacji telewizyjnych „na żywo”, ale staramy się to nadrobić podczas relacji ze startów, na co mamy zarezerwowane ponad 20 minut, czy w kronice wyścigu. Nie zapominamy o tych miejscowościach podczas opisu samych etapów.

Warszawa wraca na trasę Tour de Pologne. Miasto uczestniczyło w wyścigu już 92 razy. W tym roku na promocję przekazano 500 tysięcy złotych.

I będzie bardzo duża promocja stolicy. Warszawa będzie miała przepiękny etap, ulicą Marszałkowską, Alejami Jerozolimskimi, Nowym Światem. Mamy przygotowany cały program, będziemy się skupiać na pokazaniu tych obiektów, na promocji których bardzo zależy władzom stolicy. Na liście mamy m.in. Teatr Wielki, ale i Stadion Narodowy. Mamy przygotowane informacje dla komentatorów telewizyjnych w kilku wersjach językowych, tak aby nikt nie był zaskoczony, dlaczego nagle kamera z peletonu przenosi się nad stadion.

Wśród obowiązków promocyjnych jednostek samorządu terytorialnego jest także promocja zdrowego trybu życia. Czy i te działania będą realizowane podczas wyścigu?

Dla dzieci i młodzieży przygotowaliśmy Mini Tour de Pologne. Uczestnicy, którzy otrzymują prawdziwą koszulkę kolarską, pokonują fragment trasy etapowej. Jest to naprawdę fajne wydarzenie i ogromne przeżycie. Mamy także wyścig Tour de Pologne dla amatorów – jest to impreza dla wszystkich, którzy kochają jazdę na rowerze. Łączymy promocję sportu i zdrowego trybu życia, łączymy zabawę z pożytecznym. Przy okazji imprezy zbierane są pieniądze dla fundacji Ewy Błaszczyk A kogo. Najważniejsze jednak jest to, że podczas tego wyścigu każdy może poczuć się, jak zawodowiec, w końcu uczestnicy pokonują trasę, którą później przejedzie peleton. Tak, jak oni, mogą zmierzyć się m.in. ze Ścianą Bukowiny. Myślę, że na starcie stają prawdziwi pasjonaci kolarstwa – i z roku na rok mamy ich coraz więcej.

 

CZESŁAW LANG – dyrektor generalny wyścigu Tour de Pologne, Grand Prix MTB, Skandia Maraton Lang Team. Promotor polskiego kolarstwa szosowego i górskiego w kraju i za granicą. Wicemistrz olimpijski w kolarstwie szosowym, mistrz świata, wielokrotny mistrz Polski, zwycięzca Tour de Pologne.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:16

ABY MÓC BYĆ DZIELNYM W SWOIM WYSIŁKU…

Napisane przez

Sport kojarzy się jednoznacznie – ze zdrowym, gibkim ciałem, gotowym do bicia rekordów, z morderczymi treningami i rywalizacją. A jednak są przestrzenie, w których poprzez sport inaczej definiuje się piękno, rywalizację, a braterstwo i przyjaźń wysuwają się na plan pierwszy. Przyjrzyjmy się sportowi osób niepełnosprawnych.

Stereotypowo nie kojarzymy niepełnosprawnych ze sportem, a jednak jest on dla nich niezwykle ważny – przy zachowaniu pierwotnej idei bycia dzielnym w wysiłku, zwyciężania, tyle że nie za cenę własnego zdrowia. A raczej – dla własnego zdrowia, dla bycia wśród ludzi, dla samej radości bycia z nimi.

Ta przestrzeń sportu wyraża się zarówno w skali makro-, choćby poprzez coraz bardziej prestiżowe Paraolimpiady, organizowane równolegle z Olimpiadami, jak i w skali mikro: w zaciszu powiatowych podwórek, gdzie systematycznie, od wielu lat, organizacje pożytku publicznego i starostwa popularyzują Powiatowe Olimpiady Osób Niepełnosprawnych. Są one dobitnym dowodem na to, jak ważny jest sport dla środowisk zajmujących się osobami niepełnosprawnymi oraz – jak wiele samorządy mogą uczynić, by osoby pokonujące własne ograniczenia mogły realizować to, co w sporcie najważniejsze: braterstwo, odwagę pokonywania własnych słabości, radość życia…

Niezbędny element życia

Przyjrzyjmy się polskiemu ustawodawstwu pod kątem sportu i niepełnosprawności. Zgodnie z art. 1 Ustawy z dnia 18 stycznia 1996 r. o kulturze fizycznej, jest ona częścią kultury narodowej, chronionej przez prawo. Obywatele, bez względu na wiek, płeć, wyznanie, rasę i – co najważniejsze w kontekście niniejszego artykułu – rodzaj niepełnosprawności, korzystają z równego prawa do różnych form kultury fizycznej. Prawa osób niepełnosprawnych gwarantuje Konstytucja RP, zawierając prawo do niedyskryminacji. Ustawa zasadnicza nakłada także na władze publiczne obowiązek zabezpieczenia egzystencji, przysposobienia do pracy i życia społecznego osób niepełnosprawnych.

Szczegółowo reguluje ten problem Ustawa z dn. 27 sierpnia 1997 o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz o zatrudnianiu osób niepełnosprawnych. W ustawie tej możemy przeczytać, że rehabilitacja osób niepełnosprawnych                                          to zespół działań: organizacyjnych, leczniczych, psychologicznych, technicznych, szkoleniowych, edukacyjnych oraz społecznych, zmierzających do osiągnięcia, przy współudziale tych osób możliwie najwyższego poziomu ich funkcjonowania, jakości życia i integracji społecznej.

Na jakości życia i integracji społecznej zatrzymamy się na dłużej. Po co człowiek uprawia sport? Dla kondycji, zdrowia – to oczywiste. Ale także dlatego, że poprzez sport wchodzi w relacje społeczne, poszerza krąg znajomych, dzieląc z nimi swoje pasje; poprzez sport może się realizować; znajduje w nim odskocznię od monotonnej i stresującej codzienności; poprawia jakość życia.

Sport tak samo warunkuje jakość życia i poziom funkcjonowania społecznego w przypadku osób niepełnosprawnych, mając przy tym także wartość rehabilitacyjną i rewitalizacyjną. Specjaliści, zachęcając osoby niepełnosprawne do aktywności sportowej, wymieniają wiele korzyści zarówno dla kondycji fizycznej, jak i psychicznej. Nie da się zakwestionować antydepresyjnego działania sportu – a jak wiadomo, izolacja, poczucie bezsilności i trudność w zaakceptowaniu ułomności sprzyjają rozwojowi przytłaczającej, wyniszczającej choroby, jaką jest depresja.

W skali mikro i makro

Jak podaje literatura naukowa, w cywilizowanych społeczeństwach osoby niepełnosprawne stanowią ok. 16 proc. ogółu. Można roboczo przyjąć, że w Europie Zachodniej jedna na dziesięć osób jest osobą niepełnosprawną. Według danych Narodowego Spisu Powszechnego z 2002 r. liczba osób niepełnosprawnych w Polsce wynosi ogółem 5,5 mln. To dla nich organizowane są rozmaitego rodzaju imprezy sportowe, w tym – na szczeblu powiatowym.

Powiatowe Olimpiady Osób Niepełnosprawnych dostarczają wielu pozytywnych przeżyć, są okazją do bycia razem, do zabawy i współzawodnictwa. Są świętem sportu, w którym zwycięstwo nie jest celem samym w sobie, a by zobaczyć na własne oczy, jak budujące są te imprezy dla ich uczestników – należy udać się na jedną z nich. Okazji nie brakuje, olimpiady organizowane są w wielu powiatach, m.in. wodzisławskim, złotoryjskim, wyszkowskim, kwidzyńskim, nakłowskim, tomaszowskim. W tych, i wielu innych, regionach Polski olimpiady dla osób niepełnosprawnych rozkwitają i angażują starostwa, instytucje kulturalno-oświatowe i stowarzyszenia, domy pomocy społecznej i wszelkie inne organizacje, które niosą pomoc osobom niepełnosprawnym. Nie sposób przecenić ich wychowawczej wartości – oswajania społeczeństwa z zagadnieniem tak skomplikowanym, jak niepełnosprawność.

Imprezy tego rodzaju pozwalają trenować osobom niepełnosprawnym autoprezentację, a ludzi zdrowych uwrażliwiają na ich problemy i zwyczajnie oswajają z tym, że za ułomnością kryje się człowiek zasługujący na szacunek, uwagę, zdolny do budowania relacji. Powiatowe Olimpiady odbywają się zazwyczaj w maju i czerwcu, angażują wolontariuszy, opiekunów, pedagogów, są okazją dla całych rodzin do zabawy i oderwania się od często męczącej codzienności. Długotrwała rehabilitacja bywa dla dziecka niepełnosprawnego nużąca, ale udział w Olimpiadzie – na której może ono zaprezentować efekty swych wysiłków, wzbudzić podziw – jest niezwykle motywujący, pokazuje dziecku sens wszelkich jego starań. Oto monotonne ćwiczenia zmieniają się w mistrzowski trening, a to skłania do aktywności i zaangażowania.

Ideę sportu niepełnosprawnych w makroskali ilustrują Olimpiady Specjalne przeznaczone dla osób niepełnosprawnych intelektualnie i Paraolimpiady. Z ich działalności czerpane są wzorce dla działań w wymiarze lokalnym. Historia Paraolimpiad sięga 1948 r. kiedy to w dniu otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie sir Ludwik Guttmann zorganizował zawody łucznicze na terenie szpitala w Stoke Mandeville. Wydarzenie to przyjmuje się za początek zorganizowanego, światowego uprawiania sportu przez osoby niepełnosprawne, które już w 1952 r. nabrało charakteru zawodów międzynarodowych. W 1960 r. odbyły się one po raz pierwszy w mieście olimpijskim – Rzymie – jako Olimpiada Niepełnosprawnych.

Polska od początku była intensywnie zaangażowana w ruch paraolimpijski. Nasi przedstawiciele zajmowali wysokie pozycje w zarządach i sekcjach międzynarodowych organizacji Sportu Inwalidów. W 1982 r., dzięki staraniom ludzi zrzeszonych w tych organizacjach, udało się stworzyć największą imprezę sportową dla ludzi niepełnosprawnych. Sport zaczęli uprawiać paraplegicy, następnie amputowani, niewidomi i niedowidzący, z czasem także osoby z porażeniem mózgowym i innymi schorzeniami. Na VI. Igrzyskach Paraolimpijskich w roku 1980, w holenderskim Arnhem, nasza ekipa zdobyła aż 177 medali, w tym 75 złotych, 50 srebrnych i 52 brązowe, co dało jej drugie miejsce w klasyfikacji medalowej.

Eksperci uważają, że były to ostatnie igrzyska nie mające jeszcze profesjonalnego charakteru. Jednak w 1989 r. w Duesseldorfie powstał Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski, pod egidą którego odbywały się już w pełni profesjonalne Letnie Igrzyska Paraolimpijskie w Barcelonie (1992), Atlancie (1996), Sydney (2000) oraz Igrzyska Zimowe w Albertville, Lillehammer, Nagano, Salt Lake City. Od igrzysk w Barcelonie podejmowane są próby zintegrowania sportu olimpijskiego z paraolimpijskim, czego wyrazem było zapalenie znicza olimpijskiego płonącą strzałą przez niepełnosprawnego łucznika Antonio Rebello. Warto zaznaczyć, że w przypadku Paraolimpiad kultywuje się tradycyjną symbolikę olimpijską, tj. zapalenie znicza, ślubowanie, medale. Mocno akcentowane są hasła braterstwa, przyjaźni i wzajemnej pomocy.

Z Pekinu, w którym Paraolimpiada odbyła się w 2008 roku, polska reprezentacja przywiozła 30 medali, w tym 5 złotych. Polskę reprezentowało 91 sportowców. Aż 4 medale: złoty, 2 srebrne i 1 brązowy, zdobyła 19-letnia pływaczka, Katarzyna Pawlik. Ogromny sukces odniosła także tenisistka stołowa Natalia Partyka, mistrzyni z Pekinu, Aten i Londynu. W Londynie startowały 162 państwa, a nasza reprezentacja wywalczyła 36 medali, w tym 14 złotych, co dało jej 9. miejsce w klasyfikacji medalowej. Jak to w sporcie jednak niekiedy bywa, Zimowe Igrzyska w Soczi nie przyniosły naszym reprezentantom medalu. Obecnie paraolimpijczycy szykują się już do Igrzysk w Rio de Janeiro w 2016 r.

Paraolimpiady z wielką publicznością

Paraolimpiady są transmitowane przez wiodące stacje telewizyjne państw zachodnich, ale polska TV nie ma w zwyczaju transmitować Paraolimpiad. Polacy nie są z niepełnosprawnością nawet opatrzeni, i sport niepełnosprawnych postrzegają co najwyżej przez pryzmat sensacji – „nie ma ręki, a gra w ping-ponga”, „nie ma nóg, a biega”. Szczytem ignorancji są komentarze, że transmitowanie Paraolimpiad nie ma sensu, bo niepełnosprawni są nieestetyczni.

W Londynie na mecz koszykówki na wózkach bilety trzeba było zamawiać z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, tymczasem u nas o sporcie osób niepełnosprawnych dziennikarze – a zatem i potencjalni kibice – nie wiedzą wiele. Jeśli w mediach wspomina się o dokonaniach polskich niepełnosprawnych sportowców, to raczej z przyzwoitości i bez merytorycznego pogłębienia. Rober Szaj, wiceprezes Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego twierdzi, że jesteśmy pod tym względem mentalnym zaściankiem, dzieli nas od Wielkiej Brytanii co najmniej 60 lat rozwoju świadomości społecznej. Nadal rozumujemy w kategoriach: odmienność, sensacja, getto.

Tym bardziej zatem trzeba docenić fakt istnienia Powiatowych Olimpiad dla Osób Niepełnosprawnych. Być może zabrzmi to brutalnie, ale okazuje się, że nie tylko dzieci upośledzone umysłowo najlepiej uczą się drogą bezpośredniego doświadczenia. To ludzie w pełni sprawni, prawidłowo funkcjonujący społecznie (w swym przekonaniu), mają najwięcej zaległości do odrobienia i być może wiedzę tę i świadomość zyskać mogą jedynie na drodze doświadczeń bezpośrednich.

Okazją ku temu są właśnie Powiatowe Olimpiady dla Osób Niepełnosprawnych, które bez problemu zyskują uwagę lokalnych mediów docierających do mieszkańców gmin i powiatów. Z kolei środowiska i samorządy, które w Olimpiadach tych dostrzegają sens i nie szczędzą starań, by co roku organizować te imprezy, zasługują niewątpliwie na szacunek – wszak przykład idzie z góry. Istotne jest to, by kłaść w tych wydarzeniach nacisk na integrację osób niepełnosprawnych i tych z niepełnosprawnością, by użyć słów Szaja – „nieopatrzonych”. By na imprezy te były zapraszane gimnazja i licea, w których uczą się dzieci zdrowe, poznające dopiero świat i kształtujące pogląd na niego. Ważne jest to chyba zwłaszcza teraz, gdy miejsce wrażliwości społecznej i relacji opartych na przyjaźni, zastępuje tzw. wyścig szczurów i źle pojmowany, „zdrowy egoizm”, nadający wartość tylko temu co piękne, opłacalne, popularne i bezproblemowe.

Komunikat z Wodzisławia

Wzorem takiej imprezy była zeszłoroczna Olimpiada Osób Niepełnosprawnych w Wodzisławiu Śląskim. Nie sposób odmówić słuszności wicestaroście powiatu wodzisławskiego – Dariuszowi Prusowi – który ceremonię otwarcia zawodów rozpoczął od słów: „Dzisiejsza Olimpiada jest imprezą szczególną, łączy wszystkich zainteresowanych, by przesłać ważny komunikat: jesteśmy i będziemy razem! (…) Wszyscy są równi, a każdy zawodnik jest zwycięzcą (…), kiedy patrzę na was, widzę, że sport wśród osób niepełnosprawnych cieszy się ogromną popularnością. Wiemy, że aktywność ruchowa ma pozytywny wpływ na organizm człowieka. Nie tylko kształtuje cechy samodzielności i zaradności życiowej, ale pomaga też w odzyskaniu wiary we własne siły”.

W imprezie wzięli udział: medalista Paraolimpiady w Atenach i Londynie – kulomiot Janusz Rokicki, trener kadry narodowej w kombinacji norweskiej – Jakub Michalczuk, medalista Mistrzostw Świata w boksie w 1974 r. – Zbigniew Kicka, a także młodzież i dzieci ze szkół powiatu, wolontariusze i oczywiście bohaterowie Olimpiady – sportowcy. Nie zabrakło także kibiców, którzy o imprezie usłyszeli lub przeczytali i postanowili przyjść, by się przekonać, czym jest Olimpiada Osób Niepełnosprawnych. Na pewno mogli wiele się nauczyć i zweryfikować swoje  poglądy.

W tym roku sezon Powiatowych Olimpiad dla Osób Niepełnosprawnych rozpoczął się 28 maja w Brańszczyku, w powiecie wyszkowskim. Urocza, zadbana gmina, położona nad Bugiem, może się poszczycić,  m.in. nowoczesną szkołą dla młodzieży o specjalnych potrzebach edukacyjnych, specjalistycznym przedszkolem i ciekawą ofertą agroturystyczną. Na jej terenie funkcjonują stowarzyszenia działające na rzecz osób niepełnosprawnych i wszechstronnego rozwoju gminy. W tym roku zorganizowana tam Olimpiada była drugim takim wydarzeniem. Organizatorami był ZSS w Brańszczyku, Powiatowy Ośrodek Kultury i Sportu w Wyszkowie, DPS w Brańszczyku, Proboszcz Parafii Brańszczyk, wójt gminy Brańszczyk, Stowarzyszenie Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Dla jednego uśmiechu”.

Interludium był uroczysty przemarsz z uczniami ZSS w Brańszczyku na czele. Nieśli oni ogień olimpijski, a także flagi Polski, Unii Europejskiej i powiatu wyszkowskiego. Po przybyciu na teren igrzysk, położony w pięknym parku należącym do DPS, uczniowie Zespołu Warsztatów Terapii Zajęciowej zaśpiewali hymn osób niepełnosprawnych. Słowa piosenki chwytają za serce i z tego powodu warto przytoczyć fragment: „Kulejącego widziano anioła, który po niebie swobodnie szybował. Wszystko się może zdarzyć – wołał – jeśli uwierzyć w siebie zdołasz. Niepełnosprawni – normalna sprawa, niepełnosprawni – normalna rzecz. Nie wszystkim dane zdrowie i sława, nie można w życiu wszystkiego mieć. Trudno bez skrzydeł orła udawać, choć być nim zawsze trzeba chcieć. Jesteśmy żywe sumienie bliźniego, gorszego Boga najlepsze dzieci”.

Potem uczestnicy II Olimpiady złożyli przysięgę: „Pragnę zwyciężyć, ale jeśli nie będę mógł zwyciężyć, niech będę dzielny w swym wysiłku”. Uroczystość otworzyli, wypuszczając gołębie przy dźwięku fanfar: starosta Powiatu wyszkowskiego Bogdan Pągowski, Ksiądz Kanonik Paweł Stachecki oraz wójt gminy Brańszczyk Mieczysław Pękul. Organizatorzy otrzymali w podziękowaniu za wieloletnią pomoc w organizacji Święta Niepełnosprawnych, które przez siedem lat poprzedzało organizację olimpiady, upominki i dyplomy z napisem: „Kto dla braci pracuje, ma moc za miliony”.

– Na każdej Olimpiadzie może znaleźć się zawodnik, który w przyszłości stanie na podium jako zwycięzca Paraolimpiady, gdyż właśnie w trakcie takiej imprezy odkryje, że chce i może zwyciężać, a sport jest tym, co daje mu siłę do życia i sprawia dużo radości – mówi Tomasz Kryniuk, pedagog i terapeuta, który pracuje z dziećmi niepełnosprawnymi ruchowo i próbuje je zarażać miłością do sportu. – Ważne, aby taki przełom zauważyć, a potem odpowiednio pokierować dzieckiem, wesprzeć, zapisać do klubu, to może być dla niego sposób na życie, odskocznia, sposób na adaptację społeczną, a może droga na szczyt? – dodaje.

Nawet, jeśli żaden talent się nie objawi, to przecież wystarczającym sukcesem i czystym pięknem sportu osób niepełnosprawnych jest poczucie wspólnoty, radość z sukcesów własnych i czyichś, bycie dzielnym w swym wysiłku właśnie. Ważne jest także to, że są osoby, które w tym wymiarze pracują z poczuciem misji i idei, że są władze, które przychylnie zapatrują się na tego rodzaju działania, że w lokalnych społecznościach małymi krokami buduje się świadomość i wrażliwość społeczną. Kto wie? Może za kilka lat Polacy będą oczekiwać od publicznej telewizji, by w swej misji edukacyjnej uwzględniła także niezwykle emocjonujące Paraolimpiady, a argumenty o niskiej oglądalności i nieestetyczności sportu osób niepełnosprawnych pozostaną tylko w kronikach polskiej obyczajowości – jako martwy zapis wstydliwych czasów mroku i ignorancji.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:05

LIGA PODWYŻSZONEGO RYZYKA

Napisane przez

Wojewoda mazowiecki wciąż nie jest zadowolony z działań władz Legii Warszawa, mających na celu podniesienie bezpieczeństwa podczas rozgrywek. Główny zarzut dotyczy braku konsekwencji w zwalczaniu stadionowego chuligaństwa.

Może to mieć decydujące znaczenie, szczególnie w przypadku zbliżających się rozgrywek w ramach III ligi, gdzie młodzież z Łazienkowskiej zagra m.in. z Polonią Warszawa i łódzkim Widzewem II.

Derby znów wracają do stolicy, a wraz z nimi problem pseudokibiców. Wciąż wspominane są bowiem wypadki sprzed roku, gdy chuligani sympatyzujący z Legią Warszawa przerwali mecz IV ligi ŁKS Łomianki – Polonia Warszawa. Z obawy przed podobnymi zamieszkami zdecydowano także o zmianie miejsca rozgrywania meczu przedostatniej kolejki z Bzurą Chodaków, który ostatecznie odbył się na obiekcie Polonii przy ul. Konwiktorskiej. W nadchodzącym sezonie, w stolicy i okolicach (Legia II swoje mecze rozgrywa w Sulejówku) odbędą się na pewno cztery spotkania podwyższonego ryzyka – derby oraz mecze z Widzewem II Łódź.

Wraz z początkiem lipca Legia rozpoczęła wśród swoich kibiców akcję edukacyjną dotyczącą bezpieczeństwa na stadionach oraz poza nimi. „Chcemy ten poziom bezpieczeństwa podnieść jeszcze bardziej, po to, aby nie dawać argumentu wszystkim tym, którzy chcieliby piętnować kibiców na zasadach odpowiedzialności grupowej. Piętnujemy indywidualne złe zachowania. Wiemy, że niebezpieczne sytuacje to margines. Chcemy jednak wykluczać te zachowania, które rzutują na wizerunek Legii, a zwłaszcza jej kibiców jako całości” – czytamy na stronie klubu.

– Jesteśmy pod ogromną presją środowiska – zapewnia nas Izabela Kuś, rzecznik klubu. Presja presją, ale klub w poprzednim sezonie zdecydował się na ufundowanie Polonii dodatkowej ochrony oraz sam zwiększył dwukrotne liczbę ochroniarzy w czasie meczu przeciwko Widzewowi. – Okazało się to jednak zbyteczne – kwituje Kuś. Kwestia bezpieczeństwa jest monitorowana nie tylko przez władze Ekstraklasy, ale i województwo mazowieckie. – Troszczymy się nie tylko o Legię, ale także o rozgrywki na terenie całego województwa. W tym temacie zaobserwowałem wyraźny postęp w kwestii bezpieczeństwa – podkreślił w rozmowie z PAP Jacek Kozłowski, wojewoda mazowiecki. Władze województwa wciąż mają jednak zastrzeżenia dotyczące m.in. braku konsekwencji wobec grup kibicowskich, które mimo zaostrzonych wymogów bezpieczeństwa wnoszą na obiekty sportowe (poza sekcją piłki nożnej, Legia ma także m.in. siatkarską i koszykarską) transparenty z obraźliwymi hasłami oraz materiały pirotechniczne. Rozgrywki ekstraklasy rozpoczęły się w połowie lipca, a III liga wystartuje w sierpniu.

czwartek, 24 lipiec 2014 19:45

FESTYN NA SZÓSTKĘ Z PLUSEM

Napisane przez

Po pierwsze: bezpieczeństwo. Po drugie, atrakcyjny program z koncertem gwiazdy rocka. Po trzecie – wyluzowani samorządowcy, którzy umieją szaleć razem z mieszkańcami. Oto recepta na wzorcową imprezę lokalną.

Studenci Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza od kilku lat zapraszają chętnych na Morasko (peryferyjna część Poznania) na tłumne pieczenie kiełbasy. Tegoroczna impreza wyrwała się jednak spod kontroli – przyjechało około ośmiu tysięcy osób, chociaż żacy zgłosili w urzędzie miasta tylko 600 uczestników. Wracający z Wielkiego Grillowania pobili i wyrzucili z tramwaju bezdomnego, zdemolowali kilka wagonów, a tłum stratował na przystanku kobietę. Rano znaleziono zmasakrowane ciało z odciętą głową – 22-latka, który brał udział w zgromadzeniu.

Beztroska zabawa, przynajmniej dla niektórych, zamieniła się piekło. Duch wspólnoty i biesiady uleciał, a zostały tylko paragrafy. „A przecież można zupełnie inaczej” – jak mawiał nieodżałowany Tadeusz Fijewski w filmie „Wiosna, panie sierżancie”. Spokojnie, radośnie i z klasą.

Sieradz tętni

Udowodnili to m.in. mieszkańcy Sieradza i turyści odwiedzający to miasto, którzy wzięli udział w Open Hair – festiwalu ku czci Antoine’a Cierplikowskiego, pochodzącego stamtąd światowej klasy mistrza nożyczek (zapisał się w historii, gdy w 1909 r. po raz pierwszy ściął na krótko włosy popularnej aktorki francuskiej Evy Lavalliére). Program imprezy był nader bogaty, a spokoju uczestników nikt nie zakłócał. Mogli przebierać w koncertach i pokazach, podziwiać miejscowość z wieży widokowej, a także zajrzeć do miejsc związanych ze słynnym fryzjerem i spróbować lokalnej kuchni. Jedną z największych atrakcji okazały się zaś rejsy statkiem po Warcie.

– Za nami piąta edycja imprezy, dzięki której budujemy spójny, konsekwentny przekaz – podkreśla z entuzjazmem Jacek Walczak, prezydent Sieradza. – Przyjeżdża do nas co roku zdecydowanie więcej ludzi. Z cichego, spokojnego, może nieco sennego miasteczka, staliśmy się aktywnym, nowoczesnym, tętniącym życiem miastem.

Majowe grillowanie na Morasku dla Poznania skończyło się wizerunkową klapą, natomiast lipcowy Open Hair sprawia, że Sieradz z każdym rokiem staje się coraz bardziej rozpoznawalnym i ważnym miejscem na mapie Polski. Co z tego wynika? Że samorządowcy doskonale sobie radzą z organizacją imprez masowych, a studenci ani trochę? Takie stwierdzenie byłoby krzywdzące dla akademickiej braci. Wszak można by podać wiele przykładów udanych imprez urządzonych przez żaków. Bez trudu dałoby się również przypomnieć nieudane imprezy gminne czy powiatowe, mogące świadczyć o organizacyjnej nieudolności włodarzy.

Jeśli jakaś sensowna nauka płynie z casusu Moraska i Sieradza, jest ona taka: lekkoduchostwo i postawienie na tzw. „spontan” w większości przypadków są zapowiedzią klęski, z kolei dobre przygotowanie zwykle skazuje organizatora na sukces. – Chyba że pogoda nie dopisze – zastrzega Zdzisław Kałamaga, starosta powiatu ostrowieckiego, wcześniej prezydenta Ostrowca Świętokrzyskiego. – Ale aura to jedyna rzecz, na którą nie mamy wpływu. Cała reszta zależy od nas i o tę resztę właściwie musimy zadbać – kwituje.

Od zatrucia, ognia i chorób strzeż nas

Festiwale muzyczne, pojedyncze koncerty, obchody dni regionu czy miasta, rozgrywki sportowe, jarmarki to wydarzenia z założenia rozrywkowe i beztroskie. Mało kto z uczestników zdaje sobie jednak sprawę, ile pracy poświęca organizator, aby wszyscy wrócili z eventu szczęśliwi i jeszcze przez wiele dni opowiadali rodzinie, sąsiadom, znajomym, jak świetnie się bawili pod chmurką.

– Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik – twierdzi Katarzyna Pawlak, rzecznik Rzeszowa. –  Na naszej głowie są baza noclegowa i gastronomiczna, zaopatrzenie, komunikacja, toalety. A wcześniej trzeba jeszcze oplakatować miasto i wypromować imprezę w mediach – wylicza.

Ale tym, co organizatorom najbardziej spędza sen z oczu, są kwestie bezpieczeństwa. Bo jeden nieszczęśliwy wypadek może zatrzeć wszystkie pozytywne wrażenia i przeżycia. A w mediach ukaże się mnóstwo krytycznych materiałów, które chluby danemu ośrodkowi czy samorządowi z pewnością nie przyniosą.

– Zapewnienie odpowiedniej porcji atrakcji to zaledwie wierzchołek góry lodowej, a najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu – zauważa Katarzyna Pawlak. I formułuje listę zadań do „odhaczenia”. – Należy dogadać się z policją i strażą pożarną, wynająć firmę ochroniarską, wystawić należycie przygotowane służby porządkowe i informacyjne, zadbać o dostateczną liczbę karetek i punktów medycznych, zatroszczyć się o kwestie sanitarne...

– Ponadto trzeba pamiętać o drogach dojazdowych, oznakowaniu terenu i zapewnieniu bezawaryjnej łączności służb porządkowych z organizatorem – uzupełnia Zdzisław Kałamaga.

Organizator imprezy odpowiada za wszystko, co podczas jej trwania może się wydarzyć. Jeśli nie wykupił ubezpieczenia OC, a zostanie stwierdzona jego odpowiedzialność cywilna, nie ma rady –  będzie musiał zaspokoić roszczenia pokrzywdzonych z własnych środków. Nie muszą to być od razu poważne wypadki z dużymi konsekwencjami, często chodzi o błahe z pozoru incydenty. Oto ktoś zaczepił nogą o stopień, przewrócił się i skręcił nogę. Potem dostał zwolnienie lekarskie, poniósł koszty leczenia – a później się okazało, że kończyna nie do końca jest sprawna. Potrzeba pieniędzy na rehabilitację. Skąd je wziąć, jeśli nie od samorządu, czyli sprawcy całego zamieszania?

Jest pomysł, kasa się znajdzie

Kiedy mamy pewność, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by nikomu włos z głowy nie spadł, można spokojnie pomyśleć o najważniejszym, czyli rozrywkowych aspektach imprezy. Dużym wyzwaniem jest zaproszenie artystów, podpisanie umów z ich menedżerami. A potem zbudowanie sceny czy wybór sprawnej ekipy technicznej, która zajmie się nagłośnieniem i oświetleniem podczas występów i koncertów.

– Lwią część kosztów eventu pochłania występ gwiazdy – informuje starosta ostrowiecki. – Taka przyjemność kosztuje od 10 do 50 tysięcy złotych, zależnie od klasy i popularności zespołu, bądź wokalisty.

Z kolei rzecznik Rzeszowa zaznacza, że cena nie może być głównym, a tym bardziej jedynym kryterium wyboru wykonawcy. Kluczem do sukcesu jest wczucie się w potrzeby i wyrobienie artystyczne mieszkańców. Na szczęście – podkreśla – główne imprezy odbywają się niemal w każdej miejscowości cyklicznie od lat, więc nietrudno odgadnąć, jaki gatunek muzyki, piosenkarz czy repertuar najbardziej przypadnie do gustu odbiorcom.

– Postawiliśmy na różnorodność: muzyka klasyczna, ludowa, opera, jazz, mocne uderzenie – ujawnia. –  Disco polo – w ostateczności lub wcale, bo jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, naszą ambicją jest edukowanie mieszkańców, promowanie piękna. Zależy nam, by się wspięli na wyższy poziom jako koneserzy sztuki – podkreśla rzecznik Rzeszowa.

Cykliczność wydarzeń ułatwia też planowanie budżetu i zdobycie dofinansowania. – Na Europejską Stolicę Kultury dostajemy 2 miliony złotych od resortu kultury, milion znajdujemy we własnej kasie, natomiast na Światowy Festiwal Polonijnych Zespołów Folklorystycznych otrzymujemy wsparcie marszałka województwa – wskazuje Katarzyna Pawlak.

Czy również firmy nie mogłyby sypnąć groszem? Wielu włodarzy – choćby starosta ostrowiecki – niechętnie odnosi się do tej możliwości. Zdaniem Zdzisława Kałamagi taka sytuacja może się skończyć podejrzeniami o korupcję. Niejeden dziennikarz szuka dziury w całym, a i opozycja zarzuci organizatorowi imprezy nadmierne zbratanie z biznesem. A wybory samorządowe tuż-tuż. – Dlatego nie korzystamy raczej ze sponsorów – stwierdza Kałamaga. – Za to dzierżawimy miejsca na stoiska dla lokalnych rzemieślników, twórców ludowych czy gastronomików. Wpływy z wynajmu nierzadko pokrywają dużą część wydatków. Te zaś wcale nie muszą przyprawiać obywateli o ból głowy – jeśli tylko całe przedsięwzięcie organizator zaplanuje tak jak trzeba.

Władza też umie się bawić

Samorządowcy zapewniają zgodnie: podejście „zastaw się, a postaw się” już dawno wyszło z mody. Naprawdę może być oszczędnie i skromnie – byle tylko mieć pomysł na zabawę. Przykładem mogą być konkursy dla dzieci z symbolicznymi nagrodami, które są nieznacznym obciążeniem dla budżetu, a wprowadzają wiele radości i śmiechu.

– Rzadko kiedy coś tak rozwesela uczestników, jak wójt czy prezydent biegający razem z miejscową drużyną za piłką – uśmiecha się starosta Kałamaga. – Ludzie chcą wiedzieć, że gospodarz ich miejscowości lub regionu to swój chłop, a nie nudny, odpychający urzędas, sztywny jakby kij połknął – dodaje.

Festyny są więc świetną okazją, żeby władza pokazała swoją ludzką, uśmiechniętą twarz. Doskonale to rozumie m.in. Arkadiusz Klimowicz, burmistrz Darłowa w województwie zachodniopomorskim, który kilka lat temu – podczas Międzynarodowego Zlotu Historycznych Pojazdów Wojskowych – wziął ślub z dziennikarką „Dziennika Bałtyckiego”, Joanną Lichacy. Sprzed darłowskiego ratusza państwa młodych zabrał radziecki opancerzony wóz transportowy BTR-152 z 1961 r. Towarzyszyła im kolumna starych, lecz z pietyzmem odrestaurowanych pojazdów bojowych. W centralnym punkcie zlotu, na scenie – wśród tłumu widzów i żurnalistów i przed obliczem kierownika Urzędu Stanu Cywilnego – nowożeńcy powiedzieli sobie sakramentalne „tak”. Tego dnia Darłowo było na ustach, falach radiowych i wizji prawie całej Polski.

Dużym dystansem do siebie wykazał się również Jerzy Lechnerowski, burmistrz miasta i gminy Kórnik pod Poznaniem, który w 2010 r. uroczyście otwierał pływalnię i halę widowiskowo-sportową. Wskoczył do basenu w garniturze, wprawiając zebranych w dobry humor. – Dobrze, że na co dzień poważni, odpowiedzialni, ubrani w eleganckie garnitury czy garsonki samorządowcy potrafią być na luzie – uważa Zdzisław Kałamaga. – Dawniej wystarczyło, że włodarz rozpoczął, a potem zakończył event oficjalną, drętwą przemową. Dziś ma się bawić ze wszystkimi. To zbliża ludzi do tak zwanych wybrańców narodu, wprowadza lepszą atmosferę i cementuje lokalną społeczność – uzupełnia. Wieść o takich zachowaniach szybko się roznosi po województwie, nieraz nawet po kraju. Tak – bez żadnych nakładów – buduje się tyleż profesjonalną, co przyjazną markę miejscowości, gminy, powiatu, regionu.

Co mogliśmy zrobić lepiej

A co, jeśli pod względem finansowym, logistycznym i marketingowym urządziliśmy imprezę na szóstkę? Czekać na medale, fanfary, laudacje? Bynajmniej. Nie ma przecież takiego wydarzenia, którego nie dałoby się przeprowadzić lepiej. Zawsze zdarzą się jakieś pomyłki, niedociągnięcia, braki. Zawsze można dać z siebie trochę więcej. Wykrzesać więcej energii, kreatywności i sprytu.

– Osiąść na laurach, chlubić się swoim profesjonalizmem, odcinać kupony od wcześniejszych  sukcesów – to najgorsza z możliwych strategii – potwierdza Jacek Walczak, prezydent Sieradza.

Może niedostatecznie nagłośniliśmy festyn, a może któraś ze służb nie stanęła na wysokości zadania? Skąd wzięły się nieprzewidziane sytuacje? No i co sprawiło, że przyszło nieco mniej ludzi niż planowaliśmy? A ten nieprzychylny artykuł w prasie? Te skargi mieszkańców, którym przeszkadzał hałas – nieliczne wprawdzie, lecz jednak? Z błędów należy wyciągnąć wnioski i zadbać, by niedociągnięcia się nie powtarzały. A wtedy – kto wie? – może uda się wreszcie zorganizować samorządowy event na szóstkę z plusem. Taki, którym zachwyci się nie tylko Polska, lecz także kawałek Europy i świata. Poprzeczka zawieszona wysoko, ale próbować warto.

Strona 1 z 3

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY