Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 45.

Infrastruktura i budownictwo

Infrastruktura i budownictwo (31)

poniedziałek, 26 listopad 2012 17:33

KOMPUTERY W SAMORZĄDACH: Filary informatyzacji

Napisane przez

Wielofunkcyjność współczesnych urządzeń cyfrowych jeszcze 10-20 lat temu byłaby niewyobrażalna. Jesteśmy świadkami ogromnego skoku cywilizacyjnego. Zmienia się nasz styl życia i przyzwyczajenia. Zastanówmy się, na jakich filarach stoi informatyzacja i jakich mamy jej interesariuszy.

Informatyzację należy traktować jako działanie rozłożone w czasie, mające określoną logikę wdrażania kolejnych jego składowych. Jest ono związane z koniecznością zaplanowania budżetu na inwestycje informatyczne, przygotowania ludzi, instytucji i procedur prawnych potrzebnych do jego wprowadzenia i później - wykorzystywania. W języku zarządzania instytucją mówi się, że informatyzacja jest procesem, czyli działaniem trwającym w czasie. Jest ono związane ze skutecznym i umiejętnym wdrażaniem w życie osiągnięć współczesnej informatyki i innych dziedzin z nią powiązanych, takich jak na przykład telekomunikacja, technologie komputerowe i inne technologie cyfrowe, systemy bezprzewodowe i mobilne.

Wzajemne przenikanie i wielofunkcyjność

Mówi się dzisiaj o silnej „konwergencji technologii cyfrowych”. Konwergencja oznacza wzajemne przenikanie się rozwiązań pomiędzy sobą. Teraz już nie do końca wiadomo, czy telefon komórkowy z ekranem dotykowym, czyli tzw. „smartphone” jest telefonem, komputerem przenośnym, odtwarzaczem muzyki i filmów, cyfrowym aparatem fotograficznym i kamerą filmową, odbiornikiem telewizji internetowej, odbiornikiem radiowym, czytnikiem książek elektronicznym, czy może urządzeniem do dokonywania płatności w sklepie albo urządzeniem GPS. Taki „telefon” jest po trosze każdym z wymienionych urządzeń. Podobnie tzw. „tablet”: nie do końca wiadomo, czy jest to komputer, czy jakieś inne urządzenie wielofunkcyjne. Do współczesnych telewizorów też można dziś mówić, używać ich jako ekranów dotykowych, rozmawiać przez nie za pośrednictwem telefonii i wideofonii internetowej, a także przeglądać przez nie witryny internetowe.

Ach! Zapomnielibyśmy o tym, że na tych telewizorach można również oglądać programy telewizyjne. Widać zatem, że wielofunkcyjność współczesnych urządzeń cyfrowych, połączonych dodatkowo z Internetem, byłaby jeszcze 5, 10 czy 20 lat temu niewyobrażalna. Na naszych oczach dokonuje się ogromny skok cywilizacyjny. Zmienia się nasz styl życia i przyzwyczajenia. To z kolei wywiera zasadniczy wpływ na oczekiwania ludzi w stosunku do sposobu współpracy urzędu z jego interesariuszami.

Filary informatyzacjiAPLA

Filar 1.             Budowa infrastruktury informatycznej, a w tym:

·         wyposażanie w urządzenia komputerowe (komputeryzacja)

·         budowa dostępu do Internetu (internetyzacja)

Filar 2.             Budowa podaży usług elektronicznych (cyfryzacja usług)

Filar 3.             Budowa popytu na usługi elektroniczne, a w tym:

·         promowanie nowego stylu życia (włączenie cyfrowe)

·         uczenie korzystania z usług elektronicznych (edukacja informatyczna)

Równowaga między filarami

Budowa infrastruktury, podaży i popytu na usługi elektroniczne powinny być prowadzone w taki sposób, aby zapewnić pewną równowagę pomiędzy wysiłkiem włożonym w każde z tych działań oraz efektem, jaki został uzyskany. Pytanie bowiem, czy warto kupować komputery wraz z dostępem do Internetu, jeżeli urząd nie ma w planach wystawiać informacji o sobie ani eksponować swoich usług w globalnej sieci? Czy można udostępnić e-usługi, jeżeli nie mamy odpowiedniej podbudowy infrastrukturalnej? Albo: czy jest sensowne wydawanie pieniędzy na infrastrukturę i podaż usług, jeżeli nie ma na nie popytu i tym samym nikt z nich nie korzysta?

Wszystkie powyższe pytania wskazują na podstawową prawdę, która stanowi o prawidłowej realizacji procesu informatyzacji, a mianowicie: konieczne jest zaplanowanie właściwej równowagi pomiędzy trzema filarami informatyzacji, tj. infrastrukturą, podażą i popytem na usługi cyfrowe. Inaczej nie ma sensu zajmować się tym zagadnieniem, ponieważ utracimy właściwe proporcje i nie wdrożymy informatyzacji tak, jak należy.

Udziałowcy systemu

Warto wiedzieć, kto jest zaangażowany lub zależny od informatyzacji. Inaczej mówiąc, jakich mamy interesariuszy procesu informatyzacji? W naszych rozważaniach wyszczególniliśmy osiem grup zainteresowanych informatyzacją. Obywatele i firmy są podmiotami, dla których urząd realizuje konkretne usługi. Może je realizować tradycyjną drogą bezpośredniego kontaktu w urzędzie, drogą korespondencyjną lub elektroniczną. Zależy to od rodzaju sprawy oraz przygotowania urzędu do obsługi różnych metod komunikacji z interesariuszem.

Administracje - rządowa, samorządowa i UE – są miejscami usytuowania różnych urzędów, które posiadają konkretny zakres swojej działalności i odpowiedzialności, a w związku z tym realizują określone usługi publiczne. Firmy z branży teleinformatycznej (ICT) i samorząd gospodarczy reprezentujący tę branżę uczestniczą w procesie informatyzacji jako dostawcy rozwiązań (branża) oraz ich reprezentanci (samorząd gospodarczy). Przedstawiciele świata polskiej nauki wspierają informatyzację swoją mądrością, wiedzą, odpowiednim dystansem i refleksją oraz badaniami naukowymi.

Widzimy zatem, że wdrażanie rozwiązań informatycznych nie jest zagadnieniem łatwym, ale możliwym. Wymaga ono odpowiedniego przygotowania, wiedzy oraz zaangażowania specjalistów o wielu różnych kompetencjach. Istnieją pewne zasady wspólne dla wielu wdrożeń, o których będziemy pisać w naszym cyklu.

Indywidualne potrzeby urzędów

Trzeba pamiętać, że poszczególne urzędy mają swoją specyfikę i powielanie niejako „na siłę” tych samych rozwiązań w różnych urzędach nie przynosi dobrych rezultatów. Zawsze najpierw należy się dowiedzieć, jakie są indywidualne potrzeby urzędu, jego bolączki i plany, aby do tychże warunków dostosować pomysł na informatyzację w konkretnym urzędzie.

Podchodzimy zatem do urzędu – podobnie jak do interesariusza – w sposób indywidualny, analizujemy jego potrzeby i możliwości, a dopiero potem proponujemy metodę wdrażania informatyzacji, pamiętając o jej trzech filarach. Nie robimy niczego ponad stwierdzone potrzeby i pamiętamy o tym, że po wdrożeniu informatyki do urzędu należy ją potem właściwie pielęgnować i rozwijać.

Wszystko to robimy po to, aby wypełnić istotę procesu informatyzacji, czyli po to, aby zapewnić trwałośćstanu, w którym - dzięki odpowiedniemu zastosowaniu metod i narzędzi informatyki, każdy bez wyjątku był efektywnie obsługiwany przez dowolną instytucję państwową.

Jak to osiągać? O tym w kolejnych numerach naszego pisma.

 

 

wtorek, 30 październik 2012 17:47

Po co nam informatyzacja administracji?

Napisane przez

Od wielu lat mówi się o informatyzacji, komputeryzacji, internetyzacji i wielu innych, podobnych pojęciach. Mówi się, że dzięki informatyzacji mamy dostęp do Internetu, pracujemy przy pomocy komputera, możemy przeczytać elektroniczną gazetę, zrobić przelew w naszym elektronicznym banku itd. Jakie jednak ma to znaczenie dla społeczności lokalnej w gminie? 

Społeczność lokalna coraz częściej i powszechniej korzysta z osiągnięć współczesnych technologii. Trudno jest dzisiaj wyobrazić sobie życie bez dostępu do elektryczności, telefonii komórkowej, telewizji czy bankomatu. Zwiększa się coraz bardziej liczba osób, które nie potrafią funkcjonować bez dostępu do Internetu. Zwłaszcza że ceny dostępu do niego znacznie spadły, a technologie bezprzewodowe wywołały swoistą rewolucję, albowiem w zasadzie prawie wszędzie możemy z tego Internetu korzystać. 
 
Bogactwo internetowych możliwości
 
W Internecie, którego początki w Polsce sięgają wczesnych lat 90 poprzedniego stulecia, znajdziemy wiele wygodnych i pożytecznych serwisów. Najpowszechniej korzystamy z dostępu do mediów internetowych. Możemy wśród nich znaleźć w wersjach elektronicznych zarówno gazety, jak i rozgłośnie radiowe czy telewizyjne, a także portale społecznościowe, takie jak: Facebook, Twitter czy Naszą Klasę. 
 
Powszechnie korzystamy z usług poczty elektronicznej, internetowych portali banków, dokonujemy zakupów w sklepach internetowych. Mając świadomość powszechności Internetu, coraz więcej instytucji prywatnych i publicznych pracuje nad tym, aby udostępniać w nim informacje o sobie i zakładać w nim swoje serwisy. 
 
Powszechnie wiadomą rynkową prawdę stanowi fakt, że jeżeli jakaś firma nie pojawi się na pierwszej stronie wyszukiwarki, takiej jak: Google, Yahoo czy Bing, trudno jej będzie zaistnieć w świadomości klientów. Widać zatem, że pomimo tego, iż Internet to swoisty świat wirtualny, coraz trudniej jest funkcjonować bez niego w świecie rzeczywistym. 
 
O historii informatyzacji w Polsce słów kilka
 
Dlaczego jednak o tym piszemy w kontekście informatyzacji w gminie, czy też szerzej: informatyzacji administracji publicznej? Odpowiedź jest bardzo prosta: skoro prywatny biznes może w sposób szybki i wygodny współpracować z nami przez Internet, dlaczego urzędy administracji publicznej nie miałyby tego czynić?
 
Oto kilka kluczowych informacji na temat historii działań w zakresie informatyzacji administracji publicznej. Początki tej koncepcji sięgają pierwszej połowy lat 90 poprzedniego stulecia, ale sprowadzały się jedynie do działań deklaratywnych i jeszcze nie do końca usystematyzowanych. 1 lipca 2002 r. utworzono nowy dział administracji rządowej o nazwie „informatyzacja”, który stał się odpowiedzialny za działania dotyczące informatyzacji administracji i rozwoju społeczeństwa informacyjnego w Polsce. 
 
Rolę ministra właściwego do spraw informatyzacji powierzono wtedy ministrowi do spraw nauki, prof. Michałowi Kleiberowi – dzisiaj Prezesowi Polskiej Akademii Nauk. 1 kwietnia 2003 r. na bazie Urzędu Komitetu Badań Naukowych utworzono Ministerstwo Nauki i Informatyzacji, a kierujący nim minister przejął rolę ministra właściwego do spraw informatyzacji. Był nim nadal prof. M. Kleiber, a od jesieni roku 2005 problematyką związaną z informatyzacją zajmowali się ministrowie: Ludwik Dorn, Janusz Kaczmarek, Władysław Stasiak, Grzegorz Schetyna, Jerzy Miller i Jacek Cichocki – jako szefowie resortu spraw wewnętrznych i administracji. Obecnie funkcję Ministra Informatyzacji i Cyfryzacji sprawuje Michał Boni. 
 
Dzisiejsze normy prawne
 
17 lutego 2005 roku uchwalono ustawę o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne, w skrócie zwaną „ustawą o informatyzacji”, która weszła w życie 21 lipca 2005 r. W roku 2010 ustawa ta została poddana gruntownej i potrzebnej nowelizacji. Weszła ona w życie w czerwcu 2010 roku. Została podpisana przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. 
 
W latach 2006-2007 kluczowe projekty informatyzacyjne zostały wpisane do osi siódmej i ósmej Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka oraz do Regionalnych Programów Operacyjnych poszczególnych województw. Kontrolowała przebieg tego procesu Grażyna Gęsicka – ówczesna Minister Rozwoju Regionalnego. Łącznie na informatyzację i rozwój społeczeństwa informacyjnego przeznaczono grube miliardy złotych. 
 
W latach 2003-2004, w dawnym Ministerstwie Nauki i Informatyzacji, zostały zainicjowane prace nad Elektroniczną Platformą Usług Administracji Publicznej (ePUAP), którego nazwę zaproponowano dokładnie 8 lat temu, tj. w październiku 2004 r. Obszarem informatyzacji zajmuje się aktywnie również Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego. 
 
Pytanie jednak: czy dostatecznie mocno odczuwamy efekty tych licznych działań? Jakich konkretnych rozwiązań możemy się dzięki nim spodziewać?
 
Zapraszam do współredagowania
 
Na podobne pytania będziemy chcieli odpowiadać na łamach naszego pisma. Będziemy dyskutować o konkretnych rozwiązaniach do wykorzystania w gminach oraz problemach związanych z wdrażaniem informatyzacji w urzędach. Postaramy się przedstawiać dobre praktyki w tym zakresie, a także ostrzegać przed typowymi błędami, które mogą prowadzić do bolesnych niepowodzeń. Liczymy przede wszystkim na Państwa odzew. Zapraszamy Szanownych Czytelników do wspólnego kreowania naszej informatycznej społeczności. 
 
Na koniec pytanie: Kto wymyślił nazwę systemu ePUAP i w jakim ministerstwie miało to miejsce? 
Na osoby, które do redakcji „Gminy” napiszą, przysyłając poprawną odpowiedź, czekają nagrody!
wtorek, 30 październik 2012 02:35

Kant i ład deweloperski

Napisane przez

W najczęstszym użyciu pozostaje w polityce, trochę także w historii. Słyszymy o ładzie wersalskim, ładzie wiedeńskim i budzącym największe kontrowersje ładzie jałtańskim. Mamy też, najczęściej nowy, ład społeczny oraz burzliwie się rozwijający ład korporacyjny, jednakże przedmiotem mojego zainteresowania jest, od długiego czasu, ład przestrzenny. 

Sprawa jest nader poważna i wypada się z postawionej tu tezy wytłumaczyć. Spójrzmy zatem do jednolitego tekstu obowiązującej dziś w Rzeczpospolitej ustawy z marca 2003 o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. Powiada się tam, że kiedy mowa o „ładzie przestrzennym”, należy przez to rozumieć takie ukształtowanie przestrzeni, które tworzy harmonijną całość oraz uwzględnia w uporządkowanych relacjach wszelkie uwarunkowania i wymagania funkcjonalne, społeczno-gospodarcze, środowiskowe, kulturowe oraz kompozycyjno-estetyczne. W tej samej regulacji znajdujemy też stwierdzenie, że 
 
ład przestrzenny
 
wraz ze zrównoważonym rozwojem winny być podstawą wszelkich działań, które wiążą się z kształtowaniem polityki przestrzennej, przeznaczaniem terenów oraz ustalaniem zasad ich zagospodarowania lub zabudowy. Na papierze wygląda to pięknie, aliści z rzeczywistością ten uroczy obrazek ma wspólnego niewiele. 
 
Poszukując pociechy, trafiłem w grudniu minionego roku na uchwałę Rady Ministrów dotyczącą Koncepcji Przestrzennego Zagospodarowania Kraju 2030, z której wynikało ni mniej, ni więcej, iż rząd podziela nurtujące mnie od dłuższego czasu wątpliwości i, co więcej, zamierza coś z tym fantem począć. Punktem wyjścia jest diagnoza, która swoją trafnością i jakże rzadką dziś prostotą wzbudzała nadzieję. Brzmi ona tak: „w Polsce występuje powszechne odczucie braku ładu przestrzennego”.
 
Sama żywa prawda. Dalej jest równie ładnie, bowiem mowa o sukcesywnej degradacji krajobrazu kulturowego, chaotycznych formach zabudowy, rosnącej liczbie osiedli zamkniętych. Wskazano też luki w rozwiązaniach prawnych, które - preferując grupowe interesy wpływające na kształt gospodarki przestrzennej, są częstokroć sprzeczne z interesem publicznym.
 
Rozbudzone świeżutko nadzieje diabli wzięli już przy lekturze wniosków, bowiem nie da się przecież żadną miarą pogodzić wspomnianego wcześniej „powszechnego odczucia braku…” z próbą obwiniania społeczeństwa za katastrofalny stan przestrzennego ładu. Nie da się inaczej zrozumieć stwierdzenia, że wszystkiemu winien jest „niski poziom świadomości społecznej, objawiający się brakiem zainteresowania problemami gospodarki przestrzennej, skutkujący jej niską rangą społeczną”.
 
Niewątpliwie ważnych autorów dokumentu śpieszę poinformować, że mnóstwo (i coraz więcej) ludzi ma całkiem znaczną świadomość katastrofalnego (nie)ładu, interesuje się nim i irytują ich, z każdym dniem mocniej, problemy gospodarki przestrzennej, zaś jej ranga istotnie jest niska za sprawą tego, że… 
 
ład deweloperski
 
zastąpił zdefiniowany ustawowo ład przestrzenny. Proszę tedy uprzejmie, aby na przyszłość zaprzestano obrażania społeczeństwa, którego czuję się częścią, zarzutem niskiej społecznej świadomości. Osobną jest rzeczą odpowiedź na pytanie, kto i w jakim celu ośmiela się podsuwać rządzącym diagnozy w sprawie poziomu społecznej świadomości i jego klinicznych objawów. Nie podoba mi się to tym bardziej, gdy jest czynione w imię deweloperskich interesów, ergo deweloperskiego ładu. Nie sposób przecież inaczej nazwać tego, co z przestrzenią publiczną wyprawia, podpierając się, przy okazji niejako, świętym prawem własności, grupa mocno nadzianych ludzi biznesu, próbująca w każdej niemal, bez względu na wielkość, miejskiej gminie zabudować mieszkaniówką każdy skrawek wolnej przestrzeni. Najlepiej zielonej, atrakcyjnie położonej, uzbrojonej i najczęściej publicznej.
 
Skoro zaś mowa o interesach, nie od rzeczy będzie przypomnieć kolejne dwie ustawowe definicje. Wcześniej jednak warto odnotować zakorzeniony mocno w polskich przepisach wytrych stosowany w definicjach, słowniczkach, wyjaśnieniach. Mam na myśli koszmarek „należy przez to rozumieć”, pojawiający się wszędzie tam, gdzie, gwoli uniknięcia spekulacji i interpretatorskich sztuczek, powinno być napisane jak byk – „to jest” albo „oznacza to”. Wówczas z pewnością byłoby jak należy i znaczeniowa ścieżka stanęłaby otworem dla wszystkich adresatów prawa bez rezerwacji dla specjalistów od rozumienia. Najczęściej bowiem owo rozumienie jest, z punktu widzenia zlecającego, bardzo jak należy, wszakże ten punkt z rzadka tylko bywa społecznym. Powróćmy tedy do zapowiedzianych definicji, lekko tylko skorygowanych przez przywrócenie im językowej poprawności, tudzież, co równie ważne, społecznego sensu.
 
Tak więc, wszędzie tam, gdzie w ustawie pojawia się pojęcie „interes publiczny” – oznacza to uogólniony cel dążeń i działań, uwzględniających zobiektywizowane potrzeby ogółu społeczeństwa lub lokalnych społeczności, związanych z zagospodarowaniem przestrzennym. „Obszar przestrzeni publicznej” oznacza obszar o szczególnym znaczeniu dla zaspokojenia potrzeb mieszkańców, poprawy jakości ich życia i sprzyjający nawiązywaniu kontaktów społecznych ze względu na jego położenie oraz cechy funkcjonalno-przestrzenne, określony w studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy. 
 
W poszukiwaniu źródeł nieszczęścia wypada wskazać kilka ważniejszych, nie zabiegając o ustalenie hierarchii. Na pierwszym jednak miejscu plasuje się w mojej ocenie kalekie prawo, które pozwala w przypadku braku ogólnego planu zagospodarowania zaklajstrować tę lukę przy pomocy studium zagospodarowania, zaś doraźne przypadki załatwiać przy pomocy decyzji administracyjnych (WZiZT) i dalej pozwolenia na budowę.
 
W ten sposób wkroczyliśmy na skomplikowany… 
 
rynek nieruchomości,
 
któremu do spełnienia wymogów wolnorynkowych daleko, o której to ułomności wiadomo od zawsze. Nie trzeba być ekonomistą, żeby dostrzec, w Europie Zachodniej zauważono to już dawno, konieczność zaostrzenia publicznej kontroli nad tym sektorem rynku, zwłaszcza zaś nad jego funkcjonowaniem. Rzecz oczywiście dotyczy wszelkich tego rynku aspektów i jeśli ktoś zechce wybrzydzać, opowiadając dyrdymały o szkodliwości interwencjonizmu, niech wpierw odrobi zaległości w lekturze.
 
Po przeczytaniu elementarza zachęcam do rozejrzenia się wokół. Bez większego wysiłku da się zauważyć kompletną bezradność publicznych podmiotów, gmin miejskich w szczególności, które – sparaliżowane wadliwymi regulacjami w odniesieniu do planowania przestrzennego, prawa własności i własnej w tym całym pasztecie roli – muszą ustąpić przed deweloperem, przystępującym do przygotowania placu budowy. Nieważne, że dotąd był to plac zabaw, teren sportowo-rekreacyjny, park lub ogród, zieleniec wreszcie. Ważne, żeby przed rozpoczęciem robót ziemnych wyciąć i wykarczować kilkudziesięcioletnie drzewa, najlepiej przed sporządzeniem inwentaryzacji potrzebnej do wystąpienia o zgodę na wycinkę, bo może dzięki temu uda się uniknąć przewidzianych prawem opłat. Później jest już beton i betonowo szara wizja nieodległej przyszłości, która z rozrzewnieniem każe wspomnieć Brukselę czy Kopenhagę. Może oni tam mają ład przestrzenny.
 
Drugie miejsce przyznałbym kłopotom finansowym gmin miejskich, które trafniej nazwać by trzeba biedą. Ubóstwem, które utrudnia albo wprost uniemożliwia sporządzenie realnego, ogólnego planu, bowiem uczynienie go realnym oznaczałoby konieczność poniesienia poważnych wydatków na ochronę lub wykup atrakcyjnych obszarów. Gminna bieda sprawia, że te łakome kąski padają łupem tych, których ład przestrzenny interesuje potąd, pokąd nie stoi na drodze partykularnym interesom. Gdzieś się zapodział w tym „ładzie” interes społeczny.
Na trzeciej pozycji tej mojej niby-klasyfikacji znajduje się cudaczny, ignorancją trącący… 
 
model polskiego liberalizmu gospodarczego,
 
który – rozwijany twórczo przez rodzimych mędrców - przebił wysoko chicagowską szkołę Miltona Friedmana i żelazną damę Margaret Thatcher. Nie sądzę też, żeby John Locke miał na myśli to samo, co wykrzykują dzisiaj jego interpretatorzy, przyznając świętość prawu własności. Zapomnieli widać o spekulacyjnych możliwościach, otwieranych przez ten niby liberalizm.
 
Kontynuacja przestrzennej demolki w imię niepublicznego interesu może doprowadzić wkrótce do tego, że statystyczny, zamieszkały w mieście Kowalski będzie, jak u Kanta, miał w sobie, być może, ład moralny, zaś nad sobą zamiast dachu, niebo gwiaździste, przysłonięte przez deweloperskie wysokie apartamentowce oraz niższe, ściśle zamknięte enklawy. Gwiazdy będą kiepsko widoczne z uwagi na wszechobecny, gęstniejący smog. Będzie mu też trudniej oddychać, bowiem beton w odróżnieniu od zieleni nie redukuje dwutlenku węgla i nie wytwarza tlenu. W warunkach deweloperskiego ładu wytwarza natomiast obficie kasę zgarnianą przez jego beneficjentów, którzy gwiżdżą na „zobiektywizowane potrzeby ogółu społeczeństwa lub lokalnych społeczności” przy akompaniamencie radosnych poświstywań wspierających ich banków. 
 
Kant Kantem, ale gdyby rzecz napisać z malej litery, kto wie, czy nie bylibyśmy blisko sedna sprawy.
 
Strona 3 z 3

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY