Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 45.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 55.

Infrastruktura i budownictwo

Infrastruktura i budownictwo (31)

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:33

NEUTRALNOŚĆ TECHNOLOGICZNA W INFORMATYCE?

Napisane przez

Urzędy samorządowe, zamawiając cokolwiek w drodze zamówień publicznych, mają obowiązek równego traktowania wszystkich potencjalnych podmiotów – które mają prawo do złożenia ważnej oferty. Dotyczy to również sytuacji, kiedy do urzędów zamawiamy rozwiązania informatyczne. Wtedy również musimy równo traktować podmioty dostarczające takie rozwiązania. Potocznie mówimy wtedy o neutralności technologicznej rozwiązań.

Należy tutaj jednak postawić zasadnicze pytanie: jak zapewnić neutralność technologiczną, skoro kupujemy konkretne urządzenia i systemy, które są przecież wykonane w konkretnej technologii? Czy wtedy przestajemy być neutralni i nie dopełniamy wymogów prawa zamówień publicznych?

Neutralność technologiczna według prawa

Ustawa o informatyzacji podaje znaczenie zasady neutralności technologicznej. Według jej twórców jest to „zasada równego traktowania przez władze publiczne technologii teleinformatycznych i tworzenia warunków do ich uczciwej konkurencji, w tym zapobiegania możliwości eliminacji technologii konkurencyjnych przy rozbudowie i modyfikacji eksploatowanych systemów teleinformatycznych lub przy tworzeniu konkurencyjnych produktów i rozwiązań”. Ponadto, prawo zamówień publicznych nakazuje, aby „w ogłoszeniu o zamówieniu i w specyfikacji istotnych warunków zamówienia” przedmiot zamówienia został opisany „w sposób jednoznaczny i wyczerpujący oraz zapewniający zachowanie uczciwej konkurencji i równego traktowania wykonawców”.

A zatem, zgodnie z obiema ustawami – zarówno o informatyzacji, jak i prawem zamówień publicznych – nie można na wstępie do jakiejkolwiek inwestycji informatycznej przewidywać konkretnych technologii, które mogą być dostarczane wyłącznie przez jeden podmiot lub grupę podmiotów skupionych w jednej grupie kapitałowej. W praktyce zamówień publicznych, stosując zasadę neutralności wobec potencjalnych dostawców, absolutnie nie można sprzyjać budowaniu niedozwolonych monopoli technologicznych i prawnych. Należy bacznie zwracać również uwagę na treść umów podpisywanych z wykonawcami po to, by na podstawie ich zapisów nie dopuścić do wymuszenia na instytucji publicznej kolejnych zamówień rozszerzających wcześniej wykonane produkty w trybie niekonkurencyjnym, czyli z tzw. „wolnej ręki”.

Rozwój ewolucyjny

W praktyce wytwarzania systemów informatycznych jest oczywistością, że kolejne wersje wdrożonych systemów powstają na bazie rozwoju wersji poprzednio istniejących. Czy nie jest to zatem okoliczność, która powinna zwolnić instytucję publiczną z konieczności zasady zachowania neutralności technologicznej?

Otóż, nie. W żadnym wypadku nie można zasłaniać się taką sytuacją. Już podczas zamawiania pierwszej wersji systemu informatycznego trzeba mieć na względzie fakt, że za jakiś czas może zaistnieć konieczność zamówienia jego kolejnej – zmodyfikowanej – wersji. Taka konieczność może wynikać chociażby z chęci ulepszenia systemu, rozszerzenia jego zakresu lub zmiany prawa, na podstawie którego tenże system wdrożono. A zatem konieczne jest, aby urząd publiczny jako zamawiający zawsze o tym pamiętał – i już przy zamówieniu pierwszej wersji systemu co najmniej:

1.            zapewnił przekazanie zamawiającemu majątkowych praw autorskich do uzyskiwanych produktów na wszystkich polach jego eksploatacji,

2.            zapewnił przekazanie zamawiającemu czytelnych kodów źródłowych oprogramowania wraz z ich dokumentacją,

3.            zapewnił przekazanie zamawiającemu wszelkiej dokumentacji niezbędnej dla właściwego zainstalowania i uruchomienia zamawianych produktów informatycznych,

4.            zapewnił przeszkolenie niezbędnej grupy pracowników zamawiającego w celu uzyskania jego samodzielności w uruchamianiu i użytkowaniu zamówionego systemu.

Aby w maksymalnie możliwym stopniu zapewnić sobie szansę na zachowanie neutralności technologicznej rozwiązań informatycznych na kolejnych etapach ich rozwoju, powinniśmy dopilnować powyższych wytycznych. W przeciwnym wypadku możemy narazić urząd na skuteczne odwołania do Krajowej Izby Odwoławczej, negatywne wyniki kontroli Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych, a także na wykazanie naruszenia zasad dyscypliny finansów publicznych.

Jawne i otwarte interfejsy

We wcześniejszych numerach naszego pisma pisaliśmy już o interoperacyjności systemów informatycznych. Warto na to zwrócić uwagę, również mówiąc o neutralności technologicznej. Jawne i otwarte interfejsy są obecnie uznane za skuteczny sposób zapewnienia równego dostępu do możliwości dostarczenia konkretnych rozwiązań informatycznych. Należy to rozumieć w ten sposób, że jeżeli zdefiniujemy formaty komunikatów przesyłanych pomiędzy systemami, standardy techniczne obowiązujące dla tych systemów oraz wymogi sprzętowe i prawne – to dajemy szansę różnym oferentom skutecznego złożenia oferty w postępowaniu dotyczącym naszego zamówienia. Jednocześnie pozostajemy wówczas w zgodności z wytycznymi ustawy o informatyzacji, co dla zamówień informatycznych w administracji publicznej jest równie ważne.

Zachęcamy zatem do ponownego zajrzenia do wcześniejszych numerów Magazynu Samorządowego „GMINA”, aby przypomnieć sobie problematykę interoperacyjności systemów informatycznych i jawności interfejsów.

Jawność testów akceptacyjnych

Nie tylko jawność interfejsów jest ważna. Już w pierwszej wersji ustawy o informatyzacji z 2005 roku podjęto działania zmierzające do tego, aby umożliwić dowolnemu wytwórcy oprogramowania wytwarzanie własnych programów komunikujących się z innymi systemami, używanymi w instytucjach publicznych. Problem wyniknął przede wszystkim z braku otwartości systemu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Panowało wtedy powszechne oburzenie faktem, że jedynym oprogramowaniem, które umożliwiało pracodawcom przesyłanie do ZUS comiesięcznych raportów ubezpieczonych, był program „Płatnik” – dostarczany przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych i finansowany ze środków publicznych. Tymczasem spora grupa producentów oprogramowania finansowo-księgowego dla firm nie mogła dołączyć do swoich produktów modułu współpracy z systemem informatycznym ZUS, z powodu braku chęci opublikowania przez ZUS formatów interfejsów wymiany danych. Głównym uzasadnieniem ze strony ZUS była konieczność zachowania bezpieczeństwa danych składowanych w jego systemie. W opinii wielu ekspertów – również mojej – było to stanowisko dyskusyjne.

Szukając rozwiązania tego oczywistego impasu, dawne Ministerstwo Nauki i Informatyzacji wprowadziło do ustawy o informatyzacji zapis o konieczności wydania tzw. rozporządzenia o testach akceptacyjnych i badaniu zgodności oprogramowania interfejsowego. Rozporządzenie to obowiązuje od listopada 2005 r., a jest ono ogłoszone w Dzienniku Ustaw z roku 2005 nr 217 pod pozycją 1836.

Idea tego rozporządzenia polega na tym, że w przypadku, kiedy urząd publiczny nakazuje kontakt ze sobą za pomocą systemu informatycznego, to ma wtedy obowiązek opublikować projekty testów akceptacyjnych dla oprogramowania interfejsowego. Na tej podstawie dowolny wytwórca oprogramowania może zbadać swój produkt i poddać go badaniom na zgodność z tymi projektami testów. Po pozytywnym przejściu badania, oprogramowanie takie może być pełnoprawnie używane do komunikacji z urzędem publicznym. Urząd publiczny nie może w takim przypadku odmówić przyjmowania danych wysyłane przez to oprogramowanie.

Bądźmy racjonalni

Prowadząc proces zamówień publicznych oraz planując rozwój systemów informatycznych, powinniśmy w sposób rozsądny patrzeć na faktyczne potrzeby urzędu i nie ulegać przy tym naszym osobistym preferencjom. Ważne jest, aby zamawiać wyłącznie to, wobec czego istnieje uzasadniona potrzeba zakupu i użycia. Dokonywanie zakupów musi być zorganizowane w taki sposób, aby zachować zasadę równego traktowania potencjalnych oferentów z równoczesną umiejętnością uzasadnienia wymagań, sformułowanych przez urząd. Informatycy muszą również umieć przewidzieć potencjalne kierunki rozwoju zamawianych systemów – tak, aby można było potraktować pierwsze zamówienie nowego systemu jako pierwszy krok w jego ewolucyjnym rozwoju. Tutaj kłania nam się grupa zagadnień współczesnej inżynierii oprogramowania, dotycząca sposobu organizacji cyklu życia oprogramowania… Ale o tym na łamach kolejnych numerów naszego pisma.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:25

KOMUNIKACJA Z WYSOKIM IQ

Napisane przez

Kamery na skrzyżowaniach, czujniki w asfalcie, cyfrowe tablice informujące o warunkach jazdy… Polskie samorządy inwestują w zaawansowane technologie, aby po mieście jeździło się szybciej, wygodniej i bezpieczniej. Wydatki na ten cel są możliwe dzięki funduszom unijnym.

Gdańsk w rankingu najbardziej zakorkowanych miast w Polsce, przygotowanym przez portal Korkowo.pl, zajmuje wysokie, 8. miejsce. Samochody poruszają się tam ze średnią prędkością 41 km na godzinę. Mają jednak jeździć co najmniej o 7 proc. szybciej – trzeba tylko poczekać do drugiej połowy przyszłego roku. Wtedy zacznie działać Zintegrowany System Zarządzania Ruchem Tristar, który zrewolucjonizuje komunikację w Trójmieście. Projekt od 2006 roku realizuje technologiczna spółka Qumak we współpracy ze ekspertami z Politechniki Gdańskiej i Fundacji Rozwoju Inżynierii Lądowej.

– Kompleksowe wdrożenie systemu Tristar obejmuje m.in. instalację systemu sterownia ruchem, budowę i wyposażenie dwóch centrów zarządzania w Gdańsku i Gdyni, utworzenie sieci komunikacyjnej, uruchomienie i modernizację ponad 150 rozbudowanych sygnalizacji świetlnych, a także wyposażenie 675 pojazdów transportu publicznego w komputery pokładowe – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Daniel Miłosz, dyrektor Działu Zarządzania Kontraktami Integracyjnymi w firmie Qumak.

Natężenie ruchu pojazdów będą śledzić setki kamer, czujników i pętli indukcyjnych. W ramach systemu funkcjonować będzie ponad sto fotoradarów i kamer, wyłapujących kierowców, którzy blokują skrzyżowania. Ponadto zainstalowane zostaną znaki zmiennej treści, informujące o wypadkach i proponowanych objazdach oraz wolnych miejscach parkingowych.

Sercem ma być komputer dostosowujący sygnalizację świetlną do aktualnego i przewidywanego natężenia ruchu (m.in. na podstawie informacji o kończącym się koncercie, meczu czy innej imprezie masowej). Zaawansowane oprogramowanie IT ma w sposób uprzywilejowany traktować miejskie środki transportu. Między innymi dzięki zamontowanym w tramwajach, autobusach i trolejbusach czujnikom specjaliści z gdańskiego i gdyńskiego centrum zarządzania ruchem będą w tzw. czasie rzeczywistym, czyli na bieżąco, planować trasy i rozkłady jazdy oraz sugerować alternatywne kursy.

– Szacunkowa wartość inwestycji to ponad 184 mln złotych. 85 proc. tej sumy, czyli około 156 mln zł, wyłoży Unia Europejska, co pokazuje, że dotacje z Brukseli pozwalają realizować duże projekty usprawniające zarządzanie miejskimi systemami – mówi „GMINIE” Antoni Pawlak, rzecznik prezydenta miasta Gdańsk.

Polscy liderzy ITS

Tristar to przykład inteligentnego systemu transportowego (ITS). Nazwa została zaakceptowana na pierwszym, światowym kongresie Stowarzyszenia ITS w Paryżu w 1994 r. i oznacza rozwiązania, które stanowią szeroki zbiór różnorodnych technologii (telekomunikacyjnych, informatycznych, automatycznych i pomiarowych) oraz technik zarządzania stosowanych w transporcie w celu ochrony życia uczestników ruchu, zwiększenia efektywności systemu transportowego oraz ochrony zasobów środowiska naturalnego. Co równie ciekawe, w krajowym prawodawstwie pojęcie „ITS” pojawiło się dopiero w ubiegłym roku.

Do najbardziej znanych projektów ITS w Polsce, nie licząc trójmiejskiego, należą przedsięwzięcia zrealizowane w Szczecinie i Krakowie. Jednak i mniejsze samorządy coraz częściej porywają się na takie inwestycje. Przykładem może być inicjatywa Urzędu Miasta w Legnicy – na najważniejszych skrzyżowaniach ulic pojawią się tam detektory ruchu. Za pośrednictwem sieci światłowodowej i radiowej będą przekazywały do centrum zarządzania informacje o zdarzeniach na drogach, co pozwoli na rozładowanie korków. System, który ma powstać do końca 2015 r., pochłonie ponad 21 mln złotych. 85 proc. tej sumy legnicki magistrat pozyskał z funduszy UE.

Celem narzędzi klasy ITS jest odkorkowanie miast i zmniejszenie uciążliwości komunikacyjnych. Ale nie tylko. Chodzi też o zwiększenie bezpieczeństwa w transporcie. – Jeżeli chodzi o funkcjonowanie miasta, do najpopularniejszych rozwiązań należą te związane z bezpieczeństwem, przede wszystkim kamery, czyli monitoring wizyjny. System rozpoznaje wypadek i alarmuje odpowiednie służby – tłumaczy w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Iwona Wciślak, dyrektor ds. rozwoju terytorialnego w IBM Polska.

Pod bezpieczeństwo i komfort podróżowania podpadają również wszelkie działania ograniczające degradację infrastruktury drogowej. I w tej dziedzinie trudno się dziś obyć bez technologii. Przykład? Krakowskie Laboratorium Oprogramowania IBM we współpracy z Krakowem, Akademią Górniczo-Hutniczą oraz Zarządem Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie opracowało rozwiązanie do… zarządzania dziurami w jezdniach. Jeśli któryś z mieszkańców zrobi zdjęcie wyrwy telefonem komórkowym i prześle na odpowiedni adres e-mailowy, system na podstawie informacji GPS zawartych w fotografii automatycznie ją zlokalizuje i przyjmie zgłoszenie.

Powiew świeżości z Zachodu

Na Zachodzie rozwiązania ITS znane są przynajmniej od dwóch dekad, w Polsce zaczęły być wdrażane w ostatnich latach. Dlatego mamy jeszcze spory dystans do nadrobienia. Warto byłoby np. wdrożyć narzędzie zbliżone do nowojorskiego systemu, który został zaprojektowany z myślą o osobach poruszających się na wózkach inwalidzkich. Niepełnosprawni mogą wejść na specjalną stronę WWW, aby sprawdzić, jak o danej porze mogą dojechać z jednego punktu metropolii do drugiego.

– Portal pokazuje najkrótsze lub najszybsze połączenia, a także dobre zjazdy z krawężnika na określonej ulicy. Serwis informuje też o godzinach przyjazdu autobusów niskopodłogowych. Aplikacja wykorzystuje precyzyjne dane o rozkładzie jazdy, typie taboru i topografii chodników, które łatwo pokonać podróżującym na wózkach i z wózkami. W naszym kraju trudno to sobie ciągle wyobrazić – wskazuje dyrektor Wciślak.

Godne implementacji są także wszelkie narzędzia przyczyniające się do redukcji emisji pyłów i gazów cieplarnianych. Dlaczego? Według raportu WHO z 2011 roku, spośród 65 największych miast w Polsce tylko sześć mieści się w europejskiej normie dotyczącej stężenia pyłu zawieszonego (limit to 20 μg/m3, czyli mikrogramów na metr sześcienny). Najczystszy był Gdańsk ze stężeniem PM10 wynoszącym 18 μg/m3, a najbardziej zanieczyszczone powietrze w Polsce ma Kraków. Tam roczne średnie stężenie pyłu zawieszonego sięga aż 64 μg/m3. Inną ciekawą obserwacją jest to, że w Warszawie aż 67 proc. zanieczyszczeń pyłem zawieszonym pochodzi z transportu samochodowego.

Za wzór działań ekologicznych może służyć Milan Ecopass – wprowadzony przez władze Mediolanu system pobierania opłat, których wysokość zależy od stopnia ekologiczności aut (właściciele modeli spełniających normę Euro 4 i Euro 5 są z nich zwolnieni). W pierwszym roku działania systemu do centrum tego włoskiego miasta wjechało o 57 proc. mniej wozów emitujących najwięcej zanieczyszczeń, a całkowity ruch samochodowy w strefie spadł o 5 mln pojazdów. Co więcej, mieszkańcy chętniej zaczęli korzystać z komunikacji publicznej (35 mln dodatkowych przejazdów).

„W niektórych miastach polskich można spotkać tablice Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska, wyświetlające informacje o aktualnych poziomach stężenia zanieczyszczeń w atmosferze. Dobrze, że jest taka informacja, jednakże na razie brak systemowej możliwości wpływu tej informacji na konkretne działania, w szczególności na transport. Technologiczne możliwości są; trzeba jedynie stworzyć możliwości prawne” – pisze Ewa Wolniewicz-Warska, wiceprzewodniczącą Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, na stronie stowarzyszenia ITS Polska.

Wspomagane elektroniką strefy płatnego wjazdu działają też w Londynie i Sztokholmie. Nie dość, że pozytywnie wpływają na środowisko naturalne, to jeszcze przyczyniają się do spadku natężenia hałasu – średnio od 1 do nawet 4 decybeli. Co więcej, dzięki nim zmniejszają się opóźnienia komunikacji publicznej.

Z unijnym wsparciem

No dobrze, mamy się na kim i na czym wzorować. Ale czy mamy fundusze na wdrażanie pomysłów, które sprawdziły się w Europie? Albo inaczej: Bruksela do tej pory, owszem, chętnie wspierała przedsięwzięcia ITS. Lecz czy nie zechce przykręcić finansowego kurka, choćby w związku z kryzysem gospodarczym?

– Bez obaw, finansowania nie zabraknie. Zwłaszcza, że nowa unijna perspektywa budżetowa na lata 2014-2020 ma wspierać działania prowadzące do wzrostu innowacyjności i konkurencyjności – uspokaja dyrektor Daniel Miłosz. Wyrazem tych priorytetów są wielomiliardowe programy operacyjne „Inteligentny rozwój” i „Polska cyfrowa”. To zaś oznacza, że trudniej będzie pozyskać środki na tzw. infrastrukturę twardą (m.in. drogi, tunele, mosty), natomiast łatwiej – na nowoczesną myśl technologiczną. Innymi słowy: UE zapala zielone światło dla inteligentnych miast i transportu z wysokim IQ.

 

UE nie tylko nie sprzeciwia się inwestycjom w ITS, ale wręcz naciska, by takie projekty realizować. A nasz rząd zdaje się to rozumieć. Dowód? Weszła w życie nowelizacja ustawy o drogach publicznych, która ma usystematyzować m.in. możliwość wykorzystywania w miastach systemów inteligentnego transportu. Wprowadza ona także do polskiego systemu prawnego przepisy unijnej dyrektywy w sprawie ram ich wdrażania. Ustawa nakłada na zarządców infrastruktury drogowej obowiązek wprowadzania usług i aplikacji ITS na drogach publicznych. Skoro Bruksela chce, samorząd nie ma chyba wyjścia: musi zapalić przed ITS zielone światło.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:24

URZĘDNIK W SIECI

Napisane przez

Komunikacja głupcze!... Tak w najprostszy sposób można określić nową strategię komunikacyjną samorządów. Władze lokalne coraz częściej chcą rozmawiać ze mieszkańcami. A wspomaga je w tym technologia.

Telefon, faks, komputer, tablet, poczta elektroniczna, SMS-y, komunikator internetowy czy zestaw wideokonferencyjny – paradoksalnie, ogromny wybór urządzeń i technologii utrudnia komunikację pomiędzy jednostką administracyjną a interesantami. Rozprasza też urzędników i odciąga ich od pracy. Jednak można tego z powodzeniem uniknąć. Bo też różne formy przekazu informacji można połączyć w zintegrowany system teleinformatyczny. Na takie rozwiązanie – zwane z języka angielskiego unified communications, w skrócie UC – zdecydował się ostatnio Urząd Miasta Opole. Ratusz postawił na UC w coraz popularniejszym modelu chmury obliczeniowej. Polega on na użytkowaniu usług dostarczonych przez usługodawcę za pomocą internetu. Oznacza to, że klient nie musi inwestować w oprogramowanie, sprzęt, a często także we własne kadry i kompetencje IT.

– To pierwszy tego typu projekt teleinformatyczny zrealizowany dla podmiotu z sektora publicznego. Skorzystanie z modelu chmurowego zapewnia urzędowi elastyczność, czyli pozwala mu dopasowywać usługi do własnych potrzeb, oraz umożliwia stałe poszerzanie kręgu osób korzystających z systemu – zachwala Rafał Bakalarz, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w firmie Netia, która dostarcza rozwiązanie.

System w opolskim magistracie obejmuje zintegrowane telefonie – klasyczną i IP, obsługę faksów, komunikator Microsoft Lync 2013 i konta pocztowe. Jest też dostęp do platformy, która umożliwia m.in. wspólną pracę na dokumentach, prezentacje w trybie broadcast i wieloosobowe wideokonferencje w jakości HD. Ponadto, w ramach umowy, są też łącza transmisji danych i dostęp do internetu. W sumie wartość oferty to 405 tysięcy złotych brutto. Jak praca w chmurze wygląda w praktyce? Na jednym ekranie konsultant widzi, kto i kiedy próbował się z nim kontaktować. Urzędnik może mu bezpośrednio i w dogodny sposób odpowiedzieć.

Kolejki muszą zniknąć

Nie tylko urząd miejski w Opolu informatyzuje się na potęgę. Podobnych przykładów wykorzystywania nowinek IT w administracji publicznej są tysiące. I to wbrew powszechnemu przekonaniu, że polskie urzędy to technologiczny skansen, którego nie sposób zmodernizować. - Stereotyp zacofanej administracji nijak się ma do rzeczywistości. Systemy, które do niedawna wspomagały głównie biznes, dzisiaj znajdują szerokie zastosowanie w instytucjach samorządowych. – I słusznie, bo niektóre procesy – takie jak komunikacja, obieg informacji, obsługa klientów, ale też finanse, księgowość, kadry – występują zarówno w korporacjach, jak i w urzędach – wskazuje Krzysztof Witczak, członek zarządu i dyrektor sprzedaży w spółce itelligence, która zajmuje się dostawą zaawansowanych produktów i usług informatycznych.

Na ile technologie mogą poprawić jakość obsługi klientów w urzędach? Według Marcina Strzałkowskiego, prezesa InteliWise, najważniejsze w tej dziedzinie są cztery kwestie. Pierwsza to łatwość i szybkość znalezienia informacji na stronie WWW danej instytucji. Druga – załatwienie sprawy podczas pierwszej wizyty na tym portalu, albo podczas jednej rozmowy lub czatu z konsultantem. Trzecia – odciążenie urzędników od błahostek. I ostatnia – łatwość i szybkość kontaktu, zarówno przez telefon, jak i przez kanały tekstowe, np. komunikatory i chat na żywo.

– Nasze doświadczenia z wdrożeń w jednostkach administracji pokazują, że problemy w urzędach powinny być rozwiązywane w 50 procentach przez wirtualnego doradcę, czyli inteligentną wyszukiwarkę, w 30 procentach przez infolinię i w 20 procentach przez live chat lub pocztę elektroniczną – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” prezes Strzałkowski.

Jego spółka, wykorzystując technologię własną oraz IBM, stworzyła aplikację Wirtualny Urzędnik, która dzięki połączeniu semantycznego wyszukiwania bazy wiedzy i rozwiązania typu live chat pozwala w przyjazny sposób obsługiwać interesantów bez konieczności ich wizyty w urzędzie. Wszystko to w trybie 24/7/365 (24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, 365 dni w roku). Pierwszy w oprogramowanie zainwestował, w kwietniu tego roku, Urząd Miejski w Gdyni. Dziś InteliWise świadczy podobną usługę dla Środy Wielkopolskiej, Olsztyna, Łomży, Świętochłowic i Warszawy.

Marcin Strzałkowski nie ma wątpliwości: administracja musi coraz lepiej radzić sobie z gwałtownym i niekontrolowanym nasileniem kontaktów, czyli „rozładowywać” kolejki sfrustrowanych ludzi. I to bez dodatkowych kosztów, ewentualnie przy niewielkich wydatkach. A takie produkty, jak Wirtualny Urzędnik im to umożliwiają. – Trudność w połączeniu się z call center i długi czas oczekiwania na odpowiedź e-mailową zachęcają urzędy do wprowadzania rozwiązań automatyzujących obsługę klienta – od wirtualnych doradców, poprzez procesory e-mail, na zaawansowanych systemach przepływu informacji skończywszy. Nawet duże korporacje nie zawsze mają takie narzędzia – uważa szef InteliWise.

To idzie młodość

Spory odsetek obywateli (35 proc.) woli nadal osobisty kontakt z urzędem – wynika z badania „Polak 3.0 – czy jesteśmy gotowi na życie w cyfrowej rzeczywistości?”, zrealizowanego przez Instytut Homo Homini na zlecenie Poczty Polskiej. Powody są różne. Czterech na dziesięciu nie ma zaufania do komunikacji cyfrowej. Ponad jedna trzecia lubi mieć papierowe potwierdzenia dokonania płatności czy załatwienia sprawy. 15 proc. przyznało, że po prostu nie umieją obsługiwać komputera. Co dziesiąty wskazał natomiast na brak takiego urządzenia lub dostępu do sieci.

– Od e-administracji nie ma jednak odwrotu. Głównie z powodu komunikacyjnych przyzwyczajeń młodego pokolenia, które coraz więcej spraw prywatnych, służbowych i urzędowych załatwia w przestrzeni wirtualnej, najczęściej za pomocą swoich smartfonów, tabletów i ultrabooków – stwierdza dyrektor Krzysztof Witczak z itelligence.

Sondaż Homo Homini tę opinię potwierdza: dziewięciu na dziesięciu respondentów w wieku 18-24 lata chce wykorzystywać internet do kontaktowania się z jednostkami administracji publicznej i w sprawach związanych z usługami masowymi (dostawa prądu, gazu, ogrzewanie, telekomunikacja). – Za sprawą internetu i mediów społecznościowych na naszych oczach dokonuje się rewolucja w komunikacji. Instytucje rządowe, samorządowe i dostawcy usług muszą dopasować do tego swoje strategie. Doskonałym przykładem jest rynek pocztowy, na którym SMS-y i maile wypierają papierowe listy – twierdzi Jerzy Jóźkowiak, prezes Poczty Polskiej.

Najwięcej entuzjastów sieciowej obsługi (69 proc.) pochodzi z miast i miasteczek. 65 proc. używa do tego laptopów, notebooków i netbooków, a 42 proc. – komputerów stacjonarnych. Niemal wszyscy (90 proc.) są zadowoleni z tej formy załatwiania spraw urzędowych – pokazuje najnowszy raport firmy EMC Poland, dostawcy produktów, usług i rozwiązań z dziedziny zarządzania i przechowywania informacji.

– Już prawie 18 milionów mieszkańców Polski jest – lub bywa – w sieci, a w ostatnim roku podwoiła się liczba osób korzystających z dostępu bezprzewodowego. Dzięki e-administracji mogą załatwiać sprawy urzędowe w dogodnym dla siebie miejscu i czasie, bez konieczności zwalniania się z pracy i marnowania czasu w kolejkach – zachwala Adam Wojtkowski, dyrektor generalny EMC w Polsce.

Najpopularniejszą e-usługą jest rozliczanie podatków (13 proc.). Według Ministerstwa Finansów, e-deklaracje za 2011 r. złożyło ponad 2,1 mln osób, czyli 12 proc. podatników PIT. A w tym roku na tę formę rozliczenia zdecydowało się już ponad 3,5 mln podatników. Daleko nam jednak do Austrii, w której zeznania drogą elektroniczną wysyła ponad połowa podatników, i do Estonii, gdzie robią to prawie wszyscy (94 proc.).

Pieniędzy nie zabraknie

Plany informatyzacji kraju są ambitne. Michał Boni, minister administracji i cyfryzacji, chce na ten cel przeznaczyć aż 1,96 mld euro w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa. Natomiast e-administracja ma zostać zasilona kwotą 885 mln euro. Jest tylko jedno „ale”: te pieniądze będą (przynajmniej częściowo) wyrzucone w błoto, jeśli urzędom nie uda się uniknąć błędów, które popełniły w ostatnich latach. Jak ocenia prezes Strzałkowski, setki jednostek administracji publicznej i lokalnej zainwestowały miliony, a nawet miliardy złotych w unowocześnianie i cyfryzację obsługi, ale interesanci tylko częściowo widzą zmiany. Systemy są budowane jako proste przeniesienie do tzw. „cyfry” tradycyjnych działań w urzędach (papierowa biurokracja czy kontakty twarzą w twarz), bez zrozumienia istoty komunikacji elektronicznej. Prowadzi to do tego, że ludzie z tych wątpliwych udogodnień albo nie korzystają, albo robią to rzadko.

– Interesant, inwestor, mieszkaniec – każdy ma proste wymagania i proste pytania. Szuka informacji lub chce coś szybko załatwić. Tymczasem na większości stron WWW urzędów nie znajduje jasnej i wyczerpującej odpowiedzi. Użytkownik zostaje odesłany do Biuletynu Informacji Publicznej albo na karty spraw, a tam nawet najprostsze rzeczy wyjaśnia się urzędniczym żargonem na kilku stronach – opisuje Marcin Strzałkowski.

Jak podkreśla z kolei Alina Pawlicka-Mamczura, rzecznik prasowa prezydenta Opola, coraz więcej inicjatyw realizuje się przy udziale mieszkańców. – Przygotowujemy projekt budżetu obywatelskiego. Stworzyliśmy platformę sms-ową, dzięki której mieszkańcy mogą się łatwo dowiedzieć, co dzieje się w terenie. Nawet przy wyborze piosenek odtwarzanych w lokalnej fontannie słuchamy głosów naszych mieszkańców – mówi Pawlicka-Mamczura.

Prognozy są optymistyczne. Z e-administracji korzystało w ubiegłym roku 31 proc. Polaków. W 2023 roku ma ich być aż 64 proc. – Bo obywatele, mimo licznych obaw i zastrzeżeń, jednak coraz częściej wybierają usługi w sieci, zaś administracja uczy się bardzo szybko. Może nie jest to kolosalna zmiana, ale coraz więcej osób jest tym zainteresowane – zaznacza rzeczniczka prasowa prezydenta Opola.

Choć w sprawie e-administracji wiele dobrego już zostało zrobione, to póki co, sytuacja daleka jest jeszcze od ideału. – Strony urzędów nie są intuicyjne ani przyjazne. Urzędnicy nadal myślą o nich przede wszystkim w kategorii wizytówki, a nie kanału komunikacji z klientem  – mówi w rozmowie z Magazynem „Gmina” Agata Kordowicz, która w firmie badawczej Gemius doradza instytucjom publicznym, jak ulepszać obsługę e-klientów. – Tymczasem wystarczyłoby choćby wprowadzenie wirtualnego doradcy, który pomagałby użytkownikowi w odnalezieniu potrzebnych treści. Nie zapominajmy też o tym, że wciąż niewiele instytucji czy urzędów oferuje możliwość załatwiania spraw przez internet – dodaje.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:53

SZPIEGOWANIE NA EKRANIE

Napisane przez

Afera związana z ujawnieniem przez Edwarda Snowdena informacji obnażających działania amerykańskiej NSA i brytyjskich służb antyterrorystycznych – oraz istnienie programu zbierania informacji znanego jako PRISM – wprowadziły spory chaos w świecie.

Okazało się, że Amerykanie i Brytyjczycy wydają ogromne pieniądze na podsłuchiwanie połączeń telefonicznych i korespondencji elektronicznej, które szerokim strumieniem nieustannie płyną po całym świecie łączami elektronicznymi. Czy mamy powody do obaw? Postarajmy się krótko przeanalizować ten dylemat.

Internet łączy wszystkich

Internet i narzędzia korespondencji cyfrowej są podstawowym narzędziem komunikacji we współczesnym świecie. Używają go wszyscy bez wyjątku. Wiadomo, że celem uruchomienia Internetu było umożliwienie komunikacji w dobrych zamiarach. Niestety, obecnie wykorzystywany jest on również przez przestępców, zarówno terrorystów spod znaku Al-Kaidy, jak i mafie przestępcze, które m.in. dzięki szyfrowane połączenia poprzez program Skype mogą swobodnie planować działania. Podobnie ma się sytuacja z wykorzystywaniem łączy telefonicznych.

Nie jest możliwe „ręczne” monitorowanie właściwego wykorzystania Internetu. Wynika to z ogromnej ilości informacji, która nieustannie jest przesyłana pomiędzy ludźmi na całym świecie. Konieczne jest zatem zbudowanie odpowiednich automatów monitorujących sieć w odniesieniu do zakazanych treści i działań. Dotyczy to szczególnie terroryzmu, treści pornograficznych, pedofilii, handlu ludźmi, handlu narządami, handlu uzbrojeniem itp. Jest zatem niezbędne, aby krajowe i międzynarodowe instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo umiały na czas zareagować i przeciwdziałać takim niebezpieczeństwom.

Anonimowość dobrowolna

Obecnie coraz częściej rezygnujemy z anonimowości. Robimy to na przykład po to, aby mieć możliwość korzystania z usług przechowywania danych w tzw. „systemie chmury elektronicznej”. To bardzo wygodne, kiedy ze smartfona, komputera i tabletu możemy obsługiwać naszą pocztę elektroniczną, terminarz spotkań i nasze dokumenty. Wygodnie jest, kiedy mamy dostęp do nawigacji GPS albo GSM. Musimy jednak jednocześnie wyrazić zgodę na to, aby odpowiednie systemy mogły nas śledzić. Muszą one wiedzieć, gdzie jesteśmy, czym się interesujemy, aby przygotowywać dla nas odpowiednio przygotowane usługi.

Wszystko w porządku, jeżeli sami wyrażamy zgodę na takie dobrowolne śledzenie. Znamy jego zakres i w każdej chwili możemy z niego zrezygnować. Gorzej, kiedy nie mamy świadomości, że jesteśmy śledzeni.  Wtedy musimy być chronieni przez odpowiednie organy państwa.

W granicach prawa

Prawo krajowe i europejskie kładzie szczególnie duży nacisk na ochronę prywatności. Pozwala nam również dobrowolnie z niej rezygnować. Na straży ochrony danych osobowych w Polsce stoi Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych (GIODO). GIODO i instytucje będące jego odpowiednikami w Unii Europejskiej – i na świecie – pilnują odpowiedniej ochrony danych osobowych, a więc również naszej prywatności.

Obecnie objęcie obywateli taką ochroną nie należy do łatwych zadań. Z uwagi na to, że do większości naszych działań musimy wykorzystywać internet i telefonię cyfrową, istnieje możliwość śledzenia strumieni danych przepływających przez łącza oraz analizowania historii zapisanej na nośnikach cyfrowych. Sprzyjają temu przepisy o kilkuletniej tzw. „retencji danych”, oznaczającej w szczególności konieczność składowania historii połączeń w systemach telefonicznych. Jest to realizowane na potrzeby ewentualnej analizy historii wydarzeń prowadzonej przez organy do tego uprawnione po zaistnieniu różnych naruszeń prawa.

Nie byłoby jednak w porządku, jeżeli taka analiza byłaby realizowana przez uprawnione do tego instytucje w sposób niedozwolony. Szczególnie wtedy, kiedy byłoby to związane z bezprawnym łamaniem zabezpieczeń systemów informatycznych. Nie można bowiem wyrazić zgody na to, aby służby bezpieczeństwa poszczególnych krajów w sposób nieuprawniony stosowały rozwiązania znane z działalności hakerskiej.

Cyberprzestrzeń coraz mniej wirtualna

Dziś nasze życie nie może już istnieć bez Internetu. Płatności i bankowość elektroniczna, telefonia GSM, poczta i dokumentacja elektroniczna, kontakt z lekarzem, sprawy urzędowe, rezerwacje biletów i hoteli – wszystko załatwiamy drogą elektroniczną. Jednakże, podobnie jak w przestrzeni rzeczywistej, również w cyberprzestrzeni mamy do czynienia z działaniem uczciwym i z przestępczością. Trudno zatem dziwić się, że również cyberprzestępstwa są śledzone i karane. Z tego powodu każdy z nas musi mieć świadomość, że uczciwość obowiązuje wszędzie: w świecie rzeczywistym i wirtualnym.

Nie można oczekiwać, że przestępca może pozostawać bezkarny, jeśli łamie prawo w cyberprzestrzeni. Powinien wtedy liczyć się z pełnymi tego konsekwencjami. W takim przypadku służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo powinny mieć prawo i obowiązek odnajdywania takich ludzi w cyberprzestrzeni i właściwego ich karania.

Nie byłoby jednak właściwe, gdyby ktokolwiek uzurpował sobie prawo do śledzenia wszystkich osób obecnych w cyberprzestrzeni. Na to zgody być nie może. Nie chcemy żyć w matriksie. Nie możemy być stawiani w sytuacji wyboru pomiędzy korzystaniem z Internetu i ochroną prywatności. Cenimy sobie naszą prywatność i dobrowolną anonimowość, ale chcemy korzystać z nowoczesnych technologii. Miejmy nadzieję, że świat właściwie wykorzysta tzw. aferę Snowdena.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:39

ŁAPIĄ SŁOŃCE NA PODLASIU

Napisane przez

Dzięki dotacjom z Brukseli dziewiętnaście podlaskich gmin inwestuje w kolektory solarne – na domach prywatnych i w obiektach użyteczności publicznej. Na ten cel dostaną aż 35,4 milionów złotych.

Województwo podlaskie nie jest potęgą pod względem uprzemysłowienia, edukacji czy informatyzacji. Za to jego atutem jest nieskażona natura. To skojarzenie, napędzające choćby ruch turystyczny, lokalni włodarze ugruntowują poprzez kolejne przedsięwzięcia ekologiczne.

Jednym z ostatnich jest projekt, w którym uczestniczy 19 tamtejszych gmin, polegający na budowie kolektorów słonecznych m.in. na budynkach prywatnych, szkołach, przedszkolach czy urzędach. Wartość wszystkich inwestycji wyniesie 49,6 mln zł. Tyle że lwią część tej kwoty – a dokładnie 35,4 mln zł – wysupłała Unia Europejska w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podlaskiego(RPOWP) na lata 2007-2013.

- Odnawialne źródła energii to priorytet Unii Europejskiej. Bruksela nie żałuje na ten cel pieniędzy w kończącej się perspektywie finansowej, zaś w nowej, na lata 2014-2020, ma być jeszcze hojniejsza. Organizując „solarny” konkurs dla samorządów, wpisujemy się w tę tendencję – mówi Izabela Smaczna-Jórczykowska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego w Białymstoku. Dodaje, że tym razem z dotacji nie mogą skorzystać instytucje komercyjne. Nie powinny się jednak czuć dyskryminowane, ponieważ podobne inicjatywy skierowane były wcześniej głównie do nich.

Radziłów pionierem

Gminy zostały wyłonione w konkursie. Pierwszeństwo miały te słabo rozwinięte i leżące na obszarach chronionych. Z ośmioma z nich urząd marszałkowski zawarł już umowy na dofinansowanie – na łączną kwotę 19,1 mln zł, z czego aż 13,8 mln zł to unijna dotacja. To Goniądz, Grajewo, Narewka, Hajnówka, Krynki, Radziłów, Turośń Kościelna i Zabłudów. Solary zostaną tam zainstalowane na ponad 1,1 tys. domów oraz na 32 obiektach użyteczności publicznej. Z pozostałymi gminami umowy na dofinansowanie będą podpisane w najbliższym czasie.

Umowę z  urzędem marszałkowskim zawarła m.in. gmina Radziłów, która realizuje jeden z większych tego typu projektów, obejmujący 34 miejscowości. Do końca października kolektory będą tam zamontowane w 220 gospodarstwach i na sześciu budynkach użyteczności publicznej. Inwestycja pochłonie 4,3 mln zł, z czego 3,3 mln zł da Bruksela.

– Instalujemy kolektory próżniowe o powierzchni około 3 m kw. i płaskie o powierzchni 4 m kw. Cena zestawu wynosi od 12 do 15 tys. złotych. 22 proc. to wkład własny mieszkańców, którzy zgłosili się do projektu – informuje Ewa Duchnowska, zastępca wójta gminy Radziłów.

Solary będą służyć do podgrzewania wody użytkowej w sezonie letnim. Duchnowska jest pewna, że kolektory przyniosą korzyści ekologiczne, bo latem – by podgrzać wodę – rolnicy spalają węgiel i drewno, a teraz nie będą musieli tego robić. Będą więc potrzebowali mniej tradycyjnego opału, a to pozwoli na oszczędności. Ich poziom zależy m.in. od źródła energii, z którego obecnie korzysta właściciel domu lub administrator obiektu użyteczności publicznej.

Zastępczyni wójta Radziłowa nie jest w stanie powiedzieć, jak szybko zwróci się instalacja kolektorów w przypadku różnych typów ogrzewania. Oszacował to jednak Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW). W 3-osobowym gospodarstwie domowym zwrot z inwestycji nastąpi po 10 miesiącach – jeżeli wcześniej do podgrzania wody używało ono prądu; po 18 miesiącach – jeśli stosowało olej opałowy; po 26 – gdy był to gaz i po 36 – w razie wyeliminowania pieca węglowego. Przy czym szacunki te nie uwzględniają dotacji unijnej. Natomiast dzięki niej czas ten można skrócić nawet o 50-70 proc.

Boom na solary

Skąd presja Unii na energię odnawialną w Polsce? Odpowiedź wydaje się prosta: energetyka solarna – dzięki dopłatom – bardzo popularyzuje się w Europie, bardziej niż jakakolwiek inna technologia, również spośród tych „zielonych”. Tymczasem w naszym kraju mikroelektrowni słonecznych jest – jak na lekarstwo. Inaczej niż w krajach, w których zapewniono korzystne, gwarantowane ceny sprzedawanego przez nie prądu. Szczególnie w Niemczech, gdzie działa ponad 4 mln tego typu urządzeń domowych. U nas liczba mikroinstalacji Odnawialnych Źródeł Energii, czyli OZE (kolektory słoneczne, pompy ciepła, małe elektrownie wiatrowe, kotły na biomasę, mikrobiogazownie czy domowe systemy fotowoltaiczne) nie przekracza 223 tysięcy – wynika z badania TNS OBOP przeprowadzonego na zlecenie Instytut Energetyki Odnawialnej.

Na szczęście sytuacja szybko się zmienia. Zainteresowanych inwestycjami w tym sektorze jest aż 45 proc. respondentów, a 21 proc. zamierza sfinalizować inwestycje w przydomowe, odnawialne źródła energii, w ciągu maksymalnie dwóch lat. Największy odsetek (31 proc.) rozważa możliwość pozyskiwania energii ze słońca. W rezultacie rynek mikroinstalacji OZE, dziś szacowany na 4,5 mld zł, może się zwiększyć do 2020 r. nawet sześciokrotnie.

Wielu specjalistów nie ma wątpliwości: już niedługo zacznie się w Polsce prawdziwy boom na termiczną energetykę słoneczną – taki, jaki miał miejsce swego czasu w Niemczech i Włoszech. W dużej mierze za sprawą dotacji unijnych, ale głównie tych z NFOŚiGW. W optymizmie utwierdza m.in. ostatni raport Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO), według którego w 2012 r. krajowy rynek kolektorów słonecznych wzrósł o 19 proc. w ujęciu rok do roku, co stanowi jeden z lepszych wyników w Europie. W analizowanym okresie przybyło u nas 1,2 mln mkw. solarów, co odpowiada 848 MW przeliczeniowej mocy cieplnej. W sprzedaży instalacji słonecznych zajęliśmy w UE drugie miejsce, zaraz po Niemczech. W 2011 r. uplasowaliśmy się na czwartej pozycji. w tym roku kolektory słoneczne staną się pod względem mocy zainstalowanej drugą w kraju, po energetyce wiatrowej, technologią OZE.

Jakie są możliwości Podlasia w zakresie wykorzystania OZE? Wygląda na to, że bardzo duże, głównie za sprawą zasobów biomasy, dobrych warunków wiatrowych i energii słonecznej. Tak przynajmniej uważa prof. Janusz Leszek Sokół z Katedry Ekonomii i Nauk Społecznych Politechniki Białostockiej, po badaniach sondażowych, które przeprowadził wśród mieszkańców województwa. Ankietowani wskazywali m.in. zalety stosowania OZE. Najczęściej wymieniali ochronę środowiska (32 proc.) i nieograniczone zasoby tej energii (26 proc.). Niższe koszty eksploatacji były ważne dla 13 proc. respondentów, a oszczędność surowców nieodnawialnych i ograniczenie emisji pyłów do atmosfery – dla 9 proc. Mniejszy odsetek badanych zwracał uwagę na niewyczerpywalność surowców i wszechobecność energii (odpowiednio 9 i 3 proc.).

– Inwestycje solarne mają wymiar nie tylko ekonomiczny i ekologiczny, ale też wizerunkowy – zaznacza Radosław Ceplin, specjalista ds. kreowania marki, właściciel firmy konsultingowej Communico Arts. – Dzięki takim przedsięwzięciom Podlasie przełamuje stereotyp regionu wiejskiego, promującego głównie tradycję czy walory przyrodnicze i turystyczne, a wyrasta na niezłomnego promotora innowacji i technologii, których nie powstydziłyby się najbardziej rozwinięte kraje Unii.

Iść w stronę słońca

Solary w województwie podlaskim to zresztą nie pierwszyzna. W połowie 2010 r. 30 baterii słonecznych zamontował np. powiatowy szpital w Siemiatyczach. Urządzenia kosztowały około 200 tysięcy złotych, ale cała inwestycja, obejmująca także ocieplenie budynku, wymianę stolarki i modernizację kotłowni, zamknęła się w 1,1 mln zł. Z tym, że dwie trzecie tej kwoty to pieniądze z UE.

Inne duże przedsięwzięcie z zakresu OZE dopiero powstaje. Są nim elektrownie fotowoltaiczne o docelowej mocy 20 MW, które w miejscowościach Kolno, Jedwabne i Lipsk na powierzchni 25 hektarów wybuduje Grupa Amber Energia, dostawca energii elektrycznej dla biznesu. Pierwszą część projektu – „Elektrownia słoneczna (fotowoltaiczna) Lipsk” – warszawska firma zaczęła realizować w wakacje. Kompleks o nazwie Podlasie Solar Park zapewni prąd 2 tysiącom gospodarstw domowych. Do wartej 28 mln zł inwestycji 13,9 mln zł dołożyła UE. Część finansowania zapewnia budżet państwa.

– Energetyka słoneczna to najszybciej rozwijający się segment OZE na świecie. Natomiast w Polsce inwestycje w energetykę słoneczną i energetykę rozproszoną powinny być znacznie większe. Mamy tylko jedną, wolnostojącą farmę solarną o mocy 1 MW. Tymczasem w Niemczech zainstalowanych jest około 32 tys. MW, a w Belgii około 3 tys. MW – tłumaczy Przemysław Pięta, prezes Amber Energii.

Na tle kraju Podlasie zaczyna uchodzić za solarne eldorado. Choć – co warto mocno podkreślić – nie ma tam większej liczby słonecznych dni w roku niż w innych regionach. Za to, dzięki dalekowzroczności lokalnego samorządu i dotacjom z RPO – panuje klimat zachęcający do inwestowania w niekonwencjonalne źródła energii.

– Nawet podwarszawskie gminy mogłyby się sporo nauczyć od samorządów podlaskich, bo technologie fotogalwaniczne nadal wykorzystują w niedostatecznym stopniu – twierdzi Radosław Ceplin. – Nie mam jednak wątpliwości, że włodarze z Mazowsza, Pomorza, Wielkopolski, skądkolwiek zresztą, zaczną wkrótce kopiować dobre pomysły swoich kolegów z Białegostoku, Hajnówki czy Grajewa. To się najzwyczajniej w świecie opłaca – kwituje.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:08

NIECHCIANE KRAJOWE DROGI

Napisane przez

Dobra infrastruktura i położenie blisko głównych szlaków komunikacyjnych to dla samorządu szansa na rozwój. Okazuje się jednak, że tylko w teorii. Bo droga krajowa biegnąca przez gminę – zamiast być atutem – okazuje się przekleństwem. Jak to często bywa, problemem są pieniądze.

Permanentny problem z drogą krajową mają władze Drawska Pomorskiego. DK 20 przebiega przez samo centrum miejscowości. – Od lat ten odcinek nie jest remontowany. A to co było robione do tej pory, trudno nazwać remontem. Załatanie dziury to nie remont! Trzy miesiące temu chciałem przejąć tę drogę, aby móc ją naprawić. Ale to według obowiązującego prawa nie jest możliwe – mówi Zbigniew Ptak, burmistrz Drawska Pomorskiego.

Podobna sytuacja jest w położonym kilkanaście kilometrów dalej Złocieńcu. – Na terenie naszej gminy znajdują się dwa newralgiczne punkty. Oba są położone na drodze krajowej numer 20. Nie ma tam ani krzyżówki, ani żadnego dobrze oznakowanego przejazdu. W efekcie ten odcinek trasy jest niebezpieczny. Zarezerwowaliśmy nasze grunty, żeby powstał tam węzeł drogowy. Jednak mimo to, nic się nie zmienia. Chociaż na własny koszt zrobiliśmy oświetlenie, to wciąż nie możemy doprosić się nawet ułożenia chodnika. To nasza największa bolączka. A co najważniejsze, to jest jedyna droga krajowa w okolicy – mówi Waldemar Włodarczyk, burmistrz Złocieńca w województwie zachodniopomorskim.

Dlaczego gmina nie może naprawić drogi, która leży na jej terenie? Bo ulice leżące w ciągu dróg krajowych należą do skarbu państwa – tak mówi ustawa. Z tego prostego powodu jej zarządcą jest Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. A gmina, czy powiat, nie mogą płacić swoimi pieniędzmi za coś, co do nich nie należy.

Droga przez mękę

Samorządy mimo to robią wszystko, żeby tę sytuację zmienić. – Właściwie nie wychodzę z gabinetu szefa oddziału szczecińskiego GDDKiA. Mam kilka grubych skoroszytów z monitami w tej sprawie. Niczego nie chcę sugerować, ale wygląda to na zwykłą złośliwość. To jest odcinek długości 5 kilometrów biegnący przez miasto. Jego remont kosztowałby około 9 milionów złotych. Dlaczego nie może podzielić go na etapy i po kolei remontować każdego fragmentu? – mówi burmistrz Ptak. Jak dodaje, sprawa jak zwykle rozbija się o pieniądze. – Cały czas słyszę, że nie mają środków na remont tej drogi – mówi burmistrz Ptak. Podobnie bezsilny jest burmistrz Włodarczyk. – Już nawet nie pamiętam, ile razy interweniowałem w GDDKiA. Urzędnicy jak mantrę powtarzają, że nie mają pieniędzy – mówi.

A jest o co walczyć. Dobrej jakości droga nie tylko pozytywnie wpływa na wizerunek miasta, ale jest wręcz w stanie przyciągnąć inwestorów. – Dla mnie estetyka miasta jest bardzo istotna. Remontujemy kamienice, wyburzamy stare budynki. Dbamy o jego wizerunek. A tu taka zakała w samym centrum! Również dla inwestorów to prawdziwy dramat. Wzdłuż tej trasy ciągnie się specjalna strefa ekonomiczna, która bardzo dobrze funkcjonuje. Zagraniczne delegacje są w szoku, jak możemy żyć z taką drogą. Tam, gdzie jest dobra droga, od razu miasto się lepiej rozwija. Wszystko oddałbym, żeby można ją było wyremontować.

Droga jak kukułcze jajo

Nie zawsze jednak samorządy rwą się do tego, by remontować „cudzą” infrastrukturę. Najczęściej sytuacja wygląda zgoła inaczej. Zgodnie bowiem z obowiązującym zapisem ustawy, odcinki dróg krajowych – z chwilą oddania do użytkowania ekspresówki – stają się drogami tych gmin, przez których tereny administracyjne przebiegają. Dlatego, paradoksalnie, prawdziwe problemy samorządów zaczęły się wraz z infrastrukturalną modernizacją Polski.

To, co dla rządu przed Euro 2012 było powodem do dumy, u samorządowców powoduje ból głowy. Bo wraz z rosnącymi jak grzyby po deszczu ekspresówkami i autostradami dotychczasowe drogi krajowe przechodziły pod opiekę gmin. Często jest tak, że ubogiego samorządu nie stać na remonty kilometrów szos. Droga więc niszczeje. Taka właśnie sytuacja jest między innymi w Swarzędzu, Łubowej i Pobiedziskach. Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nie jest zarządcą dawnej drogi krajowej numer 5 z Poznania do Gniezna. Co to oznacza dla samorządów i dla kierowców?

Jeszcze w zeszłym roku trasa z Poznania do Gniezna była drogą krajową, ale po oddaniu do użytku ekspresowej „piątki”, zgodnie z przepisami, stała się tylko drogą gminną. Potwierdził to w środę Naczelny Sąd Administracyjny. – Dla gminnych budżetów to katastrofa. Samo utrzymanie letnie i zimowe drogi to koszt około miliona złotych, a na konieczny remont drogi od Pobiedzisk do Bugaja potrzeba 27 mln zł – mówił w rozmowie z Polskim Radiem burmistrz Pobiedzisk Michał Podsada. Rocznie na wszystkie inwestycje gmina ma nawet 8 milionów złotych. Dla kierowców oznacza to, że niestety, dawna krajowa piątka będzie w coraz gorszym stanie. A to prowadzi do spowolnienia ruchu, większej ilości wypadków i coraz gorszego stanu nawierzchni. Podobny problem miały gminy w województwie zachodniopomorskim. Po wybudowaniu drogi ekspresowej S3 musiały „przygarnąć” dawną krajową „trójkę”.

Jedni budują, inni płacą

Problem spornych dróg nie ogranicza się jednak tylko do ich konserwacji. Konflikt dotyczy też infrastruktury okołodrogowej. Najczęściej tego, kto ma płacić za oświetlenie ekspresówek, biegnących przez teren należący do samorządu. Ostatnio w takiej sytuacji znalazła się gmina wiejska Słupsk. Samorząd musi zapłacić Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad za oświetlenie obwodnicy znajdującej się na terenie gminy. Taką decyzję podjął pod koniec lipca Sąd Okręgowy w Słupsku. Gmina płacić nie chciała, bo samorządowcy twierdzili, że nie mieli wpływu na powstanie trasy. Sąd uznał natomiast, że samorząd musi płacić za oświetlenie obwodnicy, bo trasa nie jest drogą płatną. W sumie gmina będzie musiała zapłacić GDDKiA około dwustu tysięcy złotych. Eksperci tłumaczą, że źródłem problemów jest skomplikowana struktura zarządzania drogami i pomijanie lokalnej specyfiki w infrastrukturze.

– Po pierwsze utrzymanie dróg krajowych jest bardzo kosztowne i większość samorządów na to nie stać – mówi Wojciech Malusi, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa. – Jednak, co ważniejsze, powinny funkcjonować co najwyższej dwa poziomy zarządzania. Powinno się zlikwidować chociażby Zarządy Dróg Powiatowych i oddać je we w administrowanie gminom. Drogami Krajowymi powinna zarządzać GDDKiA. No chyba, że taka droga ma duże znaczenie lokalne. Wtedy wpływ na nią powinna mieć władza lokalna – dodaje.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:05

INICJATYWY SAMORZĄDOWE PRZY MODERNIZACJI DRÓG

Napisane przez

Tekst ten dedykuję pamięci Grzegorza Stecha, dyrektora Zarządu Dróg Wojewódzkich w Krakowie w latach 1999-2013, twórcy i inicjatora programu Inicjatywy Samorządowe

Podstawową regułą, która powinna być respektowana przy wykorzystywaniu pieniędzy publicznych, jest celowość wydatkowania środków publicznych. Celowość postrzegana oczywiście z punktu widzenia realizacji zadań publicznych. Dlatego, zajmując się zagadnieniem finansów publicznych, nie można zapominać o konieczności celowego wydatkowania środków publicznych. Oznacza to konieczność nie tylko formalno-proceduralnego spojrzenia na finanse publiczne, ale również dokonania analizy kierunków wydatkowania środków publicznych.

Jednym z podstawowych kierunków wydatkowania środków publicznych w Polsce jest finansowanie infrastruktury komunikacyjnej. W głównej mierze – w zakresie budowy, modernizacji i remontów dróg. Jaki jest stan dróg w naszym kraju, wszyscy wiemy. Stąd też, ten kierunek wykorzystania środków publicznych nie budzi kontrowersji. Nikt nie kwestionuje celowości wydatkowania środków publicznych na drogi. Zwłaszcza, że istnieje także duża łatwość w ocenie efektów działań w tym zakresie.

Przy czym, zadania w zakresie budowy czy modernizacji dróg nie są oczywiście wolne od problemów. Dlatego, pisząc o braku wątpliwości co do celowości wydatkowania środków na drogi, nie mogę twierdzić, że sposób wykorzystania środków publicznych również nie budzi kontrowersji. Problemy drogowców dotyczą na przykład stosowania prawa. W tym, oczywiście, prawa zamówień publicznych, ale także trudności z wywłaszczeniami, wymogami związanymi z ochroną środowiska itd. Ale problemy w zakresie rozwoju infrastruktury drogowej wiążą się z również z bardzo przykrą dla nas wszystkich cechą środków finansowych – ich ograniczonością. Z problemem tym częściowo radzimy sobie, wykorzystując środki unijne, wydatkowane w ramach programów operacyjnych. Ale ja chciałbym zwrócić uwagę również na istnienie innych rozwiązań zwiększających możliwości instytucji wykonujących zadania zarządców dróg w zakresie realizacji zadań finansowanych  ze środków krajowych. Do takich rozwiązań zaliczyć należy program Inicjatyw Samorządowych (IS) realizowany od 2000 r. przez Zarząd Dróg Wojewódzkich w Krakowie.

Dziury w małopolskich drogach

Podstawą do powstania programu Inicjatywy Samorządowe był stan dróg przejętych do zarządzania przez województwo małopolskie w wyniku reformy administracyjnej w 1999 r. Z jednej strony fatalny stan dróg, w tym szczególnie w zakresie bezpieczeństwa użytkowników. Z drugiej strony, ograniczone środki finansowe, jakie na remonty i modernizacje dróg mogło przeznaczyć w pierwszym okresie województwo. Ponadto ważnym aspektem – dającym podstawę do rozpoczęcia realizacji programu – było również założenie, że inwestycje drogowe realizowane w imieniu Małopolski przez ZDW w Krakowie, mimo istotnego znaczenia dla regionalnej sieci komunikacyjnej, w głównej mierze oddziałują jednak na zlokalizowane na trasie ich przebiegu gminy, których mieszkańcy oraz funkcjonujące na ich terenach podmioty gospodarcze będą bezpośrednimi odbiorcami osiągniętych celów przedsięwzięć inwestycyjnych.

Założenia te stały się podstawą do przygotowania i zaproponowania innym JST na terenie województwa współuczestniczenia w realizacji zadań inwestycyjnych w zakresie dróg wojewódzkich.

Dwie formy współpracy

Obowiązujące w naszym kraju przepisy prawne w sposób dość ogólny określają możliwości współpracy pomiędzy JST. Podstawą takiej współpracy są w zasadzie regulacje zawarte w ustawie o finansach publicznych. Przewiduje ona zasadniczo dwie jej formy. Po pierwsze, samorządy mogą wspólnie realizować zadania w formie porozumienia. Daje ono podstawę do przekazywania środków finansowych jako dotacji przyznanych na zadania realizowane na podstawie porozumień (umów) między JST. Takie finansowanie dotyczy realizacji zadań w zakresie działania podmiotu dotującego. Czyli w naszym przypadku, zadań wykonywanych w obszarze dróg wojewódzkich przez gminę lub powiat.

Druga forma współpracy opiera się na możliwości przekazania środków w formie dotacji celowej na pomoc finansową udzielaną między JST na dofinansowanie własnych zadań. Dotyczy to możliwości przekazania środków na finansowanie   zadań własnych dotowanego, zarówno bieżących, jak i inwestycyjnych – w tym zakupów inwestycyjnych. A więc taka sytuacja dotyczy przekazania środków przez gminę lub powiat dla województwa, wykonującego modernizację czy remont drogi wojewódzkiej.

Obie te formuły stały się podstawą do przygotowania szczegółowej Procedury Inicjatyw Samorządowych, stanowiąc wyjściowe zasady do zawierania porozumień z gminami i powiatami, na podstawie których następuje wspólna realizacja zadań. Merytorycznie obszarem tej współpracy są zadania z zakresu infrastruktury drogowej mające na celu poprawę bezpieczeństwa mieszkańców. Obejmują one budowę, przebudowę lub remont chodników, zatok autobusowych, sygnalizacji świetlnej, skrzyżowań oraz rond w ciągu dróg wojewódzkich. Oczywiście, w obszarze danej gminy czy powiatu.

Współdziałanie pomiędzy województwem a pozostałymi JST polega na wzajemnym świadczeniu sobie pomocy rzeczowej lub finansowej w celu zrealizowania konkretnego zadania będącego zadaniem własnym jednej jednostki. W oparciu o wcześniej omówione reguły obowiązujące w obszarze finansów publicznych przyjęto w procedurze dwie formy współpracy.

Pierwsza zakłada, że inwestorem zadania jest Zarząd Dróg Wojewódzkich. W takim przypadku zainteresowany powiat lub gmina udziela województwu pomocy finansowej. Druga formuła zakłada, że inwestorem zadania jest powiat lub gmina, na terenie której realizowane jest zadanie z zakresu infrastruktury drogowej. W takim przypadku województwo przekazuje środki w formie dotacji przyznanej na podstawie porozumień między JST. Zadanie bowiem dotyczy drogi, której zarządzanie jest przypisane województwu.

Jednolite kryteria doboru zadań

Procedura zakłada, że dobór zadań realizowanych w ramach Inicjatyw Samorządowych odbywa się na podstawie obiektywnych, jednolitych kryteriów. Opierają się one zarówno na wielkości partycypacji JST w kosztach przedsięwzięcia, jak i kryteriach pozafinansowych. Do kryteriów merytorycznych zaliczyć należy przede wszystkim stopień przygotowania zadania pod kątem formalnoprawnym oraz wskaźnik bezpieczeństwa ruchu drogowego. Dodatkowo oceniane jest także położenie chodnika względem jezdni (przy jezdni lub poza rowem).

Jest oczywiste, że tego typu inicjatywa spotkać się może ze sprzeciwem. Dlaczego samorząd województwa, realizując własne zadania, sięga po środki finansowe innych jednostek – zamiast przeznaczyć więcej środków własnych na zadania drogowe? W końcu gminy i powiaty również podlegają ograniczeniom finansowym. Podkreślić jednak należy, że uczestnictwo w programie jest dobrowolne. A spore zainteresowanie udziałem w nim, w całym jego okresie, potwierdza, że również partnerzy województwa małopolskiego ze zrozumieniem przyjęli wspomniane na początku wprowadzenie w życie programu Inicjatyw Samorządowych. I dostrzegają korzyści z niego płynące dla ich własnych jednostek.

947 wykonanych zadań

Efekty zaś prezentują się następująco: ogółem w latach 2000-2012, w ramach programu Inicjatyw Samorządowych na terenie województwa małopolskiego zrealizowano 947 zadań na łączną kwotę 307 019 tys. złotych. W zakresie merytorycznym przekłada się to na prawie 440 kilometrów chodników, ponad 140 kilometrów kanalizacji opadowej, 215 zatok autobusowych czy 973 metry kwadratowe parkingów. Wybudowano 25 przejść dla pieszych, przebudowano 10 skrzyżowań oraz zbudowano dwa ronda.

Współfinansowanie zadań przez inne samorządy umożliwiło większe zaangażowanie środków własnych do finansowania modernizacji i remontów dróg w ramach zadań własnych, czego przykładem może być droga wojewódzka 749, łącząca Kraków z północną granicą województwa. Ale przede wszystkim wykorzystanie większych środków województwa na wkład własny do projektów finansowanych ze środków unijnych.

I tak, w ostatnich latach, Zarząd Dróg Wojewódzkich w Krakowie wramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego oraz Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego zrealizował 43 projekty infrastrukturalne na łączną kwotę 1,381 mld zł, przy poziomie zewnętrznego dofinansowania 1,22 mld zł. Zbudowano w ten sposób 51 km nowych dróg, przebudowano 422 km dróg istniejących. Wybudowano 16 nowych mostów, a przebudowano 22 istniejące. I wszystko to przy wszystkich tych ograniczeniach i trudnościach występujących w zakresie realizacji zadań drogowych, o których pisałem na początku.

W Polsce ciągle powstają lotniska, które już nawet w fazie planów nie są nastawione na rentowność. Absurd? Najwyraźniej niezauważany przez samorządy. Część z nich przy podejmowaniu decyzji nie zastanawia się, czy inwestowanie w lotnisko regionalne będzie opłacalne. Za punkt honoru poczytuje sobie natomiast zrobienie czegoś spektakularnego. Utrzymywanie szkół czy dróg przestało już za takie uchodzić.

Czerwcowe wyniki lotów pasażerskich potwierdziły tylko to, o czym w branży lotniczej mówiło się od dawna: przez pierwsze sześć miesięcy 2013 roku z portu lotniczego Poznań-Ławica skorzystało niespełna 600 tysięcy pasażerów – czyli o prawie 22 proc. mniej niż rok temu. Podobnie Łódź i Gdańsk odnotowały w czerwcu ponad 20-procentowe spadki liczby odpraw, a ruch we Wrocławiu obniżył się o 15 proc. Aż pięć z jedenastu polskich lotnisk odnotowało spadki liczby pasażerów, a siedem – mniejszą liczbę startów i lądowań.

Wojskowy pas na dobry start

W klasyfikacji nie został uwzględniony Modlin, który miał pół roku przerwy spowodowanej usterkami pasa, oraz Lublin otwarty raptem w grudniu. Władze tego ostatniego portu nie mają jednak powodów do radości. Mimo że na tym lotnisku – w odróżnieniu od Modlina – obyło się bez wielkich usterek technicznych, jego sytuacja jest trudna. Przedstawiciele spółki Port Lotniczy Lublin obiecywali podczas grudniowego otwarcia, że lotnisko w ciągu pierwszego roku obsłuży 300 tysięcy pasażerów. Ciężko będzie dotrzymać słowa skoro 100-tysięczny pasażer odleciał stamtąd dopiero w lipcu.

Gorzej niż Lublin wypada tylko lotnisko w Zielonej Górze. Powód? Według ekspertów chodzi przede wszystkim o to, że Lublin i tzw. ściana wschodnia po prostu nie generują wystarczająco dużego ruchu. W dodatku Lublin leży 170 km od Warszawy i 200 km od Modlina. Co prawda, biorąc pod uwagę powolną, ale stałą poprawę stanu dróg, nie jest to odległość, która odstraszyłaby pasażerów. Jednak warszawskie Okęcie przyciąga znacznie większą ofertą lotów.

– Decyzja o budowie lotniska regionalnego powinna zapadać na podstawie przesłanek demograficznych, ekonomicznych, komunikacyjnych itp. U nas natomiast jest często tak, że bez namysłu przerabia się lotniska wojskowe na lotniska cywilne. A te przecież budowano z zupełnie innych powodów. One powstawały na terenie ukrytym, oddalonym od jakichś siedlisk, odpowiadającym wojsku pod względami strategicznymi – mówił w 2012 roku dla portalu „Rynek Infrastruktury” Krzysztof Michalski, prezes Agencji Mienia Wojskowego. – Lotnisko regionalne jest uzasadnione tylko po przeprowadzeniu badań, które udowodnią, że w tym miejscu jest potrzebne. A u nas jest tak, że jak w gminie jest lotnisko wojskowe, to samorządy się cieszą, że mają już pas startowy i inwestują publiczne pieniądze w budowę portu regionalnego. Tymczasem pas startowy to zaledwie 20 proc. całej inwestycji – dodawał.

Na prawo port, na lewo port…

Ani dane statystyczne, ani podobne opinie nie zrażają jednak samorządowców. Na Mazowszu jesienią ruszy port w Radomiu – trzecie lotnisko w województwie. Za czwartym lobbuje już Mińsk Mazowiecki. Od wielu lat mówi się o rozbudowie lotniska Szymany, położonego 60 km od Olsztyna, które ma zacząć obsługiwać loty cywilne po 2014 roku. W 2015 r. ma zaś zacząć działać lotnisko Koszalin w Zegrzu Pomorskim. Za własnymi lotniskami lobbują też następne miasta: Białystok i Kielce.

Komisja Europejska bada tymczasem sensowność pomocy publicznej w wysokości 52 milionów euro udzielonej na budowę portu lotniczego Gdynia-Kosakowo. Znajduje się on… 25 kilometrów od istniejącego Lotniska Lecha Wałęsy w Gdańsku. Za tą absurdalną inwestycją ma się kryć rywalizacja między prezydentami Gdyni i Gdańska – Wojciechem Szczurkiem i Pawłem Adamowiczem.

Boom na regionalne porty lotnicze trwa w Polsce od naszego wejścia do Unii Europejskiej w 2004 roku. Jest on jednak „okupiony” dopłatami z budżetów samorządów dla tanich linii lotniczych, stanowiącymi zachętę do korzystania z tych lotnisk. Urzędy niechętnie podają kwoty tych „dotacji”. Portal Pasazer.com podał jednak, że województwo podkarpackie przeznaczyło prawie 25 mln zł w ciągu czterech lat dla Ryanaira.

Według portalu Rynek Infrastruktury, przepływ dopłat odbywa się najczęściej w ramach tzw. opłat marketingowych. Do obejścia unijnych przepisów, które zakazują bezpośredniego dofinansowania, służy podpisywanie z przewoźnikiem umowy na promocję danego regionu reklamami: na kadłubach samolotów, w magazynach pokładowych i na stronie internetowej. Te promocyjne kontrakty, to w rzeczywistości warunek, od którego przewoźnik uzależnia uruchomienie trasy lub otwarcie bazy. Umowę podpisuje z przewoźnikiem spółka zarządzająca portem lotniczym (tak jest np. w Katowicach i Gdańsku), albo samorząd przez swoją organizację turystyczną (to przykład Poznania).

Koleje wykoszą samoloty?

Opłaty marketingowe to niejedyny sposób na pozyskanie przewoźnika. Wśród zachęt są m.in. zniżki w opłatach lotniskowych oraz rabaty na paliwo i lotniskowe usługi techniczne. Wysokość tych upustów jest z reguły najpilniej strzeżoną tajemnicą handlową portów. Eksperci zwracają uwagę, że ulgi automatycznie zmniejszają przychód lotnisk. A jeśli lotnisko jest deficytowe, to stratę pokrywa samorząd województwa z budżetu.

Z taką sytuacją mamy do czynienia w Rzeszowie: tu do każdego pasażera latającego z Jasionki samorząd dopłacił w ubiegłym roku prawie 17 złotych. Więcej – 22 zł na głowę – wykłada tylko Bydgoszcz (ten port akurat odnotował prawie 13-procentowy wzrost liczby pasażerów w I kwartale br.). W czołówce pod względem dopłat jest też Gdańsk, który zgodził się płacić liniom Wizz Air 4,5 mln zł rocznie za reklamę, oraz Katowice, które co roku zwiększają wartość umowy podpisywanej z przewoźnikiem. Tanim liniom lotniczym płacą też samorządy m.in. Poznania, Łodzi i Szczecina.

Jak długo może to trwać? – Część naszych lotnisk, niestety, również może skończyć tak, jak zamykane i nierentowne regionalne porty w Hiszpanii – uważa Krzysztof Michalski. – Z polskich lotnisk regionalnych broni się lotnisko w Łodzi, choć moim zdaniem i tak leży ona za blisko Warszawy. Lepiej byłoby przecież zbudować szybką kolej, łączącą Łódź z Warszawą, niż utrzymywać łódzki port lotniczy. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego zamiast tworzyć rozwiązania powszechnie stosowane na świecie, brniemy w naszym kraju w kiepskie pomysły dla chwilowego rozgłosu – bo budowa lotniska w małej miejscowości taki rozgłos przyniesie. Gdyby natomiast mądrze zainwestować w rozbudowę infrastruktury kolejowej, na przykład budowę szybkiej kolei łączącej Kraków z Gdańskiem, co de facto już się dzieje, to wówczas takie połączenie stanowiłoby realną konkurencję dla samolotów. Zastanawiam się, jak te wszystkie małe porty będą sobie radziły, kiedy w Polsce będziemy mieli wreszcie Koleje Dużych Prędkości. I który przewoźnik lotniczy będzie wówczas latał do tych mniejszych portów? – podsumowuje.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:04

BEZPIECZEŃSTWO INFORMACJI I USŁUG ELEKTRONICZNYCH URZĘDU

Napisane przez

Od lat urzędy elektroniczne udostępniają interesariuszom kanał komunikacji elektronicznej. Jednym ze sztandarowych projektów rządowych jest platforma ePUAP. Trzeba równocześnie przypomnieć, że popularność drogi elektronicznej w kontakcie w urzędem jest zbyt słaba. Czy powodem jest wyłącznie mentalność ludzi? W jakimś stopniu pewnie tak. Wydaje się jednak, że równie – a może bardziej – istotnym powodem może być brak zaufania interesariuszy do drogi elektronicznej.

Prawdopodobnie nie ufamy technologiom bezpieczeństwa stosowanym w urzędach. Jest to jakiś paradoks. Przecież bankowość internetowa, sklepy internetowe i portale społecznościowe mają się dobrze.

Zagadnienie całościowe

Bezpieczeństwo systemów instytucji oznacza niczym niezakłócone ich funkcjonowanie podczas realizacji zadań, wyznaczonych dla tych systemów. Dotyczy to również systemów informatycznych. W tym przypadku należy zapewnić niczym niezakłócone przetwarzanie danych przechowywanych na nośnikach informatycznych. Bezpieczeństwo informacyjne urzędu oznacza sumę bezpiecznego funkcjonowania systemów informatycznych oraz bezpiecznego przetwarzania informacji poza tymi systemami, składowanymi na przykład na papierze. Dlatego też problematyka bezpieczeństwa jest zagadnieniem całościowym i nie może być utożsamiana wyłącznie z komórką informatyczną w urzędzie.

Dla bezpiecznego funkcjonowania urzędu konieczna jest skuteczna ochrona wszystkich jego aktywów, czyli tych wszystkich bytów, które mają dla niego dużą wartość. Wartość ta wynika z tego, że zapewniają one niczym niezakłócone funkcjonowanie urzędu. Każdy urząd powinien zatem zidentyfikować swoje aktywa. Kolejnym problemem, z jakim mamy do czynienia, jest wiele różnych źródeł złożoności zagadnienia bezpieczeństwa informacji w urzędzie. Są to:

1.       ciągle zachodzące zmiany w systemach informatycznych,

2.       trudne i często zaskakujące środowisko zagrożeń bezpieczeństwa,

3.       skomplikowane procesy zarządzania bezpieczeństwem,

4.       nieprzewidywalny czynnik ludzki w pracy instytucji,

5.       duża złożoność i rozległość systemów informatycznych.

Problem zatem nie jest trywialny – i dlatego należy nim się zająć na poważnie. Nie może być to działanie przy okazji i od niechcenia.

Legislacja w bezpieczeństwie informacji i usług

Administratorzy bezpieczeństwa zajmują się problematyką zarządzania bezpieczeństwem. Są oni odpowiedzialni za całość czynności kontrolowania i zarządzania wszystkimi istotnymi problemami dotyczącymi bezpieczeństwa. Administrator bezpieczeństwa może być jednym, wyznaczonym pracownikiem instytucji. Rolę tę może również pełnić wskazany zespół osób.

Dla właściwego zarządzania bezpieczeństwem informacji i usług ważne jest stosowanie odpowiednich norm i przepisów prawa ogólnego i wewnętrznych regulacji w urzędzie. Poniższy rysunek stanowi ilustrację źródeł regulacji formalnych dla zagadnienia bezpieczeństwa:

Normy i standardy de facto nie są bezpośrednim źródłem prawa dla urzędu. Mogą być wprowadzone wyłącznie poprzez źródła prawa określone w Konstytucji RP i poprzez wewnętrzne regulacje urzędu. Do powszechnych źródeł prawa w Polsce, zgodnie z art. 87 konstytucji należą w kolejności hierarchicznej ich ważności:

1.       Konstytucja RP,

2.       ratyfikowane umowy międzynarodowe,

3.       ustawy,

4.       rozporządzenia,

5.       akty prawa miejscowego na obszarze ich oddziaływania.

Ponadto, jako członek Unii Europejskiej, Polska ma dwa dodatkowe źródła prawa zewnętrznego względem urzędu. Są to:

6.       decyzje Rady UE i Parlamentu Europejskiego, które wchodzą automatycznie na teren prawa polskiego,

7.       dyrektywy UE, które nie wchodzą automatycznie i wymagają implementacji w polskim prawodawstwie.

Zróbmy zatem krótki przegląd wybranych aktów legislacyjnych i normatywnych dotyczących bezpieczeństwa.

W ustawie o informatyzacji wprowadzono szereg regulacji dotyczących bezpieczeństwa przetwarzania informacji, dokumentów elektronicznych oraz bezpiecznego dostarczania usług elektronicznych z wykorzystaniem platformy ePUAP. Zdefiniowano znaczenie profilu zaufanego ePUAP, podpisu potwierdzanego tym profilem, elektronicznej skrzynki podawczej praz urzędowego poświadczenia odbioru dokumentu elektronicznego. Ustalono delegację ustawową dla rozporządzenia w sprawie Krajowych Ram Interoperacyjności, w których bardzo ważnym zakresem jest zdefiniowanie wymogów formalnych dla bezpieczeństwa systemów informatycznych w urzędach administracji publicznej. W tychże ramach wskazano, że kluczowe w tym zakresie są normy z rodziny PN-ISO 27000, o czym napiszemy w dalszej części artykułu. Ważnym zakresem ustawy o informatyzacji jest art. 20a, w którym uregulowano sprawy dotyczące bezpiecznej identyfikacji użytkownika systemów informatycznych. Na tej podstawie zostały wydane trzy dedykowane rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych i administracji z kwietnia 2011 roku, które szczegółowo regulują te kwestie.

Ważną ustawą z zakresu bezpieczeństwa przetwarzania informacji jest ustawa o ochronie danych osobowych z 1997 r., która reguluje podstawowe zagadnienia dotyczące postępowania z danymi na podstawie której bezpośrednio lub pośrednio można zidentyfikować osobę, której te dane dotyczą.  Ustawa ta jest doskonale znana w każdym urzędzie, w którym pracują osoby pełniące rolę administratora bezpieczeństwa informacji. Prawdopodobnie ten zakres regulacji bezpieczeństwa jest najczęściej omawiany w codziennej pracy urzędu, a inspektorzy kontrolujący wypełnianie wymogów tejże ustawy są częstymi gośćmi w poszczególnych urzędach.

Kolejną ustawą obejmującą również organy samorządu terytorialnego jest ustawa o ochronie informacji niejawnych ze stycznia 1999 r. Reguluje ona zasady ochrony informacji stanowiących tajemnicę państwową albo tajemnicę służbową. Ustawa ta wraz z rozporządzeniem Prezesa Rady Ministrów w sprawie podstawowych wymagań bezpieczeństwa teleinformatycznego bardzo precyzyjnie i restrykcyjnie określa zasady działania instytucji, osób i systemów na styku z informacjami niejawnymi.

Ustawa o podpisie elektronicznym z września 2001 roku reguluje podstawowe kwestie dotyczące elektronicznego podpisu dokumentów przekazywanych drogą elektroniczną. Podpis elektroniczny poświadczony bezpiecznym certyfikatem i podpis poświadczony profilem zaufanym ePUAP stanowią obecnie – zgodnie z prawem – dwa sposoby elektronicznego poświadczania woli osoby składającej podpis. Jest to istotne dla urzędu, który oba te sposoby powinien respektować.

Jako ostatnią wspomnimy ustawę z kwietnia 1974 r. o ewidencji ludności i dowodach osobistych, która jest jedną z pozostałości PRL. Ustawa ta jest o tyle istotna, że powołuje do życia zbiór PESEL, dowód osobisty jako podstawowy dokument tożsamości obowiązujący w Polsce oraz powszechnie nielubiany obowiązek meldunkowy. Zarówno PESEL, jak i dowód osobisty, są kluczowe dla skutecznego i bezpiecznego załatwiania znakomitej większości spraw urzędowych – zarówno drogą tradycyjną, jak i elektroniczną.

Normy w bezpieczeństwie informacji i usług

Przegląd aktów normatywnych wskazuje na wiele różnych norm dotyczących bezpieczeństwa informacji i usług. Wspomnimy o kilku, a mianowicie:

1.       BS 7799, ISO 17799,

2.       ISO/IEC 13355,

3.       ISO/IEC 27000.

Normy z rodziny *799 z 1999 r. wprowadziły systematykę terminologii bezpieczeństwa informacji i stanowią bardzo ważny punkt odniesienia dla całości zagadnień dotyczących bezpiecznego przetwarzania informacji i udostępniania usług drogą elektroniczną. W pierwszej jej części opisano praktykę zarządzania bezpieczeństwem informacji, a w drugiej – specyfikację systemu zarządzania bezpieczeństwem informacji.

Norma 13355 z 2001 r. stanowi kolejne usystematyzowanie problematyki bezpieczeństwa. Korzysta ona między innymi z doświadczenia podczas stosowania norm z rodziny *799. Norma ta zawiera pięć części:

1.       wytyczne do zarządzania bezpieczeństwem systemów informatycznych,

2.       planowanie i zarządzanie bezpieczeństwem systemów informatycznych,

3.       techniki zarządzania bezpieczeństwem systemów informatycznych,

4.       wybór zabezpieczeń,

5.       zabezpieczenia dla połączeń z systemami zewnętrznymi.

Normy z rodziny ISO/IEC 27000 z roku 2009 zostały wprowadzone do stosowania w administracji publicznej w Polsce od 2011 r. na podstawie Krajowych Ram Interoperacyjności. Stanowią one współczesny dorobek standaryzacyjny w zakresie bezpieczeństwa. Do rodziny należą następujące normy:

1.       Terminologia dotycząca bezpieczeństwa:

1.1.    ISO 27000.

2.       Generalne wymagania bezpieczeństwa – normy kluczowe:

2.1.    ISO 27001 – wymagania dotyczące systemu bezpieczeństwa,

2.2.    ISO 27006 – wymagania dotyczące certyfikowania instytucji w zakresie spełniania wymogów norm z rodziny ISO 27000.

3.       Generalne wytyczne bezpieczeństwa:

3.1.    ISO 27002 – wytyczne do stosowania w praktyce,

3.2.    ISO 27003 – wytyczne w zakresie wdrażania wymogów bezpieczeństwa,

3.3.    ISO 27004 – miary bezpieczeństwa i techniki pomiarów spełniania wymogów,

3.4.    ISO 27005 – wytyczne w zakresie zarządzania ryzykiem,

3.5.    ISO 27007 – wytyczne w zakresie audytów bezpieczeństwa.

4.       Normy sektorowe:

4.1.    ISO 27011 – przedsiębiorstwa telekomunikacyjne,

4.2.    ISO 27799 – organizacje ochrony zdrowia.

Zagadnienie specjalistyczne

Uff!... Tylko wspomnieliśmy o zarysie zagadnień bezpieczeństwa, a już mamy do przeanalizowania bardzo dużo konkretów. Każdy z przywołanych tematów może stanowić treść oddzielnego artykułu na łamach naszego pisma. Na teraz jednak wystarczy. W kolejnym artykule spróbujemy przybliżyć naszemu Czytelnikowi zagadnienia dotyczące polityki bezpieczeństwa i akredytacji urzędu na zgodność z wymogami bezpieczeństwa.

wtorek, 23 lipiec 2013 21:48

TRANSLATOR ZAMIAST CERTYFIKATU

Napisane przez

Że Polacy nie gęsi… to wie każdy. Czasem jednak potrzebna jest znajomość języków obcych – i wtedy pojawia się problem. Szczególnie źle umiejętności lingwistyczne wyglądają wśród polskich samorządowców. Dla mieszkańców „starej” Unii znajomość angielskiego to podstawa. A w zjednoczonej Europie coraz częściej interesantem w urzędzie jest nie Polak, a Niemiec, Angik czy Szwed.

Kiedyś król Michał Korybut-Wiśniowiecki przechwalał się, jakim to on nie jest poliglotą. Miał czym, bo znał aż sześć języków. Na to Jan Sobieski miał mu odpowiedzieć: „Ty panie znasz sześć języków, ale w żadnym z nich nie masz nic do powiedzenia”. I tę anegdotę wzięli sobie do serca nasi samorządowcy.

Ja tam się dogadam

Zdecydowana większość nie może pochwalić się znajomością języków. – Biegle nie znam ani jednego języka obcego, ale porozumiewam się w kilku – mówi Tomasz Korczak, burmistrz Międzylesia w województwie dolnośląskim. I wymienia: niemiecki, czeski, chorwacki i rosyjski. – Jednak, jak przyjeżdżam z oficjalną wizytą, to zawsze korzystam z tłumacza – dodaje. Po angielsku dogada się Wojciech Lubawski, prezydent Kielc. – Znam kilka języków w stopniu dostatecznym. Jak trzeba, to słowo znajdę w jakimiś internetowym programie, takim jak „Google-tłumacz”. A jak trzeba, to za granicą zamówię hotel czy taksówkę – zapewnia.

Podobnie Zbigniew Ptak, burmistrz Drawska Pomorskiego. – Są sytuacje, kiedy znajomość języka jest zupełnie niezbędna. Na przykład we współpracy z miastami partnerskimi. Angielskiego w ogóle nie znam. Dobrze sobie radzę z niemieckim i rosyjskim. Tyle też wymagam od moich współpracowników. Na stanowiskach wymagających kontaktów międzynarodowych potrzebna jest znajomość dwóch języków obcych – podkreśla Zbigniew Ptak. – Nie zaryzykuję kompromitacji swojego urzędu, powierzając stanowisko komuś, kto jest niekomunikatywny – dodaje.

Jak twierdzą naukowcy, pod względem znajomości języków obcych przedstawiciele samorządów niewiele różnią się od reszty społeczeństwa. – Nasza elita samorządowa radzi sobie całkiem dobrze, jednak im niżej w hierarchii, tym oczywiście gorzej. Na szczęście wójt niekoniecznie musi znać język obcy – ważne by miał tłumacza obok siebie… - mówi prof. Andrzej Piasecki, politolog z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, który zajmował się badaniem polskich elit samorządowych.

Google dobry na wszystko

Włodarze rzeczywiście mają zazwyczaj tłumaczy, ale ich pracownicy – już nie. Może z wyjątkiem tego z Google. „Ta umowa zła, musi pan przyjść z kimś, kto zna polski” – tak jeden z wrocławskich urzędników tłumaczył klientowi nierozumiejącemu po polsku, że nie przyjmie dokumentów, z którymi cudzoziemiec przyszedł. Rozmowę wrocławskiego urzędnika z interesantem-obcokrajowcem podsłuchała w styczniu czytelniczka jednego z portali internetowych. – Pracownicy, którzy na co dzień są w kontakcie z klientami, nie muszą koniecznie znać języka angielskiego. Wsparciem dla pracujących w Centrach Obsługi Mieszkańca zawsze jest biuro współpracy z zagranicą – tłumaczyła później wpadkę urzędnika Janina Nowak, z wydziału spraw obywatelskich Urzędu Miejskiego we Wrocławiu.

Problem dotyczy nawet warszawskich urzędników. Okazuje się, że w mieście, które powinno być wizytówką kraju, znajomość mowy Szekspira w wielu przypadkach ogranicza się do sprawnego operowania Google tłumaczem. – U nas, w delegaturze, właściwie nikt dobrze nie mówi po angielsku, kiedy trzeba coś przeczytać, albo nie daj Boże napisać, zaczyna się popłoch – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” jedna z urzędniczek Biura Administracji i Spraw Obywatelskich m.st. Warszawy. Jak mówi, wszystkie e-maile w obcych językach, jakie przychodzą do urzędu natychmiast lądują w translatorze. Gorzej, kiedy taką wiadomość trzeba napisać samemu. Wtedy zaczynają się gorączkowe poszukiwania osoby, która może to zrobić. Zazwyczaj taki e-mail przygotowuje ktoś z rodziny albo znajomy urzędnika. – Dobrze, jak uda się sformułować taką wiadomość w tydzień – dodaje nasza rozmówczyni.

Słynna na całą Polskę jest już wpadka lubelskich urzędników sprzed półtora roku. Lublin, miasto wyższych uczelni, chciał zachęcić do nauki na nich zagranicznych studentów. W tym celu ratusz uruchomił portal „Study in Lublin”. Informację o starcie strony przekazał osobiście prezydent Lublina Krzysztof Żuk, w towarzystwie rektorów wyższych uczelni. Portal przedstawiał ofertę studiów w Lublinie, informował też o formalnościach, jakie obcokrajowiec musi spełnić, by studiować w Polsce.

Zaraz po jego prezentacji rozpętała się burza. – Wygląda to tak, jakby ktoś polskie informacje o studiach w Lublinie tłumaczył na angielski słowo po słowie, w sposób dosłowny, czego absolutnie się nie robi. To tak, jakby „dziękuję z góry” przetłumaczyć „thank you from the mountain” – grzmiał na łamach „Gazety Wyborczej” na temat angielskiego tłumaczenia strony dr Paweł Frelik z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. – Tekst jest źle i niechlujnie przetłumaczony, wygląda na to, że nawet nie zrobiono korekty. Czy ja, po przeczytaniu tej strony, która ma być, jak sądzę, wizytówką akademickiego Lublina, przyjechałbym tu na studia? Zdecydowanie nie – podsumowuje Frelik. Tłumaczenie strony na angielski przygotowała... osoba zatrudniona w Wydziale Strategii i Obsługi Inwestorów.

Ustawowy wymóg?

Co zrobić, by uniknąć równie kompromitujących błędów popełnianych przez urzędników? Może warto wprowadzić ustawowy wymóg znajomości języków obcych? Wystarczy, aby w wymaganiach konkursowych na wolne stanowiska urzędnicze zapisywać obowiązek legitymowania się którymś z międzynarodowych certyfikatów językowych. Tomasz Korczak opowiada, że jak zdenerwuje się na swoich pracowników, to zawsze podkreśla jedną rzecz. – W całym urzędzie jest tylko jedno stanowisko, co do którego nie ma żadnego oficjalnego wymogu wykształcenia. To jest właśnie stanowisko wójta, burmistrza czy prezydenta – mówi Korczak. I faktycznie, aby zarejestrować swoją kandydaturę, nie trzeba legitymować się żadnym dyplomem. Mimo to samorządowcy podkreślają, jak ważna jest znajomość języków. – Każdy, kto kończy studia wyższe, powinien mówić w jakimś obcym języku. Ustawowego wymogu być jednak nie powinno. Wybrali mnie mieszkańcy, a ja nic przed nimi nie ukrywałem. Nie mam kompleksów. Jak trzeba, to się dogadam. W Drawsku, z racji położenia, musimy umieć się porozumiewać. W naszej gminie jest poligon, na którym często ćwiczą żołnierze NATO – mówi Zbigniew Ptak, burmistrz Drawska Pomorskiego.

Specjaliści nie mają wątpliwości. To, jak urzędnicy dają sobie radę z językami, świadczy nie tylko o ich miejscowości, ale i o całym kraju. A dobry wizerunek jest nie do przecenienia. Tym, którzy cieszą się zagranicą dobrą opinią, łatwiej o inwesterów i turystów. Jak zwykle najlepiej jest w dużych miastach. – Świetnie sobie radzą warszawscy samorządowcy. Jeśli proszę o wysłanie kogoś  do europarlamentu, nie ma z tym problemu, jednak to pewne, że do Brukseli jadą tylko ci najlepsi – mówi w rozmowie z „Gminą” europoseł Rafał Trzaskowski. – Poza tym, skoro nasi czołowi politycy nie znają płynnie języków obcych, to czego wymagać od samorządowców… – dodaje prof. Andrzej Piasecki.

Strona 2 z 3

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY