Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 67.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 60.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 45.

Gospodarka komunalna

Gospodarka komunalna (24)

poniedziałek, 24 czerwiec 2013 23:51

10 GRZECHÓW REWOLUCJI ŚMIECIOWEJ

Napisane przez

Stworzony na chybcika akt prawny okazał się kolejnym bublem, nie tylko legislacyjnym. Otwiera szerokie pole do korupcji, pozwala na inwigilowanie obywateli, grozi zanieczyszczeniem środowiska, zwiększa ryzyko epidemii, a przede wszystkim – uwalnia mechanizmy sprawowania władzy w sposób niedemokratyczny.

Już niedługo wszyscy boleśnie odczujemy skutki nowych pomysłów na uprzątnięcie naszych śmieci. Nowe przepisy nie tylko uderzą nas po kieszeniach, ale także pozbawią wpływu na to, kiedy i przez kogo odpadki będą wywożone. Jedyni zadowoleni to urzędnicy, bo – dzięki wywindowaniu cen na wyższe od rynkowych – dostaną od firm wywożących śmieci sowite wynagrodzenie, a do gminnych kas ściągną tyle, ile akurat potrzeba.

Z drugiej strony można być pełnym podziwu dla pomysłowości samorządowych biurokratów, którzy wymyślili ten swoisty megaprzekręt. Najpierw z wielkim trudem i mozołem nie potrafili przez półtora roku sprawnie przeprowadzić przetargu na wywóz nieczystości, a potem stworzyli perpetuum mobile, czyli kurę znoszącą im złote jajka… za nasze pieniądze.

Przygotowaliśmy listę najważniejszych min, jakie skrzętnie ukryto gdzieś między wierszami nowego prawa. Oto dziesięć najważniejszych.

1.      Władza sięga po rozwiązania typowe dla wczesnego socjalizmu

Prawie ćwierć wieku po transformacji ustrojowej politycy fundują nam ustawę, która pozwala na powrót do gospodarowania w sposób typowy dla lat 50. ubiegłego wieku. Lokalne organy władzy odgórnie mają decydować, jak zorganizować system wywozu śmieci i usług komunalnych, bez których nie da się żyć nawet w najmniejszej miejscowości. Co więcej, to urzędnicy wyznaczą firmy mające świadczyć te usługi, określą wysokość należnych opłat oraz wynagrodzeń dla ich wykonawców. A wszystko to bez pytania o zdanie obywateli, za których pieniądze (wcale niemałe!) ma to wszystko funkcjonować.

Ponadto drobiazgowe zarządzanie przez lokalne władze wymagać będzie zatrudnienia w tym celu coraz większej liczby urzędników. Koszty rozrostu biurokracji ponosić będziemy my – podatnicy. Całe niebezpieczeństwo polega też na tym, że stworzono pewien precedens: na razie narzucono metodę zagospodarowywania odpadów, ale czy politycy nie zechcą pójść tym śladem również w innych kwestiach?

2.      Korupcji tak!

Nie bez powodu ustawę śmieciową nazwano jedną z najbardziej korupcjogennych ustaw. Otworzyła przed nieuczciwym urzędnikiem nowe okazje do wzięcia łapówki: za przekazaną pod stołem kopertę może wybrać firmę, która wygra przetarg (przykrojony na miarę tejże firmy), a za drugą – podwyższyć opłaty za wywóz śmieci. Nawet co roku. Może też ustawić przetarg pod specjalnie powstałą w tym celu firmę, należącą formalnie np. do członka jego dalszej rodziny.

Innym niebezpieczeństwem jest takie ustalanie warunków przetargu, aby wygrała ją spółka miejska (dobrym przykładem jest Warszawa). A kto wie, czy życzliwy urzędnik w zamian nie otrzyma w niej ciepłej posadki…

3.      Państwo jak Wielki Brat

Gminy wykazały niebywałą kreatywność przy sporządzaniu wzorów deklaracji dotyczących opłat za wywóz śmieci. Szkoda tylko, że wszystkie ich wysiłki poszły w kierunku wyciągnięcia od właścicieli nieruchomości jak największej ilości danych osobowych, również dotyczących ich domowników.

- Gminy mogą pozyskiwać dane dotyczące liczby osób zamieszkujących w lokalu, powierzchni nieruchomości oraz tego, czy chcemy segregować śmieci, bo są to informacje niezbędne do ustalenia opłaty za wywóz śmieci – mówi „Gminie” dr Wojciech Wiewiórowski, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. – Mogą także gromadzić dane dotyczące sposobu kontaktowania się z właścicielem nieruchomości, a więc z osobą, która jest odpowiedzialna za wypełnienie obowiązków wynikających z ustawy – dodaje.

Zbieranie innych informacji wykracza poza zakres niezbędny do osiągnięcia celu, jakim jest realizacja zadań związanych z gospodarowaniem odpadami komunalnymi. Zdaniem GIODO, niedopuszczalne jest więc domaganie się np. imion, nazwisk i numerów PESEL wszystkich osób zamieszkujących w danym lokalu czy określenia stopnia pokrewieństwa między nimi. Aby wyliczyć wysokość opłaty za wywóz śmieci, nie trzeba też znać zawodu osoby, która będzie ją uiszczać, ani miejsca jej zatrudnienia. A takich właśnie danych domagają się w ankietach niektóre gminy.

– Władze publiczne nie mogą pozyskiwać, gromadzić ani udostępniać innych informacji o obywatelach niż to niezbędne w demokratycznym państwie prawnym – podkreśla dr Wojciech Wiewiórowski. I dodaje, że niezbędności informacji nie można mylić z ich przydatnością, a zbierania danych uzasadniać ekonomią czy logiką.

Gminna uchwała nie może więc zmuszać obywateli do ujawniania danych wykraczających ponad to, co jest absolutnie konieczne do realizacji danego zadania.

4.      Drogo, a będzie drożej

Przeciętny Kowalski nie będzie miał żadnego wpływu ani na to, kto wywozi jego śmieci, ani – za ile. Do tej pory (o ile nie mieszka w bloku) sam mógł poszukać firmy i wybrać najtańszą. Teraz będzie za niego decydowała gmina: urzędnicy wskażą firmę i wyznaczą wysokość opłat. Jak wiemy, już teraz, na początku obowiązywania ustawy śmieciowej, są one bardzo wysokie, kilkakrotnie wyższe niż dotychczas. Nie ma żadnego mechanizmu, wymuszającego obniżanie cen  wywozu nieczystości. W rzeczywistości firmy nie muszą kusić konkurencyjnymi stawkami. I tak wyboru jednej z nich dokona gmina, a my zapłacimy, ile trzeba – bo nie mamy innego wyjścia.

Firmie, która dogada się z gminnymi urzędnikami, będzie się opłacało windować stawki, bo wtedy więcej zarobi. Gmina ma zaś prawo zażądać od nas za wywóz śmieci praktycznie tyle, ile zechce, nawet trzykrotnie więcej niż zapłaci wykonawcy tej usługi – a nadwyżkę przeznaczyć np. na podwyżkę płac urzędników lub budowę kolejnego aquaparku.

Poza tym – monopolista nie musi dbać o jakość usług. My i tak nie mamy wyboru… A nawet prawa głosu, prawa do upominania się o rzetelne wywiązywanie się z tego, za co płacimy. Drugą stroną umowy, a więc klientem firmy od wywozu śmieci, jest przecież gmina.

5.      Śmiecą ludzie czy metry kwadratowe?

Ustawa śmieciowa pozostawiła gminom wybór metody kalkulacji kosztów wywozu odpadków. Okazało się, że pomysłowość gminnych radnych nie zna granic. Wielu z nich zupełnie na poważnie zastanawiało się, czy wyznaczając opłatę za wywożenie śmieci należy brać pod uwagę liczbę osób mieszkających w lokalu, jego metraż czy… ilość zużywanej w nim wody. Dla niezorientowanych: za odprowadzanie ścieków płacimy oddzielnie.

6.      Udowodnij, że nie jesteś wielbłądem

Wciąż jesteśmy krajem, w którym nie wystarcza złożenie przez obywatela oświadczenia, np. o liczbie osób mieszkających w jego nieruchomości. Musi to udokumentować pisemnym zaświadczeniem, najlepiej z pieczątką jakiegoś urzędu. Gminy żądają więc dołączenia do ankiety śmieciowej dokumentów potwierdzających, że osoba zameldowana pod danym adresem jest obecnie np. zatrudniona w innej miejscowości, przebywa w więzieniu, domu dziecka lub domu opieki społecznej.

Rada Gminy Puławy wymagała dla udokumentowania różnicy między liczbą osób zameldowanych, a zamieszkałych na terenie danej nieruchomości, zaświadczeń o zamieszkiwaniu na terenie innej gminy, w innym lokalu lub kraju. Wytknęła to urzędnikom lubelska Regionalna Izba Obrachunkowa, tłumacząc że „udokumentowanie pobytu osób zameldowanych w nieruchomości objętej deklaracją, ale przebywających poza nią, w oczywisty sposób nie dotyczy danych objętych deklaracją. Obejmuje ona bowiem – zgodnie z regulacjami ustawy – liczbę osób zamieszkujących nieruchomość, a nie osób zameldowanych”.

7.      Do kary śmierci włącznie?

Gminy straszą nas odpowiedzialnością karną za umieszczenie w ankiecie nieprawdziwych informacji. Niektóre nawet precyzują, że z wynika to z  art. 233 par. 1 Kodeksu karnego. Za złożenie fałszywego oświadczenia groziłyby nam nawet trzy lata więzienia.

Tymczasem jest to niezgodne z prawem! Zdaniem GIODO gmina nie ma prawa, by w drodze uchwały wprowadzać rygor odpowiedzialności karnej, gdyż mógłby on wynikać co najwyżej z treści aktu rangi ustawy. A ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach nie przewiduje takiej możliwości.

8.      Nie zadeklarowałeś – będziesz więcej płacił

Kolejnym minusem ustawy – a jednocześnie przykładem nieliczenia się z obywatelem – jest to, że osoby, które nie złożą ankiet śmieciowych, będą musiały płacić za wywóz nieczystości tyle, ile zażąda gmina. Za karę?

– Niezłożenie deklaracji lub podanie w niej nieprawdziwych informacji wpłynie na wysokość opłaty za śmieci – podkreśla w rozmowie z „Gminą” Paweł Mikusek, rzecznik prasowy Ministerstwa Środowiska. – Władze gminy samodzielnie, szacunkowo określą pobierane stawki.

9.      Odpowiedzialność zbiorowa górą

Nie pomyślano w ustawie także o mieszkańcach bloków. Może się okazać, że odpadki we wspólnym śmietniku nie są posegregowane, bo część sąsiadów tego nie robi i wrzuca wszystko „jak leci” do jednego pojemnika. Co się wtedy stanie? Najprawdopodobniej, zgodnie z ustawą, wszyscy mieszkańcy budynku za karę zapłacą więcej za wywóz śmieci. Można więc zapytać, po co w takim razie deklarowali w ankietach, że będą sortować odpadki?

10.  Brud, smród i choroby

Trudno wyobrazić sobie konsekwencje zbyt długiego niewywożenia śmieci. Przepełnione śmietniki, odpadki wysypujące się z pojemników, a do tego np. 30-stopniowy upał. Odór, muchy i szczury. Jest to całkiem realny scenariusz, bo gminy przewidują usuwanie odpadków 2-4 razy w miesiącu.

- Nie wyobrażam sobie tego – denerwuje się prosząca o anonimowość wieloletnia administratorka dużego osiedla. – Toniemy w śmieciach już po przedłużonym do trzech dni weekendzie. Podczas wielkiej majówki, kiedy cała Polska świętowała przez pięć dni, od środy do niedzieli, musieliśmy zamawiać na sobotę dodatkowy wywóz śmieci. Tak to wygląda w przypadku budynku, w którym jest 150 lokali i blisko 500 mieszkańców.

Zdecydowanie spokojniej ocenia sytuację dr n. med. inż. Krzysztof Kanclerski z Zakładu Zwalczania Skażeń Biologicznych Państwowego Zakładu Higieny. – Wywożenie śmieci w odstępach jednotygodniowych w zupełności wystarczaw przypadkuodpadów biodegradowalnych – zastrzega w rozmowie z „Gminą”. – Dla szkła, plastiku czy papieru okres ten może być znacznie dłuższy. Przy czym odbiorca powinien dostarczyć taką liczbę odpowiednio dużych kontenerów, aby pomieściły wszystkie gromadzone w tym czasie odpady. Jest to szczególnie istotne w przypadku dużych budynków i osiedli. Ponadto powinno się zastrzec w umowie, że firma będzie również odbierała śmieci „w miarę potrzeb”, tzn. także wtedy, gdy kontenery zapełnią się w okresie krótszym niż wyznaczony. Może to np. dotyczyć okresów przedświątecznych, świąt lub różnego rodzaju uroczystości – dodaje.

Żadnego zagrożenia nie widzi za to Główny Inspektorat Sanitarny. Jan Bondar, rzecznik prasowy GIS, twierdzi, że krótkotrwałe perturbacje z odbiorem śmieci nie będą niosły żadnych zagrożeń dla naszego zdrowia. – Gdyby taki stan miał potrwać dłużej (np. przez wiele miesięcy), to nagromadzenie znacznych ilości odpadów komunalnych groziłoby skażeniem powietrza, wód gruntowych i powierzchniowych – mówi jednak „Gminie”. – Mogłoby zatem stworzyć zagrożenie sanitarno-epidemiologiczne, z uwagi na duży udział substancji organicznych, sprzyjających rozwojowi mikroorganizmów chorobotwórczych.

Władze jak zwykle nie widzą problemu. Czy tym razem też jakoś to będzie?

poniedziałek, 24 czerwiec 2013 23:42

URZĘDOWY OPTYMIZM

Napisane przez

Na finiszu przygotowań do wejścia w życie ustawy śmieciowej redakcja „GMINY” postanowiła sprawdzić u źródła, jaka sytuacja i jakie nastroje panują w polskich samorządach. Na sondaż, jaki rozesłaliśmy gminom odpowiedziało w dniach 6-13 czerwca przeszło dwustu respondentów. Wnioski, jakie z niego płyną są pocieszające: w olbrzymiej mierze urzędnicy deklarują, że jesteśmy gotowi na nowy system. Ale to może być złudny optymizm.

194 zebrane ankiety podzieliliśmy na trzy grupy, zgodnie z rodzajem odpowiadającej JST: gminy miejskie, gminy miejsko-wiejskie oraz gminy wiejskie. Mimo że wyniki sondażu są zbliżone w przypadku wszystkich tych grup, wskazują również na istotne różnice w ich sytuacji. Dlatego też prezentujemy je oddzielnie dla każdej z nich.

Bardzo dobrze o sobie, nieźle o mieszkańcach

Przede wszystkim postanowiliśmy sprawdzić, jak stan przygotowań oceniają samorządy – zarówno w odniesieniu do siebie samych, jak i stopnia przygotowania mieszkańców. Na pytanie, jak gminy oceniają swoją gotowość do wprowadzenia przepisów ustawy, nasi respondenci mogli odpowiedzieć: „bardzo dobrze”, „nieźle”, „słabo” lub „gmina nie jest przygotowana”.

Z zebranych przez nas odpowiedzi wynika, że w polskich samorządach dominuje dobre samopoczucie, choć nieco naznaczone niepewnością – w grupie gmin miejskich niemal połowa miast wybrała wariant „bardzo dobrze” i taka sama grupa „nieźle” (po 48 proc. odpowiedzi, jedna z gmin nie odpowiedziała na to pytanie). Nieco gorsze nastroje panują wśród gmin miejsko-wiejskich. „Bardzo dobre” przygotowanie deklaruje tu już jedynie 15 proc. odpowiadających, „niezłe” jednak – aż 80 proc. (dwie gminy przyznały, że są „słabo” przygotowane). W podobny sposób kształtują się również deklaracje gmin wiejskich: „bardzo dobrze” przygotowanych jest 20 proc. (24 gminy), „nieźle” – 74 proc. (88 gmin), „słabo” – 5 proc. (6 gmin).

Wynika z tego, że miasta czują się zdecydowanie lepiej przygotowane niż mniejsze ośrodki. – Rzeczywiście, wokół śmieciowych problemów miast jest więcej szumu, ale chyba też to właśnie one lepiej się przygotowały do nowych przepisów. I chyba też w większym stopniu konsultowano z nimi zapisy nowej ustawy – mówi nam prof. Eugeniusz Sobczak, ekspert Politechniki Warszawskiej. Jak podkreśla, w przypadku mniejszych jednostek deklarowany stan może jednak odbiegać od optymistycznego obrazu, jaki odmalowują urzędnicy.

Za to już oceny przygotowania mieszkańców gmin zdają się być bliższe realiom – ale też może i łatwiej spojrzeć w bardziej realistyczny sposób na innych. Tylko w sześciu miastach urzędnicy ocenili przygotowanie obywateli jako „bardzo dobre” (19 proc.), choć wciąż olbrzymia większość uznawała je za „niezłe” (77 proc.), w jednym przypadku uznano, że mieszkańcy są „słabo” przygotowani do nowej ustawy. Ocena pogorszyła się w przypadku gmin miejsko-wiejskich, gdzie stan przygotowania mieszkańców oceniono jako „bardzo dobry” jedynie w 11 proc. przypadków, „niezły” w 75 proc. i „słaby” w sześciu przypadkach (13 proc.). Oceny nieco poprawiają się w przypadku gmin wiejskich: „bardzo dobrze” przygotowani są mieszkańcy 16 gmin z grona naszych respondentów (13 proc.), „nieźle” – 87 gmin (73 proc.), „słabo” – 12 gmin (10 proc.). Ale tu również pojawia się kategoryczne „mieszkańcy nie są przygotowani” – i to w dwóch przypadkach (niemal 1,69 proc.).

Optymizm na kruchych fundamentach

Postanowiliśmy skonfrontować powyższy wynik z rezultatami ogólnokrajowego składania deklaracji śmieciowych. Okazuje się, że gdyby spojrzeć w skali całego kraju, mniej więcej 80-90 Polaków złożyło deklaracje w terminie – czyli więcej niż co dziesiąty z nas ich nie złożył. – Wbrew pozorom 80 procent to nie jest zły wynik. W każdym społeczeństwie jest taki odsetek osób, który nie aktywizuje się w żadnej sprawie – podkreśla prof. Sobczak. Mnij więcej co czwarta gmina – bez względu na jej rodzaj – zebrała w terminie 90-100 proc. deklaracji. 44-48 proc. wszystkich gmin zebrało w terminie 80-90 proc. deklaracji. Problem jednak w tym, że aż kilkanaście procent wszystkich gmin zebrało raptem 50-80 proc. deklaracji, a są też pojedyncze gminy, które przyznają, że odsetek zebranych deklaracji nie przekroczył połowy zarejestrowanych mieszkańców, a nawet – 30 proc. mieszkańców. Ponownie, dotyczy to wszystkich rodzajów gmin.

Brak deklaracji oznacza brak informacji kluczowych z punktu widzenia przetargów, jakie gminy miały przeprowadzić przed 1 lipca. Tutaj nieco gorzej wypadają duże ośrodki: zarówno wśród gmin miejskich, jak i miejsko-wiejskich są takie, które otwarcie deklarują, że nie zdążą zakończyć postępowania w terminie (6 proc. gmin miejskich i 4 proc. gmin miejsko-wiejskich). Właściwie żadna z uczestniczących w badaniu gmin wiejskich nie zakłada większych kłopotów z przetargiem. Odsetek ten nie jest jednak wielki i może łatwo podlegać statystycznym błędom. – Brak deklaracji może jednak ostatecznie zaburzyć przebieg przetargów – ostrzega prof. Sobczak. – Przedsiębiorcy mogą powiedzieć, że podpisali umowę na określonych warunkach i nie zgodzą się na jej zmiany w sytuacji, gdy urząd będzie miał już pełny ogląd sytuacji – dodaje. Inna sprawa, że nierzadko gminy stają w obliczu jednej jedynej oferty, zawierającej cenę, która dalece przewyższa ich możliwości, nie mówiąc o obecnych szacunkach. Wtedy samorząd może czekać powtórka z przetargu, co w oczywisty sposób zaburzy też obraz wyłaniający się z naszego sondażu. Kolejny problem będzie się wiązać z udziałem w postępowaniu spółek komunalnych. Biorą one udział w 45 proc. przetargów w miastach, 37 proc. w gminach miejsko-wiejskich oraz w 9 proc. w gminach wiejskich, co jasno pokazuje, że kontrowersje, które pojawiły się w Warszawie mogą stać się zmorą większych miast i miasteczek. Inna sprawa, że z informacji umieszczonych dodatkowo przez część naszych respondentów wynika, iż przynajmniej niektóre spółki komunalne próbują też walczyć o rynek nie tylko we własnej, ale też sąsiednich gminach.

A to wszystko to dopiero początek drogi. – Budowaliśmy oczyszczalnie, teraz będziemy, jak Polska długa i szeroka, budować zakłady utylizacji odpadów – zapowiada prof. Sobczak. Rzeczywiście, inwestycje zapowiada mniej więcej co druga gmina. 32 proc. uczestniczących w sondażu miast ma w tej sprawie konkretne plany, kolejne 22 proc. deklaruje taką chęć. W przypadku gmin miejsko-wiejskich wskaźniki wynoszą odpowiednio 28 i 26 proc., w przypadku wsi już tylko 19 i 22 proc. – Trzeba będzie znaleźć na to pieniądze. W grę wchodzą fundusze unijne, ale też jeden ze sposobów pokazał Poznań: to partnerstwo publiczno-prywatne – mówi prof. Sobczak. Jego zdaniem, zarządzanie obiektami służącymi do utylizacji musi mieć charakter komercyjny. – Gminy same sobie z tym nie poradzą – powątpiewa.

To i tak nie wyjdzie

Na koniec, nie tyle z naukowej pasji, ile zwykłej ciekawości zadaliśmy pytanie dalekie od statystyk: czy nasi respondenci spodziewają się, że nowy system zostanie płynnie wprowadzony w życie po 1 lipca? Okazuje się, że w gruncie rzeczy… tak. Choć przeciętnie co czwarta gmina wykręciła się od odpowiedzi, zaznaczając opcję „nie wiem”, to już 74,19 proc. miast, 64,44 proc. gmin miejsko-wiejskich i 69,49 gmin wiejskich odpowiedziało twierdząco. – To bardzo optymistyczny wynik, ale myślę, że jest też efektem braku świadomości co do czekających nas wyzwań – podkreśla prof. Sobczak.

Gwoli sprawiedliwości, wśród respondentów znaleźli się też kontestatorzy: jedno miasto, choć samo określiło swoje przygotowanie jako „bardzo dobre”, uznało, że system jest bez szans. Podobnie jedna z gmin miejsko-wiejskich oraz sześć gmin wiejskich. A jeden z naszych respondentów, poza swoimi odpowiedziami, dopisał też na marginesie: „TO I TAK NIE WYJDZIE”. Ot, dla kontrastu, urzędowy pesymizm.

poniedziałek, 27 maj 2013 14:10

PROBLEMY Z KOMUNIKACJĄ

Napisane przez

Z jednej strony kampanie społeczne, które mają zachęcić do przesiadania się do autobusów i tramwajów, z drugiej – podwyżki cen biletów i zmniejszanie liczby kursów. To w dwóch zdaniach diagnoza stanu komunikacji miejskiej w Polsce. I chociaż sytuacja w szczegółach różni się w rozmaitych miejscowościach ze względu na lokalne uwarunkowania, to ze świecą w ręku można szukać miejscowości, których mieszkańcy są zadowoleni z publicznego transportu.

W marcu br. warszawiacy dowiedzieli się, że ZTM – z powodu oszczędności – musi wycofać z ulic część autobusów. Tegoroczny budżet komunikacji jest mniejszy w sumie o 190 milionów złotych. W pierwszej wersji cięcia i zmiany objęły blisko 40 tras autobusowych. I to mimo niedawnej, dość znacznej podwyżki cen biletów. Największe protesty wywołała zapowiedź likwidacji linii 175 na Lotnisko Chopina. ZTM uznał początkowo, że popularną linię mogą zastąpić… pociągi. Ostatecznie – po setkach petycji i akcjach zbierania podpisów – Zarząd się ugiął: autobusy linii 175 zostaną, ale będą kursować rzadziej. Udało się też uratować linię 521.

I chociaż Zarząd Transportu Miejskiego twierdzi, że przychylił się do próśb pasażerów, to większość z zapowiedzianych zmian i tak zacznie wchodzić w życie już od czerwca. W stolicy szykują się zatem wakacje w atmosferze napięcia. Zwłaszcza, że nie były to pierwsze ograniczenia komunikacji miejskiej w tym roku. W styczniu warszawskie metro zlikwidowało bowiem nocne kursy. Decyzja ta wywołała nie tylko kolejną internetową falę złośliwości pod adresem prezydent Warszawy, Hanny Gronkiewicz-Waltz – do gry włączyli się także burmistrzowie dzielnic, a przede wszystkim rządzący na Ursynowie Piotr Guział, który zaproponował, by to dzielnice „zrzuciły się” na nocne kursy. Bezskutecznie.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 13:58

DEKLARACJE – KOLEJNY ZAKRĘT ŚMIECIOWEJ REWOLUCJI

Napisane przez

Jak Polska długa i szeroka urzędy rozsyłają do mieszkańców deklaracje śmieciowe. Proces nie odbywa się jednak bezproblemowo – bywa, że mieszkańcy nie spieszą się z wypełnianiem i przekazywaniem urzędnikom formularzy. Inni narzekają na konieczność ujawnienia danych, które dalece wykraczają poza informacje konieczne dla sprawnego działania systemu. Gdy do tego dołożyć kampanię informacyjną, której daleko do intensywności, wydaje się, że polska rewolucja śmieciowa wchodzi w kolejny chaotyczny etap realizacji.

Nad wszystkimi, którzy nadmiernie zwlekają z wypełnieniem deklaracji wisi miecz Damoklesa: czekają ich mandaty, podwyższone opłaty za wywóz odpadów, a nawet – odmowa opróżniania ich pojemników na śmieci. Problem dotyczy w szczególności dużych miast, takich jak Warszawa, Toruń czy Bielsko-Biała. Tamtejsi urzędnicy będą na własną rękę decydować, jakiej wysokości i za ile osób naliczyć opłaty. W analogicznej sytuacji Gdańszczanie będą otrzymywać mandaty, których wysokość może sięgać nawet 2800 złotych, a w Rudzie Śląskiej urzędnicy odmówią realizacji wywozu śmieci.

Deklaracje jak dokumenty skarbowe

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest traktowanie deklaracji śmieciowych w sposób identyczny z dokumentami skarbowymi. Osoby, które nie dostarczą w terminie deklaracji, popełnią wykroczenie skarbowe. A wbrew pozorom, rzecz może dotyczyć dziesiątek tysięcy Polaków – według informacji urzędu miejskiego w Olsztynie, w terminie „wyrobiła się” mniej niż połowa mieszkańców. Do końca kwietnia do ratusza spłynęło przeszło 6 tysięcy deklaracji, w których znalazły się informacje dotyczące 60 tysięcy osób. Problem w tym, że w mieście żyje 175 tysięcy osób, co oznacza, że „zadeklarowała” się właściwie co trzecia.

W tym przypadku urzędnicy wykazali się tolerancją – lub obawą przed konfliktem z lokalną społecznością – i przedłużyli termin składania deklaracji na maj. – Złożona ilość deklaracji nie jest imponująca. Dlatego, mimo że z końcem kwietnia mija termin ich składania, będziemy te deklaracje przyjmować jeszcze w pierwszych dniach maja – precyzował Bartosz Kamiński z urzędu miasta. Postanowiono też nieco ułatwić składanie deklaracji: poza samym ratuszem mieszkańcy mogli przekazać dokumenty również w biurze obsługi klienta, jakie działa w jednym z olsztyńskich hipermarketów, a ostatecznie – wysłać je pocztą.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

środa, 24 kwiecień 2013 20:37

NIELEGALNE WYSYPISKA BĘDĄ NADAL ISTNIAŁY

Napisane przez

Z Wójtem Gminy Czosnów, Antonim Kręźlewiczem rozmawia Grzegorz Bliźniuk

GRZEGORZ BLIŹNIUK: Czy wdrożenie wymogów ustawy śmieciowej w gminie Czosnów będzie zadaniem łatwym, czy wręcz przeciwnie – nastręczy wielu problemów?

ANTONI KRĘŹLEWICZ: Wdrożenie „ustawy śmieciowej” będzie dla nas bardzo trudne. Mocno zbiurokratyzowała ona czynności związane z recyklingiem odpadów. Jej twórcy chcieli, abyśmy do 2020 roku doprowadzili do europejskiego poziomu zbiórki selektywnej z obecnych 10 procent do 50 procent wszystkich odpadów. Trudne jest to również dlatego, że nie mamy odpowiednich narzędzi, aby niejako „w biegu” przejąć wszystkie obowiązki w zakresie gospodarki odpadami. Musimy zbudować odpowiednią obsługę administracyjną całego zagadnienia, punkty selektywnej zbiórki odpadów oraz przeprowadzić bardzo trudną procedurę zamówień publicznych.

Pewnym problemem jest również ustalenie, gdzie kto mieszka. Przepisy ustawy nakazują bowiem odbiór odpadów od wszystkich mieszkańców. W naszej gminie wielu mieszkańców zamieszkuje         w budynkach nieodebranych, które mają jeszcze status formalny budowy. Są również mieszkańcy, którzy faktycznie mieszkają w naszej gminie, ale są zameldowani gdzie indziej. Łącznie szacuje się, że mieszkańców o nieunormowanym statusie jest około 15 do 20 procent. Dlatego uruchomiliśmy sołtysów i innych naszych urzędników, aby ustalić skąd odpady powinny być odbierane. Ustawa nakazuje nam bowiem odbiór odpadów od wszystkich naszych mieszkańców – bez względu na ich status formalny.

Jest też inny problem, jakiego my w Czosnowie na szczęście nie mamy. Kłopot dotyczy zakładów komunalnych wywożących odpady. Teraz takie zakłady muszą stanąć do przetargów. Co się stanie, kiedy ich nie wygrają? Taki zakład trzeba będzie rozwiązać. Warto pamiętać, że wiele gmin otrzymało dotacje unijne na uruchomienie tych zakładów. Jak zatem je utrzymać zgodnie z wymaganym okresem trwałości inwestycji finansowanych z funduszy UE? Jeżeli nie będą one mogły wywozić odpadów, bo nie wygrają u siebie przetargów, to będą musiały być zlikwidowane. Wtedy gminy staną przed zagrożeniem koniecznością zwrotu otrzymanych wcześniej dotacji. Z czego wziąć na to środki? Z budżetów gmin? Mamy więc do czynienia również z dużym problemem formalnym i ekonomicznym.

Nowe zasady recyklingu mają doprowadzić do zlikwidowania nielegalnych wysypisk śmieci. Czy Czosnów również boryka się z tym problemem?

Tak. Znamy takie nielegalne wysypiska na obrzeżach Puszczy Kampinoskiej oraz nad Wisłą. Nie są to duże wysypiska, ale raczej miejsca porzucania odpadów. Nie sądzę jednak, aby nowe zasady gospodarki odpadami całkowicie zlikwidowały ten problem. Jeżeli ktoś zapłaci za wywóz, to swoje śmieci zapewne wystawi przed bramę. Jednak chyba nie wszyscy będą wyrzucać śmieci prawidłowo. Dotyczy to zwłaszcza odpadów budowlanych czy przemysłowych. Myślę, że nielegalne wysypiska będą istniały nadal. Będziemy obserwować to zjawisko i podejmować działania zamierzające do wyeliminowania takich zachowań.

W jaki sposób będzie organizowany recykling odpadów w Czosnowie?

Recykling zaczyna się od selekcji odpadów w domach. Następnie firma, która odbiera odpady ma obowiązek przekazać je do instalacji odzysku i unieszkodliwiania, zgodnie z hierarchią postępowania z odpadami, o której mowa w ustawie o odpadach.Gmina Czosnów nie będzie zatem organizować własnej sortowni, czy spalarni śmieci.

Często mamy do czynienia z problemem złej jakości dróg gminnych i prywatnych w porze roztopów wiosennych, czy też wzmożonych opadów deszczu. Często drogi są wąskie i trudno dostępne. Duże śmieciarki mogą nie poradzić sobie z utrudnionym dojazdem, a nie można też wymagać od mieszkańców przewożenia śmieci do miejsc łatwo dostępnych. Czy gmina bierze to pod uwagę?

Bierzemy pod uwagę ten aspekt. Sytuacje ekstremalne trzeba jednak rozpatrywać indywidualnie. Firma wywożąca musi wtedy przysłać mniejszy samochód. Myślę jednak, że takie kłopoty będą rzadkie i poradzimy z nimi sobie w sposób indywidualny. Uwzględniamy to również w warunkach przetargu, który ogłaszamy w związku z koniecznością odbioru odpadów od mieszkańców. Firma, która wygra przetarg będzie musiała poradzić sobie z takimi utrudnieniami, jeżeli one wystąpią. Nie pozostawimy mieszkańców z ich odpadami samymi sobie.

Co się stanie, jeżeli gmina nie rozstrzygnie przetargu na czas? Mieszkańcy muszą przecież wcześniej wypowiedzieć swoje indywidualne umowy na wywóz odpadów.

Nie pozostawimy mieszkańców gminy Czosnów bez opieki. Przewidzieliśmy odpowiednie ruchy zaradcze do czasu rozstrzygnięcia przetargu w sytuacji, gdybyśmy nie podpisali odpowiedniej umowy do dnia 1 lipca 2013 r. Ustawodawca dał nam tutaj odpowiednie możliwości. Dlatego też nasi mieszkańcy nie powinni niczego się obawiać.

Dlaczego nowe koszty wywozu odpadów będą wyższe niż jest to obecnie? Problem dotyczy całej Polski.

Wywóz odpadów zgodnie z nowymi zasadami podlega dużo większym rygorom proceduralnym niż to miało miejsce do tej pory. Każde wysypisko musi mieć specjalne certyfikaty. Wiele dotychczasowych wysypisk będzie musiało być zamkniętych. Dojdą nowe składowe kosztów, jakich do tej pory nie było. Podczas kalkulacji naszej ceny braliśmy pod uwagę koszty administracyjne, koszty wywożenia odpadów wyłącznie na wysypiska certyfikowane spełniające wyższe standardy, koszty organizacji stałego punktu selektywnej zbiórki odpadów, koszty organizacji odpowiedniej bazy. Do tej pory takich kosztów nie trzeba było ponosić.

Dziękuję za rozmowę.

sobota, 23 marzec 2013 13:57

DEMONIZOWANY ZWROT MAJĄTKU

Napisane przez

Zwrot majątków przedwojennym rodzinom ziemiańskim budzi często sporo emocji. Zwłaszcza kiedy sprawy dotyczą takich obiektów jak Ogród Saski w Warszawie, czy zamek w Dzikowie. W prowadzonych bataliach między spadkobiercami, a państwem często nie chodzi jedynie o sprawy materialne. Dla tych, którzy odzyskali dawny majątek rodzinny, bywa to dopiero początek kłopotów. Z kolei dla gmin – wybawienie, gdyż nie muszą łożyć na utrzymywanie zabytkowych obiektów.

Obory to podwarszawska wieś o niezbyt eleganckiej nazwie w dużo bardziej „rozpoznawalnej” gminie Konstancin-Jeziorna. Mało kto jednak wie, że sam Konstancin powstał z istniejących tam od wieków tzw. majątków oborskich. W XVII w. należały one do wojewody krakowskiego Jana z Wielopola, pod koniec tego samego wieku zostały kupione przez hrabiego Kaspra Potulickiego herbu Grzymała. Jedna z hrabin Potulickich część majątku przekazała w testamencie swojej siostrze – Konstancji, i z niego właśnie powstał Konstancin.

Gąszcz sprzecznych decyzji

Majątek oborski pozostawał własnością Potulickich do 1944 r., kiedy to niemieckie władze odebrały go w wyniku represji za udział trojga członków rodziny w Powstaniu Warszawskim. Jednocześnie we wrześniu 1944 r. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydał dekret o reformie rolnej. Zgodnie z nim na rzecz Skarbu Państwa przechodziły nieruchomości ziemskie, w których znajdowały się użytki rolne o określonych wielkościach. Pierwotni właściciele pozbawiani byli własności, bez jakiegokolwiek odszkodowania. Tak też stało się z majątkiem oborskim, w tym wybudowanym w XVII w. pałacem. W 1947 r. ówczesny prezes Związku Literatów Polskich (ZLP) Jarosław Iwaszkiewicz skierował do ministra kultury prośbę o stworzenie tu miejsca pracy dla literatów. W ten sposób pałac w Oborach został oddany w użytkowanie ZLP i przeznaczony na Dom Pracy Twórczej im. B. Prusa. Po upadku komunizmu majątek nadal pozostał w użytkowaniu ZLP, poprzez Fundację Domu Literatury i Domów Pracy Twórczej.

W 1999 r. działalność Fundacji przestała być dotowana przez ministerstwo kultury i, żeby utrzymać pałac i park, uruchomiła ona w pałacu hotel i restaurację. W tym samym czasie starania o odzyskanie majątku rozpoczęła córka ostatniej właścicielki majątków oborskich – Teresa Potulicka-Łatyńska. Skierowała wniosek do wojewody mazowieckiego o wydanie decyzji stwierdzającej, że 10-hektarowa część pałacowo-parkowa całego majątku oborskiego (według różnych danych rozciągającego się nawet na 900 ha) nie podlegała działaniu dekretu o reformie rolnej. Wojewoda stwierdził jednak inaczej – że ta część również podlegała dekretowi, a jego rozstrzygnięcie podtrzymał minister rolnictwa i rozwoju wsi. Spadkobierczyni skierowała więc skargę do sądu.

W 2003 r. Naczelny Sąd Administracyjny uchylił decyzje ministra oraz wojewody, stwierdzając, że w żaden sposób nie zbadali oni, czy część pałacowo-parkowa stanowiła nieruchomość ziemską służącą wykorzystaniu na cele rolne. Zanim wojewoda wydał nową decyzję, Potulicka-Łatyńska wniosła pozew do Sądu Okręgowego w Warszawie o wydanie nieruchomości. Sąd oddalił jednak jej roszczenie, argumentując to brakiem decyzji administracyjnej, czy część pałacowa-parkowa podlegała dekretowi. Kobieta wniosła apelację, a jej rozpoznanie zostało zawieszone do wydania decyzji administracyjnej. Gdy sprawa ponownie trafiła do wojewody mazowieckiego, ten początkowo ją umorzył, bo – jak stwierdził – nie istnieje przepis, który umożliwiałby rozstrzygnięcie jej w drodze administracyjnej. Ostatecznie jednak, po formalnych komplikacjach oraz zapadłej w międzyczasie uchwale NSA z 2011 r. zezwalającej na wydawanie decyzji w takich sprawach, wojewoda stwierdził w sierpniu 2012 r., że część pałacowo-parkowa nie podlegała przepisom dekretu, bo nie była związana z zarządzaniem gospodarstwem rolnym. Decyzja wojewody została zaskarżona i sprawa ponownie czeka na rozpatrzenie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Zwroty niepożądane i pożądane

Sprawa majątku w Oborach może służyć za symbol tego, jaką drogę muszą pokonywać spadkobiercy dawnych właścicieli próbując odzyskać swoje majątki. A wynik nigdy nie jest pewny. Nie odstrasza to jednak rodzin. Zwłaszcza tych, które stać na czekanie i toczące się latami procedury.

120 hektarów na obrzeżach Poznania zamierzają odzyskać spadkobiercy rodziny Mycielskich, która utraciła majątek na mocy reformy rolnej z 1944 r. Znajdują się na nich między innymi budynki mieszkalne oraz las. Z kolei rodzina Tarnowskich żąda zwrotu utraconych po wojnie nieruchomości w Tarnobrzegu, jest wśród nich jedna z największych atrakcji turystycznych w regionie, czyli zamek dzikowski. Obiekt jest od kilku lat gruntownie remontowany na potrzeby Muzeum Historycznego Miasta Tarnobrzega dzięki środkom samorządowym i unijnym.

Stosunek samorządów wobec roszczeń jest bardzo różny i zależy przede wszystkim od stanu obiektów o które toczy się spór i ich przeznaczenia. – Do całej sprawy podchodzimy bardzo spokojnie. Jako samorząd nie jesteśmy stroną sprawy, ponieważ państwo Tarnowscy domagają się zwrotu ogromnego majątku od Skarbu Państwa i właścicieli prywatnych. Ja, jako prezydent miasta, szanuję prawo byłych właścicieli do zwrotu ich majątku. Roszczenia są jednak wobec Skarbu Państwa, a ja nie mam na to wpływu – dyplomatycznie mówił w jednym z wywiadów prezydent Tarnobrzega, Norbert Mastalerz. – Pragnę jednak zauważyć, że np. na odnowę Zamku Dzikowskiego wydaliśmy z publicznych pieniędzy kwotę 12 mln zł, w tym 6 mln zł pochodziło ze środków UE. Skutkuje to tzw. trwałością projektu, czyli przez najbliższych 5 lat nic w kwestii Zamku się nie zmieni, albo konieczny będzie zwrot całej dotacji. My, jako samorząd, musimy spokojnie czekać na rozwój sytuacji i decyzję wyższych organów – skwitował.

Nie jest tajemnicą, że wspomniane przez niego „publiczne pieniądze” to w lwiej części pieniądze samorządowe i byłoby mu wyjątkowo nie na rękę, gdyby zamek wrócił do Tarnowskich. Zdarzają się jednak przypadki, kiedy zwrot majątków jest z punktu widzenia gmin jak najbardziej korzystny. Maciej Rudziński, wnuk właściciela majątku w Osieku, w powiecie oświęcimskim, odzyskał rodzinny pałac po prawie 20 latach walki w sądach. – Dobrze się stało, że właściciel odzyskał posiadłość. Gminy nie byłoby stać na utrzymanie takiego zabytkowego budynku – cieszył się Jerzy Mieszczak, wójt gminy Osiek.

Domy pradziadów

To, co cieszy gminy, bywa jednak początkiem zmartwienia właścicieli, którzy odzyskali majątek. Sztandarowym przykładem jest tutaj sprawa rodziny Zamoyskich. Po wielu latach walk sądowych Marcin hr. Zamoyski (prezydent Zamościa od 1990 r.) odzyskał hektar Ogrodu Saskiego w Warszawie. W akcie notarialnym wymienione zostały dozwolone formy zabudowy – m.in. cukiernie, pergole czy fontanny. Jednak każdy z tych pomysłów musi zostać wcześniej zatwierdzony przez konserwatora zabytków, który nie pozwala nawet na… wyłożenie alejek kostką.

Jednocześnie właściciel jest zobowiązany do pielęgnowania i sprzątania swojej części ogrodu, co kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Jak przyznają Zamoyscy, warto jednak ponosić te koszty – chociażby dla satysfakcji. W znacznie gorszej sytuacji jest właścicielka zespołu pałacowo-parkowego w Jaszczurowej, w gm. Mucharz. W pałacu przez lata mieścił się dom dziecka. Budynek jednak nie był remontowany i popadł w ruinę. – Dzieci wyprowadziły się w 2003 r., bo nie dało się tam dłużej mieszkać – tłumaczy Maria Teczel-Zgud, właścicielka majątku. Kobieta walczyła o swój majątek 16 lat i chociaż odzyskała go w 2009 r., to wciąż nie udało się go wyremontować. – Szukamy inwestora, który nam pomoże. Na razie parter jest naprawiony i przyjeżdżamy tam na wakacje – mówi.

Jeśli dawni właściciele decydują się na zatrzymanie odzyskanych majątków i udaje im się na nich zarabiać, nie są to z reguły oszałamiające pieniądze. Tarnowscy z Dukli – którym kilka lat temu udało się odzyskać kilka budynków w centrum miejscowości – za dzierżawienie pomieszczeń na przedszkole i bibliotekę dostają od gminy miesięcznie 4 zł za m kw. Z kolei 3,5 zł za m kw. to kwota, którą muszą uiścić lokatorzy kamienic należących do rodziny. Wynika to z faktu, że wycena  poszczególnych budynków jest nieprawdopodobnie niska. Np. wartość ratusza, który rodzinie udało się odzyskać, to 59 tys. zł.

Zazwyczaj jednak dawni właściciele, zachowując majątek, nie nastawiają się na zarabianie. Krasiccy, którym udało się odzyskać zamek w Lesku, zamierzają powołać rodzinną spółkę, która zarządzałaby odzyskanym majątkiem. – Dla dużej i rozsianej po całym świecie rodziny Lesko jest miejscem wyjątkowym. Wreszcie będziemy mogli się spotkać w domu należącym do naszych pradziadów – mówi Ignacy Krasicki junior, współwłaściciel agencji PR Art-Media. Ma to być też miejsce służące lokalnej społeczności. – Tak jak przed wiekami będzie tętnić życiem kulturalnym – zapewnia.

sobota, 23 marzec 2013 13:50

MARUDERZY DOSTANĄ PO KIESZENI

Napisane przez

Z Przewodniczącym senackiej Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej, senatorem Januszem Sepiołem, rozmawia Mariusz Janik

MARIUSZ JANIK: Do wejścia w życie znowelizowanej ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach pozostało zaledwie kilka tygodni. Czy polskie gminy, biorąc pod uwagę dotychczasowe opóźnienia i spory, zdążą w tym terminie z wprowadzeniem wszystkich wymaganych zmian?

JANUSZ SEPIOŁ*: Jestem optymistą. Wydaje mi się, że wcześniej część gmin zachowała się bardzo racjonalnie, wstrzymując realizację przewidzianych ustawą procedur – kiedy było wiadomo, że Senat wprowadzi jeszcze poprawki do tego aktu. Ustawa została jednak znowelizowana – i teraz nie ma już na co czekać: więcej zmian nie będzie, dalsze wstrzymywanie się od działań to wyłącznie strata czasu.

Jak poprawki Senatu zmieniły ustawę śmieciową?

Przede wszystkim dotykały najważniejszej w odbiorze społecznym kwestii, czyli sposobu naliczania opłat. Do tej pory sytuacja była „sztywna” – konieczne było przyjęcie jednego z kryteriów wyliczania ceny usług. Senat stworzył możliwość stosowania podejścia indywidualnego oraz różnicowania obszarowego. W efekcie powstają zupełnie nowe możliwości kształtowania ceny odbioru śmieci. Nie jest to więc jakaś drobna poprawka stylistyczna, lecz zasadnicza zmiana merytoryczna.

Co teraz stanie się z ruchem przeciwników ustawy?

Kto złożył skargę do Trybunału Konstytucyjnego, ten raczej się z niej nie wycofa. Ale myślę, że poprawki odebrały przeciwnikom ustawy znaczną część argumentów, również tych uzasadnionych. Tylko najbardziej zdeterminowani będą dalej się sprzeciwiać. Praktyka powinna jednak uspokoić nastroje.

Ustawa weszłaby w życie tak czy inaczej, w tej formie czy innej. Warto było się buntować?

Te samorządy, które poczekały z przyjmowaniem stosownych uchwał i rozwiązań, na pewno nie zrobiły błędu. Ale zaskakuje mnie lęk – a właściwie pogłoski – dotyczący radykalnego zwiększenia kosztów dla producentów śmieci. Bo cóż się w rzeczy samej zmienia? Śmieci będziemy teraz zbierać więcej, więc w gruncie rzeczy koszty powinny spaść. A wygląda na to, że koszty będą rosły…

Według niektórych szacunków nawet o 100 procent!

Rzeczywiście, może być tak, że dla pewnej grupy producentów śmieci mogą one istotnie wzrosnąć. Ale za to dla innych powinny w znacznej mierze spaść. To jest związane ze sposobami naliczania opłat: przy kryterium powierzchni dla jednej osoby mieszkającej w lokalu zapewne wzrosną, przy liczeniu na podstawie zużycia wody – im więcej jest użytkowników, albo im więcej cieknących kranów, tym cena będzie wyższa. Jednak per saldo nie ma powodów, żeby opłaty rosły.

Mam inne podejrzenie: część samorządów może chcieć wykorzystać tę sytuację dla podniesienia swoich dochodów i poprawy stanu finansów. Mieliśmy już taki przypadek przy okazji zmian dotyczących opłat za przedszkola. Ustawa pozwoliła samorządom na swobodne kształtowanie tych opłat – i okazało się, że wszędzie gwałtownie wzrosły. Czy i tym razem, zasłaniając się wymogami ustawowymi, gminy nie chcą zrobić interesu? Nie wiem, ale muszę przyznać, że sytuacja budzi pewne podejrzenia.

Ależ, gdyby gminy miały na tym zarobić, wszystkie uchwały już dawno byłyby podjęte, a przetargi rozstrzygnięte. Nie byłoby mowy o żadnym buncie śmieciowym!

Gdyby było to takie ewidentne, byłyby też konsekwencje polityczne – przy urnach wyborczych. Już przecież widzimy napięcia społeczne, jakie towarzyszą wprowadzaniu nowych rozwiązań. Zresztą może dotyczą one tych miejsc, gdzie większość mieszkańców do tej pory pozbywała się śmieci w lasach i potokach? Sytuacja wzrostu jednostkowych cen przy pełniejszym zbiorze śmieci wymyka się jednak logice. I to dodatkowo w sytuacji, gdy firmy zajmujące się tym zbiorem muszą zostać wybrane w przetargu, czyli w postępowaniu konkurencyjnym. Generalnie w takim przypadku ceny powinny być niższe niż w przypadku monopolu, jaki wcześniej w wielu miejscach należał do przedsiębiorstw komunalnych.

Przecież to nowe przepisy tworzą de facto monopole. Na poziomie każdej gminy będziemy odtąd skazani na jedną firmę. Podpisana na kilka lat umowa „na wyłączność” wyeliminuje w tym okresie całą konkurencję, która nie będzie miała na czym zarabiać. I padnie.

Sporo zależy od roztropności władz danej gminy. Od tego, co będzie przedmiotem przetargu, na jakie obszary będą rozpisane poszczególne postępowania. Proszę pamiętać, że istnieje możliwość podzielenia gminy na mniejsze jednostki. Oczywiście, jeżeli robimy przetarg na całą gminę, ustanawiamy nowy monopol, narażamy się na sytuację, w której jedna firma będzie wkrótce dyktować warunki. Ale już mając kilka przetargów obszarowych, to mamy kilka firm w obrębie gminy, możemy porównywać ceny, jakość i efektywność ich pracy. Łatwo też można jedną firmę zastąpić inną. Konkurencja zostaje zachowana.

Silna, dominująca, dysponująca zapleczem finansowym i organizacyjnym firma wygra wszędzie, nawet zaniżając cenę na jakiś czas. Mało było takich przypadków?

Od tego mamy Urząd Antymonopolowy, żeby zapobiegał nadmiernej koncentracji. Pytanie tylko, kiedy do niej dochodzi: czy w sytuacji, gdzie dana firma ma połowę gmin w Polsce, czy tylko na przykład całą Warszawę.W każdym bądź razie, jeżeli Urząd uzna, że któraś z firm narusza przepisy antymonopolowe, może zakazać jej startu w kolejnych przetargach.

Tak czy inaczej wyniki tych przetargów zdecydują o „być albo nie być” wielu firm zajmujących się zbieraniem śmieci. Nie grozi nam wobec tego fala skarg na rozstrzygnięcia przetargów?

Wydaje mi się, że ten rynek jest duży i rozproszony. Konkurencja jest na nim sytuacją normalną. Gminy, w których przedsiębiorstwa komunalne obsługują całość albo znaczną część rynku, to mniejszość. Sytuacja, o której Pan mówi, jest możliwa teoretycznie, ale nie praktycznie.

Te małe firmy, które przegrają na swoim terenie, a nie będzie im się opłacało przenosić działalności gdzie indziej, mogą rzeczywiście paść. Ale takie są prawa gospodarki rynkowej. To podobnie, jak z problemami firm budowlanych – nie tak dawno przez Polskę przetoczyła się fala upadłości w tej branży. Ale nie ubolewałbym nad tym, bo najczęściej rzecz dotyczyła firm, które nie zatrudniały murarzy czy operatorów koparek, ale hordy prezesów i prawników. Robotę i tak wykonywał ktoś inny.

A jak te nowe rozwiązania przełożą się na czystość naszych lasów i rzek?

To, co za – powiedzmy – trzy lata będzie się działo w naszych lasach i potokach, to podstawowe kryterium oceny, czy nowa ustawa działa. Przy czym na te skutki również trzeba patrzeć przez pryzmat indywidualnych uwarunkowań: gęstości zaludnienia i zalesienia, czy tego, do kogo należą lasy.

Weźmy Małopolskę – obszar gęsto zaludniony, z dużą ilością lasów prywatnych. Tam przed laty sytuacja była dramatyczna. Gdy byłem marszałkiem województwa małopolskiego, co jakiś czas przeznaczaliśmy ogromne środki na utylizację dzikich wysypisk śmieci. Jak tylko kończyła się jedna akcja, zaczynała się następna. W miejsce jednego usuniętego wysypiska powstawało nowe. Ze wstydem przyznaję, że na południu Polski wciąż uważa się, że najlepszym miejscem wyrzucania odpadów są potoki. Wiosną przyjdzie „duża woda” i zabierze wszystko, nawet starą wersalkę i opony.

Na szczęście, rośnie też świadomość problemu. Jest on poważny, ale już nie tak, jak dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Nowa ustawa śmieciowa wprowadza dodatkowo mechanizmy wymuszające segregację i minimalizację ilości odpadów. Tych elementów nowego prawa opinia publiczna w tej chwili jeszcze nie dostrzega, ale one – również przez politykę cenową – sprawiają, że będziemy musieli poświęcić naszym śmieciom więcej uwagi. Zmiana mentalności to również ważne kryterium działania tej ustawy.

Śmieci będzie więcej, będą posegregowane. Czy gminy są przygotowane na taką zmianę ilościowo-jakościową?

Nawet jeśli nie są, to będą. Przykładem na podobny proces jest ustawa o odpadach, wprowadzająca dla dużych regionów obowiązek utylizacji. W ślad za nią ruszył sektor prywatny – w tej chwili mamy aż nadmiar ofert na budowę instalacji utylizacyjnych. Są na to pieniądze, mamy znaczące wsparcie z funduszy unijnych – można zarobić, więc chętnych do działań nie brakuje. A więc nawet jeśli nie ma infrastruktury, to ona szybko powstanie.

Najważniejsze, by zwiększyć tę masę odpadów, przejąć ją w całości i zapewnić znacznie wyższy poziom recyklingu. Żeby nie trafiały na wysypiska, tylko były przerabiane i zasilały polską gospodarkę, z energetyką na czele. Nie wyważamy tu żadnych drzwi, wszystkie nasze sąsiednie kraje już przez to przeszły – czy to Dania, czy Niemcy albo Austria. To taka sama droga, jak u nich: przejęcie odbioru śmieci przez samorządy, centralizacja gospodarki odpadami, stworzenie specjalistycznych instytucji, wydzielenie odpadów niebezpiecznych i uciążliwych, osobny system ich zbioru i utylizacji. My tylko powtarzamy tę drogę z kilkuletnim spóźnieniem. I obyśmy mieli za kilkanaście lat taką sytuację pod względem ekologicznym, jak oni.

Kilkanaście lat to daleka perspektywa, tymczasem zostało nam kilka tygodni na dokończenie procedur. Co stanie się z maruderami?

Nie załamywałbym rąk, jeżeli dojdzie do opóźnienia o miesiąc czy dwa. Gorzej, gdy jakaś gmina nadal nie będzie wypełniać wymogów – i sytuacja ta przeciągnie się np. do końca roku. Są oczywiście różne metody mobilizacji takich działań, ale jedna z nich wydaje się być najbardziej skuteczna, spokojnie można ją realizować: to polityka finansowa Wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Gminy, które nie realizują założeń ustawy, powinny znaleźć się poza listą beneficjentów NFOŚiGW oraz WFOŚiGW. Zarządy województw w swoich programach operacyjnych, a więc w przydzielaniu pieniędzy z funduszy europejskich, również mogą kontrolować sytuację: czy gminy prowadzą politykę proekologiczną, czy też nie. Jeżeli nie prowadzą, nie widzę powodu udzielania pomocy rozwojowej.

No to mamy kij. A marchewka?

Ważne, żeby w dziedzinie koniecznych inwestycji gminy nie zostały same. To również zadanie dla Funduszy oraz władz wojewódzkich: powinny gospodarkę odpadami uczynić jednym ze swoich priorytetów. I wydaje się, że w tej sprawie nie ma kontrowersji – gdy spojrzymy na stan gospodarki wodnej, ochrony powietrza i ziemi, sytuację w dziedzinie gospodarki odpadami, od razu widać, że byliśmy tu „barbarzyńcami”. Musimy to odrobić. I bariera w tej dziedzinie nie ma charakteru finansowego, tylko mentalny: ważniejszym problemem od pieniędzy na odpowiednie instalacje jest to, że nie przywiązujemy choćby śladowej uwagi do segregowania swoich śmieci.

Za kilka lat przewidywany jest gruntowny „przegląd” funkcjonowania ustawy. Rzeczywiście do niego dojdzie, czy też musimy się liczyć z tym, że zatwierdzone właśnie rozwiązania pozostaną na lata?

Zobaczymy. Jest kilka dróg takiej oceny. Pierwszą przygotowuje najczęściej Najwyższa Izba Kontroli, monitorująca wszystkie nowo wprowadzane rozwiązania ustawowe, po roku czy dwóch od ich wejścia w życie. Druga wiedzie przez parlament: tam dochodzą informacje z terenu, „to działa” albo „to nie działa”. Tam przygotowywane są wnioski, ekspertyzy, nowelizacje. I jak widać, takich nowelizacji jest wiele. Jest też, oczywiście, kontrola polityczna: ktoś staje do wyborów i albo ma „dorobek”, albo nie.

Najtrudniej jest zorganizować taki gruntowny, systematyczny przegląd wszystkich przepisów ustawy. Tym bardziej, że niektóre tematy – model służby zdrowia, podziału administracyjnego kraju, systemu wyborczego – to „nie kończące się opowieści”. Tu reformy trwają wiecznie i być może takim też tematem będą śmieci.

Jeżeli jednak doszłoby do wprowadzenia zmian w ustawie, co konkretnie może się jeszcze zmienić? Gdzie są te bardziej „wrażliwe” punkty ustawy?

Być może za kilka lat będziemy mieć nowe pomysły na rozwiązania mieszane, pozwalające na ustalanie stawek na podstawie innych wskaźników lub ich połączenia. Wiele może się też zmienić w zakresie wymuszania segregacji i minimalizacji ilości odpadów – tu zmiany mogą pójść w stronę dalszego zaostrzania wprowadzanych właśnie przepisów. Już teraz jest przecież obszerny fragment dotyczący kar dla tych, którzy mieszają odpady różnego rodzaju. Liczę jednak, że przez te lata swoje zdziała też edukacja, nowe standardy i wzorce zachowań. One mogą złagodzić potencjalne bardziej uciążliwe konsekwencje stosowania ustawy – i nie ukrywam, że na to właśnie liczę najbardziej.

Dziękuję za rozmowę.

 

*JANUSZ SEPIOŁ – szef senackiej Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej, senator VII i VIII kadencji, były marszałek województwa małopolskiego

piątek, 22 luty 2013 15:21

Napraw dziurę w jezdni w Internecie

Napisane przez

Jak zyskać sobie przychylność mieszkańców i jednocześnie usprawnić działanie służb miejskich? Oczywiście, najłatwiej przez Internet. W gminach w całej Polsce zaczyna właśnie działać serwis www.naprawmyto.pl i może zrewolucjonizować pracę służb technicznych w kraju.

Wyobraźmy sobie Jana Kowalskiego, który zauważył, że nie działa latarnia na jego ulicy. Najpierw musi dowiedzieć się, który podmiot odpowiada za oświetlenie w jego miejscowości, znaleźć jego numer telefonu, a żeby miał pewność, że powiadomienie zostanie rozpatrzone, także adres, pod który wyśle oficjalną informację. Przy odrobinie szczęścia technicy przyjadą wymienić świetlówkę za jakieś dwa tygodnie. O ile pan Jan nie zniechęci się i faktycznie poinformuje odpowiednie służby o awarii.

Ten sam pan Jan w nowej, internetowej rzeczywistości pod tą samą, niedziałającą latarnią po prostu wyjmie telefon, wstuka w niego jedno zdanie i pójdzie dalej w swoją stronę. Nazajutrz światło znów będzie działać, a on dostanie e-maila z informacją, że sprawa jest już załatwiona. I pomyśli sobie, że mieszka w nowoczesnej gminie. Proste? I jak najbardziej realne.

Przyłączajcie się

To nie fantastyka, tylko system, który od ponad roku był testowany w 21 gminach Polsce. Nazywa się naprawmyto.pl i jego program pilotażowy okazał się tak dużym sukcesem, że organizatorzy chcą go właśnie wdrażać w kolejnych miastach, miasteczkach i wsiach. Przyłączyć się może każda gmina.

– Internet i nowe technologie to wyzwanie dla samorządów, ale też fantastyczne narzędzie dialogu z mieszkańcami. Mało kto chce dziś pisać tradycyjne listy. Dużo prościej i szybciej jest załatwić sprawę on-line i ludzie coraz częściej domagają się takiej możliwości – mówi Ewa Stokłuska z Fundacji Pracownia Badań i Innowacji Społecznych Stocznia, która koordynuje program naprawmyto.pl.

Kilka słów o systemie

System jest bardzo prosty. Po wejściu na stronę internetową trzeba wybrać swoją gminę. Zawiadamiający wpisuje krótką informację o usterce i podaje adres, a jeśli robi to z telefonu z GPS-em, urządzenie samo doda lokalizację do zgłoszenia. Może też dołączyć zrobione aparatem zdjęcie, ale nie musi.

Zgłoszenia podzielone są na kategorie i rejony, i automatycznie wędrują do dyżurnego odpowiednich służb. Wpis o pękniętej rurze trafi do wodociągów, o dzikim wysypisku śmieci – do służb sprzątających, dziura w jezdni – do drogowców, a niedziałająca latarnia – do władz dzielnicy, jeśli to akurat w ich gestii pozostaje oświetlenie na danej ulicy. Zgłoszenie ma różny status: najpierw jest po prostu powiadomieniem, później zmienia się na „w trakcie naprawiania”, w końcu w „naprawione”. Bywa też, że trafia do kategorii „nie będzie naprawione”. Informację o każdej zmianie statusu dostaje zgłaszający. Dzięki temu nasz Kowalski wie na bieżąco, co się dzieje z jego skargą. Nie wydzwania do urzędu, nie denerwuje się, że władze go zignorowały.

Oni już przetestowali

Rozwiązanie sprawdziło się na przykład w Lublinie, gdzie mieszkańcy zgłosili ponad 2000 alertów. Ponad 500 już udało się naprawić, 700 kolejnych jest naprawianych. Ludzie zgłaszają na przykład zapadnięte studzienki, uciążliwe kałuże, zerwane tabliczki z nazwami ulic.

Naprawmyto.pl działa w mniejszych miastach i w całkiem małych miejscowościach. W Markach pod Warszawą udało sie naprawić ponad 200 usterek. Od gałęzi klonu zasłaniających znak drogowy, po leżącego na jezdni psa rozjechanego przez samochód. Nawet w malutkiej podpoznańskiej gminie Czerwonak znalazło się coś do naprawienia. A konkretnie mieszkańcy zgłosili prawie 200 usterek, z których ponad sto naprawiono. Od usunięcia starej zamrażarki porzuconej w lesie, po naprawienie uszkodzonego drewnianego toru przeszkód, zagrażającego bezpieczeństwu bawiących się na nim dzieci.

Nie być obojętnym

– Ilość zgłoszeń i stopień ich realizacji zależy głównie od wsparcia, jakiego projektowi udzielają władze gminy i lokalne organizacje – mówi Ewa Stokłuska. I w Lublinie, i w Markach wszystkie miejskie służby dostały polecenie, żeby poważnie traktować zgłoszenia z systemu i naprawiać je możliwie szybko. W Markach system jest wspierany przez lokalną organizację pozarządową Grupa Marki 2020, która organizowała happeningi, zachęcające do korzystania z systemu: na przykład wieszała baner z napisem „tę dziurę udało sie naprawić”. Równie mocno lokalni społecznicy zaangażowali się w projekt w Toruniu, gdzie założono mu specjalny profil na Facebooku.

Teraz do systemu mogą zgłaszać się kolejne gminy. Organizatorzy przekonują, że warto: – Trzeba przestać myśleć, że to dodawanie sobie pracy. Skuteczna współpraca z mieszkańcami znacznie poprawia relacje władzy ze społecznością. Ludzie zaczynają wierzyć w społeczeństwo obywatelskie i czują się odpowiedzialni za miejsce, w którym żyją. Razem budują pozytywny wizerunek nowoczesnej gminy – zachęca Ewa Stokłuska.

 

Ile kosztuje udział w„naprawmyto.pl”?

Pilotażowy program finansowany był przez Fundację Batorego, teraz udział w nim jest płatny. Cały dochód przeznaczany jest na rozwój platformy, więc w zależności od ilości uczestniczących gmin może być taniej. Na początek wyznaczono następujące stawki:

–Gmina do 10 tys. mieszkańców – 250 zł miesięcznie lub 2750 zł rocznie.

–Gmina od 10 do 50 tys. mieszkańców – 350 zł miesięcznie lub 3850 zł rocznie.

–Gmina od 50 do 100 tys. mieszkańców – 500 zł miesięcznie – 5500 zł rocznie

–Gmina od 100 do 250 tys. mieszkańców – 750 zł miesięcznie – 8250 zł rocznie

–Gmina powyżej 250 tys. mieszkańców – 1000 zł miesięcznie – 11000 zł rocznie

W zamian organizatorzy oferują obsługę informatyczną, kod programu, podstronę na platformie, serwer, dostęp do panelu administracyjnego. Jest też model, według którego gmina może obsługiwać system siłami swoich, zatrudnionych w urzędzie, informatyków. Wszystkie informacje można uzyskać na stronie: www.naprawmyto.pl/Naprawmyto_pl_oferta.pdf

Jak to robią na świecie?

Wielka Brytania

Polski projekt jest wzorowany na podobnych, z powodzeniem działających, na Zachodzie. W Wielkiej Brytanii świetnie sprawdza się Fix my street (www.fixmystreet.com), czyli Napraw moją ulicę. System jest ogólnokrajowy. Tylko w styczniu udało się dzięki niemu naprawić 5,6 tysiąca usterek. Problemy Brytyjczycy mają podobne do nas: dziury w drogach, przepalone latarnie, śmieci w rowach.

Stany Zjednoczone

W dużych miastach, ale też małych miejscowościach w USA, działa ogólnokrajowy system See Click Fix (www.seeclickfix.com), czyli Zauważ, Kliknij, Napraw. „Obywatele, którzy zgłaszają nawet drobne sprawy i widzą, że są one naprawiane, chętniej angażują się w życie społeczności i czują się z tym lepiej” –piszą założyciele systemu.

Nowy Jork

Wielkie metropolie mają zbyt wiele spraw na głowie, żeby załatwiać je przez ogólnokrajowe rozwiązania. Dlatego Nowy Jork stworzył własny system o nazwie 311 (www.nyc.gov/311), który jest jednocześnie numerem telefonu alarmowego. Nieważne czy nowojorczyk zgłosi sprawę mailem, telefonicznie, listem czy przez aplikację w smartfonie –jest ona tak samo priorytetowo traktowana.

Warszawa

Rozwiązanie wzorowane na nowojorskim chce mieć też Warszawa. Znamy już numer nowego systemu, to: 19115. Już niedługo warszawiacy będą mogli zapomnieć wszystkie numery do służb miejskich i wpisać w komórki tylko ten jeden. Specjalny program przydzieli sprawę do odpowiednich komórek i tam ją skieruje.

Trwa budowanie infrastruktury informatycznej, aplikacji na telefony komórkowe, strony internetowej. Testy nowego rozwiązania mają się zacząć już w połowie 2013 roku. 

poniedziałek, 26 listopad 2012 18:31

POLSKA HISTORIA ŚMIECI: ODPADY NAGMINNE

Napisane przez

Bardzo dawno, po dojrzałym namyśle, ułożyłem sobie prywatny katalog rzeczy niemożliwych. Następnym krokiem było uporządkowanie go w formę rankingu.

Czołowe pozycje zajmują w nim sprawy związane z polskimi procedurami legislacyjnymi, w stosunku do których dojście do elementarnego choćby ładu widzi się niemożliwym. Podobnie jest z owocami owych procedur - nader szczodrze stanowionym prawem. Z tą szczodrością jest trochę tak, że obdarowani, adresaci, nie czują się z tym dobrze, zaś liczba tych, którzy rzecz nazywają „legislacyjną biegunką” rośnie w geometrycznym postępie.

Katalog katalogiem, ranking rankingiem, aliści sprawa jest poważna, bowiem wyłania się z obu nadzwyczaj niepokojący obrazek nazbyt lekkiego, po stronie legislatorów, podejścia do kilku wymogów, wynikających, choć pośrednio, z Konstytucji RP. Dwa z nich, ściśle zresztą z sobą powiązane, zasługują na szczególną uwagę. Mowa, jak nietrudno zgadnąć, o konsultacjach społecznych i ocenach skutków regulacji (OSR).

W stronę prawnego ładu

Całkiem niedawno można było przeczytać na stronach Ministerstwa Sprawiedliwości interesujący tytuł: „Deregulacja i proces stanowienia prawa – profesjonalizm, partycypacja, przejrzystość” – konferencja Ministerstwa Sprawiedliwości. Powiada się w tym budzącym nadzieję materiale, że:

„(...)Wśród zagadnień, nad którymi obecnie trwają prace w zakresie reformy rządowego procesu legislacyjnego i o których rozmawiano w trakcie dzisiejszej konferencji są: 1) kwestia przejrzystości procesu legislacyjnego, począwszy od etapu pre-legislacyjnego, poprzedzającego powstanie założeń i projektów ustaw; 2) kwestia konsultacji społecznych i udziału interesariuszy w stanowieniu prawa; 3) problem rzetelności i metodologii oceny skutków regulacji, zarówno przed wprowadzeniem nowych przepisów, jak i po pewnym okresie ich funkcjonowania”.

Być może na radość za wcześnie, jeśli jednak miałoby to oznaczać pierwszy krok ku ładowi w stanowieniu prawa w Polsce, może warto poświęcić trochę czasu na pracę nad czymś, co wydawało się mrzonką zrodzoną z tęsknoty za normalnością.

Nie przypadkiem sięgam po „normalność”, bo trafiłem przed kilku dniami na tekścik, który dzisiejszy stan naszej legislacji nazywa „paranoją w tworzeniu polskiego prawa”, zaś wagi krytycznej wypowiedzi przydaje fakt, że autorką określenia jest pani Prezes Polskiego Towarzystwa Legislacji. Ewa Polkowska, której znajomości przedmiotu odmówić nie sposób. Coś jest na rzeczy, chociaż pamiętam, że uważany za ojca nowoczesnej polskiej psychiatrii profesor Antoni Kępiński napisał: „Paranoja jest to logiczny system urojeń”. Przystając na zapożyczone do legislacji określenie trzeba by więc przyznać również, żealbo mamy do czynienia z osobliwym gatunkiem logiki albo, nie wiem, co gorsze, z niebezpiecznym urojeniem nieomylności legislatorów, którzy - za nic mając wagę społecznych konsultacji, regulują z zapałem wszystko, co im się pod rękę (pióro) nawinie.

Zebrało mi się na płacz przy lekturze pewnych wytycznych, które we wstępie komentują tę katastrofę szalenie wykwintnym językiem. Napisano tam otóż, że:

„Aktywność legislacyjna w Polsce charakteryzuje się dużą Intensywnością, (…..)  wciąż utrzymuje się wysoki wskaźnik tworzenia prawa - na poziomie jednej ustawy na dzień roboczy”.

Śmieciowy bubel

Trudno się więc dziwić, że przy takiej wydajności (intensywności) – jedna ustawa dziennie – trafia się, szkoda że coraz częściej, prawdziwy bubel. To, że się trafia to jeszcze pół biedy. Gorzej, że trafia w „interesariuszy” (gdzie jesteś Rado Ochrony Języka Polskiego?), których coraz częściej trafia szlag, kiedy dosięgają ich skutki obficie wytwarzanych arcydziełlegislacyjnej sztuki.

Chciałbym uniknąć zarzutu gołosłowia, wobec czego trzeba mi do konkretów.

Pierwszym, który przyszedł mi na myśl, z uwagi na towarzyszący sprawie rozgłos, jest przykład znowelizowanej ustawy, powszechnie, pewnie nie bez podstaw, nazywanej śmieciową. Podniosła się wrzawa, której z wszelką pewnością można było uniknąć, gdyby dochowano przewidzianego prawem obowiązku społecznych konsultacji i rzetelnie oceniono skutki (znów OSR!!). Chyba, że wrzawę potraktować jako konsultacje, tyle, że wówczas należałoby się w nią wsłuchać uważnie. Komplementów nie dosłyszałem. Inwektywy owszem i pewnie można by ich uniknąć, gdyby w miejsce dość arbitralnych działań, problem rzetelnie skonsultowano i poddano rzetelnemu badaniu skutki.

Nie poprawia napiętej sytuacji powoływanie się na unijne dyrektywy, bowiem, nie po raz pierwszy zresztą, uważna ich lektura wskazuje, że sztywna „implementacja” rozmija się z literą i intencją wspólnotowych przykazań. Tu propozycja – warto, proszę legislatorów, popracować nad, rzadką ponoć u Polaków, umiejętnością czytania ze zrozumieniem.

W kręgu przetargowych przymusów

Tak więc, z inicjatywy Ministerstwa Ochrony Środowiska zobowiązano gminy do zorganizowania odbierania odpadów komunalnych od właścicieli nieruchomości o czym mówi art. 6c ust. 1 ustawy z 1 lipca 2011 r. o zmianie ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach oraz niektórych innych ustaw. Na tym nie koniec, bowiem art. 6d ust. 1 ustawy zobowiązuje wójta (burmistrza, prezydenta miasta) do przeprowadzenia przetargu na odbieranie lub odbieranie i zagospodarowanie odpadów komunalnych od właścicieli nieruchomości, na których zamieszkują mieszkańcy lub/oraz właścicieli nieruchomości, na których nie zamieszkują mieszkańcy, a powstają odpady komunalne, jeżeli Rada Gminy podejmie w tej sprawie stosowną uchwałę.

Do przetargów, o których mowa, stosować należy przepisy Prawa zamówień publicznych, skąd ma wynikać, że spółki z udziałem gminy mogą odbierać odpady komunalne od właścicieli na zlecenie gminy w przypadku, gdy zostały wybrane w drodze przetargu. Co więcej, należąca do obowiązków gminy organizacja odbioru odpadów komunalnych na jej terenie i sam odbiór winien być realizowany przez podmioty wybrane wedle przepisów Pzp, zaś spółki komunalne mogą prowadzić tę działalność wyłączniewtedy, gdy zostaną wyłonione w trybie przetargowym.

Zbliżamy się z wolna do sedna sprawy, którym jest, z nieznanych (i niekonsultowanych) powodów zapisany w ustawie przetargowy przymus, choć rzecz, jak się niebawem okaże, nie jest do końca jednoznaczna.

Perspektywa kosztów

Z moich doświadczeń, zgromadzonych podczas pełnienia funkcji pełnomocnika krakowskiego wojewody ds. zamówień publicznych wynika, że poddanie konkurencyjnym procedurom zadań wykonywanych wcześniej przez wewnętrzne, gminne podmioty, przyniosło zaskakujące rezultaty. Rynek okazał się w szeregu przypadków tańszy, skąd płynie wniosek, że sprawie warto się przyjrzeć z perspektywy kosztów, rozumianych szeroko. Pośrednich i bezpośrednich, krótkoterminowych i bardziej w czasie odległych. To wymaga drobiazgowej analizy, znów powiązanej z konsultacjami i oceną skutków, ponieważ z ustawy o samorządzie gminnym wynika jasno, że dla wykonywania swych zadań gmina może tworzyć wyspecjalizowane jednostki organizacyjne. Powinna wszakże, we własnym interesie, skalkulować finansowe konsekwencje zastosowania przetargowych procedur lub ich pominięcia i móc tę decyzję podjąć samodzielnie, bez ustawowego przymusu.

Podmioty pod gminną kontrolą bez przetargu

Dotarliśmy w ten sposób do problemu zamówień in-house, a więc zlecania przez gminy realizacji zadań publicznych własnym spółkom komunalnym bez stosowania przetargowych trybów.

Rzecz była przedmiotem orzecznictwa sądownictwa Wspólnot Europejskich.

Warto może wskazać konkretny przykład. Stanowisko Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS), w sprawie C- 107/98 Teckal, powiada wyraźnie, iż podmiot publiczny może zawrzeć umowę odpłatną z podmiotem trzecim, z pominięciem zastosowania konkurencyjnych trybów wyboru takiego podmiotu, w przypadkach gdy podmiot publiczny sprawuje nad wskazanym podmiotem kontrolę analogiczną do tej, jaką sprawuje nad własnymi służbami oraz gdy taki podmiot wykonuje zasadniczo swoją działalność na rzecz podmiotu publicznego lub podmiotów publicznych, które posiadają w nim udziały.

W podobnym kierunku zmierza wyrok z 11 sierpnia 2005 (sygn. akt. II GSK 105/05), w którym Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził m.in., że Pzp nie ma zastosowania do przypadków powierzania przez gminę utworzonej przez nią jednostce organizacyjnej wykonywania zadań użyteczności publicznej drogą aktu powołującego tę jednostkę. Identyczne tezy wyłaniają się z piśmiennictwa. Pewne wątpliwości interpretacyjne nie zmieniają faktu, że zarówno orzecznictwo ETS, jak i krajowe, prowadzi do wniosku, że zamawiający może zawrzeć umowę odpłatną z podmiotem trzecim, który jest obdarzony osobowością prawną, ale równocześnie jest kontrolowany przez tego zamawiającego, z pominięciem procedur przetargowych określonych w dyrektywach dotyczących zamówień publicznych. Umowa taka nie jest bowiem zamówieniem publicznym w rozumieniu dyrektyw.

Byle nie kosztem jakości

Pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że nazwana przeze mnie wcześniej wrzawą fala krytyki otworzy wreszcie oczy i uszy wysoko wydajnych legislatorów, że przywróci się konsultacjom społecznym należną im rangę, zaś oceny skutków regulacji w ważnych kwestiach nie będą kwitowane dalekimi od prawdy stwierdzeniami – regulacja nie wpływa na sytuację budżetu, nie wpływa na rynek pracy, konkurencyjność, przedsiębiorczość, rozwój gospodarczy i regionalny i takie tam różne. Po jaką biedę nam prawo, które na nic nie wpływa. Byłoby dobrze również, gdyby udało się w tych pozycjach, także uzasadnieniach, zakazać autorom jałowych opowieści o zbawiennych skutkach konkretnego aktu prawnego lub przepisu.

Niemożliwe? Być może, ale próbować trzeba.

Co się zaś tyczy tytułu, skwitujmy rzecz krótko – nagminnym zjawiskiem są związane z nadprodukcją szkody, których doznaje jakość. Teza w tym samym stopniu dotyczy produkcji prawa, jak i gwoździ papowych. W obydwu sytuacjach pojawiają się odpady.

W opisywanym przypadku poszkodowanymi mogą być gminy. Pewnie nie wszystkie, ale całkiem znaczna ich liczba. I źle się stało, że ich wcześniej nie wysłuchano. Konsultacje, konsultacje, konsultacje. Prawdziwe, nie symulowane albo lekceważone.

poniedziałek, 26 listopad 2012 17:51

Rok 2013: Rewolucja śmieciowa w gminach

Napisane przez

Do rewolucji pozostało jedynie siedem miesięcy: wchodząca w życie 1 lipca przyszłego roku ustawa śmieciowa oddaje gospodarkę odpadami w ręce gmin. W urzędach trwają więc gorączkowe przygotowania do stosowania nowych przepisów – atmosfera jest tym bardziej nerwowa, że znaczna część gmin znajduje się w rzeczywistości dopiero u progu procesu wprowadzania zmian.

Sprawa ma priorytetowe znaczenie: w zeszłym roku „wyprodukowaliśmy” w sumie 9 827 tysięcy ton śmieci. Na statystycznego Polaka przypadało około 315 kg wytworzonych odpadów i niemal 70 proc. z nich wytworzono w gospodarstwach domowych. Prawie 58 proc. tych śmieci zebrały prywatne firmy, ponad 40 proc. firmy sektora publicznego, a niemal 2 proc. – przedsiębiorstwa prywatno-publiczne.

Ten system odbioru śmieci kończy się jednak nieubłaganie. Od 1 lipca za odbiór śmieci odpowiadać będą gminy, a do tego czasu w przetargach powinny zostać wyłonione firmy odpowiedzialne za wywóz odpadów na danym terenie. Problem w tym, że większość gmin jest dopiero na wstępnym etapie prac nad wdrożeniem nowego systemu: z badań na ten temat, przeprowadzonych przez Ministerstwo Środowiska latem br. wynika, że aż 60 proc. gmin nie wie, jaki wybrać system zbierania odpadów, a przytłaczająca większość – 88 proc. – nie rozpoczęła jeszcze procedur zmierzających do wyłonienia w przetargu firmy obsługującej daną gminę.

Moja rodzina nie produkuje śmieci

Oczywiście, i tu są pionierzy. W podwarszawskim Legionowie rozwiązania wprowadzane teraz w całym kraju obowiązują od grubo ponad trzech lat. – Powietrze było gorsze niż na Śląsku – wspomina prezydent Legionowa, Roman Smogorzewski. – Bolały śmieci porzucane w lasach, palenie nimi w przydomowych piecach, podrzucanie ich, gdzie tylko się dało. Nie można było ustawić nowych koszy miejskich, bo nocami zapełniały je krasnoludki – ironizuje.

Batalia o wprowadzenie nowych rozwiązań zaczęła się wraz z referendum przeprowadzonym w 2006 roku. Jak wspomina Smogorzewski, większością aż 86 proc. mieszkańcy zdecydowali o powierzeniu wywozu odpadów gminie. Nie usatysfakcjonowało to wszystkich: przez kolejne lata samorządowcy musieli bronić nowego rozwiązania. – Ludzie nie rozumieli nowego systemu, mimo faktu, że w kampanię informacyjną włączono nawet księdza proboszcza i ambonę – wspomina nie bez uśmiechu, Smogorzewski. – Pamiętam, jak jeden z mieszkańców Legionowa powiedział: moja 11-osobowa rodzina nie produkuje śmieci; proszę mi udowodnić, że jest inaczej – dodaje.

Od 2010 r. to gmina odpowiada za wywóz śmieci z Legionowa. Efekty? – Powietrze jest czystsze, dziś z miasta wyjeżdża nawet 30 proc. śmieci więcej niż w poprzednich latach. Dzięki nowemu systemowi ludzie nie palą śmieciami – wylicza prezydent Legionowa. – Nowy system to wyzwanie dla nas wszystkich, wyzwanie cywilizacyjne – mówi z kolei marszałek województwa mazowieckiego Adam Struzik. – Z wywozu śmieci zostanie przesunięty nacisk na odzyskiwanie surowców, które znajdują się w odpadach – podkreśla.

Będzie drożej i niepopularnie

Atmosfera w gminach daleka jest jednak od optymizmu. – Będzie drożej i niepopularnie – mówił na listopadowej sesji rady gminy Wałcz zastępca wójta, Janusz Bartczak. – Nowy system oznacza drastyczny wzrost cen – podkreślał. W gminie Wałcz oszacowano je podobnie, jak w Legionowie – na 15 złotych (włodarze Legionowa szacują też koszt wywozu śmieci posegregowanych na 8,50 zł). Przykłady z innych państw, w których zastosowano takie rozwiązania, pokazują jednak, że kiedy system zaczynał funkcjonować, ceny stopniowo spadały, czego zapewne będzie się można z czasem spodziewać również w Polsce.

W Wałczu stawkę określono, biorąc pod uwagę kryterium liczby osób zamieszkujących dany lokal, z którego odbierane są śmieci. Gminy mają jednak jeszcze do wyboru dwa inne kryteria: powierzchnię lokalu oraz zużycie wody. Wielokrotnie przygotowania do wprowadzenia nowych rozwiązań na terenie gmin utykają na etapie doboru tego kryterium – tak stało się choćby w sąsiadującej z Wałczem gminie Tuczno, w której na początku listopada radni próbowali się dowiedzieć, czy w sprawie nowej ustawy „coś się dzieje”.

- Najważniejsze decyzje, które trzeba podjąć obligatoryjnie, to wysokość stawki czy metoda naliczania – odpowiadał w imieniu władz gminy Bartłomiej Biela, specjalista ds. zarządzania kryzysowego w urzędzie Tuczno. Jego zdaniem, nie znając wciąż kosztów, m.in. transportu ani ilości odpadów, można jedynie wstępnie prognozować stawki: na 9,93 zł dla śmieci posegregowanych i 12,24 zł dla śmieci niesortowanych.

- Żadna z proponowanych metod naliczania stawek nie jest idealna – podkreśla w rozmowie z „Gminą” marszałek mazowiecki Adam Struzik. – Idealnie byłoby wybierać kryterium, które maksymalnie uatrakcyjniałoby segregację. W systemach, gdzie istnieją liczne możliwości zarabiania na odpadach i będących rezultatem recyklingu surowcach, można byłoby sobie wyobrazić wówczas bardzo niskie ceny wywozu śmieci – dodaje.

Z danych ankietowych wynika jednak, że aż 83 proc. władz gminnych w Polsce opowiada się za naliczaniem opłat w zależności od ilości mieszkańców. Za kryterium metrażu lokalu optuje 6 proc., za kryterium zużycia wody – 4,3 proc., natomiast 1,7 ankietowanych gmin chciałoby wprowadzić ryczałt od gospodarstwa domowego.

Zadziwiająca bezczynność

Dodatkowym problemem dla gmin jest decyzja, jak organizacyjnie przygotować się do nowych wyzwań. Z badań Ministerstwa Środowiska wynika, że niemal 71 proc. gmin będzie chciało samodzielnie zająć się nowymi zadaniami. Jednak prawie co czwarta gmina (22,64 proc.) chce delegować nowe obowiązki na specjalne związki międzygminne – w tym połowa skłaniających się ku takiemu rozwiązaniu chciałaby „zrzucić” na związek całość nowych zadań. W grę wchodzą ponadto jeszcze porozumienia międzygminne.

Co ciekawe, choć ankiety resortu wypełniło przeszło 1700 gmin w całym kraju, to tylko w 276 gminach prace nad powołaniem nowej komórki, mającej odpowiadać za funkcjonowanie wprowadzanego systemu, zostały doprowadzone do stopnia zaawansowanego. W 715 innych gminach podjęto rozmaite – ale niezbyt intensywne – działania w tym kierunku. Natomiast aż w 527 gminach – 31 proc. wszystkich biorących udział w badaniu – nie zrobiono w tej sprawie praktycznie nic. Co ciekawe, nie jest to związane z delegowaniem nowych obowiązków na różne struktury międzygminne: taka sytuacja ma miejsce wyłącznie w 9 proc. przypadków.

Więcej niż co czwarta gmina – jak wynika ze studium Ministerstwa Środowiska, chodzi o 474 urzędy – nie przeprowadziła też koniecznych analiz stanu gospodarki odpadami komunalnymi. Ponad połowa ankietowanych gmin (930) prowadzi w tym zakresie pewne działania, przy czym jedynie 240 jednostek ujawnia, że są to prace zaawansowane. W 25 gminach uznano wręcz, że tego typu analizy są niepotrzebne.

Zrzeszenia przecierają szlaki

Czas jednak ucieka, a w tych gminach, które przeprowadzą analizy wcześniej, jest szansa znalezienia niestandardowych rozwiązań. Do takich należy choćby zawiązywanie lokalnych związków, zrzeszających gminy. Przyczyna takiego stanu jest prosta: oszczędności. Gminy nie tylko mają utrzymać czystość i porządek na swoim terenie, ale też zapewnić budowę, utrzymanie i eksploatację własnych lub wspólnych z innymi gminami regionalnych instalacji do przetwarzania odpadów komunalnych – połączenie „strumienia” własnych śmieci z odpadami z innych gmin pozwala wtedy obniżać koszty, a więc także ceny.

Stąd związki takie jak Związek Gmin Dolnej Odry. W ramach tego zrzeszenia skupiły się 22 gminy powiatu gryfińskiego oraz większość z powiatów myśliborskiego i pyrzyckiego – w gruncie rzeczy niemal cała południowo-zachodnia część województwa. Na całym terytorium wchodzącym w skład Związku żyje w sumie około 200 tysięcy ludzi. Formuła wspólnej instytucji pozwala nie tylko kolegialnie rozstrzygnąć dysputę co do wyboru kryterium naliczania opłaty, ale też definiować rozdział obowiązków w zakresie gospodarki śmieciowej między gminami a związkiem (co pozwala uniknąć powoływania osobnych, nowych komórek w strukturach urzędów, delegując np. obowiązki na wspólną jednostkę stworzoną w ramach Związku). Powoływane według tej filozofii związki będą też musiały decydować o tym, czy opłaty za wywóz śmieci pobierać będzie Związek czy też poszczególne gminy, wchodzące w skład zrzeszenia. – Najgorzej byłoby, gdyby w jednych gminach miał to robić związek, a w innych gminy zdecydowałyby się robić to samemu – twierdzi Janusz Gawroński, kierujący biurem Związku Gmin Dolnej Odry.

Szlaki przecierał pod tym względem Związek Międzygminny „Obra” – działające już od dwunastu lat zrzeszenie miasta i gminy Wolsztyn oraz pobliskich gmin wiejskich Przemęt i Siedlec. Na jego terenie, zlokalizowanym w zachodniej części województwa wielkopolskiego, mieszka ponad 55 tysięcy ludzi, a przeszło połowa powierzchni wchodzących w skład Związku gmin objęta jest rozmaitymi formami ochrony przyrody. W 1997 r. – podobnie jak w podwarszawskim Legionowie – gmina Wolsztyn wprowadziła własny „podatek śmieciowy”, likwidując dzięki temu dzikie wysypiska oraz obejmując wywózką praktycznie 100 proc. odpadów komunalnych. Cztery lata później polityka ta została zaadaptowana na poziomie całego Związku. W ostatnich latach „Obra” nie tylko rozwinęła na szeroką skalę zakres kampanii dotyczących gospodarki śmieciowej, ale też systemowo organizuje np. zbiórki zużytego sprzętu AGD i RTV, baterii czy odpadów wielkogabarytowych.

Marszałek rusza z odsieczą

Niestety, inicjatywy takie jak w gminie Legionowo czy w ramach Związku Międzygminnego „Obra” to wciąż wyjątki. – Tymczasem to krytyczny moment – podkreśla Adam Struzik. Dlatego też urząd marszałka województwa mazowieckiego chce wyjść z inicjatywą wsparcia wchodzących w skład województwa gmin. – Przygotowaliśmy publikację mającą formułę podręcznika – ogłosił na początku listopada marszałek.

Kilkudziesięciostronicowy „Poradnik” to punkt wyjścia. W broszurze znalazły się nie tylko najważniejsze przepisy, które będą musiały przyjąć gminy, ale też m.in. założenia Wojewódzkiego Planu Gospodarki Odpadami dla Mazowsza na lata 2012-2017, z uwzględnieniem lat 2018-2032, spis działań, które są niezbędne dla wdrożenia nowej ustawy, opis funkcjonowania systemu, czy wreszcie – prawdziwa gratka: wzory koniecznych uchwał, umów, specyfikacji istotnych warunków zamówienia (sformułowanych pod kątem przetargów, w których wyłonione zostaną formy obsługujące dane gminy) czy wreszcie wzorcowe materiały informacyjno-edukacyjne, na których będą mogły się oprzeć urzędy, chcąc poinformować mieszkańców o skali zaprowadzanych zmian na swoim terenie. Poza tym w siedmiu najważniejszych miejscowościach województwa odbędą się dodatkowe spotkania na ten temat.

Strona 2 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY