Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

Gospodarka komunalna

Gospodarka komunalna (24)

niedziela, 30 listopad 2014 14:56

REPRYWATYZACJA REAKTYWACJA

Napisane przez

Samorządy borykają się z reprywatyzacją od dwóch dekad – bezskutecznie. Choć zarówno duże, jak i małe JST muszą zmierzyć się z problemem, choćby raz na jakiś czas, ustawowe rozwiązania wciąż są odległe. Niewiele wskazuje na to, by sprawę udało załatwić się w tej kadencji Sejmu, a i następny nie weźmie się do niej od razu. Innymi słowy, z reprywatyzacją – mimo, że temat pojawił się w ostatniej kampanii wyborczej – borykać będziemy się co najmniej kolejne dwa, trzy lata.

Wbrew nazwie, w położonych w gminie Pilawa Trąbkach zlokalizowana była niegdyś jedna z najstarszych na Mazowszu – a może i w całej Polsce – hut szkła. W drugiej połowie lat 40., na mocy prowadzonej wszelkimi metodami nacjonalizacji, Trąbki odebrano właścicielom. Ich następcy prawni powrócili jednak po 1989 roku: poza kupionymi uprzednio zabudowaniami starej huty firma Przemysł Szklany w Polsce SA odzyskała 40 ha dawnych gruntów huty.

Problem w tym, że na tym obszarze znalazły się też gminne zabudowania, m.in. szkoła i boisko. Obie strony doszły w końcu w tej sprawie do porozumienia – gmina Pilawa odkupuje je za półtora miliona złotych. Co prawda, przekracza to jej możliwości finansowe, ale spłata została rozłożona o dwa lata, a dodatkowo Przemysł Szklany w Polsce zrezygnował z wynagrodzenia za bezumowne korzystanie ze zwróconych nieruchomości, a od kwoty potrącony został podatek.

Z potencjalnego sporu udało się zatem wybrnąć względnie bezkolizyjnie, przypadek warty studiowania w innych miejscowościach w kraju – można by rzec. Rzeczywistość nie jest jednak tak prosta i oczywista. – Straciliśmy świetlicę, niepewne były losy szkoły. Przez długi czas nie było się gdzie spotykać – skarżyli się kilka miesięcy temu mieszkańcy Trąbek. – Kolejne inicjatywy zaczęły zamierać – podkreślają, wskazując, że konflikt przyczynił się do obniżenia atrakcyjności miejscowości, przede wszystkim dla ludzi, którzy w niej mieszkają.

Moje sztuczki przestają działać

Przerażające, ale analogiczna sytuacja powtarza się w dziesiątkach gmin w całej Polsce. Nie tak dawno stacja TVN pokazała choćby materiał zrealizowany w podwarszawskich Michałowicach, gdzie niepewny jest los nie tylko jednej z miejscowych szkół, ale też przedszkola i osiedla mieszkaniowego. W małych miejscowościach problem ma zresztą charakter kluczowy: lokalne budżety rzadko kiedy są w stanie znieść konieczność odkupienia od odzyskujących majątek dawnych właścicieli (lub ich następców) obiektów służących dziś za instytucje publiczne – szkoły, domy kultury, biblioteki, obiekty sportowe. A najczęściej chodzi o jedyną w okolicy instytucję tego rodzaju.

Ale nie mniej burzliwe są procesy reprywatyzacyjne w dużych miastach, czego najlepszym przykładem jest stolica – gdzie zresztą temat powrócił w kampanii najmocniej. Tam wręcz wykształcił się podział, tym mocniej wyeksponowany, że akurat trwała kampania, na broniących dobra publicznego urzędników i próbujących wydębić zwrot nieruchomości roszczących, odgrywających rolę „czarnych charakterów”. – Uprzedzam, że będzie gorzej. Od piętnastu lat jako urzędnik w Warszawie szukam sposobów, żeby nieruchomości ratować. Niestety, moje sztuczki przestają działać – mówił w opublikowanej na początku października rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Marcin Bajko, szef Biura Gospodarki Nieruchomościami w warszawskim ratuszu. – Łatanina. Jesteśmy kompletnie osamotnieni, opuszczeni przez polityków i państwo, które chowa głowę w piasek. W sądach też jesteśmy bezbronni, bo według obecnej wykładni prawa w prywatne ręce może trafić właściwie wszystko. Niech pan wyjrzy przez okno: szkoła, park, jakiś placyk, kawałek trawnika. Ale czy za pięć lat to wszystko będzie publicznie dostępne – głowy nie dam – dodawał. W Warszawie liczba obiektów użyteczności publicznej, których dalszy los stoi pod znakiem zapytania, przekroczyła już setkę. Wszystkie należałoby oddać „w naturze”. W sumie chodzi prawdopodobnie o około dwa tysiące nieruchomości.

Nastąpiła swoista zamiana ról: posiadacze praw do znacjonalizowanych niegdyś niezgodnie z prawem nieruchomości nastają na dobro publiczne, natomiast państwo (czy w tym przypadku, samorządy) stało się jego obrońcą. O moralnych aspektach sprawy można by zatem długo dyskutować, ważniejszy w tej chwili jest aspekt praktyczny – i prawny – sporów. Paraliżują one działanie wielu jednostek. Stąd też pojawianie się inicjatyw takich, jak zapowiedziana na kilka dni przed wyborami przez Hannę Gronkiewicz-Waltz, próba przeforsowania „małej ustawy reprywatyzacyjnej”, regulującej np. rozszerzenie prawa pierwokupu nieruchomości przez samorząd lub Skarb Państwa. Inne rozwiązanie to tworzenie „mikroplanów zagospodarowania przestrzennego” – które obejmowałyby konkretne kontrowersyjne obiekty. Skuteczność takiego rozwiązania jest jednak kwestionowana przez ekspertów.

Podejmowanie inicjatyw - niewskazane

Sprawa wykroczyła zresztą poza łamy gazet: po Sejmie krążą projekty ustawy reprywatyzacyjnej (właściwie każda partia zapowiada własny), w burzliwych dyskusjach przypomina się obietnice rządu sprzed sześciu lat, a prezydent Gronkiewicz-Waltz miała w tej sprawie indagować premier Ewę Kopacz i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Posłowie SLD zaproponowali ograniczenie rekompensat do 5 proc. wartości znacjonalizowanych nieruchomości, politycy innych partii przebąkują nawet o niższych pułapach procentowych. Trudno się spodziewać, żeby te propozycje budziły szczególny zachwyt składających roszczenia.

W tej atmosferze jedno wydaje się być jasne: w obecnej chwili nie ma możliwości wybrnięcia z sytuacji tak, by wilk był syty i owca cała. Pośrednio jasno podkreślił to wiceminister skarbu państwa Rafał Baniak. – To pytanie o realne możliwości budżetowe – stwierdził pod koniec października w sejmowym wystąpieniu. – Zgodnie ze stanowiskiem ministra finansów w związku z faktem, że Polska nadal objęta jest procedurą nadmiernego deficytu finansów publicznych, administracja zobowiązana jest do podejmowania wszelkich działań, które będą służyły obniżeniu wydatków sektora instytucji rządowych i samorządowych. Co za tym idzie, podejmowanie wszelkich inicjatyw administracyjnych nadmiernie zwiększających wydatki budżetu państwa oraz zobowiązania Skarbu Państwa należy w chwili obecnej uznać za niewskazane – uciął. Wszystko więc jasne, prawda?

Innymi słowy, należy się spodziewać, że w kolejnych latach sprawy będą się miały tak jak dotychczas: poszczególne, indywidualne decyzje podejmować będą sądy – najczęściej po myśli roszczeniodawców. Złagodzenie potencjalnych roszczeń i sposobu egzekucji wyroku będzie kwestią „dogadania” się obu stron sporu. Reprywatyzacja wciąż będzie miała charakter „dzikiej”, a próba przeforsowania jakichkolwiek rozwiązań ograniczających wysokość potencjalnych odszkodowań czy rekompensat zostanie zapewne uznana za „dekrety Bieruta bis”. W tej sytuacji zarówno samorządowcom, jak i osobom występującym z roszczeniami, można doradzać tylko cierpliwość i szukanie kompromisu. Cóż, łatwo powiedzieć.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:44

NIE BĘDZIE DOFINANSOWANIA, NIE BĘDZIE DRÓG

Napisane przez

Wstrzymanie Narodowego Programu Budowy Dróg Lokalnych będzie miało katastrofalne skutki dla rozwoju infrastruktury drogowej kraju. W walce o utrzymanie „schetynówek” samorządy zyskały nowego sprzymierzeńca – Najwyższą Izbę Kontroli.

Samorządy lokalne przeliczają pieniądze i przygotowują się do zawierania umów z wykonawcami. Dzięki nowelizacji uchwały o Narodowym Programie Budowy Dróg Lokalnych i przesunięciu środków z wpłat od Lasów Państwowych, zamiast wcześniej zapowiedzianych 250 mln zł, do kas powiatów i gmin trafi 700 mln zł. Zmieniły się także zasady dofinansowania inwestycji, obecnie koszty są dzielone równo po połowie między samorządy i budżet, a nie w stosunku 70 do 30 procent.

– Chcieliśmy przeznaczyć całość kwoty z Lasów Państwowych na remont i budowę dróg lokalnych. Zdecydowaliśmy się jednak tę kwotę podzielić, aby móc sfinansować tegoroczne zwiększenie świadczenia dla całodobowych opiekunów dla osób niepełnosprawnych (około 200 mln zł – przyp. red.) – wyjaśnił podczas konferencji premier Donald Tusk. Na tym drugim rozdaniu rządowym zyskały m.in. województwa małopolskie i lubelskie, gdzie środki wzrosły z kilkunastu do 50 mln zł i więcej. Stratne okazało się natomiast m.in. Pomorze, któremu ostatecznie odebrano 10 mln zł. Jednak obcięcie środków z dofinansowania to nie jest największy problem samorządów. Jeśli spełnią się zapowiedzi rządu, w 2016 r. program w ogóle nie będzie kontynuowany.

Zamiast kultury i szpitali – budujmy drogi?

W Polsce drogi lokalne stanowią prawie 90% wszystkich dróg krajowych, powiaty zarządzają 127 tys. km, a gminy – 237 tys. km. – Potrzeby finansowe w tym zakresie są ogromne – mówi Andrzej Porawski, dyrektor biura Związku Miast Polskich. – Ile potrzeba pieniędzy? 360 mld złotych, to są budżety wszystkich gmin w naszym kraju na najbliższe trzy lata. Można więc nie dawać na szkoły, kulturę, szpitale, a zainwestować w drogi. Ale takiego nienormalnego człowieka nikt nie znajdzie – dodaje.

Z powodu braku funduszy, ale także, jak to wykazała niedawno przeprowadzona kontrola NIK – braku polityki w zakresie kompleksowego rozwiązywania problemów transportowych i komunikacyjnych – drogi lokalne wciąż nie spełniają krajowych i europejskich standardów. Wystarczy choćby przytoczyć statystyki policyjne: aż 75% wypadków drogowych ma miejsce właśnie na drogach lokalnych i jest to jeden z najwyższych współczynników w Europie. Dzięki zrealizowanym w ostatnich latach inwestycjom powstały nie tylko nowe jezdnie, ale i chodniki, ścieżki rowerowe, oświetlenie, oznakowanie, a nawet wymieniane są istniejące kratki ściekowe wraz z „przykanalikami”.

{youtube}VMeEMv-Gv1k{/youtube}  

Wszystkie te inwestycje wprost proporcjonalnie przekładają się nie tylko na zwiększenie atrakcyjności i konkurencyjności danych terenów, ale i bezpieczeństwo. – W takich miejscowościach chętniej osiedlają się mieszkańcy innych miast. Dobry stan dróg to jest także dobra oferta dla inwestorów – przekonuje w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Jan Plutowski, sekretarz gminy Kobylnica. Wtórują mu także inni samorządowcy. – Dotychczasowa realizacja NPBDL znacząco przyczyniła się zarówno do poprawy stanu technicznego dróg lokalnych, jak i bezpieczeństwa ruchu drogowego na sieci dróg gminnych i powiatowych. Dlatego, ze względu na pozytywne efekty programu, krytycznie ocenia się spadek jego dofinansowania z budżetu państwa, tym bardziej, że samorządów nie stać na samodzielne finansowanie remontów i budowy dróg lokalnych. Niepokojącym jest również fakt, że program budowy dróg lokalnych przewidziany jest tylko do 2015 roku – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA Danuta Wesołowska-Wujaszek, zastępca dyrektora Departamentu Infrastruktury i Komunikacji Urzędu Marszałkowskiego województwa lubuskiego. W tym samym tonie utrzymany jest też raport Najwyższej Izby Kontroli – jak piszą jego autorzy, „ze względu na pozytywne efekty programu NIK krytycznie ocenia spadek jego dofinansowania z budżetu państwa, tym bardziej że samorządów nie stać na samodzielne finansowanie remontów i budowy dróg lokalnych”. Izbę niepokoi też, że nie ma programu inwestycji w lokalne drogi po 2015 r.

W ramach pierwszego etapu „schetynówek” udało się zmodernizować i wybudować w sumie 8,2 tys. km dróg. Inwestycje kosztowały 6,1 mld zł, z czego aż 2,7 mld zł pochodziło z budżetu państwa. Zgodnie z założeniami, co roku na wsparcie inwestycji infrastrukturalnych miał być przekazywany miliard złotych.

{youtube}gt2gWdI30ak{/youtube} 

Miał być… W 2012 r. rząd rozpoczął nowy program: Bezpieczeństwo – Dostępność – Rozwój, zmieniając zasady przydzielania dofinansowania. Zamiast podziału „50/50”, samorządy miały pokrywać dwie trzecie kosztów inwestycji drogowych. Jednocześnie zadecydowano o znaczącym ograniczeniu środków przekazywanych na program. W 2012 r. była to już tylko piąta część obiecanego miliarda złotych. Wprawdzie w 2013 r. dofinansowanie wzrosło do 500 mln zł, ale w 2014 r. – gdyby nie „podatek leśny” – znów wynosiłoby zaledwie 250 mln zł. Efekt cięć przełożył się także na kilometry wyremontowanych dróg – w 2012 r. było ich 827 km a więc 2,5 razy mniej niż w latach poprzednich. Wygląda na to, że program, dzięki któremu miano „zwiększyć dostępność komunikacyjną ośrodków lokalnych, stymulując jednocześnie ich wzrost gospodarczy i zwiększając szanse rozwojowe, a tym samym wydatnie przyczyniając się do osiągnięcia głównego celu, jakim jest podniesienie poziomu i jakości życia mieszkańców Polski” – za drugiej kadencji rządu Tuska zwyczajnie jest traktowany jak kula u nogi.

 

„Nie” dla ponownej izolacji

– To, że „leśne” dofinansowanie obowiązuje do 2015 r. wcale nie oznacza, że program się skończy. Są różne scenariusze na wsparcie budowy dróg lokalnych. Ja przypuszczam, że to będą stałe środki, np. pozyskiwane z akcyzy od paliw – uspakaja Porawski. Jednym z rozwiązań jest sięgnięcie po pieniądze z funduszy unijnych. Jednak skorzystać z niego będą mogły tylko te samorządy, które zdecydują się na budowę dróg dojazdowych do autostrad i dróg ekspresowych, a jak doskonale wiadomo – jest to tylko kropla w morzu potrzeb samorządowych.

Inne rozwiązania? Wspomniana już akcyza od paliw, zmiana ustawy o subwencji drogowej, która nie objęła dróg gminnych. Władze samorządowe apelują jednak przede wszystkim o ustalenie jasnych zasad dotyczących dofinansowania, a szczególnie terminu wypłaty kwot oraz ich wysokości.

– Powinno być zapewnione stabilne dofinansowanie ze strony rządowej, tak aby samorządy mogły w sposób właściwy planować inwestycje na sieci swoich dróg w poszczególnych latach realizacji Programu – tłumaczy nam Wesołowska-Wujaszek. Eksperci nie mają bowiem wątpliwości: aktualne zasady finansowania dróg tak naprawdę sprzyjają zadłużaniu się samorządów. Jednostki samorządowe, które zaplanowały sobie długoterminowe remonty dróg lokalnych, z powodu obcięcia środków przypłaciły to zadłużeniem w bankach i widmem bankructwa. Jednocześnie opóźnienia w wypłatach spowodowały, że cześć inwestycji, szczególnie w biedniejszych gminach, musiała zostać odłożona na lata kolejne, gdyż mimo spełnienia wszystkich kwestii formalno-prawnych, wykonawca nie byłby w stanie zrealizować zadania do końca roku.

NIK wytyka błędy

Jednakże, jak wskazuje kontrola NIK przeprowadzona wśród 35 zarządców dróg lokalnych – pieniądze to nie wszystko. Kontrolerzy Izby ujawnili liczne przypadki nierzetelnego nadzoru realizacji inwestycji, zarówno na etapie budowy, jak i odbioru. Zarządcy nie dysponowali odpowiednią dokumentacją. W raporcie opisano przypadki, gdy dokumentacja była tworzona tuż przed zaplanowaną kontrolą, albo przedstawiano puste księgi prac z wypełnioną tylko stroną tytułową. Protokoły odbioru inwestycji były zatwierdzane bez weryfikacji i potwierdzenia ich wykonania zgodnie z warunkami określonymi w umowach. W wielu przypadkach nie można się było także doszukać m.in. wyników badań laboratoryjnych, certyfikatów i świadectw, stanowiących podstawę do prawidłowego odbioru i rozliczenia zadań. Kontrolerzy zwrócili uwagę, że te wieloletnie zaniedbania w niedalekiej przyszłości mogą przyczynić się do wystąpienia uszkodzeń całej konstrukcji poszczególnych odcinków dróg, co w efekcie spowoduje, że będą potrzebne nowe środki finansowe na kosztowne naprawy.

NIK wytknął także zarządcom poważne braki w zakresie prawidłowego oznakowania dróg oraz sporządzania projektów stałych organizacji ruchu. 91 procent zarządców nie miało zatwierdzonych organizacji ruchu na wszystkich zarządzanych przez siebie drogach, a u 100 procent (!) ujawniono przypadki ustawienia znaków drogowych niezgodnie z zatwierdzonymi wytycznymi.

Urzędy Wojewódzkie odpierają zarzuty. – Nadzór nad sprawami formalno-prawnymi z ramienia rządu stanowią wprawdzie właściwe urzędy wojewódzkie, ale nadzór bezpośredni zapewnia właściwy zarząd dróg, dlatego pytanie odnośnie nieprawidłowości powinno być skierowane do tych podmiotów – mówi nam Wesołowska-Wujaszek. Ten jednak nie ustosunkował się jeszcze do raportu NIK.

Sama Izba zaapelowała tymczasem do Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju, by „w możliwie najkrótszym czasie zająć się nowelizacją rozporządzenia w sprawie szczegółowych warunków zarządzania ruchem na drogach publicznych oraz wykonywania nadzoru nad tym zarządzeniem. Aktualnie potrzebne jest wypracowanie nowych standardów oraz procedur planowania budżetów oraz realizacji inwestycji drogowych oraz nadzór nad nimi”.

Jednak, jeżeli rząd nie zajmie się sprawą do końca bieżącego roku kalendarzowego, nie ma co liczyć na jakiekolwiek zmiany. W roku 2015 uwaga wszystkich będzie skupiona na zbliżających się wyborach parlamentarnych.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:40

SKARBONKA BEZ DNA

Napisane przez

Krajowy Fundusz Drogowy (KFD) miał rozwiązać infrastrukturalne kłopoty Polski, pozwalając zbierać środki na ich budowę i remonty. Ostatecznie stał się skarbonką, do której rząd może sięgać w dowolnej chwili, by załatać powstałą gdzieś dziurę.

Ubiegłoroczne wpływy do KFD sięgnęły sumy niemal 13,2 mld złotych. Na tę sumę złożyły się opłata paliwowa (prawie 3,6 mld zł), refundacja wydatków poniesionych na inwestycje współfinansowane z budżetu UE (niemal 5,3 mld – lwia część z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko plus 81,7 mln zł – z Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej), wpływy z kredytów Europejskiego Banku Inwestycyjnego (ciut ponad 2,6 mld zł) oraz środki pozyskane w ramach systemu koncesyjnego (ok. 1,5 mld zł).

Można by rzec, że miliardy te nie zagrzały zbyt długo miejsca w odpowiedzialnym za KFD Banku Gospodarstwa Krajowego. Ubiegłoroczne wydatki Funduszu przewyższyły bowiem wpływy – wyniosły łącznie mniej więcej 14,27 mld zł, z czego większość stanowiły płatności z tytułu inwestycji realizowanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad.

Problem w tym, że ta przeszło miliardowa różnica w bilansie KFD to jedynie wierzchołek góry lodowej. W połowie ubiegłego roku szacowano, że zobowiązania Funduszu stanowią już około 41 mld złotych.  Sytuację ratowała – do pewnego stopnia, oczywiście – uchwalona wówczas nowelizacja ustawy o autostradach płatnych i Krajowym Funduszu Drogowym (oraz drugiej, o drogach publicznych), pozwalająca spłacać długi Funduszu poprzez zaciąganie nowych kredytów i pożyczek. Błędne koło, fakt: ale tymczasowo załatwiono problem bieżących przepływów finansowych – na rok bieżący wypadał bowiem termin wykupu obligacji. Z odsetkami, bagatela, 8,5 mld zł, z których półtora miliarda po prostu w kasach BGK nie było. Dzięki rolowaniu długów i wprowadzeniu „bardziej elastycznego korzystania z pieniędzy funduszu”, np. z pieniędzy pobieranych w ramach e-myta, dziurę załatano.

Ale czy na długo? Im szybciej udaje się załatać dziurę, tym szybciej okręt znowu zaczyna przeciekać. Próbkę dostaliśmy pod koniec marca, gdy okazało się, że ministerstwo pracy i polityki społecznej, chroniąc rezerwę budżetową, chce „wyjąć” z Funduszu 180 mln złotych – i przekazać je na świadczenia dla rodziców niepełnosprawnych dzieci. Najważniejszy jest człowiek, oczywiście. Problem w tym, że takie praktyki wchodzą w krew, a następną „górkę” nie trzeba będzie długo czekać – w 2018 r. na wykup obligacji Fundusz będzie musiał przeznaczyć aż 13 mld złotych. A skoro już o człowieku mowa – niewyremontowane, rozjechane drogi też zbierają swoje ponure żniwo. Prawie 35,5 tysiąca wypadków, do jakich doszło w ubiegłym roku, nie da się zrzucić wyłącznie na nieuwagę czy nadużywanie alkoholu przez kierowców.

Poza „przesunięciami” ordynowanymi na wniosek poszczególnych resortów, KFD zagraża też system realizacji budowy autostrad w Polsce. Zgodnie z danymi GDDKiA, kilometr autostrady w Polsce kosztuje w przybliżeniu 9,6 mln euro. – Niemal tyle samo, co europejska średnia wynosząca 10 mln euro za kilometr – dorzuciła w ubiegłorocznym oświadczeniu Dyrekcja. Tyle że dane – publikowane przez tę samą instytucję! – odbiegają od tego obrazka. Cena kilometra autostrady w dalece bogatszych od nas Niemczech sięga 8,24 mln euro, Czesi płacą 8,86 mln euro, Słoweńcy – 7,29 mln euro, Hiszpanie – 6,69 mln euro, Duńczycy – 5,89 mln euro, Litwini – 4 mln euro. Od średniej odbiegają najbogatsze państwa zachodnie: Holandia (50 mln euro), Austria (12,87 mln euro) czy Norwegia (18 mln euro). Tyle że pierwszy z tych krajów leży na podmokłej depresji, drugi – w Aplach, przez które trzeba by się przebić, a trzeci – na dalekiej północy, pośród gór i dominujących przez znaczną część roku wyjątkowo niskich temperatur.

Uruchamiając KFD w 2004 r. politycy mieli nadzieję na stworzenie prostego samonapędzającego mechanizmu: pieniądze od kierowców (w uproszczeniu rzecz ujmując) posłużą do stworzenia serca pompującego środki w rozbudowę infrastruktury. 80 proc. stałych wpływów z opłaty paliwowej od paliw silnikowych i gazu do napędu pojazdów, środki pobierane przez GDDKiA z tytułu płatności dokonywanych przez operatorów autostrad płatnych oraz opłat za dokumentacje przetargowe, plus dodatkowe środki (oprocentowanie lokat i depozytów, wpływy z opłat i kar) – ta góra pieniędzy miała oliwić system. Ale system najwyraźniej się zaciął: nie dość, że znaczna część najcięższych pojazdów omija płatne drogi, kiedy tylko może, to jeszcze odpowiedzialność za nagle zatłoczone boczne drogi jest przerzucana na samorządy.

Trwa więc desperackie poszukiwanie nowych źródeł dochodów: do Funduszu mają trafiać teraz wpływy z mandatów. Tyle że chodzi o kwotę rzędu 70 mln złotych, a więc kroplę w morzu potrzeb. Co gorsza, lepszego pomysłu nikt chyba w tej chwili nie ma. – Kwota ta zostanie użyta jako dźwignia do zdobycia kolejnych funduszy – zapewnia resort finansów. Cóż, gdyby udałoby się rozmnożyć kilkadziesiąt milionów do poziomu kilku miliardów, mielibyśmy pewniaka w wyścigu o ekonomicznego Nobla.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:22

ŻYJĄC W CIENIU WIELKIEJ WODY

Napisane przez

Z najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że samorządy niewystarczająco chronią swoich mieszkańców przed skutkami powodzi. Co więcej, wielokrotnie zezwalały na inwestycje na terenach objętych ryzykiem powodziowym, nie informując o inwestorów o zagrożeniach. Ponadto, inspektorzy dopatrzyli się uchybień w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego – często brakowało w nich informacji dotyczących obszarów zagrożonych zalaniem.

Bezpośrednią przyczyną przeprowadzenia kontroli przez NIK były skutki powodzi, które przeszły przez Polskę w maju i czerwcu 2010 r. Poszkodowanych zostało wówczas 70 tys. rodzin, a wartość strat, które poniosło 811 gmin, oszacowano na 12 mld zł.

Lekcja poszła w las. Albo w głęboką wodę

Kontrolerzy NIK uważają, że Polacy nie uczą się na błędach i nadal dopuszczają się tych samych uchybień co w przeszłości. Za jedną z głównych przyczyn rosnących szkód powodziowych uważają wzrost liczby inwestycji na terenach powodziowych. Jak podkreślają, zagospodarowanie terenów zagrożonych zalaniem powinno opierać się nie tylko na wskazaniu takich obszarów, ale przede wszystkim – na objęciu zakazem, bądź ograniczeniami, ich zabudowy.

Nie jest to jednak takie proste. Z kontroli NIK przeprowadzonej w 24 urzędach miast i gmin oraz w 6 starostwach wynika bowiem, że jedynie dwie badane jednostki, wydając decyzję o pozwoleniu na budowę, zawarły w niej klauzulę dotyczącą zagrożeń wynikających z zabudowy na terenach zalewowych. Były to Urząd Miasta Krakowa oraz Starostwo Powiatowe w Płocku. Takiej klauzuli brakowało również w decyzjach o warunkach zabudowy wydawanych przez co piąty kontrolowany organ.

Do takiego uchybienia doszło choćby w Urzędzie Miasta Nowy Sącz. W latach 2010–2012 wpłynęło tam łącznie 2341wniosków o wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę, w wyniku których wydano 23 decyzje o pozwoleniu na budowę dla obszarów powodziowych. – W żadnej z wydanych decyzji nie informowano inwestorów o ewentualnych zagrożeniach wynikających z faktu przeprowadzenia inwestycji na terenach zagrożonych powodzią – poinformował rzecznik prasowy NIK Paweł Biedziak.

W ocenie Izby nieinformowanie inwestorów o zagrożeniu powodziowym na danym terenie stwarza ryzyko, że obszary te będą zabudowywane, co w dłuższej perspektywie zwiększa potencjalne straty, jakie może spowodować żywioł.

Kontrola wykazała też, że samorządy w niewystarczającym stopniu wykorzystywały miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego co do ograniczenia budowy na terenach zalewowych. W planach tych wskazano jedynie 12 proc. takich obszarów, z czego aż w dwóch trzecich przypadków nie ograniczono, ani nie zakazano, inwestycji. Ponadto plany zagospodarowania przestrzennego aż 21 proc. jednostek samorządu terytorialnego nie zawierały informacji dotyczących zagospodarowania terenów narażonych na powódź oraz obszarów osuwania się mas ziemi. Jakby tego było mało – nie określono nawet ich granic.

Powódź? Jaka powódź?

Z raportu NIK wynika również, że gminy nie analizowały zmian w zagospodarowaniu przestrzennym – w studiach uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego nie było aktualnych informacji o terenie oraz, co ważniejsze, o zjawiskach powodziowych.

Eksperci ustalili również, że niektóre decyzje wydawano mimo zakazu zabudowy na terenie zagrożonym powodzią oraz co do projektów, w których poziom posadzki parteru albo piwnic był równy bądź niższy od poziomu lustra tzw. wody stuletniej. Tak zdarzyło się choćby w Toruniu lub Brzegu.

Izba dopatrzyła się również uchybień przy opracowywaniu dokumentów planistycznych – mimo posiadania informacji odnośnie możliwości wystąpienia powodzi, gminy nie uwzględniały ich przy tworzeniu dokumentów. – Negatywnie oceniono Urząd Miasta Bielsko-Biała, który mimo wielokrotnie wyrażanej opinii, dotyczącej pomijania w projektach terenów zagrożonych powodzią, nie uwzględnił posiadanych opracowań dotyczących terenów zalewowych w opracowywaniu dokumentów planistycznych – podkreślał Biedziak.

W dwóch skontrolowanych organach eksperci NIK stwierdzili poważne braki w magazynach przeciwpowodziowych. W Bielsku Białej urząd miasta dysponował jedynie 15 tonami piasku zamiast wymaganych 40 ton. W gminie Borzęcin wyposażenie magazynu było natomiast całkowicie niezgodne z gminnymi przepisami. Ponadto w operacyjnych planach przed powodzią trzech kontrolowanych gmin brakowało ważnych informacji – takich, jak liczba budynków zagrożonych powodzią, wielkość obszarów obarczonych ryzykiem powodziowym czy przyczyny zagrożenia poszczególnych terenów.

29 proc. gmin z własnej inicjatywy zadziałało w kierunku zmniejszenia ryzyka powodziowego. W tym celu odbudowywano cieki wodne, współfinansowano stworzenie i modernizację obwałowań oraz stworzono monitoring wraz z systemem ostrzegania i alarmowania ludności o zagrożeniach powodziowych. Izba uważa jednak takie działania za nieistotne z punktu widzenia tworzenia kompleksowego systemu, który w dużym stopniu przyczyniłby się do poprawy bezpieczeństwa ludzi i mienia przed powodzią, czy ograniczył straty materialne.

Z drugiej strony, do dobrych praktyk eksperci NIK zaliczyli przygotowanie opracowań uwzględniających zjawiska powodziowe w gminach Toruń i Szczucin, w których omówiono m.in. niekorzystne położenie obszarów gmin powodujące zagrożenia powodziowe, czy zasięgi powodzi występujące w poprzednich latach.

Jak podkreślają eksperci NIK, przyczyny takiego stanu rzeczy leżą w braku precyzyjnych przepisów, które wymuszałyby na gminach ograniczenie inwestycji na obszarach zalewowych. Współwinne są również regionalne zarządy gospodarki wodnej, które nie współpracują z gminami przy opracowywaniu studiów ochrony przeciwpowodziowej pomocnych w zarządzaniu takimi terenami.

Ograniczenie lub odmowa wznoszenia inwestycji na terenach zagrożonych powodzią jest możliwe dopiero po uzyskaniu od prezesa Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej map zagrożenia i ryzyka powodziowego. Te jednak dopiero powstają, a ograniczenia inwestycyjne samorządy mogą wprowadzić jedynie na podstawie studiów ochrony przeciwpowodziowej, których jest niestety niewiele.

Odpowiedzialność pozostaje

NIK podkreśla jednak, że podane przyczyny nie zwalnają jednostek samorządu terytorialnego z odpowiedzialności za racjonalne kształtowanie polityki przestrzennej, w tym planowanie zabudowy z uwzględnieniem zagrożenia powodziowego.

Zalecenia Izby odnośnie zminimalizowania skutków powodzi w przyszłości dotyczą ujęcia w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego wszystkich terenów  zagrożonych zalaniem oraz stworzenia w nich szczególnych warunków dla inwestycji. NIK przypomina również o obowiązku informowania inwestorów o zagrożeniach wynikających z przeprowadzenia inwestycji na obszarach o ryzyku powodziowym.

wtorek, 25 marzec 2014 20:59

CZY POLSKA TO ŚCIEK?...

Napisane przez

W latach 2011-2012 Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jak w Polsce funkcjonują oczyszczalnie ścieków. Kontrole przeprowadzono w 36 obiektach tego typu na terenie całego kraju. Z podsumowania sporządzonego po dwóch latach inspekcji – a opublikowanego na początku bieżącego roku – wynika, że aż w 32 skontrolowanych podmiotach ujawniono nieprawidłowości na niepokojącą skalę, a polska ziemia może być tykającą bombą ekologiczną.

Kontrola objęła osiem urzędów marszałkowskich (w Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi, Gdańsku, Bydgoszczy, Białymstoku i Kielcach) oraz 36 spółek i zakładów miejskich eksploatujących komunalne oczyszczalnie. Wśród nich czternaście obsługiwało aglomeracje o równoważnej liczbie mieszkańców (RLM) w granicach od dwóch do dwudziestu tysięcy, 22 – powyżej dwudziestu tysięcy mieszkańców, w tym trzy aglomeracje o RLM powyżej stu tysięcy.

Według NIK oczyszczalnie wykorzystują osady ściekowe, czyli główny odpad nieczystości z komór fermentacyjnych, w 98 procentach. Jednak przy ich zagospodarowaniu nagminnie łamią przepisy prawa. Reguluje je Ustawa o odpadach z 27 kwietnia 2001 r. oraz Rozporządzenie ministra środowiska w sprawie komunalnych osadów ściekowych z 13 lipca 2010 r.

Niewłaściwa rekultywacja i metodologia

Podstawowym sposobem wykorzystania i zagospodarowania osadów ściekowych w procesie odzysku jest zastosowanie ich na gruntach.

− Mogłyby one podnosić wartość gleby po specjalnej obróbce, jednak nie są przetwarzane we właściwy sposób przez oczyszczalnie komunalne – brzmiał główny wniosek podsumowania. Ponadto aż 90 proc. oczyszczalni, wziętych pod lupę przez NIK, wylewając osady ściekowe do gleby, nie dostarczało badań, a także nie informowało właścicieli gruntów o maksymalnych dawkach, w jakich można te osady stosować.

Ujawniono również, że 13 proc. skontrolowanych oczyszczalni w ogóle nie przeprowadzało wymaganych badań – natomiast tam, gdzie były one wykonywane, w wielu przypadkach kontrolerzy mieli zastrzeżenia co do ich wiarygodności, a tym samym skuteczności w ochronie gleby przed skażeniem. Przede wszystkim badania wykonywano sporadycznie, najczęściej na niewłaściwych próbkach. Taki stan stwierdzono w niemal 64 proc. skontrolowanych zakładów (np. w oczyszczalni w Polanicy Zdroju, zarządzanej przez Miejski Zakład Komunalny, w latach 2011-2012 zaniechano badań w pięciu z sześciu obowiązujących terminach, z kolei w raportach z poboru prób osadów do badań wytworzonych w oczyszczalni w Aleksandrowie Łódzkim nie podano czasu i miejsca pobrania próbek, ich liczby oraz objętości osadu).

Poza tym dość częstą praktyką było badanie gruntów na wiele miesięcy przed zastosowaniem osadów, nie zaś bezpośrednio przed ich wylaniem lub już po ich użyciu.

Na oko zamiast na wagę

W toku kontroli wykazano, że osady na dużą skalę wylewano w miejscach niedozwolonych – na terenach cennych pod względem przyrodniczym i chronionych prawnie (oczyszczalnia w Rogoźnie stosowała osady na terenie Obszaru Chronionego Krajobrazu „Dolina Wełny i Rynna Gołaniecko-Wągrowiecka”), na obszarach zabudowanych (osady z oczyszczalni w Grajewie trafiły w 2012 r. na działki położone około 30 metrów od dwóch domów, podczas gdy ta odległość powinna być minimum na sto metrów), w miejscach ujęć wody (oczyszczalnia w Koronowie), czy w czasie wegetacji roślin przeznaczonych bezpośrednio do spożycia przez ludzi. Takich praktyk dopuszczano się w 40 proc. skontrolowanych oczyszczalni.

Połowa z 33 oczyszczalni, które wylewały osady bezpośrednio na grunty, nie ustalała – oddzielnie dla każdej badanej partii osadów – dawki maksymalnej możliwej do zastosowania. Tym sposobem do ziemi przedostawały się zarówno osady zbadane, jak i niezbadane – ale tego typu nieprawidłowości miały miejsce już na etapie przechowywania osadów. W składowisku należącym do oczyszczalni w Oleśnicy nie było wydzielonych sektorów na osady już zbadane i niezbadane. Podobnie sytuacja wyglądała w oczyszczalni w Ostrowcu Świętokrzyskim, gdzie brakowało oznaczeń osadów z bieżącej produkcji, nieprzebadanych laboratoryjnie, i tych, które przebadano, i mogły być wydawane odbiorcom do stosowania na glebie.

Kontrolerzy NIK zwrócili również uwagę, że w większości oczyszczalni brakowało wag, tak więc do ziemi wylewano szacunkową masę osadów, a to – jak zaopiniowano w raporcie – może spowodować przekroczenie maksymalnych dawek odprowadzanych do gleby.

Kolejne zastrzeżenia dotyczyły sposobu przechowywania osadów ściekowych. Najczęściej – w niemal 50 proc. oczyszczalni – składowano je w magazynach bez utwardzonego podłoża lub bez zadaszenia. W takim stanie, bez odpowiedniego podłoża i zadaszenia, było składowisko w oczyszczalni w Hajnówce, natomiast w oczyszczalni w Strzelnie nie było zadaszone. Na osadzie m.in. zalegała pokrywa śnieżna. Tam, gdzie nie był przykryty śniegiem, widoczny był mech.

Takie zaniechania stanowią duże zagrożenie dla środowiska – np. z osadów znajdujących się bezpośrednio na ziemi, przenikają odcieki do gruntów i mogą powodować skażenie wód podziemnych.

Pozytywnie z kolei wypadła kontrola czasu przechowywania, który nie przekraczał terminów określonych w przepisach.

Na tym jednak lista nieprawidłowości wskazanych przez NIK, się nie kończy. W oczyszczalniach – w prawie 73 procentach wszystkich skontrolowanych obiektów − nieprawidłowo prowadzono ewidencje wytwarzania i przekazywania osadów. Powinny być w nich zawarte m.in. dane o zawartości w osadach masy suchej, substancji organicznych, metali oraz pasożytów. Brakowało również kart przekazywania osadów. Jednak, jak zauważyła NIK, ewidencje wytwarzania i przekazywania osadów nie budziły zainteresowania samorządowców. Tylko 422 z nich na 1270 wójtów, burmistrzów i prezydentów oraz 119 na 165 starostów zapoznało się z tymi spisami.

Monitoring danych obowiązkiem marszałków

Wiele wątpliwości budzi według Izby kontrola tych danych, do której ustawowo zobowiązani są marszałkowie województw. W związku z tym bazy danych dotyczące osadów, a będące w posiadaniu marszałków, a także wykazy ministra środowiska nie są wiarygodnymi źródłami informacji. Ponadto wykazano, że dane rejestrowane są często nawet z rocznym opóźnieniem. Także działające w urzędach marszałkowskich wojewódzkie systemy odpadowe „WSO” pozostawiają wiele do życzenia, jeśli chodzi o zgodność z obowiązującymi przepisami prawa.

Nieźle w Wielkopolsce

Najlepiej w kraju wypadło województwo wielkopolskie. Skontrolowano oczyszczalnie w Gostyniu, Koninie, Krotoszynie, Kuślinie, Rogoźnie i Stawiszynie. Miały one ważne pozwolenia na wytwarzanie oraz transport odpadów i prowadziły wymaganą przepisami dokumentację. W zasadzie przestrzegały warunków dotyczących technologii przetwarzania osadów.

Tę wysoką ocenę zaniżyła spółka Aquabellis w Rogoźnie – negatywnie zaopiniowano sposób, w jaki prowadzi ewidencję osadów ściekowych i wywiązuje się z obowiązków sprawozdawczych.

Być może o najwyższej pozycji Wielkopolski w raporcie NIK zadecydował fakt, że tutejsze oczyszczalnie były sprawdzane już w 2009 r. Wówczas wykazano wiele nieprawidłowości, ale nie zabrakło też wskazówek, jak poprawić funkcjonowanie oczyszczalni.

Jak pozbyć się smrodu w okolicy

Jednym ze skutecznych sposobów usprawnienia pracy oczyszczalni, jaki wskazała NIK, jest informowanie gminy o ilości osadów ściekowych, jaką oczyszczalnia zamierza zastosować na jej gruncie. Informacja ponadto powinna zawierać masę osadów, wyniki badań tych osadów oraz gruntów, na których będą zastosowane. Ważne jest też, by badania prowadzone były ponownie, jeśli na gruntach wykonano zabiegi agrotechniczne – nawożenie, plonowanie – które w zasadniczy sposób zmieniają skład ziemi.

Podczas panelu ekspertów, jaki odbył się 23 maja 2013 r. w siedzibie NIK, wskazano jako przykład dobrej praktyki metodę polegającą na zastosowaniu w oczyszczalniach specjalnej kompozycji mikroorganizmów o właściwościach probiotycznych, które niwelują uciążliwe zapachy. Drobnoustroje mają również tę właściwość, że mogą usuwać z osadów chorobotwórcze patogeny i inne szkodliwe substancje.

środa, 26 luty 2014 19:57

ŚMIECIOWA REWOLUCJA DO POPRAWKI

Napisane przez

Gospodarka odpadami w Polsce przypomina zarządzanie stajnią Augiasza. Zmienić to miała, obowiązująca od lipca ubiegłego roku, nowa ustawa śmieciowa. Wysypiska nadal jednak pękają w szwach. Zróbcie z tym porządek – poucza Bruksela, grożąc ogromnymi karami.

 

Do niebieskich pojemników wrzucamy stare gazety, papierowe torebki i tekturowe pudełka. Do żółtych – plastikowe butelki, zakrętki, reklamówki. Do czerwonych – puszki po napojach, drobny złom i kapsle. Kolorowe szkło powinno lądować w zielonych kontenerach, bezbarwne – w białych. Tego swoich urwisów uczą państwo Boscy z popularnego serialu „Rodzinka.pl”. Lekcja segregacji idzie jednak na marne. Bo oto dzieciaki widzą, jak przed ich dom podjeżdża śmieciarka. Wyskakują z niej pracownicy zakładu komunalnego i wszystkie te starannie posortowane odpady pakują, jak leci, do jednej komory.

Telewizyjna fikcja? Niestety, smutna polska rzeczywistość. Z danych opublikowanych przez Eurostat wynika, że na wysypiska trafia w naszym kraju aż 73 proc. odpadów komunalnych, a do spalarni – zaledwie 1 proc. W Unii jest to odpowiednio 38 i 22 proc. Recyklingowi poddajemy zaś 18 proc. odpadów. Średnia dla UE wynosi 25 proc. Na kompost przeznaczamy tylko 8 proc. odpadów.

Tak jest, a jak być powinno? Zgodnie z przyjętymi zobowiązaniami, do 2020 r. mamy składować na wysypiskach do 35 proc. odpadów. Reszta ma być wtórnie wykorzystana, spalona lub kompostowana. W przeciwnym razie spotkają nas wysokie unijne kary.

Wydawało się, że łatwiej będzie spełnić wymogi Brukseli po wejściu w życie 1 lipca ubiegłego roku tzw. ustawy śmieciowej. Tyle, że jej wdrożenie pozostawia wiele do życzenia. Złe przygotowanie samorządów do zmiany, dumpingowe ceny w przetargach, instalacje na papierze – to tylko niektóre problemy nowego systemu gospodarki odpadami.

 

Jest źle, ale było gorzej

Czy ustawa śmieciowa nadaje się do… kosza? Bynajmniej. Przed jej wprowadzeniem było znacznie gorzej niż teraz. Jedna piąta Polaków w ogóle nie płaciła za produkowane przez siebie śmieci. Właściciele domków jednorodzinnych pozbywali się worków z odpadami na poboczach dróg. Podmiejskie lasy i łąki przypominały wysypiska. W niektórych gminach umowę na wywóz odpadów podpisywało 10 proc. gospodarstw domowych – reszta lądowała w ustronnych miejscach. Nic nie pomagało odwoływanie się do poczucia odpowiedzialności społecznej i ludzkich sumień.

– Dane z samorządów dotyczące wdrożenia ustawy dopiero spływają – informuje Paweł Mikusek, rzecznik prasowy Ministerstwa Środowiska. – Ocenę jej realizacji wyda dopiero co powołany zespół przedstawicieli samorządów, spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych oraz przedsiębiorców pod kierownictwem prof. Andrzeja Kraszewskiego. Owocem pracy tego gremium będą też rekomendacje zmian w rzeczonej ustawie, a także kodeks dobrych praktyk.

Według Mikuska, pomimo wszystkich zastrzeżeń, ustawa śmieciowa to krok w dobrą stronę. Powstała konstrukcja prawna obarczająca odpowiedzialnością za śmieci samorządy i odbiorców indywidualnych. Zbudowano ją na prostym założeniu: stała opłata w gminie sprawi, że mieszkańcom nie będzie opłacało się oszukiwać i niszczyć środowiska.

– Tyle teorii. Praktyka jest taka, że nielegalne wysypiska, które wraz z rewolucją śmieciową miały zniknąć z polskiego krajobrazu, nadal straszą – ubolewa Jarosław Kasprzyk, edukator ekologiczny z Klubu Gaja.

 

Kiełbasa wyborcza od wójta

Dlaczego tak się dzieje? Gdy nie wiadomo, o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze – głosi ludowa mądrość. Tak jest również w tej sytuacji. Według szacunków Krajowej Izby Gospodarczej (KIG), statystyczny Kowalski wytwarza ponad 300 kg śmieci rocznie, co w przeliczeniu na trzyosobową rodzinę daje prawie tonę. Koszt zebrania i utylizacji takiej ilości odpadów wynosi co najmniej 450 złotych. Tu niespodzianka. Niektóre firmy zaoferowały tę usługę poniżej 200 zł, a gminy na to chętnie przystały. Z powodu polityki. W tym roku czekają nas wybory samorządowe. Aby nie stracić poparcia mieszkańców, część włodarzy stosuje możliwie najniższe stawki odbioru śmieci. I nie obchodzi ich zupełnie to, co się później z tymi odpadami dzieje. Tymczasem są przedsiębiorstwa, które pozbywają się ich w sposób nielegalny. O recyklingu nawet nie myślą, bo im się to nie opłaca. Jak wyliczyła KIG, największą część wspomnianych 450 zł za tonę śmieci – bo aż 40 proc. – pochłania ich przetwarzanie. 11 proc. to koszty sortowania.

– Przetargi często wygrywały firmy, które oferowały najniższą cenę. Owszem, ich usługi są najtańsze, ale czy spełniają wyśrubowane unijne standardy? Nie mając konkurencji, czują się jak monopolista w regionie, a to bynajmniej nie skłania do troski o jakość – wskazuje dr Wojciech Szymański, specjalista z Instytucji na rzecz Ekorozwoju (InE). – Paradoks polega na tym, że przedsiębiorstwa, które zainwestowały w nowoczesne sortownie i instalacje, z reguły nie były w stanie zaproponować tak korzystnych finansowo warunków współpracy. W rezultacie to nie one zdobyły kontrakty, lecz ich konkurencja – zwykle mniej uczciwa, a przede wszystkim niedysponująca na tyle nowoczesnymi technologiami i know-how, aby móc się zajmować odbiorem i przetwarzaniem odpadów – dodaje.

Podobną opinię podczas eksperckiej debaty, zorganizowanej w grudniu zeszłego roku przez dziennik „Puls Biznesu” i Green Cross Poland, wyraził Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami (PIGO): „Twórcy ustawy wskazali cele proekologiczne, promując firmy inwestujące w nowoczesne instalacje. Tak się nie stało. Gminy za cel wzięły interes ekonomiczny mieszkańców, czyli jak najniższą cenę pozbycia się odpadów, a nie ich zagospodarowania”. „Ułamek gmin poradził sobie z nowym systemem. Znakomita większość nie podołała. Na palcach jednej ręki można policzyć, gdzie w przetargach pojawiły się kryteria jakościowe” – wtórowała mu mecenas Anna Specht-Schampera z kancelarii Schampera Dubis Zając.

Źli są przedsiębiorcy, którzy pomimo wysokiego poziomu profesjonalizmu nie wygrali przetargów. Ale i odbiorcy indywidualni mają powody do niezadowolenia. Chodzi o sposób określania wysokości śmieciowych opłat. Gminy mogą naliczać je od gospodarstwa domowego, liczby mieszkańców, powierzchni i zużycia wody lub stosując sposoby mieszane. Sęk w tym, że – jak zauważa na łamach „Tygodnika Powszechnego” Michał Olszewski – metoda „od gospodarstwa” zrównuje biednych i bogatych, tudzież wielodzietnych i singli. Ta od powierzchni również nie wydaje się szczególnie sprawiedliwa, bo jak znaleźć zależność między metrażem, a produkcją śmieci? Liczba mieszkańców? Skąd wiadomo, że w danym lokalu nie zadeklarowano trzech osób, a w rzeczywistości wynajmuje go z tuzin studentów lub robotników sezonowych? Stawki według zużytej wody? Byłoby to świetne rozwiązanie, gdyby udowodnić, że istnieje związek między zużyciem wody, a ilością produkowanych odpadów.

Kłopotów z rewolucją śmieciową jest dużo więcej. Jeden z ważniejszych sprowadza się do tego, że skupiła naszą uwagę na plastiku, papierze czy szkle. Za mało troszczymy się ciągle o tzw. elektrośmieci, których każdego roku powstaje w Polsce około 200 tys. ton, a zbiera się prawie 3,9 kg na osobę. Tymczasem aż 30-40 proc. zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego pochłania szara strefa. Przy czym 80 proc. wyeksploatowanych urządzeń nadaje się do recyklingu. Większość to tzw. duże AGD: 400 tys. zmywarek, 800 tys. lodówek, ponad milion kuchni i piekarników, 900 tys. pralek. Jak szacują eksperci, z samych tylko właściwie przetworzonych lodówek moglibyśmy wyprodukować 30 tys. aut i 850 wagonów kolejowych.

 

Uczmy się od Szwedów

Polskie problemy nie są niczym wyjątkowym. Jeśli wierzyć badaniom Eurostatu, gorzej z odpadami radzą sobie Rumuni, Bułgarzy, mieszkańcy państw bałtyckich, a także Grecy, Cypryjczycy i Maltańczycy. Ale punktem odniesienia powinna być dla nas raczej Europa Zachodnia, która wprawdzie produkuje więcej odpadów, ale też znacząco więcej ich odzyskuje dzięki recyklingowi (w Niemczech obejmuje on 45 proc. odpadów, w Belgii – 40 proc., w Irlandii – 35 proc.).

Chyba jednak najwięcej możemy nauczyć się od Skandynawów. Na przykład w Sztokholmie śmieci są źródłem 14-16 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną i ciepło. Cała południowa część szwedzkiej stolicy ogrzewana jest odpadami komunalnymi i przemysłowymi, które spalane są w spalarni odpadów w Högdalen. 500 tys. ton odpadów komunalnych i 250 tys. ton odpadów przemysłowych produkuje rocznie 1700 GWh ciepła i 450 GWh energii elektrycznej. Łącznie Szwecja posiada 28 tego rodzaju instalacji, wyposażonych w przystosowaną do rygorystycznych norm środowiskowych technologię oczyszczania spalin i ścieków. Dla porównania: w naszym kraju jest na razie tylko jedna spalarnia śmieci komunalnych – w Warszawie.

Szwedzi słyną też z prawidłowej segregacji śmieci u źródła, czyli przez gospodarstwa domowe, co sprawia, że aż 45 proc. produkowanych odpadów wykorzystywanych jest do recyklingu. Jedynie 4 proc. odpadów zostaje zdeponowanych na wysypiskach.

– Trzeba stworzyć takie uwarunkowania makroekonomiczne, aby się opłacało z odpadów uzyskiwać energię, ciepło czy szkło po recyklingu – postuluje dr Szymański z InE. – Na razie z tym nie jest najlepiej. Wystarczy wspomnieć, że mamy w Polsce tylko jeden zakład przerabiania szkła – w Wyszkowie – a jego moce są ograniczone.

Zdaniem Jarosława Kasprzyka z Gai, powinniśmy przede wszystkim myśleć o tym, jak ograniczać ilość odpadów. Przykładem mogą być lekkie plastikowe torby na zakupy, których supermarkety i inne sklepy w samej tylko Unii Europejskiej wydają 100 miliardów rocznie. Większość tzw. reklamówek jest wykorzystana tylko raz i przez zaledwie około 20 minut. Aż 8 mld toreb na zakupy ląduje w rzekach, jeziorach i morzach lub zaśmieca ulice i pola. W środowisku mogą one przetrwać setki lat. Są zaś szczególnie niebezpieczne dla zwierząt i ptaków morskich.

– Dane dotyczące ich rocznego zużycia w poszczególnych państwach członkowskich znacznie się różnią: od czterech sztuk na mieszkańca w Danii i Finlandii, do 466 toreb na mieszkańca w Portugalii, Słowacji i – niestety – w Polsce. Mamy więc sporo do nadrobienia – uświadamia Kasprzyk.

 

Najważniejsza jest mentalność

Lista patologii, nieprawidłowości i mankamentów jest doprawdy imponująca. I z pewnością minie wiele lat, zanim doszlusujemy do świadomych ekologicznie Niemców czy Skandynawów. Eksperci są jednak zgodni: dobrze, że w ogóle coś w tej dziedzinie drgnęło. Zmieniło się prawo i mentalność społeczeństwa, które zaczęło odpady segregować, a w wielu przypadkach pierwszy raz za nie płacić. Jeśli pracę resortu środowiska nad nowelizacją śmieciowych przepisów pójdą w dobrą stronę, nasza gospodarka odpadami będzie wreszcie spełniać surowe normy UE. A wtedy ominą nas drakońskie unijne kary.

Rozmowa z posłem Piotrem Zgorzelskim, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej

MATEUSZ WEBER: Tak zwana ustawa śmieciowa weszła w życie siedem miesięcy temu, a już przygotowywana jest jej nowelizacja. Czy to znaczy, że nowe prawo nie działa?

Wprowadzenie ustawy można w skali kraju określić raczej pozytywnie. Oczywiście, jak to zwykle bywa w okresie przejściowym, zdarzały się przypadki niedociągnięć. Ponad 140 gmin w Polsce nie zdążyło rozstrzygnąć rozpisanych przetargów – w terminie do 1 lipca, czyli w terminie wprowadzającym ustawę. Jednak na chwilę obecną te kwestie już się powoli normują. Cały czas, oczywiście, trwają prace nad nowelizacją ustawy, będą one zakładały między innymi możliwość prowadzenia zbiórki odpadów bezpośrednio przez gminę. Co jest szczególnie istotne dla gmin, które zainwestowały we własny system zbiórki odpadów jeszcze przed wejściem ustawy, tak jak np. gmina Jednorożec.

Kiedy możemy spodziewać się nowelizacji? Czy nowe prawo uda się uchwalić jeszcze w tej kadencji?

Powołany już został zespół ds. wdrażania ustawy, który ma zidentyfikować mankamenty ustawy śmieciowej i w ciągu pięciu miesięcy przygotować propozycje zmian przepisów. Ja również zachęcam do przesłania swoich uwag – mieszkańców, właścicieli nieruchomości, gminy wdrażające ustawę i przedsiębiorców zajmujących się gospodarką odpadową.

Pierwsze tygodnie funkcjonowania ustawy nie wypadły najlepiej. Telewizje informacyjne na okrągło pokazywały tony śmieci zalegające na chodnikach, a opozycja straszyła wizją Neapolu nad Wisłą…

Ustawa weszła w życie w lipcu 2013 roku. Uważam, że z każdym miesiącem działa coraz lepiej. Zarówno mieszkańcy uczą się segregować odpady, jak również firmy odbierające poznają coraz lepiej teren, na którym przyszło im pracować. Oczywiście, ustawa ma wiele niedociągnięć, ale cały system należy uznać za dobry. Na przykład na terenie powiatu płockiego wszystkie gminy wprowadziły ustawę śmieciową. Część, ogłaszając przetargi samodzielnie, natomiast pozostałe wspólnie podchodząc do zagadnienia poprzez Związek Gmin Regionu Płockiego.

Wspomniał Pan o elemencie przygotowywanej nowelizacji, który umożliwi przeprowadzanie zbiórki odpadów bezpośrednio przez gminę. Tego domagała się część samorządowców, których nieformalnym liderem stał się wójt Lubrzy, Mariusz Kozaczek. W jakim kierunku pójdzie nowelizacja obecnego prawa?

Ustawa w obecnym kształcie nakłada na gminy obowiązek rozpisywania przetargu. I właśnie tu pojawia się problem tych samorządów, które zainwestowały już w swój system zbiórki odpadów, jak Lubrza czy Jednorożec. Dlatego trwają prace nad nowelizacją ustawy, zakładające między innymi umożliwienie samorządom samodzielnej zbiórki odpadów. Mamy nadzieję, że zmiany w ustawie rozwiążą problem.

Skomplikowana sytuacja jest też w miastach. Mieszkańcy dużych osiedli są często w bardzo niewygodnej sytuacji. Ci, którzy chcieliby segregować – a są w mniejszości – i tak nie mogą tego robić. Na ich osiedlach nie ma pojemników do segregacji. Czy taka sytuacja ich nie dyskryminuje?

Jest to problem, o którym niejednokrotnie już słyszałem. Warto pochylić się nad tą kwestią i podjąć starania, aby zająć się nią w kontekście nowelizacji ustawy. Z informacji, jakie uzyskuję z samorządów oraz od firm zajmujących się odbiorem odpadów na terenie powiatu płockiego, wynika, że obowiązki dyrektyw unijnych dotyczące recyklingu składowania odpadów zostaną przez nie spełnione za 2013 rok. O szczegółowe informacje należałoby pytać poszczególne samorządy.

Czy nie uważa Pan, że różnice w opłatach między zbiórką selektywną, a nieselektywną, są obecnie w wielu przypadkach zbyt niskie, by zachęcić mieszkańców do sortowania odpadów?

Rzeczywiście, różnice w opłatach między zbiórką selektywną, a nieselektywną, są w wielu przypadkach zbyt niskie, by zachęcić mieszkańców do sortowania odpadów. Wszyscy wiemy, że tylko zbiórka selektywna pozwoli osiągnąć wymagane unijnymi przepisami poziomy recyklingu. Dlatego warto się zastanowić, czy segregowanie opłaca się tylko z punktu widzenia finansowego. Trzeba też myśleć o środowisku.

Coraz częściej pojawiają się głosy, aby segregacja śmieci była obowiązkowa. Czy jest Pan zwolennikiem takiego rozwiązania?

Tak. Przygotowywany jest nowy projekt, zakładający wprowadzenie obowiązkowej segregacji śmieci dla wszystkich właścicieli nieruchomości. Projekt ma na celu jedynie doprecyzowanie obecnych przepisów i, według tego projektu, brak selektywnej zbiórki oznaczałby nie tyle wyższą opłatę – tak jak obecnie – ale nałożenie wysokiej kary administracyjnej, która mogłaby być nawet kilkukrotnie wyższa niż opłata za odpady posegregowane.

W blokach sortowanie odpadów często jest fikcją, bo – aby udowodnić komuś, że nie wywiązuje się ze swojego obowiązku – trzeba by go złapać za rękę. Jak rozwiązać problem „śmieciowych gapowiczów”?

Może rozwiązaniem byłoby rozstawienie pojemników w taki sposób: osobno kosze na śmieci zmieszane, a nieco dalej do segregacji tak, żeby osobie, która nie segreguje śmieci, nie chciało się iść do pojemników na selektywną zbiórkę i wrzucać do nich śmieci nie posegregowanych. Było by to bardziej transparentne, choć nie wiem, czy takie rozwiązanie mogło by się przyjąć. To zresztą problem całej Polski w związku z wejściem w życie nowej ustawy śmieciowej i, szczerze mówiąc, jedynym wyjściem jest… liczyć na uczciwość wyrzucających śmieci.

Specjaliści z Polskiej Izby Gospodarki Odpadami zwracają uwagę, że twórcy ustawy wskazali cele proekologiczne, promując firmy inwestujące w nowoczesne instalacje. Tak się nie stało. Gminy za cel wzięły interes ekonomiczny mieszkańców, czyli jak najniższą cenę pozbycia się odpadów, a nie ich zagospodarowania. Czy rzeczywiście tak jest? Jeżeli tak, to co zrobić, aby to się zmieniło?

Oczywiście, jak w przypadku większości tak poważnych zmian, także te wprowadzone znowelizowaną ustawą o utrzymaniu czystości, napotykają kłopoty organizacyjne, a także czysto techniczne, jednak trzeba pamiętać, że wprowadzenie tak poważnych zmian to proces ciągły i długotrwały. Myślę, że sytuacja pomału się jednak ustabilizuje. Jak pokazuje przykład innych krajów europejskich, dostosowanie się do podobnych rozwiązań trwało kilka lat – np. w Norwegii, która – wprowadzając podobną ustawę – dysponowała dużo lepszymi rozwiązaniami technologicznymi niż Polska, okres dostosowawczy trwał sześć lat.

W Polsce ciągle około 71 proc. śmieci trafia na wysypiska, reszta jest przetwarzana lub spalana. W Niemczech, Holandii czy Szwecji, na wysypiska idzie ledwie 1 proc. śmieci, a w Szwajcarii – 0 proc. Tak wynika z najnowszych danych Eurostatu. Polska zobowiązała się do 2020 r. składować jedynie 35 proc. w porównaniu do tego co było w 1995 r.?  Co w sytuacji, kiedy nie osiągniemy tego poziomu?

To fakt. Polacy wciąż przetwarzają mało odpadów i większość z nich trafia na wysypiska. Świadomość ekologiczna jednak – i poziom recyklingu – powoli, ale jednak rosną, również przez obowiązujące w Polsce unijne wymogi. Myślę, że polskie samorządy należy wzmocnić przy realizowaniu tak ważnego zadania, jakim jest gospodarka odpadami na naprawdę europejskim poziomie. Obowiązki nałożone znowelizowaną ustawą o utrzymaniu porządku i czystości na gminy są bardzo rozległe, wymagają także specjalistycznej wiedzy. Potrzebne są również zmiany w świadomości. Trzeba jasno powiedzieć, że odbiór odpadów i ich prawidłowe zagospodarowanie niesie za sobą nakłady finansowe. To też ważny aspekt.

środa, 26 luty 2014 19:38

REWOLUCJA PO WARSZAWSKU

Napisane przez

W stolicy rewolucja śmieciowa zamieniła się w karykaturę samej siebie. W niektórych dzielnicach nowy system nawet nie ruszył, piętrzą się kłopoty związane z tym, że śmieci przybywa, natomiast śmieciarek ubywa. Jakby tego było mało, awantury między firmami doprowadziły do konfliktu w Krajowej Izbie Odwoławczej.

Nowy system wywozu odpadów ruszył w ośmiu stołecznych dzielnicach wraz z początkiem lutego. Objął przede wszystkim prawobrzeżną Warszawę: dzielnice Praga-Północ, Praga-Południe, Rembertów, Wawer i Wesołą. Po lewej stronie rewolucja ruszyła w Śródmieściu, a także na Ursynowie i w Wilanowie. W pierwszych pięciu przypadkach o śmieci zadbać ma firma Lekaro, lewobrzeżną Warszawę podzieliły SITA (Ursynów, Wilanów) oraz Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania (Śródmieście).

Władze miasta postawiły sprawę jasno: firmy mają odbierać odpady zmieszane (na które przeznaczono czarne pojemniki) raz na dwa tygodnie, natomiast posegregowane – szkło oraz zbiorczo w drugim pojemniku papier, plastik, karton i puszki – raz na cztery tygodnie. Podpisane umowy mają obowiązywać do końca stycznia 2017 roku.

Powrót do średniowiecza

I tu zaczynają się problemy. Umiarkowany sukces, jakim było przebrnięcie przez procedury przetargowe i uruchomienie nowego systemu w wymienionych wyżej dzielnicach, budzi tyle samo obiekcji, co porażki w innych częściach miasta. Najwięcej zastrzeżeń mają właściciele domów jednorodzinnych. - Dotychczas płaciłem 60 zł za wywóz śmieci do urzędu dzielnicy. W zamian za to śmieci były odbierane co tydzień. Lekaro będzie odbierać śmieci co dwa tygodnie. Dla mnie jest jasne: teraz mam płacić 30 zł miesięcznie – skarży się czytelnik „Gazety Wyborczej” ze Starej Miłosnej.

Bez względu na to, czy zacytowane wyliczenia są adekwatne do sytuacji, z innymi jego uwagami nie sposób się nie zgodzić. - Co będzie się działo w takim pojemniku i dokoła niego po pierwszym tygodniu gnicia śmieci? Płacę za czteroosobową rodzinę i prowadząc segregację na wszelkie możliwe sposoby, 120-litrowy pojemnik jest pełen co tydzień. Odbieranie śmieci co dwa tygodnie oznacza, iż jestem robiony w bambuko – dodaje rozgoryczony mieszkaniec Starej Miłosnej. - Od lutego wywóz odpadów segregowanych mamy raz w miesiącu, tzw. czarny worek (pozostałe odpady) raz na dwa tygodnie, a zielone – tylko kilka razy w roku. Co z nimi robić? Jak przyjdą upały, to odbiór co dwa tygodnie odpadów po rybie czy mięsie stanie się nie do zaakceptowania. Chyba cofamy się do średniowiecza – komentowała z kolei na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” mieszkanka Wawra.

Ale problem nie dotyczy wyłącznie dzielnic willowych. - Wcześniej na nasze osiedle przy placu Hallera w śmieciarce przyjeżdżał czteroosobowy zespół, a zebranie odpadów z trzech dużych budynków zajmowało 15 minut – opisuje dla „DGP” czytelnik. - Teraz przyjeżdżają dwie osoby, albo wręcz sam kierowca, a śmieci zbierane są chyba z godzinę. Obsługa niezbyt sobie radzi – dodaje.

Z workiem do prezesa

Odpowiedź warszawskich władz na wszystkie skargi jest powściągliwa: zapowiedziano kontrolę funkcjonowania firm śmieciowych, odpowiedzialnych za poszczególne odcinki „frontu”. Pierwsza z tych kontroli ruszyła już po kilku dniach od wprowadzenia nowego systemu w życie. Urzędnicy mają sprawdzić stan śmietników, obecność i dostępność wymaganych pojemników, czy wreszcie przestrzeganie ustalonych harmonogramów odbioru. - Namawiam do zgłaszania wszystkich wątpliwości i niedociągnięć pod miejskim numerem 19115. Takie zgłoszenie zostaje zarejestrowane przez miasto i może stać się dla nas podstawą do zweryfikowania kwot wypłacanych firmom za odbiór śmieci w danym miesiącu. Jeśli jakakolwiek firma nie będzie się wywiązywać ze swoich obowiązków należycie, zapłata zostanie odpowiednio pomniejszona – zapowiadał wiceprezydent Warszawy, Jarosław Dąbrowski.

Teoretycznie, mieszkańcy skarżący się na zalegające odpady, które w pierwszych dniach lutego w wielu miejscach nie zostały odebrane mogą je odwozić firmom. - Gdy gmina nie realizuje obowiązku odbierania odpadów, właściciel nieruchomości może je przekazać, na koszt gminy, podmiotowi wpisanemu do rejestru – twierdzi Joanna Józefiak z biura prasowego Ministerstwa Środowiska. Ale ratusz odcina się od tego stanowiska. - Nie przewidujemy zwrotu pieniędzy w takim przypadku – zastrzega rzecznik stołecznych władz, Agnieszka Kłąb. Pozostają infolinie lub wspomniany miejski numer.

Albo Ekopatrol – inicjatywa redakcji „Super Ekspresu”. „Grupa interwencyjna” tabloidu próbuje wywierać presję na firmy śmieciowe, zwożąc nieodebrane śmieci pod siedziby firm lub domy ich prezesów. W ten sposób wysłannicy gazety zawitali już do drzwi szefowej Lekaro Jolanty Zagórskiej, czy siedziby SITA na Zawodziu, gdzie worki zostały wręczone prezesowi Jean-Michelowi Kalecie. Tyle że happeningi tabloidu nie są żadnym rozwiązaniem problemu.

Awantura w KIO

Problem w tym, że to dopiero początek kłopotów. W pozostałych dzielnicach miasta obowiązuje tzw. system pomostowy: odpady zbierają firmy, które robiły to wcześniej, na dotychczasowych zasadach (częstotliwość, stawki). System ten ma obowiązywać, dopóki Krajowa Izba Odwoławcza nie rozpatrzy odwołań od przetargu śmieciowego, które dotyczą odbioru śmieci na Białołęce, Bemowie, Bielanach, Mokotowie, Targówku, Ursusie, Włochach, Woli i Żoliborzu. Wygrało tam należące do ratusza Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania, co zakwestionowały konkurencyjne firmy – Byś i Remondis – zarzucają miejskiej spółce zaniżanie cen.

Tyle że rozstrzygnięcia prędko nie doczekamy. Rozprawa, jaka miała się odbyć w KIO na początku lutego została bezterminowo odroczona. Miasto odniosło specyficzny sukces – po trzech próbach w końcu doprowadziło do odwołania z grona składu orzekającego w tej sprawie prezesa Izby, Pawła Trojana. Decyzję w tej sprawie podjął osobiście premier Donald Tusk. KIO ma zdecydować o losie pozostałych członków składu orzekającego.

Impetu sprawie nadała opinia biegłego, który uznał ceny proponowane przez MPO za dumpingowe. Zrobił to jednak w oparciu przez Izbę poufne dokumenty finansowe spółki. W rezultacie MPO uznało, że Izba popełniła przestępstwo – i złożyło stosowne zawiadomienie w prokuraturze. A prokuratura uznała, że „istnieje duże prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa”.

KIO zareagowała ostrym komunikatem. - Takie zachowania są jednoznacznie ukierunkowane na zapobieżenie ewentualnemu niekorzystnemu przebiegowi i rozstrzygnięciu postępowania i godzą w niezawisłość Izby – napisała w nim rzeczniczka Izby, Justyna Tomkowska. Tak czy inaczej, odwołanie składu orzekającego oznaczać będzie jedno: dotychczasowy impas w dzielnicach objętych systemem pomostowym będzie trwać. Biorąc pod uwagę chaos panujący w tych miejscach, gdzie nowy system już obowiązuje, mieszkańcy mogli by rzec: co za ulga!

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:10

ZIMOWA WALKA ZE ŚNIEGIEM

Napisane przez

Intensywne opady śniegu okazały się wyzwaniem nie tylko dla drogowców. Okres zimowy i opady śniegu to także nie lada wyzwanie dla samorządów, które – po pierwsze – muszą odpowiednio wcześnie przygotować się na opady śniegu, utrudnienia komunikacyjne i nieprzejezdność dróg, awarie prądu, ogrzewania czy pęknięte rury wodociągowo-kanalizacyjne, a po drugie – zawczasu pogodzić uszczuplone budżety z „zimowymi” wydatkami.

Wydatki związane z utrzymaniem porządku zimą to przede wszystkim koszty odśnieżania, zapewnienia przejezdności dróg i ciągów pieszych oraz walki ze śliską nawierzchnią. Ich ciężar ponoszą budżety samorządów, o czym pisaliśmy już w październikowym wydaniu Magazynu Samorządowego GMINA. Dziś pierwsze opady śniegu mamy już za sobą, a przez najbliższe 2-3 miesiące sytuacja raczej – bo w meteorologii nic nie jest pewne – się nie zmieni. Jak zatem sobie radzić z uporczywymi opadami śniegu?

Jak nie łopatą go, to solą…

Bieżące odśnieżanie to absolutna konieczność. Cięższy sprzęt – najczęściej podwykonawcy, zakładu oczyszczania miasta itd. – wyjedzie na szosy i drogi. Inny – lżejszy – posłuży do odśnieżenia parkingów, chodników czy parkowych alejek na terenie gminy. Poza odśnieżarkami mechanicznymi, które szybko i sprawnie uporają się z zasypanymi chodnikami i parkingami, mamy do dyspozycji tradycyjne narzędzia napędzane siłą ludzkich mięśni, takie jak łopaty czy miotły.

Skuteczne będzie, oczywiście, wsparcie substancji zapewniających chropowatość nawierzchni, a zatem: piasku, kruszywa, chlorku magnezu i chlorku wapnia oraz mieszanek środków niechemicznych i chemicznych. Najczęściej jednak używa się soli (chlorku sodu) przeznaczonej do utrzymania porządku na drogach i zwalczania śliskości chodników. Sól drogowa zalecana jest przez ekspertów jako środek do skutecznego rozmrażania śniegu i lodu zalegającego m.in. na ciągach pieszych i jezdnych. Jest to specjalna sól gruboziarnista, która rozpuszcza się wolniej i działa dłużej, często wzbogacona gotowymi mieszankami, skutecznie roztapiającymi śnieg i lód. Wybierając sól do posypywania, warto także zwrócić uwagę, czy produkt posiada pozytywną opinię Instytutu Dróg i Mostów.

Gdy temperatura spada poniżej 10 stopni Celsjusza, nie zastanawiamy się czym pługosolarki posypują drogi… Ważne aby nie było ślisko i jeździło się bezpiecznie. Zazwyczaj jednak sypią na asfalt chlorek wapnia, czyli sól kwasu solnego i wapnia, natomiast rzadko kiedy do posypywania dróg wykorzystywany jest piasek.

Sypanie solą budzi wiele kontrowersji – jej oddziaływanie niestety nie jest obojętne dla posypywanych nawierzchni i ich otoczenia, a zwłaszcza roślinności. Posypywanie solą jezdni i chodników, które sąsiadują z pasami zieleni lub drzewami, wzbudza także protesty ekologów, bowiem środek ten uszkadza roślinność. W miejscach, gdzie na trawniki spychana jest śniegowa breja z solą, wiosną ukazują się sczerniałe i zniszczone place zamiast trawy. Być może zatem warto rozważyć, czy okolice miejskich trawników, rabat, parków posypywać niszczącą je solą? Ogrodnicy radzą, by – gdzie tylko to możliwe – decydować się na ręczne lub mechaniczne odgarnianie śniegu i posypywanie ciągów pieszych piaskiem, co uchroni rośliny przed degradacją. Może zatem warto zainwestować w małe traktorki z wymiennymi przystawkami (skądinąd, przydatne przez cały rok)?

Ponadto, jak podkreśla Maciej Kłeczek – właściciel firmy produkującej specjalistyczne mieszanki soli drogowej – nadmierne solenie, poza negatywnym oddziaływaniem na rośliny, powoduje także szkody w postaci korozji betonu, mogą także pojawić się odbarwienia kostki brukowej. Przeciętnii użytkownicy żalą się też na zniszczone buty i podwozia samochodów.

Miasta różnie radzą sobie z tymi niedogodnościami. Na przykład urzędnicy krakowskiego magistratu przekonują, że ulice położone w ścisłym centrum Krakowa – ze względu na zabytki – nie są posypywane solą, a chlorkiem wapnia. Ale w innych częściach miasta nie da się jednak uniknąć soli, bo nie ma pieniędzy na alternatywne, kilkakrotnie droższe substancje. Ponadto ratusz przekonuje, że śnieg z krakowskich ulic usuwa w taki sposób, by nie zaszkodzić zieleni miejskiej: np. przejeżdżające solarki w ogóle nie posypują rosnących przy ulicach drzew. Natomiast w Warszawie, począwszy od zeszłorocznej zimy, drogi miały być posypywane ekologicznym żwirem, dzięki czemu nie trzeba byłoby sprzątać śniegu (co stanowi oszczędność dla „zimowego budżetu”). Jednak na ulice wciąż wyjeżdżają solarki, bo... od żwiru zapychają się studzienki i niszczy lakier na karoserii aut, natomiast żwir jest wykorzystywany tylko na peryferyjnych, gruntowych drogach bez odwodnienia.

Brak alternatywy?

Jak podkreśla jeden z producentów mieszanek soli drogowej, zwykle ze względu na negatywne oddziaływanie soli wiele gmin decyduje się na zakup gotowych mieszanek soli drogowej z piaskiem. Taka mieszanka – jak twierdzi Maciej Kłeczek – jest bardzo skuteczna: nawierzchnia staje się szorstka i jednocześnie jest zabezpieczona przed powstaniem śliskości. Jednak sól i tak gromadzi się w glebie wzdłuż dróg i niszczy trawę porastającą pobocza.

Na chwilę obecną nie ma jednak dla niej alternatywy. Inne środki chemiczne są kilka razy droższe. Najtańszymi środkami do usuwania śliskości są szorstkie materiały powodujące chropowatość powierzchni, takie jak piasek i żwir. W przypadku zastosowania tego typu materiałów należy zwrócić uwagę aby ich ziarnistość wynosiła powyżej 1 mm i aby zawierały jak najmniej składników spoistych – gliny. W przypadku popularnego żużlu trzeba pamiętać, że podobnie jak sól, ma on duże właściwości korozyjne i jest szkodliwy dla środowiska. Niestety, wiele gmin ze względu na niskie koszty stosuje takie praktyki.

wtorek, 03 grudzień 2013 21:49

JAK PSU BUDA…

Napisane przez

Według wójta Inowłodzia, Zenona Chojnackiego, jego największym zmartwieniem są… bezdomne psy. Podobnego zdania jest sołtyska Jadwiga Naranowicz ze Szwecji. To zwykle na jej głowie spoczywa przygarnięcie szwędającego się po wsi bez opieki czworonoga i znalezienie mu miejsca do adopcji. Zwierzęta, którymi muszą się zająć, i tak mają wiele szczęścia…

Na przełomie 2012 i 2013 r. Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła kontrole w dziesięciu województwach, sprawdzając, jak gminy i schroniska realizują ustawę o ochronie zwierząt. W sierpniu NIK opublikował raport, jak gminy i przytuliska radzą sobie z bezdomnością zwierząt.

To wstrząsające świadectwo. Według raportu, co czwarte bezdomne zwierzę umiera w schroniskach z powodu panujących w nich warunków. Poza tym jedna trzecia środków publicznych przeznaczonych na bezdomne zwierzęta wydawana jest z naruszeniem prawa. Tak brzmią główne konkluzje raportu Izby.

Kontrola objęła osiemnaście urzędów gmin i miast, dziewiętnaście schronisk i podmiotów zajmujących się opieką nad zwierzętami na podstawie umów podpisanych z gminami (w tym ich wyłapywaniem). Kontrole objęły w sumie dziesięć województw.

Przepełnienie

Jak wynika z inspekcji, największym problemem schronisk jest ich przepełnienie. W 2011 r. funkcjonowało 150 przytulisk, w których żyło ponad 100 tysięcy psów – ale faktycznie tych miejsc było trzykrotnie mniej. Z kolei kotów było 20 tysięcy, a to cztery razy więcej niż dostępnych miejsc. W większości schronisk (71 proc.) zwierzęta nie mają odpowiednich pomieszczeń – ani legowisk, ani wybiegów. Jako fatalne można opisać warunki sanitarne w 43 proc. schronisk, gdzie zwierzęta żyją w klatkach i boksach zanieczyszczonych odchodami. W 21 proc. schronisk są źle karmione.

Negatywną ocenę działalności skontrolowanych gmin NIK uzasadnił w szczególności: niepodejmowaniem skutecznych działań w celu ograniczenia populacji bezdomnych zwierząt, a nawet brakiem takich działań (w 50 proc. skontrolowanych gmin), nieprzestrzeganiem zakazu odławiania bezdomnych zwierząt bez zapewnienia im miejsc w schroniskach (61 proc.) oraz zlecaniem takiej czynności podmiotom, które nie posiadały wymaganych zezwoleń (67 proc.) albo też bez podjęcia stosownej uchwały przez rady gminy (40 proc.).

Izba negatywnie zaopiniowała również wydatkowanie nielegalnie albo niegospodarnie 1.653,7 tys. zł (36 proc. środków z budżetów osiemnastu gmin) na rzecz podmiotów, które nie posiadały wymaganych zezwoleń oraz nie zapewniły standardu usług, dotyczących opieki nad zwierzętami. Zauważono również, że brakuje kontroli wykorzystania środków publicznych i sprawowania opieki nad zwierzętami w schroniskach i w innych miejscach ich przetrzymywania (50 proc.).

Podsumowując NIK napisała w raporcie, że wejście w życie znowelizowanej ustawy o ochronie zwierząt nie przyczyniło się w znaczący sposób do rozwiązania problemu bezdomnych zwierząt. Wprawdzie szesnaście rad skontrolowanych gmin uchwaliło programy opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt, to jednak tylko pięć programów spełniało wszystkie wymogi określone w art. 11a znowelizowanej ustawy. W znacznej części gmin postanowienia tych programów, dotyczące opieki nad bezdomnymi zwierzętami, nie były realizowane.

Trzy miliony

Z ustaleń Izby wynika również, że w porównaniu do 2005 r., psów przebywających w schroniskach jest o 21 proc. więcej. Liczba porzuconych i zabłąkanych zwierząt rośnie znacznie szybciej od miejsc w schroniskach i od liczby zwierząt adoptowanych. Co gorsza, to może być jedynie wierzchołek góry lodowej: z danych Stowarzyszenia Obrona Zwierząt wynika, że w Polsce może być około 3 milionów bezdomnych psów i kotów. Oznaczałoby to, że 120 tysięcy zwierzaków, jakie obecnie znalazły dach nad głową w przytuliskach, to jedynie niewielki odsetek stworzeń wałęsających się po kraju.

Tymczasem już teraz przepełnienie schronisk jest – w ocenie Głównego Inspektoratu Weterynarii – powodem niezapewnienia przebywającym tam zwierzętom właściwych warunków bytowania, a w niektórych schroniskach nawet ochrony przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi.

Stworzono program wychodzenia zwierząt z bezdomności. Zwierzęta pokazywane są w mediach, Internecie, by znaleźć im dom, by nie zostawały w schroniskach. − Jednak do tego potrzebne jest zaangażowanie urzędników – mówi Grzegorz Bielawski, inspektor z Pogotowia dla Zwierząt w Trzciance. Sam jako wzorowe typuje gminy Tłuszcz, Sulejówek czy Obrzycko. Według jego oceny w tych gminach znacznie udało się ograniczyć bezdomność zwierząt. Gminy te otwarte są na szkolenia i prewencyjne działania. Opłacają m.in. sterylizację i kastrację zwierząt.

Znęcanie się

Być może nieco optymistyczniej zabrzmiała opinia NIK, że gminy właściwie reagowały na przypadki niehumanitarnego traktowania zwierząt.

Opinię NIK potwierdzają osoby zaangażowane w działalność organizacji pozarządowych. – Jest sporo gmin świetnie zorganizowanych, które znają prawo o ochronie zwierząt – podkreśla Grzegorz Bielawski, który na co dzień zajmuje się odbieraniem właścicielom maltretowanych czworonogów. – Jest niestety kilkaset gmin, które z tą wiedzą są na bakier.

Bielawski mógłby bez końca wymieniać przypadki drastycznego traktowania zwierząt. Jedna z ostatnich interwencji Pogotowia miała miejsce w Łomiankach, gdzie na terenie prywatnej posesji odkryto nielegalną hodowlę yorków. Około siedemdziesięciu zwierząt żyło w piwnicy, bez wypuszczania na zewnątrz, a nawet bez światła. Z kolei w Posadowie właściciel stajni trzymał w niej 64 konie niemal zagłodzone. Za duży krok uważa, jeśli ktoś w sklepie żelaznym kupuje łańcuch dla psa o przepisowej długości trzech metrów. To znak, że w jakiś sposób respektuje prawo o ochronie zwierząt. Jednak inspektor już zapowiada, że w przyszłości w nowelizacji tej ustawy pojawi się zakaz trzymania psów na łańcuchach.

Wracając do raportu NIK, spada – chociaż nieznacznie – odsetek zgonów w schroniskach. W 2011 roku wynosił 11,9 proc. wśród psów oraz 22,1 proc. wśród kotów. Pozytywnym zjawiskiem jest z kolei wzrost liczby adoptowanych zwierząt. W 2011 roku ze 100,3 tys. psów przebywających w schroniskach adoptowano 54,7 tys. (55 proc.).

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY