Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 49.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 50.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 60.

Człowiek i społeczeństwo

Człowiek i społeczeństwo (128)

poniedziałek, 24 czerwiec 2013 23:59

PIERWSZY POLSKI POCIĄG PANCERNY

Napisane przez

Sosnowiec, cicha noc z 5 na 6 lutego 1863 r. Pierwsze tygodnie Powstania Styczniowego (wybuchło 22 stycznia). Odwilż, pada śnieg z deszczem. W półmroku rysują się kontury dwóch budynków: dworca kolejowego i tzw. komory celnej (urzędu). W środku leniwie gwarzą, palą tytoń i popijają gorzałkę rosyjscy pogranicznicy. Jesteśmy w trójkącie trzech cesarzy. Stąd pociągi wjeżdżają do Austrii i do Prus.

O drugiej w nocy ciszę przerywa łomot pociągu wpadającego na stację. Ze szczelin w pancernych ścianach wagonów padają strzały, desant kosynierów wypada na perony, przerażeni Rosjanie uciekają w panice i po kilkudziesięciu minutach stacja jest opanowana.

Piękny, filmowy obrazek. Tak być mogło, tak zajęcie Sosnowca  było opisywane w niektórych źródłach, lecz te niezwykłe wydarzenia przebiegały w rzeczywistości inaczej – co nie znaczy, że mniej spektakularnie.

Wieczorem 5 lutego 1863 r. do Maczek dotarł z Olkusza oddział naczelnika Małopolski, Apolinarego Kurowskiego, liczący około 150 powstańców. Kurowski ruszył się wreszcie z obozu w Ojcowie ośmielony tym, że Rosjanie opuścili najbliższą okolicę i pozostała tylko straż na granicy z Prusami i Austrią. Dwie godziny powstańcy czekali w Maczkach obok stacji, gdy w tym czasie kolejarze  uzbroili pociąg składający się z dwóch lokomotyw i dziesięciu wagonów towarowych. Wagony obudowano podkładami kolejowymi, w których wycięto otwory strzelnicze, lokomotywy ustawiono na końcu pociągu.

O  21:00 oddział wyjechał z Maczek. Przez Ząbkowice i Dąbrowę pojechali w stronę Sosnowca. O godzinie 2 nad ranem, na wiorstę przed Sosnowcem, w rejonie Sielca, powstańcza piechota i kawaleria opuściły skład. Zrezygnowano z wykorzystania pociągu do desantu. W pół godziny powstańcy doszli do dworca i sąsiadującej z nim komory celnej. Prawdopodobnie broniło się w niej ok. 100 strażników.

Trzy razy kosynierzy porywali się do ataku, próbując sforsować obite żelazną blachą drzwi. Pod dowodzącym natarciem płk. Cieszkowskim zabito konia, później zraniono go w rękę. Ostatni, skuteczny atak skończył się wyrąbaniem żelaznych drzwi komory celnej i jej zajęciem. Część Rosjan rzuciła się do ucieczki do Prus, za Brynicę. Na chwilę udało się ich powstrzymać zamykającej kocioł kawalerii, jednak większość przebiła się i dotarła pod opiekę pruskich ułanów, czekających na granicznym moście. Reszta poddała się Polakom, a niektórzy nawet przystąpili później do powstania.

Niedaleko, w komorze celnej w Modrzejowie, zebrała się druga, większa grupa rosyjskich obieszczyków (pograniczników), licząca ponad 350 żołnierzy. Trwożliwie nasłuchiwali odgłosów walki, po czym, gdy przyłączyła się do nich garstka niedobitków z Sosnowca, przeszli razem z bronią przez Przemszę do Prus, gdzie zostali przez gospodarzy życzliwie powitani, nakarmieni i po kilku dniach ekspediowali powrotem do Królestwa.

Powstańcy zdobyli w  Sosnowcu 40 koni, broń i pieniądze – 97 tys. rubli. Połowę zdobytych pieniędzy Kurowski wysłał Rządowi Narodowemu do Warszawy, resztę wydał na potrzeby swojego oddziału. Będzińscy Żydzi sprzedali wojsku narodowemu buty i kożuszki po niższych od rynkowych cenach – i jeszcze między sobą zrobili zbiórkę dodatkowych pieniędzy na rzecz oddziału.

Powstańcy Kurowskiego oczyścili na kilka dni granicę austriacką – i część pruskiej – z rosyjskich posterunków. W Trójkącie Granicznym  przez kilka dni cło pobierano w imieniu Rzeczypospolitej, a paszporty stemplowano polską pieczęcią.

Sąd w Olkuszu orzekał w imieniu Rządu Narodowego. W miastach i wsiach działała polska administracja, na urzędach wieszano polskie flagi, a w gabinetach strącono portrety cara, zastępując je wizerunkami Matki Boskiej.

Walczącym o Sosnowiec sprzyjała pogoda. Żołnierz oddziału Kurowskiego, Franciszek Garczyński, twierdzi w swoim pamiętniku, że w tych dniach przelotnie padał deszcz ze śniegiem. Według danych pochodzących z warszawskiego obserwatorium astronomicznego było wówczas, jak na porę roku, dość ciepło. W Warszawie 6 lutego o 10 rano było ok. 3  st. C, do 10 wieczorem temperatura wzrosła do ok. 7 st. C i taka też utrzymywała się również 7 lutego. Oba dni były pochmurne z deszczem.  Na Śląsku pogoda mogła być nieco inna. Ksiądz Szulc, kapelan oddziału Kurowskiego, w kazaniu po bitwie chwalił ciepły wiatr i wypogodzone niebo, sprzyjające powstańcom. Możliwie jednak, że ocenę pogody dostosował do potrzeb duszpasterskich. Już kilka dni później, w czasie marszu Kurowskiego na Miechów, pogoda zmieniła się tak dalece na niekorzyść, że wozy wiozące zdobycz z Sosnowca grzęzły w zaspach i ten sam ksiądz Szulc swój autorytet kapłański musiał angażować, by zdobyć dodatkowe konie  od okolicznych posesjonatów.

Powstanie Styczniowe to pierwsze na naszym terytorium wielkie wydarzenie historyczne, w którym ważną rolę odegrała kolej. Pierwszy polski pociąg pancerny nie wziął bezpośredniego udziału w walce, lecz pomógł  wygrać bitwę o Sosnowiec.

poniedziałek, 27 maj 2013 14:33

TO RACIECHOWICE WYMYŚLIŁY REWOLUCJĘ ŚMIECIOWĄ

Napisane przez

Z wójtem Raciechowic, Markiem Gabzdylem, w województwie małopolskim rozmawiała Anna Cebula

Co jest takiego w człowieku, że któregoś dnia postanawia zostać wójtem? Przekonanie, że może dokonać zmian na lepsze, predyspozycje − np. umiejętność zarządzania i podejmowania decyzji – czy może to po prostu pociąg do władzy?

O urzędnikach zawsze miałem wyobrażenie, że to technokraci. W moim przypadku zadecydowało wykształcenie typowo rolnicze. Ukończyłem Wydział Ogólny Akademii Rolniczej w Krakowie. Po czterech latach przepracowanych w Rolniczym Zakładzie Doświadczalnym Uniwersytetu Jagiellońskiego Gaik Brzezowa, naczelnik Urzędu Miasta i Gminy w Dobczycach zaproponował mi stanowisko kierownika służby rolnej i… mieszkanie. Miałem szansę znaleźć się na swoim. Służba rolna zajmowała się wówczas środkami ochrony roślin, akcjami siewnymi i żniwnymi. W Depczycach byłem do października 1994 r.

Wybory na wójta w Raciechowicach to była szansa na powrót do gminy typowo rolniczej – do korzeni i do moich marzeń. Miałem niezły bagaż doświadczenia, m.in. w pozyskiwaniu środków. Do wyborów stanęło czterech kandydatów. Poparło mnie wówczas jedenastu radnych.

Jak scharakteryzowałby Pan gminę z 1994 r., w czasie, kiedy został Pan jej wójtem?

Piękna, malownicza, mocno rozwinięta gospodarczo, z sadownictwem, ale po przejściach – likwidacji krakowskiej Spółdzielni Pszczelarskiej, której członkami byli nasi sadownicy. A to było równoznaczne z utratą przechowalni, punktów skupu, upadku Banku Spółdzielczego w 1993 r. Wówczas przepadły środki finansowe gminy i mieszkańców.

Jakie zadania udało się Panu wykonać od tamtej pory?

Z tych najważniejszych trzeba było wymyślić nową strategię rozwoju dla gminy. Taką, która pobudziłaby aktywność mieszkańców, zachęciła ludzi do wspólnego działania. Postawiliśmy na sadownictwo i to się udało. Powstała Spółdzielnia Producentów „Grodzisko” – zarejestrowane w Małopolsce z pierwszym numerem. Jabłko z Raciechowic uzyskało wtedy certyfikat Unii Europejskiej jak produkt regionalny. Zaktywizowanie ludzi do działania to był na pewno sukces. W wielu miejscowościach przywrócono koła gospodyń wiejskich lub stowarzyszenia działające na rzecz rozwoju środowiska lokalnego, które bardzo aktywnie włączyły się w pisanie i realizację projektów.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:31

WÓJT BEZ PREMII

Napisane przez

Jedyną nagrodą dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast może być... reelekcja. Wbrew temu, co wciąż myśli część samorządowców – ani przewodniczący rady, ani sami radni nie mają kompetencji do przyznawania bonusów za szczególne osiągnięcia w pracy zawodowej. Zabrania im tego ustawa.

Dla jednych to zwykły skok na kasę, dla innych premia za ciężką pracę. Nagrody dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast to problem tak stary, jak przywrócenie w Polsce samorządności. Kiedyś przyznawane zgodnie z prawem – od czasu, gdy włodarzy wybieramy w głosowaniu powszechnym, dozwolone już nie są. Okazuje się jednak, że mimo iż przepisy są jednoznaczne i zabraniają przyznawania włodarzom nagród, to część z nich takie premie dostało.

Piotr Świderski rządzi gminą Wałcz od lat 90. ubiegłego wieku. Regionalne portale nie mogą się go nachwalić: w ich opinii to zdolny i rozsądny gospodarz. Dlatego jego podwładni uznali w końcu, że wójtowi za ciężką pracę należy się premia.  W 2010 roku dostał dwie nagrody, każda w wysokości 15 tysięcy złotych. Zgodę na  to podpisał przewodniczący rady gminy. Jak się okazało, była to niedźwiedzia przysługa, bo za premię na wójta posypały się gromy. – Regionalna Izba Obrachunkowa zakwestionowała nagrody. Wójt otrzymał od nas w tej sprawie pismo, do którego się ustosunkował. Kilka lat temu takich przypadków było więcej. Teraz zdarzają się tylko sporadyczne  – mówi Bożena Szumiata-Redzisz, naczelnik wydziału kontroli gospodarki finansowej w Regionalnej Izbie Obrachunkowej w Szczecinie, która przeprowadzała kontrole w urzędzie w Wałczu.

Gdy sprawa wyszła na jaw, przewodniczący rady stracił stanowisko. Później tłumaczył się tym, że ktoś z pracowników urzędu podsunął mu dokument do podpisu. – W 2010 roku zostałem poproszony przez pracownika Urzędu Gminy o podpisanie nagrody dla wójta. Zanim to pismo podpisałem, zapytałem, czy jest to zgodne z prawem. Otrzymałem odpowiedź twierdzącą i usłyszałem, że w innych gminach też tak robią – tłumaczył przewodniczący w rozmowie z lokalnymi mediami.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:31

NIŻ DEMOGRAFICZNY ZAMYKA POLSKIE SZKOŁY

Napisane przez

W polskim szkolnictwie, szczególnie w mniejszych ośrodkach, rozpoczęła się reorganizacja na dużą skalę. Część szkół jest zamykana, a część – uspołeczniana. O co w tym chodzi?

Najprościej można by ująć problem tak: zamykanie szkół to sposób samorządowców na niż demograficzny. Liczba uczniów spada, a nauczycieli jest za dużo. To powoduje kryzys w szkolnictwie. Panaceum na uratowanie szkół, tych najmniejszych – do siedemdziesięciu uczniów, ma być ich uspołecznienie. Tyle że, jak w wielu innych przypadkach, nie ma złotego środka i wszystko ma... plusy i minusy.

Skalę zmian najlepiej widać na przykładzie niedużej gminy, gdzie dochodzi praktycznie do edukacyjnej rewolucji. W gminie Wałcz (powiat wałecki, województwo zachodniopomorskie), największej w Polsce wśród gmin wiejskich, tylko w tym roku szkolnym reorganizacja obejmie siedem publicznych szkół podstawowych i dwa gimnazja. Od września, trzy podstawówki po reorganizacji – w Szwecji, Witankowie i Dębołęce, gdzie uczęszcza najmniej uczniów – zgodnie z decyzją przegłosowaną przez radnych gminy, rozpoczną pracę jako placówki społeczne.

Proces nie zachodzi bez wstrząsów. Decyzję o uspołecznieniu Szkoły Podstawowej w Dębołęce Kuratorium Oświaty w Szczecinie (szkoła ma ponad siedemdziesięcioro uczniów) uznało za niezgodną z prawem. Wójt Piotr Świderski już zapowiedział, że będzie się odwoływać w Sądzie Apelacyjnym.

Lider bierze szkołę

Zdaniem radnej z gminy Wałcz, a zarazem nauczycielki – Aldony Piaskowskiej – tylko jedna z nich miała minimalne szanse na przetrwanie. Subwencje płynące z ministerstwa edukacji są niewystarczające na utrzymanie szkół. A jak argumentował wójt Piotr Świderski na jednej z sesji, gmina ma jeszcze inne zadania wobec wszystkich mieszkańców i musi kierować środki na wszystkie ich potrzeby – nie tylko na edukację dzieci. Nowym zarządcą, a precyzyjniej – menedżerem – ma być prężnie działająca Lokalna Grupa Działania Stowarzyszenie „Lider Wałecki”.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:23

BRAK WIEDZY NIE ZWALNIA Z MYŚLENIA

Napisane przez

Rozmowa z mecenasem Wojciechem Jankowskim, radcą prawnym specjalizującym się w prawie samorządowym i byłym sekretarzem gminy Połczyn – Zdrój.

MATEUSZ WEBER: Czy przyznawanie nagród wójtom to klasyczny skok na kasę, czy chęć premiowania go za ciężką pracę?

WOJCIECH JANKOWSKI: Trudno jednoznacznie odpowiedzieć… Jak zwykle w takich przypadkach wszystko zależy od  uczciwości i inteligencji pracownika samorządu. Chociaż trzeba powiedzieć, że mimo iż Polacy narzekają na prace urzędników, to jednak większość pracowników administracji lokalnej faktycznie wykonuje ciężką pracę.

W 2010 roku wójt Wałcza otrzymał nagrodę od przewodniczącego rady. Zatem takie przypadki się zdarzają. Dlaczego?

Niestety część pracowników samorządowych jest merytorycznie słabo przygotowana do wykonywania swojej pracy. Dlatego przyznanie nagrody wójtowi może być efektem błędnej interpretacji prawa. Szczególnie artykułu 36 ustawy  o pracownikach samorządowych, w którym szczegółowo opisane są przepisy dotyczące ich wynagradzania.

Wałcz to nie jedyny taki przypadek. Próba przyznania wójtowi, burmistrzowi czy prezydentowi to częsty proceder?

Nie. To raczej sporadyczne przypadki. Ja takie sytuacje znam jedynie z analizowanych orzeczeń. Nie spotkałem się z nimi osobiście. Chociaż mam kilku kolegów radców prawnych, którzy mieli do czynienia z takimi nieprawidłowościami w różnych instytucjach samorządowych.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

środa, 24 kwiecień 2013 20:46

ZAPALEŃCY Z OCHOTNICZEJ STRAŻY POŻARNEJ

Napisane przez

Od trzynastu lat Alina Pińkowska pisze kroniki Ochotniczej Straży Pożarnej w Szwecji i robi to tak rzetelnie, że były one już wystawiane jak Polska długa i szeroka. Ona sama mówi, że nigdy nie sądziła, że ich popularność sięgnie poza Szwecję.

„Kronika” pani Aliny trafiła na XIII Ogólnopolski Konkurs Kronik OSP w Gnieźnie w 2009 r., na XVII. edycję „Etosu Rycerskiego w polskiej historii i tradycji” w Olsztynie w 2010 r. (jako że strażacy to rycerze św. Floriana), 35-lecie Centralnego Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach. Rok temu na Przeglądzie Wojewódzkim w Dębnie zdobyła pierwsze miejsce, podobnie jak dwa lata wcześniej w Połczynie Zdroju. Jeden strażak z Koszalina, który ją przeglądał, powiedział, że czuł się, jakby służył w tej jednostce.

Autorka ma o tyle uproszczone zadanie, że właściwie pisze historię rodziny i o wszystkim wie z pierwszej ręki. Ale jest to też kronika wsi, bo kiedyś jej życie skupiało się głównie wokół kościoła – od mszy do mszy, ale już życie kulturalne, sport i pomoc ludziom poszkodowanym organizowała prężnie działająca OSP, która nie tylko gasiła pożary. Strażacy organizowali zawody, festyny i dożynki. – Popularne było wtedy ściganie się na rowerach na sto metrów albo z jajkiem na łyżce – wspominają te dawne zabawy Alina i Ireneusz Pińkowscy.

A kiedy w Szwecji budowana była remiza – na odwrót, ludzie uważali, że mają wspólny cel i chętnie brali udział w czynie społecznym.

Z Łodzi, przez Niemcy, do Szwecji

Dzisiaj też trudno wyobrazić sobie bez nich jakieś wydarzenie we wsi. Na masowych imprezach zapewniają bezpieczeństwo, robią pianę, w której brykają dzieciaki, albo pokazują im wozy strażackie. Na potwierdzenie tego, że ta działalność również jest doceniana, 15 marca 2013 r. OSP Szwecja otrzymało Laur Powiatu Wałeckiego za działalność społeczną – co też zostało odnotowane w szwedzkiej „Kronice”.

Alina Pińkowska, z domu Cichoń, mieszka w Szwecji, tyle że... wałeckiej, w gminie Wałcz. Rodzice pani Aliny, Stanisław i Zofia, pochodzili z Łodzi, ale przez zawieruchę wojenną, po powrocie z Niemiec – gdzie trafili na roboty przymusowe – osiedlili się w 1946 r. właśnie w Szwecji. Jej ojciec był przewodniczącym Rady Gromadzkiej (odpowiednika dzisiejszej gminy), a także powoływał we wsi Ochotniczą Straż Pożarną.

W 1966 r. wstąpiła do pierwszej drużyny żeńskiej, a dwa lata później w OSP znalazł się Ireneusz Pińkowski. I, jak śmieje się pani Alina, przyszedł... za nią. Wspomina też, że to był taki trochę „zapaleniec”.

– Naprawdę chciał coś zrobić. To on zdobywał pozwolenia na budowę remizy, co w tamtych czasach wcale nie było proste, a w 1972 r. został pierwszym naczelnikiem OSP w Szwecji. W 2012 r., po czterdziestu latach służby, musiał zrezygnować ze względu na wiek, chociaż teraz pełni tę funkcję honorowo. – To właśnie jest człowiek, o którym powinno się napisać – mówi o Ireneuszu Pińkowskim małżonka i dodaje, że bez jego wiedzy i pomocy nie dałaby rady. On z kolei zachwala piękny styl pisze i wyczucie plastyczne żony. – Jest nieoceniona – mówi krótko.

Do dziś w ich rodzinnej wsi sporo ludzi pamięta, że w maju 1969 r. brali w niej pierwszy ślub strażacki.

Zaczęło się od znalezienia syreny

Najstarsze zdjęcie, jakie udało się jej zdobyć, pochodzi z lat 50. XX w. – Są na nim pierwsi strażacy: Tadek i Heniek Bajorowie oraz Szczepan Gmys, założyciel szwedzkiej OSP – opowiada, przeglądając w „Kronice” stronę po stronie. – Narzędzia, jakimi wówczas operowali strażacy, toporki i siekierki, zdeponowali na posesji u Ryszarda Ryły. Na akcje wyjeżdżali zaprzęgami konnymi od chłopów w ramach szarwarków grodzkich. Za to, że ich użyczali, byli zwalniani z podatku – na zasadzie przysługa za przysługę – podkreśla.

Potem u kogoś w domu – u kogo, tego Alina Pińkowska nie zdołała ustalić – znaleziono ręczną syrenę. – Tak w Szwecji zawiązywała się straż pożarna – podsumowuje to, co zostało zapisane w pierwszym tomie „Kroniki”.

Kiedy w 2000 r. rozpoczynała gromadzenie historycznego materiału, nie udało się jej do końca ustalić pierwszego składu władz straży. – Na komendanta powołano Szczepana Gmysa, prezesem został Aleksander Miazga, sekretarzem Antoni Falkowski, ale pierwszego skarbnika już nie pamiętam. Pytałam o niego całą wieś. Gospodarzem był Władysław Rutkiewicz, a to taka funkcja – wyjaśnia pani Alina – że się wszystko nadzoruje i organizuje.

– Zaraz po wojnie zaczęło się od profilaktyki przeciwpożarowej – wtrąca Ireneusz Pińkowski – bo każdy myśli, że pożar go nie spotka. Wtedy ludzie, zajęci ciężką pracą w oborach i na polach, te sprawy odkładali. I to podejście przetrwało do dziś.

Dziecko, ja nie pamiętam!

Od 1947 r. OSP miała pierwsze, własne pomieszczenie na sprzęt, co odnotowała również pani Alina w „Kronice”. Budynek stoi do dziś, wtedy trzeba było go wyremontować. Do sprzętu doszła ręczna sikawka z sąsiedniego Zabrodzia. Obsługiwało ją ośmiu strażaków. W pierwszym większym pożarze po wojnie, jaki został opisany w „Kronice”, spaliły się dwie stodoły, przy ul. Głównej 17 i 20 w Szwecji. Jedna „pociągnęła” drugą. Pożar roznieciły dzieci. Stodoły i młyny płonęły zresztą najczęściej.

W 1949 r. Komenda Powiatowa przekazała OSP w Szwecji elektryczną syrenę – czytamy w „Kronice” i ta służyła strażakom, ba!, pięćdziesiąt lat. – Teraz mamy nową na remizie – dodaje Ireneusz Pińkowski. – Jak w Wałczu potrzebują pomocy, to Komenda ją włącza systemem radiowym – dodaje.

Kiedy w pierwszej połowie lat 60. we wsi remontowano remizę, pieniądze na to szły od ludzi, a Szwed Józef Maciejewski, własnym wozem jeździł do Sypniewa po materiał. W „Kronice” jest też zapisane, że 1964 r. Komenda przyznała OSP w Szwecji samochód... angielskiego Bedforda.

Rozpoczynając pracę nad „Kroniką”, Alina Pińkowska mówi, że miała najgorzej, zbierając informacje do lat 70. W tamtych czasach nikt nie dbał o przechowanie dyplomów, zdjęć, protokołów z posiedzeń. Większość pamiątek się nie zachowała. – Kiedy zaczepiałam Szczepana Gmysa, żeby mi coś opowiedział, mówił: dziecko, ja nie pamiętam! – wspomina pani Alina. – Więc chodziłam po cmentarzu i spisywałam nazwiska, a kiedy już powstała „Kronika”, to potwierdził, że faktycznie było tak, jak napisałam. Od 1972 r. mieszkałam pod jednym dachem z naczelnikiem, więc miałam łatwiej, bo wszystko działo się u mnie w domu.

Pożary, powodzie, koty na drzewie

O tej pracy mówi, że najbardziej nie lubi, kiedy ma zaległości, bo potem ślęczy nad zdjęciami i zastanawia się, kiedy i gdzie coś się wydarzyło. Stara się więc prowadzić „Kronikę” na bieżąco. Jednego zdjęcia nie może się doprosić i miejsce jest puste, ma tam być zapis o 12-latce Justynie Kowalczewskiej, też Szwedce, pasjonatce pożarnictwa. 5 kwietnia brała udział w XXXVI Ogólnopolskim Turnieju Wiedzy Przeciwpożarniczej w Człopie na poziomie powiatowym i zajęła pierwsze miejsce w kategorii młodzieży gimnazjalnej. W tych turniejach ma pięcioletni staż. W ubiegłym roku zdobyła drugie miejsce na szczeblu ogólnopolskim.

Dla pani Aliny to też trochę zabicie czasu na emeryturze. Dzieci, trójka, powyrastały i mają już swoje rodziny. Teraz uczestniczy w programie 60+ – aktywacyjnym, żeby nie siedzieć w domu. Na zajęciach są lekcje angielskiego czy obsługi komputera, ale i tak mówi, że woli pisać w... „tym zeszycie od religii”, jak nazywa „Kronikę” Ireneusz Pińkowski.

– Poza tym, pisząc takie dzieło, trzeba mieć żyłkę archiwisty, zmysł estetyczny – podkreśla pani Alina. Przede wszystkim jednak trzeba lubić tę pracę, bo „w straży nie ma dwóch takich samych zdarzeń”. O czym to ona już nie pisała! Przeglądając kartka po kartce, pani Alina przypomina sobie różne wydarzenia: raz OSP Szwedów było na Stadionie Narodowym w Warszawie, na koncercie Budki Suflera. Innym razem strażacy uczestniczyli w ćwiczeniach w niemieckim Pinnow – na sprzęcie, którego w Szwecji nie ma: komorach rozgorzeniowych. Ale też brali udział w akcji ratowniczej 30 czerwca 2011 r., kiedy to Wałcz znalazł się pod wodą.

Jeszcze innym razem w Szwecji, na zakręcie, z samochodu dostawczego wypadły skrzynki z piwem. Strażacy pilnowali, by ktoś czegoś „nie skręcił” podczas sprzątania. – Jeden facet buchnął skrzynkę, strażacy go na tym nakryli i skończyło się mandatem od policji – opowiada pan Ireneusz. W latach 80., w czynie społecznym, budowali Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Warszawie. Pomagali w czasie powodzi na południu Polski w 1997 r. W pobliskich Zdbicach ściągali kota z drzewa, a potem dostali podziękowania od wdzięcznego turysty z Torunia. Kiedyś też dostali wezwanie do kota, który siedział na drzewie dwa dni, a jak strażak już po niego sięgał, sam zlazł. Zięć Pińkowskich, też strażak – Stanisław Kudyba – uratował bociana, który ugrzązł na stawach. Wyjeżdżali też, by usuwać kokony szerszeni. 21 lat temu brali udział w akcji ratowniczej wielkiego pożaru w Potrzebowicach, w samym środku Puszczy Noteckiej, po 1500 ha lasu zostało dymiące pogorzelisko, ale tam chodziło głównie o obronę wsi i leśnych osad, a i tak spłonęło dwadzieścia domów. Ot, życie strażaka.

 

Na koniec rozmowy pani Alina mocno podkreśla, że nic by z tego nie wyszło, gdyby nie ludzie – Szwedzi – bo tak naprawdę to oni piszą tę „Kronikę”...

środa, 24 kwiecień 2013 20:41

BURMISTRZ STAWIA NA… ŻUBRY

Napisane przez

Z burmistrzem Mirosławca w województwie zachodniopomorskim, Piotrem Pawlikiem rozmawia Anna Cebula

ANNA CEBULA: Jak scharakteryzowałby Pan gminę Mirosławiec?

PIOTR PAWLIK: Spójrzmy na mapę, chociażby zagospodarowania przestrzennego. W pięćdziesięciu procentach pokrywa ją kolor zielony, czyli natura – w znacznej części są to lasy. Resztę okrywa czerwony i żółty, czyli tereny zamieszkane bądź przeznaczone na działalność produkcyjną.

Startując w wyborach na burmistrza, był Pan tu osobą dość dobrze znaną, od dawna związaną z Mirosławcem.

Może nie z dziada pradziada, bo tutaj raczej nikt nie może tego o sobie powiedzieć. Jednak moi rodzice najpierw mieszkali na terenie gminy, a od połowy lat 70. w samym Mirosławcu, gdzie się się wychowałem.

Nie miał Pan ochoty się stąd wyrwać?

Ależ ja miałem trzynastoletnią „przerwę”, od początku szkoły średniej! Wróciłem później, w trakcie studiów, przenosząc tu własną działalność.

Kandydując na burmistrza, miał Pan już doświadczenie w pracy samorządowej. Doświadczenie radnego.

Tak, doświadczenie rady powiatowej, a wcześniej – w latach 2002-2004 – rady miasta i gminy Mirosławiec.

Trzy lata temu wystartował Pan w wyborach obok urzędującej burmistrz. Wygrana była zaskoczeniem?

Nie obstawiałem wygranej, ale chciałem zaproponować jakąś alternatywę. Wynik był dość wyrównany: różnica wynosiła niecałe dwieście głosów, chociaż zdarzało się, że w wyborach – tak było choćby w Wierzchowie w 2006 r. – przesądzały trzy głosy.

Nie obawiał się Pan, że − przynajmniej na początku − starsi będą chcieli zrobić z Pana marionetkę?

Gdyby ktoś miał taki pomysł, nic by z tego nie wyszło, bo do ratusza trafiłem z firmy, gdzie bezpośrednio byłem zwierzchnikiem dla sześćdziesięciu osób, a w całej Polsce dla dwóch tysięcy. Odpowiadałem nie tylko za siebie, ale za zespół. Poza tym już w czasie kampanii przedstawiłem na tyle wyraźny pomysł na gminę, że nikt nie miał wątpliwości, że to była moja wizja, a nie kogoś innego.

I potrafi Pan walnąć w stół, nawet jak ktoś ma dwa razy więcej lat?

Trzeba wyznaczyć granicę między tym, co jest, a co nie jest możliwe do przyjęcia.

Pana pojawienie się w ratuszu, to była szansa dla młodych, docenianie wykształcenia, jakaś podwyżka?

Myślę, że różnica wieku między mną, a poprzedniczką, nie była aż taka duża, żeby można było mówić o zmianie pokoleniowej i o tym, że na wybory poszły osoby bardzo młode. Trudno to ocenić. Jak w każdej gminie na wyborach stawił się żelazny elektorat, czyli osoby, które przed 1989 rokiem głosowały obowiązkowo i mają wpojone, że na wybory trzeba iść.

Urzędowanie rozpoczął Pan od?…

Spotkania z urzędnikami w ratuszu – już następnego dnia po ślubowaniu – i wyjaśnienia, że rewolucji, czyli cięcia głów, nie będzie i że zamierzam z każdym współpracować. Zapewniłem również, że nie przyjechałem autobusem z osobami chętnymi do pracy. Po prostu każdy zaczynał z czystym kontem i musiał mnie przekonać, że powinien tu pracować. Poza tym każdy urzędnik, poza wydziałem finansowym, pracował na samodzielnym stanowisku. Powstały referaty i przez pierwsze trzy miesiące te osoby, które były najbardziej zaangażowane i pokazały, że mają pomysły na to, co dalej, awansowały na funkcje kierowników tych referatów. Przyznam, że były to raczej osoby młodsze.

A jeżeli chodzi o sprawy niezwiązane z funkcjonowaniem urzędu, zaczynałem od załatwienia problemów bieżących. Akurat był grudzień, więc dla mieszkańców ważne było odśnieżanie, a także oświetlenie, bo ktoś nie zorientował się, że ulica jest dłuższa i nie oświetlono jej na całej długości. Więc, gdzie się dało, od razu uzupełniono lampy. Trzeba było poprawić boisko w Jabłonkowie, bo wykonawca oddał je z usterkami.

Czy na półmetku kadencji możemy porozmawiać o inwestycjach, jakich w gminie nie było za poprzedników?

Na to pytanie będę mógł odpowiedzieć w przyszłym roku, kiedy powstanie centrum żubra i zagroda dla tych zwierząt.

Ile ważnych projektów udało się Panu przeprowadzić?

Udział w remoncie drogi powiatowej ul. Parkowa−Orle, rozbudowę oczyszczalni ścieków, przygotowanie dokumentacji drogi wojewódzkiej – ul. Sprzymierzonych do Zarządu Dróg Wojewódzkich.

Kiedy miał Pan ostro pod górkę?

Przy zmianie Regionalnej Izby Obrachunkowej w sprawie księgowania poręczeń kredytowych. Zaczynałem urzędowanie, przejmując część zadań, m.in., rozbudowę oczyszczalni ścieków, realizowaną ze środków PROW (Program Rozwoju Obszarów Wiejskich – przyp. red.). To taki podwójny problem: PROW, niezależnie czy gmina jest mała czy duża, przyznaje do 4 mln zł, potem licznik zostaje wyzerowany. Pieniądze z PROW zostały wykorzystane, a RPO (Regionalny Program Operacyjny – przyp. red.) nie ma dalszych środków.

W sierpniu 2011 r. gmina występowała jako poręczyciel dla spółki miejskiej na kolejne 4 mln, ale to poręczenie zostało zaliczone jako dług tej gminy. Jednocześnie weszły nowe wskaźniki ministra Jacka Rostowskiego co do liczenia długu publicznego i według starych wskaźników – 60 i 15 proc. (dług samorządu nie może być wyższy niż 60 proc. wykonanych dochodów, a koszty jego obsługi nie mogą być wyższe niż 15 proc. planowanych dochodów budżetowych – przyp. red.) gmina wypadała rewelacyjnie, bo zadłużenie w stosunku do budżetu wynosiło niecałe 21 proc., a w ujęciu rocznym — 7 proc. Natomiast według nowych wskaźników okazało się, że nie spełniamy warunków.

Do tego doszło poręczenie gminne i, żeby się go pozbyć, trzeba było stanąć na głowie, by poszukać nowego kredytodawcy w bankach, dla którego majątek spółki byłby wystarczający. To był taki okres, trwający dwa miesiące, przygotowania przetargu, zmiany kredytu i odblokowania wskaźników, kiedy — mogę powiedzieć — było mocno pod górkę.

Jaki gmina ma sposób na przyciągnięcie przedsiębiorców?

W tym zakresie mamy sytuację zarazem i łatwiejszą, i trudniejszą. Dosyć duże zakłady, które są w Mirosławcu, działają już od dwudziestu lat i tak się złożyło, że wciąż się rozbudowują. Natomiast naszym nieszczęściem jest to, że obecnie nie mamy wolnych terenów i nawet, gdyby się pojawili nowi przedsiębiorcy, musimy odsyłać ich na grunty prywatne. Jesteśmy w trakcie pozyskiwania ośmiu hektarów z takim przeznaczeniem, ale dzisiaj ich nie ma.

A tak poza tym trudno pozyskiwać nowych przedsiębiorców w czasie tzw. małej zapaści. Dla nas konkurencją są strefy ekonomiczne, ale i one niczego nie załatwiają. W niedalekim Kaliszu Pomorskim, należącym do  strefy słupskiej, jak widać, cuda się nie zdarzają, bo nie wystarczy otworzenie takiej strefy, żeby pojawiły się fabryki i ludzie dostali pracę.

Dzisiaj przede wszystkim musimy zabezpieczyć potrzeby tych zakładów, które są. Zarówno Żywiec Zdrój, jak i Metaltech, który swoje grunty rolnicze przekwalifikowuje pod nową fabrykę, potrzebowały rozbudowy i modernizacji oczyszczalni ścieków. Przygotowujemy też uchwałę, która dla zaczynających działalność oferuje szereg preferencyjnych ulg. Dla zakładu rozpoczynającego działalność te wszystkie obciążenia są utrudnieniem, bo trzeba zapłacić wynagrodzenie, rachunki za prąd, uiścić koszty postawienia zakładu. Przygotowujemy długoletni program ulg podatkowych od nieruchomości, tak żeby odciążyć właściciela zakładu w płatnościach i żeby miał poczucie, że w Mirosławcu jest poważnie traktowany nie przez rok czy dwa lata, ale w dłuższej perspektywie, minimum dziesięciu lat.

Z tego, co wiem, w tym roku ruszy budowa zakładu Metaltechu – hali o powierzchni 4,5 tys. m kw. Jest mowa o kilkudziesięciu osobach, które będą mogły podjąć w nim pracę. Jednak nawet dwa-trzy zakłady nie poprawią sytuacji tak, jak powrót wojska do Mirosławca, ale są to decyzje poza województwem, właściwie na szczeblu krajowym. Tymczasem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tak się stanie i do bazy lotniczej, do komendy, przybędzie więcej wojsk bezzałogowych. Pod warunkiem, że na świecie nie dojdzie do jakiegoś nagłego krachu, czy innego wydarzenia i środki nie zostaną przesunięte w inne miejsce. To tworzy szansę, że 180 lokali w Mirosławcu Górnym, które teraz stoją puste, zostanie zasiedlonych, a zakłady usługowe czy sklepy, które do tej pory korzystały z zamówień jednostki, ponownie staną na nogi.

Na Osiedlu Górnym było 2 tysiące mieszkańców, teraz jest 1,2 tysiąca, bo w ciągu 10 lat wojsko w takiej liczbie opuściło Mirosławiec. Szkoła, która liczyła prawie dziewięciuset uczniów, teraz ma 550 – a to też wpływa na jej stan finansowy.

Znany jest Pan jako burmistrz, który chętnie korzysta z najnowszych technologii i... Facebooka?

Nie tyle wprowadziłem nowe technologie – bo na przykład e-obieg informacji istniał, przynajmniej teoretycznie – ile rozpocząłem ich użytkowanie. Teraz stosujemy w ratuszu podwójny obieg informacji: w postaci tradycyjnych dokumentów papierowych i, zapasowo, zeskanowanych i wprowadzanych do e-obiegu. Obsługa tych dokumentów jest podwójna, dlatego że rozporządzenia wszelkiego rodzaju nie przewidują tylko drogi elektronicznej. To się powoli zmienia i już od stycznia tego roku Urząd Wojewódzki przesłał nam 68 dokumentów, na które mamy odpowiedzieć elektronicznie, poprzez tzw. podpis zaufany. Jest to przede wszystkim bezpieczne, bo nie ma szansy, że taki dokument zaginie. Nawet jeśli będzie wciąż na papierze, zostanie odtworzony ze skanu. Poza tym z każdego miejsca mogę wejść do systemu i zajrzeć do sprawy.

Natomiast Facebook to narzędzie komunikacji. Nie jedyne, bo trzeba być obecnym i w prasie, i w kablówce – natomiast jest to źródło, które potrafi zaskakiwać szybkością przekazywanych informacji, a także liczbą osób, do jakiej się dociera. Ostatnio na Facebooku na pytanie, kto powinien wystąpić na festiwalu żubra, wskaźnik zainteresowania ze średnio 1200 osób skoczył do kilkunastu tysięcy i wyszedł daleko poza granice gminy, a nawet powiatu.

Jest Pan burmistrzem dostępnym dla ludzi...

Jeśli tak jestem odbierany, to się cieszę. Staram się chodzić po ziemi i to dosłownie. Auto zostawiam w garażu, bo dzięki przejściu zaledwie paru ulic, można dojrzeć więcej problemów, a czasami udaje się po drodze je rozwiązać. Staram się również nie wyznaczać żadnych godzin przyjmowania mieszkańców. Jeśli nikogo nie ma u mnie w gabinecie, to raczej sprawa załatwiana jest od przysłowiowej ręki.

Ma Pan mistrza w polityce?

Jednego wybranego wzoru – nie. Staram się podpatrywać samorządowców z krwi i kości, którzy osiągają pozytywne wyniki w wyborach. Po 1989 roku określona grupa wybierała burmistrza, teraz trzeba zebrać większość. Takie wybory, powiedziałbym, są uczciwe. To jest głosowanie na osobę i rachunek – pozytywny bądź negatywny – przez tych, którzy obdarzyli nas zaufaniem. A czasem można się zdziwić wynikiem...

Ma Pan nadzieję, że...

To, co mówię, jest prawdziwe i będzie okazja, by to zweryfikować.

 

Godne (po)lecenia

Wojska lotnicze stacjonują w Mirosławcu od 1952 r. Po przystąpieniu Polski do NATO istniejący wówczas pułk przekształcono w 8. Eskadrę Lotnictwa Taktycznego i 12. Bazę Lotniczą. W 2003 r. mieszkańcy Mirosławca ufundowali lotnikom sztandar, a w rocznicę jego przekazania co roku organizowany jest „Piknik Lotniczy”.

W gminie Mirosławiec żyje wolno stado żubrów, liczące ponad 70 zwierząt. Możliwość oglądania tych dużych zwierząt to nie lada przygoda. Już w tym roku, na jesieni, w okolicach wsi Jabłonowo powstanie dla nich zagroda.

6-tysięczna gmina miejsko-wiejska Mirosławiec kusi też jeziorami (dwadzieścia jeden). Największe to Wielki Bytyń (847,5 ha, długość linii brzegowej – 37,6 tys. m, maks. głębokość – 41 m), a także Drzewoszewo, Piecnik, Kosiakowo, Orle Wielkie. Istotną turystyczną atrakcją są też rezerwaty „Rosiczki Mirosławieckie” i „Wielki Bytyń”.

środa, 24 kwiecień 2013 20:32

SAMORZĄDY ZASTAWIAJĄ SIECI NA TURYSTÓW

Napisane przez

Międzyzdroje, Białowieża, Mikołajki, Zakopane – te stolice wypoczynku letniego i zimowego znają niemal wszyscy Polacy. Jednak w ich cieniu rosną, na razie znani przede wszystkim koneserom, rywale. I nie szczędzą pieniędzy na to, by w przyszłości odebrać słynnym kurortom palmę pierwszeństwa w wyścigu o turystów.

Józefów na Roztoczu do niedawna niewiele mówił przeciętnemu polskiemu turyście, był jedną z miejscowości zagubionych gdzieś na Lubelszczyźnie. Jednak w zeszłym roku miasteczko to odwiedziło przeszło pół miliona gości, a media nazywają je „rowerową stolicą Polski”. I rzeczywiście, to chyba jedyna w kraju miejscowość, która ma własną obwodnicę rowerową.

Efekty tych zabiegów już widać. W ubiegłym roku Józefów wygrał organizowany przez Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze konkurs „Gmina przyjazna rowerzystom”. I nie ma zamiaru na tym poprzestać: tylko w ubiegłym roku w Józefowie powstało siedem kilometrów nowych tras rowerowych, siłownia na wolnym powietrzu, ścianka wspinaczkowa oraz kilka placów zabaw. Lokalne władze idą za ciosem – nie chcą ograniczyć się do przyciągania cyklistów lecz mierzą we wszystkich amatorów aktywnego wypoczynku.

Rekord co roku

W zeszłym roku Józefów wydał na rozwój infrastruktury turystycznej cztery miliony złotych, z czego milion wysupłał z własnego budżetu, a resztę udało mu się uzyskać z funduszy unijnych. To jednak tylko kropla w morzu pieniędzy, jakie samorządy wydają ostatnio na promowanie swoich turystycznych walorów. Z opublikowanego przez Ministerstwo Sportu i Turystyki „Raportu o stanie gospodarki turystycznej w latach 2007-2011” wynika, że w 2010 roku władze gminne wydały na podobne inwestycje aż 480 milionów złotych!

Co więcej, wydatki te rosną w postępie geometrycznym: trzy lata wcześniej – w 2007 roku – na promowanie i rozwój turystyki „poszło” raptem 142 mln złotych. Rekordy padają każdego roku i niebawem należy się spodziewać, że wartość inwestycji turystycznych w rozmaitych zakątkach Polski przekroczy pułap miliarda złotych rocznie.

To nie jest nieuzasadniony optymizm. Już dwie trzecie samorządowych wydatków to inwestycje w infrastrukturę wypoczynkową. Tylko jeden projekt – „Rozwój atrakcyjności turystycznej regionu” – zorganizowany w ubiegłym roku na Podlasiu, przyciągnął 37 podmiotów zainteresowanych jej rozbudową. Ich plany obejmowały zarówno turystykę aktywną – niczym w Józefowie – jak i biznesową oraz uzdrowiskową. Wartość złożonych przez nie propozycji sięgnęła w sumie niemal 400 mln złotych – i choć nie wszystkie zostaną zrealizowane, „do wzięcia” jest i tak ponad 250 milionów złotych.

Tropem Pana Samochodzika

Kilka dekad temu Zbigniew Nienacki wysłał miłośników przygód Pana Samochodzika nad Jeziorak. Iława z kart „Nowych przygód Pana Samochodzika” niczym się nie wyróżnia. Dzisiejsze realia są krańcowo odmienne – 32-tysięczna miejscowość z wolna staje się „stolicą nad jeziorami”, stopniowo podbierając miłośników żagli i kąpieli innym mazurskim kurortom. Brzegi Jezioraka usiane są przystaniami jachtowymi i wypożyczalniami sprzętu, po mieście można się poruszać rowerem, a w podmiejskich wioskach – jeździć konno. Na lokalnym stadionie mecz rozegrały swego czasu reprezentacje Polski i Łotwy, a w hali sportowej grywają reprezentacje siatkarzy czy pingpongistów.

Trudno się dziwić. Iława – obok Ostródy – od lat należy do czołówki jednostek samorządowych w Polsce, które na turystykę wydają najwięcej. Zresztą to właśnie władze gminne są najaktywniejsze, jeżeli chodzi o działania turystyczne: w 2009 r. pieniądze na cele z tego zakresu przeznaczyło w swoim budżecie 714 gmin w Polsce. Rok później było to już 795 gmin, a w 2011 roku – 853 gminy.

I to gminy wydają najwięcej: wspomniane 480 mln złotych. Władze powiatowe przeznaczają na turystykę raptem 50 mln złotych, natomiast władze wojewódzkie – 121 mln złotych.

Statystyki pokazują, że przełomowe okazały się lata 2009-2010. Wydawałoby się, że był to moment pełen obaw o przyszłość, w szczególności o to, że globalny kryzys dotknie również polską gospodarkę – co nie powinno ośmielać samorządowców do zwiększania wydatków, zwłaszcza w tak wrażliwym na koniunkturę sektorze, jak turystyka. W rzeczywistości było wręcz przeciwnie: w latach 2008-2009 w wielu samorządach zaczęto opracowywać strategie rozwoju turystyki lub rozwoju regionalnego, co błyskawicznie przerodziło się w wiarę we własne możliwości i zapał do uatrakcyjniania okolicy. Ratusze i urzędy gmin zaczęły też dostrzegać na swoim terenie potencjalnych partnerów – biznesowych, instytucjonalnych i z sektora NGO – którzy mogliby włączyć się w te procesy.

Polska agroturystyczna

Renesansu turystyki lokalnej pewnie by nie było, gdyby nie fundusze europejskie. W perspektywie finansowej UE na lata 2007-2013 znalazło się dla Polski 67 mld euro – i w znacznej części były to środki, które można było wykorzystać na turystykę. Środki te trafiły do Regionalnych Programów Operacyjnych, Programu Innowacyjna Gospodarka i Programu Rozwój Polski Wschodniej. Można było z nich sfinansować zarówno adaptację zabytków kultury regionalnej, rozbudowę infrastruktury – od atrakcji stricte turystycznych, jak stoki narciarskie, po budowę dróg czy parkingów – i obiektów sportowo-rekreacyjnych, jak i dofinansować regionalne rzemiosło czy branżę pamiątkarską.

Dzięki temu nie tylko odzyskały blask tradycyjne miejscowości wypoczynkowe czy uzdrowiskowe, ale też rozkwitły gospodarstwa agroturystyczne i szlaki rowerowe. W 2011 roku tych pierwszych funkcjonowało już w naszym kraju 7852, z ponad 82 tysiącami miejsc noclegowych. Pod tym względem przodowało zwłaszcza województwo małopolskie, gdzie usługi agroturystyczne oferowały aż 1344 ośrodki. Z kolei, jeśli chodzi o trasy rowerowe, palma pierwszeństwa należy się województwu zachodniopomorskiemu, gdzie dla cyklistów przygotowano już przeszło 2,6 tys. kilometrów tras rowerowych. Niewiele ustępowały mu jednak województwa małopolskie, lubuskie i wielkopolskie. Wszędzie tam długość tras rowerowych przekracza 2 tys. kilometrów.

Megalatryna i hipersamowolka

Koniec końców, żeby przyciągnąć uwagę turystów, nie trzeba budować autostrad i gigantycznych akwaparków. Wystarczy znaleźć na swoim terenie coś zadziwiającego i zainteresować tym Polaków. Taką rolę może pełnić dzieło przyrody, jak Krzywy Las pod Szczecinem, zbiorowisko kilkuset fantazyjnie wygiętych drzew, które – z powodów niejasnych dla naukowców – przybrały fantazyjne kształty. Atrakcją może być też zabytek: kwidzyński zamek pewnie nie odróżniałby się specjalnie od innych dzieł średniowiecznej architektury, gdyby nie połączona z kompleksem zamkowym specjalną kładką gigantyczna baszta – największa latryna w Europie, przynajmniej jeśli o średniowieczne zamki chodzi.

Ostatecznie można promować jako atrakcję również nowocześniejsze dzieła architektoniczne, jak pochodząca z lat 80. największa samowolka w Polsce – niszczejący, liczący 5 tys. m kw. kompleks budynków w Łapalicach, obudowany dwunastoma wieżami, salą balową, strażnicą, a do tego – sztucznym jeziorem (w pozwoleniu na zabudowę zapisano „dom jednorodzinny z pracownią rzeźbiarską”). Pomysłów, jak widać, nie brakuje. Miejmy nadzieję, że wszystkie te inwestycje nie będą wyłącznie „atrakcją jednego sezonu”.

sobota, 23 marzec 2013 20:39

Kobieta w urzędzie

Napisane przez

Na wstępie winien jestem wyjaśnienie skąd ten osobliwy tytuł, który równie dobrze mógłby brzmieć „Mężczyzna w urzędzie”. Otóż redakcja zwróciła się z taką prośbą. Inspiracją dla tej prośby jest data 8 marca – Święto Kobiet.

Osobiście twierdzę, że warto temu zagadnieniu poświęcić uwagę nie tylko z tej okazji. Ja sam czuję się dość niezręcznie – z jednej bowiem strony, jako mężczyzna, od ponad dwudziestu lat pracuję w rolach, gdzie wśród moich współpracowników dominują kobiety, o których mogę mówić głównie w superlatywach. Z drugiej zaś wiem, że są środowiska kobiece, które uprzejmość wobec kobiet w zakładzie pracy – i tę zwykłą, i tę wynikającą z kulturowego przywiązania do okazywania kobietom szacunku, traktują niemalże jak przejaw męskiego szowinizmu i wyższości.

Kobieta, zwłaszcza w urzędzie, powinna się czuć dobrze. Urząd w pierwszej kolejności ma być wzorem równouprawnienia. To tu najpierw są realizowane słuszne polityki UE dotyczące równych szans, zwłaszcza w kontekście płci (gender), niepełnosprawności i dyskryminacji. Zatem, jeśli dziś organizacje kobiece i inne słusznie walczą o to, by kobiety awansowały i otrzymywały takie samo wynagrodzenie jak mężczyźni, to w urzędach ten etap powinny mieć za sobą. Imperatyw ze wszech miar słuszny i tylko człowiek z epoki patriarchatu może twierdzić inaczej.

Sztuka równowagi

Jest jednakże pewna sfera odmienności, która jest determinowana kulturowymi uwarunkowaniami wynikającymi z płci. Chodzi o pozytywne konotacje. Dotyczy ona funkcjonowania kobiet i mężczyzn w zakładach pracy. W jednych (np. urzędach i innych instytucjach zaufania publicznego) jest ona większa z powodu ról zawodowych, relacji międzyludzkich, rozbudowanej struktury itd. W innych, z powodów dokładnie odwrotnych, jest ona mniejsza.

Jeśli zatem chodzi o urzędy, to kobieta będzie odczuwać duże zadowolenie z pracy, gdy będąc profesjonalistką nie będzie niwelować swojej kobiecości, ale też nie będzie stawiać jej na pierwszym miejscu. Stąd ubiór stosowny do powagi urzędu, dyskretny makijaż, manicure i umiarkowana ilość biżuterii. Nigdy nie widać odrostów we włosach, a fryzura jest nienaganna. Taktowne, ale stanowcze oddzielenie sfery zawodowej od towarzyskiej zapewnia jej większy komfort i satysfakcję zawodową.

To, jak się czują kobiety w pracy, zależy w dużym stopniu od mężczyzn. Mężczyźni, zwłaszcza przełożeni, nie mogą okazywać protekcjonalnego tonu, za którym często skrywa się poczucie wyższości, a bywa, że i kompleksy. Nie na miejscu będą także peszące kobiety dowcipy, czy jakiekolwiek formy adoracji wykraczające poza przyjęte kanony grzeczności.

Kobiety piastujące stanowiska szefów w urzędach nie mają z tym problemów, a mężczyźni podwładni szybko przyzwyczajają się do nowych relacji.

Uprzejmości wobec kobiet

Są stosowane w naszym kręgu kulturowym od dawna, stąd także ich obecność w zakładzie pracy. Oczywistym jest, że to mężczyzna pierwszy kłania się kobiecie, udziela jej pierwszeństwa w przejściu, siada za stołem, gdy ona usiądzie. Ale nie podaje pierwszy ręki, co zdarza się nader często. To do kobiety należy ten gest. Raczej nie całuje w dłoń, większość pań w kontaktach służbowych nie przepada za tym. Jeśli kobieta poda dłoń mężczyźnie, lecz nie życzy sobie, by ją pocałował, powinna to wyrazić stosownym uściśnięciem dłoni. Udzielając pierwszeństwa przy wsiadaniu do samochodu, mężczyzna nie prosi kobiety o przesunięcie się, lecz wsiada z drugiej strony – w przeciwnym bowiem razie, staje się to kłopotliwe.

Osobnym zagadnieniem są rożnego rodzaju zachowania związane ze świętowaniem imienin i ważnych wydarzeń w życiu (awanse, zdobywanie tytułów, odznaczenia, nagrody itp.). Tu, podobnie jak we wszystkich sferach związanych z etykietą, obowiązuje zasada wzajemności. Imieniny to kwestia przyjętej konwencji. Na ogół w mniejszych, bardziej zżytych zespołach są one obchodzone. W przypadku pozostałych ważnych wydarzeń, do dobrego tonu należy złożenie stosownych gratulacji i życzeń.

W wielu okolicznościach mogą towarzyszyć temu kwiaty. Pamiętajmy przy okazji, iż dla wielu osób funkcjonuje coś takiego, jak język kwiatów – związany z ich rodzajem, gatunkiem i kolorem. Zatem np. czerwone róże to język miłości. Przy tej okazji godzi się wspomnieć, iż wręczanie kwiatów mężczyznom ma uzasadnienie tylko w pewnych okolicznościach. Można zatem wręczać kwiaty głównie dostojnikom państwowym w czasie uroczystych powitań i sędziwym jubilatom czy autorytetom z okazji różnych uroczystości. W pozostałych przypadkach bądźmy raczej oszczędni z wręczaniem kwiatów mężczyznom.

Monopol z braku alternatywy

W wielu kwestiach kobiety są niedoścignione, a z pewnością o wiele lepsze od mężczyzn. Jest – jak już powiedziano – w inny sposób rzeczą bezsporną, że kobiety nie są w niczym gorsze od mężczyzn. Pogląd przeciwny jest nonsensem i niedorzecznością. Wszelako są inne pola, na których kobiety nie pozostawiają nam żadnych złudzeń co do ich przewagi, ba, absolutnej dominacji, by nie rzec monopolu z konieczności. Te sfery dotyczą estetyki i wystroju w firmie, osobliwego klimatu i atmosfery w różnych okolicznościach.

Osobiście nie spotkałem panów, którzy oprócz takich samych obowiązków, jak panie, troszczyliby się o kwiaty w pokoju. Nie widziałem panów, którzy równo i estetycznie pokroiliby ciasto z okazji różnych uroczystości, pamiętali o spodkach na saszetki po herbacie lub ładnie zapakowali upominek. Panie lepiej, smaczniej i estetyczniej, potrafią przygotować drobny poczęstunek niż uczyniliby to mężczyźni. Większość tych ostatnich, częstokroć z powodu proweniencji znaczonej tradycyjnym podziałem ról w rodzinie pochodzenia, niekiedy chętnie przez nich kultywowanym, potrafią samodzielnie co najwyżej ugotować jajka na twardo.

Kobiety wnoszą ciepło i życzliwość w kontaktach, a z pewnością będą łagodzić pokłady szorstkości, jaka niechybnie pojawi się między mężczyznami, jeśli będą przebywać tylko w swoim towarzystwie.

Co z 8 marca?

Przedokoło dwudziestu laty widoczne były niezbyt liczne przejawy dezawuowania tego obchodzonego w niezbyt wyszukany sposób powszechnego obyczaju. Chyba niesłusznie, jako signum temporis komunizmu. Dziś 8 marca nie ma jakichś szczególnych ideologicznych konotacji. Ja bynajmniej nie słyszę o protestach pań. Mamy także dzień matki, babci, dziadka, ojca i wiele innych.

Jeśli w firmie, gdzie panuje dobra atmosfera i są doskonałe stosunki międzyludzkie, dojdzie 8 marca jako dzień osobliwej wrażliwości i szarmanckości mężczyzn wobec kobiet, trochę z właściwym dystansem i uśmiechem, to świetnie.

Dobrze by było, gdybyśmy my mężczyźni każdego dnia w ciągu roku, choćby przez chwilę, pamiętali o 8 marca.

sobota, 23 marzec 2013 14:15

Dokument elektroniczny w urzędzie

Napisane przez

Elektronizacja dokumentów jest już codziennością. Używamy elektronicznych faktur, elektronicznej poczty czy też elektronicznych zamówień w sklepach internetowych. Czy zatem dokument elektroniczny jest konieczny również dla urzędu w jego codziennej pracy?

Przykład z biznesu

W 2005 roku w znanej fabryce Opla w Gliwicach wdrożono system elektronicznych dokumentów akcyzowych. Fabryka Opla codziennie sprowadzała komponenty do produkcji swoich samochodów z sąsiednich krajów, a także prowadziła aktywny eksport swoich wyrobów. Obsługa papierowa wszystkich dokumentów akcyzowych była bardzo pracochłonna, zajmowała dużo czasu i zużywała zbyt duży budżet. Według szacunków szefostwa firmy koszt i czas zaoszczędzony dzięki pełnej elektronizacji obsługi dokumentów akcyzowych wyniósł około jednego miesiąca roboczego. Oznacza to, że dzięki tej elektronizacji dokumentacji firma zyskała niejako jeden miesiąc w ciągu całego roku. To bardzo dużo.

Obowiązki prawne

Na podstawie zapisów ustawy o informatyzacji, o której pisaliśmy już na łamach „Gminy”, urzędy mają prawo – a często również obowiązek – przyjmowania pism drogą elektroniczną. Dzieje się to na przykład za pośrednictwem tzw. elektronicznej skrzynki podawczej (ESP). ESP jest specjalizowanym elementem infrastruktury informatycznej urzędu, odpowiedzialnym za prawidłowe przyjmowanie pism elektronicznych i poświadczanie ich przyjęcia przez urząd. Osoba wysyłająca takie pismo otrzymuje tzw. urzędowe poświadczenie odbioru (UPO), które stanowi substytut klasycznej pieczęci potwierdzającej wpłynięcie dokumentu papierowego do urzędu w określonym czasie.

Jedną z możliwości wdrożenia ESP w urzędzie jest wdrożenie oferowanego przez rząd rozwiązania pochodzącego z systemu ePUAP. Można również wdrażać własne rozwiązania bazujące na podpisie elektronicznym bez wykorzystywania ePUAP. Trzecią możliwością jest połączenie obu rozwiązań, ponieważ ePUAP współpracuje zarówno ze swoim profilem zaufanym, jak również z podpisem elektronicznym, zgodnym z ustawą o podpisie elektronicznym.

Warto pamiętać, że – zgodnie z zapowiedziami rządowymi – planowana obecnie nowelizacja ustawy o informatyzacji ma jeszcze bardziej rygorystycznie wprowadzić obowiązek budowania ESP we wszystkich urzędach.

Nie wszystko można elektronizować

Analizując organizację pracy urzędu, trzeba wziąć pod uwagę, że nie wszystkie czynności administracyjne i nie wszystkie dokumenty powinny podlegać elektronizacji. Ważne jest, aby w urzędzie sklasyfikować te czynności i dokumenty, które ze względu na właściwości poszczególnych spraw mogą być przenoszone do wyłącznej postaci elektronicznej. Jeżeli takowe zostaną zidentyfikowane, należy rozważyć wdrożenie elektronicznej drogi wnoszenia spraw do urzędu i w ślad za tym ESP, UPO i elektronicznego obiegu spraw i dokumentów (tzw. workflow). Następnie konieczne jest uruchomienie odpowiednich prac po stronie urzędu, zmierzających do wdrożenia właściwych rozwiązań informatycznych. W tym miejscu warto przybliżyć zagadnienie tzw. modelowania procesów biznesowych.

Zdarzają się duże wpadki

Pod koniec 2012 roku Ministerstwo Transportu miało ambicję w pełni zelektronizować proces obsługi egzaminowania przyszłych kierowców ubiegających się o uzyskanie prawa jazdy. W obiegu dokumentów elektronicznych miały znaleźć się między innymi starostwa powiatowe i WORD-y. Po kilku miesiącach od wdrożenia dedykowanego systemu informatycznego, tj. w dniu 20 lutego 2013 r., Ministerstwo Transportu musiało się przyznać do swoich błędów i przywrócić klasyczny, papierowy obieg dokumentów. Słowa skruchy ministra Sławomira Nowaka zdały się na niewiele. Przez wiele miesięcy kandydaci na kierowców oraz urzędy powiatowe i WORD-y przeżywały istną gehennę w związku z niedziałającym systemem obiegu dokumentów. Paraliżowało ta pracę tychże instytucji i skutecznie utrudniło życie ludziom. Wniosek: ministerstwo powinno było przed wdrożeniem systemu przeanalizować wszystkie uwarunkowania i działać bardziej roztropnie.

Procesy biznesowe

Dla odpowiedniego wdrożenia elektronizacji pracy urzędu należy właściwie zmodelować procesy biznesowe, w których uczestniczy urząd. Procesem biznesowym nazywamy serię powiązanych ze sobą działań lub zadań, które rozwiązują określone zagadnienie lub prowadzą do osiągnięcia określonego efektu. Procesy biznesowe klasyfikujemy następująco:

·         Procesy zarządzania, mające na celu formułowanie strategii i celów oraz kontrolowanie przebiegu procesów operacyjnych oraz pomocniczych;

·         Procesy operacyjne, mające na celu wykonywanie typowych działań zmierzających do realizacji założonych celów i strategii;

·         Procesy pomocnicze, mające na celu wsparcie procesów zarządzania i operacyjnych.

Aby dobrze zdefiniować proces biznesowy należy ustalić:

·         Kontekst procesu: granice procesu, dane na wejściu i na wyjściu procesu;

·         Porządek procesu: uporządkowanie działań w czasie i przestrzeni;

·         Klienta procesu: odbiorcę rezultatów na wyjściu procesu;

·         Sposób powiększania wartości dodanej: klient musi odnosić korzyść z działania procesu;

·         Osadzenie procesu: proces jest wbudowany w strukturę organizacyjną urzędu;

·         Zakres funkcjonalny: proces może realizować jedną, bądź wiele różnych funkcji;

·         Właściciela procesu: osobę odpowiedzialną za działanie i nieustanne ulepszanie procesu.

Do modelowania procesów biznesowych można użyć notacji graficznej, która nazywa się Business Process Modeling Notation (BPMN). Została ona opracowana przez międzynarodową grupę zainteresowaną rozwojem systemów pracy grupowej, elektronicznym obiegiem dokumentów i systemami informatycznego wspomagania pracy w instytucji. BPMN jest używana na całym świecie przez specjalistów z zakresu zarządzania instytucją i informatycznych systemów zarządzania oraz użytkowników tychże systemów. Jest to specyficzny język obrazów, z precyzyjnie zdefiniowanymi regułami ich użycia, oraz określonym ich znaczeniem. Szczegóły notacji BPMN są zamieszczone na stronie www.bpmn.org.

Cudze chwalicie…

Notacja BPMN jest wspierana przez wiele narzędzi informatycznych. Dzięki temu modelowanie takie jest przydatne zarówno w komunikacji użytkownika z analitykiem, jak również na etapie przenoszenia modeli do postaci wykonywalnej przez odpowiednie systemy informatyczne. Światowe firmy informatyczne dostarczają wielu bardzo dobrych narzędzi do modelowania i uruchamiania systemów klasy workflow. Wspierają one również notację BPMN.

Warto tutaj podkreślić, że nasze polskie firmy informatyczne również tworzą własne narzędzia klasy workflow, którymi można się pochwalić. Zaletą tych narzędzi jest to, że ich twórcy są na miejscu, a ich rozwiązania są godne zaufania. Wspomnijmy chociażby o firmie TECNA, która tworzy własne rozwiązania o nazwie AUREA. Można o tym przeczytać na stronie www.tecna.pl. Kolejną polską firmą, która od lat jest znana z własnych rozwiązań w zakresie systemów klasy workflow jest RODAN SYSTEMS, która dostarcza grupę własnych narzędzi z rodziny OFFICE OBJECT. Więcej o produktach tej firmy można znaleźć na stronie www.rodan.pl.

Podsumowując, warto pomyśleć o elektronizacji obiegu dokumentów w urzędzie i o zbudowaniu systemu klasy workflow, wspierającego elektroniczny obieg wyników prac. Dzięki temu, nasz urząd stanie się nowoczesny i zgodny z duchem obecnych czasów. Warto również pamiętać o tym, iż Polacy nie gęsi i swoje własne narzędzia workflow mają…

Strona 8 z 10

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY