Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 67.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 69.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

Człowiek i społeczeństwo

Człowiek i społeczeństwo (128)

niedziela, 25 sierpień 2013 16:54

GDZIE PANI BYŁA PRZEZ OSTATNIE SIEDEM LAT?!

Napisane przez

Rozmowa z burmistrzem Ursynowa i liderem Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej, Piotrem Guziałem

Czy wie pan już, kim jest Super-Hanka?

Super-Hanka? Nie, nie wiem kim jest. Bo na pewno nie prezydentem Warszawy.

Ćwiczy na siłowni w pełnym makijażu, garsonce i szpilkach, jeździ rowerem miejskim, a w wolnym czasie drąży drugą linię metra. Swoją aktywność dokumentuje na Facebooku i chwali się nią na Twitterze… Ale na poważnie. Ostatnio warszawiacy nazywają tak prezydent stolicy Hannę Gronkiewicz-Waltz.

To jest raczej ironiczne określenie... Szkoda, że przez siedem lat pani prezydent nie była tak aktywna, jak przez ostanie siedem tygodni. Jednak oczekiwałbym, żeby prezydent Warszawy, zamiast bujać się na huśtawce w parku, zajęła się rozwiązywaniem problemów Warszawy. Na przykład, żeby ten czas spędzała na spotkaniach z inwestorami, czy lobbując na rzecz Warszawy w parlamencie. Jest cała masa problemów, które ciągle nie zostały rozwiązane. Na przykład sprawy majątkowe związane z dekretem Bieruta (dokument z 26 października 1945 r., odbierający mieszkańcom prawo własności gruntów w przedwojennych granicach stolicy – przyp. red.).

Referendum prawie stało się faktem, czy superaktywność uratuje panią prezydent przed porażką?

Poczekajmy na decyzję komisarza wyborczego, który wciąż jeszcze sprawdza podpisy złożone pod wnioskiem referendalnym. Jeśli jednak do niego dojdzie, to raczej wątpię w szansę wygranej pani prezydent. Im bardziej się teraz angażuje, tym bardziej widać, jak bardzo była nieobecna przez ostanie siedem lat. A warszawiacy – tego jestem pewien – mają doskonałą pamięć. Doskonale wiedzą, co się działo w tym okresie.

Pani prezydent jest przy tym bardzo nieautentyczna. Dlaczego mamy jej teraz wierzyć? Dwa razy ogłaszała swoje programy wyborcze – ostatnio w 2010 roku. Z tego, co naobiecywała, zrealizowała zaledwie ułamek. Warszawiacy pójdą na wybory, ponieważ władza nie dotrzymała słowa.

Uważa pan, że byłby lepszym prezydentem Warszawy?

Nie ubiegam się o tę funkcję, więc nie wiem... Z pewnością jestem lepszym burmistrzem Ursynowa niż byłaby nim pani prezydent. W odróżnieniu od pani prezydent, lubię i umiem słuchać ludzi, by na tej podstawie podejmować dobre dla nich decyzje.

To jakie ma pan argumenty za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz? Czasem mam wrażenie, że podstawowym zarzutem jest arogancja pani prezydent. Czy to nie jest za mało, żeby odwoływać prezydenta?

Arogancja to tylko jeden z powodów. W Warszawie panuje ogromny chaos. Mamy najdroższe bilety w Polsce. Za średnią pensję można u nas kupić około 800 biletów jednorazowych. Dla porównania, w Berlinie jest to 1,5 tysiąca biletów, w Paryżu ponad 2 tysiące.

Chce pan kolejny powód? Co się działo przy wprowadzaniu ustawy śmieciowej? Pani prezydent Warszawy za blisko milion złotych zatrudniła firmę doradczą. Tak nie zrobiło żadne miasto w Polsce – i mimo to do dziś nie udało się rozstrzygnąć przetargu na wywóz nieczystości. A zaproponowane opłaty należały do najwyższych w Polsce. Dopiero bat referendalny skłonił prezydent do obniżki tych horrendalnych stawek.

Prezydent wiele w kampaniach wyborczych obiecała i bardzo niewiele spełniła. Gdzie są obiecane mosty czy parkingi wielopoziomowe? Gdzie obwodnica Śródmieścia, hala widowiskowa, centrum kongresowe? Co ze szpitalem południowym na Ursynowie? A to wszystko w bardzo aroganckim tonie. Wieczna nieobecność na posiedzeniach rad dzielnic. Na sesji rady miasta – też rzadko. Wszystko się zmieniło po złożeniu wniosku referendalnego. Zupełna zmiana. Jeszcze raz pytam – gdzie pani prezydent była przez ostatnie siedem lat?

Załóżmy, że Hanna Gronkiewicz-Waltz przegra referendum. Co wtedy? Co dalej z panem? Wystartuje pan w wyborach na prezydenta Warszawy?

Obecnie nie toczy się jeszcze kampania wyborcza, więc nie mam potrzeby się określać. Do wyborów wiele się może zmienić, tak na krajowej, jak i samorządowej scenie politycznej. Gdy będzie znany termin wyborów, przyjdzie czas na decyzje.

To spójrzmy dalej. Gdzie Pan siebie widzi za pięć lat?

Myślę, że w stołecznym samorządzie. Jak pokazuje ostatnia aktywność władz Warszawy, będąca wynikiem bata referendalnego, mam pozytywny wpływ na życie warszawiaków. Chciałbym to kontynuować.

Nie przeszkadza panu mocne zaangażowanie partii politycznych? Warszawski samorząd to właściwie mikroparlament. Podobnie jest z akcją referendalną. Najpierw była to akcja stricte społeczna, teraz już z udziałem polityków występujących pod szyldem swoich partii.

Mnie osobiście bardzo przeszkadza partyjna polityka w samorządzie i partie polityczne obecne w samorządzie. Jednak wszystko odbywa się zgodnie z prawem, więc trudno się na to obrażać. Partie, póki co, mają prawo wystawiać kandydatów w wyborach – i mają prawo się wypowiadać. Bój o Warszawę to jest bój o Polskę. Partia, która wygrywa Warszawę, wygrywa Polskę. Partia, która traci Warszawę, traci wpływy w kraju. A Platforma Obywatelska jest – niestety dla tej partii – na dobrej drodze, żeby właśnie w Warszawie przegrać wszystko.

Czyli pana głównym celem jest jedynie odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz w referendum?

Główny cel to zmienić i unowocześnić sposób zarządzania miastem i istotnie poprawić komunikację z mieszkańcami. Drogą do tego jest odwołanie obecnej, bardzo chaotycznie działającej, prezydent.

Ile to będzie kosztować?

Według Krajowego Biura Wyborczego: około 2,2 milionów złotych. Dla przeciętnego Kowalskiego może być to faktycznie dużo. Ale proszę przyjrzeć się temu, ile partie dostają z budżetu państwa. To są kwoty idące w dziesiątki milionów złotych rocznie. Demokracja kosztuje, gdyby nie kosztowała, to nie byłoby możliwości, aby obywatele się wypowiadali – i mielibyśmy tutaj monarchię. Demokracja referendalna kosztuje taniej niż na przykład dopłata ministerstwa do koncertu Madonny, która wyniosła 5 milionów złotych. Państwo poniosło oczywiste straty, co wykazała Najwyższa Izba Kontroli. To jest mniej więcej koszt Sylwestra w Warszawie, ale ten trwa zaledwie kilka godzin i nie zmienia trwale życia mieszkańców...

Mówi się, że referendum to tylko sprawa wizerunku, bo i tak, jeżeli uda się odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz, to do wyborów w Warszawie będzie rządzić komisarz.

Dziwię się takiemu myśleniu. Komisarz wchodzi w każdym wariancie, w którym prezydent traci funkcję. Natomiast ważne jest pytanie – na jak długo wchodzi. Jeżeli do wyborów pozostaje okres dłuższy niż 12 miesięcy, komisarz wchodzi tylko po to, żeby przeprowadzić powtórne, przyspieszone wybory – i ma na to 90 dni. Zatem, jeżeli skutecznie uda się odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz – w co wierzę – powtórne wybory prezydenta Warszawy czekają nas na przełomie grudnia i stycznia.

Premier Donad Tusk powiedział niedawno, że kto nie zgadza się z panem i pana sojusznikami, i chce, by prezydentem nadal była Hanna Gronkiewicz-Waltz, to w dniu referendum powinien zostać w domu. Co pan na to?

Brzmi to dość fałszywie. Poprzednio właśnie Donald Tusk zachęcał do pójścia na wybory, a jego partyjni koledzy do udziału w referendach, np. w Zawierciu, czy Włocławku. Mam wrażenie, że premier Tusk nie czuje warszawiaków – mimo, że został wybrany z tego okręgu. Warszawiacy nigdy nie pozwalali sobie narzucać czegoś z góry. Tusk od dwóch kadencji nie zrobił nic dla Warszawy. Dalej borykamy się z problemami, które mogłyby zostać rozwiązane przez parlament. Na przykład tzw. janosikowe, czy dekret Bieruta.

Podpisy zebrane. Ma pan już pomysł na kampanię referendalną?

Czekamy na to, aż komisarz wyborczy zatwierdzi referendum. Dopiero wówczas będziemy planowali szczegółowo. Myślę, że najlepszym hasłem byłyby cytaty z polityków PO – te z ostatnich lat, kiedy to politycy Platformy agitowali za pójściem na wybory. Pamiętam, że przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku premier mówił do ludzi, że „nawet jeśli nie chcecie iść głosować na PO, to weźcie udział w wyborach i głosujcie na innych”.

Jak pan myśli, kiedy może dojść do referendum?

Zdaniem wielu specjalistów, może to być przełom września i października. Również moim zdaniem jest to realny termin.

Pani prezydent ma za sobą całą machinę partyjną. Nie boi się pan, że dosłownie zalepią pana plakatami?

To nie będzie walka Dawida z Goliatem. Po naszej stronie jest już 232 tysiące warszawiaków, którzy poparli referendum. Popiera nas wiele organizacji społecznych – także partie polityczne. Mamy machinę przeciwko machinie.

Wydaje się, że kluczem do sukcesu jest przekonanie nieprzekonanych i tych, którzy zdania nie mają. Co by pan powiedział tym ludziom?

Powiedziałbym tak: W tym głosowaniu nie głosujemy na sytuację abstrakcyjną, tylko decydujemy o naszym komforcie życia w mieście. Idźcie zagłosować, jeśli uważacie, że Warszawa jest miastem, które może się lepiej rozwijać niż dotychczas. Jeśli nie weźmiecie udziału w referendum, to tym samym zgodzicie się na to, co jest teraz: podwyżki biletów, nieskoordynowane remonty. Jeśli chcecie być dumni ze swojego miasta, idźcie i zagłosujcie za pozytywną zmianą.

Czy jest jakaś szansa na wspólnego kandydata ruchu, który doprowadził do referendum przeciwko kandydatowi PO?

Moim zdaniem, limit wpadek Platformy Obywatelskiej – i w Polsce, i w Warszawie – się wyczerpał. W społeczeństwie narasta ogromna potrzeba zmian. Zarówno w warszawskim społeczeństwie, jak i w ogólnopolskim. Osobiście nie mam problemów z poparciem jednego, wspólnego kandydata. Ale widzę, że wygrywają partyjne interesy. Z tego, co słyszę, to dla partii startowanie w wyborach w Warszawie będzie bardzo istotne. W ten sposób mogą zmierzyć swoją realną siłę.

Wobec tego może ktoś taki, jak Pan?

Chcę dokończyć kadencję na Ursynowie. Więc nie będę gdybać na ten temat.

To może inaczej. Które zagraniczne miasto jest dla pana wzorem?

Dla mnie takim wzorem miasta jest Wiedeń. Z jego uporządkowaniem, świetną organizacją, powodującą ogromny komfort życia dla mieszkańców, ale i turystów.

Dziękuje za rozmowę

niedziela, 25 sierpień 2013 16:53

SEKS W URZĘDZIE, CZYLI JAK TO PANIE BĘDZIE?...

Napisane przez

Władza to podobno najlepszy afrodyzjak. Wydawałoby się więc, że za notablem panny sznurem… Tymczasem, jak Polska długa i szeroka, podbijanie niewieścich serc idzie urzędnikom, jak po grudzie. Niektórzy muszą uciec się do wykorzystywania swojej zawodowej pozycji, aby nawiązać intymne kontakty. I nie ma znaczenia, wójt to czy marszałek…  A kobieta to podwładna, czy petentka w urzędzie.

Najświeższym skandalem – który wstrząsnął wiosną bieżącego roku całym Podkarpaciem – była głośna seksafera byłego już marszałka tego województwa, Mirosława Karapyty (PSL), prawej ręki szefa klubu parlamentarnego PSL, Jana Burego. Lubelska prokuratura postawiła marszałkowi zarzuty korupcji i płatnej protekcji, a przede wszystkim uzyskiwania korzyści osobistych w postaci zaspokajania potrzeb seksualnych.

Mechanizm był prosty: podległe mu urzędniczki, którym zależało na awansie lub dalszej pracy, wiedziały, że najprostsza droga do osiągnięcia celu wiedzie przez łóżko szefa. Jedna z kobiet zgodziła się na seks z marszałkiem w zamian za przyjęcie jej do pracy w urzędzie, druga – za załatwienie sprawy, która nie leżała w jego kompetencjach. Ofiar wybujałego temperamentu marszałka mogło być nawet kilkanaście, również z okresu sprzed kilku lat, kiedy był wojewodą podkarpackim.

Prasa szybko podchwyciła temat i okrzyknęła go „seksmarszałkiem” oraz epatowała tytułami w stylu: „Dawał pracę za seks”, „Z urzędu zrobił harem”.

Uważaj, o czym mówisz przez telefon

Podkarpacki baron PSL wpadł głupio, bo przy okazji podsłuchiwania przez CBA rozmów telefonicznych pewnego biznesmena z Przeworska. Podczas jednej z nich ktoś zapewnił go, że wygrany przetarg ma w kieszeni. Po nitce do kłębka – i trafiono do marszałka Karapyty. Ustalono, że w latach 2011-2012 przyjął łapówki na łączną kwotę co najmniej 50 tysięcy złotych. Z różnych źródeł. Rolnik, który chciał uzyskać dotacje unijne, opłacał marszałkowi zagraniczne podróże, m.in. wyjazdy na narty do Włoch. Przeworski biznesmen dał mu 30 tysięcy zł za przyspieszenie wypłaty unijnych dotacji, a ktoś inny – wart 5 tysięcy komplet mebli za przyjęcie krewnej do pracy.

Najbardziej jednak zbulwersował wszystkich wątek obyczajowy, związany z seksualnymi podbojami eksmarszałka. Podobno obiecywał awans znacznie młodszym od siebie podwładnym w zamian za seks. Kobiety mu nie odmawiały, bo bały się, że stracą pracę. A znalezienie nowej jest dużym problemem na Podkarpaciu, regionie o wysokim bezrobociu. Jedna z gazet napisała, że marszałek Mirosław Karapyta wykorzystywał urzędniczki również podczas zagranicznych i krajowych podróży służbowych.

– Proszę spojrzeć, jakie ja mam otoczenie: ładne sekretarki, asystentkę – bronił się podczas rozmowy z dziennikarką Karapyta. – I te osoby powołam na świadków. Niech powiedzą, czy przez trzy lata pracy były z mojej strony jakieś propozycje – argumentował.

A jednak marszałka pod koniec kwietnia br. zaaresztowano. Usłyszał zarzuty, za które grozi mu do 10 lat więzienia. Wyszedł po czterech dniach, za poręczeniem majątkowym. Kaucję w wysokości 60 tysięcy zł wpłaciła żona. Karapyta twierdzi, że jest niewinny. – Zarzuty obyczajowe dołączono do reszty, bo się dobrze sprzedają w mediach – przekonuje w jednym z wywiadów. – Seksafera bis, tym razem w PSL? To chyba takie dywagacje, że chłopskie partie mają do tego tendencje.

Marszałek ma ogromne pretensje do partyjnych kolegów, zwłaszcza do lidera PSL na Podkarpaciu, Jana Burego, i prezesa partii Janusza Piechocińskiego. Władze PSL następnego dnia po aresztowaniu oznajmiły, że będzie odwołany ze stanowiska. Karapyta jest przekonany, że koledzy odwrócili się od niego, uznali za winnego i wydali na niego polityczny wyrok.

W jednym z wywiadów marszałek powiedział, że murem stanęła za nim tylko rodzina. Żałuje, że jego żona w 30. rocznicę ślubu otrzymała taki „prezent”.

Praca dla kochanki

Układ „praca za seks” nie zdarza się wyłącznie na Podkarpaciu. Wójt mazurskiej gminy Giby miał wielokrotnie wykorzystać seksualnie pewną mieszkankę tej miejscowości, która woli pozostać anonimowa. – Zgodziłam się na romans, bo obiecywał pracę, a ja nie miałam co jeść – opowiada dziś dziennikarzom pokrzywdzona.

I dodaje, że w maju ubiegłego roku poprosiła o pomoc gibskiego wójta, którego znała od lat – pochodzili z tej samej wsi. On zaproponował jej pracę w ramach robót publicznych i… spotkanie. – Odparłam, że jeśli będę miała pracę, to czemu nie? – kontynuuje kobieta. – Wtedy rzucił, że jeśli się zgodzę, to będę żyła „jak pączek w maśle”.

Romans trwał kilka miesięcy, do jesieni ub.r. W grudniu kobiecie skończyła się umowa o pracę. W lutym 2013 r. urzędniczki z „pośredniaka” zawiadomiły ją, że jest szansa na kolejną. Pojechała do gminy, ale tylko po to, aby się dowiedzieć, że wójt nie ma dla niej czasu. Kilka dni później została poinformowana, że nie podpisał wniosku o jej zatrudnienie. Najwyraźniej uczucie wójta się wypaliło. – Nie zależy mi na kontaktach z wójtem, ale na pracy, bo nie mam co włożyć do garnka – narzeka kobieta.

Złożyła doniesienie do Prokuratury Okręgowej w Suwałkach. Podjęto postępowanie, które ma wyjaśnić, czy wójt nie wykorzystał krytycznej sytuacji życiowej kobiety, by doprowadzić do obcowania płciowego.

Wójt Gib twierdzi podkreśla, że oskarżenia wobec niego to pomówienie. Zgłosił tę sprawę na policji i chce, aby skarżąca poniosła karę za znieważenie i szantaż. – Romans?!... – oburza się. – To kompletna bzdura. Mogłem przewidzieć, że kiedyś przez tę panią będę miał kłopoty. Ludzie mnie przestrzegali, abym omijał ją z daleka – wzdycha. I dodaje, że nie podpisał nowej umowy z kobietą, bo nie wykonywała swoich obowiązków. A właściwie przychodziła do pracy tylko po to, by podpisać listę obecności.

Okolice Gib żyją tą historią. Zdania mieszkańców są jednak podzielone. Jedni uważają, że przecież wszyscy wiedzieli o wyjazdach wójta z kochanką na randki w plener – oczywiście w godzinach pracy. Tajemnicą poliszynela było też, że wójt zabierał „znajomą” na zakupy do Warszawy. Inni mówią jednak o zemście kobiety na, Bogu ducha winnym, mężczyźnie. Podważają jej wiarygodność, przypominając choćby, że leczy się psychiatrycznie, do niedawna nadużywała alkoholu (przeszła nawet leczenie odwykowe), „a w ogóle to specjalnie atrakcyjna nie jest i kto by ją tam chciał”.

Zapewne nieprędko poznamy prawdę. Niezaprzeczalnym faktem jest jednak to, że kobieta nie została podstępnie wykorzystana przez niedobrego urzędnika. Postawiła sprawę jasno: będzie praca, będzie seks…

Uciechy na biurku

Pięć lat temu, na początku sezonu ogórkowego, prokurator zepsuł Janowi T., dyrektorowi krakowskiego Zarządu Dróg i Transportu (obecny Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu), atrakcyjnie zapowiadający się urlop. Pan dyrektor usłyszał bowiem zarzuty molestowania seksualnego, mobbingu i korupcji.

A wszystko to przez dwie podwładne, które zgodnie zeznały, że szef zmuszał je do seksu oralnego. Prokuratura zgromadziła zeznania osób, potwierdzających wersję molestowanych kobiet. Na dodatek, pracownicy Zarządu opowiedzieli – i to w barwnych słowach – dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”, że Jan T. często zostawał w pracy po godzinach. Zamykał się z którąś z pracownic w gabinecie i, gdy ktoś czegoś od niego chciał, otwierał drzwi dopiero po kilku minutach.

Bohater całego zamieszania odmawiał jednak odpowiedzi na pytania prokuratury. Tyle że przy okazji grzebania w biurowych amorach, wyszło na jaw, że dyrektor ma też inne grzeszki na sumieniu: znęcał się psychicznie nad pracownikami, m.in. krzyczał na nich i wulgarnie wyzywał, zmuszał do pracy w dni wolne i noce, nie płacił za nadgodziny, a niepokornym odmawiał urlopów.

Okazało się też , że pan dyrektor brał łapówki. Wyjeżdżał na koszt prywatnych przedsiębiorców, współpracujących z ZDiT,  do luksusowych ośrodków wypoczynkowych. Oczywiście towarzyszyły mu wybrane pracownice...

Jan T. obecnie jest na wolności. W związku z ciążącymi na nim zarzutami korupcyjnymi (m.in. organizowania fałszywych przetargów) spędził za kratkami 21 miesięcy, ale wyszedł po wpłaceniu kaucji rzędu 300 tysięcy złotych. Regularnie pojawia się w sądzie, gdzie mówi dużo i chętnie – niestety, zdaniem obserwujących postępowanie, głównie nie na temat. Jak do tej pory, sąd oczyścił go z zarzutu nękania podwładnych, uznając że krzykiem wymuszał… prawidłowe wywiązywanie się z obowiązków. Wyrok jest nieprawomocny.

Natomiast sprawa mobbingu i molestowania seksualnego wciąż jeszcze jest w toku. I długo jeszcze będzie: na przesłuchanie oczekuje 200 świadków.

Prezydent gwałciciel

Dwa lata temu były już prezydent Olsztyna (woj. warmińsko-mazurskie), Czesław Małkowski, został oskarżony przez białostocką prokuraturę o gwałt oraz o usiłowanie gwałtu. Grozi mu do 12 lat więzienia. Sprawa jest tym brzydsza, że jego ofiarami były podległe mu urzędniczki. Zgwałcona kobieta była w zaawansowanej ciąży.

Ale to nie koniec. Gdy pięć lat temu wybuchła olsztyńska seksafera, wiele pracownic ratusza ujawniło, że były molestowane seksualnie przez prezydenta.

Czesław Małkowski przyznał się do intymnych kontaktów z jedną z podwładnych – ale zaprzeczył, jakoby doszło do tego wbrew jej woli. Spędził w areszcie pół roku. Dwa miesiące później, w listopadzie 2008 roku, mieszkańcy Olsztyna podczas referendum odwołali Małkowskiego z funkcji prezydenta miasta. Cóż z tego, skoro dwa lata później wystartował w wyborach prezydenckich i zaledwie o włos przegrał z kontrkandydatem na fotel włodarza Olsztyna, Piotrem Grzymowiczem.

Śledztwo ciągnęło się aż trzy lata, gdyż prokuratorzy uzyskali trzy sprzeczne opinie biegłych (psychologów i seksuologów) z Warszawy, Poznania oraz Krakowa. Jedna z nich wykluczała, by były olsztyński prezydent miał cechy gwałciciela. Ponadto, zdaniem biegłych, oskarżająca go urzędniczka nie zachowuje się jak zgwałcona kobieta…

Czesław Małkowski stanął przed sądem w maju 2011 r. Zdaniem prokuratury, istnieją dowody na to, że w okresie 2001-2007 molestował seksualnie cztery kobiety. O treści zarzutów śledczy mówili bardzo ogólnie: podali, że „chodzi o przestępstwa, które polegają na zgwałceniu, usiłowaniu zgwałcenia, doprowadzeniu do obcowania płciowego lub poddania się innej czynności seksualnej poprzez nadużycie stosunku zależności służbowej oraz uporczywego naruszania praw pracowniczych”. Wyrok zapadnie, być może, pod koniec bieżącego roku.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że jesienią ubiegłego roku miała miejsce premiera filmu obyczajowego „Miłość”, zainspirowanego olsztyńską seksaferą. Jego reżyser i współautor scenariusza, Sławomir Fabicki, pokazał całą historię z punktu widzenia męża pokrzywdzonej kobiety.

Szef czy pan?

Luty to najwyraźniej niedobra pora dla marszałków województw. Równo pół roku temu spektakularną wpadkę zaliczył nie tylko marszałek podkarpacki, ale i wicemarszałek opolski. Właśnie wtedy lokalna prasa napisała, w jaki sposób wicemarszałek Tomasz Kostuś (PO) traktuje podwładnych. Jego arogancja i buta nie znała granic – poniżał pracowników urzędu, nagminnie wydając im komendy takie, jak psom: „siad”, „głos”, „waruj”. Podniesiony głos i obraźliwe epitety były na porządku dziennym.  Kierowcę służbowego samochodu, który jechał zgodnie z przepisami, a zdaniem wicemarszałka za wolno, wyrzucił z auta na drodze i musiał on wędrować trzy kilometry do najbliższego przystanku PKS, by wrócić do urzędu.

Po tej publikacji, na wniosek marszałka, w urzędzie przeprowadziła kontrolę Państwowa Inspekcja Pracy. Mimo tego, że pracownikom zadawano dosyć ogólnikowe pytania (np. nie pytano o nazwisko przełożonego, ze strony którego doznawali przykrości) – z przeprowadzonego postępowania wyłonił się zatrważający obraz życia w totalitarnej instytucji. Urzędnicy skarżyli się w anonimowej ankiecie m.in. na molestowanie, nieakceptowane przez nich zachowania o charakterze seksualnym, znęcanie psychiczne i wyśmiewanie niepełnosprawności. Co istotne, inspektorzy pracy zadawali pytania jedynie pracownikom departamentów podlegających Tomaszowi Kostusiowi.

Sprawa została przez partyjnych kolegów wicemarszałka zamieciona pod dywan – mimo tego, że jeszcze w kwietniu br. szef opolskiej Platformy, poseł Leszek Korzeniowski, postawił ultimatum: albo Kostuś oczyści się z zarzutów, albo odejdzie ze stanowiska.

Mieszkanie za seks

– Ja tylko żartowałem! – bronił się Dariusz Szczepański, chojnicki radny, który wysyłał do jednej z mieszkanek tego miasta sms-y z erotycznym podtekstem. – Chciałem podtrzymać tę kobietę na duchu!

Wiosną br. burmistrz Chojnic z osłupieniem usłyszał od jednej z chojniczanek, że przewodniczący społecznej komisji mieszkaniowej, Dariusz Szczepański, wysyła do niej przez telefon komórkowy dwuznaczne wiadomości. Kobieta starała się o mieszkanie socjalne, odebrała więc sms-y radnego jako sygnał, że w Chojnicach taki lokal można załatwić za seks.

Radny w rozmowie z dziennikarzami miejscowej gazety podtrzymuje, że nie były to erotyczne propozycje. Idzie nawet krok dalej. – Ta pani nie jest w moim typie i nie interesuje mnie jako kobieta – podkreśla. Zaniepokojony burmistrz złożył jednak doniesienie do prokuratury. Tyle że śledczy nie dopatrzyli się niczego złego w postępowaniu radnego i postanowili umorzyć sprawę, gdyż ich zdaniem „zabrakło znamion czynu zabronionego”.

Żart Szczepańskiego nie spodobał się jednak jego partyjnym kolegom z Platformy Obywatelskiej. Radny został postawiony przed sądem koleżeńskim w Gdańsku oraz usunięty z klubu radnych PO w chojnickiej Radzie Miejskiej.

Podczas zbierania materiałów do artykułu korzystałam z archiwów „Dziennika”, „Gazety Olsztyńskiej”, „Gazety Pomorskiej”, „Gazety Współczesnej”, „Super Expressu”, „Niezależnego Tygodnika Opolskiego” i „Wprost”.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:50

TAKA DEMOKRACJA TO MI SIĘ NIE PODOBA

Napisane przez

Jadwiga Naranowicz ma 51 lat. Szwecja to rodzinna wieś jej męża Władka, ona pochodzi z Sypniewa, w sąsiedniej gminie Jastrowie. Teraz mówi, że jest stąd i że tu naturalnie „wsiąknęła”. Kiedy dzieci poszły do szkoły, spotkała inne matki, miały wspólne tematy, włączyła się w prace na rzecz szkoły. Potem przez szesnaście lat pracowała w radzie sołeckiej. W 2011 r. ludzie wybrali ją na sołtysa największej wsi w największej gminie w Polsce.

Obecną sołtys długo namawiano na udział w wyborach. Zdecydowała się na tydzień przed głosowaniem. Wsiadła do samochodu i pojechała do ludzi, bo chciała ich namówić, żeby przyszli na zebranie. O obecnej demokracji mówi, że jej się nie podoba. − We wsi jest dziewięciuset mieszkańców. Ale jak jest zebranie, to dobrze, jak przyjdzie trzydziestu. A jak się wybiera kandydatów na sołtysa, to jest to nieprzemyślane. Bez  przekonania, że ta osoba coś dla wsi zrobi – mówi Jadwiga Naranowicz.

54 głosy na 96

Skądinąd, sama czasu na kampanię miała mało i właściwie jej nie prowadziła. Ale i niezbyt jej potrzebowała. − Całe życie jest społeczna – mówi o niej Beata Błędowska-Tomajczyk, prowadząca w Szwecji gospodarstwo agroturystyczne „W Pięknej Dolinie”. – Jak może w czymś pomóc ludziom, to idzie. Lubi być wśród nich. I ma jedną nie do przecenienia cechę: jest niekonfliktowa.

We wsi ludzie znają ją od tej właśnie strony, więc mieszkańcy namówili ją na kandydowanie. – Do końca się zarzekałam, że nie chcę startować w wyborach – wspomina jednak Jadwiga Naranowicz. – Tyle że ostatecznie mąż obiecał pomoc i we wsi wsparcie było.

W wyborach na sołtysa wzięło udział dziewięćdziesięciu sześciu mieszkańców. Wygrała ośmioma głosami, już w pierwszej turze.

− Jak Jadzia została sołtysem, to wieś przyspieszyła, wyszła poza Szwecję – mówi Beata Błędowska-Tomajczyk. Często właśnie u niej odbywają się spotkania albo organizowane są różne wydarzenia. – Ale zanim Jadzia została sołtysem, angażowała się w prace na rzecz wsi. Jak coś organizowano, chętnie zakasywała rękawy.

Szwecja jest bliżej, niż myślisz

Takie hasło promocyjne wsi wymyśliła radna Agnieszka Cybulska. A jest się czym chwalić. Największym skarbem jest rzeka Piława, która przecina wieś – to znany w Polsce szlak kajakowy. Ściąga tu latem masa turystów. Jest zabytkowy kościół św. Jakuba, w lipcu w święto patrona od wielu lat organizuje się jarmark.

Sołtys, razem z radną, zgłosiła Szwecję na wieś turystyczną do Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego i miejscowość otrzymała certyfikat, który jest znakiem, że tu warto przyjechać. Nad Piławą rybacy postawili już tablice, jakie ryby w niej występują, a we wsi niebawem pojawią się turystyczne drogowskazy informacyjne, m.in., kierujące do gospodarstw agroturystycznych, albo na szlaki rowerowe. − Będą ekologiczne, drewniane, „wiejskie” – podkreśla sołtys.

− To nigdy nie była wieś typowo rolnicza – opisuje Szwecję Naranowicz. Głównie żyła z lasu, był PGR i gorzelnia – mówi sołtys. – Tu pokolenia pracowały w lesie, ludzi zatrudniało nadleśnictwo w Wałczu i Jastrowiu. Teraz zmieniła się forma zatrudnienia. Dziś to jest wieś „zulowców”. Ludzie rejestrują zakłady usług leśnych i przyjmują zlecenia. Mają konie, własny transport.

Prośba sołtyski: „do roboty”

Najmniej chodzi jej o rządzenie. Jak są jakieś prace do zrobienia – koszenie, sprzątanie – najczęściej w końcu pracuje z mężem Władkiem. Na ostatnim festynie sportowo-sołeckim nabrała odwagi, wzięła mikrofon i poprosiła: − Słuchajcie, razem się bawiliśmy, razem posprzątajmy.

Poskutkowało. Udało się namówić kilka osób.

Jej praca to m.in. przyjmowanie skarg, ale nie ma na to specjalnego miejsca. Odbywa się to więc w najprostszy z możliwych sposób: ktoś ją spotka na ulicy, w remizie, na festynie, zadzwoni albo przyjdzie do domu, który stoi na początku wsi przy szosie wiodącej z Wałcza do Gdańska. – Największym problem są psy – mówi Naranowicz. – Jak są porzucone, ludzie przychodzą do sołtysa albo skarżą się, że latają bezpańsko, albo że są groźne. To jest utrapienie wszystkich sołtysów. Chyba nie ma takiego, który nie przygarnąłby jakiegoś porzuconego psa.

Sołtys stawia na wieś

Bycie ze wsi nie jest wstydliwe - mówi. Dodaje, że prowincja to stan umysłu, a nie współrzędne geograficzne – i że walczy z negatywnym stereotypem.

Od kiedy jest sołtysem, zaczęła zgłaszać wieś do różnych konkursów: o miano wsi turystycznej, ale także sołectwa przyjaznego środowisku. − W tym generalnie zajęliśmy drugie miejsce – mówi z dumą Naranowicz. − Doceniono to, że we wsi segreguje się śmieci, że ich nie palimy i że jest czysta rzeka.

Sołtys od wielu lat jest zwolenniczką segregowania odpadów. Jak idzie ulicą – i widzi puszki albo butelki – nie może tego znieść. W Szwecji, za jej sprawą, dostawiono pojemników na śmiecie. − Jak zostałam sołtysem, były trzy punkty, teraz jest osiem, a pojemniki stale są zapełniane. Dla mnie, od kiedy teraz weszła ta ustawa, to jest urwanie głowy, bo ciągle ktoś zgłasza, że brakuje worków i trzeba je dostarczyć, ale z drugiej strony trzeba się cieszyć, że ludzie segregują śmieci. Na śmieci jestem uczulona. Mogłabym o nich warsztaty prowadzić – kwituje.

− Na spływie kajakowym obserwowała wicewójta, gdzie wrzuci papierowy talerz – wspomina radna Aldona Piaskowska. – A kogoś pytała z wyrzutem, dlaczego butelka niezgnieciona – dorzuca. Na festynie sołecko-sportowym zauważyła błąd. Na jednym pojemniku było napisane „puszki plus plastik”. − Jeszcze źle, bo puszka musi być osobno – tłumaczy sołtys.

Integracja

W Szwecji ludzie spotykają się w lipcu na dorocznym parafialnym Jarmarku św. Jakuba. Sołtyska stała przy stoisku małej gastronomii i sprzedawała pyszne pierogi. Wieś może się też poszczycić, że wypromowała produkt tradycyjny jako jeden z dwóch w powiecie wałeckim. Jest to kiszka ziemniaczana, którą gospodynie ze Szwecji przygotowują na każdą imprezę.

Nieformalnym wydarzeniem są czerwcowe „Wianki”, które odbywają się „W Pięknej Dolinie”. Ich pomysłodawczynią jest Beata Błędowska-Tomajczyk, której udało się ściągnąć na „Wianki” nie tylko szwedów, ale również mieszkańców okolicznych miejscowości, a nawet turystów, m.in. z Czech i Niemiec.

− Kto przychodzi, musi mieć wianek – opowiada sołtys. A inicjatorka przedsięwzięcia dodaje, że wymyśliła „Wianki” od Midsommar – święta narodowego w zamorskiej Szwecji, które się tam odbywa w czasie przesilenia zimowo-wiosennego, można je połączyć z naszym polskim gaikiem. To jest święto światła i powitania lata. – Szwedzi budują pal, który ukwiecają, a potem tańczą wokół niego i śpiewają. Pomyślałam, że można by zrobić coś podobnego u nas w Szwecji. Nawet zadzwoniłam do ambasady, żeby się dowiedzieć więcej o tym święcie, ale tam się zajmują kulturą przez duże „k” i otrzymałam ulotki o hodowli krów – opowiada. Dziś na przepływającą przez gospodarstwo „W Pięknej Dolinie” Piławę spuszczane są stelaże, ludzie palą świeczki, kładą wianki. Każdy z nich jest inny.

W tym roku w Szwecji – jako jednej z piętnastu wsi w gminie – realizowany był też projekt aktywizujący kobiety po sześćdziesiątce. Sołtyska bardzo się zaangażowała. U Beaty Błędowskiej-Tomajczyk w gospodarstwie urządziły jedno ze spotkań − piżowkę. – Śniegu po kolana, Beata napaliła w piecu, a my siedzimy i starym zwyczajem, jak matki, drzemy pierze, opowiadamy sobie różne historie, pijemy herbatkę, jest słodki poczęstunek – opowiada Naranowicz. Kiedy do gminy przyjechali Czesi, działający w ichniej lokalnej grupie działania, zorganizowano im pobyt w Szwecji.

Przyrodniczka

Sołtys kocha zwierzęta. Dużo ich przygarnia. Nie wiedziała, co to jest ubój rytualny. Poczytała i teraz już wie, że jest przeciwna.

Uwielbia obserwować ptaki, zwłaszcza bociany, bo uważa, że przynoszą szczęście i zapowiadają wiosnę na dobre. Ptaki wyznaczają dla niej pory roku. – Latem są to jaskółki, zimą – sikorki, a na jesień – kopciuszki – wymienia. Sama może się pochwalić, że dla bocianów żerowiskiem są jej łąki w sąsiedztwie stawów. I myśli, że gdyby z mężem zrobiła konstrukcję, to by chyba usiadły. Nawet jej pies reaguje na słowo bocian i natychmiast wypatruje ptaka na niebie albo na łące. Jeden procent podatku Jadwiga Naranowicz oddaje na Towarzystwo Opieki nad Ptakami.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:49

SAMORZĄDY POLUJĄ NA URZĘDNIKÓW

Napisane przez

Jak po pracę – to do ratusza. Nikogo nie dziwi, że w czasach kryzysu trudno znaleźć zatrudnienie. Są jednak miejsca, gdzie praca dosłownie czeka na chętnych. Pracowniczą Ziemią Obiecaną stały się magistraty dużych miast. Bo też w Polsce nie ma właściwie metropolii, która nie szukałaby urzędników. Samorządowa administracja pęcznieje jednak i w mniejszych gminach. Tylko na urzędnicze „trzynastki” podatnicy wydali w 2012 r. 3,8 mld złotych. Problem w tym, że nawet specjalistom nie jest łatwo zdobyć w drodze konkursu taką posadę.

Z pozoru wakacje w pełni. Jednak tylko w drugiej połowie lipca upłynął termin nadsyłania dokumentów w ponad czterdziestu konkursach na wolne stanowiska urzędnicze. A to zaledwie wierzchołek góry lodowej: magistraty szukają dosłownie wszystkich – od informatyków po specjalistów w dziedzinie ochrony zieleni. Z miast wojewódzkich jedynie Rzeszów i Zielona Góra nie prowadziły w tym okresie naboru. – Duże miasta zatrudniają, ponieważ przygotowują się do obsługi nowej perspektywy budżetowej UE – mówi Agata Dąmbska, specjalista z Forum „Od-nowa”, organizacji pozarządowej, zajmującej się analizami sektora publicznego.

Jest w czym wybierać

Kogo szukają magistraty? Nabór trwa właściwie na wszystkie stanowiska. Warszawa szuka na przykład urzędnika ds. bezpieczeństwa i higieny pracy, Szczecin – podinspektora ds. wydarzeń o charakterze morskim, jednak tylko na pół etatu. Wrocław natomiast rekrutuje kandydatów na stanowisko ds. ochrony powietrza i przed polami elektromagnetycznymi. Miasto Gdańsk, tylko w lipcu, poszukiwało pięciu nowych pracowników. Jak zapewnia magistrat, wszystkie ogłoszenia to efekt powstania wakatów, a nie tworzenia nowych stanowisk. – Generalnie liczba etatów w naszym urzędzie od ładnych kilku lat kształtuje się na tym samym poziomie – mówi Michał Piotrowski z biura prasowego gdańskiego ratusza.

Biurokracja samorządowa systematycznie jednak puchnie. Rozrost lokalnej administracji najlepiej widać na przykładzie stolicy. Kiedy Hanna Gronkiewicz-Waltz obejmowała władzę sześć lat temu, stołeczny samorząd zatrudniał około 5,7 tysiąca urzędników. Pod koniec ubiegłego roku ratusz razem z urzędami dzielnic dawał już pracę ponad 7,7 tysiąca osób, co stanowi wzrost o 35 proc. Te liczby nie oddają do końca skali zjawiska, ponieważ – po pierwsze – nie uwzględniają zatrudnienia w spółkach samorządowych, które również znacznie wzrosło, a po drugie – stołeczne urzędy coraz częściej zlecają wykonywanie swoich zadań prywatnym firmom. Tylko w ubiegłym roku wydały na ten cel 30 mln złotych.

Ćwierćmilionowa armia

Liczba urzędników samorządowych systematycznie się zwiększała – aż do 2011 roku Wtedy ubyło 6 tysięcy etatów (łącznie było ich 246 tys.). Ta tendencja długo się jednak nie utrzymała. Na koniec 2012 r. było zatrudnionych już ponad 252 tysięcy pracowników. Zdaniem specjalistów, przejściowe zahamowanie wzrostowego trendu było wynikiem raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2010 r., krytykującego politykę zatrudnienia w gminach. – Dziś administracja znów nie obawia się przyjmować nowych osób – podkreśla dr Stefan Płażek, adiunkt w Katedrze Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Oszczędzaniu na etatach nie służy też nowa ustawa śmieciowa. Od 1 lipca urzędników jeszcze przybywa, bo – wdrażając nowe prawo – samorządy musiały zatrudnić księgowego i poborcę podatkowego do realizacji obowiązków nałożonych przez nową ustawę. Zdaniem ekspertów, rosnące zatrudnienie w ratuszach to jeszcze nic.

– To, co jest bardzo przerośnięte, to podlegające gminom jednostki organizacyjne. Wójt nie decyduje o zatrudnieniu, na przykład w szkołach, ale na nie płaci. Jak wynika z naszych szacunkowych obliczeń, w całym sektorze samorządowym pracuje 1,8 miliona osób. Z czego 1,1 miliona w jednostkach organizacyjnych, a pozostali w urzędach i spółkach zależnych – mówi Agata Dąmbska.

U pana Boga za piecem

W powszechnej opinii to właśnie praca urzędnika uchodzi za bardziej stabilną i mniej stresującą, bo pozbawioną mechanizmów wolnorynkowej konkurencji. Myli się jednak ten, kto myśli, że na bezpieczne miejsce pracy w sektorze budżetowym mogą liczyć najlepsi. Na nieprawidłowości przy zatrudnianiu w samorządach zwraca uwagę choćby wspomniany raport NIK. Izba skontrolowała zatrudnienie czterech tysięcy urzędników. W skontrolowanych samorządach tylko połowa została przyjęta w drodze otwartego i konkurencyjnego naboru. Reszta pracę dostała w drodze tak zwanego awansu wewnętrznego. Czyli ze stanowisk nie-urzędniczych, głównie ze stanowisk pomocniczych i obsługi.

– W kryzysie ludzie zawsze tulili się do urzędów, a stworzenie etatu dla znajomego prezydenta miasta lub burmistrza to żaden problem – mówi dr Płażek. Z danych GUS wynika, że w 2012 r. nieznacznie rosły też pensje urzędników. Na przykład w urzędach miast średnia płaca wzrosła o około 150 zł i wyniosła ponad 4,5 tysiąca zł. W gminach zaś była wyższa o około 100 zł i wynosiła średnio 4 tysiące złotych.

– Myśląc w ten sposób, można dwa miliony osób zatrudnić w administracji i w ten sposób pozbyć się bezrobocia. Tyle, że to nie rozwiązuje problemów, a tworzy kolejne. W rzeczywistości za pensje urzędników płacą przedsiębiorcy i zwykli ludzie. Trzeba pobrać wyższe podatki na rzecz osób zatrudnionych przez urzędników. Poza tym gołym okiem widać, że zatrudnienie w administracji urosło w ciągu kilku lat. Zatrudnia się znajomych królika, ci są mało kompetentni, dlatego zatrudnia się kogoś, kto będzie za nich robić. I ten sposób dubluje się stanowiska. Takim przykładem są wszelkie komitety polityczne – mówi Ireneusz Jabłoński z Centrum im. Adama Smitha.

Niebezpieczny trend

Wbrew pozorom, Polska nie jest jednak wcale republiką urzędników. Wręcz przeciwnie. Polska i Litwa mają najniższe wskaźniki liczby urzędników na mieszkańca. Dla porównania na przeciwnym biegunie są Niemcy, Francja i Wielka Brytania. U naszych zachodnich sąsiadów pracuje prawie półtora miliona urzędników, a więc ponad trzykrotnie więcej niż nad Wisłą – choć liczba mieszkańców Niemiec jest tylko nieco ponad dwukrotnie większa niż w Polsce.

Optymistyczne nastroje studzą jednak ekonomiści. Bo mimo, że nad Wisłą z zatrudnieniem w administracji nie jest jeszcze tak źle, to już sam trend jest niebezpieczny. – Szczególnie w takich krajach, jak Grecja i Hiszpania, tworzono dodatkowe miejsca pracy w administracji. A w trakcie kryzysu gospodarczego to kontynuowano. Okazało się to bardzo nieskuteczne. Faktycznie, panuje jakiś dziwny trend do zwiększania zatrudnienia w administracji. Nie wiem, czy chodzi o to, że im więcej osób się zatrudni, tym mniejsze będzie bezrobocie?... Jakby urzędnicy zapominali, że to nie oni, a firmy tworzą PKB. Bo każda złotówka wydana na administrację idzie z naszych podatków – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” Ryszard Petru, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:40

FINAŁ „GMINNEGO LIDERA RECYKLINGU”

Napisane przez

Konkurs „Gminny Lider Recyklingu” dobiegł końca. W finale spotkało się 21 gmin-laureatów, prawdziwych pionierów recyklingu. Projekt podsumowano też konferencją pod tytułem „Recykling w gminnych programach gospodarki odpadami”, która odbyła się 17 czerwca 2013 roku w siedzibie Senatu RP w Warszawie.

Praktycznym efektem przedsięwzięcia realizowanego przez Fundację Promocji Gmin Polskich od stycznia 2012 roku, dzięki  konkursowej dotacji Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, stały się szkolenia w formule e-learningowej, w których uczestniczyło ponad 900 samorządowców, głównie pracowników gminnych jednostek administracji publicznej.

Dorobek projektu to również ogólnopolski konkurs dla gminnych jednostek samorządowych, związany z prezentacją dobrych doświadczeń i praktyk selektywnej gospodarki odpadami komunalnymi. Cennymi partnerami i patronami projektu były Serwis Samorządowy Polskiej Agencji Prasowej i Magazyn Samorządowy „GMINA”. W trakcie konkursu zidentyfikowano 160 dobrych, innowacyjnych praktyk w zakresie selektywnej gospodarki odpadami, które zostały następnie upowszechnione w Serwisie Samorządowym i na łamach „GMINY”. 21 gmin z całej Polski zostało laureatami konkursu. Nagrodzono je specjalną statuetką „Gminny Lider Recyklingu”.

Uroczyste rozdanie laurów poprzedziła konferencja z udziałem nagrodzonych: wójtów, burmistrzów, przedstawicieli samorządów gminnych, które były pozytywnymi bohaterami prezentowanych przykładów właściwego rozumienia znaczenia i korzyści związanych z selektywnym gospodarowaniem odpadami komunalnymi. Celem konkursu nie było bowiem pokazywanie przykładów negatywnych – jest ich bardzo wiele, czego dowodzi przetaczająca się przez cały kraj – i wywołana rozmaitymi kontrowersjami – krytyka tego, co dzieje się w momencie wchodzenia w życie gminnego systemu gospodarki odpadami. Przebieg Konkursu „Gminny Lider Recyklingu” dokumentuje działania dziesiątek gmin, które potrafiły właściwie podjąć wyzwanie, dobrze się zorganizować i – na długo wcześniej – wykonywać swoje zadania.

Konferencja, której patronowała Senacka Komisja Samorządu Terytorialnego i Administracji  Państwowej z jej Przewodniczącym – Senatorem RP Januszem SEPIOŁEM, pozwoliła przybliżyć źródła sukcesu poszczególnych gmin, ale unaoczniła też w sposób jednoznaczny, że praktyczne wdrożenie idei reformy śmieciowej jest – i będzie – zadaniem złożonym i trudnym. Gminy-laureaci konkursu udowodniły, że można je pozytywnie rozwiązywać. Mówił o tym m.in. senator dr inż. Stanisław Iwan, Wiceprzewodniczący Senackiej Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej, a także Stanisław Gawłowski, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Środowiska, który odpowiadał na pytania samorządowców i bliżej przedstawił propozycje działań resortu związanych z wdrażaniem  nowych rozwiązań legislacyjnych.

Podczas senackiego spotkania rozmawiano o wdrażaniu nowych regulacji prawnych, a także szukano odpowiedzi na pytanie „gdzie jesteśmy w przededniu” wejścia w życie nowego systemu. – 1 lipca rzeczywistość zmieni się w sposób rewolucyjny – podkreślał w otwierającym konferencję wystąpieniu senator Iwan. – Nowa ustawa śmieciowa zmieni dotychczasową filozofię postępowania z odpadami i zaczną obowiązywać rozwiązania prawne od dawna funkcjonujące w innych państwach UE. Jeżeli nie zagospodarujemy, zgodnie z unijnymi wymogami, naszych odpadów, będziemy płacić kary. W większości krajów Unii Europejskiej zdecydowana ich większość podlega recyklingowi i do tych standardów musimy zmierzać – przestrzegał.

Wyzwaniom stojącym przed samorządami gminnymi oraz priorytetom samorządowym w ochronie środowiska poświęcił swoje wystąpienie wiceminister środowiska Stanisław Gawłowski. Z kolei problematykę wdrażania nowych przepisów w gospodarce odpadami, a także skutecznych, ekoinnowacyjnych rozwiązań organizacyjnych w gospodarce odpadami komunalnymi omówili eksperci Fundacji Promocji Gmin Polskich, Krzysztof Choromański i Magdalena Łysek.

Praktyczne wnioski płynące z realizacji programu „Gminny Lider Recyklingu” przedstawił koordynator programu, dr Mikołaj Niedek. Z kolei o swoich doświadczeniach w ramach samorządowej codzienności opowiedzieli uczestnikom konferencji wójt Przechlewa Andrzej Żmuda-Trzebiatowski i burmistrz Lipna Dorota Łańcucka. Jak podkreślili występujący, osiągnięte w ich gminach rezultaty w dziedzinie recyklingu odpadów to przede wszystkim sukces mieszkańców – osiągnięty m.in. poprzez społeczną edukację proekologiczną. – Bez niej nie można doprowadzić do zmiany mentalności i świadomości ekologicznej obywateli - zapewniali. Optymizmem wykazał się również inny nagrodzony, Marian Buras, wójt gminy Morawica. – Przeżyliśmy wiele trudnych ustaw, przeżyjemy i rewolucję śmieciową – zapewnił zebranych z szerokim uśmiechem, odbierając statuetkę Gminnego Lidera Recyklingu.

Poniżej prezentujemy listę nagrodzonych w konkursie, w kolejności alfabetycznej:

gmina BIERAWA (woj. opolskie)

gmina BRENNA (woj. śląskie)

miasto i gmina BRZESKO (woj. małopolskie)

miasto i gmina DĄBROWA GÓRNICZA (woj. śląskie)

miasto i gmina KARLINO (woj. zachodniopomorskie)

gmina KOBYLNICA (woj. pomorskie)

miasto i gmina KUDOWA ZDRÓJ (woj. dolnośląskie)

miasto LIPNO (woj. kujawsko-pomorskie)

gmina MIEDZICHOWO (woj. wielkopolskie)

gmina MORAWICA (świętokrzyskie)

gmina MROZY (woj. mazowieckie)

gmina POSTOMINO (woj. zachodniopomorskie)

gmina PRZECHLEWO (woj. pomorskie)

miasto RACIBÓRZ (woj. śląskie)

miasto i gmina RADZYMIN (woj. mazowieckie)

miasto i gmina SEROCK (woj. mazowieckie)

gmina STEPNICA (woj. zachodniopomorskie)

miasto i gmina SZPROTAWA (woj. lubuskie)

gmina ŚWINNA (woj. śląskie)

miasto i gmina ZELÓW (woj. łódzkie)

 

Wszystkim laureatom serdecznie gratulujemy!

wtorek, 23 lipiec 2013 22:23

CZASAMI PUSZCZAJĄ MI NERWY…

Napisane przez

Rozmowa z burmistrz Wałcza, Bogusławą Towalewką – jedną z trzech osób najkrócej urzędujących na tym stanowisku w Polsce

Jak rządzi się kobiecie?

Wydaje mi się, że trudno, bo właśnie kobietom najczęściej podcina się skrzydła, chociażby takim stwierdzeniem: „A co ona tam wie?!”. Faktem też jest, że kobiety mają niższe wynagrodzenie od mężczyzn na równorzędnych stanowiskach. Wystarczy też zauważyć, ile kobiet jest w rządzie: Elżbieta Bieńkowska, Ewa Kopacz, Barbara Kudrycka i Joanna Mucha. Ile jest kobiet wojewodów, marszałków, ile w zarządach spółek Skarbu Państwa?! Ja też nie jestem typową kobietą i pochodzę z domu, w którym zawsze prym wiodła mama. Tak też było z moją teściową. Kobiety są u nas silne.

Wałczanie musieli wcześniej pójść na wybory po przerwanej kadencji zmarłego burmistrza Zdzisława Tuderka. Namawiano Panią na kandydowanie?

Tak, ale to też była z mojej strony potrzeba zrobienia czegoś istotnego, tworzenia miasta, w którym chce się żyć i które zachęca do działania.

Była Pani jednym z czterech kandydatów. Wygrana była dość wyraźna. Co o tym zadecydowało?

Długoletni związek z Wałczem. Może nie od urodzenia, bo pochodzę z Wyrzyska, ale Wałcz to moje miasto, jestem tu już bardzo silnie zakorzeniona. Tu poznałam męża, urodziłam dziecko, mam bardzo dużo znajomych. Przez wiele lat byłam dyrektorem Zakładu Oświatowego w Wałczu. Po raz pierwszy wałczanie zaufali mi, wybierając na posła. To też świadczy o związku z mieszkańcami. Wiele lat przepracowałam w samorządzie. Ale była w tym też przewidywalność, bo pochodzę z ugrupowania poprzednika, a burmistrz cieszył się bardzo dużym zaufaniem. Myślę też, że ludzie mnie znali z nie najgorszej pracy.

Mimo tak krótkiego stażu – zaledwie pół roku – mocno dosięga Panią krytyka?...

Jakoś sobie z nią radzę, chociaż z nieuzasadnioną – niekoniecznie. Czasami nerwy mi puszczają. Co będzie dalej? Nie wiem. Zbieram trochę „nie za swoje”. Myślę, że za poprzednika ilość inwestycji była za duża. Przy budżecie 66 mln zł, przeznaczono na nie 39 mln zł. Nie mam też dla wałczan dobrych wiadomości: w związku z tym ani w tym roku, ani w następnym nie będzie lepiej.

Pani kadencja oznacza dla wałczan duże zmiany czy kontynuację?

W każdym przypadku trzeba kontynuować różne projekty. Przede wszystkim ratusz musi rozliczyć inwestycje ze środków unijnych: termomodernizację obiektów użyteczności publicznej – wszystkich szkół i przedszkoli, MOPS-u, budowę skansenu na Wale Pomorskim, tzw. „Cegielnię”, nabrzeże jeziora Raduń, ścieżki rowerowe, remont ulicy Kolejowej. To ważne, bo zostały w nie włożone środki miejskie, na których zwrot bardzo liczymy. Nie bez znaczenia jest również, w jakiej wysokości je odzyskamy.

Wiem, że nastąpi korekta, ale należy podkreślić, że marszałek województwa zachodniopomorskiego przesunął nam rozliczenie do końca maja (pierwszy termin był wyznaczony na 8 marca – dop. aut.). Nigdy nie było jeszcze takiej uchwały zarządu. Uważam to za duży plus.

Natomiast audyty wypadły nie najlepiej. W związku z tym trzech pracowników z Wydziału Inwestycji odeszło. Trzeba było poszukać takich osób, które sobie z tym poradzą. Nowi pracownicy mają m.in. zadanie sprawdzić wszystkie inwestycje pod kątem uchybień prawnych i projektowych. Zmieniłam też strukturę urzędu. To było najbardziej absorbujące w pierwszych miesiącach mojego urzędowania. No i, oczywiście, wchodząca w życie ustawa śmieciowa.

Może Pani realizować własne pomysły?

Do tej pory niewiele. Tylko takie, które nie wymagają dodatkowych pieniędzy. Na razie muszę odłożyć realizację wyborczych historii.

A dotyczyły one?...

Skupione były wokół turystyki. Zresztą jej rozwojem zainteresowani są wszyscy. Rzeczywiście, aż się prosi, żeby zagospodarować półwysep Strączno – tyle że znajduje się on w obszarze „Natura 2000” i „Dorzecza Gwdy”, a także mikoryzy endotroficznej.

Chcemy stworzyć plan zagospodarowania przestrzennego półwyspu i raczej oddać go w dzierżawę. Wokół jeziora już funkcjonuje MOSiR, jest szansa na odbudowę hotelu „Widok”, w północno-wschodniej części akwenu mamy „Morzycówkę” – Ośrodek Edukacji Leśno-Ekologicznej (należący do Nadleśnictwa), po drugiej stronie jeziora – Centralny Ośrodek Sportu „Bukowinę”.

W ostatnim czasie na nabrzeżu oddano do użytku promenadę. To takie miejsce, żeby usiąść, napić się kawy i patrzeć na jezioro. Stoją na niej trzy drewniane domki – jednak w najbliższych latach, zgodnie z wymogami o udzieleniu dotacji na inwestycję, gmina nie może czerpać korzyści z ich wynajmu. W tej sprawie napisaliśmy pismo do marszałka województwa zachodniopomorskiego, bo chcielibyśmy ogłosić konkurs na ich zagospodarowanie w zamian za użyczenie za darmo. Weźmiemy pod uwagę projekty oryginalne, wymagające i odzwierciedlające klimat.

Drugi pomysł, jaki mam w zanadrzu, to budowa domu dla osób starszych, który pozwoli im na samodzielność, jednocześnie z opieką, miejscem na wspólne spotkania, rozmowę, zagranie w szachy. Będą mogły w nim zamieszkać po zdaniu własnego mieszkania. Te z kolei zostaną zagospodarowane na lokale komunalne dla osób, które starają się o nie w Urzędzie Miasta, bo nie mają pieniędzy na zakup własnościowych.

Po raz kolejny temat obwodnicy schodzi na dalszy plan. Nie ma szans na jej budowę do 2020 r., ale jest projekt alternatywnej, wewnętrznej obwodnicy.

Następny pomysł do zrobienia to ożywienie „trójkąta” między ulicami Nowomiejską (część drogi K10) i Kołobrzeską (trasa W163) poprzez połączenie ich drogą. Tę być może udałoby się sfinansować ze „schetynówki”, ale na realizację całego projektu, także z infrastrukturą wodno-kanalizacyjną, potrzebujemy 22 mln zł. Działki wyodrębnione na tym terenie oddane zostałyby w wieczyste użytkowanie.

Jak się układa Pani współpraca z radą?

Delikatnie mówiąc, to nie jest proste. Nie twierdzę, że bardzo źle, bo to byłoby krzywdzące – i rada też nie jest od tego, żeby głaskać. Ale brakuje wspólnej wizji i współpracy, a często zastępuje je polityka, chociażby przy okazji promenady, przy oddaniu której było tyle zamieszania.

Powołanie Marka Mateli − kontrkandydata w pierwszej turze − na stanowisko wiceburmistrza to zielone światło dla młodych, że teraz jest dla nich miejsce w samorządzie?

Nie zachwycam się młodością dla młodości. To atut − większa energia, przebojowość – ale na tym stanowisku liczy się przede wszystkim doświadczenie, spory dystans, umiejętność wyważania racji, bo podejmowane decyzje są kluczowe dla lokalnej społeczności. Burmistrz Waldemar Lechnik to właśnie fachowość, umiejętność analizy, dystans do spraw. Z kolei Marek Matela jest młody, ale się uczy, widzę, że się angażuje. Wnosi energię do ratusza.

Rozpoczęła Pani urzędowanie w momencie, który się zbiegł z realizacją ustawy śmieciowej przez gminy. Jak Wałcz jest do niej przygotowany?

Pozwolę sobie na komentarz. Sama idea jest dobra, bo wymusza segregowanie, a to po prostu większa dbałość o środowisko. Do 2017 r. pięćdziesiąt procent śmieci powinno być oddawanych po selekcji i państwa dużo bogatsze od Polski robią to od wielu lat.

Tylko w sferze odbioru to już nieuczciwa konkurencja. Po wprowadzeniu ustawy zaistniała taka sytuacja, bo wykluczono firmy komunalne. W Wałczu jest Zakład Komunalny, który nie mógł wziąć udziału w przetargu. Taką możliwość miały spółki komunalne, pod warunkiem dobrego wyposażenia, ale i tak w konfrontacji z wielkimi koncernami szansa na wygranie przetargu była nikła. Tym sposobem wpuściliśmy na rynek koncerny, które wygrały większość przetargów, bo mają potężne zaplecze finansowe, o wiele większe możliwości zaopatrzenia w pojemniki. Ponieważ jest na nie ogromny popyt, ich ceny wzrosły, a firmy nie są w stanie wyprodukować dostatecznej ilości pojemników. Do tego muszą mieć różne kolory. Większe firmy będą je sprowadzać od producentów np. z Grecji. Rozumiem, że jest Europejski Biuletyn Zamówień Publicznych i musieliśmy tam ogłosić swój przetarg. Rozumiem, że jest wolny rynek, ale według mnie ustawa powinna być tak napisana, żeby gmina miała możliwość znalezienia własnego sposobu na odbiór śmieci – bądź przez ogłoszenie przetargu, bądź dostosowanie własnego zakładu komunalnego.

Rynek śmieciowy obliczony jest na około 10 mld zł i lekką ręką oddaliśmy te pieniądze koncernom. W Wałczu przetarg wygrał Remondis-Fiuk. 350 zł kosztować będzie tona odpadów zmieszanych i 1900 zł tona śmieci posegregowanych. Przewidujemy, że rocznie miasto odda 400 ton śmieci posortowanych. Jak to będzie funkcjonować? Trudno powiedzieć. Musimy dać sobie trochę czasu. Cała Polska ma z tym problem. Wałcz nie jest odosobniony.

Jakie są możliwości wałczan, by przyjść i powiedzieć burmistrz, że gdzieś jest dziura, coś nie działa, coś trzeba naprawić?

Nie ma najmniejszych trudności. Chociaż z hasłem wyborczym „Blisko Waszych spraw” trochę przeholowałam. Nie do końca byłam świadoma, ile spraw na mnie spadnie. Chodzi przede wszystkim o inwestycje, w tym nad jeziorem Raduń. Kiedy obejmowałam to stanowisko, najpilniejszym zadaniem było przedłużenie w Urzędzie Marszałkowskim umowy na tę inwestycję, aby wykonawca mógł ją dokończyć, poprawić niedociągnięcia.

Doszły inne inwestycje, wdrażanie ustawy śmieciowej, to była końcówka roku itd. Ale – tak mi się wydaje – od mieszkańców się nie odsunęłam. Zawsze można zaczepić mnie na ulicy i wałczanie to robią. Poza tym poniedziałki są dla interesantów. Każdy mieszkaniec Wałcza może przyjść, porozmawiać, a także napisać.

Widać zresztą, że wałczanie interesują się swoim miastem. Raz zjawił się mieszkaniec Osiedla Tysiąclecie i zgłosił całą listę rzeczy, które trzeba załatwić. Na spotkaniu zaczepiła mnie kobieta i poinformowała, że przy ulicy Bydgoskiej, od piekarni, w kierunku wyjazdu z miasta, nie ma koszy na śmieci. I to jest ważna wiadomość ze spotkania. Na sesji dowiaduję się, że gdzieś brakuje oświetlenia. Powiem więcej: oczywiście, że to jest do zrobienia. Nie zakładam przecież, że my, urzędnicy, wiemy o wszystkim. Natomiast jeśli ktoś zgłosi, że trzeba wyremontować ulicę, to nie będę oszukiwać, że to jest możliwe. Po prostu nie ma na to pieniędzy. Ograniczymy się do załatania dziury.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:21

KRZYMIONKI NADAL BEZ PAMIĄTEK

Napisane przez

Pamiątki z krzemienia pasiastego z opatowskich Krzemionek, mogłyby być wizytówką Ostrowca Świętokrzyskiego. Nie są, bo na ich sprzedaż nie zgadza się wojewódzki konserwator zabytków. Tłumaczy, że dzika eksploatacja złóż jest śmiertelnym zagrożeniem dla rezerwatu archeologicznego w którym znajdują się neolityczne kopalnie. Tymczasem nazywany „polskim diamentem” kamień cieszy się ogromną popularnością jako materiał jubilerski – nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie.

W gabinecie starosty ostrowieckiego, Zdzisława Kałamagi, fragment skały z krzemionek zajmuje widoczne miejsce. Bo krzemień pasiasty to duma regionu. – Takich obiektów, jak Krzemionki, nie ma nigdzie na świecie. To jest nasz prawdziwy skarb. I w naturalny sposób pamiątki z krzemienia powinny promować region – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina”. – Rozumiem, że Krzemień nie powinien pochodzić z rezerwatu. To jest dla nas oczywista sprawa. Chcielibyśmy tylko, żeby krzemień pochodzący spoza terenu rezerwatu mógł być sprzedawany w nowo wybudowanym obiekcie, który znajduje się poza rezerwatem – dodaje.

Bo kopalnie w Krzemionkach to zabytek unikatowy w skali światowej. Zachowała się tam rozległa, podziemna „infrastruktura”, na którą składa się m.in. trzy i pół tysiąca szybów górniczych, które dają świadectwo rozwiniętym technikom górniczym okresu neolitu. Kopalnie powstały w neolicie czyli około 3,9 tys. lat p.n.e. Wydobywany w nich kamień był używany do wyrobu narzędzi o znaczeniu magicznym, kultowym i obrzędowym.

Do produkcji biżuterii, zwłaszcza srebrnej, zaczęto go używać w XX wieku. Wyrobami z tego kamienia zainteresowały się współczesne zachodnie gwiazdy. Jak swego czasu donosił dziennik „Metro” srebrne kolczyki i bransoletkę z krzemieniem o charakterystycznych podłużnych paskach kupiła Victoria Beckham. Krzemień pasiasty spodobał się też Robinowi Williamsowi i Boy'owi George'owi.

Problem w tym, że konserwatorzy zabytków konsekwentnie twierdzą, że jego wydobycie jest bezprawne. Zgodnie z ustawą Prawo Geologiczne i Górnicze, surowiec może wydobywać tylko ten, kto otrzymał na to koncesję, a jak dotąd nikt się po nią nie zgłosił.

Krzemień – złoto neolitu

Przy zwiedzaniu Krzemionek już na pierwszy rzut oka widać, jak ważnym surowcem był dla ówczesnych ludzi krzemień. Dziś władze powiatu chciałyby, aby oprócz zwiedzania muzeum i rezerwatu turyści mogli też kupować na miejscu wyroby z krzemienia.

– Powinna być możliwa sprzedaż określonych wzorów pamiątek zaaprobowanych przez naszych pracowników. Jednocześnie powinny zostać spełnione wszystkie wymogi konserwatorskie, tak żeby obszar był zabezpieczony. Być może nie uratowałaby to naszego budżetu, ale z pewnością miałoby to wpływ na funkcjonowanie muzeum. Mam dość tłumaczenia wszystkim, dlaczego wszędzie można kupić pamiątki z Krzemienia, a u nas nie – mówi dyrektor Włodzimierz Szczałuba z Muzeum Historyczno-Archeologicznego w Ostrowcu Świętokrzyskim, którego oddziałem jest właśnie Muzeum Archeologiczne i Rezerwat Krzemionki.

Ten pomysł kategorycznie odrzucają jednak archeolodzy. Bo na terenie muzeum w Krzemionkach obowiązuje zakaz handlu pamiątkami z tego półszlachetnego kamienia. Wydał go w 2009 roku wojewódzki konserwator zabytków. Stało się tak – między innymi – na skutek ich postulatów. Archeolodzy alarmowali, że w poszukiwaniu tego coraz popularniejszego kamienia niszczone są hałdy pozostałe po neolitycznych kopalniach.

Z tego powodu jedynymi nawiązującymi do neolitycznych kopalni krzemienia pamiątkami, jakie można kupić w muzeum, są kartki pocztowe. Na terenie placówki nie można dostać nawet zwykłych, oszlifowanych kamyków. Turysta znajdzie je natomiast na sandomierskim Rynku czy w Bodzentynie. Dla dyrektora Szczałuby taka sytuacja jest nie do przyjęcia.

Wydobycie tylko z koncesją

Urząd ochrony zabytków tłumaczy, że mógłby się zgodzić na sprzedaż pamiątek, jeżeli wydobycie surowca zostałoby zalegalizowane i unormowane. – Byłoby śmieszne, gdybyśmy starali się o koncesję. Nie uzyskalibyśmy takiego zezwolenia. Muzeum ma inne zadania statutowe niż prowadzenie własnej kopalni. Próbowałem namawiać kopalnie na wystąpienie o koncesje. One odpowiadają, że „po co?” Przecież pamiątki z Krzemienia są wszędzie sprzedawane, np. w Bałtowie czy Świętej Katarzynie – mówi dyrektor Szczałuba.

Konserwatorzy twierdzą, że skoro na razie nikt nie zwrócił się o koncesję na wydobycie krzemienia, a taka jest obecnie wymagana, to sprzedaż pamiątek, wytworzonych z tego kamienia byłaby nielegalna. Andrzej Przychodni z Urzędu Ochrony Zabytków w Kielcach mówi, że muzeum powinno zająć się najpierw właściwym zabezpieczeniem wyrobisk na terenie rezerwatu, a dopiero potem dbać o rynkowe potrzeby turystów. Dodaje, że starostwo wraz z muzeum powinny bardziej starać się o spełnienie wymagań, umożliwiających wpisanie kopalni na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jednym z nich jest właśnie odpowiednie zabezpieczenie pól górniczych.

Z łopatą po krzemień

– Dzikie wydobycie to prawdziwa plaga – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „Gmina” Andrzej Przychodni. – Mieszkańcy okolicznych miejscowości przyczynili się w ten sposób do zniszczenia położonych niedaleko Krzemionek hałd. Było to na jednym z pól górniczych w gminie Ćwielów – dodaje. Jak tłumaczy, w takiej sytuacji zgoda na sprzedaż wyrobów z krzemienia w Krzemionkach byłaby zgodą na pozyskiwanie tego surowca do wyrobów jubilerskich także z terenu zabytkowych wyrobisk. I dodaje, że w połowie lat dziewięćdziesiątych zarządzeniem Prezydenta RP, Krzemionki zostały uznane za pomnik historii. – Podziemna trasa turystyczna i zwiedzanie pól górniczych na terenie zarządzanym przez muzeum jest przedmiotem ekspozycji. Nie możemy mówić o tym, że turysta przyjeżdżający do Krzemionek nie jest w stanie skorzystać z wartości tego obiektu – mówi Przychodni.

Jednak starosta Kałamaga nie daje za wygraną i nie zamierza rezygnować ze swojego pomysłu. Twierdzi, że krzemień jest pozyskiwany w sposób legalny, podczas wydobywania wapienia dla pobliskiej cementowni Ożarów. Deklaruje więc, że zrobi wszystko, by pamiątki z krzemienia mogły być sprzedawane w Krzemionkach. Neolityczne kopalnie krzemienia koło Ostrowca są jedynym w Europie takim zabytkiem. By lepiej rozpropagować tę atrakcję, wpisano je w Świętokrzyski Szlak Geo-Archeologiczny, a muzeum otrzymało zespół obiektów do obsługi ruchu turystycznego. Zespół, który stał się jednocześnie siedzibą muzeum. Całość inwestycji kosztowała około 12 milionów złotych.

Krzemionki na liście UNESCO

A jest o co walczyć. Lokalna władza widzi już kopalnie na liście światowego dziedzictwa UNESCO. – Najprawdopodobniej jeszcze w tym roku Krzemionki zostaną zgłoszone na listę „projektów oczekujących” prowadzoną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wpis na listę zapewnia świetną promocje regionu i zwiększy jego prestiż. Szczególnie dla turystów spoza Polski. A co więcej, będzie to dla państwa dodatkowy argument przy staraniu się o kolejne dotacje, które przyczynią się do lepszego zarządzania i funkcjonowania obszaru – wylicza Włodzimierz Szczałuba.

Coraz bliżej jest też do rozwiązania problemu sprzedaży pamiątek – twierdzą władze muzeum. I jak dodają, to tylko kwestia czasu. – Chciałbym, żeby pamiątki miały jednak jakąś wartość artystyczną. Tym bardziej, że nie mogą naśladować wyrobów sprzed ponad 5 tysięcy lat – dodaje.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:15

GMINA Z WIDOKAMI. CZYLI JAKA?

Napisane przez

Budowanie wizerunku gminy ma integralny związek z jej promocją, zwłaszcza w szeroko rozumianym kontekście społeczno-gospodarczym. Dobry wizerunek gminy przesądza o zainteresowaniu nią inwestorów i turystów, a jej mieszkańcom daje poczucie wyjątkowości. Wizerunek gminy informuje bowiem o tym, co gminę charakteryzuje i wyróżnia, daje jej syntetyczny obraz nawet wtedy, gdy gminy nie znamy. O wizerunek trzeba dbać.

Zdaniem dr inż. Zbigniewa Zychowicza, wykładowcy marketingu terytorialnego, aby promować gminę, trzeba udzielić sobie odpowiedzi na trzy pytania. Co mamy wyjątkowego? Do kogo skierujemy wizerunek gminy? Jakie narzędzia możemy wykorzystać, żeby gminę promować?

Moda na slogany

Wiele samorządów gminnych właśnie ogłosiło albo niedawno zakończyło swoje konkursy na slogan promocyjny gminy. Regulamin konkursu często precyzuje liczbę wyrazów propozycji sloganu, określa kto może w konkursie uczestniczyć itp. Koszty takiego konkursu, gdzie liczy się pomysłowość i zaktywizowanie społeczności gminy, nie są duże. Nagrody to często laptop, aparat fotograficzny czy atrakcyjny wyjazd dla dwóch osób.

W kwietniu ogłoszone zostały wyniki konkursu na hasło promujące gminę Żary. Komisja konkursowa jednogłośnie wybrała hasło: „Gmina Żary – Ludzie – Lasy – Przestrzeń”. W wyniku konkursów ogłaszanych przez wójtów czy Rady Gmin wyłoniono m.in. takie slogany, jak: „Stęszew – Tak. Naturalnie!”, „Kornowac. Gmina z widokami”,  „Ziemia strumieńska! Ta kraina budzi ludzi”. Spotykam się też z opiniami, że takie konkursy nie tylko są nieprofesjonalne, ale też trudno wykluczyć plagiat. Tylko dlaczego odmawiać mieszkańcom gminy prawa do współuczestniczenia w budowaniu jej wizerunku?

Duże i zamożne gminy stać na wynajęcie profesjonalnej firmy, która w wyniku wielomiesięcznych badań ankietowych, proponuje slogan reklamowy. Bywa, że taki slogan jednak się nie sprawdza. Ważne jest określenie grupy docelowej działania marketingowego i to, na co chcemy położyć nacisk w sloganie. Najczęściej jest to natura i walory przyrodnicze, kultura i, od niedawna, możliwości biznesowe – jak „Poznań. Miasto know-how”  czy „Gdańsk – morze możliwości”.

Ciekawie brzmią slogany promocyjne wykorzystujące grę słów, jak: „Cieszyn. Ciesz się Cieszynem”, „Toruń. Gotyk na dotyk”. Bardzo konkretne natomiast są te, które odwołują się do sprecyzowanego atrybutu, np. „Barlinek. Europejska Stolica Nordic Walking” czy „Mikołajki. Żeglarska stolica Polski”.

Poprawianie wizerunku

Choć imprezy kulturalne i instytucje kultury jednoznacznie pozytywnie wpływają na wizerunek i rozpoznawalność gminy, w Polsce takich badań jest niewiele. Z badań przeprowadzonych we Francji wynika, że paryskie muzea generują dla gospodarki ok. 2 miliardy euro rocznie oraz zapewniają 43 tysiące miejsc pracy. Dwa lata temu na seminarium w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej pt. „Badanie oddziaływania społeczno-ekonomicznego przedsięwzięcia kulturalnego na region” przedstawiono badania z Jarosławia i Pacanowa. Okazało się, że Festiwal Muzyki Dawnej „Pieśni naszych korzeni” podniósł prestiż i rozpoznawalność Jarosławia, a Europejskie Centrum Bajki im. Koziołka Matołka znacznie zmieniło wizerunek gminy Pacanów. Jednak korzyści ekonomiczne nie są już tak jednoznaczne – m.in. z powodu braku bazy noclegowej i równoległej z imprezą kulturalną promocji produktów i usług lokalnych.

Nie sądzę, by znalazł się ktoś, kto w życiu nie słyszał jakiegoś dowcipu o Wąchocku. Tymczasem w gminie Wąchock, z inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Wąchocka, znakomicie poradzono sobie ze stereotypem miejscowości, gdzie w dowcipach zdarzają się różne śmieszne i dziwaczne rzeczy. Od 2007 roku slogan gminy to: „Wąchock – Stolica humoru.” Chociaż miastu przywrócono prawa miejskie w 1994 r., zachowała się instytucja sołtysa. Jest to Sołtys Honorowy, którego atrybutem władzy jest drewniane koło od wozu z napisem w otoku „Honorowy Sołtys Wąchocka” oraz sołtysowa pieczęć.

Jak na stolicę humoru przystało, na stronie internetowej gminy są dowcipy, jak ten: „– Dlaczego w Wąchocku nikt nie ogląda telewizji? – Bo sołtys założył żaluzje.”

To, jak gmina radzi sobie z budowaniem swojego wizerunku, zależy od pomysłowości i dobrego przekazu informacji. Nawet przy niewielkich środkach finansowych nie można udawać, że promocja gminy jest niemożliwa, czy zbędna. Budowanie dobrego wizerunku wymaga czasu i wysiłku prowadzącego do uświadomienia własnej pozycji oraz identyfikacji cech odróżniających nas od innych.

Problemy z herbami

Herb jest nieodłącznym elementem wizerunku gminy. W PRL ustawa o odznakach i mundurach pozwalała mieć herb tylko miastom i województwom. Ustawa o samorządzie terytorialnym z 8 marca 1990 r. wprowadziła pojęcie herbu gminy. Nie precyzowała jednak, jak ma wyglądać czy do czego nawiązywać. Gminy próbowały rozwiązać problem same, np. przy pomocy miejscowego plastyka lub w drodze konkursu. Efekt jest taki, że herby nie mają wiele wspólnego z prawidłami heraldyki. Prawidłowe herby ma raptem nieco ponad 40 proc. gmin wiejskich.

Procedura uchwalania herbu czasem podsyca takie emocje w lokalnych społecznościach, że spory trafiają do mediów ogólnopolskich. W Giżycku dyskutowano, czy ryby w herbie mają być grubsze, czy chudsze. W Ustce spierano się o kształt piersi syreny, a w Mikołowie – o ilość piór na hełmie herbowego rycerza.

Komisja Heraldyczna – organ doradczy Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji do spraw flag i symboli publicznych – uznała, że figury w herbie Międzyzdrojów są narysowane niezgodnie z przyjętą w heraldyce stylizacją, m.in. godło (kotwica) nałożone jest na pole zawierające figury geometryczne (fale), niewłaściwy jest kształt tarczy herbowej, linie konturowe w tarczy herbowej i kontury słońca są zbyt grube. Dwadzieścia lat temu herb zaprojektował jeden z mieszkańców. Wtedy opinie komisji nie były potrzebne.

Teraz są one niezbędne, by uchwalić m.in. statut miasta. Na podstawie zebranych materiałów, dokumentów i opisów heraldyczno-historycznych trzy alternatywne propozycje herbu przygotował prof. dr hab. Wojciech Strzyżewski, kierownik Pracowni Heraldycznej Instytutu Historii Uniwersytetu Zielonogórskiego. Na początku maja okazało się, że koszty zmiany herbu są zbyt wysokie. Radni zdecydowali, że na razie Międzyzdroje będą bez herbu.

Zdaniem heraldyków, im symbol gminy prostszy, tym dostojniejszy. W ubiegłym roku swoje herby poprawiały m.in. Rewal, Kościerzyna, Dobrzany. W tym roku Komisja Heraldyczna pozytywnie zaopiniowała m.in. herby: Kraśnika, Sieradza, Gminy Juchnowiec Kościelny, Brzegu.

Gminny marketing

Marketing terytorialny to jedna ze słabszych stron działalności samorządów. Zbigniew Zychowicz uważa, że większość robi to w sposób daleki od poprawnego. – W małych gminach zadanie promocji powierza się komuś jako dodatkowy obowiązek. Osoba zajmująca się promowaniem wizerunku gminy często nie zna fundamentalnych zasad rządzących marketingiem terytorialnym – podkreśla. Jako przykład podaje foldery, które powstają w wyniku zabiegów zainteresowanych firm działających na terenie gminy. Efekt jest taki, że folder przypomina książkę telefoniczną.

Jego zdaniem, minusem działań promocyjnych gmin jest brak współpracy z gminami sąsiadującymi. Turysta chętniej zostanie w jakimś miejscu nawet dwa czy trzy dni, jeśli będzie wiedział, że wcale niedaleko też jest coś ciekawego do obejrzenia, kupienia czy spróbowania.

Promocja gminy to cierpliwe kształtowanie jej wizerunku jako właściwego miejsca dla określonych działań. Choć nie jest zapisana w ustawie jako zadanie własne władz lokalnych, jest bardzo ważnym sposobem wspierania rozwoju gminy i zaspokajania potrzeb jej mieszkańców.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:14

ANOMALIE ZAWODOWE

Napisane przez

Deszcz nie deszcz, śnieg nie śnieg, a opady trzeba zmierzyć. Punktualnie o siódmej rano!

Tuż po minięciu Karsiboru, zmierzając w kierunku Jarogniewia, po prawej stronie drogi, na wysokości 125 m n.p.m., stoi dom. W jego obejściu, już od ponad sześćdziesięciu lat, mierzy się opady. Przez lata jednak mało kto w okolicy wiedział, że jest tu stacja meteorologiczna, choć to jedna z najdłużej funkcjonujących w regionie. Może przesądził fakt, że to oddalona od centrum wsi posesja. Większość ludzi w Karsiborze dowiedziała się, jak wyjątkowe to miejsce, dopiero gdy o stacji napisały lokalne „Wieści Gminne”.

W jednej rodzinie sześćdziesiąt lat

Od 2000 roku stację opadową w Karsiborze prowadzi Krystyna Patora. Pracę odziedziczyła po mamie – Annie Subocz – ale to znacznie dłuższa, rodzinna historia.

− Zaczęło się od ciotki, Heleny Głazak, która mieszkała w bloku na terenie PGR – rozpoczyna opowieść pani Krystyna. − Wokół posterunku meteorologicznego, czyli metalowego pojemnika (tak to mniej więcej wygląda do dziś – dop. aut.), kręciły się dzieci. Ściągała je nie tylko ciekawość, ale często chciały coś najzwyczajniej spsocić i dolewały wody do miernika, więc badania wypadały niewiarygodne. Stację trzeba było przenieść.

Posesja Suboczów, tak jak z domu nazywa się pani Krystyna, stoi na uboczu, poza granicami wsi. I okazało się, że jest to nie tylko idealne miejsce, wyizolowane, gdzie nikt nie zakłóca pomiarów, ale na dodatek otacza je wręcz tajemnica: wielu sąsiadów do dziś reaguje zdziwieniem na wiadomość, że w Karsiborze jest stacja meteorologiczna.

Po ciotce Głazak, która zrezygnowała z pracy telefonicznie, pomiarem opadów zajął się Kazimierz Subocz − 17-letni wówczas brat pani Krystyny. – Uczył się w Wałczu na krawca, ale mimo szkoły miał zacięcie do systematycznego badania – opowiada Krystyna Patora. − Kiedy poszedł do wojska, pracą zajęła się mama, Anna Subocz. I to ona, jak do tej pory, miała najdłuższy staż.

Jeszcze w 2000 r., mając 90 lat, powoli wychodziła na podwórko i mierzyła. Zastąpiła ją córka – Krystyna Patora, najpierw jej pomagając, potem przejmując obowiązki. W 2007 r., po śmierci matki, podpisała umowę z poznańskim oddziałem Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej – i tak odziedziczyła tę pracę. Zapytana, jakie są z tego zarobki, odpowiada niechętnie, chociaż mówi, że to bardziej symboliczna zapłata niż „kokosy”. Traktuje tę pracę bardziej jako pasję, która bardzo wciąga.

Podkreśla, że jest bardzo systematyczna, co potwierdza jej syn Marcin Patora, który w umowie z instytutem zapisany jest jako „zastępca”, na przykład na czas wyjazdu. Żartuje, że jak mama nie mierzy – to ogląda wiadomości z pogodą i bardzo się pasjonuje, zwłaszcza jak przez Europę przetacza się taka ulewa, jak ostatnio. W „brudnopisie” nazywanym przez niego „Pamiętnikiem z gradobicia” zapisuje, ile spadło deszczu na Śląsku i Słowacji. Odnotowuje, że w Bawarii nie było takich opadów od 500 lat, a poziom Dunaju podniósł się w tym czasie o 12 metrów.

Doba zaczyna się o siódmej rano

Z końcem roku Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Poznaniu, zazwyczaj pocztą, dostarcza pani Krystynie „Dziennik do zapisywania spostrzeżeń opadowych” na przyszły rok. Każdego dnia, o siódmej rano, notuje się w nim obserwacje pogodowe: mgły, ilość śniegu lub deszczu, jaka się zebrała, oraz burze. Raport miesięczny wysyła się również tradycyjnie – pocztą – do Poznania.

− „Dziennik” niczym nie różni się od kalendarza. Tyle że doba zaczyna się o siódmej rano – wyjaśnia pani Krystyna. − Tego, czy pomiary zrobiłam o siódmej rano, nikt nie jest w stanie sprawdzić – dodaje. Ale – jak zapewnia – wykonuje je punktualnie. – A kiedy w ciągu dnia pada deszcz, idę sprawdzić, z czystej ciekawości, ile centymetrów wody napadało do zbiorniczka (poprawnie nazywanym deszczomierzem typu Hellmanna – przyp. red.) – mówi.

− Jeśli deszcz pada między godziną 16 a 17, to opady „zalicza się” na poczet następnego dnia – wyjaśnia niuanse pomiarów pani Krystyna.

Bardzo ciekawe jest mierzenie pokrywy śniegowej, do czego stosuje się odmienną metodę. Jeśli na ziemi zalega pięciocentymetrowa warstwa śniegu, a na blasze, o powierzchni jednego metra sześciennego, pojawią się dwa centymetry opadu, „stary” śnieg dodaje się do „świeżego”.

− „Krzyżyk” w dzienniku oznacza śnieg – tłumaczy zapis pani Krystyna. − Dwa krzyżyki, występowanie tylko na połowie połaci, „śl.” − ślady, a kropka jest równoznaczna z brakiem pokrywy śniegowej. Gatunki określa się w skali od zera do dziewięciu. W naszych okolicach najczęściej jest to śnieg puszysty, świeży, któremu przypisana jest jedynka lub mokry  (lepki) z numerem piątym, czasami szreń o powierzchni zlodowaciałej, łamliwej, który oznacza się jako szóstkę.

Literatura specjalistyczna

Wszystkie wskazówki, jak prowadzić dziennik, Krystyna Patora znajduje w kilkustronicowej książeczce z 1992 r.: „Wskazówki dla posterunków opadowych” wydanej przez Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Wcześniejszy podręcznik Feliksa Janiszewskiego jest z 1974 r., a najstarszy, którego również jest posiadaczką, z 1949 r. „Instrukcja dla Stacyj opadowych sieci polskiej” Państwowego Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego. Ten egzemplarz pewnie jest już na rynku „białym krukiem”, znanym wyłącznie pasjonatom.

Po latach obserwacji pogodę w naszym regionie określa jako stabilną ze sporadycznymi wyjątkami. Kiedy 29 lipca 2011 r. w ciągu godziny spadło 17 cm wody, wysłała meldunek do Warszawy: „Komunikuję, że w dn. … spadł ulewny deszcz…”. W komunikacie najważniejsze, co trzeba określić, to początek, przebieg, koniec i skutki ulewy. Ostatnie sprawozdanie do Warszawy sporządziła 25 czerwca tego roku. Tego dnia spadło 37,2 litry deszczu na metr kwadratowy. Dla porównania przez cały kwiecień było raptem 20 litrów opadów.

Z pracownikami instytutu osobistego kontaktu nie ma. Stację odwiedzają sporadycznie. Przyjechali z Warszawy trzy lata temu. Ostatni raz byli 14 maja tego roku. Dostarczyli nową blachę do pomiaru śniegu o wielkości metr na metr. Wcześniejsza była „domowej” roboty. – Łatwiej na równej powierzchni zmierzyć śnieg niż prosto z ziemi – mówi Krystyna Patora. – A tak poza tym nie mieli uwag, że coś notuję źle.

wtorek, 23 lipiec 2013 21:59

POLAKÓW PIELGRZYMOWANIE DO MIEJSC ŚWIĘTYCH

Napisane przez

Letnie pielgrzymki do miejsc uznawanych za święte, podejmowane przez ich uczestników z pobudek religijnych, na trwałe wpisały się w polską tradycję. Pomimo upływu lat oraz postępującego procesu laicyzacji, zarówno ilość organizowanych pielgrzymek, jak i liczba ich uczestników, utrzymują się na stosunkowo wysokim poziomie.

Może dlatego, że ruch pielgrzymkowy związany jest z wewnętrzną motywacją człowieka udającego się w drogę, wynikającą z potrzeb duchowych oraz istnieniem miejsca uważanego przez wyznawców za święte, w którym można w sposób szczególny spotkać się z Bogiem. Jak by na to nie patrzeć, pewne jest, że pielgrzymki stanowią trwały element polskiej religijności ludowej i kultury religijnej, popularny od samych początków chrześcijaństwa na naszych ziemiach.

Idący przez pole

Pielgrzymka nie jest tożsama ze zwykłym odwiedzeniem sanktuarium, ponieważ jej istotą jest ofiarowanie swojego czasu i trudu w intencji religijnej. Polskie słowo „pielgrzymka” jest przekształceniem łacińskiego „peregrinatio”, pierwotnie oznaczającego podróż. Łaciński „peregrinus”, czyli polski „pielgrzym”, stosowany był początkowo dla określenia wędrowca, człowieka będącego w podróży, z dala od domu. Dosłownie: idącego „przez pole” – „per agros”. Co ciekawe, w języku staropolskim używano zarówno określenia „peregrynacja”, jak i „pąć” czyli podróż o charakterze religijnym, od którego to określenia pochodzi „pątnictwo”, używane dziś wyłącznie jako synonim pielgrzymowania.

W przeszłości pielgrzymki, oprócz zaspokajania potrzeb typowo duchowych, pełniły także ważne funkcje społeczne, związane z działalnością sanktuariów: przyczyniały się np. do rozwoju osadnictwa, ponieważ bardzo często dopiero istnienie miejsca lub obiektu świętego rozpoczynało proces zasiedlania okolicy. Wraz z powstawaniem osiedli skupionych wokół sanktuarium stopniowo rozwijał się handel oraz usługi, nastawione na obsługę ruchu pątniczego (noclegownie, karczmy, zajazdy). Rozbudowywano lub wytyczano nowe szlaki komunikacyjne, a wraz z nadawanymi  sanktuariom przywilejami odpustów, organizowano jarmarki i targi. Także i dziś miejscowości pielgrzymkowe, w zależności od znaczenia i rangi ośrodka kultu, często czerpią dochody z obsługi pielgrzymów oraz handlu dewocjonaliami i pamiątkami.

Pielgrzymki, tak jak każda inna podróż, sprzyjały kontaktom z przejawami lub wytworami kultur regionalnych, pozwalały na zapoznanie się z innym sposobem życia, zachowania, a nawet myślenia. W ten sposób wzbogacały wiedzę i doświadczenie pątników, a poprzez swoją powtarzalność i masowy charakter  uczestnictwa wnosiły i wnoszą nadal bardzo znaczący wkład w kulturę danego regionu i całego kraju.

Nie tylko katolicy

W każdej religii zawsze istniała uświęcona przestrzeń, obszar lub konkretny obiekt, w którym sprawowany był kult. Miejsca te, zwane świętymi lub sanktuariami, posiadały różny charakter, rangę i znaczenie. Mogą być to np. góry (Horeb, Olimp), rzeki (Ganges, Waranasi), źródła (Lourdes), świątynie (Porcjunkula w Asyżu). Mogą mieć znaczenie lokalne, regionalne, jak i ogólnonarodowe lub światowe. Najczęściej są one związane z działalnością założyciela religii, proroka czy świętego, mogą być to również miejsca objawień, takie jak Fatima czy polski Gietrzwałd. Wiele sanktuariów przechowuje doczesne szczątki świętych osób lub przedmioty do nich należące zwane relikwiami, które stanowią niemałą atrakcję dla odwiedzających.

W Polsce zawsze dominowały sanktuaria katolickie, ale wyznawcy innych religii także mają swoje święte miejsca, do których pielgrzymowali i pielgrzymują z odległych stron.

Najważniejszym ośrodkiem pielgrzymkowym wyznawców prawosławia jest w Święta Góra Grabarka, będąca miejscem kultu Jezusa Chrystusa o znaczeniu międzynarodowym. Miejsce to jest znane również jako Góra Tysięcy Krzyży lub Góra Pokutników, z uwagi na przynoszone corocznie przez pielgrzymów drewniane krzyże wotywne, dołączające do pozostawionych w latach poprzednich. Poza tym znanym sanktuarium o randze krajowej jest zespół sakralny w Jabłecznej, w którego skład wchodzi monaster męski, cerkiew św. Onufrego oraz dwie kaplice.

Ortodoksyjni chasydzi z całego świata udają się do miejsca pochówku cadyka Elimelecha znajdującego się w Leżajsku. Wskrzeszane kulty neopogańskie, wzorowane na starosłowiańskich wierzeniach, starają się organizować swoje spotkania i odprawiać rytuały w dawnych ośrodkach przedchrześcijańskich, o których przetrwała pamięć w legendach, np. w okolicach góry Ślęży. Polscy Tatarzy będący wyznawcami islamu udają się z pielgrzymką do Bohonik i Kruszynian.

Sanktuaria maryjne

Wśród katolickich ośrodków pielgrzymkowych zdecydowanie przeważają miejsca kultu maryjnego (około 430), z których najbardziej znanym jest klasztor na Jasnej Górze w Częstochowie, strzegący cudownej ikony Matki Bożej z Dzieciątkiem. Ikonę tę przywiózł na Jasną Górę książę Władysław Opolczyk i przekazał pod opiekę ojcom paulinom około 1383 r. Przedstawiony na ikonie charakterystyczny układ sylwetki Matki Bożej wskazującej dłonią na dziecięcą postać swojego Syna trzymanego na ręce, nosi w historii sztuki nazwę Hodegetrii czyli Wskazującej Drogę, (którą jest Jezus).

Mało kto wie, iż najstarszym miejscem kultu Matki Bożej na naszych ziemiach jest Górka Klasztorna koło Łobżenicy w województwie wielkopolskim, znana z objawienia się Maryi skromnemu pasterzowi w XI wieku. Natomiast w Gietrzwałdzie na Warmii, w 1877 r. miało miejsce jedyne uznane przez kościół katolicki prywatne objawienie maryjne. Wśród innych najbardziej znanych ośrodków pielgrzymkowych związanych z kultem Maryi w Polsce znajdują się: miejsca objawień – Licheń, Wąwolnica, Krasnobród; sanktuaria z cudownymi figurami i obrazami – np. Kodeń (z cudownym wizerunkiem Matki Bożej wykradzionym przez księcia Sapiehę z Watykanu), Piekary Śląskie, Leżajsk, Wambierzyce, Lublin, Bardo Śląskie, Czerna, Wola Gułowska.

Pielgrzymowanie jasnogórskie

Sierpniowa pielgrzymka do jasnogórskiego klasztoru stanowi ewenement na skalę światową i szacuje się, że w dniach głównych uroczystości do Częstochowy przybywa ponad 100 tysięcy pielgrzymów dziennie. Trzeba wspomnieć, że na Jasną Górę pielgrzymi przybywają także w innych miesiącach, uczestnicząc w zorganizowanych peregrynacjach Rodziny Radia Maryja, Ruchu Odnowy w Duchu Świętym, Rolników i wielu innych. Pielgrzymi mają do dyspozycji ponad 50 wytyczonych i zorganizowanych szlaków z różnych zakątków Polski, z których najdłuższy wiedzie z Helu (Pielgrzymka Gdańska) liczący 640 km i przebywany zazwyczaj w ciągu 19 dni. Najliczniejszą pielgrzymką od wielu lat jest Warszawska zwana też Wielką Warszawską, gromadząca ponad 9 tysięcy uczestników. Szczególnie intensywny rozwój pieszego pątnictwa nastąpił pod koniec lat 70. i do dnia dzisiejszego notuje się średnio ponad 200 tysięcy uczestników, przybywających na Jasną Górę w okresie od czerwca do końca września.

Oprócz tradycyjnych pieszych na Jasną Górę – i nie tylko – przybywają w ostatnich latach liczne pielgrzymki rowerowe, biegowe (!) oraz, stająca się tradycją, pielgrzymka konna z Zaręb Kościelnych. Na szlaki pielgrzymkowe udają się zarówno osoby dorosłe, starsze, jak i młodzież oraz dzieci, które muszą być pod opieką osoby dorosłej. Należy jeszcze wspomnieć o szczególnej tradycji związanej z podążaniem  na Jasną Górę, polegającej na możliwości zawarcia „ślubu w drodze”, udzielanego przez kapłanów narzeczonym uczestniczącym w pielgrzymce. Nie jest to jednak polskie Gretna Green, ponieważ narzeczeni muszą spełnić wszystkie wymagane prawem kościelnym i cywilnym wymagania. Natomiast same okoliczności i oprawa są jedyne w swoim rodzaju i stanowią wyjątkowe przeżycie dla nowożeńców, jak i pozostałych uczestników.

Kalwarie

W porównaniu do liczby sanktuariów poświęconych Matce Bożej, ośrodki kultu Jezusa Chrystusa są mniej liczne i głównie mają charakter tzw. pasyjny, czyli związany z rozpamiętywaniem męki i śmierci Zbawiciela. Sanktuaria tego typu to przede wszystkim „kalwarie”, będące w istocie różnej długości trasami w terenie otaczającym kościół, przy których znajdują się kolejne stacje nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Przykładem takiego ośrodka są Kalwaria Zebrzydowska, Góra Kalwaria czy Kalwaria Pacławska. W miejscach tych odbywają się bardzo uroczyste i widowiskowe misteria Męki Pańskiej w Wielki Piątek – z udziałem wielu tysięcy pielgrzymów i aktorów, odgrywających role uczestników wydarzeń, opisanych w Ewangeliach. Ważnym ośrodkiem oddawania czci Panu Jezusowi, nie mającego charakteru pasyjnego, ale związanego z kultem Bożego Miłosierdzia, jest kościół i klasztor na krakowskich Łagiewnikach. Został on rozsławiony przez zakonnicę, św. Faustynę Kowalską, której doświadczenia mistyczne doprowadziły do namalowania obrazu Jezusa Miłosiernego – powszechnie znanego dzięki umieszczonemu w dole napisowi jako „Jezu ufam Tobie” oraz ustanowienia w kalendarzu liturgicznym święta Bożego Miłosierdzia.

Kult świętych i błogosławionych

Innymi miejscami, do których udają się pielgrzymi, są ośrodki kultu świętych i błogosławionych, będące zwykle miejscem ich życia, działalności lub spoczynku, ewentualnie przechowywania pamiątek lub relikwii. W Polsce kult świętych, jako szczególnych orędowników i patronów, jest bardzo popularny. Najbardziej znani święci to głównie Polacy: św. Stanisław Biskup i Męczennik, św. Jadwiga Królowa, św. Kinga, św. Andrzej Świerad, św. Jan z Dukli, św. Jacek Odrowąż, św. Faustyna Kowalska. Miejsca, w których dostępują oni czci od wiernych, odwiedzane są corocznie przez wiele tysięcy ludzi, przybywających zarówno w pielgrzymkach zespołowych, jak i indywidualnych.

Niewiele osób wie, iż niedawno otwarto dla pątników pierwszy w Polsce – i jedyny, jak dotychczas – podziemny szlak pielgrzymkowy w kopalni Soli w Wieliczce. W ramach oferty przewidziane jest zwiedzanie trasy turystycznej oraz części ekspozycji Muzeum Żup Krakowskich, ze szczególnym uwzględnieniem kaplic, ołtarzy i samego serca kopalni, jakim jest kaplica patronki górników solnych – św. Kingi. Wyjątkowym punktem programu uczestnictwa w tej pielgrzymce jest udział we mszy świętej odprawianej w kaplicy św. Jana 135 metrów pod ziemią.

Osobom zainteresowanym zjawiskiem pielgrzymowania, jak i samymi miejscami świętymi w Polsce, polecam wartościowe publikacje prof. Antoniego Jackowskiego, z których czerpałam informacje do niniejszego artykułu, jak również niezwykle interesującą  książkę Jana Kracika pt. „Relikwie”, omawiającą w bardzo przystępny sposób historię kultu pamiątek po osobach świętych, niezwykłe wydarzenia z nimi związane oraz niezbyt chwalebną praktykę handlu relikwiami i prawdziwych batalii, wywołanych pożądaniem posiadania świętych pozostałości.

Strona 7 z 10

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY