Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

Człowiek i społeczeństwo

Człowiek i społeczeństwo (128)

wtorek, 03 grudzień 2013 21:46

SZLAK JAKO PRODUKT TURYSTYCZNY

Napisane przez

Turystyczne szlaki piesze i rowerowe trochę spowszedniały. Dzisiejszy turysta oczekuje więcej, a jego wymagania zdają się spełniać nie tylko organizacje turystyczne, ale i samorządy terytorialne. Korzyść jest obustronna, przy czym pewnie więcej zyskują ci, którzy zainwestowali w nowy szlak. Całoroczna oferta agroturystyczna i turystyczna to zysk dla pensjonatów, małej gastronomii, firm reklamowych, rzemiosła, producentów i twórców regionalnych, muzeów, parków przyrody.

Od kilku lat coraz większym zainteresowaniem cieszą się szlaki tematyczne, uwzględniające walory historyczne, kulturowe i przyrodnicze. Przeważnie są to szlaki wielokilometrowe, łączące obiekty i miejsca związane tematycznie z jedną dziedziną, bądź atrakcje o podobnym charakterze. Są okazją do poznania tego, co wyjątkowe i niepowtarzalne w takich dziedzinach jak: historia, archeologia, etnografia, kultura, architektura, przemysł.

Dla władz samorządowych szlak tematyczny to produkt turystyczny, który wpływa na popularność danego regionu. Do tego, co ważne, na jego organizację i promocję skutecznie pozyskiwane są środki unijne.

Spotkania z dziedzictwem kulturowym

Województwo Zachodniopomorskie jest partnerem w Projekcie RECReate – Rewitalizacja Europejskiego Szlaku Kulturowego na obszarze Południowego Bałtyku – Pomorska Droga św. Jakuba, realizowanego w latach 2011-2013 w ramach Programu Europejskiej Współpracy Transgranicznej Południowy Bałtyk. W ramach promocji Pomorskiej Drogi św. Jakuba w październiku w Koszalinie odbyły się szkolenia dla przewodników. To oni są naturalnymi i autentycznymi ambasadorami regionu, mają bezpośredni kontakt z turystami i to od nich zależy, czy będą potrafili zainteresować ich przemierzeniem Dróg św. Jakuba na Pomorzu.

Szlak św. Jakuba z Polski prowadzi przez Niemcy, Francję, Hiszpanię – drogą, jaką w średniowieczu pielgrzymi podążali do grobu św. Jakuba Apostoła w hiszpańskim Santiago de Compostela. W ówczesnych czasach miejsce to, obok Rzymu i Jerozolimy, było jednym z trzech głównych celów pielgrzymek chrześcijan. Tradycja pielgrzymowania do Santiago odrodziła się w latach 80. XX w., kiedy to w Europie zaczęto rekonstruować stare szlaki Jakubowe.
W 1993 r. hiszpański szlak Camino de Santiago został wpisany przez UNESCO na listę europejskiego dziedzictwa kulturowego.

Dofinansowany ze środków unijnych jest m.in. Szlak Gniazd Rodowych Lubomirskich, o całkowitej długości 879 km, który swój początek ma
w Stalowej Woli, a kończy się w Wiśniczu. Szlak wiedzie przez najciekawsze miejscowości związane z magnackim rodem na terenie województwa podkarpackiego w Polsce (478 km), obwodu lwowskiego na Ukrainie (247 km)
i okręgu preszowskiego na Słowacji (154 km). Elementem łączącym są obiekty historyczne wzniesione między XVI a XIX stuleciem. Wiele z nich zachowało się w doskonałym stanie lub zostało odrestaurowanych. Obecnie mieszczą się w nich muzea, placówki kulturalne, obiekty noclegowe, siedziby urzędów i władz lokalnych.

Szlaki znane i mniej znane

Te pierwsze są uznaną już marką polskich regionów. Są to przede wszystkim szlaki wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, które charakteryzuje najwyższa powszechna wartość. To m.in. Szlak Drewnianych Cerkwi w polskim i ukraińskim rejonie Karpat, Drewniane kościoły południowej Małopolski, Stare Miasto w Krakowie, Stare Miasto w Zamościu.

Nawet, jeśli ktoś nie był, to na pewno słyszał o Szlaku Orlich Gniazd, obejmującym ruiny zamków na trasie o długości 169 km, biegnącej z Krakowa do Częstochowy. Zamki usytuowane na szczytach wapiennych wzgórz powstały za czasów Kazimierza Wielkiego (1333-1370) – jako część systemu obronnego szlaków handlowych z Krakowa do Wielkopolski. Najbardziej znane ruiny zamków to: Ojców, Pieskowa Skała, Ogrodzieniec. Trasę można pokonać samochodem, rowerem lub w ciągu kilku dni pieszo.

Te mniej znane to np. trasy podziemne. Jest ich w Polsce ponad 100 – w takich kategoriach, jak: jaskinie, kopalnie, pomilitarne, piwnice i składy. Ich zwiedzanie jest rodzajem przygody, która nie tylko dostarcza niezwykłych wrażeń, ale też jest lekcją przyrody i historii.

Od 2006 r. w Szczecinie udostępniony zwiedzającym jest największy w Polsce schron cywilny usytuowany pod dworcem kolejowym Szczecin Główny. Przygotowano dwie trasy tematyczne: „II Wojna Światowa” i „Zimna wojna – czas PRL-u”. To schron przeciwlotniczy zbudowany w czasie II wojny światowej. Po wojnie przebudowano go na przeciwatomowy, gdzie do lat 90. XX w. odbywały się szkolenia obrony cywilnej. Znajduje się na głębokości 5 pięter, żelbetowe ściany i stropy mają grubość niemal 3 m. Powierzchnia schronu wynosi ok. 3 tys. m kw. W październiku kręcono tu zdjęcia do sceny nalotu na Szczecin do filmu „Wielka ucieczka na północ”. Film opowiada o losach dwójki norweskich pilotów z obozu w Żaganiu podczas II wojny światowej. Etapem w ich ucieczce był także Szczecin.

Na szlaku „Śladami dobrego wojaka Szwejka” wkrótce zostanie naprawiona, wymieniona i uzupełniona infrastruktura tej 120-kilometrowej trasy. Wybrane obiekty będą oznakowane dwudziestoma tablicami informacyjnymi przypominającymi przygody Szwejka. To wszystko w ramach projektu „Przez Karpaty. Poprawa dostępności turystycznej regionu Sanoka i Hummennego”, dofinansowanego m.in. z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego Program Współpracy Transgranicznej Rzeczpospolita Polska-Republika Słowacka 2007-2013. Szlak prowadzi z Czech przez Austrię, Węgry, Słowację, Polskę – na Ukrainę po miejscach opisanych przez Jaroslava Haška
w powieści „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Oprócz tablic informacyjnych, na trasie jest 80 tablic z cytatami Szwejka m.in. takim: „Nie wszyscy ludzie mogą być mądrzy, panie oberlejtnant – rzekł Szwejk tonem głębokiego przekonania. – Głupi muszą stanowić wyjątek, bo gdyby wszyscy ludzie byli mądrzy, to na świecie byłoby tyle rozumu, że co drugi człowiek zgłupiałby z tego.”

Szlaki nie dla każdego, ale…

„Szlaki nie dla każdego” stawiają przed turystą określone wymagania dotyczące sprzętu i kwalifikacji, jak np. szlaki żeglarskie, albo zakładają szczególny rodzaj zainteresowań, np. zabytkową techniką. Oczywiście, na żaglówce można być balastem, czyli pasażerem, a na Szlaku Zabytków Techniki zawsze jest coś, co zainteresuje mola książkowego czy fana architektury drewnianej.

Od kilku lat coraz większym zainteresowaniem turystów cieszą się szlaki konne. Najczęściej to drogi leśne udostępnione wyłącznie turystom poruszającym się konno. Szlaki konne powstają przy stadninach koni, gospodarstwach agroturystycznych posiadających konie. Tym samym, żeby skorzystać z uroków i przeżyć na konnym szlaku, nie trzeba być właścicielem konia.

Najważniejsze szlaki konne w Polsce to: Szlak Transbeskidzki (600 km) – początek ma w Brennej w Beskidzie Śląskim, dalej biegnie przez Beskid Żywiecki, Podhale, Pieniny, Beskid Sądecki oraz Beskid Niski i kończy się
w Wołosatem, które leży na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego; i Szlak Jurajski (250 km) – zaczyna się w Stadninie Koni Huculskich w Nielepicach pod Krakowem i kończy za Częstochową na obszarze Jury Wieluńskiej. Na pokonanie całego szlaku potrzeba około tygodnia.

„Szlaki konne orężem turystyki” to projekt Fundacji Porozumienie Wzgórz Dalkowskich, Stowarzyszenia LGD Bory Dolnośląskie i Stowarzyszenia LGD „Partnerstwo Izerskie” – sfinansowany ze środków PROW na lata 2007-2013. Celem projektu, rozpoczętego w 2012 r., jest wsparcie inwestycji na obszarze 3. organizacji dla stworzenia konkurencyjnych i innowacyjnych produktów turystycznych o charakterze ponadwojewódzkim. W ramach projektu m.in. wyznaczono i oznakowano ok. 500 km szlaku, zbudowano kilkanaście zadaszonych wiat z ławami, stołem i grillem, kilkanaście postojowych zagród dla koni, wydano ulotki, mapy i przewodniki dla turystów. Realizatorzy projektu, który zakończy się w grudniu 2013 r., uznali, że dzięki niemu nastąpi wzrost znaczenia i rozpoznawalności regionu.

Szlak, czyli pomysł

Szlakiem można pieszo, rowerem, samochodem, na nartach, na koniu, kajakiem, żaglówką, kolejką wąskotorową. Liczba i nazewnictwo szlaków w Polsce jest imponująca: Szlak Nadmorskiej Kolei Wąskotorowej, Szlak Architektury Drewnianej, Szlak Architektury Gotyckiej, Szlak Templariuszy, Szlak Piastowski, Szlak Sakralnej Sztuki Barokowej, Pomorski Szlak Bursztynowy, Szlak Rezerwatów Przyrody.

Od 10 lat istnieje – wytyczony przez 23 gminy – Małopolski Szlak Owocowy, utworzony przez Małopolską Organizację Turystyczną. Na szlaku znajduje się prawie 300 obiektów, głównie gospodarstwa sadownicze, w których można dokonać degustacji i zakupu owoców oraz poznać technologię ich produkcji. Wszystkie obiekty oznakowane są tabliczkami.

Oznakowane szlaki są w górach, lasach, na nizinach, rzekach, jeziorach. Wszystkie prowadzą przez urokliwe, ciekawe miejsca, często krzyżują się. Zaletą każdego szlaku jest dostarczenie turyście wiedzy o wyjątkowości miejsca, w którym przebywa.

Turystyczne szlaki tematyczne są przedmiotem badań i analiz profesjonalistów, które potwierdzają ich znaczenie w kreowaniu marki regionu, powiatu, gminy, miasta. Praktyka dowodzi, że samorządy i organizacje turystyczne już o tym wiedzą. Turyści też.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:41

NASZA ZIMA ZŁA. I CORAZ DROŻSZA

Napisane przez

Klimatolodzy mogą się spierać, czy mamy do czynienia z globalnym ociepleniem, czy też przygrywką do kolejnej epoki lodowcowej. Na pewno narzekamy, że w porównaniu do poprzednich dekad, coraz częściej zdarzają się anomalie – mrozy przychodzą niespodziewanie wcześnie, albo przeciwnie: śnieg spada dopiero pod koniec grudnia, za to chłody trzymają do maja. Jedno też nie ulega wątpliwości: kolejne zimy są coraz droższe.

W Tychach akcja „Zima” na przełomie 2012 i 2013 r. trwała wyjątkowo długo: od 1 listopada 2012 roku do 8 kwietnia br. Zakończyła się mocnym akcentem: falą mrozów, który spadły na miasto w połowie marca i trzymały do początku kwietnia. Skóra ścierpła urzędnikom jednak nieco później, gdy podliczyli wydatki, jakie musieli ponieść, żeby sprostać zimowym wyzwaniom. Wyszło nieco ponad 7 milionów złotych. Dla 130-tysięcznego miasta to spora suma, ale niepokojące jest przede wszystkim to, że rachunek jest o półtora miliona wyższy niż w poprzednich latach. Koszty wzrosły o ponad jedną czwartą.

Prawie milion za dzień

Oczywiście, Tychom jeszcze daleko do największych miast w kraju. Tam dopiero trzeba wysupłać grubą gotówkę – tylko na samo usuwanie śniegu. W tym roku stołeczny budżet na ten cel wyniósł około 70 mln złotych: przy czym już w styczniu z tej puli wydano 50 milionów. Teoretycznie za każdym razem, gdy na ulice Warszawy spada śnieg, do akcji wkracza 170 pługów i solarek, co oznacza jednorazowy wydatek rzędu 800 tysięcy złotych. Problem w tym, że wystarczy kilka godzin opóźnienia, zwłaszcza popołudniu, w środku tygodnia, by w korkach utknęło około miliona pojazdów. A i koszty odśnieżania drastycznie rosną. W apogeum ostatniej zimy, w stolicy wydatki przewyższały już sumy wydane poprzedniego sezonu o 5 mln złotych. W sumie wzrost zapewne był procentowo porównywalny do sytuacji w Tychach.

Ale stolica była w relatywnie komfortowej – wyjąwszy zatory na ulicach – sytuacji: przy takim budżecie było z czego przesuwać środki. Kraków, dysponujący „zimowym” budżetem wysokości 15 mln zł, olbrzymiej większości środków pozbył się już w styczniu. Tylko jeden dzień w tym miesiącu, kiedy mróz ściął topniejący śnieg i zamienił nawierzchnię dróg w „szklankę”, kosztował metropolię milion złotych. W efekcie, u progu ferii, gdy miasto tysiącami rozjeżdżali ciągnący w Tatry Polacy, krakowski ratusz miał w kasie 2 miliony złotych, a służby apelowały o dodatkowe 10 mln złotych. Ostatecznie udało się uniknąć bicia rekordu sprzed dwóch lat, kiedy to koszty odśnieżania sięgnęły 28 mln złotych.

O tym, jak opady mogą się przełożyć na sytuację miejskich finansów, dobitnie może świadczyć przykład Lublina. W budżecie na zimę 2012/2013 miasto zabezpieczyło relatywnie spore środki: 12 mln złotych. I ostatni grudzień wyglądał całkiem dobrze: wydano raptem 2 mln złotych. Ale już w styczniu, by uczynić Lublin przejezdnym, trzeba było wydawać analogiczną sumę co tydzień. Wysokość zimowych wydatków odbijała się bezpośrednio na tych letnich: w skrajnych przypadkach z poprzednich lat ratusz redukował w sezonie wiosenno-letnim np. nakłady na koszenie trawy na miejskich trawnikach. W 2011 roku koszono ją dopiero wtedy, gdy była tak wysoka, że na rondach zasłaniała kierowcom widoczność. Ulice zamiatano nie codziennie, a co drugi dzień.

Obciążenia bezpośrednie i nie tylko

Podliczanie kosztów zimy w całym kraju utrudnia fakt, że nikt takich statystyk nie prowadzi. Kilka lat temu szacowano wydatki zimowe dla całego kraju na 200 mln złotych. Dodatkowe pół miliarda pochłaniało likwidowanie dziur w drogach czy łatanie pękniętych rur kanalizacyjnych. Gdyby potraktować wydatki Tych czy Warszawy jako typowe oznaczałoby to, że dziś koszt zimy w całym kraju może sięgać miliarda.

Statystyki podbijają też ustawiczne awarie prądu. Nie jest tajemnicą, że kilkanaście tysięcy kilometrów przewodów w całej Polsce nadaje się do natychmiastowej modernizacji. Kable liczą sobie pół wieku, nierzadko z okładem. I tego nie da się ukryć: w styczniu na niemal dwie doby bez prądu zostali mieszkańcy miast na Podkarpaciu: od Leżajska i Stalowej Woli po Krosno, a nawet Rzeszów. W sumie około 60 tysięcy ludzi. Tam na kable spadały łamiące się pod wpływem marznącego, lodowego deszczu drzewa. W tym samym czasie na Lubelszczyźnie, lód kruszył bezpośrednio słupy energetyczne w pasie od Zamościa po Kraśnik, pozbawiając prądu kilkanaście tysięcy osób. W Piotrkowie Trybunalskim pęknięta rura sprawiła, że niemal dziesięć tysięcy mieszkańców nagle doświadczyło w mieszkaniach temperatur niewiele przekraczających 10 stopni Celsjusza.

Odśnieżanie, naprawy czy interwencje w nagłych przypadkach to tylko bezpośrednie obciążenie lokalnych władz. Do tego należałoby dołożyć jeszcze koszty pośrednie. Weźmy ubezpieczenia: w chwili, gdy na ziemię spada biały puch, liczba incydentów drogowych rośnie błyskawicznie do tysiąca dziennie. Firmy ubezpieczeniowe w kwartale zimowym ponoszą wydatki analogiczne do ponoszonych w pozostałych trzech kwartałach. Ale weźmy też pod uwagę spadek temperatury: z badań wynika, że 1 stopień „na minusie” więcej oznacza 5-procentowy wzrost zapotrzebowania na energię grzewczą.

Śnieg w końcu sam stopnieje

Nie da się ukryć, że z każdym rokiem jesteśmy coraz lepiej przygotowani na nadchodzące zimy i nagły opad nie wywołuje już takiego chaosu, jak choćby w latach 90. Ale też rzadko kiedy mamy świadomość, że skala zimowego zamieszania to wypadkowa decyzji podejmowanych w ciągu całego roku czy nawet kilku poprzednich lat. Rzecz m.in. w jakości prowadzonych robót, dobieranych materiałach, stanie posiadanej infrastruktury, wyborze priorytetów rozwojowych na danym terenie.

Sprawa jest tym ważniejsza, że możliwości finansowe samorządów stopniowo się kurczą. Samorządy w najgorszej sytuacji mogą mieć wkrótce wybór jedynie przed strategią lublińską – odwlekaniem koszenia trawników – a wariantem z Bytomia Odrzańskiego pod Głogowem. Tamtejszy burmistrz zasłynął z tego, że przez niemal dwie dekady rządów po prostu… nie odśnieżał. – To nie ma sensu. Śnieg przecież prędzej czy później sam stopnieje – skwitował w wywiadzie telewizyjnym. Dzięki temu, skarb miasta oszczędzał 250 tysięcy złotych rocznie. Cóż, można i tak.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:40

ZIMA TO LUSTRO, W KTÓRYM ODBIJAJĄ SIĘ PROBLEMY SAMORZĄDÓW

Napisane przez

Rozmowa z Krzysztofem Iwaniukiem, wójtem gminy Terespol, wiceprzewodniczącym Związku Gmin Wiejskich RP

MARIUSZ JANIK: Tym roku zima przychodzi jakby wcześniej, znowu wszystkich zaskakując. Czy samorządy będą miały z tym problem?

KRZYSZTOF IWANIUK: Problemy będą nie tyle ze śniegiem i mrozami, ile z topniejącymi środkami, pozwalającymi nam radzić sobie m.in. ze zjawiskami pogodowymi. Rzecz oczywista: każde utrzymanie – a w szczególności zimowe – dróg czy dowozu dzieci do szkół, to konkretne koszty. Jeżeli zima będzie łaskawsza, trochę zaoszczędzimy. Jeżeli będzie surowa – samorządy mogą mieć kłopoty, zwłaszcza te mniejsze jednostki.

Poza tym nie chodzi wyłącznie o mrozy czy roztopy, ale też konsekwencje zimy, które ujawniają się wiosną – np. konieczne remonty dróg uszkodzonych przez niskie temperatury. Dzisiaj nikt nie próbuje liczyć takich odłożonych w czasie kosztów zim. Ba, ostatnio wszyscy przerzucają się drogami, niczym gorącym kartoflem – i najchętniej „wcisnęliby” je samorządom gminnym, żeby uniknąć finansowania m.in. takich remontów.

A gdyby do tego doszło?...

Samorządy mają coraz mniej pieniędzy, a zadłużanie się – w dłuższej perspektywie – będzie bezproduktywne, „długiem długo się nie pociągnie”. Musielibyśmy zdobyć wówczas źródła dodatkowego dochodu – albo w budżecie państwa, albo poprzez wprowadzenie nowych podatków na rzecz gminy. O tym chyba nikt nie pamięta.

W tym roku pierwszych niskich temperatur doświadczyliśmy już we wrześniu. Październik w niektóre dni przypominał ubiegłoroczny grudzień. A co, jeśli mrozy potrzymają do kwietnia? Jak to się odbije na finansach gmin?

Uspokajam: załamania budżetów nie będzie. Sama zima, np. w moim 20-milionowym budżecie, to 200 tysięcy złotych na zimowe utrzymanie. Nie są to więc oszałamiające środki w skali całości. Ba, z tego jeszcze czasem zostają jakieś oszczędności.

Ale chyba nie o samo odśnieżanie szos chodzi. A wydatki na ogrzewanie i prąd w szkołach czy urzędach? Oświetlenie ulic, remonty budynków pękających od mrozu, dodatkowe usługi społeczne dla biednych?...

W stosunku do wszystkich kosztów utrzymania infrastruktury publicznej wzrost wydatków bezpośrednio wynikających z zimowej aury nie jest wielki. Wspomina pan o szkołach: 90 proc. budżetu na szkoły to pensje nauczycielskie i wydatki typu „wyrównania”. Pozostaje więc 10 proc. innych kosztów, w tym np. energia elektryczna. Gdyby więc nawet cena podskoczyła o kilka czy kilkanaście procent – sytuacja byłaby do opanowania.

Problem raczej w tym, że najróżniejsze podwyżki kosztów i wydatków sumują się często w sytuacje, gdzie samorządy pozostają bez nadwyżki operacyjnej. Nieważne, czy takich jednostek jest czterysta, jak mówią jedni, czy dziewięćset, jak szacują inni. Blisko zera jest koło tysiąca samorządów, które w zasadzie powinny zacząć wdrażać oszczędności lub zacząć dodatkowo obciążać mieszkańców. Na oszczędności nie pozostawia nam wiele miejsca istniejące – bardzo „instrukcyjne” – prawo, które nakłada na nas znaczne wymogi co do świadczenia pewnych usług. Z dodatkowymi podatkami – wiadomo, jak przyjmą to ludzie. Może należałoby więc ustanowić wszędzie tam komisarzy, i niech oni robią to, co tam sobie ministerstwo wpisze w ustawę. Tylko po co wtedy mówić o „samorządności”?

Skoro jest tak źle, to tym razem zima na pewno „zaskoczy drogowców”.

To niesprawiedliwe. Nie wiem, skąd przeświadczenie, że jak tylko zacznie padać śnieg, to po godzinie na drogi i ulice wyjadą drogowcy. Na całym świecie nie ma możliwości tak szybkiej reakcji. To logiczne, że nikt nie szykuje się co roku na „zimę stulecia”. Nie ma sensu kupować i trzymać w gotowości wielkich ilości sprzętu, w oczekiwaniu, że „a nuż za chwilę zacznie padać”. Mamy w tym kraju takie „średnie” zimy – i na takie jesteśmy przygotowani. W mojej gminie wypośrodkowujemy własne możliwości. Zakładamy, że wystarczą dwa ciągniki. Ale jeśli mamy 26 sołectw, to jasne jest, że te dwie maszyny nie pojawią się jednocześnie we wszystkich.

Kolejna sprawa to same drogi: ja „swoje” drogi mogę obkaszać trzy razy rocznie – i robię to. Ale już drogi krajowa i wojewódzka, przebiegające przez moją gminę, obkaszane są raz. Jak to do siebie pasuje? Utrzymanie może być na jednym poziomie, ale kto za to zapłaci? Koordynacja między drogą krajową, wojewódzką, powiatową a gminną jest chora. Każdy ma swoje przetargi i priorytety, założenia dotyczące stopnia utrzymania – ale autobusy muszą przejechać najczęściej każdą z nich – i muszą być o określonej godzinie na przystanku. My też musimy nimi jeździć: i przecież nie podniesiemy pługa, wjeżdżając na krajową czy wojewódzką. I najwcześniej reagujemy wcześniej niż służby czy firmy, które są za te drogi odpowiedzialne. Próbowałem to koordynować, ale najwyraźniej nie ma takiej woli, każdy robi po swojemu. Tyle że potem skargi trafiają do nas.

Wiadomo, wjeżdżam na drogę, to się nie zastanawiam, kto na niej rządzi.

Nikt się nie zastanawia. To zresztą naturalne, skoro to gminy dostarczają 90 proc. usług, z których korzystają mieszkańcy na danym terenie. I to nam zaczyna brakować pieniędzy, nie tylko na podnoszenie jakości, ale utrzymanie dotychczasowej. A ministerstwo finansów jeszcze przykręca kurek, chociaż samorządy zachowują się zwykle znacznie racjonalniej niż państwo, bo lepiej rozumieją, że z pustego się nie naleje.

No i to one już widzą dno w urzędowych kasach. Czy zaciskanie pasa doprowadzi do sytuacji, w której znowu na polskich drogach zaczną straszyć pozimowe dziury w asfalcie?

Nie, większym problemem mogłaby być wiosenna powódź. Taki kataklizm niszczy infrastrukturę kompletnie: tu bez pomocy państwa, żadna gmina nie da sobie rady. Zima może oznaczać co najwyżej nieprzejezdność drogi przez kilka godzin. Ale w powszechnym mniemaniu to i tak dramat: od razu jest awantura o to, że np. karetka może nie dojechać, gdyby była potrzebna. Wszystko ma być natychmiast, bo „płacę podatki”. Nie wiem, skąd ten wyidealizowany obrazek pługa wyjeżdżającego na ulice wraz z pierwszymi płatkami śniegu.

Bez przesady, zima to nie tylko drogi. To wyższe ubezpieczenia, więcej urazów, a więc wyższe koszty działania służby zdrowia. To wreszcie, jak w poprzednich latach, sto tysięcy rodzin bez prądu w całej Polsce. Prawie pół miliona osób.

No tak, tylko wszystko to nie jest bezpośrednio związane z samorządami, choć często zjawiska te wpływają na ich sytuację. Choćby prąd – tuż po akcesji do UE przegraliśmy batalię o to, czy sieci energetyczne niskiego napięcia będą należeć do samorządów, czy spółki Skarbu Państwa. I teraz mamy taką spółkę dla właściwie całej ściany wschodniej. Pracuje ona w takim tempie, że modernizacja sieci przesyłowej może potrwać jeszcze ze sto lat. A my jesteśmy dla niej jedynie petentem: mamy obowiązek płacić, ale już wymusić racjonalizację – choćby energooszczędne żarówki w oświetleniu ulicznym – już nie. Spółka chce sprzedawać jak najwięcej energii, po jak najwyższej cenie. A my nie mamy wsparcia do tworzenia alternatyw: a przecież, gdyby na każdym dachu zamontować cztery panele fotowoltaiczne, to raptem kilowat energii, w Polsce nie trzeba będzie budować elektrowni jądrowej, dzisiejsze technologie pozwalają budować elektrociepłownie osiedlowe a nawet dla pojedynczego gospodarstwa domowego.

O, łatwo powiedzieć…

Na potrzeby gminy takiej, jak nasza – 7-tysięcznej, ciut większej niż statystyczna w Polsce – użycie technologii opartych np. na fotowoltaice, przy unijnym współfinansowaniu, rozwiązałoby problem. I moglibyśmy stworzyć system w ciągu jednej kadencji. Nasz prąd byłby zawsze tańszy i to pewnie o połowę stawki, jaką teraz musimy płacić, bo odpadną koszty przesyłu już chyba wyższe niż sama energia elektryczna. Interesujemy się takimi rozwiązaniami od pewnego czasu, ale mamy w tym zakresie związane ręce. Niezrozumiałym jest, że projektowane prawo nie zalicza gmin do tzw. prosumentów, a to cena energii elektrycznej ma bezpośredni wpływ na cenę usług publicznych świadczonych naszym mieszkańcom.

Bez przesady?

Bez przesady. Nasze ustawy nie dają nam praw, a instrukcje. Nie możemy eksperymentować z samodzielnym zaspokajaniem własnych potrzeb, a na dodatek instrukcje z rozmaitych aktów prawnych często są niespójne. Najlepszy przykład to śmieci: we Francji samorządowcy nie mają wytyczonych szczególnych procedur rozwiązania problemu. Nie ma przetargów, nie ma przymusu korzystania z regionalnej instalacji. Rozlicza się ich z efektów polityki prowadzonej na danym terenie. A jak jest u nas – i to nie tylko w sprawie śmieci – wszyscy doskonale wiemy.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:35

BATALIA W STOLICY DOBIEGŁA KOŃCA. PREZYDENT ZOSTAJE!

Napisane przez

Hanna Gronkiewicz-Waltz ocaliła stanowisko. Referendum mające na celu odwołanie prezydent stolicy okazało się nieważne. W głosowaniu wzięło udział 25,66 proc. wyborców. Aby plebiscyt okazał się wiążący frekwencja musiałaby sięgnąć 29,1 proc.

Przeciwnikom gospodyni warszawskiego ratusza zabrakło naprawdę niewiele: nieco ponad 45 tysięcy głosów. To tyle, ile mieszka w najmniejszej warszawskiej dzielnicy, czyli na Żoliborzu. W referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz wzięło udział dokładnie 343 732 głosujących. Aby plebiscyt był ważny, musiałoby wziąć w nim udział 3/5 liczby wyborców, którzy uczestniczyli w wyborze prezydent Warszawy w 2010 roku. Trzy lata temu głosowało ich 649 049. Oznaczało to, że referendum byłoby wiążące, jeśli zagłosowałoby co najmniej 389 430 osób, a większość głosowała za odwołaniem prezydent przed upływem kadencji. W niedzielę 13 października 94,86 procent głosujących opowiedziało się za odwołaniem prezydent Warszawy, przeciwnych było 5,14 procent. Ale podział głosów był w tej sytuacji drugorzędny.

Po pierwsze frekwencja

Bo, że to właśnie frekwencja będzie miała najistotniejsze znaczenie dla referendum, wiadomo było od początku. W Polsce do urn chodzi zwykle około połowy uprawnionych do głosowania. Gdy głosowanie odbywa się przed terminem, lub dotyczy kwestii lokalnych, jest ich jeszcze mniej. Stąd kampania wyborcza przed referendum skupiła się właśnie na frekwencji. Hasłem kampanii prowadzonej przez Platformę stało się więc: „Popieram Hankę, nie idę na referendum” i „Wybieram za rok, nie idę na referendum”.

– Dla polityków i politologów nie jest tajemnicą, że w referendach w sprawie odwołania wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast znacznie łatwiej zmobilizować elektorat negatywny niż zwolenników władzy. Jeśli kogoś coś boli, to jest znacznie bardziej aktywny, niż ten, kto władze popiera – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Bartłomiej Biskup, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Strategia rządzącej partii była więc prosta: zniechęcić do udziału w referendum zwolenników urzędującej pani prezydent. Platforma głosami swoich polityków nawoływała do bojkotu referendum: w akcję zaangażował się sam premier Donald Tusk, a pozostanie w domu zapowiadał nawet Bronisław Komorowski. Przeciwnicy Hanny Gronkiewicz-Waltz mobilizowali natomiast swoich zwolenników, nawołując do wywiązania się z obywatelskiego obowiązku.

Styl i hasło, pod jakim swoją kampanię prowadziła Platforma, potępiała nie tylko opozycja. Zagrożenie w zniechęcaniu wyborców do głosowania widzą też eksperci. Zdecydowanie taką postawę potępia prof. Jacek Raciborski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Przywódcy nie mogą zapominać o fundamentach demokracji – mówił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. – Nawet, gdy w istocie są cyniczni, to muszą pamiętać, że całe uzasadnienie ich władzy, ich dostojeństwo tkwi właśnie w tych odświętnych wartościach – podkreślił. Działacze PO tłumaczyli jednak, że absencja w głosowaniu referendalnym jest takim samym wyborem, jak wrzucenie do urny kartki w obronie urzędującej prezydent.

Najwyższa frekwencja w Śródmieściu, najniższa na Wilanowie

Do urn najmniej chętnie poszedł Wilanów – tradycyjnie wspierający PO. W warszawskim mateczniku rządzącej partii frekwencja wyniosła 20,56 proc. Niechętne odwołaniu Hanny Gronkiewicz-Waltz były też Białołęka 22,98 proc. i Bemowo 23,62 proc. Najchętniej z kolei do referendum poszli mieszkańcy Wawra, Pragi-Północ oraz Bielan. Tam frekwencja wyniosła odpowiednio 27,91 proc., 27,85 proc. i 27,43 proc. Paradoksalnie, najwyżej w tym zestawieniu znajduje się Wawer – dzielnica Hanny Gronkiewicz-Waltz. Co ciekawe, frekwencja w referendum była ściśle związana z sytuacją gospodarczą w poszczególnych dzielnicach. W dzielnicach, gdzie poziom frekwencji był niższy, poziom bezrobocia również był relatywnie niższy. I tak np. w Wilanowie, gdzie frekwencja wyniosła 20,56 proc., poziom bezrobocia był również najniższy: niewiele ponad 2 proc.. Z kolei w dzielnicy Praga-Północ, gdzie frekwencja osiągnęła drugi najwyższy wśród dzielnic poziom (27,85 proc.), liczba bezrobotnych jest najwyższa wśród stołecznych dzielnic i sięga ponad 7 proc. – Platforma ma tradycyjnie większe poparcie u ludzi zamożniejszych. Stąd może wynikać różnica we frekwencji – mówi Bartłomiej Biskup.

Sami zwycięzcy, przegranych brak

Inicjatorem referendum była Warszawska Wspólnota Samorządowa, której liderem stał się burmistrz Ursynowa, Piotr Guział. Podpisy pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum zbierały też m.in. PiS i Twój Ruch (do niedawna Ruch Palikota). Organizatorzy zarzucali Gronkiewicz-Waltz m.in. podwyżki cen biletów, nieprzygotowanie miasta do przejęcia gospodarki odpadami od 1 lipca tego roku, źle prowadzone inwestycje i rozrost biurokracji.

Od początku zwolennicy referendum starali się nadać plebiscytowi charakter obywatelski i ponadpartyjny. – To inicjatywa obywatelska, ponadpartyjna, oddolna, umocowana w konstytucji, bo to ona daje obywatelowi prawo do referendum – mówił w rozmowie z „Super Ekspresem” Piotr Guział. Rządzący dzielnicą Ursynów lider Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej zmontował wokół swojej inicjatywy egzotyczną koalicję właściwie wszystkich liczących się w stolicy ugrupowań. Murem za Guziałem stanęło choćby PiS, angażując w kampanię całą swoja machinę partyjną. Do odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz nawoływał też Twój Ruch, Solidarna Polska, PJN oraz Republikanie Przemysława Wiplera. Przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz opowiedział się też popularny warszawski polityk Ryszard Kalisz – do niedawna w SLD, dziś lider stowarzyszenia „Dom wszystkich Polska”.

I podobnie, mimo że Hanna Gronkiewicz-Waltz pozostała na stanowisku, swój sukces ogłosiły jednak wszystkie ugrupowania zaangażowane w referendum. – Prawda jest taka, że to my, ludzie lewicy obroniliśmy Hannę Gronkiewicz-Waltz przed Jarosławem Kaczyńskim – dowodził w TVP Info Dariusz Joński, rzecznik SLD. Sojusz – jako jedyna partia opozycyjna – nie wezwał swoich zwolenników do udziału w głosowaniu. „Patrząc na liczbę triumfujących w referendum, to będę musiał napisać, że to sympatycy PSL w stolicy, choć nieliczni, przechylili szalę ;)” - napisał na Twitterze Krzysztof Kosiński, rzecznik PSL. Wątpliwości co do dobrze wykonanego zadania nie mają też politycy Prawa i Sprawiedliwości. – Udało się nam zmobilizować do pójścia w tym bardzo trudnym, niekonstytucyjnym referendum 340 tys. warszawiaków. Oni zdali egzamin z demokracji. Niedzielna mobilizacja to jest progres, jednak ja się nie cieszę, bo chodziło o to, żeby referendum było ważne – komentował Adam Hofman. Zdecydowanie krytyczny wobec wyniku referendum jest jedynie Piotr Guział, który jednak zaraz po ich ogłoszeniu mówił o triumfie niezależnych samorządowców. Burmistrz Ursynowa zmienił jednak zdanie i dziś przyznaje się do porażki. – Nie można uciec od słowa porażka, ja biorę pełną odpowiedzialność za tę porażkę – skomentował wyniki warszawskiego referendum na antenie TVN24.

Trzecia kadencja pani prezydent?

Dumy ze zwycięstwa nie kryje natomiastHanna Gronkiewicz-Waltz – i po zwycięstwie w niedzielnym referendum stara się iść za ciosem. Prezydent stolicy zapowiedziała już, że zamierza walczyć o kolejną kadencję. Stwierdziła też, że warszawskie referendum było przedsięwzięciem czysto politycznym i w przyszłości trzeba starać się ograniczyć podobne przedsięwzięcia. Jej zdaniem można by to zrobić, podnosząc próg ważności referendum. Prezydent stolicy na odbudowę społecznego zaufania ma rok. Wybory samorządowe już za niecałe 12 miesięcy.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:31

SERCE ZOSTAŁO W ŁOWICZU

Napisane przez

W wymarzonym domu w Szwecji – największej, wsi w największej gminie w Polsce, w województwie zachodniopomorskim – Beata Błędowska-Tomajczyk odtworzyła wystrój łowickiej chaty. Teraz, razem z mężem Andrzejem, prowadzi w nim gospodarstwo agroturystyczne „W Pięknej Dolinie”.

Dom odkryła, idąc przez Szwecję w procesji Bożego Ciała. Mimo że budynek był mocno zniszczony, zachwyciła się jego architekturą. Do tego położony na uboczu wsi, był niesamowicie wkomponowany w krajobraz. Z jednej strony granicę posesji wyznacza rzeka Piława – ruchliwy i znany wśród turystów z całej Polski szlak kajakowy. Skądinąd, swoją działalność na polu turystycznym Tomajczykowie rozpoczynali przed dwunastu laty od wypożyczania kajaków. W najbliższej okolicy jest jeszcze kilka popularnych szlaków – przez Dobrzycę, Gwdę, jeziora Krępsko Duże i Małe. Kajaki okazały się modne, a potem zaistniała potrzeba stworzenia bazy noclegowej dla masowo przyjeżdżających tu latem turystów. Na rzekach też nie kończą się atrakcje. Andrzej Tomajczyk, leśnik, okolice zna jak własną kieszeń. Sama Szwecja to malownicza wioska.

− Duże miasto nigdy mnie nie pociągało – mówi Beata Tomajczyk. – Ale odnajduję się w nim – dodaje zaraz. – To miejsce nie było zaplanowane, jednak zawsze marzyłam o mieszkaniu na wsi, w wiejskiej chałupie krytej strzechą. Jędrek jest leśnikiem, więc kiedy dostał propozycję pracy w Trzebieszkach, znaleźliśmy się tutaj.

Z Trzebieszkami – położonymi już w sąsiedniej gminie, Jastrowie, i w sąsiednim województwie, wielkopolskim, mimo odległości zaledwie kilku kilometrów od Szwecji – związana jest również ciekawa historia. Przed wojną w tej miejscowości leśnikiem był ojciec Renate Marsch-Potockiej - znanej niemieckiej korespondentki w Polsce, wieloletniej komentatorki w programie „Bliżej świata” Jerzego Klechty. Ojciec Marsch został zastrzelony przez Rosjan w 1945 r. Do dziś w Trzebieszkach z jego gospodarstwa zachował się kurnik, a o tym, że przed wojną leśnik to był ktoś, niech świadczy fakt, że w tym kurniku teraz jest urządzona oryginalnie i ceniona w regionie… restauracja. Renate Marsch-Potocka wielokrotnie powracała w rodzinne strony.

Na ścianie urosło… zboże

Dom w Szwecji Tomajczykom udało się kupić po dwóch latach. Zmarł jego dotychczasowy właściciel, a rodzina, okazało się, wystawiła go na sprzedaż.

Od początku, planując renowację, postanowili, że na pewno nie zniszczą charakteru domu. Nie korzystali też z pomocy architektów. Sami mieli pomysł na to, co chcą stworzyć. I wewnątrz, i na zewnątrz zbili tynki, żeby odkryć cegłę. Taki styl budownictwa powszechny był w Niemczech. Dom trzeba było ocieplić od wewnątrz. W okolicach Piły znaleźli specjalistę od… gliny. − Najpierw na ścianę nabijany był drewniany stelaż – wyjaśnia technologię właścicielka domu. – Ta przestrzeń była wypełniana łupkiem z gliny. Na to z kolei nakładana była masa słomiana, a na to szedł tynk mieszany z gliny, piasku i sieczki.

Pod wpływem wilgoci w glinie, z sieczki urosło zboże, a ściana była gotowa dopiero, jak obeschło.

Ich marzeniem było też klepisko, ale kiedy remontowali dom, w Polsce nie było technologii polegającej na polerowaniu gliny. Na podłogę wykorzystali więc beton przemysłowy. − Przydały się też umiejętności lokalnych rzemieślników – mówi Beata i pokazuje solidne, drewniane drzwi. – Kiedyś zaczepił nas miejscowy fachowiec, który chciał dorobić. Został na bardzo długo. Na koniec zrobił dębowe ławki, na które się nie umawialiśmy, i powiedział, że już nie będzie przychodził. Wtedy zrobiło się tak smutno. Remont właściwie był skończony. Został tylko jeden szczegół: cztery lata temu dom pokryli strzechą.

Kiedy Tomajczykowie kupili ten dom, w pokojach już nie było pieców, ale – na szczęście − przetrwała… baba. – Dawniej było tak, że każda z izb miała swoją kuchnię i wlot kominowy – wyjaśnia Beata. – Babą odprowadzało się dym. − Myślę, że to ostatnia chałupa we wsi, a nawet w dalszej okolicy, z babą. Kiedyś trafiło do nas małżeństwo historyków, które szukało chałupy z czarną izbą albo babą. Znaleźli taki dom dopiero pod Trzcianką.

Chata, jakby z dziecięcych wspomnień

Wnętrze domu Tomajczykowie też urządzili w oryginalny sposób… na wzór łowickiej chaty. W izbie są ludowe kapliczki, malowane i drewniane anioły, łowickie maty i „podręcznik” zabrany z kuźni dziadka: podręczne gwoździe, podkowy, młotek. Wszystko, co potrzebne, kiedy kuł konie.

− Ten kufer jest przywieziony ze „skansenu” – mówi Beata i wyjaśnia, że tak nazwała łowicką chatę babci. − To było zupełnie jak w „Chłopach” – wspomina. − Właściwie jeździliśmy tam od Wielkanocy, kiedy robiło się ciepło. Chałupy łowickie były budowane w taki sposób, że miały dwie izby i wówczas, w każdej z nich, była kuchnia albo westfalka, a w pozostałych pomieszczeniach było zimno. Kiedy nastał Edward Gierek, ludzie zaczęli rozbierać te swoje chałupy z drewna, kryte strzechą, co dawało ciepło, stawiając na ich miejsce domy murowane.

Tu grali „Chłopów”

W latach 70. w okolicach Łowicza, w Jacochowie, co roku Beata Błędowska-Tomajczyk spędzała wakacje u dziadków, gdzie − jak wspomina – wszystko było, jak żywcem przeniesione z Reymontowskich „Chłopów”.

Nic więc dziwnego, że w 1972 roku właśnie w tej łowickiej wsi powstał słynny film. Kowala Michała, w kuźni jej dziadka, zagrał sam Bronisław Pawlik. – Do dziś pamiętam, jak Pawlik przyjeżdżał niebieską ładą – wspomina Beata Błędowska-Tomajczyk. W filmie statystowali jej dziadkowie – i pół wsi. Raz dziewczęta siedziały na ławce przed chatą, kiedy pojawili się filmowcy i zaproponowali, by zagrały dziewczyny pasące gąski. Tak je to wtedy przeraziło, że uciekły do chaty i wlazły za szafę. Tkwiły za nią tak długo, aż ekipa odjechała.

– Przyjeżdżaliśmy w Wielki Piątek. Babcia rozpalała w piecu chlebowym i piekła ciasto: serniki, jabłeczniki, ciasto drożdżowe. I po zającu dla każdego z wnuków – wspomina. – To znam już z opowieści mamy, bo na Niedzielę Palmową nigdy tam nie byłam. Kiedy do domu przynosiło się palemkę po poświęceniu, to jednego kotka trzeba było zerwać, żeby nie opuszczało szczęście. Oczywiście, to nie były palmy sztuczne, tylko robione z naturalnej wierzby – dodaje.

Zapamiętała też bliskość i życzliwość sąsiadek. Jak się u kogoś zaczynały prace polowe, to ludzie szli do sąsiada pomagać. Dziadek szedł w pole i zupełnie jak Boryna zrywał kłosy, młócił w dłoniach i sprawdzał, czy są na tyle twarde, że można zaczynać koszenie.

– Potem długo jeszcze jeździłam na Boże Ciało do Łowicza na słynną procesję, gdzie ludzie idą w strojach ludowych – mówi pani Beata. – Pamiętam również odpusty kościelne z karuzelami. Jechaliśmy na nie wozem, bo kościół znajdował się trzy kilometry od miejsca, gdzie mieszkaliśmy. Kobiety były zawsze tak elegancko ubrane. Niedziela to był naprawdę dzień święty, zawsze. Nie można było robić absolutnie żadnych prac, poza oczywiście karmieniem zwierząt, bo to było naturalne. A w Wielkanoc to już kompletnie. Pamiętam, że jak kiedyś robiłam na szydełku, bo mi się nudziło, to babcia wpadła w przerażenie. To były rzeczy, o które oni bardzo dbali.

Po latach pani Beata postanowiła wybrać się w sentymentalną podróż do krainy dzieciństwa. Ale czekało ją rozczarowanie. – To jednak tylko wspomnienia. Kiedy konfrontuję je z rzeczywistością, tego świata już nie ma. We wsi położony jest asfalt. Ludzie pracują w mieście, tam właściwie tylko nocują – mówi.

Strój, niczym z szafy Jagny

Kiedyś Beata wymyśliła, że musi mieć oryginalny strój łowicki. Najprościej można go było kupić w „Cepelii”, ale miała poczucie, że tam sprzedają „podróbki”. Zadzwoniła do ciotki, która wciąż mieszka pod Łowiczem, i poprosiła, by pomogła. − Ciotka oryginalny pasiak znalazła u jednej z kobiet ze wsi, w stu procentach ręcznie uszyty – kwituje.

W dawnym łowickim stroju Beata Błędowska-Tomajczuk docenia przede wszystkim prostotę. Jest on ręcznie wykonany, począwszy od strzyżenia, przędzenia, po szycie i haftowanie. Do dziś nie stracił też intensywnych kolorów.

Pani Beata chwyta też do ręki charakterystyczny, łowicki koszyk. − Pamiętam jeszcze targi, na które kobiety wędrowały z takimi koszykami, z których wystawały łby gęsi – przywodzi na myśl wspomnienie. – Kobiety ubierały się w te stroje zwłaszcza na święta kościelne, ale w wełniakach pomykały i na rowerach. Gdyby dystans do kościoła był mniejszy, w niedziele chodziłabym w swoim stroju na msze – zapewnia.

Występuje w nim przy okazji innego wydarzenia. Są nim czerwcowe „Wianki”, które wymyśliła i organizuje „W Pięknej Dolinie”. Udało się jej ściągnąć na to święto nie tylko mieszkańców Szwecji, ale również turystów i mieszkańców okolicznych miejscowości.

− Każdy, kto przychodzi, musi mieć wianek – opowiada. Pomysłodawczyni dodaje też, że wymyśliła „Wianki” od midsommar – święta narodowego w zamorskiej Szwecji, które się tam odbywa w czasie przesilenia zimowo-wiosennego, i można je połączyć z naszym polskim gaikiem. To jest święto światła i powitania lata. – Szwedzi budują pal, który ukwiecają, a potem tańczą wokół niego i śpiewają. Pomyślałam, że można by zrobić coś podobnego u nas w Szwecji. Nawet zadzwoniłam do ambasady, żeby się dowiedzieć więcej o tym święcie, ale otrzymałam ulotki o hodowli krów.

W chacie „W Pięknej Dolinie” Tomajczykowie wynajmują dwa pokoje z łazienkami. Od kiedy prowadzą gospodarstwo, zaprzyjaźnili się z kilkoma rodzinami. − Ta praca w gospodarstwie to nie jest lekki kawałek chleba – przyznaje Beata Tomajczyk. – Pranie, gotowanie, sprzątanie – wylicza. Ale też szybko dodaje, że rekompensują to goście. – Kiedy wieczorem zasiada się z nimi przy herbatce, zaczynają się naprawdę piękne opowieści. Każdy przywozi cząstkę siebie. W życiu można spotkać fajnych ludzi i nie warto się uprzedzać. Tego się nauczyłam. Najbardziej zaprzyjaźnionym powierzam klucze i tylko raz mi się zdarzyło, że ktoś uciekł.

Kto jest kim, okazuje się, jak mówimy sobie: − Do widzenia!

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:22

DOŻYNKI CHŁODNE, ALE BAJECZNIE PIĘKNE

Napisane przez

Relacja Magazynu Samorządowego „GMINA” z Dożynek Prezydenckich w Spale

14 września − po dożynkach gminnych, powiatowych i wojewódzkich − rozpoczęły się dożynki centralne: największe w Polsce. Na dwa dni stolicą rolników tradycyjnie stała się Spała.

Gospodarzami dwudniowej uroczystości była para prezydencka, Bronisław i Anna Komorowscy. Nawet deszcz nie popsuł zabawy na świeżym powietrzu – a prezydent, witając gości, zauważył, że dożynki przy takiej pogodzie warto połączyć z wyprawą do lasu i… grzybobraniem.

W dożynkach brał udział również minister rolnictwa i rozwoju wsi Stanisław Kalemba, sekretarz stanu i zastępca szefa kancelarii prezydenta RP Dariusz Młotkiewicz, marszałek województwa łódzkiego Witold Stępień, starosta powiatu tomaszowskiego Piotr Kagankiewicz, wójt gminy Inowłódz Zenon Chojnacki oraz przewodniczący Konwentu Marszałków Województw RP w II półroczu 2013 r., marszałek województwa kujawsko-pomorskiego Piotr Całbecki.

Zgodnie z tradycją, gospodarzom dożynek towarzyszą starostowie i ich asystenci. W tym roku starościną była Zofia Kozłowska z Januszkowa koło Żnina (w woj. kujawsko-pomorskim) – właścicielka 93-hektarowego gospodarstwa, dzierżawiąca 31 ha, animatorka życia kulturalnego na wsi, angażująca się w promocję obszarów wiejskich. W 2003 r. zdobyła tytuł rolnika roku Pomorza i Kujaw. Funkcję starosty pełnił Krzysztof Kalenik z Nowego Dworu (woj. podlaskie) właściciel gospodarstwa rolnego o pow. 300 ha, specjalizującego się w produkcji zbóż, które prowadzi wraz z rodziną. Starostom asystowali Anna Sołtyszewska z Gosławic (woj. łódzkie), razem z mężem prowadząca hodowlę zarodowej trzody chlewnej w gospodarstwie o powierzchni 62,7 ha, i Michał Matuszczyk z Modliszewic w powiecie koneckim – największy producent mleka w województwie świętokrzyskim.

W sobotę, obchody święta Plonów zainaugurowało Forum Debaty Publicznej nt. „Kobiety wiejskiej we współczesnym świecie”, w której uczestniczyła Pierwsza Dama.

Rywalizacja na kuchnię i rzemiosło

W istniejącym przez dwa dni Mieście Regionów, na stadionie Centralnego Ośrodka Sportu, szesnaście województw przygotowało swoje stoiska, na których prezentowały swoje walory: miejsca warte odwiedzenia, ale przede wszystkim żywność i produkty rolne. Każde województwo chce w ten sposób przyciągnąć zwiedzających i zarobić na dobrą opinię.

Dziewczyny ze Śląska urobiły się po łokcie, klejąc setki pierogów i kusiły nimi… żonę prezydenta. Wśród przysmaków królowały także wędzone ryby, karkówka, wędliny i kiełbasy z małopolskich Podstolic, a także wyroby mleczarskie i pieczywo z Głuchowa w Lubelskiem, ogórki kiszone, smalec, wina z Winnicy Rodziny Steckich z Jarosławia na Podkarpaciu i miody z… Pszczelej Woli spod Lublina. Trzeba przyznać, że było przede wszystkim obficie.

Dużą popularnością wśród gości dożynek cieszyła się Aleja Twórców Ludowych, gdzie na przystrojonych stoiskach województwa chwaliły się produktami sztuki ludowej − rzemiosłem i rękodziełem artystycznym. Już przy wejściu na stadion COS stał kowal prezentujący dawną sztukę rzemieślniczą. Na jednym ze stoisk można było podziwiać ręcznie zdobioną porcelanę z Opola – prace Leokadii Świderskiej-Trebel. Dużym wzięciem cieszyły się malowane i rzeźbione anioły, stroje ludowe – w tym pszczyński z okolic Bierunia z przełomu XIX/XX w. – a także ręcznie malowane obrusy. Były też rzeźby, obrazy, papierowe ozdoby, wyroby wikliniarskie z Rudnika nad Sanem i wyroby garncarskie z Węgorzewa.

Barwny korowód, a w nim bryczki i ułani

Drugi dzień uroczystości poprzedziła msza święta w Kaplicy Polowej AK celebrowana przez biskupa łowickiego Andrzeja F. Dziubę.

– Spraw Panie, aby nikomu w tym roku nie zabrakło pożywienia – mówił biskup podczas mszy. − Wspomagaj swoją łaską wszystkich pracujących na roli i ich wspomagających. Naucz nas dzielić się Twoimi darami z każdym, kto znajdzie się w niedostatku. Pozwól nam tak korzystać z dóbr tej ziemi, abyśmy zasłużyli na uczestnictwo w wiecznej radości w Twoim domu – modlił się.

Po mszy atrakcją był kolorowy, rozbawiony korowód. Maszerowali w nim uczestnicy dożynek, ubrani przeważnie w regionalne stroje ludowe, a zewsząd dobiegały dźwięki muzyki ludowej. Na przedzie stanęli, zgodnie z tradycją, ułani na koniach, przystrojeni w historyczne mundury. Para prezydencka i zaproszeni goście, w tym minister rolnictwa Stanisław Kalemba, dotarli bryczkami na stadion COS. Tu miała miejsce główna część uroczystości.

Wieńce jak ze złota

Najważniejszy symbol tego święta to chleb, jaki składa się na ręce gospodarzy dożynek, symbolizujący pracę. – Chciałbym, aby w Polsce był dzielony sprawiedliwie i jak najobficiej – mówił prezydent Komorowski, przyjmując od starostów bochen chleba z tegorocznych zbóż. – Aby był świadectwem efektów pracy polskiego rolnika.

− Chleba musiał spróbować każdy na dożynkach, tak jak opłatka podczas Wigilii – wyjaśnia nam etnograf, dr Jan Łuczkowski. Ale dożynki to także piękne wieńce − symbol dostatku i pomyślności. − Zwyczaj wybierania najpiękniejszego wieńca nie ma długiej tradycji. Zapoczątkowany został w 2001 r. – mówi Łuczkowski. – Wieńce są bardzo precyzyjnie oceniane. Pod uwagę brany jest rodzaj splotu. Muszą być w nim wszystkie zboża, warzywa, owoce. Często pojawiają się elementy religijne.

Zdarzają się wieńce naprawdę szczególne, jak czterometrowy z Czerniejowa (w gminie Kamień w województwie lubelskim), zwycięzca z 2007 r. W tym roku spośród wieńców zaprezentowanych przez wszystkie województwa za najpiękniejszy uznano dzieło z Garbowa w województwie lubelskim, wykonane przez tamtejsze Koło Gospodyń Wiejskich. Wieniec przekazano prezydentowi. – Sam splot trwał trzy tygodnie – mówiła jedna z gospodyń. – Wity był ze zbóż, słomy i ziół: lnu i czarnuchy.

Dożynki miały też wymiar magiczny. Wierzono, że w ostatnim snopku kryje się duch zboża, dlatego należy go godnie przyjąć. Z kolei polewanie snopka ożywczą wodą miało zapewnić obfitość na kolejny rok.

W części artystycznej te dwa obrzędy zaprezentował Zespół Pieśni i Tańca „Łany” z Poznania. Twórcą istniejących od 1974 r. „Łanów” był prof. dr hab. Jerzy Zwoliński, ówczesny rektor Akademii Rolniczej. Obecnie „Łany” to ponad stuosobowa grupa oraz kapela studentów i absolwentów poznańskiej Akademii Muzycznej. Od niemal czterech dekad zespół koncertuje na największych festiwalach muzyki ludowej w Europie, Afryce, Azji i Ameryce Południowej.

Polska wieś nie jest rajem

– Polska wieś nie jest rajem na ziemi – mówił prezydent Komorowski. − Ma wiele kłopotów, wiele problemów. Ale jest takim miejscem, w którym widać, że ciężka praca przynosi efekty, jest pracą owocną. I to powinno dla nas stanowić zachętę na przyszłość – dodawał.

– Chcę podziękować wszystkim, którzy pilnują pięknej narodowej tradycji, która ma swoje szczególne zakorzenienie na wsi polskiej – podkreślał prezydent. – Chcę serdecznie podziękować także rodzinom wiejskim: kobietom, rolnikom, dzieciom, młodzieży, za to, że stara się wykorzystać najlepiej jak można nowe szanse w postaci edukacji, dążenia do lepszego wykształcenia. Często z myślą o przeniesieniu tej wiedzy i zdobytego wykształcenia do siebie, do domu, na wieś polską. Aby czynić ją jeszcze lepszą, jeszcze mądrzejszą, jeszcze bardziej atrakcyjną.

Prezydent mówił również o korzystnych zmianach w rolnictwie, jakie zaszły po zmianach ustrojowych, których 25-lecie będzie obchodzone w przyszłym roku, i przyłączeniu Polski do UE. − Podsumujmy skutki mądrej decyzji narodu i jego przywódców o członkostwie w Unii Europejskiej. Warto pamiętać, że to nie tylko dopłaty do hektarów. Warto pamiętać, że sprzedajemy na rynkach zagranicznych niemalże wszystkie produkty wiejskie. W 2012 r. eksport żywności osiągnął pułap 17,7 mld euro, a w tym roku, wszystko na to wskazuje, sprzedamy produkty za 19 mld euro. Warto pamiętać, że będzie to czterokrotnie więcej niż w 2004 r.

Prezydent podkreślił też, że dziś polski rolnik zbiera 44 kwintale zboża z hektara, prawie dwukrotnie więcej niż w latach 80.

− Pamiętam tę miejscowość (Garbów – dop. aut.). Jechaliśmy tam często z żoną maluchem pełnym małych dzieci i wiadomo było, że to jest jedyna miejscowość, gdzie można kupić cukier nie na kartki. I zawsze z tego korzystaliśmy. Dzisiaj ten wieniec, tak wspaniały, świadczy o postępie całej wsi polskiej i warto pamiętać, że wtedy – w 1980 r. – w skali Polski rolnicy zbierali zaledwie 26 kwintali pszenicy z hektara – zaznaczył Bronisław Komorowski.

Po niedzielnych obchodach goście dożynek uczestniczyli w gościńcu – kiermaszu tradycyjnej polskiej żywności.

Perła turystyczna Polski

W tym miejscu kilka słów należy się miejscowości, która tradycyjnie jest sceną dożynkowego spektaklu. Spała leży w południowo-wschodniej części powiatu tomaszowskiego, w gminie Inowłódz, nad rzeką Pilicą.

W latach 1886-1914 mieściła się tu oficjalna rezydencja Aleksandra III i Mikołaja II. Już po I wojnie światowej Spała stała się letnią rezydencją prezydentów. W latach 1923-26 przyjeżdżał tu Stanisław Wojciechowski. Za Ignacego Mościckiego miasto zyskało rangę „drugiego Belwederu”. Prezydent gościł w Spale regularnie co tydzień – na dwa, trzy dni. Często bywał tu Józef Piłsudski.

Dziś Spała ma rangę Centralnego Ośrodka Sportu – jednego z czterech w Polsce. Odbywa się tu Jarmark Antyków i Rękodzieła, który znany jest wśród miłośników staroci z odległych zakątków Polski.

Tradycja dożynek w Spale ma już 86 lat!

Dożynkom towarzyszyły tradycyjnie zawody lekkoatletyczne, gry sportowe, pokazy gimnastyczne, konkursy strzeleckie oraz sztafety kolarskie. Tak było już przed wojną. W 1928 r. wybudowano w tym celu w Spale stadion sportowy z bieżnią o 460 m długości i trybunami na 10 tysięcy widzów, jak również halę o powierzchni 4 tys. m kw.

Pierwsze dożynki odbyły się 27 sierpnia 1927 r. Ich inicjatorem był prezydent Ignacy Mościcki. Uczestniczyło w nich dziesięć tysięcy gości. Już rok później do Spały przybyło 30 tysięcy osób, a według niektórych źródeł – nawet 38 tysięcy ludzi. Z samej Warszawy dotarło dwadzieścia osiem pociągów, nie licząc autokarów. Organizatorem przedwojennych dożynek był Centralny Związek Kółek Rolniczych, a także wiejskie organizacje młodzieżowe i Związek Teatrów Ludowych.

Pewnym odstępstwem był rok 1929, kiedy to dożynki przeniesiono do pobliskiej wsi Smardzewice. W 1933 r. scenografię przygotowała znana malarka młodopolska Zofia Stryjeńska. Wówczas w dożynkach brało udział 25 tysięcy uczestników z różnych stron Polski.

Po raz ostatni przed wybuchem wojny dożynki odbyły się w 1938 r. Reaktywował je w 2000 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski. Obecny prezydent wraz z małżonką uczestniczyli w święcie Plonów, w roli gospodarzy, już po raz czwarty. Według wójta gminy Inowłódz Zenona Chojnackiego w tym roku Spała ściągnęła na dożynki około siedmiu tysięcy gości z całej Polski. Jego zdaniem, trudno jednak ocenić, ile gmina zyskała finansowo na tym wydarzeniu, mimo że przygotowania trwały… pół roku.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:20

SZANSĄ NA INWESTOWANIE OKAZAŁ SIĘ PODATEK… OD DNA MORSKIEGO

Napisane przez

Rozmowa z Andrzejem Lemanowiczem − burmistrzem Tolkmicka, miasta i gminy położonych nad Zalewem Wiślanym, w powiecie elbląskim, w województwie warmińsko-mazurskim

Tolkmicko i jego okolice kojarzone są przede wszystkim z wyjątkowo atrakcyjnym położeniem – nad Zalewem Wiślanym. Jakie walory ma jeszcze ten zakątek kraju?

Gmina jest obszarem wyjątkowo cennym przyrodniczo i z tego względu znaczna jej część objęta jest ochroną prawną – jako Park Krajobrazowy „Wysoczyzna Elbląska”. Poza tym mamy tu rezerwaty przyrody, a wśród nich „Kadyński Las”, „Buki Wysoczyzny Elbląskiej”, „Pióropusznikowy Jar” i „Doliny Stradanki” oraz obszary należące do sieci Natura 2000. Dumą naszej gminy jest „Dąb Bażyńskiego” w Kadynach. Wiekowo − drugi po „Bartku” w Polsce, natomiast u podstawy ma największą średnicę. Już przed wojną wnętrze dębu było puste, więc przed deszczem chronili się w nim pracownicy leśni. Największym jednak atutem, który ściąga do Tolkmicka rzesze turystów jest właśnie dostęp do Zalewu Wiślanego, którego wody uważane są za wody morskie. Zalew jest też dość specyficzny ze względu na głębokość. Średnio sięga ona zaledwie 2,7 m. To idealne miejsce do uprawiania sportów wodnych. Nad zalewem są też liczne piaszczyste plaże – dzikie bądź zagospodarowane. Ciekawostką jest też głaz narzutowy w zalewie, nazywany świętym kamieniem, liczący w obwodzie czternaście metrów.

Z jednej strony to miejsce o niepowtarzalnym krajobrazie i cennej przyrodzie, z drugiej – pełne unikatowych zabytków. W Kadynach znajdują się zabudowania pałacowe należące do cesarza Wilhelma II. Tu mieściła się jego letnia rezydencja. Z polecenia monarchy przebudowano również całą miejscowość, a pracę powierzono najlepszym ówczesnym architektom europejskim. Do dziś zachował się dawny, wiejski układ ulic – tzw. ruralistyczny – i architektura budynków. Cała wieś objęta jest nadzorem konserwatorskim. W Tolkmicku stoi przepiękny, zabytkowy kościół pw. św. Jakuba z XIV w., a w Łęczu i Pagórkach zachowały się ciągi domów podcieniowych z przełomu XVIII i XIX w.

Te zabytki, przyroda, cisza i zróżnicowane krajobrazy, od morskich po mające charakter górski, sprawiają, że Tolkmicko jest chętnie odwiedzane przez turystów.

Czy planowane są jakieś działania, które zwiększą atrakcyjność gminy dla turystów?

Tolkmicko znane jest z kilku cyklicznych imprez, których nie trzeba specjalnie polecać. To wszelkiego rodzaju regaty przeprowadzane na wodach Zalewu Wiślanego, w tym te o Puchar Polski Jachtów Kabinowych, rozgrywane na przełomie lipca i sierpnia. Wiosną, w Kadynach, odbywa się majówka cesarska nawiązująca do czasów Wilhelma II. Najważniejszym punktem programu jest wówczas parada, podczas której, zgodnie z tradycją, para cesarska przejeżdża przez wieś zaprzęgiem konnym. Z kolei we wrześniu, na Zalewie, na wysokości Suchacza, odbywa się inscenizacja bitwy morskiej z 1463 r. między flotą krzyżacką a flotą gdańsko-elbląską. Była to jedyna wojna z udziałem kaprów, czyli wojsk zaciężnych. Jesienią mieszkańcy wsi znów przebierają się w dawne stroje, by odtworzyć tę bitwę. W tym roku Suchacz obchodził 550. rocznicę tego wydarzenia.

Jakie propozycje miał Pan dla mieszkańców, kandydując na burmistrza?

Przede wszystkim zaproponowałem nową jakość zarządzania miastem i gminą, bardziej przejrzystą dla mieszkańców. Większą część programu już udało mi się zrealizować, ale było to możliwe dzięki dobrej współpracy z radą miejskąoraz mieszkańcami.Takim przykładem wspólnego działania jest to, że w czasie mojego sprawowania urzędu powstało kilka nowych stowarzyszeń aktywizujących ludzi.

Staram się też być dostępny dla mieszkańców. Jeśli ktoś ma jakąś pilną sprawę, niekoniecznie musi czekać na umówienie terminu spotkania. Jeśli jestem na miejscu, próbuję tę sprawę załatwić od ręki. Zwróciłem też uwagę na możliwość szybkiego i skutecznego pozyskiwania funduszy unijnych na inwestowanie i zadbałem o te środki. Jednak przede wszystkim chcę promować turystykę, bo tu tkwi duży potencjał.

Co zmieniło się w mieście i gminie przez siedem lat, od kiedy jest pan burmistrzem?

W 2007 r. udało się stworzyć wioski tematyczne, z czego znana jest nasza gmina. To nie tylko integruje mieszkańców, ale również promuje gminę. Pogrodzie nazwaliśmy wioską dzieci. W latach 70. w tej miejscowości była jedyna porodówka w gminie i w tamtym czasie większość jej mieszkańców przychodziła na świat w Pogrodziu. Oprócz tego we wsi jest zatrzęsienie bocianich gniazd. Stąd też wzięło się takie skojarzenie – i we wszystkich materiałach promocyjnych Pogrodzia widnieje bocian. Z kolei Kadyny, o czym już mówiłem, to wieś cesarska, ze względu na jej związek z Wilhelmem II, a Suchacz, w nawiązaniu do bitwy morskiej, jest wsią kaperską.

Z ważniejszych rzeczy udało się również powołać Klub Żeglarski, w którym młodzież uczy się pływać na żaglówkach. To też było takie mojemarzenie. Gmina zakupiła siedem kadetów i opłaca trenera. I muszę przyznać, że zainteresowanie jest bardzo duże. Na stałe w klubie trenuje około 25 młodych ludzi. W wakacje zorganizowano obóz żeglarski, by młodzież mogła ten czas spędzać na wodzie.

Może się pan pochwalić dużymi inwestycjami?

Dobiega właśnie końca wodociągowanie i kanalizowanie całej gminy. Oceniam, że gdy skończy się moja kadencja, prace te będą wykonane w 95 procentach. W Tolkmicku zostanie wymieniona główna magistrala starej sieci wodociągowej, a także została wyremontowana stacja uzdatniania wody. Zbudowaliśmy także nowy budynek sanitarno-biurowy i garażowo-magazynowy na potrzeby miejscowego zakładu wodociągowo-kanalizacyjnego.

W ramach projektu „Pętla Żuławska – rozwój turystyki wodnej”, który zakłada rozwój i budowę przystani wokół nabrzeża Zalewu Wiślanego i rzeki Nogat, przy drodze wodnej E 70, wybudowaliśmy w porcie w Tolkmicku marinę jachtową oraz budynek socjalno-sanitarny dla żeglarzy, a także zagospodarowaliśmy teren w porcie. Program był wdrażany na terenie dwóch województw – warmińsko-mazurskiego i pomorskiego, i przez nie finansowany. Wyremontowaliśmy placówki oświatowe w gminie, dom kultury i bibliotekę w mieście Tolkmicku, a także budujemy trzy świetlice wiejskie. Udało się też wyremontować niektóre główne drogi powiatowe, dzięki współpracy i partycypacji w kosztach Starostwa Elbląskiego. Częściowo wybudowaliśmy nowe i poprawiliśmy stan istniejących ulic w mieście. Zaplanowaliśmy w budżecie gminy przebudowę dróg wiejskich tzw. „burmistrzówek” i realizujemy go systematycznie od dwóch lat.

Czy planowane są jakieś prace związane z przeobrażeniem gminy?

Jesteśmy na etapie zmiany studium, a także opracowania planów zagospodarowania przestrzennego dla miasta Tolkmicka i jednostek wiejskich Kamionka Wielkiego i Łęcza. W roku ubiegłym sporządziliśmy i uchwaliliśmy plan zagospodarowania dla Kadyn. W tej chwili trwa budowa nowego ratusza, która zostanie ukończona we wrześniu przyszłego roku. Obiekt będzie nie tylko siedzibą urzędu, ale będą w nim również sale wystawowe i muzealne oraz wieża widokowa, udostępnione do zwiedzania.

Przed wojną ratusz znajdował się w Tolkmicku przy Rynku. Chodziło więc właśnie o przywrócenie historycznego wyglądu centrum. Całość inwestycji wyniesie 7,8 mln złotych, z czego ponad połowa zostanie sfinansowana ze środków unijnych. Poza tym odnawiany jest Rynek i główne ulice: Szkolna, Elbląska i Kościelna. Nawierzchnia ulic zostanie wyłożona kostką kamienną, którą były wybrukowane przed wojną, a którą częściowo udało się odzyskać. Oprócz tego w realizacji jest budowa targowiska miejskiego z miejscami parkingowymi. I, jak wspomniałem wcześniej, budowa trzech świetlic wiejskich wraz z zapleczem sportowym we wsiach Kadyny, Suchacz i Pagórki.

Realizujemy odnowę wsi Pogrodzie i Kamionek Wielki. W Kamionku Wielkim poddaliśmy przebudowie świetlicę wiejską, a także plac przy tym obiekcie. Z kolei w Pogrodziu tworzymy miejsce rekreacyjne dla mieszkańców, gdzie będą mogli spacerować i wypoczywać. Idealnie nadaje się do tego zagospodarowany plac za świetlicą wiejską oraz teren nad stawem z pomostem.

Inwestycje, które pan wymienił, są bliskie ukończenia. Czy coś jeszcze zmieni się w mieście i gminie w tej kadencji?

W Suchaczu i Kadynach świetlice zostaną oddane do użytku w przyszłym roku, zaś w Pagórkach jeszcze przed końcem tego roku. Myślimy też o modernizacji wschodniego terenu lądowego portu w Tolkmicku, a także budowie obiektów hangarowych dla żeglarzy. Taką atrakcją będą w nim akwaria z rybami żyjącymi w Zalewie Wiślanym.

Chcemy też przywrócić funkcjonujące kiedyś połączenie statkiem przez Zalew między Tolkmickiem a Krynicą Morską. Przez Zalew odległość między tymi miejscowościami wynosi osiem kilometrów. Ta droga jest ważna dla rozwoju turystyki. Dzięki niej turyści będą mogli mieszkać w tańszych kwaterach w Tolkmicku, a spędzać czas nad morzem, w Krynicy Morskiej. Taka przeprawa zwiększyłaby standard podróżowania. W okresie letnim, kiedy jest duże natężenie ruchu, podróż wydłuża się nawet o dwie, trzy godziny, bo tyle trzeba stać w korkach. Inna sprawa to funkcjonowanie promu na Zalewie Wiślanym. W dalszych planach jest wyznaczenie nowego szlaku komunikacyjnego dla promu między Tolkmickiem a Krynicą Morską. Stworzyłoby to możliwość przewożenia nie tylko ludzi, ale także samochodów i towarów. Ale na razie jest to w sferze planów.

W Tolkmicku sporo inwestycji i prac nastawionych jest na przyciągnięcie turystów, którzy zostawiają pieniądze. Co jeszcze jest źródłem dochodu dla mieszkańców?

Główne źródła dochodu mieszkańców stanowi praca w gospodarstwach rolnych, praca w rybołówstwie, usługach, praca zarobkowa w miejscowym zakładzie przemysłowym produkującym mrożonki „Masfrost”. Coraz większą popularnością cieszy się baza hotelowa i gastronomiczna oraz powstawanie nowych pensjonatów i udostępnianie kwater turystom, gdzie mieszkańcy znajdują zatrudnienie. Część mieszkańców Tolkmicka, zarówno miasta, jak i gminy, znalazła zatrudnienie w Elblągu (jest położony w odległości 25 km). Bezrobocie sięga 14,2 proc. Przyszłościowo myślimy o pakiecie, który ściągnie inwestorów do gminy – jednak to wymaga w pierwszej kolejności zakończenia remontu głównej drogi wojewódzkiej i jednocześnie dojazdowej do Tolkmicka.

Z jakimi problemami Tolkmicko musi uporać się w najbliższym czasie?

Głównie związanymi z edukacją. Mamy niż demograficzny, ale to nie jest specyfika tylko naszej gminy. W związku z tym najcięższe jest utrzymanie szkół, natomiast szukamy innych rozwiązań niż ich zamykanie. Mamy też za mało lokali socjalnych. Sporą część budżetu pochłaniają koszty pomocy socjalnej, a to związane jest z bezrobociem. Szansą dla miasta i gminy okazał się zaległy podatek od gruntów zajętych pod wodami, tzw. podatek od dna morskiego, do płacenia którego zobligowany był Urząd Morski. Tolkmicko odzyskało z tego tytułu około 30 mln zł i odsetki, które wynikały z rozłożenia tej kwoty na raty.

Jak wygląda współpraca krajowa i międzynarodowa Tolkmicka?

W kraju ściśle współpracujemy z wojewodą warmińsko-mazurskim i samorządami: wojewódzkim, powiatowym oraz gmin ościennych – przy realizacji zadań publicznych, głównie inwestycyjnych. Przynależymy do kilku związków gminnych, działających w ramach stowarzyszeń: Stowarzyszenia Euroregion, Lokalnej Grupy Działania „Wysoczyzna Elbląska”, Lokalnej Grupy Rybackiej, Lokalnej Organizacji Turystycznej, dzięki którym realizujemy wspólne cele i zadania.

Ponadto współpracujemy np. z gminą Kamienskoje w Rosji. Najważniejszym miastem partnerskim jest jednak niemieckie Heringsdorf, a połączyła nas postać cesarza Wilhelma II. W tej niemieckiej gminie monarcha również miał swoją posiadłość, i tam również odpoczywał. Ta współpraca ma głównie charakter kulturalny. Majówki cesarskie w Kadynach organizowane są właśnie na bazie tej współpracy.

Podczas dożynek prezydenckich w Spale wystąpił pan w historycznym stroju…

Gmina bierze udział w ogólnopolskich dożynkach prezydenckich w Spale już po raz trzeci. Zaczęło się w 2010 r.: wówczas nasz wieniec reprezentował województwo warmińsko-mazurskie. Można powiedzieć, że był jedyny w swoim rodzaju, bo miał kształt żaglówki, która symbolizowała jeziora i Zalew Wiślany. W 2012 r. Gminę Tolkmicko w Spale reprezentował Suchacz, czyli wieś kaperska, a w tym roku Kadyny – czyli wieś cesarska. Dlatego na dożynkach wystąpiłem w mundurze Wilhelma II, podobnie jak na majówkach cesarskich i w Heringsdorfie na Kaisertage – dniach cesarskich.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:19

WĘDKA DLA OBSZARÓW RYBACKICH, CZYLI PO RYBY

Napisane przez

Program Operacyjny Ryby ma bardzo czytelną promocję w mediach elektronicznych i w prasie. Trafia do konsumenta, którym jest każdy z nas, bo promuje zdrowe odżywianie. Ale PO Ryby to znacznie więcej niż tylko szansa na więcej ryb na naszych stołach.

PO Ryby to skrót pełnej nazwy Programu Operacyjnego „Zrównoważony rozwój sektora rybołówstwa i nadbrzeżnych obszarów rybackich 2007-2013”. Jego celem jest: racjonalna gospodarka żywymi zasobami wód i poprawa efektywności sektora rybackiego; podniesienie konkurencyjności polskiego rybołówstwa morskiego, rybactwa śródlądowego i przetwórstwa ryb; poprawa jakości życia na obszarach zależnych od rybołówstwa.

Podczas The Tall Ships Races w dniach 2-6 sierpnia w Szczecinie odbyła się konferencja pn. „PO Ryby jako narzędzie wspierające promocję walorów turystycznych Pomorza Zachodniego”, na której członek Zarządu województwa zachodniopomorskiego Jarosław Rzepa przedstawił prezentację „Wpływ funduszy unijnych na rozwój regionu na przykładzie projektów realizowanych przez beneficjentów osi 4. PO Ryby 2007-2013”.

Zrównoważony rozwój

W ramach osi 4. – „Zrównoważony rozwój obszarów zależnych od rybactwa” – m.in. w Czaplinku zrealizowano projekt „Budowa zielonej siłowni” (Zakres 4.1a „Wzmocnienie konkurencyjności i atrakcyjności obszarów”), w Darłowie były armator rybacki zbudował kompleks drewnianych domków letniskowych (Zakres 4.1.b „Restrukturyzacja lub reorientacja działalności gospodarczej sektora rybackiego”), w Unieście (Gmina Mielno) dokonano modernizacji smażalni ryb „Sum”, (Zakres 4.1.c „Podnoszenie wartości produktów rybactwa, rozwój usług na rzecz lokalnej społeczności”), w Kołobrzegu przebudowano odpływ wód opadowych do morza (Zakres 4.1.d „Ochrona środowiska i dziedzictwa przyrodniczego”).

Wszystkie projekty dofinansowane z PO Ryby oś 4. były realizowane na obszarach zależnych od rybactwa, które negatywnie odczuły zmiany w koniunkturze gospodarczej. Stąd projekty związane z dywersyfikacją działalności, czy inwestycje dotyczące drobnej infrastruktury rybackiej. Trzeba przyznać, że właśnie lokalne inicjatywy umożliwiły rozwój oraz poprawę życia społeczności lokalnych związanych z rybactwem.

Priorytety i środki

Wszystkie osie priorytetowe to: 1. Środki na rzecz dostosowania floty rybackiej; 2. Akwakultura, rybołówstwo śródlądowe, przetwórstwo i obrót produktami rybołówstwa i akwakultury; 3. Środki służące wspólnemu interesowi; 4. Zrównoważony rozwój obszarów zależnych od rybactwa;
5.  Pomoc techniczna.

Instytucją zarządzającą PO Ryby jest Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a instytucjami pośredniczącymi są: Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (oś 1, 2, 3), samorządy województw (oś 4),  Fundacja Programów Pomocy dla Rolnictwa (oś 5).

PO Ryby finansowana jest z Europejskiego Funduszu Rybackiego. Na lata 2007-2013 największymi beneficjentami są: Hiszpania – 1131 mln euro, Polska – 734,1 mln euro, Włochy – 424,3 mln euro. Ogółem (EFR + wkład krajowy) na realizację osi 1, 2, 3 przeznaczono 616,7 mln euro – na wsparcie m.in. modernizacji statków, hodowli i rybołówstwa śródlądowego, modernizacji portów rybackich i zakładów przetwórstwa rybnego oraz aktywizację lokalnych społeczności. Samorządy województw mają do dyspozycji 313,2 mln euro.

Do końca 2012 r. na działania wdrażane przez ARiMR podpisano 6916 umów na kwotę 2376,4 mln zł. Dla 713 beneficjentów osi wdrażanej przez samorządy województw ARiMR wypłaciła kwotę 194,8 mln zł.

W województwie zachodniopomorskim, w ramach PO Ryby 2007-2013, do sierpnia br. podpisano 494 umowy na łączną kwotę ponad 109 mln zł. To oznacza ok. 220 zł dofinansowania na każdego z 493 821 mieszkańców obszarów zależnych od rybołówstwa z terenu województwa zachodniopomorskiego. W województwie wielkopolskim jest to z kolei 449 umów na kwotę 77 mln zł.

LGR = praca zespołowa

Lokalne Grupy Rybackie mają osobowość prawną, zrzeszają członków reprezentujących trzy sektory: publiczny (np. gminy, powiaty), społeczny (np. organizacje społeczno-zawodowe rybaków, hodowców ryb, przetwórców produktów rybnych), gospodarczy (np. przedsiębiorcy i zatrudnieni w sektorze rybackim). Grupa Rybacka jest specjalnym podmiotem, który opracował
i realizuje Lokalną Strategię Rozwoju. O realizacji strategii decyduje przede wszystkim wpływ rybołówstwa na dany region, a nie położenie geograficzne.

Obecnie działa ponad 40 LGR. Najwięcej w województwie pomorskim – 8, zachodniopomorskim – 7, kujawsko-pomorskim – 6. W pozostałych województwach od trzech do jednej LGR. Różna też jest liczba gmin
w poszczególnych Lokalnych Grupach Rybackich. Pod tym względem liderem jest LGR „Pojezierze Suwalsko-Augustowskie” – 17 gmin. Na projekty osi 4. otrzymała dotację w kwocie ponad 53,4 mln zł. Ostatnie przedsięwzięcia tej Grupy to III Międzynarodowe Targi Turystyczne i Wędkarskie na Pograniczu EXPO Sejny 2013 oraz Święto Siei.

Na terenie zachodniopomorskiego, oprócz 7 LGR, są gminy należące do 3 Grup Rybackich w ościennych województwach. Najwięcej, bo po 89 umów podpisały: LGR Zalew Szczeciński i Mieleńska LGR. Liderami wydatkowania środków są: Kołobrzeska LGR – ponad 21 mln zł i Darłowska LGR – ponad 20 mln zł.

KARP 2020 i inne

Po przekątnej od zachodniopomorskiego w województwie podkarpackim działa tylko jedna LGR „Starzawa”, której członkami jest 9 gmin. We wrześniu zorganizowali rajd rowerowy „Szlakami naszych ojców”, zorganizowali swoje stoisko na dożynkach w Ustrzykach Dolnych i podczas XI Regionalnych Dni Rybactwa w Skoczowie.

LGR „Starzawa” jest w grupie 12. LGR z południa Polski, które realizują „Wspólne przedsięwzięcie KARP 2020”. Opracowanie pn. „Strategia Karp 2020” powstało dzięki inicjatywie prof. dr hab. Ryszarda Wojdy. Jest to analiza problematyki rybactwa stawowego wraz z diagnozą i kierunkami jego rozwoju,  która wytycza na najbliższe lata drogi rozwoju polskiego karpiarstwa dominującego w akwakulturze regionu.

W każdej Grupie Rybackiej realizującej wspólny projekt KARP 2020 organizowane są różne przedsięwzięcia promujące karpia, jak np. „Święto Karpia” w Kaniowie (LGR „Bielska Kraina”), Kampania „Pan Karp z wizytą
u przedszkolaków” (LGR „Mazurskie Morze”), Festiwal Doliny Karpia (LGR „Dolina Karpia”), Wojewódzkie Święto Karpia oPolskiego (LGR „Opolszczyzna”) i wiele innych. Podczas takich festynów i festiwali często nadarza się okazja, by zobaczyć pokazowy odłów karpia, degustować zupy rybne, kupić produkt tradycyjny a nawet przejechać się bryczką.

Ze środków PO Ryby dofinansowuje się wiele imprez integrujących lokalne społeczności. Chodzi o rozmaite inicjatywy, np. Festyn „Rybka jeziorna w smaku wyborna” (LGR „Drwęca”), „Regionalne Dni Rybactwa” (LGR „Żabi Kraj”), „Święto Rybaka” (LGR „Starzawa”), „Święto Pstrąga Górskiego” (LGR „Bielska Kraina”), Turniej wędkarski (LGR „Partnerstwo Drawy”), „Łebski Dzień Rybaka” (LGR „Pradolina Łeby”).

W sierpniu 2013 r. na realizację projektów w ramach PO Ryby ARiMR otrzymała dodatkowe 250 mln zł. Nowy nabór wniosków już trwa.

We wrześniu w ramach PO Ryby zostały podpisane kolejne umowy na projekt dla LGR „Zalew Szczeciński” na remont świetlicy w Kołczewie (gmina Wolin) – kwota dofinansowania 387 tys. zł i na dwa projekty dla obszaru LGR „Partnerstwo Jezior”: na remont obiektu dla utworzenia miejsca inicjatyw społecznych, rekreacyjnych i promocyjnych wraz z dostępem do Internetu (gmina Drawno) – kwota dofinansowania 169 tys. zł oraz na budowę przystani wodnych i łowisk wędkarskich nad jeziorem Klukom (gmina Choszczno) – kwota dofinansowania 710 440 zł. W październiku gmina Biesiekierz (Mieleńska LGR) podpisała umowy na projekt poprawiający życie mieszkańców i ich bezpieczeństwo – budowę linii kablowej oświetleniowej wraz z latarniami wzdłuż dróg gminnych w miejscowości Stare Bielice. Kwota przyznanej pomocy – 533 tysiące złotych – to 50,26% kosztów przedsięwzięcia.

Jak w latach 2014-2020?

W projekcie Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi program finansowany z Europejskiego Funduszu Morskiego i Rybackiego na lata 2014-2020 nazywa się Program Operacyjny „Rybactwo i Morze”. Ma już swój nowy znak graficzny wyłoniony w konkursie.

Zgodnie ze Strategią Europa 2020 ogólne cele na lata 2014-2020 przekładają się na pięć unijnych priorytetów EFMR: 1. promocja zrównoważonego rozwoju rybołówstwa i akwakultury; 2. innowacyjność i konkurencyjność rybołówstwa i akwakultury; 3. wspieranie procesu wdrażania Wspólnej Polityki Rybołówstwa; 4. zwiększenie zatrudnienia i spójności terytorialnej; 5. zintegrowana polityka morska. Projekt ministerstwa zawiera analizę SWOT rybołówstwa morskiego i śródlądowego, która jest punktem wyjścia do wskazanych w dokumencie kierunków działania PO Rybactwo i Morze. Ale to już temat na inny artykuł. 

Przegląd tradycyjnych potraw świątecznych potwierdza, że w każdym regionie Polski są one inne. Jednak przegląd potraw tradycyjnych zachwyca różnorodnością, jakością, wiernością recepturom i – co pewnie najważniejsze –  niezwykłymi walorami smakowymi.

W Polsce zarejestrowanych jest 1251 produktów tradycyjnych. Pod względem regionalnym prym wiodą województwa: podkarpackie – 144, pomorskie i śląskie – po 136, lubelskie – 111. Listę zamykają z kolei: lubuskie – 16, zachodniopomorskie – 21, warmińsko-mazurskie – 24.

„Miody z Lasu Świętej Marii” i „Konfitura szczecińska z zielonych pomidorów” to dwa nowe produkty regionalne województwa zachodniopomorskiego wpisane na Listę Produktów Regionalnych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Na akceptację czeka już siedem kolejnych produktów. W tym roku zostało zaakceptowanych m.in. sześć potraw tradycyjnych z tarnowskiego (województwo małopolskie): blachorze, zalipskie pierogi, chleb żytni gruszkowski (z dodatkiem maślanki z Gruszowa), strojcowskie zawijoki, ogórki konserwowe z Kanny, rosół polski. Często są to potrawy niezwykle proste, według receptur przyrządzanych w czasach, kiedy przygotowanie posiłku wymagało kulinarnej wyobraźni gospodyni. To dlatego czasem autorzy potraw tradycyjnych, z rozbawieniem komentując zachwyt konsumentów, mówią o ich tęsknocie do jedzenia, znanego z wakacji u babci na wsi.

Jakość i wyjątkowość

Produkt tradycyjny chętnie wykorzystywany jest do promocji gminy czy regionu. Truskawką kaszubską („kaszebsko malena” na LPT od 2008 r.) w lipcu 2011 r., z okazji prezydencji Polski w UE, obdarowano urzędników Komisji Europejskiej. Do Strasburga zawieziono wówczas 3,5 tony tych truskawek. Jesienią natomiast, promowanym w KE produktem tradycyjnym były… polskie jabłka. Truskawka kaszubska trafiła nawet na znaczki pocztowe. W czerwcu 2013 r., podczas Dni Kaszubskich w Brukseli, kuchnię regionu prezentowały: kaszubski kuch marchewny, sernik na ziemniakach, mus z truskawek kaszubskich, zylc (galareta wieprzowa) i brejka (unikatowa kawa po kaszubsku). Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nawet nazwy – nie tylko kaszubskich zresztą – potraw tradycyjnych są intrygujące.

Akceptacja i zainteresowanie produktami tradycyjnymi wynika nie tylko ze znużenia ogromną ilością towarów w marketach spożywczych, ale także coraz większą troską o zdrowe odżywianie. Produkt lokalny, tradycyjny, regionalny powstaje z produktów wytwarzanych w danym regionie według receptury stosowanej od lat. Owoce i warzywa dojrzewają w okolicy, a nie podczas transportu z innego kraju do Polski, tracąc przy tym wartości odżywcze.

Wyjątkowość produktu tradycyjnego podkreśla historia jego powstania. Przepis na „strojcowskie zawijoki z ziemniakami” gospodyniom gminy Bolesław przekazali podobno jeszcze podczas II wojny światowej ukrywający się
w okolicy spadochroniarze. Historia „sera welskiego” produkowanego w Lidzbarku Welskim sięga 1906 r. Nazwa sera pochodzi od rzeki Wel – otoczonej łąkami, gdzie wypasano krowy, a z otrzymanego mleka produkowano ser o niepowtarzalnych walorach smakowych. Przepis na „sielawę wędzoną z Pojezierza Drawskiego” tuż po wojnie przekazali ludności napływowej przebywający tam jeszcze niemieccy rybacy.

Urok produktów tradycyjnych to nie tylko wyjątkowe doznania kubków smakowych, ale też ich wyjątkowe historie związane z niezwykłą przeszłością lokalnej społeczności. Receptury przekazywane są z pokolenia na pokolenie albo odkrywane w starych książkach kucharskich. I tak np. przepis na „konfiturę z zielonych pomidorów” pochodzi z książki „Stettiner Geschenk – Kochbuch fűr junge Ehe” (Szczecińska książka kucharska dla młodych małżeństw), a przepis na „rosół polski” z terenu Lokalnej Grupy Działania „Dolina Raby” jest pierwszym przepisem z pierwszej polskiej książki kucharskiej z 1682 r., która powstała na zamku w Wiśniczu.

Trzeba pogratulować determinacji wnioskodawcom, którzy pragną docenienia potrawy tradycyjnej poprzez wpisanie jej na Listę.

Jak trafić na Listę Produktów Tradycyjnych

Na Listę MRiRW wpisywane są produkty, których jakość, wyjątkowe cechy i właściwości wynikają ze stosowania tradycyjnych metod produkcji, stanowią element dziedzictwa kulturowego regionu, w którym są wytwarzane, oraz są elementem tożsamości społeczności lokalnej. Za tradycyjne uważa się metody produkcji wykorzystywane od co najmniej 25 lat. Precyzuje to ustawa „o rejestracji i ochronie nazw i oznaczeń produktów rolnych i środków spożywczych oraz o produktach tradycyjnych” (Dz. U.2005 NR 10, poz. 68).

Wpis produktu na Listę Produktów Tradycyjnych nie wiąże się z ochroną nazwy oraz kontrolą zgodności produkcji z zadeklarowaną metodą wytwarzania. Producenci produktów wpisanych na Listę Produktów Tradycyjnych mogą ubiegać się o uzyskanie odstępstw od wymagań sanitarnych i weterynaryjnych, jeżeli konieczność taka wynika z tradycyjnej receptury. Wniosek o wpis na Listę Produktów Tradycyjnych składa się do właściwego miejscowo marszałka województwa, który dokonuje jego oceny i po pozytywnej weryfikacji przesyła do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Z wnioskiem o wpis produktu na Listę Produktów Tradycyjnych mogą wystąpić osoby fizyczne, osoby prawne oraz jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej, wytwarzające dany produkt (zgodnie z art. 49 ustawy „o rejestracji i ochronie nazw i oznaczeń produktów rolnych i środków spożywczych oraz o produktach tradycyjnych”).

Polskie produkty tradycyjne obejmują dziesięć kategorii: produkty mleczne, mięsne, produkty rybołówstwa, warzywa i owoce, wyroby piekarnicze i cukiernicze, oleje i tłuszcze, miody, gotowe dania i produkty, napoje i inne (np. balsam kapucyński, grzyby marynowane z szyszką, ciechocińska sól). Produkt może być skreślony z Listy w przypadku, gdy nie ma możliwości nadania mu takich cech i właściwości, które były podstawą umieszczenia go na Liście Produktów Tradycyjnych.

Lokalne nie tylko z Listy

Kiermasze i jarmarki produktów regionalnych odbywają się w galeriach handlowych i na targowiskach, na regionalnych targach żywności czy licznych festiwalach smaku. W tym roku były to m.in. w maju – Jarmark Produktów Regionalnych w Uniejowie, w lipcu – Jarmark Jakubowy w Szczecinie i „Na pasterskim szlaku” w Łupkowie (projekt realizowany przez Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Łupkowa i Okolic), w sierpniu – IV Europejskie Targi Produktów Regionalnych w Zakopanem, Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku w Poznaniu, gdzie m.in. był konkurs nalewek i mnóstwo konkursów, jak np. „Nasze Kulinarne Dziedzictwo – Smaki Regionów”.

Dla konsumentów frajda niezwykła, dla producentów – możliwość zaprezentowania swojego produktu oraz zmierzenie się z konkurencją w różnych konkursach na potrawy i produkty tradycyjne. Np. w Zakopanem za najlepsze uznane zostały sery ze Śląska Cieszyńskiego: „ser pasterski z czosnkiem niedźwiedzim” z Istebnej, bryndza z Istebnej, „parzęnice”z Koniakowa i „feta owczo-krowia” z Czudca. Na Jarmarku Jakubowym w Szczecinie wybrano produkt, który ma stać się charakterystycznym wyrobem Jarmarku. Jest to „muszla jakubowa” – muszla z nadzieniem śmietankowym,z bakaliami zanurzonymi w rumie i orzechami arachidowymi. W konkursie na trunek, zorganizowanym przez Muzeum Kultury Pomorza w Słupsku, wygrała „pigwóweczka pana Wiesia” ze Szczecina.

Oczywiście, nie wszystkie nagrodzone potrawy spełniają warunki, by ubiegać się  o wpisanie ich na Listę. Dla konsumentów jednak najważniejsze jest to, że produkt ma pochodzenie lokalne, bo jest zrobiony z wysokiej jakości produktów, które są z miejsca nieodległego od miejsca zamieszkania. I, co wcale nie jest wyjątkowe, wielu próbuje i robi samodzielnie np. konfiturę
z zielonych pomidorów czy nalewkę z pigwy. Sądzę, że moda na konfitury domowej roboty według przepisu babci jest buntem wobec przeciwutleniaczy i zagęstników w słoikach z przetworami na półkach sklepowych.

Moda czy konieczność

Produkt tradycyjny identyfikowany jest z towarem charakterystycznym dla kultury danego regionu. Mimo niemal nieograniczonego dostępu do różnorodnych artykułów          spożywczych, coraz częściej poszukujemy wyjątkowego i oryginalnego smaku. Zapewniają nam go lokalni producenci, dostarczający na rynek tradycyjnie wykonane artykuły wysokiej jakości. Zaletą zainteresowania konsumentów ich wyrobami jest w znacznym stopniu wsparcie lokalnych przedsiębiorców. My kupujemy – oni zarabiają.

Dzięki takim imprezom, jak – oprócz już wymienionych – Festiwal Lokalnej Żywności w Krakowie, Festiwal Kultury Kresowej i Produktu Regionalnego w Chełmie, Targ Żywności i Regionalnej w Elblągu, Targ Rękodzieła i Żywności Regionalnej w Białymstoku, Jarmark Produktów Regionalnych w Uniejowie, mamy okazję poznać smaki polskiego stołu. Mniej w tym mody, a więcej troski o zdrowie i tradycję.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:44

ARCHITEKT Z GŁOWĄ DO… KAPELUSZY

Napisane przez

Ma zmysł do mody, jej ubrania, dodatki – a zwłaszcza kapelusze – zawsze budziły podziw. Po maturze chciała iść do łódzkiej „odzieżówki”, ale rodzice przekonali ją, że ubrań do garnka raczej nie da się włożyć. W 1957 roku ukończyła więc Wydział Architektury na Politechnice Gdańskiej, a już na emeryturze zamieniła cyrkiel i ekierkę na pędzel.

Architekt i znana wałecka malarka, Irena Żychowska, urodziła się w Drużkopolu na Wołyniu. Bliscy do dziś wołają na nią Inka, bo w rodzinie, w trzech pokoleniach, były już trzy Ireny.

Rodzina

Matka – Irena z domu Raszyńska, i ojciec – Marian – Maruszniakowie ukończyli Uniwersytet Lwowski. Rodzice byli nauczycielami matematyki i dużo od niej wymagali.

Rodzina ze strony mamy pochodziła spod Warszawy. Babcia – Irena Raszyńska – była modystką w Przasnyszu. Dzięki niej przetrwało wiele rodzinnych historii, bo wszystkie zapisywała w pamiętniku. Dziadek Jan Raszyński, felczer, walczył na wojnie japońsko-rosyjskiej. Wracając z frontu, poznał właściciela fabryki dykty pod Klewaniem i postanowił tam zostać, sprowadzając rodzinę na Wschód.

Ojciec – profesor matematyki, pochodzący spod Lwowa, wybrał pracę na wołyńskiej wsi. Tam budował szkołę. Ukończono ją w 1939 roku, ale już dwa lata wcześniej uczyły się w niej dzieci. Jako rezerwista piechoty, 19 sierpnia 1939 r., na własne imieniny, dostał powołanie do wojska we Włodzimierzu. – Miałam przygotowaną laurkę, ale nawet nie zdążyłam mu jej wręczyć – wspomina po latach Inka. − Przez pierwszy rok wojny nie miałyśmy z matką od niego żadnych wieści.

Pod Bydgoszczą dostał się do niewoli i resztę wojny spędził w obozie jenieckim w Woldenbergu, Oflagu II C, w dzisiejszym Dobiegniewie. Z tego obozu Inka Żychowska do dziś przechowuje książeczkę z rysunkami, przedstawiającymi, jak jeńcy próbowali prowadzić w miarę możliwości normalne życie w warunkach obozowych. Był tam nawet kabaret. Później ojciec Inki wspominał, że siedział w obozie z ludźmi, których nigdy nie spotkałby na wolności. Wśród nich był choćby znany aktor, wykładowca w PWST w Warszawie Kazimierz Rudzki.

Wojenna wędrówka

W 1942 roku na Wołyniu zaczęła się bieda. Ludzie cierpieli głód, a Inka mimo to przygarniała wszystkie zwierzęta. To prawdopodobnie uratowało jej życie. Kiedyś, zimą, wybrała się z matką do szkoły. Idąc z miasta na wieś, musiały pokonać dziesięć kilometrów. Była ładna pogoda, więc poszły na skróty przez las. Kiedy zbliżały się do głównej drogi, nadjechała furmanka z Niemcami. Zaczęły uciekać, ale spuszczono za nimi wilczura. Kiedy je dogonił, przestał szczekać, a nawet zaczął się łasić i lizać jej ręce. Widocznie musiała „pachnieć” zwierzętami. Niemcy strasznie wrzeszczeli, ale po wylegitymowaniu puścili je wolno.

Życie na Wołyniu stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Ludzie zaczęli masowo uciekać. Był styczeń 1944 r. Wtedy mieszkały jeszcze w Kamionce Strumiłowej. Nie pamięta, jak dostały się z matką i babcią do pociągu, z dobytkiem zapakowanym do walizeczek. Z Wołynia przedostały się na Lubelszczyznę, ale w pierwszych dniach błąkały się od miasta do miasta. W końcu znalazły miejsce w Radecznicy za Szczebrzeszynem i Biłgorajem, w klasztorze u ojców Bernardynów. Do Radecznicy, 12 kilometrów, wiózł je saniami chłop ze Szczebrzeszyna. W czasie wojny był to ośrodek tajnych spotkań żołnierzy AK.

Ojciec, po wyjściu z Woldenberga w 1945 r., zatrzymał się w Chodzieży (dzisiaj województwo wielkopolskie) i pisał listy, żeby odszukać rodzinę. Znalazła się jeszcze w tym roku. − Matce pensja była płacona albo i nie, więc żeby zarobić na podróż, wystawiła w szkole „Krakowiaków i górali” – opowiada Inka.

Tą drogą rodzina po wojnie znalazła się w Chodzieży.

Lata powojenne

Dwunastoletnia wówczas Irena była drobniutkim podlotkiem, ale z niespożytą energią, co powodowało, że mimo woli pakowała się w nieprawdopodobne historie. Tu przeprowadziła pierwszy eksperyment malarski. Ojciec jej przyjaciółki Basi był współwłaścicielem znanej przed wojną, a istniejącej do dziś fabryki porcelany. Przed uwłaszczeniem zakładu ukrył złotą farbę, którą wykańczało się porcelanę, w kance. Farba była droga, z racji na domieszkę złota. Na jej dostawę podpisywano zagraniczne kontrakty.

Inka i Basia znalazły kankę gdzieś w szopie i wpadły na pomysł, by tą farbą pomalować mamom płoty na Dzień Matki. – Było to w czasach, kiedy jeszcze nie było zakazu na kary cielesne, a mama specjalnie poczucia humoru nie miała, więc skończyło się setnym laniem – wspomina Irena Żychowska. − A dla ojca Basi dużymi nieprzyjemnościami.

Skandalistka

Kiedy w latach 50. rozpoczynała studia na Politechnice Gdańskiej, postanowiła zostać urbanistką, a nie architektem od budynków. – W normalnym budownictwie nie można się było zrealizować, wszyscy byli biedni, więc budowano najprościej i tanio – tak uzasadnia swój wybór. – Dominowała wielka płyta, a obowiązujące normy narzucały, by budynek dłuższy o dwadzieścia centymetrów skrócić ze względu na koszt. Duże pole do popisu dawało projektowanie kościołów – dodaje.

W czasach gdańskich poznała pisarkę Joannę Chmielewską, która również studiowała architekturę. Ma wszystkie jej książki, ale najbardziej lubi „Lesia”, bo opisana w niej pracownia projektowa przypomina jej klimat miejsc, w jakich sama pracowała. Na studiach poznała też Jacka Fedorowicza, Edmunda Fettinga, Bogumiła Kobielę, Zbyszka Cybulskiego, Czesława Niemena, wówczas jeszcze – Wydrzyckiego.

W 1954 r. wystąpiła epizodycznie w teatrzyku Bim-Bom, w spektaklu w reżyserii Jerzego Gruzy, którego tytułu nie pamięta. Grała… posąg stojący w jesiennym lesie. – Był to pierwszy spektakl, kameralny, tylko dla gdańskich studentów – wspomina Irena Żychowska. – O przedstawieniu napisał „Wieczór Wybrzeża” i nie wiem, jakim cudem gazeta dotarła do Chodzieży, a koło nauczycielskie zwróciło się do ojca z pretensjami, że pojawiłam się… nago.

„Przystanek”

Skończyła studia, rozstała z pierwszym mężem i mogła jechać do Lidzbarka Warmińskiego, choć ten wydawał się końcem świata. Przyjechała do Piły, gdzie mieszkali jej rodzice.

− Ojciec dostał w szkole wilczy bilet. Zarzucono mu, że źle wpływał politycznie na młodzież – przytacza kolejną rodzinną historię pani Irena. − W tamtych czasach każda lekcja miała rozpoczynać się od wychwalania ówczesnego systemu. Ojciec nie wiedział, jak przejść od takiego wstępu do matematyki, więc wchodził do klasy, rzucał: „Niech żyje Stalin” i z dziwną miną rozpoczynał lekcję. Starsza młodzież założyła grupę opozycyjną, która się zbierała w Trzciance. Jeden z uczniów powiedział o tym mojemu ojcu, a inny chłopak doniósł, że on o tej grupie wie – i został usunięty ze szkoły na podstawie donosu.

Kiedy w 1959 r. powstał w Pile szpital powiatowy, Marian Maruszniak zakładał laboratorium. Było to możliwe, bo w Woldenbergu był prawie uniwersytet, na którym skończył chemię i fizykę.

W Pile poznała też drugiego męża. – W szpitalu pracowało pięciu lekarzy, czterech się we mnie kochało, a jeden nie i postanowiłam, że… tak nie będzie – wspomina Inka spotkanie z przyszłym mężem. − Kiedy się przedstawił, myślałam, że nazywa się Ryszard Orzechowski, a był Żychowski – wspomina. Poznali się w 1958 roku. W Wałczu na młodego lekarza czekała praca – ale z kolei nie było posady dla architekta. Na miejsce czekała do czasu, kiedy w mieście powstało Wałeckie Przedsiębiorstwo Budowlane.

W Pile Irena Żychowska była pierwszą szefową Powiatowej Pracowni Urbanistycznej. Miasto, wówczas w powiecie trzcianeckim, było zrujnowane, z dala od dużych ośrodków. Nie było też z nimi dobrze skomunikowane. Dyplom, który Irena Żychowska obroniła 13 marca 1957 roku – „Piła jako miasto wojewódzkie” – o czym na owe czasy nie było mowy, nie odbiegał od planów, które zrealizowano w 1975 roku.

Zawsze myślała, że wróci do Gdańska, a mieszka w Wałczu już pięćdziesiąt lat i „nawet bardzo lubi to miasto”.

Kiedyś z Dobrochną Szymańską, byłą dyrektor Muzeum Ziemi Wałeckiej, próbowała uratować jeden z ładniejszych budynków w mieście, taki naprzeciwko poczty, ale się nie udało – na jego miejscu powstał nowy obiekt. Przy wałeckim Rondzie Niepodległości stoi Pieta z 1908 r., wykonana w Monachium. Jest to rzeźba z kamienia ufundowana przez katolików niemieckich przed I wojną światową jako wotum za ocalenie od epidemii zarazy, nękającej okolice Wałcza. Idąc niedawno obok figury, zauważyła, że ktoś pociągnął ją „barankiem”. Narobiła wówczas szumu i przyniosło to taki skutek, że zdarto tynk. Kosztowało to miasto 40 tysięcy złotych, a Pieta wciąż wymaga renowacji i oczyszczenia cokołu.

Wiele lat temu na Piaskach na przesmyku między jeziorami Trzebieszki i Krępskiem Górnym znalazła zaniedbaną pstrągarnię i przerobiła ją na domek letniskowy, który nazwała od imienia męża „Rysiówką”. Jej koleżanka z Warszawy orzekła jednak, że domek musi mieć nazwę od dwóch imion i wymyśliła „Rysinkę”.

Sześćdziesiąt sześć kapeluszy

− Moja mama od maleńkości mi powtarzała, że jesteśmy za biedne na złe gatunki materiału. Najmniej na dziesięć lat muszą starczyć – wspomina Inka. – A ja marzyłam, żeby po roku wyrzucić uszyte z nich ubrania. Ale materiały były za solidne i to się nie chciało niszczyć – wzdycha. Kiedy brakuje materiałów, przenicowuje ubrania, czyli szyje tak, że najpierw nosi je na prawo, a potem pruje i przekłada… na lewo. To sposób jeszcze z lat wojennych.

Czasy studenckie wspomina, jak prawdziwą rewię mody. Z koleżankami kupowała najtańszy materiał, tzw. cajg – czarny lub szary, z białymi, cieniutkimi niteczkami. Koce w akademikach szły na płaszcze zimowe. Nigdy nie nabrała cierpliwości do szycia, ale nie miała wyjścia, więc szyła i to w rękach.

Kiedy nastała moda „na Bardotkę”, czyli obowiązkowa stała się spódnica na halkach, wypatrzyła w sklepie pszczelarskim sztywną siatkę. Nie podwinęła jej, a kiedy wróciła do domu, nogi miała całe we krwi.

Zazwyczaj nosi się sportowo i klasycznie. Pierwsze dżinsy nabyła w 1952 roku i nie ściąga ich do dziś. Uwielbia marynarki, a za idealne dopełnienie stroju uważa kapelusze, których obecnie ma sześćdziesiąt sześć. − Wiem, że ubieram się niestosownie, ale propozycje dla mojego wieku to zazwyczaj coś szerokiego, workowatego, czarnego, szarego. Nie mam wyjścia. Ubieram się… młodzieżowo – kwituje.

Strona 6 z 10

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY