Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 71.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 48.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

Człowiek i społeczeństwo

Człowiek i społeczeństwo (128)

środa, 26 luty 2014 19:36

ULICZNE PRZEPYCHANKI

Napisane przez

Mogłoby się wydawać, że ćwierć wieku po upadku komunizmu spory o nazwy ulic również należą w Polsce do przeszłości. Tymczasem nic bardziej mylnego: utarczki zdarzają się co prawda rzadziej, ale budzą równie duże emocje, co kiedyś. Mimo tego, że często wcale nie są to już nawet spory ideologiczne.

Pod koniec ubiegłorocznych wakacji radny z Wrocławia, Sebastian Lorenc, złożył u prezydenta Rafała Dutkiewicza interpelację, by ponownie oficjalnie nazwać wzgórze w Parku Południowym imieniem Georga Bendera. Był to nadburmistrz Wrocławia z przełomu XIX i XX w., a wzgórze jego imienia istniało w stolicy Dolnego Śląska do 1945 roku. Wcześniej z takim pomysłem zgłaszało się do komisji kultury rady miasta Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia – bezskutecznie. Jak tłumaczył jeden z radnych, Bender to kontrowersyjna postać, która Polakom zalazła za skórę.

Meandry wrocławskiej przeszłości

Mimo to Lorenc postanowił spróbować jeszcze raz. Swoją propozycję uzasadniał tym, że Bender w latach swoich rządów bardzo wiele zrobił dla Wrocławia, m.in. powiększył jego obszar, a do miejskiej kasy zaczęło z tego tytułu wpływać więcej pieniędzy. Tyle że Georg Bender, jako patron wzgórza, wciąż nie wszystkim się podoba. Ba, wręcz budzi kontrowersje. Przed objęciem urzędu nadburmistrza Wrocławia, był burmistrzem Torunia i słynął z, delikatnie mówiąc, niechęci do Polaków. Podkreślał to nawet publicznie. – To światła postać w dziejach Wrocławia, ale jak widać, nie wszystko jest takie proste – mówił w jednym z wywiadów Jerzy Skoczylas, przewodniczący Komisji Kultury i Nauki Wrocławia.

Bender jest znany m.in. z tego, że w Toruniu wskazał dom, w którym mieszkała rodzina Mikołaja Kopernika (teraz jest tam muzeum astronoma). Jednocześnie jednak podkreślał, że Kopernik był Niemcem, a Polacy „przywłaszczyli” sobie jego sukcesy, bo brak im wielkich uczonych.

Nie jest jednak tak, że Wrocław za wszelką cenę chciał wymazać swoją przedwojenną przeszłość. Chociaż większość nazw sprzed 1945 roku zniknęła, to niektóre wciąż się zachowały. Nadal istnieje ulica Wilhelma Roentgena (noblisty z dziedziny fizyki) czy Roberta Kocha (również noblisty, wybitnego lekarza). Kolejne wyjątki to ul. Pestalozziego i... Kopernika. Czasem usuwanie nazw wynikało ze zwyczajnej niewiedzy, np. ulica Holtei’a otrzymała nowego patrona – Darwina. Tymczasem Karol von Holtei był polonofilem, wielbicielem Tadeusza Kościuszki.

Co ciekawe, Wrocław wydaje się mieć wyjątkową skłonność do kłótni o nazwach ulic. W styczniu urzędnicy miejscy zaproponowali, by do części nazw ulic dodać kierunki świata. Meliorancka Południowa, Polanowicka Północna, Żwirki i Wigury Zachodnia – to nowe nazwy fragmentów tras koło obwodnicy Wrocławia, które wymyślili urzędnicy. Ich zdaniem, zamieszanie z ulicami wprowadziła w mieście Autostradowa Obwodnica, która przecięła na dwie części pięć istniejących tras.

Pomysł nie wszystkim się podoba. Komisja Nazewnictwa Ulic, działająca przy Towarzystwie Miłośników Wrocławia, ma swoje zdanie na ten temat. – Wrocław to nie Ameryka, gdzie jest tradycja dodawania do ulic kierunków świata. Propozycję oceniamy negatywnie, ponieważ wprowadzi zamieszanie – mówił prof. Bernard Jancewicz, przewodniczący Komisji. Przekonuje on, że mieszkańcom ulice zlokalizowane w tej samej części miasta będą się po prostu mylić.

Obrońcy przystanku Jubilat

Podczas gdy we Wrocławiu można doszukać się sensu w dyskusjach o nazwach, to gdzie indziej wcale nie jest to regułą. Np. w Krakowie, w ubiegłym roku, Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu postanowił zlikwidować nazwy takich przystanków, jak m.in. Kabel, Jubilat, Biprostal, Hala Targowa, Dom Handlowy Wanda i wprowadzić zamiast nich nazwy ulic, przy których się znajdują. Urzędnicy uzasadniali, że chcą w ten sposób ułatwić poruszanie się po Krakowie turystom. Pomysł likwidacji popularnych nazw wywołał jednak gwałtowną reakcję. Błyskawicznie na Facebooku powstała grupa sprzeciwiająca się pomysłowi ZIKiT, która w krótkim czasie zyskała poparcie prawie 5 tysięcy osób.

Mieszkańcy argumentowali, że obecne nazwy są bardziej rozpoznawalne niż ulice, przy których się znajdują. Prześcigali się wyłapywaniu absurdów w proponowanych zmianach.

Dlaczego przystanek Opolska Estakada ma się zmienić na Estakada Rozwadowskiego? Przecież prawie nikt nie wie, jakie nazwy noszą estakady. Dlaczego znika nazwa Jubilat, a jedną z nowych ma być niewiele mówiąca Brama 2? „Kabel stanie się Malborską, Malborska stanie się Dauna, Dauna stanie się Spółdzielców. Bardzo inteligentne, to na pewno poprawi komunikację i nie wprowadzi zamętu” – kpił jeden z internautów. „Proponuję jeszcze zmianę nazwy przystanku Wawel, no bo przecież nie obiektu, tylko ulicy szukają turyści” – dodawał inny. Pojawiły się także głosy, że to, co ma zniknąć w Krakowie, jest normą w innych dużych miastach. W Londynie nawet przystanki metra noszą nazwę nie od ulic, ale od ważnych miejsc.

Pod wpływem protestów ZIKiT postanowił wycofać się ze zmiany. Inna sprawa, że cierpliwość mieszkańców grodu Kraka mogła się wyczerpać: krakowscy urzędnicy już rok temu przeprowadzili podobną rewolucję. Wprowadzili ponad sto nowych nazw. Wtedy objęły one przede wszystkim mniej znane przystanki – nie udało się jednak zmienić nazwy przystanku Dworzec Główny przy ulicy Basztowej. Pasażerowie w głosowaniu internetowym postawili weto.

Ulica godna apartamentowca

Nie zawsze jednak udaje się uratować dotychczasowe, czasme historyczne nazwy ulic. Tak może być w przypadku ulicy Krowiej w Warszawie. To nieduża ulica na Pradze. W XIX w. była tu ubojnia bydła. Do niedawna ulica była zaniedbana i zarośnięta trawą. Teraz ma prowadzić do nowoczesnego kompleksu mieszkalno-biurowego budowanego przez spółkę Port Praski.

Spółka ta chce, aby nazwa ulicy Krowiej została zmieniona na Vaclava Havla. Już raz taka inicjatywa przepadła – od śmierci prezydenta Czech nie minęło bowiem pięć lat, a to jest właśnie okres zalecany w takich sytuacjach. Do tego wątpliwe, aby nieżyjący prezydent Czech kiedykolwiek odwiedził te okolice. Wydział infrastruktury odrzucił propozycję zamiany, ponieważ nazwa ulicy – Krowia – jest historyczna. Sprawa jednak jest w toku, ponieważ radni nie są jednomyślni. Jedni uważają, że inwestor, który wydaje olbrzymie sumy w dzielnicy, zasługuje na rozważenie jego wizji – zwłaszcza, że zmiana nazwy ulicy Krowiej nie wiąże się z żadnymi istotnymi kosztami. Inni mówią, że ulica ta na dobre wpisała się już w historię Pragi i nie należy jej zmieniać.

Najlepszym podsumowaniem całej sprawy jest komentarz anonimowego internauty: „No tak, skoro zostawia duże pieniądze, to jak najbardziej powinien dostać to, czego chce... Jak się zabierze kiedyś za budowanie apartamentowców przy Polu Mokotowskim i tam też zostawi duże pieniądze, może warto zrobić tam pole golfowe tylko dla bogatych? Rzygać się chce od decyzji tych wszystkich "radnych" i "polityków" :/”

środa, 26 luty 2014 19:28

GMINY PODSTAWĄ KOALICJI NA RZECZ ZRÓWNOWAŻONEGO ROZWOJU

Napisane przez

Dziś, jak nigdy chyba przedtem, sprawą o podstawowym dla nas wszystkich znaczeniu jest  zapewnienie wystarczającej ilości energii, bezpieczeństwo jej dostaw i walka o obniżenie  kosztów jej wytwarzania.

Wiele się o tym mówi i pisze, często jednak bez rzetelnej argumentacji i rzeczowej informacji, dla mieszkańców, dla wspólnot, dla samorządów. A przecież blisko 40 proc. wszystkich polskich gmin zaliczyło kwestie energetyczne do priorytetów swojego działania, uznając  za konieczne opracowanie założeń do planów zaopatrzenia gmin w ciepło, energię elektryczną i paliwa gazowe. Z biegiem czasu do takiego stanowiska dojdą zapewne wszystkie gminy, bo ich obowiązki z tym związane są liczne.

Należą do nich m. in.:

●planowanie i organizowanie zaopatrzenia w ciepło, energię elektryczną i paliwa gazowe na swoim obszarze;

●planowanie oświetlenia miejsc publicznych i dróg znajdujących się na swoim terenie;

●finansowanie oświetlenia ulic, placów i dróg publicznych;

●planowanie i organizowanie działań mających na celu racjonalizację zużycia energii, a także promocję rozwiązań zmniejszających zużycie energii.

W obecnych warunkach, niestety, władze gminy nie mają specjalnych możliwości spełnienia oczekiwań mieszkańców, jeśli chodzi o koszty i rytmikę dostaw energii, głównie dlatego, że  gmina nie zarządza systemem zaopatrzenia w energię na swoim terenie. Gminy, choć mają obowiązek planowania, organizowania, finansowania, to nie mają prawa i możliwości bezpośredniego oddziaływania na sposób, który zapewni mieszkańcom gminy energię tanią i w dostatecznej ilości.

A jak to wygląda w  innych krajach?

W Szwecji to właśnie gminy zarządzają dostawami energii dla swoich mieszkańców. I to na poziomie 70 proc. całości zużywanej energii. Tylko 30 proc. energii pochodzi ze źródeł położonych poza terenem gminy. Także paliwo dla transportu dostarczają położone na terenie gminy wytwórnie biopaliw. W Niemczech również coraz więcej gmin jest całkowicie niezależnych pod względem dostaw energii i to przy zerowej pod względem szkodliwości jej emisji. Są to, w pełnym tego słowa znaczeniu, ekologiczne, zielone gminy, w których potrzeby na energię pokrywane są w 100 proc. przez lokalne generatory.

Wiele krajów ogłasza swoje programy energetyczne, których głównym celem jest osiągnięcie wysokiego poziomu niezależności energetycznej. Budowane są tam nowoczesne systemy zarządzania energią, które zapewnią liczne korzyści dla ochrony środowiska i pozwolą osiągnąć niezależność energetyczną, obniżyć cenę energii, stworzyć tysiące nowych miejsc pracy. W Niemczech w ostatnich kilku latach, dzięki rozwojowi energetyki rozproszonej, powstało 370 tys. nowych miejsc pracy.

Podstawowe różnice w podejściu do zarządzania energią w Polsce i w krajach które przystąpiły do budowy nowoczesnych systemów energetycznych można sprowadzić do trzech głównych elementów.

Po pierwsze, projekty krajowych systemów zarządzania energią wykorzystują sieci inteligentne (ang. - smart grid) i rozproszone systemy wytwarzania energii, które przewidują wykorzystanie w tych systemach najnowszych technologii informatycznych (IT). Jest to możliwe dzięki użyciu inteligentnych urządzeń umieszczonych jako elementy sieci energetycznych. W efekcie daje to znacznie większe możliwości funkcjonalne przy niższych kosztach.

Po drugie, właściwe określenie celu, który należy osiągnąćw rezultacie zbudowania i eksploatowania krajowego systemu zarządzania energią. We wszystkich krajach realizujących nowoczesne systemy zaopatrzenia w energię celem głównym jest uzyskanie niezależności energetycznej. A istotne jest to, że cel ten jest realizowany przez uzyskiwanie niezależności energetycznej na poziomie regionu, czy jednostek o charakterze naszych gmin. Osiągnięcie niezależności energetycznej, w sensie ekonomicznym, polega na pozostawieniu  na potrzeby własne gminy, regionu czy kraju pewnej, najczęściej dużej, części środków finansowych płaconych za energię dostawcom nośników energii pochodzącym spoza regionu.

Po trzecie, konsekwentne stosowanie, przy realizacji przedsięwzięć na wszystkich poziomach, zasad wynikających z modelu zrównoważonego rozwoju. A więc zapewnienie ekonomicznej, środowiskowej i społecznej efektywności przedsięwzięć. Dla oceny efektywności realizowanych przedsięwzięć należy wprowadzić ocenę ilościową – nie tylko elementów ekonomicznych i społecznych, które stosunkowo łatwo jest zmierzyć, korzystając z oszacowania kosztów i przychodów, ale również dla oceny efektywności środowiskowej, co jest znacznie trudniejsze. Wytwarzanie i wykorzystanie nośników energii w sposób zapewniający poprawę ochrony środowiska (efektywność środowiskową) możemy zmierzyć poprzez szacowanie kosztów związanych z usuwaniem skutków negatywnego wpływu działalności człowieka na środowisko, a więc wzrostu kosztów opieki zdrowotnej, naprawy szkód w infrastrukturze powodowanych przez szkodliwe emisje, a także korzyści dla gminy, regionu czy kraju pojawiających się na skutek przyciągania przez region pewnych zasobów, w tym również finansowych.

Jak na tle tych faktów wygląda nasz krajowy system zarządzania energią? Praktycznie 100 proc. energii elektrycznej wytwarzamy w Polsce centralnie. Nie ma informacji o pracach nad zaprojektowaniem nowoczesnego krajowego systemu zarządzania energią w oparciu o sieci inteligentne i rozproszone wytwarzanie energii, nawet na poziomie koncepcyjnym. Jeżeli chodzi o niezależność energetyczną, to jej ocenę ograniczamy w praktyce do jednego nośnika – do energii elektrycznej.

W tym świetle w pełni racjonalny jest postulat przygotowania i wdrożenia w Polsce systemu zarządzania energią na miarę współczesnych technologii. I oczywiście, na miarę obecnych i przyszłych potrzeb.

Co musimy zapewnić gminie, aby rozpocząć budowę takiego systemu?

Po pierwsze,należy określić cel budowy takiego systemu. Powinno nim być najbardziej efektywne zaopatrzenie w energię mieszkańców gminy w warunkach wynikających ze stosowania modelu zrównoważonego rozwoju. A więc zapewnienie najlepszej ekonomicznej, środowiskowej i społecznej efektywności przedsięwzięcia. Określenie celów systemu dla gminy powinno mieć charakter uzgodnień pomiędzy gminą, a kierownictwem systemu krajowego w powiązaniu z określeniem warunków realizacji: w tym prawno-organizacyjnych i zasobów potrzebnych do realizacji przedsięwzięcia.

Po drugie,gmina na terenie której zostanie zbudowany prototypowy system zarządzania energią z wykorzystaniem sieci inteligentnych, musi otrzymać możliwości prawne, finansowe i organizacyjne zarządzania energią na swoim terenie, ze wszystkimi atrybutami technicznymi, ekonomicznymi, społecznymi i środowiskowymi, które takie zarządzanie umożliwiają. Powyższe możliwości powinny uwzględniać stosowanie systemowego podejścia do zarządzania gminą, w tym swobodę integrowania różnych działań i działalności gwarantujących swobodę dysponowania zasobami ludzkimi, finansowymi, rzeczowymi i informacyjnymi dla potrzeb najbardziej efektywnego zaopatrzenia w energię.

Po trzecie, pilotażowy i demonstracyjny charakter systemu wymaga, zawieszenia obowiązku stosowania przez gminę realizującą projekt, tych przepisów i regulacji, których stosowanie ogranicza swobodę dysponowania zasobami służącymi do wytwarzania, gromadzenia, dystrybucji i sprzedaży nośników energii oraz przepisów powodujących ograniczenie możliwości stosowania urządzeń, systemów i instalacji wykorzystujących nośniki energii na terenie gminy.

Gmina musi uzyskać prawo do negocjowania i ustalania cen energii i jej nośników kupowanych i sprzedawanych na swoim terenie, a także swobodę stosowania subsydiów, zachęt, opłat, kar i podatków – jako mechanizmów umożliwiających przeniesienie kosztów zewnętrznych na operacje rynkowe.

Gmina musi mieć również możliwość swobodnego stosowania rozwiązań motywacyjnych zmierzających do osiągnięcia celów stawianych przed budowanym systemem zarządzania energią.

Po czwarte,kierujący realizacją systemu dla gminy musi mieć możliwość zarządzania projektem, co oznacza prawo do autonomicznego wykonywania funkcji: planowania, organizowania, motywowania i kontroli przy wykorzystaniu zasobów ludzkich, finansowych, rzeczowych i informacyjnych, będących w dyspozycji projektu.

Po piąte,realizacja systemu powinna się odbywać z zachowaniem norm prawnych i zasad ogólnie obowiązujących, które nie ograniczają możliwości zarządzania zaopatrzeniem w energię na terenie gminy.

W podsumowaniu warto podkreślić, że niewątpliwie najwyższa pora, żeby rozpocząć w Polsce prace zmierzające do uruchomienia prototypu małego lokalnego systemu zarządzania zaopatrzeniem w energię przy wykorzystaniu sieci inteligentnej. Najwyższa pora, bo już za chwilę trudno będzie dogonić uciekającą czołówkę, a ceny energii w Polsce okażą się dużo wyższe od cen energii w innych krajach europejskich.

środa, 22 styczeń 2014 00:33

MAMY LASY, SPOKÓJ I CENNE ZABYTKI

Napisane przez

Rozmowa z Zenonem Chojnackim – od 2010 r. wójtem gminy Inowłódz w województwie łódzkim

ANNA CEBULA: Gmina Inowłódz to zakątek Polski dość popularny wśród turystów. Co według pana decyduje o tym, że tak chętnie tu przyjeżdżają?

ZENON CHOJNACKI: Po pierwsze, atrakcyjne położenie gminy – nad wodą, w dolinie rzeki Pilicy, na jej najbardziej urokliwym pod względem krajobrazowym odcinku – i w otoczeniu lasów, na obszarze dawnej Puszczy Spalskiej. Zalesienie wynosi obecnie około 60 procent obszaru gminy. Po drugie ta ziemia ma niezwykle ciekawą historię, co wynika m.in. z jej położenia: na przecięciu najstarszych szlaków handlowych. To stanowi jej atut także obecnie. Trzeci element to ciekawe zabytki: XI-wieczny kościół św. Idziego – jest to jeden z najcenniejszych pod względem historycznym obiektów w Polsce, XIX-wieczna synagoga, zamek królewski Kazimierza Wielkiego z XIV w., układ zabudowy pierzejowej przy rynku w Inowłodzu, jeszcze z czasów średniowiecznych.

Miejscowością bardzo atrakcyjną i przyciągającą turystów jest niewątpliwie Spała, w której – w pałacyku myśliwskim – swoją siedzibę mieli carowie, w dwudziestoleciu międzywojennym było to miejsce, gdzie czas chętnie spędzali prezydenci – Stanisław Wojciechowski i Ignacy Mościcki. Stąd miejscowość zyskała miano drugiego Belwederu. Bywał tu także marszałek Józef Piłsudski. Po wojnie znajdował się tu Ośrodek Funduszu Wczasów Pracowniczych, a obecnie, po okresie pewnego zastoju, turystyka znów się rozwija. W miejscowości jest także Ośrodek Przygotowań Olimpijskich − Centralny Ośrodek Sportu, do którego na zgrupowania przyjeżdżają nie tylko sportowcy z Polski, ale i z całego świata. Stąd nasza niewielka gmina jest znana.

Jak gmina jest przygotowana na przyjazd turystów pod względem bazy noclegowej, gastronomicznej, wypożyczalni sprzętu rekreacyjno-sportowego?

Tylko w Spale, liczącej zaledwie 450 mieszkańców, do dyspozycji turystów jest 1200 miejsc noclegowych o urozmaiconym standardzie – począwszy od czterogwiazdkowego hotelu po schronisko. Powstają również coraz liczniej gospodarstwa agroturystyczne. Nie brakuje także restauracji o zróżnicowanych kategoriach. Turyści mogą skorzystać z wypożyczalni sprzętu do aktywnego wypoczynku – kajaków czy rowerów.

Sława gminy wypoczynkowej to kapitał, jaki – zwłaszcza Spała – zawdzięcza w dużym stopniu jeszcze czasom przedwojennym. Jakie działania podejmuje się obecnie w celu promocji gminy? W jaki sposób gmina wspiera turystykę?

Nowością jest kiosk informacji turystycznej przy głównej ulicy w Spale, gdzie można zorientować się, jakie gmina oferuje atrakcje lub bezpłatnie skorzystać z dostępu do Internetu. Zatrudniamy również pracownika, który zajmuje się sprawami turystyki w gminie i prowadzi punkt informacji turystycznej. Organizujemy również cykliczne imprezy: nie tylko doroczne, ogólnopolskie dożynki prezydenckie w Spale, ale również Powiatowe Święto Ziemniaka w Brzustowie, wydarzenia na zamku królewskim. Poza tym powstaje szereg publikacji informacyjnych o gminie, promujących jej atrakcje, wszystkie te ciekawe rzeczy, które się dzieją. To, co gmina realizuje w turystyce.

Region znany jest też z pięknej, tradycyjnej kultury ludowej. W niewielu miejscach można uczestniczyć w wydarzeniach, podczas których gros mieszkańców pojawia się w regionalnych strojach ludowych…

W gminie działają dwa zespoły ludowe i koło gospodyń wiejskich, które kultywują tę tradycję. Odtwarza się potrawy według starych receptur, przypomina się te dawne przepisy i pokazuje, jak te dania przyrządzić. Można ich spróbować, m.in. na imprezie regionalnej Powiatowe Gotowanie, ale także wziąć udział w darciu pierza czy kiszeniu kapusty. Pokazuje się, że takie zwyczaje kiedyś istniały. Jest to też sposób na uatrakcyjnienie regionu. W Brzustowie powstało gospodarstwo „Stary Sad”, gdzie w tradycyjny sposób hoduje się owce. Jego właścicielka z uzyskanej wełny wykonuje rękodzieło artystyczne. W tej wsi odtworzono również starą, wiejską chatę. Tę tradycję regionu tomaszowskiego, czy w ogóle łódzkiego, ciągle pielęgnuje się w domach z potrzeby serca, ale też uatrakcyjnia to region i ma to po części charakter komercyjny.

Czym naprawdę moglibyśmy poczuć się zaskoczeni, co warto zobaczyć, a czego nie opisano w przewodnikach?

Odpowiem z mojej perspektywy. Sam mieszkam w gminie stosunkowo niedługo: zaledwie od siedmiu lat. Zawsze urzekało mnie położenie tego miejsca. To już mówię tak od siebie, od serca – ponieważ przyjeżdżałem tu na wakacje i weekendy. Poza tym spokój, otoczenie lasów i rzeka. Myślę, że osoby, które tu przyjeżdżają, też odnoszą takie wrażenie i chętnie tu powracają.

Ważnym źródłem utrzymania jest dla mieszkańców właśnie turystyka. W czym jeszcze tkwi potencjał gminy i jakie są inne mocne dziedziny lokalnej gospodarki?

Kiedyś dominowało rolnictwo, dzisiaj jest zmarginalizowane. Odbudowuje się przemysł drzewny. Na terenie gminy funkcjonuje kopalnia surowców mineralnych „Chalcedon”, ale generalnie nie ma tu znaczącego przemysłu. Dużym pracodawcą jest Centralny Ośrodek Sportu. Poza tym dominują drobne firmy związane z przemysłem drzewnym, głównie tartaki, i firmy budowlane. Ponieważ teren obfituje w dobre piaski, powstały również betoniarnie.

Jak podsumowałby pan 2013 r. w gminie Inowłódz? To był dobry rok, kiedy udało się przeprowadzić duże inwestycje, czy pozostawił problemy, z którymi trzeba zmierzyć się w najbliższym czasie?

Zakończyliśmy rewitalizację zamku królewskiego. W tym roku skupimy się na jego wyposażeniu. W ubiegłym roku złożyliśmy wniosek – już zatwierdzony – o dofinansowanie unijne na ten cel, na kwotę około 300 tysięcy złotych. Czekamy na finalizację, czyli podpisanie umowy. Do problemu odbudowy zamku podchodzono wielokrotnie, nie tylko za mojej kadencji czy poprzednika. Mieszkańcy domagali się tego przez lata i w końcu, dzięki temu, że pojawiły się środki unijne, udało się odbudować obiekt. Pierwsze starania miały miejsce już w latach 90. Wówczas, w 1997 r., konserwator zabytków stworzył projekt rozbudowy zamku. Według jego zamierzenia miał to być typowy obiekt muzealny. Jednak jego praca trafiła na półkę.

W 2003 r. gmina ponownie rozpoczęła starania o przywrócenie zamku. Wystąpiła do konserwatora i projektanta, aby również nadać obiektowi cechy użytkowe – i uwzględniono to w projekcie. Ja również poparłem tę inicjatywę, bo uważam, że to kolejna doskonała atrakcja w gminie, która będzie przyciągać turystów. Prace polegały na konserwacji i utrzymaniu ruin zamku, częściowej rekonstrukcji wybranych elementów dawnej struktury oraz adaptacji części uzyskanych pomieszczeń. W zamku będzie funkcjonować gminne centrum kultury, biblioteka, centrum informacji turystycznej.

Ważną, tegoroczną inwestycją jest skwer spacerowy nad rzeką w Inowłodzu. Na osiedlu w Spale zbudowaliśmy sieć wodociągową. Natomiast z funduszu sołeckiego w Spale zamontowano urządzenia do ćwiczeń na świeżym powietrzu. Następną inwestycją, która została zrealizowana, była budowa drogi dojazdowej w Brzustowie – nowe 1300 metrów asfaltu.

Natomiast dużym problemem, którego nie udało się rozwiązać, jest jaz w Spale, który nigdy nie był remontowany. Planowałem jego odbudowę w 2013 r., ale procedura jest tak długa, że przełożyło się to na ten rok, a zaczynaliśmy podejście do tego tematu już w 2011 r. Dopiero na jesieni ubiegłego roku dostaliśmy pozwolenie na spuszczenie wody w stawie i dokonanie przeglądu tej budowli. Jaz jest w katastrofalnym stanie i musimy się jak najszybciej za niego zabrać.

Jednym z ważniejszych działań, narzuconych odgórnie, była ustawa śmieciowa. Jak gmina wybrnęła z tego zadania?

Realizację ustawy już skontrolowała Wojewódzka Inspekcja Ochrony Środowiska. Potwierdzeniem tego, że poradziliśmy sobie z tym zadaniem dość dobrze, jest pozytywna opinia inspekcji. Zanim wdrożyliśmy to w praktyce, mieszkańcy otrzymali od gminy pełną informację o zmianach w odbiorze odpadów. Ogłosiliśmy przetarg, który wygrała firma, jak na razie − w mojej ocenie − rzetelnie wykonująca swoje obowiązki. Mamy teraz pół roku na ocenę pod względem finansowym: czy pokrywają się nam koszty, czy będzie nam brakować środków. Ewentualnie będziemy szukać sposobów na usprawnienie tego systemu.

Jakie kluczowe zadania zaplanował pan na ten rok?

Zaplanowałem budowę ciągu spacerowego wzdłuż rzeki w Spale i utwardzenie placu, gdzie odbywają się masowe imprezy, następnie podejście do melioracji części terenów na osiedlu za Pilicą. Jest to potrzebna inwestycja, głównie ze względu na działalność bobrów, które wyrządzają nam duże szkody. Jednak o tym, co będzie realizowane, tak naprawdę zadecydują radni. Przedstawiłem im budżet – zgodnie z harmonogramem – i teraz czekam na sesję 30 stycznia, podczas której zaakceptują, bądź odrzucą, moje propozycje.

Ten rok jest również rokiem na podsumowanie kadencji. Gdyby za podsumowanie przyjąć skalę od jeden do dziesięciu, ile punktów przyznałby pan sobie za realizację własnego programu wyborczego?

Trudno siebie oceniać. To raczej należy do wyborców. Każdego roku otrzymywałem absolutorium, więc moje działania były oceniane pozytywnie. Najważniejsze, że gmina się rozwija w miarę możliwości. A potrzeby są ogromne. To nie sztuka też naobiecywać, że się dużo zrobi i nie spełnić tych obietnic.

Czuje pan już gorączkę przed wyborami samorządowymi − większą krytykę ze strony opozycji, podsumowania, wytykanie błędów?

Chyba jeszcze nie, aczkolwiek jak się czasami twierdzi, następna kampania wyborcza zaczyna się dzień po zakończeniu wyborów. Może już trwa, tylko ja jej nie zauważyłem. Trudno powiedzieć. Przede mną jeszcze dużo pracy do końca kadencji – i to jest moje największe zmartwienie. Zamierzam się dobrze wywiązywać ze swoich obowiązków. Bez ciśnienia i gorączki przedwyborczej.

Zamierza pan ponownie kandydować?

Przede mną jeszcze sesja absolutoryjna. Moja praca będzie podlegała ocenie i jak już powiedziałem – to szmat pracy. Przyjdzie czas na zastanowienie i podjęcie decyzji.

Inowłódz to gmina wiejska licząca niespełna 4 tysiące mieszkańców, położona we wschodniej części powiatu tomaszowskiego, przy drodze krajowej nr 48 w niedużej odległości od Warszawy, Łodzi i Kielc (po 80 kilometrów) oraz Radomia (60 kilometrów), Piotrkowa (40 kilometrów) i Bełchatowa (70 kilometrów). Na jej terenie jest dziesięć sołectw – poza Inowłodzem – także Spała, Brzustów, Dąbrowa, Konewka, Królowa Wola, Liciążna, Poświętne, Zakościele, Żądłowice. Miejscowość Teofilów nie ma statusu sołectwa.

środa, 22 styczeń 2014 00:14

Z NOWĄ NAZWĄ W NOWY ROK

Napisane przez

Z początkiem tego roku w całej Polsce zmienionych lub zlikwidowanych zostało 115 nazw miejscowych. Zmiany najczęściej dotyczą spraw czysto administracyjnych, zdarza się jednak, że stanowią o żywotnym interesie społeczności. Szczególnie, gdy nazwa miejsca zamieszkania budzi kontrowersje wśród mieszkańców lub zwykłą wesołość wśród turystów.

W dzisiejszym Głogowie na Dolnym Śląsku na Ostrowie Tumskim niedaleko wodociągów istniała kiedyś wieś Obora. Pochodzenie nazwy wiązało się z istniejącym tu w przeszłości folwarkiem, w którym hodowano krowy. Nazwa wioski w różnej formie funkcjonowała od średniowiecza. Najwidoczniej nie podobała się jednak mieszkańcom, bo od tego roku została oficjalnie zlikwidowana. Nawet jeżeli u podstaw tej decyzji nie leżał tylko dyskomfort zamieszkujących tę cześć miasta ludzi, to i tak zapewne wielu z nich odetchnęło z ulgą. Bo kto chciałby mieszkać w Oborze?

W województwie zachodniopomorskim w ubiegłym roku miała miejsce sytuacja zgoła odmienna. Wójt Darłowa Franciszek Kupracz wystąpił z inicjatywą, by nazwę Zielnowo zmienić na Lepperowo. Bo Zielnowo to licząca około 70 mieszkańców wieś, w której mieszkał założyciel Samoobrony. – W końcu dzięki Lepperowi ta mała miejscowość zaistniała w naszej rzeczywistości – tłumaczył w sierpniu ubiegłego roku na antenie telewizji TVN24. Inicjatywa spotkała się jednak z ostrym sprzeciwem samych mieszkańców. – To absurdalny pomysł. Nie wiem, skąd wójtowi to przyszło do głowy – skwitowała w rozmowie z dziennikarzami stacji Justyna Osses, sołtys Zielnowa. Ostatecznie Zielnowo pozostało Zielnowem. – Nazwa nie została zmieniona i wszystko zostało po staremu. Propozycja zmiany na Lepperowo wyszła od wójta, ale on nie chciał nikomu narzucać swojej woli – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA zastępca wójta Radosław Głażewski.

Jak Lalki zostały Pupami

Choć do zmiany nazw dochodzi każdego roku, wiele z nich trwale weszło do historii – w charakterze lokalnych anegdot. Najsłynniejszą chyba batalię o zmianę nazwy swojej miejscowości stoczyli mieszkańcy jednej z mazurskich wiosek. Osada przed wojną znajdowała się w Niemczech i nosiła nazwę Puppen, co w języku Goethego oznacza „lalki” – które w mazurskiej gwarze nazywają się Pupy. Najwyraźniej Mazurzy nie mieli żadnych złych skojarzeń, dobrze pamiętając niemiecki „teatralny” źródłosłów nazwy. Powojenni eksperci od wyszukiwania polskich akcentów na Ziemiach Odzyskanych bez trudu zaaprobowali więc wersję mazurską – przez propagandę nazywaną prapolską. Puppen zostało urzędowo ochrzczone mianem Pupy.

Nazwa zaczęła jednak doskwierać nowym powojennym osadnikom, nieznającym gwary Mazurów – szczególnie, gdy publicznie musieli zdradzić miejsce zamieszkania. Niezadowolenie z roku na rok rosło. Na pomoc mieszkańcom Pup przyszedł w końcu reżyser Aleksander Ford. Pod koniec lat 50. zaczęły się prace nad filmem „Krzyżacy”. Szansą dla pupczan (pupian?) stał się rycerz Jurand ze Spychowa. Sienkiewiczowski bohater podsunął urzędnikom pomysł nowej nazwy – w 1959 r. wieś oficjalnie została Spychowem. W okolicy podobny, a być może nawet większy, problem z nazwami swoich osad mieli mieszkańcy dwóch innych wsi: stare mazurskie Kurwik i Kurwie musiały zastąpić Kierwik i Karwica Mazurska.

Śmieją się tylko turyści

Wywołująca uśmieszki, a nawet drwiny, nazwa miejsca zamieszkania to problem aktualny do dziś, bo co ma odpowiedzieć mieszkaniec Białegokału w powiecie rawickim w Wielkopolsce, gdy ktoś zapyta go skąd pochodzi? Dziś i tak tamtejsi mieszkańcy nie mają najgorzej, bo do 1999 roku mieszkali w Białym Kale. Problem wciąż może doskwierać mieszkańcom Suchych Cipek w okolicach podhalańskiego Poronina. Kompromitującej nazwy próbowano się pozbyć w 2009 roku drogą administracyjną. Nie udało się do dziś, bo wciąż są ważniejsze wydatki i na zmianę nazwy brakuje środków w gminnej kasie. Ale jak mówi w rozmowie z  Magazynem Samorządowym GMINA sekretarz gminy Poronin, Katarzyna Krzyściak, problem jest wydumany. – Ta nazwa tak naprawdę nikomu nie przeszkadza, bo nie figuruje w żadnych dokumentach. Nikt oficjalnie nie jest tam zameldowany, a nazwa, choć może i śmieszna, funkcjonuje tylko wśród lokalnej społeczności – tłumaczy.

Suche-Cipki to jedna z wielu nazw miejscowości w Polsce, która bawi przyjezdnych ze względu na skojarzenia, czasem podszyte wulgaryzmem. Takie nazwy wywołują najwięcej emocji i komentarzy, nic więc dziwnego, że turyści dla żartu bardzo często fotografują się na tle tablic z nazwami takich wsi, jak: Całowanie, Zadki, Pieścidła, Cyców, Górne Wymiary, Moszna, Podsutki, Przytulanka, Pupkowizna, Roskosz (dawniej Rozkosz), Rozkoszówka, Zazdrość, czy Zdrada. Jak to jest urodzić się w miejscu, którego nazwa budzi powszechną wesołość najlepiej wie Tomasz Murawski, mieszkaniec wsi Moszna w gminie Brwinów na Mazowszu. – Nie wstydzę się tego gdzie mieszkam. Mówię wprost: we wsi Moszna. Sam często mówię o tym, bo to świetna anegdota. Ludzie po prostu się śmieją i nie zdarzyło mi się, aby ktoś szydził z tego powodu – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA.

Na baczności powinni mieć się jednak kierowcy, przejeżdżający przez jedną z wsi w gminie Ryki, w województwie lubelskim. Tabliczka z nazwą znajduje się tuż przed zakrętem, a informuje o tym, że wjeżdża się do miejscowości Oszczywilk. Osobliwa nazwa może stać się przyczyną niezachowania przez prowadzących samochód szczególnej ostrożności. W urzędzie gminy, w nazwie wioski nikt jednak nie widzi nic śmiesznego. Nikt tam też nie słyszał, aby ktoś chciał tę nazwę zmieniać…

Bardzo drogi koniec świata

Nad zmianą nazwy jednego z przysiółków zastanawiali się natomiast mieszkańcy Głuszyny pod Ostrzeszowem, w województwie wielkopolskim. Bo w Głuszynie jest Koniec Świata. Nazwa przysiółka dała się we znaki mieszkańcom szczególnie w grudniu 2012 r., gdy cały świat żył wizją apokalipsy. – Musieliśmy na koniec świata nowe tabliczki przywiesić, bo ciągle kradną – mówił wtedy, w rozmowie z lokalnymi mediami Józef Adamus, sołtys Głuszyny. – Ciągle ktoś drogowskazy zdejmuje. Na drodze tablicę kazałem przyspawać, żeby nie zginęła. Bo każdy chce mieć pamiątkę z Końca Świata, a to kosztuje – narzekał.

Urzędowe zmiany nazw są efektem wniosków rad gmin, przekazanych za pośrednictwem wojewodów do ministra administracji, który wprowadza je w formie rozporządzenia. Najczęściej mają charakter porządkujący, ale zdarza się, że są efektem wniosków samych mieszkańców.

wtorek, 21 styczeń 2014 23:55

SAMORZĄDY IDĄ W ŚWIAT

Napisane przez

Zdaniem większości samorządów, współpraca z partnerem zagranicznym podejmowana jest dla korzyści, jakie z niej mogą mieć mieszkańcy oraz z powodów promocyjnych. Najczęściej jest to współpraca partnerska z zagranicznym miastem, gminą czy regionem – potwierdzona pisemną umową o współpracy w wybranych dziedzinach życia społecznego, gospodarczego i kulturalnego.

Polskie samorządy najczęściej i najchętniej współpracują z Niemcami. Na drugim miejscu jest Ukraina. Potem są: Francja, Litwa, Węgry, Słowacja, Czechy, Rosja, Białoruś. Partnerów szuka się też w Wielkiej Brytanii, Szwecji, Holandii, Belgii, Hiszpanii oraz Rumunii.

Praktyczne wymiary partnerstwa

Inspirujące współpracę międzynarodową kontakty i inicjatywy samorządów lokalnych i organizacji społecznych są formą obywatelskiej dyplomacji w zakresie polityki zagranicznej. Najważniejsze jednak jest to, że bezpośrednie kontakty ludzi z różnych krajów budują porozumienie i, wcale nierzadko, są okazją do zawiązania wieloletnich przyjaźni.

– W 1990 roku do ówczesnego burmistrza Płotów przyjechał wysłannik burmistrza Niebűll – wspomina Franciszek Gródecki z Urzędu Miasta Płoty. – Był to Karl H. Spaude, rodowity mieszkaniec dawnych Płotów (Plathe), w latach 1990-1992 członek Zarządu Miasta Niebűll. Wkrótce z wizytą przyjechała oficjalna delegacja, którą bacznie obserwowali funkcjonariusze SB. Podpisanie oficjalnego dokumentu odbyło się dopiero siedem lat później. Od 1997 r. do dziś gmina Płoty (zachodniopomorskie) i niemiecka gmina Niebűll (Szlezwik-Holsztyn) współpracują w kilku dziedzinach: samorządowej, kulturalnej, oświatowej, sportowej.

Organizowane są letnie obozy młodzieżowe, występy zespołów artystycznych (Młodzieżowa Orkiestra Dęta koncertuje w Niebűll, a w Płotach – zespół niemieckich akordeonistów), zawody sportowe (KS „Rotweis”, „Polonia” i „Mokasyn” biorą udział w biegach ulicznych i turniejach piłkarskich). Polscy nauczyciele uczestniczyli w kilku miesięcznych kursach językowych w Niebűll. Polscy i niemieccy wędkarze wspólnie łowią ryby na Bałtyku i na Redze. Współpracują też jednostki strażackie, rolnicy i przedsiębiorcy.

Od 2007 r. Miasto i Gmina Płoty współpracuje ze Lwowem w zakresie ochrony przeciwpożarowej i samorządowej. Podpisano porozumienia z Komendantem Wojewódzkim Straży Pożarnych Miasta Lwowa, Prezesem Zarządu Wojewódzkiego Ochotniczych Straży Pożarnych we Lwowie oraz Starostą Łyczakowskim. Delegacje ze Lwowa uczestniczyły w kilku zawodach sportowo-pożarniczych oraz w uroczystościach z okazji Dnia Strażaka na szczeblu gminy i powiatu gryfickiego. Udało się też zorganizować wakacje w Płotach dla grupy czterdziestu dzieci z rodzin strażaków ze Lwowa.

Franciszek Gródecki przyznaje, że koszty współpracy z miastami partnerskimi pokrywane są częściowo z budżetu samorządu, straży pożarnych, klubów sportowych. W przypadku współpracy z Ukrainą część kosztów wyjazdu ponoszą uczestnicy delegacji.

Pierwsze porozumienie partnerskie Białystok podpisał w 1992 r. z holenderskim Eindhoven i ta współpraca trwa do dziś. Następne porozumienia partnerskie Białystok podpisał z: Kaliningradem i Pskowem (Rosja), Kownem (Litwa), Grodnem (Białoruś), Jełgawą (Łotwa), z amerykańskim Hrabstwem Milwaukee i Dystryktem Dijon we Francji. Współpraca stolicy Podlasia z partnerami zagranicznymi to głównie organizacja misji i spotkań o tematyce gospodarczej, wymiana kulturalna, oświatowa i sportowa. Ważna też jest wymiana doświadczeń z zakresu m. in. funkcjonowania samorządu, wykorzystania nowych technologii w inwestycjach samorządowych, pozyskiwanie inwestorów.

We wrześniu 2013 r. na terenie Wielkopolski realizowany był projekt „20 lat współpracy samorządów z Wielkopolski i Bretanii”, przygotowany z inicjatywy Wielkopolskiego Ośrodka Kształcenia i Studiów Samorządowych oraz Stowarzyszenia Bretagne Pologne. Jego kluczowymi uczestnikami byli przedstawiciele jedenastu wielkopolsko-bretońskich partnerstw gminnych, współpracujących ze sobą od ponad dwudziestu lat. Celem projektu było zacieśnienie dotychczasowej współpracy i nakreślenie nowych obszarów współdziałania w przyszłości. To przedsięwzięcie było kontynuacją projektu „20-lecie konstruktywnego partnerstwa pomiędzy Bretanią a Polska, doświadczenia i nadzieje” zrealizowanego w lipcu 2012 we Francji.

Co wynika z raportu ISP

Raport Instytutu Spraw Publicznych powstał w 2012 r. w ramach projektu „Rola samorządów w polityce zagranicznej RP” realizowanego przez Związek Miast Polskich we współpracy z ISP, a wspartego finansowo przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Z raportu, opracowanego na podstawie ankiet, wynika, że tylko jedna czwarta samorządów nie podjęła jeszcze współpracy zagranicznej. Przyczyną tego jest brak środków finansowych, kompetencji językowych i czasu.

Trzy czwarte samorządów deklarujących współpracę zagraniczną nie ma programu rozwoju tej współpracy. Prawie połowa samorządów – jako formy działań promocyjnych – wymienia udział w targach międzynarodowych, znacznie mniejsza grupa – udział w konkursach i kampanie promocyjne adresowane do zagranicznego odbiorcy.

Współpracę na poziomie międzynarodowym samorządy finansują z kilku źródeł. Przede wszystkim są to środki własne, potem – fundusze unijne
i międzynarodowe, budżet zagranicznego partnera, fundusze krajowe i środki od prywatnych sponsorów.

Prawie 80 proc. ankietowanych za główne utrudnienie we współpracy międzynarodowej uważa brak odpowiednich środków finansowych na jej prowadzenie. W dalszej kolejności są: brak czasu z powodu obciążenia pracowników, niewystarczające kompetencje – np. brak znajomości języków obcych, brak zainteresowania ze strony partnera oraz utrudnienia organizacyjno-administracyjne, wynikające z polskiego prawa i nakładane przez jednostki administracyjne wyższego rzędu. Demobilizujący do większego zaangażowania jest też brak widocznych rezultatów współpracy z zagranicznym partnerem.

Kierunek: Ukraina

Z inicjatywy Instytutu Rozwoju Regionalnego w Szczecinie w 2009 r. na Zamku Książąt Pomorskich zostało podpisanych dziewiętnaście listów intencyjnych, dotyczących współpracy samorządów zachodniopomorskich z samorządami środkowej Ukrainy. W 2010 r. listy intencyjne z samorządami Autonomicznej Republiki Krymu podpisało siedem samorządów z województw zachodniopomorskiego i pomorskiego.

Konwent Współpracy Samorządowej Polska-Ukraina, który swoją siedzibę ma w Szczecinie, aktualnie przygotowuje misję gospodarczą polskich przedsiębiorców na Ukrainę. Spotkają się tam z przedsiębiorcami rekomendowanymi przez ukraińskie samorządy, współpracujące z samorządami polskimi.

We wrześniu 2012 roku zrealizowany został projekt „Polsko-ukraińska wymiana młodzieży – dobre praktyki na rzecz demokracji w środowisku lokalnym”, dofinansowany przez MEN. Ukraińscy uczestnicy podczas tygodniowego pobytu w Polsce przez dwa dni szkoleń w Świdwinie i Szczecinie poznali działalność Młodzieżowych Rad Miasta, działalność organizacji pozarządowych oraz ideę i praktyki wolontariatu. Przez następne pięć dni uczestniczyli w wizytach studyjnych, podczas których poznali działalność Rad Młodzieżowych, organizacji pozarządowych i wolonariatu.

Zebranie założycielskie Konwentu odbyło się w 2010 r. Z perspektywy trzech lat działalności dyrektor Biura Konwentu i dyrektor Instytutu Rozwoju Regionalnego (inicjator powołania Konwentu), dr inż. Zbigniew Zychowicz podkreśla, że ukraińscy samorządowcy bardzo chętnie korzystają z polskich doświadczeń. Polskie rozwiązania dotyczące funkcjonowania gminy i powiatu najchętniej przyjęliby bez zmian. Podoba im się sposób finansowania gminy, niezależność w podejmowaniu decyzji, rozwiązania prawne.

– Samorządy polskich gmin chcą pomagać samorządowcom ukraińskim nie tylko z tego powodu, że mają z nimi podpisane umowy o partnerskiej współpracy, ale przede wszystkim dlatego, że przed laty same doświadczyły pomocy od samorządów niemieckich, szwedzkich, francuskich, holenderskich
i wielu innych – mówi Zbigniew Zychowicz. – Dla nas jest to naturalne przekazywanie naszych polskich doświadczeń z okresu przedakcesyjnego do Unii Europejskiej. Dlatego nas i współpracujących z nami ukraińskich samorządowców zasmuciło to, że Ukraina nie podpisała umowy przedakcesyjnej. Nie tracimy jednak nadziei, że to nastąpi.

Celem programowym Konwentu WP-U jest powołanie Polsko-Ukraińskiej Współpracy Młodzieży na wzór Polsko-Niemieckiej Współpracy Młodzieży, która umożliwiła zorganizowanie ok. 50 tysięcy różnego rodzaju przedsięwzięć, z których skorzystało ponad 2 mln uczestników z Polski i Niemiec.

– Po spotkaniach z wicemarszałkiem Sejmu RP, Przewodniczącym Delegacji Parlamentarnej do Zgromadzenia Parlamentarnego RP i Ukrainy, Cezarym Grabarczykiem (październik 2013) i w Ministerstwie Administracji
i Cyfryzacji (listopad 2013) okazuje się, że wszyscy projekt popierają, ale Konwent w tej akurat sprawie nie otrzymuje konkretnego wsparcia – stwierdza Zbigniew Zychowicz.

Czasem trudno, ale warto

Polskie samorządy współpracują także z Chinami (kilkadziesiąt partnerstw) i krajami egzotycznymi, jak: Uzbekistan, Afganistan, Irak, Jordania, Kuwejt, Kirgistan czy Zjednoczone Emiraty Arabskie (partnerstwa pojedyncze).

Z doświadczenia i obserwacji wiem, że każdy wyjazd delegacji samorządowej do tych krajów wzbudza ogromne emocje na łamach lokalnej prasy, nie brakuje bowiem wyliczanek, ile taki wyjazd kosztował, po co ten wydatek, i dlaczego taki, a nie inny skład osobowy delegacji.

W zdecydowanej większości partnerami polskich samorządów są kraje europejskie. Są samorządy, które mają kilka czy kilkanaście partnerstw, ale też i takie, które współpracują z jednym albo z żadnym. Na pewno zasadą jest dla nich pewnik: „mierz siły na zamiary”. Współpraca z samorządem zagranicznym to na pewno konieczność odpowiedzenia sobie na pytania: po co i dlaczego? Jakie mamy środki? Trzeba to wiedzieć, jeśli współpraca ma być autentyczna, a nie pozostać tylko zadeklarowaną chęcią potwierdzoną podpisem.

Czasem się nie udaje, bo nie zawsze wszystko zależy od samorządu, partner też czasem może zawieść. Jak w życiu. Warto jednak poznawać innych i wymieniać doświadczenia w każdej dziedzinie. Samorządowej zwłaszcza, bo właśnie ta ma wpływ na jakość życia mieszkańców.

wtorek, 21 styczeń 2014 23:39

A WYBORY TUŻ-TUŻ…

Napisane przez

Dobiegająca końca kadencja nie była zła. Pojawiły się w niej znaczne pieniądze europejskie, niekiedy było ich tak dużo, że sporo gmin zadłużyło się ponad miarę, aby w jak największym stopniu je wykorzystać. Odpowiedź na pytanie, czy się opłacało, należy do obywateli. Rząd ani nie ma takich instrumentów, aby to sprawdzić, ani też chyba nie ma specjalnej ochoty.

Zresztą gdyby premier przestrzegał rygorystycznie limitu zadłużenia na poziomie 60 proc. wykonanych dochodów ogółem, pewnie komisarzy mielibyśmy po kilku w każdym województwie. Natomiast nam pozostaje pytanie, wydaliśmy zostały one dobrze wydane – na pożyteczne cele, dobrze służące ludziom. Tu ocena znowu jest w rękach wyborców.

To była stabilna kadencja. Wbrew jazgotowi mediów, odbyło się kilkadziesiąt referendów, których celem było odwołanie włodarzy gmin. Wbrew powszechnej opinii uważam, że wcale nie było ich zbyt dużo. Pamiętam kadencje z lat 90., kiedy to rocznie wymieniano tylu wójtów, ile dziś było referendów w toku całej kadencji. Kiedy stołek włodarzy zależał od zmiennych koalicji zawieranych w gospodzie albo na plebanii. Dziś sytuacja jest jasna. Funkcja szefa gminy zależy od ludzi, a nie od radnych bądź zmowy lokalnych elit. Na ogół okazywało się, że wójtowie, burmistrzowie czy prezydenci mają lepszą opinię wśród mieszkańców, niż wśród polityków. To też sukces obecnej kadencji.

Zarazem kilka rzeczy się nie udało. Zaliczyłbym do nich słabą pozycję jednostek pomocniczych w gminach. Niska frekwencja w wyborach do rad sołeckich i rad osiedli (do 8 proc.), słabe wykorzystanie funduszu sołeckiego (51 proc. to średnia dla kraju), zbyt mała popularność budżetu obywatelskiego, nieobecność referendów rozstrzygających kwestie merytoryczne, lekceważenie możliwości zlecania zadań gminnych organizacjom pozarządowym – to słabości gminnej demokracji i gminnego zarządzania publicznego. Dodajmy do tego niepokojące zjawisko tworzenia się i zamykania elit gminnych, zastygły kształt tych elit, brak troski o następców. Jest się czym martwić i jest co robić w nadchodzącej kadencji.

Najważniejsze wybory tego roku

W listopadzie nieuchronnie pójdziemy do urn, aby wybrać nowe władze gmin.  Moim zdaniem będą to najważniejsze wybory tego roku. Z całym szacunkiem dla wyborów do Parlamentu Europejskiego i wagi podejmowanych w nim decyzji, mało kogo to obchodzi. W całej Europie do tych wyborów idą elektoraty partyjne. Wierne swoim sztandarom, ale jednak mniejszościowe, z góry wiedzące, ze zagłosują na znany im szyld, nie wnikając zbytnio w różnice programowe. W Polsce zresztą kampania programowa w tych wyborach wcale nie odnosi do polityki europejskiej i kształtu przyszłości Unii, lecz do naszego „tu i teraz”. Raczej jest bijatyką międzypartyjną niż sporem merytorycznym. Nawet jeśli te ostatnie się pojawią – dla wielu ludzi będą mało zrozumiałe, odległe od ich codziennych kłopotów i doświadczenia życiowego.

Inaczej będzie w wyborach samorządowych. Apetyty rozbudzone przez pieniądze europejskie konkretyzowane będą przez rzeczywiste, mniej lub bardziej ważne, potrzeby i aspiracje konkretnych ludzi i grup społecznych. Pojawią się oczekiwania, które wynikają z tego, że nawet w najmniejszej gminie chcemy mieć dostęp do dóbr i usług publicznych na poziomie odpowiadającym nie tylko naszym aspiracjom, ale i  hasłom, które usłyszymy z ust polityków. To zasadne oczekiwania.

Jest tak z kilku powodów:

* Samorząd zaspokaja najważniejsze, codzienne potrzeby obywateli, decyduje o jakości naszego życia, kształtuje nasze otoczenie społeczne, urbanistyczne, przyrodnicze i w dużej mierze gospodarcze; o ile prawa polityczne – wolność wyznania, sumienia, ochrona prawna, ochrona własności – są w rękach państwa, to prawa egzystencjonalne – praca, edukacja, kultura, ochrona zdrowia, mieszkanie – są w rękach samorządu.

* Samorząd jest największym dysponentem pieniędzy publicznych w Rzeczypospolitej Polskiej. Wydaje około 45 proc. środków publicznych przeznaczonych na zaspakajanie potrzeb obywateli.

* Samorząd jest największym inwestorem – ponad połowa środków wydawanych na inwestycje pochodzi z budżetów samorządowych. Rocznie samorząd wydaje około 45 mld złotych – rząd 15 ok. mld (bez spółek komunalnych i funduszy celowych). W latach 1999-2010 – samorząd wydał na inwestycje 270 mld złotych; a rząd – 115 mld (kadencja 2010-2014 jeszcze nie została podsumowana).

* Ze wszystkich instytucji władzy publicznej samorząd cieszy się największym zaufaniem społecznym, trzykrotnie większym niż Sejm i półtora raza większym niż każdy rząd.

Ostatnie pieniądze dla Polski

Nic tedy dziwnego, że walka o władzę w samorządach jest nie tylko powodowana troską o własną karierę, ale także dbałością o jakość życia w najbliższym otoczeniu obywateli. Wbrew temu, co piszą media, nie chodzi tu o egoistyczne interesy – partyjne lub obywatelskie. To – przepraszam za powtórzenie – realna walka o zaspokojenie uzasadnionych aspiracji obywateli. Tym ważniejsza, że w przyszłym roku pojawią się nowe pieniądze z budżetu europejskiego na lata 2014-2020. To ostatnie już pieniądze dla Polski. Władze, które teraz wybierzemy, zaprojektują ich wydanie nie tylko na kadencję najbliższą, ale i na kolejną. Kiepski wójt (burmistrz, prezydent) wybrany teraz,  zadecyduje także o sukcesie swojego następcy w kadencji 2018-2022. Dlatego właśnie te wybory są tak ważne.

wtorek, 21 styczeń 2014 23:37

NADCHODZI EPOKA LOKALNYCH LIDERÓW

Napisane przez

Rozmowa z profesorem Andrzej K. Piaseckim, kierownikiem Katedry Samorządu Terytorialnego i Wspólnot Lokalnych w Instytucie Politologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie

MATEUSZ WEBER: W tym roku czekają nas wybory samorządowe. Kto, Pana zdaniem, okaże się największym zwycięzcą?

ANDRZEJ K. PIASECKI: Dla partii politycznych będzie to najważniejszy test przed przyszłorocznymi wyborami do parlamentu i wyborami prezydenckim. Platforma Obywatelska teraz rządzi we wszystkich województwach. Nie sądzę, by ta sytuacja się utrzymała. Szczególnie w tradycyjnych bastionach Prawa i Sprawiedliwości, takich jak Podkarpacie. Szczerze wątpię, by udało się zniechęcić elektorat prawicowy do uczestnictwa w wyborach lokalnych. Poza tym, dla dużych partii problemem mogą być nowe podmioty polityczne, których nie było w trakcie poprzednich wyborów. Lokalnie silne może być ugrupowanie Jarosława Gowina. Chociaż jest też ciemna strona takiego kalendarza wyborczego.

Jaka?

Część kandydatów będzie chciała zapewnić sobie spokój. W tym roku wystartują w wyborach samorządowych, a w przyszłym roku spróbują swoich szans w wyborach parlamentarnych. Nawet jeśli im się w tych drugich nie uda, to zawsze mają pewne stanowisko po tych pierwszych. Wątpię, by wyborcy byli szczęśliwi, wiedząc, że wybierają radnego czy prezydenta na rok… Dlatego byłoby dobrze, żeby od razu deklarowali się, czy zamierzają startować w kolejnym roku.

Spora część samorządów ma bardzo ambitne budżety na ten rok. Myśli Pan, że to już są budżety wyborcze?

Oczywiście, że tak. Taki jest urok demokracji. Nie mam nic przeciwko temu, że przed wyborami obywatele dostaną nowe chodniki, ulice czy odnowione skwery. Od lat lokalni włodarze tak planują wydatki, by skończyć je w roku wyborczym. Jednak ważniejsza jest odpowiedź inne pytanie: co lokalni politycy planują na czas powyborczy. I tutaj pojawia się bardzo ważna rola mediów. Przy oddawaniu kolejnych obiektów dziennikarze powinni pytać, co będzie za rok. I z jakich środków te obiekty będą utrzymywane.

To czego możemy się spodziewać po zbliżającej się kampanii?

Z pewnością nie fajerwerków. Myślę, że nie będzie zbyt atrakcyjna dla postronnych obserwatorów. Partie nie będą skłonne do przeznaczania dużych środków na kampanie lokalnych działaczy. Raczej będą chciały oszczędzać środki na wybory parlamentarne i prezydenckie. Spodziewam się, że będzie to raczej kampania negatywna. Moim zdaniem, zdarzać się będą kandydaci o podobnych nazwiskach. W ten sposób wprowadza się ludzi w błąd. Nowa większościowa ordynacja sprzyja takiej sytuacji. Jeśli mamy jednego silnego kandydata, to tak naprawdę jedno co może zrobić konkurencja to tak zwane rozwadnianie elektoratu.

Na czym ono polega?

Jeśli z jakiejś listy kandyduje lekarz, to konkurencja namówi innego lekarza do kandydowania. Albo wystawi kandydata o podobnym nazwisku. Wszystko po to, aby przechwycić chociaż część elektoratu. Proszę nie zapominać, że w małych okręgach często decydują pojedyncze głosy.

W wyborach samorządowych tradycyjnie najciekawsze są bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Czy są włodarze, którzy o zwycięstwo nie muszą się martwić?

W Krakowie Jacek Majchrowski może praktycznie liczyć już reelekcje. W Rzeszowie urzędujący prezydent Tadeusz Ferenc również jest pewniakiem. Oczywiście, jeśli obaj zdecydują się na kandydowanie. W miastach sytuacja jest bardzo stabilna. Może coś się zmieni w Łodzi: tam Hanna Zdanowska może mieść problemy. Moim zdaniem, w mniejszych miastach około 70 proc. burmistrzów i prezydentów utrzyma swoje stanowisko. W większych myślę, że będzie to nawet 80 proc.

A walka o Warszawę? Czego możemy się spodziewać?

Nie będzie niespodzianek. Spodziewam się, że władze w dalszym ciągu fory będzie miała Hanna Gronkiewicz-Waltz. Tyle, że trudno będzie jej wygrać tak jak przed czterema laty, już w pierwszej turze.

Referendum pomogło czy zaszkodziło?

Doświadczenia z kampanii referendalnej raczej pomogą szeroko pojętej opozycji. W końcu 90 proc. głosujących jesienią chciało odwołania pani prezydent. Jeśli i tym razem mobilizacja przeciwników PO będzie równie duża, to w nadchodzących wyborach pani Gronkiewicz będzie miała kłopoty.

A może kampania się już gdzieś zaczęła?

Niektórzy uważają, że następna kampania zaczyna się już w dniu wyborów. Jednak w samorządach kampania trwa tak naprawdę ostatnie cztery tygodnie przed głosowaniem. To wynika z ordynacji i z dotychczasowej praktyki. W skali kraju Platforma Obywatelska może coś zaproponować prezydentom miast, którzy są poza PO – może będą chcieli przyciągnąć Rafała Dutkiewicza, prezydenta Wrocławia, może także Ryszarda Grobelnego z Poznania. Wydaje się, że w niektórych miastach PO nie wystawi kontrkandydatów przeciwko popularnym prezydentom.

Dlaczego?

Porażka tych kandydatów byłaby pewnym uszczerbkiem na wizerunku. Z kolei stworzenie przedwyborczej koalicji z urzędującymi prezydentami spoza PO dałoby szanse nie tylko na wyjście z twarzą z tych wyborów, ale również pokazałoby proces poszerzania możliwości koalicyjnych Platformy.

Czym jeszcze jesienne głosowania będą różniły się od poprzednich wyborów?

Najważniejsze, że wybory odbędą się już według nowej ordynacji wyborczej, z okręgami jednomandatowymi. Ubiegać się o mandat radnego w gminie będzie mógł każdy mieszkaniec posiadający bierne prawo wyborcze. Jednak zwycięzca może być tylko jeden. Na przykład, jeśli miasto zostanie podzielone na 21 okręgów wyborczych, to zostanie wyłonionych 21 radnych. Wcześniej w takich miastach było kilka okręgów wyborczych.

Wpłynie to znacząco na kampanię?

Zdecydowanie tak. Proszę sobie wyobrazić, że do tej pory kandydat musiał przeprowadzić kampanię wyborczą w połowie miasta – tam, gdzie mieszkają potencjalni wyborcy. Jej skala musiała być dużo większa. Więcej ulotek, plakatów, wolontariuszy potrzebnych do prowadzenia działań. Teraz taka kampania będzie mogła być przeprowadzona jedynie na kilku ulicach. Im mniejszy będzie okręg, tym łatwiej będzie można przeprowadzić kampanię. Polska powiatowa kreuje polski lokalizm.

To w takim wypadku, czy spodziewa się Pan wysypu kandydatów? W tej chwili kandyduje od 200 do 300 tysięcy osób.

Jak najbardziej. Pytanie brzmi, o ile będzie ich więcej niż wcześniej. W końcu o wiele łatwiej będzie kandydować. Progi rejestracyjne dla kandydatów (podpisy, założenie komitetu) nie są trudne. Wobec tego można spodziewać się większej liczby kandydatów. Może wielkiej burzy nie będzie, ale z pewnością pojawi się więcej nowych twarzy. Z drugiej strony, może się skończyć tak, jak w przypadku jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do senatu. Okazało się, że mandaty podzieliły między siebie największe partie. Trzeba pamiętać, że to już przeważnie nie będą kampanie siermiężne – z lat 90. Jak ktoś chce wygrać, to musi mieć pieniądze i odpowiednio przygotowaną strategię wyborczą. Bez takich środków trudno mówić o jakiejkolwiek szansie na zwycięstwo.  

Na ile taka sytuacja wzmocni rolę komitetów lokalnych?

Ogromnie. To będzie przede wszystkim ich czas. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, jak już mówiłem, zmieniła się ordynacja wyborcza, która będzie promowała lokalnych liderów. Do tej pory trzeba było wstępować do partii, po drugie partie będą nie będą skłonne do przeznaczania poważnych środków na kampanie. Dzięki czemu łatwiej będą mogły się wybić lokalni liderzy.

Ale w dalszym ciągu możemy mieć sytuacje, kiedy cześć włodarzy rządzi po trzy czy cztery kadencje.

Faktycznie to jest duży problem. Wciąż mamy ogromną przewidywalność wyborów, ponieważ w wielu miastach będą kandydować dotychczasowi prezydenci i burmistrzowie. Taka sytuacja nie sprzyja demokracji. Jeśli ktoś jest prezydentem przez 10 lat albo 15 lat, to przeważnie mamy do czynienia ze skostniałym układem. Spokojnie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, kiedy wielu znakomitych prezydentów, czy burmistrzów, mogłoby się realizować poza samorządem. W pewnych obszarach wprowadza się kadencyjność. I tam się to sprawdza. Zatem dlaczego nie w wyborach samorządowych? Po pewnym czasie powinna pojawić się „świeża krew”.

Dlaczego?

Przewietrzenie i zmiana potrzebna jest wielu urzędach. Niech nikt mi nie mówi, że będzie to kolejna kreatywna kadencja. Jakiś czas temu przeprowadzałem badania na temat dalszych losów osób, które przegrały wybory. Wie pan, co się z nimi dzieje? W większości ich potencjał nie jest wykorzystany przez lokalną wspólnotę. Kandydat, który wybory przegra, nie działał dalej na rzecz społeczności. Nie znajdziemy go w żadnej organizacji pozarządowej. Trwa tak tylko od wyborów do wyborów. Mamy ogromną przepaść między ludźmi, którzy mają władzę i tymi, którzy jej nie mają. Tworzy się kasta, która jest u władzy i jest uprzywilejowana – taka lokalna elita. Z drugiej strony są ci, którzy władzy nie mają i bardzo trudno jest im ją zdobyć. W Polsce pomiędzy byciem rządzonym, a byciem u władzy nie ma niczego pośredniego. W Szwecji jest na przykład stanowisko zastępcy radnego. Taka osoba wcale nie pobiera diety, ale obserwuje, jak prowadzi się działalność publiczną – i zdobywa doświadczenie. Ci ludzie pracują społecznie dla lokalnej społeczności. U nas, niestety, na razie tak nie jest.

wtorek, 21 styczeń 2014 23:35

KAMPANIJNY FALSTART

Napisane przez

Choć do wyborów samorządowych zostało jeszcze 10 miesięcy, są miejsca, gdzie kampania wyborcza ruszyła na dobre. Na pierwszy ogień poszły wielkie miasta – bo zwycięstwo w Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku, nie mówiąc o Warszawie, to nie tylko władza i prestiż, ale i miejsca pracy dla partyjnych kolegów. Wyborcza walka z dala od blasku jupiterów toczy się już też jednak na wsiach i w małych miasteczkach.

Czego należy się spodziewać po nadchodzących wyborach? Jak chcą głosować Polacy, sprawdziła na zlecenie „Gazety Wyborczej” firma badawcza Millward Brown. Wyniki nie pozostawiają wątpliwości. We wszystkich dużych miastach, z wyjątkiem Olsztyna, faworytami zbliżającej się elekcji są urzędujący prezydenci.

Prezydent znaczy faworyt

Prawie pewny kolejnej, czwartej już, kadencji może być prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc. Jego reelekcji chce 70 procent mieszkańców miasta. W Białymstoku w swoim fotelu pozostanie – na trzecią już kadencję – Kazimierz Truskolaski. Popiera go 57 proc. białostocczan. W Zielonej Górze dużą szansę na utrzymanie władzy ma Janusz Kubicki, jego pozostania na stanowisku chce 47 proc. mieszkańców miasta. Podobnie spore szanse na zachowanie gabinetu w swoim ratuszu mają też Piotr Uszok z Katowic i Wojciech Lubawski z Kielc. Popiera ich odpowiednio 45 i 44 proc mieszkańców.

Rekordy padają na Wybrzeżu. Na głowę bije wszystkich Wojciech Szczurek. Dotychczasowy prezydent Gdyni, który władzę sprawuje nieprzerwanie od 1998 roku, może liczyć na rekordowe, 78-procentowe poparcie. Na bezpieczną odległość trzyma też swoich politycznych przeciwników prezydent Sopotu, Jacek Karnowski. Chce na niego głosować 45 proc. indagowanych przez Millward Brown respondentów. Potencjalny rywal Karnowskiego – Wojciech Fułek – może liczyć jedynie na 18-procentowe poparcie. Liderem sondaży, z podobnym stażem, jak Szczurek i Karnowski, jest też prezydent Gdańska – Paweł Adamowicz. W przeciwieństwie do sąsiadów nie może on jednak spać spokojnie. Cieszy się poparciem 28 proc., ale po piętach depczą mu popierany przez Platformę Obywatelską Jarosław Wałęsa i potencjalny kandydat PiS, Andrzej Jaworski. Na obu chce głosować 18 proc. pytanych.

Podobnie na laurach nie powinni osiadać prezydenci Poznania – Ryszard Grobelny – i Krakowa, Jacek Majchrowski. Mimo, że nadal są liderami sondaży – z poparciem odpowiednio 35 i 29 proc. – to reelekcji nie mogą być już pewni. Temu ostatniemu wyrósł ostatnio silny rywal w osobie Jarosława Gowina. Lidera Polski Razem popiera 18 proc. potencjalnych wyborców. W podobnej sytuacji jest Hanna Zdanowska – prezydent Łodzi popiera jedna czwarta wyborców, na jej potencjalnego kontrkandydata, byłego prezydenta Jerzego Kropiwnickiego zagłosowałoby 15 procent pytanych.

Kolejnym miastem, gdzie liderem przedwyborczego wyścigu jest urzędujący prezydent, jest Szczecin. Piotra Krzystka popiera 27 proc. mieszkańców miasta. Daje to prezydentowi 10 punktów procentowych przewagi nad kolejną w sondażu bezpartyjną radną, Małgorzatą Jacyną-Witt. W Bydgoszczy szanse na drugą kadencję, z 23 proc. poparcia, ma urzędujący prezydent Rafał Burski. Musi on jednak uważać, bo liczba jego zwolenników według sondaży topnieje. Zupełnie inaczej wyglądają natomiast szanse Piotra Grzymowicza: popierany przez PSL prezydent Olsztyna z 16 proc. poparciem dołuje w sondażach, a o 20 punktów procentowych wyprzedza go… odwołany w związku z głośną „seksaferą” Czesław Małkowski.

Inwestycje kluczem do sukcesu

– Dla wyborców liczy się przede wszystkim komunikacja i usługi życia codziennego, takie jak dostęp do żłobków czy przedszkoli. Ta kadencja samorządu upływa pod znakiem wydawania środków unijnych, dlatego szczególnie w dużych miastach wiele się zmieniło. Stąd może brać się wysokie poparcie dla urzędujących polityków – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA prof. Grzegorz Gorzelak z Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych Uniwersytetu Warszawskiego. – Włodarze powinni jeszcze pamiętać o tym, że bardzo ważna z punktu widzenia wyborcy jest komunikacja. Bardzo boleśnie przekonała się o tym prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz. Mieszkańcy nie lubią, gdy władza ich ignoruje – dodaje.

Teraz pani prezydent, wzmocniona wygranym jesiennym referendum, w którym obroniła się przed odwołaniem z funkcji, znowu słabnie. Z 28-procentowym poparciem przegrywa o 2 punkty z Ryszardem Kaliszem, który – po odejściu z SLD – szefuje stowarzyszeniu Dom Wszystkich Polska. Poza tą dwójką inni potencjalni kandydaci w Warszawie zanotowali marginalne poparcie.

O tym, jak ważne dla wyborców są inwestycje, samorządowcy wiedzą do dawna. Dlatego tegoroczne lokalne budżety nazywane są przez część komentatorów wyborczymi. Pod koniec grudnia ubiegłego roku radni miasta zatwierdzili tegoroczny budżet Lublina. W przyszłym roku na inwestycje miasto ma wydać prawie 780 mln zł, co będzie stanowić blisko 37 proc. wszystkich wydatków budżetu. Deficyt ma wynieść 176 mln złotych. Zadłużenie miasta pod koniec tego roku ma wynieść 1,1 mld złotych.

– Ten budżet oznacza, że kończymy najważniejsze inwestycje infrastrukturalne, które zapewnią dostępność komunikacyjną i podniosą jakość życia. Priorytetowy charakter mają inwestycje finansowane ze środków europejskich i dotacji rządowych oraz uzbrajanie terenów dla biznesu, aby przyczynić się do tworzenia nowych miejsc pracy – mówił po głosowaniu, w rozmowie z mediami, prezydent miasta Krzysztof Żuk. Zupełnie innego zdania są będący w opozycji radni PiS. Według nich, taki budżet jest nierealny i spowoduje gigantyczny wzrost zadłużenia i bezrobocia.

Budżet kością niezgody

O to, czy miejskie inwestycje pełnią rolę „kiełbasy wyborczej”, spierają się też lokalni politycy w Poznaniu. W połowie grudnia prezydent Ryszard Grobelny przedstawił projekt budżetu miasta na przyszły rok. Miasto planuje wydać w tym roku prawie 2,8 mld zł. Najwięcej pieniędzy ma pójść na szkoły i przedszkola oraz na drogi i komunikację miejską. Różnice w porównaniu z tym rokiem są nieznaczne. – Osiągniemy nadwyżkę budżetową. Nie zaciągniemy żadnego nowego długu, za to spłacimy część obecnego – podkreślał w trakcie debaty budżetowej prezydent Grobelny. Radni opozycji mieli jednak poważne wątpliwości co do jego jakości. Szef klubu SLD Tomasz Lewandowski mówił wręcz o „recydywie budżetowej”. – Ten budżet powiela wszystkie błędy sprzed roku, m.in. przeszacowane wpływy z podatków PIT i CIT, czy sprzedaż nieruchomości – dowodził. – Przyjęto założenia trudne, wręcz niemożliwe do spełnienia, żeby tylko spiąć budżet – sekundował mu Szymon Szynkowski z Prawa i Sprawiedliwości.

Podobne budżetowe przepychanki są na porządku dziennym również w mniejszych miastach. Analogiczna sytuacja ma miejsce choćby w Bochni, w województwie małopolskim. Uchwalony  tam niedawno budżet burmistrz chwali jako ambitny i inwestycyjny, a opozycja – krytykuje jako przygotowany specjalnie pod wybory. – To jest budżet pod wybory, taki, który ma zapewnić dostarczenie odpowiedniej ilości głosów dla obecnego burmistrza, bądź też dla osób, które z nim współpracują – mówił w rozmowie z lokalnymi dziennikarzami opozycyjny radny Bogdan Kosturkiewicz w imieniu klubu Prawa i Sprawiedliwości.

Budżetowe przepychanki studzi profesor Elżbieta Kornberger-Sokołowska, kierownik studiów podyplomowych w Centrum Samorządu Terytorialnego i Rozwoju Lokalnego. – Jeśli budżet wyborczy służyłby rozdawnictwu publicznych środków, to byłoby to oczywiście negatywne. Jednak obecne ramy prawne nie pozwalają na takie traktowanie budżetu samorządowego. Nad wszystkim czuwają Regionalne Izby Obrachunkowe, które pilnują wydawania publicznych środków. Dlatego nie mam wrażenia, że prowadzi się rozrzutną politykę finansową, czy tworzy „budżety wyborcze” w negatywnym tych słów znaczeniu. Chociaż, oczywiście, nie można wykluczyć, że takie sytuacje mają czasami miejsce – mówi badaczka Magazynowi Samorządowemu GMINA.

Informacja to nie agitacja

Jednak oznaki ruszającej kampanii wyborczej przed jesiennymi wyborami widać nie tylko w debatach budżetowych. W Nysie w województwie opolskim pojawiły się billboardy samorządowców Platformy Obywatelskiej, z których dowiedzieć się można, w jaki sposób wywiązują się oni ze swoich wyborczych obietnic. Lokalni działacze PO w akcji bilboardowej nie widzą nic złego i tłumaczą, że w ten sposób informują mieszkańców, jak wywiązują się z powierzonego im mandatu. – Startowaliśmy w 2010 r. z trzema postulatami, obietnicami, które spełniliśmy, ponieważ są w fazie realizacji. Lokalne media i organizacje nie informują rzetelnie o naszych działaniach, stąd taka kampania – przekonuje Daniel Palimąka, który jest jednocześnie rzecznikiem PO w regionie. Opozycja z PiS grzmi, że to nic innego, jak start kampanii wyborczej jeszcze przed ogłoszeniem terminu wyborów.

Bilboardowa strategia opolskiej PO nie jest jednak naciąganiem prawa. Jak mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Krzysztof Lorentz z Krajowego Biura Wyborczego, informowanie o swoich działaniach przez radnych jest nie tylko zgodne z prawem ale i pożądane. – Osoba sprawująca funkcję publiczną ma obowiązek informowania o tym, jak sprawuje swój mandat – mówi. Dlatego, jego zdaniem, nie ma mowy o prowadzeniu przedwczesnej kampanii. Co innego, gdyby na takich plakatach znalazła się informacja o tym, że dana osoba zamierza kandydować w zbliżających się wyborach – i hasła wyraźnie namawiające do głosowania na nią. Taka treść to zgodnie z obowiązującym Kodeksem Wyborczym agitacja wyborcza, która może być prowadzona dopiero po ogłoszeniu oficjalnego terminu wyborów. Zgodnie z prawem, oficjalnie wybory zarządza i ustala prezes Rady Ministrów. Powinien to zrobić nie wcześniej niż na 4 miesiące i nie później niż na trzy miesiące przed upływem kadencji.

Oznacza to, że oficjalnie kampania ruszy od momentu wydania rozporządzenia premiera o wyborach, a to może zgodnie z kodeksem nastąpić najwcześniej 21 lipca, a najpóźniej – 21 sierpnia. Paradoksalnie, lepiej wiemy, kiedy pójdziemy do urn. Jak poinformował szef Krajowego Biura Wyborczego, Kazimierz Wojciech Czaplicki, będzie to 16 listopada.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 01:15

ANIOŁ DLA KAŻDEGO

Napisane przez

Pani Agnieszka Małaszko od trzech lat pracuje w „Galerii Pod Aniołami”, gdzie sprzedaje obrazy, rzeźby, biżuterię oraz rękodzieło. Motywem przewodnim wielu z tych dzieł są anioły: malowane, rzeźbione w drewnie, ceramiczne, a nawet wykonane z liści kukurydzianych. Niektóre o błogim wyrazie twarzy, inne szelmowsko uśmiechnięte, bądź nieco melancholijne. Trafiają w najróżniejsze gusta, choć sama Agnieszka przyznaje, że najbliższe jej estetyce są anioły przez wielu uważane za nieurodziwe.

Ile anielskich postaci przewinęło się przez galerię? Tego Agnieszka nie potrafi dokładnie określić. Wszystkich aniołów oczywiście nie pamięta, ale utkwiło jej kilka szczególnych, w tym pierwszy – taki anioł-dzwoneczek na choinkę. Anielskie grono było na tyle liczne, że stało się inspiracją dla nazwy nowo otwieranej galerii.

W domu aniołom nie sprzyja szczęście

W domu Agnieszka nie ma zbyt wielu aniołów, ponieważ… odpadają im skrzydła.

– Moja rodzina jest bardzo energiczna, w domu panuje gwar, przewija się dużo gości. Anioły nie mają tu lekkiego życia – wyjaśnia. – W czasie zabaw z dziećmi figurki czasem tracą skrzydła lub głowy. Szczęśliwie zachował się jeden aniołek szklany – prezent od przyjaciółki. Jako jedyny przetrwał bez uszczerbku.

Pierwsze anioły, które zapadły w pamięć naszej gospodyni, wykonała Dorota Kurzyna – jedna z artystek, z którą Agnieszka podjęła współpracę. – One są naprawdę cudowne i najbardziej przypadły mi do gustu. Kurzyna jest bardzo zdolną artystką. Potrafi w ceramice pokazać twarze, co naprawdę nie jest prostą sztuką.

Galeria otwiera swoje podwoje

− Kilka lat temu zajmowałam się robieniem biżuterii i sprzedawałam ją w Internecie – wspomina Agnieszka. – Jednak z czasem chciałam stworzyć miejsce, gdzie mogłabym ją nie tylko robić i sprzedawać, ale i przyciągnąć osoby, które zajmują się podobnymi rzeczami. Miejsce, gdzie artyści mogliby zaprezentować swoje prace, miejsce z klimatem, z duszą.

Decyzja zapadła, Agnieszka postanowiła otworzyć galerię.Znalazła idealne miejsce w urokliwej, przedwojennej kamienicy. Pomieszczenia wymagały gruntownego remontu i znacznych nakładów finansowych.

– Nie chciałam otworzyć kolejnego sklepu. Zależało mi na stworzeniu miejsca, które pozwoliłoby zatrzymać się w codziennym biegu. Chcę, by osoby odwiedzające galerię czuły się swobodnie, mogły bez skrępowania oglądać wystawione w niej dzieła. Staram się poznać moich klientów. Dowiedzieć się, jakie są ich oczekiwania. Znam doskonale prace wystawione w galerii, bardzo chętnie odpowiadam na pytania moich gości. Galeria to strefa wolna od nerwów i stresu. Nawiązałam w niej wiele znajomości, niektóre z czasem przerodziły się w przyjaźnie – mówi Agnieszka. – Galeria ma nie tylko prezentować rękodzieło. Jest to również miejsce, gdzie można się czegoś nauczyć przy okazji różnych warsztatów, które organizuję. Z czasem asortyment powiększył się też o materiały plastyczne, bo takie jest zapotrzebowanie. Ludzie coraz częściej mają potrzebę robienia czegoś własnoręcznie, tworzenia rzeczy pięknych. Niektórym sprawia to większą satysfakcję, niż kupno gotowego dzieła – dodaje.

Otwarcie galerii było opisane w lokalnej prasie. To była skuteczna promocja tego miejsca.

− Twórcy, którzy dziś na stałe współpracują z galerią, sami zaczęli jej szukać, chcąc zaprezentować swoje prace szerszemu gronu odbiorców. Sama również poszukuję nowych rękodzieł, jeżdżąc na okoliczne jarmarki, kiermasze i festiwale. Zależy mi, by najciekawsze prace znalazły się na naszej wystawie, zatem staram się przyciągnąć interesujących artystów – opowiada Agnieszka.

– Bardzo lubię dzieła Marcina Paproty i Katarzyny Aftyki. Poza tym w galerii można zobaczyć prace Danuty Gajewskiej, Basi Klimaszewskej, Agnieszki Urbaniak, Bartłomieja Baranowskiego i wielu innych. Ich twórczość, to jest coś, co trafia w mój gust. Na razie nie mają znanych nazwisk, ale według mnie, jest to tylko kwestia czasu.

– Na wernisażach bywam rzadko – kwituje. – Przyznam, że nie przepadam. Bardziej jest to spotkanie towarzyskie, niż kontemplowanie sztuki. Ktoś z zewnątrz może poczuć się skrępowany. Wolę swobodniejszą atmosferę, jaką gwarantują otwarte imprezy, jak wspomniane już przeze mnie jarmarki.

Każdy anioł jest inny

W galerii mieszka jeden anioł, który zdaniem Agnieszki jest wyjątkowy. To anioł z parasolką, Anioł na Niepogodę, dzieło Doroty Kurzyny. Na razie wystawiony jest do sprzedaży, ale właścicielce galerii szczególnie zależy, by trafił w dobre ręce. – To jest mój anioł, bo ja w ogóle nie odczuwam czegoś takiego, jak niepogoda w życiu. Nawet, gdy zdarzy mi się gorszy dzień, to znajdę w nim coś, co było pozytywne. Mam nadzieję, że znajdzie dobry dom i przyniesie wiele radości nowemu właścicielowi.

Wspaniałe anioły pochodzą ze studia rzeźby i ceramiki unikatowej „Cela 37” w Lublinie. Agnieszka trafiła na nie, przeglądając strony internetowe. – Są takie barokowe i trochę smutne – opisuje. – Każdy jest inny, nie ma dwóch takich samych egzemplarzy, co bardzo sobie cenię. Uważam, że klienci również lubią nabywać rzeczy unikatowe, jedyne w swoim rodzaju. Nie są to seryjne produkty, idealnie gładkie i lśniące. Noszą na sobie odcisk dłoni swoich twórców, a czasem zdaje mi się, że przez ten dotyk artysta oddaje fragment siebie. Ich niedoskonałość jest tym, co nadaje aniołom indywidualny charakter.

W historii galerii zdarzył się też epizod z aniołem gigantem. Do pani Agnieszki zgłosił się łodzianin z ofertą sprzedaży rekordzisty wśród aniołów, o niebagatelnej wysokości trzech metrów. Po prostu nie da się obok takiej postaci przejść obojętnie. Ten anioł miał być wizytówką galerii i zachęcać do jej odwiedzenia. Niestety, był wykonany z tworzywa sztucznego i nie pasował do reszty anielskiej gromadki.

To nie tylko ładny przedmiot

Anioły to powszechnie budzące sympatię postacie. – Prawdziwa moda na anioły zaczęła się rok czy dwa lata temu. Wiele osób zbiera postacie aniołów. Są najlepszym prezentem, by wyrazić dobre intencje. Nie jest to również podarunek, który zbyt mocno zobowiązuje. Pani Agnieszka sama obdarowuje ludzi aniołami, najczęściej takimi, które są jej dziełem. Anioły, które otrzymała w prezencie, może zliczyć na palcach jednej ręki: od mamy, od teściowej, od przyjaciół, w tym Kamili Pajurek, właścicielki „Lawendowego Ogrodu”. Były to dwa anioły przytulone do siebie, namalowane na drewnie. Podarowuje się je, by wyrazić szczególną wdzięczność, ale także, by czuwały nad osobą obdarowaną. Czasami daje się je z miłości, czasami w dowód przyjaźni, bądź tak po prostu, bez okazji. Anioły równie często daje się dzieciom: kiedy się rodzą, przy chrzcie, pierwszej komunii. Tak na szczęście, bo anioły przynoszą szczęście.

Anioły można zrobić ze wszystkiego

− Tu wyobraźnia nie zna granic – zapewnia Agnieszka. Anioły mogą być namalowane, bądź wyrzeźbione w drewnie. Z tych drugich szczególnie ceni sobie prace lokalnego rzeźbiarza Ryszarda Wysockiego. Mogą być witrażowe: w technice Tiffany’ego lub ze szkła fusingowego. Anioły ceramiczne, ręcznie lepione lub z gotowych odlewów. Można też zrobić je na szydełku, uszyć z materiału albo wydziergać na drutach.

Najoryginalniejsze z tych, które pojawiły się w galerii, są z liści kukurydzianych. – Te anioły mają takie różne przebarwienia. Początkowo sądziłam, że to efekt celowego farbowania, a to są naturalne kolory liści.

Anielskie święta

− Największe zapotrzebowanie na anioły pojawia się przed świętami Bożego Narodzenia – mówi właścicielka galerii. – A ja, paradoksalnie, już zastanawiam się, czy właśnie z powodu galerii znajdę czas, by wszystko przygotować.Na pewno będzie świeża choinka. Znajdą się na niej bombki, które zachowały się jeszcze od czasów mojej prababci, babci i mamy. Zbierane przez trzy pokolenia − rodzinny skarb. Na pewno dołożę trochę nowych bombek przyniesionych z galerii, bo też każdego roku w ozdobach są straty. Kiedyś sama wypiekałam pierniki. Teraz dostaję od sąsiadki, która mieszka w sąsiedztwie galerii. Są wyśmienite. Na choince wieszam orzechy, jabłka i cukierki dla dzieci. Oczywiście, nie może na niej zabraknąć aniołów. Taka choinka z aniołami jest dla mnie obietnicą prawdziwie anielskich świąt.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 01:14

NIE ZAMYKAM SIĘ PRZED MIESZKAŃCAMI W GABINECIE

Napisane przez

Rozmowa z Jackiem Gurszem, burmistrzem Chodzieży w województwie wielkopolskim

ANNA CEBULA: Jakie były pana pierwsze zadania, kiedy siedem lat temu został Pan burmistrzem Chodzieży?

Przede wszystkim, zaczynałem od uporządkowania stanu finansów miasta i dokończenia rozproszonych inwestycji. Zorganizowałem też współpracę z jednostkami samorządowymi, ale też skontrolowałem, jak funkcjonują. Jednak najpilniejszym zadaniem było zorganizowanie wysypiska, na które mogłyby trafiać odpady z Chodzieży. Miałem na to miesiąc czasu. To była wówczas jedna ze spraw priorytetowych.

Jak siedem lat temu wyglądała Chodzież?

Kiedy rozpoczynałem urzędowanie było to trochę senne miasto. Między ówczesną władzą, a mieszkańcami istniała przepaść, polegająca bardziej na stosowaniu socjotechniki, czyli niepotrzebnym opowiadaniu niż prowadzeniu konkretnych działań. Mieszkańcom dużo obiecywano, znacznie mniej zaś z tych słów dotrzymywano.

Poza tym inwestorzy nie mogli liczyć na przychylność ratusza – z tego, między innymi, powodu postanowiłem kandydować na burmistrza. Na pewno zmian wymagał niekorzystny zarówno dla mieszkańców, jak i inwestorów, plan zagospodarowania przestrzennego. Ogromnym problemem było zadłużenie miasta. Do 2006 roku Chodzież nie mogła również poszczycić się ani jedną złotówką pozyskaną ze środków unijnych. Obecnie pod tym względem jesteśmy w czołówce już nie tylko Wielkopolski, ale całego kraju. Według rankingu „Rzeczpospolitej” z 2011 roku – na ósmym miejscu.

Jakich modernizacji i inwestycji wówczas wymagała Chodzież?

Przede wszystkim, musiała powstać infrastruktura drogowa na miejskich osiedlach. Ich mieszkańcy wciąż poruszali się po drogach polnych. W fatalnym stanie znajdowała się baza oświatowa. Zastałem rozsypujące się szkoły i przedszkola. Łącznie jest w mieście siedem placówek oświatowych – trzy szkoły i cztery przedszkola. Wiele inwestycji przeprowadzono na polu ochrony środowiska i gospodarki wodno-ściekowej.

Udało się panu spełnić oczekiwania, o których pan wówczas myślał?

Budżet miejski zasiliły pieniądze zewnętrzne, m.in. na budowę dróg czy doprowadzenie bazy oświatowej do lepszego stanu. Na pewno ważnym zadaniem była rewitalizacja terenu nad Jeziorem Miejskim, z którego teraz chętniej korzystają nie tylko mieszkańcy, ale i coraz liczniejsi turyści. Jest to doskonałe miejsce do rekreacji i uprawiania sportów. Obecnie w mieście realizowany jest duży projekt związany z gospodarką wodno-kanalizacyjną. Poza tym rozpoczęliśmy także promocję Chodzieży, by przyciągnąć turystów i inwestorów. Reasumując, w ciągu siedmiu lat udało się dużo zrobić, ale to i tak przysłowiowa kropla w morzu potrzeb.

Jak się Panu współpracuje z marszałkiem województwa i starostą?

Jeśli chodzi o te organy, powiedziałbym, że współpraca przebiega bardzo dobrze. Potrafimy rozwiązywać wspólnie wiele problemów i inwestować. Jest dobrze.

Modelowo…?

Nie wiem, czy modelowo, bo chyba dobrego modelu nie ma.

A jak radzi pan sobie z radą miejską?

Zacznijmy od tego, że mam w radzie większość ze swojego komitetu wyborczego, co nie jest równoznaczne z tym, że stosujemy zasadę głosowania klubowego. Ja cenię w radnych to, że czasami mają odmienne zdanie – i inne od mojego spojrzenie na wiele spraw. Często korzystam z ich podpowiedzi i rad. Jednak niewątpliwie większość w radzie pozwala spokojniej i racjonalniej gospodarować w mieście.

Czy spotyka się pan z mieszkańcami, rozmawia z nimi? Jakie mają szanse by do pana dotrzeć, powiedzieć o problemach, załatwić sprawę?

Nie zamykam się w gabinecie. Uczestniczę w dziewięćdziesięciu procentach spotkań, na które jestem zapraszany przez organizacje i stowarzyszenia. Nie unikam rozmów na ulicach, co więcej, od lat praktykuję wieczorne spacery po mieście, czasami z kijkami, czasami bez. Potrafię w ciągu miesiąca przejść około stu kilometrów, doglądając, co się w mieście dzieje. Podczas tych spacerów rozmawiam z mieszkańcami. Myślę, że jestem kontaktowym człowiekiem – i tak jak powiedziałem, nie zamykam się w gabinecie. Urzędowo na spotkanie z interesantami wyznaczony jest poniedziałek, między godziną dziewiątą a dwunastą, ale to nie jest sztywny grafik, więc jeśli nie jestem zajęty, to zapraszam do siebie do gabinetu. Jeśli są tylko jakieś możliwości spotkania, to z nich korzystam.

Czy w czasie minionych siedmiu lat pojawiły się problemy, które konsultował pan z mieszkańcami?

Zazwyczaj w czasie takich spotkań, o których wcześniej mówiłem, często pojawiają się jakieś sugestie i podpowiedzi co do spraw, których z perspektywy ratusza nie widać. Wiele inwestycji jest zainspirowanych oczekiwaniami czy potrzebami, przy czym trzeba mieć świadomość, że nie jesteśmy w stanie zrealizować wszystkiego. Moją dewizą jest mówienie, że z jednej strony wszystko musimy robić etapami i racjonalnie planować zadania, a z drugiej strony tłumaczę, że gospodarowanie finansami miasta niczym nie odbiega od gospodarowania budżetem domowym czy firmowym. I że mogę wydać tylko tyle, ile jest w kasie. Często tłumaczę, co może jest śmieszne, że nie mam pod stołem maszynki do robienia pieniędzy, które pokryłyby wszystkie inwestycje potrzebne w mieście.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że Chodzież jest pana miejscem na ziemi. Czy zatem, pana zdaniem, miasto jest dobrym miejscem do zamieszkania, z perspektywami dla młodych ludzi, przyjaznym dla osób starszych, które tu będą żyć już na emeryturze, z dobrym dostępem np. do opieki zdrowotnej, z idealnymi warunkami środowiska?

Niewątpliwie, jest to dobre miejsce do zamieszkania pod tym względem, że oferuje niesamowite warunki do spokojnego życia. Jest to taki zielony zakątek Wielkopolski – tak nazywamy Chodzież i okolice. Natomiast struktura zabudowy i położenie miasta między trzema jeziorami powoduje, że mamy ograniczone możliwości na nowe, spektakularne inwestycje. A co za tym idzie, tworzenie dużej ilości nowych miejsc pracy. Ponad połowa powierzchni Chodzieży jest wyłączona z zabudowy, czy to mieszkalnej czy produkcyjnej. Dlatego wygospodarowanie jakiegokolwiek terenu dla nowych inwestorów jest niemożliwe i stąd na tym polu ściśle współpracujemy z gminą.

Jak w tej sytuacji radzą sobie mieszkańcy, gdzie znajdują zatrudnienie?

Myślę, że najmocniejszą gałęzią jest sfera produkcyjno-usługowa. Mamy bardzo dużo podmiotów gospodarczych jedno- czy dwuosobowych. W tej chwili w mieście funkcjonuje kilka zakładów. Największy z nich to Europol Meble, no i oczywiście, Fabryka Porcelany – chociaż kiedyś pracowało w niej trzy tysiące osób, a obecnie zatrudnionych jest czterystu pięćdziesięciu pracowników.

Co w pierwszej kolejności pokazałby Pan gościowi, który zawitałby do miasta? Jakie są jego największe atrakcje?

Myślę, że jeziora. Tych zresztą nie da się nie zauważyć, przejeżdżając przez Chodzież. Także lasy są naszym lokalnym dobrem. Na pewno też Starówkę z barokowym kościołem i ulicą z domkami tkaczy.

Co jeszcze chciałby Pan zrobić, co na razie się nie udało?

Chodzież nadal nie ma muzeum. Dużym, stojącym przed nami wyzwaniem jest remont stadionu miejskiego – z zamiarem powiększenia go o bazę lekkoatletyczną. Czynimy starania, by powstała też akademia sztuki, takie centrum warsztatowo-oświatowe – nastawione na muzykę, poezję, kino, śpiew.

Z jakich osiągnięć jest pan naprawdę dumny?

Od kiedy jestem burmistrzem, ratusz nie jest miejscem hermetycznym dla mieszkańców. Myślę, że udało mi się nawiązać z chodzieżanami nić współpracy. Dumny jestem z tego, że w ostatnich latach jesteśmy postrzegani z lepszej perspektywy nie tylko w województwie, ale i w kraju. Miasto jest też promowane w Polsce i za granicą. Kolejnym powodem do zadowolenia jest podwojenie budżetu – w stosunku do 2006 roku – a co się z tym wiąże, uregulowanie finansów miasta, co jest podstawą jego bytu. Cieszy mnie również promenada nad jeziorem. To jest taka perełka Chodzieży, która zmobilizowała mieszkańców do aktywności, zachęciła ich do wyjścia na spacery, do uprawiania sportów. Ale też na terenach przyległych do jeziora zaczęli inwestować drobni przedsiębiorcy.

 

CHODZIEŻ – o powierzchni 12,77 m kw. jest położona na Pojezierzu Chodzieskim, przy drodze krajowej nr 11. Liczy ok. 19,5 tysiąca mieszkańców. Tylko w granicach miasta są trzy jeziora – Chodzieskie, Strzeleckie i Karczewnik. Związany z Chodzieżą prozaik, Tadeusz Siejak, pisał o niej: „Witajcie w miasteczku pięknym, jak Eden…”

Już od XIX wieku, kiedy turyści odkryli piękne okolice miasta, przypominające górskie krajobrazy, miejsce to porównywano do „małej Szwajcarii” – a samą Chodzież nazywano „perłą Wielkopolski”. Jeszcze przed wojną zachwycił się nim Witkacy, a prezydent Ignacy Mościcki często polował w okalających je lasach.

Ze wzniesienia, nazywanego Górą Podanińską, które jest częścią Wysoczyzny Chodzieskiej, pierścieniem okalającej miasto i jego okolice, można podziwiać jedną z najpiękniejszych panoram miasta.

Chodzież znana jest przede wszystkim z Fabryki Porcelany. Jej początki sięgają drugiej połowy XIX w. W 1854 r. doszło do sprzedaży zamku (jego pozostałości znajdują się w pobliżu dworca PKP), a nowi właściciele, Walter i Müller, już po roku uruchomili w nim produkcję fajansu.

Strona 5 z 10

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY