Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

Człowiek i społeczeństwo

Człowiek i społeczeństwo (128)

czwartek, 26 czerwiec 2014 23:41

TYLKO ROZGRZESZENIA NIE UDZIELAM

Napisane przez

Rozmowa z Arturem Szewczykiem, wójtem gminy Ciepielów

ANNA CEBULA: Mówi pan o sobie, że sprawuje urząd wójta od 2004 roku, czyli tyle lat, ile Polska należy do Unii Europejskiej… Pamięta pan pierwszą zauważalną korzyść dla gminy Ciepielów, wynikającą z faktu, że staliśmy się krajem członkowskim Wspólnoty?

ARTUR SZEWCZYK: Tak, wreszcie coś drgnęło, chociaż nasze wejście do Unii zbiegło się z wcześniej wprowadzoną zmianą w zakresie wybieralności wójta przez samych mieszkańców, co już wówczas spowodowało inne spojrzenie na problemy gminy jako jednego całościowego organizmu. UE to jeszcze bardziej podkreśliła, w swoich fundamentalnych zasadach, dążąc do równomiernego rozwoju w każdym aspekcie życia mieszkańców.

Pierwsze zauważalne zmiany to program SAPARD, a więc program realizowany jeszcze przed naszym wejściem do struktur UE. Nasza gmina, z olbrzymim jak na te czasy dofinansowaniem, wybudowała dwie drogi i zmodernizowała stację uzdatniania wody.

Ale przede wszystkim zmieniła się mentalność w zakresie inwestycyjnym. Wreszcie przyszły czasy, w których ci, którzy chcieli i którzy przejawiali zainteresowanie, mogli coś zrobić, bez oglądania się na poparcie polityczne (akurat w tym czasie rządzących). Wreszcie przyszły czasy normalności, gdzie, żeby dostać dofinasowanie, trzeba było złożyć dobry sensowny wniosek, oceniany nie politycznie, ale według określonych zasad.

Dużą szansą na inwestycje było dofinansowanie z Unii Europejskiej w latach 2007−2013. Co udało się zrealizować w tym czasie w gminie Ciepielów?

Okres 2007-2013, to okres niesamowitego rozkwitu inwestycji infrastrukturalnych w gminie. Co roku, przy wsparciu środków unijnych, wydatkowaliśmy z gminnego budżetu od 3,5 do 4,5 miliona złotych. Środki unijne wydatkowano, między innymi, na trzy duże zagospodarowania centrów największych gminnych miejscowości związanych z odnową otoczenia kościołów i terenów przyległych (parkingi, chodniki, mała architektura krajobrazu, oświetlenie parkowe, itp.). Jako jedyna gmina w powiecie lipskim wybudowaliśmy drogę gminną z dofinasowaniem UE. Przy dofinasowaniu unijnym wybudowaliśmy dwa wodociągi oraz nowoczesną stację uzdatniania wody, obecnie realizujemy budowę ponad 160 przydomowych oczyszczalni ścieków. Zrealizowaliśmy kilkanaście projektów w ramach tzw. „małych projektów” oraz tzw. „projektów miękkich” przeznaczonych dla jednostek oświatowych i ośrodka pomocy społecznej. Łącznie, na wszystkie zadania zrealizowane z dofinasowaniem unijnym, wydatkowaliśmy ponad 6,5 miliona złotych.

Podsumowując, czy gmina wykorzystała szanse, jakie były jej dane w minionej perspektywie?

Z pełnym przekonaniem odpowiadam, że wykorzystaliśmy właściwie wszystko, co mogliśmy. Składaliśmy bardzo dużo wniosków, wykorzystując prawie każdy nabór projektów. W powiecie lipskim, mimo że jesteśmy tylko średnią pod względem wielkości jednostką samorządową, uzyskaliśmy największe unijne dofinansowanie. Związane jest to także z faktem, że corocznie wydatkujemy ze stosunkowo małego budżetu najwięcej środków na realizację inwestycji spośród wszystkich gmin (łącznie z miastem Lipskiem i powiatem lipskim, które mają do dyspozycji dwa, a nawet trzy razy większe budżety).

Ma pan już plany co do kolejnego rozdania środków w latach 2014-2020?

Zawsze ostatnie lata przed rozpoczęciem perspektywy nowych środków poświęcam, wraz z Radą Gminy, na przygotowanie nowych projektów. Nie może być tak, że po wyborach nowe władze nie będą przygotowane na realizację zadań, bo nie będzie wcześniej przygotowanych odpowiednich projektów. I tak, obecnie mamy w pełni kompletny projekt budowy i modernizacji gminnej oczyszczalni ścieków (koszt około 5 milionów złotych), projekty na dalszą budowę przydomowych oczyszczalni ścieków, a także projekt pełnowymiarowej sali gimnastycznej wraz z modernizacją budynku szkoły i zmianą systemu grzewczego. Realizacja tych projektów w pełni uzależniona jest od środków nowej perspektywy UE.

Z czego jest pan najbardziej zadowolony jako wójt?

Z tworzenia: możliwości wprowadzenia zmian w gminie, takich, które widać na każdym kroku. Nasza gmina zmienia się na korzyść, tak jak cała Polska w ostatnich dziesięciu latach. Mam pasję i potrzebę realizacji inwestycji, budowy tego, czego oczekują mieszkańcy wsi, a więc wodociągów, oświetlenia ulicznego, oczyszczalni ścieków, dróg. To jest najbardziej potrzebne do życia każdego człowieka i to staram się w mojej codziennej pracy czynić.

Kiedy objąłem urząd wójta, stan infrastruktury technicznej w gminie był wręcz tragiczny. W ciągu dekady z 11,8 km sieci wodociągowej w roku 2004 w pełni zwodociągowałem gminę, budując sieć 230 km wodociągów wraz z nową stacją uzdatniania wody, przyłączając za ponad 11 milionów złotych 1620 gospodarstw domowych do nowej sieci. W pełni zmodernizowaliśmy sieć gminnego oświetlenia na energooszczędne (zużycie energii zmniejszyło się o 71 proc.), obecnie świeci się prawie 1,5 tysiąca lamp, coraz bardziej inwestujemy w oświetlenie solarne. Inwestujemy w przydomowe oczyszczalnie ścieków – corocznie, zgodnie z przyjętym programem, budujemy od 60 do 160 indywidualnych przydomowych oczyszczalni ścieków. Dokonaliśmy olbrzymich postępów w zakresie budowy dróg asfaltowych, których jeszcze w 2004 r. było tylko 13 km, obecnie sieć nowych gminnych dróg asfaltowych wynosi już ponad 75 km (przez 10 lat wydatkowaliśmy na ten cel ponad 13 milionów złotych). Dodając do powyższego kilka inwestycji w zakresie odnowy centrów miejscowości, budowę domu kultury, oraz uruchomienie najnowocześniejszego zakładu fizjoterapii w okolicy, to wszystko sprawia, że praca, którą codziennie podejmuję, sprawia mi ciągle satysfakcję.

Jakie zadania pochłonęły najwięcej pieniędzy z kasy gminnej w ubiegłym roku?

Oczywiście: budowa dróg. Po zakończeniu wodociągowania gminy, które od momentu objęcia przeze mnie urzędu wójta było priorytetem, obecnie nasza gmina inwestuje przede wszystkim w drogi. Łącznie na budowę ponad 20 km dróg przeznaczyliśmy ponad 3,3 miliona złotych.

Jakie są obecnie priorytety inwestycyjne gminy?

Wciąż budowa dróg. Według moich planów, przeznaczając na ten cel około dwóch milionów złotych rocznie, do 2018 roku powinniśmy wybudować prawie wszystkie drogi gminne, przy których usytuowane są gospodarstwa domowe. Drugim bardzo ważnym priorytetem jest budowa nowej oczyszczalni ścieków i wybudowanie pozostałych przydomowych oczyszczalni ścieków. Chciałbym jeszcze wybudować nową salę gimnastyczną i stadion lekkoatletyczny.

To spore wydatki. Jak wygląda sytuacja ekonomiczna gminy?

Jeżeli z budżetu niespełna osiemnastu milionów corocznie można realizować inwestycje ze środków własnych na około 3-4 mln – to sytuacja ekonomiczna budżetu gminy jest według mnie bardzo dobra. Możliwe jest to tylko i wyłącznie dzięki racjonalnemu zarządzaniu budżetem – i przede wszystkim właściwej polityce w zakresie realizacji zadań oświatowych.

Co sądzi pan o relacjach między rządem, a samorządami?

Nie jestem chyba wyjątkiem: każdy wójt powie, i to jest, niestety, smutna prawda, że wszystkie pomysły rządu sprowadzają się do jednego. Najlepiej przerzucić problemy na samorząd, najlepiej bez zabezpieczenia odpowiednich środków finansowych, bo samorząd jakoś sobie poradzi.

Ale i w samorządach zdarzają się problemy i konflikty. Jak panu układa się współpraca z radą gminy?

Niemalże od momentu objęcia przeze mnie urzędu wójta gminy, współpraca jest wzorowa. Umiem przekonać radnych do swoich racji, ale staram się także, aby w miarę możliwości podejmowane były działania, które w sposób zrównoważony rozwijają całą gminę, bez względu na wielkość miejscowości. Stąd chociażby wykonanie w stu procentach gminnej sieci wodociągowej. Dzięki temu, pomimo podziału gminy na 15 okręgów wyborczych i reprezentowaniu przez radnych różnych miejscowości, udaje się pogodzić interesy radnych. Dzięki temu współpraca układa się pomyślnie.

Czy jest pan wójtem, który reaguje na postulaty mieszkańców?

Tak, chociaż nie da się zrobić wszystkiego w ciągu jednej chwili. Zgodnie z przyjętymi zasadami przyjmuję interesantów jeden dzień w tygodniu, ale to tylko fikcja administracyjna. Drzwi do mojego gabinetu są zawsze otwarte – a ilość interesantów każdego dnia jest wręcz ogromna. Każdego staram się wysłuchać, pomóc, albo chociaż wesprzeć dobrym słowem. Nie udzielam tylko rozgrzeszenia.

Letnicy tłumnie ściągają w okolice Ciepielowa. Co, pana zdaniem, ich tu przyciąga? Jakie są walory gminy?

Cisza, spokój, czysty, nie skażony przemysłem, klimat. Przede wszystkim zasoby historyczne, przepiękna dolina bardzo czystej, uregulowanej rzeki Iłżanki. W ramach naszego członkostwa w Związku Gmin „Nad Iłżanką” przygotowaliśmy ponad 200 km sieci szlaków rowerowych dla miłośników dwóch kółek.

Jakie działania pan podejmuje, by promować gminę?

Organizujemy cyklicznie powtarzające się imprezy o zasięgu regionalnym, a nawet ogólnopolskim, między innymi majówkę disco-polo, oraz – w ramach uroczystości patriotycznych – rekonstrukcję historyczną (największą tego tylu imprezę na południowo wschodnim Mazowszu). Wydajemy różnego rodzaju publikacje, promujące gminę, a od 2000 roku publikujemy bezpłatny kwartalnik informacyjny „Nasza Gmina” (w nakładzie 2200 egzemplarzy).

Zamierza pan kandydować w kolejnych wyborach samorządowych? Jeśli tak, to jakie zadania na przyszłość przedstawi pan w obecnej kampanii?

Tak, zamierzam. W 2004 roku postanowiłem zwodociągować gminę i zmodernizować oświetlenie uliczne, co wówczas spotkało się z wielkim sceptycyzmem – a dzisiaj jest faktem dokonanym. Jak już wspomniałem, teraz chciałbym dokończyć budowę dróg asfaltowych, wybudować dla wszystkich gospodarstw domowych przydomowe oczyszczalnie ścieków, salę gimnastyczną, oraz – co jest moim coraz śmielszym marzeniem – wybudować stadion lekkoatletyczny.

 

ARTUR SZEWCZYK – ur. 4 czerwca 1972 r., żonaty, dwoje dzieci. Wykształcenie wyższe prawnicze, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Łódzkiego oraz podyplomowych studiów samorządowych na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę zawodową rozpoczął bezpośrednio po ukończeniu studiów wyższych w roku 1998 jako referent administracyjny w Urzędzie Gminy w Ciepielowie. Od kwietnia 1999 r. Sekretarz Gminy Ciepielów (najmłodszy wówczas sekretarz w Polsce). W okresie pełnienia funkcji sekretarza Gminy, m.in. zreformował struktury organizacyjne Urzędu Gminy i podległych mu jednostek organizacyjnych. Twórca i pierwszy redaktor naczelny ukazującego się od 2000 roku  biuletynu informacyjnego gminy Ciepielów.

Od 2004 roku dodatkowo pełnił funkcję Zastępcy Wójta, a w grudniu 2004 roku – w wyborach uzupełniających po śmierci dotychczasowego wójta gminy – powołany na wójta gminy Ciepielów (wygrał w pierwszej turze, zdobywając 53 proc. głosów). Funkcję wójta objął w wieku 32 lat (był wówczas najmłodszym wójtem w subregionie radomskim). Kolejne wybory – po dwóch latach sprawowania funkcji wójta – wygrał również w pierwszej turze, z przewagą 69 proc. głosów. W 2010 r. odniósł jeszcze większe zwycięstwo wyborcze, tym razem zdobywając 81 proc. głosów.

Od 2004 r. pełni również funkcję Prezesa Związku Gmin „Nad Iłżanką”, skupiającego cztery gminy – Iłża, Kazanów, Ciepielów, Chotcza. W 2011 r. jego praca została doceniona w plebiscycie „Euro Gmina województwa mazowieckiego”: został wybrany wójtem roku.

Posługuje się mottem: Z inwestycjami gminnymi jest jak z maratonem – trzeba cierpliwości, planowania oraz umiejętności rozłożenia sił, by zrealizować jak najwięcej z korzyścią dla mieszkańców gminy. Aby gmina jak najszybciej zniwelowała wieloletnie zaniedbania w zakresie stanu infrastruktury technicznej i stała się gminą, której dewizą jest inwestowanie w przyszłość. Gmina promuje się też hasłami: „Z tradycją w nowoczesność” oraz „Ciepielów – Gmina inwestująca w przyszłość”.

Metafora z motta nie jest przypadkowa. Artur Szewczyk bierze udział w biegach długodystansowsych, od 5 km do biegów ultra. Przebiegł m.in. piętnaście maratonów, zdobywając „Koronę Maratonów Polskich”.

 

CIEPIELÓW – miejscowość położona w województwie mazowieckim, w południowo-wschodniej części ziemi radomskiej, w powiecie lipskim, w malowniczej dolinie rzeki Iłżanki. W Ciepielowie krzyżują się połączenia drogowe województwa świętokrzyskiego i podkarpackiego z województwem mazowieckim. Na powierzchni 134,77 km kw. znajduje się 29 sołectw, zamieszkuje tutaj 5893 osób. Wysoki odsetek użytków rolnych (ok. 87 proc.) sprawia, że głównym źródłem utrzymania mieszkańców gminy jest rolnictwo. Na terenie gminy jest 1387 gospodarstw indywidualnych, wśród których przeważającą część stanowią gospodarstwa o średniej powierzchni wynoszącej 7,47 ha. Ze źródeł pozarolniczych utrzymuje się zaledwie 21 proc. ludności gminy. Działalność gospodarczą na terenie gminy prowadzą 152 podmioty gospodarcze. Gmina Ciepielów jest członkiem Związku Gmin „Nad Iłżanką”, a także Stowarzyszenia LGD „Dziedzictwo i Rozwój”. Budżet gminy to około 18 milionów złotych.

Z historią Ciepielowa związane są osoby wybitne, nie tylko w skali regionalnej, ale też krajowej i europejskiej. Na terenie gminy m.in. przebywał i tworzył swoje obrazy wybitny polski malarz Jacek Malczewski. Adolf Dygasiński pisał tu wiersze, a Wacław Karczewski – uważaną za pierwowzór „Chłopów” powieść „W Wielgiem”, którą rozsławił miejscowość. Z postaci współczesnych: Wacław Długosz, przedwojenny Poseł i Wicemarszałek Sejmu RP, Jan Sońta ps. „Ośka”, legendarny partyzant i założyciel Batalionów Chłopskich, Józef Pelc i żołnierze 74. Górnośląskiego Pułku Piechoty z Lublińca, którzy w pierwszych dniach września 1939 roku w lesie pod Dąbrową zostali bestialsko wymordowani przez Niemców. Rozstrzelano wówczas 300 żołnierzy i był to pierwszy na taką skalę mord żołnierzy polskich w II wojnie światowej. Na pamiątkę tych wydarzeń co roku w drugą niedzielę września odbywają się tu uroczystości rocznicowe z największą na południowo-wschodnim Mazowszu rekonstrukcją historyczną. Innym symbolem jest rodzina Kowalskich – ikona polskiego heroizmu, rodzina, która wraz z 33 mieszkańcami wsi Stary Ciepielów i Rekówka, została w grudniu 1942 r. spalona żywcem przez Niemców za ukrywanie Żydów. W 2009 r. Kowalscy doczekali się powstania sfabularyzowanego dokumentu, opowiadającego o tamtych wydarzeniach – pt. „Historia Kowalskich”.

sobota, 24 maj 2014 16:16

TO NIE JEST PRACA URZĘDNIKA

Napisane przez

Rozmowa z Anną Baculewską, kierowniczką Środowiskowego Domu Samopomocy w Wałczu

ANNA CEBULA: Dwa lata temu, w uznaniu pani zasług zawodowych została pani uhonorowana tytułem „Przyjaciela Oświaty”. Jak pani odebrała to wyróżnienie?

ANNA BACULEWSKA: Ciepło i… zobowiązująco.

Może nam pani zdradzić, jak uzasadniono przyznanie pani tego tytułu?

Za całokształt (śmiech). Od dziewięciu lat, wraz ze współpracownikami, odwiedzam szkoły wałeckie. Przychodzimy na lekcje i uczymy dzieci oraz młodzież, jak nawiązać pozytywne relacje z osobami niepełnosprawnymi umysłowo. Organizujemy też dni otwarte w Środowiskowym Domu Samopomocy. Zapraszamy wtedy uczniów do siebie i dzięki temu uświadamiają sobie, że taki ośrodek istnieje. Przy okazji organizujemy zajęcia integracyjne.

Te działania są związane z pani pracą zawodową…

Na co dzień jestem kierownikiem Środowiskowego Domu Samopomocy w Wałczu. Ze względu na to stanowisko na dalszy plan zeszła praca pedagoga opiekuńczo-wychowawczego i terapeuty. A co do bycia szefem staram się nie urzędować za zamkniętymi drzwiami: biorę udział we wszystkich organizowanych przedsięwzięciach. Opuściłam tylko dwie wycieczki moich podopiecznych, a było ich sporo. Przede wszystkim jednak walczę o środki finansowe, by mogli wyjeżdżać i jak najwięcej poznawać.

Znajduje się pani w grupie szczęśliwców, która miała szansę wpłynąć na wybór swojej drogi zawodowej czy zadecydował przypadek?

Zawsze szukałam pracy w swoim zawodzie. To moje drugie miejsce zatrudnienia. Z różnymi uczuciami wspominam wcześniejszą pracę w Domu Dziecka w Złotowie. W dzieciach, mających świadomość, że rodzice gdzieś są, tkwiło poczucie odrzucenia, gromadziły się złe emocje – a to wywoływało agresję. Przyznam, że nie miałam przekonania, że mogę coś zrobić. W 2000 r. powstał Środowiskowy Dom Samopomocy i potrzebna była kadra. Spróbowałam swoich sił. Wtedy miałam głowę pełną pomysłów, satysfakcję z kontaktów z ludźmi i z tego, że wpływam na wizerunek ŚDP. Ta praca jest absorbująca, ale jednocześnie ciekawa i różnorodna. To nie jest praca urzędnika.

Jak sobie pani radzi z własnymi emocjami?

Był taki zachwyt: praca-misja, praca, która przynosi dobro. Ale przede wszystkim jest to praca żmudna, dla długodystansowca, bo postępy są znikome. Typowy zadaniowiec, czyli osoba, która ma do wykonania zadanie i chce widzieć efekt natychmiast, nie da sobie rady.

Gdy przychodzi zniechęcenie, obniża się motywacja, trzeba weryfikować swoje emocje. Nie można oczekiwać postaw, umiejętności. Czasami potrzeba roku, by zachęcić podopiecznego do skorzystania z komputera. Wypala się potencjał osobowościowy. Nasi podopieczni to też ludzie bardzo wrażliwi na warunki atmosferyczne. Funkcjonują w zamkniętej społeczności. Zwłaszcza jesienią i wiosną złe samopoczucie jednej osoby odbija się na grupie. I wtedy potrzebna jest specjalistyczna wiedza, wrażliwość, tolerancja.

Ma pani poczucie, że ta praca jest doceniana, także finansowo?

Tam, gdzie nie ma spektakularnych efektów, a jednocześnie wymaga się wysokich kwalifikacji – gratyfikacja finansowa jest jak najbardziej wskazana. Każdy lubi być doceniany. To motywacja do pracy. Zawsze podkreślam, że osoby, z którymi mam przyjemność pracować, terapeuci, chcą wzbogacać warsztat, a do tego potrzebny jest nakład finansowy. Ponadto wychodzą daleko poza swoje obowiązki. Są opiekunami, rodzicami. Czasami przebierają, podają leki, udzielają pierwszej pomocy, pomagają w toalecie.

Co zalicza pani do swoich sukcesów?

Zarządzanie – i tak pojmuję swoją rolę. Dzięki temu udaje się organizować imprezy dla społeczności ŚDS. W planie rocznym zakładam trzy wycieczki, konkursy. Jeżeli zrealizujemy z tego 75 procent to sukces. Mamy również szczęście do ludzi, możemy liczyć na pomoc. Poza tym – choć nie chciałabym użyć skrótu myślowego – wyciągamy osoby ze świata osamotnienia, zaniedbania fizycznego i psychicznego. Przychodzą do ŚDS i znajdują swoje miejsce, takie, że chcą wstać rano, przyjść na czas. Sukcesy są… drobne. Czasami trafia do nas osoba, która nie rozróżnia sztućców, a tu uczy się i z czasem zaczyna korzystać z widelca, talerza, sama się ubierze, skorzysta z toalety.

Zdarzają się porażki?

Są osoby, które nie pozwalają sobie pomóc. Nie znajdujemy klucza do ich osobowości. Zdarza się, że po latach ktoś odchodzi. Tak wybiera. Życie zaczyna mu się rozsypywać. To porażka dla terapeuty. Jest również bardzo dużo osób, które spotykam i wiem, że potrzebują pomocy, a nie mam żadnych możliwości prawnych, by zapukać do ich drzwi, zaczepić na ulicy. Ośrodek ma 30 miejsc. Część podopiecznych choruje. Frekwencja zwykle wynosi do 80 procent. Nie wszystkie osoby przychodzą na cały dzień. Część korzysta po pół roku. Część się wyprowadza albo rezygnuje, bo taka forma jej się nie podoba. Z ośrodka mogłoby korzystać więcej osób.

To praca, która wychodzi poza godziny, kiedy otwarty jest ŚDS, bo zdarzają się wyjazdy, więc jest pani poza domem. Czasami trafiają się trudne sprawy i wtedy, wieczorem, odzywają się emocje. Czy pani rodzina akceptuje tę pracę?

Jestem mamą dziesięciolatka i czterolatki. Syn lubi tu przychodzić. Lubi kontakt z podopiecznymi i nie traktuje ich tak, jakby były niepełnosprawne. Mąż również jest zaangażowany. Często pomaga organizować transport. Bliscy moich współpracowników też się włączają. Mąż jednej z terapeutek jest sędzią podczas zawodów i opiekunem na spływach.

Dziękuję za rozmowę.

sobota, 24 maj 2014 16:12

RAJ PO POLSKU

Napisane przez

W Michałowie mieszkańcy nie płacą lokalnych podatków, w Żorach za darmo jeżdżą komunikacją miejską, Wodzisław Śląski sponsoruje internet, a burmistrz Rychwału postawił na ekologiczne źródła energii. Gminy prześcigają się w pomysłach, jak uprzyjemnić życie mieszkańcom. Jest się o co bić, bo polskie gminy systematycznie się wyludniają.

Polacy chcą żyć wygodniej. Przenoszą się do większych miast, które zapewniają im wyższy komfort życia. Z trendem muszą sobie radzić włodarze gmin, zwłaszcza tych, które się wyludniają. Dlatego coraz odważniej wychodzą z niestandardowymi propozycjami podnoszącymi jakość życia mieszkańców. Ich zdaniem, to szansa na odwrócenie negatywnych trendów demograficznych i przyspieszenie rozwoju gminy.

Za darmo po mieście

Na darmową komunikację miejską postawiły Żory na Śląsku. Pierwszego maja br. na ulice miasta wyjechało osiem klimatyzowanych autobusów, które obsługują siedem linii. Mają one przerwać błędne koło. W ostatnich latach bowiem liczba pasażerów korzystających z tamtejszej komunikacji miejskiej znacznie spadła. Generowało to kolejne dopłaty z budżetu gminy do komunikacji, rosły ceny biletów, a to jeszcze bardziej zniechęcało pasażerów.

– Komunikacja była za droga – przyznaje w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Anna Ujma, doradca prezydenta ds. polityki promocji i informacji. Miasto ostatnio dopłacało do komunikacji miejskiej 70 proc. kosztów. – Darmowa komunikacja podniesie komfort życia w mieście, zwłaszcza osobom niezamożnym, seniorom, czy młodzieży – dodaje Ujma. Żory stać na pokrycie kosztów darmowej komunikacji miejskiej. Obciążenie finansowe – jak wyliczyli urzędnicy – wzrośnie z 2,4 mln do 3,3 mln zł.

Miejską komunikację promuje też dolnośląski Wałbrzych. Każdego pierwszego dnia miesiąca tamtejsi kierowcy mogą korzystać z darmowej komunikacji miejskiej. Uprawniony do darmowego przejazdu jest każdy, kto wylegitymuje się ważnym dowodem rejestracyjnym.

Gmina bez podatku

Kontrowersyjny – ale okazuje się, że skuteczny – sposób na przyciągnięcie nowych mieszkańców znalazł burmistrz Michałowa koło Białegostoku. Od początku tego roku mieszkańcy nie płacą tam podatków od nieruchomości. – Benjamin Franklin miał powiedzieć, że w życiu pewne są dwie rzeczy: śmierć i podatki. Tej drugiej już w Michałowie nie ma, teraz pracujemy nad tym, jak uniknąć tej pierwszej – śmieje się w rozmowie z GMINĄ burmistrz Marek Nazarko. Zniesienie podatków od nieruchomości, budynków mieszkalnych i gruntów to pierwszy taki przypadek w Polsce.

Rocznie z tego tytułu do budżetu gminy wpłynie 0,5 mln zł mniej. To jednak tylko pozorne uszczuplenie dochodów, bo – jak tłumaczy burmistrz – profitów z tego tytułu jest więcej niż strat. – Więcej osób będzie mieszkać w Michałowie, co przełoży się na udział w podatku dochodowym z budżetu państwa. Więcej dzieci będzie chodzić do szkoły, co z kolei wpłynie na potencjał gminy – tłumaczy burmistrz Nazarko. Miasto stać na takie posunięcie, gdyż sytuacja finansowa gminy jest bardzo dobra. – Więcej pieniędzy zostanie w kieszeniach mieszkańców, a te pieniądze i tak wydadzą na terenie naszej gminy – dodaje burmistrz. Mieszkańcy rocznie zaoszczędzą 400-500 zł. Zdaniem burmistrza „tłuste lata” są najlepszym czasem na podejmowanie decyzji prorozwojowych.

W gminie wytyczono kolejne działki pod budownictwo mieszkaniowe, są też plany zagospodarowania przestrzennego. Efekt? Pojawiły się nowe wnioski o zameldowanie, są też zainteresowani kupnem działek. Mieszkańcy muszą jednak zapłacić zaległe podatki. – Aby być zwolnionym z podatku, nie można zalegać wobec niej z żadnymi opłatami – wyjaśnia Nazarko.

Taniej dzięki dzierżawie

Sposób na oszczędzanie znalazł też burmistrz wielkopolskiego Rychwału. Gmina w powiecie konińskim była w finansowym dołku. Jeszcze w 2011 roku deficyt budżetowy wyniósł 2 mln zł. Ale już tegoroczny plan zakłada nadwyżkę budżetową w wysokości 3 tysięcy złotych. To efekt m.in. szukania oszczędności przez władze gminy. Jednym z pomysłów jest oszczędzanie na… ogrzewaniu. Ale nie znaczy to, że mieszkańcy mają zimno w domach.

Miejska kotłownia została wydzierżawiona prywatnej firmie, która wymieniła na własny koszt piece olejowe na te, które jako źródło energii wykorzystują pelet, czyli biomasę. Przy dużych zespołach szkół na terenie Rychwału roczny koszt ogrzewania wynosił 350 tys. zł. Dzięki zmianie źródła energii zaoszczędzono na energii cieplnej 21 proc. pieniędzy. – W tej chwili będzie to około 70-80 tys. zł. Taka suma pozwala na ogrzanie trzech innych placówek – cieszy się Stefan Dziamara, burmistrz gminy i miasta Rychwał.

Internet socjalny

W Wodzisławiu Śląskim dzięki sieci WiMAX dostęp do internetu rzeczywiście jest powszechny. Dysponuje nim 85 proc. mieszkańców. Nie jest to jednak konkurencja dla komercyjnych dostawców sieci. – Nasz internet ma być internetem socjalnym – mówi Barbara Chrobok, rzecznik prasowy Wodzisławia Śląskiego. Jak tłumaczy, ze względu na to, że jest on wolny, ma służyć głównie sprawdzeniu poczty czy przeglądaniu stron. Na uruchomienie ośmiu hot spotów pozwoliły środki unijne.

Zniknie blisko 500 gmin

Po pierwszej fali niezbędnych inwestycji z funduszy unijnych, gminy coraz częściej rywalizują między sobą… na pomysły podnoszące standard życia. Coraz więcej samorządowców rozumie, że za mieszkańcami idą podatki i tym samym zwiększa się potencjał gminy.

Ci samorządowcy, którzy zawczasu postarają się zatrzymać mieszkańców na swoim terenie, unikną poważnych problemów w przyszłości, bo Polska powoli, ale systematycznie się wyludnia. W ciągu najbliższych dziesięciu lat statystyczny powiat będzie się zmniejszał o ok. 500 osób, a na przestrzeni lat 2024-2026 nawet po 1,5 tys. osób rocznie. Wówczas zaczną wymierać roczniki wyżu powojennego. – To spowoduje, że w ciągu jednego pokolenia statystycznie ubędzie nam blisko pięćset gmin, siedemdziesiąt powiatów i dwa województwa – ostrzega Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich.

Obawy samorządowców potwierdzają eksperci, którzy także w swoich prognozach przewidują znaczny ubytek ludności. – Odwrócenie tego trendu będzie trudne, tym bardziej, że Polska jest wciąż krajem emigracyjnym – mówi prof. Jerzy T. Kowaleski z zakładu demografii Uniwersytetu Łódzkiego. I dodaje, że jego zdaniem, istotny ubytek ludności zacznie się jeszcze w tym dziesięcioleciu. Włodarze rozumieją to bardzo dobrze. Nikt przecież nie chce, aby to właśnie jego gmina zniknęła z administracyjnej mapy kraju.

sobota, 24 maj 2014 16:00

OD POCZĄTKU ROKU SPOKOJNIE REALIZUJEMY BUDŻET

Napisane przez

Rozmowa z dr. Bogdanem Wankiewiczem – starostą powiatu wałeckiego w województwie zachodniopomorskim

ANNA CEBULA: Jak scharakteryzowałby pan powiat wałecki?

BOGDAN WANKIEWICZ: Myślę, że jest ciekawym powiatem, co wynika z samego faktu położenia na pograniczu województwa zachodniopomorskiego, w sąsiedztwie dwóch województw – wielkopolskiego i lubuskiego.

W ostatnich latach zmniejszyła się liczba mieszkańców. Demografia jest, niestety, bezlitosna. Ale taką tendencję obserwuje się w całej Polsce.

Warto podkreślić, że powiat jest również pięknie położony pod względem geograficznym, na Pojezierzu Wałeckim, które sąsiaduje z Pojezierzem Drawskim. Razem stanowią część przepięknej Doliny Toruńsko-Eberswaldzkiej, która jest krainą obfitującą w różnorodne gatunki zwierząt. Na pojezierzu wałeckim dominują jeziora i lasy. To taka zielona enklawa zalesiona w ponad 50 procentach, a w gminie Człopa powierzchnia lasów przekracza nawet 70 procent. Istnieją więc doskonałe warunki, by rozwijał się tu przemysł drzewny. Ubolewam, że tak nie jest, chociaż są jakieś jego namiastki. Być może w przyszłości rozwinie się tutaj ta gałąź przemysłu.

To atuty regionu, a co pana zdaniem jest niekorzystne dla powiatu?

Całe województwo zachodniopomorskie odziedziczyło bardzo duże, strukturalne bezrobocie – pozostałość po Państwowych Gospodarstwach Rolnych, ale to bolączka zwłaszcza powiatu wałeckiego. Gospodarstwa indywidualne stanowiły mikroskopijną ilość w stosunku do PGR-ów. Dzisiaj proporcje się zmieniły. Powstały duże obszarowo gospodarstwa rolne – od kilkudziesięciu do kilkuset hektarów – ale miejsc pracy jest jak na lekarstwo.

Czyli najważniejszą gałęzią gospodarki jest rolnictwo…

Tak, ale świetnie rozwija się również przemysł metalurgiczny. Jeżeli chodzi o taką ciekawostkę, to wielokrotnie zadawano mi pytanie, w jaki sposób powiat, który ma charakter rolniczy, wyspecjalizował się w przemyśle metalurgicznym? I tak jest w istocie, ale to również pozostałość z minionego okresu. Funkcjonujące wówczas w naszym powiecie POM-y (Państwowe Ośrodki Maszynowe – dop. red.) zajmowały się produkcją i naprawami maszyn rolniczych. Co prawda na niewielką skalę, ale dzięki nim dzisiaj na terenie powiatu mamy kilkanaście zakładów pracy, które przerabiają stal na części rowerowe, grzejniki, maszyny rolnicze, konstrukcje stalowe, balustrady i wiele innych produktów, które z powodzeniem podbijają nie tylko rynki w Polsce, ale również w wielu krajach w Europie i na świecie. Z tą branżą związana jest także szkoła zawodowa w Wałczu, która kształci fachowców w takich kierunkach, jak technik mechanik, technik mechatronik, technik pojazdów samochodowych. W powiecie działa również Klaster Metalowy Metalika − jedyny taki w województwie zachodniopomorskim, dzisiaj już o charakterze ponadregionalnym.

Rolnictwo i metalurgia nie zamykają jednak specjalizacji powiatu?

Nieźle też wygląda sytuacja, jeśli chodzi o zakłady przetwórcze. W powiecie działają znane na rynku krajowym Victoria Cymes, Żywiec Zdrój czy też Trumpf Mauxion Chocolates w Tucznie – część jednego z największych producentów czekolady w Polsce. Dzisiaj zatrudnia ponad czterysta osób, a w sezonie nawet siedemset, więc jest to duży zakład pracy.

Brakuje nam infrastruktury, która pozwoliłaby na rozwój turystyki, bo są ku temu doskonałe warunki, chociażby wspomniane już przepiękne jeziora z największym – liczącym ponad siedemset hektarów – Bytyniem, który jest dzisiaj objęty ochroną, z wieloma ciekawostkami przyrodniczymi. Warto się też pochwalić zagrodą żubrową w Jabłonowie, w gminie Mirosławiec – mimo że jeszcze nie została oddana do użytku. Jej otwarcie nastąpi jednak lada dzień. Zagroda jest marką tej gminy, ale wszystko zaczęło się od wolno żyjącego w tych okolicach stada, liczącego dzisiaj ponad siedemdziesiąt osobników. Mieszkańcy gminy dawno oswoili się z obecnością tych potężnych zwierząt. Stado żubrów wypoczywających przy drodze robi ogromne wrażenie.

Ciekawostką jest również „górka magnetyczna” o szczególnych właściwościach. Pod tę górkę podjeżdżają samochody z… wyłączonym silnikiem, podobnie plastikowe butelki toczą się… pod górkę i woda wylana na asfalt płynie pod górkę. Niedawno odwiedzili nas goście z Niemiec. Kiedy pokazałem im to miejsce, z niedowierzaniem patrzyli na te niezwykłe zjawiska. Bardzo im to zaimponowało, ale już zapowiedzieli, że podczas następnej wizyty będą zaopatrzeni w bardzo precyzyjną poziomicę i podejmą próbę wytłumaczenia tych niezwykłych zjawisk.

Sama stolica powiatu, Wałcz, jest bardzo ciekawym miastem. Można nawet powiedzieć, że bez inwestowania w infrastrukturę ma wiele do zaoferowania, głównie ze względu na bardzo urokliwe położenie – między dwoma jeziorami. Miasto nie ma aż tak imponującej architektury z  poprzednich stuleci. Tych pozostałości jest bardzo mało, ale staramy się je zachować w dobrym stanie. Z kolei marką miasta jest Centralny Ośrodek Sportu – Ośrodek Przygotowań Olimpijskich – znany nie tylko w Polsce, ale także poza granicami kraju. Specjalizuje się w sportach wodnych, ale chętnie trenują tu olimpijczycy innych dyscyplin sportowych, również i zimowych.

Zaletą Wałcza i zarazem niedogodnością dla mieszkańców są dwie drogi krajowe, nr 10 i 22, które przecinają miasto. Mam nadzieję, że zostaną zmodernizowane – i w przyszłości będą one dwupasmowe, z obwodnicą, która umożliwi ominięcie Wałcza, bo takie natężenie ruchu, jak obecnie, jest bardzo uciążliwe dla miasta.

Potrafi pan określić, kiedy ta obwodnica powstanie?

Powiat wałecki, jako jedyny w województwie zachodniopomorskim, jest przygotowany do jej budowy. Jest projekt obwodnicy, więc właściwie pozostało ją tylko wybudować. Jest nadzieja, że w ramach nowej perspektywy 2014-2020 zostanie wybudowana.

Obecna kadencja dobiega końca. Podsumowując, jakie przedsięwzięcia dały panu satysfakcję?

To właściwie cały ciąg zadań, jakie udało się zrealizować od 2007 roku. Przede wszystkim staraliśmy się, by jak najwięcej zadań wykonać w perspektywie 2007-13. Udało się nam pozyskać dużo środków unijnych, które były jedyną szansą, by naprawić i zmodernizować obiekty użyteczności publicznej oraz poprawić infrastrukturę.

Przy unijnym wsparciu udało się nam wyremontować i zmodernizować wszystkie obiekty oświatowe. Każda szkoła ma infrastrukturę sportową – boiska orlik 2012, „Boisko blisko”. Pierwsze wielofunkcyjne boisko z lodowiskiem i boiska wielofunkcyjne do gier.

Naszą bolączką jest szkolnictwo zawodowe, które do tej pory traktowane było trochę po macoszemu. Jesteśmy w trakcie opracowywania Powiatowej Strategii Kształcenia Zawodowego. Prace zakończą się w czerwcu. Myślę, że jako jeden z nielicznych powiatów w województwie będziemy mieli strategię, nad którą pracowali dyrektorzy szkół, przedstawiciele organizacji społecznych i przedsiębiorcy. Mam nadzieję, że te działania spowodują inne spojrzenie na szkolnictwo zawodowe. Pierwsze efekty już są, m.in. dofinansowanie z EFS projektu „Najlepszy w zawodzie” (PO KL Działanie 9.2 Podniesienie atrakcyjności i jakości szkolnictwa zawodowego).Zespół Szkół nr 3 otrzymał ponad milion złotych na realizację tego projektu, włącznie z zakupem nowoczesnych obrabiarek do obróbki metalu, bo maszyny, z których do tej pory korzystali uczniowie, są już mocno przestarzałe.

Po stronie sukcesów zapisałbym ponowne połączenie Wałcza ze stolicą województwa linią kolejową.

Bardzo ważne zadanie inwestycyjne, jakie zostało zrealizowane, to drugostronne zasilanie energetyczne powiatu wałeckiego. Tę inwestycję udało się zrealizować przy wsparciu powiatu. Dzisiaj można już powiedzieć, że będzie zmodernizowana linia energetyczna, również z Wałcza do Mirosławca. Bezpieczeństwo energetyczne to duża szansa dla rozwoju przedsiębiorczości – oznacza więcej firm, które będą chciały inwestować w powiecie.

W ramach Regionalnych Programów Operacyjnych oraz Europejskiego Funduszu Społecznego i PO Infrastruktura i Środowisko zmodernizowano w powiecie wszystkie obiekty użyteczności publicznej oraz wykonano termomodernizację na tych obiektach. Projekt obejmował termomodernizację 26 obiektów. Z Euroregionu Pomerania otrzymaliśmy środki na zorganizowanie polsko-niemieckiego spotkania młodzieży w ramach XV Festiwalu Młodzieży Euroregionu Pomerania 2013.

Zatem pasmo sukcesów. A jakich planów nie udało się panu zrealizować?

Tylko po części udało się zmodernizować drogi powiatowe, ale to przysłowiowa kropla w morzu. Nie udało się wyremontować drogi Rzeczyca-Wrzosy-Tuczno, ponieważ wycofał się partner. Nie udało się wybudować hali sportowej przy Liceum Ogólnokształcącym i Szkole Mistrzostwa Sportowego. Mam nadzieję, że te inwestycje uda się zrealizować w niedalekiej przyszłości. W naszych planach są drogi powiatowe łączące drogi wojewódzkie z krajowymi. To plany na nową perspektywę 2014-2020.

W 2007 r. starostwo podjęło decyzję o zamknięciu Szpitala Powiatowego w Wałczu. Niejednokrotnie mocno ją krytykowano…

Cieszę się, że starostwo podjęło tę trudną decyzję, łącząc dwa szpitale. Szpital Powiatowy był bardzo zadłużony – na ponad 22 mln zł – a problemy nie skończyły się wraz z zamknięciem tej placówki. Dzisiaj funkcjonuje jeden szpital kilkunastooddziałowy, w którym leczą się mieszkańcy całego powiatu. Z kolei obiekty po byłym szpitalu przygotowujemy do zagospodarowania, część z nich jest już wykorzystywana.

W drugim budynku, należącym do dawnego szpitala, otworzyliśmy Centrum Dializ. Na początku korzystało z niego kilkoro pacjentów, teraz jest ich ponad czterdzieścioro. Przykro mi, że tak dużo osób choruje, ale jeszcze bardziej byłoby mi przykro, gdyby te osoby musiały dojeżdżać do Drawska lub Piły.

Porozmawiajmy o sytuacji finansowej powiatu, która nie należy do najłatwiejszych. Czy wymaga ona raczej ostrożnego gospodarowania, czy też w budżecie są środki na nowe inwestycje?

Liczyliśmy, że otrzymamy duży zastrzyk finansowy z programu „Ratujemy polskie szpitale”, ale okazało się, że skoro szpital został zlikwidowany, nie możemy z tej możliwości skorzystać i cały ciężar zobowiązań dawnego szpitala spadł na powiat. Pod koniec 2013 roku otrzymaliśmy pożyczkę z ministerstwa finansów, w wysokości 15 mln złotych, która częściowo umożliwiła spłatę tych zobowiązań, przede wszystkim 11 mln zł dla ZUS-u. Udało się doprowadzić do konsolidacji kredytów i można powiedzieć, że od początku roku spokojnie realizujemy budżet. Wprowadziliśmy też program oszczędnościowy, dzięki czemu wygospodarowaliśmy trzy miliony złotych. Uważam, że poradziliśmy sobie z problemem.

Jak wygląda sytuacja z pozyskaniem środków zewnętrznych? Czy samorządowcy są przygotowani do walki o unijne fundusze?

Z moich obserwacji wynika, że w ramach perspektywy 2007-13 samorządowcy nauczyli się korzystać z unijnych pieniędzy. Ale również firmy nie boją się sięgać po dotacje. Jeżeli dysponuje się wkładem własnym, to można śmiało aplikować, a przyszłościowo – nawet łączyć programy, by nie inwestować własnych pieniędzy.

Czy są takie możliwości?

Myślę, że tak, chociażby wspomniany wcześniej „Regionalny Program Operacyjny” skierowany na poszczególne obszary, których jest jedenaście. Te środki można łączyć również z funduszami z Europejskiej Wspólnoty Terytorialnej. Na mapie sąsiadujemy z Meklemburgią, z którą współpracujemy, i z tego tytułu można sięgnąć po środki unijne z EWT. Oczywiście, zasilając to również krajowymi środkami, które nasz kraj musi „dorzucić” do puli unijnej. Przykładem takiego pozyskania środków jest Centrum Kultury i Sportu w Człopie, którego budowa została w stu procentach sfinansowana z dwóch źródeł – RPO i EWT. Ja też zamierzam skorzystać z takich możliwości w nowej perspektywie 2014-2020.

MARIUSZ JANIK: „Olbrzymia liczba wydziedziczonych i pozbawionych środków do życia Polaków stanie się żebrakami we własnej ojczyźnie. Wydziedziczenie będzie skutkiem skrajnej nędzy ludzi pozbawionych pracy i środków do życia. W przypadku czynnego oporu, możemy zostać nazwani terrorystami” – pisał dekadę temu „Nasz Dziennik”. Panie Prezydencie, pamięta pan, jak nas straszono dekadę temu?

ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI: Świetnie pamiętam, w końcu byłem w środku wydarzeń. Prowadziłem wtedy kampanię referendalną w całym kraju. Wymyśliłem ją sobie w ten sposób, że będziemy jeździć po Polsce i zabierać na spotkania takich special guests, gości specjalnych, z obu politycznych flank – z lewa i prawa. Stąd w Tarnowie wystąpili ze mną ksiądz Adam Boniecki i Leszek Moczulski, a choćby w Słupsku – Bogdan Lis i Mieczysław Rakowski. Te spotkania odbywały się w trudnych, dramatycznych wręcz okolicznościach: mieliśmy zorganizowane grupy przeciwników – protestujących, gwiżdżących, zagłuszających. W Słupsku niemalże nie udaremnili spotkania. Kres takim akcjom położył dopiero papież, mówiąc: „od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”.

Pamiętam te wszystkie argumenty, strachy, agresywność wypowiedzi. Choćby Andrzej Lepper, który był wówczas zdecydowanym przeciwnikiem Unii, mówił o tragedii, jaka dotknie polskich rolników i polską wieś. Ale świat jest pełen paradoksów: po akcesji, gdy zostaliśmy objęci dopłatami bezpośrednimi, uznano, że trzeba będzie losować rolników, którzy dostaną jako pierwsi te dopłaty. I w pierwszej takiej grupie znalazł się nie kto inny, jak Lepper. Gdy spotkałem go później przy jakiejś okazji, zapytałem, czy jako zdeklarowany przeciwnik Brukseli, zrezygnuje z tych pieniędzy. Roześmiał się i odparł: protestowałem, ale są nowe reguły gry i ja je akceptuję.

Biorąc pod uwagę tę strachy sprzed dekady, tym większa satysfakcja, że dziś 89 proc. Polaków uważa, że nam się udało – i popiera naszą obecność w UE. A największy, najbardziej spektakularny efekt integracji widać tam, gdzie najbardziej się unii obawiano: na wsi. Tak ze względu na opłaty, jak i wszelkie inne środki inwestycyjne, jakie przeznaczono choćby na infrastrukturę. Naocznie przekonujemy się dziś, jak bardzo świat wokół nas się zmienił.

Nic nie mąci tej sielanki? Żadna z posępnych prognoz się nie sprawdziła?

Cóż, co prawda, nie był to wówczas najmocniejszy z argumentów, ale przewidywano, że otwarcie granic może wywołać znaczącą migrację Polaków, zwłaszcza młodszej i lepiej wykwalifikowanej kadry. I do tego rzeczywiście, w pewnej mierze, doszło. W tej chwili można się doliczyć ponad 2-milionowej rzeszy Polaków pracujących za granicą. W większości wyjechali oni zaraz po wejściu Polski do Unii, od 2004 roku począwszy.

Główna fala migracji skierowała się jednak np. na brytyjski rynek pracy, na którym nie zastosowano żadnych okresów przejściowych. Obawialiśmy, że to się powtórzy siedem lat później – gdy otwierał się m.in. rynek niemiecki i austriacki – ale okazało się, że impet imigracyjny wygasł, sytuacja się ustabilizowała. Z rozmaitych względów, nie tylko w Polsce mniej już chętnych do wyjeżdżania, ale też rynki pracy na Zachodzie „siadły”, ze względów kryzysowych.

Przy czym ta fala, o której mowa, to nie jest typowa emigracja, jakiej w Polsce doświadczaliśmy wielokrotnie i z rozmaitych względów. To nie bilet w jedną stronę – ludzie, którzy wyjeżdżali w 2004 roku mają pieniądze w kieszeni, drzwi dla nich są otwarte, wielu inwestuje w ojczyźnie, kupując tu domy i mieszkania. Wielu wiąże przyszłość z Polską, choć życie ma też swoje reguły – i niejeden ożenił się i zakorzenił w nowym otoczeniu. Tyle że dziś te korzenie Polacy zapuszczają w odległości dwóch godzin lotu od ojczyzny.

Wciąż jednak dominuje przekonanie, że nad Wisłą nie ma czego szukać…

Z jedną rzeczą musimy się oswoić: najsilniejsze centra w poszczególnych dziedzinach mają istotną przewagę w skupianiu najbardziej uzdolnionych specjalistów. Najlepsze uniwersytety będą przyciągać najlepszych profesorów, najlepsze akademie i ośrodki medyczne – najlepszych lekarzy, kluby piłkarskie – zawodników, opery – śpiewaków. To nieodwracalne tendencje i nie ma co w tej sprawie ronić łez. Trzeba się zastanowić, w jakich dziedzinach Polska mogłaby stanowić takie centrum, które niczym magnes przyciągałoby tych najlepszych.

Kto wobec tego jest największym beneficjentem akcesji? Wspomniani już rolnicy?

Moim zdaniem, zdecydowanie.

Jak zatem można opisać skalę zmian na polskiej wsi? Ewolucja czy rewolucja?

Coś między szybką ewolucją, a pełzającą rewolucją. Na wieś trafił ogromny zastrzyk środków, w różnej postaci, zarówno odczuwalnej bezpośrednio w kieszeni, jak i widocznych w infrastrukturze. Gołym okiem widać, jak zmienił się park maszynowy rolników, jak świadomie prowadzą swoją własną politykę rolną w mikroskali. Mam na Mazurach dom i widzę, jak w jego okolicach jednego roku rośnie gryka, drugiego – rzepak. Rolnicy wiedzą, co uprawiać i jak układają się bieżące dopłaty, śledzą zmiany i planują działania. Wieś pięknieje, budują się nowe domy, stare są odnawiane. Część wsi zmienia formułę, idąc w stronę agroturystyki czy innych nowych usług. W sklepach nie ma już kilku produktów, trafiają się wręcz wyrafinowane przyprawy.

Zmieniły się też formy produkcji, przetwórstwo towarów rolnych – mięsa czy mleka. Pracuje się na lepszych maszynach, w warunkach nieporównywalnie wyższej higieny, kontroli jakości, dobrej organizacji. Te zakłady robią nie mniejsze wrażenie niż choćby nowoczesne fabryki samochodów.

A jednocześnie wsie – ale i też mniejsze ośrodki miejskie – pustoszeją.

Ale to już nie wynika z akcesji. Cała Europa ma podobny problem: kryzys demograficzny. Dobra wiadomość – żyjemy coraz dłużej, zła – starzenie się społeczeństw ma liczne wady. To oczywiste, że mamy kłopot. Z jednej strony potrzebujemy polityki prorodzinnej, musimy mieć więcej dzieci. Z drugiej, nawet wprowadzanie radykalnych środków zwiększania dzietności nie rozwiązałoby problemu. To żadne rozwiązanie, jeśli dzieci miałyby się rodzić tylko ze względu na ulgi, dodatki czy zasiłki.

Nawet gdyby jednak rodziło się ich więcej – i tak będą się rodzić w dużych metropoliach. Wsie i miasteczka pustoszeją, bo to właśnie młodzi z nich uciekają.

Skłonność do uciekania do miast jest równie charakterystyczna dla dzisiejszych społeczeństw, jak kryzys demograficzny. Z drugiej strony, Europa Zachodnia – a wkrótce może i Polska – zna już odwrotne zjawisko: ludzie zamożniejsi, o ustabilizowanej sytuacji, raczej po pięćdziesiątce, szuka możliwości powrotu na wieś, choćby na weekendy. Ludzie odnawiają stare domy, budują nowe – właśnie na prowincji, bo miejskie molochy stają się nie do wytrzymania. Warszawa jest właśnie w takim momencie, kiedy póki co jest – przy wszystkich swoich słabościach – jeszcze przyjazna i w miarę wygodna. Ale gdy wyobrazimy sobie, co będzie się tu działo przy czterech milionach mieszkańców… wtedy sam chętnie wyjadę na wieś.

No, to może być niedługo. Z aglomeracją już się do tego pułapu zbliżamy.

Ale jeszcze nie ma tragedii. Miałem okazję spędzać czas w prawdziwych wielomilionowych kolosach – i nie była to wielka przyjemność.

„Miastowych” przybywa nie z miłości do Warszawy, ale dlatego że tu są możliwości pracy i kariery.

Ale jak już ją zrobią, zainicjują ruch w drugą stronę.

Tylko, czy będzie do czego wracać? Polska prowincja rozwija się przede wszystkim dzięki funduszom europejskim. Tymczasem obecna perspektywa finansowa UE – na lata 2014-2020 – to ostatnia okazja, by z nich skorzystać. Czy nie czas zadać sobie pytanie, czy nie uzależniliśmy się zanadto od tych środków?

To bardzo wrażliwy temat. Trudno się gniewać na to, że takie fundusze są i że z nich korzystamy. Z drugiej strony, oczywiście, pytanie brzmi, jak je wykorzystywać, by owocowały w przyszłości. Mam wrażenie, że w pierwszej perspektywie improwizowaliśmy: miło, że są – kto jest sprawny w pisaniu wniosków, dostawał pieniądze i coś nimi finansował. Powstało wiele fajnych, dobrych rzeczy, ale nie uzyskaliśmy efektu synergii – efektów, pozwalających budować wieloletnie strategie. W tej ostatniej perspektywie jest już chyba świadomość, że wydawanie tych funduszy musi być bardziej przemyślane.

Tak czy inaczej, w ostatniej dekadzie Polska została obdarowana kwotą sięgającą stu miliardów euro. W nowej perspektywie gra toczy się o podobną sumę. I to widać, można się zżymać na te aquaparki, ale one powstały i będą częścią infrastruktury, nazwijmy to, sportowo-zdrowotnej. Jeśli ktoś w przyszłości przeprowadzi szczegółową analizę wydatkowania tych środków, zapewne znajdzie wiele słabości – ale nie będzie mógł zaprzeczyć, że był to niezwykły impuls rozwojowy. Dziś robi on kolosalne wrażenie w krajach, które aspirują do członkostwa w Unii – choćby na Ukrainie. Podobnie, jak standardy – odległe od posowieckiego ładu, modelu relacji państwo-obywatel, braku szacunku dla człowieka, wymiaru sprawiedliwości w sowieckim stylu.

Cywilizacyjnego skoku nikt chyba nie kwestionuje. Jednak czy za kilka lat, gdy urwie się dopływ unijnych pieniędzy, nie czeka nas cywilizacyjne hamowanie? Czy zdążymy przestawić myślenie centralnych i lokalnych elit władzy na poszukiwanie innych źródeł dochodu, innowacji, samodzielnego rozwoju?

Przede wszystkim te elity muszą zrozumieć, że rezerwy, którymi dotychczas dysponowaliśmy, nieodwołalnie się kończą. Kończą się fundusze, rosną koszty pracy, ze względów demograficznych kurczy się potencjał rynku wewnętrznego. Pozostaje nam eksport, dla którego problem innowacyjności staje się kluczowy.

Musimy znaleźć takie modus operandi na kolejne lata, by połączyć możliwości budżetowe, środki europejskie, potencjał przedsiębiorców i naukowców – tak, by połączyć siły. Polakom co prawda z trudem przychodzą wspólne działania – ale innowacyjność trzeba budować. Pytanie tylko, czy ta władza da sobie radę z tym zadaniem.

Najbardziej udane przedsięwzięcia na świecie – choćby amerykańska Dolina Krzemowa, czy jej odpowiednik w Izraelu – nie powstawały z inicjatywy władzy jako takiej, ile dzięki warunkom, jakie władza centralna czy lokalna tworzyła przedsiębiorcom.

Trudno przenosić do nas amerykańską specyfikę – prorynkową orientację, skupienie najlepszych specjalistów, American Dream, umiejętność dawania szansy najbardziej przedsiębiorczym. Wiele państw próbowało tworzyć takie Doliny – przykładem choćby rosyjskie Skołkowo. Ale środkami administracyjnymi nie da się tego zrobić. Dużo bardziej pouczający jest przykład izraelski: tam czynnik państwowej strategii jest dużo bardziej widoczny. Nie ma jednak wątpliwości, że proces przestawiania gospodarki na innowacyjne tory byłby czynnikiem przyspieszającym rozwój. Tyle że dużo o tym mówimy – a poważnie nie potrafimy się tym zająć.

Za czynnik przyspieszający uważano przez ostatnie lata możliwość wejścia Polski do strefy euro. Ale ostatnio coraz częściej słyszymy, że nie warto – euro niesie więcej zagrożeń niż korzyści.

W tej chwili strefa euro i tak nie wchodzi w grę – ani my nie spełniamy kryteriów, ani Bruksela do takiego rozszerzenia się nie pali.

W dłuższej perspektywie nie mam jednak żadnych wątpliwości: Polska musi być w strefie euro. Potrzebuje tego Polska, by zakotwiczyć się na dobre w Europie – integracja odbywa się bowiem na dwóch płaszczyznach: wśród tych, którzy są w Eurostrefie, i tych, którzy pozostają poza nią. Jeśli chcemy się liczyć w UE, musimy być w strefie. Przyjęcie euro byłoby też kolejnym impulsem rozwojowym. Zwłaszcza że do strefy wchodzi się, gdy spełnione są kryteria, będące wskaźnikiem zdrowej gospodarki: niska inflacja, dług publiczny i zadłużenie budżetu – pod kontrolą. Taki akces może nam tylko pomóc.

Ale i strefa euro potrzebuje Polski. Bylibyśmy najlepszym dowodem, że sprawy w Europie mają się dobrze. Z perspektywy politycznej chodzi o duży kraj, który staje się częścią strefy, z perspektywy gospodarczej chodzi o jeszcze jeden rynek, dużą i chłonną gospodarkę. W Europie są dwa takie kraje, o które Euroland powinien zawalczyć: Polska i Szwecja. Mamy tę przewagę nad Szwedami, że oni już mieli referendum w tej sprawie – i przegrali. Dla nich powrót do tematu jest znacznie trudniejszy.

Wchodzimy do Eurostrefy i ceny skaczą pod sufit – tak konsekwencje prezentują krytycy.

To byłby skok spekulacyjny, głównie w sferze usług. Wygodnie jest przepisać ceny, zaokrąglając w górę. Ale to później się reguluje – rynek wymusza racjonalność działań. Okresowy wzrost cen nie niweluje też ożywczego efektu dla gospodarki.

Czy to zwiększy naszą siłę przebicia w UE? Kim jesteśmy dziś we Wspólnocie – średniakiem, nowicjuszem? Jaką pozycję będziemy mieli za kolejne dziesięć lat?

Kiedy Polska walczyła o akcesję, wielu w Europie widziało w nas przyszłego troublemakera – duży kraj, duża gospodarka, naród pyskaty – „z tego będą kłopoty”. Po dekadzie widzę po tamtej stronie zaskoczenie – tak dobrze poszło, Polska nie oznacza kłopotów, raczej nadzieję. To się czuje zwłaszcza w Niemczech, gdzie nasza pozycja w olbrzymim stopniu wzrosła: dziś Berlin, formułując swoją politykę wobec np. Ukrainy, pyta często, co Polacy na to powiedzą. Polska nigdy nie była tak istotnym czynnikiem polityki nad Szprewą.

Co ważniejsze, w następnej dekadzie możemy stać się kolejnym europejskim silnikiem. Niemiecki jakoś działa, ale francuski najwyraźniej się zaciera, a brytyjski wydaje się pracować na jałowym biegu. Europa potrzebuje nowego kraju, który nadałby jej nowej energii. Polska wydaje się świetnie do tego nadawać, o ile rządów w kraju nie przejmie np. jakieś radykalnie eurosceptyczne ugrupowanie. Póki co jednak, jesteśmy w Europie oczekiwanym i pożądanym partnerem.

Dziękuję za rozmowę.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:42

NIE KONTYNUUJMY ILUZJI

Napisane przez

Rozmowa europosłem SLD, ministrem transportu i gospodarki morskiej w latach 1993-97, Bogusławem Liberadzkim

MATEUSZ WEBER: Na początku kwietnia rząd przyjął nowelizację II etapu Narodowego Programu Budowy Dróg Lokalnych. W ostatnim momencie znalazło się dodatkowe 450 mln zł dla samorządów na realizację inwestycji drogowych. Władze gmin i powiatów martwią się jednak, że nie ma wciąż pomysłu na finansowanie programu po 2015 r. Czyżby to miały być ostatnie lata „schetynówek”?

BOGUSŁAW LIBERADZKI: „Schetynówki” to była dobra idea, choć zaczęła ewoluować w kierunku iluzji. Po pierwsze – od razu została zweryfikowana faktyczna kwota dofinansowania. Zarówno inwestor, jak i samorządy, musiały odprowadzać do kasy państwa należny podatek VAT. De facto oznaczało to, że z obiecanych 50 proc. dofinansowania zostawało 27 proc. To była pierwsza taka iluzja. Po drugie – po jakimś czasie zaczęło tych środków brakować. Parę miesięcy temu usłyszeliśmy, że dodatkowe pieniądze na budowę dróg lokalnych zostaną pozyskane z podatku, jakim rząd obciążył Lasy Państwowe. Zgodnie z zapowiedziami jest to kwota na poziomie 800 mln zł. Jednak na początku kwietnia dowiedzieliśmy się, ze nawet tych pieniędzy nie będzie, bo z nich będziemy wspierać rodziny opiekujące się dziećmi niepełnosprawnymi. Po trzecie, należałoby się przyjrzeć regionalnym programom operacyjnym, z których wynika, ze środki zarezerwowane na drogi lokalne zostały zredukowane do kilkunastu procent, podczas gdy wcześniej wynosiły 25-30 proc. ogólnego budżetu.

Czyżby więc „schetynówki” były już niepotrzebne?

Mam wrażenie, że po pierwsze – sama idea stała się niemiła rządowi ze względu na nazwisko bohatera i autora programu. A po drugie: rząd uznał, iż ludzie i tak wiedzą, że „schetynówki” są, i że tak naprawdę nikt nie będzie weryfikował efektów programu oraz ilości środków przekazywanych na jego realizację. Po trzecie, wychodzi na jaw prawda, że państwowy budżet jest niewydolny i wszystkie dodatkowe wydatki trzeba zrzucić na barki samorządów. Ewentualnym wsparciem, ale tylko doraźnym, są lasy państwowe. Ale znów widzimy, że z tych 800 mln zł wziętych w tym roku, część środków już została przekazana na inne cele. Nie wiem, jaki będzie ostateczny rachunek wsparcia rodzin dzieci niepełnosprawnych, ale sądzę, że nie 200 mln zł, a raczej 300-400 mln zł. Musimy bowiem pamiętać, że takie same świadczenia należą się opiekunom niepełnosprawnych osób dorosłych, które też prawdopodobnie zostaną zwiększone kosztem środków na budowę dróg lokalnych.

Czy uważa Pan Minister, że mimo złożonej obietnicy, samorządy nie zobaczą tych 700 mln zł?

Uważam, że niestety, ta kwota będzie znacznie niższa. Jednocześnie musimy pamiętać, iż samorządy teraz znacznie ostrożniej planują jakiekolwiek inwestycje. Najpierw muszą wywiązać się z różnego rodzaju dodatkowych obowiązków i powinności, a potem będą realizować plany budowy dróg. Za przykład służy samorząd mazowiecki, który pod pretekstem – co jest również poniekąd prawdą – „janosikowego”, ponosi obecnie konsekwencje bogatego programu inwestycyjnego. W trudnej sytuacji finansowej znalazło się także kilka gmin – od słynnego już Rewala począwszy – które zainwestowały w przeszłości w NPBDL. Tak więc, obawiam się, że te gminy, które zdecydują się na duże inwestycje drogowe, zgodnie z „dobrą” tradycją panującą w naszym kraju, będą tymi, które najpierw zapłacą z własnej kasy rachunki za realizowane umowy, a potem ucierpią najmocniej, bo tych środków z dofinansowania okaże się ostatecznie znacznie mniej.

Może więc powinno się zwiększyć kwoty dofinansowania? Może obiecany miliard rocznie to zwyczajnie za mało?

Jako człowiek tego sektora, oczywiście zawsze powiem, że powinno być więcej niż ten obiecany miliard. Ale uważam, że za tę kwotę w ciągu roku można dużo dokonać, byleby to było dotowane i konsekwentnie realizowane. Słabością u nas jest to, że się robi jeden fragment drogi, a potem inny, i tak dalej – a nie tworzy się zwartego systemu. Nie wykonuje się naprawy, budowy, remontu drogi od jej początku do końca, tworzy się natomiast niewielką mozaikę z różnych odcinków o bardzo różnych parametrach nacisku na oś. A skąd takie kryteria? Nie zawsze są czysto drogowe. Czasami zdarza się, że dany odcinek naprawiamy jest tylko dlatego, że akurat w tym miejscu mieszka największa liczba potencjalnych wyborców.

Władze samorządowe bronią się przed atakami, twierdząc, że plany inwestycyjne są uzależnione od obowiązującego systemu dystrybucji środków. A ten wyraźnie kuleje. W tym roku pieniądze zostaną przekazane w II kwartale roku…

Mam daleko idące wątpliwości co do zarządzania finansami. Zmusza się samorządy do brania kredytów, przez co podnosi się koszty samych inwestycji, uzależnia samorządy od banków, a w efekcie wszyscy płacimy dużo drożej. Byłoby taniej oraz efektywniej, gdyby pieniądze z budżetu przyszły w porę. Obsługiwalibyśmy te inwestycje, nie płacąc odsetek bankom i jednocześnie nie tworząc, jak to bywa,  rezerwy na pokrycie ewentualnych kosztów, gdyby się okazało, że inwestycja nie przyjdzie w porę. Wszyscy wiemy, jak wyglądają procesy przetargu, uzyskania odpowiednich decyzji lokalizacyjnych. Sami sprawiamy, że nasze własne inwestycje stają się droższe i niejako instytucjonalnie podwyższamy koszty dla budżetu.

Najwyższa Izba Kontroli wyraziła poważne zaniepokojenie brakiem planu dofinansowania programu budowy dróg lokalnych po 2015 r. Czy uważa Pan, że znajdą się pieniądze na kontynuowanie NPBDL w latach późniejszych?

Proponowałbym, by jednak trzymać się daty 2015 r. Jest to rok wyborów parlamentarnych, być może okaże się, że znacznie zmieni się układ sił w parlamencie. Niech nowy rząd wypracuje nowy program, z nowymi zasadami finansowania. Inaczej będziemy wydłużać iluzję. Moim zdaniem, należałoby to zamknąć  i zrobić tylko bilans – co zamierzano, a co de facto wykonano. I pokazać na liczbach, jak nie dotrzymano słowa. A nowa ekipa powinna zacząć wszystko od zera, z czystą kartą, bez dziedziczenia czegoś wypaczonego.

A jak powinien wyglądać ten nowy program dofinansowania? Co należałoby zmienić? NIK proponuje, aby poprawić nie tylko kwestię dystrybucji środków, ale i wprowadzić dodatkowe procedury planowania budżetów oraz realizacji inwestycji oraz nadzoru nad nimi. Jak się bowiem okazuje, samorządy mają problem z zarządzaniem inwestycjami i dopuszczają się licznych uchybień.

Obecnie znajdujemy się w błędnym kole. Być może samorządy mogą mieć pewne niedostatki w tzw. metodologii wypracowywania strategii. Ale z drugiej strony, cóż jest warta strategia, skoro zawodzi system zasilania z budżetu. Możemy wypracować najwspanialszą strategię planowania inwestycji, ale cóż po niej, gdy potem okazuje się, że redukuje się wartości dofinansowania, bo są inne ważne cele, a ponadto – pieniądze są dystrybuowane nie na początku roku, kiedy należy zawierać kontrakty, ale kiedyś tam w przyszłości. Cały rachunek ekonomiczny w tej sytuacji wywracany jest do góry nogami, gdyż trzeba wprowadzić dodatkowy czynnik, czyli koszty kredytu. Kolejnego kredytu, bo samorządy nigdy nie są bez kredytu.

Do tego dochodzą nowe wydatki z nakładanymi kolejnymi zobowiązaniami…

U nas jest tak, że trzeba coś permanentnie zmieniać, a wówczas trudno cokolwiek zaplanować. A to umowa śmieciowa, a to nowe rozporządzenie, że obecnie to samorządy będą płacić składki dla nauczycieli, a tu jakiś szpital – itd., itd. Dlatego na samym końcu obwiniałbym samorządy. Najpierw obwiniałbym rząd i większość parlamentarną. Trzeba zacząć od tych, którzy tworzą warunki dla funkcjonowania samorządów, stad prośba o stabilne reguły.

NIK jednak zarzuca samorządom niegospodarność. Wytyka, że przyjmowane są inwestycje bez sprawdzenia dokumentacji, co w efekcie może powodować, ze za kilka lat znów będziemy remontować te same odcinki dróg, zamiast budować nowe.

W naszym kraju mamy deficyt fachowości. Pamiętajmy, że zarówno w strukturach samorządów, jak i administracji drogowej, mamy – przepraszam za wyrażenie – swoich „zaufanych ludzi”. Począwszy od Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Jeszcze do niedawna mieliśmy w całej dyrekcji tylko jednego inżyniera-drogowca, wszyscy pozostali pochodzili spoza środowiska. Miało to zagwarantować, że nie będą skażeni zaszłością tego sektora, i – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – będą sprawniejsi, efektywniejsi i wydajniejsi. Problem w tym, że nie posiadali oni odpowiedniej wiedzy, nie wiedzieli, co to znaczy droga, budowy drogi, jak radzić sobie z niedoborem materiałów, ani jak wybrać odpowiedniego wykonawcę itd. Ponownie wracamy więc do braku wyznaczonych reguł gry. Naturalnie w wielu samorządach może i są popełniane błędy, ale jak podkreślam – zacząłbym porządkowanie sprawy od samej góry, a nie schodzenia na dół. Bo samorządy są samorządami: wcale nie jest łatwo zmusić burmistrza, wójta  do takiej czy innej polityki kadrowej. Zwłaszcza, skoro taki przykład idzie z samej góry.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:24

ROZMOWA Z MIESZKAŃCAMI NIGDY NIE BYŁA PROBLEMEM

Napisane przez

Rozmowa z Mariuszem Walachnią – wójtem Bliżyna, w powiecie skarżyskim, w województwie świętokrzyskim

ANNA CEBULA: Kim jest obecny wójt Bliżyna?

MARIUSZ WALACHNIA: Urodziłem się w 1973 roku. Jestem rodowitym bliżynianinem, tutaj się wychowałem. Objąłem urząd wójta w 2008 r. po śmierci poprzednika. Wcześniej zajmowałem w gminie stanowisko sekretarza. Ukończyłem Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie.

Znajduje pan czas dla mieszkańców? Mają szansę powiedzieć panu, że w chodniku jest dziura?

Nigdy nie miałem problemu z kontaktem z mieszkańcami. Wprawdzie w urzędzie wisi tabliczka z informacją, kiedy przyjmuję interesantów – bo to nasz obowiązek, żeby ją wywiesić – natomiast w rzeczywistości drzwi są otwarte przez cały czas. Więc jak ktoś przyjdzie, to może się ze mną spotkać. Często ludzie czekają na mnie już przed urzędem, więc – już idąc z parkingu – załatwiam ich sprawy.

Poza tym mieszkańcy angażują się w sprawy swoich wsi. Istnieje tu sporo stowarzyszeń i staram się uczestniczyć w ich działaniach. Przy orlikach powstała liga gminna, w której gra dwanaście drużyn. Choć osobiście trochę odpuściłem piłkę nożną i gram tylko w tenisa, ale wciąż staram się przynajmniej być na rozgrywkach. Powstały cztery kluby seniora, w każdej „parafii” w sensie terytorialnym – i to się fajnie rozwinęło. Na rozruch pozyskaliśmy pieniądze z programu integracji społecznej, natomiast teraz funkcjonuje to samodzielnie, bez wsparcia funduszy unijnych.

Myślę, że jestem otwartym człowiekiem. Wiele osób jest ze mną na ty, chociażby z racji tego, że wychowałem się w tej miejscowości.

W rankingu miast o największym i najmniejszym przychodzie podatkowym na jednego mieszkańca, Bliżyn zajmuje…?

Około 2200. pozycję, a kwota, jaką każdy z nas wnosi do budżetu, to około 637 złotych.

Na jakim poziomie utrzymuje się przy tym stopa bezrobocia?

Ostatnie dane mówią o 25,7 procentach w powiecie. Jest to, niestety, najwyższy wskaźnik w województwie świętokrzyskim.

W jakich branżach mieszkańcy gminy mają największą szansę znaleźć pracę?

Zapewnia ją przede wszystkim sektor publiczny, czyli szkoły, urząd gminy, ośrodek zdrowia, ośrodek kultury. Następnie, miejsca pracy tworzą też dwie duże firmy prywatne. Jedna z nich specjalizuje się w produkcji chemii budowlanej, czyli farb, lakierów, rozpuszczalników. Pracuje w niej około pięćdziesięciu osób. Druga firma, z branży motoryzacyjnej, produkująca części samochodowe, zatrudnia podobną liczbę osób.

Dodatkowo, działa tu również duża firma specjalizująca się w instalacjach elektrycznych. Pokaźny sektor stanowią też zakłady przerabiające drewno – zakłady usług leśnych i tartaki oraz producenci mebli. Wiąże się to z faktem, że gmina zajmuje trzecie miejsce pod względem lesistości w Polsce. Na jej terenie znajdują się aż trzy nadleśnictwa, wyodrębniono cztery obszary Natura 2000 i kilka rezerwatów. W jakimś stopniu sąsiedztwo tych stref hamuje inwestycje i budowę – ale w związku z tym nie ma tu żadnego przemysłu ciężkiego. Dawniej istniał Polifarb w Bliżynie, ale upadł, a teren został sprzedany przez syndyka, a obecna działalność zlokalizowanych tam firm nie jest uciążliwa dla środowiska. Bliżyn to bardzo czysta gmina, a rzeka Kamienna, która przez nią przepływa, wyróżnia się czystością wód pierwszej klasy.

Czy są szanse na pojawienie się nowych przedsiębiorców? Co gmina robi, by ich znaleźć i zachęcić do inwestycji w Bliżynie?

Gmina ma powierzchnię 140 kilometrów kwadratowych, na której rozrzucone są dwadzieścia trzy wsie. Najwięcej jednak jest tu lasów. Te obszary, które miały jakieś przemysłowe tradycje, mają jednak jeszcze rezerwy, by prowadzić na nich działalność gospodarczą.

Urząd prowadzi przyjazną przedsiębiorcom politykę niskich podatków, do których zaliczają się podatki od nieruchomości i środków transportowych. Stosujemy ją od lat, ale już np. sąsiednie miasto – Skarżysko-Kamienna – ma podatki wyższe przynajmniej o dwadzieścia pięć procent. Staramy się też robić plany zagospodarowania przestrzennego, co stanowi duże ułatwienie dla przedsiębiorców – zostały one sporządzone dla prawie połowy obszaru gminy.

Budowa kanalizacji również ułatwia rozwój działalności gospodarczej, przynajmniej w głównych miejscowościach gminy, do tej pory związanych z przemysłem. Jest też dość bardzo dobra komunikacja: przez Bliżyn biegnie linia kolejowa, a miejscowość leży w odległości 150 kilometrów od Warszawy i Krakowa oraz Łodzi i Lublina. Możliwości wydają się być spore.

Zauważył pan napływ przedsiębiorców do gminy?

Mimo ogólnego marazmu, pojawiło się jednak kilka zwiastunów pozytywnych zmian. Jeden z przedsiębiorców z innej gminy kupił działkę od prywatnej osoby i zamierza przenieść tutaj swój zakład, również bazujący na eksploatacji drewna. Myślę, że w tym roku nabywców znajdzie również siedem hektarów terenu, w całości uzbrojonego, po byłym Tartaku w Wojtyniowie.

Może szansą na rozwój są turyści? Co Bliżyn może im zaproponować?

Na terenie gminy jest kilka rezerwatów – w tym „Świnia Góra”, prawdopodobnie jedno z nielicznych miejsc w Polsce, w których człowiek nie ingerował od dwustu lat. Wydaliśmy poświęcony temu miejscu album, który zawiera opracowania naukowców – zachwyconych tym miejscem.

Są też rezerwaty przyrody nieożywionej: „Piekło Dalejowskie”, czy „Brama Piekielna”. Atutem są rzeki, które przecinają gminę w kierunku od zachodu na wschód i wpływają do rzeki Kamiennej, w dolinie której leży gmina. Wokół są niekończące się lasy. Do tego jest masa ścieżek rowerowych, szlaków. W tej chwili wybudowaliśmy dwanaście punktów rekreacji i wypoczynku. Powstaje też projekt „Piekielny Szlak” – zakładający wytyczenie przez obszar gminy kilkunastokilometrowego traktu z miejscami do wypoczynku, sięgającego aż do województwa łódzkiego.

Od dwóch lat otwarty jest – odbudowany po powodzi – Zalew w Bliżynie. Przy akwenie jest deptak z lampami, ławeczkami, koszami, jest też kąpielisko piaszczyste, plac zabaw, boisko do siatkówki plażowej, parking. W planach jest też dobudowa parku gimnastycznego na powietrzu. W tym punkcie początek brać będą trzy szlaki nordic walking.

Poza tym, jest tu również kilka gospodarstw agroturystycznych, które polecam turystom – a ostatnio doszła, powiedziałbym: perełka. „Jesienne Liście” to z założenia miejsce przeznaczone dla wypoczynku osób starszych. Jest w nim spa i całe centrum rehabilitacyjne. Może to być szpital geriatryczny na miarę XXI wieku – bo posiada pełne wyposażenie nie tylko dla osób starszych, ale również kuracjuszy po udarach, a także zwykłych turystów, którzy mogą po prostu wynająć pokój, jak w hotelu. Obiekt ma w sumie 120 miejsc z dużą jadłodajnią. Placówka ta ma szanse stać się wizytówką naszej gminy.

Czym Bliżyn może zasłynąć w innych regionach Polski?

Chcemy być takim przyjaznym miejscem do zamieszkania. Mamy rozwiniętą sieć dróg, która umożliwia bezproblemowe poruszanie się po gminie. Tam, gdzie tylko jest możliwość dojazdu, tworzymy plany pod budownictwo mieszkaniowe. Natomiast naszą wizytówką, o czym już wcześniej wspominałem, jest Zalew Bliżyński. Sztandarową imprezą od kilku już lat jest z kolei „Przystań Bliżyn”. W ramach tego projektu wypromowaliśmy walory historyczne naszej gminy, związane z 600-leciem bitwy pod Grunwaldem. Król Jagiełło, podczas wyprawy na Grunwald, nocował w naszych okolicach, co zostało opisane w „Diariuszach historycznych” Jan Długosza.

Inną imprezą promującą gminę była „Glina i tkanina”: ze względu na nasze bardzo bogate tradycje, jeśli chodzi o rękodzieło artystyczne w zakresie rzeźbiarstwa, garncarstwa czy tkactwa. W tej chwili czynnych jest kilka warsztatów, a w przyszłości nawet zamierzamy przekształcić jedną ze wsi, liczącą dzisiaj 70 mieszkańców, w takie żywe muzeum garncarstwa. Planujemy wykupić opuszczony warsztat i wygospodarować miejsce na parking, by mogły tam przyjechać dzieci, np. na naukę lepienia garnków, kręcenia kołem. W założeniu ma powstać takie miejsce, gdzie można zatrzymać się na dłużej.

Czy Bliżyn jest w jakiś sposób promowany?

Wydajemy folder dotyczący naszej gminy, w trzech wersjach językowych. Był on już kilkakrotnie wznawiany. „Przystań Bliżyn” ma swoją odrębną stronę internetową. Powstała też pokaźna, kilkusetstronicowa monografia „Dzieje Bliżyna” w twardej oprawie. Gmina dysponuje mapami turystycznymi, albumami. Działamy w Lokalnej Grupie Działania „U Źródeł” – i w ramach tej grupy co roku promujemy Bliżyn na odbywających się w kwietniu targach Agro Travel w Kielcach.

Udało się Panu przeprowadzić w tej kadencji znaczące inwestycje?

Pierwsza, która przychodzi mi na myśl, to była kanalizacja: rzecz pilna z racji położenia Bliżyna w dolinie i w otoczeniu lasu, co oznacza też, że mamy dużo wody. Pod tym względem w gminie były duże zaniedbania. Dwa lata temu udało się też wybudować, całkowicie od podstaw, oczyszczalnię ścieków. Do tej pory w gminie nie było takiego obiektu. Jest to oczyszczalnia bardzo zaawansowana technologicznie, działa praktycznie bez udziału człowieka. Jedna osoba pracuje przy niej osiem godzin. Oczyszczalnia jest monitorowana, więc gdyby działo się coś niepokojącego, obsługę wzywa system monitorujący.

Budowa oczyszczalni i pierwszy etap kanalizacji, obejmujący dwie największe wsie, pochłonęły w sumie ponad dziesięć milionów złotych. W tym momencie rozpoczął się drugi etap kanalizacji, w którym przewidziana jest budowa dwudziestu kilometrów sieci za ponad siedem milionów złotych.

Dodam też, że Bliżyn to, w sumie, taki rzadki przypadek – nie ma tu zakładu komunalnego. Jego funkcję przejęła gmina. Ale dzięki temu chyba nigdzie w województwie świętokrzyskim nie ma tak niskich cen wody i ścieków – 1,5 zł za metr sześcienny wody, plus 8 procent VAT oraz 3,5 zł za ścieki.

Kolejna duża inwestycja, o której już wspominałem, to oddany w 2012 r. Zalew Bliżyński. Na jego rewitalizację wydaliśmy ponad siedem mln zł. Poza tym mamy dwa kompleksy ORLIK, a także odnowiliśmy centrum Bliżyna – część historyczną tego terenu wokół Zameczku. Powstały też place zabaw i obiekty małej infrastruktury do wypoczynku. Z dużych przedsięwzięć: w 2010 r. dzięki dotacjom unijnym udało się również przywrócić przedszkole, do dzisiaj funkcjonujące ze środków UE. Po piętnastu latach przerwy przedszkole znowu jest w naszej gminie! Może z niego korzystać 66 dzieci w Bliżynie lub w filii w Mroczkowie. W Bliżynie są też cztery szkoły podstawowe, w tym jedna społeczna. Udało się ją przekształcić, co warto podkreślić, bez żadnych lokalnych wojen.

Czy jest coś czego nie udało się zrobić w tej kadencji?

Myślę, że to, co zostało zaplanowane, udało się przeprowadzić z naddatkiem.

Jakimi sprawami zamierza się pan zająć w przyszłości?

Ważnym zadaniem jest budowa pełnowymiarowej hali sportowej, o ile gmina będzie w stanie podołać takiej inwestycji finansowo. Konieczna jest też termomodernizacja obiektów szkolnych. Ale najważniejszym zadaniem będzie dalsza kanalizacja gminy.

Czuje pan już gorączkę zbliżających się wyborów samorządowych?

Ja, osobiście, jeszcze nie. W poprzednich wyborach byłem jedynym kandydatem. W radzie również panuje spokój: nie ma ani koalicji, ani opozycji. Radni nastawieni są na pracę, a nie na walkę między sobą, jak to się dzieje w innych gminach, gdzie połowę energii spala się na spory. Nas to na szczęście nie dotyczy.

wtorek, 25 marzec 2014 21:09

WARSZAWSKI EGZAMIN NA OBYWATELSKOŚĆ

Napisane przez

Mieszkańcy stolicy bardzo poważnie potraktowali temat budżetu partycypacyjnego – do władz dzielnicy wpłynęła rekordowa liczba 2204 projektów. W połowie lipca br. okaże się, które z nich zostaną zrealizowane w przyszłym roku w ramach zarezerwowanych na ten cel 25,6 mln zł. Jednakże, ciekawsze wydaje się pytanie, jak przedstawiciele władz samorządowych wykorzystają ten społeczny zryw?

Stolica jest kolejnym miastem, które zdecydowało się na wprowadzenie budżetu partycypacyjnego. W dzielnicach uruchomiono punkty konsultacyjne dla mieszkańców, w proces zaangażowano także instytucje pozarządowe. Z prawie 26-milionowej puli, w zależności od wielkości okręgu czy dzielnicy, na jeden projekt można otrzymać nawet czterysta tysięcy złotych. – Liczba zgłoszonych projektów świadczy o tym, że warszawiacy bardzo zaangażowali się w proces decydowania o lokalnych wydatkach stolicy. Ponad dwa tysiące projektów to absolutny rekord wśród polskich miast – chwaliła mieszkańców prezydent miasta Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Powrót Misia

– Nie mam wątpliwości, że większość ze złożonych wniosków będzie spełniać wymogi formalne – zapewnia w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Ewelina Buczyńska, rzecznik dzielnicy Praga Południe. – Staraliśmy się wszelkimi dostępnymi środkami dotrzeć do mieszkańców i służyć im pomocą. Niezwykle pomocne okazały się organizacje NGO – dodała. Najwięcej projektów wpłynęło do dzielnicy Mokotów (315), o połowę mniej do Pragi Południe oraz Woli. Na szarym końcu znalazły się Wilanów, Wesoła i Ursus. Wśród zgłoszonych projektów dominują te związane z zagospodarowaniem infrastruktury miejskiej, rewitalizacją skwerów i parków oraz organizacją zajęć dla dzieci i osób starszych. Choć zdarzały się także i bardzo oryginalne, jak – zapożyczony z Niemiec – pomysł na biblioteki w drzewach, ale i… – Turniej na mini sumo dla dzieci albo wieża dla jeżyków. Jednym z ciekawszych było także postawienie na jednym z rond na terenie dzielnicy figury Misia z filmu Barei – wylicza Buczyńska. Pomysłowi okazali się także mieszkańcy Bemowa. – Wpłynęło do nas 75 projektów, obecnie są one weryfikowane, więc nie możemy podać pełnej kwoty – tłumaczy Magazynowi Samorządowemu „GMINA” Mariusz Gruza, rzecznik dzielnicy. – Jednym z ciekawszych projektów jest uruchomienie w Bemowskim Centrum Kultury drukarki trójwymiarowej wraz z cyklem szkoleń. W punkcie do użytku mieszkańców znajdowałyby się trzy drukarki 3D, skaner 3D oraz zapas tuszu na rok użytkowania. Cykl szkoleń byłby dedykowany młodzieży, dzieciom i dorosłym. Kolejnymi są: budowa skateparku, wybiegu dla psów lub domku dla owadów – dodaje.

Spośród 2204 projektów tylko ułamek zostanie poddany głosowaniu (konsultacje zgodnie z harmonogramem odbędą się w dniach 11-25 maja br.) , które zostało zaplanowane na drugą połowę czerwca br. Większość swoją karierę zakończy na etapie konsultacji społecznych. Wcale jednak nie musi oznaczać to, że nie zostaną one w ogóle zrealizowane. Projekty mogą być zgłoszone w ramach tzw. inicjatywy obywatelskiej.

A co stanie się z projektem? – Jak na razie jest to dla nas wszystkich, zarówno władz, jak i mieszkańców, pewna zagadka – mówi Buczyńska. – Wierzę jednak, że ten test na obywatelskość zdaliśmy i z każdym rokiem projektów będzie coraz więcej – dodaje. Podobnego zdania jest także stołeczny ratusz, choć jeszcze w lipcu ubiegłego roku uznawano, że takie rozwiązanie w Warszawie jest niepotrzebne. A teraz zapowiada się rozszerzenie kompetencji budżetu partycypacyjnego. – Naszym celem jest także udział mieszkańców w programowaniu strategicznym na poziomie całego miasta, które wraz z myśleniem o finansach niezbędnych do realizacji konkretnych działań, stanie się budżetem partycypacyjnym na poziomie całej Warszawy – zapowiadała w styczniu br. Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Stołeczne władze mogą się jednak przeliczyć – czym innym jest bowiem zryw związany ze składaniem projektów, a czym innym obowiązek udania się do urn i oddania głosu na najlepszy projekt. Statystyki są bezlitosne – na wybory chodzi najwyżej co trzeci mieszkaniec danego samorządu, a częściej procent ten jest nawet o połowę niższy. Nie dziwi więc, że przedstawiciele władz samorządowych nie myślą o zwalnianiu z rozkręconą już kampanią informacyjną. Plakaty, spotkania z mieszkańcami, osiedlowe stacje radiowe oraz kampanie w mediach społecznych okazały się ogromnym sukcesem w procesie mobilizacji mieszkańców. – Zamierzamy dalej wykorzystywać dostępne środki komunikacji, by namawiać mieszkańców do wzięcia udziału w głosowaniu nad poszczególnymi projektami. Doskonałym środkiem komunikacji okazał się Facebook, z którego korzystają nie tylko osoby młode, ale również 50+. Będziemy również kontynuować współpracę z organizacjami pozarządowymi – wylicza Buczyńska. Pytanie jednak, czy to wystarczy.

Gotowiec dla polityków

Niska frekwencja, szczególnie w perspektywie zbliżających się wyborów samorządowych, będzie poważnym „prztyczkiem” dla Platformy Obywatelskiej. Na forach internetowych nie brakuje krytycznych głosów, że stołeczne władze szukają inspiracji oraz pragną na szybko odbudować swój nadszarpnięty wizerunek. Eksperci nie mają wątpliwości – powodzenie całego projektu jest możliwe tylko wówczas, gdy władze samorządowe pokażą szczere zaangażowanie w projekt, a nie będzie to tylko kolejna zagrywka polityczna. – Zawsze jest ryzyko, że politycy będą chcieli wykorzystać pomysły zgłoszone przez obywateli do własnych celów. W końcu otrzymują gotowe projekty, odpowiadające potrzebom społeczności lokalnych – mówi Magazynowi Samorządowemu „GMINA” Ewa Stokłuska z Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”, członek Rady ds. budżetu partycypacyjnego przy Prezydencie m. st. Warszawy.

Stokłuska liczy jednak, że pewien – już rozpoczęty – proces nie okaże się tylko i wyłącznie zagrywką polityczną. – Nie jesteśmy demokracją ateńską i na pewno nie będziemy decydować o 100 proc. budżetów samorządowych. Liczę jednak, że w niedalekiej przyszłości budżet partycypacyjny nie będzie stanowił 0,5-1 proc., ale 2-3 proc. budżetu dzielnic – mówi Stokłuska. – Sam mechanizm jest bowiem jak najbardziej potrzebny. Po raz pierwszy mieszkańcy miasta otrzymują narzędzie, za pomocą którego bezpośrednio sami mogą decydować o swoim najbliższym otoczeniu – dodaje.

Jak pokazuje przykład państw Europy Zachodniej, budżet partycypacyjny wcale nie musi dotyczyć tylko kasy publicznej, ale i zarządzania szkołami, uniwersytetami, a nawet klubami sportowymi. Idea ta ma ogromne znaczenie dla perspektyw rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Niezwykle istotne jest, by mieszkańcy postrzegali ją jako szansę, a nie obowiązek. – W społeczeństwie zawsze znajdą się jednostki zaangażowane, przejawiające ogromne postawy prospołeczne, które swoim zaangażowaniem i determinacją mogą zarazić kolejne – mówi Stokłuska. W jakim kierunku będziemy zmierzać? – Niewykluczone, że sama idea będzie ewoluować, że w przyszłości będziemy decydować nie tylko o wydatkach, ale także o oszczędnościach oraz kierunkach rozwoju – dodaje. Najbliższe miesiące pokażą, czy obecny huraoptymizm nie okazał się jednak przedwczesny i czy entuzjazm w sprawie budżetów partycypacyjnych nie zostanie zaprzepaszczony.

wtorek, 25 marzec 2014 21:07

W STRONIU ŚLĄSKIM UTRZYMUJEMY SIĘ… ZE ŚNIEGU

Napisane przez

Rozmowa ze Zbigniewem Łopusiewiczem – burmistrzem Stronia Śląskiego – gminy miejsko-wiejskiej w powiecie kłodzkim, w województwie dolnośląskim

ANNA CEBULA: Jakie możliwości mają młodzi ludzie, by w Stroniu Śląskim znaleźć pracę?

ZBIGNIEW ŁOPUSIEWICZ: Tak jak w każdej gminie tej wielkości, szanse są, niestety, bardzo ograniczone. Natomiast gmina nastawiona jest na turystykę, dlatego kiedy władze powiatu poważnie zastanawiały się nad likwidacją szkoły ponadgimnazjalnej, gmina przejęła tę placówkę, by kształcić w niej przyszłych hotelarzy czy kucharzy, czyli w takich specjalizacjach, dzięki którym młodzi ludzie będą mieli większe szanse na zatrudnienie.

Jaka jest obecnie stopa bezrobocia wśród ludzi w wieku 25-34 lat?

Według danych z końca 2013 roku − 17,23 procent.

A ile można zarobić w Stroniu Śląskim? Jaki jest średni dochód brutto?

3024,46 zł.

Jakie branże „nakręcają” taki dochód?

Przede wszystkim turystyka, która opiera się na prywatnej działalności. W ostatnich latach w Stroniu powstało bardzo dużo pensjonatów i hoteli. Wieś zdominowała agroturystyka, bo z rolnictwa, które jest u nas bardzo szczątkowe, nie można się utrzymać. Jeśli ktoś ma niewykorzystany prywatny budynek, przekształca go na obiekt noclegowy.

Znaczącym pracodawcą jest również Huta Szkła Kryształowego „Violetta”, mimo że kiedyś było w niej zatrudnionych dwa tysiące pracowników, a obecnie – zaledwie dwieście osób. Jednak to nadal jeden z największych zakładów na terenie Stronia Śląskiego. Kolejnym miejscem jest Wojewódzkie Centrum Psychiatrii Długoterminowej. Sporo mieszkańców jest zatrudnionych w Lasach Państwowych.

Czy ratusz wypracował politykę wspomagającą przedsiębiorców?

Po pierwsze, to polityka podatkowa. Mówiąc w skrócie, mamy najniższe stawki podatkowe na ziemi kłodzkiej, jeśli chodzi o działalność gospodarczą. Poza tym wprowadziliśmy ulgi, a nawet zwolnienia podatkowe na okres dwóch lat. Dotyczy to przede wszystkim oddanych do użytkowania obiektów gastronomicznych, hoteli i pensjonatów. Ponadto pomagamy firmom, które postawiły na rozwój narciarstwa. Na wszystkie obiekty związane z narciarstwem: wyciągi, koleje, trasy, a także systemy sztucznego naśnieżania, podatek wynosi jeden, a nie dwa procenty od wartości budowli.

Następnie, w przypadku ośrodków narciarskich, stosujemy tzw. sezonowość, czyli na przykład grunty, na których przebiegają trasy narciarskie, zimą są opodatkowane jako obiekty związane z prowadzeniem działalności gospodarczej, natomiast po sezonie, kiedy to są łąki i pastwiska, odprowadzany jest podatek rolny. Myślę, że taki system jest niezbędny, bo firmy nie byłyby w stanie takich podatków zapłacić.

Wdrożyliśmy również politykę regionalną, która już nie obowiązuje w związku z zakończeniem pierwszego etapu przyznawania środków unijnych na lata 2007-2013. Ta strategia zakładała możliwość zastosowania zwolnienia podatkowego w momencie zainwestowania w budowę obiektów narciarskich, gastronomicznych lub hotelarskich lub przy zwiększaniu zatrudnienia. Przy pomocy de minimis sytuacja wygląda tak, że po uzyskaniu dotacji w wysokości dwustu tysięcy euro, firma nie może ubiegać się o tę ulgę.

Ile firm, zarówno jednoosobowych, jak i spółek, działa w Stroniu Śląskim?

764 na niemal osiem tysięcy mieszkańców w mieście i całej gminie.

W Stroniu, jeśli chodzi o pozyskanie inwestora, sprawa jest trochę utrudniona. Wynika to generalnie z położenia… na początku Polski. Nigdy nie mówię na końcu Polski. Droga prowadzi tu tylko w jedną stronę, a jakiekolwiek zakłady produkcyjne czy usługowe lokalizuje się tam, gdzie jest dobra komunikacja. Stronie Śląskie niestety leży na takim cypelku na początku Polski, gdzie droga biegnie w jednym kierunku. Z drugiej strony są Czechy, co jest na pewno utrudnieniem, chociaż i pewnego rodzaju ułatwieniem, jeśli chodzi o turystykę. Natomiast też dużą przeszkodą jest fakt, że od ośmiu lat nie funkcjonuje linia kolejowa Kłodzko-Stronie Śląskie, o której przywrócenie walczymy.

Ze względu na położenie Stronia Śląskiego, w sąsiedztwie gór, trudno zapewne o nowe tereny dla inwestorów?

Gmina ma plan zagospodarowania przestrzennego i zostało jeszcze trochę wolnego terenu na ewentualną budowę hoteli i pensjonatów. Kilka działek jest przeznaczonych na działalność usługową i nieuciążliwy przemysł. Jednak są inne ograniczenia, które w jakimś stopniu hamują rozwój gminy. Po pierwsze − 70 procent jej powierzchni stanowią lasy. Po drugie − prawie cała gmina znajduje się w obrębie albo w otulinie Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego. I po trzecie − duża część gminy znajduje się w obszarze Natura 2000, a do tego mamy jeszcze cztery rezerwaty przyrody.

Ile nowych podmiotów gospodarczych rozpoczęło funkcjonowanie w ciągu ostatniego roku?

Powstało sześć.

Ile zaś zakończyło działalność?

Siedem.

Czy w Stroniu Śląskim dostępne są miejsca dla maluchów w żłobkach i przedszkolach?

Jeśli chodzi o zapewnienie młodym ludziom opieki nad ich małymi dziećmi, nie ma problemu. Jeszcze do niedawna w mieście funkcjonowało tylko przedszkole. W tej chwili jest również żłobek, na który gmina otrzymała dotację z budżetu państwa.

Wszystkie dzieci zgłoszone przez rodziców do przedszkola i żłobka zostały przyjęte. Nie ma listy dzieci oczekujących na swoje miejsce. Sytuacja jeszcze się zmieni, gdy w przyszłym roku część sześciolatków pójdzie do szkoły. To automatycznie spowoduje, że będą dodatkowe miejsca w przedszkolu.

Na jakim poziomie kształtują się wydatki z budżetu na dofinansowanie szkolnych i przedszkolnych świetlic?

Z budżetu przeznaczamy 175 796 zł, to stanowi 0,84 proc. wydatków budżetowych za rok 2013, z tego na stołówki – 83 269 zł, i na świetlice − 92 536 zł.

Czy ratusz stworzył jakiś program wspomagania rodziny?

Przymierzaliśmy się do takiego programu, jednak dodatkowy dochód rodziny mógłby spowodować komplikacje fiskalne, to budziło wątpliwości, ale rząd zapowiedział, że przygotowuje projekt pomocy rodzinom wielodzietnym. Prawdopodobnie w tym roku wejdzie w życie. Wówczas do tego, co zaoferuje państwo, dodamy jakieś ulgi.

Czy mieszkańcy Stronia mają szanse na aktywność kulturalną, społeczną i sportową?

Warunki ku temu są – jak w żadnym innym miejscu. Przez wiele lat w mieście straszył niemal całkowicie zdewastowany dworzec, zamknięty ze względu na nieczynną kolej. Po długich i ciężkich bojach gmina przejęła obiekt i stworzyła w nim Centrum Edukacji, Turystyki i Kultury, nazywane po prostu domem kultury. Powstało bardzo ładne i użyteczne miejsce z dużą salą widowiskową, galeriami oraz innymi pomieszczeniami, np. salką baletową, gdzie młodzi ludzie mogą rozwijać swoje zainteresowania.

Najbardziej obawiałem się, czy ten obiekt będzie w pełni wykorzystywany, jak na tak dużą inwestycję finansową. Zainteresowanie przeszło moje oczekiwania i muszę powiedzieć, że dziś jest to miejsce wielopokoleniowych spotkań − zarówno dzieci przedszkolnych, młodzieży, jak i seniorów. Teraz ten obiekt tętni życiem. I został wyróżniony na oficjalnej stronie prezydenta RP w witrynie obywatelskiej w ramach dobrych praktyk.

W Stroniu Śląskim jest też hala sportowa i kryty basen, gdzie młodzież ma doskonałe warunki do aktywności sportowej. Na lato dobrym miejscem jest zalew z kąpieliskiem w Starej Morawie. Prace, polegające na zagospodarowaniu tego terenu, zostały zakończone w ubiegłym roku. Pojawiły się szatnie, natryski, przebieralnie, pole namiotowe, ogólnodostępna kuchnia, toalety zamiast powszechnie stojących toalet przenośnych toi-toi. Wcześniej była tu łąka, a właściwie ściernisko, a w tej chwili jest tam kąpielisko z plażą strzeżone przez ratowników, boisko sportowe, plac zabaw dla dzieci, ścianka wspinaczkowa oraz istnieje możliwość skorzystania ze sprzętu wodnego: kajaków, rowerów wodnych. Kiedy dopisuje pogoda, nad tym niewielkim oczkiem wodnym, o powierzchni pięciu hektarów, gromadzi się nawet do trzech tysięcy ludzi. Wodę co dwa tygodnie bada sanepid, który potwierdza jej czystość.

Dzięki środkom przyznawanym na rozwój współpracy transgranicznej polsko-czeskiej wytyczyliśmy i oznakowaliśmy 68 kilometrów tras narciarstwa biegowego, zakupiliśmy ratrak do zakładania śladu i skuter śnieżny. Niestety, tej zimy ani razu nie udało się wykorzystać tych urządzeń ze względu na brak śniegu. Mamy tutaj pewien problem, a mianowicie w Stroniu Śląskim utrzymujemy się… ze śniegu. Jeśli słyszę, że gdzieś pada śnieg i w związku z tym drogi są nieprzejezdne, to ja się bardzo cieszę z tego powodu. I ośrodki narciarskie, i nasz projekt, niestety, potrzebują śniegu. Dodam jeszcze, że według internautów ośrodek „Czarna Góra” jest na drugim miejscu jako najlepiej przygotowany ośrodek narciarski w Polsce. Jest więc gdzie poszaleć na nartach. Oprócz tego CETiK i Stroński Park Aktywności z Jaskinią Niedźwiedzią organizują kilkanaście imprez plenerowych w ciągu roku, by przyciągnąć turystów nie tylko zimą, ale również latem.

Oprócz tych działań, organizowanych przez gminę, w przygotowanie wielu imprez włączają się sołectwa. Takim wydarzeniem jest, na przykład, Grzybomania czy Noc Świętojańska.

W Starej Morawie działa prywatne muzeum „Wapiennik”, zajmujące się także działalnością kulturalną, do którego zapraszani są pisarze, poeci i rzeźbiarze. Sam właściciel, Jacek M. Rybczyński, jest profesorem grafiki.

Atrakcje, które już pan wymienił, to zaledwie początek listy…

I zależą od tego, w jakim okresie chcemy odwiedzić gminę Stronie Śląskie. W zimie zapraszam na narty, a w przyszłym roku również na narty biegowe. To właściwie ta największa atrakcja, która zimą ściąga tu dwieście tysięcy ludzi, co ustaliliśmy po ilości sprzedanych karnetów.

W tym roku próbowaliśmy uruchomić Ski Region Śnieżnik, ale brak śniegu popsuł nam te zamiary. Wchodziłyby do niego trzy ośrodki narciarskie − na Czarnej Górze i w Kamienicy w gminie Stronie Śląskie i w Lądku Zdroju. Komunikację zapewniałby skibus, który za darmo dowoziłby narciarzy do tych trzech ośrodków, do korzystania z których uprawniałby jeden wspólny karnet.

Oczywiście, również zimą zapraszam do odwiedzenia Jaskini Niedźwiedziej czy Muzeum Ziemi w Kletnie, gdzie znajduje się chyba jedyna kolekcja skamieniałych jaj dinozaurów, a które prowadzi wielki pasjonat, geolog Arnold Miziołek. Warto też przejść się podziemną trasą po nieczynnej kopalni uranu w Kletnie.

Gminę Stronie Śląskie dzielimy też w taki sposób, że okolice Siennej, Czarnej Góry i Kamienicy uważane są za taki rejon bardziej hałaśliwy, natomiast rejon po przeciwnej stronie gminy, w dolinie rzeki Białej Lądeckiej, ze Starym i Nowym Gierałtowem oraz Bielicami, to obszar ciszy i spokoju, gdzie można wejść do rezerwatu, przejść się po duktach leśnych, przekroczyć granicę czeską, można zajrzeć do schronisk tam zlokalizowanych i wypocząć. W czasie wyprawy przez Stronie zapraszam na łowiska pstrągów, gdzie można nie tylko skosztować ryby, ale ją sobie samemu złowić.

W planach jest jeszcze duże przedsięwzięcie przygotowywane z myślą o uatrakcyjnieniu gminy, a mianowicie do lat 70. na Śnieżniku stała wieża widokowa. Wierzchołek Śnieżnika to taki charakterystyczny, płaski stół, z którego nic nie widać, poza tym, co dookoła szczytu. Stąd pomysł, by odbudować wieżę. Jest już sporządzona dokumentacja, a do starostwa trafił wniosek o pozwolenie na budowę. Jest to niezwykle ciężkie zadanie ze względu na to, że budowa będzie prowadzona na terenie rezerwatu przyrody „Śnieżnik Kłodzki”. Elementy wieży będą transportowane śmigłowcem ze Stronia Śląskiego na szczyt Śnieżnika i tam montowane. Teraz pozostaje odczekać na środki z rozdania 2014-20. Myślę, że uda się pozyskać pieniądze i – nie chciałbym prorokować, czy za rok, czy za dwa lata – będziemy mogli podziwiać niezwykłą panoramę, sięgającą może nawet gdzieś pod Wrocław i Pragę.

wtorek, 25 marzec 2014 20:54

PODRĘCZNIKOWY PROBLEM GMIN

Napisane przez

Pierwszoklasiści rozpoczynający naukę 1 września, będą korzystali z darmowego podręcznika. Ich rodzice nie poniosą też kosztów zakupu materiałów do ćwiczeń oraz książki do nauki języka obcego. Zgodnie z nowelizacją ustawy o oświacie, za wszystko zapłaci państwo – które w kolejnych latach planuje dostarczyć bezpłatne podręczniki także uczniom klas II i III. Docelowo reforma podręcznikowa zakłada darmowe książki dla uczniów wszystkich klas szkół podstawowych i gimnazjów.

Koszty podręczników, które we wrześniu br. znajdą się na ławkach pierwszoklasistów, będą pokrywane z budżetu państwa. Za książki do ćwiczeń i do nauki języka obcego zapłacą natomiast jednostki samorządu terytorialnego, z pieniędzy otrzymanych w ramach dotacji celowych. Według szacunków resortu edukacji, koszt obsługi tego zadania wyniesie 1 proc. dotacji.

Gminy wątpią w deklaracje MEN

Mimo zapewnień minister edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej, że gminy nie będą musiały pokrywać części kosztów przedsięwzięcia oraz że samorządy mają być wyłącznie pośrednikiem w przekazywaniu podręczników szkołom i uczniom, przedstawiciele jednostek samorządu terytorialnego wątpią w prawdziwość tych deklaracji. Nauczony doświadczeniem prezydent Ostrowca Świętokrzyskiego Jarosław Wilczyński obawia się, że gminy będą musiały dopłacić do zakupu podręczników. – Zawsze otrzymujemy za mało pieniędzy, nie wierzę więc, że tym razem mogłoby być inaczej – twierdzi. Takiego samego zdania jest burmistrz Drawska Pomorskiego Zbigniew Ptak, który sposób przygotowania podręczników i podchodzenia do całego projektu nazywa głęboką abstrakcją. – Nie mam wątpliwości, że będziemy dopłacać do projektu. Od zawsze przecież dopłacamy. Zgodnie z ustawą, jeśli rodzicom nie spodoba się podręcznik proponowany przez MEN i podejmą decyzję o zakupie alternatywnych książek, wówczas to my będziemy musieli do nich dopłacić – mówi. Zdaniem Ptaka podręczniki powinny być w 100 proc. dotowane przez państwo.

Wątpliwości samorządowców rozwiewa rzecznik prasowy MEN Joanna Dębek, która podkreśla, że nie ma mowy o tym, aby gminy dopłacały do podręczników. – Nasze wyliczenia odnośnie kwot potrzebnych na zakup książek pochodzą z analizy rynku. Wiemy dokładnie, ilu siedmiolatków pójdzie 1 września do szkoły. Mamy również szacunkowe dane co do liczby sześciolatków wybierających się do pierwszej klasy. Ich będzie prawdopodobnie mniej, niż przypuszczamy, ponieważ w dalszym ciągu wielu rodziców nie jest przekonanych do idei wcześniejszego posyłania swoich dzieci do szkoły. Dlatego też może co najwyżej być mniej uczniów niż przewidujemy, więc pieniędzy na pewno nie zabraknie – tłumaczy. Joanna Dębek komentuje również wątpliwości samorządowców, czy oferowane przez resort edukacji kwoty na pokrycie kosztów zakupu podręczników będą wystarczające. – Pamiętajmy, że podręczniki kupowane przez gminy będą tańsze od obecnych. Szkoły będą bowiem nabywać je hurtowo, odejdą m.in. koszty dystrybucji – podkreśla.

Dotacje będą przyznawane na każdego ucznia z osobna, do wysokości kosztu zakupu kompletu podręczników. Dla dzieci z I-III klasy szkoły podstawowej maksymalna kwota to 25 zł na podręcznik do języka obcego oraz 50 zł na materiały do ćwiczeń. Dla uczniów z klas IV-VI limit ceny jednego podręcznika to 140 zł, a ćwiczeń – 25 zł. Docelowo projekt ma również objąć gimnazja. Tam maksymalna kwota na podręcznik wyniesie 250 zł, a na ćwiczenia 25 zł.

Podręczniki za miliony

W 2014 r. planowane jest zatem rozdysponowanie 73 mln zł z budżetu państwa. W kolejnym roku, kiedy reforma podręcznikowa obejmie również klasy II i III, państwo wyda na ten cel 284 mln zł. W 2016 r., w związku z zakupem darmowych podręczników dla kolejnych klas – IV-VI – z budżetu zostanie wyasygnowana kwota 338 mln zł.

Podręczniki, których właścicielem zostaną gminy, będą wymieniane raz na trzy lata. Jeśli jednak zaistnieje konieczność zapewnienia danego kompletu podręczników lub materiałów edukacyjnych innych niż podręcznik dla większej liczby dzieci niż w poprzednim roku, wówczas zakup nowych książek nastąpi wcześniej. Dotacja na kupno ćwiczeń będzie udzielana corocznie dla każdego ucznia z każdej klasy. W praktyce będzie to zatem oznaczać, że pierwszoklasiści rozpoczynający naukę we wrześniu 2015 i 2016 r. będą korzystali z książek zakupionych w 2014 r., jednak każdy z nich otrzyma nowy zestaw ćwiczeń.

Zdecydują nauczyciele

Reforma podręcznikowa nie oznacza, że szkoły będą musiały korzystać z książek narzucanych przez MEN. Zgodnie z nowymi zasadami, jeśli tak zdecydują nauczyciele, szkoła będzie mogła wybrać droższe książki. W takim jednak przypadku zgodę na zakup tych podręczników będzie wydawał organ prowadzący. To on bowiem będzie zobligowany do pokrycia różnicy między ceną takich podręczników, a dotacją celową – albo nawet do pokrycia całkowitego kosztu rynkowego podręcznika.

Nauczyciele obawiają się, że w praktyce może to oznaczać brak wyboru i korzystanie z darmowych książek z resortu edukacji. – Jeśli władze gminy odrzucą nasz wniosek o dofinansowanie podręczników innych niż pochodzące z resortu edukacji, uzasadniając swoją decyzję brakiem środków, będziemy zmuszeni używać książek narzuconych przez MEN – uważa dyrektor jednej z warszawskich podstawówek. Rzeczniczka resortu edukacji uspokaja. – Nikomu nie będą narzucane podręczniki. Zakup tych przeznaczonych dla starszych klas szkoły podstawowej, które w kolejnych latach mają trafić do szkół, MEN będzie wcześniej wspólnie konsultował z rodzicami i nauczycielami – mówi. Odnosząc się do darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów, który trafi w tym roku do wszystkich placówek edukacyjnych, Dębek apeluje, aby „dać mu szansę”. – Będzie on przygotowany przez specjalistów, którzy zadbają o to, aby nie odbiegał ani merytorycznie, ani wizualnie od dotychczasowych książek. Poczekajmy aż się ukaże – być może rodzicom na tyle się spodoba, że nie będą chcieli zastępować go innym – tłumaczy Dębek.

Kontrowersyjny projekt

Planowana przez rząd reforma podręcznikowa zakłada „zapewnienie uczniom objętym obowiązkiem szkolnym dostępu do bezpłatnych podręczników albo innych materiałów edukacyjnych zastępujących podręczniki służących realizacji programów nauczania oraz materiałów ćwiczeniowych”. Od samego początku projekt budzi liczne kontrowersje. Początkowo zapowiadano stworzenie darmowego podręcznika do edukacji wczesnoszkolnej, pozbawionego ćwiczeń i innych materiałów dydaktycznych, umożliwiających aktywne wykorzystywanie zdobytej wiedzy. Po krytyce Związku Nauczycielstwa Polskiego zaniechano jednak pomysłu i zdecydowano się dodać do podręcznika materiały do ćwiczeń. 7 marca prezydent Bronisław Komorowski podpisał nowelizację ustawy o systemie oświaty, która upoważnia ministra edukacji do zlecania opracowania i wydania podręcznika. Z tego samego prawa będzie mógł skorzystać minister kultury, o ile podręcznik będzie dotyczył szkół artystycznych.

Strona 4 z 10

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY