Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 83.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 89.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 77.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

Człowiek i społeczeństwo

Człowiek i społeczeństwo (128)

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:39

WŁOSZCZOWSKIE NGO W SECEMINIE

Napisane przez

W niedzielę, 24 sierpnia 2014 roku, teren rekreacyjny w Seceminie stał się miejscem spotkań włoszczowskich organizacji pozarządowych i mieszkańców. Było to możliwe dzięki realizacji projektu edukacyjnego „Lokalnie Decydujemy Razem”, któremu przewodzi Fundacja Promocji Gmin Polskich.

Tym razem odbywające się tam Dożynki Powiatowe miały charakter nie tylko pikniku familijnego, ale również święta NGO w powiecie. Powstanie Miasteczka Organizacji Pozarządowych miało na celu promocję, a także integrację organizacji pozarządowych oraz różnych przejawów aktywności społecznej wśród mieszkańców. Organizatorem imprezy było Starostwo Powiatowe we Włoszczowie oraz Urząd Gminy Secemin. W ramach Miasteczka NGO mieszkańcy mieli okazję zapoznać się z zakresem działalności 22 organizacji z terenu powiatu włoszczowskiego, które miały tam swoje stoiska. W ramach prezentacji działalności organizacji przewidziano różnego rodzaju atrakcje dla starszych, jak i młodszych.

Powstanie Miasteczka NGO w czasie Dożynek Powiatowych zostało sfinansowane w ramach projektu „Lokalnie Decydujemy Razem”,współfinansowanego przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki 2007-2013, Priorytet V Dobre rządzenie, Działanie 5.4 Rozwój potencjału trzeciego sektora, Poddziałanie 5.4.2 Rozwój dialogu obywatelskiego. W tym roku na dożynkach swoje stoiska miały również organizacje pozarządowe:

- Ochotnicza Straż Pożarna Secemin,
- Stowarzyszenie Sympatyków Piłki Siatkowej „ZRYW SECEMIN”,
- Klub Sportowy Zieleń Żelisławice,
- Stowarzyszenie Rozwoju Gminy Secemin,
- Ochotnicza Straż Pożarna Wola Czaryska,
- Stowarzyszenie Wiejskie Wsi Komorniki „Nad Czarną”,
- Stowarzyszenie Rozwoju Gminy Kluczewsko „Od pomysłu do działania”,
- Ochotnicza Straż Pożarna Dobromierz,
- Babski Klub „Elita”,
- Stowarzyszenie Emerytów i Rencistów Oświaty „Pogodna Jesień”,
- Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Gminy Radków,
- Ludowy Zespół Pieśni i Tańca „Dzierzgowianie”,
- Klub Sportowy Hetman Włoszczowa,
- Ochotnicza Straż Pożarna Włoszczowa,
- Koło Gospodyń Wiejskich „Gościnianki”,
- Stowarzyszenie „Wielu Pokoleń Jesteśmy Solą Tej Ziemi” z Moskorzewa,
- Gminny Klub Sportowy Kluczewsko,
- Włoszczowskie Towarzystwo Historyczne,
- Stowarzyszenie Wędkarskie „Karpik” w Moskorzewie,
- Ochotnicza Straż Pożarna Moskorzew.

Uroczystości rozpoczęły się od konkursu na „Najładniejszy wieniec dożynkowy 2014”, który odbył się na placu przed kościołem parafialnym w Seceminie. Startowało w nim siedem wieńców, przygotowanych przez zespoły ludowe, koła gospodyń wiejskich i stowarzyszenia. Komisja oceniała poziom artystyczny, zgodność z tradycją, odpowiedni kształt wieńca oraz naturalne elementy wystroju.

Po dokonaniu oceny wieńców przez komisję konkursową, rozpoczęła się polowa msza święta w intencji Rolników, której przewodniczył ks. prałat Zygmunt Pawlik – Proboszcz Parafii p.w. Wniebowzięcia NMP we Włoszczowie. Homilię wygłosił ks. Paweł Stolarczyk – proboszcz miejscowej Parafii p.w. św. Katarzyny i św. Jana Ewangelisty. Oprawę muzyczną mszy zapewnił Zespół Ludowy „Złoty Kłos” z Secemina.

Po uroczystej mszy barwny korowód dożynkowy na czele z Powiatową Kapelą Włoszczowską i Starostami Dożynek: panią Marzeną Lis z Ojsławic (gmina Radków) i panem Henrykiem Znojkiem z Secemina (gmina Secemin) oraz przedstawicielami władz województwa, powiatu, gmin i zaproszonymi gośćmi udał się na boisko sportowe, gdzie odbyła się dalsza część uroczystości. Rozpoczął się tradycyjny obrzęd dożynkowy. Kierownik Wydziału Administracyjno-Gospodarczego Starostwa Powiatowego we Włoszczowie, Zenon Kułaga, wypuścił z klatki białe gołębie – symbolizujące radość, pokój i pojednanie (gołębie pochodziły z hodowli Krystiana Kułagi). Następnie poszczególne delegacje przekazały władzom gminnym i powiatowym wieńce dożynkowe, które wcześniej zostały ośpiewane.

W dalszej kolejności Starostowie Dożynek pani Marzena Lis i pan Henryk Znojek wręczyli Staroście Włoszczowskiemu, Przewodniczącemu Rady Powiatu Włoszczowskiego, Wójtowi Gminy Secemin i Przewodniczącemu Rady Gminy symboliczny bochen chleba upieczony z tegorocznych zbiorów. Starosta podziękował za przekazany bochen chleba. – Obiecuję dzielić go sprawiedliwie, aby wszystkim wystarczyło – dodał włodarz powiatu.

Po obrzędzie dożynkowym głos zabrali gospodarze: Wójt Gminy Secemin Sławomir Krzysztofik oraz Starosta Włoszczowski Zbigniew Matyśkiewicz. Starosta w imieniu całej społeczności powiatu włoszczowskiego podziękował rolnikom za trud włożony w pracę na roli. Słowa podziękowania skierował do osób zaangażowanych w przygotowanie dożynek. Zgromadzonym życzył udanej zabawy. Podczas święta plonów głos zabrali również zaproszeni goście – posłowie: Maria Zuba, Mirosław Pawlak, Renata Janik oraz Wicewojewoda Grzegorz Dziubek. Po wygłoszeniu okolicznościowych przemówień na scenę poproszono rolników z terenu powiatu włoszczowskiego, którzy zostali odznaczeni honorową odznaką „Zasłużony dla Rolnictwa”. Następnie wręczono nagrody w konkursach:

- „Najładniejszy Wieniec Dożynkowy 2014” – Tegoroczny „najładniejszy wieniec” wykonał Zespół Ludowy „Złoty Kłos” z Secemina (gmina Secemin). Drugie miejsce zajął wieniec przygotowany przez Zespół Ludowy „Dzierzgowianie” z Dzierzgowa (gmina Radków), a trzecie ex aequo wieniec wykonany przez Zespół Ludowy „Moskorzewianie” z Moskorzewa (gmina Moskorzew) oraz Stowarzyszenie Wiejskie Wsi Komorniki „Nad Czarną” (gmina Kluczewsko). Nagrody dla wszystkich uczestników konkursu ufundowało Starostwo Powiatowe we Włoszczowie;

- „Piękna i Bezpieczna Zagroda – Przyjazna Środowisku” –Pierwsze miejsce zajęło gospodarstwo Agnieszki i Jacka Gołuch z Dzierzgowa (gm. Radków), drugie miejsce gospodarstwo Mariusza Bąka z Koziej Wsi (gm. Krasocin), natomiast trzecie – gospodarstwo Zdzisławy i Józefa Krupów z Dobromierza (gm. Kluczewsko). Nagrodę za pierwsze miejsce ufundowało Starostwo Powiatowe we Włoszczowie, za drugie – Urząd Gminy Krasocin, a za trzecie – Urząd Gminy Kluczewsko.

Na tym zakończyła się pierwsza część niedzielnej imprezy – część dożynkowa – a rozpoczęła część druga – „Przegląd Zespołów Ludowych i Kapel w Seceminie”. Środki na realizację Przeglądu Powiat Włoszczowski pozyskał za pośrednictwem Lokalnej Grupy Działania „Region Włoszczowski” z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013 Osi IV LEADER, działanie 413 „Wdrażanie lokalnych strategii rozwoju dla małych projektów”. W ramach Przeglądu wystąpiło dziesięciu wykonawców z terenu powiatu włoszczowskiego: Zespół Ludowy „Złoty Kłos” z Secemina, Ludowy Zespół Pieśni i Tańca „Dzierzgowianie” z Dzierzgowa, Ludowy Zespół Śpiewaczy „Cyraneczka” z Psar, KGW „Gościnianki” z Gościencina, Zespół „Melodia” z Oleszna, Zespół Ludowy „Przepióreczka” z Żelisławic, Powiatowa Kapela Włoszczowska, Zespół Ludowy „Moskorzewianie” z Moskorzewa, Kapela CH-DK Benc z Chlewic oraz KGW „Cieślaneczki” z Ciesiel.

Gwiazdą wieczoru był zespół CLIVER. Młodzi wykonawcy zaśpiewali swoje największe hity. Nie zabrakło też nowych piosenek. Uczestnicy imprezy bawili się, m.in. przy takich przebojach jak: „Chodź kochanie”, „Pokaż, jak się kręcisz”, „Zaufaj mi”, „Agnieszka”, „Ta dziewczyna to facet”, czy „To ona mnie wyrwała”. Publiczność bawiła się znakomicie, a po koncercie fani mogli otrzymać od zespołu autografy i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Po gwieździe wieczoru rozpoczęła się zabawa taneczna „pod gwiazdami”, która trwała do północy. Niedzielną imprezę poprowadzili: Danuta Kwiecień – zastępca kierownika Wydziału Geodezji, Kartografii, Katastru i Gospodarki Nieruchomościami Starostwa Powiatowego we Włoszczowie i Sylwester Kowalski – dyrektor włoszczowskiego Domu Kultury. Opiekę medyczną podczas dożynek sprawował zespół ratownictwa medycznego z Zespołu Opieki Zdrowotnej we Włoszczowie.

Dożynki były okazją do prezentacji samorządów, firm i instytucji działających na rzecz rolnictwa oraz do wystawy płodów rolnych i sprzętu rolniczego, a także dorobku artystycznego. Na stoisku przygotowanym przez pracowników Starostwa Powiatowego we Włoszczowie oraz Powiatowego Centrum Kulturalno-Rekreacyjnego we Włoszczowie zorganizowane zostały liczne konkursy z zakresu wiedzy o powiecie włoszczowskim. Najmłodsi mogli rozwiązać krzyżówki, rebusy, czy złowić kolorowe plastikowe rybki w niewielkim basenie ustawionym przy stoisku PCK-R.

Więcej informacji na stronie www.powiat-wloszczowa.pl

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

DALEKO OD ELDORADO, BLISKO DO PRZECIĘTNEJ

Napisane przez

Obroty polskiej branży turystycznej w 2013 roku szacuje się na sumę 85,7 miliarda złotych. Z pozoru tort do podziały jest olbrzymi, ale w gruncie rzeczy – w porównaniu do innych krajów europejskich, nawet tych sąsiednich – branża turystyczna jest u nas niezbyt rozwinięta. Samorządy i instytucje widzą tu zatem pole do popisu, dlatego w całym kraju zaczynają się mnożyć inicjatywy adresowane do turystów.

14 milionów odwiedzin cudzoziemców oraz 40 milionów wyjazdów Polaków, w sumie 63 miliony noclegów – to w zaokrągleniu pula, którą musiała podzielić branża turystyczna w ubiegłym roku. Cudzoziemcy wydają średnio 79 dolarów dziennie, na pobyt w Polsce przeznaczają w sumie około 1600-1700 złotych. W tej grupie warto zapolować na Amerykanów, Kanadyjczyków, Australijczyków, Japończyków, Koreańczyków – oni z reguły dysponują budżetem dwa razy większym. Ale i niektórzy Europejczycy są skłonni wydawać powyżej średniej: tu wyróżniają się Austriacy, Francuzi i Włosi. Przy krajowym turyście – planującym zamknąć budżet na podróże w sumie nieco ponad tysiąca złotych – wydają się być znacznie lepszym targetem.

Czar metropolii

W rankingach zdecydowanie królować będzie stolica. Choć Warszawa nie należy do najatrakcyjniejszych, a zarazem najdroższych, miast kontynentu – to z wspólnego „tortu” wykroiła mniej więcej jedną dziesiątą: 8,5 mld złotych. Przeciętny turysta był w stolicy około trzech dni – 2,7 mln osób wykupiło 4,6 mln noclegów. Ale nie powinno nas to dziwić o tyle, że statystyki nie czynią dokładnego rozróżnienia między podróżami typowo „urlopowymi” a służbowymi. Statystyczna średnia może sugerować, że te drugie stanowią znaczną część wizyt w Warszawie ogółem.

Nieco inaczej wygląda to w przypadku drugiego pod względem atrakcyjności miejsca w Polsce: Krakowa. Krakusi są na polu turystyki bardzo aktywni: w 2013 r. przyciągnęli aż 9,2 mln turystów, którzy w samym mieście wykupili około czterech milionów noclegów. Ich wydatki są różnice szacowane – Małopolska Organizacja Turystyczna podaje, że wydali oni pod Wawelem 4,8 mld złotych, ale już serwis Money.pl szacował niedawno, że może chodzić nawet o 6,5 mld złotych. Co więcej, inwestorzy z branży hotelarskiej wyraźnie stawiają na to miasto: w Krakowie funkcjonuje już 155 obiektów tego typu (ponad 60 obiektów więcej niż w Warszawie), kilka kolejnych jest w budowie, kolejne są w stadium planowania. Urzędnicy zajmujący się planowaniem przestrzennym mają pełne ręce roboty, a ceny najatrakcyjniejszych kamienic na Starówce idą w dziesiątki milionów złotych.

Za tymi metropoliami gonią i inne. Przodują Gdańsk (630 tys. turystów i 1,5 mln sprzedanych noclegów), który wraz z resztą Trójmiasta miałby szansę dogonić wspomniane Warszawę i Kraków – w sumie trójmiejska branża sprzedała w ubiegłym roku niemal 2,4 mln noclegów, zarabiając ok. 3,5 mld zł, z czego sam Gdańsk to 2,3 mld zł. W tym roku może być nawet lepiej. W Sopocie „obłożenie” bazy noclegowej w sezonie wakacyjnym sięgnęło niemal idealnie 100 procent, a miejscowi uważają, że jest nawet wyższe niż w trakcie EURO2012. – Wśród zagranicznych turystów prym wiodą Skandynawowie, którzy wybierają Polskę ze względu na sprzyjający klimat, atrakcyjne ceny oraz dogodne połączenia lotnicze i promy – twierdzi mówi Dawid Wilda, prezes Stowarzyszenia Turystycznego „Sopot”. Ale i Wrocław – który nie ma przecież atutów w postaci nadmorskich deptaków i sopockiej aury kurortu – przyciągnął 800 tysięcy turystów, sprzedając 1,4 mln noclegów i zarabiając około 2,2 mld złotych.

Do tego grona próbują dołączyć również inni. Do turystycznego natarcia przystąpiła chociażby Łódź, która zaczyna reklamować się jako miasto „turystyki biznesowej” – ze względu na rozbudowaną bazę hotelowo-konferencyjną, dobre położenie i skomunikowanie z innymi ważnymi ośrodkami kraju. Łódzki ratusz traktuje wrocławskie hasło „miejsce spotkań” bardziej dosłownie – kosztem przeszło miliona złotych władze chcą zorganizować wizyty studyjne dziennikarzy, seminaria dla organizatorów imprez, przeprowadzić kampanię w branżowych mediach, stworzyć osobny portal internetowy czy wreszcie dokładną, aktualizowaną na bieżąco bazę danych dla potencjalnych graczy z branży. Do tego można dorzucić inną propozycję miasta: wycieczki po ulicy Piotrkowskiej, Księżym Młynie i dawnym getcie na segway’ach. Chociaż moda na te elektryczne wehikuły ominęła Polskę, a w miastach takich jak Berlin czy Londyn trudno je spostrzec – segway’e stają się popularne w Polsce, w ostatnie wakacje można je było zauważyć również na ulicach Warszawy.

Pierwszoligowe kurorty

Nie znaczy to jednak, że – by zarobić miliardy – trzeba być wielką metropolią. Wzorcem dla mniejszych ośrodków mógłby być Kołobrzeg. Z wszystkich statystyk wynika, że miasto to radzi sobie lepiej niż niejeden ośrodek wojewódzki, wzmocnione dodatkowo sąsiedztwem choćby Ustronia Morskiego. W 2013 r. sprzedano tam 3,,9 mln noclegów, a odwiedzający – w tym przypadku, co akurat nie dziwi, pozostający w Kołobrzegu na dłużej, średnio cztery dni – mogli wydać w sumie nawet 6,3 mld złotych. Tendencję do długich pobytów i związanych z tym większych wydatków jeszcze lepiej widać w Świnoujściu: tam na 200 tysięcy turystów przypadło 1,4 mln noclegów oraz wydatki rzędu 2,2 mld złotych.

Na południowych rubieżach równie wielką popularnością – być może nawet większą ze względu na całoroczną atrakcyjność – cieszą się oczywiście polskie góry. Po Warszawie, Krakowie i Kołobrzegu najpopularniejszym miejscem w kraju pozostają Tatry: szacuje się, że w 2013 r. trafiło tu 632 tysiące turystów, którzy wykupili 2,2 mln noclegów w hotelach (i bliżej nieznaną liczbę w najróżniejszych kwaterach prywatnych). Dla powiatu tatrzańskiego oznaczało to, że tutejsza branża „obróciła” 3,5 mld złotych. 2014 rok może być jednak gorszy: kiepska pogoda w lipcu mogła odstraszyć część miłośników górskich wędrówek, dodatkowo nie dopisali turyści z krajów wschodnich – Rosji, Ukrainy i Białorusi. Właściciele miejscowych pensjonatów pomstują też na nieformalną konkurencję, czyli budowane również w kurortach nadmorskich apartamentowce, których właściciele wynajmują mieszkania chętnym, nie świadcząc formalnych usług turystycznych. Widać też stopniową tendencję, polegającą na poszukiwaniu kwater nie w samym Zakopanym, lecz w okolicach miasta.

W nieco mniejszym stopniu dotyczy to Beskidów – w szczególności powiatów cieszyńskiego i nowosądeckiego, które w olbrzymiej mierze pozwalają odpocząć mieszkańcom metropolii południowo-wschodniej Polski. Oba powiaty przyjęły mniej więcej po 1,6 mln turystów – co oznacza szacunkowe obroty rzędu 2,5 mld zł. Analogiczną sytuację widzimy w Karkonoszach, gdzie sprzedano niemal 1,5 mln noclegów, a obroty branży mogły sięgnąć 2,3 mln złotych. W tym przypadku, w przeciwieństwie do Tatr, można mówić o dominacji większych miasteczek górskich: Karpacza i Szklarskiej Poręby. Miejscowe władze chcą zresztą zawalczyć o więcej – ten sezon zaczął się od generalnego remontu szlaków górskich. Kosztem 600 tysięcy zł odnawiane są kładki i nawierzchnia niektórych tras. – Remonty te są prowadzone bez użycia ciężkiego sprzętu. Prowadzimy prace tak, aby nie przeszkadzać turystom – mówił PAP rzecznik Krakonoskiego Parku Narodowego Michał Makowski.

Czarne konie wyścigu

Ale do tej czołówki w szybkim tempie próbują doszlusować nowe ośrodki. Uruchomienie Parku Jurajskiego w Bałtowie czy Miasteczka Twinpigs, czyli westernowego parku rozrywki w Żorach – to dopiero początek listy. Z Wieliczką rywalizuje kopalnia soli w Bochni, ze szlakami bieszczadzkimi choćby podziemna trasa turystyczna w Rzeszowie. Z klasycznymi uzdrowiskowymi –Zdrojami – pierwsze w Polsce uzdrowisko termalne w Uniejowie. Z niszowej, koneserskiej półki chcą wyjść Bieszczady – od początku bieżącego roku zaporę i elektrownie w Solinie odwiedziło już 20 tysięcy osób, a przygotowaną dla nich trasą można zejść nawet 6 metrów pod lustro Zalewu.

O turystów zabiegają nie tylko samorządy. Lasy Państwowe prowadzą warty 129 mln złotych (w tym około stu z funduszy unijnych) projekt rekultywacji dawnych poligonów i terenów powojskowych. To jeden z największych tego typu projektów w Europie. Do początku sierpnia oczyszczono z niewybuchów i przygotowano do eksploatacji turystycznej niemal 15 tys. ha w 28 nadleśnictwach. Potencjalni adresaci powstającej w ten sposób bazy turystycznej to nie tylko miłośnicy przyrody, ale też fani militariów, eksploratorzy bunkrów, grzybiarze, sportowcy. „Dzięki temu projektowi wiele miejsc dotychczas niedostępnych dla turystów – dawne obiekty wojskowe, tereny objęte zakazem wstępu ze względu na bezpieczeństwo – jest teraz otwarte” – podkreśla przedsiębiorstwo.

Podobne starania w mniejszym lub większym stopniu podejmują niemal wszystkie gminy w Polsce. I być może to jeden z najrozsądniejszych kierunków rozwoju, zwłaszcza biorąc pod uwagę możliwość wykorzystywania funduszy unijnych, z których polskie samorządy jeszcze przez kilka lat będą miały szansę skorzystać. Zgodnie z tym jednak, co mówią eksperci, aby włączyć się do tego wyścigu, trzeba mierzyć siły na zamiary. Miejscowości, które nie mają większych tradycji turystycznych powinny na początek nastawiać się na wizyty mieszkańców sąsiednich metropolii, miejscowości przygraniczne mogą adresować ofertę do obywateli sąsiedniego państwa, miejscowości historyczne mogą szukać swojej szansy w solidnie przygotowanej imprezie rekonstrukcyjnej. Byle nie wszystko naraz.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

TA DRUGA RODZINA, TEN DRUGI DOM

Napisane przez

Środowiskowe Domy Samopomocy przeciwko wykluczeniu społecznemu – diagnoza Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego na Mazowszu.

Środowiskowe Domy Samopomocy zaczęły powstawać w Polsce w połowie lat 90. XX w. Stanowiły odpowiedź na trendy we współczesnej psychiatrii, która wskazuje na wiele korzyści opieki środowiskowej nad ludźmi chorymi psychicznie. Szpital jako instytucja, często w ich przypadku niezbędna, w chwilach nawrotu choroby jest jednak tylko instytucją – skoncentrowaną na medycznym aspekcie problemów zdrowotnych człowieka. W 1995 r., przy współpracy przedstawicieli Instytutu Psychiatrii i Neurologii, w Ministerstwie Pracy i Polityki Socjalnej stworzono koncepcję powołania i zorganizowania ŚDS, które już samą nazwą zdradzają, że są czymś więcej niż instytucją – i pokazują, że ich działanie opiera się na samopomocy uczestników. U podstaw ich funkcjonowania leży założenie, że nie można postrzegać człowieka tylko przez pryzmat jego choroby, ale holistycznie – tj. rozwijać, wspierać, chronić wszystkie aspekty jego funkcjonowania, a także motywować go i inspirować do korzystania z własnego potencjału.

Ludzie z zaburzeniami psychicznymi są społecznie napiętnowani, popadają w niełaskę – w kontekście psychologicznym jest to zbiór postaw wobec jednostki, skazujący ją na brak akceptacji. Przekładając to na codzienność: z chwilą, kiedy człowiek zachoruje psychicznie, dla jego otoczenia stopniowo zupełnie przestanie się liczyć, że przed epizodem schizofrenicznym był np. świetnym nauczycielem matematyki. – Piętno choroby psychicznej było równie destrukcyjne, jak samo doświadczenie hospitalizacji – wyznała jedna z pacjentek.

Na marginesie życia

Działania ŚDS typu A skierowane są do osób chorujących psychicznie, zwłaszcza tych doświadczających zaburzeń psychotycznych – takich, jak schizofrenia, zaburzenia schizotypowe, urojeniowe lub schizoafektywne. Liczne badania i praktyka wskazują na to, że pozaszpitalny, społeczny system wsparcia dla osób z problemami psychiatrycznymi to najefektywniejszy sposób udzielania im pomocy. Bazuje na wspólnocie, wzajemnej uwadze, rozwoju więzi społecznych i relacji pomiędzy uczestnikami, buduje motywację do aktywności i, co najistotniejsze, przeciwdziała izolacji i wykluczeniu społecznemu.

Choroba psychiczna skutkuje nie tylko poczuciem wyobcowania i osamotnieniem, utrudniając kontakty z innymi ludźmi. Osoby chorujące  przejawiają też niechęć do podejmowania jakichkolwiek aktywności, tracą wiarę we własne możliwości. Ważne zatem, by mogli znaleźć miejsce zapewniające poczucie bezpieczeństwa, w którym mogą dzielić się swoimi pomysłami, refleksjami, a także trenować codzienne czynności – często sprawiające im trudność.

Najważniejsze cele ŚDS typu A to doprowadzanie do zwiększania poczucia wartości uczestników i ich możliwości w kontaktach interpersonalnych. Nacisk kładzie się także na zwiększanie aktywności uczestników i rozwój ich zainteresowań oraz zdolności. Stąd różnorodność form artystycznych, na których bazują terapeuci – w ŚDS znajdziemy zarówno koła literackie, miłośników witrażu lub rzeźby, jak i warsztaty fotograficzne, grupy teatralne. A zatem wszystko to, co składa się na arteterapię – uznawaną za efektywną i skuteczną metodę wspomagającą inne formy terapii, wyzwalającą kreatywność i budującą poczucie sprawczości, samodyscyplinę, zaangażowanie.

Na przykład ŚDS „Słoneczny Dom”, zlokalizowany w warszawskim Ursusie redaguje od wielu lat czasopismo „Alternatywa”, w którym zamieszczane są artykuły, wiersze czy reportaże pisane przez uczestników tego Domu. Opieka psychologiczna w ŚDS ukierunkowana jest na wykształcenie umiejętności radzenia sobie z doświadczeniem choroby psychicznej. Uczestnicy ŚDS maja zapewnioną możliwość dzielenia się swoimi przeżyciami i poszukiwania rozwiązań, zapewnia im się szerokie wsparcie na wielu płaszczyznach funkcjonowania społecznego. Wykwalifikowany personel ŚDS w razie potrzeby dba o systematyczność zażywania leków, opłacania rachunków, organizuje logistycznie transport do Domu.

Osoby uczęszczające na zajęcia pozostają często pod kuratelą opieki społecznej, posiadają zasiłki, renty, które nie zawsze pozwalają na zaspakajanie wszystkich życiowych potrzeb, zwłaszcza gdy chodzi o osoby samotne, pozbawione wsparcia rodzinnego. Z myślą o nich ŚDS- y zapewniają posiłki – zwykle jest to śniadanie i obiad. Zajęcia terapeutyczne koncentrują się na osiąganiu przez uczestników optymalnego poziomu samodzielności, poprawie w sferze autoprezentacji, komunikacji, a także na umiejętności funkcjonowania w grupie. Ważne jest to, że w system pomocy poszczególnym uczestnikom angażuje się w miarę możliwości bliskich podopiecznego, dla których fakt pojawienia się choroby psychicznej w rodzinie jest nierzadko czymś stresującym. Wsparcie i wzajemną pomoc, integrowanie uczestników i ich rodzin, kreowanie pozytywnego, realnego wizerunku osób chorujących psychicznie należy uznać za cele nadrzędne całego systemu.

Zastępcza rodzina, właściwie – dom

Działania ŚDS regulują dwie ustawy: Ustawa o Ochronie Zdrowia Psychicznego z 19 sierpnia 1994 r. z późniejszymi zmianami, której artykuł 8 ust. 1 mówi o tym, że jednostki organizacyjne i inne podmioty działające na podstawie Ustawy o Pomocy Społecznej, w porozumieniu z zakładami psychiatrycznej opieki zdrowotnej organizują na obszarze swego działania oparcie społeczne dla osób, które z powodu choroby psychicznej lub upośledzenia umysłowego mają poważne trudności w życiu codziennym, zwłaszcza w kształtowaniu swoich stosunków z otoczeniem, w zakresie edukacji, zatrudnienia oraz w sprawach bytowych. A także Ustawa o Pomocy Społecznej z 12 marca 2004 r., której art. 18 stwierdza, że do zadań zleconych z zakresu administracji rządowej realizowanych przez gminę należy: prowadzenie i rozwój infrastruktury ŚDS dla osób z zaburzeniami psychicznymi.

Poszczególne ŚDS obejmują swoimi działaniami obszar powiatu, gminy lub dzielnicy. Wszelkie informacje na temat jego funkcjonowania i zasad naboru można otrzymać w OPS, w PCPR, w Poradni Zdrowia Psychicznego, na stacjonarnych oddziałach psychiatrycznych. Podsumowując zatem: ŚDS typu A to dzienne ośrodki wsparcia dla dorosłych osób z zaburzeniami psychicznymi prowadzone  przez samorządy jako zadanie zlecone z zakresu administracji rządowej, finansowane z budżetu Wojewody.

Co o swoim zaangażowaniu  w ŚDS mówią sami uczestnicy? – ŚDS jest dla mnie właściwie domem. Jego społeczność traktuję jako zastępczą rodzinę – mówi Witek, z powiatowego ŚDS w Wołominie. – Skierowanie do ŚDS było dla mnie szansą na życie w społeczności, w której znalazłem ciepło, zrozumienie, wsparcie. Mogę coś z siebie dać i brać coś dla siebie. Mam szansę na stabilizację stanu zdrowia i powrót do normalności – dodaje. Sekunduje mu Ania, z ŚDS w Warszawie, na ulicy Żytniej. – W tym domu znalazłam logiczne podejście do człowieka i jego problemów. Czuję, że nie jestem sama, że ktoś zna się na mojej chorobie. To jest to, czego potrzebuję. I mam to tutaj – podkreśla. Z kolei Zbyszek z ŚDS w Ostrołęce podkreśla, że to właśnie tam zaznał poczucia bezpieczeństwa i pogłębił swoje zainteresowania. Sławek z ŚDS w Wyszkowie zauważa, że ŚDS jest pierwszym w jego życiu miejscem, w którym nikt go nie nęka, nie wykorzystuje jego słabości. Przeciwnie, ma poczucie że jest we właściwym miejscu, w którym choroba nie jest już aż tak przytłaczającym ciężarem.

Zorganizowanie sprawnie działającego systemu lokalnego oparcia społecznego dla osób z zaburzeniami psychicznymi – to zadanie priorytetowe oraz wielkie wyzwanie dla wielu instytucji i organizacji działających w obszarze ochrony zdrowia i pomocy społecznej. Nie sposób nie dostrzegać wagi zagadnienia, skoro problem zaburzeń psychicznych, zaburzeń zachowania, a także uzależnienia od alkoholu i innych substancji psychoaktywnych dotyczy 450 milionów mieszkańców świata.

Wyrazem zainteresowania tą sferą problemów społecznych na szczeblu międzynarodowym była tzw. Zielona Księga, czyli „Poprawa zdrowia psychicznego ludności. Strategia ochrony zdrowia psychicznego dla UE”. Dokument ten kładzie nacisk na profilaktykę, opiekę i leczenie, a także zapobieganie i upowszechnianie wiedzy na ten temat. W Polsce obowiązuje wspominana już Ustawa o Ochronie Zdrowia Psychicznego, która obecnie jest podstawą do systemowego działania w zakresie ochrony zdrowia i oparcia społecznego dla samorządu wojewódzkiego na Mazowszu. W szczególności należy też zwrócić uwagę na Rozporządzenie Rady Ministrów z 28 grudnia 2010 r., z którego wynikł obowiązek opracowania Wojewódzkiego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego na lata 2011-2015. Za wdrażanie tego Programu odpowiedzialne jest Mazowieckie Centrum Polityki Społecznej.

Diagnoza ekspertów

Obserwatorium Integracji Społecznej w ramach projektu „Koordynacja na rzecz aktywnej integracji”, współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego, dokonało diagnozy w tym zakresie. Przetaczane w Diagnozie dane z Centralnej Aplikacji Danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w roku 2011 wskazują na to, że w 144 gminach województwa mazowieckiego są świadczone usługi opiekuńcze dla osób z zaburzeniami psychicznymi w ich miejscu zamieszkania. Liczba rodzin objętych taką formą pomocy wynosi 1369.

ŚDS wpisują się w ten system i budują oparte na samopomocy wsparcie dla osób, które nie dają sobie rady w życiu codziennym. Jeśli napiszemy, że ich pracownicy niosą pomoc np. w sprawach urzędowych osobom z zaburzeniami psychicznymi, to do przeciętnego człowieka, którego tego rodzaju problemy nie dotyczą, raczej to nie przemówi. Posługujemy się więc na co dzień inną perspektywą.

Dlatego przytoczymy konkretny przykład: osoba cierpiąca na schizofrenię niekoniecznie musi sobie zdawać sprawę z tego, że wyrzucenie monitu od komornika, lub rachunku za światło nie załatwia sprawy, a wręcz przeciwnie – spiętrza problemy, ponieważ zadłużenie rośnie, niespłacanie długu owocuje sankcjami prawnymi lub, na przykład, eksmisją. O to należy zadbać i dopilnować formalności w przypadku takiego człowieka – po to, by uchronić go przed konsekwencjami, których sam nie jest w stanie przewidzieć. Niby drobiazg, a jednak z punktu widzenia takiej osoby, czy nawet jej rodziny, niezwykle istotny. To pokazuje jak wdrożenia systemowe przekładają się na realia życia i funkcjonowania osób w ów system zaangażowanych. Podobnie jest z dbałością o stosowanie leków czy regularne uczęszczanie do ŚDS – badania wykazują jednoznacznie, że z takie postępowanie z osobami chorymi znacznie zmniejsza ryzyko nawrotu choroby, minimalizuje ryzyko ponownej, zawsze traumatycznej, hospitalizacji.

ŚDS powinny być częścią strategii realizowanej przez powiat, mającej na celu zapewnienie osobom z zaburzeniami psychicznymi oparcia społecznego pozwalającego na zaspokojenie ich potrzeb życiowych, usamodzielnienie i  integrację. Za proces rehabilitacji uczestników Domu odpowiada zespół aktywizująco-wspierający, prowadząc zajęcia plastyczne, muzyczne, teatralne, sportowe, kulinarne, a także psychoedukację i inne formy aktywności. Program działania ŚDS uwzględnia wycieczki krajoznawcze, rajdy rowerowe, piesze, turnusy rehabilitacyjne, a także wyjazdy do kina, teatru czy na imprezy plenerowe.

Na terenie Mazowsza w 2011 r. funkcjonowało 25 ŚDS dla osób chorych psychicznie z 747 miejscami. Domy tego typu znajdują się w 14 powiatach: makowskim, mińskim, ostrołęckim, otwockim – aż po trzy tego typu placówki umieszczono w powiatach płockim, przysuskim, radomskim, siedleckim, węgrowskim, warszawskim zachodnim, wołomińskim, wyszkowskim. W samej stolicy zlokalizowanych jest 11 tego typu placówek. Uznać zatem można, że w tych powiatach zarówno zapisy Zielonej Księgi, jak i ustawodawstwa polskiego, wraz z diagnozowanym programem są realizowane.

Niestety, jednak aż w 22 powiatach Mazowsza ŚDS powołane nie zostały. Są to powiaty: białobrzeski, garwoliński, gostyniński, grodziski, grójecki, kozienicki, legionowski, łosicki, nowodworski, piaseczyński, przasnyski, pułtuski, siedlecki, szydłowiecki, sierpecki, zwoleński, żuromiński, żyrardowski. Podobnie przedstawia się sytuacja Domów Pomocy Społecznej dla osób chorych psychicznie, wymagających całodobowej opieki.  Brakuje ich w 24 powiatach. Są to powiaty: białobrzeski, garwoliński, grodziski, legionowski, lipski, łosicki, makowski, ostrołęcki grodzki, ostrowski, płoński, pruszkowski, przasnyski, przysuski, siedlecki grodzki, sierpecki, sochaczewski, sokołowski, szydłowiecki, warszawski zachodni, węgrowski, wołomiński, wyszkowski, żuromiński, żyrardowski.

Czy możemy zakładać, że statystyki i ryzyko chorób psychicznych tych powiatów nie dotyczą – czy raczej, że Program Ochrony Zdrowia Psychicznego na lata 2011-2015 nie został tam jeszcze zrealizowany? Pozostało niewiele czasu by  zmienić taki stan rzeczy.

Dojrzałość społeczności lokalnej

Sposób udzielania pomocy osobom niepełnosprawnym można uważać za miarę dojrzałości społeczności lokalnej. Doświadczenia wielu krajów dowodzą, że środowiskowy system wsparcia osób chorych psychicznie jest niezwykle korzystny. Aktywny udział pacjenta/klienta w procesie terapii to antidotum na wyuczoną bezradność, utrwalaną w dużej instytucji psychiatrycznej. Zmienia się model biernego podporządkowania zaleceniom lekarza lub buntu – na współpracę. Chory dobrowolnie i świadomie uczestniczy w procesie leczenia, zdrowienia.

Do zasobów społecznych ochrony zdrowia psychicznego zaliczyć należy organizacje społeczne i stowarzyszenia pozarządowe, które swoją działalność koncentrują wokół tego zagadnienia, profilaktyki zaburzeń psychicznych i pomocy osobom z tego typu zaburzeniami. Z danych portalu organizacji pozarządowych wynika, że w województwie mazowieckim zarejestrowano 1174 organizacji pozarządowych, zajmujących się osobami niepełnosprawnymi – w tym tylko 87 (7,5 proc.) z nich zajmuje się także osobami chorymi psychicznie. Najwięcej takich organizacji jest w powiecie warszawskim – 45, a dalej – w powiecie radomskim (8) i płockim (6); po 4 w powiecie pruszkowskim, mińskim, otwockim; w powiecie wołomińskim – 3; w powiatach siedleckim, wyszkowskim, ciechanowskim, żyrardowskim i ostrołęckim – po 2; i po jednej w powiatach: piaseczyńskim, przasnyskim, ostrowskim. ŚDS są zazwyczaj otwarte na współpracę z nimi, gdyż wspólne działania owocują ciekawymi, kreatywnymi  projektami.

Wnioski, jakie płyną z diagnozy, a także wieloletnie doświadczenia samorządu województwa Mazowieckiego – Mazowieckiego Centrum Polityki Społecznej formułują się w następujący sposób: samorządy terytorialne wszystkich szczebli nie w pełni wykorzystują możliwości prawne, pozwalające na stworzenie nowoczesnego systemu pomocy i oparcia społecznego dla osób z zaburzeniami psychicznymi. Wykorzystując wymieniane w artykule akty prawne i fakt lokalnego zapotrzebowania, należy podejmować działania zmierzające do stworzenia systemu oparcia dla osób z zaburzeniami psychicznymi, który opierałby się na zasadach partnerstwa i współpracy, a także wykazywał różnorodnością form oddziaływania. Podmiotem wszelkich działań powinien być człowiek chory. Wskazane jest realizowanie programów informacyjnych i integracyjnych dla ogółu mieszkańców województwa mazowieckiego i dla mieszkańców poszczególnych gmin.

Przykładem dobrych praktyk jest tu organizacja imprez czy spotkań, w których uczestniczą ludzie zdrowi i ci chorzy. Także działalność artystyczna – np. teatralna realizowana w ŚDS daje uczestnikom okazję do zaistnienia i oswojenia ludzi ze swoimi problemami. Grupa teatralna z ŚDS Soteria w Wyszkowie prezentuje swoje przedstawienia w miejskiej bibliotece, na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, w szkołach różnego typu i świetlicach, a zatem aktywnie burzy stereotypy. Warto zatem wykorzystać potencjał samych uczestników do budowania systemu wsparcia adekwatnego do założeń Zielonej Księgi, czy Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego realizowanego przez samorząd Mazowsza.

Z „pani nauczycielki” – „wariatka”

Idea samopomocy to idea przekładająca się na praktykę. Pani Halina jest uczestniczką ŚDS, kobietą chorującą  psychicznie od wielu lat, poza tym schorowaną także z racji wieku. Kiedyś była nauczycielką matematyki, o czym nikt już w jej okolicy nie pamięta, ponadto – żoną, matką. Obecnie mieszka sama, a choroba skutecznie pozbawiła ją umiejętności dbania o siebie i ukochanego psiaka, jedynego towarzysza. Pani Halina jednak nadal porusza się samodzielnie, po ostatnim pobycie w szpitalu jej stan ustabilizował się, nie nęka jej już depresja i urojenia. Przywożona jest do ŚDS, gdzie może spędzić czas wśród ludzi, zjeść ciepły posiłek. Tutaj także dba się o to, by pani Halina miała zrobione zakupy, by ugotować jej w weekend posiłek i podać leki. Terapeuci i sprawniejsi uczestnicy ŚDS wspierają ją w tym. Personel na bieżąco kontroluje  stan jej zdrowia, samopoczucie, dysponuje jej środkami – by rachunki zostały zapłacone na czas, umawia wizyty u lekarzy. Uczestnicy ŚDS odwiedzają ją i pomagają, w sprzątaniu na przykład.

Gdyby do pani Haliny nikt nie zaglądał i nie dbał o jej sprawy, skazana byłaby na nieustanny pobyt w szpitalu, cierpiałaby w ciągłych nawrotach choroby. Pomimo wszelkich utrudnień pani Halina mieszka we własnym domu, ale co najsmutniejsze – dopiero od niedawna, dzięki mediacjom pracowników ŚDS, nie jest narażona na przykrości ze strony sąsiadów, którzy nie tylko nie pomagali, ale wręcz utrudniali jej życie. Łatwiej bowiem zrobić awanturę o to, że nie wyprowadzony na spacer pies szczeka, niż tego jedynego przyjaciela starszej pani wyprowadzić, skoro właścicielka nie jest w stanie zrobić tego sama. A także poinformować odpowiednią placówkę, że stan zdrowia ich podopiecznej znacznie się pogorszył i należy interweniować.

Zdecydowanie łatwiej wymyślać staruszce i straszyć ją policją, co w przypadku chorób psychicznych zaostrza przebieg choroby i potęguje stany lękowe. W tym miejscu należy przywołać postulat edukowania społeczeństwa i uwrażliwiania go na problem. Tu uwypukla się także znaczenie przynależności pani Haliny do społeczności ŚDS, która nie pozostała obojętna na trudną sytuację swej koleżanki, a także istotny element odpowiedzialności za uczestnika, którą bierze na siebie zespół terapeutyczny.

Ważnym spostrzeżeniem autorów przywoływanej tu diagnozy systemu wsparcia osób chorujących psychicznie jest fakt, że osoby te są narażone szczególnie na skrajną formę nietolerancji społecznej, jaką jest przemoc. Dlatego właśnie w trakcie realizacji „Wojewódzkiego programu przeciwdziałania przemocy w rodzinie na lata 2011-2016” powinna zostać uwzględniona problematyka przemocy wobec osób z zaburzeniami psychicznymi. Dotychczas jednak nie dostrzega się w przestrzeni publicznej zainteresowania nią, a przecież na powyższym przykładzie widać, jak niezwykle ważne jest wpajanie ludziom umiejętności społecznych, niezbędnych w kontaktach z osobami z zaburzeniami psychicznymi. Tym, którzy uznają, że problem chorób psychicznych i ludzi nimi dotkniętych nie dotyczy jego gminy i jego samego, polecamy przyjrzeć się plakatowi z kampanii społecznej, który konkretyzuje zjawisko i uświadamia, że stoimy w szeregu, który podlega statystyce – co czwarty z nas ma, lub będzie miał, problemy ze zdrowiem psychicznym.

Cóż, pani Halina ponad dwadzieścia lat pracowała jako nauczyciel matematyki. Chorować zaczęła po śmierci pierworodnego syna, być może nie dźwignęła ciężaru tej tragedii. W swoim bloku dawno już przestano ją nazywać „panią nauczycielką”. Teraz jest nazywana „tą wariatką”.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

INWAZJA E-PODRĘCZNIKÓW

Napisane przez

Wrzesień przyszłego roku – w tym terminie mają zacząć obowiązywać w polskich szkołach elektroniczne wersje podręczników. W ostatnich tygodniach zobaczyliśmy pierwsze materiały naukowe tego typu, kwestią sporną pozostaje jednak to, czy polskie szkoły są gotowe na taką cyfrową rewolucję.

Pod koniec czerwca na Politechnice Łódzkiej odbyła się premiera dwóch kompletnych e-podręczników. Do wspomnianego terminu mają się pojawić kolejne materiały dydaktyczne tego typu, tak, by na wrzesień 2015 r. – symboliczny „punkt zero” cyfrowej rewolucji w systemie edukacyjnym – wszystko było gotowe. W sumie pakiet ma objąć 14 podręczników i około 2500 pomocniczych materiałów edukacyjnych, od prezentacji multimedialnych po filmy.

Tropem Cyfrowej Szkoły

W ten sposób resort idzie za ciosem. Ścieżkę wytyczył bowiem realizowany w latach 2012-2013 pilotażowy program Cyfrowa Szkoła – oficjalnie Rządowy program rozwijania kompetencji uczniów i nauczycieli w zakresie stosowania technologii informacyjno-komunikacyjnych. Zgodnie z przyjętym przez rząd na początku br. sprawozdaniem z realizacji tego przedsięwzięcia, w Cyfrowej Szkole wzięło udział 230 gmin wiejskich i 172 miasta.

Udziałem było jednak zainteresowanych znacznie więcej chętnych – aż 1271 organów prowadzących, czyli 46 proc. uprawnionych, i 3517 szkół – czyli 29 proc. uprawnionych. Dominowały placówki z mniejszych ośrodków, z podsumowania wynika bowiem, że aż 60 proc. wnioskodawców to szkoły z miejscowości liczących do 5 tysięcy mieszkańców. Z tego grona wyselekcjonowano 402 szkoły podstawowe, w tym 153 placówki liczące poniżej 100 uczniów; 156 szkół średniej wielkości (w zakresie 101-300 uczniów) i 93 placówki „duże” (powyżej 300 dzieci).

Pieniądze na Cyfrową Szkołę pochodziły zarówno z budżetu centralnego, jak i środków samorządowych – albowiem to właśnie samorządy uważa się za głównego beneficjenta cyfrowej rewolucji. 46,5 mln złotych wyłożyło ministerstwo, niemal 14 mln – JST. Ze środków tych przede wszystkim kupowano hardware: uczestnicy projektu otrzymali w sumie ponad 8 tysięcy urządzeń, przeważnie laptopów, ale też netbooków czy tabletów. Pod tym względem szkoły miały swobodę wyboru – dominowało najwyraźniej przekonanie, że laptopy pod względem mocy obliczeniowej oraz możliwości wizualnych przewyższają konkurencyjne rozwiązania. Z puli finansowano również zakup tablic interaktywnych i szafek na sprzęt. W nielicznych przypadkach szkoły decydowały się też na bardziej wyrafinowane urządzenia, np. służące do zbierania i analizowania odpowiedzi, wideokonferencyjne, czy zestawy skanujące i drukujące.

Sprzęt trafił do rąk uczniów praktycznie jeszcze w 2012 roku. Oferowano dwie możliwości wykorzystywania hardware’u: „stacjonarną” (tzw. wariant I), w ramach której uczniowie korzystali z zakupionych urządzeń wyłącznie w szkole; oraz – w wariancie II – zakładającą możliwość zabrania komputera ze szkoły do domu. Z drugiego wariantu korzystała mniej więcej co czwarta z uczestniczących w Cyfrowej Szkole placówek.

Poślizgi, przetargi, łącza

Tyle suche statystyki, które – z pozoru – mogłyby wskazywać na to, że pilotażowa faza projektu przebiegła bezkolizyjnie. Realia były jednak nieco inne.

Bariery pojawiły się już na etapie pierwszych kroków, związanych z ogłaszaniem przetargów. Jak w swoim czasie alarmowały media, z dwustu ogłoszonych na jesieni 2012 roku przetargów blisko siedemdziesiąt zostało unieważnionych. Nie ukrywano, że ogrom koniecznych procedur przetargowych oraz konieczność wyspecyfikowania możliwości, jakie miałby dawać kupowany dla szkół sprzęt – przerosły szefów placówek. Z końcem roku na ponad czterysta placówek ledwie 22 cieszyły się nowymi urządzeniami. Pojawiały się też obawy o to, czy firmy z sektora IT nie wykorzystują tego nagłego zapotrzebowania na hardware dla swoich celów: część oferentów proponowała bowiem szkołom, że bezpłatnie przygotuje dokumentację przetargową. Podejrzewano, że przy okazji w specyfikacjach istotnych warunków zamówienia pojawiłyby się wówczas elementy wskazujące na bardzo konkretne produkty. Oczywiście, oferowane przez występujące rzekomo pro publico bono firmy IT. „Dziennik Gazeta Prawna” informował wówczas, że doniesień o potencjalnym naruszeniu procedur przetargowych było tak wiele, że do akcji musiało wkroczyć CBA.

Z drugiej jednak strony nowy sprzęt spotkał się w szkołach z niemalże entuzjastycznym przyjęciem. – Jak widać tu na lekcji, dzieci się garną – opowiadała nauczycielka z jednej z podstawówek w Suwałkach, gdzie udało się wystartować z realizacją Cyfrowej Szkoły bez większych opóźnień. – Każdy chce iść do tablicy, widać że uaktywniona jest cała klasa – podkreślała dobitnie. Urządzenia ożywiały nie tylko zajęcia z najważniejszych przedmiotów – jak język polski czy matematyka – ale też z przedmiotów takich, jak muzyka. – Mamy powgrywane instrumenty muzyczne, różnego rodzaju pomoce naukowe, które wspomagają rozwój dziecka, jeżeli chodzi o muzykę – opowiadała inna z nauczycielek.

W tym przypadku udało się ominąć problemy w prosty sposób: przetarg na sprzęt zorganizowało miasto, które dorzuciło też 60 tysięcy do puli ćwierć miliona złotych na sprzęt dla tej placówki. W taki sposób udało się umieścić przeprowadzenie procedur w rękach kompetentnego personelu z ratusza.

Ale to dopiero początek drogi – w wielu przypadkach bowiem filozofia, jaka stała za zakupami, opierała się na założeniu, że uczniowie będą ze sprzętu korzystać offline. Innymi słowy, będą co najwyżej przeglądać e-podręczniki, materiały w postaci gotowych plików pdf czy prezentacji PowerPoint, obejrzą posiadane już filmy czy dodatkowe materiały dydaktyczne. Nie będą natomiast pracować z internetem, eksplorując – nomen omen – możliwości, jakie daje sieć.

I trudno się dziwić, bowiem infrastruktura sieciowa w wielu placówkach, znajduje się w stanie niewiele odbiegającym od czasów, kiedy z internetem łączyliśmy się za pomocą telefonicznych modemów, z wbijanym numerem TP SA. Technologie typu wi-fi pozostają tu jeszcze pieśnią przyszłości.

Przyszłość pod znakiem zapytania

Już na podstawie pilotażowej fazy programu Cyfrowa Szkoła można zatem zakładać, że rewolucję cyfrową czeka jeszcze wiele zakrętów. Spiętrzenie problemów w skali ogólnopolskiej może dalece przewyższyć wszystko, co w polskich szkołach widzieliśmy do tej pory. Ale z wprowadzaniem zmian nie ma co już dłużej czekać: uczniowie są coraz bardziej znudzeni dotychczasowymi formami wpajania im wiedzy, a ponadto omijanie szerokiego spektrum tematów związanych z nowymi technologiami sprawia, że szkoły opuszczają dzieci niewiele wiedzące o perspektywach i zagrożeniach, jakie stwarza internet. Innymi słowy: lepiej późno niż wcale. Miejmy tylko nadzieję, że za e-podręcznikami i laptopami dla szkół uda się też przeprowadzić rewolucję infrastrukturalną, choćby nawet pełzającą.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

SZTUKA NIEPODEJMOWANIA DECYZJI

Napisane przez

Publikowany poniżej tekst pochodzi z książki „Jest alternatywa” autorstwa Czesława Bieleckiego (Warszawa 2014)

Hamletyzujący intelektualista czy pełen wątpliwości nastolatek nie jest przedmiotem naszej szczególnej uwagi, dopóki nie sięgnie po władzę nad innymi. Każdy ma prawo wahać się i szukać usprawiedliwienia niepodejmowania decyzji, dopóki dotyczą jego i bliskich. Jednak gdy decyzjofobia – choćby związana z globalnym kryzysem demokratycznego przywództwa – wykracza poza rodzinę czy choćby niewielki krąg przyjaciół, to zaczynają się szkody.

Już Jan Nowak-Jeziorański, gdy wylądował jako kurier z Londynu w Warszawie tuż przed godziną „W”, spostrzegł głębię niewiedzy na temat światowego kontekstu zrywu, do którego wzywali. Skomentował to dramatyczną konkluzją: „W momentach próby Polacy wybierają przywództwo tych, którzy najmniej im przeszkadzają”.

Poczynając od Mazowieckiego, który w przeddzień przyjęcia funkcji premiera publicznie polemizował z koncepcją Michnika „Wasz prezydent, nasz premier”, przez Bieleckiego, Suchocką, Pawlaka, Buzka czy Marcinkiewicza, rządy w kraju sprawowali ludzie, którzy pół roku, rok przedtem nawet nie pomyśleliby o tym.

Brytyjczycy uczą swoje dzieci, że najważniejsze to być właściwym człowiekiem we właściwym czasie na właściwym miejscu. W Polsce nie dość, że czas i miejsce jest zaskoczeniem dla przyszłego decydenta, to pozycjonowanie cech zarówno szczęściarzy, jak i pechowców, postawione jest na głowie. Gdy Anglik na pierwszym miejscu stawia charakter człowieka, ową nieprzetłumaczalną integrity, jego osobowość, później oceniając umiejętności, a na końcu wiedzę i tytuły, Polak woli odwrotną hierarchię. Najpierw tytuły i wiedza (choćby słaby, ale profesor), potem umiejętności, a na końcu charakter. I gdy partie spierają się o deklaracje programowe i walczą na chwytliwe hasła, przywódcy plemion charakterologicznie nie potrafią dogadać się ze swoimi, a co dopiero porozumieć się z adwersarzami.

Rzecz nie w tym, żeby głosić miłość i deklarować wszechogarniającą empatię. Ważniejsze, żeby w momentach krytycznych nie tracić równowagi, owej gravitas, która pozwala zawsze wybrać rację stanu przed racją klanu. To zaś jest kwestią charakteru, smaku, zdolnością do porozumiewania się ponad podziałami. Moralizatorzy zanudzający nas na śmierć swoimi opowieściami o własnych intencjach, nienawistnicy i zawistnicy głoszący miłość, deklarujący wielkoduszność, to typy ludzkie, które w życiu prywatnym i towarzyskim skazani są na ostracyzm. W polityce jednakowoż wygrywają.

Ale nic to jeszcze. Gdy do miłości napędzanej ambicją dodamy charakterologiczną i temperamentalną niezdolność podejmowania sensownych decyzji, dopiero wtedy otworzy się przed nami piekło polskiej polityki. Sztuka niepodejmowania decyzji jest przedmiotem podobnie wnikliwych rozważań jak sztuka prowadzenie sporów – erystyka, której Arthur Schopenhauer poświęcił swe dziełko.

W mojej prywatnej klasyfikacji mam dwa typy ludzkie, których konsekwentnie unikam. Określam je jako ludzi-szafy i ludzi-odkurzacze. Człowiek-szafa to taki, którego zawsze tam zastajemy, gdzie sami go dopchnęliśmy. Człowiek-odkurzacz to ten, kto mając kompetencje i możliwości działania, zasysa tylko kurz problemów z zewnątrz i wydmuchuje nam w twarz. Istnieją dziesiątki chwytów na usprawiedliwienie niepodejmowania decyzji, szczególnie gdy wypływa na szersze wody i przekracza granice swojego doświadczenia i umiejętności. Chcąc ukryć własne słabości, czy choćby wrodzony brak odwagi, może zawsze zgłaszać propozycje rozwiązań, wychodząc od kryteriów nie do zaakceptowania. Może – w imię roztropności – skupić się na monitoringu, przeglądach i studiach albo celebrować osiągnięcia, pośpiesznie szukając kozłów ofiarnych dla odwrócenia uwagi od własnego niezdecydowania.

Ukryta sztuka niepodejmowania decyzji korzysta z bogatego repertuaru gier definicyjnych, lekceważonych lub potępianych kategorii, uproszczeń, zawężania perspektywy, odrzucania rozwiązań przez negatywne ich kojarzenie. Techniką niezawodną jest opóźnianie decyzji pośrednich, gra na czas, namysł przy notorycznym braku pomysłu. Brzemię władzy, jeśli ciąży, to społeczeństwu, które świadome jest marnowanej koniunktury. Ci, którzy wygrali wyścig o władzę, rzadko przyjmują do wiadomości, że czas jest pieniądzem polityki.

Zdolność do szybkiego podejmowania trafnych decyzji jest najważniejszą cechą sprawnych organizacji. Role w procesie decyzyjnym są ważniejsze niż schemat organizacyjny, a praktyka jest lepsza niż teoria – twierdzą Rogers i Blenko, odpowiadając na pytanie: „Kto podejmuje decyzje?”. Najlepsze prawo i najlepszy schemat organizacyjny nie uratują nas przed decyzjofobią. Naukowcy zajmujący się skutecznością zarządzania badali nawet tak przyziemne okoliczności, jak ta, czy decyzje podejmowano stojąc czy siedząc. Okazało się, że równie dobre decyzje można podjąć na stojąco, za to trwa to średnio o jedną trzecią krócej. W kraju, którego państwowa i samorządowa administracja wzrosła trzykrotnie od czasu odzyskania niepodległości, warto skorzystać z tak prostych odkryć. Ale także z badań nad sposobami podejmowania strategicznych decyzji. Okazuje się bowiem, że o większości z nich przesądza bieżące postępowanie liderów. Niezależnie od długofalowego planowania, albo podejmują oni decyzje strategiczne w odpowiedzi na nagłą potrzebę odwołania i jest to proces ciągły, albo też rozdźwięk między planowaniem, a podejmowaniem decyzji wypełniają medialnym szumem.

Technologia monitoringu i coraz efektywniejsze środki komunikacji nie zmieniają zasady odkrytej przez naukowców z Harvardu: „Jeśli nie zauważasz czegoś często, często tego nie zauważasz”.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

CHARAKTER, WIZJA I ENERGIA

Napisane przez

Rozmowa z Czesławem Bieleckim – architektem, publicystą i politykiem, w 2010 roku kandydatem na prezydenta Warszawy

MARIUSZ JANIK: „Ci, którzy już się sprawdzili, powinni kierować grupami środowiskowymi, przedsiębiorstwami, wreszcie wielkim projektem, jakim jest wolna Polska”. Czy polscy samorządowcy spełniają te kryteria, czy mogą należeć do „nowej polskiej elity”, o której pan pisze w książce „Jest alternatywa”?

CZESŁAW BIELECKI: Tylko w części. I bynajmniej nie jest kwestią tylko skala – choć z pewnością zarządzanie metropolią taką, jak Wrocław, jest czymś innym, niż sprawne pełnienie funkcji np. wójta. Skoro dzisiaj mówimy częściej o liderach biznesu niż o menedżerach, to także w polityce nie chodzi o mniej lub bardziej sprawne administrowanie, lecz przewodzenie, kierowanie zmianami, które pchają nas naprzód. Samorząd cierpi lokalnie na te same choroby, które widzimy na poziomie rządowym. Tyle, że z samej natury, szczególnie w mniejszych ośrodkach, władza nie może kompletnie lekceważyć obywateli i wszystkiego kryć dobrym PR-em. Żaden samorząd nie przetrwałby lokalnej katastrofy smoleńskiej, a rządowi się to udało. To był prawdziwy rekord świata w dziedzinie nieodpowiedzialności władzy. Ma szansę utrzymać się przez lata.

Którego z lokalnych liderów w Polsce uznałby pan za wzór idealnego samorządowca? Na czym polega fenomen tego polityka?

Sadzę, że poparcie dla prezydenta Wojciecha Szczurka w Gdyni, czy Rafała Dutkiewicza we Wrocławiu pokazuje ich klasę przywódczą. Nie oznacza to, że nie zdarzały się błędne decyzje (lotnisko w Gdyni – to był drogi żart) czy porażki lokalizacyjnej Wrocławia (kwatery głównej Europejskiego Instytutu Technologicznego). Ale to samorządowcy podobni wymienionym prezydentom miast okazali się lepszymi państwowcami niż kolejni partyjni aroganci w Warszawie.

„Mamy w Polsce tysiące młodych, wykształconych ludzi, znających Europę i świat”. Wygląda jednak na to, że samorządową Polską niepodzielnie rządzą politycy starszego pokolenia – w niektórych miejscach piastujący funkcję już od dwóch dekad. Czy młodzi ludzie nie interesują się lokalną polityką?

To Polska – po Grecji – ma najstarszą klasę polityczną w Europie. Energia, inteligencja, umiejętność budowania zespołu i skuteczność w tworzeniu faktów – tego nie widać po ćwierćwieczu, ani w rządzie, ani w samorządzie. Zdolność podejmowania decyzji to miernik odwagi cywilnej polityka. Choćby ceną tej decyzji była utrata władzy. Przedsiębiorca, gdy podejmuje złe decyzje lub co gorsze, tylko trwa aż do upadku firmy, sam eliminuje się z rynku. Na rynku politycznym niepodejmowanie decyzji okazało się zaletą. Ci przyczajeni, którzy unikali ryzyka, czekając na swoją falę, znaleźli się na szczycie. Im bardziej Polska pozostaje na peryferiach – bez sukcesów w produkcji, nauce, z niedoinwestowaną wysoką kulturą – tym oni pewniej celebrują władzę.

Co decyduje o wieloletnich rządach polityków starszego pokolenia? Przyzwyczajenia wyborców, doświadczenie z wielu lat sprawowania władzy, zakonserwowany układ lokalnych elit?

Społeczeństwo wzbogaciło się, zmieszczaniało, polubiło łatwą konsumpcję. Ale dobrobytu i suwerenności kraju nie da się tak łatwo utrwalić, jak układu elit – także lokalnych. Dlatego potrzebna jest alternatywa dla polityki ciepłej wody w kranie prowadzona pod hasłem: „Nie róbmy polityki, budujmy mosty”. Szczególnie, że za mało powstało mostów, za drogo, i za wolno je budowano.

Wspomina pan o „politykach klasy A”. W oczach swoich przeciwników najlepsi nawet politycy zazwyczaj mogli by się zakwalifikować co najwyżej do „klasy B”. Jak wyborcy mogą rozpoznać uzdolnionego lidera w ogniu wyborczej walki, kiedy większość polityków licytuje się na ilość dostarczonej wyborczej kiełbasy?

To człowiek, który ma charakter, wizję i energię. Buduje mosty w przyszłość. Rozumie, że innowacją nie jest pływalnia z kolorową zjeżdżalnią czy fontanna. To są gadżety, blichtr. Nie zatrzymamy nimi w Polsce ani zdolnych robotników, ani młodych naukowców, wygrywających międzynarodowe olimpiady. Już nasi przodkowie –  Sarmaci – licytowali się na konsumpcję, a nie produkcję skomplikowanych dóbr. Towary luksusowe kupowali za granicą. Eksport zboża i drewna wystarczył im na dwa stulecia leniwego bytowania, aż do upadku Rzeczypospolitej. Wydarzenia na Wschodzie dyktują inny ton polityki. Dlatego usypianie obywateli i kupowanie ich wyborczą kiełbasą to działania antypaństwowe.

Większość jednostek samorządowych w Polsce znajduje się dziś w trudnej sytuacji finansowej. Czy nie grozi nam załamanie się lokalnych budżetów? Jakie mogłyby być jego konsekwencje?

Wiele samorządów zadłużyło się, aby inwestować na większą skalę i absorbować fundusze unijne. Niektóre działania władz lokalnych i centralnych przypominają czasy późnego Gierka. Kredyty trzeba spłacać. Samorządy nie są jak amerykańskie banki – za duże, żeby upaść.

To już ostatnia perspektywa finansowa UE (na lata 2014-2020), w której dla Polski przeznaczono duże środki finansowe. Mnożą się głosy, żeby korzystając z nich po raz ostatni, tym razem wydawać je z myślą o długoterminowych strategiach, a nie zaspokajaniu bieżących potrzeb, typu aquaparki. Jakie powinny być założenia takich strategii?

Dlatego w Polsce potrzebna jest alternatywna polityka i inne myślenie o państwie. Żyjemy na wschodzie Zachodu i potrzebna nam jest polityka z jasnym, średniookresowym celem: silnego, skutecznego państwa – minimum z polityką gospodarczą i obronną na miarę wyzwań, które stworzył imperializm putinowskiej Rosji. A nierząd zaczyna się od marnotrawstwa pieniędzy. Ważniejsza od aquaparków jest droga ekspresowa, łącząca główne ośrodki miejskie na wschodzie i północy, oraz odtworzenie naszej obrony narodowej. Stutysięczna zaledwie armia, w której jest więcej wodzów niż Indian, to kpina z racji stanu.

Co powinno być priorytetem kandydatów do władz samorządowych w zbliżających się wyborach samorządowych?

Ograniczanie rozpraszania wysiłków inwestycyjnych (w tym urbanizacji) i kończenie tego, co rokuje dobrze dla rozwoju produkcji, zatrudnienia i rzeczywistych innowacji. To prawda, że na siłę Polski składa się energia małych ojczyzn. Ale tylko, dopóki lokalne elity nie wynoszą ponad interes Rzeczypospolitej każdego prywatnego i lokalnego interesu.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:14

SAMORZĄDOWIEC Z PASJĄ

Napisane przez

Polscy samorządowcy to nie tylko specjaliści i działacze lokalni, ale też ludzie z pasją, oddający się jej niemal w każdym wolnym momencie. Wśród nich są tacy, którym udaje się pasję łączyć z życiem zawodowym. Powstaje wówczas pozytywna wybuchowa mieszanka, wpływająca bezpośrednio na rozwój gminy.

Jedną z tych osób, którym udało się połączyć przyjemne z pożytecznym, jest Jerzy Laskowski – wójt gminy Purda w województwie warmińsko-mazurskim. Od lat pasjonuje się historią Warmii, a swoją pasję przekłada na pracę w gminie. W 2006 roku udało mu się wraz ze współpracownikami odrestaurować około kilometrowy odcinek dawnego traktu królewskiego z Warszawy do Lidzbarka Warmińskiego.

Historyk z zamiłowania

– Trakt Biskupi w Bałdach, bo tak nazywa się ten odcinek, to miejsce, w którym upamiętniono biskupów warmińskich zarządzających diecezją warmińską od początku jej istnienia do dnia dzisiejszego – opowiada wójt. Tłumaczy, że w poboczach starej lipowej alei ustawiono tablice z biogramami biskupów, głazy pamiątkowe i plansze z mapami historycznymi Warmii oraz krótką historią regionu. – Według dawnych przekazów historycznych, to w tym miejscu witano nowo mianowanych biskupów, którzy przejeżdżali tędy w drodze do Lidzbarka Warmińskiego, aby objąć biskupstwo – objaśnia. Wjazd na Trakt Biskupi otwierają Wrota Warmii, symbolizujące granicę między Mazurami a Warmią.

Opowiadając o powstawaniu fragmentu Traktu Biskupiego, Jerzy Laskowski wspomniał o fundatorach głazów pamiątkowych. – Wśród nich są znane osobistości jak Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego Bruno Platter, czy kierownik Kliniki Reumatologii i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku prof. Jerzy Sierakowski – wymienia wójt.Głaz poświęcony biskupowi Teodorowi Potockiemu, XVIII–wiecznemu biskupowi warmińskiemu ufundowała natomiast pani Urszula Bełza, przewodniczka turystyczna. Środki na pokrycie pomnika zdobyła… z jubileuszówki, którą bez zastanowienia przeznaczyła dla biskupa w hołdzie za dziedzictwo barokowe, jakie duchowny pozostawił na Warmii. O biskupie Potockim gmina Purda pamięta co roku, w pierwszą sobotę lipca. Wtedy odbywa się tam Warmiński Kiermas Tradycji, Dialogu, Zabawy. Kulminacyjnym punktem jest inscenizacja uroczystego wjazdu na Warmię biskupa w wykonaniu aktorów Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie.

Skąd u wójta Laskowskiego to zamiłowanie do historii? – Kiedy sprowadziłem się na Warmię trzydzieści lat temu, moja wiedza o tej krainie była niewielka. Chcąc poznać miejsce, w którym mieszkam, zacząłem czytać, rozmawiać z ludźmi i jeździć po okolicy – wspomina. Niemal od razu Warmiacy, których pozostało już w Warmii niewielu, przyjęli go jak swego. – Zapraszano mnie na wesela i przyjęcia rodzinne. Obecnie, zarówno w gminie, jak i w całym regionie, żyje niewielu autochtonów. Większość to ludność napływowa, dlatego wójt w ogóle nie czuje się jak obcy. – Najważniejszym dla mnie jest, aby gmina rozwijała się i odnosiła coraz więcej sukcesów lokalnych i krajowych – kwituje.

Lekkoatletka z horyzontami

Burmistrzem Nysy jest Jolanta Barska. W młodości uprawiała wyczynowo lekkoatletykę. W 1984 roku zdobyła halowe wicemistrzostwo Polski juniorów w biegu na 300 metrów. Rok później została młodzieżową mistrzynią Polski w biegu na 400 metrów oraz mistrzynią Polski seniorek w sztafecie 4 x 400 m. Młodzieżowe mistrzostwo Polski powtórzyła w 1986 roku, a rok i dwa lata później mistrzostwo kraju w sztafecie 4 × 400 m. Zdobyła również brązowy medal na 400 metrów podczas halowych mistrzostw Polski w 1987 roku. Jej życiowy rekord na tym dystansie to 54,51 sekund.

Ale sport to nie jedyna miłość burmistrz Barskiej. Obecnie jej pasją i całym życiem jest praca, która daje jej niesamowitą satysfakcję. – Jedną z dziedzin, które sprawiają mi przyjemność, jest współpraca z organizacjami pozarządowymi. Aby to robić, muszę na bieżąco wiedzieć, jakie są możliwości pozyskiwania dla nich funduszy – tłumaczy. I dodaje, że w tym celu niedawno ukończyła trzyletnie studia polsko-francuskie w Warszawie – bo też język francuski to jej kolejna pasja, jeszcze z czasów szkoły średniej.

Dziś doskonała znajomość języka Moliera i Balzaka ułatwia jej współpracę z zagranicznymi samorządowcami. – Po francusku porozumiewam się nawet z Niemcami – przyznaje Barska. We Francji spędziła trzy miesiące na stażu z administracji publicznej. Sentyment do kraju nad Loarą został jej na całe życie. – Dzień bez przeczytania francuskiej wiadomości jest dniem straconym – wyznaje. Dzięki znajomości języka może w oryginale studiować dokumenty Rady Europy, co zaczęło sprawiać jej niesamowitą przyjemność. W rezultacie pani burmistrz podejmuje szereg europejskich inicjatyw, zmierzających ku rozwijaniu i poprawianiu funkcjonowania i warunków życia w gminie.

Dzięki tej otwartości i pasji Jolanta Barska – jako pierwsza w kraju – wprowadziła Europejską Kartę Równości Kobiet i Mężczyzn w Życiu Lokalnym. Dokument opracowała i proklamowała Rada Gmin i Regionów Europy, stowarzyszenie samorządowe działające przy Radzie Europy. Instytucja ta wraz z komitetem regionów UE namawia europejskie samorządy do podpisywania Karty. W 2007 r. Związek Miast Polskich wysłał Jolantę Barską – dzięki jej znajomości francuskiego – na „równościową”  konferencję do Rennes. Po powrocie udało jej się przekonać radę miasta do wprowadzenia Karty. Nie było ani jednego głosu sprzeciwu.

Pszczelarz-filozof

Pasjonatem jeszcze innego gatunku jest Henryk Kiejdo – wójt gminy Rychliki w województwie warmińsko-mazurskim. Od ponad trzydziestu lat prowadzi on tam przedsiębiorstwo pszczelarskie. Pasję związaną z pszczołami przekazał wójtowi jego ojciec, który tradycję produkcji miodu przywiózł z Wileńszczyzny. Dla Henryka Kiejdo pszczelarstwo to sposób na życie, na oderwanie się od spraw życia codziennego. To również filozofia, którą propaguje wśród pracowników swojej gminy.

– W zarządzaniu gminą pomaga mi doświadczenie biznesowe, jakim było prowadzenie gospodarstwa pasiecznego oraz obserwacja „pszczelej korporacji”. W pszczelim roju nie ma prezesa, który organizuje pracę pszczół, a jednak pszczela organizacja funkcjonuje znakomicie, pokonując najróżniejsze trudności i kryzysy.Dzieje się tak dlatego, że istnieje doskonały mechanizm podziału pracy, przydziału uprawnień i odpowiedzialności. Istnieje pełna współpraca – tłumaczy wójt. Dodaje, że podobnie jest z zarządzaniem w gminie: by dobrze funkcjonowała, niezbędni są zaangażowani, wykształceni pracownicy, dobry kontakt z liderami społecznymi, organizacjami, mieszkańcami.

Kiedy rozpoczynał przygodę z pszczelarstwem, polska prasa – również ta specjalistyczna – przeżywała głęboki kryzys. Początkowo prenumerował więc magazyny rosyjskie. Po transformacji systemowej czytał prasę zachodnią, szczególnie niemiecką, śledząc równocześnie to, co działo się w polskim  pszczelarstwie. – Jednymi z ważniejszych słów, które wpłynęły na moją pasję, były te wypowiedziane przez dr Ewę Crane, nieżyjącą już dyrektorkę Międzynarodowego Towarzystwa Badań Pszczelniczych: „jeśli chcesz nauczyć się pszczelarstwa, poznaj język polski” – wspomina wójt i dodaje, że pszczoły to coś dużo więcej niż tylko miód. – To również środowisko, dziedzictwo narodowe, jak również filozofia życia, z której człowiek może czerpać garściami – wyjaśnia. Jak podkreśla, ludzie mogliby nauczyć się od nich chociażby relacji rodzinnych, które w świecie pszczół cechuje harmonia. – Zwierzęta te z niezwykłym szacunkiem odnoszą się zarówno do swojej matki, jak i do dzieci i całego gniazda – podsumowuje.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:07

NAJWAŻNIEJSZA JEST WYOBRAŹNIA

Napisane przez

Rozmowa z Anetą Kawiorską, menedżer ds. obsługi klientów z internetowego domu produkcyjnego Netizens, oferującego m.in. interaktywne technologie służące do uatrakcyjnienia imprez masowych

 

MATEUSZ WEBER: Bywalcy imprez masowych mają już dość sztampy. Za sprawą nowych technologii każdy festyn można zamienić w wydarzenie magiczne. Co decyduje o sukcesie przy organizacji imprezy plenerowej?

 

ANETA KAWIORSKA: Najważniejszy jest czynnik ludzki. Na początku wszyscy muszą się dobrze poznać. Powinni patrzeć na współpracę nie tyle w kategoriach transakcji, ile relacji. Dopóki samorząd nie przekona się do agencji eventowej, nie nabierze do niej zaufania – ta nie będzie mogła zaprezentować swoich najbardziej niekonwencjonalnych pomysłów na uatrakcyjnienie imprezy masowej. Powód jest oczywisty: klient nie podejmie ryzyka związanego z wypróbowaniem nowatorskich, oryginalnych rozwiązań, jeśli nie ma pewności, że usługodawca doskonale rozumie jego oczekiwania i potrzeby. A bez świeżych, nieszablonowych działań, nie uda się zaskoczyć i zadziwić uczestników wydarzenia.

Chodzi przede wszystkim o wywołanie u ludzi efektu „WOW”. To coś, czego nie można łatwo zmierzyć, opisać, ale można to poczuć. Coś co sprawia, że goście eventu będą chcieli o tym jeszcze długo opowiadać innym. A dziennikarze zamiast planowanej krótkiej informacji zamieszczą w gazecie dwustronicowy reportaż ze zgromadzenia okraszony ciekawymi fotografiami. I kto wie, może lokalnym eventem zainteresują się także ogólnopolskie media.

 

Firma organizująca eventy realizuje scenariusz organizatora imprezy, czy forsuje własne pomysły na udane i godne zapamiętania wydarzenie?

 

Motoryzacyjny magnat Henry Ford powiedział kiedyś przewrotnie: „Gdybym na początku swojej kariery jako przedsiębiorcy zapytał klientów, czego chcą, wszyscy byliby zgodni: chcemy szybszych koni.”. Więc po poznaniu pomysłów, planów, celów imprezy staramy się zaproponować klientom rozwiązania idące krok dalej, nadać konceptom taką formę, aby marketingowy efekt eventu przeszedł ich oczekiwania. Z wykorzystaniem technologii, którymi aktualnie dysponujemy, oraz pomysłów naszych Kreatywnych jest to możliwe.

Jak nowe technologie mogą pomóc włodarzom w organizacji spotkania, nadaniu mu odpowiedniego rozgłosu i rangi, a także w zapewnieniu uczestnikom bezpieczeństwa i niezapomnianych wrażeń?

Bardzo użytecznym rozwiązaniem są opaski z wbudowanym chipem, na którym można zapisać najważniejsze dane uczestnika. Rozwiązanie to usprawnia rejestrację gości, ich poruszanie się po atrakcjach imprezy, może zostać powiązane z social media oraz pozwala organizatorom na zbieranie wszelkich istotnych dla nich statystyk.

Z kolei technologią pomagającą wywołać wspomniany efekt WOW jest między innymi augmented reality, czyli rozszerzona rzeczywistość, która łączy obrazy realnego świata z elementami wirtualnymi, wygenerowanymi komputerowo.

Brzmi jak opowieść science-fiction. Jak to działa?

Standardowe wystąpienia, wspomagane prezentacjami w PowerPoint zazwyczaj nie są w stanie zainteresować zebranych. Jeśli jednak prelegent używa rozszerzonej rzeczywistości, odbiór jego słów jest zupełnie inny i na długo zapada w pamięć uczestników.

Wyobraźmy sobie, że występujący na scenie wójt, burmistrz lub marszałek województwa klaszcze i w tym samym momencie na telebimie wyświetla się hasło przewodnie imprezy, na przykład „Bądźmy razem”. Albo rozkłada ręce – i oto na ogromnym ekranie między jego dłońmi pojawia się motto kampanii wyborczej. Innym przykładem mogą być atrakcje dla dzieciaków. Za pomocą kontrolerów grają w multimedialną grę, która wyświetla się jako mapping na budynku.

Coś takiego możemy sobie wyobrazić na imprezie w milionowej aglomeracji. Ale im dalej od dużych ośrodków, tym większy konserwatyzm. Urzędnicy z kilkutysięcznej gminy rozszerzoną rzeczywistość czy opaski z chipami uznają pewnie za zbędne wodotryski.

Niekoniecznie. Otwartość na nowe technologie czy logistyczne nowinki nie zależy od wielkości ośrodka. Samorządowcy z małych miejscowości mogą być równie dobrze wyedukowani cyfrowo, jak prezydenci miast, czy marszałkowie województwa. Przykładem jest jeden z naszych klientów – Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Jaworznie. Ta śląska spółka komunalna zamówiła u nas aplikację, dzięki której można śledzić, gdzie i jak daleko płynie zawartość ich samochodów. Dzięki temu nieco zabawnemu rozwiązaniu miasto pokazuje, że dba o spływ ścieków, a w konsekwencji – o środowisko naturalne. MPWiK nazwał aplikację „Gdzie jest moja kupa?”, co świadczy o dużym poczuciu humoru i luzie jego zarządu. Natomiast w efekcie, na konferencji prasowej, podczas której samorząd zaprezentował program, poza lokalnymi mediami pojawiły się również te ogólnopolskie.

Technologie to dobra rzecz. Niestety, słono kosztują. A samorządy, zwłaszcza teraz, w kryzysie, chcą pokazać mieszkańcom, że dbają o publiczny grosz.

Elementy interaktywne, multimedialne mogą uatrakcyjniać całą imprezę. Ale mogą też pojawiać się tylko w kluczowych momentach wydarzenia, na przykład w finale. Oczywiście, w przypadku skromniejszej opcji cena usługi jest dużo niższa.

Na spotkaniu z organizatorem imprezy ustalamy zakres usługi, a później nasz zespół kreatywny urządza burze mózgów i pracuje nad tym, jak te wszystkie pomysły i zobowiązania zrealizować w ramach dostępnego budżetu. Motorem kreatywności jest też ambicja, by przygotować coś unikalnego, oraz totalnie nieszablonowego. Lubimy powtarzać, że pieniądze są ważne, ale wyobraźnia ważniejsza.

czwartek, 24 lipiec 2014 19:38

BOHATER MRÓWCZEJ PRACY

Napisane przez

Jeszcze na początku tego roku blisko 92 proc. Polaków nie miało pojęcia, kim był Oskar Kolberg i czym się zajmował. Jesteśmy tymczasem w połowie roku kolbergowskiego – za nami ponad setka mniejszych i większych wydarzeń kulturalnych i naukowych, upamiętniających postać i dzieło wielkiego etnografa. Trudno wymarzyć sobie lepszą promocję – tym bardziej, że właśnie Kolbergowi należy się ona, jak mało komu.

86 tomów jego prac to potężne archiwum obrzędów, legend, bajek, przysłów, zapisów pieśni i tańców, które Kolberg zbierał niemal do ostatniego dnia życia na terytorium dawnej I Rzeczpospolitej. Pierwsze tomy dotyczyły Sandomierszczyzny, potem przyszła kolej na Kujawy, Krakowskie, Poznańskie. Etnograf zapisywał wszystko, co mógł – co obecnie, w świecie wąskich specjalizacji, trudno sobie wyobrazić: dziś etnomuzykolodzy pracują nad melodiami, etnolingwiści zapisują teksty w ich dialektycznej odmianie, etnografowie – scenariusze obrzędów itd. „A Kolberg musiał – i potrafił! – ogarniać wszystko, opisać łącznie, w jednym miejscu” – pisał o dziele etnografa prof. Jerzy Bartmiński.

„Musiał” dlatego, bo nie miał talentu wystarczającego, by zostać sławnym kompozytorem – na miarę cieszącego się wówczas gigantyczną sławą Chopina? Postanowił być najlepszym w innej dziedzinie? A może już wtedy wyczuwał ducha nowej cywilizacji, przewidywał zagładę oryginalnych tradycji ludowych, chciał wziąć na siebie misję ocalenia ich od zapomnienia?

Tak czy inaczej, dawnej kultury ludowej Kolberg nie ocalił. Ale to m.in. dzięki niemu mamy w XXI wieku najobszerniejszą kolekcję XIX-wiecznych pieśni i melodii ludowych. Niewątpliwie, uprzedził tu fonograf, który już po jego śmierci stał się urządzeniem powszechnego użytku i za pomocą którego w dwudziestoleciu międzywojennym, a przede wszystkim – w latach 50. ubiegłego stulecia – dokonano rejestracji dźwiękowej skarbów kultury ludowej na ziemiach Polski.

W tym wszystkim zapominamy również, że chociaż Oskar Kolberg był badaczem polskim (co prawda, niemiecko-francuskiej krwi) to swoim dorobkiem przysłużył się w nie mniejszym stopniu folklorystyce ukraińskiej i – w nieco mniejszym stopniu – litewskiej, białoruskiej, czeskiej oraz słowackiej. Inna sprawa, że popularność, a czasem nawet – znajomość, tych wycinków jego dorobku jest w tych krajach znikoma.

Międzynarodowa Konferencja „Oskar Kolberg – prekursor europejskiej folklorystyki”, która odbyła się w marcu br. w Instytucie Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego, a także Międzynarodowa Konferencja pt. „Dzieło Oskara Kolberga jako dziedzictwo narodowe i europejskie”, organizowana przez Instytut Oskara Kolberga w Poznaniu, przyczyniły się do ponownego spojrzenia na dorobek polskiego etnografa z szerszej, slawistycznej perspektywy. Naukowcy z Czech, Ukrainy, Białorusi, Litwy – a także Serbii i Rosji – zachęceni przez polskich gospodarzy dzielili się spostrzeżeniami z własnej perspektywy, poruszając kwestie odbioru i wpływu dzieła Kolberga na naukę w ich krajach.

Oczywiście, prężnie rozwijające się ludoznawstwo w XIX-wiecznej Europie rodziło lokalnych „Kolbergów” – chociaż nie na tak dużą skalę, zarówno pod względem ilościowym, jak – przede wszystkim – geograficznym. Z kolei z całej spuścizny „nie-polskiego” folkloru zapisanego przez słynnego etnografa, za jego życia wydany został zaledwie jeden tom: „Pokucie”. W tak trudnych warunkach, kiedy przychodziło mu wydawać poszczególne tomy właściwie własnym sumptem (przy braku lub niepełnym finansowaniu ze strony wydawców), być może priorytetem badacza było wydawanie „polskich” tomów. Sądzić można też, że m.in. opóźniona publikacja w niektórych przypadkach mogła stać się przyczyną niewielkiej popularności, może nawet niedowartościowania, wkładu Kolberga w badania nad innymi kulturami.

Jednak ogłoszenie roku 2014 Rokiem Oskara Kolberga przez Sejm RP oraz wydarzenia organizowane w związku z tym – przyczyniły się do popularyzacji postaci badacza i jego dorobku, zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami. Przy wsparciu polskich placówek za granicą organizowane są konferencje naukowe, realizowane są przedsięwzięcia artystyczne. Miejmy nadzieję, że pozwolą one rzucić też nowe światło na slawistyczny dorobek polskiego etnografa oraz przyczynią się do jego większej rozpoznawalności w innych krajach.

Poza wystawami i konferencjami Kolberg okazuje się też postacią ważną dla lokalnych społeczności. Choćby podczas Dnia Dziecka w Żelazowej Woli, kiedy to „wskrzeszony” etnograf przechadzał się po parku z notesem w ręku i zagadywał dzieciaki. Maluchy, a często również ich rodzice, często nie zdawali sobie sprawy, kim właściwie jest ten pan o smukłej sylwetce, w drucianych okularach. Tym niemniej wydaje się, że po całodziennym pobycie w rodzinnej miejscowości Chopina – to i owo na temat kultury ludowej pozostało w pamięci odwiedzających.

W wersji „dla dorosłych” Kolberg pojawił się też na festiwalu Open’er – gdzie odnaleziona została przez aktorów kabaretu „Pożar w burdelu” nieznana księga Kolberga, zawierająca wiele sprośnych piosenek ludowych. Ten fikcyjny tom miał wstrząsnąć życiem bohaterów spektaklu. Z kolei tegoroczny Kabareton na festiwalu w Opolu odbył się pod szyldem Kolberga i jego „Ludu” – w wariacji na temat „Czego Kolberg nie mógł zapisać”. Różnorodność stylistyczna i merytoryczna kolbergowskich imprez o charakterze rozrywkowym może więc zadziwiać nie tylko przypadkowych widzów czy słuchaczy lecz i tych, którzy są z kulturą ludową obyci.

Okazuje się też, że zaglądanie do zgromadzonych przez wielkiego etnografa materiałów może być korzystne nie tylko dla naukowców, ale i dla muzyków, śpiewaków, scenarzystów, kompozytorów. I każdego, kto ciekaw jest świata. Nic dziwnego, w końcu, jak powiedział to prof. Piotr Dahlig: „czytając Kolberga możemy sobie wypracować racjonalny stosunek do świata”.

czwartek, 24 lipiec 2014 19:17

DOM PRZY GRANICY

Napisane przez

Rozmowa z Wiolettą Wach, dyrektor Domu Pomocy Społecznej w Szczurkowie

ANNA OSOWSKA: Dom Starców – takie określenie w stosunku do Domu Opieki Społecznej wciąż pokutuje. Czy zgadza się Pani z nim?

WIOLETTA WACH: W żadnym wypadku. Takie określenie używane było potocznie i należy już na szczęście do przeszłości. My, pracownicy pomocy społecznej, używamy nazwy dom pomocy społecznej.

Schönbruch – taką nazwę miało Szczurkowo przed wojną. To była spora miejscowość, bo zamieszkiwało ją w 1939 roku ponad 1100 mieszkańców. Po wojnie ustawiono szlaban wyznaczający granicę polsko-rosyjską i teraz budynek DPS stoi tuż przy granicy. Jaka jest jego historia?

Sam budynek, w którym obecnie znajduje się dom pomocy, został wzniesiony w 1937 r., z przeznaczeniem na siedmioklasową szkołę. Pełnił tę funkcję do 1944 r. Po wojnie mieściła się w nim szkoła czteroklasowa – do 1953 r., później placówka Wojsk Ochrony Pogranicza, a potem znów szkoła. Wreszcie, w 1960 r. powstał Wiejski Ośrodek Zdrowia.

O Szczurkowie mówi się: „bociania wioska” – ze względu na ilość gniazd bocianich. Pięknie tu i cicho. Od kiedy znaleźli w Szczurkowie swój dom ludzie starsi?

W 1975 r. rozpoczęto remont i przeznaczono budynek na Państwowy Dom Opieki Społecznej. Już 6 marca 1976 r. progi Domu przekroczył pierwszy mieszkaniec, a 24 marca 1976 r. nastąpiło oficjalne otwarcie Państwowego Domu Pomocy Społecznej. W styczniu 1980 r. przekwalifikowano PDPS na Dom Rencisty. W grudniu 1991 r. przekształcono placówkę w Dom Pomocy Społecznej w Szczurkowie  dla osób starych i kobiet. W obecnej chwili jesteśmy Domem Pomocy Społecznej przeznaczonym dla osób w podeszłym wieku i przewlekle somatycznie chorych.

Rzeczywiście, sporo się działo. A jakie zmiany w zasadach funkcjonowania DPS nastąpiły na przestrzeni ostatnich lat, gdy zaczęła Pani zarządzać jednostką?

W roku 2010 otrzymaliśmy pozwolenie Wojewody na prowadzenie Domu na czas nieokreślony. Przed rokiem zwiększyliśmy liczbę miejsc z 43 do 44, a w obecnym roku rozszerzyliśmy ofertę o  świadczenie usług dla osób przewlekle somatycznie chorych.

Jaki zatem zakres usług oferuje Wasz Dom?

Dom świadczy usługi zgodnie z obowiązującym rozporządzeniem MPiPS z dnia 23 sierpnia 2012 r. w sprawie domów pomocy społecznej w zakresie zabezpieczenia potrzeb bytowych. Zapewniamy miejsce zamieszkania, zaopatrujemy w obuwie i odzież. Udzielamy pomocy w podstawowych czynnościach życiowych, pielęgnacji, w załatwianiu spraw osobistych. Umożliwiamy udział w terapii zajęciowej, celem podnoszenia sprawności i aktywizowaniu mieszkańców domu.

Tyle dla ciała, a co dla ducha?

O tym też pamiętamy. W DPS stwarzamy możliwości zaspokojenia potrzeb religijnych i kulturalnych. Zapewniamy kontakt z duchownymi. Stymulujemy do nawiązywania i utrzymywania kontaktu z rodziną i społecznością lokalną.

Szczurkowo jest miejscowością przygraniczną. Jak to wpływa na życie pensjonariuszy? Czy mogą czuć się zapomniani gdzieś na końcu świata?

To prawda, granicę mamy za drogą, ale to nie znaczy, że jesteśmy zapomniani. Współpracujemy z innymi domami, wyjeżdżamy na wycieczki, odwiedzamy siebie wzajemnie, organizujemy imprezy okolicznościowe oraz pikniki integracyjne, np. Piknik na skraju kraju, Wianki-Janki, na które zapraszamy mieszkańców z zaprzyjaźnionych Domów m.in. z Domu Pomocy Społecznej w Kętrzynie i Bisztynku. Odwiedzają nas dzieci ze szkół podstawowych w Ponikach i Żydowie oraz ze szkół średnich z Bartoszyc. Przyjeżdżają do nas zespoły i grupy śpiewające z powiatu bartoszyckiego.

Jak w praktyce wygląda realizacja potrzeb mieszkańców DPS?

Każda osoba posiada przydzielonego pracownika pierwszego kontaktu, który jest osobistym wsparciem mieszkańca. Ten działa w imieniu danej osoby. Na terenie Domu jest kaplica. Nasz kapelan jest dostępny dla każdego potrzebującego. Prowadzimy też zajęcia z zakresu rehabilitacji ruchowej i zajęciowej. Posiadamy punkt biblioteczny. Obchodzimy święta i jubileusze oraz świętujemy urodziny i imieniny naszych mieszkańców.

Czy pensjonariusze przyjmują gości?

Tak, jednakże odwiedzających rodzin czy znajomych jest bardzo niewiele.

A usługi hotelowo-opiekuńcze? Jest taka możliwość, by rodzina na pewien czas mogła oddać swojego wiekowego członka rodziny pod opiekę DPS?

Tak, istnieje możliwość umieszczenia mieszkańca na czas określony. Zgodnie ze statutem naszego Domu możemy świadczyć usługi opiekuńcze i specjalistyczne dla osób w nim nie zamieszkałych. Natomiast usług hotelowych nie prowadzimy.

Skąd pozyskiwane są środki na działalność DPS?

Dochody Domu pochodzą z odpłatności mieszkańców za pobyt oraz opłat wnoszonych przez gminy za utrzymanie mieszkańca do wysokości miesięcznego kosztu utrzymania. Pozyskujemy również środki z innych źródeł, chociażby od wojewody warmińsko-mazurskiego. Szukamy też sponsorów.

W jaki sposób trafiają do Państwa pensjonariusze? Czy obowiązuje rejonizacja?

Mieszkaniec zostaje umieszczony w naszym Domu na podstawie skierowania wydanego przez ośrodek pomocy społecznej. W pierwszej kolejności trafiają tu mieszkańcy z naszego powiatu, ale istnieje możliwość umieszczenia osób z innych powiatów.

Czy mieszkając w DPS można mieć pogodną jesień życia?

Jestem przekonana, że można. Średnia wieku mieszkańca w naszym Domu to 85 lat, najstarsza osoba, 92-letnia – jest osobą samodzielnie się poruszającą. Tutaj nikt nie czuje się samotny, albo pozostawiony sam sobie. Zakres usług proponowanych przez nasz Dom zwiększa możliwość przeżycia pogodnej jesieni życia, wolnej od samotności, trosk i zmartwień.

Strona 3 z 10

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY