Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 77.

Człowiek i społeczeństwo

Człowiek i społeczeństwo (128)

sobota, 01 listopad 2014 20:18

W POGONI ZA SENIOREM

Napisane przez

Kiepskie wyniki testów poznawczych, rychłe przechodzenie na emeryturę, brak zaangażowania w życie społeczne – takie jest statystyczny obraz polskiego seniora. Mimo rozmaitych inicjatyw polscy emeryci wydają się być niezainteresowani uczestniczeniem w życiu publicznym. A może nie dostrzegają adresowanych do nich inicjatyw?

Według Międzynarodowego Badania Zdrowia, Starzenia się i Przechodzenia na Emeryturę polski senior żyje w większym dyskomforcie niż jego rówieśnicy z innych krajów Europy. Uśredniając, jedynie co szósty, może nawet co siódmy z nich podtrzymuje jakąś aktywność zawodową (u naszych zachodnich sąsiadów – niemalże co drugi), znaczna większość boryka się też z problemami materialnymi. Zresztą, jakakolwiek aktywność pozazawodowa emerytów – czy to rekreacyjna, czy związana z kształceniem – nie cieszy się w Polsce większą popularnością.

Konsultować, doradzać, inicjować?

Prób wciągnięcia seniorów z powrotem do aktywnego życia jednak nie brakuje – zarówno na szczeblu centralnym, jak i samorządowym. Rząd opracował m.in. program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych, zabiega o utrzymanie przechodzących na emeryturę profesjonalistów na rynku pracy, próbuje tworzyć warunki mające sprzyjać podtrzymaniu przez nich samodzielności.

Inna inicjatywa to przeforsowana w ubiegłym roku instytucja gminnej rady seniorów – swoisty odpowiednik młodzieżowych rad gmin, funkcjonujących od trzynastu lat. Teoretycznie ma ono pozwalać najstarszym mieszkańcom danej jednostki przedstawiać swoje oczekiwania i pomysły – według uchwalonego zeszłej jesieni przepisu, „gminy mają sprzyjać solidarności międzypokoleniowej oraz tworzyć warunki do pobudzania aktywności obywatelskiej osób starszych w społeczności lokalnej”.

W praktyce gminne rady seniorów zaczęły powstawać wiosną i latem br. – jednak śladów ich działania, nie mówiąc o realnym wpływie na politykę lokalnych władz, trudno się doszukać. Być może dlatego, że rady powinny mieć „charakter konsultacyjny, doradczy i inicjatywny”. Innymi słowy, może sformułować swoją opinię – na dowolny temat, bowiem zakres tematyczny nie został określony – i… to by było na tyle.

Z drugiej strony, można oczywiście powoływać się na godne uwagi – i pochwały – inicjatywy samych samorządów. Skrzętnie próbują je wyławiać np. senatorzy, którzy w ramach konkursu „Samorząd przyjazny seniorom” (patrz str. 34-35), typują i nagradzają najlepsze projekty inicjatyw adresowanych do starszych osób. Tych jednak wciąż jest tyle, co kot napłakał. Ot, jeszcze jeden przyczynek do zastanowienia się, czy na pasywność polskich seniorów nie wpływa brak adresowanych do nich inicjatyw.

5,5 mln 70-latków

Paradoksalnie, nieunikniony trend do starzenia się polskiego społeczeństwa podchwytuje wyłącznie sektor przedsiębiorstw z branży medycznej. Potentaci tego rynku, np. ostatnio firma Medicover, intensywnie inwestują w rynek usług dla osób starszych. W największych miastach Polski trwa wręcz rywalizacja o to, kto najsprawniej dotrze z firmową ofertą do seniorów. Chodzi zarówno o klasycznie rozumianą opiekę – te same usługi, które polscy rehabilitanci i pielęgniarki oferowali dotychczas seniorom w krajach zachodnich – jak i nowe pomysły, np. teleopiekę. W tym ostatnim przypadku warto nadmienić, że z tej usługi korzysta obecnie około 3 tysięcy osób w Polsce – niektórzy z nich mogą korzystać przy wykupie tej usługi ze wsparcia samorządów.

Być może tędy droga. Według specjalistów największe zapóźnienia w grupie najstarszych Polaków dotyczą opieki zdrowotnej – tym bardziej, że model opieki oparty na, potocznie rzecz nazywając, domach starców, nad Wisłą się nie przyjął. Z jednej strony, świadczy to o przywiązaniu do tradycyjnych wartości rodzinnych, z drugiej jednak – często skutkuje zaniedbaniem osób starszych, co jednocześnie przekłada się na ich pasywność. I dlatego, choć część JST zaczęła w ostatnich latach np. dokładać do budowy lokali przeznaczonych dla seniorów (np. w ramach TBS), to wciąż poprawa stanu zdrowia powinna pozostać priorytetem.

Sprawa jest coraz bardziej paląca: w ciągu dekady nad Wisłą będzie żyć 5,5 mln osób w wieku ponad 70 lat. Jak by nie spojrzeć, ich wiedza i doświadczenie oraz chęć do dalszego uczestnictwa w życiu publicznym to wciąż niewykorzystany potencjał. Druga strona medalu to, oczywiście, konieczność zapewnienia seniorom wymaganych świadczeń – a więc przygotowanie odpowiedniej strategii finansowej. Miejmy nadzieję, że taka powstanie zawczasu.

sobota, 01 listopad 2014 20:16

TO NIE PRZYWÓDZTWO, TO MANIPULACJA

Napisane przez

Rozmowa z profesorem Andrzejem K. Piaseckim, politologiem i historykiem z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie

ANNA CEBULA: Charyzma pozwala…

ANDRZEJ K. PIASECKI: Przewodzić ludziom. Trudno być przywódcą bez daru przyciągania. Już w przedszkolu widać, które dzieci mają cechy przywódcze. Tej charyzmy można się oczywiście nauczyć, bo nie zawsze jest to cecha wrodzona. Oczywiście, lepiej urodzić się z charyzmą, ale też są politycy, którzy zaczynali karierę w ostatnim szeregu, a z czasem dojrzewali, wykształcili w sobie cechy charyzmatyczne i okazywali się czarnymi końmi wyborów.

Jaki powinien być charyzmatyczny przywódca w naszych realiach?

Gdybyśmy zapytali jakiegokolwiek burmistrza we Włoszech, Francji czy Grecji, kim jest – pewnie odpowiedziałby, że reprezentantem, pierwszym człowiekiem w gminie, liderem. Natomiast nasz burmistrz czuje się gospodarzem i menedżerem, czyli realizuje pewne zadania. Na poziomie lokalnym, a także krajowym, włodarza cechuje bardziej pewna zadaniowość niż poczucie misji i reprezentacji. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, nie chcę wartościować, ale rodzimi przywódcy bardziej chcieliby być menadżerami niż politykami.

Czy Polacy mają zaufanie do lokalnych liderów?

Tak, ale jest ono bardzo zróżnicowane. Po pierwsze, nie jest stuprocentowe, natomiast zdecydowanie większe niż do liderów krajowych. W tej chwili, według badań, wynosi ono 30−40 proc., do kilkunastu procent więcej niż do liderów politycznych w skali kraju, poza prezydentem. Gdyby spojrzeć z kolei na tę wierchuszkę, czyli na liderów najdłużej sprawujących urząd i osiągających najlepsze efekty, to takim prezydentem jest Wojciech Szczurek z Gdyni – od kilkunastu lat uzyskujący 70 proc. poparcia już w pierwszej turze wyborów.

Nie chcę wymieniać nazwisk czy miejscowości, gdzie takiego zaufania nie ma. Gminy są sparaliżowane, źle zarządzane, zadłużone, targane konfliktami, a mieszkańcy organizują protesty i referenda odwoławcze. Z tego trzeba wyciągnąć średnią – która i tak jest lepsza niż statystyczna krajowa.

Pojawia się też inny problem, bardziej na poziomie mniejszych miejscowości, gdzie powstają struktury, które powodują, że lider, wójt czy burmistrz, jest ciągle wybierany…

To jest inne zjawisko – nepotyzmu. Tu niekoniecznie chodzi o to, że lider jest charyzmatyczny i dobry w zarządzaniu gminą. Tę strukturę w małej gminie tworzy rodzina, znajomi, stowarzyszenie strażackie i koło gospodyń wiejskich. Poprzez urząd gminy, zatrudniający kilkadziesiąt osób, w tym pracowników z rodziny włodarza, to już jakieś kilkaset osób bezpośrednio zainteresowanych utrzymaniem status quo, jeżeli mają jakieś relacje z wójtem. Jarosław Flis, politolog z UJ, obliczył, że wójt ubiegający się o reelekcję ma zapewnione około 20 proc. głosów na starcie. Jeżeli rządzący jest jeszcze do tego dobrze oceniany, zyskuje kolejne 20 procent. Właściwie niewiele musi robić, aby przekroczyć wymagane 50 proc. Aż 70 proc. wójtów małych gmin wygrywa kolejne wybory. Około 20 procent nie ma w ogóle rywala. Dochodzimy tu do pewnej patologii. To nie jest przywództwo, a manipulacja, która bierze się z utrwalenia takiego zabetonowanego systemu.

Swój człowiek – jest jeszcze taka kategoria kandydata…

Oczywiście, postrzeganie jako swojaka, na poziomie lokalnym ma znaczenie dla wyborcy. Znowu musimy wyciągnąć jakąś średnią: z mojego rozeznania wynika, że kompetencje jednak się liczą. Dowodem na to są wyniki dotyczące wcześniejszych zajęć burmistrzów. Otóż ci liderzy, którzy byli menadżerami, dyrektorami, prezesami czy prowadzili firmy, lepiej radzą sobie na tym stanowisku, mają lepsze notowania u wyborców i są częściej wybierani. Wyborcy doceniają ich za kompetencje.

Natomiast ten brat łata, co to zagada i wszystkim chce zrobić dobrze, a najbardziej sobie, przy braku kompetencji też może sobie poradzić – ale wygrywa na krótką metę. Ludzie doceniają swojego reprezentanta nie przez dobre czy złe serce, ale efekty – gospodarność, takie racjonalne podejście do majątku gminy, czyli poprzez portfel. Coraz częściej wiążemy wynik wyborów lokalnych z tym, jak nam się żyje. I albo coś mamy, albo nie – i to się odczuwa. Jeżeli nie mamy chodnika, przystanku czy boiska, to się zastanawiamy, dlaczego tak jest. Trudno również wytłumaczyć ten stan brakiem pieniędzy. Wystarczy pomysł i dobry projekt. Przykładów można wymienić wiele, ale chyba takim najlepszym jest Uniejów zarządzany przez burmistrza Józefa Kaczmarka, który rządzi 12 lat, a wcześniej był nauczycielem i radnym. Zanim został liderem, to była szara gmina. Miasteczko bez przyszłości. Przy czym, od co najmniej 30 lat było wiadomo, że w Uniejowie są wody termalne. Nikt jednak nie podjął wyzwania. Dopiero ten przywódca stworzył nową wizję i powstały sanatoria. W tym roku gmina jest już numer jeden na liście najdynamiczniej rozwijających się w Polsce. Ktoś powie, że gminie się udało, ale czemu nikt nie zrobił tego wcześniej? Bo nie było odpowiedniego człowieka.

Jakie znaczenie ma program, rozmowa, kwalifikacje, umiejętność trafnego odczytania, co jest problemem? To może przekonać wyborców?

Nie rozmawiajmy w sposób oderwany od rzeczywistości, którą znamy, bo programów wyborczych nikt nie czyta, poza samymi twórcami. Jednak ludzie znają się nawzajem. Burmistrzem rzadko zostaje się w wieku 20-30 lat, a może szkoda. Natomiast jak się ma 45 lat – to statystyczny wiek burmistrzów – ma się jakiś dorobek, który jest właśnie tym programem. Na podstawie CV można ocenić, co zrobił kandydat do tej pory, kim jest.

Jakie znaczenie mają sympatie polityczne na poziomie lokalnym?

To nie jest priorytet. Na poziomie przywódców lokalnych przynależność polityczna to raczej problem. Na poziomie gmin wiejskich wyraźny jest związek, niemal z urzędu, z PSL. Burmistrzowie większości miast powiatowych, a jest ich około trzystu, chcą startować pod szyldem lokalnym. Na przykład w Wielkopolsce jest Towarzystwo Samorządowe, które nawiązuje do komitetów obywatelskich z 1990 r. Tam też jest burmistrz, który wygrywa od 12 lat. To Towarzystwo wchodzi w koalicje, ale utrzymuje większość w radzie. Ale tak do końca wójtowie czy burmistrzowie nie są apolityczni. Kiedy słyszę od kogoś, że się w politykę nie miesza, to jest to mydlenie oczu – startując w wyborach, bierze się udział w polityce. Można mówić, że burmistrz nie jest związany z jakąś partią, ale nie jest apolityczny. To są dwie różne rzeczy.

Charyzmatycznym przywódcą jest…

To z każdego poziomu: Rafał Dutkiewicz z metropolii. To nie tylko lokalny lider w sensie miasta, ale i regionalnym – bo i PO się do niego uśmiecha, nawet jeśli go nie będzie w tej partii, to sama chęć porozumienia się, świadczy, że jest politykiem w skali krajowej. Schodząc do poziomu miast grodzkich, trzeba sięgnąć do rankingów, ale takim charyzmatycznym przywódcą jest lider Mielca. Wśród miast powiatowych, 20-40-tysięcznych, najlepsze wyniki mają Polkowice. Może jeszcze przywołałbym Turek: tam burmistrz wcześniej był dyrektorem kopalni, typowy przykład menedżera. Z mniejszych miejscowości na pewno Lesznowola. Ich włodarze są znani z mediów, bo tu nie chodzi o sztywne wskaźniki.

Zresztą takie rankingi budzą moje zastrzeżenia. Jeżeli nawet wskażemy pierwsze czy drugie miejsce, to liczy się nie dziesiątka, a pierwsza setka. Tych burmistrzów, którzy dobrze rządzą, jest bardzo dużo. Nieraz się waham, bo myślę, że na 2,5 tys. gmin przynajmniej dziesięć znajdzie się w ścisłej czołówce dobrze zarządzanych. Dorobiliśmy się naprawdę profesjonalnej kadry burmistrzów i wójtów.

Oczywiście, jest jakiś jeden procent takiej – powiedzmy – zakały, kilkudziesięciu włodarzy, którzy mieli kłopoty z prawem, mieszkańcami czy budżetem i w wyniku referendów zostali usunięci. Za niekorzystne uważam struktury przyjacielsko-rodzinne. Dodałbym tutaj soli do beczki miodu: jestem zwolennikiem ograniczenia kadencji wójta czy burmistrza do dwóch, by jedna osoba nie rządziła w nieskończoność. To zabezpiecza też liderów, którzy są bardzo dobrzy. Moim zdaniem, oni sobie poradzą świetnie na innych stanowiskach. Będą świetnymi starostami, wojewodami, zajmą się polityką czy odnajdą się w strukturach UE, natomiast po piętnastu latach zarządzania tą samą gminą, liderzy nie mają siły, wpadają w rutynę, w mechanizmy czasem nawet patologiczne – klientelizm, nepotyzm. Te zjawiska nie są niezgodne z prawem, ale są nieetyczne.

Prof. zw. dr hab. ANDRZEJ K. PIASECKI – kierownik Katedry Samorządu Terytorialnego i Wspólnot Lokalnych w Instytucie Politologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Autor m.in. książek „Wybory w Polsce 1989-2011”, „Menadżer i polityk”, „Model przywództwa”, „Lider społeczny w XXI wieku”.

sobota, 01 listopad 2014 20:13

GMINY SPINAJĄ BUDŻET KOSZTEM SZKÓŁ

Napisane przez

Wrześniowy raport Najwyższej Izby Kontroli, dotyczący likwidacji szkół, może uspokoić przede wszystkim rodziców. Według niego w nowych szkołach uczniom zapewniono warunki nauczania − lokalowe i organizacyjne – co najmniej na równorzędnym poziomie, a w wielu przypadkach lepsze niż w starych szkołach. Redukcja szkół to jednak złożony problem.

Samorządy uzasadniają decyzje o zamknięciu szkół głównie względami ekonomicznymi i związanym z niżem demograficznym spadkiem liczby uczniów. Na dalszym miejscu − chęcią poprawy warunków kształcenia. Te, jak wynika z raportu NIK, w większości przypadków zmieniły się na korzyść uczniów. Uczniowie mają dostęp do lepszego sprzętu sportowo-rekreacyjnego, świetlic, stołówek i bibliotek szkolnych.

W 2011 r. gmina Gołcza w województwie małopolskim zlikwidowała Szkołę Podstawową w Czaplach Wielkich, w której uczyło się czterdziestu uczniów i przedszkolaków w klasach łączonych. Dzieci uczęszczały do szkoły ogrzewanej piecami kaflowymi, z nieogrzewaną szatnią na korytarzu, sanitariatami w podpiwniczeniach, bez specjalistycznych pracowni, z zastępczą salą do prowadzenia zajęć z wychowania fizycznego, bez świetlicy szkolnej i ciepłych posiłków dla uczniów. Dzieci przeniesiono do podstawówki w Gołczy. W tej szkole nie ma łączonych klas, uczniowie korzystają z hali widowiskowo-sportowej, boiska o nawierzchni syntetycznej, placu zabaw na powietrzu i miejsc zabaw dla uczniów klas I-III (utworzonych w ramach projektu „Radosna szkoła”), trzech świetlic, w tym dwóch wydzielonych dla najmłodszych. W nowej szkole dzieci otrzymują też dwa posiłki dziennie – śniadanie i obiad.

Najwyższa Izba Kontroli w latach 2011-2013 monitorowała proces likwidacji 119 szkół gminnych w 39 gminach na terenie dziewięciu województw. Ale to wycinek znacznie szerszego zjawiska: z badań prowadzonych przez Instytut Badań Edukacyjnych wynika, że tylko w latach 2008-12 o 954 zmniejszono ilość szkół podstawowych w całym kraju (w tej grupie 856 prowadziły gminy) i o 170 – liczbę gimnazjów. 88 gimnazjów miało status gminnych. W placówkach skontrolowanych przez NIK, a podlegających likwidacji, 52,1 procent uczniów rozpoczęło kształcenie w innych szkołach gminnych. W starych murach pozostało 47,9 procent uczniów a, mimo że dla nich zmiany są praktycznie niezauważalne, ich szkoły utraciły status gminnych.

Rykoszetem w… nauczycieli

O ile zmiany te okazały się w większości korzystne dla uczniów, powodów do zadowolenia nie mają nauczyciele, bo to głównie z ich płac gminy poczyniły oszczędności.

W związku z redukcją szkół, do tej pory już 1179 pedagogów otrzymało wymówienie. Poważnym problemem jest dla nich brak perspektyw zatrudnienia – tylko 40 procent zwolnionych nauczycieli znalazło pracę w szkołach przejmujących uczniów. Ci nauczyciele, którzy pozostali w przekształconych szkołach, stracili przywileje zagwarantowane w „Karcie Nauczyciela”. Na bezrobociu znalazło się 31,5 procent pedagogów.

Według danych NIK nauczyciele pracują 23 godziny dydaktyczne tygodniowo, a to średnio pięć godzin więcej niż w szkołach prowadzonych przez gminy. Dłuższy czas pracy nie przekłada się jednak na wyższe wynagrodzenie. Na nowych warunkach otrzymują średnio 60 procent wcześniejszych zarobków (30−96 procent). Jak zauważa NIK, likwidacja szkół wpłynęła również na znaczne zróżnicowanie poborów tej grupy zawodowej.

Oszczędności będą rosły

Wydatki na oświatę uszczuplały budżety gmin średnio o 70 procent – podaje NIK. Pieniądze pochłaniały opłaty za prąd, wodę i ogrzewanie, a przede wszystkim płace nauczycieli. Z wyliczeń Izby wynika, że gminy, które podjęły decyzję o likwidacji szkoły, tylko w pierwszym roku po zamknięciu placówki oświatowej zaoszczędziły średnio 286 tys. zł z budżetu.

To kwota pomniejszona o odprawy dla zwolnionych nauczycieli. Te wyniosły łącznie 7 mln zł. W najbliższych latach, kiedy gminy nie będą już obciążone tym zobowiązaniem, ich oszczędności będą rosły.

Obowiązkiem samorządów jest zapewnienie transportu uczniom do szkoły lub zrefundowanie kosztów dojazdu, ale to niewielkie obciążenie w porównaniu z utrzymaniem całej placówki oświatowej. Jak zauważyła NIK, dojazd zapewniono również dzieciom, które pozostały w starych-nowych szkołach, dzięki temu, że autobusy dowożące uczniów do placówek gminnych miały wolne miejsca.

Gmina kontra lokalne społeczności

Zamknięcie szkoły nie pozostaje też bez wpływu na lokalne społeczności, dla których oznacza to utratę często jedynego ośrodka kulturotwórczego – zauważa NIK. Izba proponuje społeczne konsultacje, zanim gmina podejmie ostateczną decyzję o likwidacji szkoły.

W raporcie NIK podpowiada również, że rodzice nie są bezradni wobec takiego rozstrzygnięcia. Jedną z możliwości zachowania placówki jest powołanie stowarzyszenia lub fundacji. Ponad połowa szkół skontrolowanych przez Izbę funkcjonuje nadal dzięki inicjatywom społecznym.

Jednym ze zjawisk, jakie wyszczególniła w raporcie NIK, jest wygaszanie szkół, czyli przerwanie naboru do klas pierwszych, co w ostateczności prowadzi do wyłączenia działalności szkoły. Ten proces odbywa się z pominięciem przez gminy procedur likwidacyjnych. Jednak, w opinii Izby, taki sposób stwarza możliwości nadużyć – bo chociaż szkoła nie funkcjonuje, nadal znajduje się formalnie w sieci szkół gminnych.

Mury własnością gmin

Za pozytywny przejaw tego procesu Izba oceniła fakt, że na 108 zamkniętych placówek (skontrolowanych przez NIK) w 105 przypadkach gminy nie sprzedały nieruchomości i nadal są one ich własnością. Ponad połowa z nich (53 procent) została użyczona fundacjom i stowarzyszeniom na prowadzenie placówek oświatowych. Fakt, że gminy nie wyzbywają się nieruchomości po szkołach, ma ogromne znaczenie w przypadku, gdyby gmina chciała reaktywować placówkę oświatową – w razie takiej konieczności.

We wrześniowym raporcie Izba przestrzegła również gminy, że nie powinny wyzbywać się wszystkich szkół, bo zapewnienie edukacji należy do zadań własnych gminy.

Nie bez znaczenia są najnowsze dane GUS, na które w raporcie zwraca uwagę Izba. Od 2009 r. wzrasta liczba dzieci w wieku 3-5 lat. W 2010 r. przybyło sześciolatków, a to oznacza, że obniża się presja demograficzna. W raporcie pominięto też kwestię poziomu nauczania w nowych szkołach. W tej sprawie Izba zwróciła się do Ministerstwa Edukacji Narodowej, by zbadało jakość kształcenia.

sobota, 01 listopad 2014 20:12

ANGELA MERKEL W KAŻDEJ GMINIE

Napisane przez

Hanna Gronkiewicz-Waltz w Warszawie, Hanna Zdanowska w Łodzi, Małgorzata Mańka-Szulik w Zabrzu oraz lokalne liderki opisywane choćby na łamach Magazynu Samorządowego GMINA – wydaje się, że kobiet na czołowych stanowiskach w samorządach nie brakuje. Ale też panie mają poczucie niedoreprezentowania w lokalnych władzach – i wszystko wskazuje na to, że w najbliższej kadencji chcą to odrobić.

We Wrocławiu o urząd prezydenta zetrą się aż trzy kobiety: Aldona Wiktorska-Święcka, jeszcze niedawno pełniąca funkcję doradcy prezydenta miasta, kandydatka PiS – Mirosława Stachowiak-Różecka oraz Anna Kubica z Twojego Ruchu. „Hanka! Nie bój się debaty” – apelowała z kolei w Łodzi rywalka Hanny Zdanowskiej, była marszałek województwa łódzkiego Joanna Kopicńska (PiS). Nie jedyna to konkurentka do tego urzędu w mieście, bo należałoby też wspomnieć o Agnieszce Wojciechowskiej van Heukelom, sprawującej swego czasu funkcję doradcy prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. W Warszawie do fotela w ratuszu przymierza się też Joanna Erbel, przedstawicielka Zielonych, w Katowicach była senator i prodziekan Wydziału Radia i TV Uniwersytetu Śląskiego Krystyna Doktorowicz, w Krakowie Platformę Obywatelską reprezentuje Marta Patena.

Wygląda więc na to, że nie jest tak źle, jak przedstawiają to przynajmniej niektórzy uczestnicy debaty o polskim życiu politycznym. Przypomnijmy, że jeszcze latem Rzecznik Praw Obywatelskich Irena Lipowicz utyskiwała na niedostatek adresowanych do kobiet akcji informacyjnych, które pozwalałyby uzyskać wiedzę o nowych rozwiązaniach w zakresie prawa wyborczego, zwłaszcza odnośnie problematyki równości płci. Lipowicz podkreślała, że to czynnik wpływający w negatywny sposób na polską politykę lokalną, przekładający się na niewielki udział kobiet w polskim życiu politycznym.

Obrazek nie jest jednak aż tak jednoznaczny, jak mogłoby się wydawać. Wybory w okręgach jednomandatowych – w obiegowej opinii: kolejna kłoda rzucana pod nogi kobietom – wcale nie muszą eliminować pań z polityki. – Wszystkie badania na świecie wskazują, że systemy większościowe z jednomandatowymi okręgami wyborczymi są mniej sprzyjające udziałowi kobiet w polityce, niż systemy proporcjonalne z listami – przyznawała w trakcie niedawnej specjalnej konferencji na temat udziału kobiet w polityce pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania prof. Małgorzata Fuszara.

Jednocześnie jednak podkreślała, że ta męska dominacja przejawia się przede wszystkim w trakcie wyborów parlamentarnych. Wybory lokalne to już zupełnie inna historia. – Wybory samorządowe w okręgach jednomandatowych już były u nas na poziomie gmin do 20 tys. i kobiet po tamtych wyborach jest więcej, niż wcześniej. Okazuje się, że wybory w okręgach jednomandatowych nie są progiem nie do przekroczenia – podkreślała prof. Fuszara. Jej zdaniem, to po części zasługa specyfiki wyborów samorządowych – opierającej się na roli odgrywanej przez lokalne komitety, mniejszym znaczeniu partii politycznych i ich list kandydatów.

To właśnie na listach partyjnych odbywa się symboliczna „rzeź kobiet” – nawet działaczki z wieloletnim doświadczeniem i sukcesami lądują na dalszych miejscach (nie ukrywajmy, rzadko zauważanych przez głosujących). Efekt? W poprzednich wyborach były takie gminy – w liczbie 61 – gdzie nie wybrano ani jednej kobiety. – Były takie przypadki, kiedy do rady kandydowało ponad 50 proc. kobiet i nie dostała się żadna z nich – komentowała Aleksandra Niżyńska z Instytutu Spraw Publicznych. Takie przypadki pojawiają się w większości, aż w dwunastu, województw. Chlubne wyjątki to województwa lubuskie, warmińsko-mazurskie, opolskie i śląskie. Ta kobiety są w każdym samorządzie.

Oczywiście, w nadchodzących wyborach do rad powiatów, rad miejskich, sejmików oraz rad dzielnic Warszawy obowiązuje system proporcjonalny – kobiety nie mogą stanowić mniej niż 35 proc. liczby wszystkich kandydatów. Można jednak mieć wątpliwości, czy rozwiązania systemowe będą w stanie zmienić ten bilans: bardziej decydować będą luźne skojarzenia, jakie przeciętni wyborcy mogą podchwycić w mediach czy filmach. A tam, na szczęście, silnych kobiet nie brakuje: Angela Merkel w Niemczech, Hillary Clinton w USA, Dilma Rousseff w Brazylii – to archetypy skutecznych i silnych polityków, którym płeć nie przeszkadza w podejmowaniu decyzji i odnoszeniu sukcesów. Może zatem warto rozejrzeć się za ich odpowiednikami w naszym otoczeniu?

sobota, 01 listopad 2014 20:11

JESIENNY FESTIWAL ODDANYCH INWESTYCJI

Napisane przez

8 listopada ruszą regularne kursy II linią stołecznego metra. Po czterech latach prac, opóźnieniach i sparaliżowaniu komunikacji w kilku kluczowych punktach miasta – M2, rozciągnięta na sześciu kilometrach długości i obejmująca siedem stacji, błyszczy nowością. W ratuszu musiało rozlec się westchnienie ulgi: zdążyliśmy. Pociągi wyjadą na trasę w idealnym momencie: na tydzień przed wyborami.

W mieście takim, jak Warszawa, i z taką historią – chyba nie mogło być inaczej. Budowa drugiej linii metra przypominała serial, z kolejnymi dramatami: wdarcie się wody na plac budowanej nad Wisłą stacji przy Centrum Nauki Kopernik (z wyłączeniem mostu i tunelu drogowego nad samą rzeką, jednej z najważniejszych arterii komunikacyjnych miasta), niebezpieczeństwo osypania się ziemi i uszkodzenia kamienic w centrum miasta, przy ulicy Świętokrzyskiej, niewybuchy czasów wojny, niezaznaczone na mapach instalacje i pozostałości budynków sprzed II wojny światowej, znaleziska historyczne itp. Do tego artystyczne instalacje Wojciecha Fangora. Nic dziwnego, że przez cztery lata budowa dostarczała pożywki mediom i satyrykom.

Oddawany do użytku obiekt pozostawia prawdopodobnie nieco do życzenia: dziennikarze, którzy mieli możliwość przejechać się nowym metrem jako pierwsi wskazują, że przynajmniej w niektórych miejscach prace właściwie jeszcze trwały. – Mam nadzieję, że uda nam się centralnym odcinkiem II linii metra pojechać jeszcze w tym roku – asekurowała się też oficjalnie prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz. Ale nikt nie miał też większych wątpliwości, że metro ma ruszyć jeszcze przed wyborami. Trudno też uznać za przypadek, że zakończone jeszcze w ubiegłym roku, organizujące już niekiedy imprezy i przyjmujące odwiedzających Muzeum Historii Żydów Polskich oficjalnego otwarcia doczeka się… 28 października. I nic dziwnego, festiwal oddawania inwestycji na kilka tygodni przed wyborami zaczął się praktycznie w całym kraju.

Daj Boże, świętujmy!...

„Daj Boże wybory co roku. W Rzeszowie otwiera się inwestycja za inwestycją” – czytamy na stronach serwisu nowiny24.pl. Ironia być może usprawiedliwiona – faktem jest jednak, że właśnie dobiega jedna ze sztandarowych inwestycji tej kadencji obecnych władz. – Na Alejach Wyzwolenia powstały dodatkowe nitki jezdni, a także dwa ronda. Przebudowaliśmy także wiadukt na ulicy Warszawskiej. Te wszystkie zmiany bardzo usprawnią ruch w tej części Rzeszowa – podkreślał prezydent miasta, Tadeusz Ferenc. W ponownym otwarciu ulic mają uczestniczyć notable z ratusza, a miejscowe media plotkują, że całość poświęci biskup diecezji rzeszowskiej Jan Wątroba. Niewiele mniejszego rozmachu należy się spodziewać w innych przypadkach: na osiedlu Krakowska Południe oddany zostanie do użytku park przy ulicy Błogosławionej Karoliny, mieszkańcy będą mogli korzystać z nowych odcinków tras rowerowych oraz nowych placów zabaw – nowe inwestycje pojawiają się w niemal każdej dzielnicy. Do tego ratusz dorzucił pomnik rzeszowskich siatkarzy oraz darmowe przejazdy komunikacją miejską dla bezrobotnych.

Rzeszowianie wydali na wspomniany remont czołowych arterii miejskich 62 mln zł. Jeszcze więcej kosztowała „największa inwestycja komunikacyjna Częstochowy”: budowa wiaduktu, którym Aleja Jana Pawła II przeskakuje nad „jedynką”, trasą DK1. Miejscowy ratusz, wysiłkiem poprzedniej i obecnej ekipy, wysupłał na tę inwestycję 84 mln zł (w tym należałoby też uwzględnić most nad Wartą, oddany w ramach preludium we wrześniu). Z tego trzy czwarte – podobnie jak w Rzeszowie – pochodziło z funduszy UE. I tutaj napięcie stopniowano. Niektóre elementy inwestycji oddano we wrześniu, w pierwszy weekend października „roboczo” wpuszczono pierwszych kierowców, a oficjalną imprezę zaplanowano na 12 października. – Będziemy świętować i cieszyć się wraz z częstochowianami – zapowiedział okolicznościowy festyn prezydent Krzysztof Matyjaszczyk.

I tak w całym kraju: na Podkarpaciu kierowcy będą mogli wjechać na nowy odcinek autostrady, z Tarnowa do Dębicy, 7 listopada; w Kartuzach dopiero we wrześniu wpuszczono miłośników sportu na nowy kompleks boisk (choć prace zakończyły się w lipcu); w Olsztynie przebudowywana plaża miejska została oddana plażowiczom… z końcem wakacji; w powiecie rybnickim na potęgę powstają nowe wielofunkcyjne boiska, które mają zostać oddane do użytku jeszcze w tym roku; w powiecie śremskim budowa nowego szpitala zakończyła się kilka miesięcy temu. – Od pół roku szpital stoi pusty – precyzował radny powiatowy ze Śremu, Marcin Bednarz. – Wszyscy zastanawiają się, czemu to ma służyć – dodawał.

Okres wyborczy sprzyja nie tylko oddawaniu inwestycji do użytku, ale też zaczynaniu ich – lub zapowiadaniu. Na początku października władze Gdyni postanowiły przypomnieć mieszkańcom o pomyśle na gigantyczną rozbudowę śródmieścia. W ciągu dwudziestu najbliższych lat, być może z lekkim okładem, centrum miasta powinno rozbudować się dwukrotnie, od tzw. Waterfrontu począwszy, po tereny położone „w głębi” lądu. – Ten obszar został wyjęty z terenów miejskich w skutek gwałtownego rozwoju portu, który rozwijał się szybciej niż samo miasto. Jednak pierwotnie był ujęty w szkicach urbanistów jako teren przeznaczony pod funkcje miejskie – podkreślał na łamach lokalnej „Gazety Wyborczej” Marek Stępa, wiceprezydent Gdyni. Pomysł więc stary, ale jary: zwłaszcza w gorącym politycznie okresie.

Przeszarżowane kalkulacje

Trudno oczywiście potępiać lokalnych liderów, że chcą chwalić się zrealizowanymi w czasie kadencji inwestycjami. Inna sprawa, że mogą się w takiej przeliczyć. Tak stało się choćby na warszawskim Wawrze, gdzie prace na jednej z ulic zakończyły się właściwie już wiosną, natomiast przez kilka miesięcy – z niewiadomych powodów – wyremontowaną uliczką nie dało się przejechać, a na chętnych czyhali policjanci. W oczach mieszkańców sytuacja była ewidentnym dowodem na przedwyborcze kalkulacje rządzących dzielnicą polityków.

Opozycyjni radni w Warszawie pomstowali też na metro. – Październik i połowa listopada to najgorętszy okres kampanii wyborczej – podkreślał radny PiS, Jarosław Krajewski. – Władze miasta na pewno będą pokazywać dziennikarzom i radnym że budowa się udała, mimo że inwestycja opóźniła się o rok – dodawał. Cóż, pozostając przy casusie metra: ratusz zapowiada, że przetarg na wydłużenie M2 być może uda się ogłosić jeszcze w tym roku. Dobudowanie sześciu stacji (po trzy z każdej strony) mogłoby się zacząć jesienią przyszłego roku, a pociągi dojeżdżałyby na nowe stacje… z końcem 2018 r., a więc w okresie, kiedy można przewidywać kolejne wybory. Przypadek? – można by zapytać sarkastycznie. – Pewnego rodzaju manipulacja terminami może działać w dwie strony, tzn. dążyć do przyspieszenia albo opóźnienia inwestycji, by wstrzelić się w kalendarz wyborczy – komentował na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” dr Radał Chwedoruk, politolog z UW. Tyle że gdy wyborcy dostrzegą tę manipulację, z łatwością może ona się obrócić przeciw pomysłodawcom.

sobota, 01 listopad 2014 20:11

BURMISTRZ

Napisane przez

Rejowiec, miasto na Lubelszczyźnie, blisko Chełma, założył Mikołaja Rej z Nagłowic. Nic dziwnego więc, że w tej miejscowości historię traktuje się szczególnie. 14 sierpnia 2014 r., w szkole podstawowej w Rejowcu imienia – oczywiście – Mikołaja Reja, odbyła się konferencja naukowa poświęcona XIX-wiecznemu burmistrzowi, Józefowi Kossowskiemu. Ważną jej częścią była promocja opublikowanej właśnie biografii Kossowskiego – „Z Podola na Lubelszczyznę. Józef Kossowski – burmistrz Rejowca i Żółkiewki” pióra dr. Andrzeja Wawryniuka.

Niżej szeroko czerpię z tej biografii, traktując Józefa Kossowskiego jako typowego przedstawiciela pokolenia, które – przekazując pałeczkę polskości w sztafecie pokoleń – wpłynęło na naszą rzeczywistość i świadomość. Jak celnie ujął to we wstępie do wspomnianej biografii prof. Andrzej Gil, lubelski historyk, przedstawiciele tego pokolenia byli „rozdarci między poczuciem lojalności wobec utraconej Ojczyzny a narzuconą, ale w końcu realną, carską władzą, oraz między romantyczną wizją świata a koniecznością zapewnienia sobie i swoim rodzinom zwykłego, ziemskiego bytu”.

Zdaniem Gila, nie ma w historii Polski pokolenia, które byłoby tak silnie uwięzione „w paradygmacie walki o wolność bądź kolaboracji z systemem”. Można byłoby podyskutować o trudnych wyborach XX wieku…

Nasz bohater, Józef Kossowski, urodził się w okolicach Podkamienia we lwowskiem, w 1792 lub 1973 r. Przyszedł więc na świat jeszcze w wolnej Polsce. Ojciec Józefa był zawodowym oficerem Wojska Polskiego; sporo wskazuje na to, że był z Napoleonem pod Moskwą. Józef uczył się w austriackich, cesarsko-królewskich szkołach w Zbarażu i Brzeżanach, po czym w 1914 r. przeniósł się do Księstwa Warszawskiego połączonego unią personalną z Rosją. Od razu znalazł zatrudnienie w administracji jako zastępca wójta.

6 lipca 1823 r. zdał egzamin przed komisją województwa lubelskiego. Egzamin wykazał znajomość przepisów policyjnych, administracyjnych i obowiązków burmistrza. Konsekwencją tej niewątpliwej, zawodowej nobilitacji było powołanie na stanowisko burmistrza Rejowca w 1826 r. Czy oznacza to, że Józef Kossowski w wieku chrystusowym zyskał stabilizację? Niestety, nie.

Według ówczesnego podziału administracyjnego Rejowiec był miastem prywatnym, należącym do parafii Pawłów, powiatu chełmskiego, obwodu krasnostawskiego, województwa lubelskiego. Miasto nie było wielkie, w stu domach mieszkało ok. 600 osób. W mieście prywatnym burmistrz był przedstawicielem państwowej administracji, podlegał rządowej komisji wojewódzkiej. Odpowiadał za porządek, bezpieczeństwo, roboty publiczne, utrzymanie dróg, ochronę przeciwpożarową, statystykę (spisy mieszkańców, mienia, zwierząt hodowlanych), pobór podatków, paszporty i zaświadczenia. Obejmując urząd, burmistrz musiał przysiąc wierność i posłuszeństwo carowi i konstytucji „wiecznotrwałej i nieodzownej unii Królestwa Polskiego i cesarstwa Rosji”. Uzasadnione są skojarzenia z rotą przysięgi wojskowej w czasach PRL: przysięgam (…) „stać nieugięcie na straży pokoju w braterskim przymierzu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami”.

Godnym obowiązkom nie towarzyszyło godne wynagrodzenie. Jak wspominam, Rejowiec był miastem prywatnym i właściciele znosili burmistrza, narzuconego przez administrację zaborczą, jedynie z tego względu, iż był to warunek zachowania praw miejskich. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Andrzeja Wawryniuka, właścicielom nie zależało na tym statusie tak bardzo, jak mieszkańcom, szczególnie starozakonnym, którzy w ostateczności decydowali się łożyć na utrzymanie burmistrza...

Józef Kossowski był jedynym etatowym pracownikiem municypalnym w Rejowcu. Formalnie miał zarabiać rocznie 700 zł, co powinno wystarczyć na utrzymanie rodziny, gdyby te pieniądze rzeczywiście do niego trafiały. Niestety, niekiedy musiał się zadowolić otrzymaniem nie więcej, niż 400 zł rocznie. Nie starczało to na utrzymanie żony i pięciorga dzieci.

Wielokrotnie Kossowski zwracał się do zwierzchników o przeniesienie na lepszą posadę. Wydział wojewódzki podkreślał jego solidną, rzetelną, nienaganną służbę lecz… nakazywał pozostać w Rejowcu. Dopiero w lutym 1840 r. odnajdujemy Józefa Kossowskiego w Żółkiewce, na połączonym stanowisku burmistrza miasta, wójta gminy i kasjera.

Z tej zmiany, uzyskanej po latach usiłowań, nie był zadowolony. Już po trzech miesiącach pisał wnioski, by go z tej Żółkiewki zabrać. Już na początku urzędowania wszedł w kosztowny spór z właścicielami tego prywatnego miasteczka. W rezultacie, jego dochody spadły nawet poniżej skromnego uposażenia otrzymywanego wcześniej w Rejowcu. Kierował do władz wojewódzkich kolejne prośby o wsparcie i urlopy dla poratowania zdrowia, lecz nie doczekał się pozytywnej odpowiedzi – zmarł w Żółkiewce w czerwcu 1859 r.

Ot… typowe zmarnowane życie – ktoś powie, przykładając do egzystencji Józefa Kossowskiego posthistoryczne standardy. Jeśli jakość życia będziemy mierzyć poziomem spożycia, istotnie nasz bohater wypada skromnie. Jeśli jednak uwzględnimy fakt, iż całe swoje dojrzałe życie Józef Kossowski poświęcił służbie publicznej i w trudnych, ówczesnych warunkach pełnił ją, jak potrafił najlepiej,  oceniany wysoko i przez zwierzchników, i w lokalnych społecznościach – a wychował przy tym dzieci na prawych ludzi – czegóż oczekiwać więcej od losu?

sobota, 01 listopad 2014 20:09

NA TROPIE CHARYZMATYCZNEGO LOKALNEGO LIDERA

Napisane przez

Polacy darzą polityków samorządowych znacznie większym zaufaniem niż tych, którzy zasiadają w rządzie czy Sejmie. Coraz chętniej politolodzy przypominają, że przyszłość należy do lokalnych liderów: miasta są coraz bardziej samodzielne, gminy muszą szukać nowych i frapujących pomysłów na siebie – jeśli chcą przetrwać i rozwijać się, a nie pustoszeć. Nic więc dziwnego, że znaczenie programu, pomysłów i osobowości lokalnego lidera nabiera znaczenia. Jak to wygląda w Polsce?

Gdyby to burmistrzowie rządzili światem – dowodzi znany amerykański politolog Benjamin Barber – ponad 3,5 miliarda ludzi, którzy są dziś mieszkańcami aglomeracji, i wielu innych, którzy żyją na przedmieściach mogłoby żyć lokalnie i współpracować globalnie w tym samym czasie. Nastąpiłby cud obywatelskiej „glokalności”, obietnica pragmatyzmu zamiast polityki, innowacji zamiast ideologii i poszukiwania rozwiązań zamiast zabiegania o suwerenność. To taka globalna wizja powszechnej szczęśliwości, w której to przedstawiciele największych metropolii będą mieli większe znaczenie niż prezydenci i szefowie rządów państw. Gdzie globalne zgromadzenie liderów lokalnych społeczności będzie miało większe znaczenie niż ONZ czy którykolwiek z globalnych sojuszy.

Idea nie jest nowa: sygnalizowali ją już wcześniej nieco mniej medialni zachodni politolodzy, jak Bruce Katz i Jennifer Bradley w „The Metropolitan Revolution” („Metropolitalna rewolucja”) czy Vishaan Chakkrabati w „A Country of Cities” („Kraj miast”). Barber idzie dalej od nich, ale też – jako autor globalnych bestsellerów „Dżihad kontra McŚwiat” czy „Skonsumowani” – może (i musi) pozwalać sobie na więcej.

Przez kilka ostatnich lat Barber podróżował po świecie, zaglądając do gabinetów prezydentów, burmistrzów czy merów aglomeracji, wypytując ich o wizje, plany, potrzeby. W Polsce spotkał się m.in. z prezydentami Wrocławia i Gdańska, Rafałem Dutkiewiczem i Pawłem Adamowiczem. Z tych dociekań powstał obrazek, który po części znajduje częściowe potwierdzenie również w polskich realiach: miasta rosną w siłę, przeniosła się do nich właściwie połowa ludzkości. W ślad za tym do miast przenosi się też siła polityczna, a głos lokalnych polityków nabiera znaczenia. Idee teoretyczne, wszystkie te -izmy, są stopniowo zastępowane egzaminem z praktycznej umiejętności zarządzania społecznością skupioną w metropolii. Umiejętne gospodarowanie w mieście przekłada się, właściwie promieniuje, następnie na cały region.

Przykłady? Reforma konstytucyjna przeforsowana przez obecnego premiera Włoch, a wcześniej burmistrza Florencji, Mateo Renziego: utworzenie dziewięciu metroregionów, zorganizowanych wokół największych miast. Ten model ma pozwolić na uniknięcie degradacji regionów wiejskich – metropolie mają pociągnąć za sobą wieś. Barber sięga też po inny, specyficzny przykład: Detroit, symbol upadku wielkiej przemysłowej aglomeracji. – Dziś to czarna dziura – dowodził na jednym ze spotkań w Polsce amerykański politolog. – Ale dziesięć hrabstw otaczających Detroit to piąty co do zamożności obszar w USA, rozwija się. Mieszkańcy nie wyjechali do Meksyku, ale kilkadziesiąt kilometrów dalej – dodawał.

Według profetycznej wizji Barbera, świat zmierza więc ku formule miast-państw na wzór Singapuru. To już jednak fantazja, w najlepszym przypadku bardzo odległa przyszłość. Jednak to, co można stwierdzić już dzisiaj – a co dotychczasowy przebieg kampanii wyborczej w Polsce zdaje się potwierdzać – to rosnąca pozycja polityków lokalnych. Włodarze tacy jak wspomniany Rafał Dutkiewicz we Wrocławiu, Jacek Majchrowski w Krakowie czy Tadeusz Ferenc w Rzeszowie to samodzielni lokalni liderzy, którzy zbudowali sobie niekwestionowaną pozycję i popularność wśród mieszkańców, co pozwala im całkowicie uniezależnić się od centralnych układów partyjnych i bieżącej polityki na szczeblu centralnym. Jak widzieliśmy w trakcie kampanii przed listopadowymi wyborami – to partie polityczne zabiegają dziś o to, by wciągnąć ich na swoją orbitę, a nie odwrotnie. Ich władza i wpływy będą rosnąć, im więcej kompetencji będzie trafiać w ich ręce. W skali globalnej mogliby być porównywani do Michaela Bloomberga, do niedawna burmistrza Nowego Jorku, czy Klausa Wowereita – również do niedawna rządzącego Berlinem.

Rycerz na lśniącym bicyklu

Konsekwencją procesu usamodzielniania się lokalnych liderów jest coraz wyraźniejsza zmiana akcentów: na znaczeniu traci „typ” przywództwa (oparty na kształcie instytucji samorządowych), a zyskuje jego „styl” (zależny od osobistych przymiotów lidera). – Ostatnie lata przyniosły przejście od typu przywództwa zbliżonego do „modelu kolektywnego” do „modelu silnego burmistrza” – konstatowali już przeszło dekadę temu autorzy analizy „Kto rządzi gminą i jak? Lokalni liderzy polityczni w teorii i praktyce samorządów w Polsce”, Paweł Swianiewicz i Urszula Klimska. Bezpośrednie wybory osób piastujących najwyższe urzędy w samorządzie stały się miniaturą powszechnych wyborów prezydenckich – nie przypadkiem cieszących się w Polsce najwyższą frekwencją.

Widać w tym zjawisku chęć powierzania spraw miasta w ręce wyrazistych przywódców, posiadających „kluczowe umiejętności współpracy, tworzenia koalicji czy mobilizowania zewnętrznych zasobów zewnętrznych”. „Obecność lidera będącego w stanie mobilizować społeczność lokalną wymieniona została na pierwszym miejscu wśród endogennych (wewnętrznych) czynników rozwoju” – dowodziły badania przeprowadzone na przełomie wieków przez Uniwersytet Warszawski. Stąd też swoista moda na odchodzenie od kolektywnego zarządzania na rzecz „rządów silnej ręki”: bezpośrednie wybory lokalnych włodarzy wprowadziły w ciągu ostatnich kilkunastu lat m.in. Grecja, Włochy, Belgia, większość landów niemieckich, Irlandia, częściowo Norwegia i Wielka Brytania. W tym ostatnim przypadku widać specyfikę lokalnej polityki, jak na dłoni: zarówno wybrany na burmistrza Londynu w 2000 r. Ken Livingstone (pierwszy burmistrz w historii tego miasta), jak i jego następca, wybrany w 2008 r. Boris Johnson to polityczni autsajderzy. Obaj byli zbyt ekscentryczni dla politycznego mainstreamu, pierwszy dla rodzimej lewicy, drugi – dla konserwatystów.

I obaj zasłynęli z kontrowersyjnych działań: Livingston toczył batalię o wypędzenie gołębi z Trafalgar Square i legendarnych piętrowych autobusów z londyńskich ulic. Wbrew lewicowym ciągotom sprywatyzował podjął decyzję o prywatyzacji londyńskiego metra. Jednocześnie potrafił mącić w polityce zagranicznej Wielkiej Brytanii, konsekwentnie krytykując wojnę w Iraku czy przyjmując w ratuszu wenezuelskiego prezydenta Hugo Chaveza. – Jeśli będziesz głosować na konserwatystów, twoja żona będzie miała większy biust, a twoje szanse na kierowanie BMW M3 wzrosną – reklamował się z kolei Johnson. Właściciel charakterystycznej, bałaganiarskiej fryzury również nie uniknął kontrowersji – jego rządy w londyńskim ratuszu to skandal wokół wydatków z miejskiej kasy czy konflikt z szefem stołecznej policji. Ale też Johnson twardą ręką przeforsował zakaz picia alkoholu w komunikacji miejskiej, a ratusz zadbał, żeby głośno było o jego rowerowych przejażdżkach po mieście – i interwencji w obronie napadniętego na jednej z ulic filmowca (który zrewanżował się burmistrzowi, nazywając go „rycerzem na lśniącym bicyklu”).

Oczywiście, wielkie metropolie mają swoją specyfikę: tu dobry pomysł – w dobrej realizacji – może wręcz zastąpić program wyborczy. A jednocześnie tu włodarz może sobie pozwolić na więcej niż politycy zajmujący się polityką na szczeblu ogólnokrajowym. W polskich realiach ekscentryków jednak ze świecą szukać głównym lejtmotywem kampanii wyborczej jest poza „na menedżera” – politycy podkreślają swoje dotychczasowe polityczne czy biznesowe doświadczenie, zapowiadają zrobienie porządków w miejskiej kasie, na ulicach, przeforsowanie nowych inwestycji. Osobowość schodzi na drugi plan.

Jednocześnie jednak już w 2010 r. wśród kandydatów można było znaleźć „perełki”. Piotr Franaszek (PO), który wówczas startował do sejmiku województwa lubelskiego, a od niedawna jest dyrektorem Centrum Spotkania Kultur w Lublinie, zaprezentował się wyborcom na plakatach stylizowanych na wyświetlaną wówczas kolejną część przygód Jamesa Bonda (w towarzystwie wystylizowanej na „dziewczynę Bonda” Joanny Muchy). Filmowych skojarzeń nie unikał też ubiegający się ponownie o prezydenturę Olsztyna Janusz Cichoń (obecnie poseł PO), którego wsparł Krzysztof Hołowczyc i batmobil – pojazd niejakiego Batmana. „Do dalszego rozwoju miasta potrzebny jest człowiek z wizją. Potrzebni są Batman…” – dowodził lektor jego klipu – „…i Janusz Cichoń” – dorzucał zza uchylonej szyby Hołowczyc.

Na warszawskim Bemowie starli się wówczas odziany w zbroję, z mieczem w dłoni Jarosław Oborski (z ramienia PO) i rozebrana do kostiumu kąpielowego celebrytka Sara May (Wspólnota Samorządowa Nasze Miasto). Po ulicach Chorzowa szalał w seicento Rafał Przełonczkowski z PO, zza kierownicą prezentował się rapujący kandydat PiS Jerzy Zuba. Osobiście pieśń biesiadną wykonała kandydatka SLD do sejmiku województwa mazowieckiego Marta Ratuszyńska, a kandydat PSL do sejmiku województwa kujawsko-pomorskiego Paweł Sankowski promował się klipami, zawierającymi zbitkę zdjęć z wakacji oraz pościąganych z sieci kadrów rozmaitych zwierzątek w udziwnionych, przerażająco-dramatycznych pozach (wynikających z szoku na wieść o kandydaturze tego polityka).

Prezydent na prezydenta

Te próby wyróżnienia się w tłumie skądinąd podobnych – i w największych miastach, nie ukrywajmy, anonimowych – kandydatów nijak mają się jednak do realiów politycznych. Eksperci zasadniczo wyróżniają cztery modele przywództwa politycznego. Pierwszy to model psychologiczny – oparty na wybitnych, wyjątkowych cechach osobowości polityka, na charyzmie określanej jako osobisty magnetyzm lidera, skłaniający jego zwolenników do popierania go. Znacznie spokojniejszy charakter ma przywództwo interakcyjne – to raczej współzależność lidera i jego zwolenników, wspólnota ideałów lub interesów. Wyróżnia się też model sytuacyjny – oparty na awansie na pozycję lidera w wyniku nierzadko przypadkowego zbiegu okoliczności, wydarzeń, które wymagały reakcji i w których dany lider przejawił inicjatywę (skądinąd, również charyzmę). Ostatni – instytucjonalny – model to z kolei konsekwencja procedur czy decyzji politycznych, które wypchnęły kandydata do przywództwa.

Można przyjąć, że większość politycznych nominacji partyjnych w samorządach – z perspektywy wyborców, oczywiście – można by uznać za przykłady tego modelu. W ściśle teoretycznych kategoriach można by też zapewne mówić o próbie przechodzenia na model pierwszy – kiedy to partie szukają tych charyzmatycznych liderów, by w jakiś sposób pozyskać ich dla siebie.

Jak to wygląda w polskich realiach? W rankingach najbardziej wpływowych polityków w Polsce znajdziemy jedynie garstkę samorządowców. Właściwie obligatoryjnie trafia tu prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz (przypomnijmy jednak, że administrowanie najważniejszą metropolią jest funkcją wyjątkową i bywa punktem wyjścia do kariery na szczeblu ogólnokrajowym: merem Paryża był przez osiemnaście lat Jacques Chirac, burmistrzem Stambułu był wieloletni premier i obecny prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdogan, Warszawą rządził Lech Kaczyński), a także Jacek Majchrowski, Rafał Dutkiewicz czy Wojciech Szczurek. Olbrzymia większość najlepiej znanych samorządowców w Polsce to przedstawiciele przywództwa interakcyjnego lub instytucjonalnego.

Nic więc dziwnego, że większość z nich swoją charyzmę podkreśla przede wszystkim podczas otwierania nowych inwestycji czy pokazując się na imprezach organizowanych dla mieszkańców. Nieliczni próbują prezentować mieszkańcom administrowanych przez siebie jednostek jakieś wizje, które sięgałyby dalej w przyszłość, czy obejmowały coś więcej niż szereg zaplanowanych na następną kadencję inwestycji. Ale też można odnieść wrażenie, że jeśli o pierwszym wyborze na stanowisko decydują czynniki, które wpisują się w model przywództwa „interakcyjnego” i „instytucjonalnego”, to już sztuka reelekcji udaje się przede wszystkim tym, w których mieszkańcy dostrzegą „coś więcej” – jakiś rodzaj charyzmy, niezależności, wychodzenia do wyborców czy przynajmniej schlebiania ich gustom i podążania za ich nastrojami. O tym, że władza nie jest „nad gminą” lecz po to, „by osiągnąć cel”, mówiło w publikowanych przez Magazyn Samorządowy GMINA rozmowach wielu lokalnych liderów, na jednym oddechu niemalże wspominając, że ich drzwi są zawsze otwarte dla mieszkańców. Taki model przywództwa – jeśli rzeczywiście jest realizowany – Polacy zdają się coraz bardziej lubić. Nie tylko Polacy zresztą.

Na dłuższą metę oznacza to jedno: politycy chcący robić karierę w samorządach będą musieli zadbać o charyzmę – rozumianą zarówno jako umiejętność zaprezentowania swoich najlepszych cech charakteru, jak i skuteczności podejmowanych wcześniej działań, profesjonalizmu i przywiązania do miejsca, w którym się startuje. Politycy o niekwestionowanej pozycji w dzisiejszych samorządach to bowiem ci, którzy nie zdradzają się z ambicjami sięgającymi Sejmu, resortów rządowych czy stanowisk ogólnopolskich – to raczej lokalni patrioci. Oczywiście, takie umiejętności autoprezentacji niełatwo zdobyć. Dotychczasowe doświadczenia ze spin doktorami dowiodły raczej, że mogą oni wyeksponować istniejące talenty polityka niż je stworzyć.

17 milisekund na mimikę

Na pocieszenie można też dodać, że eksperci przekonują, iż charyzmy można się nauczyć. – Pamiętaj, charyzmę można zdobyć – przekonuje Olivia Fox Cabane, ceniona amerykańska ekspertka w dziedzinie szkoleń. – Jest ona rezultatem nierzadko konkretnych i określonych zachowań. Ich efektem jest zaufanie, sympatia i chęć podporządkowania się twoim radom lub poleceniom – dodaje. Kluczowe czynniki badaczka podzieliła na trzy grupy: związane z wyglądem i traktowaniem rozmówców, władczością przejawiającą się zarówno w języku ciała, jak i sposobie wyrażania się, a wreszcie… ciepłem. Kategorią może niedookreśloną, ale niewątpliwie pojawiającą się u wszystkich liderów, za którymi wiernie podążali wyborcy.

- Ludzie odczytują mimikę rozmówców w 17 milisekund. Jeśli poczują, że robią na tobie wrażenie, pokochają cię. Ale jeśli nie będziesz zwracać uwagi na to, co mówią, natychmiast to zauważą – mówi Cabane. Wówczas zapewnianie o swoim zaangażowaniu przyniesie wręcz odwrotny od oczekiwanego skutek. Oczywiście, trudno skupiać uwagę, gdy po raz „enty” słyszy się te same argumenty czy historie. Cabane doradza w takim przypadku skupienie się na odczuciach własnych palców, ewentualnie tęczówkach rozmówcy. Podobnie zresztą z władzą: rozsiadanie się przy stole (albo na nim), nogi na biurku, rozkładanie ramion – to wyrażane językiem ciała oznaki władczości. Podobnie ton i natężenie głosu, sposób wyrażania się. Ale i tu można przeholować, bowiem Cabane nie chodzi o krzyk i strofowanie podwładnych czy rozmówców, ani o „męski język” przekazu. Raczej o przebijające z nich zdecydowanie i poczucie, że wiemy, co należy robić. A kto nie zwykł demonstrować swojej władczości – może jej się nauczyć, ćwiczenie władczych zachowań z czasem wpływa na hormony.

Wreszcie najtrudniejsze: ciepło głosu i wyraz oczu. Cabane przestrzega, że nie chodzi tu o grę, nawet skupiając się wewnątrz na czymś budzącym pozytywne uczucia, uzyskamy ten efekt. Nawet siedząc naprzeciwko najtrudniejszego i najbardziej irytującego adwersarza, warto na chwilę odnaleźć w nim pozytywne cechy. Spojrzenie na niego z sympatią może pozyskać nam wielu więcej zwolenników niż najbardziej cięta riposta – a ludzie zobaczą to w oczach. Cóż, taki mamy akurat czas, w którym warto o tych poradach pamiętać.

sobota, 01 listopad 2014 20:07

BAJLANDIA: KRAINA SZCZĘŚLIWYCH DZIECIAKÓW

Napisane przez

Rozmowa ze Zbigniewem Szotą, założycielem Fundacji Aktywne Dzieciaki im. dr Henryka Jordana w Krakowie

Turnusy dla chorych dzieci i ich opiekunów, wyjazdy wakacyjne, wyposażanie sal do ćwiczeń – to tylko niektóre z zadań fundacji wspierających nasze pociechy. A jest ich tak wiele, że aż trudno wybrać tę jedną, na którą chce się przeznaczyć 1 proc. podatku dochodowego. Według danych GUS, w 2012 roku działało w naszym kraju 8,5 tysiąca Fundacji. Część z nich za cel postawiło sobie wspieranie osób chorych. Inne zajmują się prewencją. Stąd mnogość form organizacyjnych i różnorodność działań.

Jedno jest pewne. Fundacje i stowarzyszenia w swoich szeregach skupiają ludzi dobrej woli, społeczników. Zaliczane do tzw. trzeciego sektora, są od lat na stałe wpisane w mapę organizacji pozarządowych. Co roku ich przybywa. Jako lekarka z podziwem obserwuję zwłaszcza te organizacje, którym udaje się dotrzeć do dzieci i młodzieży oraz zachęcić młodych domatorów, miłośników gier komputerowych, do aktywności ruchowej na świeżym powietrzu. To przecież najlepsza profilaktyka chorób cywilizacyjnych. Jak zatem wygląda codzienność funkcjonowania „trzeciego sektora”?

ANNA OSOWSKA: Czy fundacje z taką samą łatwością zyskują darczyńców, jak podopiecznych?

ZBIGNIEW SZOTA: Jesteśmy fundacją, która funkcjonuje bez możliwości korzystania z odpisów podatku dochodowego  firm, czy przedsiębiorstw. O  taką możliwość zamierzamy dopiero wystąpić. To naturalnie zmusza nas do nieustannych poszukiwań podmiotów, bądź osób fizycznych, które jedynie z dobroci serca wspierają nasze projekty.

Od jak dawna działa Fundacja Aktywne Dzieciaki – i w jakim celu powstała?

Fundacja została zarejestrowana w grudniu 2008 r., co oznacza, że aktywnie zaczęliśmy działać dopiero w 2009 r. Jednym z celów, jakie znaleźć można w naszym statucie, jest działalność na rzecz osób niepełnosprawnych. Na tym polu współpracujemy między innymi z Pełnomocnikiem ds. Osób Niepełnosprawnych przy Prezydencie Miasta Krakowa. Inne ważne cele, jakie realizujemy, to prowadzenie i wspieranie działalności na rzecz stwarzania dzieciom i młodzieży warunków sprzyjających ich pełnemu rozwojowi fizycznemu, społecznemu i psychicznemu, czy działalność propagująca sport i kulturę fizyczną.

No to z pewnością ma pan swój pogląd na stan wychowania fizycznego w szkołach...

Przed laty prowadziłem zajęcia w szkołach i treningi w klubie jako trener korfballu i instruktor strzelectwa sportowego. Z tego, co obserwuję, niestety nadal nawet największe zaangażowanie świetnie przygotowanych nauczycieli w-f bardzo mocno ograniczane jest brakiem środków finansowych.

Są oczywiście wyjątki: np. Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 14 w Krakowie, pod dyrekcją Pani Ewy Dziekan. Nie tylko posiada wspaniały kompleks sportowy do dyspozycji młodzieży, ale i w wolnych od zajęć godzinach obiekty te są udostępniane chętnym, a pozyskane w ten sposób środki inwestuje się w kolejne projekty! Jako fundacja jesteśmy szczęśliwi, bo skądinąd to jedna z placówek, z którą mamy umowę o partnerskiej współpracy.

W jaki sposób propagujecie kulturę fizyczną? Czy łatwo jest zachęcić „dzieciaki” do aktywności?

Dzieci mają aktywność ruchową wrodzoną, trzeba im ją tylko umożliwić. My, dzięki kontaktom ze szkołami i Towarzystwem Przyjaciół Dzieci, zapraszamy młodzież do Parku, gdzie pod opieką własnych nauczycieli i opiekunów korzystają nieodpłatnie z naszej bazy sprzętowej. Do dyspozycji dzieci są bezpieczne rowerki 3- i 4-kołowe, różnorodny sprzęt pływający: rowerki wodne, motorówki, rewelacyjne łódki napędzane siłą rąk, ale z napędem kół z łopatkami. Fantastycznie rozwijają one koordynację. Mamy też uwielbiane zarówno przez dzieci, jak i dorosłych kule aquazorbing, w których w formie zabawowej, wspaniale ćwiczyć można zmysł równowagi. Mamy też oczywiście sprzęt do gier i zabaw. Dzięki współpracy z Krakowskim Szkolnym Ośrodkiem Sportowym, nauczyciele i instruktorzy KSOS również organizują niezwykle interesujące i różnorodne zajęcia dla dzieci.

Bardzo dużą frekwencją cieszą się zajęcia z psami, które realizuje nasz stały partner – „Akademia Biały Pies” Katarzyny Harmaty. Organizujemy też duże imprezy plenerowe: Integracyjny Dzień Dziecka, Dni Jordanowskie, w ramach których dzieci i młodzież grają w tenisa ziemnego, koszykówkę, rugby, uczestniczą w warsztatach plastycznych i technicznych – i wielu innych atrakcjach specjalnie dla nich przygotowanych.

Pan jest pomysłodawcą i założycielem Fundacji. Ma ona szczególny patronat.

Nasza baza znajduje się na terenie Parku założonego przez dr Henryka Jordana i noszącego jego imię. Jeszcze na etapie dojrzewania pomysłu rejestracji Fundacji nie miałem wątpliwości, kto będzie jej patronem. Dr Henryk Jordan był nie tylko lekarzem i patriotą, był też, a może przede wszystkim, wielkim społecznikiem. Jako prekursor wychowania fizycznego w Polsce i założyciel pierwszych w Europie tzw. „ogrodów jordanowskich”, pragnął stworzyć jak najlepsze warunki zdrowego rozwoju dla dzieci i młodzieży. To mógł być tylko on.

Czy Fundacja ma stałą grupę podopiecznych? W jakim rejonie działa? Aktywne dzieciaki, znaczy zdrowe?

W 1889 roku dr Jordan napisał: „Dawać zdrowie i radość poprzez gry w słońcu i na powietrzu”. Zgodnie z tym mottem, od wiosny do jesieni jesteśmy aktywni u nas w Parku Jordana, na obszarze zwanym „Bajlandia – Kraina szczęśliwych dzieciaków”.

Przyjmujemy tu oczywiście nie tylko grupy osób niepełnosprawnych. W ramach umowy z Towarzystwem Przyjaciół Dzieci, zapraszamy dzieci z świetlic pobytu dziennego. Bywanie u nas z pewnością wielopłaszczyznowo pozytywnie wpływa na stan zdrowia uczestników.

Z kim współpracujecie? Kto was wspiera?

Jednym z naszych największych partnerów jest wojsko. To dzięki wieloletniemu wsparciu 2. Korpusu Zmechanizowanego (obecnie Centrum Operacji Lądowych-Dowództwo Komponentu Lądowego), a także 6. BPD, Wojsk Specjalnych i innych jednostek Garnizonu Krakowskiego, możliwe jest przeprowadzanie wielu wspaniałych przedsięwzięć. Zawsze gotowe do wsparcia są też Policja, Straż Miejska, Szkoła Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej.

Inni partnerzy to wspomniane już Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 14 w Krakowie z klasami integracyjnymi, Zespół Szkół im. Ojca Świętego JP II w Niegowici, Krakowski Szkolny Ośrodek Sportowy z dyr. Zdzisławem Traczem na czele, czy Gimnazjum nr 48 w Krakowie. Wśród przyjaciół-współpracowników Fundacji jest też świetny zawodnik I trener koszykówki I jego Akademia – Radwansport. Bardzo cenimy sobie również współpracę z Zespołem Pieśni i Tańca „Krakowiacy” pod kierownictwem tancerza i pedagoga, dyr. Zbigniewa Terleckiego.

Jakie formy działalności preferujecie?

Przez wiele lat pracowałem najpierw w Instytucie Medycyny Fizykalnej w Austrii, a później w podobnej placówce w Niemczech. Tam poznałem nowe metody pracy – również z niepełnosprawnymi. Po powrocie do kraju postanowiłem wykorzystać te doświadczenia w działalności Fundacji. Tak powstał projekt „Aktywacja psychoruchowa dzieci i młodzieży”.

Nasza działalność nie ogranicza się jedynie do obszaru zdrowia. Olbrzymią wagę przykładamy do promocji naszego regionu, artystów i twórców Małopolski. Organizujemy koncerty, pokazy mody, wystawy rzeźby. W tym roku obchodziliśmy 100-lecie pomnika dr Jordana w naszym Parku, pod patronatem Pani Prezydentowej Karoliny Kaczorowskiej, żony śp. Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego – a więc historia i patriotyzm. Nadchodzący czas obfitować będzie w kolejne projekty w uzgodnieniu z naszymi partnerami.

Czy zmienia się grupa odbiorców działań Fundacji?

Oczywiście. Na początku działalności były to głównie grupy dzieci i osób niepełnosprawnych, jak choćby z bardzo prężnie działającej Fundacji im. Brata Alberta z Radwanowic. Obecnie, bardzo liczną grupę odbiorców stanowi młodzież szkolna, ale i – zgodnie ze statutem – inne organizacje i grupy społeczne, zarówno w ramach wsparcia, jak i działań promocyjnych, czy kulturalno-oświatowych.

Kto zasila szeregi Fundacji?

W realizacji poszczególnych projektów korzystamy ze wsparcia naszych partnerów. Bardzo cenimy sobie wolontariuszy – młodzież szkolną.

Czy aktywność fundacji trwa przez cały rok?

Zajęcia w Parku odbywają się w okresie wiosna-jesień, ale koncerty, wystawy, pokazy mody i inne projekty realizujemy przez cały rok.

A plany fundacji? Czego jeszcze nie udało się zrealizować? Co jest w toku?

Z pewnością najpoważniejszym przedsięwzięciem, którego nie udało nam się jeszcze zrealizować, jest rozbudowa naszej siedziby w Parku Jordana. Mamy wspaniałe plany przebudowy i nadzieję wkrótce pozyskać sponsora – partnera strategicznego, który udźwignie ciężar dosyć kosztownej inwestycji.

Jak oceniana jest działalność fundacji przez lokalny samorząd? Czy otrzymujecie wsparcie władz miasta?

Myślę, że najlepszą oceną jest fakt, iż co roku przechodzimy zwycięsko przez weryfikacje w konkursach zadań publicznych i otrzymujemy wsparcie finansowe, zarówno od władz miasta, jak i województwa.

Jak – jako inicjator Aktywnych Dzieciaków – po latach ocenia pan fundację? Czy udało się zrealizować wszystkie pomysły z 2008 r.?

Pomysłów nam nie brakuje, ale chyba nie ich ilość jest najważniejsza. A co do oceny, to odwołam się znowu do oceny przez innych. W maju tego roku otrzymałem medal im. dr H. Jordana – najwyższe odznaczenie przyznawane przez TPD za szczególne zasługi dla rozwoju opieki zdrowotnej i upowszechnianie kultury fizycznej wśród dzieci i młodzieży, oraz wybitne zasługi na polu rekreacji, między innymi w organizowaniu rekreacji w czasie wakacji i ferii.

Gratuluję. Co zatem przed wami? Zaczął się nowy rok szkolny. Czy oznacza to nowe propozycje dla dzieci, które chcą żyć aktywnie?

W listopadzie organizujemy niezwykle atrakcyjny koncert Zespołu Pieśni i Tańca „Krakowiacy”, oraz prezentację kolekcji mody folkowej słynnego „Podhalańskiego Versace” – Andrzeja Siekierki z Poronina. Już wkrótce realizować będziemy też kolejne projekty, o których powiadomimy we właściwym czasie.

Jakie znaczenie ma dziś Fundacja Aktywne Dzieciaki dla pana, jej założyciela? Jakim przesłaniem kieruje się Pan w swej działalności na rzecz dzieci?

Prowadzenie fundacji, której działania dostrzegają inni, jest przyjemne – choć codzienny wysiłek, jaki wkładam w jej funkcjonowanie, widzą tylko najbliżsi. Ponieważ jest to funkcja społeczna, tym bardziej cieszy mnie uśmiech szczęśliwych dzieciaków, dla których pracuję – zgodnie z przesłaniem dr H. Jordana.

Wnioskuję, że prowadzenie Fundacji jest bardzo absorbujące. Czy znajduje pan czas na inne aktywności, poza Fundacją?

Fundacja faktycznie bardzo mnie absorbuje. Mimo to znajduję jeszcze czas na członkostwo w Małopolskiej Radzie Olimpijskiej, jestem też członkiem Krakowskiego Towarzystwa Strzeleckiego „Bractwo Kurkowe”. Wracam również do większej aktywności sportowej, choć teraz już tylko rekreacyjnie.

Rzeczywiście, Aktywne Dzieciaki mają w pana osobie dobry wzorzec do naśladowania. Czego zatem można życzyć panu i fundacji?

Dla siebie pragnę jedynie nadal tyle energii, ile posiadam, a dla Fundacji – szczęśliwej realizacji ambitnych planów działania i kolejnych wspierających, dzięki którym te plany będziemy mogli zrealizować.

Może chciałby pan podać numer konta fundacji dla pragnących was wesprzeć?

Z przyjemnością. Skorzystają na tym nasi podopieczni.

FUNDACJA AKTYWNE DZIECIAKI im. dr. H. Jordana

Bank PEKAO S. A. w Krakowie, konto nr 19 1240 1444 1111 0010 2242 6984

SWIFT(BIC) PKOPPLPW

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:52

BEZPIECZEŃSTWO W PRAKTYCE

Napisane przez

Miesiąc temu przedstawiliśmy pierwsze trzy pomysły aktywizacji środowisk lokalnych na rzecz poprawy ich bezpieczeństwa – za Bankiem Dobrych Praktyk, prowadzonym w ramach  programu „Razem Bezpieczniej”.  Poniżej prezentujemy kolejne pozycje z Banku Dobrych Praktyk.

Bezpieczne imprezy masowe. Komenda Stołeczna Policji

Głównym celem projektu było zapobieganie przestępczości oraz eliminacja zachowań antyspołecznych w trakcie przeprowadzania imprez masowych w dużych aglomeracjach UE. Negatywne zjawiska społeczne, jakie towarzyszą tym imprezom, stwarzają bowiem zagrożenia dla bezpieczeństwa i porządku publicznego.

Wszystkie zaplanowane w projekcie działania skierowane były na wymianę doświadczeń oraz opracowanie nowych metod poprawy efektywności funkcjonowania służb policyjnych i innych podmiotów w zakresie zapobiegania i zwalczania przestępczości wynikającej z organizacji imprez masowych. Projekt został przeprowadzony w oparciu o seminaria w Warszawie oraz w krajach partnerskich – z udziałem ekspertów właściwych w sprawach bezpieczeństwa imprez masowych wielu instytucji rządowych, jak i pozarządowych.

Projekt przewidywał przeprowadzenie warsztatów-zajęć plenerowych, mających na celu prezentację lub symulację działań podejmowanych na rzecz bezpieczeństwa w trakcie trwania imprez masowych. Metodyka szkoleń i warsztatów dobrana została w taki sposób, żeby móc ją zastosować w każdym państwie partnerskim. Warsztaty odbywały się z obowiązkowym udziałem instytucji organizujących różnorodne imprezy masowe. W projekcie uczestniczyli policjanci z Berlina, Bratysławy i Wilna, którzy na co dzień zajmują się problematyką bezpieczeństwa, profilaktyką, rozpoznaniem i rozpracowaniem m.in. środowisk kibicowskich.

Projekt trwał dwanaście miesięcy. Seminarium i warsztaty w instytucjach wnioskodawcy i partnerów służyły jako doskonałe narzędzie ułatwiające wdrożenie zarówno samych działań, jak i mechanizmów ich doskonalenia. Po zakończeniu części szkoleniowo-warsztatowej projektu, opracowane i wydrukowane zostały materiały szkoleniowe poseminaryjne do wykorzystania w trakcie prowadzonej profilaktyki (spotkań) dla dzieci i młodzieży w zakresie właściwych postaw kibicowania oraz uświadomienia, głównie młodzieży, potencjalnych konsekwencji prawnych.

Pomocna w tym zakresie okazała się z pewnością przygotowana przez KSP strona internetowa, na której można uzyskać informacje o planowanych imprezach masowych na terenie m.st. Warszawy i miast partnerskich oraz znaleźć linki do stron organizatorów takich imprez. Rozpowszechnianie rezultatów „miękkich”, takich jak zdobyta nowa wiedza, dobre praktyki, wdrażane są we wszystkich jednostkach policji w trakcie odbywających się szkoleń oraz odpraw dotyczących przygotowań do imprezy masowej.

Rezultaty rozpowszechniane były i będą w trakcie spotkań prewencyjnych z młodzieżą, w klubach sportowych, szkołach, uczelniach. Materiały poseminaryjne zostały rozesłane do wszystkich Komend Wojewódzkich w Polsce, do klubów sportowych i innych instytucji – jako organizatorów imprez masowych. Rezultaty projektu miały niewątpliwie wpływ na podniesienie poziomu bezpieczeństwa imprez masowych oraz na podniesienie świadomości wśród potencjalnych ich uczestników.

„Pomaluj mój świat”. Kielce

Efekty akcji „Pomaluj mój świat” można było zauważyć na zniszczonych i pomazanych ścianach kieleckich ulic. Projekt realizowany został w ramach programu „Razem bezpieczniej”.

Akcja przyniosła nadspodziewanie dobry efekt w stolicy województwa, stąd pomysł, by rozszerzyć jej oddziaływanie na cały region świętokrzyski. – Akcja na pewno zachęci tę grupę młodzieży, która ma potrzebę ekspresji plastycznej. Formuła projektu zda zapewne egzamin również w miastach powiatowych i gminach miejskich, bowiem street art to sztuka nowoczesna, modna i inspirująca. Opinie mieszkańców Kielc są jednoznaczne, a szczególne zadowolenie budzi fakt, że ze ścian znikają wulgaryzmy i bohomazy – twierdzi Maciej Pańpuch, pełnomocnik wojewody ds. ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań.

Celem projektu „Pomaluj mój świat” jest przede wszystkim zmniejszenie zjawiska wandalizmu i dewastacji murów budynków miejskich, czyli bloków, szkół, urzędów wśród młodzieży w wieku od 13 do 21 lat, w tym wychowanków świetlic środowiskowych i klubów młodzieżowych. Instruktorzy mają za zadanie pokazać młodym ludziom alternatywę dla wulgarnych napisów, faszystowskich haseł czy obscenicznych rysunków. Priorytetem tego pomysłu jest pokazanie młodzieży, że ma realny wpływ na wygląd ich miasta, najbliższego otoczenia. Takie skoordynowane działania pozwolą zatem uniknąć chaosu twórczego na osiedlach i w centrum miasta.

W ramach akcji zorganizowano szereg imprez towarzyszących, między innymi konkurs „Bezpieczne Świętokrzyskie”, którego podstawowym celem była popularyzacja bezpiecznych wzorców zachowań wśród dzieci i młodzieży czy projekt „Eko sztuka miasta” – przedsięwzięcie, w efekcie którego na zniszczonych elewacjach powstały murale promujące ochronę środowiska i kontakt z przyrodą. Uznanie i dotację finansową Narodowego Centrum Kultury zyskał natomiast, organizowany wspólnie ze stowarzyszeniem „Spektrum Możliwości”, projekt „Barwy Języka Polskiego”, który polegał na stworzeniu osiemnastu grafik ściennych promujących poprawną polszczyznę w gminach województwa świętokrzyskiego. Organizowano również cykliczne akcje, w efekcie których artystyczną elewację zyskały budynki szkół, przedszkoli, przystanków autobusowych, bramy kamienic, a nawet osiedlowe śmietniki.

Inicjatywa „Pomaluj mój świat” powstała jako nieformalna grupa wolontariuszy, jednak idea szybko zyskała przychylność wojewody świętokrzyskiego, prezydenta Kielc, Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach oraz firmy „Zemax” i Składu Budowlanego „Zachęta”.

„Jeśli nadejdzie przemoc…” Lublin

Film edukacyjny „Jeśli nadejdzie przemoc...” powstał w Gimnazjum nr 18 w Lublinie ze środków Gminnego Programu Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Lublinie – jako odpowiedź na zgłaszane podczas Konferencji Dyrektorów szkół dzielnicy Wieniawa coraz częstsze akty kradzieży mienia wśród uczniów oraz akty agresji fizycznej między uczniami okolicznych szkół.

W Lublinie, z racji usytuowania szkól średnich w pobliżu Parku Saskiego, stale utrzymuje się problem dystrybucji środków uzależniających. Zjawisku temu towarzyszą również rozboje i wymuszenia, które najczęściej zdarzają w rejonie przystanków komunikacji miejskiej, Parku Saskiego oraz osiedlach zamieszkanych przez młodzież. Kolejnym problemem jest brak możliwości egzekucji administracyjnej w stosunku do rodziców uczniów uchylających się od realizacji obowiązku szkolnego. W ostatnich latach nasila się – także wśród uczniów – zjawisko agresji, które pojawia się zarówno w na terenie szkoły, jak i w środowisku zamieszkania.

Prace nad scenariuszem i realizacją filmu „Przemoc nie wybiera. Następny możesz być Ty”, podjęli nauczyciele Gimnazjum nr 18 w Lublinie w konsultacji z psychologiem Wydziału Prewencji Komendy Miejskiej Policji w Lublinie. Tekst scenariusza poprzedziły liczne spotkania z uczniami i wysłuchanie ich relacji o przeżytych sytuacjach trudnych, dotyczących kradzieży, czy też bycia świadkiem sytuacji bójki. Scenariusz filmu uzyskał pozytywną opinię Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 5 w Lublinie. W zamierzeniu autorów film ma być pomocą w prowadzeniu zajęć wychowawczych z dziećmi, a także filmem edukacyjno-prewencyjnym na temat występującego zjawiska przemocy wśród młodzieży – adresowanym do rodziców oraz osób na co dzień pracujących z dziećmi i młodzieżą. Treść scenariusza podyktowana jest autentycznymi zdarzeniami, w których uczestniczyli uczniowie Gimnazjum nr 18 w Lublinie. Prapremiera filmu odbyła się 1 czerwca 2006 r. podczas obchodów Dnia Dziecka, będącego jednocześnie w Gimnazjum nr 18 dniem profilaktyki dla 200 zaproszonych uczniów i gości.

Problemy związane z agresją i przemocą są zjawiskami częstymi w życiu uczniów. Dlatego też film profilaktyczno-edukacyjny „Jeśli nadejdzie przemoc...” ma za zadanie zapobiegać, poprzez ukazanie mechanizmu powstawania sytuacji niebezpiecznych, eskalacji tych zjawisk. Film jest bardzo atrakcyjnym dla młodzieży środkiem dydaktycznym. Składa się ze scen pokazujących niebezpieczne zdarzenia najczęściej pojawiające się w otoczeniu młodzieży, takie jak: kradzież telefonu i mienia osobistego oraz spotkanie z grupą nastolatków pod wpływem alkoholu.

Bezpośrednio po scenie przebiegającej w sposób rzeczywisty, pokazana jest scena alternatywna – ukazująca sposób uniknięcia zagrożenia wraz ze stosownym komentarzem. Uczestnictwo młodzieży w zaproponowanych scenkach o charakterze psychodramy, przekłada się na wzrost wiedzy teoretycznej uczestników, jak i poprawę umiejętności prospołecznych.

Szczególną uwagę zwrócono na sposoby zapobiegania wystąpienia problemu przemocy wśród młodzieży, dopatrując się ich w działaniach psychoedukacyjnych i treningowych, podnoszących wiedzę i umiejętności radzenia sobie w sytuacjach trudnych, poprzez atrakcyjną formę przekazu, jaką jest film. Realizowane zadanie składało się z 4 etapów:

I etap – faza koncepcyjna – prace nad scenariuszem filmu edukacyjno-prewencyjnego „Jeśli nadejdzie przemoc...”. Projekt był konsultowany pod względem merytorycznym i psychologicznym z Poradnią Psychologiczno-Pedagogiczną nr 5 w Lublinie, uzyskując pozytywną opinię, oraz Wydziałem Prewencji Komendy Miejskiej Policji w Lublinie przy wsparciu naukowym dr. Irenusza Siudema z Wydziału Psychologii UMCS w Lublinie.

II etap – przeprowadzono wśród uczniów Gimnazjum nr 18 casting na odtwórców głównych ról w filmie, ze szczególnym uwzględnieniem możliwości odtwarzania ról postaci będących ofiarami kradzieży i przemocy zainicjowanej przez alkohol. Z ośmiu uczniów, którzy zgłosili się do castingu wybrano trzech. Pozostałych uczniów mieli wybrać nauczyciele realizujący scenariusze scen filmowych. W dniu 7 listopada odbyło się spotkanie, na którym został przedstawiony zakres obowiązków nauczycieli pracujących przy realizacji filmu, jak również szczegółowo zostały omówione scenariusze scenek wchodzących w skład filmu. Przedstawione scenariusze scenek filmowych zostały poddane ocenie merytorycznej i konsultacji, której dokonał dr Ireneusz Siudem.

W tym czasie uczniowie wybrani do udziału w filmie ćwiczyli odgrywanie ról pod opieką nauczycieli przygotowujących oraz pedagoga szkolnego. Na spotkaniu 2 grudnia 2005 r. nauczyciele realizujący projekt zapoznali się z uwagami dr Siudema – dotyczącymi scenariuszy scenek i komentarza wchodzącego w skład filmu. Powyższe uwagi zostały włączone do prób filmowych i zapoznano z nimi młodzież.

III i IV etap – grupy aktorskie pod opieką nauczycieli rozpoczęły realizację poszczególnych scen na planie filmowym, zgodnie z założeniami scenariusza. Zdjęcia właściwe poprzedzone zostały zdjęciami próbnymi. Zdjęcia próbne i właściwe zostały utrwalone kamerą zakupioną w tym celu przez szkołę z środków GPP i RPA. Końcowe prace polegały na montażu materiału, zgraniu ścieżek dźwiękowych, opracowaniu i zgraniu komentarzy zgodnie ze scenariuszem. Prace te zostały zlecone prywatnej firmie.

Cele realizacji filmu to:

•             uświadomienie zagrożeń życia codziennego wynikających z nadużywania alkoholu oraz niedostatecznego zabezpieczenia własnego mienia,

•             zapoznanie młodzieży z przyczynami prowadzącymi do powstawania zjawiska przemocy oraz kradzieży mienia,

•             kształtowanie u młodzieży postaw protrzeźwościowych i proobywatelskich, ukazanie i wyuczenie młodzieży w zakresie sposobów unikania sytuacji niebezpiecznych, a także wskazanie zachowań po zaistnieniu zdarzenia – postaw właściwych.

Docelową grupą odbiorców filmu są uczniowie wszystkich klas (I-III) Gimnazjum nr 18 w Lublinie – 592 osoby.

Wymierne rezultaty realizacji zadania:

1.            zagospodarowanie czasu wolnego młodzieży – rozwijanie zdolności aktorskich,

2.            kształtowanie umiejętności radzenia sobie w sytuacjach trudnych oraz uczestnictwa w życiu społecznym,

3.            przygotowanie młodych ludzi do dojrzałych form komunikowania się i konfrontacji z trudnościami,

4.            współpraca z Komendą Miejską Policji w Lublinie i Wydziałem Psychologii UMCS Lublinie.

Systemy znakowania mienia

W programie ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej” wykorzystanie Systemu mikrocząsteczkowego zabezpieczania mienia – służącego skutecznej walce z kradzieżami – wskazuje się jako jeden ze sposobów wsparcia realizacji zadań w obszarze Bezpieczeństwo w środkach komunikacji publicznej, tj. „Wprowadzanie skutecznych metod i środków technicznego zabezpieczenia mienia (np. znakowanie elementów infrastruktury, instalowanie monitoringu wizyjnego w pojazdach i na dworcach, zapewnienie środków łączności) z jednoczesną kontrolą, np. punktów skupu metali kolorowych lub złomu w celu zlikwidowania paserstwa (np. propagowanie systemu identyfikacji mienia DNA Program)”.

System mikrocząsteczkowego znakowania jest postrzegany jako efektywne narzędzie w walce z przestępczością nie tylko na podstawie wiarygodnych statystyk kradzieży, jednoznacznie wskazujących na znaczące zmniejszenie liczby kradzieży pojazdów i innego mienia zabezpieczonego tą technologią – lecz również poprzez potwierdzenie jego skuteczności w licznie pojawiających się na przestrzeni ostatnich miesięcy rekomendacjach instytucji opiniotwórczych, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Możliwości zastosowania Systemu są praktycznie nieograniczone, a jego aplikacja metodą natryskiwania jest niezwykle prosta, ekonomiczna i nie jest czasochłonna.

System jest wykorzystywany do zabezpieczania m.in. wszelkich pojazdów, maszyn i urządzeń, dzieł sztuki, sprzętu komputerowego, mienia komunalnego, konstrukcji i maszyn budowlanych, mienia sakralnego itp. Doskonale sprawdza się w zabezpieczaniu elementów metalowych, zarówno tych wykonanych ze stali czy aluminium, jak i innych metali kolorowych. Z powodzeniem można nim zabezpieczyć elementy infrastruktury wodociągowej, kolejowej, elektroenergetycznej, jak również pompy, różnego rodzaju maszyny, w tym ciężki sprzęt wykorzystywany w górnictwie.

System, dzięki swojej prostocie i jednoczesnej wysokiej skuteczności, szybko zaczął być postrzegany jako nowa, skuteczniejsza alternatywa w walce z kradzieżami. Klej, z mikrocząsteczkami naniesionymi na przedmiot, jest łatwy do odnalezienia, gdyż świeci w promieniach lampy UV. Jest on nieusuwalny chemicznie, a wiele tysięcy zawartych w nim mikrocząsteczek naniesionych w ten sposób na zabezpieczane mienie sprawia, iż ich usunięcie staje się praktycznie niemożliwe i nieopłacalne dla złodzieja. Mikrocząsteczki są tak małe (1 mm średnicy), a ich ilość jest tak duża, iż złodziej nigdy nie będzie miał pewności, czy zdołał odnaleźć i usunąć wszystkie. Wystarczy wszak jedna taka mikrocząsteczka, na której naniesione są dane właściciela przedmiotu, aby policja mogła z całą pewnością zidentyfikować mienie i jednoznacznie stwierdzić, czy pochodzi ono z kradzieży.

Zastosowanie Systemu mikrocząsteczkowego sprawia, iż dla złodzieja wartość danego przedmiotu lub jego części spada do zera, a posiadanie skradzionego przedmiotu z mikrocząsteczkami niesie ze sobą duże ryzyko zatrzymania przez policję i postawienia zarzutów paserstwa. Kradzież w celu dalszej odsprzedaży, np. skradzionych części z samochodu, staje się tym samym dla złodzieja nieopłacalna i zbyt ryzykowna. Jedyna bezpieczna alternatywa to rezygnacja z kradzieży mienia zabezpieczonego (oznakowanego) mikrocząsteczkami. Statystyki policyjne i prowadzone badania dowodzą, iż złodzieje zwykle dochodzą właśnie do takich wniosków i rezygnują z kradzieży. Istotą działania Systemu mikrocząsteczkowego zabezpieczania jest zatem bardzo skuteczne działanie prewencyjne.

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:49

KOMITETY I TAK BĘDĄ MUSIAŁY PÓJŚĆ NA KOMPROMISY

Napisane przez

Rozmowa z dr. hab. Radosławem Markowskim,politologiem z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej w Warszawie

ANNA CEBULA: Miasto Jest Nasze, Kraków Przeciw Igrzyskom, Stowarzyszenie My Poznaniacy – jeszcze chyba nigdy w wyborach samorządowych nie startowało tylu kandydatów spoza list tradycyjnych partii. Czy to symptom kryzysu systemu partyjnego? Czy Polacy tracą zaufanie do partii politycznych?

RADOSŁAW MARKOWSKI: Takie komitety tworzą obywatele zaangażowani, czasem tacy, którzy są niezadowoleni ze stanu rzeczy, rzadziej – są nim sfrustrowani. Najczęściej ci, którym się wydaje, że odcinając logo partii politycznych, będą mieć większe szanse w wyborach.

Oni niewątpliwie chcą coś zrobić – tyle że zazwyczaj w jednej sprawie. Dlatego jestem krytykiem takiego rozwiązania, choć może w małych miejscowościach mogłoby ono mieć sens. Problem w tym, że polityka to sztuka – na im wyższym szczeblu, w tym większym stopniu – wynajdywania kompromisów między różnymi alternatywami. To zarządzanie całokształtem spraw społeczności: dwudziestoma czy trzydziestoma politykami sektorowymi, od zdrowia poprzez oświatę, na transporcie skończywszy. I na tym wszystkim trzeba się znać, umieć się odnieść, a na dodatek: umieć wybrać między potrzebami jednego a drugiego…

Co przy obecnych kłopotach budżetowych bywa trudne…

Ale na takiej zasadzie muszą działać partie polityczne wszędzie na świecie. Natomiast komitety obywatelskie są zazwyczaj nastawione na protest przeciwko działaniom partii politycznych, albo ich celem jest usprawnienie komunikacji miejskiej, czy lokalizacja wysypiska śmieci (lub jej zablokowanie). To oczywiście są ważne sprawy, ale to nie jest całokształt. I to jest główny problem, jaki możemy mieć z komitetami.

Wyborcy chyba nie mają wyczuwają tu problemu. Niezależni kandydaci już wygrywali w samorządach…

Komitety mogą wygrywać w wyborach, ale przypuszczam, że zawsze będą w mniejszości – i, prędzej czy później, będą musiały kooperować z innymi bytami politycznymi. Samoistne rządzenie, poza dotychczasowym systemem, jest możliwe w bardzo niewielu miejscach. Komitety będą zatem musiały tak czy inaczej pójść na polityczne kompromisy – z czego niewielu lokalnych aktywistów zdaje sobie chyba sprawę. I to jest drugi problem tych komitetów. Choć trudno mieć tu jakąś pewność: zjawisko jest wszakże nowe.

Czy możemy mówić, że taki kandydat „spoza układu” ma większe szanse przy urnach?

Bywa różnie – na poziomie samorządowym dokonuje się kilku wyborów: inna logika obowiązuje tam, gdzie personalnie wybiera się burmistrza, w jednomandatowych okręgach wyborczych, jeszcze inna, bardziej partyjna, na listach kandydatów do samorządowych sejmików wojewódzkich itd.

Polacy nie lubią polityków, ale Polacy nie są też i doskonałymi wyborcami czy obywatelami. Przejawiają niewielkie zainteresowanie sprawami publicznymi, nie chodzą na wybory. Niedawno, podczas uzupełniających wyborów do Senatu, w jednym z okręgów przy urnach stawiło się zaledwie sześć procent uprawnionych do głosowania. Korzystając z demokracji, niby krytykujemy polityków, ale gdyby politycy zechcieli coś powiedzieć o obywatelach, ocena byłaby nie mniej krytyczna.

Przyganiał kocioł garnkowi, czy tak?

Najlepiej widać to na poziomie ogólnonarodowym. Przy okazji wyborów parlamentarnych fala krytyki wobec polityków jest straszliwa – wybory są upartyjnione, partyjni notable zaludniają pierwsze – wybieralne – miejsca list. Ale to przecież są listy otwarte – można głosować na dowolnego kandydata z kilkunastu pozycji. Ale gdy przychodzi zagłosować, 80-90 proc. głosów pada na „jedynkę” czy „dwójkę”. Brak tu więc logiki: krytykujemy ten system, ale z drugiej strony – nikt się nie interesuje, kto jeszcze jest na listach.

Polityka wylewająca się z łamów gazet, ekranów TV, czy z internetu nie zachęca do zainteresowania. Zatem nic dziwnego, że przynajmniej niektóre komitety próbują wyborcom wmówić, że nie mają z nią nic wspólnego?

Formalnie pojawianie się takich komitetów ma cechy protestu przeciw zinstytucjonalizowanej, sformalizowanej polityce. Ale gdy wybrani członkowie komitetów zasiądą w radach, okaże się, że z tą polityką partyjną trzeba się liczyć. Zapomnieliśmy już chyba, że kiedyś także Platforma Obywatelska startowała jako taki, antypartyjny, antysystemowy byt. A w ciągu dekady stała się najbardziej scentralizowaną partią polityczną.

To naturalny proces – chcę podkreślić: nie da się inaczej. Podobne są doświadczenia wielu krajów, które przechodziły tę drogę. Poza bardzo małymi miejscowościami i bardzo specyficznymi sprawami kandydaci wybierani na bazie obywatelskich, niezależnych inicjatyw, nie dają sobie rady z kompleksowością polityki – choć mogą oczywiście wskazać istotne problemy, które wymagają naprawy.

Ale to gotowa recepta wyborcza dla kandydatów partyjnych: najlepiej na poziomie samorządowym kreować się na bezpartyjnego. Na dodatek, według badań CBOS, 60 proc. Polaków ufa politykom lokalnym – to prawie dwa razy tyle, co tych, którzy ufają politykom z Sejmu czy ministerstw!

Ot, paradoks. Samorządem jest też Warszawa: obszar metropolitarny, liczący 2,5 mln mieszkańców – więcej niż dziesięć najmniejszych krajów europejskich, jak Liechtenstein czy San Marino, razem wziętych. Samorządność na poziomie takich aglomeracji, jak warszawska czy śląska, jest zupełnie inna niż na poziomie gminy liczącej dwa tysiące mieszkańców.

Bardzo się koncentrujemy na krytyce rządów czy posłów, a ja wcale nie uważam, że ci politycy są tacy beznadziejni. Ba, wszystko to, co obserwujemy ostatnio, absolutnie potwierdzane w badaniach naukowych – to po pierwsze: jeżeli istnieje gdzieś rozpleniona korupcja i nepotyzm, to dochodzi do tego na szczeblach lokalnych i samorządowych; a po drugie – na tym szczeblu brak demokratycznych procedur. Na stanowiska w samorządach nierzadko wybierani są ciągle ci sami ludzie, obstawiający się z latami rodzinami czy przyjaciółmi – i nieusuwalni w ramach procedur demokratycznych. Oni wprowadzają do lokalnej polityki praktyki daleko odbiegające od tego, czego się oczekuje od demokracji.

Moim zdaniem, mamy więc dużo większy problem z demokracją i transparentnymi procedurami zachowań w sferze publicznej na szczeblu samorządowym niż na poziomie rządu i centralnych organów. To nowy problem, którego nie dostrzegaliśmy długie lata.

Mocne słowa. Czy tymi rozbieżnościami możemy tłumaczyć fatalną frekwencję w wyborach samorządowych – ostatnio 41 proc.?

Cóż, właśnie w tym poniekąd problem: najchętniej chodzimy na wybory prezydenckie. A nasz system – tak się składa – nie jest akurat prezydencki i polityk na tym stanowisku nie ma zbyt wiele do powiedzenia. To taki ojciec narodu, który ma pilnować, żeby nic się rodakom złego nie stało, ma tonować politykę. Oczywiście, mamy tu różne stanowiska, bo był i taki prezydent, który nie rozumiał, co jest napisane w konstytucji. Ale Polacy, z jakiegoś powodu, właśnie tego polityka lubią wybierać, a frekwencja przy tej elekcji jest znacznie wyższa niż przy innych. To wszystko jest efektem niskiego kapitału społecznego i braku zaangażowania w sprawy publiczne.

dr hab. Radosław Markowski – politolog, socjolog SWPS. Dyrektor Centrum Studiów nad Demokracją SWPS oraz kierownik Zakładu Badań Porównawczych nad Polityką w ISP PAN

Strona 2 z 10

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY