Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 77.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 52.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 48.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

Człowiek i społeczeństwo

Człowiek i społeczeństwo (128)

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:14

NOWE ROZDANIE

Napisane przez

Ledwo opadł kurz po kampanii wyborczej i zamieszaniu wokół PKW, a politycy już przystąpili do podsumowań, triumfalnych wystąpień i zapowiedzi strategicznych zmian w partiach. Nic jednak nie jest w stanie odwrócić uwagi od ewidentnego trendu: partie polityczne triumfowały wyłącznie tam, gdzie kandydaci byli anonimowymi propozycjami swoich ugrupowań – w sejmikach wojewódzkich. Tam, gdzie głosowano na konkretne nazwiska, Polacy postawili na niezależne komitety wyborcze. Trudno nam ukryć satysfakcję: to tendencja, o której pisaliśmy w poprzednich numerach Magazynu Samorządowego GMINA.

Gdyby spojrzeć na listopadowe wybory z perspektywy sejmików rządząca koalicja mogłaby mówić o gigantycznym sukcesie. Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe będzie rozdawać karty aż w piętnastu województwach: w dziesięciu urzędy marszałkowskie będą piastować politycy pierwszej z tych partii, w pozostałych pięciu – drugiej. Na Śląsku przyłączą się do rządzącego „zestawu” lokalni politycy SLD, na Opolszczyźnie Mniejszość Niemiecka. Prawo i Sprawiedliwość obroniło zaledwie jedno z województw: swój tradycyjny bastion – Podkarpacie.

- Uzgodniliśmy, że tam, gdzie jedna ze stron koalicyjnych ma największą liczbę radnych, tam otrzymuje stanowisko marszałka – cytuje Eugeniusza Grzeszczaka z PSL Portal Samorządowy. W ten sposób PSL zachowa władzę w sejmikach mazowieckim (gdzie na kolejną kadencję pozostanie Adam Struzik) i świętokrzyskim (tam stanowisko zachowa Adam Jarubas) oraz przejmie urzędy marszałkowskie w lubelskim, podlaskim i warmińsko-mazurskim.

Dotychczasowi marszałkowie z ramienia PO zachowują z kolei urzędy w zachodniopomorskim (Olgierd Geblewicz), pomorskim (Mieczysław Struk), wielkopolskim (Marek Woźniak), dolnośląskim (Cezary Przybylski), opolskim (Andrzej Buła), lubuskim (Elżbieta Polak), małopolskim (Marek Sowa), kujawsko-pomorskim (Piotr Całbecki) oraz łódzkim. W tym ostatnim przypadku obaj koalicji finiszowali „łeb w łeb”, dlatego w pierwszych dniach po wyborach nie było jeszcze jasne, kandydat której partii miałby przejąć stery władzy. Ostatecznie stanęło na tym, że stanowisko zachowa Witold Stępień. Podział władzy był jednak klarowny: gdzie jedna partia bierze urząd marszałkowski, druga desygnuje przewodniczącego sejmiku. Mechanizm zadziałał bez większych tarć.

Na tym poziomie zresztą kandydaci partyjni nie mieli sobie równych. Statystycznie na 555 radnych sejmików, jakich wybieraliśmy w ostatnich tygodniach w całej Polsce, ledwie dwadzieścia osób to politycy spoza grona członków wspomnianych czterech dominujących na ogólnopolskiej scenie politycznej ugrupowań. Już po wyborach dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej” wnioskowali, że to skutek 5-procentowego progu wyborczego, który obowiązuje w ordynacji obowiązującej przy wybieraniu radnych sejmików.

Sprowadzić działaczy na ziemię

Oczywistą niespodzianką była mocna pozycja PSL – które zebrało ostatecznie 23,68 proc. głosów. Można doszukiwać się przyczyn sukcesu – bo trzecie miejsce z takim wynikiem to zdecydowany sukces ludowców – w zmęczeniu dwiema największymi partiami na polskiej scenie politycznej i mizerią działań tej czwartej. Można podkreślać rozbudowany aparat terenowy: od ochotniczych straży pożarnych po koła gospodyń wiejskich i inne organizacje, który w ostatnich tygodniach przed wyborami został zmobilizowany i „rzucony na front”. Można też wskazywać na niedoszacowanie badań sondażowych, prowadzonych zwykle w dużych miastach, tak jakby tylko tam głosowano.

Być może w każdym z tych czynników tkwi „ziarnko prawdy”, choć mniej więcej 3-procentowe niedoszacowanie PSL tym razem okazało się znacznie większe. Faktem – i to bardziej znaczącym – jest jednak to, że Stronnictwu nie zaszkodziły ani wewnętrzne spory liderów, ani niefortunne wypowiedzi Marka Sawickiego o sadownikach, ani pozycja „przystawki” PO we władzach centralnych. Ba, teraz PSL będzie mogło znacznie wzmocnić swoją pozycję wobec koalicjanta, a także rządzić niemal co trzecim sejmikiem. Na dłuższą metę może to też oznaczać zaciśnięcie więzów między PO a PSL, w formule takiej, jaka od dekad łączy brytyjskich konserwatystów z liberałami czy niemiecką CDU z FDP (oczywiście, o ile tym mniejszym graczom udaje się uzyskać liczbę głosów pozwalającą na zawarcie skutecznej koalicji).

Zgodnie z zapowiedziami Janusza Piechocińskiego, PSL nie osiądzie na laurach. – Będę chciał sprowadzić naszych działaczy na ziemię – komentował na początku grudnia szef Stronnictwa. – W 2015 roku są wybory parlamentarne, w których kolejny raz będziemy startowali z bardzo trudnej pozycji, m.in. w wyniku pogarszającej się koniunktury zewnętrznej – dodawał. Ale do przeniesienia proporcji wyników wyborczych na szczebel centralny ludowcy musieliby przede wszystkim zdobyć się na stworzenie bardziej wyrazistego wizerunku i dookreślenie swojego stanowiska wobec wielu spraw, związanych choćby z polityką zagraniczną czy gospodarką, co do których do tej pory zachowywali milczenie lub kwitowali wymijającymi oświadczeniami. Wybory samorządowe okazały się być tą sferą, w której aparat terenowy i brak zaangażowania w najgorętsze spory „wojny polsko-polskiej” po prostu się opłaciły. W przyszłorocznych głosowaniach Stronnictwo zapewne nie powtórzy tego sukcesu.

Bezpartyjni kandydaci partii

- Pojawianie się komitetów ma cechy protestu przeciw zinstytucjonalizowanej, sformalizowanej polityce – komentował na naszych łamach trzy miesiące temu politolog Radosław Markowski. Dziś wiemy już, że to nie był protest – to była rewolucja. Na szczeblu bezpośrednich wyborów włodarzy gmin i miast elektorat urządził partiom politycznym prawdziwą jatkę. Z prowadzonych już po wyborach wyliczeń wynika, że aż 81,5 proc. zwycięzców w bezpośrednim głosowaniu pochodzi z komitetów bezpartyjnych. Oznacza to przechwycenie przez tego typu, na razie efemeryczne, byty 2017 gmin w całej Polsce. I na tym szczeblu wyraźnie zaznaczyła się dobra pozycja PSL, które zdołało utrzymać lub przechwycić władzę w 258 gminach. Potem długo, długo nic – aż mamy PiS z 124 gminami, PO (54 gminy) i SLD Lewica Razem (22 gminy).

Ba, weźmy pod uwagę fakt, że były takie regiony, w których niemal wszystkie wybieralne stanowiska powierzono politykom bezpartyjnym. W Lubuskiem było to 96,3 proc. stanowisk, na Dolnym Śląsku – 93,4 proc., na Pomorzu – 92,7 proc. Z kolei partie okazały się względnie mocne na Lubelszczyźnie, w Łódzkiem i na Mazowszu. I jeszcze jeden znaczący fakt – w większości polskich gmin nowe rozdanie kart zostało zamknięte już w pierwszej turze, co oznacza, że partyjni kandydaci nie cieszyli się nawet poparciem pozwalającym równorzędnie zawalczyć o stanowiska z tymi mniej lub bardziej niezależnymi.

Przy czym, jak już pisaliśmy na łamach Magazynu Samorządowego GMINA, „bezpartyjność” wielu kandydatów jest kwestią sporną. Na Lubelszczyźnie prezydenci zmienią się w dwóch miastach: Zamościu i Białej Podlaskiej. W pierwszym z tych miast przy urnach zwyciężyli zwolennicy lokalnego przedsiębiorcy i wydawcy prasy, Andrzeja Wnuka – nie będącego członkiem żadnej z partii, ale desygnowanego przez PiS. W Starachowicach wygrał z kolei 25-letni bezpartyjny działacz (zapowiada się na najmłodszego prezydenta w Polsce) Marek Materek. Z pozoru trudno byłoby przypisywać mu jakieś polityczne afiliacje, gdyby nie fakt, że wcześniej pracował on jako asystent regionalny europosłanki PO, Róży Thun. W Bielsku-Białej czwartą już kadencję zabezpieczył sobie prezydent Jacek Krywult – oczywiście, nie posiadający legitymacji partyjnej, za to jednoznacznie popierany przez PO i PSL.

Żółta kartka

Emocje jeszcze nie wygasły. – Są dowody na sfałszowanie wyborów – zapewniał tuż po głosowaniach Antoni Macierewicz. – Ja sam dokładnie analizowałem protokoły z wyborów do sejmiku katowickiego. One są antydatowane i różnią się 130 tysiącami głosów. Zostały sfałszowane z pewnością – kwitował. – Nie da się w nieskończoność bredzić, że nic się nie stało. Nikt nie uwierzy, że wyborcy zwymyślani od frajerów, zostali porażeni sztokholmskim syndromem ofiary i pokochali partię swojego oprawcy – sekundował mu jeden z publicystów portalu wpolityce.pl, jeszcze w połowie grudnia. – Są granice hucpy wyborczej i nie można dłużej ignorować faktu, że zostały nie tyle przekroczone, co stratowane. I to stratowane nie tylko przez pazerny PSL, lecz również przez państwo – dodawał.

Cóż, lokalni politycy PiS, którzy zdołali obronić swoje stanowiska, nie są już tak zdecydowani w swoich sądach. – Jeżeli są takie przypadki, to są sądy, jest prokuratura i one mają rozstrzygnąć czy faktycznie zaszły tam jakieś nieprawidłowości – kwitował w RDC Mariusz Orzechowski, wiceprzewodniczący rady miasta w Siedlcach. Przedstawiciele wymienionych organów udzielają z kolei jednoznacznych odpowiedzi. – Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie prowadzi żadnego postępowania w kontekście ewentualnych fałszerstw wyborczych – cytowała telewizja TVN24 oświadczenie przedstawiciela tej instytucji.

Są jednak miejsca w Polsce, gdzie wciąż trwa atmosfera niepewności. Wczesną wiosną przyszłego roku, najpewniej 15 marca, głosowanie odbędzie się w Zielonej Górze. Tam, ze względu na połączenie samorządu miejskiego z gminą podmiejską kadencja władz została przedłużona o tych kilka miesięcy. Z kolei w gminie Sosnówka na Lubelszczyźnie czterokrotny już wójt Krzysztof Bruczuk wystartował, nie mając już nawet rywali – tyle że przy urnach poparło go 46 proc. wyborców, a więc o tych kilka procent za mało. Zupełnie inna sytuacja panowała w świętokrzyskim Moskorzewie: tam wywiązała się zacięta walka czterech rywali, z których do drugiej tury przeszli Zbigniew Krzystek (faworyt) i mający już na koncie trzy kadencje Jarosław Klimek. Tyle że Krzystek w ciągu tych dwóch tygodni między I a II turą zdecydował się objąć stanowisko wicestarosty powiatu włoszczowskiego. W obu miejscowościach wybór włodarza spada więc na radnych.

Zapewnianie, że w listopadzie i grudniu mieliśmy do czynienia z kolejnym sukcesem demokracji, przy wszystkich wpadkach, jakie miały miejsce, nie byłoby usprawiedliwione. Mimo wszystko jednak, nie mieliśmy do czynienia z kryzysem demokracji. Instytucje państwa i partie polityczne mogą mówić o „żółtej kartce”. Oby wzięły ją sobie do serca.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:05

PRADZIADEK

Napisane przez

Rodzinny charakter Świąt Bożego Narodzenia uzasadnia, mam nadzieję, publikację tekstu bardziej osobistego niż zazwyczaj. Grudniową „Historię żywą” ośmielam się poświęcić mojemu pradziadkowi, a dokładniej – pewnemu Jego rękopisowi. W tym roku przypada setna rocznica wybuchu I wojny światowej, a list – który w tym artykule przytaczam – został napisany pod koniec tej wojny.

Nim przeczytacie Państwo ten tekst, będący świadectwem niezwykłej epoki, słów parę o jego Autorze. Dzięki internetowej publikacji archiwów państwowych można, nie ruszając się z fotela, prowadzić poszukiwania antenatów. Skorzystałem i ja z opublikowanych w internecie ksiąg parafii w Dąbiu nad Nerem – pod adresem http://szukajwarchiwach.pl. Wiedziałem, że mój pradziad – Antoni Świątecki, uczestnik powstania styczniowego – urodził się w tym mieście.

Dobrze, że kodeks Napoleona wprowadził polszczyznę do aktów stanu cywilnego. Dzięki temu bez problemu dotarłem aż do aktów urodzenia rodziców mojego pradziadka, Antoniego, to jest do moich prapradziadków. Byli to Jan Paweł Świątecki i Helena Świątecka z Gąsiorkiewiczów. Dzięki treści ich aktów urodzenia sięgnąć można po jeszcze jedną generację – do ich rodziców. Dzięki temu mogę wyliczyć kolejne pokolenia następująco: Szymon, syn Szymona i Tekli – Jan, syn Jana i Heleny – Antoni, córka Antoniego i Anny – Irena ze Świąteckich za Konstantym Świąteckim (tu spotkały się dwie różne linie Świąteckich: wielkopolska i mazowiecka), syn Ireny i Konstantego – Antoni żonaty z Barbarą, syn Antoniego Piotr (czyli autor tego artykułu).

Dzięki internetowej publikacji ksiąg parafialnych udało się sięgnąć daleko w przeszłość. Przecież mój pra-, pra- pradziad Szymon przyszedł na świat w 1769 roku, za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego; trwały wówczas walki Konfederacji Barskiej, Kazimierz Pułaski bronił właśnie przed Rosjanami Okopów Świętej Trójcy. Sto lat później wnuk Szymona, Antoni, z Rosjanami walczył w powstaniu styczniowym…

Oto akt urodzenia tego ostatniego, mego pradziadka Antoniego, odczytany ze skanu księgi parafialnej umieszczonego w internecie:

„Działo się w Mieście Dąbiu dnia szesnastego maja tysiąc osiemset czterdziestego czwartego roku o godzinie czwartej po południu. Stawił się Jan Świątecki obywatel rolny lat trzydzieści mający z Dąbia w obecności Józefa Rucińskiego lat pięćdziesiąt tudzież Jana Gąsiorkiewicza lat czterdzieści mających obywateli rolnych w Dąbiu zamieszkałych i okazał Nam Dziecię płci męskiej urodzone w Dąbiu dnia trzynastego bieżącego miesiąca i roku o godzinie siódmej rano z jego małżonki Heleny z Gąsiorkiewiczów lat trzydzieści liczącej. Dziecięciu temu na chrzcie świętym rano dzisiaj odbytym  nadane zostało imię Antoni a rodzicami jego chrzestnymi byli Jan Gąsiorkiewicz i Józefa Jedyńska (? - niewyraźne). Akt ten stawającemu i świadkom przeczytany a przez Nas tylko podpisany został gdyż stawający wraz ze świadkami pisać nie umieją”.

Jan Świątecki, ojciec Antoniego, był ostatnim w rodzinie, który pisać nie umiał. Urodzony 13 maja 1844 r. Antoni był już wszechstronnie wykształconym prawnikiem. Uczestniczył w powstaniu styczniowym u Padlewskiego i, podobno, również w partii ks. Brzóski (po Antonim w rodzinie już nie było „partyjnych”). Pracował jako urzędnik w magistracie kaliskim (czego potwierdzić dokumentami nie można, bo spłonęły razem z całym Kaliszem na początku I wojny światowej), później był sędzią gminnym w podwarszawskim (wówczas) Wawrze.

Zachował się jego list do nieznanego nam dziś przyjaciela napisany na półtora roku przed śmiercią, który publikuję jako interesujące świadectwo czasu odrodzenia Polski. Oto tekst tego listu z moimi przypisami, prawnuka, w kwadratowych nawiasach.

„Warszawa 4 czerwca 1917 r.

Kochany przyjacielu!!

Waszą zdaje się być zasada: dum vivo – sper [łac. „nie tracę nadziei, póki oddycham”]. Chociaż nie należę do Waszego cechu, wyznawcą jednakże tej zasady jestem i optymistą typowym, co mi pomaga znosić z pogodą ciężar dzisiejszej naszej awantury. Głosi przysłowie – dla kompanii dał się Cygan powiesić – Michałki przerobili to i powiadają – mitgefangen – mitgehangen [niem. „razem wzięci, razem zawisną”]– myśmy wprawdzie piwa nie warzyli, ale pić je musimy dla towarzystwa i głosić i wierzyć, że robimy to pro publico bono [łac. „dla publicznego dobra”].

Cięgi też wziąłem porządne. Żonisko moje przypłaciło życiem tę aferę – aptekę w Kraśniczynie pod Rejowcem Moskale spalili – zięcia Jagielskiego z żoną i 4 dzieci zabrali do Rossyi, nie mam od nich żadnej do tego czasu wiadomości – syn poniósł wskutek wojny (w aptece w Magnuszewie powiat kozienicki) na 2500 rs strat [rubel srebrem – na dzisiejsze straty  wyniosły ok. 200 tys. zł] – ja straciłem posadę sędziego gminnego w Wawrze, przy ogólnej drożyźnie – wszystko to są niby cegiełki, z których ma się odbudować Polska – więc jakże nie błogosławić losu, że mi dał sposobność brać w tem wszystkim udział. Z tą moją posadą to cała historya. Służyłem z wyboru, więc ponieważ Niemcy ogłosili, że urzędników Polaków z posad nie rugują, to byłem spokojny o siebie. Po usunięciu się Moskali pozostali w Warszawie prawnicy polscy schowali się jak ślimaki podczas burzy – po chatach –  wypłynęli zaś na scenę same chłystki i żydziuki i któryś z nich z pomocą niejakiego Szostaka skryby u landrata wszrubowali na tę posadę innego – a ja zostałem na bruku. Zwymyślałem tego mojego następcę jak burą sukę na piśmie, ale rzecz pozostała już zdecydowana na moją niekorzyść. To mnie zirytowało i naraziło na przymusową bezczynność – wymyślam więc na cały świat, że głupi, że się ludzie zabijają i kłócą o ten wiatr co na dworze wieje itd. Bo, że świat jest głupi, a żeby się ludzie zacni bili i zabijali jak pijane chłopy w karczmie na jarmarku, to byłoby naprawdę śmieszne, gdyby nie było tak bolesne. Jak w każdym sporze, tak i w tym prawda leży w środku – obie strony mają swoje słuszne racye – ale bić się o te swoje racye nie powinny. Nemo sapiens, nisi patiens [łac. „nikt nie jest mądry, jeśli nie jest cierpliwy”] – stare przysłowie i Niemcy w tym razie są winni tego, że się sprowokować dali i straci swoją cnotę starą, co się Geduld [niem. „cierpliwość”]nazywa. Spostrzegli się też pierwsi, że wpadli w zasadzkę i zatrąbili na zgodę, ale było już zapóźno. Nic się ostatecznie złego Niemiaszkom nie stało, nie stanie i stać się nie może, bo złe może nas spotkać tylko wtedy, kiedy swoją wartość stracimy – a im nikt ani rozumu, ani nauki, ani cnót obywatelskich i domowych nie zabierze i nie zaprzeczy. Mogą nawet wojnę przegrać, mogą ulec przemocy kapitału i liczby, ale narodem wielkim zostaną – bo wielkość ich nie płynie dopiero od Bismarcka, ale wypływa z mózgu Goethego, Szyllera, Kanta, Kocha, Kochera, Rankego, Bachów, i tylu innych uczonych, filozofów i genialnych ludzi na każdym terenie pracy ludzkiej. I dopóki matrony niemieckie stare cnoty domowe w synach rozwijać będą – Niemcy wielkim narodem pozostaną. Nawet ich kłopoty dzisiejsze na dobre im wyjdą, bo każde cierpienie krzepi ducha i leczy jego wady, czego dowodzą zmiany w konstytucji i łagodzenie antypolskiej polityki. Widzisz, że list mój dowodzi starej prawdy; plenus venter non studet libenter [łac. „pełny brzuch niechętnie studiuje”; „najedzonemu nauka nie idzie”]. Muszę być głodny, skoro filozofuję. Pragnę więc ażeby się to już skończyło, ażebym mógł dogryzać resztek życia z humorem i werwą tak, jak spędziłem całego poprzednie swoje życie i jak spędził je mój śp. Vater [niem. „ojciec”], który umierając żartował z sąsiadami. Jeżeli więc żyjesz i kochasz mnie jeszcze, pisz długo lub przyjedź.

Serwus Ant. Świątecki”

Pradziad mój, Antoni Świątecki, powstaniec styczniowy, były sędzia pokoju gminy Wawer, zmarł 14 grudnia 1918 r. – miesiąc i trzy dni po przejęciu władzy przez Józefa Piłsudskiego 11 listopada 1918 r., którą to datę umownie uznajemy za początek niepodległości. Duma z jego pięknego życia – naznaczonego wojenną i cywilną służbą Polsce, której niepodległością nacieszyć się już nie zdążył – łączy licznych potomków żyjących w Warszawie i okolicach. Duma ta łączy się z moralnym zobowiązaniem, aby tej pamięci sprostać.

Życząc wszystkim Czytelnikom pogodnych, pełnych radosnych wzruszeń Świąt Bożego Narodzenia namawiam do poszukiwania własnych korzeni, bowiem narody, które tracą pamięć, tracą życie…

 

Załączam rysunki 1 - 3. Są w słabej rozdzielczości, ale to się wiąże z ich sędziwością.

Oto podpisy:

1 – 1863 r. – grupa rannych powstańców; pierwszy z lewej, z laską, ranny w lewą nogę – Antoni Świątecki

2 – Wawerskiemu sędziemu pokoju przysługiwał bilet wolnej jazdy kolejki jabłonowskiej (por. tekst „Trzy koleje”, „Gmina” 11/2013 r.).

3 -  Zdjęcie z portretu Antoniego Świąteckiego wykonanego przez nieznanego malarza ok. 1910 r.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:04

RAZEM BEZPIECZNIEJ 2014

Napisane przez

Bezpieczeństwo społeczności lokalnych coraz częściej pomaga w rozumieniu bezpieczeństwa we współczesnym świecie. Ma swe bardzo ważne miejsce w ramach bezpieczeństwa wewnętrznego państwa, czy bezpieczeństwa narodowego. Społeczności lokalne mogą pielęgnować szczególne wartości i więzi społeczne, utrwalające poczucie własnej tożsamości narodowej, patriotyzmu i przywiązania do „małych ojczyzn”. Mogą jednak również hamować postęp oraz rozwój społeczny i cywilizacyjny.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych od 2007 r. koordynuje Rządowy program ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej”, którego celem jest aktywizacja i wspieranie inicjatyw lokalnych na rzecz poprawy bezpieczeństwa i porządku publicznego. Program, który w kolejnych latach wspierany jest środkami budżetowymi (kwotą 3 mln zł), ma na celu wzrost poczucia bezpieczeństwa wśród mieszkańców, zapobieganie przestępczości i aspołecznym zachowaniom, poprawę wizerunku policji i wzrost zaufania społecznego do tej służby oraz aktywizację lokalnych partnerstw różnych podmiotów działających na rzecz poprawy bezpieczeństwa i porządku publicznego.

W ramach Programu funkcjonuje m. in. Bank Dobrych Praktyk obejmujący obecnie kilkaset inicjatyw lokalnych, powiatowych, wojewódzkich i ogólnopolskich, stanowiących różnorodne przykłady realizacji jego celów. Mogą one stanowić cenną pomoc dla ewentualnych naśladowców.

W skład Zespołu wspierającego koordynację programu „Razem bezpieczniej” przez MSW wchodzą przedstawiciele kilkunastu resortów oraz wielu instytucji państwowych. Od strony administracji państwowej zapewnia to możliwość skutecznego przezwyciężania tzw. biurokratycznych barier oraz lepszego rozpoznania prawidłowości i skuteczności wydawania pieniędzy budżetowych na wsparcie różnych przedsięwzięć.

W czerwcowym numerze Magazynu Samorządowego GMINA zainicjowaliśmy cykl publikacji omawiający rządowy program „Razem Bezpieczniej”, koordynowany od 2007 r. przez MSW („Bezpieczeństwo społeczności lokalnych, czyli razem bezpieczniej” – Eugeniusz Pindel). Ten program to nasz polski wariant podejmowania, coraz ważniejszej we współczesnym świecie, problematyki bezpieczeństwa społeczności lokalnych. Oparty na budowaniu przekonania, że na ile będziemy „coraz bardziej razem” w społecznościach lokalnych, na tyle wzrastać będzie poczucie naszego w nich bezpieczeństwa. Zapowiedzieliśmy kolejne publikacje na ten temat.

W sierpniu i wrześniu prezentowaliśmy kolejne pomysły aktywizacji środowisk lokalnych na rzecz poprawy ich bezpieczeństwa („Na ile razem na tyle bezpieczniej”, „Bezpieczeństwo w praktyce”). Czyniliśmy to za Bankiem Dobrych Praktyk, prowadzonym w ramach programu „Razem Bezpieczniej”. Uważaliśmy bowiem za godne prezentowania i wspierania każde wspólne i pożyteczne działanie, które – poprawiając i rozwijając funkcjonowanie społeczności lokalnej – ma pozytywny efekt dla jej bezpieczeństwa. „Widzę – Reaguję” – to projekt  poprawy bezpieczeństwa w szkołach, realizowany  w Piotrkowie Trybunalskim. „Świeć przykładem na drodze” – dotyczy poprawy bezpieczeństwa na drogach na terenie miasta i powiatu głogowskiego. „Błękitny profil” – wychodzi z kolei naprzeciw potrzebom przeciwdziałania narkomanii. Program „Bezpieczne imprezy masowe” Komendy Stołecznej Policji obejmował współpracę z innymi unijnymi stolicami (Berlinem, Bratysławą i Wilnem), kielecki program „Pomaluj mój świat” przeciwstawiał się wandalizmowi i dewastacji murów budynków miejskich. W „Jeśli nadejdzie przemoc…” (program z Lublina) wykorzystano udział młodzieży w produkcji filmu do walki z przemocą w szkole. Zaprezentowaliśmy też system mikrocząsteczkowego znakowania mienia jako ochronę przed kradzieżami.

W naszym cyklu nie komentujemy, ani nie oceniamy konkretnych projektów, złożonych przez inicjatorów i organizatorów do Banku Dobrych Praktyk. Uważamy, że komentarze i oceny najważniejsze są na miejscu, a inicjatywy te warto wspierać i wspomagać, aby było ich coraz więcej i wpisywały się coraz lepiej w codzienność społeczności lokalnych.

Nowa jakość w obszarze bezpieczeństwa

Jednocześnie naszą uwagę zwracały podejmowane na różnych szczeblach konkretne działania koordynacyjne, które zapewne z biegiem czasu rozpędzą pożyteczny wehikuł rozpowszechniania jednostkowych działań na kolejne obszary działania. Zauważmy następujące ciekawe przykłady z ostatniego okresu na szczeblu centralnym.

Jak podaje internetowa strona programu „Razem Bezpieczniej”, autorzy najlepszych kampanii społecznych zostali nagrodzeni w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Tytuły Lidera Programu wręczył wiceminister Grzegorz Karpiński. W trakcie konferencji została także przekazana statuetka Przystanku „PaT”, którą odebrali przedstawiciele miasta-gospodarza organizującego w tym roku akcję.

– To, co Państwo robią w ramach programu „Razem Bezpieczniej”, buduje nową jakość w obszarze bezpieczeństwa. Buduje coś, co można nazwać „kulturą bezpieczeństwa”. To taki rodzaj działalności, dzięki któremu wszyscy zaczynamy rozumieć, że bezpieczeństwo nie jest tylko i wyłącznie kwestią służb. Mam świadomość, że bez współpracy odpowiednich służb, bez współpracy instytucji ze społeczeństwem, ten poziom bezpieczeństwa nigdy nie będzie zadowalający – podkreślił wiceminister Grzegorz Karpiński, otwierając konferencję.

Tytuł „Lidera programu Razem bezpieczniej” to wyróżnienie dla najlepszych realizatorów programu, które świadczy o ich aktywnym zaangażowaniu w działania na rzecz poprawy bezpieczeństwa i porządku publicznego. Liderem programu „Razem bezpieczniej” może być m.in. osoba fizyczna, prawna albo organizacja pozarządowa. W tym roku statuetki Lidera Programu otrzymali:

Dr hab. Marek Konopczyński – rektor Wyższej Szkoły Nauk Społecznych PEDAGOGIUM w Warszawie, członek Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk, twórca pojęcia „twórczej resocjalizacji”. W 2009 r. roku podpisał pierwszą w Polsce DEKLARACJĘ Akademicką pomiędzy PEDAGOGIUM i programem „PaT”, która otworzyła program praktyk studenckich w działaniach „PaT”. Zainicjował utworzenie m.in. pierwszej w kraju studenckiej grupy „PaT” PEDAGOGIUM oraz umożliwił realizację autorskich projektów resocjalizacyjnych przez liderów społeczności PaT, m.in. z warszawskimi bezdomnymi i podopiecznymi Schroniska dla Nieletnich i Zakładu Poprawczego w Falenicy. W 2013 r. był współorganizatorem konferencji otwierającej kolejną edycję kampanii społecznej „Reaguj, nie toleruj”.

Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Opolu – w latach 2010-2013 ROPS w Opolu realizował projekty dofinansowane ze środków programu „Razem bezpieczniej”. W ramach projektów organizowano bezpłatne porady specjalistów, szkolenia, upowszechniano także materiały informacyjno-edukacyjne – w tym 15-sekundowe komunikaty na monitorach w autobusach MZK pod hasłem „Przemoc to Nie-Moc”. Organizowano także spektakle profilaktyczno-edukacyjne dla szkół podstawowych klas IV-VI, np. „Nibylandia Piotrusia Pana” – dziecko w obliczu przemocy i agresji w rodzinie. Z kolei projekt „Reaguj i żyj bezpiecznie” to m.in. spektakl pt. „Pinokio na zakręcie”, który uczulał dzieci na zagrożenia w kontaktach z obcymi osobami.

Wiesława Ćwiklińska – wicekurator oświaty w Białymstoku. Od 2008 r. w ramach programu „Razem bezpieczniej” kieruje pracą grupy zadaniowej „Bezpieczeństwo w szkole”, prowadząc cykliczne narady i spotkania oraz inicjując wiele przedsięwzięć na rzecz poprawy bezpieczeństwa uczniów. Była m.in. organizatorką seminarium dla dyrektorów szkół i placówek oświatowych województwa podlaskiego „Razem o bezpieczeństwie”. Od trzech lat promuje w środowisku podlaskich szkół mediację jako sposób na rozwiązywanie trudnych sytuacji szkolnych. Była pomysłodawczynią zorganizowania dla zainteresowanych nauczycieli w Kuratorium Oświaty cyklu spotkań z mediatorem, a także konferencji regionalnych w tym zakresie. Z jej inicjatywy odbyło się wojewódzkie forum wychowawcze, w ramach którego prezentowano sprawdzone i skuteczne rozwiązania w zakresie wychowania i profilaktyki szkolnej, a następnie we współpracy z dyrektorami i samorządem lokalnym zorganizowano 10 konferencji regionalnych. Uczestniczyli w nich dyrektorzy, nauczyciele, rodzice i uczniowie oraz władze samorządowe.

Konferencja podsumowująca realizację programu „Razem bezpieczniej” odbywa się w MSW co roku. Biorą w niej udział przedstawiciele instytucji rządowych i samorządowych, a także służb i organizacji pozarządowych, zaangażowanych w realizację programu. W tym roku w konferencji wzięli udział m.in. podsekretarz stanu w MSW Grzegorz Karpiński, zastępca komendanta głównego policji nadinsp. Krzysztof Gajewski, zastępca komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej nadbrygadier Piotr Kwiatkowski, sekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej Tadeusz Sławecki i Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak.

W budżecie państwa na lata 2007-2015, w ramach rezerwy celowej, na realizację programu „Razem bezpieczniej” corocznie zabezpieczona jest kwota 3 mln zł. Od 2007 do 2014 roku dofinansowano 339 projektów na kwotę 23,680 tys. zł.

Infrastruktura zwandalizowana

27 listopada w Warszawie odbyła się konferencja „Bezpieczna infrastruktura, bezpiecznie społeczeństwo”. To już drugi rok z rzędu, gdy w ramach projektu funkcjonuje memorandum o współpracy dotyczącej przeciwdziałania kradzieżom i dewastacji infrastruktury.

W pierwszej połowie tego roku akty wandalizmu na infrastrukturze pozbawiły blisko 19 tysięcy odbiorców elektryczności, doprowadziły do około 6,7 tys. opóźnień w kursowaniu pociągów oraz do prawie 80 tys. nieczynnych usług telekomunikacyjnych. Liczba zdarzeń w tym roku jest mniejsza w sektorze energetycznym i telekomunikacyjnym, natomiast odnotowano ich wzrost na infrastrukturze kolejowej. – Mimo wszystko, działania Memorandum przekładają się w znacznym stopniu na zmniejszenie ilości kradzieży. Wynika to z zaangażowania i współpracy z Policją – powiedziała Marzena Śliz, przewodnicząca Komitetu Sterującego Memorandum oraz dyrektor w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej.

Do największych osiągnięć podpisanego memorandum można zaliczyć m.in. dokonanie zmian w ustawie o odpadach, włączenie memorandum do rządowego projektu „Razem Bezpieczniej”, zmniejszenie zdarzeń kradzieży infrastruktury telekomunikacyjnej. W ramach projektu utworzono fundację na rzecz przeciwdziałania kradzieży i dewastacji oraz wypracowano markę „Niezłomni” będącą systemem identyfikacji wizualnej dotyczącej ochrony infrastruktury. Przygotowywana jest obecnie internetowa platforma incydentów kradzieży infrastruktury, która ma zacząć działać w pierwszej połowie 2015 r.

Podczas tegorocznej konferencji podpisano list intencyjny o współpracy z SIPAM (Sichercheitspartnerschft gegen Metalldiestahl). To niemiecka organizacja zrzeszająca zarządców infrastruktury. Honorowy patronat nad konferencją objęła szefowa resortu, Teresa Piotrowska.

Priorytet dla profilaktyki

PaT to skrót od nazwy programu „Profilaktyka a Ty”: co Ty zrobiłeś w sprawie profilaktyki uzależnień? W programie znajdzie miejsce każdy, komu bliska jest myśl humanistyczna. Wartością tej inicjatywy są ludzie, którzy chcą działać dla drugiego człowieka. Autorem programu jest Grzegorz Jach – inspektor Policji (Pełnomocnik Komendanta Głównego Policji ds. promocji bezpieczeństwa publicznego). Program realizuje Zespół Edukacji na Rzecz Bezpieczeństwa Publicznego Gabinetu Komendanta Głównego Policji poprzez Impresariat PaT w Warszawie.

PaT to program: mody na życie bez uzależnień; profilaktyki rówieśniczej; dobrych wiadomości, a nie protestów; zaproszeń, a nie wykluczeń; destygmatyzacji młodzieży wykluczonej lub środowiskowo marginalizowanej; bez nagród i działania za coś; nie robienia, co się chce, ale odpowiedzialności za siebie i innych. PaT to twórcza profilaktyka w działaniu bez fikcji i ulotek. PaT nie ma charakteru akcyjności i konkurencyjności. Społeczność PaT budowana jest na relacjach łączenia środowisk, wzajemnego wsparcia, wymiany doświadczeń i twórczych prezentacji. PaT to głos młodzieży w profilaktyce uzależnień!

Główni partnerzy programu PaT: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poprzez program „Razem bezpieczniej”; Ministerstwo Edukacji Narodowej poprzez program „Bezpieczna i przyjazna szkoła”; Departament Wychowania i Promocji Obronności Ministerstwa Obrony Narodowej; Rzecznik Praw Dziecka; Straż Graniczna; Zarząd Główny NSZZ Policjantów; Miesięcznik „POLICJA 997”.

Wyższe uczelnie obecne są w programie PaT poprzez studenckie koła naukowe lub uczelniane grupy PaT (oficjalne rozpoczęcie współdziałania uczelni z programem PaT następuje z dniem podpisania Deklaracji Akademickiej. Deklarację Akademicką z programem PaT podpisały: Wyższa Szkoła Nauk Społecznych PEDAGOGIUM w Warszawie; Uniwersytet Warszawski (Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji); Uniwersytet Przyrodniczo-Humanistyczny w Siedlcach; Wyższa Szkoła Bankowa w Poznaniu (Oddział Zamiejscowy w Chorzowie); Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu (Wydział Studiów Edukacyjnych); Wyższa Szkoła Policji w Szczytnie; Państwowa Wyższa Szkoła Informatyki i Przedsiębiorczości w Łomży; Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach; Akademia im. Jana Długosza w Częstochowie; Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Koninie.

Cele programu: komunikowanie oraz inicjowanie przez zespoły specjalistów (w tym policyjnych) wspólnoty działań, skierowanych przeciwko zjawiskom patologii społecznej, opartych na innowacyjnych metodach, z zaangażowaniem młodzieżowego wolontariatu i aktywną współpracą z samorządami; zmniejszanie zjawiska uzależnień wśród młodzieży szkolnej poprzez kształtowanie aktywnych społecznie i umacnianie asertywnych postaw; inspirowanie rodziców do pogłębiania wiedzy z zakresu profilaktyki uzależnień oraz nakłanianie ich do częstej rozmowy na ten temat z własnymi dziećmi; tworzenie ogólnopolskiej społeczności, promującej wśród młodzieży modę na życie bez uzależnień.

Siedem obszarów profilaktyki

Program PaT realizowany jest  przez cały rok w siedmiu obszarach jednocześnie.

- Obszar pierwszy – działanie

Działanie PaT polega na przeprowadzeniu spotkania/szkolenia kierowanego do jednego z wymienionych adresatów: MŁODZIEŻ – działanie PaT/M (dla uczniów szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych). Działanie organizowane jest na zaproszenie lokalnego samorządu i policji (miasto/powiat/gmina). Realizacja działania PaT/M jest bezkosztowa. Wymogi logistyczne finansowane są przez samorząd; RODZICE – to działanie PaT/R (dla rodziców młodzieży szkolnej). Działanie organizowane jest na zaproszenie lokalnego samorządu i policji (miasto/powiat/gmina). Realizacja działania PaT/R jest bezkosztowa. Wymogi logistyczne finansowane są przez samorząd; LIDERZY – to działanie PaT/L (dla liderów młodzieżowych PaT w formie szkolenia z zarządzania grupą PaT). Działanie organizowane jest przez Impresariat PaT. Szkolenie liderów PaT finansowane jest z rządowego programu ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej” (MSW); NAUCZYCIELE/ANIMATORZY – PaT/E (dla nauczycieli/animatorów w formie szkolenia eksperckiego PaT). Działanie organizowane jest w porozumieniu z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Obszar szkolenia obejmuje województwa wytypowane przez MEN w danym roku kalendarzowym. Biorą w nim udział osoby dorosłe zaangażowane w różne formy pracy z młodzieżą. Uczestników szkolenia typują lokalne samorządy. Szkolenie PaT/E poprzedza spotkanie na szczeblu wojewódzkim z udziałem przedstawicieli wojewody, marszałka województwa, kuratora oświaty oraz komendanta wojewódzkiego policji. Szkolenie eksperckie PaT/E (edukacja) finansowane jest z rządowego programu „Bezpieczna i przyjazna szkoła” (MEN).

Wyraźne zróżnicowanie grup wynika z odmiennego sposobu komunikowania się z adresatem. Struktura działań PaT obejmuje następujące części: PaT/M (młodzież) – informacja o programie PaT, spektakl edukacyjno-profilaktyczny, badanie naukowe (ankieta audytoryjna) poświęcone rozpoznawaniu zagrożeń zjawiskiem narkomanii wśród uczniów, edukacja w zakresie prawa z wykorzystaniem metody dramy, rozmowa z młodzieżą na temat postaw społecznych, kampania programu PaT „NIE WSIADAM!” dotycząca prowadzenia pojazdów przez nietrzeźwych kierowców oraz film edukacyjno-profilaktyczny. Działanie PaT/M trwa 90 minut i prowadzone jest w ramach szkolnego programu profilaktycznego; PaT/R (rodzice) – informacja o programie PaT, spektakl edukacyjno-profilaktyczny, prezentacja wyników badań z działań PaT/M oraz otwarta dyskusja prowadzona z uczestnikami spotkania. Działanie PaT/R trwa 60 minut i najczęściej prowadzone jest na terenie szkoły przed wywiadówkami z rodzicami; PaT/L (liderzy) – wykłady i ćwiczenia dla młodzieżowych liderów PaT na temat zarządzania grupą rówieśniczą, kompetencji interpersonalnych oraz współpracy z oświatą, samorządem i policją. Szkolenie Ogólnopolskiego Zespołu Liderów PaT prowadzone jest dwa razy w roku. Uczestniczą w nim liderzy PaT lub ich przedstawiciele. Centralne szkolenie trwa 4 dni i dla liderów PaT jest bezkosztowe. Impresariat PaT wspiera również szkolenia lokalnych Zespołów Liderów PaT, które finansowane są przez lokalne samorządy. PaT/E (edukacja) – to szkolenie uczestniczące dla animatorów/nauczycieli, którego program obejmuje bezpośredni udział w przygotowaniu działania PaT/M oraz egzamin ekspercki PaT. Szkolenie trwa 4 dni. Kończy się zbudowaniem młodzieżowej grupy PaT, przeprowadzeniem działania PaT/M z udziałem utworzonej grupy PaT i uczestników szkolenia oraz wręczeniem certyfikatów eksperckich PaT.

- Obszar drugi – informacja

Program PaT, oprócz prezentowania działań bieżących na stronie www.pat.policja.gov.pl, promuje  wartościowe inicjatywy edukacyjno-profilaktyczne realizowane na terenie całego kraju. Program udostępnia także bazę scenariuszy profilaktycznych. Program PaT wydaje materiały informacyjne dostępne na stronie internetowej programu w formie pisanej (gazety „PaTrz!”, „ PaTosfera”,  „Przystankowicz”) i radiowej (internetowe Radio TRAP, czyli „Tematyczna Radiowa Antena Profilaktyczna”, nadająca na fali profilaktyki). Specjalną zakładkę na stronie programu stanowi galeria zdjęć oraz filmów społeczności PaT (dokument, fabuła, LipDub).

- Obszar trzeci – edukacja

To działanie zmierzające do ewaluacji i naukowego podsumowywania efektów programu, jak też służące naukowemu opracowaniu obserwacji, płynących (po 9 latach funkcjonowania programu) z setek wystawionych spektakli i towarzyszących im dyskusji z 60 tysiącami młodzieży. Dotychczas odbyły się dwie konferencje PaT: w 2007 r. w Szkole Policji w Katowicach i 2009 r. na Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach. Główny nurt tego obszaru stanowi działanie PaT/E (edukacja) prowadzone we współpracy z Ministerstwem Edukacji Narodowej, w ramach którego wydany został Poradnik Metodyczny PaT.

- Obszar czwarty – certyfikat „Wspiera nas PaT”

Certyfikat „Wspiera nas PaT” to dokument przyznawany od 2009 r. przez Impresariat programu „Profilaktyka a Ty” najciekawszym projektom profilaktyczno-artystycznym w całej Polsce. Warunkiem otrzymania Certyfikatu jest realizacja przedsięwzięcia o charakterze profilaktycznym z wykorzystaniem narzędzia sztuki. Działanie powinno być przeprowadzone z bezpośrednim, bądź pośrednim, udziałem Policji. Dotychczas Certyfikat otrzymało 16 najbardziej wartościowych inicjatyw, podjętych zarówno przez młodzież, jak też przez instytucje (wykaz wyróżnionych inicjatyw znajduje się na stronie internetowej programu). Certyfikat „Wspiera nas PaT” to wyraz uznania za zaangażowanie w twórczą profilaktykę.

- Obszar piąty – Akcja „Przystanek PaT”

„Przystanek PaT” to coroczne, ogólnopolskie spotkanie społeczności PaT z całego kraju, promującej modę na życie wolne od uzależnień. Przez pięć dni odbywają się bezpłatne warsztaty artystyczne prowadzone przez zawodowych instruktorów. Można wziąć udział m.in. w zajęciach teatralnych, kuglarskich, wokalnych, tanecznych, literackich, recytatorskich, dziennikarskich, radiowych, etnograficznych, charakteryzatorskich czy technicznych. W programie przewidziane są również warsztaty profilaktyczne, rozmowy filozoficzne, koncerty oraz spektakle w wykonaniu grup teatralnych z całej Polski. Ostatniego dnia, podczas finału Akcji, uczestnicy warsztatów prezentują efekty swojej pracy przed zaproszonymi gośćmi, mediami i lokalną społecznością.

W akcję zaangażowane są lokalne władze oświatowe, samorządowe, policja i media. Akcję „Przystanek PaT” odwiedzili obserwatorzy z Niemiec, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Portugalii, Danii i Węgier. Warsztaty artystyczne prowadzili zawodowi instruktorzy z Polski, a także ze Słowacji, Brazylii, Kuby, Izraela, Rosji i Niemiec.

Program „Profilaktyka a Ty” („PaT”) jest organizowany w ramach rządowego programu ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej”. Przystanek „PaT” to część programu „Profilaktyka a Ty”. Odbywa się raz w roku, w czasie wakacji. Trwa 5 dni, a biorą w nim udział liderzy programu, wolontariusze oraz grupy teatralne z całego kraju. Uczestnicy imprezy mogą się spotkać z ludźmi sztuki, artystami i muzykami, którzy promują idee Przystanku. Adresatami akcji są przede wszystkim młodzież i studenci, a jej cel to m.in. tworzenie ogólnopolskiej społeczności promującej wśród młodych ludzi modę na życie bez nałogów.

Głównym pomysłodawcą i organizatorem Przystanku jest Komenda Główna Policji. Akcja organizowana jest od 2006 r., od drugiej edycji patronuje jej Minister Spraw Wewnętrznych. W 2007 r. Przystanek „PaT” został wpisany do programu „Razem bezpieczniej”, a od 3 lat jest dofinansowywany z rezerwy celowej zabezpieczonej na realizację programu. Ostatni Przystanek odbył się w Łodzi. Tegorocznym miastem-organizatorem Przystanku „PaT” będzie Konin. Statuetkę Przystanku odebrali prezydent Konina Józef Nowicki oraz wielkopolski komendant wojewódzki Policji insp. Rafał Batkowski.

- Obszar szósty – PaH czyli Profilaktyka a Harcerstwo

Inicjatywę skierowaną do harcerzy wprowadzili do programu PaT koordynatorzy PaT z Sokołowa Podlaskiego. Głównym jej narzędziem jest Profilaktyczna Gra Miejska, którą przeprowadzają harcerze dla młodzieży szkół ponadpodstawowych (zakładka PaH). Projekt Profilaktyka a Harcerstwo zaprasza do współpracy każdą organizację harcerską w kraju.

- Obszar siódmy – PaTosfera

To najnowszy pomysł w programie PaT. PaTosfera trwa kilka godzin i polega na promocji społeczności PaT w centrach miast. PaTowicze zapraszają do wspólnej zabawy lokalną społeczność, promując modę na życie wolne od uzależnień.

Program „Profilaktyka a Ty” w 2007 r. został wpisany do Banku Dobrych Praktyk, a w 2011 r. otrzymał tytuł LIDERA rządowego programu ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej”. W 2009 r. Akcja „Przystanek PaT” została objęta patronatem Europejskiego Roku Kreatywności i Innowacji. W 2010 r. program PaT przystąpił do Europejskiej Kampanii w sprawie Narkotyków. W 2011 r. program PaT uczestniczył w działaniach Europejskiego Roku Wolontariatu. W 2012 r. społeczność PaT jest intensywnie obecna w działaniach Roku Korczaka.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:02

SAMORZĄD PRZYJAZNY SENIOROM

Napisane przez

13 listopada br. – w trakcie seminaryjnego posiedzenia senackiej Komisji Rodziny, Polityki Senioralnej i Społecznej poświęconego aktywizacji cyfrowej pokolenia 50 – ogłoszono wyniki konkursu „Samorząd przyjazny seniorom 2014 – przyjazna administracja” zorganizowanego przez Parlamentarny Zespół ds. Osób Starszych. Informowaliśmy wcześniej na naszych łamach o tym konkursie.

To już tradycja. Zespół parlamentarny od trzech lat ogłaszał konkursy, w których rywalizowały jednostki samorządu terytorialnego, uwzględniające w godny sposób potrzeby tej rosnącej części populacji, jaką stają się seniorzy we współczesnej sytuacji demograficznej. Przedmiotem rywalizacji był zaszczytny tytuł „Samorząd przyjazny seniorom”. We wcześniejszych konkursach rywalizowano o tytuły „Samorządu przyjaznego edukacji osób starszych i integracji międzypokoleniowej” (w 2012 r.) i „Samorządu przyjaznego seniorom 2013 – przyjaznej przestrzeni publicznej” (w 2013 r.). Przyszedł teraz czas na przyjazną administrację.

Organizujący konkursy Parlamentarny Zespół ds. Osób Starszych przyjmował świadomie szeroką, otwartą i wieloznaczną formułę tematów (tytułów) konkursów, bowiem pozwalało to na uchwycenie także takich inicjatyw, które trudne byłyby do przewidzenia przy kazuistycznym ustaleniu zakresu rywalizacji. W istocie przecież – jak można się domyślać – nie chodziło o stricte sportową rywalizację (bo też jaka może być rywalizacja Szczecina z Katowicami!), lecz o popularyzację pożytecznych pomysłów, ułatwiających życie seniorom.

W tym roku kapituła konkursu pod kierunkiem senatora Mieczysława Augustyna, przewodniczącego Parlamentarnego Zespołu ds. Osób Starszych (w jej pracach uczestniczył również naczelny redaktor PUBLICUSA, Tomasz Czajkowski) najwyżej oceniła inicjatywę z kresów zachodnich.

Pierwsze miejsce zdobyło Miasto Zielona Góra – za realizację projektu „Karta Zielonogórskiego Seniora”. Drugie miejsce zdobyły dwie, mniejsze gminy: sławna z białych serów gmina Korycin, za realizację projektu „Seniorzy w działaniu” oraz dolnośląska gmina Dzierżoniów za realizację projektu „Stworzenie warunków dla rozpowszechniania regionalnych tradycji, poszukiwania tożsamości oraz scalanie pokoleń”.

Przyznano również kilka wyróżnień specjalnych. Wyróżnienie specjalne w kategorii „współpraca z innymi samorządami, instytucjami krajowymi i współpraca międzynarodowa” otrzymał powiat żagański za realizację projektu „Nie starzeje się ten, kto nie ma czasu – Polsko-niemieckie spotkania seniorów”.

Wyróżnienie specjalne w kategorii „kompleksowość projektowanych lub wdrożonych rozwiązań” przypadło gminie Czerwonak za realizację projektu „Gminny Program Pomocy Osobom Niepełnosprawnym i Starszym Mieszkańcom Gminy Czerwonak na lata 2013-2018 ZACHOWAJ RADOŚĆ ŻYCIA”. Wyróżnienie specjalne w kategorii „rozwiązania sprzyjające integracji międzypokoleniowej” powędruje z kolei do Legnicy za realizację projektu „Centrum Seniora”.

Za trwałość zakładanych lub osiągniętych efektów wyróżniona została gmina Polkowice za realizację projektu „Mieszkania Chronione dla osób starszych”. Wyróżnienie specjalne w kategorii „partnerskie współdziałanie z instytucjami administracji rządowej, organizacjami pozarządowymi i przedsiębiorcami na etapie planowania i realizacji rozwiązań” otrzymała gmina Nysa za realizację projektu „Gmina Nysa przyjazna seniorom – seniorze, nie bój się Urzędu”.

Wypada tu napisać słów parę na temat najlepszego programu. Karta zielonogórskiego seniora jest wzorowana na programach lojalnościowych i tych, które samorządy adresują do rodzin wielodzietnych. Celem przedsięwzięcia, skierowanego do osób powyżej 50. roku życia, jest aktywizacja fizyczna i intelektualna zielonogórzan w sile wieku i jednocześnie – wytworzenie oferty zielonogórskich przedsiębiorców przeznaczonej dla beneficjentów programu. Ułatwiając seniorom dostęp do dóbr kulturalnych, sportowych i podstawowych buduje się wizerunek Zielonej Góry, jako miasta przyjaznego i otwartego dla mieszkańców. W Zielonej Górze miesza ponad 40 tysięcy osób w wieku powyżej 50 lat. Udział w programie jest, rzecz jasna, dobrowolny i zapewnia zniżki przy zakupie żywności, artykułów higienicznych, odzieży, rabaty u fryzjerów, w pralniach, przy zakupie biletów na imprezy kulturalne i sportowe, jak i również – zniżki w gastronomii. 

niedziela, 30 listopad 2014 14:57

PRZEWRÓT PO REWOLUCJI

Napisane przez

W całym kraju powstaje kilkadziesiąt tysięcy kilometrów szerokopasmowych sieci, mających zapewnić wszystkim Polakom dostęp do sieci. Ba, projekt realizowany na Mazowszu uchodzi za najambitniejszy w Europie pod względem skali. Problem leży jednak gdzie indziej: internet „z kabla” w najbardziej rozwiniętych krajach zaczyna uchodzić za rozwiązanie przestarzałe. Na tapecie są rozwiązania, które pozwolą łączyć się z siecią bezprzewodowo, z każdego miejsca, za darmo.

- Bez podnoszenia naszych zdolności informatycznych nie będziemy konkurencyjni – podkreślał pod koniec września nowy minister administracji i cyfryzacji, Andrzej Halicki. – To nie jest tylko kwestia edukacji w szkołach. Na pewno bardzo ważnym elementem jest kształcenie specjalistów, ale szkolnictwo wyższe, szkoły techniczne powinny mieć wsparcie, żeby ludzie nie szukali pracy za granicą, tylko żeby mogli być zagospodarowani tu u nas w kraju, by mieli możliwość dobrego startu w zawodowe życie – dodawał. Wśród swoich priorytetów wymienił m.in. Narodowy Plan Szerokopasmowy, zapowiadając też analizę występujących dotychczas opóźnień w jego realizacji.

Trudno się z tym nie zgodzić: nowoczesna gospodarka opiera się dziś w sporej mierze na obecności w sieci. Do internetu przenoszą się całe branże, konsumenci robią tam coraz większe zakupy, coraz większej palety produktów. Na rynek zaczyna wchodzić pokolenie przyrośnięte – niemalże – do swoich urządzeń mobilnych. Odcięcie od sieci oznacza dla przedsiębiorców znacznie większe ryzyko plajty, a odcięcie od sieci mieszkańców – brak dostępu do informacji, zarówno tej klasycznie rozumianej, jak i tej potrzebnej im jako konsumentom (nie mówiąc już o przyszłości e-administracji).

Na szczęście, ostatnie lata to marsz w stronę społeczeństwa informatycznego. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego na 2014 rok wynika, że w niemal 10 milionów gospodarstw domowych w kraju (77 proc.) stoi już komputer, a niewiele mniej – 74 proc. – jest już podłączonych w ten czy inny sposób do internetu – innymi słowy trzech na czterech Polaków może korzystać z możliwości, jakie tworzy sieć. Oczywiście, w Polsce występują pod tym względem różnice geograficzne – najwięcej gospodarstw domowych z komputerami oraz z podłączeniem do internetu jest na Pomorzu (odpowiednio 85,4 proc. i 83,1 proc.), najmniej komputerów w domach znajdziemy w Lubuskiem (70 proc.). Mimo to eksperci podkreślają, że dysproporcje regionalne powoli się zacierają.

Nieco gorzej z, nazwijmy to, różnicami „jakościowymi” – przez co możemy rozumieć sposób wykorzystania internetu na co dzień oraz paletę urządzeń, które są do sieci podłączone. W biedniejszych regionach, czy mniejszych ośrodkach, mieszkańcy nierzadko rezygnują z dostępu do sieci lub używają jej do najprostszych zadań: odbierania poczty elektronicznej, ewentualnie dokonania zakupów w którymś z najbardziej znanych serwisów. Barierą bywa wiek – niewątpliwie, starsze pokolenie podchodzi do sieci z większą nieufnością, odstraszają zarówno techniczne ograniczenia i konieczność nabycia nowych kompetencji, jak i wylewający się z sieci potok treści tworzonych przez internetowych „trolli” czy „haterów”, pornografia, zacietrzewienie twórców części blogów czy serwisów informacyjnych, duża ilość treści obscenicznych. Mimo to dane GUS nie pozostawiają wątpliwości: rewolucja internetowa może być pełzająca, ale jest nieuchronna.

Z autostrady w drogę gminną

Na początku listopada polsko-koreańskie Konsorcjum Firm KT podsumowało postępy prac nad projektem Internet dla Mazowsza (IDM). Z informacji mazowieckiego urzędu marszałkowskiego wynika, że do końca października wykonano już 40 proc. prac budowlanych i projektowych, a do końca roku – jeśli nie nastąpią nieprzewidziane opóźnienia – zrealizowane będzie 60 proc. inwestycji (prace projektowane mają zostać zrealizowane w 99 proc.). Zakończenie przewiduje się na październik przyszłego roku.

Imponujące tempo, ale też imponujący projekt. Opiera się on na planie wybudowania na terenie Mazowsza światłowodowej sieci szkieletowo-dystrybucyjnej, od której poszczególni operatorzy mogliby przeprowadzić własne „kable” do indywidualnych gospodarstw domowych. To łącznie 3680 km sieci, z 42 węzłami szkieletowymi, 4 – technicznymi oraz 308 – dystrybucyjnymi. – Na Mazowszu wiele miejscowości jest wciąż pozbawionych dostępu do szybkiego, szerokopasmowego internetu – tłumaczył założenia IDM w rozmowie z Portalem Samorządowym marszałek Mazowsza, Adam Struzik. – Chcemy wyeliminować białe plamy i stworzyć wszystkim mieszkańcom równe szanse w dostępie do internetu – dodał.

Nie ujmując niczego realizowanemu na Mazowszu projektowi – to jedynie wycinek ogólnokrajowego zrywu cyfryzacyjnego. W Polsce buduje się obecnie kilkadziesiąt tysięcy kilometrów sieci szerokopasmowych, w olbrzymiej mierze jeszcze w oparciu o fundusze unijne z perspektywy finansowej na lata 2007-2013. W większości prace te mają dobiec końca w przyszłym roku. Przykładowo, we wspomnianym już województwie lubuskim – regionie, gdzie najrzadziej w Polsce trafimy na komputer w gospodarstwie domowym – do tej pory zbudowano 1449 km sieci szerokopasmowych za 152 mln złotych. Niemal tyle samo (156 mln zł) wydały władze województwa pomorskiego na wybudowanie 1818 km sieci – a w sumie całość przedsięwzięcia zamknie się w przeszło 2100 km kabli.

Dorzućmy do tego projekty realizowane w Wielkopolsce – tam, za 410 mln złotych, powstanie okablowanie łącznej długości 4,5 kilometrów (w sumie więcej niż na Mazowszu, choć w rozbiciu na kilka projektów). W Małopolsce inwestycja warta 193 mln złotych ma zaowocować siecią długości 2,9 tys. kilometrów. Na Dolnym Śląsku znajdziemy jeszcze kolejne 1,8 tysiąca kilometrów świeżo położonego kabla (215 mln złotych), w Łódzkiem – 1,2 tys. km, na Zachodnim Pomorzu skromniej: 655 kilometrów sieci szerokopasmowej (za 116 mln zł). Listę mogłoby zamknąć województwo kujawsko-pomorskie, z 71 km sieci, budowanej za 55 mln złotych. Tak czy inaczej, jak widać, w projekty wpompowano już miliardy złotych – i to wcale nie musi być koniec.

W powszechnym opisie sieci szkieletowe porównuje się tu do autostrad, od których „drogi lokalne” (w żargonie specjalistycznym nazywane „last mile”, „ostatnią milą”), czyli poszczególne przyłącza, budować będą już dostawcy usług internetowych – jak w opisanym wyżej przypadku Mazowsza. Jednak powstanie autostrad nie oznacza automatycznie, że znikną wszystkie „białe plamy” z oświadczenia marszałka Struzika. Mogą się bowiem pojawić miejsca na tyle odosobnione i słabo zaludnione, że lokalni operatorzy (czy dostawcy usług) uznają, że „przyłączanie” takich gospodarstw jest ekonomicznie nieuzasadnione. Na takie sytuacje Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji chce wyasygnować miliard euro w ramach pierwszej osi projektowanego Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.

Internet emitowany z drona

Pytanie tylko, czy ta rewolucja nie następuje zbyt późno. – W ramach naszych prac nad połączeniem całego świata z internetem, pracujemy nad sposobami emitowania sygnału z nieba – ogłosił kilka miesięcy temu na swoim blogu Mark Zuckerberg, założyciel Facebooka. – W naszym Connectivity Lab powstają projekty budowy dronów, satelitów i laserów, które pozwoliłyby dostarczyć internet każdemu człowiekowi na globie – zapowiadał buńczucznie.

Teoretycznie, można byłoby bajania młodego miliardera między bajki włożyć – gdyby nie fakt, że za wspomnianym Connectivity Lab stoją mózgi byłych ekspertów NASA Jet Propulsion Lab czy Ames Research Center, a więc renomowanych laboratoriów badawczych, w których powstała niejedna „kosmiczna” technologia. Jeden z szefów prowadzonego w Connectivity Lab projektu twierdzi, że założenie opiera się na skonstruowaniu dronów wielkości samolotów pasażerskich, które wzbiłyby się ponad ziemską atmosferę i pozostawały tam miesiącami, zasilane energią słoneczną. Pierwsze próbne loty mają odbyć się już w przyszłym roku. I jeśli ktoś chce podważać determinację i możliwości Facebooka w tym zakresie – może być zaskoczony. Tylko na przejęcie popularnego komunikatora internetowego WhatsApp firma wydała znacznie więcej niż Polska zainwestowała w sieci szerokopasmowe: przeszło 19 miliardów dolarów.

Oczywiście, bezprzewodowy internet a la Facebook może być odległą przyszłością, ale sama koncepcja darmowego „pokrycia” przestrzeni publicznej bezprzewodowym internetem – jest teraźniejszością. Co więcej, metropolie światowe zaczynają się prześcigać w dostarczaniu mieszkańcom i turystom coraz większych możliwości w tym zakresie. W zestawieniu miast, które w tej dziedzinie poszły najdalej znajdziemy, rzecz jasna, gigantów: Paryż, Nowy Jork, Hong Kong. Ale są też i mniejsze ośrodki – takie jak Helsinki, australijskie Perth, Makau, Florencja czy Tel Awiw. Może warto właśnie tam poszukać odpowiedzi, jak w przyszłości będzie wyglądać dostęp do internetu i czego zapewne oczekiwać będą mieszkańcy w nadchodzących latach?

Inna sprawa, że „Polacy nie gęsi” – np. w gminie Drezdenko od półtora roku przeszło dwie trzecie mieszkańców ma dostęp do bezprzewodowej – i bezpłatnej – sieci Wi-Fi. Jedynym utrudnieniem była konieczność ponownego logowania się do sieci po godzinie użytkowania. – Taka konfiguracja wynika z regulacji Urzędu Komunikacji Elektronicznej – tłumaczył, gdy uruchomiano sieć, Bartłomiej Głogowiec z Urzędu Miasta. Na projekt ten ratusz wydał 3,2 mln złotych – i w całości były to fundusze uzyskane z funduszy unijnych.

O tym, że publiczne sieci hot-spotów – punktów dostępu – nie muszą być domeną wielkich miast, przekonują również inne przykłady: Piaseczno, Puck, Włoszczowa, Mrozy, Kock. Inny sposób znalazły władze województw pomorskiego i warmińsko-mazurskiego, które inwestują w wyposażone w bezprzewodowy internet wagony kolejowe, licząc, że w nowej perspektywie finansowej UE (w której jednym z priorytetów jest rozbudowa m.in. infrastruktury kolejowej) będzie znacznie łatwiej sfinansować takie inwestycje.

Tak czy inaczej, właśnie nowe rozdanie unijnych środków może sprzyjać podobnym inwestycjom. Warto się im przyglądać, choćby z tego względu, że to nieunikniona przyszłość. A im szybciej zaczniemy drugą, tym razem bezprzewodową, rewolucję – tym lepiej.

niedziela, 30 listopad 2014 14:57

ROZWAŻANIA WYBORCZE

Napisane przez

Listopad to miesiąc, w którym trudno nie odnieść się do zagadnienia wyborów samorządowych. Przy czym chciałbym dziś przede wszystkim podzielić się tym, co przy okazji tegorocznej kampanii wyborczej mnie irytuje.

W szczególności  nie odpowiada mi tendencja do popadania w skrajności. Z jednej strony spotykamy przesadną własną promocję samorządowych włodarzy. Z drugiej, propozycje systemowych rozwiązań ograniczających możliwość wieloletniego kierowania samorządami. Odnieść można wrażenie, że niektórzy lokalni politycy nie potrafią podchodzić do działalności samorządowej w sposób merytoryczny i wyważony, bez przekraczania granicy przyzwoitości.

O inwestycjach i kiełbasie

Za naturalne przyjmujemy dziś fakt, że większość planowanych przez samorządy przedsięwzięć ma swój finał w roku wyborczym. Jest to poniekąd uzasadnione procesem inwestycyjnym. Wiadomo, że inwestycje należy zaplanować, zdobyć fundusze, zaprojektować oraz zrealizować. Większości  przedsięwzięć nie da się zrealizować w okresie roku czy dwóch. Szczególnie tam, gdzie można spotkać bogate walory środowiskowe. Tak więc przyzwyczailiśmy się, że w okresie przedwyborczym w coraz to kolejnych zakątkach kraju przecinane są wstęgi, następują przemowy, zapraszane są media. Ale trudno mi przejść do porządku, gdy spotykam się z bezwzględnym wykorzystywaniem samorządowych pieniędzy bezpośrednio do prowadzenia kampanii wyborczej przez piastujących urząd samorządowców.

W pewnej bardzo malowniczej gminie, niecałe dwa tygodnie przed datą wyborów samorządowych, w skrzynkach pocztowych mieszkańców pojawiło się przygotowane „na bogato”, kolorowe wydawnictwo mające na celu poinformowanie wyborców o sukcesach odniesionych w ramach działalności samorządowej w ostatnich czterech latach. W tym dość obszernym wydawnictwie nie brakuje zdjęć i opisów zrealizowanych inwestycji, programów i innych przedsięwzięć. Oczywiście, głównym bohaterem większości zagadnień poruszanych w jego treści jest dotychczasowy wójt i jego najbliżsi współpracownicy. Porażek nasi bohaterscy samorządowcy, oczywiście, nie ponieśli żadnych, jeśli skupimy się wyłącznie na otrzymanym w prezencie wydawnictwie. A jeżeli coś nie wyszło, to przecież oczywiste, winne jest otoczenie zewnętrzne.

Niestety, co trzeba stwierdzić, przypadek wspomnianej gminy nie jest odosobniony. Na wszystkich szczeblach samorządu przedstawiciele władz w ramach swoich budżetów mają zaplanowane środki na promocję. Promocję gminy, powiatu czy województwa. W kontekście tych wydatków należy zastanowić się nad jedną z najważniejszych zasad, o których należy pamiętać, gdy prowadzimy gospodarkę środkami publicznymi. Myślę w tym miejscu o zasadzie celowości wydatkowania środków publicznych, która obok zasady oszczędności stanowić powinna fundament podejmowania decyzji w sprawie kierunków oraz metod stosowanych przy wydatkowaniu publicznego grosza.

Celowość wydatkowania środków publicznych należy rozumieć bardzo ściśle, to nie celowość rozumiana uniwersalnie. To zasada uwarunkowana funkcją, czy należało by rzec – misją sektora publicznego. A ta związana jest ściśle z zabezpieczeniem interesu publicznego. Przy czym interes publiczny nie może być rozumiany instytucjonalnie. Co oznacza, że sam fakt wydatkowania środków publicznych przez instytucję publiczną nie oznacza, iż niejako z definicji realizowane jest zaspakajanie potrzeb publicznych. A tym samym – nie oznacza realizacji zasady celowości w rozumieniu zasad obowiązujących na gruncie sektora publicznego.

O koparce i reklamie

Pozwolę sobie przytoczyć historię opowiedzianą mi przez pewnego doświadczonego finansistę, który jako członek komisji w sprawie naruszenia dyscypliny finansów publicznych w latach 90. ubiegłego stulecia zetknął się z przypadkiem, gdy wójt gminy kupił za pieniądze publiczne koparkę. Można zapytać, po co gminie – a raczej wójtowi gminy – koparka. Otóż brat wójta miał firmę budowlaną i okazało się, że koparka była mu potrzebna do realizacji kolejnego zlecenia.

Czy w tym przypadku można mówić o celowości zakupu? Patrząc z perspektywy celowości ocenianej według uniwersalnych kryteriów odpowiedź brzmi: tak. To był celowy zakup. Trudno bowiem nie pomóc bratu w potrzebie. Tyle, że jeśli przyglądniemy się temu incydentowi z punktu widzenia celowości w rozumieniu zasad zawartych w przepisach o finansach publicznych, to o celowości wydatku raczej nie ma mowy. Oczywiście, w tej konkretnej sprawie więcej do powiedzenia miał zapewne prokurator niż komisja orzekająca o naruszeniu dyscypliny finansów publicznych.

Ale wracając do realiów wyborczych i dokonywania wydatków promocyjnych – chciałbym zadeklarować, że nie jestem przeciwnikiem prowadzenia działalności promocyjnej przez samorządy. Jednak w mojej ocenie promocja gminy, powiatu czy regionu ma sens wówczas, kiedy jest kierowana do odbiorcy zewnętrznego. Kiedy w ogólnopolskiej telewizji oglądam spoty przygotowane przez województwo świętokrzyskie czy dolnośląskie, to zdaję sobie sprawę, że celem takich działań jest pokazanie walorów tych regionów potencjalnemu klientowi, który jako turysta albo nawet przedsiębiorca, zdecyduje się je odwiedzić i zostawić trochę, a może i trochę więcej, swoich pieniędzy. Regiony czy duże miasta reklamują się także w mediach ogólnoświatowych. I taki rodzaj reklamy uważam za uzasadniony i godny polecenia.

Zupełnie jednak nie broni się z punktu widzenia zasady celowości określonej w przepisach o finansach publicznych reklama wewnętrzna. A wiec wydatkowanie środków na działania, które maja na celu przekonanie mieszkańców województwa do walorów regionu, w którym mają przyjemność mieszkać. Podobnie rzecz wygląda w przypadku powiatu czy gminy. Ten rodzaj działań tak naprawdę nie ma na celu promocji gminy, powiatu czy województwa. Ten rodzaj reklamy służy promocji wójta czy zarządu jednostki samorządu terytorialnego. Co, podobnie jak w przypadku wspomnianego zakupu koparki, należy uznać za działanie celowe. Ale z realizacją celu – w rozumieniu przepisów o finansach publicznych – nie ma nic wspólnego.

O stanowiskach i kulturze

W przypadku wydawnictwa przygotowanego przez wójta wspomnianej gminy i dostarczonego w przeddzień wyborów samorządowych do mieszkańców gminy za pieniądze podatników (mieszkańców gminy), pozostaje duży niesmak. Wiele obdarowanych osób zapewne bez przeczytania wrzuciło to wydawnictwo do kosza. Miejmy nadzieję, że przynajmniej do pojemnika na odpady segregowane, bo to by oznaczało, że gmina chociaż w zakresie gospodarki odpadami odniosła rzeczywisty sukces.

Jednakże mój sprzeciw budzi nie tylko wykorzystywanie przez samorządowców swojej dotychczasowej funkcji przy okazji wyborów. Również osoby starające się o pierwszą elekcję nie unikają metod ocenianych przeze mnie negatywnie. Mam spory niesmak po zapoznaniu się z programem proponowanym przez kandydata na wójta, który zamiast skupić się na propozycji programowej, odwołuje się do opinii tzw. autorytetów sugerujących konieczność zmian w zasadach wyborczych. Chodzi konkretnie o ograniczenie możliwości piastowania funkcji wójta, burmistrza czy prezydenta miasta przez maksymalnie dwie kadencje. Wśród wspomnianych autorytetów spotykamy parlamentarzystów reprezentujących tę samą opcję polityczną co wspomniany kandydat na wójta.

Z jednej strony mamy do czynienia z osobą, która być może ma niewiele do zaoferowania i szuka ideologii pozwalającej przekonać wyborców do tego, że dotychczasowy włodarz gminy już się „narządził”. Z drugiej strony, w mojej ocenie, na przypadek spojrzeć należy jako na kolejną próbę zwiększenia stopnia upolitycznienia samorządów na poziomie lokalnym. Ustawowe ograniczenie kadencyjności samorządowców jest niczym innym, jak odbieraniem mieszkańcom samorządów prawa do decydowania, kto ma jednostką samorządu zarządzać. Jest uznaniem, że większe predyspozycje do decydowania o tym, kto ma rządzić w gminie, ma większość parlamentarna niż członkowie danej społeczności samorządowej. To, mówiąc otwartym tekstem, założenie, że mieszkańcy sami nie potrafią zdecydować, kto z ich przedstawicieli może lepiej zarządzać wspólnotą.

Znam wielu samorządowców, którzy od wielu lat kierują gminami. Stabilizacja w mniejszym stopniu dotyczy powiatów i województw, choć i tu spotkać można wyjątki. I w żadnym wypadku nie uważam, że fakt wieloletniego kierowania gminą jest równoznaczny z utratą rzeczywistej oceny sytuacji gminy, czy – tym bardziej – utraty wizji rozwoju jednostki. Można zadać pytanie, czy rutyna jest gorsza od braku kompetencji czy doświadczenia?

Przyglądając się od wielu lat samorządom zauważyłem pewną tendencję w kilku gminach, w których poprzednio przez wiele lat nie zmieniały się władze. Zmiennicy utrzymywali się tylko jedną kadencję. To być może przypadek. Jednakże pokazuje, że to, co wielu osobom z zewnątrz wydaje się proste i oczywiste, po objęciu stanowiska wójta czy burmistrza zaczyna przerastać możliwości danej osoby. Czy tak jest w rzeczywistości, mogą jednak ocenić ci, którzy dokonują wyborów. W związku z tym politycy różnych opcji nie powinni ograniczać prawa do decydowania mieszkańcom wspólnot samorządowych.

Miejmy też nadzieję, że kultura walki o władzę i jej sprawowania będzie się poprawiać. Że przy  kolejnych wyborach samorządowych podobne rozważania nie będą miały racji bytu. Że z jednej strony nie spotkamy się z działaniami władz bezwzględnie wykorzystującymi swoją pozycję i będące w dyspozycji środki publiczne. Z drugiej, kandydaci na stanowiska posługiwać się będą programami, a nie polityczną retoryką. Bo każdy z przedstawionych przypadków wykracza w mojej ocenie poza  podstawowe zasady przyzwoitości.

niedziela, 30 listopad 2014 14:53

Powyborczy thriller z dalszym ciągiem

Napisane przez

Szesnastego listopada, w niedzielę, wśród wielu milionów Polaków oglądających telewizyjne „wieczory wyborcze” nie było chyba nikogo, kto zdołałby przewidzieć, co działo się będzie w następnych dniach. Nic w tym dziwnego, bowiem takiego scenariusza, który zaczął realizować się na naszych oczach, nie powstydziłby się żaden mistrz od filmowych thrillerów. Było narastające napięcie, były niepewności i nadzieje, nagłe zwroty akcji, były dramatyczne role pierwszoplanowych postaci i co ambitniejszych statystów, wreszcie pojawiły się także ofiary, a ściśle mówiąc, jedna, choć podobno mają być kolejne. Czasami robiło się śmiesznie, czasami straszno, czyli tak, jak na przyzwoity dreszczowiec przystało. Pytanie jednak, co to wszystko ma wspólnego z normalnymi, demokratycznymi wyborami, przeprowadzanymi w społeczeństwie obywatelskim, żyjącym w państwie prawa.

Nie podejmuję się odpowiadać na to pytanie, ponieważ w ostatnich dniach usiłował to robić każdy, kto uważa, iż ma coś do powiedzenia. Tyle tylko, że jak na razie nic z tego nie wynika, bowiem tak naprawdę wynikać nie może. Poza jednym – coś takiego nie miało prawa się wydarzyć. Proces wyborczy oraz sposób liczenia głosów muszą być tak organizowane, aby zarówno ich przebieg, jak i wyniki wyborów nie budziły najmniejszych wątpliwości, a tym bardziej nie stwarzały podstaw do jakichkolwiek podejrzeń. Trudno zaprzeczyć że to, co się dzieje obecnie na naszych oczach, u bardzo wielu Polaków poważne wątpliwości i podejrzenia budzi. Potwierdzają to rozmaite sondaże, liczne wypowiedzi prezentowane w mediach, a także „codzienne Polaków rozmowy”.

To, co się wydarzyło, choć z pozoru banalne, bez wątpienia pokazuje słabość państwa oraz jego struktur. Przez kolejne dni obserwowaliśmy kompletną bezradność i ludzi, i instytucji, wobec tego, co się działo. Także wobec „demonstrantów”, wyłamujących drzwi do siedziby Państwowej Komisji Wyborczej i okupujących jej siedzibę. Dlatego też ogromnie ryzykowne jest sprowadzanie wszystkiego do problemów natury technicznej bądź organizacyjnej, a dokładnie do katastrofy systemu informatycznego, który miał wybory obsługiwać. Nic tu także nie pomoże zaklinanie rzeczywistości, przywoływanie Konstytucji oraz przepisów kolejnych ustaw, przekonywanie, że w istocie nic się nie stało, że mimo przejściowych trudności głosy zostały (zostaną) policzone rzetelnie i uczciwie. Zapewne tak jest, czy też będzie, ale nic to nie zmieni, bowiem problem leży zupełnie gdzie indziej, przede wszystkim dlatego, że znaczna część obywateli w to nie uwierzy. Mamy więc do czynienia nie tyle z problemem natury prawnej czy organizacyjnej, co społecznej i politycznej, o znaczeniu fundamentalnym dla funkcjonowania samorządu terytorialnego, a zatem państwa. Oczywiście, odrębną sprawą jest analiza przyczyn powstałego bałaganu i stworzenie mechanizmów, zapobiegających powstawaniu takich sytuacji w przyszłości. To akurat da się załatwić stosunkowo szybko i prosto. Schody zaczynają się zupełnie gdzie indziej.

Demokratyczne, poprawnie przygotowane i przeprowadzone wybory umacniają państwo, budują zaufanie obywateli do jego struktur oraz instytucji. Jeśli jednak procedury wyborcze nie przebiegają poprawnie, skutek jest dokładnie odwrotny i sądzę, że z tym właśnie mamy, czy będziemy mieć, do czynienia. Aby nie szukać daleko – ci, którzy na głosowanie nie poszli, utwierdzą się w przekonaniu, że zrobili dobrze, natomiast wielu z tych, którzy w wyborach uczestniczyli, uzna, że zrobili źle. Jak może się to przełożyć na frekwencję w kolejnych wyborach? Ile pozostanie z obecnych czterdziestu kilku procent? Dwadzieścia, dziesięć, czy może jeszcze mniej?

Dla nikogo już chyba nie ulega wątpliwości, że to, co się stało, spowoduje kolejny spadek zaufania obywateli do własnego państwa. Jest to problem realny i nie ma co udawać, że nie istnieje, bądź go bagatelizować. Trzeba się z nim zmierzyć i powinna o to zadbać cała klasa polityczna. Nie da się sprawy przeczekać, zagadać, „przykryć” kontrolami oraz dymisjami „osób odpowiedzialnych”. Niczego nie załatwi też nawoływanie do „unieważnienia wyborów”, bowiem za pomocą tłuczenia termometru nikt nigdy temperatury nie obniżył. Sądzę natomiast, iż jeśli klimatu, istniejącego obecnie wokół listopadowych wyborów nie da się odczuwalnie poprawić, jeżeli nie da się oczyścić z wszelkich podejrzeń i wątpliwości ich wyników, rozsądne będzie rozważenie decyzji o skróceniu kadencji władz samorządowych

niedziela, 30 listopad 2014 14:51

REKORDOWA KONFERENCJA ZAKUPOWA NA STADIONIE NARODOWYM

Napisane przez

20 października 2014 r. na Stadionie Narodowym odbyła się konferencja PROCON/POLZAK 2014, największe i najważniejsze tegoroczne wydarzenie dla branży zakupowej w Polsce. Prawie 200 uczestników konferencji dyskutowało na tematy związane z zarządzaniem zakupami i łańcuchem dostaw.

Wśród prelegentów znaleźli się eksperci i praktycy z wieloletnim doświadczeniem w tej dziedzinie, a przede wszystkim prof. Arjan van Weele z Politechniki Technologicznej w Eindhoven, który otworzył konferencję.

W nowoczesnych wnętrzach Stadionu Narodowego zgromadziło się wielu przedstawicieli wyższej kadry zarządzającej, menedżerów odpowiedzialnych za zarządzanie i koordynowanie zakupów, łańcucha dostaw, transportu i zaopatrzenia, strategii i logistyki, zamówień publicznych oraz narzędzi IT w największych firmach w Polsce. Otwierające konferencję wystąpienie prof. van Weele, dotyczące sposobów osiągania doskonałości zakupowej, spotkało się z bardzo pozytywnym przyjęciem uczestników wydarzenia. Podkreślano, że potrzebna jest wymiana wiedzy i doświadczeń zgromadzonych przez kupców na innych rynkach i śledzenie najnowszych trendów wśród  liderów zmian.

– Jeszcze nigdy w długoletniej historii konferencji POLZAK nie zanotowano tak wysokiej frekwencji, jak podczas tegorocznego spotkania na Stadionie Narodowym. Świadczy to o tym, że tematyka zakupowa zyskuje na znaczeniu i dąży do wypracowania jeszcze mocniejszej pozycji w procesach biznesowych. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że w naszej konferencji wzięło udział tak wielu specjalistów z branży zakupowej. Wyniki ankiety ewaluacyjnej, którą przeprowadziliśmy wśród uczestników, pokazują, że tegoroczne spotkanie zostało przez nich ocenione jako bardzo udane. Zebraliśmy również wiele opinii i wskazówek, które pomogą nam zorganizować przyszłoroczną edycję na jeszcze wyższym poziomie organizacyjnym i merytorycznym – powiedział Mateusz Borowiecki, Prezes Zarządu OptiBuy, współorganizator konferencji PROCON/POLZAK 2014.

Andrzej Zawistowski z Polskiego Stowarzyszenia Menedżerów Logistyki (PSML), współorganizatora konferencji, zwraca uwagę na społecznościowy charakter wydarzenia. – Udział w spotkaniu był świetną okazją do poszerzenia wiedzy z zakresu zarządzania zakupami oraz łańcuchem dostaw. Zaproponowana przez nas formuła konferencji umożliwiała również efektywną wymianę doświadczeń i spostrzeżeń z prelegentami oraz innymi specjalistami z branży. Wiemy, że wiele osób podczas naszej konferencji nawiązało bezpośredni kontakt z potencjalnymi partnerami biznesowymi. Tak właśnie widzimy przyszłość tego wydarzenia – jako spotkania, które integruje branżę i stanowi forum do wymiany kontaktów i doświadczeń. W imieniu PSML i OptiBuy chciałbym już dzisiaj zaprosić całą branżę zakupową do udziału w przyszłorocznej konferencji  PROCON/POLZAK 2015 – powiedział.

Sesje prezentacyjne w ramach pierwszego bloku tematycznego wypełniły prelekcje poświęcone m.in. metodom analizy kosztów zakupowych oraz narzędziom służącym do zarządzania specyfikacją wyrobów produkcyjnych. Uczestnicy tego bloku prezentacji poznali również najlepsze rozwiązania z obszaru Global Sourcing.

– W czasach rosnącej konkurencji tematyka optymalizacji kosztów materiałów zyskuje na znaczeniu. Podczas naszej sesji omawialiśmy różne strategie zakupowe i narzędzia służące do ich realizacji. Całość została zobrazowana konkretnymi przykładami zastosowań poszczególnych mechanizmów w warunkach biznesowych. Myślę, że udział w tym bloku tematycznym zainspirował wielu kupców do poszerzenia wykorzystywanego przez nich instrumentarium przy prowadzeniu projektów optymalizacji kosztów materiałowych – powiedział dr Tomasz Gonsior, moderator sesji „Zarządzanie kosztami materiałowymi” na konferencji PROCON/POLZAK 2014.

Prezentacje w ramach drugiego bloku tematycznego dotyczyły sposobów optymalizacji kosztów administracyjnych i usług. Prelegenci mówili m.in. o znajdowaniu oszczędności w niespodziewanych miejscach, kryteriach wyboru dostawcy oraz o niełatwej współpracy Działu Zakupów z Klientem Wewnętrznym. Zaprezentowane zostały również ciekawe case studies z wybranych optymalizacji kosztów.

W ramach sesji „Zakupy w sektorze publicznym” doświadczeni eksperci zastanawiali się nad możliwością wdrożenia nowoczesnych rozwiązań zakupowych, usprawniających procesy udzielania zamówień w sektorze publicznym. Moderatorką tej sesji była Elżbieta Gnatowska, wieloletni menedżer w administracji publicznej, ekspert z zakresu zarządzania zamówieniami publicznymi. – Cieszy fakt, że sektor publiczny doczekał się własnej sesji tematycznej na największej konferencji zakupowej w Polsce – podkreśliła. – Pojęcie „zakupów publicznych” powoli zaczyna funkcjonować w obszarze zamówień publicznych, a publiczni zamawiający, na co dzień stosujący ustawę Pzp, do swojej codziennej praktyki zaczynają włączać metody zakupowe stosowane w instytucjach komercyjnych. Mimo to, pojęcie „zakupów”, w kontekście udzielania zamówień publicznych, nie występuje powszechnie i nie jest jeszcze właściwie rozumiane. Podczas konferencji PROCON/POLZAK staraliśmy się zachęcić osoby  związane zawodowo z systemem zamówień publicznych, do tzw.  „myślenia zakupowego”, a tym samym  do poszerzenia ich profesjonalnego warsztatu, poprzez sięgnięcie po wspomniane metody. Myślę, że grono zamawiających publicznych zainteresowanych sięganiem po nowoczesne narzędzia zakupowe będzie stale rosło – powiedziała Elżbieta Gnatowska.

Czwarty blok prezentacji poświęcony został procesom i narzędziom wspierającym pracę Działu Zakupów. Prelegenci mówili m.in. o budowaniu Strategii Lean, umieszczaniu zakupów w centrum kluczowych procesów biznesowych. Przedstawiono metody doskonalenia procesów zakupowych. Na konferencji PROCON/POLZAK 2014 po raz pierwszy została zaprezentowana platforma zakupowa NextBuy, która wspiera zarządzanie relacjami z dostawcami.

– Prezentacje w ramach naszego bloku tematycznego były prowadzone przez ekspertów posiadających wieloletnie doświadczenie w branży zakupowej. Chętnie dzielili się swoją wiedzą i umiejętnościami w zarządzaniu procesami zakupowymi na różnych poziomach organizacji. Uczestnicząc w prelekcjach można było się dowiedzieć, jak zbudować procesy zakupowe, aby funkcjonowały w sposób optymalny i wspierały realizację określonych celów oraz jakich narzędzi użyć, aby dział zakupów pracował szybciej i w bardziej komfortowych warunkach. Mam nadzieję, że nasza konferencja przełoży się na wzrost liczby firm stawiających na nowoczesne rozwiązania usprawniające procesy zakupowe – powiedział Andrzej Zawistowski, moderator sesji „Procesy i Narzędzia”.

ORGANIZATORZY KONFERENCJI

OptiBuy Sp. z o.o.

OptiBuy to założona w 2005 r. firma doradczo-informatyczna, specjalizująca się w obszarze zakupów i zarządzaniu łańcuchem dostaw. Firmę tworzą eksperci z bogatym doświadczeniem w prowadzeniu projektów łączących informatykę z biznesem. Portfolio OptiBuy zawiera doradztwo w zakresie optymalizacji kosztów, global sourcing oraz narzędzia IT dla zakupów. Firma zrealizowała kilkadziesiąt projektów zakupowych dla klientów w Polsce oraz za granicą. OptiBuy posiada obecnie swoje biura i przedstawicielstwa w Warszawie, Kielcach, Szanghaju (Chiny), Ołomuńcu (Czechy) oraz Bernie (Szwajcaria). www.optibuy.com

Polskie Stowarzyszenie Menedżerów Logistyki (PSML)

Polskie Stowarzyszenie Menedżerów Logistyki istnieje od 2002 r. Jego celem jest reprezentacja interesów polskich menedżerów logistyki i zakupów, tworzenie i promowanie dobrych praktyk, a także integracja środowiska specjalistów łańcucha dostaw. Stowarzyszenie realizuje założone cele poprzez organizowanie warsztatów, szkoleń, seminariów, kongresów oraz innych spotkań, poprzez współpracę z krajowymi i międzynarodowymi organizacjami, rozpowszechnianie informacji o działalności PSML i inne godne polecenia inicjatywy służące rozwojowi stowarzyszenia i środowiska.  Charakter i tematyka imprez i przedsięwzięć PSML wychodzi naprzeciw rzeczywistym potrzebom środowiska – decydują o nich sami członkowie.

Sztandarową imprezą PSML jest corocznie organizowany Kongres Menedżerów łańcucha dostaw, składający się z dwóch równolegle realizowanych imprez Kongresu Polskich Menedżerów Logistyki PL-LOG i Kongresu Polskich Menedżerów Zakupów POL-ZAK. PSML jest członkiem dwóch  europejskich organizacji : IFPSM – The International Federation of Purchasing and Supply Management oraz ELA – European Logistics Association.

niedziela, 30 listopad 2014 14:49

PO WYBORACH

Napisane przez

Piszę te słowa, kiedy jeszcze nie sposób poddać szczegółowej analizie całościowe wyniki wyborów samorządowych. Tym razem system informatyczny Państwowej Komisji Wyborczej zawiódł. Wszyscy liczą „na piechotę”, więc tyle się można dowiedzieć, ilu ma się znajomych „w terenie” i rozmaite kontakty, które pozwolą ustalić, że ten wygrał, a tamtego czeka druga tura. Tym bardziej nie można jeszcze odpowiedzieć na pytanie o zmiany w składzie rad wszystkich szczebli, ani też w zestawie liderów gmin. Co zatem na pewno wiemy?

Jak zwykle, w pierwszej kolejności, znamy sytuację w wielkich miastach, gdzie do wyborów prezydenckich przywiązywano znaczenie polityczne. To niejako naturalne. Wybory samorządowe są kampanią polityczną, a szefowie wielkich miast są eksponentami partyjnych wpływów. Ale to wszak ułuda, bowiem większość tych, którzy wygrali w pierwszej turze to formalnie bezpartyjni, a faktycznie – ludzie zdystansowani od partyjnego aparatu i towarzyszących mu układów. Nawet jeśli mają jakieś sympatie polityczne, nie przekłada się to na formalne i faktyczne wpływy poszczególnych partii w urzędzie miasta i systemie zarządzania nim. Tak rządzą Lubawski w Kielcach, Szczurek w Gdyni, Ferenc w Rzeszowie, Zaleski w Toruniu czy Żmurkiewicz w Świnoujściu, czyli bezapelacyjni zwycięzcy pierwszej tury.

Gdyby na te wybory popatrzeć pod kątem szukania odpowiedzi na pytanie, na ile identyfikujemy się z istniejącym systemem partyjnym, to ten egzamin partie zdały źle: wzrosła liczba prezydentów miast – bo to już wiemy na pewno – podkreślających swoją niezależność. Po raz pierwszy też w wyborach pokazały się rozmaite ruchy miejskie – sygnał, że Polacy zaczynają się organizować poza istniejącymi kanałami artykulacji politycznej. Jeśli partie polityczne nie wyciągną z tego wniosków, to być może za cztery lata samorządy do końca się odpartyjnią i staną się zaczątkiem nowej konfiguracji polskiej sceny politycznej.

Jest przy tym jeszcze jeden dobry sygnał. W wyborach pojawiło się sporo nowych, pozapartyjnych i obdarzonych charyzmą liderów. Wójt podgorzowskiego Deszczna, który w pierwszej turze wygrywa wybory na prezydenta miasta Gorzowa – to klasyczny przykład takiego właśnie zjawiska. Jak popatrzymy na listy kandydatów na prezydentów i burmistrzów miast, to coraz częściej pojawia się  skrót KWW (Komitet Wyborczy Wyborców), a to znaczy, że wyzwalamy się spod partyjnej kurateli. A więc nie tylko partie są kanałami i organizatorami społecznego i indywidualnego awansu.

Prawdziwi przegrani

To kolejny argument o ich słabości. Polskie partie polityczne nie potrafią znaleźć tych najlepszych, nie umieją dostrzec ich walorów, zaproponować im miejsca i formy realizacji ich aspiracji. Nic tedy dziwnego, że coraz częściej ambitni i chcący zrobić coś pożytecznego ludzie, odwołują się wprost do współobywateli. I coraz częściej spotykają się z pozytywną reakcją. W wielu miastach znajdą się oni w drugiej turze wyborów. W innych zaledwie zaznaczyli swoją obecność. Ale mam jednak takie wrażenie, że większość z nich nie zrezygnuje z kariery samorządowej. Że te 5-10 proc., jakie teraz otrzymali, potraktują jako zaliczkę na przyszłość. Że jeszcze o nich usłyszymy, ponieważ część z nich zdobyła mandat radnego.

Nie mogę powstrzymać się od jednej jeszcze refleksji. W tygodniu przed wyborami ukazało się kilka wywiadów dotyczących samorządu. Obok rzeczy słusznych, ich autorzy (m.in. profesorowie Stępień, Regulski, Hausner) narzekali na zabetonowanie samorządu, wskazywali wybory bezpośrednie wójtów, burmistrzów i prezydentów, jako ilustrację tego zabetonowania, rozwiązanie błędne. Startujący prezydent – wywodził prof. Stępień – ma z góry lepszą pozycję, bo przed wyborami przecina wstęgi, otwiera drogi lub nowe przedszkola. A głupi naród  – to już moja interpretacja słów profesora – łapie się na te błyskotki. Okazało się, że prof. Stępień nie miał racji. Nie pomogło Hannie Gronkiewicz-Waltz powszechnie dostępne zwiedzanie metra. W pierwszej turze przegrał prezydent Gorzowa, do drugiej tury w ogóle nie wszedł prezydent Gniezna. W trudnej sytuacji wyborczej są dotychczasowi prezydenci w ponad pięćdziesięciu miastach Rzeczypospolitej. Nie wszyscy wygrają.

I dobrze, i w porządku. Od kilku lat twierdzę, że dobiega końca czas pokolenia, które kariery polityczne rozpoczynało w okolicach 1989 roku. Że trzeba robić miejsce dla młodych, dla których przeszłość, historia, nie jest najważniejszym wyznacznikiem ideowej tożsamości. Tak właśnie się dzieje. Obok weteranów, na listach kandydatów szeroką ławą pokazało się pokolenie trzydziesto- i czterdziestolatków, którzy studia kończyli na przełomie wieków. To proces naturalny, który być może odświeży naszą politykę i odeśle w przeszłość liczne grono kombinatorów, które – omijając samorząd i jakiekolwiek doświadczenie zawodowe – „robią” za młodych w naszej polityce.

Teatr jednego aktora

Ale obraz tych wyborów byłby niepełny, gdybyśmy pominęli rzeczy i sygnały pesymistyczne. Aż w 1736 okręgach wyborczych zarejestrowano po jednym kandydacie. Podobnie w 247 gminach (prawie 10 proc.) był tylko jeden kandydat na wójta (burmistrza). O czym to świadczy? O słabości kadr publicznych w tych społecznościach? O oligarchizacji władzy? O braku odwagi tych, którzy czują, że mają kwalifikacje, tylko boją się ryzyka? Obojętnie, na które z tych pytań odpowiedź jest poprawna, to sprawa niepokoi. Tylko, że wyjaśnienie tej kwestii zostawiłbym uczonym i dziennikarzom, a nie politykom. Najpierw trzeba rozpoznać przyczyny tego stanu rzeczy, a potem szukać środków zaradczych.

Nie jest nim modny ostatnio postulat ograniczenia kadencji wójtów, burmistrzów i prezydentów. Zwolennikom takiego rozwiązania zarzucam tani populizm. Zaproponujmy posłom, aby ograniczając możliwość pełnienia funkcji politycznych przez dwie kadencje, wprowadzili zarazem takie ograniczenia dla siebie. Ciekaw jestem, ilu z nich podniesie za tym rękę. A długoletni pobyt w Sejmie też demoralizuje. W razie czego służę nazwiskami.

Reasumując, w powyborczy poniedziałek z optymizmem patrzę na prawie już minione wybory samorządowe. Dość przyzwoita frekwencja wyborcza, nieprzewidywalność decyzji głosujących obywateli, zaskakujące wyniki wyborów dają nadzieję, że wybory stały się tym, czym miały być. Autentyczną selekcją ludzi, którzy mają kompetentnie i porządnie wykonywać robotę na rzecz swoich współobywateli. I choć pewnie Czytelnicy tego tekstu niekoniecznie podzielają mój pogląd, to niech przyznają, że wyniki tych wyborów napawają w większym stopniu optymizmem niż czarnowidztwem.

niedziela, 30 listopad 2014 14:46

KOLEJ PETERSBURSKO-WARSZAWSKA

Napisane przez

W tekście „Świt żelaznych szlaków” opublikowanym na łamach czerwcowego wydania „Gminy” piszę o sieci kolei żelaznych tworzonej przez zaborców na ziemiach polskich. Dziś więcej o jednej z tych tras, najmniej polskiej z przebiegających przez nasze terytorium: kolei petersburskiej.

Z perspektywy rosyjskiego zaborcy szczególnie istotne było połączenie kolejowe stolicy imperium ─ Petersburga ─ z Królestwem. Budowę Drogi Żelaznej Warszawsko-Petersburskiej rozpoczęto więc już w 1851 r., od strony Petersburga.

Robotami przygotowawczymi kierował generał major Gerstfeld. W pracach brał udział również Stanisław Kierbedź. Roboty ziemne rozpoczęto w 1859 r. Próbną jazdę z Warszawy do Urli nad Liwcem wykonano 17 czerwca 1860 r., dokonując jednocześnie poświęcenia pierwszego pociągu tej linii. 21 października 1860 r. trasę z Warszawy do Białegostoku przejechał sam Aleksander II. Regularne połączenia z Warszawy otwarto w 1862 r. (Warszawa-Białystok – 8 maja 1862 r., Warszawa-Dyneburg – 16 grudnia 1862 r.). Całą linię z Warszawy do Petersburga z odnogami Wilno-Kowno-Wierzbołowo oraz Dyneburg-Ryga oddano do użytku przed Powstaniem Styczniowym. Kolej Petersburską budowała spółka braci Pereire – Główne Towarzystwo Rosyjskich Dróg Żelaznych, kontrolowana przez kapitał francuski (Credith Mobilier).

W chwili uruchomienia Drogi Żelaznej Petersbursko-Warszawskiej, w 1862 r., firma była wyposażona w 360 lokomotyw, 798 wagonów osobowych i 7029 wagonów towarowych. Przejazd z Warszawy do Wilna trwał 14,5 godziny, do Petersburga – 38 godzin.

Linia petersburska zapisała się w historii Powstania Styczniowego. Jeszcze przed jego wybuchem kolejarze-konspiratorzy wspierali podziemną organizację narodową, przewożąc kurierów, pocztę i broń. Zaś za plecami Rosjan spiskowcy przekazywali kolejowym telegrafem szyfrowane rozkazy i informacje o położeniu rosyjskich wojsk, o planowanych akcjach militarnych oraz tajnych zarządzeniach władz carskich.

Generał Zygmunt Sierakowski, doceniając znaczenie linii petersburskiej, przygotował przed powstaniem – niezrealizowany, niestety – plan przecięcia jej poprzez zajęcie Dyneburga.

Już w chwili wybuchu powstania, 23 stycznia 1863 r., ze stacji Praga wyjechał pociąg z powstańcami, którzy po drodze niszczyli za sobą linię, telegrafy, stacje. Dowodził składem zawiadowca stacji Warszawa Praga, Leopold Pluciński. Po drodze w Tłuszczu, Łochowie i Małkini rekwirowano aparaty telegraficzne i zawartość kas dworcowych. W Małkini spalono drewniany most. Pociąg dojechał do Łap, wcześniej zajętych już przez inną grupę powstańców. Na kilkanaście dni powstańcy sparaliżowali główne połączenie Królestwa ze stolicą imperium, opanowując kluczowy fragment linii Warszawa-Łapy.

Spotyka się niekiedy pogląd, że lokalizacja stacji z wielkimi warsztatami mechanicznymi w Łapach była wynikiem działań konspiratorów, którzy starali się zbudować zaplecze techniczne dla konspiracji, jak najdalej od rosyjskich garnizonów. Warsztaty kolejowe były naturalnym zapleczem dla polskiego leśnego wojska, produkowano w nich białą broń dla powstania.

Działania powstańców nie ograniczały się do odcinka z Warszawy do Łap. W połowie marca 1863 r. oddział Kulczyckiego próbował zdobyć stację w Grodnie, próbowano zniszczyć most na Nowej Wilejce (trasa z Wilna do Dyneburga), a 16 maja oddział Albertyńskiego rozbił Rosjan przy stacji Dukszty.  Najczęściej jednak sukcesy powstańców ograniczały się do skutecznego sabotażu wykorzystywania kolei przez Rosjan. Palono mosty, wykolejano pociągi, ścinano słupy telegraficzne.

Największą akcję sabotażową przeprowadził 1 czerwca 1864 r. nieznany z nazwiska dróżnik z odcinka Czyżew-Małkinia. Na wysokim nasypie odkręcił szyny, zaczepił je liną i czekał w olszynie na przyjazd transportu. Gdy nadjechał pociąg z wojskiem, dróżnik pociągnął za sznur i wykolejony skład spadł z nasypu. Zginęło podobno ok. sześciuset rosyjskich żołnierzy.

Ataki powstańców nie przyniosły wymiernych rezultatów. Linia petersburska była wykorzystywana przez Rosjan do przerzutu znacznych sił do Królestwa. Jej istnienie ułatwiło rosyjskiej armii zwycięstwo nad powstańcami. Polski Rząd Narodowy zdawał sobie sprawę z negatywnej roli tej kolei i wezwał nawet jej personel do porzucenia pracy w dekrecie z 21 czerwca 1863 r.: „zważywszy, że kolej żelazna petersbursko-warszawska w części znajdującej się w granicach Polski jest chwilowo szkodliwą dla sprawy wyswobodzenia Ojczyzny, celem usunięcia tej przeszkody ruch komunikacyjny [na tej linii] oraz jej telegraf czasowo zamyka się”. Niestety, Rosjanie nie dostosowali się do tej decyzji władz narodowych…

Oceniano, że ani założyciele kolei petersburskiej, ani zarząd, nie ujawniali żadnej troski o interesy ziem polskich, personel kolejowy, z wyjątkiem najniższej służby drogowej, zwłaszcza – po Powstaniu Styczniowym – rekrutowano wyłącznie z Rosjan, a kolej nie miała żadnych punktów stycznych z życiem kraju, przez który przebiegała. Odegrała niewątpliwie znaczną rolę w aktywizacji gospodarczej tych terenów, lecz przede wszystkim była narzędziem zniewalania narodów podbitych.

Droga Żelazna Petersbursko-Warszawska została znacjonalizowana w 1895 r. i skonsolidowana z liniami Bałtycką i Pskowsko-Ryską w Północno-Zachodnich Drogach Żelaznych w 1906 r.

Na koniec dwie puenty: 1 listopada 1921 r. otwarto trasę kolejową Warszawa-Poznań przez Łowicz-Kutno-Strzałkowo. Do budowy tej linii wykorzystano materiały z rozbiórki drugiego toru linii petersbursko-warszawskiej na odcinku Nowa Wilejka-Turmont. A wśród najważniejszych inwestycji kolejowych planowanych w najbliższym czasie w europejskiej sieci połączeń jest trasa Rail Baltica łącząca Warszawę z Kownem, Rygą, Tallinem i Helsinkami.

Strona 1 z 10

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY