Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

wtorek, 25 marzec 2014 20:57

ODNAWIALNE ŹRÓDŁA PIENIĘDZY

Odnawialne źródła energii (OZE) tworzą szanse, których nie da się lekceważyć. Ich zwolennicy podkreślają, że przestawienie krajowej energetyki właśnie na OZE przyczyni się do tworzenia nowych miejsc pracy, niskich rachunków za energię i poprawy stanu środowiska. Trend cieszy się wsparciem Unii i na całym kontynencie wydaje się już być nieodwracalny. Krytycy uważają z kolei, że powyższe zyski to jedynie projekcja optymistów i upłyną dekady zanim alternatywna energetyka zacznie się opłacać. Na dodatek cała branża tkwi w prawnej próżni: mimo zapowiedzi wciąż nie doczekaliśmy się ustawy o OZE.

W połowie marca projektem ustawy o OZE miał się zająć rząd, jednak do momentu zamknięcia tego wydania Magazynu Samorządowego „GMINA” sprawa nie stanęła na porządku obrad. Opozycja i branża energetyczna próbuje więc zwiększać presję na gabinet Donalda Tuska, by prace jednak przyspieszyć. – Od kilku lat słyszymy, że koalicja PO i PSL przygotowuje nowe, nowoczesne rozwiązania prawne, które mają uregulować wiele problemów działalności branży OZE, ale jeśli to będzie się działo w takim tempie, to prędzej OZE przestaną istnieć, niż doczekają się stosownych regulacji – krytykował na początku marca szef SLD, Leszek Miller, przypominając, że Sojusz złożył własny projekt dotyczący OZE.

Rzeczywiście, prace nad rządowym projektem wyjątkowo się ślimaczą. Pierwotna wersja powstała w resorcie gospodarki jeszcze jesienią 2011 r. Po dwóch latach to samo ministerstwo przedstawiło jednak drugi, w dużej mierze zmodyfikowany, wariant ustawy. Ale i ten na niemal pół roku utknął w urzędniczych trybach. W lutym jednak Stały Komitet Rady Ministrów przyjął go, rekomendując przyjęcie przez rząd. I w tym miejscu narracja się urywa…

Rewolucja prosumencka

Sprawą zainteresowali się senatorowie. Na marcowym spotkaniu z nimi pojawił się wiceminister gospodarki, Jerzy Pietrewicz. – Ministerstwo intensywnie pracuje nad pełnym wdrożeniem regulacji unijnych w zakresie tzw. pakietu energetyczno-klimatycznego, w szczególności promowania energii ze źródeł odnawialnych – mówił. – Znaczna część tych regulacji została już wprowadzona do polskiego systemu prawa, zwłaszcza w ramach dotychczasowej nowelizacji ustawy Prawo energetyczne – dodawał.

Jednak to, co budzi najwięcej emocji, to zmiany, które ujęto w projekcie będącym wciąż „w drodze”. Założono w nim m.in. odejście od obecnego dotowania bieżącej produkcji energii ze źródeł odnawialnych na rzecz aukcji: oferent proponujący najniższą cenę dostawałby gwarancję zakupu nawet na okres piętnastu lat. Aukcje miałyby być ogłaszane przynajmniej raz w roku. Minister gospodarki wcześniej ogłaszałby tzw. cenę referencyjną – a więc maksymalną, jaką można zaoferować na aukcji, a także pulę energii, jaka może w danym roku liczyć na wsparcie państwa.

Resort chce zapewnić też wsparcie dla małych producentów energii. Producenci energii o potencjale nie przekraczającym 1MW braliby udział w osobnych aukcjach, a co najmniej 25 proc. energii objętej wsparciem państwa miałoby pochodzić właśnie z takiej mini-produkcji. Koszty takiej operacji zostałyby jednak przerzucone na odbiorców energii – jako tzw. opłata OZE. Jej wysokość na 2015 r. określono na poziomie 2,27 zł/MWh, przy średniej wspieranej energii z OZE na poziomie 362 zł/MWh.

Ponadto projekt wprowadza np. definicję mikroinstalacji – a więc niewielkiej instalacji, często służącej do produkcji energii na własne potrzeby, użytkowanej bez koncesji i zakładania działalności gospodarczej.

Dodatkowo wreszcie, resort chce położyć kres jednemu z najpopularniejszych dotychczasowych sposobów wytwarzania polskiej „zielonej” energii: współspalaniu biomasy z węglem w dużych blokach energetycznych. W zamian ministerstwo chciałoby wspierać tzw. dedykowane instalacje spalania wielopaliwowego, gdzie każdemu paliwu „dedykowany” jest osobny podajnik.

Zmiany w branży energetycznej

Problem w tym, że czas płynie, a brak rozwiązań w tym zakresie tylko pogłębia zamieszanie. Branża OZE najwyraźniej uznała więc – zwłaszcza w obliczu sporu z Rosją i potencjalnych zakłóceń dostaw surowców zza Buga – że to idealny moment na wywarcie presji na rządzących. 25 organizacji i podmiotów z tego sektora w drugiej połowie marca opublikowało list otwarty do premiera. – Polska ma znaczący potencjał odnawialnych zasobów energetycznych, w tym wiatru – piszą sygnatariusze listu. – Należy pamiętać, że rozwój OZE oznacza nie tylko dynamiczne uzupełnianie niedoborów mocy innowacyjnymi, zielonymi technologiami, ale przede wszystkim dywersyfikację źródeł wytwarzania energii, a co za tym idzie – znaczącą poprawę bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju – dodają.

Temu przypomnieniu służą też statystyki. Jak skrzętnie liczą autorzy listu, w 2012 roku 13 proc. węgla kamiennego, 70 proc. gazu ziemnego, 96 proc. ropy naftowej i 2,5 proc. energii elektrycznej zużywanych w Polsce pochodziło z importu. Ich zdaniem, podtrzymywanie podobnych proporcji w kolejnych latach tylko pogłębi naszą zależność od zewnętrznych dostaw.

To zestawienie jest tym bardziej uderzające, gdy porówna się je z wynikami całej Europy. Według opublikowanego w marcu br. raportu EurObserv’ER, w 2012 r. OZE w UE wytworzyły 763,5 TWh energii elektrycznej, czyli 23,4 proc. całej produkcji – 3 proc. więcej niż rok wcześniej. Podczas gdy w całej branży energetyki elektrycznej produkcja wręcz nieznacznie spadła (o 0,3 proc.), OZE produkowały więcej – wytworzyły o 14,4 proc. więcej energii niż w 2011 r. W statystykach przodują Austria i Szwecja – z odnawialnych źródeł energii pochodziło tam odpowiednio 68,3 i 67,1 proc. puli. O sukcesach mogli też mówić Łotysze (43,4 proc.) i Duńczycy (41,7 proc.). Polacy znaleźli się na 21. pozycji – z wynikiem 10,6 proc.

Nawet wielkie koncerny energetyczne uznają najwyraźniej trend za nieodwracalny. Koncern GDF Suez nie ukrywa, że nie widzi przyszłości dla praktycznie wszystkich swoich elektrowni węglowych i gazowych w Europie. – W ciągu kilku lat wygrają z nimi panele fotowoltaiczne – kwitował wiceprezes GDF Suez Energy Europe, Grzegorz Górski. – Nasza strategia to bardzo mocny sygnał dla europejskich polityków, że doprowadzili do zniszczenia europejskiej energetyki konwencjonalnej. I nie chodzi tu o wyznaczanie celów zmniejszenia emisji dwutlenku węgla lecz o wpływ dotowanej energetyki odnawialnej – dodawał. Tego typu sygnały wywołały jednak pewien oddźwięk: w styczniu Komisja Europejska zaproponowała, aby po 2020 r. powstrzymać nieco tempo ekspansji OZE. W ciągu dekady 2020-2030 ich udział w produkcji miałby wzrosnąć „zaledwie” z 20 do 27 proc.

W Polsce to jednak wciąż margines. OZE zaspokajają 4 proc. naszego zapotrzebowania na energię – głównie poprzez spalanie biomasy, energetykę wiatrową i hydroenergetykę. Pozostaje więc mieć nadzieję, że uda nam się ustalić reguły dla tego sektora, by wreszcie zacząć dyskutować o realnych kosztach i zyskach z OZE, a nie przerzucać się wizjami rozkwitu – lub upadku – sektora, bez posiadania żadnych poważnych doświadczeń w tej dziedzinie.

środa, 26 luty 2014 19:38

REWOLUCJA PO WARSZAWSKU

W stolicy rewolucja śmieciowa zamieniła się w karykaturę samej siebie. W niektórych dzielnicach nowy system nawet nie ruszył, piętrzą się kłopoty związane z tym, że śmieci przybywa, natomiast śmieciarek ubywa. Jakby tego było mało, awantury między firmami doprowadziły do konfliktu w Krajowej Izbie Odwoławczej.

Nowy system wywozu odpadów ruszył w ośmiu stołecznych dzielnicach wraz z początkiem lutego. Objął przede wszystkim prawobrzeżną Warszawę: dzielnice Praga-Północ, Praga-Południe, Rembertów, Wawer i Wesołą. Po lewej stronie rewolucja ruszyła w Śródmieściu, a także na Ursynowie i w Wilanowie. W pierwszych pięciu przypadkach o śmieci zadbać ma firma Lekaro, lewobrzeżną Warszawę podzieliły SITA (Ursynów, Wilanów) oraz Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania (Śródmieście).

Władze miasta postawiły sprawę jasno: firmy mają odbierać odpady zmieszane (na które przeznaczono czarne pojemniki) raz na dwa tygodnie, natomiast posegregowane – szkło oraz zbiorczo w drugim pojemniku papier, plastik, karton i puszki – raz na cztery tygodnie. Podpisane umowy mają obowiązywać do końca stycznia 2017 roku.

Powrót do średniowiecza

I tu zaczynają się problemy. Umiarkowany sukces, jakim było przebrnięcie przez procedury przetargowe i uruchomienie nowego systemu w wymienionych wyżej dzielnicach, budzi tyle samo obiekcji, co porażki w innych częściach miasta. Najwięcej zastrzeżeń mają właściciele domów jednorodzinnych. - Dotychczas płaciłem 60 zł za wywóz śmieci do urzędu dzielnicy. W zamian za to śmieci były odbierane co tydzień. Lekaro będzie odbierać śmieci co dwa tygodnie. Dla mnie jest jasne: teraz mam płacić 30 zł miesięcznie – skarży się czytelnik „Gazety Wyborczej” ze Starej Miłosnej.

Bez względu na to, czy zacytowane wyliczenia są adekwatne do sytuacji, z innymi jego uwagami nie sposób się nie zgodzić. - Co będzie się działo w takim pojemniku i dokoła niego po pierwszym tygodniu gnicia śmieci? Płacę za czteroosobową rodzinę i prowadząc segregację na wszelkie możliwe sposoby, 120-litrowy pojemnik jest pełen co tydzień. Odbieranie śmieci co dwa tygodnie oznacza, iż jestem robiony w bambuko – dodaje rozgoryczony mieszkaniec Starej Miłosnej. - Od lutego wywóz odpadów segregowanych mamy raz w miesiącu, tzw. czarny worek (pozostałe odpady) raz na dwa tygodnie, a zielone – tylko kilka razy w roku. Co z nimi robić? Jak przyjdą upały, to odbiór co dwa tygodnie odpadów po rybie czy mięsie stanie się nie do zaakceptowania. Chyba cofamy się do średniowiecza – komentowała z kolei na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” mieszkanka Wawra.

Ale problem nie dotyczy wyłącznie dzielnic willowych. - Wcześniej na nasze osiedle przy placu Hallera w śmieciarce przyjeżdżał czteroosobowy zespół, a zebranie odpadów z trzech dużych budynków zajmowało 15 minut – opisuje dla „DGP” czytelnik. - Teraz przyjeżdżają dwie osoby, albo wręcz sam kierowca, a śmieci zbierane są chyba z godzinę. Obsługa niezbyt sobie radzi – dodaje.

Z workiem do prezesa

Odpowiedź warszawskich władz na wszystkie skargi jest powściągliwa: zapowiedziano kontrolę funkcjonowania firm śmieciowych, odpowiedzialnych za poszczególne odcinki „frontu”. Pierwsza z tych kontroli ruszyła już po kilku dniach od wprowadzenia nowego systemu w życie. Urzędnicy mają sprawdzić stan śmietników, obecność i dostępność wymaganych pojemników, czy wreszcie przestrzeganie ustalonych harmonogramów odbioru. - Namawiam do zgłaszania wszystkich wątpliwości i niedociągnięć pod miejskim numerem 19115. Takie zgłoszenie zostaje zarejestrowane przez miasto i może stać się dla nas podstawą do zweryfikowania kwot wypłacanych firmom za odbiór śmieci w danym miesiącu. Jeśli jakakolwiek firma nie będzie się wywiązywać ze swoich obowiązków należycie, zapłata zostanie odpowiednio pomniejszona – zapowiadał wiceprezydent Warszawy, Jarosław Dąbrowski.

Teoretycznie, mieszkańcy skarżący się na zalegające odpady, które w pierwszych dniach lutego w wielu miejscach nie zostały odebrane mogą je odwozić firmom. - Gdy gmina nie realizuje obowiązku odbierania odpadów, właściciel nieruchomości może je przekazać, na koszt gminy, podmiotowi wpisanemu do rejestru – twierdzi Joanna Józefiak z biura prasowego Ministerstwa Środowiska. Ale ratusz odcina się od tego stanowiska. - Nie przewidujemy zwrotu pieniędzy w takim przypadku – zastrzega rzecznik stołecznych władz, Agnieszka Kłąb. Pozostają infolinie lub wspomniany miejski numer.

Albo Ekopatrol – inicjatywa redakcji „Super Ekspresu”. „Grupa interwencyjna” tabloidu próbuje wywierać presję na firmy śmieciowe, zwożąc nieodebrane śmieci pod siedziby firm lub domy ich prezesów. W ten sposób wysłannicy gazety zawitali już do drzwi szefowej Lekaro Jolanty Zagórskiej, czy siedziby SITA na Zawodziu, gdzie worki zostały wręczone prezesowi Jean-Michelowi Kalecie. Tyle że happeningi tabloidu nie są żadnym rozwiązaniem problemu.

Awantura w KIO

Problem w tym, że to dopiero początek kłopotów. W pozostałych dzielnicach miasta obowiązuje tzw. system pomostowy: odpady zbierają firmy, które robiły to wcześniej, na dotychczasowych zasadach (częstotliwość, stawki). System ten ma obowiązywać, dopóki Krajowa Izba Odwoławcza nie rozpatrzy odwołań od przetargu śmieciowego, które dotyczą odbioru śmieci na Białołęce, Bemowie, Bielanach, Mokotowie, Targówku, Ursusie, Włochach, Woli i Żoliborzu. Wygrało tam należące do ratusza Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania, co zakwestionowały konkurencyjne firmy – Byś i Remondis – zarzucają miejskiej spółce zaniżanie cen.

Tyle że rozstrzygnięcia prędko nie doczekamy. Rozprawa, jaka miała się odbyć w KIO na początku lutego została bezterminowo odroczona. Miasto odniosło specyficzny sukces – po trzech próbach w końcu doprowadziło do odwołania z grona składu orzekającego w tej sprawie prezesa Izby, Pawła Trojana. Decyzję w tej sprawie podjął osobiście premier Donald Tusk. KIO ma zdecydować o losie pozostałych członków składu orzekającego.

Impetu sprawie nadała opinia biegłego, który uznał ceny proponowane przez MPO za dumpingowe. Zrobił to jednak w oparciu przez Izbę poufne dokumenty finansowe spółki. W rezultacie MPO uznało, że Izba popełniła przestępstwo – i złożyło stosowne zawiadomienie w prokuraturze. A prokuratura uznała, że „istnieje duże prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa”.

KIO zareagowała ostrym komunikatem. - Takie zachowania są jednoznacznie ukierunkowane na zapobieżenie ewentualnemu niekorzystnemu przebiegowi i rozstrzygnięciu postępowania i godzą w niezawisłość Izby – napisała w nim rzeczniczka Izby, Justyna Tomkowska. Tak czy inaczej, odwołanie składu orzekającego oznaczać będzie jedno: dotychczasowy impas w dzielnicach objętych systemem pomostowym będzie trwać. Biorąc pod uwagę chaos panujący w tych miejscach, gdzie nowy system już obowiązuje, mieszkańcy mogli by rzec: co za ulga!

Już w stu krajach obchodzony jest Dzień Bezpiecznego Internetu. To swoiste święto, obchodzone z inicjatywy Komisji Europejskiej – nie tylko jednak w Europie, w tym roku „świętowano” w sumie w stu krajach na całym globie – ma służyć upowszechnianiu bezpiecznego używania sieci i technologii internetowych oraz zwalczaniu nielegalnych lub szkodliwych treści. Jak pokazuje praktyka, takie nauki są nam coraz potrzebniejsze.

Święto połączone jest z corocznym konkursem. W Polsce od 2005 r. organizacją je Fundacja Dzieci Niczyje oraz Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa (NASK). W tym roku nagradzane były najlepsze treści adresowane do dzieci i powstające dzięki nim lub ze znacznym ich udziałem. - Dzieci i młodzież robią wspaniałe rzeczy przy użyciu narzędzi cyfrowych. Musimy je do tego zachęcać, pomagać im, by robiły to w sposób bezpieczny, i stwarzać im możliwości, by same czyniły internet lepszym – komentowała unijna komisarz ds. agendy cyfrowej, Neelie Kroes.

Rzeczywiście, nagrodzone projekty są dalekie od banału. Prestiżowe unijne laury trafiły do czeskiego radia internetowego adresowanego do dzieci, islandzkiej firmy produkującej gry edukacyjne oraz holenderskiej piętnastolatki, autorki blogu Lifesplash – gdzie swobodnie mieszają się tematy związane zarówno ze szkołą, jak modą, sportem, czy gotowaniem. W tym elitarnym gronie nie zabrakło też Polaków. Uczniowie ze szkoły podstawowej im. św. Jana Kantego w Bestwinie zostali uhonorowani za... Instrukcję Obsługi Języka Polskiego. To zawierający już kilkadziesiąt wpisów, prowadzony od roku, videoblog. Kilkuminutowe filmiki, jakie uczniowie ze Śląska umieszczają w sieci, zawierają miniwykłady na temat m.in. tajników gramatyki i pisowni czy elementów wiedzy o literaturze.

Policjanci i Śnieżka

Dzień Bezpiecznego Internetu obchodzono jednak w całej Polsce – może nie tak spektakularnie lecz, miejmy nadzieję, równie efektywnie. W Iławie do Gimnazjum nr 2 oraz Zespołu Szkół im. Stefana Żeromskiego przyszli z wizytą policjanci z lokalnej Komendy Policji. Zaprezentowali oni materiał multimedialny przygotowany pod kątem słuchaczy oraz odpowiedzieli na ich pytania.

W Sokołach obchody zorganizowali nauczyciele. - Nasza inicjatywa nosi nazwę „Jak nie wpaść w szpony sieci” - tłumaczyły lokalnym mediom Dorota Brzozowska i Katarzyna Zdrodowska, inicjatorki akcji. - Chodzi o zwrócenie uwagi na to, że każdy internauta może przyczynić się do tego, że internet będzie miejscem bezpiecznym i pozytywnym. Każdy z nas ponosi odpowiedzialność za to, co robi w sieci i w jaki sposób z niej korzysta. Warto rozmawiać o tym z dziećmi i młodzieżą, aby wychować mądre społeczeństwo informacyjne – podkreślały.

Program zajęć w Sokołach zróżnicowano pod kątem wieku dzieci. Najmłodsze miały okazję wysłuchać bajki „Mój przyjaciel Necio”, do której wyświetlano ilustracje. Śpiewano piosenki „Fajnie w Internecie” oraz „Wyjdź na dwór”. Uzupełnieniem bajki była treść strony www.necio.pl. Z kolei dzieci starsze miały okazję nauczyć się, jak efektywnie korzystać z wyszukiwarki Google, jak używać czatów i forów internetowych oraz jak obsługiwać pocztę elektroniczną. Najdalej chyba idącą inicjatywą było przeadaptowanie bajki o Śpiącej Królewnie na sztukę „Różyczka w szponach sieci”.

Inicjatywy tego typu nie ograniczają się jednak do mobilizacji sił na krótko przez Dniem Bezpiecznego Internetu. W Wielkopolsce w 35 szkołach zawodowych prowadzony jest projekt oparty na bezpiecznej komunikacji sieciowej oraz najnowszych rozwiązaniach IT (komputery z oprogramowaniem antywirusowym oraz bezpieczne routery FRITZ!). Pomysłodawcą programu – nazwanego „Czas zawodowców – wielkopolskie kształcenie zawodowe” - jest Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego w Poznaniu. Przedsięwzięcie sfinansowano ze środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, Priorytet IX – Rozwój wykształcenia i kompetencji w regionach, Działanie 9.2 Podniesienie atrakcyjności i jakości szkolnictwa zawodowego. Dodatkowo inicjatorzy projektu pozyskali fachowego partnera – firmę Comp SA, która przekazała placówkom oprogramowanie, monitory, drukarki, skanery, projektory, urządzenia wielofunkcyjne, routery, wzmacniacze, punkty dostępu WLAN, serwery plików i inny sprzęt sieciowy. Po co to wszystko? Choćby po to, by uświadomić wszystkim użytkownikom sieci – nie tylko tym najmłodszym – że nowoczesne IT to nie tylko najlepsze komputery, ale też otoczenie sieciowe, dzięki któremu można uniknąć choćby wyrafinowanych wyczynów hakerskich itp.

Alienacja w sieci

To akurat jeszcze jeden z aspektów ryzyka, jakie niesie ze sobą internet. Dzieci – jak wynika z badań EU Kids Online, publikowanego zwykle w Dzień Bezpiecznego Internetu – obawiają się w sieci nieco innych zagrożeń. Przede wszystkim stron internetowych zawierających pornografię lub sceny przemocy. Z badania wynika też, że młodzi ludzie z coraz większą ostrożnością podchodzą do portali społecznościowych – zwłaszcza, gdy poznani w ten sposób ludzie pytają „gdzie mieszkam, co robi moja mama czy tata”. Podobnie w przypadku „ludzi, którzy do czegoś namawiają, np. do samookaleczeń”. W ankiecie widać też prawdopodobny wpływ kampanii informacyjnych – dzieci boją się „dorosłych, którzy podają się za dzieci, a potem chcą się umówić”.

– Najczęściej wymienianymi emocjami, które towarzyszą dzieciom w sytuacji zagrożenia w internecie, są strach podczas oglądania scen drastycznych oraz obrzydzenie towarzyszące przede wszystkim treściom pornograficznym. Co ciekawe, zagrożenia, które powinny budzić silne emocje, jak treści związane z nienawiścią, rasizmem czy samobójstwem, poruszyły emocje u bardzo niewielu dzieci. W tym, co jedno dziecko spostrzega jako zagrażające, inne nie widzi żadnego ryzyka. Istotne jest więc, żeby dowiadywać się dokładnie od samego dziecka, co je niepokoi w internecie, wysłuchać go i pomagać w przypadku zagrożenia – podkreśla w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” dr Lucyna Kirwil ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, koordynująca badania EU Kids Online w Polsce.

Ale to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Z badań wynika choćby, że 2 proc. ankietowanych dzieci w Europie przyznaje się do ryzykownych zachowań w internecie. To z pozoru nikły odsetek, jednak, gdy przełożyć to na liczby – okazało by się, że problem dotyczy tysięcy dzieci. Kolejny problem ma naturę socjologiczną: z wcześniejszych badań dotyczących Polski wynikało równie niezbicie, że sieć alienuje swoich najmłodszych użytkowników. W grupie wiekowej 11-16 lat aż 38 proc. nastolatków przyznawało się do serfowania po internecie również w sytuacjach, gdy ta czynność ich nudziła. Analogiczna grupa bardziej „czuła się sobą”, gdy była online, a nie w sytuacjach bezpośredniej styczności z innymi ludźmi. 35 proc. zdawało sobie sprawę, że internet doprowadził do sytuacji, gdy zaniedbywali rodzinę, kolegów, szkołę, inne zainteresowania. Do tego można by jeszcze dodać technologię: powstające nieustannie nowe wirusy, ataki hakerskie, piractwo internetowe itd. Gdy wszystko to zsumować, można by rzec, że zamiast Dnia Bezpiecznego Internetu należałoby zorganizować... Rok Bezpiecznego Internetu.

Minister Finansów na wniosek szefa MAC uruchomił 150 000 zł na zasiłki celowe do 6 000 zł dla poszkodowanych rodzin z województwa małopolskiego. Pomoc wypłacana jest przez gminne/miejskie ośrodki pomocy społecznej na podstawie wniosków poszkodowanych, którzy ponieśli straty w gospodarstwach domowych i nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb bytowych. W celu uruchomienia środków budżetu państwa, gminy powinny przekazać informację o liczbie poszkodowanych oraz wielkości niezbędnych środków finansowych do właściwego terytorialnie wojewody. Jednostki samorządu terytorialnego, które poniosły straty w infrastrukturze technicznej mogą ubiegać się o dotacje z budżetu państwa na jej remont lub odtworzenie. Szczegółowe zasady ubiegania się o pomoc dostępne są na stronie internetowej Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji - odnośnik: „wytyczne powodziowe”. W przypadkach uzasadnionych skalą zniszczeń w obiektach budowlanych, prezes Rady Ministrów, w oparciu o dane przekazane przez wojewodów, może wydać rozporządzenie określające gminy, w których zastosowane będą rozwiązania przewidziane w ustawie z dnia 11 sierpnia 2001 r. o szczególnych zasadach odbudowy, remontów i rozbiórek obiektów budowlanych zniszczonych lub uszkodzonych w wyniku działania żywiołu (Dz. U. Nr 84, poz. 906 z późn. zm.). Przepisy te znacząco upraszczają postępowanie przed organami administracji architektoniczno-budowlanej, np. w miejsce decyzji pozwolenie na budowę wystarczy zgłoszenie robót, a tam gdzie przepisy prawa budowlanego wymagają zgłoszenia – nie będzie ono wymagane. Źródło: mac.gov.pl
poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:12

BATEM I RUSZNICĄ. JAK POLACY WITALI NOWY ROK

W przeciwieństwie do świąt Bożego Narodzenia, Nowy Rok przez długie wieki był w Polsce dniem niemalże codziennym. Od stulecia zaczęliśmy się jednak bawić w sylwestrową noc – i to hucznie!

Stary rok pozostawił po sobie złe wspomnienia, problemy, animozje? Trzeba spisać je na kartce, a potem puścić ją z dymem. Płomień pochłonie dotychczasowe kłopoty, podobnie jak może również strawić przedmioty kojarzące się z wspomnieniem, którego chcemy się pozbyć. W portfelu powinny być pieniądze, a w spiżarce – jedzenie. Sprzątanie przed Nowym Rokiem lepiej odpuścić: można wymieść z domu szczęście. Za to w Sylwestra po północy warto pootwierać okna i drzwi, a następnie nakręcić zegar. Pożegnamy w ten sposób stary rok, powitamy nowy, a dzięki przeciągom pozbędziemy się kłopotów.

Wiele ze starych obyczajów i przesądów zachowało się do dziś, choć ich forma uległa znacznym modyfikacjom. Rzadko kto spogląda już dziś w niebo – rozgwieżdżone wieszczy szczęśliwy, dobry rok – choćby dlatego, że przez całą sylwestrową noc nieboskłon rozjaśniać będą sztuczne ognie, skądinąd importowana z Chin wariacja na ten temat. Inna sprawa, że nad większością europejskich metropolii trudno dziś obserwować gwiazdy – łuna świateł potrafi skutecznie przyćmić najjaśniejsze nawet konstelacje. W najlepszej sytuacji znajdą się wobec tego ci, którzy spędzą sylwestrową noc na wsi.

Tak jak w przypadku świąt i tradycji luźno wiążących się z chrześcijaństwem, i w przypadku Nowego Roku wiele zwyczajów wiąże się z życiem uczuciowym. Stary przesąd m.in. każe pannom i rozwódkom uważnie słuchać rozmów, jakie będą się toczyć zaraz po północy. Pierwsze męskie imię, jakie w nich padnie, będzie imieniem przyszłego partnera. Na noworoczną zabawę zakładano też najczęściej nowe ubrania, co miało symbolizować zarówno „nowy początek” i powodzenie, oraz – nie ukrywajmy – zapewniać przychylne spojrzenia płci przeciwnej. W nowoczesnej formie zwyczaj ten stał się swoiście „ortodoksyjny”: sylwestrowe „poradniki” zalecają choćby, żeby w bieliźnie, którą założymy na noworoczny bal, wciąż pozostawały metki.

Ważny jest także pierwszy dzień Nowego Roku: od lat starsi powtarzają dzieciom: jaki pierwszy dzień, taki cały rok.

Nowy Rok nie tak oczywisty

Koniec końców, w ostatnich dekadach doszedł do rozmaitych polskich tradycji, jeszcze jeden element „z importu”: szampan. A wraz z nim – świecka tradycja obserwowania bąbelków w kieliszku. Im większe pęcherzyki będą się odrywać od dna, tym więcej będzie „ruchu” w naszym życiu. Drobne bąbelki oznaczają stabilizację i utrzymanie status quo. Co prawda, naukowcy dowodzą, że wielkością, dynamiką i gęstością piany z szampana da się sterować – choćby wybierając określone gatunki trunku – ale to zapewne nie zniechęci rodzimych miłośników wróżb.

Trudno się dziwić, że większość tych tradycji zrodziła się niedawno – i zazwyczaj nie w Polsce. Europejskie święto wywodzi się z kolei z czasów starożytnego Rzymu. Gajusz Juliusz Cezar, przebudowując imperium, wprowadził 1 stycznia jako początek roku kalendarzowego (juliańskiego). Wypadające w ten dzień święto Janusa posłużyło z kolei do stworzenia nazwy miesiąca: janwar’ po rosyjsku czy january po angielsku.

Ale już poza Europą Zachodnią nic nie jest takie proste. Już w krajach prawosławnych przesunięcie dat związane z obowiązującym tam kalendarzem gregoriańskim sprawia, że Nowy Rok wypada „juliańskiego” 14 stycznia. Na przełomie stycznia i lutego zaczyna się Nowy Rok w Chinach: w tamtejszej tradycji, właściwie pozbawionej oficjalnych świąt religijnych, zabawy noworoczne są najważniejszym czasem laby w całym roku – pracujący niemalże na okrągło mieszkańcy Państwa Środka mają wtedy aż trzy dni wolnego i milionami wsiadają do pociągów i busów, by choć raz w roku pojechać do rodzinnych miejscowości. Jeszcze później świętują Persowie lub Kurdowie: ich Nowruz wypada w pierwszy dzień wiosny, co skądinąd wydaje się być dosyć logiczne.

Apokalipsa odroczona

Data jednak datą, można by zapytać: a co tu świętować? Na Zachodzie, również w Polsce, można by odpowiedzieć: odroczoną Apokalipsę. Jak głosi legenda, przeszło milenium wstecz darzona wielką estymą wróżka Sybilla przepowiedziała ludzkości koniec świata. Miał on nastąpić wraz z końcem 999 roku, gdy z lochów Watykanu uwolni się smok Lewiatan. Nic więc dziwnego, że przepowiednia Sybilli obiegła kontynent – i wszędzie napędziła ludziom strachu. W noc przed 1 stycznia 1000 roku Europa skuliła się i pogrążyła w modlitwie – a o świcie, wybuchła radością. Apokalipsy nie było. Papież Sylwester II po raz pierwszy błogosławił ludzkości, a w miastach i wsiach zaczęły się huczne zabawy.

I tak już zostało, choć Polskę ominęła zarówno posępna zapowiedź Sybilli, jak i zwyczaj balowania w sylwestrową noc. Zabawy zaczęły się dopiero w XIX w. na szlacheckich dworkach i w pałacach arystokracji. Podpatrzony na Zachodzie – i Wschodzie – zwyczaj nałożył się częściowo na okołobożonarodzeniowe tradycje wróżbiarskie, a za pierwszy szampan służyło białe wino sprowadzane z Węgier. Wyganianie starego roku i starych nieszczęść odbywało się z sarmacką fantazją – trzaskaniem z batów i palbą z rusznic, czy kto tam co miał.

Na wsiach z kolei zaczęto wypiekać w ten dzień „szczodraczki” i „bochniaczki”: pieczywo, które oczywiście miało symbolizować szczęście i dobrobyt. Częstowano nim tych, którzy składali życzenia noworoczne. Wtedy też ukuto używany do dziś zwrot: „do siego roku”. Siego, czyli szczęśliwego i dostatniego.

Czego Państwu i sobie życzymy! Do siego roku!

wtorek, 03 grudzień 2013 21:58

DOBRE PRZEPISY, ZŁE PRAKTYKI

25 października w siedzibie Fundacji Republikańskiej odbyła się debata ekspercka „Projekty nowelizacji Prawa zamówień publicznych – przedmiot, cel i zasadność”. Uczestnicy spotkania rozmawiali nie tylko o merytorycznej zawartości projektów, ale też starali się określić cele wprowadzanych zmian oraz zasadność ich wprowadzenia. W trakcie dyskusji starano się też dokonać refleksji nad kondycją całego systemu zamówień publicznych w Polsce.

W spotkaniu wzięli udział posłowie Adam Szejnfeld z Platformy Obywatelskiej oraz Jerzy Szmit z Prawa i Sprawiedliwości, eksperci – Mariusz Kuźma, udziałowiec Kancelarii Doradztwa Prawnego i Gospodarczego K&K, Marek Kowalski, ekspert PKPP „Lewiatan” i Prezes Polskiej Izby Gospodarczej Czystości, Sylwia Szczepańska, ekspert Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” – oraz prowadzący spotkanie Prezes Fundacji Republikańskiej Marcin Chludziński i ekspert Fundacji, Paweł Przychodzeń.

Punktem wyjścia debaty był problem mnożących się nowelizacji Prawa zamówień publicznych: tylko w tym roku złożono trzy nowe projekty zmian, w sumie w Podkomisji Nadzwyczajnej znajduje się sześć projektów. – Należałoby się zastanowić, czy nie czas napisać nową ustawę. Wydaje się, że w dłuższej perspektywie i tak nie uciekniemy przed takim rozwiązaniem – mówił Paweł Przychodzeń. Zdaniem uczestników debaty, duża liczba nowych rozwiązań wprowadzanych pojedynczo – np. projekt zmian autorstwa posłów Ruchu Palikota (obecnie Twój Ruch) to trzy nowelizacje, po jednym przepisie każda – pogłębia chaos.

Co więcej, ustawiczne nowelizowanie prawa w wielu przypadkach wydaje się być niepotrzebne. Najlepszym przykładem może być projekt mający w założeniu regulować sytuację podwykonawców. – Jeśli się dobrze wczytać w istniejącą ustawę, można w niej znaleźć przepisy wystarczająco regulujące relacje wykonawca-podwykonawca – podkreślał Paweł Przychodzeń.

Tematem, któremu uczestnicy debaty poświęcili wiele uwagi, były dwa projekty zakładające podniesieniu progu stosowania ustawy do 30 – a w przypadku drugiego projektu: do 50 – tysięcy euro. Z komentarzy i analiz towarzyszących dyskusji nad tymi zmianami wynika, że operacja podwyższenia tzw. progu bagatelności do 30 tys. euro spowoduje, że mniej więcej czwarta część zamówień ogłaszanych obecnie w Biuletynie Zamówień Publicznych nie będzie już udzielana w oparciu o zasady i procedury z Prawa zamówień publicznych. Zmiany – zwłaszcza dla niewielkich wykonawców – mogą być więc znaczne.

- 30 czy 50 tysięcy, to nie jest wielka różnica. Istotne dla kraju przetargi dotyczą zamówień wartych miliony – argumentował poseł Adam Szejnfeld. – Wysokość progu ma znaczenie. Znaczna część budżetów inwestycyjnych polskich instytucji to małe prace, które mieszczą się właśnie poniżej tego progu – kontrował poseł Jerzy Szmit. Zdaniem Adama Szejnfelda ważniejsze od ustalenia kwoty progowej jest jednak unormowanie sytuacji w przypadku takich niewielkich zamówień. – Nie jestem zwolennikiem mnożenia regulacji. W takiej sytuacji najważniejsza jest transparentność: np. podawanie do publicznej wiadomości szczegółów wszystkich prowadzonych postępowań, tak żeby mieszkańcy każdej, nawet najmniejszej gminy, mogli obserwować, co dany wójt robi – podkreślał poseł PO. Również i w tym przypadku uczestnicy zgadzali się, że największe kłopoty systemu zamówień publicznych nie wynikają z wadliwych przepisów, ile z praktyki ich stosowania.

Dobitnym przykładem może być kontrola systemu. – Rygor ustawowy zamienił się na rygor kontrolera – zaznaczył Mariusz Kuźma. – Teraz wszyscy tego żałują, bo kontrolujący działają dosyć dowolnie – dodał. – Kontrolerzy rzucają się na to, co łatwo kontrolować – sekundował mu Paweł Przychodzeń. Efektem jest sytuacja, gdy zamówienia są przygotowywane z myślą o potencjalnych kłopotach, w jakie wpędzić mogą zamawiającego potencjalne przyszłe kontrole.

Jeszcze inny problem to zjawisko rażąco niskiej ceny i – generalnie – dominujące w systemie zamówień publicznych kryterium cenowe, częściowo wynikające z presji kontrolerów. – Ponad 90 procent przetargów rozstrzyganych jest według kryterium ceny – mówił poseł Szejnfeld. – Jednak winni takiej sytuacji są wszyscy ci, którzy budują wokół zamówień publicznych atmosferę podejrzliwości. Stosując kryterium cenowe zamawiający po prostu się broni: przecież, jak pojawi się jakakolwiek przesłanka do oskarżenia polityka czy urzędnika odpowiedzialnego za postępowanie, trzy kolejne lata spędzi on w sądach – podkreślał. W skrajnych przypadkach prowadzi to jednak do sytuacji, w której zamawiający musi zdawać sobie sprawę z faktu, że wykonawca – aby zrealizować zamówienie w cenie wyznaczonej przez zamawiającego – będzie musiał złamać prawo. – To nie wykonawcy pierwsi zaczęli korzystać z luk prawnych – komentował Marek Kowalski. – To zamawiający zaczęli formułować zamówienia w taki sposób, że musiały one zawierać założenie, iż wykonawca będzie musiał np. płacić pracownikom stawki poniżej wynagrodzenia minimalnego – mówił.

Jednym z najważniejszych tematów październikowego spotkania była też rola Urzędu Zamówień Publicznych w systemie. Uczestnicy niemal jednogłośnie uznali, że znaczenie tej instytucji dla zamówień publicznych w Polsce zasadniczo się zmieniło: dziś Urząd ma znacznie większe prerogatywy niż zakładano to w czasach, kiedy powstawała zarówno sama instytucja, jak i obowiązująca ustawa. – Poważnie modernizujemy tę instytucję – zapewniał Adam Szejnfeld. – Urząd ma wrócić do sytuacji, w której kontroluje i nadzoruje system, a nie jest miejscem, gdzie np. realizuje się inne zadania, choćby tworzy prawo – dodawał. – W ostatnich latach UZP zagarniał coraz więcej funkcji, aż w końcu się zapchał – skwitował lapidarnie Mariusz Kuźma.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:41

NASZA ZIMA ZŁA. I CORAZ DROŻSZA

Klimatolodzy mogą się spierać, czy mamy do czynienia z globalnym ociepleniem, czy też przygrywką do kolejnej epoki lodowcowej. Na pewno narzekamy, że w porównaniu do poprzednich dekad, coraz częściej zdarzają się anomalie – mrozy przychodzą niespodziewanie wcześnie, albo przeciwnie: śnieg spada dopiero pod koniec grudnia, za to chłody trzymają do maja. Jedno też nie ulega wątpliwości: kolejne zimy są coraz droższe.

W Tychach akcja „Zima” na przełomie 2012 i 2013 r. trwała wyjątkowo długo: od 1 listopada 2012 roku do 8 kwietnia br. Zakończyła się mocnym akcentem: falą mrozów, który spadły na miasto w połowie marca i trzymały do początku kwietnia. Skóra ścierpła urzędnikom jednak nieco później, gdy podliczyli wydatki, jakie musieli ponieść, żeby sprostać zimowym wyzwaniom. Wyszło nieco ponad 7 milionów złotych. Dla 130-tysięcznego miasta to spora suma, ale niepokojące jest przede wszystkim to, że rachunek jest o półtora miliona wyższy niż w poprzednich latach. Koszty wzrosły o ponad jedną czwartą.

Prawie milion za dzień

Oczywiście, Tychom jeszcze daleko do największych miast w kraju. Tam dopiero trzeba wysupłać grubą gotówkę – tylko na samo usuwanie śniegu. W tym roku stołeczny budżet na ten cel wyniósł około 70 mln złotych: przy czym już w styczniu z tej puli wydano 50 milionów. Teoretycznie za każdym razem, gdy na ulice Warszawy spada śnieg, do akcji wkracza 170 pługów i solarek, co oznacza jednorazowy wydatek rzędu 800 tysięcy złotych. Problem w tym, że wystarczy kilka godzin opóźnienia, zwłaszcza popołudniu, w środku tygodnia, by w korkach utknęło około miliona pojazdów. A i koszty odśnieżania drastycznie rosną. W apogeum ostatniej zimy, w stolicy wydatki przewyższały już sumy wydane poprzedniego sezonu o 5 mln złotych. W sumie wzrost zapewne był procentowo porównywalny do sytuacji w Tychach.

Ale stolica była w relatywnie komfortowej – wyjąwszy zatory na ulicach – sytuacji: przy takim budżecie było z czego przesuwać środki. Kraków, dysponujący „zimowym” budżetem wysokości 15 mln zł, olbrzymiej większości środków pozbył się już w styczniu. Tylko jeden dzień w tym miesiącu, kiedy mróz ściął topniejący śnieg i zamienił nawierzchnię dróg w „szklankę”, kosztował metropolię milion złotych. W efekcie, u progu ferii, gdy miasto tysiącami rozjeżdżali ciągnący w Tatry Polacy, krakowski ratusz miał w kasie 2 miliony złotych, a służby apelowały o dodatkowe 10 mln złotych. Ostatecznie udało się uniknąć bicia rekordu sprzed dwóch lat, kiedy to koszty odśnieżania sięgnęły 28 mln złotych.

O tym, jak opady mogą się przełożyć na sytuację miejskich finansów, dobitnie może świadczyć przykład Lublina. W budżecie na zimę 2012/2013 miasto zabezpieczyło relatywnie spore środki: 12 mln złotych. I ostatni grudzień wyglądał całkiem dobrze: wydano raptem 2 mln złotych. Ale już w styczniu, by uczynić Lublin przejezdnym, trzeba było wydawać analogiczną sumę co tydzień. Wysokość zimowych wydatków odbijała się bezpośrednio na tych letnich: w skrajnych przypadkach z poprzednich lat ratusz redukował w sezonie wiosenno-letnim np. nakłady na koszenie trawy na miejskich trawnikach. W 2011 roku koszono ją dopiero wtedy, gdy była tak wysoka, że na rondach zasłaniała kierowcom widoczność. Ulice zamiatano nie codziennie, a co drugi dzień.

Obciążenia bezpośrednie i nie tylko

Podliczanie kosztów zimy w całym kraju utrudnia fakt, że nikt takich statystyk nie prowadzi. Kilka lat temu szacowano wydatki zimowe dla całego kraju na 200 mln złotych. Dodatkowe pół miliarda pochłaniało likwidowanie dziur w drogach czy łatanie pękniętych rur kanalizacyjnych. Gdyby potraktować wydatki Tych czy Warszawy jako typowe oznaczałoby to, że dziś koszt zimy w całym kraju może sięgać miliarda.

Statystyki podbijają też ustawiczne awarie prądu. Nie jest tajemnicą, że kilkanaście tysięcy kilometrów przewodów w całej Polsce nadaje się do natychmiastowej modernizacji. Kable liczą sobie pół wieku, nierzadko z okładem. I tego nie da się ukryć: w styczniu na niemal dwie doby bez prądu zostali mieszkańcy miast na Podkarpaciu: od Leżajska i Stalowej Woli po Krosno, a nawet Rzeszów. W sumie około 60 tysięcy ludzi. Tam na kable spadały łamiące się pod wpływem marznącego, lodowego deszczu drzewa. W tym samym czasie na Lubelszczyźnie, lód kruszył bezpośrednio słupy energetyczne w pasie od Zamościa po Kraśnik, pozbawiając prądu kilkanaście tysięcy osób. W Piotrkowie Trybunalskim pęknięta rura sprawiła, że niemal dziesięć tysięcy mieszkańców nagle doświadczyło w mieszkaniach temperatur niewiele przekraczających 10 stopni Celsjusza.

Odśnieżanie, naprawy czy interwencje w nagłych przypadkach to tylko bezpośrednie obciążenie lokalnych władz. Do tego należałoby dołożyć jeszcze koszty pośrednie. Weźmy ubezpieczenia: w chwili, gdy na ziemię spada biały puch, liczba incydentów drogowych rośnie błyskawicznie do tysiąca dziennie. Firmy ubezpieczeniowe w kwartale zimowym ponoszą wydatki analogiczne do ponoszonych w pozostałych trzech kwartałach. Ale weźmy też pod uwagę spadek temperatury: z badań wynika, że 1 stopień „na minusie” więcej oznacza 5-procentowy wzrost zapotrzebowania na energię grzewczą.

Śnieg w końcu sam stopnieje

Nie da się ukryć, że z każdym rokiem jesteśmy coraz lepiej przygotowani na nadchodzące zimy i nagły opad nie wywołuje już takiego chaosu, jak choćby w latach 90. Ale też rzadko kiedy mamy świadomość, że skala zimowego zamieszania to wypadkowa decyzji podejmowanych w ciągu całego roku czy nawet kilku poprzednich lat. Rzecz m.in. w jakości prowadzonych robót, dobieranych materiałach, stanie posiadanej infrastruktury, wyborze priorytetów rozwojowych na danym terenie.

Sprawa jest tym ważniejsza, że możliwości finansowe samorządów stopniowo się kurczą. Samorządy w najgorszej sytuacji mogą mieć wkrótce wybór jedynie przed strategią lublińską – odwlekaniem koszenia trawników – a wariantem z Bytomia Odrzańskiego pod Głogowem. Tamtejszy burmistrz zasłynął z tego, że przez niemal dwie dekady rządów po prostu… nie odśnieżał. – To nie ma sensu. Śnieg przecież prędzej czy później sam stopnieje – skwitował w wywiadzie telewizyjnym. Dzięki temu, skarb miasta oszczędzał 250 tysięcy złotych rocznie. Cóż, można i tak.

Rozmowa z Krzysztofem Iwaniukiem, wójtem gminy Terespol, wiceprzewodniczącym Związku Gmin Wiejskich RP

MARIUSZ JANIK: Tym roku zima przychodzi jakby wcześniej, znowu wszystkich zaskakując. Czy samorządy będą miały z tym problem?

KRZYSZTOF IWANIUK: Problemy będą nie tyle ze śniegiem i mrozami, ile z topniejącymi środkami, pozwalającymi nam radzić sobie m.in. ze zjawiskami pogodowymi. Rzecz oczywista: każde utrzymanie – a w szczególności zimowe – dróg czy dowozu dzieci do szkół, to konkretne koszty. Jeżeli zima będzie łaskawsza, trochę zaoszczędzimy. Jeżeli będzie surowa – samorządy mogą mieć kłopoty, zwłaszcza te mniejsze jednostki.

Poza tym nie chodzi wyłącznie o mrozy czy roztopy, ale też konsekwencje zimy, które ujawniają się wiosną – np. konieczne remonty dróg uszkodzonych przez niskie temperatury. Dzisiaj nikt nie próbuje liczyć takich odłożonych w czasie kosztów zim. Ba, ostatnio wszyscy przerzucają się drogami, niczym gorącym kartoflem – i najchętniej „wcisnęliby” je samorządom gminnym, żeby uniknąć finansowania m.in. takich remontów.

A gdyby do tego doszło?...

Samorządy mają coraz mniej pieniędzy, a zadłużanie się – w dłuższej perspektywie – będzie bezproduktywne, „długiem długo się nie pociągnie”. Musielibyśmy zdobyć wówczas źródła dodatkowego dochodu – albo w budżecie państwa, albo poprzez wprowadzenie nowych podatków na rzecz gminy. O tym chyba nikt nie pamięta.

W tym roku pierwszych niskich temperatur doświadczyliśmy już we wrześniu. Październik w niektóre dni przypominał ubiegłoroczny grudzień. A co, jeśli mrozy potrzymają do kwietnia? Jak to się odbije na finansach gmin?

Uspokajam: załamania budżetów nie będzie. Sama zima, np. w moim 20-milionowym budżecie, to 200 tysięcy złotych na zimowe utrzymanie. Nie są to więc oszałamiające środki w skali całości. Ba, z tego jeszcze czasem zostają jakieś oszczędności.

Ale chyba nie o samo odśnieżanie szos chodzi. A wydatki na ogrzewanie i prąd w szkołach czy urzędach? Oświetlenie ulic, remonty budynków pękających od mrozu, dodatkowe usługi społeczne dla biednych?...

W stosunku do wszystkich kosztów utrzymania infrastruktury publicznej wzrost wydatków bezpośrednio wynikających z zimowej aury nie jest wielki. Wspomina pan o szkołach: 90 proc. budżetu na szkoły to pensje nauczycielskie i wydatki typu „wyrównania”. Pozostaje więc 10 proc. innych kosztów, w tym np. energia elektryczna. Gdyby więc nawet cena podskoczyła o kilka czy kilkanaście procent – sytuacja byłaby do opanowania.

Problem raczej w tym, że najróżniejsze podwyżki kosztów i wydatków sumują się często w sytuacje, gdzie samorządy pozostają bez nadwyżki operacyjnej. Nieważne, czy takich jednostek jest czterysta, jak mówią jedni, czy dziewięćset, jak szacują inni. Blisko zera jest koło tysiąca samorządów, które w zasadzie powinny zacząć wdrażać oszczędności lub zacząć dodatkowo obciążać mieszkańców. Na oszczędności nie pozostawia nam wiele miejsca istniejące – bardzo „instrukcyjne” – prawo, które nakłada na nas znaczne wymogi co do świadczenia pewnych usług. Z dodatkowymi podatkami – wiadomo, jak przyjmą to ludzie. Może należałoby więc ustanowić wszędzie tam komisarzy, i niech oni robią to, co tam sobie ministerstwo wpisze w ustawę. Tylko po co wtedy mówić o „samorządności”?

Skoro jest tak źle, to tym razem zima na pewno „zaskoczy drogowców”.

To niesprawiedliwe. Nie wiem, skąd przeświadczenie, że jak tylko zacznie padać śnieg, to po godzinie na drogi i ulice wyjadą drogowcy. Na całym świecie nie ma możliwości tak szybkiej reakcji. To logiczne, że nikt nie szykuje się co roku na „zimę stulecia”. Nie ma sensu kupować i trzymać w gotowości wielkich ilości sprzętu, w oczekiwaniu, że „a nuż za chwilę zacznie padać”. Mamy w tym kraju takie „średnie” zimy – i na takie jesteśmy przygotowani. W mojej gminie wypośrodkowujemy własne możliwości. Zakładamy, że wystarczą dwa ciągniki. Ale jeśli mamy 26 sołectw, to jasne jest, że te dwie maszyny nie pojawią się jednocześnie we wszystkich.

Kolejna sprawa to same drogi: ja „swoje” drogi mogę obkaszać trzy razy rocznie – i robię to. Ale już drogi krajowa i wojewódzka, przebiegające przez moją gminę, obkaszane są raz. Jak to do siebie pasuje? Utrzymanie może być na jednym poziomie, ale kto za to zapłaci? Koordynacja między drogą krajową, wojewódzką, powiatową a gminną jest chora. Każdy ma swoje przetargi i priorytety, założenia dotyczące stopnia utrzymania – ale autobusy muszą przejechać najczęściej każdą z nich – i muszą być o określonej godzinie na przystanku. My też musimy nimi jeździć: i przecież nie podniesiemy pługa, wjeżdżając na krajową czy wojewódzką. I najwcześniej reagujemy wcześniej niż służby czy firmy, które są za te drogi odpowiedzialne. Próbowałem to koordynować, ale najwyraźniej nie ma takiej woli, każdy robi po swojemu. Tyle że potem skargi trafiają do nas.

Wiadomo, wjeżdżam na drogę, to się nie zastanawiam, kto na niej rządzi.

Nikt się nie zastanawia. To zresztą naturalne, skoro to gminy dostarczają 90 proc. usług, z których korzystają mieszkańcy na danym terenie. I to nam zaczyna brakować pieniędzy, nie tylko na podnoszenie jakości, ale utrzymanie dotychczasowej. A ministerstwo finansów jeszcze przykręca kurek, chociaż samorządy zachowują się zwykle znacznie racjonalniej niż państwo, bo lepiej rozumieją, że z pustego się nie naleje.

No i to one już widzą dno w urzędowych kasach. Czy zaciskanie pasa doprowadzi do sytuacji, w której znowu na polskich drogach zaczną straszyć pozimowe dziury w asfalcie?

Nie, większym problemem mogłaby być wiosenna powódź. Taki kataklizm niszczy infrastrukturę kompletnie: tu bez pomocy państwa, żadna gmina nie da sobie rady. Zima może oznaczać co najwyżej nieprzejezdność drogi przez kilka godzin. Ale w powszechnym mniemaniu to i tak dramat: od razu jest awantura o to, że np. karetka może nie dojechać, gdyby była potrzebna. Wszystko ma być natychmiast, bo „płacę podatki”. Nie wiem, skąd ten wyidealizowany obrazek pługa wyjeżdżającego na ulice wraz z pierwszymi płatkami śniegu.

Bez przesady, zima to nie tylko drogi. To wyższe ubezpieczenia, więcej urazów, a więc wyższe koszty działania służby zdrowia. To wreszcie, jak w poprzednich latach, sto tysięcy rodzin bez prądu w całej Polsce. Prawie pół miliona osób.

No tak, tylko wszystko to nie jest bezpośrednio związane z samorządami, choć często zjawiska te wpływają na ich sytuację. Choćby prąd – tuż po akcesji do UE przegraliśmy batalię o to, czy sieci energetyczne niskiego napięcia będą należeć do samorządów, czy spółki Skarbu Państwa. I teraz mamy taką spółkę dla właściwie całej ściany wschodniej. Pracuje ona w takim tempie, że modernizacja sieci przesyłowej może potrwać jeszcze ze sto lat. A my jesteśmy dla niej jedynie petentem: mamy obowiązek płacić, ale już wymusić racjonalizację – choćby energooszczędne żarówki w oświetleniu ulicznym – już nie. Spółka chce sprzedawać jak najwięcej energii, po jak najwyższej cenie. A my nie mamy wsparcia do tworzenia alternatyw: a przecież, gdyby na każdym dachu zamontować cztery panele fotowoltaiczne, to raptem kilowat energii, w Polsce nie trzeba będzie budować elektrowni jądrowej, dzisiejsze technologie pozwalają budować elektrociepłownie osiedlowe a nawet dla pojedynczego gospodarstwa domowego.

O, łatwo powiedzieć…

Na potrzeby gminy takiej, jak nasza – 7-tysięcznej, ciut większej niż statystyczna w Polsce – użycie technologii opartych np. na fotowoltaice, przy unijnym współfinansowaniu, rozwiązałoby problem. I moglibyśmy stworzyć system w ciągu jednej kadencji. Nasz prąd byłby zawsze tańszy i to pewnie o połowę stawki, jaką teraz musimy płacić, bo odpadną koszty przesyłu już chyba wyższe niż sama energia elektryczna. Interesujemy się takimi rozwiązaniami od pewnego czasu, ale mamy w tym zakresie związane ręce. Niezrozumiałym jest, że projektowane prawo nie zalicza gmin do tzw. prosumentów, a to cena energii elektrycznej ma bezpośredni wpływ na cenę usług publicznych świadczonych naszym mieszkańcom.

Bez przesady?

Bez przesady. Nasze ustawy nie dają nam praw, a instrukcje. Nie możemy eksperymentować z samodzielnym zaspokajaniem własnych potrzeb, a na dodatek instrukcje z rozmaitych aktów prawnych często są niespójne. Najlepszy przykład to śmieci: we Francji samorządowcy nie mają wytyczonych szczególnych procedur rozwiązania problemu. Nie ma przetargów, nie ma przymusu korzystania z regionalnej instalacji. Rozlicza się ich z efektów polityki prowadzonej na danym terenie. A jak jest u nas – i to nie tylko w sprawie śmieci – wszyscy doskonale wiemy.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:36

MODELOWE PRZYKŁADY PPP NAGRODZONE

3 października w Pałacu Lubomirskich w Warszawie odbyła się Gala II edycji Konkursu 3P, w ramach którego nagrodzono inicjatorów przedsięwzięć mogących stanowić modelowe przykłady współpracy sektora publicznego i prywatnego. Podczas Gali odbyła się nie tylko uroczystość wręczenia nagród laureatom Konkursu, ale też dyskusja na temat przyszłości formuły partnerstwa publiczno-prywatnego w Polsce.

Konkurs 3P jest organizowany przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości, w ramach projektu „Partnerstwo publiczno-prywatne”. W tegorocznej edycji konkursu nagrodzono aż cztery jednostki samorządu terytorialnego, co zdaniem patronującego konkursowi ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego jest dobitnym dowodem na to, że formuła PPP opłaca się zarówno przedsiębiorcom, jak i instytucjom, które się na nią decydują.

W jury Konkursu znaleźli się w tym roku: Dariusz Szewczyk, zastępca prezesa Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (jako przewodniczący), Bogusława Bartoszek z Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach, dr Irena Herbst z Fundacji Centrum ppp, dr Aleksandra Jadach-Sepioło ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, Bartosz Korbus z Fundacji Instytut Partnerstwa Publiczno-Prywatnego, Anna Świebocka-Nerkowska z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oraz przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki – Agnieszka Kalisiewicz, Jolanta Korzun i Grzegorz Lang.

Jury zdecydowało o nagrodzeniu czterech projektów. Znalazły się wśród nich następujące przedsięwzięcia: modernizacja oczyszczalni ścieków w Borku Strzelińskim, budowa targowiska miejskiego przy ulicy Damrota w Kędzierzynie-Koźlu, Dom Późnej Starości z zagospodarowaniem terenu w formule partnerstwa publiczno-prywatnego w Bobolicach oraz projekt „Partnerstwo Publiczno-Prywatne narzędziem kompleksowej realizacji zadania własnego Gminy Krzywiń w zakresie gospodarki ściekowej w obszarze miasta Krzywiń oraz miejscowości Jerka i Łuszkowo”. Dodatkowo wyróżniono też projekt rozbudowy układu komunikacyjnego miasta Krosna poprzez budowę połączenia ul. Niepodległości z ul. Czajkowskiego.

Równie istotną, jak ceremonia wręczenia nagród, częścią konkursowej Gali była dyskusja „PPP jako narzędzie dobrego rządzenia”, jaka odbyła się w pierwszej części spotkania. Wzięli w niej udział zarówno członek Rady Nadzorczej PARP Jan Król i członkini jury Konkursu, dr Aleksandra Jadach-Sepioło, jak i przedstawiciele JST: wiceprezydent Kędzierzyna-Koźla Ewa Stawska-Bąk oraz starosta łańcucki, Adam Krzysztoń.

- Rozwój PPP w Polsce następuje zbyt wolno – zgodzili się uczestnicy debaty. – Podstawy prawne dla tego procesu istnieją, problem pojawia się na etapie rozliczania takich przedsięwzięć – podkreślał Jan Król. Jego zdaniem, w obecnej chwili najważniejsze zadanie należy więc do ministerstwa finansów, które powinno usprawnić etap rozliczania inicjatyw PPP. Przedsięwzięcia realizowane w takiej formule często napotykają też opór polityczny. – Rady Miast nie są pewne, czy chcą angażować środki publiczne w takiej formule – mówił członek RN PARP. – Potrzeba odwagi, zwłaszcza politycznej, potrzeba determinacji, by takie projekty były kończone. Mamy sytuację, w której wiele projektów jest zaczynanych, ale kończone są nieliczne – podsumowywał.

Uczestniczący w dyskusji przedstawiciele samorządów podzielili się ze słuchaczami również własnymi doświadczeniami. – Samorządy realizują potrzeby społeczne, a te rosną. Nie da się zrealizować wszystkich, trzeba więc wybierać priorytety. Ale i te czasem trudno realizować ze środków własnych, bo tych bywa zbyt mało. Nie da się ich również sfinansować kredytami bankowymi – podkreślała Ewa Stawska-Bąk. – Samorządy są skazane na PPP – kwitowała.

Ale jeśli po jednej stronie istnieje ryzyko polityczne, czy problemy z późniejszym rozliczaniem inicjatyw, to i druga strona ma swoje obawy – m.in. przedsiębiorcy prywatni obawiają się kontraktów długookresowych. Uczestnicy debaty byli jednak zgodni, że są to bariery do przezwyciężenia. – Dotyczący PPP raport NIK to zapalenie zielonego światła dla całego procesu, rzeczywisty przełom – podkreśliła Aleksandra Jadach-Sepioło. – Nawet raporty cząstkowe to informacja, jak wzorcowo przeprowadzić inicjatywy z zakresu PPP – dodała. Jej zdaniem, dzisiejsze bariery mentalne wiążą się z poczuciem bezpieczeństwa – czy właściwie, jego brakiem. Tymczasem z raportu NIK wynika niezbicie, że błędy czy zaniechania stwierdzone przez inspektorów są takie same, jak w przypadku innych form realizacji zamówień publicznych. By ośmielić samorządy i pokazać im, jak w udany sposób realizować PPP, należałoby uruchomić szereg mniejszych pilotażowych projektów. Z kolei, według Ewy Stawskiej Bąk istotną rolę w tym procesie mają do odegrania media, które podchodzą do PPP z wielką ostrożnością, żeby nie powiedzieć – niechęcią. Ważna jest też filozofia, która powinna przyświecać lokalnym włodarzom. – Najlepiej by było, gdyby projekt choć częściowo się finansował. Im szybciej samorządy będą podchodzić do swoich inwestycji biznesowo, tym prędzej będzie się rozwijało PPP – twierdzi wiceprezydent Kędzierzyna-Koźla.

Co jeszcze ułatwiłoby samorządowcom zadanie? – Oczekiwalibyśmy większego nagłośnienia medialnego, szczególnie ważnego w procesie podejmowania decyzji w małych społecznościach, gdzie panuje duża nieufność wobec PPP – mówiła Stawska-Bąk. – Chcielibyśmy większej współpracy z Regionalnymi Izbami Obrachunkowymi, które obecnie prezentują dosyć zachowawcze stanowisko wobec partnerstwa. Byłoby dobrze wskazać z poziomu centralnego te projekty, które dobrze byłoby realizować w tej formule. Warto byłoby wskazać w Regionalnych Programach Operacyjnych stosowne środki –wymieniała. – Potrzebujemy jasnego prawa, oczekujemy też dodatkowych możliwości finansowania – uzupełniał Adam Krzysztoń.

Jednym z kroków w długim i trudnym procesie rozwijania partnerstwa publiczno-prywatnego będą, miejmy nadzieję, inicjatywy takie jak Konkurs 3P. Nagrodą w rywalizacji było nieodpłatne, profesjonalne wsparcie doradcze: prawne, ekonomiczne i techniczne w procesie przygotowywania, realizacji oraz zarządzania przedsięwzięciami PPP. To dobry krok, choć na długiej drodze.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:17

11 WRZEŚNIA PO POLSKU

Przez kilka ostatnich lat wydawało się, że obecność związkowców w politycznym dyskursie i życiu publicznym nieco osłabła. Nic bardziej mylnego, w połowie września najważniejsze organizacje związkowe przypomniały o sobie z dawno nie widzianą werwą i determinacją. Na szczęście jednak, obyło się bez bijatyk, nie ulega za to wątpliwości, że najważniejsze centrale chcą wrócić do politycznego mainstreamu.

- Po czterech dniach związkowych protestów przyszedł czas na dialog – mówił po serii protestów związkowców minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz. – Organizatorzy nie dopuścili do żadnych zdarzeń nagannych, jakichś zadym czy czegoś takiego. Trzeba podziękować policji i organizatorom za sprawną organizację – dodawał. Zaprosił też związkowców do rozmów na forum Komisji Trójstronnej, jeszcze we wrześniu.

Niewątpliwie, bilans protestów w Warszawie chyba wszyscy zainteresowani mogliby uznać za pozytywny. Rząd może być zadowolony z faktu, że obyło się bez drastycznych scen, a związkowcy być może z czasem zechcą zejść z ulic i usiąść do rozmów w Komisji, co zarazem zmniejszy spektakularność sporu – a więc i jego atrakcyjność dla mediów. Zadowoleni mogą być też warszawiacy – centrum miasta było, co prawda, sparaliżowane przez kilka dni, ale wyłącznie w określonych miejscach i w godzinach pracy. Związkowcy wreszcie mogą być usatysfakcjonowani: czterodniowy protest był manifestacją siły i powagi związków. Może być punktem wyjścia do powrotu organizacji do grona wielkich graczy.

Nic więc dziwnego, że ci ostatni poczuli, że mogą rozdawać karty – i nie mają zamiaru ustępować. – O trudnych sprawach trzeba rozmawiać, trzeba prowadzić dialog. Ale nasza władza nie chce dialogu, nie chce kompromisu. Chce konfrontacji – mówił podczas kończącej serię manifestacji pielgrzymki na Jasną Górę, przewodniczący „Solidarności” Piotr Duda. – Wprowadzając antypracownicze, antyspołeczne prawo, rząd wmawia nam, że wszystko wie lepiej. Przerzuca w ten sposób skutki kryzysu na polskich pracowników, na polskie rodziny – komentował. Sekundował mu szef OPZZ Jan Guz, dla którego odwołanie rządu byłoby nieuniknionym skutkiem niezadowolenia społecznego. – Gorycz jest tak głęboka i daleka, że to nie od nas zależy – mówił Guz w programie „Fakty po faktach”. – Poza tym wiemy, że ten rząd ma kłopoty sam ze sobą – dodawał.

Na ulicy brzmiało to jeszcze dramatyczniej. – Następują samopodpalenia, ludzie odbierają sobie życie, bo nie widzą przyszłości pod kierownictwem tego rządu. Jeśli oni nie zaczną dobrze rządzić, już dzisiaj mówimy im: nie! – zapowiadał Guz w trakcie protestów, proponując jednocześnie, by politycy zaczęli pracować za 1200 zł miesięcznie. – Zobaczymy, jak długo przeżyją, jak uważają, że to za dużo – dorzucał. – Trzeba to powiedzieć głośno: rząd premiera Tuska, to rząd antypracowniczy, antyspołeczny, antyobywatelski – perorował z kolei na Jasnej Górze Piotr Duda. – Rządzący w naszym kraju z pracownika zrobili niewolnika. Ostatnia nowelizacja kodeksu pracy cofnęła nas do XIX-wiecznego kapitalizmu – mówił.

Na Jasnej Górze do pielgrzymów przemówił też bp. Sławoj Leszek Głódź. – Kto twierdzi, że czas związków zawodowych się kończy, daje wyraz swojej arogancji w stosunku do ludzi pracy, niezrozumieniu nie tylko ich potrzeb, także godności pracy ludzkiej, której należny jest szacunek i ochrona – stwierdził w wygłoszonej do 20-tysięcznego tłumu homilii metropolita gdański. – Wczoraj zatrzasnęły się drzwi gabinetów ministerialnych, ale dziś Maryja otwiera swe ramiona i zaprasza – ogłosił.

Ale równie duże jest grono krytyków wrześniowego protestu. Według części z nich, związkowcy wystąpili w politycznym interesie Prawa i Sprawiedliwości: wśród pielgrzymów pojawił się choćby Jarosław Kaczyński, a inni politycy PiS dzielnie sekundowali związkowcom w mediach. Raczej niechętna rządowi Donalda Tuska „Rzeczpospolita” opublikowała wyliczenia, z których wynika, że realizacja postulatów manifestujących kosztowałaby państwo 150 mld zł w ciągu siedmiu lat – a więc najprawdopodobniej wzmogłaby bezrobocie. Po drugiej stronie polityczno-publicystycznej barykady Janina Paradowska z tygodnika „Polityka” twierdzi, że protestom zabrakło rozmachu, bo większość „ludzi pracy” nie rozpoznaje w postulatach uczestników demonstracji własnych poglądów i potrzeb. W krytyczny ton uderzył też Władysław Frasyniuk. – Związki zawodowe próbują nas przekonać, że reprezentują cały świat pracy w Polsce, podczas gdy tak naprawę reprezentują pewnie około 5 proc. pracujących, i to głównie w sektorze państwowym – komentował. – Pewnie pan Duda i większość szefów tych państwowych związków zawodowych nie mają pojęcia, co to jest elastyczny czas pracy. A wydaje im się, że mówią w imieniu świata pracy – dorzucił.

Jedno jednak dla nikogo nie ulega wątpliwości: jeżeli związkowcy uznają, że protesty odbiły się wystarczająco mocnych echem w kraju, na powtórkę wrześniowych demonstracji nie trzeba będzie długo czekać.

Strona 7 z 9

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY