Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:05

PRADZIADEK

Rodzinny charakter Świąt Bożego Narodzenia uzasadnia, mam nadzieję, publikację tekstu bardziej osobistego niż zazwyczaj. Grudniową „Historię żywą” ośmielam się poświęcić mojemu pradziadkowi, a dokładniej – pewnemu Jego rękopisowi. W tym roku przypada setna rocznica wybuchu I wojny światowej, a list – który w tym artykule przytaczam – został napisany pod koniec tej wojny.

Nim przeczytacie Państwo ten tekst, będący świadectwem niezwykłej epoki, słów parę o jego Autorze. Dzięki internetowej publikacji archiwów państwowych można, nie ruszając się z fotela, prowadzić poszukiwania antenatów. Skorzystałem i ja z opublikowanych w internecie ksiąg parafii w Dąbiu nad Nerem – pod adresem http://szukajwarchiwach.pl. Wiedziałem, że mój pradziad – Antoni Świątecki, uczestnik powstania styczniowego – urodził się w tym mieście.

Dobrze, że kodeks Napoleona wprowadził polszczyznę do aktów stanu cywilnego. Dzięki temu bez problemu dotarłem aż do aktów urodzenia rodziców mojego pradziadka, Antoniego, to jest do moich prapradziadków. Byli to Jan Paweł Świątecki i Helena Świątecka z Gąsiorkiewiczów. Dzięki treści ich aktów urodzenia sięgnąć można po jeszcze jedną generację – do ich rodziców. Dzięki temu mogę wyliczyć kolejne pokolenia następująco: Szymon, syn Szymona i Tekli – Jan, syn Jana i Heleny – Antoni, córka Antoniego i Anny – Irena ze Świąteckich za Konstantym Świąteckim (tu spotkały się dwie różne linie Świąteckich: wielkopolska i mazowiecka), syn Ireny i Konstantego – Antoni żonaty z Barbarą, syn Antoniego Piotr (czyli autor tego artykułu).

Dzięki internetowej publikacji ksiąg parafialnych udało się sięgnąć daleko w przeszłość. Przecież mój pra-, pra- pradziad Szymon przyszedł na świat w 1769 roku, za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego; trwały wówczas walki Konfederacji Barskiej, Kazimierz Pułaski bronił właśnie przed Rosjanami Okopów Świętej Trójcy. Sto lat później wnuk Szymona, Antoni, z Rosjanami walczył w powstaniu styczniowym…

Oto akt urodzenia tego ostatniego, mego pradziadka Antoniego, odczytany ze skanu księgi parafialnej umieszczonego w internecie:

„Działo się w Mieście Dąbiu dnia szesnastego maja tysiąc osiemset czterdziestego czwartego roku o godzinie czwartej po południu. Stawił się Jan Świątecki obywatel rolny lat trzydzieści mający z Dąbia w obecności Józefa Rucińskiego lat pięćdziesiąt tudzież Jana Gąsiorkiewicza lat czterdzieści mających obywateli rolnych w Dąbiu zamieszkałych i okazał Nam Dziecię płci męskiej urodzone w Dąbiu dnia trzynastego bieżącego miesiąca i roku o godzinie siódmej rano z jego małżonki Heleny z Gąsiorkiewiczów lat trzydzieści liczącej. Dziecięciu temu na chrzcie świętym rano dzisiaj odbytym  nadane zostało imię Antoni a rodzicami jego chrzestnymi byli Jan Gąsiorkiewicz i Józefa Jedyńska (? - niewyraźne). Akt ten stawającemu i świadkom przeczytany a przez Nas tylko podpisany został gdyż stawający wraz ze świadkami pisać nie umieją”.

Jan Świątecki, ojciec Antoniego, był ostatnim w rodzinie, który pisać nie umiał. Urodzony 13 maja 1844 r. Antoni był już wszechstronnie wykształconym prawnikiem. Uczestniczył w powstaniu styczniowym u Padlewskiego i, podobno, również w partii ks. Brzóski (po Antonim w rodzinie już nie było „partyjnych”). Pracował jako urzędnik w magistracie kaliskim (czego potwierdzić dokumentami nie można, bo spłonęły razem z całym Kaliszem na początku I wojny światowej), później był sędzią gminnym w podwarszawskim (wówczas) Wawrze.

Zachował się jego list do nieznanego nam dziś przyjaciela napisany na półtora roku przed śmiercią, który publikuję jako interesujące świadectwo czasu odrodzenia Polski. Oto tekst tego listu z moimi przypisami, prawnuka, w kwadratowych nawiasach.

„Warszawa 4 czerwca 1917 r.

Kochany przyjacielu!!

Waszą zdaje się być zasada: dum vivo – sper [łac. „nie tracę nadziei, póki oddycham”]. Chociaż nie należę do Waszego cechu, wyznawcą jednakże tej zasady jestem i optymistą typowym, co mi pomaga znosić z pogodą ciężar dzisiejszej naszej awantury. Głosi przysłowie – dla kompanii dał się Cygan powiesić – Michałki przerobili to i powiadają – mitgefangen – mitgehangen [niem. „razem wzięci, razem zawisną”]– myśmy wprawdzie piwa nie warzyli, ale pić je musimy dla towarzystwa i głosić i wierzyć, że robimy to pro publico bono [łac. „dla publicznego dobra”].

Cięgi też wziąłem porządne. Żonisko moje przypłaciło życiem tę aferę – aptekę w Kraśniczynie pod Rejowcem Moskale spalili – zięcia Jagielskiego z żoną i 4 dzieci zabrali do Rossyi, nie mam od nich żadnej do tego czasu wiadomości – syn poniósł wskutek wojny (w aptece w Magnuszewie powiat kozienicki) na 2500 rs strat [rubel srebrem – na dzisiejsze straty  wyniosły ok. 200 tys. zł] – ja straciłem posadę sędziego gminnego w Wawrze, przy ogólnej drożyźnie – wszystko to są niby cegiełki, z których ma się odbudować Polska – więc jakże nie błogosławić losu, że mi dał sposobność brać w tem wszystkim udział. Z tą moją posadą to cała historya. Służyłem z wyboru, więc ponieważ Niemcy ogłosili, że urzędników Polaków z posad nie rugują, to byłem spokojny o siebie. Po usunięciu się Moskali pozostali w Warszawie prawnicy polscy schowali się jak ślimaki podczas burzy – po chatach –  wypłynęli zaś na scenę same chłystki i żydziuki i któryś z nich z pomocą niejakiego Szostaka skryby u landrata wszrubowali na tę posadę innego – a ja zostałem na bruku. Zwymyślałem tego mojego następcę jak burą sukę na piśmie, ale rzecz pozostała już zdecydowana na moją niekorzyść. To mnie zirytowało i naraziło na przymusową bezczynność – wymyślam więc na cały świat, że głupi, że się ludzie zabijają i kłócą o ten wiatr co na dworze wieje itd. Bo, że świat jest głupi, a żeby się ludzie zacni bili i zabijali jak pijane chłopy w karczmie na jarmarku, to byłoby naprawdę śmieszne, gdyby nie było tak bolesne. Jak w każdym sporze, tak i w tym prawda leży w środku – obie strony mają swoje słuszne racye – ale bić się o te swoje racye nie powinny. Nemo sapiens, nisi patiens [łac. „nikt nie jest mądry, jeśli nie jest cierpliwy”] – stare przysłowie i Niemcy w tym razie są winni tego, że się sprowokować dali i straci swoją cnotę starą, co się Geduld [niem. „cierpliwość”]nazywa. Spostrzegli się też pierwsi, że wpadli w zasadzkę i zatrąbili na zgodę, ale było już zapóźno. Nic się ostatecznie złego Niemiaszkom nie stało, nie stanie i stać się nie może, bo złe może nas spotkać tylko wtedy, kiedy swoją wartość stracimy – a im nikt ani rozumu, ani nauki, ani cnót obywatelskich i domowych nie zabierze i nie zaprzeczy. Mogą nawet wojnę przegrać, mogą ulec przemocy kapitału i liczby, ale narodem wielkim zostaną – bo wielkość ich nie płynie dopiero od Bismarcka, ale wypływa z mózgu Goethego, Szyllera, Kanta, Kocha, Kochera, Rankego, Bachów, i tylu innych uczonych, filozofów i genialnych ludzi na każdym terenie pracy ludzkiej. I dopóki matrony niemieckie stare cnoty domowe w synach rozwijać będą – Niemcy wielkim narodem pozostaną. Nawet ich kłopoty dzisiejsze na dobre im wyjdą, bo każde cierpienie krzepi ducha i leczy jego wady, czego dowodzą zmiany w konstytucji i łagodzenie antypolskiej polityki. Widzisz, że list mój dowodzi starej prawdy; plenus venter non studet libenter [łac. „pełny brzuch niechętnie studiuje”; „najedzonemu nauka nie idzie”]. Muszę być głodny, skoro filozofuję. Pragnę więc ażeby się to już skończyło, ażebym mógł dogryzać resztek życia z humorem i werwą tak, jak spędziłem całego poprzednie swoje życie i jak spędził je mój śp. Vater [niem. „ojciec”], który umierając żartował z sąsiadami. Jeżeli więc żyjesz i kochasz mnie jeszcze, pisz długo lub przyjedź.

Serwus Ant. Świątecki”

Pradziad mój, Antoni Świątecki, powstaniec styczniowy, były sędzia pokoju gminy Wawer, zmarł 14 grudnia 1918 r. – miesiąc i trzy dni po przejęciu władzy przez Józefa Piłsudskiego 11 listopada 1918 r., którą to datę umownie uznajemy za początek niepodległości. Duma z jego pięknego życia – naznaczonego wojenną i cywilną służbą Polsce, której niepodległością nacieszyć się już nie zdążył – łączy licznych potomków żyjących w Warszawie i okolicach. Duma ta łączy się z moralnym zobowiązaniem, aby tej pamięci sprostać.

Życząc wszystkim Czytelnikom pogodnych, pełnych radosnych wzruszeń Świąt Bożego Narodzenia namawiam do poszukiwania własnych korzeni, bowiem narody, które tracą pamięć, tracą życie…

 

Załączam rysunki 1 - 3. Są w słabej rozdzielczości, ale to się wiąże z ich sędziwością.

Oto podpisy:

1 – 1863 r. – grupa rannych powstańców; pierwszy z lewej, z laską, ranny w lewą nogę – Antoni Świątecki

2 – Wawerskiemu sędziemu pokoju przysługiwał bilet wolnej jazdy kolejki jabłonowskiej (por. tekst „Trzy koleje”, „Gmina” 11/2013 r.).

3 -  Zdjęcie z portretu Antoniego Świąteckiego wykonanego przez nieznanego malarza ok. 1910 r.

niedziela, 30 listopad 2014 14:46

KOLEJ PETERSBURSKO-WARSZAWSKA

W tekście „Świt żelaznych szlaków” opublikowanym na łamach czerwcowego wydania „Gminy” piszę o sieci kolei żelaznych tworzonej przez zaborców na ziemiach polskich. Dziś więcej o jednej z tych tras, najmniej polskiej z przebiegających przez nasze terytorium: kolei petersburskiej.

Z perspektywy rosyjskiego zaborcy szczególnie istotne było połączenie kolejowe stolicy imperium ─ Petersburga ─ z Królestwem. Budowę Drogi Żelaznej Warszawsko-Petersburskiej rozpoczęto więc już w 1851 r., od strony Petersburga.

Robotami przygotowawczymi kierował generał major Gerstfeld. W pracach brał udział również Stanisław Kierbedź. Roboty ziemne rozpoczęto w 1859 r. Próbną jazdę z Warszawy do Urli nad Liwcem wykonano 17 czerwca 1860 r., dokonując jednocześnie poświęcenia pierwszego pociągu tej linii. 21 października 1860 r. trasę z Warszawy do Białegostoku przejechał sam Aleksander II. Regularne połączenia z Warszawy otwarto w 1862 r. (Warszawa-Białystok – 8 maja 1862 r., Warszawa-Dyneburg – 16 grudnia 1862 r.). Całą linię z Warszawy do Petersburga z odnogami Wilno-Kowno-Wierzbołowo oraz Dyneburg-Ryga oddano do użytku przed Powstaniem Styczniowym. Kolej Petersburską budowała spółka braci Pereire – Główne Towarzystwo Rosyjskich Dróg Żelaznych, kontrolowana przez kapitał francuski (Credith Mobilier).

W chwili uruchomienia Drogi Żelaznej Petersbursko-Warszawskiej, w 1862 r., firma była wyposażona w 360 lokomotyw, 798 wagonów osobowych i 7029 wagonów towarowych. Przejazd z Warszawy do Wilna trwał 14,5 godziny, do Petersburga – 38 godzin.

Linia petersburska zapisała się w historii Powstania Styczniowego. Jeszcze przed jego wybuchem kolejarze-konspiratorzy wspierali podziemną organizację narodową, przewożąc kurierów, pocztę i broń. Zaś za plecami Rosjan spiskowcy przekazywali kolejowym telegrafem szyfrowane rozkazy i informacje o położeniu rosyjskich wojsk, o planowanych akcjach militarnych oraz tajnych zarządzeniach władz carskich.

Generał Zygmunt Sierakowski, doceniając znaczenie linii petersburskiej, przygotował przed powstaniem – niezrealizowany, niestety – plan przecięcia jej poprzez zajęcie Dyneburga.

Już w chwili wybuchu powstania, 23 stycznia 1863 r., ze stacji Praga wyjechał pociąg z powstańcami, którzy po drodze niszczyli za sobą linię, telegrafy, stacje. Dowodził składem zawiadowca stacji Warszawa Praga, Leopold Pluciński. Po drodze w Tłuszczu, Łochowie i Małkini rekwirowano aparaty telegraficzne i zawartość kas dworcowych. W Małkini spalono drewniany most. Pociąg dojechał do Łap, wcześniej zajętych już przez inną grupę powstańców. Na kilkanaście dni powstańcy sparaliżowali główne połączenie Królestwa ze stolicą imperium, opanowując kluczowy fragment linii Warszawa-Łapy.

Spotyka się niekiedy pogląd, że lokalizacja stacji z wielkimi warsztatami mechanicznymi w Łapach była wynikiem działań konspiratorów, którzy starali się zbudować zaplecze techniczne dla konspiracji, jak najdalej od rosyjskich garnizonów. Warsztaty kolejowe były naturalnym zapleczem dla polskiego leśnego wojska, produkowano w nich białą broń dla powstania.

Działania powstańców nie ograniczały się do odcinka z Warszawy do Łap. W połowie marca 1863 r. oddział Kulczyckiego próbował zdobyć stację w Grodnie, próbowano zniszczyć most na Nowej Wilejce (trasa z Wilna do Dyneburga), a 16 maja oddział Albertyńskiego rozbił Rosjan przy stacji Dukszty.  Najczęściej jednak sukcesy powstańców ograniczały się do skutecznego sabotażu wykorzystywania kolei przez Rosjan. Palono mosty, wykolejano pociągi, ścinano słupy telegraficzne.

Największą akcję sabotażową przeprowadził 1 czerwca 1864 r. nieznany z nazwiska dróżnik z odcinka Czyżew-Małkinia. Na wysokim nasypie odkręcił szyny, zaczepił je liną i czekał w olszynie na przyjazd transportu. Gdy nadjechał pociąg z wojskiem, dróżnik pociągnął za sznur i wykolejony skład spadł z nasypu. Zginęło podobno ok. sześciuset rosyjskich żołnierzy.

Ataki powstańców nie przyniosły wymiernych rezultatów. Linia petersburska była wykorzystywana przez Rosjan do przerzutu znacznych sił do Królestwa. Jej istnienie ułatwiło rosyjskiej armii zwycięstwo nad powstańcami. Polski Rząd Narodowy zdawał sobie sprawę z negatywnej roli tej kolei i wezwał nawet jej personel do porzucenia pracy w dekrecie z 21 czerwca 1863 r.: „zważywszy, że kolej żelazna petersbursko-warszawska w części znajdującej się w granicach Polski jest chwilowo szkodliwą dla sprawy wyswobodzenia Ojczyzny, celem usunięcia tej przeszkody ruch komunikacyjny [na tej linii] oraz jej telegraf czasowo zamyka się”. Niestety, Rosjanie nie dostosowali się do tej decyzji władz narodowych…

Oceniano, że ani założyciele kolei petersburskiej, ani zarząd, nie ujawniali żadnej troski o interesy ziem polskich, personel kolejowy, z wyjątkiem najniższej służby drogowej, zwłaszcza – po Powstaniu Styczniowym – rekrutowano wyłącznie z Rosjan, a kolej nie miała żadnych punktów stycznych z życiem kraju, przez który przebiegała. Odegrała niewątpliwie znaczną rolę w aktywizacji gospodarczej tych terenów, lecz przede wszystkim była narzędziem zniewalania narodów podbitych.

Droga Żelazna Petersbursko-Warszawska została znacjonalizowana w 1895 r. i skonsolidowana z liniami Bałtycką i Pskowsko-Ryską w Północno-Zachodnich Drogach Żelaznych w 1906 r.

Na koniec dwie puenty: 1 listopada 1921 r. otwarto trasę kolejową Warszawa-Poznań przez Łowicz-Kutno-Strzałkowo. Do budowy tej linii wykorzystano materiały z rozbiórki drugiego toru linii petersbursko-warszawskiej na odcinku Nowa Wilejka-Turmont. A wśród najważniejszych inwestycji kolejowych planowanych w najbliższym czasie w europejskiej sieci połączeń jest trasa Rail Baltica łącząca Warszawę z Kownem, Rygą, Tallinem i Helsinkami.

sobota, 01 listopad 2014 20:11

BURMISTRZ

Rejowiec, miasto na Lubelszczyźnie, blisko Chełma, założył Mikołaja Rej z Nagłowic. Nic dziwnego więc, że w tej miejscowości historię traktuje się szczególnie. 14 sierpnia 2014 r., w szkole podstawowej w Rejowcu imienia – oczywiście – Mikołaja Reja, odbyła się konferencja naukowa poświęcona XIX-wiecznemu burmistrzowi, Józefowi Kossowskiemu. Ważną jej częścią była promocja opublikowanej właśnie biografii Kossowskiego – „Z Podola na Lubelszczyznę. Józef Kossowski – burmistrz Rejowca i Żółkiewki” pióra dr. Andrzeja Wawryniuka.

Niżej szeroko czerpię z tej biografii, traktując Józefa Kossowskiego jako typowego przedstawiciela pokolenia, które – przekazując pałeczkę polskości w sztafecie pokoleń – wpłynęło na naszą rzeczywistość i świadomość. Jak celnie ujął to we wstępie do wspomnianej biografii prof. Andrzej Gil, lubelski historyk, przedstawiciele tego pokolenia byli „rozdarci między poczuciem lojalności wobec utraconej Ojczyzny a narzuconą, ale w końcu realną, carską władzą, oraz między romantyczną wizją świata a koniecznością zapewnienia sobie i swoim rodzinom zwykłego, ziemskiego bytu”.

Zdaniem Gila, nie ma w historii Polski pokolenia, które byłoby tak silnie uwięzione „w paradygmacie walki o wolność bądź kolaboracji z systemem”. Można byłoby podyskutować o trudnych wyborach XX wieku…

Nasz bohater, Józef Kossowski, urodził się w okolicach Podkamienia we lwowskiem, w 1792 lub 1973 r. Przyszedł więc na świat jeszcze w wolnej Polsce. Ojciec Józefa był zawodowym oficerem Wojska Polskiego; sporo wskazuje na to, że był z Napoleonem pod Moskwą. Józef uczył się w austriackich, cesarsko-królewskich szkołach w Zbarażu i Brzeżanach, po czym w 1914 r. przeniósł się do Księstwa Warszawskiego połączonego unią personalną z Rosją. Od razu znalazł zatrudnienie w administracji jako zastępca wójta.

6 lipca 1823 r. zdał egzamin przed komisją województwa lubelskiego. Egzamin wykazał znajomość przepisów policyjnych, administracyjnych i obowiązków burmistrza. Konsekwencją tej niewątpliwej, zawodowej nobilitacji było powołanie na stanowisko burmistrza Rejowca w 1826 r. Czy oznacza to, że Józef Kossowski w wieku chrystusowym zyskał stabilizację? Niestety, nie.

Według ówczesnego podziału administracyjnego Rejowiec był miastem prywatnym, należącym do parafii Pawłów, powiatu chełmskiego, obwodu krasnostawskiego, województwa lubelskiego. Miasto nie było wielkie, w stu domach mieszkało ok. 600 osób. W mieście prywatnym burmistrz był przedstawicielem państwowej administracji, podlegał rządowej komisji wojewódzkiej. Odpowiadał za porządek, bezpieczeństwo, roboty publiczne, utrzymanie dróg, ochronę przeciwpożarową, statystykę (spisy mieszkańców, mienia, zwierząt hodowlanych), pobór podatków, paszporty i zaświadczenia. Obejmując urząd, burmistrz musiał przysiąc wierność i posłuszeństwo carowi i konstytucji „wiecznotrwałej i nieodzownej unii Królestwa Polskiego i cesarstwa Rosji”. Uzasadnione są skojarzenia z rotą przysięgi wojskowej w czasach PRL: przysięgam (…) „stać nieugięcie na straży pokoju w braterskim przymierzu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami”.

Godnym obowiązkom nie towarzyszyło godne wynagrodzenie. Jak wspominam, Rejowiec był miastem prywatnym i właściciele znosili burmistrza, narzuconego przez administrację zaborczą, jedynie z tego względu, iż był to warunek zachowania praw miejskich. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Andrzeja Wawryniuka, właścicielom nie zależało na tym statusie tak bardzo, jak mieszkańcom, szczególnie starozakonnym, którzy w ostateczności decydowali się łożyć na utrzymanie burmistrza...

Józef Kossowski był jedynym etatowym pracownikiem municypalnym w Rejowcu. Formalnie miał zarabiać rocznie 700 zł, co powinno wystarczyć na utrzymanie rodziny, gdyby te pieniądze rzeczywiście do niego trafiały. Niestety, niekiedy musiał się zadowolić otrzymaniem nie więcej, niż 400 zł rocznie. Nie starczało to na utrzymanie żony i pięciorga dzieci.

Wielokrotnie Kossowski zwracał się do zwierzchników o przeniesienie na lepszą posadę. Wydział wojewódzki podkreślał jego solidną, rzetelną, nienaganną służbę lecz… nakazywał pozostać w Rejowcu. Dopiero w lutym 1840 r. odnajdujemy Józefa Kossowskiego w Żółkiewce, na połączonym stanowisku burmistrza miasta, wójta gminy i kasjera.

Z tej zmiany, uzyskanej po latach usiłowań, nie był zadowolony. Już po trzech miesiącach pisał wnioski, by go z tej Żółkiewki zabrać. Już na początku urzędowania wszedł w kosztowny spór z właścicielami tego prywatnego miasteczka. W rezultacie, jego dochody spadły nawet poniżej skromnego uposażenia otrzymywanego wcześniej w Rejowcu. Kierował do władz wojewódzkich kolejne prośby o wsparcie i urlopy dla poratowania zdrowia, lecz nie doczekał się pozytywnej odpowiedzi – zmarł w Żółkiewce w czerwcu 1859 r.

Ot… typowe zmarnowane życie – ktoś powie, przykładając do egzystencji Józefa Kossowskiego posthistoryczne standardy. Jeśli jakość życia będziemy mierzyć poziomem spożycia, istotnie nasz bohater wypada skromnie. Jeśli jednak uwzględnimy fakt, iż całe swoje dojrzałe życie Józef Kossowski poświęcił służbie publicznej i w trudnych, ówczesnych warunkach pełnił ją, jak potrafił najlepiej,  oceniany wysoko i przez zwierzchników, i w lokalnych społecznościach – a wychował przy tym dzieci na prawych ludzi – czegóż oczekiwać więcej od losu?

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:43

OGIEŃ I WODA

Wojsko Polskie liczy dziś około dziewięćdziesięciu generałów i 100 tysięcy żołnierzy innych stopni (wypada mniej więcej po jednym generale na batalion). Część z nich uczestniczy w misjach poza granicami, lecz większość od dziesięcioleci doświadcza jedynie zwykłej, pokojowej służby. Nie mamy więc – za co należy dziękować Bogu – generałów, którzy szlify zdobywali krwią wylaną na polu walki. Są jednak inne formacje mundurowe, które na co dzień posługują się wojenną frazeologią, bowiem ryzykowanie życia i zdrowia jest ich codziennością. To wojownicy czasu pokoju. Każdy pożar, każda powódź niosą za sobą bezpośrednie zagrożenie dla interweniujących strażaków.

Wydawało się, że wraz z rezygnacją z trakcji parowej powinny skończyć się pożary lasów sąsiadujących z liniami kolejowymi. „Iskierka mrugająca z popielnika do Wojtusia” z komina parowozu spadająca na poszycie leśne akurat za pasem ochronnym niejednokrotnie powodowała olbrzymie szkody. Niestety, trakcja elektryczna i spalinowa nie gwarantują pełnego bezpieczeństwa. Wystarczy zablokowanie hamulców w ostatnim wagonie i pociąg sieje iskry wzdłuż dziesiątków kilometrów trasy. Prawdopodobnie tak zaczął się największy w historii Polski pożar lasów śląskich – wzdłuż linii kolejowej Racibórz – Kędzierzyn, 26 sierpnia 1992 r.

Pożar przez kolejnych  26 dni gasiło ponad 4,5 tysiąca strażaków zawodowych i ochotniczych wspieranych przez 3200 żołnierzy, 650 policjantów i przede wszystkim – ponad tysiąc stu pracowników leśnych. – Ten pożar objął ponad 9000 hektarów – wspomina Zbigniew Meres, wówczas szef śląskiej Państwowej Straży Pożarnej. – Ogień przechodził nad drogami, ścierniskami, przesiekami, pokonywał kolejne przeszkody – dodaje.

27 gaśniczych Dromaderów i 4 śmigłowce, pociąg gaśniczy i 36 kolejowych cystern to tylko część sprzętu, zaangażowanego w akcję. Początkowo pożar zwyciężał; zdarzało się porzucić wozy bojowe lub sprzęt na pastwę żywiołu, by ratować życie. Dzięki dobrej współpracy wszystkich służb i wsparciu wybitnych ekspertów-leśników, specjalistów od ochrony przeciwpożarowej lasu, udało się obronić ludzkie osiedla. Choć ogień już lizał płoty, nie spłonął żaden dom. Na tym froncie poległo dwóch zawodowych strażaków.

Dziś, po ponad dwudziestu latach, nadal trwa odbudowa lasu na pożarzysku. I trwać będzie jeszcze wiele dziesiątków lat. Lecz doświadczenia z tamtej akcji stały się podstawą licznych działań. Wpłynęły i na rozwój nowoczesnych technologii odbudowy (sadzenia) lasu, i na nowe rozwiązania organizacyjne w zakresie walki z klęskami żywiołowymi.

Doświadczenia z walki z pożarem w górnośląskich lasach przydały się w zwalczaniu wielkich powodzi w 1997 r. i 2001 r.  Klęska w lipcu 1997 r., nazywana „powodzią tysiąclecia”, dotknęła szczególnie dorzecze Odry. Wylały także m.in.: Bóbr, Bystrzyca, Kaczawa, Kwisa, Nysa Kłodzka, Olza, Widawa. Żywioł objął terytoria Polski, Niemiec i Czech. Tylko w Polsce zginęło ponad 50 osób. Zalało znaczną część Opola, Raciborza, Wrocławia (Kozanów). Gdy prywata wspierała wodę, razem wygrywały; gdyby nie sprzeciw mieszkańców wsi po i wchłonięcie fali przez pola, straty we Wrocławiu byłyby znacznie mniejsze.

Cztery lata później, w 2001 r., kolejna powódź objęła dorzecze Wisły i Odry. Zaczęło się w Gdańsku, woda zalała nawet kolejowy dworzec Gdańsk Główny. Potem żywioł atakował Nowy Sącz, Kraków, Kalwarię Zebrzydowską, Opole Lubelskie, Kazimierz nad Wisłą, Lublin. Generał Zbigniew Meres, w latach 1997-2002 będący komendantem głównym Państwowej Straży Pożarnej, aż 6 dni spędził w Sandomierzu, kierując akcją obrony miasta; tego lata był tam, gdzie woda zagrażała najbardziej. Tysiące worków z piaskiem na sandomierskich wałach uniemożliwiły przelanie się fali przez wał. Niewiele brakowało, by bitwę przegrać. Gdyby szczytowy poziom wody utrzymał się nieco dłużej, wały mogłyby nie wytrzymać naporu wód i ustąpić. Worki z piaskiem nie zastąpią bowiem nigdy prawidłowo zagęszczonego wału przeciwpowodziowego wykonanego z gruntu o właściwej granulacji. Wału właściwie utrzymanego, dozorowanego, na bieżąco naprawianego. Takich wałów, niestety, wciąż w wielu miejscach – nawet tych, dotkliwie doświadczonych powodzią – nie ma. Dlatego w 2010 r. , w czasie kolejnego kataklizmu, Sandomierz został w części zalany.

Podobno pożar jest łatwiej przewidywalny, niż powódź, i w razie niebezpieczeństwa łatwiej jest umknąć przed ogniem niż przed wodą. Ale sposób działania, zasady opanowywania żywiołu, organizacja akcji, potrzeba wzajemnego zaufania jej uczestników, ryzyko wpisane w zakres codziennych obowiązków są podobne.

To zupełnie inne życie, niż codzienna, biurowa praca „białych kołnierzyków”. To prawie wojna, tyle że nie zabija się ludzi, a ratuje ich, ich dorobek i mienie.

Co pewien czas w tabloidach pojawiają się teksty krytykujące nadmierne, zdaniem autorów, uprawnienia socjalne czy świadczenia emerytalne strażaków. Strażacy śmieją się: „podoba nam się pryncypialność redaktorów. Są w tej krytyce tacy zdecydowani, odważni. Szkoda, że nie bywają z nami ani w płonącym lesie, ani na przeciekających wałach. Przydałyby się ich silne ręce i zdecydowane charaktery”.

 

SPEKTAKULARNE POŻARY W POLSCE

26 sierpnia 2012– W ogniu stanęła jedna z hal targowych w Wólce Kosowskiej, w szczytowym momencie w akcji gaszenia brało udział 49 jednostek, z ogniem walczyło stu strażaków. Spłonęło doszczętnie 2,5 tysięcy m kw. hali, ale ogień dotknął powierzchnię dwukrotnie większą.

25-26 grudnia 2008– Ogień wybuchł w centrum handlowym M1 w Zabrzu. Zniszczenia objęły powierzchnię około 12 tys. m kw.

22 maja 2006– Zapalił się dach kościoła św. Katarzyny w Gdańsku. Szczęście w nieszczęściu: płonący dach osiadł na stropie świątyni, co pozwoliło zatrzymać żywioł – ogień nie przeniósł się do środka, a grożąca zawaleniem się kościelna wieża wytrzymała. Strażacy i policjanci zdołali wynieść też większość zabytkowych przedmiotów, jakie znajdowały się w środku.

21 lipca 2002– Przez kilka dni strażacy próbowali zgasić płonący szyb, prowadzący do podziemnego magazynu gazu w Wierzchowicach na Dolnym Śląsku. Olbrzymia temperatura i hałas płonącego surowca nie pozwalały szybko uporać się z żywiołem.

9 grudnia 1980-10 stycznia 1981– W trakcie wiercenia w szybie naftowym we wsi Krzywopłoty, tuż przy granicy Karlina, dochodzi do erupcji, a następnie zapłonu ropy. Ogień ogarnia wkrótce sprzęt i baraki mieszkalne. Na miejsce akcji rzucono najpierw straż pożarną, potem specjalistów wojskowych, ratowników, milicję, specjalistów z krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, w końcu – ekipy ratowników z ZSRR i Węgier. Zanim ugaszono pożar, trzeba było wybudować specjalne drogi, skoncentrować sprzęt i wybudować dodatkowe rurociągi wodne i parowe. Akcja trwała w sumie ponad miesiąc.

23 września 1975– „Jak można zapalić żelbetonowy most?” – pytał wiedeński „Kurier”. Cóż, Polak potrafi: zapalił się drewniany pomost remontowy pod powierzchnią obiektu. Znajdujące się na nim szyny do transportu materiałów konserwacyjnych wygięły się, a nawierzchnia mostu sfalowała do wysokości nawet pół metra. Do dziś nie wiadomo, co właściwie wywołało pożar. Co ciekawe, dwa dni wcześniej spłonął słynny warszawski dom towarowy „Smyk”.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

FELIKS BARTCZUK, OSTATNI POWSTANIEC

Opowiadana dziś historia wydarzyła się na Podlasiu, na pograniczu dwóch narodowych żywiołów, w okolicy Kosowa Lackiego, w sąsiedztwie Kosowa Ruskiego, w powiecie sokołowskim województwa mazowieckiego.

Nasz bohater – Feliks Bartczuk – urodził się 22 września 1846 r., w rodzinie włościańskiej. Jako nastolatek pracował fizycznie w majątku Ludwika Górskiego w Ceranowie. Pracodawca, ujęty ambicjami młodego parobka, pozwolił mu korzystać z dworskiej biblioteki. Bartczuk skupił się na lekturach historycznych – zarówno naukowych, jak i beletrystycznych  –  i one ukształtowały jego pogląd na świat. Co dokładnie czytał, nie wiadomo, lecz wiemy, że Górscy mieli w Ceranowie bogatą, jak na te czasy, bibliotekę. Ludwik Górski, jeden ze znamienitszych działaczy ziemiańskich tej epoki, był ceniony przez samego Henryka Sienkiewicza.

Pracodawca Bartczuka był typowym przedstawicielem stronnictwa Białych; niewątpliwy, gorący patriota, zwolennik pracy u podstaw (pozytywista), zdecydowanie sprzeciwiał się walce zbrojnej z Rosjanami. W gorącym okresie przedpowstaniowym należał do tej grupy aktywnych ziemian, którzy pojednawczymi gestami pod adresem administracji rosyjskiej starali się równoważyć działania Czerwonych; zamachy i demonstracje. Wspominam o tym, pamiętając, że o ocenę Powstania Styczniowego (sens wywołania i sposób prowadzenia) w Polsce spierano się podobnie, jak o Powstanie Warszawskie; zdaje się, że obie te dyskusje nie doczekają się prędko rozstrzygnięcia. Paradoks tej historii polega na tym, że umożliwiając młodemu, wiejskiemu chłopakowi korzystanie z ziemiańskiej biblioteki, światły acz rozważny ziemianin, Ludwik Górski, bezwiednie ukształtował gorącego, walecznego patriotę, Feliksa Bartczuka.

Gdy w maju 1863 r. w okolicy Ceranowa pojawił się powstańczy oddział Ludwika Lutyńskiego, Feliks Bartczuk wstąpił do niego wraz z grupą młodych mężczyzn z okolicy. Był w oddziale w czasie zwycięskich potyczek pod Węgrowem, w Nagoszewie, przyłączył się też z partią Lutyńskiego do ugrupowania Michała Kruka Haydenreicha i brał udział w sławnej batalii pod Żyrzynem. Przypomnieć warto, że 8 sierpnia 1863 r. Kruk ze swoją partią zaatakował pięćsetosobowy konwój dowodzony przez por. Laudańskiego, rozpraszając go i przejmując ponad 200 tysięcy rubli. Wydarzenie to szeroko relacjonowała europejska prasa, a w rosyjskich sferach rządowych wywołało ono wściekłość i przyczyniło się do zmian władz administracyjnych. Bitwę pod Żyrzynem zrelacjonował Jarosław Iwaszkiewicz w opowiadaniu „Haydenreich”.

W partii Lutyńskiego Bartczuk był jeszcze w czasie walk pod Chotyczami, Wolą Korybutową i Kockiem. W końcu grudnia, ze względu na chorobę, został urlopowany. Zamierzał wrócić do partii, lecz tę Lutyński w styczniu 1864 r. rozwiązał; jednocześnie zaś, w tym samym styczniu 1864 r., Rosjanie aresztowali Bartczuka i przejęli jego powstańcze pamiętniki. Miał wtedy zaledwie 17 lat i zdecydowanie marne perspektywy. Niewiele mógł mu pomóc młody wiek, gdyż Rosjanie potrafili zsyłać na Syberię i piętnastolatków. Rodzina nie poddawała się i podjęła wszelkie możliwe działania. Prawdopodobnie najbardziej Feliksowi pomogła interwencja byłego pracodawcy, Górskiego, oraz fakt, iż Rosjanie starali się skupiać represje na elitach i łagodniej traktować szeregowych. Tym sposobem wbijano klin rozbijający środowiska patriotyczne.

W połowie września 1864 r. Feliks Bartczuk został zwolniony z więzienia i mógł, pod nadzorem policji, zamieszkać w rodzinnym domu. Nie próbował już wracać do walki z zaborcą, zresztą powstanie wygasało. Feliks był jeszcze więziony, gdy 5 sierpnia 1864 r. na szubienicy pod warszawską Cytadelą zginął ostatni dyktator Powstania Styczniowego, Romuald Traugutt.

Bartczuk założył rodzinę i wrócił do pracy w rodzinnym gospodarstwie. 23 maja 1865 roku był świadkiem egzekucji ostatniego dowódcy Powstania, ks. Stanisława Brzóski, w Sokołowie Podlaskim. Wydarzenie to silnie zapisało się w jego pamięci. Ksiądz Brzóska został powieszony w biały dzień, publicznie, na rynku, w obecności wielu modlących się i płaczących rodaków.

Nasz bohater dochował się licznych dzieci i wnuków, doczekał wybuchu Niepodległej w 1918 r. w dobrej formie. Weterani Powstania Styczniowego zostali wówczas otoczeni kultem: Bartczuk został mianowany podporucznikiem, otrzymał stałe uposażenie w wysokości nieznacznie niższej od zawodowego podporucznika służby stałej (ok. 200 zł) i order Polonia Restituta. W charakterystycznym, honorowym mundurze uczestniczył w uroczystościach patriotycznych. W 1933 roku Rydz-Śmigły w obecności Piłsudskiego wręczył mu Krzyż Siedemdziesięciolecia Powstania Styczniowego.

Utrata niepodległości po inwazji hitlerowskich Niemiec bardzo przygnębiła weterana, zwłaszcza że przyszło mu mieszkać blisko obozu śmierci w Treblince. Miał zróżnicowane kontakty z podziemiem; miejscowa organizacja Armii Krajowej uczyniła go swoim honorowym członkiem, zaś grupa partyzantów lewicowej proweniencji zrabowała mu odznaczenia. Mimo traumatycznych przeżyć doczekał zakończenia wojny.

Może ktoś rzec – dlaczego piszę akurat o Feliksie Bartczuku? Typowy polski los, takich było tysiące… Wielu w dziejach Powstania Styczniowego zapisało się w sposób nieskończenie wyrazistszy i barwniejszy, wielu dokonywało czynów, na jakie Feliks Bartczuk się nie porwał (przynajmniej my o nich nie wiemy).

To prawda – Feliks Bartczuk nie był Bobrowskim, Gillerem, Jurgensem, Mierosławskim, Langiewiczem czy Czachowskim, nie był nawet żuawem śmierci z białym krzyżem na piersi. Symboliczne, poczesne miejsce w polskiej historii dał Bartczukowi prosty fakt – spośród znanych nam weteranów Powstania Styczniowego Jemu przyszło żyć najdłużej. Feliks Bartczuk zmarł 9 marca 1946 r., dobiegając setki.

* * *

Opisując dzieje najdłużej żyjącego weterana Powstania 1863 r., skorzystałem z książki Jacka Odziemczaka i Artura Ziontka; Feliks Bartczuk. Ostatni weteran powstania styczniowego, Siedlce
2013 r.

czwartek, 26 czerwiec 2014 23:59

ŚWIT ŻELAZNYCH SZLAKÓW

Na naszych oczach dobiega końca era klasycznych kolei. Trwająca od początku obecnego tysiąclecia restrukturalizacja, komercjalizacja i prywatyzacja PKP wiąże się ze znaczącym spadkiem przewozów towarowych, pasażerskich i zmniejszeniem rozmiarów sieci kolejowej. Kończy się na naszych oczach pewna epoka – epoka, która trwała na obecnym, polskim terytorium od lat czterdziestych XIX wieku, a więc – ok. 170 lat. Przypomnę początki tej ery. Były to czasy zaborów i rozdarcia ziem polskich między Rosję, Prusy i Austrię.

Zaczęło się w zaborze pruskim. W 1842 roku rozpoczęto eksploatację linii kolejowej Wrocław – Oława. Pięć lat później powstała tzw. górnośląska linia kolejowa z Berlina, przez Wrocław i Opole do Katowic. W zaborze austriackim w tym samym czasie zbudowano trasę z Krakowa do Szczakowej, potem z Krakowa do Trzebini i Mysłowic, przedłużoną w 1847 r. do spotkania z koleją warszawsko-wiedeńską w Granicy. Warto zauważyć, że o budowie linii Kraków – Szczakowa zdecydował Senat Wolnego Miasta Krakowa (przed likwidacją tego państewka), była to więc pierwsza w Polsce linia kolejowa zbudowana w całości na ziemiach polskich bez zezwolenia któregokolwiek z rządów zaborczych.

W Wielkopolsce Poznań połączony został liniami kolejowymi ze Szczecinem przez Krzyż i Starogród (1848), z Tczewem i Królewcem przez Bydgoszcz (1851), z Toruniem przez Gniezno (1870).

W Królestwie – tj. zaborze rosyjskim – już w 1835 r. z pomysłem budowy kolei z Warszawy na południe wystąpił Tomasz Łubieński. Kolej miała umożliwić przewóz produkcji górnictwa i hutnictwa Zagłębia Dąbrowskiego do stolicy i dalej, na północ. W tym czasie, projektując linię przechodzącą po wododziale dorzeczy Wisy i Odry przez Skierniewice, Piotrków i Częstochowę, zakładano, iż opłacalna będzie trakcja konna. Długo trwały kontrowersje w tej sprawie. Łubieński pisał: „W kraju naszym owies jest tak tani i siano, że zdaje się ze wszystkiego, że nierównie taniej wypadnie i te 4 miliony cetnarów przewozić będzie można końmi jak maszynami parowymi”.

W 1839 r. utworzono Towarzystwo Akcyjne Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej, lecz już w 1842 r. przedsięwzięcie przejęło państwo, bowiem inwestycja okazała się ponad siły spółki prywatnej. W tym czasie nie odczuwano jeszcze tak silnie, jak potem, błogosławionego, gospodarczego oddziaływania kolei. Ekonomista Supiński pisał wówczas: „Koleje żelazne są otchłanią, w której toną olbrzymie zasoby, nie zostawiając po sobie żadnych zasobów prócz wysypanej grobli i szyn na niej leżących”. W 1845 r. na wiedence uruchomiono pociągi  na trasie z Warszawy do Łowicza, zaś w 1848 r. – oddano do użytku pozostałą część do granicy. Kolej wiedeńska administrowana przez zarząd państwowy była deficytowa. Dokonano więc jej reprywatyzacji i w końcu lat pięćdziesiątych XIX w. państwo rosyjskie przekazało na 75 lat tę kolej spółce prywatnej kontrolowanej przez kapitał pruski. Od Niemców kupił firmę (bo kolej obejmowała linię i tabor) w 1872 r. Leopold Kronenberg – zaś od niego, przed upływem koncesji, w 1912 r., wykupił tę kolej rząd rosyjski. Można więc rzec, że wiedenka przechodziła z rąk do rąk. W tym czasie, przed
I wojną światową, była to linia o ruchu największym na świecie (czy dziś stać nas na to, by w czymkolwiek w przemyśle przodować?). Linia wiedeńska, i jej odnoga do Łodzi, zbudowana przez Jana Blocha w 1865 r., miały normalny, europejski rozstaw szyn w świetle – 1435 m. Pozostałe linie kolejowe w zaborze rosyjskim miały szyny w rozstawie szerokim, 1520 mm.

Z perspektywy rosyjskiego zaborcy szczególnie istotne było połączenie kolejowe stolicy imperium – Petersburga – z Królestwem. Budowę kolei warszawsko-petersburskiej rozpoczęto w 1851 r. Całą linię z Warszawy do Petersburga z odnogami Wilno-Kowno-Wierzbołowo oraz Dynenburg-Ryga oddano do użytku rok przed Powstaniem Styczniowym – w 1862 r. Kolej Petersburską budowała spółka braci Pereire – Główne Towarzystwo Rosyjskich Dróg Żelaznych, kontrolowana przez kapitał francuski.

Dodać należy, że na początku lat sześćdziesiątych XIX w. spółka belgijska wybudowała kolej warszawsko-bydgoską.

Podsumujmy więc; w przeddzień Powstania Styczniowego istniały na terytorium Królestwa (zaboru rosyjskiego) trzy linie: warszawsko-wiedeńska (normalnotorowa, europejska), warszawsko – bydgoska i petersbursko-warszawska (szerokotorowa, rosyjska). Wszystkie trzy były miejscem działań powstańczych; o jednym z ciekawszych pisałem już w „Historii żywej”, w artykule „Pierwszy polski pociąg pancerny”.

Jednym z ważniejszych celów rosyjskiej administracji po powstaniu było zapewnienie komunikacji na terenie zaboru między najważniejszymi twierdzami. Dlatego powstawały linie siedlecko-małkińska, narewska, niemeńska, siedlecko-bołogojska. Podobne, wojskowe uzasadnienie przemawiało za budową kolei nadwiślańskiej z Warszawy do Kowla i Mławy, dęblińsko-dąbrowskiej i terespolskiej (zbudowanej w 1867 r., przedłużonej w 1871 r. do Moskwy).

Rosjanie dążyli do rozbudowy sieci kolejowej na prawym brzegu Wisły, uważając rzekę za naturalną zaporę przed potencjalną niemiecką inwazją, zaś sieć drogowa i kolejowa po lewej stronie rzeki z założenia była tak rzadka, jak tylko było to możliwe, by potencjalny agresor utknął w piaskach równiny polskiej.

Wszystkie trzy państwa zaborcze z konieczności (ograniczone możliwości budżetowe) długo tolerowały budowę i eksploatację kolei prywatnych. Jednakże jeszcze przed pierwszą wojną światową, na początku XX wieku, większość linii we wszystkich trzech zaborach przeszła pod kontrolę struktur państwowych. Niepodległa Rzeczpospolita objęła więc koleje jako skarbowe, nieliczne prywatne były też w większości zarządzane przez państwo. Niemcy przekuli też w czasie wojny linie na normalny europejski rozstaw szyn; poza tym jednak trzy połączone w Rzeczpospolitej sieci dróg żelaznych dzieliło wiele; tabor, wyposażenie, systemy sygnalizacji, procedury, przepisy. Najjaśniejsza uporała się jednak z tymi różnicami skutecznie, co jest już jednak tematem zasługującym na odrębną opowieść.

W tekście wykorzystałem informacje pochodzące z następujących publikacji: Teofil Bissaga, „Geografia kolejowa Polski”, Warszawa 1938; Stanisław Łaniec, „Partyzanci żelaznych dróg roku 1863”,Warszawa 1974; Aleksander Wasiutyński, „Drogi żelazne”, Warszawa 1925

sobota, 24 maj 2014 16:13

DLACZEGO NA WIEJSKIEJ?

W tym roku przypada setna rocznica wybuchu I wojny światowej. Wojny, która spowodowała śmierć i cierpienia milionów Europejczyków, ale Polakom przyniosła wolność. A wolność i niepodległość to nie tylko emocje i idee. To także wytrwała praca państwowa i niezbędna do niej infrastruktura, w tym również – godna  siedziba Parlamentu.

25 lipca 1917 r. tymczasowa Rada Stanu wybrała Radę Regencyjną. Ta zaś powołała pierwszy polski rząd Jana Kucharzewskiego, przejęła kontrolę nad wojskiem i administracją, wreszcie  7 października 1918 r. wydała deklarację niepodległości („…niech zabrzmi jeden wielki głos: Polska zjednoczona, niepodległa”). 11 listopada 1918 r. Józef Piłsudski przyjechał do Warszawy, w ciągu kilku dni przejął od Rady kontrolę nad krzepnącymi instytucjami państwa polskiego i 17 listopada 1918 r. powołał rząd Jędrzeja Moraczewskiego.  Należało szybko doprowadzić do demokratycznej legitymacji władz Niepodległej, Premier Moraczewski wyznaczył więc wybory do Sejmu już na 26 stycznia 1919 r.

Wybory wyborami, ale gdzie ten nowy Sejm miałby się zbierać? Warszawa była  prowincjonalnym miastem imperium rosyjskiego, ze wszystkimi praktycznymi skutkami takiego statusu, w tym – brakiem odpowiednich, reprezentacyjnych pomieszczeń, mogących spełnić aspiracje Odrodzonej Rzeczypospolitej.

Myślano o salach Banku Polskiego, Filharmonii, rozważano wykorzystanie auli Politechniki Warszawskiej. W końcu wybrano – zakładając, że to tymczasowa siedziba – leżący na uboczu, na ul. Wiejskiej, opustoszały budynek byłego Instytutu Aleksandryjsko-Maryjskiego Wychowania Panien.

Drogę polną, przebiegającą z Placu Trzech Krzyży do Ujazdowa nazwano ulicą Wiejską w 1770 r. W miejscu dzisiejszego zbiegu Wiejskiej z Górnośląską podróżny mógł wstąpić do modnej knajpki podmiejskiej – „Wiejskiej Kawy”.

W zacisznej okolicy, wśród ogrodów, ulokowano w 1862 r. Aleksandryjsko-Maryjski Instytut Wychowania Panien – drugą w hierarchii prestiżu, po Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim, instytucję edukacyjną w Królestwie Polskim. Instytut, pod bezpośrednim protektoratem carowej, miał ułatwiać rusyfikację arystokracji Królestwa Polskiego. Polskie dziewczęta, przebywając wśród Rosjanek, miały przejmować ich poglądy i kulturę.

Ponieważ Instytut ewakuowano do Rosji, można było opustoszałe budynki szybko adaptować na cele parlamentarne z założeniem, że jest to czynione wyłącznie prowizorycznie. Na salę posiedzeń przerobiono jadalnię panien. Na adaptację były tylko dwa miesiące, niewiele więc można było zrobić; starczyło jednak czasu na stworzenie nieco godniejszego wystroju – w tym na umieszczenie na ścianie, za mównicą, inskrypcji z łacińską sentencją, która miała stać się drogowskazem Odrodzonej Niepodległej: Salus rei publicae suprema lex (Dobro Rzeczypospolitej jest najwyższym prawem).

10 lutego 1919 r. od przemówienia Józefa Piłsudskiego w tej byłej jadalni rozpoczęło się pierwsze posiedzenie Konstytuanty. Parlamentarzystom od początku było ciasno w byłej szkole dla panien. Był to jednak trudny czas wyrąbywania siłą zbrojną granic Rzeczpospolitej. Wojna polsko-sowiecka nie pozwoliła na podejmowanie jakichkolwiek planów inwestycyjnych. Dopiero w 1925 r. zlecono Kazimierzowi Skórewiczowi zaprojektowanie nowej sali posiedzeń oraz domu mieszkalnego dla posłów i senatorów. Te obiekty również miały mieć charakter prowizoryczny i służyć parlamentowi jedynie przez 10-15 lat – do czasu powstania nowej siedziby. Potem zaś na Wiejskiej miał zagościć warszawski uniwersytet. Skórewicz zbudował na Wiejskiej nową, półokrągłą salę posiedzeń oraz tzw. stary dom poselski. Dawna jadalnia Instytutu Maryjnego stała się salą posiedzeń Senatu.

Po wybuchu wojny, we wrześniu 1939 r., sala sejmowa spłonęła i została pozbawiona dachu, dalsze zniszczenia nastąpiły w 1945 r.  W 1946 r. zdecydowało o odbudowie sali posiedzeń w kształcie przedwojennym. Zaprojektowanie kompleksu obiektów sejmowych od nowa zlecono profesorowi architektury Politechniki Warszawskiej, Bohdanowi Pniewskiemu.

Pniewski przyjął założenie otwartej architektury demokratycznej. Zlikwidowano przedwojenne ogrodzenie parlamentu. Zespół budynków parlamentu miał być częścią ciągu parków na wiślanej skarpie, a jego dziedziniec – agorą obywatelskich debat. Architekt oddawał się wówczas złudzeniom co do charakteru nowej władzy. Zespół obiektów miał być złożony z niewysokich, dwukondygnacyjnych budynków, zdominowany jedną, wysoką wieżą sejmowego archiwum. Oddano do użytku kompleks nie w pełni wykończony (nie udało się m.in. zbudować wspomnianej, dominującej wieży), ale za to w magicznym terminie uchwalenia nowej konstytucji – 22 lipca 1952 r.  Materialistyczna władza przywiązana była bowiem do magii liczb. 22 lipca to data, w której deputacja sejmu grodzieńskiego przyjęła traktat rozbiorowy z Rosją (1793), data konstytucji nadanej przez Napoleona Księstwu Warszawskiemu (1807) oraz data tzw. lubelskiego Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (1944).

Potem jeszcze tylko w latach 70. dobudowano nowy hotel sejmowy dla parlamentarzystów i – w chwili restytucji Senatu (początek lat 90.) – prowizorycznie przysposobiono kilka pomieszczeń we wschodniej części kompleksu na jego salę plenarną. Polski Parlament nadal obraduje jednak w miejscu wybranym na chwilę prawie sto lat temu.

Więcej o historii budynków Parlamentu – w książce „Gmachy Sejmu i Senatu” Marka Czapelskiego, wydanej w 2010 r. przez Wydawnictwo Sejmowe.

IV kadencja Senatu (1997 – 2001) przebiegała pod znakiem prac nad czterema wielkimi reformami: administracyjną, oświatową, emerytalną i zdrowotną. Zaczęto od reformy administracyjnej, zmierzającej do powołania samorządowych powiatów i województw. Prace toczyły się pod presją czasu, bowiem w 1998 r. kończyła się kadencja władz gmin. Złapanie oddechu i opóźnienie wyborów samorządowych – tak, by można było łącznie wybierać legislatury wszystkich trzech poziomów samorządu, było przedmiotem pierwszej ustawy, związanej z ta reformą, rozpatrywanej przez Senat. Było to tak…

27 marca 1998 r. wicemarszałek Donald Tusk rozpoczął o godz. 11:00 dziesiąte posiedzenie Senatu. Porządek dzienny tego posiedzenia obejmował jeden tylko punkt: stanowisko Senatu w sprawie ustawy o zmianie ustawy – Ordynacja wyborcza do rad gmin.

Sprawozdania komisji senackich zostały senatorom dostarczone później niż na regulaminowe trzy dni przed posiedzeniem. Ustawa została bowiem uchwalona przez Sejm 20 marca 1998 r., więc Marszałek Senatu Alicja Grześkowiak dopiero 24 marca 1998 r. mogła skierować ją do Komisji Ustawodawczej oraz do Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej. Opóźnienie zostało na wstępie posiedzenia oprotestowane przez senatorów opozycji. Łatwiej było przeboleć to naruszenie procedury, bowiem ustawa zawierała tylko jeden merytoryczny przepis. Dodawała do gminnej ordynacji wyborczej nowy art. 121a w brzmieniu:

„Art. 121a. Termin wyborów do rad gmin w 1998 r. wyznacza się w trybie i na zasadach określonych w niniejszej ustawie, na dzień ustawowo wolny od pracy, przypadający w okresie stu dwudziestu dni po upływie kadencji.”

Było to rozstrzygnięcie niezwykłe, gdyż zwykle wybory przeprowadza się przed końcem kadencji. Już sprawozdania komisji były emocjonalne. Sprawozdawca Komisji Ustawodawczej, senator Piotr Andrzejewski poinformował Izbę, że jego komisja porównała zakres ustawy z obowiązującym systemem prawnym „pod kątem jej zgodności, komplementarności i niesprzeczności tak, aby udrożnić charakter i sposób funkcjonowania ordynacji”. Uznał, że ta incydentalna ustawa, „wyjątkowo związana z charakterem fundamentalnej reformy państwa w zakresie administracji publicznej, podziału terytorialnego kraju, decentralizacji samorządu, powinna wyprzedzać rozwiązania fundamentalne dla transformacji ustrojowej i reform w Polsce”.

Sprawozdawca mniejszości Komisji Ustawodawczej, senator Jerzy Adamski, zaproponował  odrzucenie w całości tej ustawy. Skrytykował argumentację wnioskodawców (był to projekt poselski). Ich sztandarowym argumentem była oszczędność. Twierdzili, że wybory gminne, powiatowe i wojewódzkie będą tańsze, jeżeli odbędą się razem. Po co dzielić na wybory gminne, a później pozostałe. Mniejszość Komisji Ustawodawczej reprezentowana przez Jerzego Adamskiego nie zgadzała się z taką argumentacją. Uważała, że przesunięcie terminu wyborów, które proponuje Akcja Wyborcza Solidarność, wcale nie ma związku z reformą kraju, bowiem gminy i ich organy nie były jej przedmiotem. 19 czerwca 1998 r. miał przestać działać organ stanowiący, czyli rada gminy, a pozostać miał tylko organ wykonawczy, czyli zarząd gminy. Taka prowizoryczna sytuacja mogła trwać do dziesięciu miesięcy. Prace nad ustawami: wojewódzką i powiatową dopiero rozpoczynano.

Podobnie podzieliła się Komisja Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej, na większość za i mniejszość przeciwko ustawie. W debacie senatorowie opozycji kontynuowali atak na ustawę, rozpoczęty przez sprawozdawców mniejszości obu komisji, pytając, co będzie, jeżeli do września 1998 r. nie zostaną przygotowane i przyjęte akty normatywne, umożliwiające wybory do rad powiatowych i rad wojewódzkich. Co się wówczas stanie? Czy we wrześniu odbędą się tylko wybory do rad gmin, czy też będziemy znów dostosowywać prawo i przedłużać to na następny rok, a zarządy gmin będą nadal funkcjonowały same? Przypominano, że niektóre kompetencje ustawa o samorządzie terytorialnym zastrzega wyłącznie dla rad gmin. To m.in. wybór i odwołanie zarządu gminy, uchwalanie budżetu gminy, określanie zasad nabycia, zbycia i obciążenia nieruchomości gruntowych oraz ich wydzierżawiania lub najmu na okres dłuższy niż trzy lata, zaciąganie długoterminowych pożyczek i kredytów. Tych funkcji kilka miesięcy nikt by nie wykonywał.

Przedstawiciel rządu, minister Jerzy Stępień, późniejszy prezes Trybunału Konstytucyjnego, przyznał się, że w gruncie rzeczy chodzi o to, by premierowi dać więcej swobody w określaniu terminu wyborów do podmiotów samorządowych, które mają za zadanie przejąć od rządu centralnego kompetencje i zadania. Skoro bowiem rząd ma przekazywać zadania i kompetencje, i wszystko zorganizować – to, oczywiście, wybory powinny odbyć się w takim terminie, żeby rząd mógł panować nad całym tym procesem. W przeciwnym razie może powstać chaos, a tego należy uniknąć za wszelką cenę. Przesunięcie terminu wyborów właśnie o 120 dni miało pozwolić na ucieczkę przed chaosem.

Opóźnienie wyborów miało też mieć – w opinii Jerzego Stępnia – błogosławiony wpływ na rozwiązanie całej masy różnego rodzaju problemów oraz zakończenie procesu legislacyjnego, przynajmniej w odniesieniu do najważniejszych aktów prawnych, w tym sensownego ustroju Warszawy.

Po debacie na chwilę spotkały się obie komisje – ustawodawcza i samorządowa – i, jak można było przewidzieć, rekomendowały Izbie przyjęcie ustawy bez poprawek. Tak się też stało i posiedzenie zakończyło się, według stenogramu, o godzinie 17.51. Kości zostały rzucone, nie było już innego wyjścia. Należało zdążyć z reformą w założonym terminie, bowiem czekały na to wszystkie polskie gminy, pozbawione przejściowo legislatur.

poniedziałek, 24 czerwiec 2013 23:59

PIERWSZY POLSKI POCIĄG PANCERNY

Sosnowiec, cicha noc z 5 na 6 lutego 1863 r. Pierwsze tygodnie Powstania Styczniowego (wybuchło 22 stycznia). Odwilż, pada śnieg z deszczem. W półmroku rysują się kontury dwóch budynków: dworca kolejowego i tzw. komory celnej (urzędu). W środku leniwie gwarzą, palą tytoń i popijają gorzałkę rosyjscy pogranicznicy. Jesteśmy w trójkącie trzech cesarzy. Stąd pociągi wjeżdżają do Austrii i do Prus.

O drugiej w nocy ciszę przerywa łomot pociągu wpadającego na stację. Ze szczelin w pancernych ścianach wagonów padają strzały, desant kosynierów wypada na perony, przerażeni Rosjanie uciekają w panice i po kilkudziesięciu minutach stacja jest opanowana.

Piękny, filmowy obrazek. Tak być mogło, tak zajęcie Sosnowca  było opisywane w niektórych źródłach, lecz te niezwykłe wydarzenia przebiegały w rzeczywistości inaczej – co nie znaczy, że mniej spektakularnie.

Wieczorem 5 lutego 1863 r. do Maczek dotarł z Olkusza oddział naczelnika Małopolski, Apolinarego Kurowskiego, liczący około 150 powstańców. Kurowski ruszył się wreszcie z obozu w Ojcowie ośmielony tym, że Rosjanie opuścili najbliższą okolicę i pozostała tylko straż na granicy z Prusami i Austrią. Dwie godziny powstańcy czekali w Maczkach obok stacji, gdy w tym czasie kolejarze  uzbroili pociąg składający się z dwóch lokomotyw i dziesięciu wagonów towarowych. Wagony obudowano podkładami kolejowymi, w których wycięto otwory strzelnicze, lokomotywy ustawiono na końcu pociągu.

O  21:00 oddział wyjechał z Maczek. Przez Ząbkowice i Dąbrowę pojechali w stronę Sosnowca. O godzinie 2 nad ranem, na wiorstę przed Sosnowcem, w rejonie Sielca, powstańcza piechota i kawaleria opuściły skład. Zrezygnowano z wykorzystania pociągu do desantu. W pół godziny powstańcy doszli do dworca i sąsiadującej z nim komory celnej. Prawdopodobnie broniło się w niej ok. 100 strażników.

Trzy razy kosynierzy porywali się do ataku, próbując sforsować obite żelazną blachą drzwi. Pod dowodzącym natarciem płk. Cieszkowskim zabito konia, później zraniono go w rękę. Ostatni, skuteczny atak skończył się wyrąbaniem żelaznych drzwi komory celnej i jej zajęciem. Część Rosjan rzuciła się do ucieczki do Prus, za Brynicę. Na chwilę udało się ich powstrzymać zamykającej kocioł kawalerii, jednak większość przebiła się i dotarła pod opiekę pruskich ułanów, czekających na granicznym moście. Reszta poddała się Polakom, a niektórzy nawet przystąpili później do powstania.

Niedaleko, w komorze celnej w Modrzejowie, zebrała się druga, większa grupa rosyjskich obieszczyków (pograniczników), licząca ponad 350 żołnierzy. Trwożliwie nasłuchiwali odgłosów walki, po czym, gdy przyłączyła się do nich garstka niedobitków z Sosnowca, przeszli razem z bronią przez Przemszę do Prus, gdzie zostali przez gospodarzy życzliwie powitani, nakarmieni i po kilku dniach ekspediowali powrotem do Królestwa.

Powstańcy zdobyli w  Sosnowcu 40 koni, broń i pieniądze – 97 tys. rubli. Połowę zdobytych pieniędzy Kurowski wysłał Rządowi Narodowemu do Warszawy, resztę wydał na potrzeby swojego oddziału. Będzińscy Żydzi sprzedali wojsku narodowemu buty i kożuszki po niższych od rynkowych cenach – i jeszcze między sobą zrobili zbiórkę dodatkowych pieniędzy na rzecz oddziału.

Powstańcy Kurowskiego oczyścili na kilka dni granicę austriacką – i część pruskiej – z rosyjskich posterunków. W Trójkącie Granicznym  przez kilka dni cło pobierano w imieniu Rzeczypospolitej, a paszporty stemplowano polską pieczęcią.

Sąd w Olkuszu orzekał w imieniu Rządu Narodowego. W miastach i wsiach działała polska administracja, na urzędach wieszano polskie flagi, a w gabinetach strącono portrety cara, zastępując je wizerunkami Matki Boskiej.

Walczącym o Sosnowiec sprzyjała pogoda. Żołnierz oddziału Kurowskiego, Franciszek Garczyński, twierdzi w swoim pamiętniku, że w tych dniach przelotnie padał deszcz ze śniegiem. Według danych pochodzących z warszawskiego obserwatorium astronomicznego było wówczas, jak na porę roku, dość ciepło. W Warszawie 6 lutego o 10 rano było ok. 3  st. C, do 10 wieczorem temperatura wzrosła do ok. 7 st. C i taka też utrzymywała się również 7 lutego. Oba dni były pochmurne z deszczem.  Na Śląsku pogoda mogła być nieco inna. Ksiądz Szulc, kapelan oddziału Kurowskiego, w kazaniu po bitwie chwalił ciepły wiatr i wypogodzone niebo, sprzyjające powstańcom. Możliwie jednak, że ocenę pogody dostosował do potrzeb duszpasterskich. Już kilka dni później, w czasie marszu Kurowskiego na Miechów, pogoda zmieniła się tak dalece na niekorzyść, że wozy wiozące zdobycz z Sosnowca grzęzły w zaspach i ten sam ksiądz Szulc swój autorytet kapłański musiał angażować, by zdobyć dodatkowe konie  od okolicznych posesjonatów.

Powstanie Styczniowe to pierwsze na naszym terytorium wielkie wydarzenie historyczne, w którym ważną rolę odegrała kolej. Pierwszy polski pociąg pancerny nie wziął bezpośredniego udziału w walce, lecz pomógł  wygrać bitwę o Sosnowiec.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY