Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:42

NIE KONTYNUUJMY ILUZJI

Rozmowa europosłem SLD, ministrem transportu i gospodarki morskiej w latach 1993-97, Bogusławem Liberadzkim

MATEUSZ WEBER: Na początku kwietnia rząd przyjął nowelizację II etapu Narodowego Programu Budowy Dróg Lokalnych. W ostatnim momencie znalazło się dodatkowe 450 mln zł dla samorządów na realizację inwestycji drogowych. Władze gmin i powiatów martwią się jednak, że nie ma wciąż pomysłu na finansowanie programu po 2015 r. Czyżby to miały być ostatnie lata „schetynówek”?

BOGUSŁAW LIBERADZKI: „Schetynówki” to była dobra idea, choć zaczęła ewoluować w kierunku iluzji. Po pierwsze – od razu została zweryfikowana faktyczna kwota dofinansowania. Zarówno inwestor, jak i samorządy, musiały odprowadzać do kasy państwa należny podatek VAT. De facto oznaczało to, że z obiecanych 50 proc. dofinansowania zostawało 27 proc. To była pierwsza taka iluzja. Po drugie – po jakimś czasie zaczęło tych środków brakować. Parę miesięcy temu usłyszeliśmy, że dodatkowe pieniądze na budowę dróg lokalnych zostaną pozyskane z podatku, jakim rząd obciążył Lasy Państwowe. Zgodnie z zapowiedziami jest to kwota na poziomie 800 mln zł. Jednak na początku kwietnia dowiedzieliśmy się, ze nawet tych pieniędzy nie będzie, bo z nich będziemy wspierać rodziny opiekujące się dziećmi niepełnosprawnymi. Po trzecie, należałoby się przyjrzeć regionalnym programom operacyjnym, z których wynika, ze środki zarezerwowane na drogi lokalne zostały zredukowane do kilkunastu procent, podczas gdy wcześniej wynosiły 25-30 proc. ogólnego budżetu.

Czyżby więc „schetynówki” były już niepotrzebne?

Mam wrażenie, że po pierwsze – sama idea stała się niemiła rządowi ze względu na nazwisko bohatera i autora programu. A po drugie: rząd uznał, iż ludzie i tak wiedzą, że „schetynówki” są, i że tak naprawdę nikt nie będzie weryfikował efektów programu oraz ilości środków przekazywanych na jego realizację. Po trzecie, wychodzi na jaw prawda, że państwowy budżet jest niewydolny i wszystkie dodatkowe wydatki trzeba zrzucić na barki samorządów. Ewentualnym wsparciem, ale tylko doraźnym, są lasy państwowe. Ale znów widzimy, że z tych 800 mln zł wziętych w tym roku, część środków już została przekazana na inne cele. Nie wiem, jaki będzie ostateczny rachunek wsparcia rodzin dzieci niepełnosprawnych, ale sądzę, że nie 200 mln zł, a raczej 300-400 mln zł. Musimy bowiem pamiętać, że takie same świadczenia należą się opiekunom niepełnosprawnych osób dorosłych, które też prawdopodobnie zostaną zwiększone kosztem środków na budowę dróg lokalnych.

Czy uważa Pan Minister, że mimo złożonej obietnicy, samorządy nie zobaczą tych 700 mln zł?

Uważam, że niestety, ta kwota będzie znacznie niższa. Jednocześnie musimy pamiętać, iż samorządy teraz znacznie ostrożniej planują jakiekolwiek inwestycje. Najpierw muszą wywiązać się z różnego rodzaju dodatkowych obowiązków i powinności, a potem będą realizować plany budowy dróg. Za przykład służy samorząd mazowiecki, który pod pretekstem – co jest również poniekąd prawdą – „janosikowego”, ponosi obecnie konsekwencje bogatego programu inwestycyjnego. W trudnej sytuacji finansowej znalazło się także kilka gmin – od słynnego już Rewala począwszy – które zainwestowały w przeszłości w NPBDL. Tak więc, obawiam się, że te gminy, które zdecydują się na duże inwestycje drogowe, zgodnie z „dobrą” tradycją panującą w naszym kraju, będą tymi, które najpierw zapłacą z własnej kasy rachunki za realizowane umowy, a potem ucierpią najmocniej, bo tych środków z dofinansowania okaże się ostatecznie znacznie mniej.

Może więc powinno się zwiększyć kwoty dofinansowania? Może obiecany miliard rocznie to zwyczajnie za mało?

Jako człowiek tego sektora, oczywiście zawsze powiem, że powinno być więcej niż ten obiecany miliard. Ale uważam, że za tę kwotę w ciągu roku można dużo dokonać, byleby to było dotowane i konsekwentnie realizowane. Słabością u nas jest to, że się robi jeden fragment drogi, a potem inny, i tak dalej – a nie tworzy się zwartego systemu. Nie wykonuje się naprawy, budowy, remontu drogi od jej początku do końca, tworzy się natomiast niewielką mozaikę z różnych odcinków o bardzo różnych parametrach nacisku na oś. A skąd takie kryteria? Nie zawsze są czysto drogowe. Czasami zdarza się, że dany odcinek naprawiamy jest tylko dlatego, że akurat w tym miejscu mieszka największa liczba potencjalnych wyborców.

Władze samorządowe bronią się przed atakami, twierdząc, że plany inwestycyjne są uzależnione od obowiązującego systemu dystrybucji środków. A ten wyraźnie kuleje. W tym roku pieniądze zostaną przekazane w II kwartale roku…

Mam daleko idące wątpliwości co do zarządzania finansami. Zmusza się samorządy do brania kredytów, przez co podnosi się koszty samych inwestycji, uzależnia samorządy od banków, a w efekcie wszyscy płacimy dużo drożej. Byłoby taniej oraz efektywniej, gdyby pieniądze z budżetu przyszły w porę. Obsługiwalibyśmy te inwestycje, nie płacąc odsetek bankom i jednocześnie nie tworząc, jak to bywa,  rezerwy na pokrycie ewentualnych kosztów, gdyby się okazało, że inwestycja nie przyjdzie w porę. Wszyscy wiemy, jak wyglądają procesy przetargu, uzyskania odpowiednich decyzji lokalizacyjnych. Sami sprawiamy, że nasze własne inwestycje stają się droższe i niejako instytucjonalnie podwyższamy koszty dla budżetu.

Najwyższa Izba Kontroli wyraziła poważne zaniepokojenie brakiem planu dofinansowania programu budowy dróg lokalnych po 2015 r. Czy uważa Pan, że znajdą się pieniądze na kontynuowanie NPBDL w latach późniejszych?

Proponowałbym, by jednak trzymać się daty 2015 r. Jest to rok wyborów parlamentarnych, być może okaże się, że znacznie zmieni się układ sił w parlamencie. Niech nowy rząd wypracuje nowy program, z nowymi zasadami finansowania. Inaczej będziemy wydłużać iluzję. Moim zdaniem, należałoby to zamknąć  i zrobić tylko bilans – co zamierzano, a co de facto wykonano. I pokazać na liczbach, jak nie dotrzymano słowa. A nowa ekipa powinna zacząć wszystko od zera, z czystą kartą, bez dziedziczenia czegoś wypaczonego.

A jak powinien wyglądać ten nowy program dofinansowania? Co należałoby zmienić? NIK proponuje, aby poprawić nie tylko kwestię dystrybucji środków, ale i wprowadzić dodatkowe procedury planowania budżetów oraz realizacji inwestycji oraz nadzoru nad nimi. Jak się bowiem okazuje, samorządy mają problem z zarządzaniem inwestycjami i dopuszczają się licznych uchybień.

Obecnie znajdujemy się w błędnym kole. Być może samorządy mogą mieć pewne niedostatki w tzw. metodologii wypracowywania strategii. Ale z drugiej strony, cóż jest warta strategia, skoro zawodzi system zasilania z budżetu. Możemy wypracować najwspanialszą strategię planowania inwestycji, ale cóż po niej, gdy potem okazuje się, że redukuje się wartości dofinansowania, bo są inne ważne cele, a ponadto – pieniądze są dystrybuowane nie na początku roku, kiedy należy zawierać kontrakty, ale kiedyś tam w przyszłości. Cały rachunek ekonomiczny w tej sytuacji wywracany jest do góry nogami, gdyż trzeba wprowadzić dodatkowy czynnik, czyli koszty kredytu. Kolejnego kredytu, bo samorządy nigdy nie są bez kredytu.

Do tego dochodzą nowe wydatki z nakładanymi kolejnymi zobowiązaniami…

U nas jest tak, że trzeba coś permanentnie zmieniać, a wówczas trudno cokolwiek zaplanować. A to umowa śmieciowa, a to nowe rozporządzenie, że obecnie to samorządy będą płacić składki dla nauczycieli, a tu jakiś szpital – itd., itd. Dlatego na samym końcu obwiniałbym samorządy. Najpierw obwiniałbym rząd i większość parlamentarną. Trzeba zacząć od tych, którzy tworzą warunki dla funkcjonowania samorządów, stad prośba o stabilne reguły.

NIK jednak zarzuca samorządom niegospodarność. Wytyka, że przyjmowane są inwestycje bez sprawdzenia dokumentacji, co w efekcie może powodować, ze za kilka lat znów będziemy remontować te same odcinki dróg, zamiast budować nowe.

W naszym kraju mamy deficyt fachowości. Pamiętajmy, że zarówno w strukturach samorządów, jak i administracji drogowej, mamy – przepraszam za wyrażenie – swoich „zaufanych ludzi”. Począwszy od Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Jeszcze do niedawna mieliśmy w całej dyrekcji tylko jednego inżyniera-drogowca, wszyscy pozostali pochodzili spoza środowiska. Miało to zagwarantować, że nie będą skażeni zaszłością tego sektora, i – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – będą sprawniejsi, efektywniejsi i wydajniejsi. Problem w tym, że nie posiadali oni odpowiedniej wiedzy, nie wiedzieli, co to znaczy droga, budowy drogi, jak radzić sobie z niedoborem materiałów, ani jak wybrać odpowiedniego wykonawcę itd. Ponownie wracamy więc do braku wyznaczonych reguł gry. Naturalnie w wielu samorządach może i są popełniane błędy, ale jak podkreślam – zacząłbym porządkowanie sprawy od samej góry, a nie schodzenia na dół. Bo samorządy są samorządami: wcale nie jest łatwo zmusić burmistrza, wójta  do takiej czy innej polityki kadrowej. Zwłaszcza, skoro taki przykład idzie z samej góry.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:28

NIC O NAS BEZ NAS

Pozyskiwanie funduszy unijnych na lokalne inwestycje i uchwalanie sensownych przepisów prawnych – tego oczekujemy od naszych przedstawicieli w Brukseli. Co jednak rzeczywiście posłowie do Parlamentu Europejskiego mogą zrobić dla swoich małych ojczyzn?

Tylko jeden na czterech lokalnych włodarzy twierdzi, że samorząd, który reprezentuje, współpracuje z posłem lub posłami do Parlamentu Europejskiego – wynika z internetowej ankiety, którą Instytut Spraw Publicznych (ISP) i Związek Miast Polskich (ZMP) przesłały w ubiegłym roku do 2809 jednostek samorządu terytorialnego wszystkich szczebli. Trzech na dziesięciu (29 proc.) respondentów nie dostrzega takiej współpracy, a prawie połowa (46 proc.) nie ma w tej sprawie zdania. Zwłaszcza ten ostatni odsetek może świadczyć o tym, że posłowie do PE nie są znani urzędnikom samorządowym.

Inne zeszłoroczne badanie ISP pokazuje, że również statystyczny Kowalski nie zna eurodeputowanych (nawet tych, którzy pochodzą z jego regionu). 70 proc. Polaków nie potrafi wymienić z nazwiska choćby jednego europosła. Pozostali wskazywali najczęściej byłego premiera Jerzego Buzka. Zapewne z racji pełnienia przez niego przez pół kadencji prestiżowej i ważnej funkcji – przewodniczącego PE. Ale dalej było już tylko gorzej – na kolejnych dwóch pozycjach znaleźli się posłowie znani głównie z brylowania w mediach, którzy nie splamili się nadmierną pracowitością w europarlamencie. Najskuteczniejsi w społecznej świadomości niemal nie zaistnieli.

Czyżby przedstawiciele Polski w Brukseli zapomnieli o tym, skąd się wywodzą i dzięki czyim głosom dostali się do europarlamentu? Czy tak niewiele robią dla swoich regionów, że zasłużyli na kompletny brak zainteresowania ze strony ich mieszkańców?

– Na szczęście, aż tak źle nie jest. Wielu europarlamentarzystów nigdy nie zapomniało o długu wdzięczności, który powinni spłacać swym małym ojczyznom. Pokazują innym członkom europarlamentu, że nawet setki kilometrów od swych rodzinnych stron są użyteczni dla kraju i samorządów – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA Andrzej Porawski, dyrektor Biura ZMP.

Bój nie tylko o kasę

A jak konkretnie deputowani mogą służyć swym lokalnym społecznościom? Adam Aduszkiewicz, prezes Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, uważa, że nie tak należy stawiać pytanie. Jego zdaniem, do kompetencji europosłów nie należy zajmowanie się tym, co zostawili w Polsce. Powinni myśleć globalnie – o Europie, o miejscu Unii w świecie, o tym, co ostatecznie przyniesie pomyślność jej poszczególnym krajom i regionom – zarówno takim, jak hiszpańska Katalonia, czy francuska Bretania, jak i naszym Kaszubom.

– Gdyby nasi ludzie w Brukseli dbali przede wszystkim o swe małe ojczyzny, mielibyśmy do czynienia z patologią podobną do tej, która doprowadziła kiedyś Rzeczpospolitą do upadku. Mam na myśli tzw. instrukcje, które w XV–XVIII wiekuwydawały wybranym przez siebie posłom sejmiki ziemskie. Określały one, jak ci przedstawiciele szlachty z danego terenu czy województwa mają postępować i głosować na sejmie walnym– tłumaczy w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Aduszkiewicz.

Posłowie, który działali sprzecznie z tymi wytycznymi, nie byli wybierani następnym razem. Zatem wielu z nich, w obawie o swe polityczne kariery,przedkładało partykularneinteresy określonych ziem nad dobro całego kraju. Wiążący charakter instrukcji zniosła dopiero Konstytucja 3 maja(1791 r.). Za późno. W 1793 r., w wyniku klęski odniesionej przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w wojnie z Rosją, toczonej właśnie w obronie Konstytucji, doszło do drugiego rozbioru Polski.

– O dobro lokalnej społeczności powinien zabiegać wójt, burmistrz lub wojewoda. Natomiast zadaniem eurodeputowanych jest troska o Unię, o jej właściwą organizację, zdrowe funkcjonowanie i uchwalanie dobrego prawa, a nie takich idiotyzmów, jak normy regulujące kształt banana – argumentuje prezes Aduszkiewicz. Trochę inaczej widzi sprawę prof. Bogusław Liberadzki, eurodeputowany z Sojuszu Lewicy Demokratycznej (SLD). Niedawno na antenie Radia Szczecin podkreślał, że po to mamy samorząd, by się zajmował interesami gmin, powiatów i województw. Ale dodawał też, że ochrona tych interesów odbywa się w uwarunkowaniach europejskich. To zaś stwarza pole do popisu posłom do PE. Jak wyjaśniał, każdy region musi mieć porządne drogi, odpowiednią linię kolejową czy – jak w przypadku szczególnie bliskiej mu Ziemi Szczecińskiej – dobry dostęp do morza. W przeciwnym razie pozbawiony jest szans na rozwój. „Rolą deputowanych jest pomóc takiemu regionowi wyjść z wykluczenia, stagnacji i marazmu. A następnie sprawić, by na mapie Europy stał się rozpoznawalny, a nawet więcej: atrakcyjny” – klarował.

Na pytanie dziennikarza, czy jako europoseł dysponuje niezbędnymi do tego narzędziami, prof. Liberadzki odpowiedział stanowczo: „Nie tylko mam takie instrumenty, ale też udowodniłem, że umiem ich używać”. Na potwierdzenie wskazał budowaną właśnie drogę S3 oraz korytarz Adriatyk-Bałtyk, którego częścią po latach zabiegów stały się we wrześniu ubiegłego roku Szczecin, Świnoujście i Zachodnie Pomorze. Za duży sukces uważa również linię kolejową Poznań-Berlin. Wszystkie te przedsięwzięcia finansowane są przez UE.

Członkowie europarlamentu – zdaniem przedstawiciela SLD – walczą o inwestycje niezbędne w poszczególnych regionach, lecz ich zaangażowanie ujawnia się także w sferze prawnej. Uświadamiał, że 60 proc. obowiązującej w Polsce legislacji powstaje w Brukseli. A na jej kształt duży wpływ mają nasi eurodeputowani. Jako przykład podawał projekt rozporządzenia Komisji Europejskiej (KE), nazywanego regulacją portową. KE zakładało poważną ingerencję w swobodę działalności gospodarczej spółek portowych. „Moją rolą było doprowadzić do odrzucenia regulacji portowej. Udało się” – cieszył się w szczecińskim radiu Bogusław Liberadzki.

Skutecznym posłem jest również Jan Olbrycht, który już po raz drugi w PE reprezentuje Platformę Obywatelską. Pochodzący z Rybnika polityk uważany jest za jednego z najlepszych w Unii Europejskiej specjalistów w dziedzinie unijnej polityki regionalnej oraz wykorzystania funduszy UE przez regiony i samorządy krajów członkowskich. W marcu tego roku odebrał w Brukseli nagrodę MEP Awards 2014 w kategorii „Zrównoważone środowisko zurbanizowane” (Sustainable Built Environment). Nie mniej jednak ceni statuetkę „Hanysów” przyznawaną osobom i instytucjom zasłużonym dla Śląska. Dostał ją w 2011 r. za „wysoką kulturę polityczną”. Droga jego sercu jest również statuetka „Zasłużony dla Polskich Regionów”, którą w 2012 r. uhonorował go Związek Województw RP – za wieloletnią pracę na rzecz Śląska i innych regionów kraju. Wykonywał ją m.in. jako burmistrz Cieszyna (1990-1998), marszałek województwa śląskiego (1998-2002), członek zarządu Rady Polityki Regionalnej Państwa (2002-2004), a od 2004 r. jako poseł do Parlamentu Europejskiego.

– Posłowi Olbrychtowi zawdzięczamy unowocześnienie Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Zmiany są korzystne dla naszych jednostek samorządu terytorialnego. Wszystkie polskie województwa, z wyjątkiem mazowieckiego, zostały uznane za mniej rozwinięte, co wiąże się z wyższym finansowaniem inwestycji przez UE – chwali Andrzej Porawski.

Według Ryszarda Czarneckiego, posła do PE z ramienia Prawa i Sprawiedliwości (PiS), eurodeputowany może być dla samorządów lobbystą w dobrym znaczeniu tego słowa.

–Niekoniecznie oznacza to, że będzie wydeptał dla tej czy innej gminy lub powiatu dodatkowe pieniądze. Nie tak to działa. Może za to wspierać działania danego regionu, bo na tym poziomie fundusze UE są załatwiane – mówi GMINIE polityk.

Jak zaznacza, polscy posłowie wiele mogliby się nauczyć w tej dziedzinie od swych kolegów z Niemiec. – Aż miło patrzeć, jak doskonale współpracują oni z biurami poszczególnych landów niemieckich, które działają w Brukseli. To sytuacja wręcz modelowa – zachwyca się Czarnecki.

Nasze samorządy również mają swe przedstawicielstwa przy PE. Tyle że – zdaniem przedstawiciela PiS – nie są one jeszcze dość aktywne, co wynika głównie z ograniczeń finansowych i kadrowych. – Polskie biura regionalne w Brukseli często mają bardzo małą obsadę personalną w porównaniu z biurami innych krajów. A szkoda, bo na promocję, propagandę, właściwie pojęty lobbing, nie należy żałować pieniędzy – przekonuje Czarnecki.

Gdzie Bruksela, a gdzie Jasło?

– Niektórzy wybrańcy narodu w Brukseli zapominają o Polsce, a cóż dopiero mówić o regionie, czy miejscowości, z której pochodzą. O Europę też nie dbają, tylko o własną kieszeń – uśmiecha się Adam Aduszkiewicz.

Andrzej Porawski jest jednak optymistą. Jak twierdzi, w Parlamencie Europejskim w coraz większym stopniu uwzględniane jest zarówno stanowisko naszego rządu, jak i interes gmin, powiatów, województw. Świadczy o tym chociażby unijna dyrektywa dotycząca zamówień publicznych: na jej ostateczny kształt duży wpływ miały sugestie lokalnych włodarzy.

– Posłowie z Brukseli nie tylko o nas pamiętają, ale też konsultują z nami wszystkie decyzje dotyczące regionów – kwituje przedstawiciel Związku Miast Polskich.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:22

ŻYJĄC W CIENIU WIELKIEJ WODY

Z najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że samorządy niewystarczająco chronią swoich mieszkańców przed skutkami powodzi. Co więcej, wielokrotnie zezwalały na inwestycje na terenach objętych ryzykiem powodziowym, nie informując o inwestorów o zagrożeniach. Ponadto, inspektorzy dopatrzyli się uchybień w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego – często brakowało w nich informacji dotyczących obszarów zagrożonych zalaniem.

Bezpośrednią przyczyną przeprowadzenia kontroli przez NIK były skutki powodzi, które przeszły przez Polskę w maju i czerwcu 2010 r. Poszkodowanych zostało wówczas 70 tys. rodzin, a wartość strat, które poniosło 811 gmin, oszacowano na 12 mld zł.

Lekcja poszła w las. Albo w głęboką wodę

Kontrolerzy NIK uważają, że Polacy nie uczą się na błędach i nadal dopuszczają się tych samych uchybień co w przeszłości. Za jedną z głównych przyczyn rosnących szkód powodziowych uważają wzrost liczby inwestycji na terenach powodziowych. Jak podkreślają, zagospodarowanie terenów zagrożonych zalaniem powinno opierać się nie tylko na wskazaniu takich obszarów, ale przede wszystkim – na objęciu zakazem, bądź ograniczeniami, ich zabudowy.

Nie jest to jednak takie proste. Z kontroli NIK przeprowadzonej w 24 urzędach miast i gmin oraz w 6 starostwach wynika bowiem, że jedynie dwie badane jednostki, wydając decyzję o pozwoleniu na budowę, zawarły w niej klauzulę dotyczącą zagrożeń wynikających z zabudowy na terenach zalewowych. Były to Urząd Miasta Krakowa oraz Starostwo Powiatowe w Płocku. Takiej klauzuli brakowało również w decyzjach o warunkach zabudowy wydawanych przez co piąty kontrolowany organ.

Do takiego uchybienia doszło choćby w Urzędzie Miasta Nowy Sącz. W latach 2010–2012 wpłynęło tam łącznie 2341wniosków o wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę, w wyniku których wydano 23 decyzje o pozwoleniu na budowę dla obszarów powodziowych. – W żadnej z wydanych decyzji nie informowano inwestorów o ewentualnych zagrożeniach wynikających z faktu przeprowadzenia inwestycji na terenach zagrożonych powodzią – poinformował rzecznik prasowy NIK Paweł Biedziak.

W ocenie Izby nieinformowanie inwestorów o zagrożeniu powodziowym na danym terenie stwarza ryzyko, że obszary te będą zabudowywane, co w dłuższej perspektywie zwiększa potencjalne straty, jakie może spowodować żywioł.

Kontrola wykazała też, że samorządy w niewystarczającym stopniu wykorzystywały miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego co do ograniczenia budowy na terenach zalewowych. W planach tych wskazano jedynie 12 proc. takich obszarów, z czego aż w dwóch trzecich przypadków nie ograniczono, ani nie zakazano, inwestycji. Ponadto plany zagospodarowania przestrzennego aż 21 proc. jednostek samorządu terytorialnego nie zawierały informacji dotyczących zagospodarowania terenów narażonych na powódź oraz obszarów osuwania się mas ziemi. Jakby tego było mało – nie określono nawet ich granic.

Powódź? Jaka powódź?

Z raportu NIK wynika również, że gminy nie analizowały zmian w zagospodarowaniu przestrzennym – w studiach uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego nie było aktualnych informacji o terenie oraz, co ważniejsze, o zjawiskach powodziowych.

Eksperci ustalili również, że niektóre decyzje wydawano mimo zakazu zabudowy na terenie zagrożonym powodzią oraz co do projektów, w których poziom posadzki parteru albo piwnic był równy bądź niższy od poziomu lustra tzw. wody stuletniej. Tak zdarzyło się choćby w Toruniu lub Brzegu.

Izba dopatrzyła się również uchybień przy opracowywaniu dokumentów planistycznych – mimo posiadania informacji odnośnie możliwości wystąpienia powodzi, gminy nie uwzględniały ich przy tworzeniu dokumentów. – Negatywnie oceniono Urząd Miasta Bielsko-Biała, który mimo wielokrotnie wyrażanej opinii, dotyczącej pomijania w projektach terenów zagrożonych powodzią, nie uwzględnił posiadanych opracowań dotyczących terenów zalewowych w opracowywaniu dokumentów planistycznych – podkreślał Biedziak.

W dwóch skontrolowanych organach eksperci NIK stwierdzili poważne braki w magazynach przeciwpowodziowych. W Bielsku Białej urząd miasta dysponował jedynie 15 tonami piasku zamiast wymaganych 40 ton. W gminie Borzęcin wyposażenie magazynu było natomiast całkowicie niezgodne z gminnymi przepisami. Ponadto w operacyjnych planach przed powodzią trzech kontrolowanych gmin brakowało ważnych informacji – takich, jak liczba budynków zagrożonych powodzią, wielkość obszarów obarczonych ryzykiem powodziowym czy przyczyny zagrożenia poszczególnych terenów.

29 proc. gmin z własnej inicjatywy zadziałało w kierunku zmniejszenia ryzyka powodziowego. W tym celu odbudowywano cieki wodne, współfinansowano stworzenie i modernizację obwałowań oraz stworzono monitoring wraz z systemem ostrzegania i alarmowania ludności o zagrożeniach powodziowych. Izba uważa jednak takie działania za nieistotne z punktu widzenia tworzenia kompleksowego systemu, który w dużym stopniu przyczyniłby się do poprawy bezpieczeństwa ludzi i mienia przed powodzią, czy ograniczył straty materialne.

Z drugiej strony, do dobrych praktyk eksperci NIK zaliczyli przygotowanie opracowań uwzględniających zjawiska powodziowe w gminach Toruń i Szczucin, w których omówiono m.in. niekorzystne położenie obszarów gmin powodujące zagrożenia powodziowe, czy zasięgi powodzi występujące w poprzednich latach.

Jak podkreślają eksperci NIK, przyczyny takiego stanu rzeczy leżą w braku precyzyjnych przepisów, które wymuszałyby na gminach ograniczenie inwestycji na obszarach zalewowych. Współwinne są również regionalne zarządy gospodarki wodnej, które nie współpracują z gminami przy opracowywaniu studiów ochrony przeciwpowodziowej pomocnych w zarządzaniu takimi terenami.

Ograniczenie lub odmowa wznoszenia inwestycji na terenach zagrożonych powodzią jest możliwe dopiero po uzyskaniu od prezesa Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej map zagrożenia i ryzyka powodziowego. Te jednak dopiero powstają, a ograniczenia inwestycyjne samorządy mogą wprowadzić jedynie na podstawie studiów ochrony przeciwpowodziowej, których jest niestety niewiele.

Odpowiedzialność pozostaje

NIK podkreśla jednak, że podane przyczyny nie zwalnają jednostek samorządu terytorialnego z odpowiedzialności za racjonalne kształtowanie polityki przestrzennej, w tym planowanie zabudowy z uwzględnieniem zagrożenia powodziowego.

Zalecenia Izby odnośnie zminimalizowania skutków powodzi w przyszłości dotyczą ujęcia w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego wszystkich terenów  zagrożonych zalaniem oraz stworzenia w nich szczególnych warunków dla inwestycji. NIK przypomina również o obowiązku informowania inwestorów o zagrożeniach wynikających z przeprowadzenia inwestycji na obszarach o ryzyku powodziowym.

wtorek, 25 marzec 2014 21:09

WARSZAWSKI EGZAMIN NA OBYWATELSKOŚĆ

Mieszkańcy stolicy bardzo poważnie potraktowali temat budżetu partycypacyjnego – do władz dzielnicy wpłynęła rekordowa liczba 2204 projektów. W połowie lipca br. okaże się, które z nich zostaną zrealizowane w przyszłym roku w ramach zarezerwowanych na ten cel 25,6 mln zł. Jednakże, ciekawsze wydaje się pytanie, jak przedstawiciele władz samorządowych wykorzystają ten społeczny zryw?

Stolica jest kolejnym miastem, które zdecydowało się na wprowadzenie budżetu partycypacyjnego. W dzielnicach uruchomiono punkty konsultacyjne dla mieszkańców, w proces zaangażowano także instytucje pozarządowe. Z prawie 26-milionowej puli, w zależności od wielkości okręgu czy dzielnicy, na jeden projekt można otrzymać nawet czterysta tysięcy złotych. – Liczba zgłoszonych projektów świadczy o tym, że warszawiacy bardzo zaangażowali się w proces decydowania o lokalnych wydatkach stolicy. Ponad dwa tysiące projektów to absolutny rekord wśród polskich miast – chwaliła mieszkańców prezydent miasta Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Powrót Misia

– Nie mam wątpliwości, że większość ze złożonych wniosków będzie spełniać wymogi formalne – zapewnia w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Ewelina Buczyńska, rzecznik dzielnicy Praga Południe. – Staraliśmy się wszelkimi dostępnymi środkami dotrzeć do mieszkańców i służyć im pomocą. Niezwykle pomocne okazały się organizacje NGO – dodała. Najwięcej projektów wpłynęło do dzielnicy Mokotów (315), o połowę mniej do Pragi Południe oraz Woli. Na szarym końcu znalazły się Wilanów, Wesoła i Ursus. Wśród zgłoszonych projektów dominują te związane z zagospodarowaniem infrastruktury miejskiej, rewitalizacją skwerów i parków oraz organizacją zajęć dla dzieci i osób starszych. Choć zdarzały się także i bardzo oryginalne, jak – zapożyczony z Niemiec – pomysł na biblioteki w drzewach, ale i… – Turniej na mini sumo dla dzieci albo wieża dla jeżyków. Jednym z ciekawszych było także postawienie na jednym z rond na terenie dzielnicy figury Misia z filmu Barei – wylicza Buczyńska. Pomysłowi okazali się także mieszkańcy Bemowa. – Wpłynęło do nas 75 projektów, obecnie są one weryfikowane, więc nie możemy podać pełnej kwoty – tłumaczy Magazynowi Samorządowemu „GMINA” Mariusz Gruza, rzecznik dzielnicy. – Jednym z ciekawszych projektów jest uruchomienie w Bemowskim Centrum Kultury drukarki trójwymiarowej wraz z cyklem szkoleń. W punkcie do użytku mieszkańców znajdowałyby się trzy drukarki 3D, skaner 3D oraz zapas tuszu na rok użytkowania. Cykl szkoleń byłby dedykowany młodzieży, dzieciom i dorosłym. Kolejnymi są: budowa skateparku, wybiegu dla psów lub domku dla owadów – dodaje.

Spośród 2204 projektów tylko ułamek zostanie poddany głosowaniu (konsultacje zgodnie z harmonogramem odbędą się w dniach 11-25 maja br.) , które zostało zaplanowane na drugą połowę czerwca br. Większość swoją karierę zakończy na etapie konsultacji społecznych. Wcale jednak nie musi oznaczać to, że nie zostaną one w ogóle zrealizowane. Projekty mogą być zgłoszone w ramach tzw. inicjatywy obywatelskiej.

A co stanie się z projektem? – Jak na razie jest to dla nas wszystkich, zarówno władz, jak i mieszkańców, pewna zagadka – mówi Buczyńska. – Wierzę jednak, że ten test na obywatelskość zdaliśmy i z każdym rokiem projektów będzie coraz więcej – dodaje. Podobnego zdania jest także stołeczny ratusz, choć jeszcze w lipcu ubiegłego roku uznawano, że takie rozwiązanie w Warszawie jest niepotrzebne. A teraz zapowiada się rozszerzenie kompetencji budżetu partycypacyjnego. – Naszym celem jest także udział mieszkańców w programowaniu strategicznym na poziomie całego miasta, które wraz z myśleniem o finansach niezbędnych do realizacji konkretnych działań, stanie się budżetem partycypacyjnym na poziomie całej Warszawy – zapowiadała w styczniu br. Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Stołeczne władze mogą się jednak przeliczyć – czym innym jest bowiem zryw związany ze składaniem projektów, a czym innym obowiązek udania się do urn i oddania głosu na najlepszy projekt. Statystyki są bezlitosne – na wybory chodzi najwyżej co trzeci mieszkaniec danego samorządu, a częściej procent ten jest nawet o połowę niższy. Nie dziwi więc, że przedstawiciele władz samorządowych nie myślą o zwalnianiu z rozkręconą już kampanią informacyjną. Plakaty, spotkania z mieszkańcami, osiedlowe stacje radiowe oraz kampanie w mediach społecznych okazały się ogromnym sukcesem w procesie mobilizacji mieszkańców. – Zamierzamy dalej wykorzystywać dostępne środki komunikacji, by namawiać mieszkańców do wzięcia udziału w głosowaniu nad poszczególnymi projektami. Doskonałym środkiem komunikacji okazał się Facebook, z którego korzystają nie tylko osoby młode, ale również 50+. Będziemy również kontynuować współpracę z organizacjami pozarządowymi – wylicza Buczyńska. Pytanie jednak, czy to wystarczy.

Gotowiec dla polityków

Niska frekwencja, szczególnie w perspektywie zbliżających się wyborów samorządowych, będzie poważnym „prztyczkiem” dla Platformy Obywatelskiej. Na forach internetowych nie brakuje krytycznych głosów, że stołeczne władze szukają inspiracji oraz pragną na szybko odbudować swój nadszarpnięty wizerunek. Eksperci nie mają wątpliwości – powodzenie całego projektu jest możliwe tylko wówczas, gdy władze samorządowe pokażą szczere zaangażowanie w projekt, a nie będzie to tylko kolejna zagrywka polityczna. – Zawsze jest ryzyko, że politycy będą chcieli wykorzystać pomysły zgłoszone przez obywateli do własnych celów. W końcu otrzymują gotowe projekty, odpowiadające potrzebom społeczności lokalnych – mówi Magazynowi Samorządowemu „GMINA” Ewa Stokłuska z Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”, członek Rady ds. budżetu partycypacyjnego przy Prezydencie m. st. Warszawy.

Stokłuska liczy jednak, że pewien – już rozpoczęty – proces nie okaże się tylko i wyłącznie zagrywką polityczną. – Nie jesteśmy demokracją ateńską i na pewno nie będziemy decydować o 100 proc. budżetów samorządowych. Liczę jednak, że w niedalekiej przyszłości budżet partycypacyjny nie będzie stanowił 0,5-1 proc., ale 2-3 proc. budżetu dzielnic – mówi Stokłuska. – Sam mechanizm jest bowiem jak najbardziej potrzebny. Po raz pierwszy mieszkańcy miasta otrzymują narzędzie, za pomocą którego bezpośrednio sami mogą decydować o swoim najbliższym otoczeniu – dodaje.

Jak pokazuje przykład państw Europy Zachodniej, budżet partycypacyjny wcale nie musi dotyczyć tylko kasy publicznej, ale i zarządzania szkołami, uniwersytetami, a nawet klubami sportowymi. Idea ta ma ogromne znaczenie dla perspektyw rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Niezwykle istotne jest, by mieszkańcy postrzegali ją jako szansę, a nie obowiązek. – W społeczeństwie zawsze znajdą się jednostki zaangażowane, przejawiające ogromne postawy prospołeczne, które swoim zaangażowaniem i determinacją mogą zarazić kolejne – mówi Stokłuska. W jakim kierunku będziemy zmierzać? – Niewykluczone, że sama idea będzie ewoluować, że w przyszłości będziemy decydować nie tylko o wydatkach, ale także o oszczędnościach oraz kierunkach rozwoju – dodaje. Najbliższe miesiące pokażą, czy obecny huraoptymizm nie okazał się jednak przedwczesny i czy entuzjazm w sprawie budżetów partycypacyjnych nie zostanie zaprzepaszczony.

wtorek, 25 marzec 2014 21:01

MIASTO W WERSJI SMART

Mądra rewitalizacja przestrzeni, ekologiczny transport, systemy zarządzania siecią wodociągową… Dzięki współpracy samorządowców, urbanistów, architektów, inżynierów IT i obywateli powstają aglomeracje, w których naprawdę chce się żyć.
 
Wrocławianie dostali właśnie narzędzie, które z powodzeniem stosowane jest od dawna w Nowym Jorku, Singapurze czy Londynie. To Platforma Usług dla Obywateli, która wykorzystuje oprogramowanie Microsoft Dynamics CRM. Częścią teleinformatycznego systemu wdrożonego w tamtejszym magistracie przez firmę Outbox jest Centrum Kontaktu z Mieszkańcami (CKM), które umożliwia bardziej efektywną komunikację pomiędzy administracją publiczną a społecznością lokalną.
 
CKM ma tę przewagę nad tradycyjnym call center, że mieszkańcy mogą się kontaktować z włodarzami nie tylko za pomocą telefonu, lecz także przez e-mail, czat i stronę WWW. Każde zgłoszenie otrzymuje numer i zostaje dodane do bazy. Dzięki tak uzyskanym informacjom, samorządowcy mogą lepiej ustalać priorytety działania, poznawać potrzeby interesantów i podejmować odpowiednie inicjatywy. Natomiast wrocławianie mają pewność, że ich sprawa nie pozostanie bez odpowiedzi.
 
– Rozwiązanie Microsoft Dynamics CRM niesie ze sobą wiele korzyści. Obywatele mają ułatwiony dostęp do informacji za pośrednictwem kilku kanałów komunikacji, zaś zespół naszych konsultantów jest w stanie precyzyjnie określić, do jakiej bazy przypisać dane zgłoszenie lub przekierować sprawę bezpośrednio do specjalisty – podkreśla w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Dariusz Jędryczek, dyrektor Wydziału Informatyki Urzędu Miejskiego Wrocławia.
 
Inteligencja niejedno ma imię
 
Takie inwestycje jak wrocławskie CKM wpisują się w promowaną przez Unię Europejską koncepcję inteligentnych miast (ang. smart cities). Pod tym pojęciem kryją się także: szerokopasmowy internet, rewitalizacja obszarów poprzemysłowych, ekologiczne autobusy, promocja komunikacji publicznej, a także systemy satelitarne ułatwiające kierowanie ruchem drogowym, energooszczędne domy czy ograniczenie hałasu i zanieczyszczenia powietrza.
 
– W koncepcji smart cities chodzi z grubsza o to, by nasze aglomeracje były przyjazne dla mieszkańców, efektywnie korzystały z technologii i energii, a także sprawnie monitorowały życie społeczne i gospodarcze – mówi Magazynowi Samorządowemu „GMINA” Michał Gembal, dyrektor marketingu w spółce Arcus, oferującej urządzenia i oprogramowanie usprawniające cyfrowy obieg dokumentów i informacji.
 
Filozofia inteligentnych miast bliska jest m.in. fimie Oracle. Technologiczny gigant zza Oceanu coraz częściej podnosi IQ polskich ośródków. Przykładem mogą być „Wrota Regionu Łódzkiego”, czyli pierwszy tej klasy zintegrowany system e-usług publicznych w naszym kraju, działający w chmurze prywatnej.
 
– We wczesnej fazie takich przedsięwzięć występujemy jako strategiczny doradca pomagający skutecznie przygotować się do wdrożenia, ocenić poziom dojrzałości miasta, czy określić ścieżkę dojścia do korzyści finansowych i biznesowych. W późniejszych stadiach odgrywamy istotną rolę jako partner technologiczny, dostarczający bezpośrednio lub przez sieć partnerów różne elementy środowiska technologicznego – tłumaczy Bartosz Soroczyński, dyrektor generalny Oracle Polska.
 
Garść informacji dla wtajemniczonych: elementy środowiska technologicznego to m.in. zintegrowane systemy – zarządzania miastem, majątkiem i billingowe, a także rozwiązania warstwy pośredniej, które umożliwiają komunikację między różnymi aplikacjami składającymi się na sieć teleinformatyczną całej aglomeracji. Specjalną klasą elementów infrastruktury IT są systemy prekonfigurowane łączące sprzęt i oprogramowanie – jak maszyna Oracle Exadata w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy.
 
Samorządowcy (na razie) ostrożni
 
Ubiegłoroczny raport „Przyszłość miast – Miasta przyszłości”, przygotowany przez ośrodek analityczny THINKTANK i firmę RWE Polska, nie pozostawia złudzeń: polskie ośrodki zaczynają interesować się inteligentnymi rozwiązaniami, lecz są dosyć ostrożne. Porywają się raczej na pojedyncze inicjatywy, które wprawdzie usprawniają działanie wybranych elementów miejskiej infrastruktury, ale nie dają kompleksowej zmiany. W rezultacie nie możemy się pochwalić wieloma tak wszechstronnymi projektami, jak choćby bazujący na technologii Oracle kompleks King Abdullah Financial District (KAFD) budowany w Rijadzie w Arabii Saudyjskiej.
 
– Naprawdę warto zobaczyć wizualizację KAFD na YouTube – jak inteligentna infrastruktura poprzez „ogólnomiejską” warstwę pośrednią integruje się z systemami zarządzania całej aglomeracji, które odpowiadają za takie sfery jak bezpieczeństwo, projekty outsourcingowe, budynki i transport w wersji smart czy efektywne wykorzystanie energii – wskazuje prezes Soroczyński.
 
– Może nie ma jeszcze w Polsce spektakularnych inicjatyw typu smart. Tym bardziej trzeba się cieszyć z tych skromnych przedsięwzięć, które kończą się sukcesem. Bo gdy inteligentne inwestycje przynoszą korzyści, samorządowcy decydują się na kolejne – uważa Michał Gembal.
 
Włodarze Gdańska z pewnością nie żałują budowy systemu, który zdalnie monitoruje oraz dostosowuje do pogody i natężenia ruchu 60 proc. oświetlenia ulicznego w tym mieście. Zrealizowane przez firmy Orange i Rabbit wdrożenie pozwala ograniczyć zużycie prądu o 35 proc. Wykonawcy zastosowali technologię M2M (machine to machine), która umożliwia automatyczną wymianę informacji między urządzeniami.
 
Na  bazie architektury M2M Orange stworzył też system zdalnego monitorowania pomiaru zużytej wody dla Miejskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej, Wodociągów i Kanalizacji w Środzie Wielkopolskiej. U jednej piątej odbiorców zainstalowano nowoczesne wodomierze wyposażone w nakładkę, pozwalającą na precyzyjny odczyt parametrów pracy oraz rejestrowanie wszelkich zdarzeń związanych z poborem wody, a także wysyłanie tych informacji przez sieć komórkową do centralnego serwera w celu analizy i wystawiania rachunków. Dzięki temu nie ma już konieczności indywidualnego odczytu stanu wodomierzy. Efekt – komunalna spółka zwiększyła przychody o 11 proc.
 
Bruksela sypnie groszem
 
Zaledwie 14 proc. ankietowanych przez THINKTANK włodarzy miast deklarowało, że wprowadzali dotąd projekty typu smart na dużą skalę, choć w przypadku dużych aglomeracji ten odsetek był prawie trzy razy większy (41 proc.). Tylko co trzeci badany (32 proc.) nie miał wątpliwości, że takie inwestycje mogą przynieść ich miejscowościom  korzyści. Ale i przedstawiciele tej grupy mówili o braku odpowiednich zasobów ludzkich do wdrażania systemów oraz niedostatku doświadczenia i wiedzy (know-how). Lecz główną barierą – według zdecydowanej większości (92 proc.) – są czynniki finansowe.
 
Tej ostatniej przeszkody nie przestraszyły się władze Sosnowca, które w ubiegłym roku podpisały z Siemensem umowę gwarantującą redukcję zużycia energii cieplnej i elektrycznej w budynkach oświatowych (odpowiednio o 31 i 25 proc.). Kontrakt opiewa na 17 mln zł, ale koszt będzie pokryty jedynie z części uzyskiwanych oszczędności. Z kolei urzędnicy z Bełchatowa prawie 10 mln zł na modernizację oświetlenia ulicznego pozyskali z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Zaś włodarze Ożarowic prawie 3 mln zł na zdalne narzędzie odczytu gazu, wody i przesyłania danych z systemów kierowania ruchem otrzymali z Unii Europejskiej.
 
Wygląda więc na to, że pieniądze można jednak zdobyć. Pod warunkiem, że samorządowcy będą choć trochę bardziej smart – jak nasze wymarzone miasta przyszłości.
 
wtorek, 25 marzec 2014 20:54

PODRĘCZNIKOWY PROBLEM GMIN

Pierwszoklasiści rozpoczynający naukę 1 września, będą korzystali z darmowego podręcznika. Ich rodzice nie poniosą też kosztów zakupu materiałów do ćwiczeń oraz książki do nauki języka obcego. Zgodnie z nowelizacją ustawy o oświacie, za wszystko zapłaci państwo – które w kolejnych latach planuje dostarczyć bezpłatne podręczniki także uczniom klas II i III. Docelowo reforma podręcznikowa zakłada darmowe książki dla uczniów wszystkich klas szkół podstawowych i gimnazjów.

Koszty podręczników, które we wrześniu br. znajdą się na ławkach pierwszoklasistów, będą pokrywane z budżetu państwa. Za książki do ćwiczeń i do nauki języka obcego zapłacą natomiast jednostki samorządu terytorialnego, z pieniędzy otrzymanych w ramach dotacji celowych. Według szacunków resortu edukacji, koszt obsługi tego zadania wyniesie 1 proc. dotacji.

Gminy wątpią w deklaracje MEN

Mimo zapewnień minister edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej, że gminy nie będą musiały pokrywać części kosztów przedsięwzięcia oraz że samorządy mają być wyłącznie pośrednikiem w przekazywaniu podręczników szkołom i uczniom, przedstawiciele jednostek samorządu terytorialnego wątpią w prawdziwość tych deklaracji. Nauczony doświadczeniem prezydent Ostrowca Świętokrzyskiego Jarosław Wilczyński obawia się, że gminy będą musiały dopłacić do zakupu podręczników. – Zawsze otrzymujemy za mało pieniędzy, nie wierzę więc, że tym razem mogłoby być inaczej – twierdzi. Takiego samego zdania jest burmistrz Drawska Pomorskiego Zbigniew Ptak, który sposób przygotowania podręczników i podchodzenia do całego projektu nazywa głęboką abstrakcją. – Nie mam wątpliwości, że będziemy dopłacać do projektu. Od zawsze przecież dopłacamy. Zgodnie z ustawą, jeśli rodzicom nie spodoba się podręcznik proponowany przez MEN i podejmą decyzję o zakupie alternatywnych książek, wówczas to my będziemy musieli do nich dopłacić – mówi. Zdaniem Ptaka podręczniki powinny być w 100 proc. dotowane przez państwo.

Wątpliwości samorządowców rozwiewa rzecznik prasowy MEN Joanna Dębek, która podkreśla, że nie ma mowy o tym, aby gminy dopłacały do podręczników. – Nasze wyliczenia odnośnie kwot potrzebnych na zakup książek pochodzą z analizy rynku. Wiemy dokładnie, ilu siedmiolatków pójdzie 1 września do szkoły. Mamy również szacunkowe dane co do liczby sześciolatków wybierających się do pierwszej klasy. Ich będzie prawdopodobnie mniej, niż przypuszczamy, ponieważ w dalszym ciągu wielu rodziców nie jest przekonanych do idei wcześniejszego posyłania swoich dzieci do szkoły. Dlatego też może co najwyżej być mniej uczniów niż przewidujemy, więc pieniędzy na pewno nie zabraknie – tłumaczy. Joanna Dębek komentuje również wątpliwości samorządowców, czy oferowane przez resort edukacji kwoty na pokrycie kosztów zakupu podręczników będą wystarczające. – Pamiętajmy, że podręczniki kupowane przez gminy będą tańsze od obecnych. Szkoły będą bowiem nabywać je hurtowo, odejdą m.in. koszty dystrybucji – podkreśla.

Dotacje będą przyznawane na każdego ucznia z osobna, do wysokości kosztu zakupu kompletu podręczników. Dla dzieci z I-III klasy szkoły podstawowej maksymalna kwota to 25 zł na podręcznik do języka obcego oraz 50 zł na materiały do ćwiczeń. Dla uczniów z klas IV-VI limit ceny jednego podręcznika to 140 zł, a ćwiczeń – 25 zł. Docelowo projekt ma również objąć gimnazja. Tam maksymalna kwota na podręcznik wyniesie 250 zł, a na ćwiczenia 25 zł.

Podręczniki za miliony

W 2014 r. planowane jest zatem rozdysponowanie 73 mln zł z budżetu państwa. W kolejnym roku, kiedy reforma podręcznikowa obejmie również klasy II i III, państwo wyda na ten cel 284 mln zł. W 2016 r., w związku z zakupem darmowych podręczników dla kolejnych klas – IV-VI – z budżetu zostanie wyasygnowana kwota 338 mln zł.

Podręczniki, których właścicielem zostaną gminy, będą wymieniane raz na trzy lata. Jeśli jednak zaistnieje konieczność zapewnienia danego kompletu podręczników lub materiałów edukacyjnych innych niż podręcznik dla większej liczby dzieci niż w poprzednim roku, wówczas zakup nowych książek nastąpi wcześniej. Dotacja na kupno ćwiczeń będzie udzielana corocznie dla każdego ucznia z każdej klasy. W praktyce będzie to zatem oznaczać, że pierwszoklasiści rozpoczynający naukę we wrześniu 2015 i 2016 r. będą korzystali z książek zakupionych w 2014 r., jednak każdy z nich otrzyma nowy zestaw ćwiczeń.

Zdecydują nauczyciele

Reforma podręcznikowa nie oznacza, że szkoły będą musiały korzystać z książek narzucanych przez MEN. Zgodnie z nowymi zasadami, jeśli tak zdecydują nauczyciele, szkoła będzie mogła wybrać droższe książki. W takim jednak przypadku zgodę na zakup tych podręczników będzie wydawał organ prowadzący. To on bowiem będzie zobligowany do pokrycia różnicy między ceną takich podręczników, a dotacją celową – albo nawet do pokrycia całkowitego kosztu rynkowego podręcznika.

Nauczyciele obawiają się, że w praktyce może to oznaczać brak wyboru i korzystanie z darmowych książek z resortu edukacji. – Jeśli władze gminy odrzucą nasz wniosek o dofinansowanie podręczników innych niż pochodzące z resortu edukacji, uzasadniając swoją decyzję brakiem środków, będziemy zmuszeni używać książek narzuconych przez MEN – uważa dyrektor jednej z warszawskich podstawówek. Rzeczniczka resortu edukacji uspokaja. – Nikomu nie będą narzucane podręczniki. Zakup tych przeznaczonych dla starszych klas szkoły podstawowej, które w kolejnych latach mają trafić do szkół, MEN będzie wcześniej wspólnie konsultował z rodzicami i nauczycielami – mówi. Odnosząc się do darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów, który trafi w tym roku do wszystkich placówek edukacyjnych, Dębek apeluje, aby „dać mu szansę”. – Będzie on przygotowany przez specjalistów, którzy zadbają o to, aby nie odbiegał ani merytorycznie, ani wizualnie od dotychczasowych książek. Poczekajmy aż się ukaże – być może rodzicom na tyle się spodoba, że nie będą chcieli zastępować go innym – tłumaczy Dębek.

Kontrowersyjny projekt

Planowana przez rząd reforma podręcznikowa zakłada „zapewnienie uczniom objętym obowiązkiem szkolnym dostępu do bezpłatnych podręczników albo innych materiałów edukacyjnych zastępujących podręczniki służących realizacji programów nauczania oraz materiałów ćwiczeniowych”. Od samego początku projekt budzi liczne kontrowersje. Początkowo zapowiadano stworzenie darmowego podręcznika do edukacji wczesnoszkolnej, pozbawionego ćwiczeń i innych materiałów dydaktycznych, umożliwiających aktywne wykorzystywanie zdobytej wiedzy. Po krytyce Związku Nauczycielstwa Polskiego zaniechano jednak pomysłu i zdecydowano się dodać do podręcznika materiały do ćwiczeń. 7 marca prezydent Bronisław Komorowski podpisał nowelizację ustawy o systemie oświaty, która upoważnia ministra edukacji do zlecania opracowania i wydania podręcznika. Z tego samego prawa będzie mógł skorzystać minister kultury, o ile podręcznik będzie dotyczył szkół artystycznych.

wtorek, 25 marzec 2014 20:49

Samorządowcy docenili zieloną energię

Rozmowa z Wojciechem Szymalskim, ekspertem w Instytucie na rzecz Ekorozwoju, kierującym projektem „Dobry klimat dla powiatów”

MATEUSZ WEBER: W jakiej kondycji jest zielona energetyka w Polsce?

WOJCIECH SZYMALSKI: W naszym kraju toczy się nierówna gra między dużymi firmami energetycznymi, także tymi, które zajmują się wyłącznie odnawialnymi źródłami energii (OZE), a odbiorcami energii. Oni również mogliby ją produkować i stać się tzw. prosumentami. Jeśli bowiem pojawia się temat inwestycji w OZE, zazwyczaj jest on związany z dużym kapitałem, będącym w posiadaniu wielkich korporacji, z których część jest spoza Polski. Małych i średnich przedsiębiorstw nie stać obecnie na tego typu inwestycje, nie mówiąc już o inicjatywie obywatelskiej, która jest mocno ograniczona.

Z czego to wynika?

Nakładają się na to dwa aspekty – historyczny i prawny. Największe koncerny energetyczne powstałe w wyniku konsolidacji polskiego sektora energetycznego, zamiast być konkurencyjnymi względem siebie, dążą do dalszej konsolidacji. Co więcej, swoją działalnością starają się maksymalnie ograniczyć konkurencję w branży energetycznej. Ponadto, warunki stawiane podmiotom pragnącym inwestować w odnawialne źródła energii są na tyle wymagające, że bez dużego kapitału nie ma szans na pomyślną realizację projektu.

Jakie są to warunki?

Aby przedsiębiorca mógł zainwestować w odnawialne źródła energii, musi najpierw otrzymać koncesję, spełnić odpowiednie wymagania odnośnie przyłączenia do sieci energetycznej, znaleźć odbiorców swojego prądu, itp. Dla małego przedsiębiorcy podejmującego się niewielkiej inwestycji to zbyt duże obciążenie w stosunku do potencjalnych zysków.

Projekty są jednak realizowane…

Tak, jednak co ciekawe, polskie prawodawstwo – w przeciwieństwie do innych – promuje na równi wszystkie odnawialne źródła energii. W praktyce oznacza to zatem, że nie ma większych dopłat dla technologii produkcji prądu czy ze słońca, czy też z wody lub z wiatraków. Żadna z nich nie jest faworyzowana, brak jest preferencji. Dlatego też głównie inwestuje się w produkty najtańsze. Obecnie należą do nich urządzenia z zakresu energetyki wiatrowej oraz tzw. współspalanie węgla z biomasą, które jednak jest krytykowane jako niezgodne z celem promocji OZE.

Jak zatem na rynku energetycznym odnajdują się samorządy?

Są odrębną kategorią, dysponującą specyficznymi narzędziami. Realizowane przez nie inwestycje dotyczą częściej oszczędzania energii niż jej odnawialnych źródeł. Często związane są z modernizacją własnych budynków i przebudowaniem ich w sposób zakładający maksymalną oszczędność. Nie oznacza to jednak, że temat OZE nie istnieje. Wręcz przeciwnie, można wskazać kilka samorządów, które zdobyły pieniądze z zewnętrznych funduszy na energetyczne projekty. Wśród nich warto wymienić farmy ogniw fotowoltaicznych lub kolektory słoneczne do ogrzewania wody. Te ostatnie nierzadko kupują zwykli mieszkańcy, a samorządy wspierają ich finansowo w realizowanych inwestycjach.

Jednym z miast, które od dawna wiodą prym wśród samorządów lokalnych, jest Bielsko-Biała. Miasto to nie tylko ma spore osiągnięcia w sferze odnawialnych źródeł energii, ale zdobywa też europejskie nagrody za sprawnie prowadzone programy w zakresie oszczędzania energii. Pod koniec zeszłego roku otrzymało np. Europejską Nagrodę Sektora Publicznego – EPSA 2013 za projekt „Bielsko-Biała chroni klimat”. Rywalizowało o nią 230 projektów z 26 krajów i instytucji europejskich. Jednym z powodów, dla których miasto funkcjonuje tak dobrze, jest członkostwo w Porozumieniu Burmistrzów – europejskim ruchu, skupiającym władze lokalne i regionalne, które dobrowolnie zobowiązują się do podniesienia efektywności energetycznej oraz zwiększenia wykorzystania odnawialnych źródeł energii na swoim terenie. To właśnie Bielsko-Biała było pierwszym miastem, które w 2009 r. przystąpiło do organizacji.

A co z mniejszymi gminami?

W ostatnim czasie duży projekt związany z montażem kolektorów słonecznych przeprowadził powiat suski. Na terenie dziewięciu gmin zamontowano przeszło cztery tysiące kolektorów, których celem jest podgrzewanie wody. To rekordowa liczba kolektorów w Polsce. Pieniądze pochodziły częściowo z wpłat własnych mieszkańców gmin, z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz ze szwajcarsko-polskiego programu współpracy. Dzięki temu projektowi w rankingu energetyki odnawialnej Związku Powiatów Polskich powiat suski przesunął się na pierwsze miejsce.Ponadto, w ciągu jednego roku udało się władzom powiatu dokonać termomodernizacji dziesięciu swoich obiektów. Wszystkie pieniądze pochodziły z funduszy zewnętrznych, tak więc projekt powstał bez naruszenia własnego budżetu.

Czy może pan wskazać dobre praktyki odnośnie działalności energetycznej samorządów?

Wspomniana już Bielsko-Biała od 1997 r. prowadzi na terenie swojej gminy monitoring rynku energii. Objęto nim trzy nośniki – gaz, ciepło i elektryczność. Najbardziej widoczny efekt to organizacja systemu ciepłowniczego miasta w taki sposób, by z jednej strony zapewnić bezpieczne zaopatrzenie odbiorców miasta w ciepło, a równocześnie zoptymalizować moc zainstalowaną istniejących źródeł ciepła.

Innym przykładem może być gmina Kobylnica, w której w 2010 r. rozpoczęto montaż instalacji solarnych, zasilających domostwa w energię potrzebną do przygotowania ciepłej wody. 90 proc. budżetu przeznaczono na indywidualne instalacje, dlatego zadbano o dużą świadomość mieszkańców, przez prowadzenie spotkań informacyjnych i konsultacyjnych.

Warto też wspomnieć o Kisielicach w województwie warmińsko-mazurskim, które są przykładem rozwoju w kierunku samowystarczalności energetycznej. Gmina uzyskuje przychody z podatków od przedsiębiorców energetycznych posiadających instalacje na jej terenie, a także umożliwia swoim mieszkańcom wykorzystanie lokalnego ciepła sieciowego z elektrowni na biomasę, aby nie musieli kupować paliw importowanych spoza gminy.

Sporą aktywność energetyczną wykazuje też Dzierżoniowo. To niewielkie miasto w 1996 r. przystąpiło do Stowarzyszenia Gmin Polska Sieć „Energie–Cités” i tym samym wzięło udział w projektach oszczędzania i efektywnego wykorzystania nośników energii. W Dzierżoniowie zmodernizowano oświetlenie uliczne, miejski system ciepłowniczy, wprowadzono monitoring zużycia energii i poboru mocy w obiektach gminy. W konsekwencji opracowano Miejski Program Energetyczny na lata 2010-2014, w którym postawiono sobie za cel obniżenie do roku 2014 zużycia energii w budynkach komunalnych o 10 %, w stosunku do 2008 r.

Ciekawy wydaje się też projekt Euronet 50/50…

Przedsięwzięcie to przywędrowało do nas z zachodniej granicy. Celem jest promocja oszczędzania energii poprzez wdrożenie odpowiedniej metodologii do szkół. Projekt zakłada, że uczniowie wraz z kadrą szkolną przygotowują projekt oszczędzania energii w szkole, który następnie zostanie wdrożony w życie. 50% kwoty zaoszczędzonej dzięki zastosowaniu projektu ma zostać wypłacone szkole, a drugie 50% będzie stanowiło oszczędności dla władz lokalnych, które płacą rachunki. System ten doskonale funkcjonuje chociażby w Niemczech – stosowany jest w 90 proc. szkół w Hamburgu czy w Berlinie. W rezultacie każdy wygrywa: szkoła zyskuje dodatkowe pieniądze, organ prowadzący ponosi niższe koszty energii, a efektywne energetycznie szkoły przyczyniają się do osiągnięcia lokalnych celów energetycznych i klimatycznych. Do realizacji tego typu przedsięwzięcia można przystąpić w każdej chwili – Euronet 50/50 oferuje gotowe narzędzia, np. umowy pomiędzy szkołą, a samorządem, pomysły na oszczędności.

Jak mobilizować samorządy do dalszych działań?

Nie trzeba ich mobilizować – same są bardzo chętne. Problem jednak, jak już wcześniej wspomniałem, leży po stronie ustawodawstwa. Brakuje dobrych przepisów regulujących kwestie odnawialnych źródeł energii, które miałyby zastosowanie nie tyle w odniesieniu do wielkich przedsiębiorstw, ile do tych średnich i małych, a także osób fizycznych. Ważne też, aby prawo nie zmieniało się przez kilka lat, tylko trwało w tej samej postaci przez co najmniej dekadę. Bo co z tego, że powstał np. system zielonych certyfikatów, wspierający produkcję energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, skoro już po kilku latach istnienia okazał się nie do końca sprawny i obecnie jest już zmieniany?

Porozmawiajmy o funduszach unijnych na zieloną energię, bo tych cały czas przybywa…

Najważniejsze, że unijna kwota, którą Polska będzie mogła wykorzystać w latach 2014-2020 w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko wynosi 27,5 mld euro. Ponadto będą także dostępne Regionalne Programy Operacyjne, w których do wykorzystania jest ok. 1,5 mld euro na ekologiczną energetykę w każdym województwie. Nie mam wątpliwości, że samorządy są dobrze przygotowane do ubiegania się o fundusze. W ogóle nie martwię się natomiast o te, należące do Porozumienia między burmistrzami. Choć jest ich jak na razie tylko trzydzieści pięć, czyli 1 proc. wszystkich jednostek samorządu terytorialnego w Polsce, inicjatywa ta cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Gminy, które już należą do Porozumienia, przed przystąpieniem musiały przygotować plan działania na najbliższe lata, w którym znajdują się konkretne projekty, także i te, które z powodzeniem będą finansowane ze środków unijnych.

Eksperci Instytutu dla Ekorozwoju odwiedzili w ostatnim czasie 90 powiatów w Polsce. Organizowaliśmy lokalne debaty na temat zmian klimatycznych oraz prowadziliśmy badania odnośnie zainteresowania Polaków zieloną energetyką. Praktycznie w każdym miejscu spotkaliśmy się z dużym zainteresowaniem odnośnie m.in. energii słonecznej. W ponad połowie powiatów pojawiły się konkretne pomysły na temat umieszczenia, zarówno na budynkach prywatnych jak i publicznych, energetyki słonecznej. Wspominano również o instalacjach, takich jak wiatraki przydomowe czy biogazownie. Wiele z tych pomysłów to bardzo konkretne projekty, więc nie mam wątpliwości, że nie będzie problemów ze spożytkowaniem przeznaczonych na to środków.

Jedyną przeszkodą, która może początkowo wstrzymywać niektórych przedsiębiorców – lub przede wszystkim zwykłych mieszkańców – jest sposób finansowania inwestycji. Nie będzie to bowiem, jak dotąd, bezzwrotna pomoc, tylko tanie kredyty z preferencyjnym oprocentowaniem. Tym niemniej, w efekcie będzie można zrealizować więcej projektów za te same środki. Pożyczone pieniądze zostaną bowiem zwrócone i dzięki temu powiększy się ilość projektów, które będzie można zrealizować.

Czy wiadomo, jak będzie można pozyskiwać pieniądze?

Nie otrzymaliśmy jeszcze dokumentów końcowych, dlatego kwestia starania się o fundusze jest w dalszym ciągu nieznana. Na podstawie dotychczasowej praktyki możemy jedynie przypuszczać, że część środków będzie dystrybuowana za pośrednictwem Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, a część za pośrednictwem banków – dla odbiorców indywidualnych.

Jak widzi pan przyszłość zielonej energii w Polsce?

Wzrasta świadomość i zainteresowanie tematyką odnawialnych źródeł energii. Ludzie chcą inwestować w projekty i wychodzić naprzeciw propozycjom szukania alternatyw dla dotychczasowych sposobów otrzymywania energii. Dopóki jednak polityka państwa będzie utrudniać, a nie ułatwiać takie zadania, dopóty inicjatywa i inwestycje będą wykorzystywane w niewystarczający sposób.

środa, 26 luty 2014 19:57

ŚMIECIOWA REWOLUCJA DO POPRAWKI

Gospodarka odpadami w Polsce przypomina zarządzanie stajnią Augiasza. Zmienić to miała, obowiązująca od lipca ubiegłego roku, nowa ustawa śmieciowa. Wysypiska nadal jednak pękają w szwach. Zróbcie z tym porządek – poucza Bruksela, grożąc ogromnymi karami.

 

Do niebieskich pojemników wrzucamy stare gazety, papierowe torebki i tekturowe pudełka. Do żółtych – plastikowe butelki, zakrętki, reklamówki. Do czerwonych – puszki po napojach, drobny złom i kapsle. Kolorowe szkło powinno lądować w zielonych kontenerach, bezbarwne – w białych. Tego swoich urwisów uczą państwo Boscy z popularnego serialu „Rodzinka.pl”. Lekcja segregacji idzie jednak na marne. Bo oto dzieciaki widzą, jak przed ich dom podjeżdża śmieciarka. Wyskakują z niej pracownicy zakładu komunalnego i wszystkie te starannie posortowane odpady pakują, jak leci, do jednej komory.

Telewizyjna fikcja? Niestety, smutna polska rzeczywistość. Z danych opublikowanych przez Eurostat wynika, że na wysypiska trafia w naszym kraju aż 73 proc. odpadów komunalnych, a do spalarni – zaledwie 1 proc. W Unii jest to odpowiednio 38 i 22 proc. Recyklingowi poddajemy zaś 18 proc. odpadów. Średnia dla UE wynosi 25 proc. Na kompost przeznaczamy tylko 8 proc. odpadów.

Tak jest, a jak być powinno? Zgodnie z przyjętymi zobowiązaniami, do 2020 r. mamy składować na wysypiskach do 35 proc. odpadów. Reszta ma być wtórnie wykorzystana, spalona lub kompostowana. W przeciwnym razie spotkają nas wysokie unijne kary.

Wydawało się, że łatwiej będzie spełnić wymogi Brukseli po wejściu w życie 1 lipca ubiegłego roku tzw. ustawy śmieciowej. Tyle, że jej wdrożenie pozostawia wiele do życzenia. Złe przygotowanie samorządów do zmiany, dumpingowe ceny w przetargach, instalacje na papierze – to tylko niektóre problemy nowego systemu gospodarki odpadami.

 

Jest źle, ale było gorzej

Czy ustawa śmieciowa nadaje się do… kosza? Bynajmniej. Przed jej wprowadzeniem było znacznie gorzej niż teraz. Jedna piąta Polaków w ogóle nie płaciła za produkowane przez siebie śmieci. Właściciele domków jednorodzinnych pozbywali się worków z odpadami na poboczach dróg. Podmiejskie lasy i łąki przypominały wysypiska. W niektórych gminach umowę na wywóz odpadów podpisywało 10 proc. gospodarstw domowych – reszta lądowała w ustronnych miejscach. Nic nie pomagało odwoływanie się do poczucia odpowiedzialności społecznej i ludzkich sumień.

– Dane z samorządów dotyczące wdrożenia ustawy dopiero spływają – informuje Paweł Mikusek, rzecznik prasowy Ministerstwa Środowiska. – Ocenę jej realizacji wyda dopiero co powołany zespół przedstawicieli samorządów, spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych oraz przedsiębiorców pod kierownictwem prof. Andrzeja Kraszewskiego. Owocem pracy tego gremium będą też rekomendacje zmian w rzeczonej ustawie, a także kodeks dobrych praktyk.

Według Mikuska, pomimo wszystkich zastrzeżeń, ustawa śmieciowa to krok w dobrą stronę. Powstała konstrukcja prawna obarczająca odpowiedzialnością za śmieci samorządy i odbiorców indywidualnych. Zbudowano ją na prostym założeniu: stała opłata w gminie sprawi, że mieszkańcom nie będzie opłacało się oszukiwać i niszczyć środowiska.

– Tyle teorii. Praktyka jest taka, że nielegalne wysypiska, które wraz z rewolucją śmieciową miały zniknąć z polskiego krajobrazu, nadal straszą – ubolewa Jarosław Kasprzyk, edukator ekologiczny z Klubu Gaja.

 

Kiełbasa wyborcza od wójta

Dlaczego tak się dzieje? Gdy nie wiadomo, o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze – głosi ludowa mądrość. Tak jest również w tej sytuacji. Według szacunków Krajowej Izby Gospodarczej (KIG), statystyczny Kowalski wytwarza ponad 300 kg śmieci rocznie, co w przeliczeniu na trzyosobową rodzinę daje prawie tonę. Koszt zebrania i utylizacji takiej ilości odpadów wynosi co najmniej 450 złotych. Tu niespodzianka. Niektóre firmy zaoferowały tę usługę poniżej 200 zł, a gminy na to chętnie przystały. Z powodu polityki. W tym roku czekają nas wybory samorządowe. Aby nie stracić poparcia mieszkańców, część włodarzy stosuje możliwie najniższe stawki odbioru śmieci. I nie obchodzi ich zupełnie to, co się później z tymi odpadami dzieje. Tymczasem są przedsiębiorstwa, które pozbywają się ich w sposób nielegalny. O recyklingu nawet nie myślą, bo im się to nie opłaca. Jak wyliczyła KIG, największą część wspomnianych 450 zł za tonę śmieci – bo aż 40 proc. – pochłania ich przetwarzanie. 11 proc. to koszty sortowania.

– Przetargi często wygrywały firmy, które oferowały najniższą cenę. Owszem, ich usługi są najtańsze, ale czy spełniają wyśrubowane unijne standardy? Nie mając konkurencji, czują się jak monopolista w regionie, a to bynajmniej nie skłania do troski o jakość – wskazuje dr Wojciech Szymański, specjalista z Instytucji na rzecz Ekorozwoju (InE). – Paradoks polega na tym, że przedsiębiorstwa, które zainwestowały w nowoczesne sortownie i instalacje, z reguły nie były w stanie zaproponować tak korzystnych finansowo warunków współpracy. W rezultacie to nie one zdobyły kontrakty, lecz ich konkurencja – zwykle mniej uczciwa, a przede wszystkim niedysponująca na tyle nowoczesnymi technologiami i know-how, aby móc się zajmować odbiorem i przetwarzaniem odpadów – dodaje.

Podobną opinię podczas eksperckiej debaty, zorganizowanej w grudniu zeszłego roku przez dziennik „Puls Biznesu” i Green Cross Poland, wyraził Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami (PIGO): „Twórcy ustawy wskazali cele proekologiczne, promując firmy inwestujące w nowoczesne instalacje. Tak się nie stało. Gminy za cel wzięły interes ekonomiczny mieszkańców, czyli jak najniższą cenę pozbycia się odpadów, a nie ich zagospodarowania”. „Ułamek gmin poradził sobie z nowym systemem. Znakomita większość nie podołała. Na palcach jednej ręki można policzyć, gdzie w przetargach pojawiły się kryteria jakościowe” – wtórowała mu mecenas Anna Specht-Schampera z kancelarii Schampera Dubis Zając.

Źli są przedsiębiorcy, którzy pomimo wysokiego poziomu profesjonalizmu nie wygrali przetargów. Ale i odbiorcy indywidualni mają powody do niezadowolenia. Chodzi o sposób określania wysokości śmieciowych opłat. Gminy mogą naliczać je od gospodarstwa domowego, liczby mieszkańców, powierzchni i zużycia wody lub stosując sposoby mieszane. Sęk w tym, że – jak zauważa na łamach „Tygodnika Powszechnego” Michał Olszewski – metoda „od gospodarstwa” zrównuje biednych i bogatych, tudzież wielodzietnych i singli. Ta od powierzchni również nie wydaje się szczególnie sprawiedliwa, bo jak znaleźć zależność między metrażem, a produkcją śmieci? Liczba mieszkańców? Skąd wiadomo, że w danym lokalu nie zadeklarowano trzech osób, a w rzeczywistości wynajmuje go z tuzin studentów lub robotników sezonowych? Stawki według zużytej wody? Byłoby to świetne rozwiązanie, gdyby udowodnić, że istnieje związek między zużyciem wody, a ilością produkowanych odpadów.

Kłopotów z rewolucją śmieciową jest dużo więcej. Jeden z ważniejszych sprowadza się do tego, że skupiła naszą uwagę na plastiku, papierze czy szkle. Za mało troszczymy się ciągle o tzw. elektrośmieci, których każdego roku powstaje w Polsce około 200 tys. ton, a zbiera się prawie 3,9 kg na osobę. Tymczasem aż 30-40 proc. zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego pochłania szara strefa. Przy czym 80 proc. wyeksploatowanych urządzeń nadaje się do recyklingu. Większość to tzw. duże AGD: 400 tys. zmywarek, 800 tys. lodówek, ponad milion kuchni i piekarników, 900 tys. pralek. Jak szacują eksperci, z samych tylko właściwie przetworzonych lodówek moglibyśmy wyprodukować 30 tys. aut i 850 wagonów kolejowych.

 

Uczmy się od Szwedów

Polskie problemy nie są niczym wyjątkowym. Jeśli wierzyć badaniom Eurostatu, gorzej z odpadami radzą sobie Rumuni, Bułgarzy, mieszkańcy państw bałtyckich, a także Grecy, Cypryjczycy i Maltańczycy. Ale punktem odniesienia powinna być dla nas raczej Europa Zachodnia, która wprawdzie produkuje więcej odpadów, ale też znacząco więcej ich odzyskuje dzięki recyklingowi (w Niemczech obejmuje on 45 proc. odpadów, w Belgii – 40 proc., w Irlandii – 35 proc.).

Chyba jednak najwięcej możemy nauczyć się od Skandynawów. Na przykład w Sztokholmie śmieci są źródłem 14-16 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną i ciepło. Cała południowa część szwedzkiej stolicy ogrzewana jest odpadami komunalnymi i przemysłowymi, które spalane są w spalarni odpadów w Högdalen. 500 tys. ton odpadów komunalnych i 250 tys. ton odpadów przemysłowych produkuje rocznie 1700 GWh ciepła i 450 GWh energii elektrycznej. Łącznie Szwecja posiada 28 tego rodzaju instalacji, wyposażonych w przystosowaną do rygorystycznych norm środowiskowych technologię oczyszczania spalin i ścieków. Dla porównania: w naszym kraju jest na razie tylko jedna spalarnia śmieci komunalnych – w Warszawie.

Szwedzi słyną też z prawidłowej segregacji śmieci u źródła, czyli przez gospodarstwa domowe, co sprawia, że aż 45 proc. produkowanych odpadów wykorzystywanych jest do recyklingu. Jedynie 4 proc. odpadów zostaje zdeponowanych na wysypiskach.

– Trzeba stworzyć takie uwarunkowania makroekonomiczne, aby się opłacało z odpadów uzyskiwać energię, ciepło czy szkło po recyklingu – postuluje dr Szymański z InE. – Na razie z tym nie jest najlepiej. Wystarczy wspomnieć, że mamy w Polsce tylko jeden zakład przerabiania szkła – w Wyszkowie – a jego moce są ograniczone.

Zdaniem Jarosława Kasprzyka z Gai, powinniśmy przede wszystkim myśleć o tym, jak ograniczać ilość odpadów. Przykładem mogą być lekkie plastikowe torby na zakupy, których supermarkety i inne sklepy w samej tylko Unii Europejskiej wydają 100 miliardów rocznie. Większość tzw. reklamówek jest wykorzystana tylko raz i przez zaledwie około 20 minut. Aż 8 mld toreb na zakupy ląduje w rzekach, jeziorach i morzach lub zaśmieca ulice i pola. W środowisku mogą one przetrwać setki lat. Są zaś szczególnie niebezpieczne dla zwierząt i ptaków morskich.

– Dane dotyczące ich rocznego zużycia w poszczególnych państwach członkowskich znacznie się różnią: od czterech sztuk na mieszkańca w Danii i Finlandii, do 466 toreb na mieszkańca w Portugalii, Słowacji i – niestety – w Polsce. Mamy więc sporo do nadrobienia – uświadamia Kasprzyk.

 

Najważniejsza jest mentalność

Lista patologii, nieprawidłowości i mankamentów jest doprawdy imponująca. I z pewnością minie wiele lat, zanim doszlusujemy do świadomych ekologicznie Niemców czy Skandynawów. Eksperci są jednak zgodni: dobrze, że w ogóle coś w tej dziedzinie drgnęło. Zmieniło się prawo i mentalność społeczeństwa, które zaczęło odpady segregować, a w wielu przypadkach pierwszy raz za nie płacić. Jeśli pracę resortu środowiska nad nowelizacją śmieciowych przepisów pójdą w dobrą stronę, nasza gospodarka odpadami będzie wreszcie spełniać surowe normy UE. A wtedy ominą nas drakońskie unijne kary.

Rozmowa z posłem Piotrem Zgorzelskim, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej

MATEUSZ WEBER: Tak zwana ustawa śmieciowa weszła w życie siedem miesięcy temu, a już przygotowywana jest jej nowelizacja. Czy to znaczy, że nowe prawo nie działa?

Wprowadzenie ustawy można w skali kraju określić raczej pozytywnie. Oczywiście, jak to zwykle bywa w okresie przejściowym, zdarzały się przypadki niedociągnięć. Ponad 140 gmin w Polsce nie zdążyło rozstrzygnąć rozpisanych przetargów – w terminie do 1 lipca, czyli w terminie wprowadzającym ustawę. Jednak na chwilę obecną te kwestie już się powoli normują. Cały czas, oczywiście, trwają prace nad nowelizacją ustawy, będą one zakładały między innymi możliwość prowadzenia zbiórki odpadów bezpośrednio przez gminę. Co jest szczególnie istotne dla gmin, które zainwestowały we własny system zbiórki odpadów jeszcze przed wejściem ustawy, tak jak np. gmina Jednorożec.

Kiedy możemy spodziewać się nowelizacji? Czy nowe prawo uda się uchwalić jeszcze w tej kadencji?

Powołany już został zespół ds. wdrażania ustawy, który ma zidentyfikować mankamenty ustawy śmieciowej i w ciągu pięciu miesięcy przygotować propozycje zmian przepisów. Ja również zachęcam do przesłania swoich uwag – mieszkańców, właścicieli nieruchomości, gminy wdrażające ustawę i przedsiębiorców zajmujących się gospodarką odpadową.

Pierwsze tygodnie funkcjonowania ustawy nie wypadły najlepiej. Telewizje informacyjne na okrągło pokazywały tony śmieci zalegające na chodnikach, a opozycja straszyła wizją Neapolu nad Wisłą…

Ustawa weszła w życie w lipcu 2013 roku. Uważam, że z każdym miesiącem działa coraz lepiej. Zarówno mieszkańcy uczą się segregować odpady, jak również firmy odbierające poznają coraz lepiej teren, na którym przyszło im pracować. Oczywiście, ustawa ma wiele niedociągnięć, ale cały system należy uznać za dobry. Na przykład na terenie powiatu płockiego wszystkie gminy wprowadziły ustawę śmieciową. Część, ogłaszając przetargi samodzielnie, natomiast pozostałe wspólnie podchodząc do zagadnienia poprzez Związek Gmin Regionu Płockiego.

Wspomniał Pan o elemencie przygotowywanej nowelizacji, który umożliwi przeprowadzanie zbiórki odpadów bezpośrednio przez gminę. Tego domagała się część samorządowców, których nieformalnym liderem stał się wójt Lubrzy, Mariusz Kozaczek. W jakim kierunku pójdzie nowelizacja obecnego prawa?

Ustawa w obecnym kształcie nakłada na gminy obowiązek rozpisywania przetargu. I właśnie tu pojawia się problem tych samorządów, które zainwestowały już w swój system zbiórki odpadów, jak Lubrza czy Jednorożec. Dlatego trwają prace nad nowelizacją ustawy, zakładające między innymi umożliwienie samorządom samodzielnej zbiórki odpadów. Mamy nadzieję, że zmiany w ustawie rozwiążą problem.

Skomplikowana sytuacja jest też w miastach. Mieszkańcy dużych osiedli są często w bardzo niewygodnej sytuacji. Ci, którzy chcieliby segregować – a są w mniejszości – i tak nie mogą tego robić. Na ich osiedlach nie ma pojemników do segregacji. Czy taka sytuacja ich nie dyskryminuje?

Jest to problem, o którym niejednokrotnie już słyszałem. Warto pochylić się nad tą kwestią i podjąć starania, aby zająć się nią w kontekście nowelizacji ustawy. Z informacji, jakie uzyskuję z samorządów oraz od firm zajmujących się odbiorem odpadów na terenie powiatu płockiego, wynika, że obowiązki dyrektyw unijnych dotyczące recyklingu składowania odpadów zostaną przez nie spełnione za 2013 rok. O szczegółowe informacje należałoby pytać poszczególne samorządy.

Czy nie uważa Pan, że różnice w opłatach między zbiórką selektywną, a nieselektywną, są obecnie w wielu przypadkach zbyt niskie, by zachęcić mieszkańców do sortowania odpadów?

Rzeczywiście, różnice w opłatach między zbiórką selektywną, a nieselektywną, są w wielu przypadkach zbyt niskie, by zachęcić mieszkańców do sortowania odpadów. Wszyscy wiemy, że tylko zbiórka selektywna pozwoli osiągnąć wymagane unijnymi przepisami poziomy recyklingu. Dlatego warto się zastanowić, czy segregowanie opłaca się tylko z punktu widzenia finansowego. Trzeba też myśleć o środowisku.

Coraz częściej pojawiają się głosy, aby segregacja śmieci była obowiązkowa. Czy jest Pan zwolennikiem takiego rozwiązania?

Tak. Przygotowywany jest nowy projekt, zakładający wprowadzenie obowiązkowej segregacji śmieci dla wszystkich właścicieli nieruchomości. Projekt ma na celu jedynie doprecyzowanie obecnych przepisów i, według tego projektu, brak selektywnej zbiórki oznaczałby nie tyle wyższą opłatę – tak jak obecnie – ale nałożenie wysokiej kary administracyjnej, która mogłaby być nawet kilkukrotnie wyższa niż opłata za odpady posegregowane.

W blokach sortowanie odpadów często jest fikcją, bo – aby udowodnić komuś, że nie wywiązuje się ze swojego obowiązku – trzeba by go złapać za rękę. Jak rozwiązać problem „śmieciowych gapowiczów”?

Może rozwiązaniem byłoby rozstawienie pojemników w taki sposób: osobno kosze na śmieci zmieszane, a nieco dalej do segregacji tak, żeby osobie, która nie segreguje śmieci, nie chciało się iść do pojemników na selektywną zbiórkę i wrzucać do nich śmieci nie posegregowanych. Było by to bardziej transparentne, choć nie wiem, czy takie rozwiązanie mogło by się przyjąć. To zresztą problem całej Polski w związku z wejściem w życie nowej ustawy śmieciowej i, szczerze mówiąc, jedynym wyjściem jest… liczyć na uczciwość wyrzucających śmieci.

Specjaliści z Polskiej Izby Gospodarki Odpadami zwracają uwagę, że twórcy ustawy wskazali cele proekologiczne, promując firmy inwestujące w nowoczesne instalacje. Tak się nie stało. Gminy za cel wzięły interes ekonomiczny mieszkańców, czyli jak najniższą cenę pozbycia się odpadów, a nie ich zagospodarowania. Czy rzeczywiście tak jest? Jeżeli tak, to co zrobić, aby to się zmieniło?

Oczywiście, jak w przypadku większości tak poważnych zmian, także te wprowadzone znowelizowaną ustawą o utrzymaniu czystości, napotykają kłopoty organizacyjne, a także czysto techniczne, jednak trzeba pamiętać, że wprowadzenie tak poważnych zmian to proces ciągły i długotrwały. Myślę, że sytuacja pomału się jednak ustabilizuje. Jak pokazuje przykład innych krajów europejskich, dostosowanie się do podobnych rozwiązań trwało kilka lat – np. w Norwegii, która – wprowadzając podobną ustawę – dysponowała dużo lepszymi rozwiązaniami technologicznymi niż Polska, okres dostosowawczy trwał sześć lat.

W Polsce ciągle około 71 proc. śmieci trafia na wysypiska, reszta jest przetwarzana lub spalana. W Niemczech, Holandii czy Szwecji, na wysypiska idzie ledwie 1 proc. śmieci, a w Szwajcarii – 0 proc. Tak wynika z najnowszych danych Eurostatu. Polska zobowiązała się do 2020 r. składować jedynie 35 proc. w porównaniu do tego co było w 1995 r.?  Co w sytuacji, kiedy nie osiągniemy tego poziomu?

To fakt. Polacy wciąż przetwarzają mało odpadów i większość z nich trafia na wysypiska. Świadomość ekologiczna jednak – i poziom recyklingu – powoli, ale jednak rosną, również przez obowiązujące w Polsce unijne wymogi. Myślę, że polskie samorządy należy wzmocnić przy realizowaniu tak ważnego zadania, jakim jest gospodarka odpadami na naprawdę europejskim poziomie. Obowiązki nałożone znowelizowaną ustawą o utrzymaniu porządku i czystości na gminy są bardzo rozległe, wymagają także specjalistycznej wiedzy. Potrzebne są również zmiany w świadomości. Trzeba jasno powiedzieć, że odbiór odpadów i ich prawidłowe zagospodarowanie niesie za sobą nakłady finansowe. To też ważny aspekt.

środa, 26 luty 2014 19:51

METROPOLIE NAD WISŁĄ

Wkrótce Górny Śląsk może stać się polskim odpowiednikiem amerykańskiego Wschodniego Wybrzeża. W Sejmie leży już przygotowany przez posłów Platformy Obywatelskiej projekt ustawy o powiecie metropolitalnym. Na szybkie uchwalenie ustawy liczą też mieszkańcy innych regionów. Nowe prawo może wejść w życie jeszcze w tej kadencji Sejmu.

Metropolia większości ludzi kojarzy się ze Stanami Zjednoczonymi – wielkimi aglomeracjami jak Boston, Hartford, Nowy Jork, Filadelfia, Baltimore i Waszyngton. Choć polskim miastom daleko jeszcze do amerykańskiego megalopolis, to i nad Wisłą doczekaliśmy się już miejsc, które zasługują na miano metropolii. Co do tego, jak ważna dla polskiego systemu administracyjnego jest ustawa metropolitalna, nie ma wątpliwości Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia. – Taka ustawa jest potrzebna w sposób dramatyczny, żeby ustrojowo zauważone metropolie ufundowały szybszy rozwój Polski. To Polsce potrzebne są metropolie, jako centrum wzrostu PKB – mówił w maju ubiegłego roku Dutkiewicz w trakcie panelu dyskusyjnego „Metropolie centrami wzrostu" na Europejskim Kongresie Gospodarczym.

Projekt już w Sejmie

Sprawy nabrały tempa pod koniec sierpnia ubiegłego roku. Wtedy to do Sejmu trafił projekt ustawy o powiecie metropolitalnym autorstwa posłów Platformy Obywatelskiej. Jednym ze współtwórców ustawy jest poseł z Górnego Śląska, Marek Wójcik. To właśnie z myślą o aglomeracji śląskiej powstał projekt ustawy. – Dziś w polskich aglomeracjach nie ma instytucji odpowiedzialnych za ich rozwój i koordynowanie zadań, przekraczających możliwości poszczególnych miast. Najwyraźniej ten problem widać w aglomeracji górnośląskiej, złożonej z 14 sąsiadujących ze sobą miast na prawach powiatu. Na tym obszarze występuje wiele wspólnych problemów, dotyczących przede wszystkim transportu publicznego, ochrony środowiska, planowania sieci dróg – mówi poseł Wójcik w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA. Jak dodaje, doświadczenia z ostatnich lat pokazują, że do ich rozwiązania współpraca miast – w formie związków komunalnych – jest niewystarczająca.

Dyskusja o metropoliach trwa w Polsce od dwudziestu lat. Poseł Wójcik wierzy, że jeszcze w tej kadencji Sejmu uda się ją uchwalić. – Mamy dość czasu – podkreśla. Projekt zakłada, że to Rada Ministrów w drodze rozporządzenia tworzy, łączy, dzieli i znosi powiaty metropolitalne oraz ustala ich granice. Utworzenie metropolii może się też odbyć na wniosek rady powiatu, gminy czy miasta – ale i tak rząd ma ostatnie słowo. Chodzi o to, aby powiaty metropolitalne nie zaczęły powstawać, jak grzyby po deszczu, w sposób niekontrolowany.

Pomysł szczególnie podoba się samorządowcom z gmin leżących w pobliżu dużych miast. Na wejście w życie ustawy metropolitalnej niecierpliwie czeka wójt podwarszawskiego Izabelina, Witold Malarowski. – Stołeczna metropolia stałaby się kołem zamachowym dla całego regionu. Skorzystałoby na tym całe województwo, wydzielony obszar metropolitalny przestałby sztucznie zawyżać statystyki uboższej części regionu – mówi Malarowski.

Problem nie jest wydumany, bo województwo mazowieckie już kilka lat temu przekroczyło próg 75 proc. unijnego PKB, co oznacza, że w latach 2014-20 może otrzymać znacznie mniejsze fundusze unijne. Kwota jest niebagatelna: chodzi nawet o 1,5 mld zł. Wśród zadań powiatu metropolitalnego, w projekcie ustawy zebrano sprawy ponadlokalne, kluczowe dla rozwoju całych aglomeracji. Projekt posłów Platformy przewiduje między innymi przyjmowanie i wykonywanie strategii rozwoju, uchwalanie studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego, organizację i wykonywanie publicznego transportu zbiorowego, planowanie sieci i zarządzanie drogami krajowymi i wojewódzkimi. Powiaty metropolitalne miałyby też zajmować się sprawami wody, ścieków i odpadów, ochrony środowiska, zaopatrzenia w ciepło, energię i gaz, promocji regionu, czy tworzenia jednostek organizacyjnych o znaczeniu metropolitalnym. Innym zadaniem byłoby opracowywanie programów dotyczących bezpieczeństwa publicznego i zarządzania kryzysowego.

W interesie aglomeracji

Kierownictwo nowej jednostki samorządu tworzyłaby 15-osobowa rada oraz wybierany z jej grona trzyosobowy zarząd, starosta i dwóch wicestarostów. Kadencja rady miałaby trwać cztery lata, a radni byliby wybierani w wyborach bezpośrednich – od 3 do 5 przedstawicieli w każdym okręgu wyborczym. Odwoływanie rady odbywałoby się poprzez referendum. Do zadań rady należałoby powoływanie zarządu i – na wniosek starosty – skarbnika powiatu, stanowienie statutu powiatu, a także podejmowanie decyzji m.in. w sprawach dokumentów i programów w skali powiatu oraz w kwestiach budżetowych, strategicznych, majątkowych, dotyczących nieruchomości, jednostek organizacyjnych i spółek. Rada decydowałaby też np. w sprawach flagi i herbu powiatu.

Przewodniczącym rady byłby starosta organizujący jej pracę zgodnie ze statutem powiatu i prowadzący obrady. Uchwały rady i zarządu zapadałyby zwykłą większością głosów w obecności co najmniej połowy ich składów. Sesje rady musiałyby odbywać się nie rzadziej niż raz na kwartał. Prace zarządu i jednostek organizacyjnych kontrolowałaby komisja rewizyjna. Rada mogłaby też powoływać inne stałe i doraźne komisje. Zarząd, zgodnie z projektem ustawy, miałby zajmować się przygotowywaniem i wdrażaniem uchwał rady, gospodarowaniem mieniem, wykonywaniem budżetu, prowadzeniem gospodarki finansowej czy zatrudnianiem kierowników jednostek budżetowych. Prace zarządu miałyby wspomagać starostwo metropolitalne i jednostki organizacyjne.

Metropolia musi się z czegoś utrzymywać, czyli na przykład opłacać swoich urzędników, a przede wszystkim – realizować swoje ważne zadania dotyczące zagospodarowania przestrzennego, transportu publicznego, planowania sieci dróg i zarządzania nimi. Jak twierdzą autorzy ustawy, metropolie powinny otrzymać w ramach „premii” o 5 proc. większy udział w podatku PIT, a także zwolnienie członków powiatu oraz samego powiatu z tak zwanego „Janosikowego”. Kłopotem są jednak pieniądze. Koszy utworzenia takiej struktury byłyby ogromne. Tylko utworzenie śląskiego powiatu metropolitalnego, złożonego z czternastu miast aglomeracji, jak planowano, kosztowałoby kilkaset milionów złotych.

Problemem, jak zwykle, są pieniądze

W czasach kryzysu większość ministrów finansów pewnie zakwestionowałby taki wydatek. Jednak, jeśli nawet ustawa zostanie przyjęta, to wcale nie oznacza, że czeka nas przysłowiowy wysyp kolejnych metropolii. Zapis może okazać się martwym prawem, bo rząd po prostu nie wyda rozporządzenia powołującego powiat metropolitalny, tłumacząc się na przykład oszczędnościami.

Inna sprawa, że mnożenie się nowych metropolii również może stać się problemem. Ustawodawca praktycznie nie wprowadził ograniczeń, choćby dotyczących liczby mieszkańców, od której można by wnioskować o stworzenie powiatu metropolitalnego. Autorzy projektu uznają, że wystarczającym zabezpieczeniem jest decydująca rola rządu. Ma pozwolić na uniknięcie sytuacji, w której mogłoby dojść do mnożenia się powiatów metropolitalnych. O konieczności uchwalenia ustawy metropolitalnej przekonani są eksperci. Zdaniem profesora Andrzeja K. Piaseckiego, kierownika Katedry Samorządu Terytorialnego i Wspólnot Lokalnych w Instytucie Politologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, polskie prawo samorządowe jest stare i wymaga istotnych zmian. – Powiaty w największym stopniu nie oddają zróżnicowania miast. Tak samo funkcjonuje Poznań i okoliczne małe miasteczka – mówi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA.

Kolejnym problemem jest faktyczne zróżnicowanie regionów. Dobrym przykładem jest Mazowsze, gdzie bogata Warszawa sztucznie kształtuje statystyki regionu. Efekt jest taki, że rejon Ostrołęki, będący jednym z najuboższych w Polsce, leży w najbogatszym województwie. – Metropolia Warszawska mogłaby być wydzielona, jednak bez tworzenia 17. województwa. Wtedy te statystyki byłyby znacznie bliższe rzeczywistości – dodaje prof. Piasecki.

Strona 2 z 5

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY