Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

Prezydencki projekt ustawy o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym został w końcu zarekomendowany przez Radę Ministrów. Następnym krokiem będą prace nad ustawą w sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej– pod warunkiem jednak, że autorzy ustawy uwzględnią rządowe zastrzeżenia.

Najważniejsze z nich dotyczy zmian w ustawie o referendum lokalnym. Obecnie dla jego ważności potrzebny jest udział co najmniej 30 proc. uprawnionych do głosowania. Jeśli natomiast referendum dotyczy odwołania organu JST, który został wybrany w głosowaniu bezpośrednim, to frekwencja musi wynieść 3/5 liczby osób, które głosowały za wybraniem tegoż organu. Kancelaria prezydenta proponuje zniesienie progu frekwencji. Wyjątkiem byłoby jedynie referendum w sprawie samoopodatkowania oraz te dotyczące odwołania organu. Autorzy ustawy wyjaśniają, że „regulacja taka sprawia, iż referenda w sprawach innych niż odwołanie organu są rzadkością, a jeszcze rzadziej są one ważne. Tymczasem referenda powinny być właśnie ukierunkowane na rozstrzyganie bieżących problemów stojących przed jednostką samorządu terytorialnego”. Zdaniem jednak Rady Ministrów taki stan rzeczy mógłby doprowadzić do sytuacji, w której o wyniku referendum decydowałaby „nieznaczna grupa społeczności”.

Co chwila referendum

Ze stanowiskiem rządu zgadza się kierownik biura Zielonogórskiego Związku Gmin Edward Kraszewski. – Zniesienie progu frekwencji mogłoby doprowadzić do sytuacji, w której co chwile dochodziłoby do inicjatyw referendalnych. Bylibyśmy zatem w nieustannym toku referendów – tłumaczy w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA. Jego zdaniem, w istotnych dla społeczności lokalnych sprawach ludzie chcą się wypowiadać i nie ma wówczas problemu z kworum. – Tego brakuje zazwyczaj wówczas, gdy problem dotyczy odwołania organu JST – dodaje samorządowiec.

Podobnego zdania jest wójt gminy Kowiesy Andrzej Józef Luboiński. – Skoro autorzy projektu proponują tak odważne rozwiązania, niech zatem zastosują te same przepisy do wyborów prezydenckich – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA. Zniesienie progu frekwencji może jego zdaniem doprowadzić do sytuacji, w której będzie się szafowało referendami na lewo i prawo.

Władysław Pazdan, wójt Limanowej, podziela obawy samorządowców w sprawie referendum odwoławczego organów gminy. – Referendum jest ogłaszane w sytuacji nadzwyczajnej, nie można zatem nadużywać jego instytucji, gdyż wybory odbywają się co cztery lata. Odwołanie wójta nie jest natomiast sytuacją, aby go „karać w przedbiegach” – tłumaczy. Pazdan podkreśla ponadto, że wybór nowego organu nie oznacza wcale, że będzie on lepszy dla poprzedniego, a jedynie, że może przynieść straty mieszkańcom, również tym inicjującym referendum.

Kontrowersyjne zespoły współpracy

Kolejne zastrzeżenia budzi propozycja tworzenia partnerstw gminno-powiatowych w postaci tzw. zespołów współpracy terytorialnej. Zespoły współpracy oznaczałyby sieciowe zarządzanie sprawami publicznymi przez – terytorialnie i funkcjonalnie powiązane – jednostki samorządu lokalnego. Niektórzy obserwatorzy uważają, że byłaby to alternatywa dla krytykowanej koncepcji powiatu metropolitalnego. O ile powiat metropolitalny stanowić miałby kolejną jednostkę samorządu terytorialnego, o tyle zespół współpracy został pomyślany jako struktura dobrowolnego partnerstwa samorządowego.

Zdaniem Rady Ministrów, zespół jest w konstrukcji zbliżony do związków Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych – zinstytucjonalizowanych form partnerstwa, tworzonych w celu realizacji perspektywy finansowej 2014-2020. Miasta, wraz z otaczającymi je gminami, jak również władzami województw wspólnie ustalą cele do osiągnięcia. Mają również wskazywać zamierzenia inwestycyjne, które będą finansowane z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego i Europejskiego Funduszu Społecznego.

Opinię rządu podziela Edward Kraszewski. Jego zdaniem nie ma sensu powoływać do życia sztucznego tworu i nadawać mu formalnych ram współpracy samorządowej. – Moje doświadczenie jest pełne przykładów, kiedy samorządy dochodzą do porozumienia w ważnych dla nich sprawach i nie potrzebują do tego żadnych mechanizmów. Nie można ich prowadzić za rękę – uważa.

Podobne stanowisko zajmuje Władysław Pazdan, który uważa tworzenie zespołów za bezzasadne. – Jest tyle możliwości zrzeszenia się samorządów, nie potrzebne są kolejne przepisy. – dodaje z kolei Andrzej Józef Luboiński i wspomina przy okazji współpracę z Olgierdem Dziekońskim, sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta, odpowiadającym za prezydencką ustawę samorządową. – Moja gmina współpracowała z panem Dziekońskim przy ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. Niczego nie udało się osiągnąć, dlatego wątpię, aby i tym razem sprawa zakończyła się sukcesem – twierdzi.

Za referendum niech płacą inicjatorzy

Rada Ministrów uważa ponadto za ryzykowną propozycję autorów ustawy, aby przeprowadzić referendum w sprawie samoopodatkowania w sytuacji, jeśli organowi wykonawczemu nie starczy środków na realizację rozstrzygnięć referendalnych. Ministrowie są przekonani, że doprowadziłoby to do instrumentalnego wykorzystywania gminy przez wspomniany organ wykonawczy w celu ograniczenia inicjatyw referendalnych.

Sceptycznie nastawiony do pomysłu jest również Edward Kraszewski. Uważa, że proponowany przez Kancelarię Prezydenta pomysł miałby rację bytu w przypadku gmin wiejskich albo niewielkich miejskich – tam można dotrzeć niemal do każdego mieszkańca. – Natomiast w sytuacji gmin wielkomiejskich taki pomysł nie ma racji bytu. Im większe miasto, tym droższa inwestycja – wyjaśnia kierownik biura Zielonogórskiego Związku Gmin. Zdaniem wójta Limanowej, referendum w sprawie samoopodatkowania byłoby o tyle zasadne, gdyby zapłacili potem inicjatorzy referendum.

Prezydencki projekt ustawy o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym na rzecz rozwoju lokalnego i regionalnego budzi wiele obaw. Niektórzy samorządowcy uważają nawet, że jest ona niepotrzebna, bo i tak niczego nie zmieni. – Jedynym faktycznym rezultatem będzie ten, że polskie ustawodawstwo powiększy się o kolejną ustawę – uważa Andrzej Józef Luboiński.

Władysław Pazdan popiera ustawę, jednak ma wobec niej kilka zastrzeżeń. – Omawiany projekt jest ważną propozycją zacieśnienia dialogu społecznego i wymiany doświadczeń wewnątrz samorządu terytorialnego. To również jeszcze większe uprawnienia dla mieszkańców w dziedzinie bieżącego oddziaływania na zmieniającą się rzeczywistość społeczno-gospodarczą w Polsce – mówi.

Czy uda się uchwalić ustawę jeszcze za obecnej kadencji rządu? Wszystko jest w rękach sejmowej komisji oraz autorów przepisów, którzy – aby wprowadzić dokument w życie – będą musieli dostosować się do rządowych zastrzeżeń. Na razie jednak rozpoczął się okres wakacyjny, dlatego realne działania mogą się rozpocząć dopiero we wrześniu.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:14

SAMORZĄDOWIEC Z PASJĄ

Polscy samorządowcy to nie tylko specjaliści i działacze lokalni, ale też ludzie z pasją, oddający się jej niemal w każdym wolnym momencie. Wśród nich są tacy, którym udaje się pasję łączyć z życiem zawodowym. Powstaje wówczas pozytywna wybuchowa mieszanka, wpływająca bezpośrednio na rozwój gminy.

Jedną z tych osób, którym udało się połączyć przyjemne z pożytecznym, jest Jerzy Laskowski – wójt gminy Purda w województwie warmińsko-mazurskim. Od lat pasjonuje się historią Warmii, a swoją pasję przekłada na pracę w gminie. W 2006 roku udało mu się wraz ze współpracownikami odrestaurować około kilometrowy odcinek dawnego traktu królewskiego z Warszawy do Lidzbarka Warmińskiego.

Historyk z zamiłowania

– Trakt Biskupi w Bałdach, bo tak nazywa się ten odcinek, to miejsce, w którym upamiętniono biskupów warmińskich zarządzających diecezją warmińską od początku jej istnienia do dnia dzisiejszego – opowiada wójt. Tłumaczy, że w poboczach starej lipowej alei ustawiono tablice z biogramami biskupów, głazy pamiątkowe i plansze z mapami historycznymi Warmii oraz krótką historią regionu. – Według dawnych przekazów historycznych, to w tym miejscu witano nowo mianowanych biskupów, którzy przejeżdżali tędy w drodze do Lidzbarka Warmińskiego, aby objąć biskupstwo – objaśnia. Wjazd na Trakt Biskupi otwierają Wrota Warmii, symbolizujące granicę między Mazurami a Warmią.

Opowiadając o powstawaniu fragmentu Traktu Biskupiego, Jerzy Laskowski wspomniał o fundatorach głazów pamiątkowych. – Wśród nich są znane osobistości jak Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego Bruno Platter, czy kierownik Kliniki Reumatologii i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku prof. Jerzy Sierakowski – wymienia wójt.Głaz poświęcony biskupowi Teodorowi Potockiemu, XVIII–wiecznemu biskupowi warmińskiemu ufundowała natomiast pani Urszula Bełza, przewodniczka turystyczna. Środki na pokrycie pomnika zdobyła… z jubileuszówki, którą bez zastanowienia przeznaczyła dla biskupa w hołdzie za dziedzictwo barokowe, jakie duchowny pozostawił na Warmii. O biskupie Potockim gmina Purda pamięta co roku, w pierwszą sobotę lipca. Wtedy odbywa się tam Warmiński Kiermas Tradycji, Dialogu, Zabawy. Kulminacyjnym punktem jest inscenizacja uroczystego wjazdu na Warmię biskupa w wykonaniu aktorów Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie.

Skąd u wójta Laskowskiego to zamiłowanie do historii? – Kiedy sprowadziłem się na Warmię trzydzieści lat temu, moja wiedza o tej krainie była niewielka. Chcąc poznać miejsce, w którym mieszkam, zacząłem czytać, rozmawiać z ludźmi i jeździć po okolicy – wspomina. Niemal od razu Warmiacy, których pozostało już w Warmii niewielu, przyjęli go jak swego. – Zapraszano mnie na wesela i przyjęcia rodzinne. Obecnie, zarówno w gminie, jak i w całym regionie, żyje niewielu autochtonów. Większość to ludność napływowa, dlatego wójt w ogóle nie czuje się jak obcy. – Najważniejszym dla mnie jest, aby gmina rozwijała się i odnosiła coraz więcej sukcesów lokalnych i krajowych – kwituje.

Lekkoatletka z horyzontami

Burmistrzem Nysy jest Jolanta Barska. W młodości uprawiała wyczynowo lekkoatletykę. W 1984 roku zdobyła halowe wicemistrzostwo Polski juniorów w biegu na 300 metrów. Rok później została młodzieżową mistrzynią Polski w biegu na 400 metrów oraz mistrzynią Polski seniorek w sztafecie 4 x 400 m. Młodzieżowe mistrzostwo Polski powtórzyła w 1986 roku, a rok i dwa lata później mistrzostwo kraju w sztafecie 4 × 400 m. Zdobyła również brązowy medal na 400 metrów podczas halowych mistrzostw Polski w 1987 roku. Jej życiowy rekord na tym dystansie to 54,51 sekund.

Ale sport to nie jedyna miłość burmistrz Barskiej. Obecnie jej pasją i całym życiem jest praca, która daje jej niesamowitą satysfakcję. – Jedną z dziedzin, które sprawiają mi przyjemność, jest współpraca z organizacjami pozarządowymi. Aby to robić, muszę na bieżąco wiedzieć, jakie są możliwości pozyskiwania dla nich funduszy – tłumaczy. I dodaje, że w tym celu niedawno ukończyła trzyletnie studia polsko-francuskie w Warszawie – bo też język francuski to jej kolejna pasja, jeszcze z czasów szkoły średniej.

Dziś doskonała znajomość języka Moliera i Balzaka ułatwia jej współpracę z zagranicznymi samorządowcami. – Po francusku porozumiewam się nawet z Niemcami – przyznaje Barska. We Francji spędziła trzy miesiące na stażu z administracji publicznej. Sentyment do kraju nad Loarą został jej na całe życie. – Dzień bez przeczytania francuskiej wiadomości jest dniem straconym – wyznaje. Dzięki znajomości języka może w oryginale studiować dokumenty Rady Europy, co zaczęło sprawiać jej niesamowitą przyjemność. W rezultacie pani burmistrz podejmuje szereg europejskich inicjatyw, zmierzających ku rozwijaniu i poprawianiu funkcjonowania i warunków życia w gminie.

Dzięki tej otwartości i pasji Jolanta Barska – jako pierwsza w kraju – wprowadziła Europejską Kartę Równości Kobiet i Mężczyzn w Życiu Lokalnym. Dokument opracowała i proklamowała Rada Gmin i Regionów Europy, stowarzyszenie samorządowe działające przy Radzie Europy. Instytucja ta wraz z komitetem regionów UE namawia europejskie samorządy do podpisywania Karty. W 2007 r. Związek Miast Polskich wysłał Jolantę Barską – dzięki jej znajomości francuskiego – na „równościową”  konferencję do Rennes. Po powrocie udało jej się przekonać radę miasta do wprowadzenia Karty. Nie było ani jednego głosu sprzeciwu.

Pszczelarz-filozof

Pasjonatem jeszcze innego gatunku jest Henryk Kiejdo – wójt gminy Rychliki w województwie warmińsko-mazurskim. Od ponad trzydziestu lat prowadzi on tam przedsiębiorstwo pszczelarskie. Pasję związaną z pszczołami przekazał wójtowi jego ojciec, który tradycję produkcji miodu przywiózł z Wileńszczyzny. Dla Henryka Kiejdo pszczelarstwo to sposób na życie, na oderwanie się od spraw życia codziennego. To również filozofia, którą propaguje wśród pracowników swojej gminy.

– W zarządzaniu gminą pomaga mi doświadczenie biznesowe, jakim było prowadzenie gospodarstwa pasiecznego oraz obserwacja „pszczelej korporacji”. W pszczelim roju nie ma prezesa, który organizuje pracę pszczół, a jednak pszczela organizacja funkcjonuje znakomicie, pokonując najróżniejsze trudności i kryzysy.Dzieje się tak dlatego, że istnieje doskonały mechanizm podziału pracy, przydziału uprawnień i odpowiedzialności. Istnieje pełna współpraca – tłumaczy wójt. Dodaje, że podobnie jest z zarządzaniem w gminie: by dobrze funkcjonowała, niezbędni są zaangażowani, wykształceni pracownicy, dobry kontakt z liderami społecznymi, organizacjami, mieszkańcami.

Kiedy rozpoczynał przygodę z pszczelarstwem, polska prasa – również ta specjalistyczna – przeżywała głęboki kryzys. Początkowo prenumerował więc magazyny rosyjskie. Po transformacji systemowej czytał prasę zachodnią, szczególnie niemiecką, śledząc równocześnie to, co działo się w polskim  pszczelarstwie. – Jednymi z ważniejszych słów, które wpłynęły na moją pasję, były te wypowiedziane przez dr Ewę Crane, nieżyjącą już dyrektorkę Międzynarodowego Towarzystwa Badań Pszczelniczych: „jeśli chcesz nauczyć się pszczelarstwa, poznaj język polski” – wspomina wójt i dodaje, że pszczoły to coś dużo więcej niż tylko miód. – To również środowisko, dziedzictwo narodowe, jak również filozofia życia, z której człowiek może czerpać garściami – wyjaśnia. Jak podkreśla, ludzie mogliby nauczyć się od nich chociażby relacji rodzinnych, które w świecie pszczół cechuje harmonia. – Zwierzęta te z niezwykłym szacunkiem odnoszą się zarówno do swojej matki, jak i do dzieci i całego gniazda – podsumowuje.

czwartek, 24 lipiec 2014 20:07

NAJWAŻNIEJSZA JEST WYOBRAŹNIA

Rozmowa z Anetą Kawiorską, menedżer ds. obsługi klientów z internetowego domu produkcyjnego Netizens, oferującego m.in. interaktywne technologie służące do uatrakcyjnienia imprez masowych

 

MATEUSZ WEBER: Bywalcy imprez masowych mają już dość sztampy. Za sprawą nowych technologii każdy festyn można zamienić w wydarzenie magiczne. Co decyduje o sukcesie przy organizacji imprezy plenerowej?

 

ANETA KAWIORSKA: Najważniejszy jest czynnik ludzki. Na początku wszyscy muszą się dobrze poznać. Powinni patrzeć na współpracę nie tyle w kategoriach transakcji, ile relacji. Dopóki samorząd nie przekona się do agencji eventowej, nie nabierze do niej zaufania – ta nie będzie mogła zaprezentować swoich najbardziej niekonwencjonalnych pomysłów na uatrakcyjnienie imprezy masowej. Powód jest oczywisty: klient nie podejmie ryzyka związanego z wypróbowaniem nowatorskich, oryginalnych rozwiązań, jeśli nie ma pewności, że usługodawca doskonale rozumie jego oczekiwania i potrzeby. A bez świeżych, nieszablonowych działań, nie uda się zaskoczyć i zadziwić uczestników wydarzenia.

Chodzi przede wszystkim o wywołanie u ludzi efektu „WOW”. To coś, czego nie można łatwo zmierzyć, opisać, ale można to poczuć. Coś co sprawia, że goście eventu będą chcieli o tym jeszcze długo opowiadać innym. A dziennikarze zamiast planowanej krótkiej informacji zamieszczą w gazecie dwustronicowy reportaż ze zgromadzenia okraszony ciekawymi fotografiami. I kto wie, może lokalnym eventem zainteresują się także ogólnopolskie media.

 

Firma organizująca eventy realizuje scenariusz organizatora imprezy, czy forsuje własne pomysły na udane i godne zapamiętania wydarzenie?

 

Motoryzacyjny magnat Henry Ford powiedział kiedyś przewrotnie: „Gdybym na początku swojej kariery jako przedsiębiorcy zapytał klientów, czego chcą, wszyscy byliby zgodni: chcemy szybszych koni.”. Więc po poznaniu pomysłów, planów, celów imprezy staramy się zaproponować klientom rozwiązania idące krok dalej, nadać konceptom taką formę, aby marketingowy efekt eventu przeszedł ich oczekiwania. Z wykorzystaniem technologii, którymi aktualnie dysponujemy, oraz pomysłów naszych Kreatywnych jest to możliwe.

Jak nowe technologie mogą pomóc włodarzom w organizacji spotkania, nadaniu mu odpowiedniego rozgłosu i rangi, a także w zapewnieniu uczestnikom bezpieczeństwa i niezapomnianych wrażeń?

Bardzo użytecznym rozwiązaniem są opaski z wbudowanym chipem, na którym można zapisać najważniejsze dane uczestnika. Rozwiązanie to usprawnia rejestrację gości, ich poruszanie się po atrakcjach imprezy, może zostać powiązane z social media oraz pozwala organizatorom na zbieranie wszelkich istotnych dla nich statystyk.

Z kolei technologią pomagającą wywołać wspomniany efekt WOW jest między innymi augmented reality, czyli rozszerzona rzeczywistość, która łączy obrazy realnego świata z elementami wirtualnymi, wygenerowanymi komputerowo.

Brzmi jak opowieść science-fiction. Jak to działa?

Standardowe wystąpienia, wspomagane prezentacjami w PowerPoint zazwyczaj nie są w stanie zainteresować zebranych. Jeśli jednak prelegent używa rozszerzonej rzeczywistości, odbiór jego słów jest zupełnie inny i na długo zapada w pamięć uczestników.

Wyobraźmy sobie, że występujący na scenie wójt, burmistrz lub marszałek województwa klaszcze i w tym samym momencie na telebimie wyświetla się hasło przewodnie imprezy, na przykład „Bądźmy razem”. Albo rozkłada ręce – i oto na ogromnym ekranie między jego dłońmi pojawia się motto kampanii wyborczej. Innym przykładem mogą być atrakcje dla dzieciaków. Za pomocą kontrolerów grają w multimedialną grę, która wyświetla się jako mapping na budynku.

Coś takiego możemy sobie wyobrazić na imprezie w milionowej aglomeracji. Ale im dalej od dużych ośrodków, tym większy konserwatyzm. Urzędnicy z kilkutysięcznej gminy rozszerzoną rzeczywistość czy opaski z chipami uznają pewnie za zbędne wodotryski.

Niekoniecznie. Otwartość na nowe technologie czy logistyczne nowinki nie zależy od wielkości ośrodka. Samorządowcy z małych miejscowości mogą być równie dobrze wyedukowani cyfrowo, jak prezydenci miast, czy marszałkowie województwa. Przykładem jest jeden z naszych klientów – Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Jaworznie. Ta śląska spółka komunalna zamówiła u nas aplikację, dzięki której można śledzić, gdzie i jak daleko płynie zawartość ich samochodów. Dzięki temu nieco zabawnemu rozwiązaniu miasto pokazuje, że dba o spływ ścieków, a w konsekwencji – o środowisko naturalne. MPWiK nazwał aplikację „Gdzie jest moja kupa?”, co świadczy o dużym poczuciu humoru i luzie jego zarządu. Natomiast w efekcie, na konferencji prasowej, podczas której samorząd zaprezentował program, poza lokalnymi mediami pojawiły się również te ogólnopolskie.

Technologie to dobra rzecz. Niestety, słono kosztują. A samorządy, zwłaszcza teraz, w kryzysie, chcą pokazać mieszkańcom, że dbają o publiczny grosz.

Elementy interaktywne, multimedialne mogą uatrakcyjniać całą imprezę. Ale mogą też pojawiać się tylko w kluczowych momentach wydarzenia, na przykład w finale. Oczywiście, w przypadku skromniejszej opcji cena usługi jest dużo niższa.

Na spotkaniu z organizatorem imprezy ustalamy zakres usługi, a później nasz zespół kreatywny urządza burze mózgów i pracuje nad tym, jak te wszystkie pomysły i zobowiązania zrealizować w ramach dostępnego budżetu. Motorem kreatywności jest też ambicja, by przygotować coś unikalnego, oraz totalnie nieszablonowego. Lubimy powtarzać, że pieniądze są ważne, ale wyobraźnia ważniejsza.

czwartek, 24 lipiec 2014 19:45

FESTYN NA SZÓSTKĘ Z PLUSEM

Po pierwsze: bezpieczeństwo. Po drugie, atrakcyjny program z koncertem gwiazdy rocka. Po trzecie – wyluzowani samorządowcy, którzy umieją szaleć razem z mieszkańcami. Oto recepta na wzorcową imprezę lokalną.

Studenci Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza od kilku lat zapraszają chętnych na Morasko (peryferyjna część Poznania) na tłumne pieczenie kiełbasy. Tegoroczna impreza wyrwała się jednak spod kontroli – przyjechało około ośmiu tysięcy osób, chociaż żacy zgłosili w urzędzie miasta tylko 600 uczestników. Wracający z Wielkiego Grillowania pobili i wyrzucili z tramwaju bezdomnego, zdemolowali kilka wagonów, a tłum stratował na przystanku kobietę. Rano znaleziono zmasakrowane ciało z odciętą głową – 22-latka, który brał udział w zgromadzeniu.

Beztroska zabawa, przynajmniej dla niektórych, zamieniła się piekło. Duch wspólnoty i biesiady uleciał, a zostały tylko paragrafy. „A przecież można zupełnie inaczej” – jak mawiał nieodżałowany Tadeusz Fijewski w filmie „Wiosna, panie sierżancie”. Spokojnie, radośnie i z klasą.

Sieradz tętni

Udowodnili to m.in. mieszkańcy Sieradza i turyści odwiedzający to miasto, którzy wzięli udział w Open Hair – festiwalu ku czci Antoine’a Cierplikowskiego, pochodzącego stamtąd światowej klasy mistrza nożyczek (zapisał się w historii, gdy w 1909 r. po raz pierwszy ściął na krótko włosy popularnej aktorki francuskiej Evy Lavalliére). Program imprezy był nader bogaty, a spokoju uczestników nikt nie zakłócał. Mogli przebierać w koncertach i pokazach, podziwiać miejscowość z wieży widokowej, a także zajrzeć do miejsc związanych ze słynnym fryzjerem i spróbować lokalnej kuchni. Jedną z największych atrakcji okazały się zaś rejsy statkiem po Warcie.

– Za nami piąta edycja imprezy, dzięki której budujemy spójny, konsekwentny przekaz – podkreśla z entuzjazmem Jacek Walczak, prezydent Sieradza. – Przyjeżdża do nas co roku zdecydowanie więcej ludzi. Z cichego, spokojnego, może nieco sennego miasteczka, staliśmy się aktywnym, nowoczesnym, tętniącym życiem miastem.

Majowe grillowanie na Morasku dla Poznania skończyło się wizerunkową klapą, natomiast lipcowy Open Hair sprawia, że Sieradz z każdym rokiem staje się coraz bardziej rozpoznawalnym i ważnym miejscem na mapie Polski. Co z tego wynika? Że samorządowcy doskonale sobie radzą z organizacją imprez masowych, a studenci ani trochę? Takie stwierdzenie byłoby krzywdzące dla akademickiej braci. Wszak można by podać wiele przykładów udanych imprez urządzonych przez żaków. Bez trudu dałoby się również przypomnieć nieudane imprezy gminne czy powiatowe, mogące świadczyć o organizacyjnej nieudolności włodarzy.

Jeśli jakaś sensowna nauka płynie z casusu Moraska i Sieradza, jest ona taka: lekkoduchostwo i postawienie na tzw. „spontan” w większości przypadków są zapowiedzią klęski, z kolei dobre przygotowanie zwykle skazuje organizatora na sukces. – Chyba że pogoda nie dopisze – zastrzega Zdzisław Kałamaga, starosta powiatu ostrowieckiego, wcześniej prezydenta Ostrowca Świętokrzyskiego. – Ale aura to jedyna rzecz, na którą nie mamy wpływu. Cała reszta zależy od nas i o tę resztę właściwie musimy zadbać – kwituje.

Od zatrucia, ognia i chorób strzeż nas

Festiwale muzyczne, pojedyncze koncerty, obchody dni regionu czy miasta, rozgrywki sportowe, jarmarki to wydarzenia z założenia rozrywkowe i beztroskie. Mało kto z uczestników zdaje sobie jednak sprawę, ile pracy poświęca organizator, aby wszyscy wrócili z eventu szczęśliwi i jeszcze przez wiele dni opowiadali rodzinie, sąsiadom, znajomym, jak świetnie się bawili pod chmurką.

– Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik – twierdzi Katarzyna Pawlak, rzecznik Rzeszowa. –  Na naszej głowie są baza noclegowa i gastronomiczna, zaopatrzenie, komunikacja, toalety. A wcześniej trzeba jeszcze oplakatować miasto i wypromować imprezę w mediach – wylicza.

Ale tym, co organizatorom najbardziej spędza sen z oczu, są kwestie bezpieczeństwa. Bo jeden nieszczęśliwy wypadek może zatrzeć wszystkie pozytywne wrażenia i przeżycia. A w mediach ukaże się mnóstwo krytycznych materiałów, które chluby danemu ośrodkowi czy samorządowi z pewnością nie przyniosą.

– Zapewnienie odpowiedniej porcji atrakcji to zaledwie wierzchołek góry lodowej, a najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu – zauważa Katarzyna Pawlak. I formułuje listę zadań do „odhaczenia”. – Należy dogadać się z policją i strażą pożarną, wynająć firmę ochroniarską, wystawić należycie przygotowane służby porządkowe i informacyjne, zadbać o dostateczną liczbę karetek i punktów medycznych, zatroszczyć się o kwestie sanitarne...

– Ponadto trzeba pamiętać o drogach dojazdowych, oznakowaniu terenu i zapewnieniu bezawaryjnej łączności służb porządkowych z organizatorem – uzupełnia Zdzisław Kałamaga.

Organizator imprezy odpowiada za wszystko, co podczas jej trwania może się wydarzyć. Jeśli nie wykupił ubezpieczenia OC, a zostanie stwierdzona jego odpowiedzialność cywilna, nie ma rady –  będzie musiał zaspokoić roszczenia pokrzywdzonych z własnych środków. Nie muszą to być od razu poważne wypadki z dużymi konsekwencjami, często chodzi o błahe z pozoru incydenty. Oto ktoś zaczepił nogą o stopień, przewrócił się i skręcił nogę. Potem dostał zwolnienie lekarskie, poniósł koszty leczenia – a później się okazało, że kończyna nie do końca jest sprawna. Potrzeba pieniędzy na rehabilitację. Skąd je wziąć, jeśli nie od samorządu, czyli sprawcy całego zamieszania?

Jest pomysł, kasa się znajdzie

Kiedy mamy pewność, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by nikomu włos z głowy nie spadł, można spokojnie pomyśleć o najważniejszym, czyli rozrywkowych aspektach imprezy. Dużym wyzwaniem jest zaproszenie artystów, podpisanie umów z ich menedżerami. A potem zbudowanie sceny czy wybór sprawnej ekipy technicznej, która zajmie się nagłośnieniem i oświetleniem podczas występów i koncertów.

– Lwią część kosztów eventu pochłania występ gwiazdy – informuje starosta ostrowiecki. – Taka przyjemność kosztuje od 10 do 50 tysięcy złotych, zależnie od klasy i popularności zespołu, bądź wokalisty.

Z kolei rzecznik Rzeszowa zaznacza, że cena nie może być głównym, a tym bardziej jedynym kryterium wyboru wykonawcy. Kluczem do sukcesu jest wczucie się w potrzeby i wyrobienie artystyczne mieszkańców. Na szczęście – podkreśla – główne imprezy odbywają się niemal w każdej miejscowości cyklicznie od lat, więc nietrudno odgadnąć, jaki gatunek muzyki, piosenkarz czy repertuar najbardziej przypadnie do gustu odbiorcom.

– Postawiliśmy na różnorodność: muzyka klasyczna, ludowa, opera, jazz, mocne uderzenie – ujawnia. –  Disco polo – w ostateczności lub wcale, bo jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, naszą ambicją jest edukowanie mieszkańców, promowanie piękna. Zależy nam, by się wspięli na wyższy poziom jako koneserzy sztuki – podkreśla rzecznik Rzeszowa.

Cykliczność wydarzeń ułatwia też planowanie budżetu i zdobycie dofinansowania. – Na Europejską Stolicę Kultury dostajemy 2 miliony złotych od resortu kultury, milion znajdujemy we własnej kasie, natomiast na Światowy Festiwal Polonijnych Zespołów Folklorystycznych otrzymujemy wsparcie marszałka województwa – wskazuje Katarzyna Pawlak.

Czy również firmy nie mogłyby sypnąć groszem? Wielu włodarzy – choćby starosta ostrowiecki – niechętnie odnosi się do tej możliwości. Zdaniem Zdzisława Kałamagi taka sytuacja może się skończyć podejrzeniami o korupcję. Niejeden dziennikarz szuka dziury w całym, a i opozycja zarzuci organizatorowi imprezy nadmierne zbratanie z biznesem. A wybory samorządowe tuż-tuż. – Dlatego nie korzystamy raczej ze sponsorów – stwierdza Kałamaga. – Za to dzierżawimy miejsca na stoiska dla lokalnych rzemieślników, twórców ludowych czy gastronomików. Wpływy z wynajmu nierzadko pokrywają dużą część wydatków. Te zaś wcale nie muszą przyprawiać obywateli o ból głowy – jeśli tylko całe przedsięwzięcie organizator zaplanuje tak jak trzeba.

Władza też umie się bawić

Samorządowcy zapewniają zgodnie: podejście „zastaw się, a postaw się” już dawno wyszło z mody. Naprawdę może być oszczędnie i skromnie – byle tylko mieć pomysł na zabawę. Przykładem mogą być konkursy dla dzieci z symbolicznymi nagrodami, które są nieznacznym obciążeniem dla budżetu, a wprowadzają wiele radości i śmiechu.

– Rzadko kiedy coś tak rozwesela uczestników, jak wójt czy prezydent biegający razem z miejscową drużyną za piłką – uśmiecha się starosta Kałamaga. – Ludzie chcą wiedzieć, że gospodarz ich miejscowości lub regionu to swój chłop, a nie nudny, odpychający urzędas, sztywny jakby kij połknął – dodaje.

Festyny są więc świetną okazją, żeby władza pokazała swoją ludzką, uśmiechniętą twarz. Doskonale to rozumie m.in. Arkadiusz Klimowicz, burmistrz Darłowa w województwie zachodniopomorskim, który kilka lat temu – podczas Międzynarodowego Zlotu Historycznych Pojazdów Wojskowych – wziął ślub z dziennikarką „Dziennika Bałtyckiego”, Joanną Lichacy. Sprzed darłowskiego ratusza państwa młodych zabrał radziecki opancerzony wóz transportowy BTR-152 z 1961 r. Towarzyszyła im kolumna starych, lecz z pietyzmem odrestaurowanych pojazdów bojowych. W centralnym punkcie zlotu, na scenie – wśród tłumu widzów i żurnalistów i przed obliczem kierownika Urzędu Stanu Cywilnego – nowożeńcy powiedzieli sobie sakramentalne „tak”. Tego dnia Darłowo było na ustach, falach radiowych i wizji prawie całej Polski.

Dużym dystansem do siebie wykazał się również Jerzy Lechnerowski, burmistrz miasta i gminy Kórnik pod Poznaniem, który w 2010 r. uroczyście otwierał pływalnię i halę widowiskowo-sportową. Wskoczył do basenu w garniturze, wprawiając zebranych w dobry humor. – Dobrze, że na co dzień poważni, odpowiedzialni, ubrani w eleganckie garnitury czy garsonki samorządowcy potrafią być na luzie – uważa Zdzisław Kałamaga. – Dawniej wystarczyło, że włodarz rozpoczął, a potem zakończył event oficjalną, drętwą przemową. Dziś ma się bawić ze wszystkimi. To zbliża ludzi do tak zwanych wybrańców narodu, wprowadza lepszą atmosferę i cementuje lokalną społeczność – uzupełnia. Wieść o takich zachowaniach szybko się roznosi po województwie, nieraz nawet po kraju. Tak – bez żadnych nakładów – buduje się tyleż profesjonalną, co przyjazną markę miejscowości, gminy, powiatu, regionu.

Co mogliśmy zrobić lepiej

A co, jeśli pod względem finansowym, logistycznym i marketingowym urządziliśmy imprezę na szóstkę? Czekać na medale, fanfary, laudacje? Bynajmniej. Nie ma przecież takiego wydarzenia, którego nie dałoby się przeprowadzić lepiej. Zawsze zdarzą się jakieś pomyłki, niedociągnięcia, braki. Zawsze można dać z siebie trochę więcej. Wykrzesać więcej energii, kreatywności i sprytu.

– Osiąść na laurach, chlubić się swoim profesjonalizmem, odcinać kupony od wcześniejszych  sukcesów – to najgorsza z możliwych strategii – potwierdza Jacek Walczak, prezydent Sieradza.

Może niedostatecznie nagłośniliśmy festyn, a może któraś ze służb nie stanęła na wysokości zadania? Skąd wzięły się nieprzewidziane sytuacje? No i co sprawiło, że przyszło nieco mniej ludzi niż planowaliśmy? A ten nieprzychylny artykuł w prasie? Te skargi mieszkańców, którym przeszkadzał hałas – nieliczne wprawdzie, lecz jednak? Z błędów należy wyciągnąć wnioski i zadbać, by niedociągnięcia się nie powtarzały. A wtedy – kto wie? – może uda się wreszcie zorganizować samorządowy event na szóstkę z plusem. Taki, którym zachwyci się nie tylko Polska, lecz także kawałek Europy i świata. Poprzeczka zawieszona wysoko, ale próbować warto.

Rozmowa z Adamem Struzikiem, marszałkiem województwa mazowieckiego

MATEUSZ WEBER: Panie marszałku, dużo mówi się o możliwym bankructwie województwa mazowieckiego. Kiedy zgasi pan więc światło i odda klucze do gabinetu komornikowi?

ADAM STRUZIK*: Województwo formalnie zbankrutować nie może. Niemniej konieczność płacenia janosikowego spowodowała bardzo trudną sytuację ekonomiczną naszego województwa. Wydaje mi się jednak, że zaczął się proces zrozumienia problemu – również w wymiarze sądowym. Ostatni wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który wstrzymał egzekucję zaległego janosikowego za grudzień pokazuje, że żyjemy w państwie prawa. Wierzę głęboko, że nie tylko resztę pieniędzy uda się zatrzymać, ale również, że część rat uda się odzyskać. Bardzo by się nam one przydały.

Województwo Mazowieckie od jakiegoś czasu szukało pomocy finansowej, biorąc kredyty bankowe i pożyczkę z ministerstwa finansów, która miała być spłacana do 2039 roku. Czy po wyroku sądu te pieniądze nadal są potrzebne?

Tak, choć jeszcze nie dostaliśmy żadnej pożyczki. Jest nadzieja, że wkrótce zostanie uruchomiona pierwsza z nich, która zostanie udzielona na podstawie specjalnej ustawy. Chodzi o 246 milionów na zapłatę brakującego janosikowego za rok 2014. Co do zaległych rat z roku 2013 nie ma jeszcze rozstrzygnięcia. My będziemy zabiegali o to, żeby przy okazji nowelizacji ustawy o janosikowym rozwiązać również problem tych długów, które nie zostały zawinione przez nas. Jeżeli nam się to uda, pieniądze zostaną przeznaczone na inwestycje, bo to województwo wymaga dużych nakładów. Choćby na drogi, oświatę i ochronę zdrowia – szczególnie, że ostatnie cztery lata to dla nas okres drastycznych cięć.

Stał się pan – z racji pełnionej funkcji – niejako symbolem walki z janosikowym. Czy ma pan w takim razie inny pomysł jak pomóc ubogim samorządom, które bez wsparcia nie są w stanie się utrzymać? Przecież w Polsce jest ich bardzo dużo.

Myślę, że trzeba brać przykład z Unii Europejskiej. W UE dochód jest liczony i pomoc unijna jest skierowana na poziom regionalny. My też tak powinniśmy zrobić – licząc dochód na poziomie niższym, tak zwanych NUTS 3 (fr.Nomenclature des Unites Territoriales Statistique, Klasyfikacja Jednostek Terytorialnych do Celów Statystycznych), czyli subregionalnym. Województwo mazowieckie jest województwem paradoksalnym.  Mamy Warszawę, w której dochody są na poziomie ponad 185 proc. średniej unijnej – i mamy takie obszary, jak subregion radomski czy subregion ostrołęcko-siedlecki, gdzie dochody są na poziomie 50 proc. średniej unijnej. Powinniśmy system wyrównawczy oprzeć na tym niższym poziomie, czyli nie na poziomie województwa, tylko na poziomie NUTS 3, czyli grup powiatów – i odnosić nie do dochodu, bo na przykład dochód z podatku CIT jest bardzo niestabilny i podlega wahaniom koniunktury. Lepszy byłby system odnoszący się do dochodu narodowego na głowę mieszkańca. Wtedy można zbudować taki system wsparcia od bogatszych do biedniejszych.

Czyli pieniądze płynęłyby od najbiedniejszych powiatów do tych uboższych w ramach jednego województwa.

Tak, ale nie tylko. Wtedy Warszawa płaciłaby na powiaty w biedniejszy województwach, ale po części pieniądze trafiałyby też do Siedlec, Radomia czy Ostrołęki. Dodatkowo trzeba wziąć pod uwagę pieniądze unijne, które są dzisiaj transferowane dużo szerszym strumieniem do regionów biedniejszych. Powiem dla porównania: Mazowsze w latach 2014-2020 otrzyma na 5,2 miliona mieszkańców kwotę 2 miliardy 83 miliony euro, natomiast województwo lubelskie, gdzie jest dwa razy mniej mieszkańców: 2 miliardy 200 milionów euro wsparcia unijnego. A lubelskie dodatkowo może korzystać jeszcze z programu operacyjnego Polska Wschodnia. W ten sposób, jeżeli policzymy pomoc unijną plus janosikowe z Mazowsza, to okazuje się, że dochody tych samorządów są już nawet nie dwa razy, ale trzy razy na głowę mieszkańca większe niż dochody na Mazowszu. Trzeba więc znaleźć takie systemy, które odnoszą się do realnych wskaźników zamożności z jednej strony i uwzględniają też tę politykę unijną, która była prowadzona do tej pory.

Skoro Warszawa jest taka bogata, to może więc warto przy okazji 25-lecia przywrócenia w Polsce samorządności, pokusić się o refleksję i zmienić podział administracyjny kraju, wydzielając Warszawę z Mazowsza, tak jak to było przed wojną?

Proponujemy takie wydzielenie – ale nie administracyjne, tylko statystyczne. Nie ma sensu tworzenie nowych kategorii administracyjnych. Nie ma sensu tworzenie województwa stołecznego wewnątrz Mazowieckiego. Natomiast dzisiaj mamy takie możliwości obliczeniowe i statystyczne, aby sterować rozwojem i wspierać – reagując na bieżąco – biedniejsze regiony. Ten model, o którym mówiłem, opierający się na grupach powiatów, jest właśnie takim rozwiązaniem.

Skoro Mazowsze nie będzie już obciążone balastem janosikowego i czeka nas zastrzyk pieniędzy unijnych z nowej perspektywy finansowej, to przyjdzie czas na nowe inwestycje. Na co Mazowsze przeznaczy pieniądze z Regionalnego Programu Operacyjnego?

Mazowsze będzie oczywiście chciało wyznaczyć sobie cele, ale będzie też musiało to zrobić. Jako jedyne województwo mamy obowiązek koncentracji naszych wydatków wokół określonych przez Komisję Europejską celów. Cztery najważniejsze obszary inwestycyjne to, po pierwsze, cała sfera badawczo-rozwojowa i transfer wiedzy ze świata nauki do świata produkcji. Drugi obszar to dalsza budowa społeczeństwa informacyjnego, czyli informatyzacja w sensie technicznym, ale też zwiększanie zakresu usług dostępnych przez internet. Trzeci obszar to budowanie wsparcia dla małych i średnich przedsiębiorstw – oczywiście, te trzy obszary mogą się ze sobą mieszać. Czwarty obszar to budowanie gospodarki niskoemisyjnej, ale też dobrze wykorzystującej zasoby.

Gospodarka niskoemisyjna to ostatnio modne pojęcie. Co jednak kryje się za nim w rzeczywistości?

Brzmi to trochę technokratycznie, ale chodzi o to żeby jak najbardziej efektywnie wykorzystać energię, odzyskiwać surowce wtórne, wytwarzać energię z odnawialnych źródeł. I  to są te obszary twarde. Mamy też trzy obszary główne, finansowane ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego, które można sprowadzić do trzech słów: to jest praca, szczególnie problem bezrobocia wśród ludzi młodych i tych powyżej 50. roku życia. Po drugie, jest to edukacja przez całe życie. To są procesy kształcenia ustawicznego, ale też polityki senioralnej – w Polsce z roku na rok przybywa ludzi starszych. Jest to niezwykle ważne dlatego, aby ci ludzie nie tylko czuli się potrzebni, ale też, aby ich umiejętności i wiedza były efektywnie wykorzystywane. Kolejna istotna kwestia, trudna z punktu widzenia moralnego, to przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu. Dzisiaj w Europie około 20 milionów ludzi żyje w biedzie. Na Mazowszu można przyjąć, że około 20 proc. mieszkańców, czyli 800 tysięcy do miliona osób, żyje w bardzo trudnych warunkach socjalnych. Z tego powodu trzeba tworzyć gospodarkę społeczną tak, aby tych ludzi aktywizować, a nie tylko transferować do nich pieniądze. Praca daje ludziom godność, której tak bardzo potrzebują.

Zbliżają się wybory samorządowe. Czy będzie się pan starać o kolejną kadencję w fotelu marszałka województwa mazowieckiego?

Zdaje się, że nie mam wyjścia, bo jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji. Z jednej strony walczymy z janosikowym, zamykamy dotychczasową perspektywę finansową i otwieramy nową. A więc tak: poddam się ponownie weryfikacji wyborców. Nigdy nie można powiedzieć, że zrobi się coś na pewno, ale tak – będę się starał o jak najlepszy wynik wyborczy.

 

ADAM STRUZIK – od 2001 roku Marszałek Województwa Mazowieckiego, w latach 1993-1997 Marszałek Senatu RP, wieloletni senator, wiceprzewodniczący Rady Naczelnej Polskiego Stronnictwa Ludowego

piątek, 27 czerwiec 2014 00:06

ZBÓJNICKI PODATEK IDZIE POD NÓŻ

Janosikowe niezgodne z konstytucją – ten werdykt Trybunału Konstytucyjnego wstrząsnął samorządową Polską. Dla bogatych jednostek to świetna wiadomość, bo więcej pieniędzy zostanie im w kasie. Biedni natomiast boją się, że nie uda im się dopiąć budżetów. Wszyscy z niecierpliwością czekają na decyzję Warszawy. Bo to politycy będą musieli zdecydować, jak od nowa podzielić pieniądze.

Jaoosikowe to obowiązkowa opłata wyrównawcza, którą – formalnie od 2003, a faktycznie od 2004 roku – ponoszą najbogatsze samorządy na rzecz biedniejszych. Województwa dzielą się z województwami, powiaty z powiatami, gminy z gminami. Pieniądze pochodzą z podatków od przedsiębiorstw (CIT) i osób fizycznych (PIT). Chodzi o to, aby zniwelować różnice między regionami. Tak, by ci, którzy mają na swoim terenie kwitnące przedsiębiorstwa, kopalnie czy uzdrowiska, oddawali część dochodów tym, u których bezrobocie sięga 30-40 proc. i nie są stolicą albo mekką zimowej lub letniej turystyki.

– O sukcesie w dużej mierze decyduje lokalizacja. Przykładem może być nasz region: większość inwestycji na Dolnym Śląsku koncentruje się wokół Wrocławia. Pozostałe samorządy, choćby nie wiem, jak się starały, nigdy nie będą rozwijać się tak dynamicznie, jak stolica województwa. Dlaczego zatem ci, którym łatwiej dochodzić do dobrobytu, nie mieliby części swego bogactwa oddać tym, którym nie z własnej winy idzie gorzej? – zastanawia się w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Stanisław Longawa, wójt gminy Kłodzko.

Solidaryzm – tak, wypaczenia nie

Idea dzielenia się jest słuszna. Ale sposób jej realizacji nie od dziś wzbudza kontrowersje. Niekiedy jednostki bardziej zasobne muszą zaciągać kredyty, by dokonać korekcyjnej wpłaty. Taki los spotkał m.in. najbogatsze w kraju województwo – mazowieckie, które w niektórych z minionych lat musiało gorzej radzącym sobie regionom oddać nawet 80 proc. własnych dochodów i samo szło na żebry do Ministerstwa Finansów.

Niedawno samorząd stanął na skraju bankructwa. W kwietniu tego roku komornik wszedł na jego konta i ściągnął 55 milionów złotych z zaległych 110 milionów Janosikowego – pieniędzy, których władze Urzędu Marszałkowskiego nie zapłaciły w 2013 roku. Aby Mazowsze miało z czego spłacać zobowiązanie w przyszłości, województwo musiało pożyczyć od rządu 400 milionów złotych.

O absurdzie sytuacji stanowi nie tylko to, że bogaty omal nie poszedł z torbami. Na ironię zakrawa również fakt, że choć na początku marca bieżącego roku Trybunał Konstytucyjny (TK) uznał sposób funkcjonowania i egzekwowania janosikowego za niekonstytucyjny, to województwo mazowieckie i tak musi płacić ów swoisty haracz.

– Mimo decyzji Trybunału, resort finansów nam nie odpuszcza. To paradoks, że nadal jesteśmy zmuszeni do płacenia janosikowego według niekonstytucyjnych zasad – skarży się Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego. Ale zaraz uściśla: – Nie myślimy tylko o sobie. Dostrzegamy potrzeby innych. Ze wszech miar popieramy mechanizmy solidarnościowe, pod warunkiem, że są rozsądne i służą wszystkim.

Sędziowie Trybunału orzekli, że niezgodny z ustawą zasadniczą jest przepis, dający ministrowi finansów prawo do wykorzystywania części pieniędzy z janosikowego jako własnej rezerwy. Nie przyzwalają oni na „brak zagwarantowania województwom możliwości zachowania istotnej części dochodów do realizacji zadań własnych”. Dzieje się tak m.in. dlatego, że sposób wyliczania daniny nie uwzględnia silnych zmian w dochodach województw, wynikających z cykli gospodarczych.

– Janosikowe nie stanowiłoby aż tak dużego problemu, gdyby Polska i poszczególne regiony z każdym rokiem rozwijały się coraz lepiej. Sęk w tym, że po okresie dobrej koniunktury, wcześniej czy później zawsze przychodzi zła. A wtedy opłata ta staje się brzemieniem nie do udźwignięcia dla konkretnych jednostek, bo jej wysokość oblicza się na podstawie dochodów sprzed dwóch lat – wskazuje Antoni Szlagor, burmistrz Żywca.

Aby uzdrowić sytuację, warto przyjrzeć się, jakie rozwiązania w dziedzinie wyrównywania szans między regionami funkcjonują w innych krajach. Tak przynajmniej uważa prof. Paweł Swianiewicz, specjalista w zakresie polityki lokalnej i finansów samorządowych oraz doradca społeczny Prezydenta RP. „W Szwajcarii jako podstawę wyliczania subwencji stosuje się średnie z kilku lat, a nie dane dla jednego roku. W Niemczech stosuje się udziały w bieżących, rozliczanych comiesięcznie dochodach, z ewentualnym wyrównaniem – w górę lub w dół – kiedy znane są już dokładne rozliczenia całego roku finansowego. W Danii samorządy mają możliwość posłużenia się własnymi prognozami, z zastrzeżeniem jednak, że po rozliczeniu danego roku następuje wyrównanie wynikające z uwzględnienia faktycznego poziomu bazy podatkowej” – tłumaczył profesor podczas majowej konferencji na Uniwersytecie Warszawskim.

Wędka czy ryba

Polskich płatników oburza jednak nie tylko mechanizm wyliczania janosikowego. Trudno im ze spokojem patrzeć również na to, w jaki sposób beneficjenci wydają ich ciężko zarobione pieniądze. Powinni przeznaczać je na cele społecznie użyteczne – jak drogi, żłobki, przedszkola – a nie na wynagrodzenia urzędników, jak to często się dzieje.

– Opłata korekcyjna ma służyć rozwojowi kraju i zmniejszaniu regionalnych różnic. Tyle teorii. W rzeczywistości stają się często zasiłkiem dla ubogich, którzy przyznane im miliony zwyczajnie przejadają – potwierdza ekonomista Marek Zuber.

Nie dziwi więc złość niektórych majętnych gmin i brak motywacji do dzielenia się owocami swego sukcesu. – Dlaczego mamy płacić tym, którzy nie chcą się rozwijać? Wygląda na to, że nie warto się starać. Janosikowe jest karą dla nas, samorządów dobrze prosperujących, ambitnych, zaradnych – ubolewa Antoni Szlagor. Zaznacza jednak: – Nie każda biedna jednostka zasłużyła na miano marudera. Rząd, tworząc gminy tam, gdzie nie ma zakładów pracy, bogactw naturalnych czy turystyki, skazał je na zależność od innych. Bez wsparcia, czy to z własnej kasy, czy to z budżetów bardziej majętnych samorządów, nie dadzą sobie rady.

Powinniśmy zastanowić się nad tym, jak system podziału dochodu wypracowanego przez bogatsze jednostki działa na motywację uboższych samorządów. Przede wszystkim należy dać biednym wędkę, nie rybę. Stworzyć warunki do zarabiania, a nie grabić najbardziej przedsiębiorczych. Co do tego nie ma wątpliwości prof. Krzysztof Opolski, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego. „Być może zamiast dotacji powinny być długookresowe nieoprocentowane pożyczki, które zachęcą do przeznaczenia tych środków na cele i zadania, które są dla biedniejszego regionu faktycznie najważniejsze. Generowałoby to dużo większe korzyści, a świadomość, że te pieniądze trzeba w jakiś sposób oddać, spowodowałaby lepszy z ekonomicznego punktu widzenia sposób gospodarowania nimi. Być może celniej dobierane byłyby priorytety. Obecnie bogatsze regiony dają środki, nie wiedząc, komu ani na co” – wskazywał Opolski na wspomnianej konferencji zorganizowanej przez UW.

Zaradni tracą, biedniejsi nie zyskują

Czy bogate jednostki są naprawdę bogate, a biedne – faktycznie biedne? Czasem można mieć wątpliwości. Wszak większe dochody takich ośrodków, jak Kraków czy Warszawa, niwelowane są przez większe wydatki, które ponoszą – gminy wiejskie w przeciwieństwie do stolicy nie muszą budować drugiej linii metra. Z drugiej strony, słabiej rozwinięte samorządy są lepiej traktowane niż te, które osiągają sukcesy gospodarcze – mają łatwiejszy start do funduszy unijnych, bo miejscowości położone poza wielkimi miastami dostają więcej i łatwiej. Małe gminy czerpią garściami pieniądze z UE, jednocześnie wykazując mały dochód z podatków.

Z powodu rosnącego janosikowego płatnicy nie mają pieniędzy na realizację zadań własnych i rozwój regionu. Doświadczył tego m.in. powiat legionowski – udział daniny w jego dochodach stanowił tak duży procent, że w 2012 roku samorząd stanął przed koniecznością odrzucenia dotacji z Unii Europejskiej na projekt dotyczący monitorowania wód Zalewu Zegrzyńskiego, ze względu na brak środków na wkład własny.

Nawet Warszawa rozwijałaby się o wiele lepiej, gdyby nie konieczność wspomagania rzekomo gorzej prosperujących miast. To spostrzeżenie dało początek akcji „STOP Janosikowe”, którą w lipcu 2010 roku zainicjował Rafał Szczepański. Ten przedsiębiorca i działacz społeczny z warszawskiej Pragi dobrze przyjrzał się życiu mieszkańców i sytuacji finansowej swojej dzielnicy. Stwierdził, że ludzie żyją niekiedy w warunkach z XIX wieku – bez kanalizacji, prądu, toalet. Gdy w urzędzie miasta spytał, kiedy zaczną się konieczne remonty, usłyszał, że w kasie nie ma pieniędzy, bo jest… janosikowe. To kazało mu napisać projekt ustawy zmieniającej system naliczania opłaty równoważącej. Podpisało się pod nim ponad 155 tys. osób, nie tylko mieszkańców stolicy, ale także Krakowa i Poznania.

Problemem Warszawy i innych dużych miast jest niedoszacowana liczba mieszkańców. Ludzie przyjeżdżają tam pracować, ale podatki odprowadzają w rodzinnych miejscowościach, podczas gdy to wielkie aglomeracje ponoszą rzeczywiste koszty ich zamieszkania.

Płatnicy nie mają powodu do radości, ale i beneficjentom nie zawsze jest do śmiechu, na co zwraca uwagę Jerzy Stępień, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, a w latach 2006-2008 prezes TK. Jak zauważa, uboższe gminy dostają czasem niespodziewanie tak silny strumień dodatkowych wpływów, choćby z przysługujących im odszkodowań z tytułu szkód górniczych, że winduje to je w rejony samorządów najbogatszych. „Na to tylko czeka nasz „Janosik”, nie licząc się zupełnie z tym, że tym gminom właśnie zwrócono to, z czego ich niedawno ograbiono. Jednym słowem to, co miało racjonalnie korygować nierówności, w pewnych sytuacjach tworzy anomalie w innych miejscach, pogłębiając stan nierównowagi całego systemu” – komentuje mecenas na portalu Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej.

Tzw. subwencja równoważąca szkodzi w jeszcze inny sposób – sprawia, że regiony bogatsze i biedniejsze patrzą na siebie krzywym okiem. Pierwsze czują się ofiarą grabieży. Drugie doświadczają upokorzenia, stale słysząc, że są na utrzymaniu bardziej zaradnych – w domyśle: lepszych – gmin, powiatów i województw.

– Państwo samo powinno dopłacać tym, którzy sobie gorzej radzą. A nie zabierać jednemu, by dać drugiemu. To nie służy dobrej atmosferze i współpracy między samorządami – twierdzi Wojciech Lubawski, prezydent Kielc.

Janosikowe to zaledwie początek

Trybunał Konstytucyjny podważył zasady naliczania i rozdzielania Janosikowego, dając parlamentowi osiemnaście miesięcy na wprowadzenie zmian. Zajęła się tym ponoć razem z resortem finansów senacka komisja. Jak podaje Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich, ministerstwo rozważa przesunięcie około 200 mld zł z rezerwy drogowej – miałoby to zrekompensować ewentualne braki dla samorządów, otrzymujących janosikowe.

Więcej szczegółów o postępie prac? W chwili oddania do druku bieżącego wydania Magazynu Samorządowego GMINA ze źródeł oficjalnych nie mogliśmy się niczego dowiedzieć – mimo że Rafał Szczepański zwrócił się do Ministerstwa Finansów o udostępnienie informacji publicznej na ten temat. Resort udzielił mu odpowiedzi odmownej. W specjalnym komunikacie akcji „STOP Janosikowe” czytamy, że jest to „niepokojące i może świadczyć o braku wypracowania konkretnych rozwiązań, które – nawet w roboczej formie – powinny zostać udostępnione wszystkim podmiotom zaangażowanym w sprawę nowelizacji ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego w części regulującej tzw. janosikowe”.

W Sejmie każdy pomysł zmian dotyczących janosikowego jak dotąd upadał. Powód: żaden poseł nie chciał się opowiedzieć za przykręceniem kurka z pieniędzmi dla jego małej ojczyzny, bo to oznaczałoby utratę społecznego poparcia, a tym samym – ryzyko przegranej w kolejnych wyborach.

Przedstawiciele narodu na ogół dobrze rozumieją, że ten, który płaci, często nie ma już z czego. Niemniej wolą kierować się wolą ludu, czyli swojego elektoratu, wyrażaną choćby w różnych ankietach. Przykładem może być ubiegłoroczny sondaż Zespołu Badań Społecznych OBOP w TNS Polska, wedle którego aż 61 proc. Polaków uznaje janosikowe za sprawiedliwe. Przeciwnego zdania jest zaledwie 24 proc. respondentów. Jednocześnie 43 proc. ankietowanych oceniło, że dodatkowe pieniądze są bardziej potrzebne samorządom biednym niż bogatym.

Marszałek Adam Struzik jest jednak optymistą. Jego zdaniem zmiany wymuszone przez Trybunał Konstytucyjny – bynajmniej nie kosmetyczne – będą budować nowy, lepszy sprawiedliwszy porządek w samorządach i kraju. Z nadzieją w przyszłość patrzy również burmistrz Żywca. Podkreśla, że przyszedł dobry moment, by od rozmowy o samym janosikowym przejść do namysłu nad systemem finansowym samorządów i kierunkiem jego zmiany.

– Jako samorządowcy od lat domagamy się zmiany Ustawy o finansach publicznych, ale rząd dotychczas lekceważył nasze postulaty. Wierzę, że teraz się to zmieni – mówi Antoni Szlagor.

Najważniejszą – według włodarza – bolączką jest to, że rząd zleca samorządom coraz więcej zadań, ale nie daje środków na ich realizację. Pieniędzy brakuje na szkoły, przedszkola, zasiłki dla najuboższych i walkę z bezrobociem. Gdyby wsparcie finansowe było odpowiednie do narzucanych mu przedsięwzięć, potrzeby wyrównawcze samorządów byłyby mniejsze.

Ministerstwo Finansów twierdzi, że ma w planach o wiele szerszy zakres zmian niż ten determinowany wyrokiem Trybunału. To dobrze, bo janosikowe potrzebuje totalnego przebudowania. Ale na tym nie może się skończyć. Taktykę łatania dziur w budżecie powinny wreszcie zastąpić zmiany systemowe.

Nie mogą inwestować, bo ich gminy położone są na terenach chronionych. Ale przyroda dla samorządowców nie musi być kulą u nogi. Potrzebna jest tylko subwencja środowiskowa. Państwowe 870 mln złotych może wyrównać szanse JST na rozwój.

Zabiegi Związku Gmin Wiejskich RP, dotyczące wprowadzenia subwencji środowiskowych dla gmin położonych na terenach chronionych, trwają od 2010 r. Nic jednak nie wskazuje, aby zamierzony cel udało się osiągnąć za kadencji obecnego rządu. Tak uważa sekretarz generalny ZGW RP Edward Trojanowski.

Pod koniec września 2012 r. jego organizacja złożyła do Sejmu obywatelski projekt ustawy o zmianie ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego. Choć podpisało się pod nim prawie 300 tysięcy osób, projekt został negatywnie zaopiniowany przez rząd, głównie z powodu braku środków na jego realizację. Zdaniem Edwarda Trojanowskiego, w uzyskaniu funduszy pomogłaby intensywna kampania medialna. Dzięki niej Polacy dowiedzieliby się o problemie i z pewnością projekt zyskałby powszechne poparcie społeczne. – Niestety brak nam środków na stworzenie takiej kampanii, a jedyną instytucją, która mogłaby nam pomóc, jest Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska (NFOS) – wyjaśnia sekretarz generalny ZGW RP w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA.

Zyski złożone na ołtarzu Natury

Projekt odrzucony przez Sejm zakładał zwiększenie dochodów jednostek samorządów terytorialnych oraz wprowadzenie subwencji ekologicznej dla gmin położonych na obszarach objętych unijnym programem Natura 2000, bądź na terenie rezerwatów przyrody i parków narodowych. Na takich gruntach gminy nie mogą inwestować, a ich rozwój jest mocno ograniczony.

Według autorów projektu, subwencja kosztowałaby państwo 870 mln zł rocznie. Założono bowiem, że kwota bazowa wynosiłaby 200 złotych za hektar, jednak po uwzględnieniu typu obszaru chronionego często byłaby o wiele niższa – w przypadku parku krajobrazowego z otuliną, 100 zł za hektar, a w przypadku obszaru specjalnej ochrony ptaków: 160 złotych za hektar. Subwencja środowiskowa zwiększyłaby dochody takich samorządów, jak np. Białowieża, która leży niemal w 90 proc. na obszarze parku narodowego. – Z powodu ograniczonych możliwości inwestycyjnych mamy mniej inwestycji, a co za tym idzie, wyższe bezrobocie i niższe wpływy z podatku dochodowego – tłumaczy Magazynowi Samorządowemu GMINA wójt Albert Litwinowicz. Dodaje, że na domiar złego niższe są również dochody z podatku leśnego.

– Straty, które co roku ponosi nasza gmina oraz wiele innych położonych na terenach chronionych, są olbrzymie – twierdzi w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA dyrektor wydziału gospodarki komunalnej i ochrony środowiska Urzędu Miejskiego w Krynicy-Zdroju, Tomasz Demkowicz. Jego gmina leży na obszarze Natura 2000, co zdaniem dyrektora nie daje żadnych, poza ekologicznymi, korzyści. – Wręcz przeciwnie, nie mamy wpływu z podatku od gruntów, bardzo ciężko jest ponadto pozyskać inwestorów. Najlepszym przykładem jest, zdaniem Tomasza Demkowicza, projekt „Siedem Dolin”, który zakładał stworzenie w Beskidach nowoczesnej sieci kurortów zimowych, które dałyby mnóstwo nowych miejsc pracy. Położenie terenów pod inwestycję na obszarach Natura 2000 zadecydowało jednak o zaniechaniu projektu. – To jeden z licznych przykładów – mówi dyrektor i dodaje, że subwencje środowiskowe rekompensowałyby takie i podobne straty. Jako inny przykład podaje przepis zakazujący regulowania potoków. – Zakaz stabilizacji dna koryta potoków oznacza, że w przypadku obfitych opadów deszczu zalewane są drogi, gospodarstwa, niszczone są mosty. Subwencje z pewnością poprawiłyby naszą sytuację i choć może nie pomogłyby bezpośrednio w odbudowie zniszczonych obiektów, z pewnością przyczyniłyby się do poprawy całościowej sytuacji.

Zofia Bator-Michalska, sekretarz gminy Lutowiska, położonej niemal całościowo na obszarach objętych ochroną, ubolewa, że rozwój jej gminy jest bardzo ograniczony. – Wszelkie inwestycje, rozwój gospodarczy są prawie niemożliwe. Nasza gmina to niemal w całości tereny ekologiczne: Bieszczadzki Park Narodowy, Park Krajobrazowy Doliny Sanu, a w ramach Natury 2000 Międzynarodowy Rezerwat Biosfery „Karpaty Wschodnie” – mówi GMINIE. Sekretarz dodaje, że jedyne możliwe perspektywy rozwoju związane są z ochroną środowiska, jak na przykład zrealizowany niedawno projekt oczyszczalni ścieków. Bator-Michalska podkreśla, że choć zdarzają się w gminie potencjalni inwestorzy, szybko zniechęcają się długotrwałymi procedurami związanymi z uzyskaniem np. zgody budowlanej.

Tadeusz Chołko, wójt gminy Suwałki, uważa, że subwencja środowiskowa byłaby rekompensatą dla gmin położonych na chronionych terenach. Jego gmina leży w obrębie Zielonych Płuc Polski. Choć wpływa to pozytywnie na rozwój turystki, ogranicza rozwój przemysłu. – Bilans zysków i strat jest, niestety, ujemny. Oprócz walorów przyrodniczych i turystycznych gmina nie ma nic w zamian – tłumaczy Magazynowi Samorządowemu GMINA Chołko.

Ile rezerwatu zasługuje na subwencję?

Pomysł ZGW RP wsparło w kwietniu 2013 r. PSL, które zgłosiło do rządu propozycję wprowadzenia subwencji środowiskowej. Projekt jednak nie dość, że został przez polskie władze negatywnie zaopiniowany, to do tego zawierał kilka postanowień, co do których Związek miał zastrzeżenia. Najważniejsze dotyczyło limitu powierzchni dla wprowadzenia subwencji środowiskowej – według PSL-owskiego projektu jedynie gminy posiadające ponad 50 procent terenu objętego obszarami ekologicznymi miałyby otrzymywać subwencje.

Odpowiadając na zarzut ZGW RP, ludowcy tłumaczyli, że nie można rozmieniać się na drobne i trzeba koncentrować się na najwyższych formach ochrony przyrody i gminach, które tracą – z powodu położenia na terenach szczególnie cennych przyrodniczo – najwięcej. Jak podkreślano, zakres subwencji można by w przyszłości rozszerzyć, jednak obecna sytuacja finansowa nie pozostawia zbyt wielu złudzeń.

Pieniędzy na razie brak nawet na wariant PSL-owski. Choć w Sejmie trwa kolejna debata, jej końca nie widać. Pozostaje jedynie nadzieja, że dążąc do osiągnięcia standardów unijnych, polski rząd znajdzie kiedyś środki na rozwiązanie impasu.

Jednostki ochrony

A jak wygląda pomoc dla gmin położonych na chronionych terenach w innych państwach? Jak podkreśla ZGW RP w swoim raporcie, wprowadzane w różnych krajach rozwiązania kompensacyjne generują niewielkie środki i nie mają większego wpływu na budżet gmin. Stanowią jednak ważny symbol polityki państwa, odwołujący się do szczególnego solidaryzmu społecznego w zakresie ochrony przyrodniczo cennych obszarów kraju.

Istniejący w Niemczech system zakłada dotacje na szczeblu federalnym i poszczególnych landów. Są one ukierunkowane na konkretne wydatki związane z ochroną środowiska, takie jak np. ochrona gruntów, wód i zasobów wodnych, czy odprowadzanie ścieków. W różnych landach wielkość i rodzaj dotacji jest zróżnicowana. Obecnie niemieckie władze biorą pod uwagę dwa modele wsparcia dla gmin obciążonych obszarami chronionymi. W landzie Saksonia na przykład, przewiduje się transfery ryczałtowe lub bezwarunkowe dotacje ekologiczne. Obydwa modele wprowadzają tzw. „jednostki ochrony” (CU). W pierwszym modelu ich wartość wyznaczono w przeliczeniu na obszary chronione i na jednego mieszkańca. W drugim zaś wielkość subwencji ekologicznej w skali landu jest sumą rocznych wydatków na utrzymanie dróg, usuwanie z nich nadmiaru śniegu oraz świadczeń na usługi kulturalne.

W Brazylii subwencje ekologiczne wprowadzono już w 1992 r. CU jest używane również tutaj jako wskaźnik ekologiczny, odnoszący się do różnych kategorii ochrony przyrody. W redystrybucji podatku od wartości dodanej (VAT) do gmin, 2,5 proc. tej wartości jest rozdzielane na podstawie wyznaczonych wartości CU w poszczególnych gminach, a kolejne 2,5 proc. jest rozdzielane proporcjonalnie do obszarów ochrony zasobów wody pitnej.

sobota, 24 maj 2014 16:21

WIEJSKI BÓJ O UNIJNE PIENIĄDZE

Z perspektywy wsi najbliższa „sześciolatka” nie wygląda gorzej niż poprzednia. Do 2020 r. na obszary wiejskie z budżetu państwa i Unii Europejskiej ma trafić łącznie 42,4 mld euro. A jednak samorządowcy z całego kraju mają się na co skarżyć.

Najwięcej środków unijnych i krajowych zostanie wykorzystanych na płatności bezpośrednie (aż 23,7 mld euro), które są obecnie kluczowym elementem Wspólnej Polityki Rolnej. Innym źródłem finansowania jest Program Rozwoju Obszarów Wiejskich (PROW). Projekt na lata 2014-2020 trafił w połowie kwietnia do akceptacji Komisji Europejskiej. Zdaniem szefa resortu rolnictwa, Marka Sawickiego, Komisja Europejska może go zatwierdzić w ciągu pięciu miesięcy. Istnieje zatem duże prawdopodobieństwo, że jeszcze w tym roku gminy będą mogły starać się o unijną „kasę”. Mimo to część wójtów uważa, że obszary wiejskie są pod względem unijnych pieniędzy dyskryminowane. Chcą gwarancji, że przynajmniej 30 proc. środków trafi na wieś.

Polska wieś jest dyskryminowana

– Mamy serdecznie dość budowania miast i szesnastu stolic – mówił niedawno w rozmowie z PAP Krzysztof Iwaniuk, wójt Terespola i wiceprezes Związku Gmin Wiejskich. Jego zdaniem nikt nie myśli o obszarach wiejskich. Wójt podaje przykład OZE. – Przecież umożliwienie rozwoju małych przydomowych instalacji, które pozwoliłyby tym biednym ludziom z prowincji – bo w większości są biedni – ograniczyć koszty życia, byłoby z korzyścią dla wszystkich. No, może z wyjątkiem wielkiego biznesu. Okazuje się jednak, że to, co możliwe jest w Czechach, czy w Niemczech, u nas takie nie jest – mówił wójt Iwaniuk.

Mimo, że w nowej perspektywie do wykorzystania będzie więcej środków niż w latach ubiegłych, wiejscy samorządowcy patrzą sceptycznie na możliwość pozyskania unijnych funduszy. Zdaniem Wacława Wielesika, wójta gminy Markusy, położonej w województwie warmińsko-mazurskim, wszystkie znaki wskazują, że w nowym okresie gminy będą miały o wiele gorzej. Jego opinię podziela Dominika Grymajło, która w urzędzie gminy Kosakowo w województwie pomorskim zajmuje się funduszami unijnymi.

Jej zdaniem, mimo że w okresie 2014-2020 Polska całościowo uzyska większe dofinansowanie niż poprzednio, gminom wiejskim będzie o wiele trudniej pozyskać środki unijne, a ich wielkość będzie mniejsza od dotychczasowej. Jak dodaje, kryteria przyznawania środków w wielu sytuacjach nie uwzględniają specyfiki wsi. – Chodzi na przykład o wymogi stawiane wnioskodawcom, których i tak nie będą mogli spełnić: zaawansowana innowacyjność, szeroko zakrojone partnerstwa wielosektorowe oraz efekt skali – wymienia w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA i dodaje, że mało która gmina wiejska może się pochwalić takimi działaniami.

Zdaniem Dominiki Grymajło polska wieś jest dyskryminowana i najwięcej pieniędzy zawsze trafia do obszarów miejskich. Tę opinię podzielają też inni samorządowcy. – Mniejsza gęstość zaludnienia i infrastruktura sprawiają, że nie możemy konkurować z miastami, a przy ocenie efektywności jesteśmy skazani na porażkę, gdyż często brana jest pod uwagę liczba osób zamieszkujących dany obszar – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA Krzysztof Barwieniec, zastępca wójta w gminie Lubrza w województwie lubuskim.

Wystarczy się przyłożyć

Innego zdania jest wójt gminy Czorsztyn Tadeusz Wach, który uważa określenie, iż polska wieś czuje się dyskryminowana za przejaskrawione. – Gminy, które przykładają się do pozyskiwania środków unijnych nie mają problemu z ich otrzymaniem. Gmina Czorsztyn pozyskuje ich sporo i nie czujemy się mniej zauważani od miast – podkreśla w rozmowie z GMINĄ.

Zjawiska dyskryminacji polskiej wsi nie dostrzega również Leszek Grombala, wójt gminy Kolbudy położonej w województwie Pomorskim. Podkreśla jednocześnie, że jego gmina jest nietypowa – graniczy z Gdańskiem i jest współzałożycielem Gdańskiego Obszaru Metropolitarnego, co w przyszłości przyniesie zapewne solidne korzyści. Wójt Grombala uważa, że pieniądze zawsze były, są i będą, niezależnie od źródła finansowania. Trzeba tylko ciężko pracować, aby je zdobyć.

Pomimo różnicy w opiniach, samorządowcy zgadzają się co do jednego: najciężej jest zdobyć środki na budowę i odnowę dróg.  – Infrastruktura drogowa jest naszą największą bolączką – mówi GMINIE wójt gminy Słupsk Barbara Dykier i dodaje, że na tego typu projekty zawsze brakuje środków. Tłumaczy, że jedynym wyjściem z sytuacji są tzw. schetynówki, czyli drogi budowane z funduszy Narodowego Programu Przebudowy Dróg Lokalnych, prowadzonego w okresie, gdy ministrem spraw wewnętrznych był Grzegorz Schetyna. Nie dla wszystkich jednak starcza pieniędzy, więc nie każda gmina może skorzystać z programu. Podobnego zdania jest Andrzej Mazur, wójt gminy Sawin, która zajmuje dziesiąte miejsce w Polsce pod względem wykorzystania środków unijnych. – Gdyby nie brak środków finansowych na drogi powiedziałbym, że naszej gminie wiedzie się umiarkowanie dobrze – kwituje w rozmowie z GMINĄ.

Choć zgodnie z unijnymi przepisami samorządy mogły dotychczas ubiegać się o dotacje na budowę lub modernizację dróg gminnych, w praktyce projekty wiejskie przegrywały z miejskimi. – Jeśli plan budowy drogi nie zakładał dostępu do odpowiedniej wielkości obszarów przemysłowych bądź inwestycyjnych, to nie było szansy na fundusze. Ponadto, dość często warunkiem niezbędnym otrzymania środków była liczba użytkowników takiej drogi, a przecież wiadomo, że na wsi jest ich znacznie mniej niż w miastach – tłumaczy zastępca wójta gminy Lubrza, Krzysztof Barwiniec. Zdaniem samorządowców startujących we wszystkich możliwych konkursach, częstą praktyką było faworyzowanie wniosków miejskich na rzecz wiejskich.

Jak zapewnia minister rolnictwa Marek Sawicki, pieniądze na drogi znajdą się w PROW na lata 2014-2020. W zatwierdzonym przez rząd w połowie kwietnia projekcie zostało dodane, w ramach działania ósmego – „Podstawowe usługi i odnowa miejscowości na obszarach wiejskich” – poddziałanie „Inwestycje związane z tworzeniem, ulepszaniem lub rozbudową wszystkich rodzajów małej infrastruktury”. W ten sposób uwzględniono postulaty gmin wiejskich i Związku Powiatów Polskich w zakresie wsparcia projektów drogowych.

Cień Miejskich Obszarów Funkcjonalnych

Mimo trudności w pozyskiwaniu środków na budowę i remont dróg, istnieją inne obszary, na które udało się gminom zdobyć fundusze. Gmina Sopot zrealizowała wiele projektów, od budowy ścieżek rowerowych, przez remont świetlic, po stworzenie placów zabaw. Sporo działań przeprowadziła gmina Sawin – zdobyła pieniądze na wodociągi, przydomowe oczyszczalnie ścieków czy boiska wielofunkcyjne. – Zawsze można powiedzieć, że pieniędzy mogłoby być więcej. Pamiętajmy jednak, że gdyby nawet było ich więcej, i tak nie każda gmina mogłaby je pozyskać. Warunkiem otrzymania funduszy jest bowiem posiadanie wkładu własnego, a nie każda jednostka taki wkład ma – tłumaczy wójt Andrzej Mazur.

Jednym z tematów budzących obawy samorządowców są Miejskie Obszary Funkcjonalne (MOF) ośrodków wojewódzkich, do których – ich zdaniem – będzie płynąć najwięcej pieniędzy. Jak podkreślają, samotna gmina nie będzie miała szans na przebicie i uzyskanie środków. Jedynym rozwiązaniem wydaje się stworzenie wspólnoty gmin i wspólne ubieganie się o unijne fundusze. Dzięki temu gminy są mocniejsze, tworzą wspólną strategię, a także lepiej oceniają wspólne niebezpieczeństwa i wyzwania. Innym pomysłem jest przyłączenie gminy do MOF-u, jednak w dalszym ciągu brakuje na ten temat wystarczającej wiedzy.

Minister Sawicki polecił Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa przeprowadzenie szerokiej kampanii informacyjnej w zakresie PROW. W każdej gminie będą zorganizowane spotkania potencjalnych beneficjentów: rolników, przedsiębiorców i jednostek samorządu terytorialnego na temat zaplanowanych działań i zasad przyznawania pomocy finansowej. Spotkania te mają rozpocząć się jeszcze w maju.

sobota, 24 maj 2014 16:12

RAJ PO POLSKU

W Michałowie mieszkańcy nie płacą lokalnych podatków, w Żorach za darmo jeżdżą komunikacją miejską, Wodzisław Śląski sponsoruje internet, a burmistrz Rychwału postawił na ekologiczne źródła energii. Gminy prześcigają się w pomysłach, jak uprzyjemnić życie mieszkańcom. Jest się o co bić, bo polskie gminy systematycznie się wyludniają.

Polacy chcą żyć wygodniej. Przenoszą się do większych miast, które zapewniają im wyższy komfort życia. Z trendem muszą sobie radzić włodarze gmin, zwłaszcza tych, które się wyludniają. Dlatego coraz odważniej wychodzą z niestandardowymi propozycjami podnoszącymi jakość życia mieszkańców. Ich zdaniem, to szansa na odwrócenie negatywnych trendów demograficznych i przyspieszenie rozwoju gminy.

Za darmo po mieście

Na darmową komunikację miejską postawiły Żory na Śląsku. Pierwszego maja br. na ulice miasta wyjechało osiem klimatyzowanych autobusów, które obsługują siedem linii. Mają one przerwać błędne koło. W ostatnich latach bowiem liczba pasażerów korzystających z tamtejszej komunikacji miejskiej znacznie spadła. Generowało to kolejne dopłaty z budżetu gminy do komunikacji, rosły ceny biletów, a to jeszcze bardziej zniechęcało pasażerów.

– Komunikacja była za droga – przyznaje w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Anna Ujma, doradca prezydenta ds. polityki promocji i informacji. Miasto ostatnio dopłacało do komunikacji miejskiej 70 proc. kosztów. – Darmowa komunikacja podniesie komfort życia w mieście, zwłaszcza osobom niezamożnym, seniorom, czy młodzieży – dodaje Ujma. Żory stać na pokrycie kosztów darmowej komunikacji miejskiej. Obciążenie finansowe – jak wyliczyli urzędnicy – wzrośnie z 2,4 mln do 3,3 mln zł.

Miejską komunikację promuje też dolnośląski Wałbrzych. Każdego pierwszego dnia miesiąca tamtejsi kierowcy mogą korzystać z darmowej komunikacji miejskiej. Uprawniony do darmowego przejazdu jest każdy, kto wylegitymuje się ważnym dowodem rejestracyjnym.

Gmina bez podatku

Kontrowersyjny – ale okazuje się, że skuteczny – sposób na przyciągnięcie nowych mieszkańców znalazł burmistrz Michałowa koło Białegostoku. Od początku tego roku mieszkańcy nie płacą tam podatków od nieruchomości. – Benjamin Franklin miał powiedzieć, że w życiu pewne są dwie rzeczy: śmierć i podatki. Tej drugiej już w Michałowie nie ma, teraz pracujemy nad tym, jak uniknąć tej pierwszej – śmieje się w rozmowie z GMINĄ burmistrz Marek Nazarko. Zniesienie podatków od nieruchomości, budynków mieszkalnych i gruntów to pierwszy taki przypadek w Polsce.

Rocznie z tego tytułu do budżetu gminy wpłynie 0,5 mln zł mniej. To jednak tylko pozorne uszczuplenie dochodów, bo – jak tłumaczy burmistrz – profitów z tego tytułu jest więcej niż strat. – Więcej osób będzie mieszkać w Michałowie, co przełoży się na udział w podatku dochodowym z budżetu państwa. Więcej dzieci będzie chodzić do szkoły, co z kolei wpłynie na potencjał gminy – tłumaczy burmistrz Nazarko. Miasto stać na takie posunięcie, gdyż sytuacja finansowa gminy jest bardzo dobra. – Więcej pieniędzy zostanie w kieszeniach mieszkańców, a te pieniądze i tak wydadzą na terenie naszej gminy – dodaje burmistrz. Mieszkańcy rocznie zaoszczędzą 400-500 zł. Zdaniem burmistrza „tłuste lata” są najlepszym czasem na podejmowanie decyzji prorozwojowych.

W gminie wytyczono kolejne działki pod budownictwo mieszkaniowe, są też plany zagospodarowania przestrzennego. Efekt? Pojawiły się nowe wnioski o zameldowanie, są też zainteresowani kupnem działek. Mieszkańcy muszą jednak zapłacić zaległe podatki. – Aby być zwolnionym z podatku, nie można zalegać wobec niej z żadnymi opłatami – wyjaśnia Nazarko.

Taniej dzięki dzierżawie

Sposób na oszczędzanie znalazł też burmistrz wielkopolskiego Rychwału. Gmina w powiecie konińskim była w finansowym dołku. Jeszcze w 2011 roku deficyt budżetowy wyniósł 2 mln zł. Ale już tegoroczny plan zakłada nadwyżkę budżetową w wysokości 3 tysięcy złotych. To efekt m.in. szukania oszczędności przez władze gminy. Jednym z pomysłów jest oszczędzanie na… ogrzewaniu. Ale nie znaczy to, że mieszkańcy mają zimno w domach.

Miejska kotłownia została wydzierżawiona prywatnej firmie, która wymieniła na własny koszt piece olejowe na te, które jako źródło energii wykorzystują pelet, czyli biomasę. Przy dużych zespołach szkół na terenie Rychwału roczny koszt ogrzewania wynosił 350 tys. zł. Dzięki zmianie źródła energii zaoszczędzono na energii cieplnej 21 proc. pieniędzy. – W tej chwili będzie to około 70-80 tys. zł. Taka suma pozwala na ogrzanie trzech innych placówek – cieszy się Stefan Dziamara, burmistrz gminy i miasta Rychwał.

Internet socjalny

W Wodzisławiu Śląskim dzięki sieci WiMAX dostęp do internetu rzeczywiście jest powszechny. Dysponuje nim 85 proc. mieszkańców. Nie jest to jednak konkurencja dla komercyjnych dostawców sieci. – Nasz internet ma być internetem socjalnym – mówi Barbara Chrobok, rzecznik prasowy Wodzisławia Śląskiego. Jak tłumaczy, ze względu na to, że jest on wolny, ma służyć głównie sprawdzeniu poczty czy przeglądaniu stron. Na uruchomienie ośmiu hot spotów pozwoliły środki unijne.

Zniknie blisko 500 gmin

Po pierwszej fali niezbędnych inwestycji z funduszy unijnych, gminy coraz częściej rywalizują między sobą… na pomysły podnoszące standard życia. Coraz więcej samorządowców rozumie, że za mieszkańcami idą podatki i tym samym zwiększa się potencjał gminy.

Ci samorządowcy, którzy zawczasu postarają się zatrzymać mieszkańców na swoim terenie, unikną poważnych problemów w przyszłości, bo Polska powoli, ale systematycznie się wyludnia. W ciągu najbliższych dziesięciu lat statystyczny powiat będzie się zmniejszał o ok. 500 osób, a na przestrzeni lat 2024-2026 nawet po 1,5 tys. osób rocznie. Wówczas zaczną wymierać roczniki wyżu powojennego. – To spowoduje, że w ciągu jednego pokolenia statystycznie ubędzie nam blisko pięćset gmin, siedemdziesiąt powiatów i dwa województwa – ostrzega Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich.

Obawy samorządowców potwierdzają eksperci, którzy także w swoich prognozach przewidują znaczny ubytek ludności. – Odwrócenie tego trendu będzie trudne, tym bardziej, że Polska jest wciąż krajem emigracyjnym – mówi prof. Jerzy T. Kowaleski z zakładu demografii Uniwersytetu Łódzkiego. I dodaje, że jego zdaniem, istotny ubytek ludności zacznie się jeszcze w tym dziesięcioleciu. Włodarze rozumieją to bardzo dobrze. Nikt przecież nie chce, aby to właśnie jego gmina zniknęła z administracyjnej mapy kraju.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:44

NIE BĘDZIE DOFINANSOWANIA, NIE BĘDZIE DRÓG

Wstrzymanie Narodowego Programu Budowy Dróg Lokalnych będzie miało katastrofalne skutki dla rozwoju infrastruktury drogowej kraju. W walce o utrzymanie „schetynówek” samorządy zyskały nowego sprzymierzeńca – Najwyższą Izbę Kontroli.

Samorządy lokalne przeliczają pieniądze i przygotowują się do zawierania umów z wykonawcami. Dzięki nowelizacji uchwały o Narodowym Programie Budowy Dróg Lokalnych i przesunięciu środków z wpłat od Lasów Państwowych, zamiast wcześniej zapowiedzianych 250 mln zł, do kas powiatów i gmin trafi 700 mln zł. Zmieniły się także zasady dofinansowania inwestycji, obecnie koszty są dzielone równo po połowie między samorządy i budżet, a nie w stosunku 70 do 30 procent.

– Chcieliśmy przeznaczyć całość kwoty z Lasów Państwowych na remont i budowę dróg lokalnych. Zdecydowaliśmy się jednak tę kwotę podzielić, aby móc sfinansować tegoroczne zwiększenie świadczenia dla całodobowych opiekunów dla osób niepełnosprawnych (około 200 mln zł – przyp. red.) – wyjaśnił podczas konferencji premier Donald Tusk. Na tym drugim rozdaniu rządowym zyskały m.in. województwa małopolskie i lubelskie, gdzie środki wzrosły z kilkunastu do 50 mln zł i więcej. Stratne okazało się natomiast m.in. Pomorze, któremu ostatecznie odebrano 10 mln zł. Jednak obcięcie środków z dofinansowania to nie jest największy problem samorządów. Jeśli spełnią się zapowiedzi rządu, w 2016 r. program w ogóle nie będzie kontynuowany.

Zamiast kultury i szpitali – budujmy drogi?

W Polsce drogi lokalne stanowią prawie 90% wszystkich dróg krajowych, powiaty zarządzają 127 tys. km, a gminy – 237 tys. km. – Potrzeby finansowe w tym zakresie są ogromne – mówi Andrzej Porawski, dyrektor biura Związku Miast Polskich. – Ile potrzeba pieniędzy? 360 mld złotych, to są budżety wszystkich gmin w naszym kraju na najbliższe trzy lata. Można więc nie dawać na szkoły, kulturę, szpitale, a zainwestować w drogi. Ale takiego nienormalnego człowieka nikt nie znajdzie – dodaje.

Z powodu braku funduszy, ale także, jak to wykazała niedawno przeprowadzona kontrola NIK – braku polityki w zakresie kompleksowego rozwiązywania problemów transportowych i komunikacyjnych – drogi lokalne wciąż nie spełniają krajowych i europejskich standardów. Wystarczy choćby przytoczyć statystyki policyjne: aż 75% wypadków drogowych ma miejsce właśnie na drogach lokalnych i jest to jeden z najwyższych współczynników w Europie. Dzięki zrealizowanym w ostatnich latach inwestycjom powstały nie tylko nowe jezdnie, ale i chodniki, ścieżki rowerowe, oświetlenie, oznakowanie, a nawet wymieniane są istniejące kratki ściekowe wraz z „przykanalikami”.

{youtube}VMeEMv-Gv1k{/youtube}  

Wszystkie te inwestycje wprost proporcjonalnie przekładają się nie tylko na zwiększenie atrakcyjności i konkurencyjności danych terenów, ale i bezpieczeństwo. – W takich miejscowościach chętniej osiedlają się mieszkańcy innych miast. Dobry stan dróg to jest także dobra oferta dla inwestorów – przekonuje w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Jan Plutowski, sekretarz gminy Kobylnica. Wtórują mu także inni samorządowcy. – Dotychczasowa realizacja NPBDL znacząco przyczyniła się zarówno do poprawy stanu technicznego dróg lokalnych, jak i bezpieczeństwa ruchu drogowego na sieci dróg gminnych i powiatowych. Dlatego, ze względu na pozytywne efekty programu, krytycznie ocenia się spadek jego dofinansowania z budżetu państwa, tym bardziej, że samorządów nie stać na samodzielne finansowanie remontów i budowy dróg lokalnych. Niepokojącym jest również fakt, że program budowy dróg lokalnych przewidziany jest tylko do 2015 roku – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA Danuta Wesołowska-Wujaszek, zastępca dyrektora Departamentu Infrastruktury i Komunikacji Urzędu Marszałkowskiego województwa lubuskiego. W tym samym tonie utrzymany jest też raport Najwyższej Izby Kontroli – jak piszą jego autorzy, „ze względu na pozytywne efekty programu NIK krytycznie ocenia spadek jego dofinansowania z budżetu państwa, tym bardziej że samorządów nie stać na samodzielne finansowanie remontów i budowy dróg lokalnych”. Izbę niepokoi też, że nie ma programu inwestycji w lokalne drogi po 2015 r.

W ramach pierwszego etapu „schetynówek” udało się zmodernizować i wybudować w sumie 8,2 tys. km dróg. Inwestycje kosztowały 6,1 mld zł, z czego aż 2,7 mld zł pochodziło z budżetu państwa. Zgodnie z założeniami, co roku na wsparcie inwestycji infrastrukturalnych miał być przekazywany miliard złotych.

{youtube}gt2gWdI30ak{/youtube} 

Miał być… W 2012 r. rząd rozpoczął nowy program: Bezpieczeństwo – Dostępność – Rozwój, zmieniając zasady przydzielania dofinansowania. Zamiast podziału „50/50”, samorządy miały pokrywać dwie trzecie kosztów inwestycji drogowych. Jednocześnie zadecydowano o znaczącym ograniczeniu środków przekazywanych na program. W 2012 r. była to już tylko piąta część obiecanego miliarda złotych. Wprawdzie w 2013 r. dofinansowanie wzrosło do 500 mln zł, ale w 2014 r. – gdyby nie „podatek leśny” – znów wynosiłoby zaledwie 250 mln zł. Efekt cięć przełożył się także na kilometry wyremontowanych dróg – w 2012 r. było ich 827 km a więc 2,5 razy mniej niż w latach poprzednich. Wygląda na to, że program, dzięki któremu miano „zwiększyć dostępność komunikacyjną ośrodków lokalnych, stymulując jednocześnie ich wzrost gospodarczy i zwiększając szanse rozwojowe, a tym samym wydatnie przyczyniając się do osiągnięcia głównego celu, jakim jest podniesienie poziomu i jakości życia mieszkańców Polski” – za drugiej kadencji rządu Tuska zwyczajnie jest traktowany jak kula u nogi.

 

„Nie” dla ponownej izolacji

– To, że „leśne” dofinansowanie obowiązuje do 2015 r. wcale nie oznacza, że program się skończy. Są różne scenariusze na wsparcie budowy dróg lokalnych. Ja przypuszczam, że to będą stałe środki, np. pozyskiwane z akcyzy od paliw – uspakaja Porawski. Jednym z rozwiązań jest sięgnięcie po pieniądze z funduszy unijnych. Jednak skorzystać z niego będą mogły tylko te samorządy, które zdecydują się na budowę dróg dojazdowych do autostrad i dróg ekspresowych, a jak doskonale wiadomo – jest to tylko kropla w morzu potrzeb samorządowych.

Inne rozwiązania? Wspomniana już akcyza od paliw, zmiana ustawy o subwencji drogowej, która nie objęła dróg gminnych. Władze samorządowe apelują jednak przede wszystkim o ustalenie jasnych zasad dotyczących dofinansowania, a szczególnie terminu wypłaty kwot oraz ich wysokości.

– Powinno być zapewnione stabilne dofinansowanie ze strony rządowej, tak aby samorządy mogły w sposób właściwy planować inwestycje na sieci swoich dróg w poszczególnych latach realizacji Programu – tłumaczy nam Wesołowska-Wujaszek. Eksperci nie mają bowiem wątpliwości: aktualne zasady finansowania dróg tak naprawdę sprzyjają zadłużaniu się samorządów. Jednostki samorządowe, które zaplanowały sobie długoterminowe remonty dróg lokalnych, z powodu obcięcia środków przypłaciły to zadłużeniem w bankach i widmem bankructwa. Jednocześnie opóźnienia w wypłatach spowodowały, że cześć inwestycji, szczególnie w biedniejszych gminach, musiała zostać odłożona na lata kolejne, gdyż mimo spełnienia wszystkich kwestii formalno-prawnych, wykonawca nie byłby w stanie zrealizować zadania do końca roku.

NIK wytyka błędy

Jednakże, jak wskazuje kontrola NIK przeprowadzona wśród 35 zarządców dróg lokalnych – pieniądze to nie wszystko. Kontrolerzy Izby ujawnili liczne przypadki nierzetelnego nadzoru realizacji inwestycji, zarówno na etapie budowy, jak i odbioru. Zarządcy nie dysponowali odpowiednią dokumentacją. W raporcie opisano przypadki, gdy dokumentacja była tworzona tuż przed zaplanowaną kontrolą, albo przedstawiano puste księgi prac z wypełnioną tylko stroną tytułową. Protokoły odbioru inwestycji były zatwierdzane bez weryfikacji i potwierdzenia ich wykonania zgodnie z warunkami określonymi w umowach. W wielu przypadkach nie można się było także doszukać m.in. wyników badań laboratoryjnych, certyfikatów i świadectw, stanowiących podstawę do prawidłowego odbioru i rozliczenia zadań. Kontrolerzy zwrócili uwagę, że te wieloletnie zaniedbania w niedalekiej przyszłości mogą przyczynić się do wystąpienia uszkodzeń całej konstrukcji poszczególnych odcinków dróg, co w efekcie spowoduje, że będą potrzebne nowe środki finansowe na kosztowne naprawy.

NIK wytknął także zarządcom poważne braki w zakresie prawidłowego oznakowania dróg oraz sporządzania projektów stałych organizacji ruchu. 91 procent zarządców nie miało zatwierdzonych organizacji ruchu na wszystkich zarządzanych przez siebie drogach, a u 100 procent (!) ujawniono przypadki ustawienia znaków drogowych niezgodnie z zatwierdzonymi wytycznymi.

Urzędy Wojewódzkie odpierają zarzuty. – Nadzór nad sprawami formalno-prawnymi z ramienia rządu stanowią wprawdzie właściwe urzędy wojewódzkie, ale nadzór bezpośredni zapewnia właściwy zarząd dróg, dlatego pytanie odnośnie nieprawidłowości powinno być skierowane do tych podmiotów – mówi nam Wesołowska-Wujaszek. Ten jednak nie ustosunkował się jeszcze do raportu NIK.

Sama Izba zaapelowała tymczasem do Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju, by „w możliwie najkrótszym czasie zająć się nowelizacją rozporządzenia w sprawie szczegółowych warunków zarządzania ruchem na drogach publicznych oraz wykonywania nadzoru nad tym zarządzeniem. Aktualnie potrzebne jest wypracowanie nowych standardów oraz procedur planowania budżetów oraz realizacji inwestycji drogowych oraz nadzór nad nimi”.

Jednak, jeżeli rząd nie zajmie się sprawą do końca bieżącego roku kalendarzowego, nie ma co liczyć na jakiekolwiek zmiany. W roku 2015 uwaga wszystkich będzie skupiona na zbliżających się wyborach parlamentarnych.

Strona 1 z 5

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY