Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

sobota, 23 marzec 2013 13:57

DEMONIZOWANY ZWROT MAJĄTKU

Zwrot majątków przedwojennym rodzinom ziemiańskim budzi często sporo emocji. Zwłaszcza kiedy sprawy dotyczą takich obiektów jak Ogród Saski w Warszawie, czy zamek w Dzikowie. W prowadzonych bataliach między spadkobiercami, a państwem często nie chodzi jedynie o sprawy materialne. Dla tych, którzy odzyskali dawny majątek rodzinny, bywa to dopiero początek kłopotów. Z kolei dla gmin – wybawienie, gdyż nie muszą łożyć na utrzymywanie zabytkowych obiektów.

Obory to podwarszawska wieś o niezbyt eleganckiej nazwie w dużo bardziej „rozpoznawalnej” gminie Konstancin-Jeziorna. Mało kto jednak wie, że sam Konstancin powstał z istniejących tam od wieków tzw. majątków oborskich. W XVII w. należały one do wojewody krakowskiego Jana z Wielopola, pod koniec tego samego wieku zostały kupione przez hrabiego Kaspra Potulickiego herbu Grzymała. Jedna z hrabin Potulickich część majątku przekazała w testamencie swojej siostrze – Konstancji, i z niego właśnie powstał Konstancin.

Gąszcz sprzecznych decyzji

Majątek oborski pozostawał własnością Potulickich do 1944 r., kiedy to niemieckie władze odebrały go w wyniku represji za udział trojga członków rodziny w Powstaniu Warszawskim. Jednocześnie we wrześniu 1944 r. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydał dekret o reformie rolnej. Zgodnie z nim na rzecz Skarbu Państwa przechodziły nieruchomości ziemskie, w których znajdowały się użytki rolne o określonych wielkościach. Pierwotni właściciele pozbawiani byli własności, bez jakiegokolwiek odszkodowania. Tak też stało się z majątkiem oborskim, w tym wybudowanym w XVII w. pałacem. W 1947 r. ówczesny prezes Związku Literatów Polskich (ZLP) Jarosław Iwaszkiewicz skierował do ministra kultury prośbę o stworzenie tu miejsca pracy dla literatów. W ten sposób pałac w Oborach został oddany w użytkowanie ZLP i przeznaczony na Dom Pracy Twórczej im. B. Prusa. Po upadku komunizmu majątek nadal pozostał w użytkowaniu ZLP, poprzez Fundację Domu Literatury i Domów Pracy Twórczej.

W 1999 r. działalność Fundacji przestała być dotowana przez ministerstwo kultury i, żeby utrzymać pałac i park, uruchomiła ona w pałacu hotel i restaurację. W tym samym czasie starania o odzyskanie majątku rozpoczęła córka ostatniej właścicielki majątków oborskich – Teresa Potulicka-Łatyńska. Skierowała wniosek do wojewody mazowieckiego o wydanie decyzji stwierdzającej, że 10-hektarowa część pałacowo-parkowa całego majątku oborskiego (według różnych danych rozciągającego się nawet na 900 ha) nie podlegała działaniu dekretu o reformie rolnej. Wojewoda stwierdził jednak inaczej – że ta część również podlegała dekretowi, a jego rozstrzygnięcie podtrzymał minister rolnictwa i rozwoju wsi. Spadkobierczyni skierowała więc skargę do sądu.

W 2003 r. Naczelny Sąd Administracyjny uchylił decyzje ministra oraz wojewody, stwierdzając, że w żaden sposób nie zbadali oni, czy część pałacowo-parkowa stanowiła nieruchomość ziemską służącą wykorzystaniu na cele rolne. Zanim wojewoda wydał nową decyzję, Potulicka-Łatyńska wniosła pozew do Sądu Okręgowego w Warszawie o wydanie nieruchomości. Sąd oddalił jednak jej roszczenie, argumentując to brakiem decyzji administracyjnej, czy część pałacowa-parkowa podlegała dekretowi. Kobieta wniosła apelację, a jej rozpoznanie zostało zawieszone do wydania decyzji administracyjnej. Gdy sprawa ponownie trafiła do wojewody mazowieckiego, ten początkowo ją umorzył, bo – jak stwierdził – nie istnieje przepis, który umożliwiałby rozstrzygnięcie jej w drodze administracyjnej. Ostatecznie jednak, po formalnych komplikacjach oraz zapadłej w międzyczasie uchwale NSA z 2011 r. zezwalającej na wydawanie decyzji w takich sprawach, wojewoda stwierdził w sierpniu 2012 r., że część pałacowo-parkowa nie podlegała przepisom dekretu, bo nie była związana z zarządzaniem gospodarstwem rolnym. Decyzja wojewody została zaskarżona i sprawa ponownie czeka na rozpatrzenie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Zwroty niepożądane i pożądane

Sprawa majątku w Oborach może służyć za symbol tego, jaką drogę muszą pokonywać spadkobiercy dawnych właścicieli próbując odzyskać swoje majątki. A wynik nigdy nie jest pewny. Nie odstrasza to jednak rodzin. Zwłaszcza tych, które stać na czekanie i toczące się latami procedury.

120 hektarów na obrzeżach Poznania zamierzają odzyskać spadkobiercy rodziny Mycielskich, która utraciła majątek na mocy reformy rolnej z 1944 r. Znajdują się na nich między innymi budynki mieszkalne oraz las. Z kolei rodzina Tarnowskich żąda zwrotu utraconych po wojnie nieruchomości w Tarnobrzegu, jest wśród nich jedna z największych atrakcji turystycznych w regionie, czyli zamek dzikowski. Obiekt jest od kilku lat gruntownie remontowany na potrzeby Muzeum Historycznego Miasta Tarnobrzega dzięki środkom samorządowym i unijnym.

Stosunek samorządów wobec roszczeń jest bardzo różny i zależy przede wszystkim od stanu obiektów o które toczy się spór i ich przeznaczenia. – Do całej sprawy podchodzimy bardzo spokojnie. Jako samorząd nie jesteśmy stroną sprawy, ponieważ państwo Tarnowscy domagają się zwrotu ogromnego majątku od Skarbu Państwa i właścicieli prywatnych. Ja, jako prezydent miasta, szanuję prawo byłych właścicieli do zwrotu ich majątku. Roszczenia są jednak wobec Skarbu Państwa, a ja nie mam na to wpływu – dyplomatycznie mówił w jednym z wywiadów prezydent Tarnobrzega, Norbert Mastalerz. – Pragnę jednak zauważyć, że np. na odnowę Zamku Dzikowskiego wydaliśmy z publicznych pieniędzy kwotę 12 mln zł, w tym 6 mln zł pochodziło ze środków UE. Skutkuje to tzw. trwałością projektu, czyli przez najbliższych 5 lat nic w kwestii Zamku się nie zmieni, albo konieczny będzie zwrot całej dotacji. My, jako samorząd, musimy spokojnie czekać na rozwój sytuacji i decyzję wyższych organów – skwitował.

Nie jest tajemnicą, że wspomniane przez niego „publiczne pieniądze” to w lwiej części pieniądze samorządowe i byłoby mu wyjątkowo nie na rękę, gdyby zamek wrócił do Tarnowskich. Zdarzają się jednak przypadki, kiedy zwrot majątków jest z punktu widzenia gmin jak najbardziej korzystny. Maciej Rudziński, wnuk właściciela majątku w Osieku, w powiecie oświęcimskim, odzyskał rodzinny pałac po prawie 20 latach walki w sądach. – Dobrze się stało, że właściciel odzyskał posiadłość. Gminy nie byłoby stać na utrzymanie takiego zabytkowego budynku – cieszył się Jerzy Mieszczak, wójt gminy Osiek.

Domy pradziadów

To, co cieszy gminy, bywa jednak początkiem zmartwienia właścicieli, którzy odzyskali majątek. Sztandarowym przykładem jest tutaj sprawa rodziny Zamoyskich. Po wielu latach walk sądowych Marcin hr. Zamoyski (prezydent Zamościa od 1990 r.) odzyskał hektar Ogrodu Saskiego w Warszawie. W akcie notarialnym wymienione zostały dozwolone formy zabudowy – m.in. cukiernie, pergole czy fontanny. Jednak każdy z tych pomysłów musi zostać wcześniej zatwierdzony przez konserwatora zabytków, który nie pozwala nawet na… wyłożenie alejek kostką.

Jednocześnie właściciel jest zobowiązany do pielęgnowania i sprzątania swojej części ogrodu, co kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Jak przyznają Zamoyscy, warto jednak ponosić te koszty – chociażby dla satysfakcji. W znacznie gorszej sytuacji jest właścicielka zespołu pałacowo-parkowego w Jaszczurowej, w gm. Mucharz. W pałacu przez lata mieścił się dom dziecka. Budynek jednak nie był remontowany i popadł w ruinę. – Dzieci wyprowadziły się w 2003 r., bo nie dało się tam dłużej mieszkać – tłumaczy Maria Teczel-Zgud, właścicielka majątku. Kobieta walczyła o swój majątek 16 lat i chociaż odzyskała go w 2009 r., to wciąż nie udało się go wyremontować. – Szukamy inwestora, który nam pomoże. Na razie parter jest naprawiony i przyjeżdżamy tam na wakacje – mówi.

Jeśli dawni właściciele decydują się na zatrzymanie odzyskanych majątków i udaje im się na nich zarabiać, nie są to z reguły oszałamiające pieniądze. Tarnowscy z Dukli – którym kilka lat temu udało się odzyskać kilka budynków w centrum miejscowości – za dzierżawienie pomieszczeń na przedszkole i bibliotekę dostają od gminy miesięcznie 4 zł za m kw. Z kolei 3,5 zł za m kw. to kwota, którą muszą uiścić lokatorzy kamienic należących do rodziny. Wynika to z faktu, że wycena  poszczególnych budynków jest nieprawdopodobnie niska. Np. wartość ratusza, który rodzinie udało się odzyskać, to 59 tys. zł.

Zazwyczaj jednak dawni właściciele, zachowując majątek, nie nastawiają się na zarabianie. Krasiccy, którym udało się odzyskać zamek w Lesku, zamierzają powołać rodzinną spółkę, która zarządzałaby odzyskanym majątkiem. – Dla dużej i rozsianej po całym świecie rodziny Lesko jest miejscem wyjątkowym. Wreszcie będziemy mogli się spotkać w domu należącym do naszych pradziadów – mówi Ignacy Krasicki junior, współwłaściciel agencji PR Art-Media. Ma to być też miejsce służące lokalnej społeczności. – Tak jak przed wiekami będzie tętnić życiem kulturalnym – zapewnia.

piątek, 22 luty 2013 20:43

INWESTYCJA W BOKS

Dzielnica domków jednorodzinnych na uboczu, zielone płoty, zadbane podwórka i gdzieniegdzie prześwitujące dalej pola. W takiej okolicy mało kto spodziewa się klubu bokserskiego. I pewnie nikt by nie wiedział o jego istnieniu, gdyby nie wielki szyld przed jednym z budynków. „Champion Wołomin” w niczym nie przypomina jednak błyszczących, wymuskanych sieciowych klubów fitness. Kojarzy się raczej z amerykańskimi Boxing Gyms, znanymi z filmów o Rockym Balboa: zapach potu, połatane taśmą worki treningowe, wysłużone rękawice i hełmy upchnięte na regale przy jednej ze ścian.

Mimo spartańskich warunków na sali „Championa” codziennie o 18.00 rozgrzewa się około 30 młodych chłopców w wieku od 12 do 18 lat. Skąd taka popularność? Powód jest prozaiczny: „Champion” to jedna z nielicznych istniejących jeszcze w Polsce sekcji bokserskich, gdzie młodzi ludzie do osiągnięcia pełnoletniości trenują za darmo. – Dla jednego rodzica 10 złotych to majątek, a dla drugiego 100 – to nic. Tyle, że dziecko tego pierwszego właśnie może mieć talent – mówi nam Paweł Babicki, założyciel i trener „Championa Wołomin”. – W ten sposób automatycznie zamyka się droga dla tych, których na trenowanie nie stać – dodaje. Jednak na taki sposób działania klub może sobie pozwolić tylko dzięki pieniądzom z gminy – „Champion” to organizacyjnie część OSIR-u Wołomin.

Oderwać ludzi od DVD i komputera

Jednak tylko nieliczne mniejsze gminy w Polsce decydują się na finansowanie jakichkolwiek zajęć sportowych dla swoich mieszkańców, nie mówiąc już o boksie. Koszt rocznego funkcjonowania jednej sekcji sportowej to około 50 tysięcy złotych. Gminy zaś najczęściej mają pilniejsze wydatki niż zapewnienie ruchu swoim obywatelom. Z drugiej strony prawda jest jednak taka, że młodzi ludzie coraz rzadziej uprawiają sport, a ostatni medal olimpijski – akurat w boksie – Polak (Wojciech Bartnik) zdobył w 1992 roku w Barcelonie.

- Żyjemy w takich czasach, gdzie jest mnóstwo sposobów spędzania wolnego czasu ciekawszych niż ciężki trening. Można pójść do kina, włączyć sobie DVD, czy odpalić grę na komputerze. Nie ma znaczenia, czy ktoś mieszka na wsi, czy w mieście. Na treningu nie dość, że się spocisz, złapiesz zadyszkę, to jeszcze możesz oberwać po mordzie – uważa Babicki. – A oprócz tego młodzi ludzie nie mają gdzie sobie wyrobić kondycji i koordynacji ruchowej.

To jest problem, który zaczyna się w domu – rodzice coraz rzadziej dbają o to, żeby ich dzieci uprawiały jakiś sport. Jak wygląda WF w szkole każdy wie. A nawet jak trafi się nauczyciel, który wymaga i uczy – to zaraz są skargi, że dzieci są spocone, że zmęczone itd. W efekcie dzieciaki, które jednak trafiają do mnie czasami są tak zaniedbane „ruchowo”, że musimy spędzić z nimi nawet parę lat, żeby wyrobić podstawową koordynację oraz kondycję i móc zacząć naukę techniki – wylicza trener.

Bez amatorów nie ma zawodowców

Wówczas bywa już jednak za późno. Młodzi ludzie wkraczający w dorosłe życie nie są w stanie pogodzić pracy, treningów i wyjazdów na zawody. – Z boksu raczej nie da się żyć. Nawet zawodowi pięściarze w Polsce zarabiają bardzo źle. Jak któryś – rzadko – ma stypendium, to może liczyć na około 1000-1500 złotych. A i tak, żeby zostać zawodowcem, to najpierw trzeba być amatorem i pokonać wszystkie przeszkody, o których mówiłem wcześniej – stwierdza Babicki. – Bez dobrej bazy amatorskiego boksu, nie ma dobrych zawodowych pięściarzy. To oczywiste. Tylko, żeby ludzie chcieli uprawiać boks na poziomie amatorskim, trzeba im przede wszystkim stworzyć warunki i jakoś do tego zachęcić i zatrzymać przy tym sporcie. I żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie chodzi mi o robienie jakiejś reklamy, czy obchodzenie się z zawodnikami jak z porcelaną. Chodzi o zupełnie przyziemne sprawy. Póki ktoś jest nastolatkiem, to najczęściej nie musi się martwić o to jak zapewnić sobie byt. Ale potem musi pracować. Nie da się pogodzić pracy, treningów i wyjazdów na zawody. To jest właśnie sedno drugiego problemu: brak jakiegoś systemu chociażby skromnych stypendiów dla bokserów-amatorów – uważa założyciel „Championa Wołomin”.

Żeby zaś znalazły się pieniądze, muszą być wyniki. Błędne koło się zamyka. W czasach PRL-u dobrzy bokserzy-amatorzy mieli po prostu fikcyjne etaty w fabrykach, czy biurach. Przychodzili tam tylko po wypłaty, a ich prawdziwa praca, to był trening i walki. To był już jednak zaawansowany poziom. Wszystko zaczynało się od darmowych sekcji sportowych zarówno takich jak słynna warszawska Gwardia, która nota bene jest obecnie na skraju likwidacji, jak i kluby w rodzaju „Championa Wołomin”. Z masy zgłaszających się i trenujących można było wyłonić więcej potencjalnych mistrzów.

Zdaniem Babickiego inwestycja w boks i bardziej generalnie – w sport – już na poziomie mniejszych gmin opłaca się nie tylko pod względem prestiżu. – To nie jest oczywiście inwestycja, która przynosi pieniądze. Ale oprócz prestiżu przynosi zdrowie mieszkańcom. Skoro już przy tym jesteśmy – przecież nie każdy musi trenować po to, żeby walczyć na zawodach. Boks, to jeden z najlepszych sportów ogólnorozwojowych, który dodatkowo znakomicie wyrabia charakter. Jeśli stworzy się młodym ludziom odpowiednie warunki i da alternatywę wobec komputera i telewizora, to na pewno część z nich z tej opcji skorzysta. A w przyszłości pewnie zdecyduje się pozostać w gminie, która stwarza takie warunki życia swoim mieszkańcom – uważa Babicki.

 

NIK krytykuje samorządy. Za sport

To że gminy dosyć obojętnie podchodzą do działalności sportowej na swoim terenie, to nie jedyny problem. Tam, gdzie decydują się ją wesprzeć, bardzo często pojawiają się problemy z właściwym finansowaniem. Opublikowany jesienią ubiegłego roku raport Najwyższej Izby Kontroli nie pozostawia wątpliwości: nieprawidłowości są tu na porządku dziennym.

Finansowanie sportu w gminach i zlecanie zadań klubom sportowym odbywa się według niejasnych zasad, sport wyczynowy jest dotowany niezgodnie z prawem, a wydawane przez kluby środki nie są należycie nadzorowane – konkludują swoje opracowanie inspektorzy NIK.

Zgodnie z prawem sport rekreacyjny można wspierać poprzez dotacje. Sport wyczynowy podlega jednak innym zasadom: w tym przypadku gminy mogą fundować stypendia i nagrody dla zawodników oraz trenerów. I tu pojawia się problem – większość gmin narusza te reguły, udzielając dotacji na kluby zajmujące się sportem wyczynowym. 95 proc. dotacji dla klubów przyznano w otwartych konkursach ofert, resztę – na podstawie wniosków składanych przez same kluby. W ofertach i wnioskach kontrolerzy doszukali się jednak luk: braku wymaganych danych, niezgodności ze stanem faktycznym, nieprawidłowości przy ocenie ofert.

Również kluby sportowe mają swoje grzechy na sumieniu. Jak stwierdziła NIK, ponad 70 proc. z nich nie przestrzegało zapisów zawartych w umowach. Otrzymane pieniądze wydawano niezgodnie z warunkami zawartymi w umowach, na inne cele niż zgłoszono, a kluby nie rozliczały się z nich właściwie. Np. w zawodach, dofinansowywanych z samorządowych środków, brała udział mniejsza liczba zawodników niż zapowiadano, albo skracano czas ich trwania. Na dodatek, kluby źle szacowały planowane koszty i przychody z organizacji imprez sportowych, zaniżając je. NIK wytknęła taką sytuację szczególnie OŚ AZS Poznań, który osiągnął zysk trzykrotnie przekraczający wysokość dotacji – innymi słowy, poradziłby sobie z powodzeniem bez samorządowej dotacji.

Strona 2 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY