Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 60.

Jeszcze trzy lata temu Hannę Gronkiewicz-Waltz na fotelu prezydenta miasta dobrze oceniało 68 proc. warszawiaków. Dziś jest to już tylko 38 proc, a liczba negatywnych ocen wzrosła odpowiednio z 21 do 48 proc.

Spadek popularności długo był powolny i rozłożony w czasie. Dopiero pod koniec zeszłego roku wykresy popularności Barometru Warszawskiego tąpnęły na tyle, że opozycja zaczęła mówić o referendum. Oto sześć powodów spadku popularności prezydent Warszawy.

1. Podwyżka cen biletów

Z całej listy zarzutów, jaką opozycja formułuje pod adresem Hanny Gronkiewicz-Waltz, to właśnie rosnące ceny biletów najbardziej przemawiają do opinii publicznej i zjednują zwolenników idei referendum.

Podniesienie opłat zdominowana przez Platformę Obywatelską Rada Warszawy przyjęła już w 2011 r., ale podwyżki rozłożone były na trzy tury. Po raz pierwszy ceny wzrosły w sierpniu 2011 roku, ale masowe protesty przyniosła dopiero bardziej dotkliwa podwyżka z 1 stycznia 2013 roku (trzeci raz ceny wzrosną 1 stycznia 2014 r.). Podrożały wszystkie bilety – w tym okresowe, które warszawiacy muszą uwzględniać w domowych budżetach. I tak na przykład bilet kwartalny normalny zdrożał z 196 zł (jeszcze w 2011 r.) do 250 zł dziś – a od stycznia jeszcze podrożeje – do 280 zł.

Już ostatnią zimą zaczęły się protesty, a mniej znane lokalne inicjatywy, rozpoczęły zbieranie podpisów przeciwko podwyżce. Nie pomogły tłumaczenia, że Warszawa miała jedne z najtańszych biletów w Polsce – a jednocześnie najlepszą komunikację. Podwyżek nie było tu od lat, bo poprzednie władze bały się je wprowadzać. Mimo tego sukcesywnie wymieniany jest tabor (nowe tramwaje Swingi, nowe autobusy), miliardy miasto wydaje też na budowę metra. Przeciwnicy też mają swoje argumenty: Zarząd Transportu Miejskiego zmienia rozkłady jazdy, tnie wygodne połączenia, a w autobusach często latem wysiada klimatyzacja, a zimą ogrzewanie.

Powszechne niezadowolenie społeczne zwietrzyła i postanowiła zagospodarować Warszawska Wspólnota Samorządowa, której lideruje Piotr Guział, burmistrz Ursynowa.

„W związku ze szkodliwymi decyzjami ratusza i radnych PO, bulwersującymi warszawiaków i sięgającymi coraz głębiej do ich kieszeni, kierując się troską o stan miasta, nad którym – jak coraz bardziej widać – urzędnicy i radni tracą kontrolę, żądamy wycofania się ratusza z chybionej polityki niszczącej komfort życia w stolicy i drenującej kieszenie jej mieszkańców, dając coraz mniej w zamian” – pisał jeszcze w kwietniu Piotr Guział w liście otwartym do Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wtedy jeszcze mało kto zwracał na to uwagę.

2. Ustawa śmieciowa

Fala niechęci do prezydent wezbrała, gdy po raz kolejny sięgnęła do kieszeni mieszkańców – a konkretnie, gdy poznali oni założenia reformy w systemie gospodarowania śmieciami. Same zmiany od 1 lipca dotyczą całego kraju i wymusiła je ogólnopolska ustawa, ale sposób ich wprowadzenia w Warszawie to już zadanie lokalnych urzędników.

Według pierwszych przyjętych stawek opłaty za wywóz śmieci miały wzrosnąć niemal wszystkim, a zaproponowane stawki były jednymi z najwyższych w Polsce. Najbardziej poszkodowani byliby mieszkańcy domów jednorodzinnych, gdzie stawka miała wzrosnąć nawet o kilkadziesiąt złotych. Trzyosobowa rodzina miałaby płacić  89 zł miesięcznie, samotna osoba – 44,5 zł.

Wyliczenia, na podstawie których ustalono stawki, zostały utajnione. Mimo powszechnego oburzenia, prezydent Warszawy i politycy Platformy szli w zaparte – twierdząc, że to najniższe z możliwych opłat w sytuacji, gdy system ma działać sprawnie. Zdanie zmienili dopiero w czerwcu – i okazało się, że jednak można obniżyć opłaty! Według nowych stawek, osoba samotna, mieszkająca w domku płaci 30 zł, trzyosobowa rodzina – 60 zł. Obniżono też stawki w budownictwie wielorodzinnym.

To jednak nie rozwiązało kryzysu śmieciowego, bo pojawił się nowy problem. Firmy zajmujące się wywozem śmieci podważyły warunki przetargu, faworyzujące miejską spółkę MPO. Protest uznała Krajowa Izba Odwoławcza i nakazała zmianę warunków. W rezultacie Warszawa nie była gotowa do wprowadzenia nowej ustawy zgodnie z planem, 1 lipca. Stolica tego dnia nie zamieniła się w zasypany tonami śmieci drugi Neapol tylko dlatego, że wprowadzono rozwiązania przejściowe. Niesmak jednak pozostał. Nie pomogło nawet, że przez całe zamieszanie stanowisko stracił odpowiedzialny za gospodarkę odpadami wiceprezydent Jarosław Kochaniak.

3. Awaria na budowie metra i zamknięcie tunelu Wisłostrady

Awarie się zdarzają, w tej nikt nie zginął, ani nie został ranny. Ale wodna soczewka podmyła nie tylko tunel Wisłostrady, ale też zaufanie do prezydent miasta. Ziemia tąpnęła w sierpniu 2012 r., podczas drążenia łącznika między dwoma częściami przyszłej stacji metra na Powiślu. Do wykopu wlały się masy błota z nienaniesionego wcześniej na mapy zbiornika. Robotnicy uciekli, przysypało tylko sprzęt. Gorzej, że do awarii doszło akurat pod dnem tunelu Wisłostrady, czyli niezwykle ważnego połączenia komunikacyjnego między północną a południową częścią miasta. Jezdnie trzeba było zamknąć, miasto stanęło w gigantycznym korku, a badania geologiczne wykazały, że utknie w nim na długie miesiące.

Choć do dziś nie wiadomo, kto zawinił (wykonawca twierdzi, że nikt – to po prostu wypadek), fala krytyki wylała się na władze miasta. W internecie posypały się żarty, łączące zalanie wykopu ze słynnym zatopieniem Stadionu Narodowego podczas meczu reprezentacji Polski z Anglią. Choć tamta wpadka nie była przez nią zawiniona (stadionem administruje spółka rządowa), to wodne żarty przylgnęły do prezydent miasta. Ze wzmożoną siłą wróciły jeszcze w czerwcu tego roku, gdy podczas burzy deszcz zatopił Trasę AK, co pokazały media w całym kraju.

4. Plac Defilad wciąż pusty, roszczenia

To zarzut, który nie pojawił się nagle, ale wypłynął z większą siłą na ogólnej fali krytyki.

Z zagospodarowaniem ścisłego centrum stolicy, czyli okolic Pałacu Kultury, zmaga się każda władza od początku zmian ustrojowych. Gronkiewicz-Waltz zaczęła odważnie: usunęła kupców ze szpetnego blaszaka, czym rozbudziła jeszcze nadzieje warszawiaków. Jednak czym dalej, tym więcej ujawniało się przeszkód. Zerwano umowę  z Christianem Kerezem, zwycięzcą konkursu na projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej, a miasto będzie dochodziło swoich racji w sądzie. Nawet jeśli wygra, to warszawiacy wciąż na co dzień widzą pusty wygon pod Pałacem Kultury.

W dodatku okazało się, że plac Defilad jest naszpikowany roszczeniami byłych właścicieli. To z resztą problem, który też miała rozwiązać Hanna Gronkiewicz-Waltz. Wiele osób miało nadzieję, że skoro miastem rządzi wiceprzewodnicząca partii rządzącej, to wreszcie uda się przygotować i uchwalić ustawę reprywatyzacyjną. Nic takiego się nie stało, a handlarze roszczeniami upominają się już nawet o szkolne boiska w Śródmieściu.

5. Za dużo inwestycji czy ich brak?

To zarzut najbardziej kontrowersyjny, bo jeszcze nigdy po ‘89 roku w Warszawie nie budowano aż tak wiele. Ekipa Gronkiewicz-Waltz dokończyła pierwszą linię metra i – mimo wpadek – w miarę sprawnie buduje centralny odcinek drugiej linii. Powstał Most Północny, remontowane jest mnóstwo dróg, rozbudowano oczyszczalnię Czajka.

Opozycja zarzuca jednak ratuszowi, że w dwóch kampaniach wyborczych prezydent obiecywała jeszcze więcej. – Waltz nie wywiązała się z obietnic wyborczych, zarówno tych składanych w 2006 r., jak i tych z 2010 r. Jako prezydent Warszawy sprawnie wydaje pieniądze, ale nie można powiedzieć, że podczas jej kadencji warszawiacy zyskali. Nie rządzi lecz tylko zarządza miastem i nie można powiedzieć, że robi to, co im obiecała w sposób dobry, skoro nic nie następuje na czas. Nie zrealizowała z sukcesem żadnych swoich własnych projektów – oceniał niedawno w portalu Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej Czesław Bielecki, kandydat PiS na fotel prezydenta miasta w ostatnich wyborach w stolicy.

Prawdą jest, że sporo z wielu obiecanych inwestycji nic nie wyszło, a inne się spóźniają. Sformułowanie „inwestycyjna rzeź Pragi” niemalże weszło już do języka potocznego – bo w obliczu kryzysu jednym ruchem zrezygnowano z kilku strategicznych inwestycji w najbardziej zaniedbanych dzielnicach stolicy. Opozycja najczęściej wykrzykuje jednak hasło „Szpital Południowy”. Placówka od lat planowana jest na Ursynowie, ale z powodu kłopotów z lokalizacją cała południowa część Warszawy wciąż nie ma własnego szpitala. A pamiętać trzeba, że to właśnie tu rządzi główny pomysłodawca odwołania pani prezydent – Piotr Guział.

6. Kiepski PR

Burmistrz Ursynowa zarzuca ekipie Gronkiewicz-Waltz, że zamiast rządzić zajmuje się PR-em, tymczasem zdaniem ekspertów, to do niedawna była najsłabsza strona prezydent Warszawy. Jakby uśpiona wyborczymi sukcesami, na długie tygodnie przestawała dawać o sobie znać. Po awarii w tunelu Wisłostrady kierowcy długo musieli czekać na informację, co się właściwe stało. Podobnie było z ustawą śmieciową, gdy do końca nie było wiadomo, jakie stawki będą w Warszawie. Czasami ta pewność siebie przeradzała się wręcz w arogancję, gdy Rada Warszawy nie uznała konsultacji społecznych w sprawie nazwy mostu Północnego i wbrew radzie dzielnicy Białołęka oraz mieszkańcom nadała mu imię Marii Skłodowskiej-Curie.

Na brak dialogu głośno narzekały też różnego rodzaju organizacje NGO, których hasło – „Miasto to nie firma” – trafnie oddaje sposób rządzenia Warszawą przez ekipę Gronkiewicz-Waltz.

Akurat w tym punkcie prezydent mogła się poprawić. I właśnie jesteśmy tego świadkami: od początku lata trwa medialna ofensywa. Wyrazistym symbolem zmiany jest konto prezydent na Twitterze, które – nieużywane od dnia ogłoszenia wyniku wyborów – teraz ożyło. Bardzo aktywny stał się też profil Hanny Gronkiewicz-Waltz na Facebooku. Ona sama niemal codziennie pojawia się w mediach, odwiedza warszawiaków w domach, wizytuje szkoły, spółdzielnie, budowy – słowem pokazuje się wszędzie tam, gdzie mogą ją dostrzec mieszkańcy. Złośliwi mówią o „efekcie referendum”, ale sama prezydent przyznaje, że kontakt z mieszkańcami nie był jej mocna stroną. – Ta komunikacja rzeczywiście powinna być częstsza. Staram się wykonywać wszystko jak najbardziej rzetelnie, logicznie, racjonalnie. Myślę, że moją słabością jest to, że ja nie zawsze do końca tłumaczę, dlaczego jest tak, a nie inaczej – mówiła niedawno Gronkiewicz-Waltz w rozmowie z TVN24.

Na ile uda jej się nadrobić stracony czas, przekonamy się pewnie na jesieni lub w zimie. To najbardziej prawdopodobny moment przeprowadzenia referendum.

środa, 24 kwiecień 2013 20:34

RECYKLING PO POLSKU: SZUKAJ ŚMIECI W POLU

Mamy za sobą batalię o sposoby naliczania opłat za wywóz śmieci, wkrótce firmy śmieciowe przystąpią do starcia o rynek i zamówienia z urzędów. Ale może się okazać, że ostatnia bitwa w śmieciowej wojnie – o to, gdzie ostatecznie trafią nasze śmieci – będzie najtrudniejsza. Ubywa bowiem wysypisk, a zakładów zajmujących się recyklingiem i przetwarzaniem odpadów wcale nie przybywa.

Zmiany wymusza na Polsce Unia Europejska i proza życia: polskie lasy i pola są wprost zawalone dzikimi wysypiskami, których urzędnicy nie są nawet w stanie policzyć, nie mówiąc o ich usuwaniu. Ustawodawca wyszedł z założenia, że dopóki za wywóz śmieci trzeba płacić, to zawsze znajdą się osoby, które będą chciały pozbyć się ich za darmo. Nic nie pomogło sprawdzanie, czy mieszkańcy mają podpisane umowy na wywóz, bo odpady z domowych kuchni i tak lądowały w przydrożnych rowach, a w miastach – w publicznych koszach na śmieci.

Do tego dochodzą wymogi Unii Europejskiej. Dyrektywy Brukseli jasno wskazują, że śmieci –  zamiast składować na wysypiskach – trzeba ograniczać lub przetwarzać. Cele dla Polski to zmniejszenie masy odpadów komunalnych składowanych na wysypiskach do maksymalnie 60 procent do końca 2014 r. (w stosunku do ilości z 1995 r.) i do przetwarzania 35% opakowań. W kolejnych latach te procenty jeszcze rosną: na wysypiska będzie mogła trafić tylko połowa odpadów biologicznych, trzeba będzie odzyskiwać surowce z 55 proc. opakowań trafiających na rynek.

Szósty śmieciarz UE

To ogromne ilości. Według raportu audytorskiej firmy Deloitte, prezentowanego na marcowym Ogólnopolskim Kongresie Recyklingu w warszawskim hotelu Intercontinental, w Polsce wytwarzamy 12 mln ton odpadów rocznie. Daje nam to miano szóstego największego „śmieciarza” w Unii Europejskiej. Ale już jeśli przeliczyć te dane na głowę mieszkańca, wypadamy znacznie lepiej. Statystyczny Polak wytwarza 315 kg odpadów rocznie, podczas gdy średnia w UE wynosi 502 kg. Mniej od nas śmiecą tylko Estończycy i Łotysze.

Niestety, nie ma się co oszukiwać. Tak dobre dane nie wynikają z jakieś szczególnej wrażliwości ekologicznej Polaków. Wręcz przeciwnie, tylko 80 procent obywateli jest objętych systemem zorganizowanego odbioru odpadów (dane z 2010 r.). Czyli co piąty mieszkaniec Polski nie ma podpisanej umowy, nie figuruje w statystykach, a śmieci pali w piecu lub wyrzuca do lasu. To znacznie zaniża oficjalne dane.

Zatem wszystko wskazuje na to, że od lipca ilość odpadów znacznie wzrośnie. Skoro gmina odbierze je za darmo (podatek będą płacić wszyscy), to nikomu nie będzie się opłacało pozbywać ich w nielegalny sposób. Na gminy spadnie więc ogromna góra śmieci, z którą będą musiały coś zrobić.

Śmieci zabiorą potentaci

Z samym odbiorem zawartości śmietników nie powinno być problemu, nie zabraknie też śmieciarek. Rynek gospodarki odpadami jest bardzo rozdrobniony, działa na nim mnóstwo podmiotów. Czasami to ogromne międzynarodowe korporacje jak Remondis czy Sita (członek światowej grupy Suez Environnement), rodzimi potentaci (np. Byś czy Trans-formers) czy spółki wyrosłe z dawnych molochów państwowych (np. MPO w Warszawie).  Często to małe, rodzinne firmy z kilkoma śmieciarkami, które obsługują ograniczoną ilość posesji. Tylko w województwie mazowieckim działa prawie 200 firm odbierających odpady, ale trzy największe mają 60 proc. rynku.

Firmy wystartują w przetargach rozpisanych przez gminy. Wygrają najwięksi, resztę czeka albo podwykonawstwo – albo upadek.  Według szacunków Krajowej Izby Gospodarczej z 3-4 tysięcy firm działających na rynku nawet połowa może zakończyć działalność.

Zyskać mają jednak mieszkańcy, a na pewno środowisko. – W mojej wsi jest około 200 gospodarstw. Dziś po odpady przyjeżdża do nas osiem firm. Po reformie będzie jedna i zabierze wszystkie śmieci. To oznacza same korzyści: mniej spalonej benzyny i mniejszy ruch na drogach – wylicza Dominik Dobrowolski, ekolog od lat specjalizujący się w gospodarce odpadami.

Recykling i wysypiska

Nie wiadomo za to, gdzie te śmieci zawieźć. Nowa ustawa ma zachęcać do segregowania śmieci poprzez niższe stawki za odbiór odpadów posegregowanych. Specjaliści są spokojni o odzysk surowców wtórnych. Już teraz aluminiowe puszki są skrupulatnie odzyskiwane. Te z koszów miejskich – których nie znajdą zbieracze złomu – segregowane są na taśmach w sortowniach. W tym przypadku powód jest oczywisty: na aluminium można nieźle zarobić.

Dominik Dobrowolski przewiduje, że tak samo będzie z plastikiem. – Już teraz cena tony polipropylenu z odzysku na giełdach towarowych dorównuje cenie stali, a będzie jeszcze rosła. Im bardziej kurczą się złoża ropy, im trudniej są dostępne, tym wyższa jest cena za baryłkę. Producenci poszukują więc alternatywnych źródeł. A takimi są właśnie surowce wtórne – twierdzi Dobrowolski.

Duże firmy, zajmujące się gospodarowaniem śmieciami, mają własne zakłady recyklingu. Tam gdzie ich nie ma, szybko powstaną, bo to po prostu dobry interes, a sortownie nie wymagają dużych nakładów inwestycyjnych.

Gorzej będzie z odpadami komunalnymi nie posegregowanymi, które do tej pory były składowane przede wszystkim na wysypiskach śmieci – według danych GUS w 2011 r. trafiło tam 70,9% proc. odpadów komunalnych produkowanych w Polsce. Jeszcze w 2008 r. było to 86 proc., a przypomnijmy, że cel na koniec 2014 roku to 60 proc.

Tyle że od 2010 r. wysypisk ubywa, bo ich zamykania wymaga od nas Unia Europejska. Dla porównania w Niemczech wysypiska zniknęły niemal całkiem – trafia tam 0,4 proc. odpadów, podobnie jest w Austrii czy Holandii. Na przeciwnym biegunie jest Hiszpania, gdzie wskaźnik ten sięga 58 proc. Średnia europejska wynosi 38 proc.

W Polsce jeszcze pięć lat temu działało 520 licencjonowanych wysypisk śmieci. Kolejno są zamykane, a w 2014 roku ma ich zostać już tylko 200. Symboliczne było zamknięcie dwa lata temu największego w Polsce podwarszawskiego wysypiska Łubna, które przyjmowało około 250 tysięcy ton śmieci, czyli jedna trzecią odpadów wytwarzanych w stolicy.

Odpady komunalne trzeba przerabiać.  W Polsce działa 90 kompostowni zdolnych przerobić 602 tys. ton bioodpadów rocznie. Mamy 173 sortownie odpadów zbieranych selektywnie lub zmieszanych. Do tego 11 zakładów mechaniczno-biologicznego przetwarzania zmieszanych odpadów komunalnych.

To wszystko to jednak za mało: Krajowy Program Gospodarki Odpadami 2014 wskazuje, że na koniec 2009 roku, łączne moce przerobowe spalarni, kompostowni wynosiły ponad 1,1 mln ton rocznie, podczas gdy ilość odpadów komunalnych ulegających biodegradacji nie dopuszczonych do składowania w 2014 roku szacowana jest na ok. 5 mln ton.

Reszta do pieca

Przynajmniej częściowym rozwiązaniem tego problemu miały być zakłady utylizacji termicznej, czyli spalarnie śmieci. Ich budowa jednak się opóźnia. Na razie w Polsce działa jeden taki zakład na warszawskim Targówku. Choć zbudowany w latach 90., już dziś dysponuje jedynie przestarzałą technologią. W planach jest jego modernizacja i rozbudowa, zmierzająca do zwiększenia mocy przerobowych.

W budowie – lub w planach – jest dziesięć kolejnych spalarni, m.in. Bydgoszczy, Krakowie, Szczecinie, Koszalinie, Białymstoku, Łodzi, Koninie czy Poznaniu. W niektórych przypadkach (np. Bydgoszcz, Szczecin, Białystok, Konin) podpisano już nawet umowy z wykonawcami, a instalacje mają być gotowe do rozruchu pod koniec 2015 r. W innych przypadkach trwają dopiero przygotowania do inwestycji.

Nawet jednak gdyby powstały od razu – to i tak wciąż za mało. Moce przerobowe 10 planowanych spalarni pozwolą na utylizację około 2 mln ton odpadów komunalnych rocznie. Dlatego w Wojewódzkie Plany Gospodarki Odpadami zakładają budowę kolejnych instalacji do zagospodarowywania odpadów – w sumie o łącznej mocy przerobowej około 2 mln ton rocznie do 2019 r.

Ile z tych planów da się zrealizować – nie wiadomo. Ale raczej nie wszystkie. Co nas zatem czeka? – Pewnie będzie tak, że warunkowo będą przedłużane pozwolenia na działanie wysypisk. Unia będzie groziła karami lub nawet je nakładała. Może nawet wstrzyma niektóre dotacje. I, w końcu, uzupełnimy brakującą infrastrukturę – mówi Dominik Dobrowolski.

sobota, 23 marzec 2013 14:04

ZA MELDUNEK GMINY ROZDAJĄ SAMOCHODY

Wraz ze zbliżającym się terminem składania PIT-ów nabiera tempa wyścig gmin o nowych podatników. Pod Warszawą stawka jest ogromna: w zamian za deklarację podatkową można wygrać samochody i nowoczesne tablety.

Na początku stycznia do pana Dariusza z ulicy Zabawnej w podwarszawskich Markach zadzwonił sam burmistrz gminy Janusz Werczyński. – Wygrał pan Toyotę Yaris! – usłyszał zdumiony mieszkaniec, a w słuchawce, w tle, usłyszał owacje wiwatującego tłumu. To nie był jednak żart, a całkiem poważne rozstrzygnięcie konkursu „Zamelduję się w Markach”. Pan Dariusz wygrał losowanie podczas gali finałowej – na którą nie poszedł. Dlatego osobiście dzwonił do niego burmistrz.

Płać podatki tam, gdzie mieszkasz

Wielka akcja władz Marek jest dość nietypowa, ale problem mieszkańców niepłacących podatków w miejscu zamieszkania to już codzienna rzeczywistość wielu polskich gmin. Szczególnie duża konkurencja o podatników jest pod Warszawą. Tysiące mieszkańców stolicy – i to tych lepiej sytuowanych – wyprowadza się z zakorkowanego miasta do podmiejskich miejscowości. Marki, Wołomin, Legionowo, Izabelin, Piaseczno, Konstancin – pod Warszawą zaroiło się od nowych mieszkańców, którzy przenieśli się tu w ostatnich latach. Tyle że meldunek zostawili w Warszawie, często w wynajmowanym teraz komuś innemu mieszkaniu. Nowi mieszkańcy niechętnie zgłaszają się w urzędach, głównie ze zwykłego lenistwa. – Po co robić sobie kłopot, skoro obowiązek meldunkowy w Polsce to i tak raczej martwe prawo – mówią.

Ale dla podwarszawskich miejscowości oznacza to ogromne straty z tytułu niezapłaconych podatków. Nowi mieszkańcy jeżdżą po gminnych drogach, produkują śmieci, korzystają z lokalnych ośrodków sportu czy kultury, ale nie dokładają się do nich ani złotówki. Dlatego gminy powiedziały: dość.

Warszawa kontra Ząbki

Tym bardziej, że pierwsza o podatki swoich niezameldowanych mieszkańców zaczęła się upominać... Warszawa. Szacuje się, że każdy podatnik zostawia w kasie stolicy około 3 tys. złotych. W Warszawie może mieszkać nawet kilkaset tysięcy osób nieodprowadzających tu podatków. Dlatego od kilku lat stołeczny ratusz prowadzi kampanie (np. pod hasłem „Brat PIT”), zachęcające do płacenia w tutejszych urzędach skarbowych. Co roku w stolicy przybywa dzięki nim 10-40 tysięcy podatników. Warszawa sięga też po bardziej wymierne zachęty: władze Białołęki – gdzie może mieszkać nawet 30 tys. niezameldowanych osób – fundują solidnym podatnikom nawet darmowe wejściówki do kina czy na basen. Bemowo rezerwuje dla swoich mieszkańców część wejściówek na imprezy kulturalne. W 2011 r. tysiąc osób mogło za darmo pójść na koncert heavymetalowej grupy Iron Maiden. W 2013 r. tyle samo wejściówek czeka na płacących podatki w dzielnicy fanów grupy Rammstein i amerykańskiego zespoły Thirty Seconds To Mars.

Tyle że akcja Warszawy – wymierzona w żyjących tu podatników z innych miejsc w Polsce – rykoszetem trafia też w budżety podwarszawskich miejscowości. Mieszkaniec gminy z tzw. „wianuszka” wokół stolicy, pracujący na co dzień w Warszawie – i tam często zameldowany – może płacić podatki albo w stolicy, albo w swojej miejscowości. I to o takie osoby toczy się właśnie zażarta walka.

Rękawicę rzuconą przez stolicę jako pierwsze podjęły Ząbki, których burmistrz Robert Perkowski już kilka lat temu zaczął kampanię nawołującą do płacenia podatków w tej miejscowości. Obliczył, że w Ząbkach zameldowanych jest 23 tys. mieszkańców, ale według różnych szacunków mieszka tu nawet do 45 tys. osób. – Przeciętny mieszkaniec Ząbek, który jest zameldowany w naszym mieście i tu odprowadza podatki, to przeciętnie 800 zł dochodu do miejskiej kasy. Kwota niby niewielka, jednakże przemnożona przez tylko 15 000 osób mieszkających w Ząbkach, ale tu nie zameldowanych, powoduje skutek w wysokości ok. 12 milionów złotych rocznie – tłumaczył Perkowski na swoim blogu, a zaraz za liczbami podawał przemawiające do wyobraźni argumenty. – Za taką kwotę można byłoby utwardzić ponad 10 kilometrów dróg gminnych lub „zwodociągować” pół Ząbek – napisał.

Apele to za mało

Dziś – szczególnie, gdy zbliża się termin rozliczenia rocznego – podobne apele o płacenie podatków w miejscach zamieszkania pojawiają się na stronach internetowych niemal wszystkich podwarszawskich gmin.

Swoją symulację przeprowadziło o wiele bogatsze od Ząbek Piaseczno, gdzie urzędnicy lansują hasło „Zmieńmy PIT na lepszy byt”. Tu na jednego podatnika przypada średnio ponad 3 tys. złotych. Jeśli przyjmie się, że w Piasecznie nie rozlicza się około 5 tysięcy mieszkańców, to budżet gminy traci na tym 15 mln złotych. Według wyliczeń urzędników, za taką kwotę można by wybudować 10 kilometrów dróg, oddać do użytku 100 mieszkań komunalnych, wybudować 10 szkolnych kompleksów sportowych czy zapewnić 250 etatów nauczycielskich.

Stawka jest ogromna, dlatego niektóre gminy idą znacznie dalej. Wspomniane już Marki zorganizowały kolejną wielomiesięczną akcję. Stojąca pod urzędem dzielnicy czerwona toyota miała rozpalać żądze potencjalnych podatników. Kto nie marzył o samochodzie, mógł próbować wygrać któryś z tabletów rozlosowywanych na lokalnych festynach. O konkursie przypominał rozkładany we wszystkich sklepach darmowy biuletyn czy rozwieszone w mieście banery.

Efekt? W konkursie wzięły udział 2374 osoby, które musiały zameldować się w Markach. Szacuje się, że w mieście mogło mieszkać nawet 10 tysięcy niezameldowanych, czyli około jedną czwartą tej grupy udało się gminie „przeciągnąć” na swoją stronę. Każda z tych osób prawdopodobnie zapłaci w 2012 r. średnio około tysiąca złotych podatku. Powinno to przynieść kasie miasta 2,3 mln zł. Toyota wraz z innymi nagrodami warta była 44 tys. złotych – a przecież zwracać się będzie z nawiązką także w następnych latach.

Nic więc dziwnego, że za tym przykładem poszli kolejni. Także samochód, ale tym razem Renault Twingo, oferuje nowym mieszkańcom Wołomin. Na osłodę dodaje tablety Samsung Galaxy. Pod kuszącymi zdjęciami nagród jest oczywiście solidne uzasadnienie, dlaczego warto płacić podatki akurat tutaj. – W 2011 r. nasza gmina dzięki udziałom w PIT zyskała ponad 38 mln zł. Kwota ta może być jednak jeszcze większa. W naszej gminie zameldowanych jest obecnie ponad 50 tysięcy osób. Ilu jest jednak ludzi, którzy nie posiadają wołomińskiego meldunku, a mieszkają na terenie gminy Wołomin? Tego dokładnie nie wiadomo, mogą być liczeni nawet w tysiącach. Biorąc pod uwagę, że średni wpływ do gminnego budżetu od mieszkańca gminy Wołomin to ok. 1000 zł, to 1000 nowych, zarejestrowanych podatników oznacza dodatkowy milion dla miejskiej kasy, czyli dla nas wszystkich – piszą urzędnicy na oficjalnej witrynie urzędu Wołomina. A kto nie lubi liczb, może od razu wyobrazić sobie na przykład jazdę po równej drodze. – To już naprawdę znacząca kwota, która pozwala na wyremontowanie niemal półtora kilometra drogi poprzez położenie na niej tzw. nakładki asfaltowej – czytamy dalej.

Kto zapłaci podatek śmieciowy

Problem mieszkańców niepłacących podatki nasili się jeszcze wraz z nowym podatkiem śmieciowym. Jedna z czterech dopuszczalnych przez ustawę metod rozliczania podatku polega właśnie na stawce „od głowy” mieszkańca. Ale jeśli tysiące osób nie ma meldunku, kto zapłaci za wywóz ich śmieci? Pierwszy z tym problemem zmierzył się Izabelin, w którym gmina wzięła na siebie odbiór śmieci już w lipcu 2012 r.

Za metodę rozliczenia przyjęto właśnie osoby mieszkające na terenie gminy. To często majętni przedsiębiorcy czy artyści, którzy – szukając ucieczki od zgiełku miasta – wybudowali sobie wille w zaciszu Puszczy Kampinoskiej. Urzędnicy dotarli do wszystkich 10 tysięcy oficjalnie zameldowanych mieszkańców z prośbą o podanie faktycznej liczby zamieszkujących. Później zaczęli weryfikować wypełnione deklaracje, konfrontując je ze wszystkimi dostępnymi rejestrami. Zapowiedzieli też możliwość wyrywkowych kontroli. W efekcie udało się w ten sposób „ujawnić” prawie dwa tysiące dodatkowych mieszkańców, co oznacza wzrost ogólnej liczby aż o 20 proc. Podatek śmieciowy osoby te będą płacić według takich samych stawek, jak osoby zameldowane oficjalnie.

piątek, 22 luty 2013 15:21

Napraw dziurę w jezdni w Internecie

Jak zyskać sobie przychylność mieszkańców i jednocześnie usprawnić działanie służb miejskich? Oczywiście, najłatwiej przez Internet. W gminach w całej Polsce zaczyna właśnie działać serwis www.naprawmyto.pl i może zrewolucjonizować pracę służb technicznych w kraju.

Wyobraźmy sobie Jana Kowalskiego, który zauważył, że nie działa latarnia na jego ulicy. Najpierw musi dowiedzieć się, który podmiot odpowiada za oświetlenie w jego miejscowości, znaleźć jego numer telefonu, a żeby miał pewność, że powiadomienie zostanie rozpatrzone, także adres, pod który wyśle oficjalną informację. Przy odrobinie szczęścia technicy przyjadą wymienić świetlówkę za jakieś dwa tygodnie. O ile pan Jan nie zniechęci się i faktycznie poinformuje odpowiednie służby o awarii.

Ten sam pan Jan w nowej, internetowej rzeczywistości pod tą samą, niedziałającą latarnią po prostu wyjmie telefon, wstuka w niego jedno zdanie i pójdzie dalej w swoją stronę. Nazajutrz światło znów będzie działać, a on dostanie e-maila z informacją, że sprawa jest już załatwiona. I pomyśli sobie, że mieszka w nowoczesnej gminie. Proste? I jak najbardziej realne.

Przyłączajcie się

To nie fantastyka, tylko system, który od ponad roku był testowany w 21 gminach Polsce. Nazywa się naprawmyto.pl i jego program pilotażowy okazał się tak dużym sukcesem, że organizatorzy chcą go właśnie wdrażać w kolejnych miastach, miasteczkach i wsiach. Przyłączyć się może każda gmina.

– Internet i nowe technologie to wyzwanie dla samorządów, ale też fantastyczne narzędzie dialogu z mieszkańcami. Mało kto chce dziś pisać tradycyjne listy. Dużo prościej i szybciej jest załatwić sprawę on-line i ludzie coraz częściej domagają się takiej możliwości – mówi Ewa Stokłuska z Fundacji Pracownia Badań i Innowacji Społecznych Stocznia, która koordynuje program naprawmyto.pl.

Kilka słów o systemie

System jest bardzo prosty. Po wejściu na stronę internetową trzeba wybrać swoją gminę. Zawiadamiający wpisuje krótką informację o usterce i podaje adres, a jeśli robi to z telefonu z GPS-em, urządzenie samo doda lokalizację do zgłoszenia. Może też dołączyć zrobione aparatem zdjęcie, ale nie musi.

Zgłoszenia podzielone są na kategorie i rejony, i automatycznie wędrują do dyżurnego odpowiednich służb. Wpis o pękniętej rurze trafi do wodociągów, o dzikim wysypisku śmieci – do służb sprzątających, dziura w jezdni – do drogowców, a niedziałająca latarnia – do władz dzielnicy, jeśli to akurat w ich gestii pozostaje oświetlenie na danej ulicy. Zgłoszenie ma różny status: najpierw jest po prostu powiadomieniem, później zmienia się na „w trakcie naprawiania”, w końcu w „naprawione”. Bywa też, że trafia do kategorii „nie będzie naprawione”. Informację o każdej zmianie statusu dostaje zgłaszający. Dzięki temu nasz Kowalski wie na bieżąco, co się dzieje z jego skargą. Nie wydzwania do urzędu, nie denerwuje się, że władze go zignorowały.

Oni już przetestowali

Rozwiązanie sprawdziło się na przykład w Lublinie, gdzie mieszkańcy zgłosili ponad 2000 alertów. Ponad 500 już udało się naprawić, 700 kolejnych jest naprawianych. Ludzie zgłaszają na przykład zapadnięte studzienki, uciążliwe kałuże, zerwane tabliczki z nazwami ulic.

Naprawmyto.pl działa w mniejszych miastach i w całkiem małych miejscowościach. W Markach pod Warszawą udało sie naprawić ponad 200 usterek. Od gałęzi klonu zasłaniających znak drogowy, po leżącego na jezdni psa rozjechanego przez samochód. Nawet w malutkiej podpoznańskiej gminie Czerwonak znalazło się coś do naprawienia. A konkretnie mieszkańcy zgłosili prawie 200 usterek, z których ponad sto naprawiono. Od usunięcia starej zamrażarki porzuconej w lesie, po naprawienie uszkodzonego drewnianego toru przeszkód, zagrażającego bezpieczeństwu bawiących się na nim dzieci.

Nie być obojętnym

– Ilość zgłoszeń i stopień ich realizacji zależy głównie od wsparcia, jakiego projektowi udzielają władze gminy i lokalne organizacje – mówi Ewa Stokłuska. I w Lublinie, i w Markach wszystkie miejskie służby dostały polecenie, żeby poważnie traktować zgłoszenia z systemu i naprawiać je możliwie szybko. W Markach system jest wspierany przez lokalną organizację pozarządową Grupa Marki 2020, która organizowała happeningi, zachęcające do korzystania z systemu: na przykład wieszała baner z napisem „tę dziurę udało sie naprawić”. Równie mocno lokalni społecznicy zaangażowali się w projekt w Toruniu, gdzie założono mu specjalny profil na Facebooku.

Teraz do systemu mogą zgłaszać się kolejne gminy. Organizatorzy przekonują, że warto: – Trzeba przestać myśleć, że to dodawanie sobie pracy. Skuteczna współpraca z mieszkańcami znacznie poprawia relacje władzy ze społecznością. Ludzie zaczynają wierzyć w społeczeństwo obywatelskie i czują się odpowiedzialni za miejsce, w którym żyją. Razem budują pozytywny wizerunek nowoczesnej gminy – zachęca Ewa Stokłuska.

 

Ile kosztuje udział w„naprawmyto.pl”?

Pilotażowy program finansowany był przez Fundację Batorego, teraz udział w nim jest płatny. Cały dochód przeznaczany jest na rozwój platformy, więc w zależności od ilości uczestniczących gmin może być taniej. Na początek wyznaczono następujące stawki:

–Gmina do 10 tys. mieszkańców – 250 zł miesięcznie lub 2750 zł rocznie.

–Gmina od 10 do 50 tys. mieszkańców – 350 zł miesięcznie lub 3850 zł rocznie.

–Gmina od 50 do 100 tys. mieszkańców – 500 zł miesięcznie – 5500 zł rocznie

–Gmina od 100 do 250 tys. mieszkańców – 750 zł miesięcznie – 8250 zł rocznie

–Gmina powyżej 250 tys. mieszkańców – 1000 zł miesięcznie – 11000 zł rocznie

W zamian organizatorzy oferują obsługę informatyczną, kod programu, podstronę na platformie, serwer, dostęp do panelu administracyjnego. Jest też model, według którego gmina może obsługiwać system siłami swoich, zatrudnionych w urzędzie, informatyków. Wszystkie informacje można uzyskać na stronie: www.naprawmyto.pl/Naprawmyto_pl_oferta.pdf

Jak to robią na świecie?

Wielka Brytania

Polski projekt jest wzorowany na podobnych, z powodzeniem działających, na Zachodzie. W Wielkiej Brytanii świetnie sprawdza się Fix my street (www.fixmystreet.com), czyli Napraw moją ulicę. System jest ogólnokrajowy. Tylko w styczniu udało się dzięki niemu naprawić 5,6 tysiąca usterek. Problemy Brytyjczycy mają podobne do nas: dziury w drogach, przepalone latarnie, śmieci w rowach.

Stany Zjednoczone

W dużych miastach, ale też małych miejscowościach w USA, działa ogólnokrajowy system See Click Fix (www.seeclickfix.com), czyli Zauważ, Kliknij, Napraw. „Obywatele, którzy zgłaszają nawet drobne sprawy i widzą, że są one naprawiane, chętniej angażują się w życie społeczności i czują się z tym lepiej” –piszą założyciele systemu.

Nowy Jork

Wielkie metropolie mają zbyt wiele spraw na głowie, żeby załatwiać je przez ogólnokrajowe rozwiązania. Dlatego Nowy Jork stworzył własny system o nazwie 311 (www.nyc.gov/311), który jest jednocześnie numerem telefonu alarmowego. Nieważne czy nowojorczyk zgłosi sprawę mailem, telefonicznie, listem czy przez aplikację w smartfonie –jest ona tak samo priorytetowo traktowana.

Warszawa

Rozwiązanie wzorowane na nowojorskim chce mieć też Warszawa. Znamy już numer nowego systemu, to: 19115. Już niedługo warszawiacy będą mogli zapomnieć wszystkie numery do służb miejskich i wpisać w komórki tylko ten jeden. Specjalny program przydzieli sprawę do odpowiednich komórek i tam ją skieruje.

Trwa budowanie infrastruktury informatycznej, aplikacji na telefony komórkowe, strony internetowej. Testy nowego rozwiązania mają się zacząć już w połowie 2013 roku. 

niedziela, 27 styczeń 2013 20:53

Samorząd ukryty w telefonie

Nie ma już chyba w Polsce gminy, która nie miałaby swojej strony internetowej. Teraz samorządy czeka kolejna rewolucja: Internet przenosi się do telefonów. Strona gminy powinna być dostępna także na ekranie komórki.

Słupki rosną w zawrotnym tempie. Jeszcze w czerwcu 2011 roku smartfon, czyli telefon komórkowy z systemem operacyjnym, posiadało 14 proc. Polaków. W 2012 roku udział tego typu urządzeń w rynku telefonów komórkowych osiągnął 49 proc. Według badań firmy analitycznej Strategy Analytics w 2015 roku 65 proc. telefonów na polskim rynku będzie smartfonami. Równie szybo rośnie też liczba użytkowników tabletów, czyli mobilnych urządzeń z dotykowymi ekranami.

To oznacza, że coraz więcej osób szuka informacji w Internecie nie za pomocą stacjonarnych komputerów, ale w urządzeniach przenośnych. Ich główną zaletą jest to, że można mieć je zawsze przy sobie, ale wadą, że Internet bezprzewodowy jest zazwyczaj wolniejszy. Dlatego tradycyjne strony internetowe niezbyt wygodnie ogląda się na ekranie telefonu. Rozwiązaniem są „lekkie" wersje witryn, nieobciążające zbytnio przesyłu danych lub mobilne aplikacje specjalnie tworzone w systemach operacyjnych obsługujących smartofny. Te ostatnie zdobywają coraz większą popularność, bo w pełni wykorzystują możliwości telefonów nowej generacji.

Wrocław w telefonie

Na nowy trend odpowiadają już pierwsze samorządy. Wiosną 2012 roku zrobiło się głośno o aplikacjach wypuszczonych przez miasta gospodarzy Euro 2012. Największą karierę zrobił program „Wrocław. Przewodnik miejski". - W czerwcu przez trzy tygodnie była to druga najczęściej ściągana aplikacja w polskim AppStore - mówi Bartek Mielecki z firmy Amistad, która specjalizuje się w oprogramowaniu dla smartfonów. AppStore to sklep, z którego ściągają programy użytkownicy telefonu firmy Apple z systemem operacyjnym iOS.Jedne aplikacje są w nim płatne, inne, jak te, wydawane przez samorządy - darmowe.

Popularność przygotowanej także po angielsku aplikacji dla Wrocławia nakręcili oczywiście kibice, którzy przyjechali dopingować swoje drużyny na Euro. - Na Zachodzie Europy, ale też w Stanach Zjednoczonych, takie rozwiązania to standard. Aplikacje miast i regionów bardzo popularne są m.in. w Niemczech - mówi Marcin Cholewiński z firmy AT Group. Aplikacje kierowane są zarówno do mieszkańców, jak i do turystów odwiedzających dany region. Wielu z nich zaczyna wakacje od ściągnięcia na swój telefon lokalnego programu turystycznego.

Jak to działa

Co mieszkaniec czy turysta znajdzie w takie aplikacji? Przede wszystkim przydatne informacje, które umieszcza się na zwykłej stronie internetowej: adresy i godziny działania urzędów, sklepów czy przychodni. Do tego opisy atrakcji turystycznych, galerię zdjęć, mapę regionu. Informacje o lokalnych pubach, restauracjach, kalendarium wydarzeń artystycznych i sportowych czy w końcu lokalną pogodę.

To jednak podstawowy zestaw, który można właściwie dowolnie rozbudowywać.

Firma Amistad opracowuje szlaki turystyczne i umieszcza je w specjalnym programie dla turystów. Niedawno na zlecenie niewielkiej gminy Turawa powstała aplikacja ze szlakami wokół największej jej atrakcji: Jeziora Turawskiego. eJanosik to aplikacja oprowadzająca po Zakopanem, Podhalu i Tatrach. Jej użytkownikom przysługują zniżki w lokalach gastronomicznych czy na wyciągach, więc do współtworzenia programu udało się wciągnąć lokalnych przedsiębiorców.

Zabawa w zwiedzanie

Większe miasta chętnie zamieszczają w aplikacjach rozkład jazdy komunikacji. Jeszcze dalej poszły Tychy, których program na bieżąco informuje użytkowników o remontach dróg i zalecanych objazdach. - Pracownik urzędu w prosty sposób nanosi zmiany z poziomu komputera i te od razu pojawiają się na ekranach telefonów mieszkańców - mówi Mielecki.

Mobilna technologia daje możliwość nie tylko tradycyjnego zwiedzania, ale i wciągającej zabawy połączonej z poznawaniem miasta. Pionierskie przedsięwzięcie prowadzą cztery gminy z Małopolski: Lanckorona, Stryszów, Mucharz i Kalwaria Zebrzydowska. Na ich terenie działa Stowarzyszenie Lokalnej Grupy Działania Gościniec 4 Żywiołów, które wymyśliło i zamówiło pierwszą w Polsce aplikację z questami. Questy to inaczej wyprawy odkrywców.

Turysta, który ściągnie sobie aplikację, już nie tylko biernie zwiedza miasto, ale musi je dokładnie spenetrować w poszukiwaniu „skarbu”. - Zabawa zaczyna się po wybraniu jednej z czterech gmin. Zaczynamy w centralnym punkcie i program daje wskazówki, jak dojść do kolejnych liter hasła. Całe hasło, czyli „skarb" zdobędziemy po przemierzeniu całej trasy - mówi Ewa Frosztęga ze stowarzyszenia Gościniec 4 Żywiołów.

Aplikacja działa na smartfonach i tabletach z systemem Android, wykorzystuje system GPS oraz mapy. Można z niej korzystać w trybie offline, a więc nie jest potrzebne stałe połączenie z Internetem. Zabawa jest dostępna dopiero od października, więc na razie trudno mówić o wymiernych jej efektach. W małopolskich gminach liczą, że zdobędzie ona popularność wraz z nowym sezonem turystycznym.  

Aplikacje pod strzechy

Prawdziwy boom na programy samorządów na smarfony dopiero nas czeka. Do tej pory aplikacje powstawały na zamówienie konkretnego klienta, a koszty negocjowane były indywidualnie. Od jesieni dostępny jest uniwersalny program Mobilny Samorząd, który można w łatwy sposób dostosować do potrzeb konkretnej gminy czy powiatu - wystarczy wprowadzić potrzebne dane i zdjęcia z charakterystycznymi punktami regionu - i mobilna wizytówka miasta gotowa. Podstawowa wersja programu kosztuje 10 tys. zł netto i zawiera dziewięć modułów: 1. Miejsca (np. zabytki warte odwiedzenia, restauracje, stacje benzynowe), 2. Mapa regionu, 3. Informacje o Gminie, 4. Aktualności, 5. Wydarzenia, 6. Pogoda, 7. Galeria zdjęć, 8. Mobilny urząd, 9. Dodaj treść (mieszkańcy czy turyści mogą zgłaszać swoje uwagi.)

- Oczywiście to tylko podstawowy zestaw, który można właściwie dowolnie rozbudowywać. Albo od razu, albo po pewnym czasie użytkowania aplikacji - mówi Marcin Cholewiński z AT Group. Mobilny Samorząd dostępny jest od października i już zainteresowało się programem kilkanaście miejscowości: od dużych miast, po małe gminy.

Eksperci są jednak zgodni, że przygotowanie aplikacji to dopiero pierwszy krok do sukcesu. Później trzeba jeszcze ją rozpowszechnić wśród mieszkańców.

- Samorządy często robią błąd, rezerwując środki na aplikację, ale zaniedbując jej promocję - mówi Bartek Mielecki z firmy Amistad. Przykładem dobrej promocji jest znowu Wrocław, który solidnie przyłożył się do zadania. W efekcie dziś jego aplikacja ma 20 tysięcy aktywnych użytkowników.

Ostatnim już zagadnieniem, które trzeba przewidzieć, jest stałe aktualizowanie aplikacji. Ktoś musi wpisywać do niej nowe wydarzenia w regionie czy informacje z życia gminy. Możliwości są dwie: można zamówić stałą obsługę w firmie tworzącej aplikację lub powierzyć to zadanie pracownikowi urzędu. Wraz z programem gmina dostaje wygodny interfejs, za pomocą którego aktualizowanie wydarzeń czy bazy miejsc w regionie jest bardzo proste i intuicyjne. Istnieje też możliwość, aby aplikacja korzystała z tej samej bazy danych, co strona internetowa samorządu, a nawet stacjonarne infomaty. Wówczas aktualizowane informacje pojawiają się od razu na wszystkich nośnikach.

Ważne, żeby nie zapominać o częstych aktualizacjach i zamieszczać je na bieżąco. W czasach, gdy Internet każdy może już mieć w telefonie, użytkownicy z pewnością szybko wytkną każde niedociągnięcie. 

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY