Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:30

KOŃ TROJAŃSKI PANI PREZES NFZ

Mit o koniu trojańskim, zbudowanym przez Greków za radą Odyseusza, to powszechnie znana z mitologii opowieść. Dziesięcioletnie oblężenie Troi znużyło Greków tak bardzo, że zaczęli szukać innych sposobów – i było warto. Wojownicy ukryci we wnętrzu drewnianego konia zaczekali, aż uradowani odstąpieniem Greków od murów miasta obrońcy udadzą się na spoczynek, by podstępnie ją zdobyć. Prezes NFZ najwyraźniej też zna tę historię i stosuje fortele sprzed tysiącleci.

Godny Odyseusza prezent otrzymali tym razem świadczeniodawcy z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej. Koniem trojańskim jest w tym przypadku propozycja warunków kontraktowania świadczeń na przyszły rok.

Na pierwszy rzut oka NFZ wręcz dodaje im środków. Niestety, w rzeczywistości jest to podstęp. Płatnik odbiera to, co wcześniej zdeklarował. Takiej zmyślnej prezesury jeszcze nie mieliśmy! No cóż, świeża osoba na urzędzie musi się wykazać. Zgodnie z zasadą, że nowa miotła po nowemu zamiata, pani Prezes NFZ, jak może, tak próbuje prześcignąć Perfekcyjną Panią Domu. Ma być na wysoki połysk, a do tego bardzo oszczędnie, żeby jak najwięcej pieniędzy zostało w NFZ. Lekarze rodzinni mają dołożyć do interesu, nie otrzymując w zamian żadnych gwarancji utrzymania się na rynku. Ten szczwany plan znają tylko zaufani. Specjaliści do spraw wizerunku działają. Opinia publiczna ma widzieć w Pani Prezes „męża opatrznościowego”, który wreszcie zapewni opiekę medyczną na europejskim poziomie. Takiego też mają zobaczyć w niej lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, ci mniej zorientowani, oczywiście.

Pijar rewelacyjnie pomyślany. Skoro tak bardzo świadczeniodawcy obawiają się utraty płynności finansowej prowadzonych przez siebie zakładów opieki zdrowotnej po zweryfikowaniu list pacjentów przez EWUŚ, potrzebny jest ktoś, kto zrozumie, pomoże, utuli…. Zatem niczym matka, Pani Prezes postanowiła się zatroszczyć o świadczeniodawców i świadczeniobiorców. Ba, pozostawiła w tyle Ministerstwo Zdrowia i Towarzystwa Lekarskie. I po co się było medykom tyle lat uczyć?

Pani Prezes wie wszystko najlepiej. Zarządzenie, które ma być „ lekiem na całe zło” przygotowała więc z ogromną pieczołowitością, wytyczając, co i kiedy lekarz czynić powinien. Nie wiadomo tylko: jak. A wszytko to na miarę własnych wyobrażeń, autorsko, bez konsultacji z zainteresowanymi.

Koń trojański czy puszka Pandory?

W związku z tym pojawiają się całkiem nowe standardy opieki nad pacjentem. Badania mają być zlecane zgodnie z jakąś wiedzą tajemną pomysłodawczyni, bez jakiegokolwiek logicznego uzasadnienia. A może tu mamy do czynienia nie tylko z koniem trojańskim, ale i z puszką Pandory? A jeśli zwyczajnie chodzi o to, by POZ utonął w długach, czyli się zdematerializował? Bóg Hades już czeka za rogiem.

Opiekę medyczną przejmą zadłużone szpitale, które mogą bez konsekwencji generować straty na koszt organu założycielskiego, czyli powiatu. Na pewno nie poprawi ich sytuacji finansowej przejęcie kontraktów POZ, gdyż koszty diagnostyki wymienianej w zarządzeniu przewyższają stawki za poszczególne świadczenia.

Plan Pani Prezes ma swoją piętę achillesową. Wprawdzie cel w postaci dążenia do wczesnego rozpoznawania i leczenia chorób cywilizacyjnych jest szczytny, lecz dążenie do niego – zupełnie pozbawione logiki. Kilometrowe formularze do wypełnienia zniechęcą najbardziej cierpliwego medyka i jego pacjenta. Miało być sprawnie i bez protestów środowiska, ale lekarze rodzinni przejrzeli Panią Prezes i nie chcą jej konia trojańskiego. Nie zgadzają się na nowe standardy terapii osób przewlekle chorych oraz zapisy zawarte w zarządzeniu, negujące w każdym kolejnym punkcie kompetencje lekarza podstawowej opieki zdrowotnej.

Lekarze na to nie pójdą

Szkoda, że doradcy Pani Prezes nie zapobiegli lapsusom w stylu, że to oznaczanie poziomu cholesterolu co pół roku lub elektrokardiogram co trzy miesiące, mają być wykładnikiem należytej staranności w leczeniu chorych na serce. A może wśród ekspertów zabrakło lekarzy? Pomysł na wczesne rozpoznawanie nowotworów jest również nie trafiony. Zbyt rozbudowane formularze, wymogi diagnostyczne nie tyle pozwolą zdiagnozować raka, co wyprawią w niebyt macierzystą przychodnię pacjenta.

Do tego stopień finansowania jest wręcz obraźliwy. Mimo wysiłku nie udało się jeszcze na nowo skomunalizować podstawowej opieki zdrowotnej. Pani Prezes nie zraża się chwilowym brakiem sukcesu. Już zwierane są szyki. Ostrzone są ostrza, by od 1 stycznia 2014 r. wycięcie EWUŚ-em pacjentów „świecących” na czerwono, czyli zdaniem NFZ nieubezpieczonych, odbyło się natychmiast i bez znieczulenia. Niby to co przychodnie stracą, mogą odzyskać na mocy przygotowanego przez Panią Prezes zarządzenia, ale nawet początkujący w branży dostrzegą, że to fikcja. To jak podsumowanie z popularnego telewizyjnego programu: bardzo ładnie, ale nie przechodzisz dalej.

Po wprowadzeniu wymogów NFZ nie będzie wygranych. Przegra podstawowa opieka zdrowotna, przegrają pacjenci, bo pozbawi się ich dostępu do ich lekarza rodzinnego. Nic dziwnego, skoro zdaniem NFZ w ulepszaniu systemu opieki zdrowotnej należy stosować metody rodem z mitologii. W POZ, w odróżnieniu od mieszkańców Troi, nikt nie śpi. Lekarze rodzinni nie przyjmą od Pani Prezes NFZ jej nawet najpiękniej opakowanego konia trojańskiego.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:30

POPIELA ZJADŁY MYSZY, A NAS ZJEDZĄ…

…pasożyty przewodu pokarmowego! Temat to dla wielu niesłusznie wstydliwy. Po latach alienacji ruszyliśmy poznawać świat, kosztować egzotycznych potraw, wygrzewać się na słońcu, zbierać wspomnienia i fotografie. Zdarza się jednak dość często, że oprócz pamiątek przywozimy z dalekich krajów nieproszonych lokatorów – w postaci robaków przewodu pokarmowego.

Przejściowe zaburzenia gastryczne wiążemy ze zmianą sposobu żywienia – i rozpoznajemy u siebie wywołaną przez  bakterie biegunkę podróżnych. Nie przyjdzie nam nawet do głowy, że nasz organizm być może stał się miejscem wędrówki pasożytów jelitowych, w drodze do osiągnięcia dojrzałości. Zanim parazyty ulokują się w konkretnym narządzie przechodzą kolejne stadia rozwojowe. Wystarczy, że jesteśmy przemęczeni lub zestresowani – a ryzyko inwazji wzrasta.

Niebezpieczna przedszkolna zabawka

Czy zakażenie pasożytami grozi nam tylko podczas urlopu? Wystarczy nie ruszać się z kraju i jesteśmy bezpieczni? Niestety. Przy ogromnym rozpowszechnieniu pasożytów w akwenach wodnych, w surowym mięsie i rybach, ryzyko zainfekowania towarzyszy nam na co dzień.

Wystarczy posłać dziecko do przedszkola, w którym nie przestrzega się zasad higieny. Podawana z rąk do rąk zabawka, to wzajemne „obdarowywanie się” jajami choćby owsika, glisty ludzkiej czy tasiemca karłowatego. Jaja parazyta błyskawicznie trafiają do jamy ustnej malucha i wnet pasożyt zadamawia się w organizmie nowego żywiciela, który jest – bardziej przecież niż dorośli – podatny na to zakażenie.

Gdy rodzice zauważą zmiany w zachowaniu swego dziecka (nadpobudliwość, nerwowość, zaburzenia snu), zaczną szukać pomocy u psychologa. Do lekarza zgłoszą się z przedszkolakiem dopiero po pojawieniu się bólu brzucha, zmniejszeniu apetytu, apatii. Na szczęście diagnostyka robaczycy u dzieci jest prosta i możliwa do przeprowadzenia w praktyce lekarza rodzinnego. Leczenie również nie obciąża organizmu dziecka, choć nawroty zakażeń pasożytami powinny skłonić do weryfikacji placówki przedszkolnej pod względem sanitarnym.

Pasożyt noszony latami

Z dorosłymi może nie być tak łatwo: przebieg infekcji może być bezobjawowy. Co jakiś czas pojawiają się doniesienia badaczy, jak to wiele chorób nowotworowych ma swoje umocowanie w chorobach pasożytniczych.

Bohaterką tych newsów jest przede wszystkim przywra. Zarażamy się nią, jedząc niedokładnie umyte owoce, warzywa, surowe mięso zwierząt i ryb. Ten robak płaski może być powodem brodawczaków pęcherza moczowego, punktem wyjścia do rozrostu nowotworowego narządów kobiecych. „Schistosomatoza jest obok malarii najpoważniejszym w skali światowej parazytologicznym problemem zdrowotnym. Do Polski choroba ta jest zawlekana rzadko” – to cytat z Wikipedii.

Dane to dość chyba już zakurzone. Tak wielu z nas już odwiedziło Azję i państwa Afryki, a jeszcze więcej delektuje się dostępną w Polsce kuchnią orientalną. Okazuje się więc w praktyce, że jednak nie tak rzadko. Jedynie z rozpoznawaniem inwazji pasożytniczej mamy problem. O boreliozie (choroba bakteryjna wywołana przez krętki) też było w Polsce cicho przez wiele lat – póki nie zaczęły nas trawić późne następstwa infekcji roznoszonej przez kleszcze.

Sygnały alarmowe

Parazyty podejrzewa się zazwyczaj dopiero w sytuacji pojawienia się intruza w stolcu. Dzieje się tak, gdyż objawy zakażenia mogą być dość niecharakterystyczne. Organizm sam próbuje poradzić sobie z pasożytem. W stanach spadku odporności dochodzi do manifestacji objawów z powodu znacznego namnożenia parazyta.

Niestety, życie pokazuje, że zbyt rzadko podejrzewa się pasożyty w przypadku osłabienia, drażliwości, „pobolewania” brzucha, wzdęć, ogólnego rozbicia, braku apetytu, nadmiernej męczliwości, nawracającej niedokrwistości z niedoboru żelaza, pokrzywki, bólów głowy. Gdzie leży przyczyna takiego stanu rzeczy? Pewne jest, że wciąż pokutuje przekonanie, że nie wypada „złapać” robaczycy, bo to „choroba brudnych rąk”.

Uważam, że to stwierdzenie już się zdezaktualizowało. Czy mamy wpływ na sposób mycia warzyw i owoców w restauracjach, w których jadamy? Przecież, przebywając w krajach wschodnich i podczas mycia zębów możemy „połknąć jaja”, a nasz organizm jest bardziej podatny na zakażenie niż tubylczy, stykający się z parazytami na co dzień. O infekcję zatem nietrudno.

Rodzime zagrożenia

Leczę mieszkańców okolicznych wiosek od lat. Nie dla nich wyjazdy zagraniczne i jadanie po restauracjach. Z przykrością stwierdzam, że – nie wyjeżdżając z domu – również możemy stać się ofiarą pasożytów przewodu pokarmowego.

Źródłem zakażenia glistą ludzką jest bardzo często woda ze studni. Tak, z tej przydomowej. Któż studnie czyści? Odkaża? Kto sprawdza ich stan epidemiologiczny w wiejskich gospodarstwach? A przecież zwyczaj picia wody prosto ze studni jest zakorzeniony w naszym społeczeństwie od lat. Przegotowana woda (pozbawiona glist) nie jest przecież smaczna. Zimna woda zdrowia doda?!...

Kto zatem winien jest zarobaczeniu naszego społeczeństwa? Po połowie: my sami i nasz system opieki zdrowotnej. Mści się, moim zdaniem – na skuteczności diagnostyki i leczenia – nadmierne rozdrobnienie medycyny. Kształcenie lekarzy zostało podzielone na coraz to bardziej szczegółowe specjalizacje, a umniejsza się rolę lekarza rodzinnego. Większość pacjentów, od chwili wejścia do gabinetu, żąda skierowania do specjalisty. A to właśnie lekarz podstawowej opieki zdrowotnej najlepiej zna środowisko swego pacjenta i ewentualne zagrożenia.

Z przykrością przyznaję, że jedynym badaniem diagnostycznym, jakie jest w zasięgu lekarza rodzinnego jest badanie kału na pasożyty. Znalezienie jaj lub cyst jest dość trudne, często więc medyk otrzymuje wynik: „nie znaleziono”, a to nie oznacza, że w organizmie nie ma pasożytów. Badania serologiczne pacjent musi wykonać na własny koszt, chyba że otrzyma skierowanie z poradni chorób zakaźnych. Ale, by się do niej zarejestrować – długa droga. Bo przecież i tam są limity przyjęć, jak w każdej innej poradni specjalistycznej.

Niedostępny prazykwantel

Z leczeniem tez jest różnie. Mamy preparaty na leczenie obleńców, czyli owsików, glisty czy tasiemca. Gorzej z leczeniem przywry, tak bardzo niebezpiecznej dla człowieka. Prazykwantel nie jest dostępny na polskim rynku farmaceutycznym. Ktoś przeoczył, zapomniał? Import docelowy leku? Jakiś kolejny absurd w naszym systemie opieki zdrowotnej. Czyżby dlatego nie jest dostępny ten lek, bo Polska nie jest już „krajem rozwijającym się”? A może zwyczajnie ktoś z decydentów, w swym codziennym zagonieniu, nie zauważył, jak bardzo – jako obywatele wolnego kraju – staliśmy się światowi?

niedziela, 25 sierpień 2013 17:03

KOZ-y do kozy!

Lata mijają, rządy się zmieniają, a pomysły na poprawienie dostępności do usług medycznych – niby nowe, a jakoś dziwnie trącą myszką. Zdawało się, że stwór pod nazwą Zespół Opieki Zdrowotnej należy do przeszłości słusznie minionej. Tymczasem  odradza się on, niczym Feniks z popiołów, pod nazwą Koordynowana Opieka Zdrowotna (KOZ w skrócie).

Z ostatniego, ubiegłorocznego rankingu europejskiego wynika, że system opieki zdrowotnej w Polsce należy do…najgorszych w Europie. Przyczyną jest brak wykwalifikowanej kadry lekarskiej, przeznaczanie zbyt małej ilości środków na finansowanie oraz zła organizacja, czego następstwem jest limitowanie świadczeń.

Rodzinny filar systemu

Jeszcze kilka lat temu budowano instytucję lekarza rodzinnego. Właśnie medycyna rodzinna miała być filarem systemu. Początkowo zachłyśnięto się tym pomysłem – i tworzył nawet iluzję działań na miarę czasów i potrzeb. Oczekiwania rządzących były jednak inne od wcześniej deklarowanych. Sytuacja znacznie się skomplikowała, gdy lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, świadomi niedofinansowania świadczeń, zaczęli wymagać nie tylko od siebie, ale i od przedstawicieli administracji państwowej.

Postawili oni na partnerstwo w dziele reformowania opieki zdrowotnej. Znali potrzeby zarówno świadczeniobiorców (pacjentów), jak i świadczeniodawców (zakładów opieki zdrowotnej). Domagali się zatem odpowiednich nakładów na rozwój instytucji lekarza rodzinnego. Jednak urzędnicy nie szukali partnerów w środowisku lekarskim – przecież wiedzieli lepiej. Konsensus był ułudą. Medycy nie cieszyli się więc długo kompromisem wynegocjowanym z monopolistą, jakim jest NFZ, przez federację świadczeniodawców skupioną w „Porozumieniu Zielonogórskim”.

Niestety dzisiaj, dekadę po powstaniu tej organizacji w Zielonej Górze (2 sierpnia 2003 r.), jej członkowie stoją w obliczu kolejnego zamachu na pozycję lekarza rodzinnego. Pamięć władzy jest wybiórcza: zapomniano już o zamkniętych 1 stycznia 2004 r. przychodniach i protokole ustaleń z ówczesnym ministrem Leszkiem Sikorskim, który je ponownie przed pacjentami otworzył. Plan płatnika-monopolisty jest prosty: stopniowo ograniczać środki przeznaczane na POZ i przedstawiać go jako największe źródło kosztów w systemie. A przecież to lekarze POZ udzielili w 2012 r. około 140 milionów porad. Jaki jest sens comiesięcznego wysyłaniatych danychdo NFZ, kiedy azymut jest jeden: zniszczyć ideę lekarza rodzinnego, bo… wymyślili ją poprzednicy?

Lektura na letnie popołudnie

Pomija się tym samym zaangażowanie samorządów i lokalnych społeczności przy organizowaniu kameralnych przychodni tak, by lekarz był jak najbliżej chorego i jego rodziny. Wiele gmin do tej pory wynajmuje lekarzom pomieszczenia za przysłowiowa złotówkę, prawidłowo interpretując zadania własne gminy. Wspólnie z miejscowymi medykami organizują akcje prozdrowotne, ściągają specjalistów. Niestety, nasi decydenci – targani potrzebą niszczenia tego, co było – chyba nie do końca wiedzą, gdzie sami chcieliby się leczyć. Być może są zmęczeni ciągłymi pretensjami, dyskusją społeczną, brakiem własnej kreatywności?

Może w letnie popołudnie urzędnicy-potencjalni pacjenci sięgną po raport przygotowany we współpracy z Komisją Europejską – by uzmysłowić sobie, że w Polsce przypadało w 2010 r. zaledwie 2,2 lekarza na 1000 obywateli (najmniej w UE), natomiast przysłowiowy Kowalski korzystał z porady lekarskiej 6,6 razy w roku przy średniej unijnej 6,3 wizyty w roku? Pora wreszcie i w systemie opieki zdrowotnej zastosować profilaktykę, bo przy obecnych działaniach na leczenie rynku usług medycznych wkrótce będzie za późno.

Kombinat na podobieństwo dawnego ZOZ-u ma być lekiem na całe zło… Na pewno nie! Pewne jest jedno: KOZ nie będzie kłopotliwym świadczeniodawcą. To dyrektor-menedżer będzie zawierał umowę na kompleksowe usługi. Odpadną negocjacje ze związkami zawodowymi, skupiającymi medyków – każdy z nich wreszcie pozna swoje miejsce w systemie – i z pracodawcy przeistoczy się w najemnika. Lub, jeśli odrzuci propozycje nie do odrzucenia, zasili szeregi bezrobotnych. Pacjenci stracą swojego lekarza rodzinnego. Wrócą do życia stare ZOZ-y-molochy, dla niepoznaki nazwane KOZ-ą.

Po co to całe zamieszanie i awantury? Wszak wiadomo od dawna, że od samego mieszania herbata słodka nie będzie. Wystarczyło zapewnić odpowiednie środki na funkcjonowanie POZ i AOS. Kolejny raz dobre pomysły pożera zwykła ludzka pycha. Korzystający na co dzień z resortowych jednostek opieki zdrowotnej, wykonują działania pozorowane, rzekomo chcąc poprawić dostęp do usług medycznych.

Jedyny wygrany: NFZ

W efekcie, zamiast czekać w kolejce do specjalisty w niepublicznym zakładzie opieki zdrowotnej, będziemy wystawać przed okienkiem rejestracyjnym szpitala. Nie zwiększy się tym samym ilość specjalistów albo moc przerobowa zakładów diagnostycznych. Nadal będzie brakować w Polsce około 30 tysięcy lekarzy. Zyskają na tym wyłącznie pracownicy NFZ, gdyż zamiast zawierać umowy z pojedynczymi podmiotami świadczącymi usługi, podpiszą kontrakty z KOZ.

A może jest to sposób na to, by zmusić lekarzy specjalistów do ponownego zatrudnienia się w szpitalu, dawnym ZOZ-ie? Szansa na bezpośredni kontrakt z NFZ będzie żadna. Dla mieszkańców dużych miast dostępność usług medycznych nie zmieni się. Pacjent, jak pozostawał anonimowy, tak i pozostanie. Większe zagrożenie będzie dla miast powiatowych. W dobie, gdy szpitale chwycą się nawet brzytwy, by przetrwać – zachęcone warunkami kontraktu z NFZ – podejmą się organizacji KOZ-u, nie mierząc sił na zamiary i w ramach oszczędności zmuszą specjalistów do dodatkowej pracy w poradniach przyszpitalnych. A pacjent? Oby starczyło mu zdrowia i determinacji w walce o należne miejsce w systemie.

KOZ-y mogą też sięgać po pieniądze przeznaczone na podstawową opiekę zdrowotną. Znowu można zebrać wszystkich pod jednym dachem: lekarza rodzinnego, diagnostę, specjalistę i lekarza oddziału szpitalnego. Brzmi obiecująco, ale przy tak ogromnym zapotrzebowaniu na usługi medyczne – czego dowodem są kilometrowe kolejki oczekujących na diagnostykę lub poradę specjalistyczną – obietnice, że KOZ zapewni płynne przechodzenie pacjenta między POZ, AOS i szpitalem, są moim zdaniem całkowicie oderwane od rzeczywistości.  Już teraz szpitale ze swoimi oddziałami ratownictwa nie są w pełni wydolne, zatem branie na barki kolejnych usług z zakresu Ambulatoryjnej Opieki Specjalistycznej  i Podstawowej Opieki Zdrowotnej byłoby przysłowiowym gwoździem do…

Znikające przychodnie

Każdego roku znika z mapy naszego kraju wiele wiejskich przychodni – społeczeństwo się starzeje, młodzi migrują do wielkich miast, lekarze umierają. Dalszego dzieła zniszczenia dokona po 1 stycznia 2014 r. weryfikacja ubezpieczonych poprzez system Ewidencji Ubezpieczonych Świadczeniobiorców (EwUŚ). Według zapowiedzi NFZ po tej dacie każdy obywatel naszego kraju, który będzie zweryfikowany „na czerwono” w Ewidencji, straci bezpłatny dostęp do swojego lekarza POZ. Dla przykładu: w województwie warmińsko-mazurskim to ponad 8 proc. mieszkańców!

Kto zatem będzie ich leczył? Co z respektowaniem zapisów konstytucji? Wszak art. 68 pkt 2 ustawy zasadniczej RP mówi: „Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych”. Niestety, to wciąż idea bez pokrycia. Wprowadzenie Koordynowanej Opieki Zdrowotnej zniszczy budowany od wielu lat system oparty na lekarzu rodzinnym. Małe przychodnie zostaną wchłonięte przez molochy.

A pacjent ? Ten z dużego miasta przywykł do tego, że nawet z ostrą infekcją czeka na poradę wiele dni. W gorszej sytuacji będzie mieszkaniec miasteczka lub wioski. Z dnia na dzień może stracić opiekę medyczną, gdyż nie będzie miał w pobliżu znanego sobie od lat lekarza rodzinnego, który i serca posłuchał, w sprawach rodzinnych doradził i jeszcze ucho umiał wyleczyć, ba,  i na zmiany skórne znalazł sposób, zaś do specjalisty wysyłał tylko w uzasadnionych przypadkach. Widocznie zza biurek urzędniczych nie widać spraw gminnych.

A może nie należy tracić nadziei. Może latem któryś z decydentów zapuści się w odległe od Warszawy rejony i skorzysta z pomocy lekarskiej w jakiejś malutkiej przychodni, gdzie z zaskoczeniem stwierdzi, iż nie konował tam brzuch pasie, lecz w wyremontowanej przychodni czeka na pacjentów specjalista medycyny rodzinnej wyposażony w najnowszą wiedzę medyczną i empatię, tak niezbędną w procesie leczenia. Nie jestem jednak pewna, czy urzędnikowi państwowemu wypada spędzać wakacje w kraju i korzystać ze zwykłej przychodni. Oby znalazł się choć jeden ryzykant.

wtorek, 23 lipiec 2013 21:44

NIE PRZESADZAJMY STARYCH DRZEW…

Wielu z nas lubi wyrzekać, że starość się Panu Bogu nie udała. Nie przeszkadza nam to żyć coraz dłużej.

Średnia wieku w Polsce osiąga już prawie78 lat, czyli tylko o sześć lat mniej niż w przodującej pod tym względem Angorze (średnia około 84 lata – dane za 2011 r.), a o 34 więcej niż w Afganistanie (średnia życia około 44 lata). Te liczby potwierdzają, jak istotna jest obecność ludzi starszych w naszych lokalnych społecznościach. Widać to zwłaszcza w wioskach znacznie oddalonych od wielkich aglomeracji. Nikogo nie dziwi widok staruszków siedzących na ławeczkach przed domami.

Niestety, jest to smutny obrazek, ponieważ metryka często skazuje tych ludzi na samotność, a jedynym jasnym promieniem w ciągu dnia jest wizyta opiekunki zatrudnionej przez Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej. Choć świętujemy kolejne jubileusze, obawiamy się jesieni życia, gdyż nieuchronne starzenie kojarzy się nam z chorobami, smutkiem, rezygnacją z dawnych pasji i oczywiście z kresem życia. Faktycznie, tylko co dziesiąta osoba po 60. roku życia ma szczęście starzeć się pozytywnie, to znaczy wolniej niż wskazuje na to PESEL. Jest to okres „trzeciej młodości”, pozbawiony dodatkowych chorób, które (starzenie patologiczne) nakładają się na fizjologiczny proces stopniowego pogarszania się funkcji życiowych organizmu.

Starość paradoksalnie szczęśliwa

I właśnie ten czas – między 60. a 74. rokiem życia (starość wczesna) – może stać się tym najszczęśliwszym. Udowodniono, że o wiele wolniej starzeją się osoby prowadzące aktywny tryb życia. Niektórzy świadomie rezygnują z własnych pragnień i całkowicie angażują się w świadczenie usług na rzecz rodziny. Inni, którzy nie dadzą się wmanewrować w utrzymywanie niepracującej części rodziny, gotowanie obiadów, spłaty kredytów lub codzienne niańczenie wnucząt, mają wreszcie czas dla siebie i świat staje przed nimi otworem! Portale społecznościowe wspomagają w odnowieniu dawnych znajomości i nie jest już zaskoczeniem widok staruszka z laptopem.

Rzecz jasna, nie neguję pozytywnej roli funkcjonowania rodzin wielopokoleniowych, kiedy to najstarszy z rodu jest swego rodzaju wyrocznią, źródłem informacji o historii rodziny oraz orędownikiem tradycji, w zamian otrzymując miłość, opiekę i szacunek. Takie osoby czują się potrzebne po kres swego życia i, o ile nie zepsuje tego postępujące otępienie , ich starzenie przebiega w sposób łagodny i nigdy nie dotknie ich poczucie odrzucenia.

Wczesny okres starości, czyli między 60. a 74. rokiem życia ma kolosalny wpływ na kolejne etapy starzenia się. To czas, kiedy jesteśmy jeszcze niezależni od innych, toteż powinniśmy pomyśleć o zapewnieniu sobie godziwych warunków, by kiedyś nie „przesadzono nas” wbrew naszej woli. I tak, zawczasu, należy zadbać o swoją sprawność fizyczną, uporządkować sprawy majątkowe, zdecydować o miejscu zamieszkania, zabezpieczyć ewentualne wsparcie w chwilach, kiedy nastąpi pogorszenie naszego zdrowia. Przeprowadzenie się do mieszkania zlokalizowanego na czwartym piętrze w bloku bez windy jest zupełnie pozbawione sensu, podobnie jak przepisywanie domu na osoby bliskie bez zapewnienia sobie dożywocia. Znam wiele przygnębiających historii starszych ludzi, którzy zaufali swoim obecnym prześladowcom.

Renesans kultury lokalnej

Kiedy już poukładamy od nowa swoje życie, pora zacząć korzystać z jego uroków. Pomoże w tym dobrze zorganizowana wioska i gmina. Koła Gospodyń Wiejskich oraz zespoły ludowe na nowo powróciły do łask i przestały nam się kojarzyć z czasem słusznie minionym. Z podziwem spoglądam podczas gminnych uroczystości na moje pacjentki, które zaledwie kilka dni wcześniej wyrzekały w moim gabinecie na liczne przypadłości sędziwego wieku, a teraz uśmiechnięte i bardzo szykowne, przebrane w strój ludowy, z zaangażowaniem serwują swojskie pierogi lub podrygują na scenie, śpiewając ludowe przyśpiewki. Zespół Jarzębina i popularność piosenki przygotowanej na Euro zdecydowanie przyczyniły się do zmiany postrzegania tej formy aktywizacji osób starszych. Te energiczne kobiety w różnym wieku udowodniły, że można czerpać radość życia pełnymi garściami bez względu na metrykę. Na szczęście wielu im pozazdrościło sławy i witalności, toteż powrót do tradycji stał się znowu modny.

Spotkania wielu pokoleń są nieocenione w radosnym funkcjonowaniu lokalnych społeczności. Widzę tu ogromne pole do popisu dla sołtysów i Gminnych Ośrodków Kultury, nawet w niewielkich miejscowościach. Wystarczy znaleźć cel, który zmobilizuje mieszkańców, a wieś przestanie zionąć nudą i choroby przestaną być głównym tematem rozmów. Konkursy na najpiękniejszy ogród przy domu albo wspólne pisanie jajek wielkanocnych integrują i zmuszają do wyjścia z domu. Cieszą mnie stwierdzenia pacjentów, że „nie mają czasu chorować”, bo jutro występują w sąsiedniej gminie, a pojutrze uczestniczą w wieczorze autorskim w bibliotece.

Z przyjemnością wygłaszam prelekcje na zaproszenie słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku – oni bowiem najchętniej korzystają z porad lekarskich. Wiedzą, że czas nie stoi w miejscu, a w porę rozpoznane i leczone schorzenie pozwoli utrzymać dotychczasową sprawność i niezależność. Pamiętajmy, że bardzo wąska jest granica między fizjologicznym procesem starzenia się, a nakładającą się patologią. Zachęcam zatem, by podczas gminnych uroczystości nie zapominać o punktach pomiaru ciśnienia tętniczego czy poziomu cukru we krwi. Choroby „kradną” nam te najlepsze lata i są powodem inwalidztwa, spadku sprawności i zdolności do samodzielnej egzystencji.

Lista spraw do załatwienia

W obliczu starzenia się społeczeństwa nasze działania powinny być ukierunkowane na wsparcie seniorów w ich codziennym funkcjonowaniu. Zapewnienie opieki medycznej w pobliżu miejsca zamieszkania oraz możliwości dojazdu do przychodni czy punktu aptecznego w dobie komercjalizacji nakłada na gminy obowiązek ujęcia w budżecie wydatków na dofinansowanie nie zawsze rentownych zakładów opieki zdrowotnej. Osoby piastujące zaszczytne funkcje radnych reprezentują przecież wszystkich mieszkańców, w tym też sędziwą część lokalnej społeczności.

Osobny problem stanowi opieka nad osobami, którym nie jest dane pozytywne starzenie się. Nie dla nich wycieczki i bale seniora. Dolegliwości przypisane do sędziwego wieku, w tym postępująca demencja, skazują je na łaskę osób trzecich. Istotne jest, by – choć schorowane i nie zawsze w pełni świadome – mogły dożyć swych lat w godziwych warunkach tak, by nie stanowić zagrożenia dla siebie i otoczenia. Dobrze, jeśli mogą starzeć się przy najbliższych. Gdy zabieramy seniora do siebie, pamiętajmy o tym, żeby staruszek zabrał ze sobą część swojej przeszłości – w postaci przedmiotów z dawnego domostwa. Towarzyszące im od lat obrazy religijne, zdjęcia najbliższych, ulubiona poduszka czy fotel spowodują, że nasz podopieczny nie będzie czuł się wyobcowany w nowym środowisku.

Nie jestem zwolenniczką „przesadzania” seniorów kilka razy w roku w ramach równego dzielenia obowiązków pomiędzy potomstwem sędziwej osoby. Ledwo bowiem zdąży się przyzwyczaić do nowego układu pokoi i mebli, już ma spakowane walizki i rusza na nowe włości. Takie zmiany miejsc pobytu skutkują zwiększonym ryzykiem upadków i złamań w przebiegu osteoporozy. Osoby podrzucane jak kukułcze jaja, wycofują się z życia, zamykają w sobie, popadają w depresję, gdyż czują się ciężarem dla swoich bliskich. Pozostają samotne w domu pełnym ludzi. Może lepiej byłoby zorganizować opiekę w miejscu zamieszkania i, zamiast wyrywać starca z korzeniami z dotychczasowego środowiska, odwiedzić go kilka razy w roku i ofiarować mu swój czas i zainteresowanie.

Mit złego DPS

Samotne życie, zwłaszcza na wsi, jest bardzo trudne. O wiele lepiej funkcjonują ci, którzy na starość  trafiają do Domu Pomocy Społecznej. Tutaj mają zapewniony wikt i opierunek, a do tego znajdują zrozumienie wśród swoich rówieśników. Nikomu nie przeszkadza setne opowiadanie opowieści dotyczących wydarzeń sprzed lat, a celebrowanie uroczystości rodzaju „Dzień przedwojennego chłopaka” (DPS Bartoszyce) czy Piknik „Pod kapeluszem” (DPS Szczurkowo) dostarcza rozrywek na miarę możliwości wiekowych uczestników. Wśród podobnych sobie mniej dokucza samotność i niepełnosprawność, bo pomoc kompetentnych opiekunów jest w zasięgu ręki.

Niestety, pokutuje w naszym społeczeństwie przekonanie, że DPS jest złem koniecznym. Nie zgadzam się z tym mitem. Mam pacjentów – pensjonariuszy Domu w Szczurkowie. Znam obecne funkcjonowanie DPS w Bartoszycach, który odwiedzałam już wiele lat temu jako harcerka. To nie są domy starości, lecz prawdziwe DOMY dla ludzi w jesieni życia – w których każdy czuje się ważny, bezpieczny i otrzymuje pomoc, jakiej potrzebuje. Szkoda tylko, że nie ma możliwości świadczenia geriatrycznych usług hotelowych przez DPS. Bardzo ułatwiłoby to życie rodzinom opiekującym się staruszkami. Zamiast umieszczać ich w oddziałach geriatrycznych na czas wyjazdu najbliższych na wczasy, rodziny mogłyby wykupić „turnus” w DPS, by zapewnić nestorowi rodziny właściwe warunki i opiekę, a samemu mieć czas na zregenerowanie sił do dalszego sprawowania opieki.

Kończąc swoje rozważania nad przemijaniem, pozostaje mi życzyć nam wszystkim pogodnej jesieni życia wśród tych, którzy szanują siwy włos i potrafią docenić rolę seniora w lokalnej społeczności. Mając jednak na uwadze nieuchronność procesu starzenia, już dziś zaplanujmy sobie starość, by kiedyś nie przesadzono nas w nowe miejsce wbrew naszej woli.

wtorek, 25 czerwiec 2013 00:13

WAKACYJNY HORROR PRZYCHODNIANY

Zdawać by się mogło, że już z początkiem czerwca lekarze mimowolnie czują letnie rozleniwienie, ponieważ hole przychodni i szpitali świecą pustkami, a rejestratorki z utęsknieniem wypatrują potencjalnych pacjentów na podobieństwo scen z popularnych seriali. Nic bardziej mylnego.

Okazuje się, iż personel w bieli nawet w słoneczne dni nie narzeka na brak zajęcia. Jedynie przewlekle chorzy pacjenci, zawczasu zaopatrzeni w recepty wypisane na trzymiesięczną kurację, wolą spędzać czas na świeżym powietrzu. Zwolnione przez nich miejsce błyskawicznie zostaje jednak zajęte.

Uzbierana składka to pikuś

Pierwszą grupę stanowią urlopowicze, którzy regularnie muszą przyjmować leki, ale jadąc na wakacje nie zabrali ze sobą ani niezbędnych lekarstw, ani niezbędnej dokumentacji z przebiegu terapii. Ustalenie, jakie tabletki przyjmują i z jakiego powodu zastosowano tego rodzaju leczenie, graniczy z cudem, podobnie jak zrozumienie przez nich faktu, że powinni korzystać z pomocy lekarskiej poza swoją macierzystą przychodnią jedynie w nagłych zachorowaniach. Argument, że „jestem ubezpieczony i leczę się, gdzie mi pasuje” niczym echo odbija się od ścian przychodni.

W odróżnieniu od tych „zapominalskich”, niektórzy, jakby z premedytacją, nawiedzają obcą sobie kadrę przychodni, przedstawiając lekarzom stos dokumentacji i żądając „świeżego” spojrzenia na ich problem zdrowotny. To dotyczy zwłaszcza lekarzy z dużych miast. Kilku takich pacjentów w ciągu dnia, a kolejka wydłuża się w nieskończoność.

Współczuję też „wakacji” w przychodni kolegom pracującym w miejscowościach atrakcyjnych turystycznie. Ilość zgłaszających się turystów często przekracza „moce przerobowe” zakładu opieki zdrowotnej, a przecież miejscowi pacjenci nie przestają korzystać z usług medycznych, więc raczej nikt nie jest zadowolony, gdyż nie wiadomo, kto przodem: „swój” czy „obcy”? Inny problem stanowią pacjenci, którzy cały rok pracują za granicą, latem zaś korzystają z urlopu i postanawiają się „dokładnie przebadać”, ponieważ „cały rok płacą składkę zdrowotną”. Na widok takowych jestem po prostu przerażona.

Diagnostyka, jakiej się domagają, znacznie przekracza „uzbieraną składkę”, zaś miny darczyńców budzą we mnie chęć wyjaśnienia jak to kapitacyjnie na rok na pacjenta między 20. a 65. rokiem życia do każdej przychodni POZ wpływa 96 złotych, co daje 8 złotych miesięcznie. A badanie ultrasonograficzne jamy brzusznej to co najmniej 70 złotych, badanie radiologiczne klatki piersiowej 30 złotych, wybranego odcinka kręgosłupa 70 złotych, panel podstawowych badań laboratoryjnych  to prawie 100 złotych, co oznacza, że lekarz rodzinny musi „dołożyć” do takiego „nie chorującego” pacjenta.

Wakacyjni opiekunowie krążą stadami

Od lat, kiedy zbliża się czas urlopów, niczym senna mara prześladuje nas wizja rzesz tak zwanych wakacyjnych opiekunów. Letnia pora wydaje się być tą najbardziej odpowiednią, by nadrobić zaległości w opiece nad rodzicami, nagromadzone w ciągu wielu miesięcy bądź lat. Lista roszczeń zgłaszana przez tych doraźnych opiekunów jest wprost proporcjonalna do długości samotnych zimowych wieczorów. Przyjezdny krewny-urlopowicz, zdeterminowany chęcią przeorganizowania staruszkowi życia, z poświęceniem targa swojego wiekowego rodzica to do lekarza, to znów na badania. Starszy człowiek wzdycha, z rezygnacją wkłada odświętny strój i rusza za swoim dorosłym już dzieckiem. Godzi się na ten maraton, ale wkrótce ma dość takiej wizyty. Chociaż czuje się zmęczony, nie ma odwagi wyartykułować, że największym jego problemem jest przecież samotność przez większą część roku, nie zaś strzykanie w stawach czy wysoki cholesterol.

Niestety, troskliwi goście wpadają zazwyczaj jedynie na 2-3 dni i to z konkretnym planem działania. Nie  zarezerwowali w nim czasu na bezczynne przesiadywanie na ławeczce w ogrodzie i wsłuchiwanie się w opowieści sprzed lat. Prosto od lekarza rodzinnego biegną do opieki społecznej. Obrywa się wszystkim po kolei. W trakcie krótkiego pobytu zdążą niekiedy, negując opinię lekarza POZ, zaczepić jeszcze o szpitalny oddział ratownictwa, by wreszcie z bólem serca przyjąć do wiadomości, że wszystkiemu winna starość. Czas odwiedzin mija bardzo szybko i wkrótce wymordowany tą niecodzienną troską nobliwy rodzic ze łzami w oczach żegna swoich najbliższych, wzdychając nad swoim losem i nad faktem, że „nawet z nim nie porozmawiali”. Na rozmowy nie starczyło czasu, gdyż od rana do nocy próbowali poukładać rodzicielowi życie od nowa. Cóż staruszkowi po zapełnionej wiktuałami lodówce, kiedy pozostaje tęsknota za towarzystwem najbliższych. Pozostaje czekać w nadziei, iż za rok może będzie inaczej.

Wcale nie lepiej mają starsi ludzie mieszkający „przy rodzinie”. Ich opiekunowie wręcz boją się tych dorocznych odwiedzin-inspekcji. Nieraz mogłam się o tym przekonać, w moim rejonie leczniczym jest bowiem bardzo wiele osób w sędziwym wieku, których dzieci wyjechały w świat w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Przynajmniej kilka razy podczas wakacyjnych miesięcy muszę wysłuchać skarg z obydwu stron. Ci, którzy na co dzień trwają przy swych starych rodzicach, latem dodatkowo są obciążeni bieganiem przy gościach, którzy nie szczędzą zarówno krytyk, jak i złotych rad w zakresie opieki nad staruszkiem. Frustracja miejscowych jest ogromna. Wiem, jak znojne jest codzienne borykanie się z przywarami starości. Zaburzenia pamięci, starcze natręctwa, ograniczenie sprawności ruchowej i zdolności do samoobsługi, nie zawsze dają się skorygować podczas zastosowanego leczenia.

Poświęćmy bliskim więcej czasu

A mogło być tak miło! Można przecież przyjechać z uśmiechem na twarzy, podziękować powinowatym za opiekę nad rodzicem. Byłoby jak w bajce, gdyby przyjezdni zaproponowali dotychczasowym opiekunom „zastępstwo”, zamiast pełnym oburzenia tonem zgłaszać pretensje. Jestem pewna, że jeśli nie zabrakłoby choćby odrobiny empatii, to goście stanowiliby wyczekiwaną wyrękę podczas tych wakacyjnych dni, a niosący pomoc staruszkowi przez pozostałe miesiące roku mieliby choć kilka dni wytchnienia i zapewne zaproszenie na przyszły rok byłoby bardziej spontaniczne.

Nie popadajmy jednak w skrajności. Są, rzecz jasna, wyjątki od tej reguły. Zdarzają się rodziny, które znając zasadę, że starych drzew się nie przesadza, przyjeżdżają na dłużej, przeprowadzają w domach rodziców remont, kupują opał, organizują pomoc sąsiedzką, uzgadniają z lekarzem rodzinnym możliwości poprawienia jakości życia tak, by staruszek mógł dożyć swoich lat w jak najlepszej kondycji i warunkach. Niekiedy na kilka tygodni przejmują opiekę nad rodzicem, by dajmy na to brat z bratową mogli wyjechać na zasłużony urlop. Z radością słucham relacji o takich sytuacjach, wspieram działania tymczasowych opiekunów i jestem dla nich pełna uznania. Letnie odwiedziny nie mogą być przecież zamachem na dotychczasową egzystencję leciwej osoby. Podkreślić pragnę fakt, że nestorzy naszego społeczeństwa znajdują ogromne wsparcie w gminnej opiece społecznej czy też w swojej macierzystej przychodni, a instytucja sąsiada jest w małych miejscowościach godna naśladowania.

Odwiedzajmy zatem naszych sędziwych krewnych, darując im swój czas, cierpliwość i wsparcie w granicach zdrowego rozsądku. Niewielu z nas ma szczęście dożyć pomyślnej starości, czyli pozbawionej przyległości wynikających z chorób wieku podeszłego. Wykorzystajmy te słoneczne miesiące i nagromadźmy zapasów witaminy D na długi zimowy czas. Na progu lata życzę zatem szanownym Czytelnikom  bezpiecznego wypoczynku, a pracującym lekarzom rodzinnym, by nie dotknął ich opisany przeze mnie horror. A może i mnie wyjątkowo ta nawałnica ominie tego lata?

ANNA OSOWSKA

Zastępca redaktora naczelnego gazety „Zdrowie dla każdego”, specjalista chorób wewnętrznych, endokrynolog, menadżer opieki zdrowotnej. Od 1999 r. prowadzi Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej „Nasza Przychodnia” w Sępopolu praz praktykę endokrynologiczną w Bartoszycach. Wcześniej kierownik Przychodni Rejonowej, potem dyrektor Zakładu Lecznictwa Otwartego w Sępopolu. Od ponad 20 lat prowadzi edukację osób chorych na cukrzycę. Otrzymała tytuł „Wolontariusza roku” za działalność społeczną na rzecz gminy Sępopol.

poniedziałek, 27 maj 2013 14:26

Aby karetka zdążyła dojechać na czas….

Droga ambulansu do pacjenta poza wielkimi miastami przypomina bieg przez tor przeszkód. Już sam dojazd przez dziury w lokalnych drogach na pewno nie należy do najszybszych. Ale prawdziwe problemy mogą zacząć się już na miejscu…

- No gdzie ONI są? Ile można czekać na to POGOTOWIE? Umrzeć można!

- Przez Warszawę jadą, czy co?! Składkę to umieją brać, ale pomocy żadnej! Jeny, ale ciemno! Nic nie widać! Boże! Z dziadkiem coraz gorzej! Czy karetka zdąży na czas?

Podczas, gdy wóz Oddziału Ratunkowego tańczy taniec Wita po wybojach, zdenerwowana rodzina biega wzdłuż drogi i złorzeczy, ile wlezie, zapominając, że dojazd do chorego nie jest  łatwy – wręcz stanowi „stan zagrożenia życia” dla zespołu wyjazdowego. Jeśli rzecz by się działa między wsią Króle a Paluzami, pacjent mógłby się nie doczekać pomocy, gdyż ta utknęłaby na rozjeżdżonej przez ciągniki drodze. Gdyby zaś wzywano do Galinek, najpierw ratownicy musieliby pozbierać koła karetki wyrwane podczas karkołomnego pokonywania dziur w asfalcie na trasie Galiny-Bajdyty. Spokojnie wypatrywać ratowników mogą za to mieszkańcy Sokolicy, bo droga u nich jak marzenie, nie dawno zresztą  remontowana, a właściwie budowana od nowa. Oj, nie ma sprawiedliwości, oj, nie ma…

- Uf, już z dziadkiem lepiej. Duszność mniejsza!

- O, światła widać! Chyba jadą!

- Czy to Klamrowo Kolonia 16?

- Tak, to tutaj!

- No, nareszcie jesteście! Dłużej nie było można? Człowiek w potrzebie, a wy jedziecie i jedziecie…

- Ludzie, jak do was dojechać?! Najpierw mało nam kół nie pourywało na tych dziurach, a potem nie mogliśmy znaleźć adresu. Ciemno, jeździliśmy po wsi, a do tego budynki nie oznakowane, pusto, trzeba było do ludzi pukać, a ci bali się otwierać…

- Podawaliśmy adres!

- I co nam po adresie? Ktoś z was podał, że to na wsi? Przecież to już kolonia! Nie wiecie, gdzie mieszkacie? O, spójrzcie! A gdzie numer domu?

- No przecież czekamy przy drodze! Ale faktycznie z  tych nerwów zapomniałam powiedzieć, że mieszkamy na kolonii za wsią, a numeru nie ma, bo stara tabliczka z numerem odpadła, a nowa leży w sieni.

- Na wsi tak zawsze! A potem zawsze pretensje do pogotowia! No dobra, szkoda czasu! Prowadźcie do chorego!

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

środa, 24 kwiecień 2013 20:48

CISZA PRZED BURZĄ

Zdawać by się mogło, że mimo styczniowych zawirowań związanych z wprowadzeniem systemu Elektronicznej Weryfikacji Ubezpieczonych Świadczeniobiorców (EWUŚ), podstawowa opieka zdrowotna działa dość sprawnie, a pacjenci bez lęku mogą zwracać się po pomoc do swego lekarza rodzinnego. No cóż, pozory mylą.

W rejestracji cisza i porządek. Pacjenci okazują dowód osobisty – i nawet jeśli pomyłkowo „zaświecą na czerwono”, to składają oświadczenie o swym ubezpieczeniu i bez problemu nieodpłatnie otrzymują pomoc medyczną. Przestaliśmy też  wyrzekać na SYSTEM, bo to przecież tylko jedno dodatkowe kliknięcie myszką. Przyzwyczailiśmy się wszyscy do nowych procedur:  pacjent, dowód osobisty, weryfikacja EWUŚ, ewentualne oświadczenie i usługa medyczna w ramach POZ.

Kilkugodzinna awaria EWUŚ też nie zmąciła dobrego samopoczucia. Pacjentów ciągle przybywa, bo społeczeństwo spracowane, a i coraz to starsze, ale siedzą cichutko w oczekiwaniu na swoją kolej, bo swojego lekarza znają od lat i ufają mu bezgranicznie. Niestety, jest to cisza przed burzą. Na razie lekarz rodzinny bez względu na to ile osób „świeci na czerwono”, czyli – według danych przekazanych przez KRUS i ZUS – nie ma prawa do świadczeń zdrowotnych w ramach NFZ, otrzymuje co miesiąc 1/12 rocznej stawki na pacjenta zgodnie z tzw. listą aktywną, czyli ilością złożonych deklaracji wyboru lekarza na pierwszy dzień kolejnego miesiąca. Starcza zatem na opłaty stałe, diagnostykę pacjentów, pensje pielęgniarek i wynagrodzenie lekarzy.

Magiczny termin 1 czerwca

Sytuacja stabilna, chociaż o wzroście stawki kapitacyjnej NFZ nie chce słyszeć od lat. Tłumy pacjentów w przychodni jak zawsze, toteż zapracowany medyk – właściciel przychodni – nie uświadamia sobie,  jak bardzo zmieni się sytuacja finansowa przychodni i pacjentów po pierwszym czerwca br. Nawet mu się nie śni, że może zostać bez pracy, a jego chorzy bez opieki medycznej. Skąd ten magiczny termin 1 czerwca? Otóż, od tego dnia podstawą do wypłacania stawki kapitacyjnej będzie lista osób, które złożyły deklarację i posiadają prawo do świadczeń zdrowotnych w ramach ubezpieczenia zdrowotnego zgodnie z danymi w EWUŚ.

W czym więc problem? Logiczne jest przecież, że jeśli lekarz ma umowę z NFZ, to powinien pobierać tylko kapitację na pacjentów, którzy opłacają składkę zdrowotną. Oczywiście, że tak – ale co, jeśli system weryfikacji danych jest wadliwy? Kto ma ponieść koszty rozbieżności między stanem faktycznym, a danymi w EWUŚ? Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż to świadczeniodawcy z zakresu POZ mają w całości stać się kozłami ofiarnymi kolejnych etapów reformowania systemu opieki zdrowotnej.

To, że pacjent „świeci się na czerwono” w EWUŚ nie oznacza na 100%, że nie jest on ubezpieczony. Bardzo często zdarzają się błędy w danych przekazanych do NFZ.  Do tej pory wystarczało oświadczenie pacjenta , lecz przecież to nie dane zawarte w EWUŚ były podstawą do wypłacania kapitacji. Jeśli zatem EWUŚ stanie się jedynym weryfikatorem aktywnych list pacjentów po 1 czerwca, może wnet się okazać, że jego znaczenie jest jeszcze większe niż można było przypuszczać. Dla wielu przychodni stanie się on bowiem przyczyną utraty płynności finansowej. Dla przykładu: na Warmii i Mazurach średnio EWUŚ wykazuje 9,6% nieubezpieczonej dorosłej populacji.

Ze zgromadzonych przeze mnie danych wynika, że w każdej przychodni jest inna liczba osób nieubezpieczonych wskazywanych przez EWUŚ. I tak: przychodnia obejmująca opieką 3950 osób ma 466 „świecących na czerwono” dorosłych osób, co stanowi 18,1% populacji i oznacza utratę rentowności zakładu po 1 czerwca br. Inne dane: pod opieką 3100 osób, w tym 276 nieubezpieczonych, co daje 8,9% populacji; 7500 pod opieką, 500 nieubezpieczonych, tj.6,6%; 8600/590=7%; 5550/270=5%; 8400/820=10%.

Przedłużyć okres karencji

W każdym rejonie kraju sytuacja jest inna. Ogromne znaczenie ma wskaźnik bezrobocia, odległość od granicy państwa, gęstość zaludnienia, struktura zatrudnienia i wiele innych czynników, jak chociażby świadomość, że należy zgłosić do ubezpieczenia dzieci po uzyskaniu pełnoletniości. Na Mazowszu zgodnie z danymi NFZ jest 6,6% nieubezpieczonych, ale w przychodniach Radomia i okolic kształtuje się to różnie: na 3008 osób zdeklarowanych do danej przychodni wypada 279 „świecących na czerwono”, co daje 9,27%. W innych: 1380/40=2,89%; 15000/1500=10%; 2000/144=7,2%; 9500/921=9,69%.

W praktyce dla wielu podmiotów świadczących usługi z zakresu POZ oznacza to zniknięcie części zakładów opieki zdrowotnej z mapy świadczeniodawców usług medycznych naszego kraju. Przyczyną tego będą błędy danych zawartych w EWUŚ. Co z tego, że świadczeniodawcy będą mogli się odwoływać, dochodzić swych praw choćby drogą sądową, gdy ich byt będzie już należał do przeszłości? Mieszkaniec małej miejscowości z dnia na dzień zostanie pozbawiony opieki medycznej, bo im mniejsza populacja, tym większe ryzyko bankructwa dla rozczłonkowanych po wiejskich filiach zakładów. Idea lekarza rodzinnego, który jest jak najbliżej pacjenta, zna jego problemy od lat i czuje się odpowiedzialny za każdego z osobna, będzie przytaczana na podobieństwo opowieści o szklanych domach.

A miało być tak pięknie! EWUŚ miał wprowadzić spokój i porządek. Czyżby wylano dziecko z kąpielą? Czy jest zatem jakiś ratunek i dla pacjentów, i dla przychodni? Oczywiście, że jest!

Wystarczy „odroczyć” tę egzekucję, pozwolić EWUŚ-owi  by „dojrzał” i przedłużyć okres karencji, aby „zweryfikować” system weryfikacji ubezpieczonych. Ewentualnie przy opracowywaniu nowego planu finansowego obowiązującego od 1 czerwca wprowadzić współczynniki korygujące dla populacji między 19 a 65 rokiem życia (największa liczba „świecących na czerwono”), by zgodnie z oświadczeniem Prezesa NFZ nie odbierać środków przeznaczonych na POZ. Czas pokaże, czy rozsądek weźmie górę nad bezdusznym weryfikatorem danych. Oby decydenci potrafili choć na chwilę wstać zza biurek i wcielić się w sytuację mieszkańca przeciętnej gminy i jego lekarza rodzinnego, zanim podejmą nieodwracalne decyzje, które zaskoczą nas wszystkich tak, jak tegoroczne wielkanocne opady śniegu.

Do czego to doszło? Żeby głosy ze znanych kreskówek namawiały nas – Polaków – do badań profilaktycznych? Tego jeszcze nie było.

A może to świetny sposób na to, by przywołując wspomnienia sympatycznych postaci z ekranu, zaszczepić w naszych umysłach taką właśnie potrzebę? Chwała Jerzemu Stuhrowi! Jeszcze niedawno sam toczył batalię z ciężką chorobą, a teraz pomaga innym – znakomicie wykorzystując siłę swojego autorytetu. Szkoda tylko, że współpracujący z nim w kampanii „Rak – to się leczy” Jarosław Boberek z obezwładniającą telewidza szczerością przyznaje się na łamach telewizji śniadaniowej, że on to jeszcze się nie przebadał, bo… brak mu czasu.

Wierzę, że gdy piszę ten tekst, pan Jarosław nadrobił zaległości i nie będzie już ośmieszał akcji, w której bierze udział. Nie do końca – jako lekarz pracujący w małej miejscowości – jestem pewna zwiększenia ilości badań profilaktycznych po tych zabawnych nawoływaniach. Mam świadomość, jak trudno dostać się „na Fundusz” chociażby do urologa – a rak prostaty jest przecież u mężczyzn trzecim nowotworem co do częstotliwości występowania, zaraz po raku płuca i jelita grubego. Ale co do jednego nie mam wątpliwości: hasło kampanii przyczyni się do obalenia mitu, że rak to wyrok.

Lepiej nie wiedzieć

Moim zdaniem właśnie to – pielęgnowane od lat w społeczeństwie – przekonanie o śmiertelności chorób nowotworowych jest przyczyną unikania badań profilaktycznych, bo jak powtarza to z uporem wielu moich pacjentów: „lepiej nie wiedzieć”. Narodowy Program Zdrowia przyjęty Uchwałą Rady Ministrów  Nr 90/2007 obejmuje cele strategiczne i sposoby ich realizacji w latach 2007-2015.

Za cel Programu stawiane jest między innymi zmniejszenie rozpowszechnienia palenia tytoniu (profilaktyka chorób od tytoniowych w tym nowotworów), usprawnienie wczesnej diagnostyki oraz zwiększenie efektywności leczenia nowotworów złośliwych szyjki macicy i sutka u kobiet po 50. roku życia. I słusznie, ponieważ u kobiet rak piersi zajmuje pierwsze miejsce pod względem częstości zachorowań, a rak płuca drugie – przed rakiem jelita grubego i rakiem szyjki macicy, u mężczyzn zaś rak płuca jest na pierwszym miejscu, a zaraz po nim, jak już wspomniałam, są: nowotwory jelita grubego, rak żołądka i prostaty.

Nowotwory są przyczyną przedwczesnej umieralności Polaków w młodym i średnim wieku. Wiadomym jest, że o możliwości radykalnego leczenia decyduje rodzaj raka oraz stopień jego zaawansowania w momencie rozpoznania. Czy rzeczywiście każdy z nas ma, niczym detektyw, na własną rękę zacząć poszukiwania ewentualnego „obcego” w swoim ciele? A może wystarczy skupić się na tych narządach wewnętrznych, w których rak zasadza się najczęściej? Przejrzeć statystyki i ruszyć do akcji? A jeżeli los da pstryczka w nos danym GUS i sprezentuje nam nieco rzadziej występujący nowotwór, np. białaczkę?

Oczywiście, nie popadajmy w paranoję, bo nie każdy z nas zachoruje na raka. Ryzyko jednak istnieje. Nie wolno nam o tym zapominać. Cóż zatem czynić, aby rozsądnie zastosować prewencję pierwotną, nim popadniemy w karcinofobię lub nerwicę lękową? I tu widzę strefę działania Ministerstwa Zdrowia we współpracy z NFZ, władzami  samorządowymi, lekarzami podstawowej opieki zdrowotnej i poradniami specjalistycznymi. Już uczyniono pierwsze kroki. Z jednej strony przeprowadzane są bezpłatne badania mammograficzne, cytologiczne, kolonoskopie (dla osób po pięćdziesiątce z grup ryzyka). Z drugiej szkolenia dla lekarzy rodzinnych z zakresu onkologii.

„Wszystkich nie da się przebadać”

Chwała decydentom! Ale skoro przy każdej okazji podkreśla się, iż „wszystkich nie da się przebadać”, to może pora pomyśleć o badaniach bilansowych dla osób dorosłych – na podobieństwo bilansów przeprowadzanych u dzieci?  Zaczęlibyśmy od 35-latków i co 5 lat w podstawowej opiece zdrowotnej „zdrowy” pacjent realizowałby program prewencyjny. Wystarczy „połączyć” już istniejący – choć niestety kulejący – program profilaktyki chorób układu krążenia z profilaktyką chorób nowotworowych.

Za każdym razem przed wejściem pacjent odpowiedziałby pisemnie na dosłownie kilka prostych pytań. Następnie lekarz rodzinny, po rozmowie i zbadaniu takiej osoby, wyznaczałby zakres badań dodatkowych, zgodnie z ryzykiem zachorowania na poszczególne schorzenia, przy zachowaniu tzw. pakietu podstawowego, czyli: podstawowe badania krwi, badanie radiologiczne  płuc, EKG i badanie ultrasonograficzne jamy brzusznej. Kobiety, przychodząc na taki bilans, musiałyby przedstawić informację z wizyty u ginekologa,  a mężczyźni od 40. roku życia – u urologa. O konieczności zasięgnięcia porady u kolejnych specjalistów decydowałby już lekarz rodzinny (należałoby wycenić punktowo taką poradę prewencyjną w specjalistyce).  Lekarz POZ czy specjalista decydowaliby, czy dana osoba wymaga dodatkowych badań przed kolejnym planowanym bilansem.

Szklane domy? Kto za to zapłaci? Zaczynam konfabulować, jak postać z kreskówki? I tak, i nie. Jeżeli Ministerstwo Zdrowia, zamiast reformować NFZ, przeznaczyłoby środki na profilaktykę, którą proponuję, NFZ  zleciłoby te konkretne zadania POZ, wyceniając sensownie bilanse w danych grupach wiekowych (diagnostyka jest kosztowna, ale leczenie onkologiczne jeszcze droższe), specjaliści  zaś mogliby dodatkowo realizować porady w ramach prewencji pierwotnej, nie ograniczając dostępu pozostałym pacjentom.

Choroba przewlekła – a nie śmiertelna

A samorząd lokalny? Zapewnienie mieszkańcom opieki medycznej wynika przecież z zadań własnych każdej gminy oraz jest ujęte chociażby w Narodowym Programie Zdrowia (NPZ dodatkowo akcentuje zniwelowanie różnic w dostępności do świadczeń podstawowej opieki zdrowotnej, jakie istnieją w poszczególnych rejonach kraju). Urzędnicy odpowiedzialni za realizację zadań z zakresu ochrony zdrowia, zamiast przesyłać do zakładów opieki zdrowotnej – funkcjonujących na terenie działania gminy – kolejne formularze z zapytaniem, jakie działania profilaktyczne dany ZOZ podjął w mijającym roku, zaangażowaliby się w zawiadamianie mieszkańców o badaniach profilaktycznych. Rozpropagowaliby też prewencję pierwotną, ułatwiliby dotarcie na badania mieszkańcom odległych miejscowości poprzez zorganizowanie dowozu na „białą sobotę” albo znaleźliby środki na sfinansowanie przyjazdu specjalistów do miejscowej przychodni.

Jestem głęboko przekonana, że dzięki kampanii „Rak – to się leczy” przestaniemy się bać chorób nowotworowych i zaczniemy wspólnie czynić wszystko, co tylko możliwe, aby zapobiegać temu, co tak bezlitośnie kradnie nam zdrowie, czyli wg definicji WHO: dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny. Przecież w wielu przypadkach wcześnie wykryty rak staje się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną. Muszą  zatem znaleźć się narzędzia administracyjne, które wspomogą w tym działaniu profilaktycznym każdego obywatela, razem i z osobna, inaczej zapanuje panika i chaos.

niedziela, 27 styczeń 2013 22:07

EWUŚ SIĘ RODZI! SYSTEM TRUCHLEJE!

Kto najczęściej jest wykazywany przez system jako nieubezpieczony, mimo regularnego uiszczania składek? Osoby, które choć dzień przebywały na zwolnieniu lekarskim albo są zgłoszone do ubezpieczenia „przy kimś”, a ten ktoś korzysta z L4, natychmiast „ wypadają” z ewidencji.

Proszę bardzo, stało się! W stajence betlejemskiej narodziło się Dzieciątko, a w NFZ na świat przyszła/przyszedł EWUŚ! Jak na noworodka przystało, trochę narobiła/narobił zamieszania. Ponoć ledwie się pojawił/pojawiła, już wrzeszczał/wrzeszczała na czerwono, śmiał/śmiała się na zielono. Najpierw jednak ustalmy, jakiej płci jest to maleństwo. Może dojdziemy po imieniu? Ta EWUŚ, a może ten EWUŚ - to podobieństwo do: CZARUŚ?

Pewnie komuś natchnionemu chodziło o oddanie hołdu byłej minister zdrowia. Za to na przykład, że czasami nie lubiła lekarzy. Proza życia zmusza nas do powrotu na ziemię. Okazuje się po krótkim dochodzeniu, że jednak nie mamy do czynienia ze zdrobnieniem od imienia Ewa. EWUŚ to akronim od słów: elektroniczna weryfikacja uprawnień świadczeniobiorców. Jak zatem widać zdecydowanie EWUŚ jest płci żeńskiej. Nic dziwnego, że - jak każda kobieta, potrafi nieźle zaskoczyć i namieszać. Ale spokojnie! Cierpliwości, proszę!

Lekarz - detektyw

Obowiązująca lekarza rodzinnego umowa z NFZ nakazuje mu leczenie wyłącznie tych pacjentów, za których odprowadzana jest składka do ZUS czy KRUS. Nie znajduje tu zastosowania konstytucyjne prawo do opieki zdrowotnej ,przysługujące wszystkim obywatelom naszego kraju, dlatego też lekarz rodzinny otrzymuje środki na leczenie konkretnej populacji ubezpieczonych, którzy złożyli deklarację wyboru lekarza. Na kołek należy odwiesić przysięgę Hipokratesa. Na lekarza rodzinnego przerzucono też obowiązek przeprowadzania dochodzenia czy chory posiada przy sobie dowody dotyczące jego prawa do skorzystania z bezpłatnej pomocy lekarskiej.

Pozostając w tej niekomfortowej sytuacji, domagaliśmy się narzędzia do weryfikacji uprawnień do korzystania z bezpłatnych świadczeń medycznych w ramach ubezpieczenia zdrowotnego? No właśnie! To skąd ta skwaszona mina? Otóż dlatego, że dziecię w powijakach już kuleje!

Wrzaski nowo-rodka

Z niesmakiem 2 stycznia br. patrzyłam na dzierżących w dłoniach dowody osobiste, licznie przybyłych do przychodni malkontentów, póki nie postanowiłam sprawdzić, jak EWUŚ zareaguje na mój PESEL. No i proszę szok! EWUŚ wrzeszczy na czerwono! Jak to? Ja, regularnie płacąca składki ZUS, nie figuruję w wykazie na zaszczytnej zielonej pozycji? Sprawdzam moją zastępczynię i jednocześnie księgową. EWUŚ jej PESEL również wyświetla na czerwono. Śmieje się z nas nielubiąca nowości pielęgniarka praktyki. Poczekaj , poczekaj! Zobaczymy, jak na ciebie zareaguje nowo-rodek! Pielęgniarka przestaje się śmiać, bo i jej się „świeci na czerwono”. Obie kierujemy wzrok pełen oskarżeń na księgową, a ta zaczyna się kajać, zapewniając, że płaci składki na czas i „ tego tak nie zostawi”.

Winny ZUS

Wkrótce okazuje się, kto najczęściej jest wykazywany przez system jako nieubezpieczony, mimo regularnego uiszczania składek. Osoby, które choć dzień przebywały na zwolnieniu lekarskim, albo są zgłoszone do ubezpieczenia „ przy kimś”, a ten ktoś korzysta z L4, natychmiast „ wypadają” z ewidencji.

Jeśli student okresowo podejmie pracę, musi być po jej zakończeniu ponownie zgłoszony do ubezpieczenia zdrowotnego. Podobnie, jeżeli ktoś wykorzystał 180 dni niezdolności do pracy i teraz czeka na komisję przyznającą rentę czy świadczenie rehabilitacyjne, w EWUŚ-u figuruje jako nieubezpieczony. Wina leży po stronie ZUS, gdzie muszą być na bieżąco wprowadzane zmiany w statusie ubezpieczonego. Status pacjenta może się zmieniać w ciągu jednego miesiąca nawet kilka razy, stąd weryfikacja musi być przeprowadzana przy każdej wizycie w przychodni. NFZ otrzymuje przecież dane z ZUS i KRUS.

Na razie wystarcza oświadczenie pacjenta, że ma prawo do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych, a jego pełen pretensji szturm na ZUS nikogo już nie interesuje. Tylko czekać aż usłyszymy w mediach jak okopują się pracownicy ZUS lub jak masowo przebywają na L4 z powodu wyczerpania nerwowego. Na razie mamy okres karencji i, ale już dzisiaj truchleję na myśl, co będzie, jeżeli to EWUŚ zadecyduje, za ilu pacjentów zapłaci mi NFZ.

Zagrożenia dla przychodni

Niestety, natychmiast po przeanalizowaniu sytuacji, straciłam nastrój do żartów. W POZ otrzymujemy miesięczną część rocznej stawki kapitacyjnej, czyli ustalonej przez NFZ i nie podwyższanej od lat kwoty na jednego pacjenta. Ilość środków zależy zatem od liczby osób objętej przeze mnie opieką. Istnieje ryzyko, że błędne czy , o zgrozo, prawidłowe dane z ZUS i KRUS, tak zredukują liczbę moich pacjentów, że stracę płynność finansową, a mieszkańcy mojej gminy zostaną pozbawieni opieki medycznej. Ponoć zależnie od rejonu kraju, struktury wiekowej populacji, gęstości zaludnienia, wielkości miejscowości i wskaźnika bezrobocia, przychodnia może stracić do 40% liczby osób objętych opieką. Takie są szacunkowe dane. Ci, co chętnie obuliby lekarzy w kamasze, już pewnie zacierają ręce z uciechy, ale ich radość jest przedwczesna. Niezależnie od ekipy rządzącej, państwo ma obowiązek zapewnić opiekę zdrowotną swym obywatelom. Co zatem, jeśli EWUŚ stanie się zagrożeniem dla wielu małych przychodni? Również mojej, choć na co dzień pęka w szwach od ilości potrzebujących pomocy pacjentów.

Widzę dwa rozwiązania tej mało komfortowej sytuacji. Przecież pracy mi nie ubędzie przy tak wiekowej i schorowanej populacji, spadną jedynie środki wypłacane przez NFZ zgodnie z kapitacją. Albo zatem należy zwiększyć wysokość stawki kapitacyjnej, by lekarz opiekujący się zredukowaną przez EWUŚ liczbą świadczeniobiorców nie stracił ciągłości finansowej, albo stawkę kapitacyjną uznać za gratyfikację w związku z gotowością do leczenia danej populacji i co miesiąc dodać do niej kwotę za poszczególne usługi, jak: porady w gabinecie, wizyty domowe, bilanse, szczepienia, wypełnianie druków sanatoryjnych, zaświadczeń na grupę niepełnosprawności, powtarzanie leków; z uwzględnieniem osób nieubezpieczonych, ale wymagających natychmiastowej pomocy medycznej.

Co dzięki temu osiągniemy? Moim zdaniem same korzyści, ogromną poprawę w funkcjonowaniu systemu opieki medycznej. Lekarz otrzyma wynagrodzenie za konkretną pracę i nie będzie się bronił przed przyjmowaniem na swą listę osób przewlekle chorych. Solidność zostanie nagrodzona godziwą zapłatą. Chcę podkreślić, że nie chodzi mi o pracę na akord. Dotychczas, moim zdaniem, beniaminkami systemu byli ci, którzy mieli na swoich listach liczną populację zdrowych, młodych obywateli , mieszkających w pobliżu przychodni. W odróżnieniu od nich, po macoszemu traktowani byli medycy z małych, wiejskich miejscowości, na co dzień skazani na leczenie wiekowej, schorowanej populacji, zamieszkującej odległe zakątki gminy.

Wiejskie siłaczki i siłacze

Taki „wiejski” lekarz ma zupełnie inne warunki pracy niż jego „miejscy” lub „wielkomiejscy” koledzy. Medyk, najczęściej działający w pojedynkę, „zna wszystkich”, nie każe więc chorej z grypą czekać na pierwszy wolny termin, tj. za dwa tygodnie. Nawet jeśli sam ledwie żyje, bo od kilku dni walczy z przeziębieniem, a nie ma szansy na zastępstwo, zrezygnuje z przerwy śniadaniowej, by przyjąć tych wszystkich, którzy potrzebują jego pomocy w dniu zgłoszenia. Tu żaden pacjent nie jest anonimowy. Może więc po to przyszła na świat ta, tak wyczekiwana EWUŚ, by decydenci otworzyli oczy na fundamentalne znaczenie POZ w systemie opieki zdrowotnej? To nic, że na razie tylko krzyczy kolorowo, niedługo zacznie raczkować, aby wreszcie stanąć na nogach i oby nie były to nogi gliniane. Dobrze, że wreszcie dysponujemy narzędziem do weryfikacji prawa do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych. Tak długo na to czekaliśmy. Pytanie tylko, czy ten nowo-rodek spełni pokładane w nim nadzieje i czy naprawdę pozwoli w sposób właściwy gospodarować środkami finansowymi, przeznaczonymi na leczenie obywateli naszego kraju.

- Kto ma mnie w końcu leczyć? Lekarz rodzinny czy specjalista? - oto dylematy polskich pacjentów, którzy próbują odnaleźć się w systemie placówek. Czy faktycznie przemieszczanie się chorych między poradnią lekarza rodzinnego a poradnią specjalistyczną musi być tak stresujące?

Przed nami koniec roku, ale zanim mieszkańcy miast i miasteczek ruszą do sklepów w poszukiwaniu świątecznych upominków, zapobiegliwie pobiegną do swych przychodni po zapas leków i oczywiście skierowań do poradni specjalistycznych. Lata doświadczeń nakazują zapobiegliwość, bo przecież nikt z pacjentów nie może zawczasu wiedzieć, czy jego lekarz rodzinny będzie miał kontrakt na usługi z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej po Nowym Roku i czy poradnie specjalistyczne, do których chodzą, będą przyjmować zainteresowanych.

Od Annasza do Kajfasza

Przy rejestracji, jak to co roku, w grudniu kłębi się rozjuszony tłum tych, co to „tylko po skierowanie”. Dla białego personelu zaczyna się coroczny zawrót głowy. Jeżeli osoba przewlekle chora dysponuje „Informacją dla lekarza kierującego”, a treści w niej zawarte upoważniają do powtórzenia leków, za ordynację których odpowiedzialność ponosi specjalista, wizyta w praktyce lekarskiej czy NZOZ-ie trwa krótko, a do tego jest miło i przyjemnie. Ba! Nawet starcza czasu na wymianę świątecznych życzeń.

Gorzej, jeśli specjalista nakazał wizytę kontrolną za rok i to z konkretnymi badaniami dodatkowymi. Chory, choć nie jest jeszcze w upragnionej „kolejce oczekujących”, domaga się druku skierowania do poradni odwoławczej. No, tak na wszelki wypadek, by dwa razy nie biegać do przychodni. Lekarz rodzinny buntuje się. „Nie chce mu się pisać!” - wyciąga fałszywy wniosek pacjent. Wyjaśnienia medyka, że przecież list wskazuje na objęcie przez specjalistę stałym leczeniem w wyznaczonym terminie: raz na rok, a to zwalnia z obowiązku ponownego wypisywania skierowania, nie przekonują, bo roszczenie chorego jest konkretne: „Kwit i wychodzę!”. Przed zainteresowanymi kolejny etap przeprawy przez grząski grunt usług medycznych.

- A co z diagnostyką zalecaną w liście od specjalisty?” - nieśmiało pyta pacjent. Oczywiście, w ramach wizyty specjalistycznej skierowania na badania dodatkowe nie wydano, bo skoro wizyta za rok, to specjalista nie wie czy nadal będzie pracował na tzw. umowę z NFZ. Pacjent jest ubezpieczony, więc żąda. Rodzinny zna przepisy, toteż peroruje: „Skoro badania potrzebne są do monitorowania leczenia specjalistycznego, to jak pan myśli, dlaczego lekarz prowadzący dane schorzenie „nie dał skierowania?”. Pacjent słucha, głową kiwa, nie jemu bowiem znać odpowiedź na to trudne pytanie. Wie natomiast, ile kosztuje go to „bezpłatne” leczenie. Duszno mu się robi w tym „rodzinnym” gabinecie. Ma jedno pragnienie, aby jak najszybciej otrzymać niezbędne „kwity” i wyjść.

Dobre serce rodzinnego

Opisana sytuacja to niestety codzienność w poradniach lekarza rodzinnego. Jak potoczy się dalej przytoczona historia? Otóż istnieją dwie możliwości dalszego ciągu tej patowej, na pierwszy rzut oka, konfrontacji. Rodzinny najpierw się nagada, a potem spojrzy na znanego sobie od lat mieszkańca lokalnej społeczności, nie do końca rozumiejącego, dlaczego co roku musi uganiać się za drukiem skierowania i pomyśli:

- Cóż ten chory człowiek jest winien. Po czym po dłuższej, naznaczonej wymownym milczeniem chwili, z miną osoby znękanej przez „niewydolny system”, wypisze skierowanie i do poradni specjalistycznej, i na badania dodatkowe, za które musi zapłacić z puli przeznaczonej na pacjentów leczonych w podstawowej opiece zdrowotnej.

Powroty marnotrawnych synów

Pacjent opuści gabinet usatysfakcjonowany. To nic, że się nasłuchał, jak to „system” przerzuca „całą robotę” na POZ. Nie pierwszy raz był uczestnikiem tego rodzaju utyskiwań. Spogląda na kolejkę przed gabinetem z poczuciem zwycięstwa i rusza po zakupy. Ma upragnione „kwity” w ręku i teraz pozostaje mu tylko czekać, kiedy będą zapisywać do specjalistycznej poradni. W tak zwanym międzyczasie wykona badania laboratoryjne, bo nie przewidzi, że termin do specjalisty wyznaczą mu za… 12 miesięcy. Wróci zatem niczym syn marnotrawny do swego lekarza ze smutną miną, rzuci na biurko wyniki badań i z rozczarowaniem poprosi:

- Lecz mnie pan, bo umrę, zanim się doczekam do tego specjalisty”. Koło się zamyka. Zdezorientowany pacjent. Coraz bardziej wypalony zawodowo lekarz.

Druga strona medalu

Inaczej rzecz się potoczy, jeżeli pacjent trafi w swej macierzystej przychodni na lekarza realizującego umowę z NFZ skrupulatnie i bez zgody na kompromis. Rodzinny wyjaśni choremu, iż - zgodnie z umową z NFZ, ten kieruje na badania, kto leczy, a lekarz rodzinny dołącza wyniki badań potwierdzających konieczność skierowania do specjalisty tylko przed rozpoczęciem leczenia specjalistycznego. Odmówi również wydania kolejnego skierowania w imię „oszczędzania lasów”, bo przecież pacjent został objęty opieką specjalistyczną, na co dowodem jest list z wyznaczonym terminem wizyty kontrolnej.

W tej sytuacji nie ma zadowolonych. Pacjent wychodzi przybity, bo skoro nie ma skierowania na badania, nie ma z czym ruszać, by się dostać do specjalisty. „Nowego” skierowania też nie dostał, bo ponoć „na stronie Funduszu wisi”, że nie trzeba odnawiać skierowań co roku w przypadku stałego leczenia.

- Kto ma mnie w końcu leczyć? Rodzinny czy specjalista?”- zastanawia się pacjent. Cóż pozostaje? Zmienić lekarza rodzinnego, a wtedy nie przyznać się do posiadanego listu od specjalisty lub wykonać badania na własny koszt i jakimś cudem dostać się przed jego oblicze. Czy faktycznie tak stresujące musi być przemieszczanie się chorych między poradnią lekarza rodzinnego a poradnią specjalistyczną?

Don Kichote w sieci punktów

Dla przykładu: wprowadzony od lipca 2011 roku system punktowy, obowiązujący w poradni endokrynologicznej, zdecydowanie preferuje kontynuację diagnostyki i leczenia u tzw. „starych” pacjentów. Grozą napełnia lekarza pacjent, który zgłasza się po raz pierwszy, gdyż zazwyczaj przychodzi z pojedynczym badaniem dodatkowym, wymaga za to zebrania wnikliwego wywiadu i przeprowadzenia dokładnego badania, a także zlecenia mnóstwa badań dodatkowych, a punktów za to jak na lekarstwo. Kolejne wizyty mogą być rozliczone punktowo tylko w przypadku wykonania przez chorego konkretnej diagnostyki. Jej koszty są bardzo wysokie, nie ma bowiem „cen urzędowych”, a to zmusza do takiego lawirowania między zleceniami tzw. wyników, by choć „trochę” zostało dla specjalisty, bo przecież czas Judymów mamy za sobą, a do garnka się satysfakcji nie wrzuci.

Przypomina mi to walkę z wiatrakami. Jest to moim zdaniem droga prowadząca donikąd. Jestem endokrynologiem i przez dwa lata przyjmowałam pacjentów „na NFZ”. Okazało się jednak, że - jako podmiot świadczący usługi dla NFZ, nie mogę mieć podkontraktu na świadczenie usług specjalistycznych i rozstałam się z poradnią.

Dylematy rodzinno-specjalistyczne i kultura

Ogromnie stresujące było dla mnie zliczanie punktów, a co za tym szło, tłumaczenie pacjentom, że nie mogę ich przyjąć, bo mam limit miesięczny. Z ulgą wracałam do pracy w mojej przychodni podstawowej opieki zdrowotnej, bo tu - przy stawce kawitacyjnej, mogłam przyjąć wszystkich, którzy tego potrzebowali. Oczywiście było mi żal, że nie mogę wykorzystać mojej wiedzy endokrynologicznej, bo wykracza ona poza zakres obowiązków lekarza rodzinnego, ale praca w poradni była dla mnie bardzo przykra. Nie byłam w stanie sprostać wymaganiom chorych, którzy zwyczajnie nie rozumieli obowiązujących w AOS-ie zasad.

„Jak się pani nie chce ludzi leczyć, niech pani odda dyplom”- urągali ci, którzy nie mogli się do mnie dostać. „Co mnie obchodzą jakieś punkty! Jestem ubezpieczony i łaski pani nie robi! Pracować się pani nie chce i tyle!” Nigdy wcześniej nie spotkało mnie tyle niezadowolenia ze strony pacjentów, co podczas tego dwuletniego epizodu. Może jestem naiwna, ale analizując pracę jako endokrynolog, uważam, że specjalista powinien otrzymywać wynagrodzenie za wykonaną przez siebie usługę, na podobieństwo pracy w gabinecie prywatnym, badania dodatkowe zaś, tak jak to się dzieje przy badaniach takich jak TC czy MRI, powinny być finansowane bezpośrednio przez NFZ. Wtedy ceny badań nie byłyby wygórowane, a pacjent nie miałby problemu z realizacją skierowania od specjalisty. Obecnie, jeśli otrzyma zlecenie na pobranie krwi z poradni mieszczącej się przykładowo w mieście wojewódzkim, tylko tam może wykonać diagnostykę w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. Rzadko która poradnia ma umowę z ościennymi laboratoriami. Dzięki takiej organizacji „pieniądze zostają w domu”, bo pacjent przeliczy, że zamiast tracić 30 zł na dojazd do laboratorium np. w Szpitalu Wojewódzkim, najpierw spróbuje wymusić „przepisanie” skierowania przez lekarza POZ , a jeśli nie odniesie sukcesu, w ostateczności z bólem serca sam pokryje koszt badań w miejscowym laboratorium.

Węzeł gordyjski systemu

To, co się dzieje dzisiaj, to jeden wielki harmider, a właściwie przerzucanie kosztów na lekarza podstawowej opieki zdrowotnej lub świadczeniobiorcę. Kolejne pomysły decydentów nie przynoszą rozwiązań, a wręcz konfliktują nasze starzejące się społeczeństwo i tak już znękane chorobami cywilizacyjnymi, z osobami niegdyś nazywanymi „służbą zdrowia”, dzisiaj określanymi jako „ świadczeniodawcy usług medycznych”. Chyba każdy się ze mną zgodzi, że pacjent trafiający w sidła obowiązującego systemu opieki zdrowotnej musi mieć końskie zdrowie, lekarz zaś - sokoli wzrok, by dostrzec potrzeby chorego pośród stosu papierów, przepisów i ewentualnych konsekwencji swoich zaniechań.

A „SYSTEM”? Jak mu tam? Spokojnie! „System” ma się dobrze. Decydenci przecież nie muszą stać w kolejce do specjalisty. „System” zatroszczył się o ich zdrowie, by mogli w dobrostanie fizycznym i psychicznym wymyślać dalsze komplikacje systemu opieki zdrowotnej w naszym kraju. W mediach „System” prezentuje się świetnie, ma coraz ładniejsze twarze i z nosem długim jak u Pinokia wciąż obiecuje, że będzie lepiej.

Strona 2 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY