Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 16:38

PAKIET ONKOLOGICZNY POD CHOINKĄ

„Straszą pani doktór, jak co roku. Przecież musi być u nas i pani, i nasza przychodnia” – takie komentarze padają z ust moich pacjentów w grudniowe popołudnia.

Nie widzę u moich podopiecznych najmniejszych obaw o działanie systemu opieki zdrowotnej. Dla nich to moja osoba jest gwarancją, że nie stanie się im krzywda i, jak dotychczas, będą mogli zwrócić się do lekarza rodzinnego z problemem zdrowotnym. Przywykli do „gorących akcji” pod koniec każdego roku kalendarzowego. Nie angażują się w dyskusje. Przyzwyczaili się do swojej przychodni. Szkoda, że ja – ich lekarz rodzinny – nie mogę być tak samo beztroska.

Już teraz sen z powiek spędzają nam coroczne przepychanki Ministerstwa Zdrowia i NFZ z organizacjami reprezentującymi środowisko lekarskie. Niby wszyscy mówią o tym samym, ale każdy – jakby był z innej bajki. Różne wnioski dotyczące tych samych spraw. Zdaniem rządzących, dopiero pakiet onkologiczny usprawni system i mniej osób będzie umierać z powodu zbyt późno rozpoznanych chorób nowotworowych. Zdaniem specjalistów natomiast, już nie ma gdzie igły wsadzić, tak ciasno jest pod drzwiami ich poradni, a dodatkowe punkty przyznane na pacjentów onkologicznych, to działania pozorowane, bo i tak zastój nastąpi na linii dalszej diagnostyki.

Lekarze rodzinni mają świadomość, że to ich obarczy się odpowiedzialnością za niespełnione obietnice wyborcze decydentów. Roszczenia pacjentów będą adekwatne do treści zasłyszanych w mediach. Czy ktoś zastanawia się nad tym, czy pacjenci chcą być znakowani poprzez kartę onkologiczną? Dla wielu rozpoznanie i ogłoszenie światu, że leczą się onkologicznie to koniec prywatności, kariery zawodowej.

Z założenia pakiet onkologiczny ma na celu interes pacjentów. Zapomina się w nim o interesie lekarzy, ale może mszczą się zaszłości. Do tego jeszcze konieczność wypisywania skierowań do okulisty i dermatologa po Nowym Roku. To dopiero wydłuży kolejki w naszych przychodniach. Nie da się tak pracować, leczyć i prowadzić własnych zakładów opieki zdrowotnej.

Co roku próbuje się wywrócić do góry nogami obowiązujący system. Nie ma mowy o jego doskonaleniu. Wciąż nowe pomysły. Często jakby z kosmosu, tak bardzo oderwane od rzeczywistości. Lekceważy się konsultacje społeczne, nie mierzy sił na zamiary, wyrzuca do kosza doświadczenia z ostatnich lat. Konfliktowanie środowiska medycznego stało się głównym narzędziem. Tylko czemu ma to służyć?

Niebawem święta. Z umową na świadczenie usług medycznych – czy też bez niej – usiądę z moimi bliskimi do wigilijnego stołu. W tym roku nie myślę jednak o prezentach. Zmęczyły mnie kolejne doniesienia medialne. Kolejny raz nie możemy podpisać niekorzystnych umów. Pragnę spokoju. Marzy mi się praca bez niepotrzebnego stresu. Gdyby tak każdy mój pacjent, zgodnie z zasadami profilaktyki, regularnie kontrolował stan swojego zdrowia, prowadząc oczywiście higieniczny tryb życia. Jeśli natomiast jego stan zdrowia wymagałby dalszej diagnostyki, bez zbędnego oczekiwania mógł trafić do pracowni diagnostycznych i poradni specjalistycznych, a w razie potrzeby być hospitalizowanym lub leczonym ambulatoryjnie.

Każdy z nas – lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej – życzy sobie takiego scenariusza. I jeszcze: żeby za tym szły odpowiednie pieniądze, tak by wszyscy żyli długo, dostatnio i szczęśliwie... Brzmi to trochę, jak świąteczne bajanie przy choince. Zamiast spełnienia tych nadziei, pod drzewkiem znajdziemy jednak pełen zawiłości pakiet onkologiczny, który już poróżnił społeczeństwo, a niebawem odsłoni kolejne słabe punkty kulejącego systemu opieki zdrowotnej. Choć nadzieja umiera ostatnia, wszyscy wiemy, że z próżnego to i Salomon nie naleje.

sobota, 01 listopad 2014 20:07

BAJLANDIA: KRAINA SZCZĘŚLIWYCH DZIECIAKÓW

Rozmowa ze Zbigniewem Szotą, założycielem Fundacji Aktywne Dzieciaki im. dr Henryka Jordana w Krakowie

Turnusy dla chorych dzieci i ich opiekunów, wyjazdy wakacyjne, wyposażanie sal do ćwiczeń – to tylko niektóre z zadań fundacji wspierających nasze pociechy. A jest ich tak wiele, że aż trudno wybrać tę jedną, na którą chce się przeznaczyć 1 proc. podatku dochodowego. Według danych GUS, w 2012 roku działało w naszym kraju 8,5 tysiąca Fundacji. Część z nich za cel postawiło sobie wspieranie osób chorych. Inne zajmują się prewencją. Stąd mnogość form organizacyjnych i różnorodność działań.

Jedno jest pewne. Fundacje i stowarzyszenia w swoich szeregach skupiają ludzi dobrej woli, społeczników. Zaliczane do tzw. trzeciego sektora, są od lat na stałe wpisane w mapę organizacji pozarządowych. Co roku ich przybywa. Jako lekarka z podziwem obserwuję zwłaszcza te organizacje, którym udaje się dotrzeć do dzieci i młodzieży oraz zachęcić młodych domatorów, miłośników gier komputerowych, do aktywności ruchowej na świeżym powietrzu. To przecież najlepsza profilaktyka chorób cywilizacyjnych. Jak zatem wygląda codzienność funkcjonowania „trzeciego sektora”?

ANNA OSOWSKA: Czy fundacje z taką samą łatwością zyskują darczyńców, jak podopiecznych?

ZBIGNIEW SZOTA: Jesteśmy fundacją, która funkcjonuje bez możliwości korzystania z odpisów podatku dochodowego  firm, czy przedsiębiorstw. O  taką możliwość zamierzamy dopiero wystąpić. To naturalnie zmusza nas do nieustannych poszukiwań podmiotów, bądź osób fizycznych, które jedynie z dobroci serca wspierają nasze projekty.

Od jak dawna działa Fundacja Aktywne Dzieciaki – i w jakim celu powstała?

Fundacja została zarejestrowana w grudniu 2008 r., co oznacza, że aktywnie zaczęliśmy działać dopiero w 2009 r. Jednym z celów, jakie znaleźć można w naszym statucie, jest działalność na rzecz osób niepełnosprawnych. Na tym polu współpracujemy między innymi z Pełnomocnikiem ds. Osób Niepełnosprawnych przy Prezydencie Miasta Krakowa. Inne ważne cele, jakie realizujemy, to prowadzenie i wspieranie działalności na rzecz stwarzania dzieciom i młodzieży warunków sprzyjających ich pełnemu rozwojowi fizycznemu, społecznemu i psychicznemu, czy działalność propagująca sport i kulturę fizyczną.

No to z pewnością ma pan swój pogląd na stan wychowania fizycznego w szkołach...

Przed laty prowadziłem zajęcia w szkołach i treningi w klubie jako trener korfballu i instruktor strzelectwa sportowego. Z tego, co obserwuję, niestety nadal nawet największe zaangażowanie świetnie przygotowanych nauczycieli w-f bardzo mocno ograniczane jest brakiem środków finansowych.

Są oczywiście wyjątki: np. Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 14 w Krakowie, pod dyrekcją Pani Ewy Dziekan. Nie tylko posiada wspaniały kompleks sportowy do dyspozycji młodzieży, ale i w wolnych od zajęć godzinach obiekty te są udostępniane chętnym, a pozyskane w ten sposób środki inwestuje się w kolejne projekty! Jako fundacja jesteśmy szczęśliwi, bo skądinąd to jedna z placówek, z którą mamy umowę o partnerskiej współpracy.

W jaki sposób propagujecie kulturę fizyczną? Czy łatwo jest zachęcić „dzieciaki” do aktywności?

Dzieci mają aktywność ruchową wrodzoną, trzeba im ją tylko umożliwić. My, dzięki kontaktom ze szkołami i Towarzystwem Przyjaciół Dzieci, zapraszamy młodzież do Parku, gdzie pod opieką własnych nauczycieli i opiekunów korzystają nieodpłatnie z naszej bazy sprzętowej. Do dyspozycji dzieci są bezpieczne rowerki 3- i 4-kołowe, różnorodny sprzęt pływający: rowerki wodne, motorówki, rewelacyjne łódki napędzane siłą rąk, ale z napędem kół z łopatkami. Fantastycznie rozwijają one koordynację. Mamy też uwielbiane zarówno przez dzieci, jak i dorosłych kule aquazorbing, w których w formie zabawowej, wspaniale ćwiczyć można zmysł równowagi. Mamy też oczywiście sprzęt do gier i zabaw. Dzięki współpracy z Krakowskim Szkolnym Ośrodkiem Sportowym, nauczyciele i instruktorzy KSOS również organizują niezwykle interesujące i różnorodne zajęcia dla dzieci.

Bardzo dużą frekwencją cieszą się zajęcia z psami, które realizuje nasz stały partner – „Akademia Biały Pies” Katarzyny Harmaty. Organizujemy też duże imprezy plenerowe: Integracyjny Dzień Dziecka, Dni Jordanowskie, w ramach których dzieci i młodzież grają w tenisa ziemnego, koszykówkę, rugby, uczestniczą w warsztatach plastycznych i technicznych – i wielu innych atrakcjach specjalnie dla nich przygotowanych.

Pan jest pomysłodawcą i założycielem Fundacji. Ma ona szczególny patronat.

Nasza baza znajduje się na terenie Parku założonego przez dr Henryka Jordana i noszącego jego imię. Jeszcze na etapie dojrzewania pomysłu rejestracji Fundacji nie miałem wątpliwości, kto będzie jej patronem. Dr Henryk Jordan był nie tylko lekarzem i patriotą, był też, a może przede wszystkim, wielkim społecznikiem. Jako prekursor wychowania fizycznego w Polsce i założyciel pierwszych w Europie tzw. „ogrodów jordanowskich”, pragnął stworzyć jak najlepsze warunki zdrowego rozwoju dla dzieci i młodzieży. To mógł być tylko on.

Czy Fundacja ma stałą grupę podopiecznych? W jakim rejonie działa? Aktywne dzieciaki, znaczy zdrowe?

W 1889 roku dr Jordan napisał: „Dawać zdrowie i radość poprzez gry w słońcu i na powietrzu”. Zgodnie z tym mottem, od wiosny do jesieni jesteśmy aktywni u nas w Parku Jordana, na obszarze zwanym „Bajlandia – Kraina szczęśliwych dzieciaków”.

Przyjmujemy tu oczywiście nie tylko grupy osób niepełnosprawnych. W ramach umowy z Towarzystwem Przyjaciół Dzieci, zapraszamy dzieci z świetlic pobytu dziennego. Bywanie u nas z pewnością wielopłaszczyznowo pozytywnie wpływa na stan zdrowia uczestników.

Z kim współpracujecie? Kto was wspiera?

Jednym z naszych największych partnerów jest wojsko. To dzięki wieloletniemu wsparciu 2. Korpusu Zmechanizowanego (obecnie Centrum Operacji Lądowych-Dowództwo Komponentu Lądowego), a także 6. BPD, Wojsk Specjalnych i innych jednostek Garnizonu Krakowskiego, możliwe jest przeprowadzanie wielu wspaniałych przedsięwzięć. Zawsze gotowe do wsparcia są też Policja, Straż Miejska, Szkoła Aspirantów Państwowej Straży Pożarnej.

Inni partnerzy to wspomniane już Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 14 w Krakowie z klasami integracyjnymi, Zespół Szkół im. Ojca Świętego JP II w Niegowici, Krakowski Szkolny Ośrodek Sportowy z dyr. Zdzisławem Traczem na czele, czy Gimnazjum nr 48 w Krakowie. Wśród przyjaciół-współpracowników Fundacji jest też świetny zawodnik I trener koszykówki I jego Akademia – Radwansport. Bardzo cenimy sobie również współpracę z Zespołem Pieśni i Tańca „Krakowiacy” pod kierownictwem tancerza i pedagoga, dyr. Zbigniewa Terleckiego.

Jakie formy działalności preferujecie?

Przez wiele lat pracowałem najpierw w Instytucie Medycyny Fizykalnej w Austrii, a później w podobnej placówce w Niemczech. Tam poznałem nowe metody pracy – również z niepełnosprawnymi. Po powrocie do kraju postanowiłem wykorzystać te doświadczenia w działalności Fundacji. Tak powstał projekt „Aktywacja psychoruchowa dzieci i młodzieży”.

Nasza działalność nie ogranicza się jedynie do obszaru zdrowia. Olbrzymią wagę przykładamy do promocji naszego regionu, artystów i twórców Małopolski. Organizujemy koncerty, pokazy mody, wystawy rzeźby. W tym roku obchodziliśmy 100-lecie pomnika dr Jordana w naszym Parku, pod patronatem Pani Prezydentowej Karoliny Kaczorowskiej, żony śp. Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego – a więc historia i patriotyzm. Nadchodzący czas obfitować będzie w kolejne projekty w uzgodnieniu z naszymi partnerami.

Czy zmienia się grupa odbiorców działań Fundacji?

Oczywiście. Na początku działalności były to głównie grupy dzieci i osób niepełnosprawnych, jak choćby z bardzo prężnie działającej Fundacji im. Brata Alberta z Radwanowic. Obecnie, bardzo liczną grupę odbiorców stanowi młodzież szkolna, ale i – zgodnie ze statutem – inne organizacje i grupy społeczne, zarówno w ramach wsparcia, jak i działań promocyjnych, czy kulturalno-oświatowych.

Kto zasila szeregi Fundacji?

W realizacji poszczególnych projektów korzystamy ze wsparcia naszych partnerów. Bardzo cenimy sobie wolontariuszy – młodzież szkolną.

Czy aktywność fundacji trwa przez cały rok?

Zajęcia w Parku odbywają się w okresie wiosna-jesień, ale koncerty, wystawy, pokazy mody i inne projekty realizujemy przez cały rok.

A plany fundacji? Czego jeszcze nie udało się zrealizować? Co jest w toku?

Z pewnością najpoważniejszym przedsięwzięciem, którego nie udało nam się jeszcze zrealizować, jest rozbudowa naszej siedziby w Parku Jordana. Mamy wspaniałe plany przebudowy i nadzieję wkrótce pozyskać sponsora – partnera strategicznego, który udźwignie ciężar dosyć kosztownej inwestycji.

Jak oceniana jest działalność fundacji przez lokalny samorząd? Czy otrzymujecie wsparcie władz miasta?

Myślę, że najlepszą oceną jest fakt, iż co roku przechodzimy zwycięsko przez weryfikacje w konkursach zadań publicznych i otrzymujemy wsparcie finansowe, zarówno od władz miasta, jak i województwa.

Jak – jako inicjator Aktywnych Dzieciaków – po latach ocenia pan fundację? Czy udało się zrealizować wszystkie pomysły z 2008 r.?

Pomysłów nam nie brakuje, ale chyba nie ich ilość jest najważniejsza. A co do oceny, to odwołam się znowu do oceny przez innych. W maju tego roku otrzymałem medal im. dr H. Jordana – najwyższe odznaczenie przyznawane przez TPD za szczególne zasługi dla rozwoju opieki zdrowotnej i upowszechnianie kultury fizycznej wśród dzieci i młodzieży, oraz wybitne zasługi na polu rekreacji, między innymi w organizowaniu rekreacji w czasie wakacji i ferii.

Gratuluję. Co zatem przed wami? Zaczął się nowy rok szkolny. Czy oznacza to nowe propozycje dla dzieci, które chcą żyć aktywnie?

W listopadzie organizujemy niezwykle atrakcyjny koncert Zespołu Pieśni i Tańca „Krakowiacy”, oraz prezentację kolekcji mody folkowej słynnego „Podhalańskiego Versace” – Andrzeja Siekierki z Poronina. Już wkrótce realizować będziemy też kolejne projekty, o których powiadomimy we właściwym czasie.

Jakie znaczenie ma dziś Fundacja Aktywne Dzieciaki dla pana, jej założyciela? Jakim przesłaniem kieruje się Pan w swej działalności na rzecz dzieci?

Prowadzenie fundacji, której działania dostrzegają inni, jest przyjemne – choć codzienny wysiłek, jaki wkładam w jej funkcjonowanie, widzą tylko najbliżsi. Ponieważ jest to funkcja społeczna, tym bardziej cieszy mnie uśmiech szczęśliwych dzieciaków, dla których pracuję – zgodnie z przesłaniem dr H. Jordana.

Wnioskuję, że prowadzenie Fundacji jest bardzo absorbujące. Czy znajduje pan czas na inne aktywności, poza Fundacją?

Fundacja faktycznie bardzo mnie absorbuje. Mimo to znajduję jeszcze czas na członkostwo w Małopolskiej Radzie Olimpijskiej, jestem też członkiem Krakowskiego Towarzystwa Strzeleckiego „Bractwo Kurkowe”. Wracam również do większej aktywności sportowej, choć teraz już tylko rekreacyjnie.

Rzeczywiście, Aktywne Dzieciaki mają w pana osobie dobry wzorzec do naśladowania. Czego zatem można życzyć panu i fundacji?

Dla siebie pragnę jedynie nadal tyle energii, ile posiadam, a dla Fundacji – szczęśliwej realizacji ambitnych planów działania i kolejnych wspierających, dzięki którym te plany będziemy mogli zrealizować.

Może chciałby pan podać numer konta fundacji dla pragnących was wesprzeć?

Z przyjemnością. Skorzystają na tym nasi podopieczni.

FUNDACJA AKTYWNE DZIECIAKI im. dr. H. Jordana

Bank PEKAO S. A. w Krakowie, konto nr 19 1240 1444 1111 0010 2242 6984

SWIFT(BIC) PKOPPLPW

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:42

TEN OKROPNY W-F

 Na nic się nie zdadzą kolejne zmiany w zasadach funkcjonowania szkolnictwa w naszym kraju,  dobre intencje czy kolejne Orliki, jeśli wciąż głównym prześladowcą naszych uczniów będą zajęcia z wychowania fizycznego. Ten sam problem wraca od lat, jak bumerang: lęk przed zajęciami z wychowania fizycznego.

Jak co roku, pod koniec sierpnia zgłaszali się do mnie rodzice z prośbą o wystawienie zaświadczeń zwalniających ich pociechy z zajęć sportowych. Sporo czasu zajęło mi wyjaśnianie, że lepiej, by dziecko ćwiczyło indywidualnie, ale jednak – niż stawało się coraz bardziej niepełnosprawne.

Argumentacja opiekunów była różna. A to, że otyłe dziecko wstydzi się swojego wyglądu, więc lepiej, jeśli posiedzi na ławeczce i poczyta. To znowu zapewnienia o ćwiczeniach indywidualnych w domu pod okiem rodzica. Dzieci stały ze spuszczoną głową i słuchały. Nie miały nic do powiedzenia. Widać było jednak, jak niekomfortowo się czują. Nie ćwiczyć, to przecież oznacza nie mieć kolegów, być też wystawionym na pośmiewisko. Z opowieści rodziców zajęcia sportowe jawiły się jako bardzo stresujące dla ich dziecka, ocena końcowa zaś zdecydowanie „psuła” świadectwo.

Badam dzieci podczas bilansów sześcio-, dziesięcio-, czternastolatka. Zatrważają: ilość wad postawy, złe nawyki w postaci noszenia plecaków na jednym ramieniu, odrabianie lekcji przy ławie przed telewizorem, czy wreszcie godziny spędzone przed monitorem komputera. Równie fatalne wnioski nasuwają się podczas bilansowania uczniów kończących szkolną edukację. Zaniedbane sylwetki, skrzywienia boczne kręgosłupa, okrągłe plecy i brak zainteresowania aktywnością fizyczną.

Tylko część moich podopiecznych czynnie uprawia sport. Nie wynika to z braku dostępu do boisk, czy stadionów. Chętni zawsze znajdą możliwość rozwijania swojej pasji. Stadion po południu świeci pustkami. Spotkamy na nim jedynie starsze panie, uprawiające chodzenie z kijkami lub członków Klubu Sportowego trenujących regularnie. Moi pacjenci-uczniowie po prostu nie lubią zajęć sportowych, a te w szkole traktują, jak zło konieczne.

Zwolnienia z W-F wystawiane przez rodziców z byle powodu są codziennością. Podobnie, jak próba wymuszania takowych na lekarzach POZ. Jak bardzo istotny jest to problem, okazało się w maju br. podczas konferencji zorganizowanej w Bartoszycach: „Sport i aktywność fizyczna w szkole” w ramach szerszej kampanii pn. „Stop zwolnieniom z w-f”. Obecni byli samorządowcy, nauczyciele i lekarze.

Dla mnie najistotniejszym głosem w dyskusji była propozycja zlikwidowania ocen za uczestnictwo w lekcjach W-F. Ocena opisowa, z podkreśleniem osiągnięć danego ucznia, wystarczająco nagrodziłaby tych wyróżniających się, a nie spędzałaby snu z powiek mniej uzdolnionym, ale ambitnym. Urozmaicanie zajęć, podchodzenie indywidualnie do możliwości poszczególnych dzieci dają możliwość zaszczepienia w dzieciach potrzeby ruchu i dbania o sprawność fizyczną. Przecież czym skorupka za młodu... Obowiązkowe zaliczanie poszczególnych elementów, jak przewroty w tył, stanie na rękach czy skoki przez kozła jeszcze dzisiaj, po wielu latach, śnią się po nocach tym, co to byli w szkole mniej sprawni ruchowo, a dobre oceny mieli za solidność.

Zasada prowadzenia monitoringu postępów w danych dyscyplinach z osobna każdego ucznia jest założeniem dobrym, ale jeśli ocenę końcową stawia się, równając do najlepszych, to chyba jakieś nieporozumienie. Jestem za tym, by zajęcia z wychowania fizycznego stały się rzeczywiście rekreacją. Niech będą wytchnieniem od godzin spędzonych w szkolnych ławkach. Niech dzieci z utęsknieniem czekają na to, by wejść na salę gimnastyczną, a zapomnienie stroju będzie dla nich jak kara. Przecież dzieci otyłe, czy niepełnosprawne, mogą wiele zyskać, ćwicząc u boku swych kolegów. Trzeba tylko obdarzyć je empatią i zintegrować uczniów bez względu na ich sprawność. Utopia? W-F to poważna lekcja, więc musi budzić respekt? Oceny z W-F są konieczne, podobnie jak ciągłe sprawdziany i „robienie wyników”? Myślmy tak dalej – a wychowamy kolejne pokolenia inwalidów.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

ZOSIA SAMOSIA

Ministerstwo Zdrowia ponownie wylewa dziecko z kąpielą. Miało być mniej biurokracji, będzie jeszcze więcej wyciętych drzew. Od stycznia 2015 roku pacjent nie dostanie się bez skierowania do dermatologa i okulisty.

Taki zapis widnieje w nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych. Dziennikarze zasypują pytaniami, ministerstwo odpiera ataki. Uzasadnienie wprowadzenia skierowań – co najmniej dziwne.

Od lat tak okulista, jak i dermatolog przyjmowali chorych bez poprzedzającej wizyty u lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. To pacjent decydował o konieczności takiej porady. Rzekomo lekarze rodzinni są pomijani przez chorych, ci bowiem z grzybicą lub zapaleniem spojówek, czy jęczmieniem – od razu biegną do specjalistów. Nowelizacja ma uporządkować system.

Czy jest to realne? Na tym polu najbardziej widać brak konsultacji podczas pracy nad nowelizacją ustawy ze środowiskiem lekarzy pracujących w podstawowej opiece zdrowotnej i ze specjalistami. Przecież wystarczy prześledzić, jak wiele leków okulistycznych, bądź dermatologicznych, jest wypisywanych na receptach przez lekarzy rodzinnych. I nie zawsze chodzi o kontynuację leczenia specjalistycznego.

Mieszkaniec małej miejscowości, nim pomyśli o leczeniu u dermatologa, pokazuje niepojące zmiany skórne swojemu lekarzowi. Podobnie zachowuje się, gdy cierpi na zapalenie spojówek. Lekarz bada i podejmuje leczenie. Na konsultację specjalistyczną wysyła jedynie w uzasadnionych przypadkach. Tak było do tej pory.

Jak będzie od stycznia przyszłego roku? Lekarz rodzinny będzie leczył swoich chorych jak dotychczas. Wydłuży się jednak czas oczekiwania na wizytę. A to za sprawą tych, którzy będą przychodzić „tylko po skierowanie”. Od stycznia każdy pacjent, chcący zmienić okulary, będzie musiał najpierw oznajmić to lekarzowi rodzinnemu, by uzyskać skierowanie. Wydłuży to kolejki w POZ, nie zmniejszy ilości oczekujących na poradę specjalistyczną. Moi pacjenci z problemami skórnymi będą się mnie radzić, jak do tej pory – tyle, że nie wystarczy już przekierowanie ustne do specjalisty, trzeba będzie wypełnić kolejny druk kosztem czasu poświęconego innym pacjentom.

Rozumiem poniekąd ministerstwo. Ma miejsce zjawisko nadkonsumpcji usług, zarówno w podstawowej opiece zdrowotnej, jak i w specjalistyce. Ilością porad udzielanych przez lekarza rodzinnego nikt się nie przejmuje. Płaci się przecież stawkę kapitacyjną, czyli uśrednioną, w miesięcznych transzach, więc – zgodnie z myśleniem urzędników – dokładać pracy w POZ można w nieskończoność. Inaczej wygląda sytuacja z poradami u specjalistów: tutaj każda usługa jest opłacana zgodnie z wyceną punktową. Dołożyć punktów/porad nikt nie chce, więc postanowiono zmniejszyć ilość zainteresowanych poradą poprzez zmuszenie pacjentów do leczenia się u lekarza rodzinnego.

Doprawdy, nie wiem, skąd bierze się przekonanie o ustawicznym przekierowywaniu chorych do poradni specjalistycznych. Zapomina się, że w dobie internetu znacznie wzrosła świadomość naszego społeczeństwa i stąd wzrost zapotrzebowania na porady specjalistyczne. Rzeczywiście, jest grupa osób nadmiernie wykorzystujących możliwości systemu opieki zdrowotnej. To często osoby starsze, schorowane, wymagające wsparcia środowiskowego. Z braku zajęcia potrafią odwiedzić swojego lekarza rodzinnego kilka razy w jednym tygodniu. To po receptę, to po skierowanie na badania, to znowu, by dopytać. Niekiedy „przepadają” na dłużej, bo zasilają wtedy poczekalnie w poradniach specjalistycznych.

Oczywiście, nikt nie odbiera im prawa do leczenia. Nie podlega jednak dyskusji, że to jest właśnie blokowanie miejsc w kolejkach do lekarza – i tego z POZ, i specjalisty. Może ministerstwo zajęłoby się rozwiązaniem tego problemu? Lekarze skupieni w organizacjach związkowych są otwarci na współpracę celem znalezienia systemowych rozwiązań. Do tej pory odrzucone zostały wszelkie propozycje lekarzy-praktyków. Była szansa na poprawienie błędnych zapisów przy konstruowaniu nowelizacji ustawy o opiece zdrowotnej. Kolejny raz punkt widzenia uzależniony był od punktu siedzenia. Pominięto uwagi środowisk świadczących usługi medyczne. Czy w takiej sytuacji może być dobrze w systemie opieki zdrowotnej w naszym kraju? Niestety, nie. Minister Zdrowia nikogo nie słucha. To taka Zosia Samosia.

czwartek, 24 lipiec 2014 19:28

RÓWNI I RÓWNIEJSI

Największą bolączką osób przewlekle chorych jest konieczność comiesięcznego zaopatrywania się w leki. Nie jest już problemem wizyta u lekarza rodzinnego, gdyż po ustaleniu leczenia, przy dobrej organizacji przychodni, pacjent otrzymuje recepty na trzy miesiące kuracji. Brakuje aptek? Nie. To na czym polega problem?

Zwyczajnie nie starcza chorym pieniędzy na leki. Często właśnie wysokie ceny leków i obowiązujące zasady ich refundacji są źródłem konfliktów na linii lekarz-pacjent. Wynika to z faktu, że dany preparat ma różną odpłatność w zależności od rodzaju schorzenia osoby, której jest zlecany. W ten sposób SYSTEM podzielił nasze społeczeństwo na grupy i jedni kupują dany lek na ryczałt, inni na 30 procent, pozostali – najmniej rzecz jasna zadowoleni – na 100 procent.

Wzdycham do czasów słusznie minionych. Wtedy skupiałam się na diagnozowaniu i leczeniu, teraz muszę znać odpłatność poszczególnych preparatów. Ostatnio zszokowała mnie informacja przekazana przez jednego z właścicieli aptek: że niektórzy moi pacjenci wykupują jedynie tańsze pozycje na recepcie. Sami, bez uzgodnienia z lekarzem, rezygnują z zaleconej terapii. Jakie mogą być skutki takiej samowoli – nie trudno przewidzieć. Nie wynika to, moim zdaniem, z braku zaufania do lekarza, albo celowego niestosowania się do jego zaleceń. Nie starcza funduszy, a z próżnego to i Salomon nie naleje.

Przeciąć węzeł gordyjski

Ubożeje nasze społeczeństwo. Osób przewlekle chorych przybywa. Zazwyczaj pacjent musi stosować kilka preparatów, co znacznie nadwyręża domowy budżet. Próbuję zrozumieć zasady, jakimi kierują się urzędnicy ustalający limity cenowe leków oraz wskazania do refundacji. Nie znajduję klucza. Nie wiem, jak wyjaśnić fakt, że osoba stosująca lek z powodu migotania przedsionków musi zapłacić za niego 100 procent, czyli kwotę między 300 a 500 złotych na miesiąc, podczas gdy ktoś inny – z rozpoznaniem zatorowości płucnej – zapłaci za lek 30 procent.

Pacjent wybrać choroby nie może, stoi więc z kolejce po leki pełen dylematów, co wybrać: kupno chleba czy tabletek. Oj, nie podoba mi się system refundowania leków, nie podoba. Oj, krzywdzi nas obywateli, oj, krzywdzi. Na nic się nie zdają protesty lekarzy, organizacji pacjentów. SYSTEM wie lepiej, kto ma się leczyć na koszt państwa, a kto... odchodzić od lady aptecznej z kwitkiem.

Nierówne traktowanie chorych bulwersuje mnie za każdym razem, gdy wybieram w programie komputerowym odpłatność za lek w zależności od schorzenia, z którym się pacjent do mnie zgłosił. Stres dla lekarza, stres dla pacjenta. Ten pierwszy, w razie pomyłki, zwróci NFZ pieniądze „z tytułu nienależnie wypłaconej refundacji”, ten drugi będzie pomstował w aptece na swego lekarza rodzinnego, że „pożałował” mu zniżki na lek.

Jak przeciąć ten gordyjski węzeł? Znajduję proste rozwiązanie: jeśli pacjent jest ubezpieczony, powinien mieć refundację leku przy jego stosowaniu, zgodnie z charakterystyką produktu leczniczego. Co oznacza w praktyce ta skomplikowana konstrukcja słowna?

Wyjaśnię na przykładzie. Substancja chemiczna o nazwie carvedilol ma rejestrację, czyli wskazania do stosowania w nadciśnieniu tętniczym samoistnym, przewlekłej stabilnej chorobie wieńcowej, w leczeniu wspomagającym przy stabilnej przewlekłej niewydolności serca o nasileniu umiarkowanym lub ciężkim. Obecnie SYSTEM przewiduje odpłatność dla pacjenta próg 30 proc. TYLKO w przypadku „udokumentowanej niewydolności serca w klasach II-IV wg NYHA” oraz „zastoinowej niewydolności serca w przypadkach innych niż określone w CHPL- u dzieci do 18. roku życia”.  Pacjenci chorujący na nadciśnienie czy chorobę niedokrwienną serca (tzw. „wszystkie pozostałe wskazania”) płacą za lek 100 procent.

Zachorować szczęśliwie

Można by rzec, nie mieli – ci płacący 100 procent za lek – szczęścia. Zachorowali bowiem „nie na tę chorobę”, w której lek ma refundację. To trochę śmiech przez łzy. Uważam, że tak ustalone zasady refundacji dzielą nas – obywateli. Przepisy są oderwane od rzeczywistości. Czy naprawdę ci, co je opracowują, w ogóle nie chorują? A może urzędnicy powinni zejść z obłoków na ziemię? Zdałoby się w praktyce sprawdzić działanie SYSTEMU. Wcielić się w rolę przeciętnego pacjenta. Wyciągnąć wnioski i... skierować politykę lekową na właściwe tory. Uważam, że wszystkie preparaty stosowane zgodnie ze wskazaniami (CHPL) powinny być przynajmniej częściowo refundowane. 100 procent powinniśmy płacić za leki zlecane poza wskazaniami do stosowania.

Zdaję sobie przy tym sprawę z tego, jak trudne jest prowadzenie gospodarki lekami. Chwała ministrowi za negocjacje cen leków z firmami farmaceutycznymi. Niektóre preparaty stały się rzeczywiście bardziej dostępne dla chorych. Kolejnym krokiem w porządkowaniu SYSTEMU powinny być zatem rozmowy przy udziale przedstawicieli środowisk świadczeniodawców i świadczeniobiorców, by zasady refundacji leków były przejrzyste i jak najmniej krzywdzące chorych – i tak już dotkniętych przez los przewlekłym schorzeniem. Tylko wtedy leczenie przyniesie efekty, jeśli pacjent wykupi leki i zastosuje je zgodnie z zaleceniem lekarza prowadzącego, a przed apteczną ladą nie będzie równych i równiejszych.

czwartek, 24 lipiec 2014 19:17

DOM PRZY GRANICY

Rozmowa z Wiolettą Wach, dyrektor Domu Pomocy Społecznej w Szczurkowie

ANNA OSOWSKA: Dom Starców – takie określenie w stosunku do Domu Opieki Społecznej wciąż pokutuje. Czy zgadza się Pani z nim?

WIOLETTA WACH: W żadnym wypadku. Takie określenie używane było potocznie i należy już na szczęście do przeszłości. My, pracownicy pomocy społecznej, używamy nazwy dom pomocy społecznej.

Schönbruch – taką nazwę miało Szczurkowo przed wojną. To była spora miejscowość, bo zamieszkiwało ją w 1939 roku ponad 1100 mieszkańców. Po wojnie ustawiono szlaban wyznaczający granicę polsko-rosyjską i teraz budynek DPS stoi tuż przy granicy. Jaka jest jego historia?

Sam budynek, w którym obecnie znajduje się dom pomocy, został wzniesiony w 1937 r., z przeznaczeniem na siedmioklasową szkołę. Pełnił tę funkcję do 1944 r. Po wojnie mieściła się w nim szkoła czteroklasowa – do 1953 r., później placówka Wojsk Ochrony Pogranicza, a potem znów szkoła. Wreszcie, w 1960 r. powstał Wiejski Ośrodek Zdrowia.

O Szczurkowie mówi się: „bociania wioska” – ze względu na ilość gniazd bocianich. Pięknie tu i cicho. Od kiedy znaleźli w Szczurkowie swój dom ludzie starsi?

W 1975 r. rozpoczęto remont i przeznaczono budynek na Państwowy Dom Opieki Społecznej. Już 6 marca 1976 r. progi Domu przekroczył pierwszy mieszkaniec, a 24 marca 1976 r. nastąpiło oficjalne otwarcie Państwowego Domu Pomocy Społecznej. W styczniu 1980 r. przekwalifikowano PDPS na Dom Rencisty. W grudniu 1991 r. przekształcono placówkę w Dom Pomocy Społecznej w Szczurkowie  dla osób starych i kobiet. W obecnej chwili jesteśmy Domem Pomocy Społecznej przeznaczonym dla osób w podeszłym wieku i przewlekle somatycznie chorych.

Rzeczywiście, sporo się działo. A jakie zmiany w zasadach funkcjonowania DPS nastąpiły na przestrzeni ostatnich lat, gdy zaczęła Pani zarządzać jednostką?

W roku 2010 otrzymaliśmy pozwolenie Wojewody na prowadzenie Domu na czas nieokreślony. Przed rokiem zwiększyliśmy liczbę miejsc z 43 do 44, a w obecnym roku rozszerzyliśmy ofertę o  świadczenie usług dla osób przewlekle somatycznie chorych.

Jaki zatem zakres usług oferuje Wasz Dom?

Dom świadczy usługi zgodnie z obowiązującym rozporządzeniem MPiPS z dnia 23 sierpnia 2012 r. w sprawie domów pomocy społecznej w zakresie zabezpieczenia potrzeb bytowych. Zapewniamy miejsce zamieszkania, zaopatrujemy w obuwie i odzież. Udzielamy pomocy w podstawowych czynnościach życiowych, pielęgnacji, w załatwianiu spraw osobistych. Umożliwiamy udział w terapii zajęciowej, celem podnoszenia sprawności i aktywizowaniu mieszkańców domu.

Tyle dla ciała, a co dla ducha?

O tym też pamiętamy. W DPS stwarzamy możliwości zaspokojenia potrzeb religijnych i kulturalnych. Zapewniamy kontakt z duchownymi. Stymulujemy do nawiązywania i utrzymywania kontaktu z rodziną i społecznością lokalną.

Szczurkowo jest miejscowością przygraniczną. Jak to wpływa na życie pensjonariuszy? Czy mogą czuć się zapomniani gdzieś na końcu świata?

To prawda, granicę mamy za drogą, ale to nie znaczy, że jesteśmy zapomniani. Współpracujemy z innymi domami, wyjeżdżamy na wycieczki, odwiedzamy siebie wzajemnie, organizujemy imprezy okolicznościowe oraz pikniki integracyjne, np. Piknik na skraju kraju, Wianki-Janki, na które zapraszamy mieszkańców z zaprzyjaźnionych Domów m.in. z Domu Pomocy Społecznej w Kętrzynie i Bisztynku. Odwiedzają nas dzieci ze szkół podstawowych w Ponikach i Żydowie oraz ze szkół średnich z Bartoszyc. Przyjeżdżają do nas zespoły i grupy śpiewające z powiatu bartoszyckiego.

Jak w praktyce wygląda realizacja potrzeb mieszkańców DPS?

Każda osoba posiada przydzielonego pracownika pierwszego kontaktu, który jest osobistym wsparciem mieszkańca. Ten działa w imieniu danej osoby. Na terenie Domu jest kaplica. Nasz kapelan jest dostępny dla każdego potrzebującego. Prowadzimy też zajęcia z zakresu rehabilitacji ruchowej i zajęciowej. Posiadamy punkt biblioteczny. Obchodzimy święta i jubileusze oraz świętujemy urodziny i imieniny naszych mieszkańców.

Czy pensjonariusze przyjmują gości?

Tak, jednakże odwiedzających rodzin czy znajomych jest bardzo niewiele.

A usługi hotelowo-opiekuńcze? Jest taka możliwość, by rodzina na pewien czas mogła oddać swojego wiekowego członka rodziny pod opiekę DPS?

Tak, istnieje możliwość umieszczenia mieszkańca na czas określony. Zgodnie ze statutem naszego Domu możemy świadczyć usługi opiekuńcze i specjalistyczne dla osób w nim nie zamieszkałych. Natomiast usług hotelowych nie prowadzimy.

Skąd pozyskiwane są środki na działalność DPS?

Dochody Domu pochodzą z odpłatności mieszkańców za pobyt oraz opłat wnoszonych przez gminy za utrzymanie mieszkańca do wysokości miesięcznego kosztu utrzymania. Pozyskujemy również środki z innych źródeł, chociażby od wojewody warmińsko-mazurskiego. Szukamy też sponsorów.

W jaki sposób trafiają do Państwa pensjonariusze? Czy obowiązuje rejonizacja?

Mieszkaniec zostaje umieszczony w naszym Domu na podstawie skierowania wydanego przez ośrodek pomocy społecznej. W pierwszej kolejności trafiają tu mieszkańcy z naszego powiatu, ale istnieje możliwość umieszczenia osób z innych powiatów.

Czy mieszkając w DPS można mieć pogodną jesień życia?

Jestem przekonana, że można. Średnia wieku mieszkańca w naszym Domu to 85 lat, najstarsza osoba, 92-letnia – jest osobą samodzielnie się poruszającą. Tutaj nikt nie czuje się samotny, albo pozostawiony sam sobie. Zakres usług proponowanych przez nasz Dom zwiększa możliwość przeżycia pogodnej jesieni życia, wolnej od samotności, trosk i zmartwień.

Seriale ze stetoskopem w tle biją rekordy oglądalności – i rzeczywiście, wyparły modę na opowieści o świecie mody i wielkiego biznesu. Odsłaniane są w nich przecież tajemnice tak skrzętnie skrywane za drzwiami lekarskich gabinetów i pracowni diagnostycznych. Bezkrytycznie wierzymy w prawdy ekranu.

Nie przeszkadza w tym widok filmowych poczekalni świecących pustkami, albo personelu wypijającego kolejną kawę podczas czekania na pacjenta. Jakoś nie razi nas nieprawdziwość sytuacji i działania sprzeczne z przepisami, gdy w szpitalu przyjmuje chorych w ambulatorium  lekarz przypadkowo przechodzący korytarzem – i to bez względu na przypisywaną mu przez scenarzystów specjalizację.

Skąd takie zainteresowanie światem białych kitli? Pewnie stąd, że każdy z nas jest potencjalnym pacjentem, a do tego po trosze medykiem? A może odzywa się pragnienie, by w sytuacji, gdy choroba zapuka do naszych drzwi, znalazł się fachowiec, co to poleczy ciało i duszę, a gdy zajdzie potrzeba – i krowę wydoi albo dziecko odbierze ze szkoły? Faktycznie dobrze się ogląda i komentuje bohaterów ekranu, gorzej wejść w ich rolę „w realu” i zacząć wędrówkę po labiryncie systemowych rozwiązań.

Prawda ekranu kontra realia

Mieszkańcy gminnych miejscowości po ratunek pójdą do lekarza rodzinnego. Ten zna ich od lat. Tutaj nikt nie jest anonimowy. Tu będzie tak samo rodzinnie, jak w serialu. Trudniej mają mieszkańcy aglomeracji, zagubieni w wielkich przychodnianych molochach. Mamy gotowe wzorce. Pilot do ręki i naprzód. Co stoi zatem na przeszkodzie, by ideał stał się rzeczywistością? Co tak bardzo odróżnia film od prawdziwego życia?

Moim zdaniem, chodzi o kontakt na linii lekarz-pacjent. Serialowi lekarze poświęcają swoim podopiecznym bardzo dużo czasu. Ba, często następuje znaczne skrócenie dystansu i wchodzenie w prywatne strefy psychologiczne. A jak jest w życiu, gdy zazwyczaj każdy medyk choruje na brak czasu? Niestety, ilość osób, które oczekują pomocy jest ogromna, a doba ma tylko 24 godziny. I to się mści na wszystkich. Gros niepowodzeń w terapii ma bowiem swoje źródło w złym przepływie informacji, bo aż 60 procent skuteczności leczenia zależy od  dobrej relacji z pacjentem.

Większość skarg na lekarzy ma również swoją przyczynę w nieprawidłowym komunikowaniu się w przebiegu całego procesu diagnostyki i leczenia. Wzajemne zrozumienie znacznie zmniejsza ryzyko popełnienia błędu medycznego. Jeśli chory dobrze zrozumie intencje lekarza i jego zalecenia, częściej respektuje wymogi terapii. Jak zatem poprawić obecny stan rzeczy? Czy wina leży wyłącznie po stronie białego personelu? Czy pośpiech może być wytłumaczeniem lekarskich zaniedbań? Wydaje się, że nic prostszego jak wysłuchać pacjenta, zbadać, spokojnie kilkukrotnie wyjaśnić plan leczenia, odpowiedzieć na pytania, wskazać najlepsze rozwiązania i na koniec, dodawszy otuchy, zaprosić na kolejną wizytę.

Podczas tej wyliczanki mimowolnie uśmiecham się do siebie. Nie dalej, jak dzisiaj rano, usłyszałam relację mojego pacjenta z wizyty u specjalisty. Zachwyt nad kompetencją lekarki nie miał granic, więc nie bardzo rozumiałam celu zgłoszenia się do mnie. Okazało się, że kryształowa postać miała pewien defekt. Pani doktor wprawdzie zebrała wywiad, lecz po zbadaniu pacjenta najpierw długo wypełniała stos papierów, by wreszcie, z przepraszającym uśmiechem, poinformować chorego, że wszystkie zalecenia są zapisane na karteczce, gdyż nie ma już czasu na wyjaśnianie, bo kolejni czekają. Niestety, mój rozmówca nie mógł odczytać zapisków i dlatego potrzebował mojej pomocy. Wspólnie rozszyfrowaliśmy zalecenia, lecz odbyło się to kosztem innych nerwowo chrząkających pod drzwiami.

System oparty na kolejkach

Nie rzucę kamieniem w koleżankę po fachu. System zmusza nas do gonitwy, a w sytuacjach konfliktowych zwyczajnie umywa ręce i odpowiedzialność przerzuca wyłącznie na nas. Zwykle, jak każdy lekarz, staram się postępować według pewnego schematu wizyty, przywiązując wielką wagę do omówienia planu terapii i zaleceń. Ale gdy tłum napiera, kolejne etapy muszą być skrócone do niezbędnego minimum i to kosztem właśnie rozmowy z pacjentem. Nie ma przecież limitu porad przypadających na lekarza w podstawowej opiece zdrowotnej. Specjalista też ma zawsze nadmiar potrzebujących i wiele pilnych przypadków.

Tak wiele mówi się o dostępności do świadczeń. Z założenia każdy pacjent, który ma taką potrzebę, powinien uzyskać poradę w gabinecie lekarza rodzinnego tego samego dnia. Specjalista również nie może odesłać w sprawach poważnych. Niestety, przy tak nieudolnie prowadzonych przez nasz system opieki zdrowotnej działaniach zapobiegawczych wciąż zauważamy nadmierne zapotrzebowanie na usługi medyczne. Pośpiech lekarza działa na niekorzyść pacjenta.

W razie niezadowolenia z efektów terapii nikt jednak systemu do sądu nie poda. Zdrowia to też nikomu nie wróci, a lekarzowi dobrego imienia. Zatem dobre zrozumienie się leży w interesie i lekarza, i pacjenta. Na podobieństwo naszego ministra, chciałoby się wystosować list do pacjentów z zaproszeniem do współpracy według konkretnych zasad. Szanujmy wzajemnie swój czas, dajmy też szansę innym potrzebującym.

Wiedzieć, od czego zacząć

Zanim udamy się do przychodni, zastanówmy się nad swoimi problemami zdrowotnymi i oczekiwaniami. Sakramentalne głoszone od wejścia do gabinetu „nie wiem od czego zacząć” sugeruje, że nie ma konkretnej przyczyny zgłoszenia się po poradę. Pomocne jest spisanie na kartce dolegliwości, leków do powtórzenia oraz spraw, które „chcemy załatwić przy okazji”. Nie obawiajmy się też pytać, jeśli nie rozumiemy zaleceń. Poprośmy o zalecenia na piśmie, o ile sam lekarz nie uczynił tego wcześniej. Spójrzmy też, czy potrafimy odczytać wręczone zapiski.

Panujmy nad emocjami. Około 2 proc. chorych to osoby agresywne i roszczeniowe. Nie ma szans na zadowolenie, choćby trafili do Leśnej Góry. Tacy pacjenci generują 98 proc. stresu w ciągu zwykłego dnia pracy białego personelu. Niekorzystnie też wpływają na atmosferę w zakładzie opieki zdrowotnej i na innych chorych. Jedyną radą na furiatów jest uprzejma stanowczość, nie wdawanie się w dyskusję – ale i tak zawsze odbywa się to kosztem tych spokojnych, którzy wolą przepuścić w kolejce krzykacza.

Wiele roszczeń o odszkodowania lub pociągnięcie lekarzy do odpowiedzialności dotyczy zabiegowców. Gdzie leży przyczyna? Znowu winien jest pośpiech. O dziwo, nietrzeźwość lekarza, tak bardzo nagłaśniana w mediach, to sytuacje wyjątkowe i bardzo dla nas – jako środowiska – wstydliwe. Większość skarg wynika z braku odpowiedniego poinformowania pacjenta o samym przebiegu zabiegu i ewentualnych powikłaniach. Tutaj też proponuję, by pytać i egzekwować prawo do informacji. Każdy z nas ma inny temperament, inną osobowość. Wielu z nas to ludzie czynu, którzy nie mają daru do długich tłumaczeń, rozmów, albo mają tak napięty grafik, że spotkania z chorym muszą skracać maksymalnie jak się da. I znowu: proponuję pomoc w postaci zapisania pytań na karteczce. To nic, że rozmawiał z nami anestezjolog, albo już raz lekarz prowadzący „wszystko” nam wyjaśniał. Dopytajmy. Rozwiejmy niepokój i wątpliwości.

Podstawą skutecznego leczenia jest poczucie bezpieczeństwa, a przecież tu chodzi o nasze zdrowie i życie. Wiem, wiem, to lekarz ma tak tłumaczyć, by chory zrozumiał, ale nie zawsze przecież ma świadomość, że język, którego używa, jest zbyt specjalistyczny. Naszym celem jest: nie szkodzić i leczyć, dokładając należytej staranności, lecz jesteśmy tylko ludźmi i po kolejnym dyżurze w SOR, gdzie mieliśmy całą noc przeprawy z awanturnikami, będącymi pod wpływem alkoholu, albo też po przyjęciu czterdziestej osoby w POZ, brak nam zwyczajnie sił i cierpliwości, by odpowiadać na pytanie w stylu „od czego by tu zacząć”. Zapraszam zatem naszych pacjentów do współpracy dla naszego wspólnego dobra.

Ze Sławomirem Wójcikiem, dyrektorem Szpitala Powiatowego w Bartoszycach rozmawia Anna Osowska

ANNA OSOWSKA:  Jest pan chirurgiem od lat związanym z bartoszyckim szpitalem. Obecnie piastuje Pan stanowisko dyrektora Szpitala Powiatowego w Bartoszycach. Jaką rolę pełni szpital powiatowy w systemie opieki zdrowotnej naszego kraju?

SŁAWOMIR WÓJCIK: Szpitale powiatowe można podzielić na kilka kategorii. Są szpitale z podstawowymi oddziałami, jak wewnętrzny, chirurgia, pediatria i ginekologia. Nasz szpital ma dwanaście oddziałów i, co za tym idzie, jego zasięg jest ponadpowiatowy. Mamy oddziały specjalistyczne. Jest, miedzy innymi, rehabilitacja dziecięca, rehabilitacja neurologiczna dorosłych, nefrologia ze stacja dializ, oddział chorób płuc, ortopedia. Wiodącym oddziałem jest Szpitalny Oddział Ratunkowy, do którego przywożeni są  pacjenci z całego regionu.

Jak duże jest zapotrzebowanie na świadczenia szpitalne?

Nasz szpital leczy rocznie ok 18 tysięcy pacjentów. Część z nich z powodzeniem mogłaby być leczona ambulatoryjnie. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że leczenie szpitalne jest znacznie droższe niż ambulatoryjne.

Jak sobie z tym radzą pracownicy szpitala?

Szpital jest placówką zajmującą się tylko i wyłącznie leczeniem stacjonarnym. Poradnie lekarza rodzinnego i poradnie specjalistyczne znajdują się poza strukturami szpitala. Staramy się informować i edukować pacjentów w tym zakresie. Niestety z różnym skutkiem.

Jak powinna przebiegać diagnostyka i leczenie pacjenta zanim trafi do szpitala?

Pacjent powinien być stale i przede wszystkim pod opieką lekarza rodzinnego. I to lekarz rodzinny powinien decydować o diagnostyce, leczeniu i ewentualnie kierować  chorego do specjalisty czy szpitala. W ugruntowanych systemach opieki zdrowotnej lekarz rodzinny nie tylko kieruje do szpitala, ale i obserwuje to leczenie, a następnie nadzoruje wykonywanie przez pacjenta zaleceń. U nas różnie to przebiega.

Zdarzają się nagłe zachorowania po godzinach funkcjonowania przychodni POZ. Kto wówczas świadczy usługi medyczne? Lekarz rodzinny przyjmuje według harmonogramu. Świadczenia medyczne POZ po godzinie 18 w dni powszednie i w święta są oddzielnie kontraktowane. Gdzie znajdą pomoc mieszkańcy naszego powiatu po godzinach pracy swego lekarza rodzinnego?

Po godzinach pracy lekarza rodzinnego, czyli w dni powszednie od godziny 18 do 8 rano, oraz całodobowo w dni wolne od pracy, w strukturach szpitala funkcjonuje nocna i świąteczna opieka lekarska i pielęgniarska, zarówno ambulatoryjna, jak i wyjazdowa. Ambulatorium to nie przedłużenie pracy lekarza rodzinnego. Tutaj leczymy zachorowania ostre lub zaostrzenia chorób przewlekłych, które wystąpiły po godzinach pracy POZ. Nie uzyskamy tu pomocy typu wizyty kontrolnej lub przedłużenia leków przyjmowanych przewlekle. W przypadku zachorowań ostrych, zagrażających życiu, urazów, wypadków, pacjenci zgłaszają się do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego (SOR).

Jak sprawdza się na co dzień system organizacyjny bartoszyckiego szpitala?

Uważam, że organizacja naszego szpitala jest wręcz modelowa w odniesieniu do obszaru, jakim jest powiat. Funkcjonowanie obok siebie ambulatorium NŚOZ i SOR umożliwia właściwą, bezpieczną i wygodną dla pacjenta opiekę doraźną.

Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej powiatu bartoszyckiego w roku 2013 udzielili 216 000 porad w swoich przychodniach. W liczbie tej są też ujęte wizyty domowe. Powiat liczy około 61 tysięcy mieszkańców. Jak wielu pacjentów korzysta z SOR i z Ambulatorium NŚOZ?

W naszym szpitalu w SOR w 2013 r. przyjęto 9200 pacjentów. Lekarze Nocnej i Świątecznej Opieki Lekarskiej udzielili 7150 porad. To bardzo dużo.

Do lekarza rodzinnego pacjent ma prawo zgłosić się z każdym problemem zdrowotnym. Czy zdarzają się nieuzasadnione zgłoszenia pacjentów do SOR lub Ambulatorium?

Przyjmuje się, że 20-30 proc. przypadków jest leczonych w SOR, choć nie ma do tego wskazań. Podobnie do ambulatorium NŚOZ nie powinni zgłaszać się ci, którzy zwyczajnie pominęli swojego lekarza rodzinnego, albo nie odpowiadał im zbyt długi czas oczekiwania na wizytę do specjalisty. Po godzinie 18 ustawiają się kolejki tych, którzy nie mogli – albo nie chcieli – pójść do lekarza rodzinnego lub nie zostali przez niego przyjęci. Okazuje się, że niektórzy przychodzą do ambulatorium celem wizyty kontrolnej w trakcie leczenia. Jest to nieporozumienie. Lekarze ambulatorium mają udzielać pomocy doraźnej, nie zaś zastępować lekarza rodzinnego czy specjalistę. Prośba o powtórzenie leków przyjmowanych przewlekle jest zwyczajnym nadużyciem i niepotrzebnie generuje konflikty.

Wróćmy do tych chorych, którzy rzeczywiście wymagają pomocy szpitala. Jak pacjent ma się odnaleźć w budynku szpitala?

Przed wejściem do szpitala znajdują się tablice informacyjne. Są oznaczone trzy kierunki: Izba Przyjęć, Ambulatorium NŚOZ oraz SOR – EMERGENCY. Pacjent może być przyjęty do szpitala w trybie planowym, wtedy, gdy posiada skierowanie z wyznaczonym terminem przyjęcia. Wówczas trafia do IP w godzinach 8-15. Jeżeli pacjent posiada skierowanie pilne, to w godzinach pracy IP trafia właśnie tam, a po godzinie 15.00 lub w przypadku, gdy skierowania nie ma, a potrzebna jest mu pilna pomoc medyczna, trafia do SOR TRIAGE.

Kto decyduje o tym, jak szybko i w jakiej kolejności zostanie udzielona pomoc osobie zgłaszającej się do szpitala?

W przypadku, gdy pacjent ze swoim problemem zdrowotnym przychodzi do szpitala, oczywiście – nie posiadając skierowania – trafia do punktu określanego jako TRIAGE, czyli punktu segregacji. W punkcie tym kwalifikowany personel nadaje status i wskazuje, dokąd pacjent powinien przejść. Zajmują się tym wykwalifikowane pielęgniarki oraz ratownicy medyczni. Ratownicy medyczni są to wykwalifikowani pracownicy, którzy specjalizują się w czynnościach ratunkowych. Z TRIAGE pacjent jest kierowany do lekarza NŚOZ lub do SOR.

Jaki jest czas oczekiwania na pomoc lekarską?

W NŚOZ czas oczekiwania jest zależny od długości kolejki oczekujących. Inaczej jest w SOR. Tutaj każdy pacjent otrzymuje odpowiedni znaczek-kolor. Kolor zielony oznacza, że pacjent nie ma stanu zagrożenia życia, lecz wymaga diagnozowania oraz leczenia w SOR – i może oczekiwać do 180 minut. Kolor żółty – poważniejsze schorzenie, więc oczekiwanie może wynieść do 90 minut. Kolor czerwony określa stan bezpośredniego zagrożenia życia i czas oczekiwania nie może przekraczać 10 minut, ale najczęściej pacjent w ogóle nie czeka. Pacjenci przywożeni przez zespoły ratownictwa medycznego przyjmowani są poza kolejnością.

Od jak dawna funkcjonuje Szpitalny oddział ratownictwa?

SOR w Bartoszycach istnieje od ponad dziesięciu lat, a w nowych pomieszczeniach funkcjonuje od połowy 2012 r.

Mówiliśmy o nieuzasadnionych zgłoszeniach do SOR. Jak jest z wezwaniami karetki pogotowia?

Jeśli pacjent ma dysfunkcje narządu ruchu lub jest w stanie uniemożliwiającym samodzielne zgłoszenie się do szpitala, a wymaga udzielenia pomocy medycznej w trybie pilnym, może z niej skorzystać, dzwoniąc na numer alarmowy 112 lub 999. Dyspozytor koordynuje pracę zespołów ratownictwa medycznego w województwie. Centrum Powiadamiania Ratunkowego (CPR) znajduje się w Olsztynie. Na naszym terenie stacjonują cztery zespoły Ratownictwa medycznego (RTM). Trzy podstawowe, tzw. „P”, i jeden specjalistyczny – „S”. W podstawowym zespole jeżdżą ratownicy, w specjalistycznym jeździ też lekarz. Zasięg działania zespołów ratowniczych jest ponadpowiatowy. To dyspozytor CPR  decyduje, który zespół jest najbliżej miejsca zdarzenia i zleca mu dojazd do chorego. Stąd do mieszkańca naszego powiatu może przyjechać zespół wyjazdowy spoza Bartoszyc.

Czy często zdarzają się nieuzasadnione wezwania karetki?

Nie ma już tak wielu tego rodzaju sytuacji. Większa jest świadomość społeczeństwa. Plagą są natomiast wyjazdy do osób nietrzeźwych. Nie oznacza to, że osoba pod wpływem alkoholu nie może być chora. Dopiero po zbadaniu pacjenta można stwierdzić, że nie było wskazań do wezwania zespołu wyjazdowego. Na szczęście, obecnie prawie nie zdarzają się wezwania fałszywe. Kiedyś faktycznie było to nagminne.

W jaki sposób należy wezwać pogotowie?

Jeżeli decydujemy się na wezwanie karetki, powinniśmy zrobić wszystko, by dotarła do miejsca zdarzenia w możliwie najkrótszym czasie. Przede wszystkim, należy opanować panikę i najpierw przystąpić do udzielania pierwszej pomocy, jednocześnie zlecając wezwanie pogotowia którejś z obecnych osób. Jeśli jesteśmy sami, to najpierw spróbujmy chorego uratować. Nie obawiajmy się podjąć czynności pierwszej pomocy. Gdy wzywamy karetkę, trzeba wiedzieć, do kogo wzywamy, w jakie miejsce oraz, oczywiście, z jakiego powodu. Ile osób jest poszkodowanych. W tym miejscu chciałbym apelować do samorządowców: zmorą jest brak oznakowania budynków, a często bezładne numerowanie zabudowań opóźnia dojazd. Numery powinny być duże i umieszczone w widocznym z drogi miejscu.

Dobrze oznakowany budynek wystarczy?

Po wezwaniu pogotowia warto, by na drodze ktoś oczekiwał karetki i dał wyraźny znak zespołowi wyjazdowemu, że to właśnie tu znajduje się poszkodowany.

Czy zdarza się utrudniony dojazd do chorego?

Zła jakość dróg pogarsza komfort przewozu chorego i może wydłużyć czas dojazdu. Czasami złe warunki atmosferyczne uniemożliwiają dotarcie karetki na miejsce zdarzenia i musimy się posiłkować innymi pojazdami, np. straży pożarnej lub straży granicznej, lub zwyczajnie – dotrzeć do chorego piechotą.

A pogotowie lotnicze?

Rzeczywiście, funkcjonuje też Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. W niektórych przypadkach dyspozytor może zadysponować użycie w akcji ratowniczej śmigłowca. LPR wykorzystywane jest też do transportów międzyszpitalnych pacjentów będących w ciężkim stanie, wymagających szybkiej interwencji specjalistycznej. W listopadzie 2013 r. bartoszycki szpital zmodernizował swoje lądowisko, dostosowując je do przyjmowania lotów nocnych.

W jaki sposób informacja o zasadach funkcjonowania szpitala dociera do mieszkańców powiatu?

Szpital prowadzi edukację mieszkańców naszego rejonu na bardzo szeroką skalę. Wspomaga nas w tym „Goniec Bartoszycki” – gazeta lokalna – oraz Bart-Sat, lokalna telewizja. Pacjenci, oczekując w poczekalni SOR, mają możliwość poznać zasady działania Szpitalnego Oddziału Ratunkowego i Ambulatorium Lekarzy NŚOZ, a także, zasady zachowania w przypadkach stanu zagrożenia życia. Osiągnęliśmy to, instalując w poczekalni monitor, na którym prezentujemy krótkie filmy edukacyjne.

W tym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra na rzecz SOR-ów. Może warto przedstawić jej pomysł bartoszyckiego szpitala i włączyć do akcji edukacyjnej poradnie lekarza POZ?

Uważam, że jest to bardzo dobry pomysł. Im większa będzie świadomość społeczeństwa, tym krótszy czas oczekiwania na pomoc tych, którzy jej faktycznie potrzebują. Dla przykładu: uczymy, jak kierować akcją ratowania życia, jak się zachować, widząc wypadek komunikacyjny, jak się zachować, widząc omdlenie, drgawki, zasłabnięcie.

Kto poza pacjentami szpitala został włączony w edukację?

Pokazywaliśmy nasze filmy edukacyjne władzom samorządowym. Spotkały się z ogromnym zainteresowaniem. Zależy nam, by dotarły do możliwie licznej grupy mieszkańców naszego rejonu. W opracowanie filmów edukacyjnych zaangażowali się ratownicy naszego szpitala pod kierownictwem koordynatora  SOR, doktora Wojciecha Stefaniaka.

Zatem współpraca z lekarzami rodzinnymi może być kolejnym krokiem w budowaniu świadomości naszej lokalnej społeczności w celu prawidłowego korzystania z SOR i NŚOZ?

Jak najbardziej. Umieszczenie monitora w poczekalni POZ i prezentowanie przygotowanych przez nas materiałów edukacyjnych nie jest kosztowne. A korzyści są bardzo wymierne. Współpraca między szpitalem, a praktykami lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej również na tym polu ma szansę się rozwijać.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:45

SPOKOJNE ŚWIĘTA CZYLI eWUŚ DO POPRAWKI

Nie ulega żadnej wątpliwości, że gwiazdą systemu opieki zdrowotnej w mijającym roku był eWUŚ, czyli Elektroniczna Weryfikacja Uprawnień Świadczeniobiorców. Oj, dał się on we znaki wszystkim.

System doprowadził do wielu konfliktów, gdyż często błędnie wykazywał brak uprawnień do świadczeń zdrowotnych. Pacjent nie rozumiał, co oznacza, że „świeci na czerwono”, personel  próbował wyartykułować zasady weryfikacji elektronicznej, a kończyło się na skoku ciśnienia tętniczego u obu stron. To, co miało ułatwić pracę, wydłużało kolejki do rejestracji w nieskończoność.

O krok od katastrofy

Na podobieństwo pracy przy taśmie w zakładach opieki zdrowotnej składały się dwa scenariusze: „Dowód osobisty? Dziękuję. Kto następny, proszę?” lub „Dowód osobisty? Brak uprawnień (czyli świecenie w eWUŚ na czerwono)”, co oznaczało niezadowolenie ubezpieczonego – jego oświadczenie – i pomstowanie na macierzystą przychodnię/zakład diagnostyczny/poradnię specjalistyczną/szpital.

Niewielu chorych rozumiało istotę problemu. Awantury o eWUŚ stały się codziennością. Przerwy w łączności paraliżowały pracę przychodni. Pacjenci mieli dość. Personel śnił o eWUŚ po nocach. eWUŚ zaś był jak niechciane dziecko. I nic dziwnego: mnóstwo razy słyszałam stwierdzenia, że po to płacimy składkę zdrowotną, by mieć dostęp do opieki zdrowotnej, wszelkie zaś utrudnienia administracyjne powinny być jak najszybciej niwelowane tak, by chory nie musiał tego przypłacać własnym zdrowiem.

Pacjenci obrzucali system weryfikacji inwektywami. Póki kończyło się na składaniu oświadczeń, można było jeszcze jakoś przystać na ten sposób sprawdzania uprawnień do świadczeń zdrowotnych.  Największy sprzeciw budziło uzależnienie poziomu finansowania podstawowej opieki zdrowotnej (POZ) od eWUŚ. Praktyki miały stracić średnio po 7,5 proc. środków finansowych. Dla wielu gabinetów  lekarskich oznaczało to utratę płynności finansowej. Mało brakowało, a to niedoskonałe narzędzie weryfikacji uprawnień stałoby się powodem upadku instytucji lekarza rodzinnego w naszym kraju, wręcz sprawcą pozbawienia wielu obywateli dostępu do  opieki zdrowotnej.

Fałszywa wyrocznia

Obecnie można skorygować ręcznie uprawnienia doświadczeń zdrowotnych. Zamierzeniem NFZ było, by eWUŚ stał się wyrocznią. Na szczęście przedstawiciele środowiska medyków – Federacja Porozumienia Zielonogórskiego oraz Kolegium Lekarzy Rodzinnych – nie szczędzili wysiłków, by dostarczać coraz to nowych argumentów za tym, by a i owszem, uszczelniać system, ale nie kosztem lekarzy rodzinnych i ich pacjentów.

Kolejne przykłady błędnego działania elektronicznej weryfikacji potwierdziły tezę o wadach ukrytych tego narzędzia. Na szczęście, Prezes NFZ podzieliła obawy świadczeniodawców. Tym razem obyło się bez demonstracji siły. Obie strony mogą mieć satysfakcję: chorzy nie będą ofiarami błędów polityki zdrowotnej, ucichła też wrzawa. Mieszkańcy nawet najbardziej oddalonego od stolicy miasteczka czy wioski mogą spokojnie przygotowywać się do świąt, oswajać z zimą – zamiast wystawać w kolejkach do lekarza rodzinnego po zapas recept „na wszelki wypadek”. Przy wigilijnych stołach nie będzie już rozmów o konfrontacji lekarze rodzinni-Narodowy Fundusz Zdrowia . Zapanowała normalność, czyli lekarz po 1 stycznia będzie czekał w swej przychodni.

Dla naszego starzejącego się społeczeństwa dostęp do opieki medycznej i rehabilitacji jest jedną z najbardziej podstawowych potrzeb. Stres związany z kontraktowaniem usług medycznych, fundowany naszemu społeczeństwu  rokrocznie na przełomie grudnia i stycznia, nie dodaje splendoru żadnej władzy. Przecież Narodowy Fundusz Zdrowia ma nabywać usługi medyczne, nie zaś likwidować system opieki zdrowotnej.

Co po Nowym Roku?

Skoro eWUŚ został odroczony, rodzi się pytanie, czy lekarze podstawowej opieki zdrowotnej będą triumfować, podpisując aneksy do dotychczasowych umów? Jakie korzyści odniesie pacjent, a jakie lekarz? Nowy rok to kontynuacja obowiązujących w 2013 roku zasad funkcjonowania. Bez problemu otrzyma pomoc medyczną, nawet jeśli w eWUŚ błędnie zaświeci się na czerwono. Wystarczy oświadczenie chorego, że jest ubezpieczony, a będzie miał dostęp do bezpłatnej porady, badań diagnostycznych i refundowanych recept. Nadal obowiązuje definicja porady wypracowana w 2010 roku, więc przewlekle chory pacjent otrzyma recepty na leki bez konieczności osobistego zgłoszenia się do gabinetu lekarskiego. Obłożnie chorzy skorzystają z wizyty domowej w ramach ubezpieczenia zdrowotnego, otrzymają też zlecenia na wykonanie zabiegów pielęgniarskich w miejscu zamieszkania – jeżeli oczywiście ich stan zdrowia będzie tego wymagał.

Lekarz rodzinny będzie nadal przewodnikiem po systemie opieki zdrowotnej. To on zdecyduje, kiedy skierować chorego na badania dodatkowe, do poradni specjalistycznej czy do szpitala. Niestety, od świadomości naszych obywateli zależeć będzie decyzja, czy w godzinach wieczornych i nocnych zgłosić się do działu pomocy doraźnej, wezwać  zespół ratunkowy, udać się do ambulatorium lekarza POZ  - czy poczekać do rana i pójść po poradę do swojej przychodni. Żadna reforma tego problemu nie uporządkuje. Tylko edukowanie chorych może z czasem przynieść efekty i przyszpitalne oddziały ratownictwa nie będą odwiedzane przez chorych z błahymi problemami.

Póki co, nie ma pomysłu, jak przeciwdziałać zjawisku nadużywania dostępu do świadczeń medycznych. W POZ obowiązuje składka kapitacyjna, czyli osoby, które nie korzystają ze świadczeń, finansują te, które korzystają. Każdy lekarz rodzinny ma grupę chorych, nadużywającą prawa do bezpłatnych świadczeń. Utrudnia to dostęp tym naprawdę potrzebującym. W specjalistyce nadal obowiązuje wycena punktowa porad, w szpitalu procedury.

Choć zapanował spokój i, póki co, zarówno szpitalom, jak i przychodniom w ciągu najbliższego roku nie grozi widmo bankructwa, reprezentanci środowiska medycznego są dalecy od samozadowolenia i nie mają zamiaru zapadać w sen zimowy. Nie zwiększono środków na leczenie. Zamrożenie środków to gra na zwłokę, czekanie na lepsze czasy. Przedstawiciele środowiska lekarskiego zgodzili się na dotychczasowe warunki finansowe, czym wykazali dobrą wolę. Przed nimi jednak długa droga – negocjowanie umów na kolejne lata.

Przewrotna sprawiedliwość

Może wreszcie NFZ i Ministerstwo Zdrowia, podczas wypracowywania rozwiązań korzystnych dla wszystkich stron, spojrzą na świadczeniodawców, jak na partnerów. Chodzi o to, by podstawowa opieka zdrowotna odzyskała należne jej miejsce w systemie, a opieka specjalistyczna i leczenie szpitalne mogły zapewnić opiekę dla wszystkich, którzy jej potrzebują.

Nie da się nie zauważyć, iż próba odebrania środków za pomocą eWUŚ, paradoksalnie, przyniosła Narodowemu Funduszowi Zdrowia wymierne korzyści. Odwróciła ona bowiem uwagę od faktu, że roczna stawka kapitacyjna przeznaczana na pacjenta nie zmienia się od kilku lat, mimo wzrostu kosztów diagnostyki i leczenia. Znowu świadczeniodawca ma się cieszyć z tego, że mu „nie zabrano”. Opieka specjalistyczna i szpitalna potraktowane zostały podobnie jak POZ. Kontrakty na tym samym poziomie, z niewielkimi cięciami (zmniejszenie liczby punktów o 1 proc. – powiat bartoszycki), to tylko z pozoru zapewnienie ciągłości funkcjonowania zakładów. To taki paradoks naszej rzeczywistości. Pokutuje zasada: lepszy rydz niż nic. Jedno trzeba przyznać. System opieki zdrowotnej jest wreszcie sprawiedliwy: nie wyróżnił nikogo. W rzeczywistości umniejszył wszystkim. Nie ma więc powodów do radości.

Dla kierujących zakładami oznacza to dalsze cięcie wydatków na podstawowe potrzeby zakładu. A co z chorymi? Problem pacjentów jest wciąż taki sam. Znowu będą skargi na niewystarczający dostęp do świadczeń limitowanych ilością punktów czy procedur. Istnieje ryzyko spadku jakości usług. Jedynie wymagania NFZ pozostają na tym samym poziomie: pacjenci w stanach zagrożenia życia oraz przypadki pilne mają być przyjmowane mimo ograniczeń kontraktu, podobnie inwalidzi wojenni.

Wszystko w ramach podstawowej umowy. Urzędnicy umywają ręce, to medyk decyduje, czy przyjąć chorego. Jeżeli dojdzie do nagłego pogorszenia się stanu zdrowia nieprzyjętego pacjenta, czarny PR – niczym stado hien – napadnie tych, co zawinili – czyli lekarzy – pomijając autorów obowiązujących przepisów. Nikt nie będzie pytał o niezapłacone przyjęcia poza limitem. Centrala NFZ daleko, lekarz pod ręką.

eWUŚ niechaj nam dojrzewa

Z uporem więc będę powtarzać, że powinna być dodatkowa pula na przypadki pilne, zarówno w szpitalach, jak i w specjalistyce. Wystarczy ująć ten wariant porady, czy hospitalizacji, w umowie. Ba, określić, jaki procent mogą stanowić te pilne przypadki. Jestem pewna, że takie rozwiązanie znacznie zwiększyłoby dostęp do świadczeń, mniej też byłoby hospitalizacji, gdyż poradnie specjalistyczne przejęłyby znaczną część ciężko chorych pacjentów. Wiele łóżek szpitalnych zajmują bowiem ci, którzy w porę nie dostali się do specjalisty.

Taka procedura ułatwiłaby też funkcjonowanie podstawowej opieki zdrowotnej. Przy zwiększeniu dostępu do porad specjalistycznych lekarz rodzinny nie miałby dylematu: napisać skierowanie w trybie pilnym do specjalisty, czy skierować chorego do szpitala. Wierzę, że wreszcie KTOŚ znajdzie salomonowe rozwiązanie i udoskonali ten, tylekroć reformowany, system opieki zdrowotnej – tak, by i świadczeniobiorcy (pacjenci) i świadczeniodawcy (zakłady opieki zdrowotnej czy lekarze) byli zadowoleni. Zamiast wylewać dziecko z kąpielą, warto usiąść przy stole i wspólnie zastanowić się nad poprawą systemu opieki zdrowotnej, który – choć nieco kulawy – ratuje jednak wiele istnień ludzkich. A co z eWUŚ?  Podziwiajmy choinkę, łammy się opłatkiem, a eWUŚ… niech pomału dojrzewa.

wtorek, 03 grudzień 2013 22:02

SANATORYJNE FAJFY TYLKO DLA WYBRANYCH?

O wyjazdach sanatoryjnych krążą legendy. Nic dziwnego, gdyż leczenie klimatyczne istnieje w Polsce od XII wieku. Dzisiaj prym wiodą nowopowstałe i nowocześnie wyposażone ośrodki z bazą hotelową na unijnym poziomie. Przed laty wystarczały drewniane pensjonaty bez wygód, spacery, leżakowanie na słońcu (tak leczono miedzy innymi gruźlicę), ćwiczenia i zabiegi oparte na medycynie naturalnej.

Największą atrakcją poszczególnych kurortów były koncerty  znanych artystów. I tak do Krynicy ruszali miłośnicy Jana Kiepury, a w Szczawnie wypatrywano Mieczysławy Ćwiklińskiej. W Ciechocinku kiedyś podziwiano Hankę Bielicką i jej kapelusze, zaś dzisiaj wspomnienie Don Wasyla wciąż powoduje szybsze bicie serca u niejednej kuracjuszki przechadzającej się pod tężniami.

Pamiętający magię deptaka w Sopocie czy Ciechocinku zasypują żartobliwymi radami aktualnie wyjeżdżających „do wód”. Wielu jednak nie kryje niezadowolenia, gdyż tę formę leczenia uważa za zwykły wypoczynek – i to na koszt państwa. Kilkunastominutowe zabiegi  w minimalnej ilości nie mają, w ich mniemaniu, szansy poprawić stanu zdrowia kuracjusza, który musiał pokonać kilkaset kilometrów meczącej drogi, a teraz biega z budynku do budynku.

Po części przyznaję im rację. Nawał pacjentów niekiedy skutkuje pracą na akord nawet tam, gdzie powinien być spokój i harmonia. Zdecydowanie inaczej do sprawy podchodzą wybrańcy, którym udało się otrzymać skierowanie do sanatorium i je zrealizować. Nie ważne dokąd, istotne, że jadą się leczyć.

Fora internetowe kipią od emocji. Na portalach powtarzają się pytania potencjalnych kuracjuszy, o dziwo, nie o poziom świadczonych usług, lecz o… średnią wieku leczonych w danym ośrodku. Czy pytającym chodzi faktycznie o powrót do zdrowia? Najprawdopodobniej tak, tylko wolą odzyskiwać sprawność wśród rówieśników. Nie można ich za to ganić. Jeśli trafi się do pokoju z wiekową osobą, to wypada jej pomagać, wyręczać, a przecież nikt w pełni zdrowy do sanatorium się nie wybiera. Statystyki pokazują, że rzeczywiście, osoby po 60. roku życia najczęściej korzystają z uzdrowiskowej oferty. Nic dziwnego, dłużej żyjemy, dłużej chorujemy, ale też na szczęście – dłużej chcemy pozostać sprawni i samodzielni.

Możliwości w ramach składki

Wzrosła też świadomość możliwości terapii w ramach składki zdrowotnej.  Podkreślić też należy, iż jedynie Narodowy Fundusz Zdrowia oraz Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych umożliwiają rehabilitację seniorom. Zakład Ubezpieczeń Zdrowotnych kieruje swoją ofertę tylko do osób czynnych zawodowo, licząc na to, że rehabilitacja przywróci je do pracy. ZUS nie ma własnych obiektów, kieruje na rehabilitację do jednostek, z którymi podpisał umowy cywilno-prawne. Turnusy prewencji rentowej trwają  średnio 24 dni i są bezpłatne.  Osoba chora może wyjeżdżać nawet kilka razy w roku, w zależności od stanu zdrowia i wskazań do rehabilitacji.

Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego natomiast zapewnia leczenie w ośrodkach rehabilitacyjnych rolnikom i ich przewlekle chorym lub niepełnosprawnym dzieciom (przynajmniej jeden z rodziców musi być ubezpieczony w KRUS) co 12 miesięcy (w uzasadnionych przypadkach częściej). Kwalifikowane są  osoby zagrożone całkowitą niezdolnością do pracy w gospodarstwie rolnym, albo uznane okresowo za całkowicie niezdolne do takiej pracy, które jednak rokują odzyskanie tejże w wyniku leczenia i rehabilitacji. Dotyczy to jednak wybranej grupy, tj. kobiet do 60. roku życia, mężczyzn do 65. roku życia. KRUS posiada własne ośrodki rehabilitacyjne. Turnusy trwają 21 dni. Koszty pokrywa KRUS. Do leczenia rehabilitacyjnego w pierwszej kolejności kierowani są rolnicy, którzy ulegli wypadkowi w gospodarstwie rolnym oraz osoby przebywające na zwolnieniu lekarskim powyżej 180 dni.

Korzystanie z leczenia rehabilitacyjnego w ramach ZUS lub KRUS nie wyklucza kontynuacji leczenia ambulatoryjnego w ośrodkach sanatoryjnych NFZ. Tutaj, jak wspominałam, na szczęście nie ma ograniczeń wiekowych. Wskazaniem do wystawienia skierowania do sanatorium jest konieczność kontynuacji leczenia specjalistycznego lub szpitalnego. Dotyczy to terapii chorób przewlekłych oraz działań mających na celu zapobieganie ich odległym następstwom. Turnusy trwają 21 dni w przypadku pobytu w sanatorium uzdrowiskowym (brak prawa do L4, leczenie w ramach urlopu wypoczynkowego), albo 24 dni, jeśli chory wymaga leczenia w szpitalu sanatoryjnym (kuracjusz otrzymuje L4). Czas oczekiwania na miejsce w sanatorium to średnio 18 miesięcy.

Krócej czeka pacjent, jeżeli w grę wchodzi kontynuacja leczenia szpitalnego (druk sanatoryjny należy złożyć w NFZ w ciągu 3 miesięcy od hospitalizacji). Jesteśmy bardzo schorowanym społeczeństwem, toteż chętnych  nie brakuje. To tłumaczy tak długie kolejki oczekujących. Od dawna nie jest to już urlop na koszt ubezpieczyciela. Tylko leczenie w szpitalu uzdrowiskowym jest bezpłatne dla pacjenta.

Pobyt w sanatorium wiąże się z dopłatą za miejsce w pokoju bardziej komfortowym. Płacimy też „za powietrze” (opłata klimatyczna). Finansujemy dodatkowe zabiegi, aby osiągnąć zamierzony efekt leczniczy i w pełni wykorzystać pobyt w sanatorium. Kurorty zapewniają dodatkowe rozrywki. Wszystko, rzecz jasna, by pokazać walory otoczenia. Rzeczywiście, uczestnictwo w organizowanych przez kurort wycieczkach, prezentacjach czy wieczorkach tanecznych, pozwala oderwać się od codziennych problemów, pozostawionych zwykle kilkaset kilometrów od uzdrowiska.

Łagodne zderzenie z rzeczywistością

Po powrocie łatwiej się zderzyć z rzeczywistością. Leczenie sanatoryjne to przecież regeneracja nie tylko fizyczna, ale i psychiczna. Polecam tę formę terapii. Szkoda, że sposób kwalifikacji pozostawia wiele do życzenia. Z jednej strony dobrze, bo to lekarz – specjalista w dziedzinie balneoklimatologii i medycyny fizykalnej lub rehabilitacji leczniczej – dokonuje oceny skierowania na leczenie uzdrowiskowe, ale niestety, odbiera się świadczeniobiorcy możliwość wyboru terminu leczenia oraz wskazania konkretnego ośrodka sanatoryjnego. Możemy jedynie zaznaczyć preferowany region kraju (nadmorskie, podgórskie itd.).

Znacznym utrudnieniem jest też konieczność „weryfikacji” skierowania po 18 miesiącach od wystawienia druku. Nauczyciele często do skierowań dołączają prośby o terminy wakacyjne. Fakt, gdyby każdy mógł wybrać dogodny okres, sanatoria przez znaczną część roku świeciłyby pustkami. Mimo mnożonych przez NFZ komplikacji, liczba zainteresowanych wcale nie spada. Niestety, zawiadomienie o przyznanym turnusie często przychodzi znienacka i zmusza do nagłej zmiany planów. To generuje stres, a nie o to przecież chodzi w procesie leczenia.

Z mojego doświadczenia wynika, że z leczenia uzdrowiskowego wciąż najczęściej korzystają emeryci i renciści. Osoby czynne zawodowo nie mogą sobie pozwolić na prewencję w postaci leczenia klimatycznego. Trzytygodniowe turnusy w bliżej nieokreślonym terminie? Kto z prowadzących firmę się na to zdecyduje? Który pracodawca zgodzi się na nagły wyjazd chorującego przewlekle, ale przecież zdolnego do pracy podwładnego? Takie realia uniemożliwiają działania profilaktyczne w zakresie chorób układu ruchu osobom w przedziale wiekowym między 45. a 60. rokiem życia. A szkoda. Nie da się nadrobić straconego czasu.

Uważam za celowe ustalenie w NFZ oddzielnej puli miejsc sanatoryjnych dla osób czynnych zawodowo. Może dzięki takim posunięciom nasz kraj będzie mógł się poszczycić większą sprawnością emerytów i mniejszą liczbą rencistów. A gdyby tak wprowadzić wariant 14-dniowych turnusów? Więcej osób mogłoby skorzystać z oferty i zmieniłaby się struktura wiekowa kuracjuszy.

Zdecydowanie nie popieram tych, którzy negują zasadność leczenia sanatoryjnego. Leczenie klimatyczne ma ugruntowaną pozycję w terapii wielu schorzeń. Mikroklimat miejscowości uzdrowiskowych czyni cuda. Jeśli jeszcze dodamy do tego możliwość skorzystania z zabiegów w dobrych warunkach i w miłym towarzystwie – efekt leczniczy pewny. A co z opowieściami o fajfach, wieczorkach tanecznych czy złamanych sercach? No cóż, małżeństwa mogą jeździć do sanatorium tylko wówczas, jeśli jedno pełni rolę opiekuna osoby niepełnosprawnej lub oboje małżonkowie są w zawansowanym wieku. Taniec sprzyja zdrowieniu, a czarowna moc kurortowego otoczenia przysparza o zawrót głowy, więc są i efekty niezamierzone w zaleconej kuracji…

Moi pacjenci wracają z sanatoriów zdrowsi, radośniejsi, jakby młodsi. O sprawy sercowe nie pytam. Na dzień dobry pytają, kiedy znowu mogą starać się o wyjazd na kolejny turnus. Gaszę ich zapędy. Muszą odczekać 12 miesięcy. Niech dadzą szansę innym. Populacja osób kwalifikujących się do leczenia balneologicznego znacznie przekracza możliwości NFZ, więc chyba już zawsze ta forma terapii będzie tylko dla wybrańców. Zatem tym zapracowanym, co nie mogą dołączyć do grona kuracjuszy, pozostaje snuć domysły i z zazdrością wzdychać w stronę deptaka w Ciechocinku albo wybrać się do uzdrowiska na własny koszt.

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY