Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

czwartek, 26 czerwiec 2014 23:41

TYLKO ROZGRZESZENIA NIE UDZIELAM

Rozmowa z Arturem Szewczykiem, wójtem gminy Ciepielów

ANNA CEBULA: Mówi pan o sobie, że sprawuje urząd wójta od 2004 roku, czyli tyle lat, ile Polska należy do Unii Europejskiej… Pamięta pan pierwszą zauważalną korzyść dla gminy Ciepielów, wynikającą z faktu, że staliśmy się krajem członkowskim Wspólnoty?

ARTUR SZEWCZYK: Tak, wreszcie coś drgnęło, chociaż nasze wejście do Unii zbiegło się z wcześniej wprowadzoną zmianą w zakresie wybieralności wójta przez samych mieszkańców, co już wówczas spowodowało inne spojrzenie na problemy gminy jako jednego całościowego organizmu. UE to jeszcze bardziej podkreśliła, w swoich fundamentalnych zasadach, dążąc do równomiernego rozwoju w każdym aspekcie życia mieszkańców.

Pierwsze zauważalne zmiany to program SAPARD, a więc program realizowany jeszcze przed naszym wejściem do struktur UE. Nasza gmina, z olbrzymim jak na te czasy dofinansowaniem, wybudowała dwie drogi i zmodernizowała stację uzdatniania wody.

Ale przede wszystkim zmieniła się mentalność w zakresie inwestycyjnym. Wreszcie przyszły czasy, w których ci, którzy chcieli i którzy przejawiali zainteresowanie, mogli coś zrobić, bez oglądania się na poparcie polityczne (akurat w tym czasie rządzących). Wreszcie przyszły czasy normalności, gdzie, żeby dostać dofinasowanie, trzeba było złożyć dobry sensowny wniosek, oceniany nie politycznie, ale według określonych zasad.

Dużą szansą na inwestycje było dofinansowanie z Unii Europejskiej w latach 2007−2013. Co udało się zrealizować w tym czasie w gminie Ciepielów?

Okres 2007-2013, to okres niesamowitego rozkwitu inwestycji infrastrukturalnych w gminie. Co roku, przy wsparciu środków unijnych, wydatkowaliśmy z gminnego budżetu od 3,5 do 4,5 miliona złotych. Środki unijne wydatkowano, między innymi, na trzy duże zagospodarowania centrów największych gminnych miejscowości związanych z odnową otoczenia kościołów i terenów przyległych (parkingi, chodniki, mała architektura krajobrazu, oświetlenie parkowe, itp.). Jako jedyna gmina w powiecie lipskim wybudowaliśmy drogę gminną z dofinasowaniem UE. Przy dofinasowaniu unijnym wybudowaliśmy dwa wodociągi oraz nowoczesną stację uzdatniania wody, obecnie realizujemy budowę ponad 160 przydomowych oczyszczalni ścieków. Zrealizowaliśmy kilkanaście projektów w ramach tzw. „małych projektów” oraz tzw. „projektów miękkich” przeznaczonych dla jednostek oświatowych i ośrodka pomocy społecznej. Łącznie, na wszystkie zadania zrealizowane z dofinasowaniem unijnym, wydatkowaliśmy ponad 6,5 miliona złotych.

Podsumowując, czy gmina wykorzystała szanse, jakie były jej dane w minionej perspektywie?

Z pełnym przekonaniem odpowiadam, że wykorzystaliśmy właściwie wszystko, co mogliśmy. Składaliśmy bardzo dużo wniosków, wykorzystując prawie każdy nabór projektów. W powiecie lipskim, mimo że jesteśmy tylko średnią pod względem wielkości jednostką samorządową, uzyskaliśmy największe unijne dofinansowanie. Związane jest to także z faktem, że corocznie wydatkujemy ze stosunkowo małego budżetu najwięcej środków na realizację inwestycji spośród wszystkich gmin (łącznie z miastem Lipskiem i powiatem lipskim, które mają do dyspozycji dwa, a nawet trzy razy większe budżety).

Ma pan już plany co do kolejnego rozdania środków w latach 2014-2020?

Zawsze ostatnie lata przed rozpoczęciem perspektywy nowych środków poświęcam, wraz z Radą Gminy, na przygotowanie nowych projektów. Nie może być tak, że po wyborach nowe władze nie będą przygotowane na realizację zadań, bo nie będzie wcześniej przygotowanych odpowiednich projektów. I tak, obecnie mamy w pełni kompletny projekt budowy i modernizacji gminnej oczyszczalni ścieków (koszt około 5 milionów złotych), projekty na dalszą budowę przydomowych oczyszczalni ścieków, a także projekt pełnowymiarowej sali gimnastycznej wraz z modernizacją budynku szkoły i zmianą systemu grzewczego. Realizacja tych projektów w pełni uzależniona jest od środków nowej perspektywy UE.

Z czego jest pan najbardziej zadowolony jako wójt?

Z tworzenia: możliwości wprowadzenia zmian w gminie, takich, które widać na każdym kroku. Nasza gmina zmienia się na korzyść, tak jak cała Polska w ostatnich dziesięciu latach. Mam pasję i potrzebę realizacji inwestycji, budowy tego, czego oczekują mieszkańcy wsi, a więc wodociągów, oświetlenia ulicznego, oczyszczalni ścieków, dróg. To jest najbardziej potrzebne do życia każdego człowieka i to staram się w mojej codziennej pracy czynić.

Kiedy objąłem urząd wójta, stan infrastruktury technicznej w gminie był wręcz tragiczny. W ciągu dekady z 11,8 km sieci wodociągowej w roku 2004 w pełni zwodociągowałem gminę, budując sieć 230 km wodociągów wraz z nową stacją uzdatniania wody, przyłączając za ponad 11 milionów złotych 1620 gospodarstw domowych do nowej sieci. W pełni zmodernizowaliśmy sieć gminnego oświetlenia na energooszczędne (zużycie energii zmniejszyło się o 71 proc.), obecnie świeci się prawie 1,5 tysiąca lamp, coraz bardziej inwestujemy w oświetlenie solarne. Inwestujemy w przydomowe oczyszczalnie ścieków – corocznie, zgodnie z przyjętym programem, budujemy od 60 do 160 indywidualnych przydomowych oczyszczalni ścieków. Dokonaliśmy olbrzymich postępów w zakresie budowy dróg asfaltowych, których jeszcze w 2004 r. było tylko 13 km, obecnie sieć nowych gminnych dróg asfaltowych wynosi już ponad 75 km (przez 10 lat wydatkowaliśmy na ten cel ponad 13 milionów złotych). Dodając do powyższego kilka inwestycji w zakresie odnowy centrów miejscowości, budowę domu kultury, oraz uruchomienie najnowocześniejszego zakładu fizjoterapii w okolicy, to wszystko sprawia, że praca, którą codziennie podejmuję, sprawia mi ciągle satysfakcję.

Jakie zadania pochłonęły najwięcej pieniędzy z kasy gminnej w ubiegłym roku?

Oczywiście: budowa dróg. Po zakończeniu wodociągowania gminy, które od momentu objęcia przeze mnie urzędu wójta było priorytetem, obecnie nasza gmina inwestuje przede wszystkim w drogi. Łącznie na budowę ponad 20 km dróg przeznaczyliśmy ponad 3,3 miliona złotych.

Jakie są obecnie priorytety inwestycyjne gminy?

Wciąż budowa dróg. Według moich planów, przeznaczając na ten cel około dwóch milionów złotych rocznie, do 2018 roku powinniśmy wybudować prawie wszystkie drogi gminne, przy których usytuowane są gospodarstwa domowe. Drugim bardzo ważnym priorytetem jest budowa nowej oczyszczalni ścieków i wybudowanie pozostałych przydomowych oczyszczalni ścieków. Chciałbym jeszcze wybudować nową salę gimnastyczną i stadion lekkoatletyczny.

To spore wydatki. Jak wygląda sytuacja ekonomiczna gminy?

Jeżeli z budżetu niespełna osiemnastu milionów corocznie można realizować inwestycje ze środków własnych na około 3-4 mln – to sytuacja ekonomiczna budżetu gminy jest według mnie bardzo dobra. Możliwe jest to tylko i wyłącznie dzięki racjonalnemu zarządzaniu budżetem – i przede wszystkim właściwej polityce w zakresie realizacji zadań oświatowych.

Co sądzi pan o relacjach między rządem, a samorządami?

Nie jestem chyba wyjątkiem: każdy wójt powie, i to jest, niestety, smutna prawda, że wszystkie pomysły rządu sprowadzają się do jednego. Najlepiej przerzucić problemy na samorząd, najlepiej bez zabezpieczenia odpowiednich środków finansowych, bo samorząd jakoś sobie poradzi.

Ale i w samorządach zdarzają się problemy i konflikty. Jak panu układa się współpraca z radą gminy?

Niemalże od momentu objęcia przeze mnie urzędu wójta gminy, współpraca jest wzorowa. Umiem przekonać radnych do swoich racji, ale staram się także, aby w miarę możliwości podejmowane były działania, które w sposób zrównoważony rozwijają całą gminę, bez względu na wielkość miejscowości. Stąd chociażby wykonanie w stu procentach gminnej sieci wodociągowej. Dzięki temu, pomimo podziału gminy na 15 okręgów wyborczych i reprezentowaniu przez radnych różnych miejscowości, udaje się pogodzić interesy radnych. Dzięki temu współpraca układa się pomyślnie.

Czy jest pan wójtem, który reaguje na postulaty mieszkańców?

Tak, chociaż nie da się zrobić wszystkiego w ciągu jednej chwili. Zgodnie z przyjętymi zasadami przyjmuję interesantów jeden dzień w tygodniu, ale to tylko fikcja administracyjna. Drzwi do mojego gabinetu są zawsze otwarte – a ilość interesantów każdego dnia jest wręcz ogromna. Każdego staram się wysłuchać, pomóc, albo chociaż wesprzeć dobrym słowem. Nie udzielam tylko rozgrzeszenia.

Letnicy tłumnie ściągają w okolice Ciepielowa. Co, pana zdaniem, ich tu przyciąga? Jakie są walory gminy?

Cisza, spokój, czysty, nie skażony przemysłem, klimat. Przede wszystkim zasoby historyczne, przepiękna dolina bardzo czystej, uregulowanej rzeki Iłżanki. W ramach naszego członkostwa w Związku Gmin „Nad Iłżanką” przygotowaliśmy ponad 200 km sieci szlaków rowerowych dla miłośników dwóch kółek.

Jakie działania pan podejmuje, by promować gminę?

Organizujemy cyklicznie powtarzające się imprezy o zasięgu regionalnym, a nawet ogólnopolskim, między innymi majówkę disco-polo, oraz – w ramach uroczystości patriotycznych – rekonstrukcję historyczną (największą tego tylu imprezę na południowo wschodnim Mazowszu). Wydajemy różnego rodzaju publikacje, promujące gminę, a od 2000 roku publikujemy bezpłatny kwartalnik informacyjny „Nasza Gmina” (w nakładzie 2200 egzemplarzy).

Zamierza pan kandydować w kolejnych wyborach samorządowych? Jeśli tak, to jakie zadania na przyszłość przedstawi pan w obecnej kampanii?

Tak, zamierzam. W 2004 roku postanowiłem zwodociągować gminę i zmodernizować oświetlenie uliczne, co wówczas spotkało się z wielkim sceptycyzmem – a dzisiaj jest faktem dokonanym. Jak już wspomniałem, teraz chciałbym dokończyć budowę dróg asfaltowych, wybudować dla wszystkich gospodarstw domowych przydomowe oczyszczalnie ścieków, salę gimnastyczną, oraz – co jest moim coraz śmielszym marzeniem – wybudować stadion lekkoatletyczny.

 

ARTUR SZEWCZYK – ur. 4 czerwca 1972 r., żonaty, dwoje dzieci. Wykształcenie wyższe prawnicze, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Łódzkiego oraz podyplomowych studiów samorządowych na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę zawodową rozpoczął bezpośrednio po ukończeniu studiów wyższych w roku 1998 jako referent administracyjny w Urzędzie Gminy w Ciepielowie. Od kwietnia 1999 r. Sekretarz Gminy Ciepielów (najmłodszy wówczas sekretarz w Polsce). W okresie pełnienia funkcji sekretarza Gminy, m.in. zreformował struktury organizacyjne Urzędu Gminy i podległych mu jednostek organizacyjnych. Twórca i pierwszy redaktor naczelny ukazującego się od 2000 roku  biuletynu informacyjnego gminy Ciepielów.

Od 2004 roku dodatkowo pełnił funkcję Zastępcy Wójta, a w grudniu 2004 roku – w wyborach uzupełniających po śmierci dotychczasowego wójta gminy – powołany na wójta gminy Ciepielów (wygrał w pierwszej turze, zdobywając 53 proc. głosów). Funkcję wójta objął w wieku 32 lat (był wówczas najmłodszym wójtem w subregionie radomskim). Kolejne wybory – po dwóch latach sprawowania funkcji wójta – wygrał również w pierwszej turze, z przewagą 69 proc. głosów. W 2010 r. odniósł jeszcze większe zwycięstwo wyborcze, tym razem zdobywając 81 proc. głosów.

Od 2004 r. pełni również funkcję Prezesa Związku Gmin „Nad Iłżanką”, skupiającego cztery gminy – Iłża, Kazanów, Ciepielów, Chotcza. W 2011 r. jego praca została doceniona w plebiscycie „Euro Gmina województwa mazowieckiego”: został wybrany wójtem roku.

Posługuje się mottem: Z inwestycjami gminnymi jest jak z maratonem – trzeba cierpliwości, planowania oraz umiejętności rozłożenia sił, by zrealizować jak najwięcej z korzyścią dla mieszkańców gminy. Aby gmina jak najszybciej zniwelowała wieloletnie zaniedbania w zakresie stanu infrastruktury technicznej i stała się gminą, której dewizą jest inwestowanie w przyszłość. Gmina promuje się też hasłami: „Z tradycją w nowoczesność” oraz „Ciepielów – Gmina inwestująca w przyszłość”.

Metafora z motta nie jest przypadkowa. Artur Szewczyk bierze udział w biegach długodystansowsych, od 5 km do biegów ultra. Przebiegł m.in. piętnaście maratonów, zdobywając „Koronę Maratonów Polskich”.

 

CIEPIELÓW – miejscowość położona w województwie mazowieckim, w południowo-wschodniej części ziemi radomskiej, w powiecie lipskim, w malowniczej dolinie rzeki Iłżanki. W Ciepielowie krzyżują się połączenia drogowe województwa świętokrzyskiego i podkarpackiego z województwem mazowieckim. Na powierzchni 134,77 km kw. znajduje się 29 sołectw, zamieszkuje tutaj 5893 osób. Wysoki odsetek użytków rolnych (ok. 87 proc.) sprawia, że głównym źródłem utrzymania mieszkańców gminy jest rolnictwo. Na terenie gminy jest 1387 gospodarstw indywidualnych, wśród których przeważającą część stanowią gospodarstwa o średniej powierzchni wynoszącej 7,47 ha. Ze źródeł pozarolniczych utrzymuje się zaledwie 21 proc. ludności gminy. Działalność gospodarczą na terenie gminy prowadzą 152 podmioty gospodarcze. Gmina Ciepielów jest członkiem Związku Gmin „Nad Iłżanką”, a także Stowarzyszenia LGD „Dziedzictwo i Rozwój”. Budżet gminy to około 18 milionów złotych.

Z historią Ciepielowa związane są osoby wybitne, nie tylko w skali regionalnej, ale też krajowej i europejskiej. Na terenie gminy m.in. przebywał i tworzył swoje obrazy wybitny polski malarz Jacek Malczewski. Adolf Dygasiński pisał tu wiersze, a Wacław Karczewski – uważaną za pierwowzór „Chłopów” powieść „W Wielgiem”, którą rozsławił miejscowość. Z postaci współczesnych: Wacław Długosz, przedwojenny Poseł i Wicemarszałek Sejmu RP, Jan Sońta ps. „Ośka”, legendarny partyzant i założyciel Batalionów Chłopskich, Józef Pelc i żołnierze 74. Górnośląskiego Pułku Piechoty z Lublińca, którzy w pierwszych dniach września 1939 roku w lesie pod Dąbrową zostali bestialsko wymordowani przez Niemców. Rozstrzelano wówczas 300 żołnierzy i był to pierwszy na taką skalę mord żołnierzy polskich w II wojnie światowej. Na pamiątkę tych wydarzeń co roku w drugą niedzielę września odbywają się tu uroczystości rocznicowe z największą na południowo-wschodnim Mazowszu rekonstrukcją historyczną. Innym symbolem jest rodzina Kowalskich – ikona polskiego heroizmu, rodzina, która wraz z 33 mieszkańcami wsi Stary Ciepielów i Rekówka, została w grudniu 1942 r. spalona żywcem przez Niemców za ukrywanie Żydów. W 2009 r. Kowalscy doczekali się powstania sfabularyzowanego dokumentu, opowiadającego o tamtych wydarzeniach – pt. „Historia Kowalskich”.

sobota, 24 maj 2014 16:16

TO NIE JEST PRACA URZĘDNIKA

Rozmowa z Anną Baculewską, kierowniczką Środowiskowego Domu Samopomocy w Wałczu

ANNA CEBULA: Dwa lata temu, w uznaniu pani zasług zawodowych została pani uhonorowana tytułem „Przyjaciela Oświaty”. Jak pani odebrała to wyróżnienie?

ANNA BACULEWSKA: Ciepło i… zobowiązująco.

Może nam pani zdradzić, jak uzasadniono przyznanie pani tego tytułu?

Za całokształt (śmiech). Od dziewięciu lat, wraz ze współpracownikami, odwiedzam szkoły wałeckie. Przychodzimy na lekcje i uczymy dzieci oraz młodzież, jak nawiązać pozytywne relacje z osobami niepełnosprawnymi umysłowo. Organizujemy też dni otwarte w Środowiskowym Domu Samopomocy. Zapraszamy wtedy uczniów do siebie i dzięki temu uświadamiają sobie, że taki ośrodek istnieje. Przy okazji organizujemy zajęcia integracyjne.

Te działania są związane z pani pracą zawodową…

Na co dzień jestem kierownikiem Środowiskowego Domu Samopomocy w Wałczu. Ze względu na to stanowisko na dalszy plan zeszła praca pedagoga opiekuńczo-wychowawczego i terapeuty. A co do bycia szefem staram się nie urzędować za zamkniętymi drzwiami: biorę udział we wszystkich organizowanych przedsięwzięciach. Opuściłam tylko dwie wycieczki moich podopiecznych, a było ich sporo. Przede wszystkim jednak walczę o środki finansowe, by mogli wyjeżdżać i jak najwięcej poznawać.

Znajduje się pani w grupie szczęśliwców, która miała szansę wpłynąć na wybór swojej drogi zawodowej czy zadecydował przypadek?

Zawsze szukałam pracy w swoim zawodzie. To moje drugie miejsce zatrudnienia. Z różnymi uczuciami wspominam wcześniejszą pracę w Domu Dziecka w Złotowie. W dzieciach, mających świadomość, że rodzice gdzieś są, tkwiło poczucie odrzucenia, gromadziły się złe emocje – a to wywoływało agresję. Przyznam, że nie miałam przekonania, że mogę coś zrobić. W 2000 r. powstał Środowiskowy Dom Samopomocy i potrzebna była kadra. Spróbowałam swoich sił. Wtedy miałam głowę pełną pomysłów, satysfakcję z kontaktów z ludźmi i z tego, że wpływam na wizerunek ŚDP. Ta praca jest absorbująca, ale jednocześnie ciekawa i różnorodna. To nie jest praca urzędnika.

Jak sobie pani radzi z własnymi emocjami?

Był taki zachwyt: praca-misja, praca, która przynosi dobro. Ale przede wszystkim jest to praca żmudna, dla długodystansowca, bo postępy są znikome. Typowy zadaniowiec, czyli osoba, która ma do wykonania zadanie i chce widzieć efekt natychmiast, nie da sobie rady.

Gdy przychodzi zniechęcenie, obniża się motywacja, trzeba weryfikować swoje emocje. Nie można oczekiwać postaw, umiejętności. Czasami potrzeba roku, by zachęcić podopiecznego do skorzystania z komputera. Wypala się potencjał osobowościowy. Nasi podopieczni to też ludzie bardzo wrażliwi na warunki atmosferyczne. Funkcjonują w zamkniętej społeczności. Zwłaszcza jesienią i wiosną złe samopoczucie jednej osoby odbija się na grupie. I wtedy potrzebna jest specjalistyczna wiedza, wrażliwość, tolerancja.

Ma pani poczucie, że ta praca jest doceniana, także finansowo?

Tam, gdzie nie ma spektakularnych efektów, a jednocześnie wymaga się wysokich kwalifikacji – gratyfikacja finansowa jest jak najbardziej wskazana. Każdy lubi być doceniany. To motywacja do pracy. Zawsze podkreślam, że osoby, z którymi mam przyjemność pracować, terapeuci, chcą wzbogacać warsztat, a do tego potrzebny jest nakład finansowy. Ponadto wychodzą daleko poza swoje obowiązki. Są opiekunami, rodzicami. Czasami przebierają, podają leki, udzielają pierwszej pomocy, pomagają w toalecie.

Co zalicza pani do swoich sukcesów?

Zarządzanie – i tak pojmuję swoją rolę. Dzięki temu udaje się organizować imprezy dla społeczności ŚDS. W planie rocznym zakładam trzy wycieczki, konkursy. Jeżeli zrealizujemy z tego 75 procent to sukces. Mamy również szczęście do ludzi, możemy liczyć na pomoc. Poza tym – choć nie chciałabym użyć skrótu myślowego – wyciągamy osoby ze świata osamotnienia, zaniedbania fizycznego i psychicznego. Przychodzą do ŚDS i znajdują swoje miejsce, takie, że chcą wstać rano, przyjść na czas. Sukcesy są… drobne. Czasami trafia do nas osoba, która nie rozróżnia sztućców, a tu uczy się i z czasem zaczyna korzystać z widelca, talerza, sama się ubierze, skorzysta z toalety.

Zdarzają się porażki?

Są osoby, które nie pozwalają sobie pomóc. Nie znajdujemy klucza do ich osobowości. Zdarza się, że po latach ktoś odchodzi. Tak wybiera. Życie zaczyna mu się rozsypywać. To porażka dla terapeuty. Jest również bardzo dużo osób, które spotykam i wiem, że potrzebują pomocy, a nie mam żadnych możliwości prawnych, by zapukać do ich drzwi, zaczepić na ulicy. Ośrodek ma 30 miejsc. Część podopiecznych choruje. Frekwencja zwykle wynosi do 80 procent. Nie wszystkie osoby przychodzą na cały dzień. Część korzysta po pół roku. Część się wyprowadza albo rezygnuje, bo taka forma jej się nie podoba. Z ośrodka mogłoby korzystać więcej osób.

To praca, która wychodzi poza godziny, kiedy otwarty jest ŚDS, bo zdarzają się wyjazdy, więc jest pani poza domem. Czasami trafiają się trudne sprawy i wtedy, wieczorem, odzywają się emocje. Czy pani rodzina akceptuje tę pracę?

Jestem mamą dziesięciolatka i czterolatki. Syn lubi tu przychodzić. Lubi kontakt z podopiecznymi i nie traktuje ich tak, jakby były niepełnosprawne. Mąż również jest zaangażowany. Często pomaga organizować transport. Bliscy moich współpracowników też się włączają. Mąż jednej z terapeutek jest sędzią podczas zawodów i opiekunem na spływach.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmowa z dr. Bogdanem Wankiewiczem – starostą powiatu wałeckiego w województwie zachodniopomorskim

ANNA CEBULA: Jak scharakteryzowałby pan powiat wałecki?

BOGDAN WANKIEWICZ: Myślę, że jest ciekawym powiatem, co wynika z samego faktu położenia na pograniczu województwa zachodniopomorskiego, w sąsiedztwie dwóch województw – wielkopolskiego i lubuskiego.

W ostatnich latach zmniejszyła się liczba mieszkańców. Demografia jest, niestety, bezlitosna. Ale taką tendencję obserwuje się w całej Polsce.

Warto podkreślić, że powiat jest również pięknie położony pod względem geograficznym, na Pojezierzu Wałeckim, które sąsiaduje z Pojezierzem Drawskim. Razem stanowią część przepięknej Doliny Toruńsko-Eberswaldzkiej, która jest krainą obfitującą w różnorodne gatunki zwierząt. Na pojezierzu wałeckim dominują jeziora i lasy. To taka zielona enklawa zalesiona w ponad 50 procentach, a w gminie Człopa powierzchnia lasów przekracza nawet 70 procent. Istnieją więc doskonałe warunki, by rozwijał się tu przemysł drzewny. Ubolewam, że tak nie jest, chociaż są jakieś jego namiastki. Być może w przyszłości rozwinie się tutaj ta gałąź przemysłu.

To atuty regionu, a co pana zdaniem jest niekorzystne dla powiatu?

Całe województwo zachodniopomorskie odziedziczyło bardzo duże, strukturalne bezrobocie – pozostałość po Państwowych Gospodarstwach Rolnych, ale to bolączka zwłaszcza powiatu wałeckiego. Gospodarstwa indywidualne stanowiły mikroskopijną ilość w stosunku do PGR-ów. Dzisiaj proporcje się zmieniły. Powstały duże obszarowo gospodarstwa rolne – od kilkudziesięciu do kilkuset hektarów – ale miejsc pracy jest jak na lekarstwo.

Czyli najważniejszą gałęzią gospodarki jest rolnictwo…

Tak, ale świetnie rozwija się również przemysł metalurgiczny. Jeżeli chodzi o taką ciekawostkę, to wielokrotnie zadawano mi pytanie, w jaki sposób powiat, który ma charakter rolniczy, wyspecjalizował się w przemyśle metalurgicznym? I tak jest w istocie, ale to również pozostałość z minionego okresu. Funkcjonujące wówczas w naszym powiecie POM-y (Państwowe Ośrodki Maszynowe – dop. red.) zajmowały się produkcją i naprawami maszyn rolniczych. Co prawda na niewielką skalę, ale dzięki nim dzisiaj na terenie powiatu mamy kilkanaście zakładów pracy, które przerabiają stal na części rowerowe, grzejniki, maszyny rolnicze, konstrukcje stalowe, balustrady i wiele innych produktów, które z powodzeniem podbijają nie tylko rynki w Polsce, ale również w wielu krajach w Europie i na świecie. Z tą branżą związana jest także szkoła zawodowa w Wałczu, która kształci fachowców w takich kierunkach, jak technik mechanik, technik mechatronik, technik pojazdów samochodowych. W powiecie działa również Klaster Metalowy Metalika − jedyny taki w województwie zachodniopomorskim, dzisiaj już o charakterze ponadregionalnym.

Rolnictwo i metalurgia nie zamykają jednak specjalizacji powiatu?

Nieźle też wygląda sytuacja, jeśli chodzi o zakłady przetwórcze. W powiecie działają znane na rynku krajowym Victoria Cymes, Żywiec Zdrój czy też Trumpf Mauxion Chocolates w Tucznie – część jednego z największych producentów czekolady w Polsce. Dzisiaj zatrudnia ponad czterysta osób, a w sezonie nawet siedemset, więc jest to duży zakład pracy.

Brakuje nam infrastruktury, która pozwoliłaby na rozwój turystyki, bo są ku temu doskonałe warunki, chociażby wspomniane już przepiękne jeziora z największym – liczącym ponad siedemset hektarów – Bytyniem, który jest dzisiaj objęty ochroną, z wieloma ciekawostkami przyrodniczymi. Warto się też pochwalić zagrodą żubrową w Jabłonowie, w gminie Mirosławiec – mimo że jeszcze nie została oddana do użytku. Jej otwarcie nastąpi jednak lada dzień. Zagroda jest marką tej gminy, ale wszystko zaczęło się od wolno żyjącego w tych okolicach stada, liczącego dzisiaj ponad siedemdziesiąt osobników. Mieszkańcy gminy dawno oswoili się z obecnością tych potężnych zwierząt. Stado żubrów wypoczywających przy drodze robi ogromne wrażenie.

Ciekawostką jest również „górka magnetyczna” o szczególnych właściwościach. Pod tę górkę podjeżdżają samochody z… wyłączonym silnikiem, podobnie plastikowe butelki toczą się… pod górkę i woda wylana na asfalt płynie pod górkę. Niedawno odwiedzili nas goście z Niemiec. Kiedy pokazałem im to miejsce, z niedowierzaniem patrzyli na te niezwykłe zjawiska. Bardzo im to zaimponowało, ale już zapowiedzieli, że podczas następnej wizyty będą zaopatrzeni w bardzo precyzyjną poziomicę i podejmą próbę wytłumaczenia tych niezwykłych zjawisk.

Sama stolica powiatu, Wałcz, jest bardzo ciekawym miastem. Można nawet powiedzieć, że bez inwestowania w infrastrukturę ma wiele do zaoferowania, głównie ze względu na bardzo urokliwe położenie – między dwoma jeziorami. Miasto nie ma aż tak imponującej architektury z  poprzednich stuleci. Tych pozostałości jest bardzo mało, ale staramy się je zachować w dobrym stanie. Z kolei marką miasta jest Centralny Ośrodek Sportu – Ośrodek Przygotowań Olimpijskich – znany nie tylko w Polsce, ale także poza granicami kraju. Specjalizuje się w sportach wodnych, ale chętnie trenują tu olimpijczycy innych dyscyplin sportowych, również i zimowych.

Zaletą Wałcza i zarazem niedogodnością dla mieszkańców są dwie drogi krajowe, nr 10 i 22, które przecinają miasto. Mam nadzieję, że zostaną zmodernizowane – i w przyszłości będą one dwupasmowe, z obwodnicą, która umożliwi ominięcie Wałcza, bo takie natężenie ruchu, jak obecnie, jest bardzo uciążliwe dla miasta.

Potrafi pan określić, kiedy ta obwodnica powstanie?

Powiat wałecki, jako jedyny w województwie zachodniopomorskim, jest przygotowany do jej budowy. Jest projekt obwodnicy, więc właściwie pozostało ją tylko wybudować. Jest nadzieja, że w ramach nowej perspektywy 2014-2020 zostanie wybudowana.

Obecna kadencja dobiega końca. Podsumowując, jakie przedsięwzięcia dały panu satysfakcję?

To właściwie cały ciąg zadań, jakie udało się zrealizować od 2007 roku. Przede wszystkim staraliśmy się, by jak najwięcej zadań wykonać w perspektywie 2007-13. Udało się nam pozyskać dużo środków unijnych, które były jedyną szansą, by naprawić i zmodernizować obiekty użyteczności publicznej oraz poprawić infrastrukturę.

Przy unijnym wsparciu udało się nam wyremontować i zmodernizować wszystkie obiekty oświatowe. Każda szkoła ma infrastrukturę sportową – boiska orlik 2012, „Boisko blisko”. Pierwsze wielofunkcyjne boisko z lodowiskiem i boiska wielofunkcyjne do gier.

Naszą bolączką jest szkolnictwo zawodowe, które do tej pory traktowane było trochę po macoszemu. Jesteśmy w trakcie opracowywania Powiatowej Strategii Kształcenia Zawodowego. Prace zakończą się w czerwcu. Myślę, że jako jeden z nielicznych powiatów w województwie będziemy mieli strategię, nad którą pracowali dyrektorzy szkół, przedstawiciele organizacji społecznych i przedsiębiorcy. Mam nadzieję, że te działania spowodują inne spojrzenie na szkolnictwo zawodowe. Pierwsze efekty już są, m.in. dofinansowanie z EFS projektu „Najlepszy w zawodzie” (PO KL Działanie 9.2 Podniesienie atrakcyjności i jakości szkolnictwa zawodowego).Zespół Szkół nr 3 otrzymał ponad milion złotych na realizację tego projektu, włącznie z zakupem nowoczesnych obrabiarek do obróbki metalu, bo maszyny, z których do tej pory korzystali uczniowie, są już mocno przestarzałe.

Po stronie sukcesów zapisałbym ponowne połączenie Wałcza ze stolicą województwa linią kolejową.

Bardzo ważne zadanie inwestycyjne, jakie zostało zrealizowane, to drugostronne zasilanie energetyczne powiatu wałeckiego. Tę inwestycję udało się zrealizować przy wsparciu powiatu. Dzisiaj można już powiedzieć, że będzie zmodernizowana linia energetyczna, również z Wałcza do Mirosławca. Bezpieczeństwo energetyczne to duża szansa dla rozwoju przedsiębiorczości – oznacza więcej firm, które będą chciały inwestować w powiecie.

W ramach Regionalnych Programów Operacyjnych oraz Europejskiego Funduszu Społecznego i PO Infrastruktura i Środowisko zmodernizowano w powiecie wszystkie obiekty użyteczności publicznej oraz wykonano termomodernizację na tych obiektach. Projekt obejmował termomodernizację 26 obiektów. Z Euroregionu Pomerania otrzymaliśmy środki na zorganizowanie polsko-niemieckiego spotkania młodzieży w ramach XV Festiwalu Młodzieży Euroregionu Pomerania 2013.

Zatem pasmo sukcesów. A jakich planów nie udało się panu zrealizować?

Tylko po części udało się zmodernizować drogi powiatowe, ale to przysłowiowa kropla w morzu. Nie udało się wyremontować drogi Rzeczyca-Wrzosy-Tuczno, ponieważ wycofał się partner. Nie udało się wybudować hali sportowej przy Liceum Ogólnokształcącym i Szkole Mistrzostwa Sportowego. Mam nadzieję, że te inwestycje uda się zrealizować w niedalekiej przyszłości. W naszych planach są drogi powiatowe łączące drogi wojewódzkie z krajowymi. To plany na nową perspektywę 2014-2020.

W 2007 r. starostwo podjęło decyzję o zamknięciu Szpitala Powiatowego w Wałczu. Niejednokrotnie mocno ją krytykowano…

Cieszę się, że starostwo podjęło tę trudną decyzję, łącząc dwa szpitale. Szpital Powiatowy był bardzo zadłużony – na ponad 22 mln zł – a problemy nie skończyły się wraz z zamknięciem tej placówki. Dzisiaj funkcjonuje jeden szpital kilkunastooddziałowy, w którym leczą się mieszkańcy całego powiatu. Z kolei obiekty po byłym szpitalu przygotowujemy do zagospodarowania, część z nich jest już wykorzystywana.

W drugim budynku, należącym do dawnego szpitala, otworzyliśmy Centrum Dializ. Na początku korzystało z niego kilkoro pacjentów, teraz jest ich ponad czterdzieścioro. Przykro mi, że tak dużo osób choruje, ale jeszcze bardziej byłoby mi przykro, gdyby te osoby musiały dojeżdżać do Drawska lub Piły.

Porozmawiajmy o sytuacji finansowej powiatu, która nie należy do najłatwiejszych. Czy wymaga ona raczej ostrożnego gospodarowania, czy też w budżecie są środki na nowe inwestycje?

Liczyliśmy, że otrzymamy duży zastrzyk finansowy z programu „Ratujemy polskie szpitale”, ale okazało się, że skoro szpital został zlikwidowany, nie możemy z tej możliwości skorzystać i cały ciężar zobowiązań dawnego szpitala spadł na powiat. Pod koniec 2013 roku otrzymaliśmy pożyczkę z ministerstwa finansów, w wysokości 15 mln złotych, która częściowo umożliwiła spłatę tych zobowiązań, przede wszystkim 11 mln zł dla ZUS-u. Udało się doprowadzić do konsolidacji kredytów i można powiedzieć, że od początku roku spokojnie realizujemy budżet. Wprowadziliśmy też program oszczędnościowy, dzięki czemu wygospodarowaliśmy trzy miliony złotych. Uważam, że poradziliśmy sobie z problemem.

Jak wygląda sytuacja z pozyskaniem środków zewnętrznych? Czy samorządowcy są przygotowani do walki o unijne fundusze?

Z moich obserwacji wynika, że w ramach perspektywy 2007-13 samorządowcy nauczyli się korzystać z unijnych pieniędzy. Ale również firmy nie boją się sięgać po dotacje. Jeżeli dysponuje się wkładem własnym, to można śmiało aplikować, a przyszłościowo – nawet łączyć programy, by nie inwestować własnych pieniędzy.

Czy są takie możliwości?

Myślę, że tak, chociażby wspomniany wcześniej „Regionalny Program Operacyjny” skierowany na poszczególne obszary, których jest jedenaście. Te środki można łączyć również z funduszami z Europejskiej Wspólnoty Terytorialnej. Na mapie sąsiadujemy z Meklemburgią, z którą współpracujemy, i z tego tytułu można sięgnąć po środki unijne z EWT. Oczywiście, zasilając to również krajowymi środkami, które nasz kraj musi „dorzucić” do puli unijnej. Przykładem takiego pozyskania środków jest Centrum Kultury i Sportu w Człopie, którego budowa została w stu procentach sfinansowana z dwóch źródeł – RPO i EWT. Ja też zamierzam skorzystać z takich możliwości w nowej perspektywie 2014-2020.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:24

ROZMOWA Z MIESZKAŃCAMI NIGDY NIE BYŁA PROBLEMEM

Rozmowa z Mariuszem Walachnią – wójtem Bliżyna, w powiecie skarżyskim, w województwie świętokrzyskim

ANNA CEBULA: Kim jest obecny wójt Bliżyna?

MARIUSZ WALACHNIA: Urodziłem się w 1973 roku. Jestem rodowitym bliżynianinem, tutaj się wychowałem. Objąłem urząd wójta w 2008 r. po śmierci poprzednika. Wcześniej zajmowałem w gminie stanowisko sekretarza. Ukończyłem Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie.

Znajduje pan czas dla mieszkańców? Mają szansę powiedzieć panu, że w chodniku jest dziura?

Nigdy nie miałem problemu z kontaktem z mieszkańcami. Wprawdzie w urzędzie wisi tabliczka z informacją, kiedy przyjmuję interesantów – bo to nasz obowiązek, żeby ją wywiesić – natomiast w rzeczywistości drzwi są otwarte przez cały czas. Więc jak ktoś przyjdzie, to może się ze mną spotkać. Często ludzie czekają na mnie już przed urzędem, więc – już idąc z parkingu – załatwiam ich sprawy.

Poza tym mieszkańcy angażują się w sprawy swoich wsi. Istnieje tu sporo stowarzyszeń i staram się uczestniczyć w ich działaniach. Przy orlikach powstała liga gminna, w której gra dwanaście drużyn. Choć osobiście trochę odpuściłem piłkę nożną i gram tylko w tenisa, ale wciąż staram się przynajmniej być na rozgrywkach. Powstały cztery kluby seniora, w każdej „parafii” w sensie terytorialnym – i to się fajnie rozwinęło. Na rozruch pozyskaliśmy pieniądze z programu integracji społecznej, natomiast teraz funkcjonuje to samodzielnie, bez wsparcia funduszy unijnych.

Myślę, że jestem otwartym człowiekiem. Wiele osób jest ze mną na ty, chociażby z racji tego, że wychowałem się w tej miejscowości.

W rankingu miast o największym i najmniejszym przychodzie podatkowym na jednego mieszkańca, Bliżyn zajmuje…?

Około 2200. pozycję, a kwota, jaką każdy z nas wnosi do budżetu, to około 637 złotych.

Na jakim poziomie utrzymuje się przy tym stopa bezrobocia?

Ostatnie dane mówią o 25,7 procentach w powiecie. Jest to, niestety, najwyższy wskaźnik w województwie świętokrzyskim.

W jakich branżach mieszkańcy gminy mają największą szansę znaleźć pracę?

Zapewnia ją przede wszystkim sektor publiczny, czyli szkoły, urząd gminy, ośrodek zdrowia, ośrodek kultury. Następnie, miejsca pracy tworzą też dwie duże firmy prywatne. Jedna z nich specjalizuje się w produkcji chemii budowlanej, czyli farb, lakierów, rozpuszczalników. Pracuje w niej około pięćdziesięciu osób. Druga firma, z branży motoryzacyjnej, produkująca części samochodowe, zatrudnia podobną liczbę osób.

Dodatkowo, działa tu również duża firma specjalizująca się w instalacjach elektrycznych. Pokaźny sektor stanowią też zakłady przerabiające drewno – zakłady usług leśnych i tartaki oraz producenci mebli. Wiąże się to z faktem, że gmina zajmuje trzecie miejsce pod względem lesistości w Polsce. Na jej terenie znajdują się aż trzy nadleśnictwa, wyodrębniono cztery obszary Natura 2000 i kilka rezerwatów. W jakimś stopniu sąsiedztwo tych stref hamuje inwestycje i budowę – ale w związku z tym nie ma tu żadnego przemysłu ciężkiego. Dawniej istniał Polifarb w Bliżynie, ale upadł, a teren został sprzedany przez syndyka, a obecna działalność zlokalizowanych tam firm nie jest uciążliwa dla środowiska. Bliżyn to bardzo czysta gmina, a rzeka Kamienna, która przez nią przepływa, wyróżnia się czystością wód pierwszej klasy.

Czy są szanse na pojawienie się nowych przedsiębiorców? Co gmina robi, by ich znaleźć i zachęcić do inwestycji w Bliżynie?

Gmina ma powierzchnię 140 kilometrów kwadratowych, na której rozrzucone są dwadzieścia trzy wsie. Najwięcej jednak jest tu lasów. Te obszary, które miały jakieś przemysłowe tradycje, mają jednak jeszcze rezerwy, by prowadzić na nich działalność gospodarczą.

Urząd prowadzi przyjazną przedsiębiorcom politykę niskich podatków, do których zaliczają się podatki od nieruchomości i środków transportowych. Stosujemy ją od lat, ale już np. sąsiednie miasto – Skarżysko-Kamienna – ma podatki wyższe przynajmniej o dwadzieścia pięć procent. Staramy się też robić plany zagospodarowania przestrzennego, co stanowi duże ułatwienie dla przedsiębiorców – zostały one sporządzone dla prawie połowy obszaru gminy.

Budowa kanalizacji również ułatwia rozwój działalności gospodarczej, przynajmniej w głównych miejscowościach gminy, do tej pory związanych z przemysłem. Jest też dość bardzo dobra komunikacja: przez Bliżyn biegnie linia kolejowa, a miejscowość leży w odległości 150 kilometrów od Warszawy i Krakowa oraz Łodzi i Lublina. Możliwości wydają się być spore.

Zauważył pan napływ przedsiębiorców do gminy?

Mimo ogólnego marazmu, pojawiło się jednak kilka zwiastunów pozytywnych zmian. Jeden z przedsiębiorców z innej gminy kupił działkę od prywatnej osoby i zamierza przenieść tutaj swój zakład, również bazujący na eksploatacji drewna. Myślę, że w tym roku nabywców znajdzie również siedem hektarów terenu, w całości uzbrojonego, po byłym Tartaku w Wojtyniowie.

Może szansą na rozwój są turyści? Co Bliżyn może im zaproponować?

Na terenie gminy jest kilka rezerwatów – w tym „Świnia Góra”, prawdopodobnie jedno z nielicznych miejsc w Polsce, w których człowiek nie ingerował od dwustu lat. Wydaliśmy poświęcony temu miejscu album, który zawiera opracowania naukowców – zachwyconych tym miejscem.

Są też rezerwaty przyrody nieożywionej: „Piekło Dalejowskie”, czy „Brama Piekielna”. Atutem są rzeki, które przecinają gminę w kierunku od zachodu na wschód i wpływają do rzeki Kamiennej, w dolinie której leży gmina. Wokół są niekończące się lasy. Do tego jest masa ścieżek rowerowych, szlaków. W tej chwili wybudowaliśmy dwanaście punktów rekreacji i wypoczynku. Powstaje też projekt „Piekielny Szlak” – zakładający wytyczenie przez obszar gminy kilkunastokilometrowego traktu z miejscami do wypoczynku, sięgającego aż do województwa łódzkiego.

Od dwóch lat otwarty jest – odbudowany po powodzi – Zalew w Bliżynie. Przy akwenie jest deptak z lampami, ławeczkami, koszami, jest też kąpielisko piaszczyste, plac zabaw, boisko do siatkówki plażowej, parking. W planach jest też dobudowa parku gimnastycznego na powietrzu. W tym punkcie początek brać będą trzy szlaki nordic walking.

Poza tym, jest tu również kilka gospodarstw agroturystycznych, które polecam turystom – a ostatnio doszła, powiedziałbym: perełka. „Jesienne Liście” to z założenia miejsce przeznaczone dla wypoczynku osób starszych. Jest w nim spa i całe centrum rehabilitacyjne. Może to być szpital geriatryczny na miarę XXI wieku – bo posiada pełne wyposażenie nie tylko dla osób starszych, ale również kuracjuszy po udarach, a także zwykłych turystów, którzy mogą po prostu wynająć pokój, jak w hotelu. Obiekt ma w sumie 120 miejsc z dużą jadłodajnią. Placówka ta ma szanse stać się wizytówką naszej gminy.

Czym Bliżyn może zasłynąć w innych regionach Polski?

Chcemy być takim przyjaznym miejscem do zamieszkania. Mamy rozwiniętą sieć dróg, która umożliwia bezproblemowe poruszanie się po gminie. Tam, gdzie tylko jest możliwość dojazdu, tworzymy plany pod budownictwo mieszkaniowe. Natomiast naszą wizytówką, o czym już wcześniej wspominałem, jest Zalew Bliżyński. Sztandarową imprezą od kilku już lat jest z kolei „Przystań Bliżyn”. W ramach tego projektu wypromowaliśmy walory historyczne naszej gminy, związane z 600-leciem bitwy pod Grunwaldem. Król Jagiełło, podczas wyprawy na Grunwald, nocował w naszych okolicach, co zostało opisane w „Diariuszach historycznych” Jan Długosza.

Inną imprezą promującą gminę była „Glina i tkanina”: ze względu na nasze bardzo bogate tradycje, jeśli chodzi o rękodzieło artystyczne w zakresie rzeźbiarstwa, garncarstwa czy tkactwa. W tej chwili czynnych jest kilka warsztatów, a w przyszłości nawet zamierzamy przekształcić jedną ze wsi, liczącą dzisiaj 70 mieszkańców, w takie żywe muzeum garncarstwa. Planujemy wykupić opuszczony warsztat i wygospodarować miejsce na parking, by mogły tam przyjechać dzieci, np. na naukę lepienia garnków, kręcenia kołem. W założeniu ma powstać takie miejsce, gdzie można zatrzymać się na dłużej.

Czy Bliżyn jest w jakiś sposób promowany?

Wydajemy folder dotyczący naszej gminy, w trzech wersjach językowych. Był on już kilkakrotnie wznawiany. „Przystań Bliżyn” ma swoją odrębną stronę internetową. Powstała też pokaźna, kilkusetstronicowa monografia „Dzieje Bliżyna” w twardej oprawie. Gmina dysponuje mapami turystycznymi, albumami. Działamy w Lokalnej Grupie Działania „U Źródeł” – i w ramach tej grupy co roku promujemy Bliżyn na odbywających się w kwietniu targach Agro Travel w Kielcach.

Udało się Panu przeprowadzić w tej kadencji znaczące inwestycje?

Pierwsza, która przychodzi mi na myśl, to była kanalizacja: rzecz pilna z racji położenia Bliżyna w dolinie i w otoczeniu lasu, co oznacza też, że mamy dużo wody. Pod tym względem w gminie były duże zaniedbania. Dwa lata temu udało się też wybudować, całkowicie od podstaw, oczyszczalnię ścieków. Do tej pory w gminie nie było takiego obiektu. Jest to oczyszczalnia bardzo zaawansowana technologicznie, działa praktycznie bez udziału człowieka. Jedna osoba pracuje przy niej osiem godzin. Oczyszczalnia jest monitorowana, więc gdyby działo się coś niepokojącego, obsługę wzywa system monitorujący.

Budowa oczyszczalni i pierwszy etap kanalizacji, obejmujący dwie największe wsie, pochłonęły w sumie ponad dziesięć milionów złotych. W tym momencie rozpoczął się drugi etap kanalizacji, w którym przewidziana jest budowa dwudziestu kilometrów sieci za ponad siedem milionów złotych.

Dodam też, że Bliżyn to, w sumie, taki rzadki przypadek – nie ma tu zakładu komunalnego. Jego funkcję przejęła gmina. Ale dzięki temu chyba nigdzie w województwie świętokrzyskim nie ma tak niskich cen wody i ścieków – 1,5 zł za metr sześcienny wody, plus 8 procent VAT oraz 3,5 zł za ścieki.

Kolejna duża inwestycja, o której już wspominałem, to oddany w 2012 r. Zalew Bliżyński. Na jego rewitalizację wydaliśmy ponad siedem mln zł. Poza tym mamy dwa kompleksy ORLIK, a także odnowiliśmy centrum Bliżyna – część historyczną tego terenu wokół Zameczku. Powstały też place zabaw i obiekty małej infrastruktury do wypoczynku. Z dużych przedsięwzięć: w 2010 r. dzięki dotacjom unijnym udało się również przywrócić przedszkole, do dzisiaj funkcjonujące ze środków UE. Po piętnastu latach przerwy przedszkole znowu jest w naszej gminie! Może z niego korzystać 66 dzieci w Bliżynie lub w filii w Mroczkowie. W Bliżynie są też cztery szkoły podstawowe, w tym jedna społeczna. Udało się ją przekształcić, co warto podkreślić, bez żadnych lokalnych wojen.

Czy jest coś czego nie udało się zrobić w tej kadencji?

Myślę, że to, co zostało zaplanowane, udało się przeprowadzić z naddatkiem.

Jakimi sprawami zamierza się pan zająć w przyszłości?

Ważnym zadaniem jest budowa pełnowymiarowej hali sportowej, o ile gmina będzie w stanie podołać takiej inwestycji finansowo. Konieczna jest też termomodernizacja obiektów szkolnych. Ale najważniejszym zadaniem będzie dalsza kanalizacja gminy.

Czuje pan już gorączkę zbliżających się wyborów samorządowych?

Ja, osobiście, jeszcze nie. W poprzednich wyborach byłem jedynym kandydatem. W radzie również panuje spokój: nie ma ani koalicji, ani opozycji. Radni nastawieni są na pracę, a nie na walkę między sobą, jak to się dzieje w innych gminach, gdzie połowę energii spala się na spory. Nas to na szczęście nie dotyczy.

Rozmowa ze Zbigniewem Łopusiewiczem – burmistrzem Stronia Śląskiego – gminy miejsko-wiejskiej w powiecie kłodzkim, w województwie dolnośląskim

ANNA CEBULA: Jakie możliwości mają młodzi ludzie, by w Stroniu Śląskim znaleźć pracę?

ZBIGNIEW ŁOPUSIEWICZ: Tak jak w każdej gminie tej wielkości, szanse są, niestety, bardzo ograniczone. Natomiast gmina nastawiona jest na turystykę, dlatego kiedy władze powiatu poważnie zastanawiały się nad likwidacją szkoły ponadgimnazjalnej, gmina przejęła tę placówkę, by kształcić w niej przyszłych hotelarzy czy kucharzy, czyli w takich specjalizacjach, dzięki którym młodzi ludzie będą mieli większe szanse na zatrudnienie.

Jaka jest obecnie stopa bezrobocia wśród ludzi w wieku 25-34 lat?

Według danych z końca 2013 roku − 17,23 procent.

A ile można zarobić w Stroniu Śląskim? Jaki jest średni dochód brutto?

3024,46 zł.

Jakie branże „nakręcają” taki dochód?

Przede wszystkim turystyka, która opiera się na prywatnej działalności. W ostatnich latach w Stroniu powstało bardzo dużo pensjonatów i hoteli. Wieś zdominowała agroturystyka, bo z rolnictwa, które jest u nas bardzo szczątkowe, nie można się utrzymać. Jeśli ktoś ma niewykorzystany prywatny budynek, przekształca go na obiekt noclegowy.

Znaczącym pracodawcą jest również Huta Szkła Kryształowego „Violetta”, mimo że kiedyś było w niej zatrudnionych dwa tysiące pracowników, a obecnie – zaledwie dwieście osób. Jednak to nadal jeden z największych zakładów na terenie Stronia Śląskiego. Kolejnym miejscem jest Wojewódzkie Centrum Psychiatrii Długoterminowej. Sporo mieszkańców jest zatrudnionych w Lasach Państwowych.

Czy ratusz wypracował politykę wspomagającą przedsiębiorców?

Po pierwsze, to polityka podatkowa. Mówiąc w skrócie, mamy najniższe stawki podatkowe na ziemi kłodzkiej, jeśli chodzi o działalność gospodarczą. Poza tym wprowadziliśmy ulgi, a nawet zwolnienia podatkowe na okres dwóch lat. Dotyczy to przede wszystkim oddanych do użytkowania obiektów gastronomicznych, hoteli i pensjonatów. Ponadto pomagamy firmom, które postawiły na rozwój narciarstwa. Na wszystkie obiekty związane z narciarstwem: wyciągi, koleje, trasy, a także systemy sztucznego naśnieżania, podatek wynosi jeden, a nie dwa procenty od wartości budowli.

Następnie, w przypadku ośrodków narciarskich, stosujemy tzw. sezonowość, czyli na przykład grunty, na których przebiegają trasy narciarskie, zimą są opodatkowane jako obiekty związane z prowadzeniem działalności gospodarczej, natomiast po sezonie, kiedy to są łąki i pastwiska, odprowadzany jest podatek rolny. Myślę, że taki system jest niezbędny, bo firmy nie byłyby w stanie takich podatków zapłacić.

Wdrożyliśmy również politykę regionalną, która już nie obowiązuje w związku z zakończeniem pierwszego etapu przyznawania środków unijnych na lata 2007-2013. Ta strategia zakładała możliwość zastosowania zwolnienia podatkowego w momencie zainwestowania w budowę obiektów narciarskich, gastronomicznych lub hotelarskich lub przy zwiększaniu zatrudnienia. Przy pomocy de minimis sytuacja wygląda tak, że po uzyskaniu dotacji w wysokości dwustu tysięcy euro, firma nie może ubiegać się o tę ulgę.

Ile firm, zarówno jednoosobowych, jak i spółek, działa w Stroniu Śląskim?

764 na niemal osiem tysięcy mieszkańców w mieście i całej gminie.

W Stroniu, jeśli chodzi o pozyskanie inwestora, sprawa jest trochę utrudniona. Wynika to generalnie z położenia… na początku Polski. Nigdy nie mówię na końcu Polski. Droga prowadzi tu tylko w jedną stronę, a jakiekolwiek zakłady produkcyjne czy usługowe lokalizuje się tam, gdzie jest dobra komunikacja. Stronie Śląskie niestety leży na takim cypelku na początku Polski, gdzie droga biegnie w jednym kierunku. Z drugiej strony są Czechy, co jest na pewno utrudnieniem, chociaż i pewnego rodzaju ułatwieniem, jeśli chodzi o turystykę. Natomiast też dużą przeszkodą jest fakt, że od ośmiu lat nie funkcjonuje linia kolejowa Kłodzko-Stronie Śląskie, o której przywrócenie walczymy.

Ze względu na położenie Stronia Śląskiego, w sąsiedztwie gór, trudno zapewne o nowe tereny dla inwestorów?

Gmina ma plan zagospodarowania przestrzennego i zostało jeszcze trochę wolnego terenu na ewentualną budowę hoteli i pensjonatów. Kilka działek jest przeznaczonych na działalność usługową i nieuciążliwy przemysł. Jednak są inne ograniczenia, które w jakimś stopniu hamują rozwój gminy. Po pierwsze − 70 procent jej powierzchni stanowią lasy. Po drugie − prawie cała gmina znajduje się w obrębie albo w otulinie Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego. I po trzecie − duża część gminy znajduje się w obszarze Natura 2000, a do tego mamy jeszcze cztery rezerwaty przyrody.

Ile nowych podmiotów gospodarczych rozpoczęło funkcjonowanie w ciągu ostatniego roku?

Powstało sześć.

Ile zaś zakończyło działalność?

Siedem.

Czy w Stroniu Śląskim dostępne są miejsca dla maluchów w żłobkach i przedszkolach?

Jeśli chodzi o zapewnienie młodym ludziom opieki nad ich małymi dziećmi, nie ma problemu. Jeszcze do niedawna w mieście funkcjonowało tylko przedszkole. W tej chwili jest również żłobek, na który gmina otrzymała dotację z budżetu państwa.

Wszystkie dzieci zgłoszone przez rodziców do przedszkola i żłobka zostały przyjęte. Nie ma listy dzieci oczekujących na swoje miejsce. Sytuacja jeszcze się zmieni, gdy w przyszłym roku część sześciolatków pójdzie do szkoły. To automatycznie spowoduje, że będą dodatkowe miejsca w przedszkolu.

Na jakim poziomie kształtują się wydatki z budżetu na dofinansowanie szkolnych i przedszkolnych świetlic?

Z budżetu przeznaczamy 175 796 zł, to stanowi 0,84 proc. wydatków budżetowych za rok 2013, z tego na stołówki – 83 269 zł, i na świetlice − 92 536 zł.

Czy ratusz stworzył jakiś program wspomagania rodziny?

Przymierzaliśmy się do takiego programu, jednak dodatkowy dochód rodziny mógłby spowodować komplikacje fiskalne, to budziło wątpliwości, ale rząd zapowiedział, że przygotowuje projekt pomocy rodzinom wielodzietnym. Prawdopodobnie w tym roku wejdzie w życie. Wówczas do tego, co zaoferuje państwo, dodamy jakieś ulgi.

Czy mieszkańcy Stronia mają szanse na aktywność kulturalną, społeczną i sportową?

Warunki ku temu są – jak w żadnym innym miejscu. Przez wiele lat w mieście straszył niemal całkowicie zdewastowany dworzec, zamknięty ze względu na nieczynną kolej. Po długich i ciężkich bojach gmina przejęła obiekt i stworzyła w nim Centrum Edukacji, Turystyki i Kultury, nazywane po prostu domem kultury. Powstało bardzo ładne i użyteczne miejsce z dużą salą widowiskową, galeriami oraz innymi pomieszczeniami, np. salką baletową, gdzie młodzi ludzie mogą rozwijać swoje zainteresowania.

Najbardziej obawiałem się, czy ten obiekt będzie w pełni wykorzystywany, jak na tak dużą inwestycję finansową. Zainteresowanie przeszło moje oczekiwania i muszę powiedzieć, że dziś jest to miejsce wielopokoleniowych spotkań − zarówno dzieci przedszkolnych, młodzieży, jak i seniorów. Teraz ten obiekt tętni życiem. I został wyróżniony na oficjalnej stronie prezydenta RP w witrynie obywatelskiej w ramach dobrych praktyk.

W Stroniu Śląskim jest też hala sportowa i kryty basen, gdzie młodzież ma doskonałe warunki do aktywności sportowej. Na lato dobrym miejscem jest zalew z kąpieliskiem w Starej Morawie. Prace, polegające na zagospodarowaniu tego terenu, zostały zakończone w ubiegłym roku. Pojawiły się szatnie, natryski, przebieralnie, pole namiotowe, ogólnodostępna kuchnia, toalety zamiast powszechnie stojących toalet przenośnych toi-toi. Wcześniej była tu łąka, a właściwie ściernisko, a w tej chwili jest tam kąpielisko z plażą strzeżone przez ratowników, boisko sportowe, plac zabaw dla dzieci, ścianka wspinaczkowa oraz istnieje możliwość skorzystania ze sprzętu wodnego: kajaków, rowerów wodnych. Kiedy dopisuje pogoda, nad tym niewielkim oczkiem wodnym, o powierzchni pięciu hektarów, gromadzi się nawet do trzech tysięcy ludzi. Wodę co dwa tygodnie bada sanepid, który potwierdza jej czystość.

Dzięki środkom przyznawanym na rozwój współpracy transgranicznej polsko-czeskiej wytyczyliśmy i oznakowaliśmy 68 kilometrów tras narciarstwa biegowego, zakupiliśmy ratrak do zakładania śladu i skuter śnieżny. Niestety, tej zimy ani razu nie udało się wykorzystać tych urządzeń ze względu na brak śniegu. Mamy tutaj pewien problem, a mianowicie w Stroniu Śląskim utrzymujemy się… ze śniegu. Jeśli słyszę, że gdzieś pada śnieg i w związku z tym drogi są nieprzejezdne, to ja się bardzo cieszę z tego powodu. I ośrodki narciarskie, i nasz projekt, niestety, potrzebują śniegu. Dodam jeszcze, że według internautów ośrodek „Czarna Góra” jest na drugim miejscu jako najlepiej przygotowany ośrodek narciarski w Polsce. Jest więc gdzie poszaleć na nartach. Oprócz tego CETiK i Stroński Park Aktywności z Jaskinią Niedźwiedzią organizują kilkanaście imprez plenerowych w ciągu roku, by przyciągnąć turystów nie tylko zimą, ale również latem.

Oprócz tych działań, organizowanych przez gminę, w przygotowanie wielu imprez włączają się sołectwa. Takim wydarzeniem jest, na przykład, Grzybomania czy Noc Świętojańska.

W Starej Morawie działa prywatne muzeum „Wapiennik”, zajmujące się także działalnością kulturalną, do którego zapraszani są pisarze, poeci i rzeźbiarze. Sam właściciel, Jacek M. Rybczyński, jest profesorem grafiki.

Atrakcje, które już pan wymienił, to zaledwie początek listy…

I zależą od tego, w jakim okresie chcemy odwiedzić gminę Stronie Śląskie. W zimie zapraszam na narty, a w przyszłym roku również na narty biegowe. To właściwie ta największa atrakcja, która zimą ściąga tu dwieście tysięcy ludzi, co ustaliliśmy po ilości sprzedanych karnetów.

W tym roku próbowaliśmy uruchomić Ski Region Śnieżnik, ale brak śniegu popsuł nam te zamiary. Wchodziłyby do niego trzy ośrodki narciarskie − na Czarnej Górze i w Kamienicy w gminie Stronie Śląskie i w Lądku Zdroju. Komunikację zapewniałby skibus, który za darmo dowoziłby narciarzy do tych trzech ośrodków, do korzystania z których uprawniałby jeden wspólny karnet.

Oczywiście, również zimą zapraszam do odwiedzenia Jaskini Niedźwiedziej czy Muzeum Ziemi w Kletnie, gdzie znajduje się chyba jedyna kolekcja skamieniałych jaj dinozaurów, a które prowadzi wielki pasjonat, geolog Arnold Miziołek. Warto też przejść się podziemną trasą po nieczynnej kopalni uranu w Kletnie.

Gminę Stronie Śląskie dzielimy też w taki sposób, że okolice Siennej, Czarnej Góry i Kamienicy uważane są za taki rejon bardziej hałaśliwy, natomiast rejon po przeciwnej stronie gminy, w dolinie rzeki Białej Lądeckiej, ze Starym i Nowym Gierałtowem oraz Bielicami, to obszar ciszy i spokoju, gdzie można wejść do rezerwatu, przejść się po duktach leśnych, przekroczyć granicę czeską, można zajrzeć do schronisk tam zlokalizowanych i wypocząć. W czasie wyprawy przez Stronie zapraszam na łowiska pstrągów, gdzie można nie tylko skosztować ryby, ale ją sobie samemu złowić.

W planach jest jeszcze duże przedsięwzięcie przygotowywane z myślą o uatrakcyjnieniu gminy, a mianowicie do lat 70. na Śnieżniku stała wieża widokowa. Wierzchołek Śnieżnika to taki charakterystyczny, płaski stół, z którego nic nie widać, poza tym, co dookoła szczytu. Stąd pomysł, by odbudować wieżę. Jest już sporządzona dokumentacja, a do starostwa trafił wniosek o pozwolenie na budowę. Jest to niezwykle ciężkie zadanie ze względu na to, że budowa będzie prowadzona na terenie rezerwatu przyrody „Śnieżnik Kłodzki”. Elementy wieży będą transportowane śmigłowcem ze Stronia Śląskiego na szczyt Śnieżnika i tam montowane. Teraz pozostaje odczekać na środki z rozdania 2014-20. Myślę, że uda się pozyskać pieniądze i – nie chciałbym prorokować, czy za rok, czy za dwa lata – będziemy mogli podziwiać niezwykłą panoramę, sięgającą może nawet gdzieś pod Wrocław i Pragę.

wtorek, 25 marzec 2014 20:59

CZY POLSKA TO ŚCIEK?...

W latach 2011-2012 Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jak w Polsce funkcjonują oczyszczalnie ścieków. Kontrole przeprowadzono w 36 obiektach tego typu na terenie całego kraju. Z podsumowania sporządzonego po dwóch latach inspekcji – a opublikowanego na początku bieżącego roku – wynika, że aż w 32 skontrolowanych podmiotach ujawniono nieprawidłowości na niepokojącą skalę, a polska ziemia może być tykającą bombą ekologiczną.

Kontrola objęła osiem urzędów marszałkowskich (w Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi, Gdańsku, Bydgoszczy, Białymstoku i Kielcach) oraz 36 spółek i zakładów miejskich eksploatujących komunalne oczyszczalnie. Wśród nich czternaście obsługiwało aglomeracje o równoważnej liczbie mieszkańców (RLM) w granicach od dwóch do dwudziestu tysięcy, 22 – powyżej dwudziestu tysięcy mieszkańców, w tym trzy aglomeracje o RLM powyżej stu tysięcy.

Według NIK oczyszczalnie wykorzystują osady ściekowe, czyli główny odpad nieczystości z komór fermentacyjnych, w 98 procentach. Jednak przy ich zagospodarowaniu nagminnie łamią przepisy prawa. Reguluje je Ustawa o odpadach z 27 kwietnia 2001 r. oraz Rozporządzenie ministra środowiska w sprawie komunalnych osadów ściekowych z 13 lipca 2010 r.

Niewłaściwa rekultywacja i metodologia

Podstawowym sposobem wykorzystania i zagospodarowania osadów ściekowych w procesie odzysku jest zastosowanie ich na gruntach.

− Mogłyby one podnosić wartość gleby po specjalnej obróbce, jednak nie są przetwarzane we właściwy sposób przez oczyszczalnie komunalne – brzmiał główny wniosek podsumowania. Ponadto aż 90 proc. oczyszczalni, wziętych pod lupę przez NIK, wylewając osady ściekowe do gleby, nie dostarczało badań, a także nie informowało właścicieli gruntów o maksymalnych dawkach, w jakich można te osady stosować.

Ujawniono również, że 13 proc. skontrolowanych oczyszczalni w ogóle nie przeprowadzało wymaganych badań – natomiast tam, gdzie były one wykonywane, w wielu przypadkach kontrolerzy mieli zastrzeżenia co do ich wiarygodności, a tym samym skuteczności w ochronie gleby przed skażeniem. Przede wszystkim badania wykonywano sporadycznie, najczęściej na niewłaściwych próbkach. Taki stan stwierdzono w niemal 64 proc. skontrolowanych zakładów (np. w oczyszczalni w Polanicy Zdroju, zarządzanej przez Miejski Zakład Komunalny, w latach 2011-2012 zaniechano badań w pięciu z sześciu obowiązujących terminach, z kolei w raportach z poboru prób osadów do badań wytworzonych w oczyszczalni w Aleksandrowie Łódzkim nie podano czasu i miejsca pobrania próbek, ich liczby oraz objętości osadu).

Poza tym dość częstą praktyką było badanie gruntów na wiele miesięcy przed zastosowaniem osadów, nie zaś bezpośrednio przed ich wylaniem lub już po ich użyciu.

Na oko zamiast na wagę

W toku kontroli wykazano, że osady na dużą skalę wylewano w miejscach niedozwolonych – na terenach cennych pod względem przyrodniczym i chronionych prawnie (oczyszczalnia w Rogoźnie stosowała osady na terenie Obszaru Chronionego Krajobrazu „Dolina Wełny i Rynna Gołaniecko-Wągrowiecka”), na obszarach zabudowanych (osady z oczyszczalni w Grajewie trafiły w 2012 r. na działki położone około 30 metrów od dwóch domów, podczas gdy ta odległość powinna być minimum na sto metrów), w miejscach ujęć wody (oczyszczalnia w Koronowie), czy w czasie wegetacji roślin przeznaczonych bezpośrednio do spożycia przez ludzi. Takich praktyk dopuszczano się w 40 proc. skontrolowanych oczyszczalni.

Połowa z 33 oczyszczalni, które wylewały osady bezpośrednio na grunty, nie ustalała – oddzielnie dla każdej badanej partii osadów – dawki maksymalnej możliwej do zastosowania. Tym sposobem do ziemi przedostawały się zarówno osady zbadane, jak i niezbadane – ale tego typu nieprawidłowości miały miejsce już na etapie przechowywania osadów. W składowisku należącym do oczyszczalni w Oleśnicy nie było wydzielonych sektorów na osady już zbadane i niezbadane. Podobnie sytuacja wyglądała w oczyszczalni w Ostrowcu Świętokrzyskim, gdzie brakowało oznaczeń osadów z bieżącej produkcji, nieprzebadanych laboratoryjnie, i tych, które przebadano, i mogły być wydawane odbiorcom do stosowania na glebie.

Kontrolerzy NIK zwrócili również uwagę, że w większości oczyszczalni brakowało wag, tak więc do ziemi wylewano szacunkową masę osadów, a to – jak zaopiniowano w raporcie – może spowodować przekroczenie maksymalnych dawek odprowadzanych do gleby.

Kolejne zastrzeżenia dotyczyły sposobu przechowywania osadów ściekowych. Najczęściej – w niemal 50 proc. oczyszczalni – składowano je w magazynach bez utwardzonego podłoża lub bez zadaszenia. W takim stanie, bez odpowiedniego podłoża i zadaszenia, było składowisko w oczyszczalni w Hajnówce, natomiast w oczyszczalni w Strzelnie nie było zadaszone. Na osadzie m.in. zalegała pokrywa śnieżna. Tam, gdzie nie był przykryty śniegiem, widoczny był mech.

Takie zaniechania stanowią duże zagrożenie dla środowiska – np. z osadów znajdujących się bezpośrednio na ziemi, przenikają odcieki do gruntów i mogą powodować skażenie wód podziemnych.

Pozytywnie z kolei wypadła kontrola czasu przechowywania, który nie przekraczał terminów określonych w przepisach.

Na tym jednak lista nieprawidłowości wskazanych przez NIK, się nie kończy. W oczyszczalniach – w prawie 73 procentach wszystkich skontrolowanych obiektów − nieprawidłowo prowadzono ewidencje wytwarzania i przekazywania osadów. Powinny być w nich zawarte m.in. dane o zawartości w osadach masy suchej, substancji organicznych, metali oraz pasożytów. Brakowało również kart przekazywania osadów. Jednak, jak zauważyła NIK, ewidencje wytwarzania i przekazywania osadów nie budziły zainteresowania samorządowców. Tylko 422 z nich na 1270 wójtów, burmistrzów i prezydentów oraz 119 na 165 starostów zapoznało się z tymi spisami.

Monitoring danych obowiązkiem marszałków

Wiele wątpliwości budzi według Izby kontrola tych danych, do której ustawowo zobowiązani są marszałkowie województw. W związku z tym bazy danych dotyczące osadów, a będące w posiadaniu marszałków, a także wykazy ministra środowiska nie są wiarygodnymi źródłami informacji. Ponadto wykazano, że dane rejestrowane są często nawet z rocznym opóźnieniem. Także działające w urzędach marszałkowskich wojewódzkie systemy odpadowe „WSO” pozostawiają wiele do życzenia, jeśli chodzi o zgodność z obowiązującymi przepisami prawa.

Nieźle w Wielkopolsce

Najlepiej w kraju wypadło województwo wielkopolskie. Skontrolowano oczyszczalnie w Gostyniu, Koninie, Krotoszynie, Kuślinie, Rogoźnie i Stawiszynie. Miały one ważne pozwolenia na wytwarzanie oraz transport odpadów i prowadziły wymaganą przepisami dokumentację. W zasadzie przestrzegały warunków dotyczących technologii przetwarzania osadów.

Tę wysoką ocenę zaniżyła spółka Aquabellis w Rogoźnie – negatywnie zaopiniowano sposób, w jaki prowadzi ewidencję osadów ściekowych i wywiązuje się z obowiązków sprawozdawczych.

Być może o najwyższej pozycji Wielkopolski w raporcie NIK zadecydował fakt, że tutejsze oczyszczalnie były sprawdzane już w 2009 r. Wówczas wykazano wiele nieprawidłowości, ale nie zabrakło też wskazówek, jak poprawić funkcjonowanie oczyszczalni.

Jak pozbyć się smrodu w okolicy

Jednym ze skutecznych sposobów usprawnienia pracy oczyszczalni, jaki wskazała NIK, jest informowanie gminy o ilości osadów ściekowych, jaką oczyszczalnia zamierza zastosować na jej gruncie. Informacja ponadto powinna zawierać masę osadów, wyniki badań tych osadów oraz gruntów, na których będą zastosowane. Ważne jest też, by badania prowadzone były ponownie, jeśli na gruntach wykonano zabiegi agrotechniczne – nawożenie, plonowanie – które w zasadniczy sposób zmieniają skład ziemi.

Podczas panelu ekspertów, jaki odbył się 23 maja 2013 r. w siedzibie NIK, wskazano jako przykład dobrej praktyki metodę polegającą na zastosowaniu w oczyszczalniach specjalnej kompozycji mikroorganizmów o właściwościach probiotycznych, które niwelują uciążliwe zapachy. Drobnoustroje mają również tę właściwość, że mogą usuwać z osadów chorobotwórcze patogeny i inne szkodliwe substancje.

wtorek, 25 marzec 2014 20:51

SOŁECTWO TO PRACA CAŁEJ RODZINY

W Mielęcinie (gmina Człopa w województwie zachodniopomorskim) sołtysem jest 42-letnia Katarzyna Goleniowska. Tę funkcję sprawuje od ośmiu lat. Matriarchat to tu sprawdzony ustrój, bo poprzedniczka rządziła wsią przez dwadzieścia lat.

− Całe życie jest społeczna – mówi Agata Jajus, mama Katarzyny Goleniowskiej. To się bierze stąd, że lubi być wśród ludzi. Jak tylko mają jakiś problem, biegnie pomóc. We wsi ludzie ją od tej strony znają, więc kiedy poprzedniczka – Sławomira Waplakowa – zrezygnowała z sołtysowania, mieszkańcy namówili ją na kandydowanie.

− Mąż nie bardzo był temu przychylny – wspomina Kasia Goleniowska. – Ale we wsi wsparcie było i powiem pani, że bardzo duże, także w drugiej kadencji, więc się zdecydowałam.

Do kampanii nie przykładała wagi, bo się jej źle to kojarzy. Nie lubi, jak przed wyborami kandydaci obrzucają się błotem. Jej kapitałem był fakt, że była zaangażowana w życie wsi, a mieszkańcy Mielęcina znali ją od urodzenia.

Rodzina

Mama Katarzyny Goleniowskiej pochodzi z sąsiednich Wołowych Lasów, tata – z Mielęcina, ale już babcia i dziadek Burdowie − z Galicji i centralnej Polski. To duża rodzina. U ojca było jedenaścioro rodzeństwa, nas było dziesięcioro. Co trzeci dom we wsi to my. Nikt nie wyjechał.

− Kasia, jak wieży kościoła w Mielęcinie nie widzi, to jest chora – śmieje się z niej mama.

Mąż Henryk pochodzi z Przemyskiego. Mają trzy zdolne córki: Esterę, Paulinę i Weronikę – co z dumą podkreśla sołtys. Nie żyją ani lepiej, ani gorzej od przeciętnej rodziny we wsi. Córce, która studiuje na Politechnice Poznańskiej, nie dała jeszcze ani złotówki.

– Warunek jest jeden. Jeśli Estera chce się uczyć, musi na to zapracować. Ale sobie radzi – mówi sołtyska.

Sukcesy

− Chciałabym, żeby moja wieś się modernizowała, ale my, sołtysi, możemy dużo pisać. Zwracam się więc do rady, że boiska we wsi nie ma i wszystko zależy od jej stanowiska – opowiada.

Budżet wiejski to 13 złotych na mieszkańca rocznie. Te pieniądze wydaje się głównie na upiększanie wsi, na namioty, które się rozstawia w czasie festynu, na krzesła, ławki, stoły, sprzęt do gry, czy pomalowanie przystanku. Żeby zarobić, organizuje się w Mielęcinie festyn. Ludzie towar biorą w komis, później za niego płacą. Zysku z tego jest pięć tysięcy – które przeznacza się na prace wokół kościoła i głównej ulicy.

− Córki mi dużo pomagają, jak są imprezy okolicznościowe – mówi sołtyska. − Mąż się trochę burzy, ale w końcu i on pomaga. Wcześniej kosił we wsi trawniki, dopóki gmina nie skierowała tu ludzi na prace interwencyjne. Dzień Sołtysa, 11 marca, powinna obchodzić cała moja rodzina, bo sołectwo to praca nas wszystkich.

Sołtyska razem z radą napisała dwanaście projektów do Lokalnej Grupy Działania „Lidera Wałeckiego”. Dzięki temu dostała dla wsi stół do ping-ponga, rowerek do ćwiczeń, kosiarkę (już się zużyła), piłki do gry.

W 2009 r. we wsi odbyły się gminne dożynki. Czterdzieści osób zaangażowało się przy ich organizacji, a zysk poszedł na potrzeby wsi.

– Kasia pracowała razem z mężem, dekoracje to było jej dzieło i wyszły przepięknie, a jeszcze wtedy żył nasz muzyk, Wacław Waplak, i tak pięknie grał. Mimo że zazwyczaj nigdzie nie wychodzę, na dożynkach z mężem byłam – opowiada Maria Chruścicka, mieszkanka wsi.

− Wywalczyła dla wsi, u burmistrza, oświetlenie – wylicza osiągnięcia sołtyski Janusz Barbasiewicz z rady sołeckiej. Był czas, że lampy stały tylko w pobliżu kościoła i przy centralnej ulicy, teraz oświetlają niemal całą miejscowość.

− Za jej czasów utwardzono zdrapką asfaltową drogę przy szkole i przy przystanku, a jeszcze wczoraj rozmawialiśmy o pociągnięciu odcinka od szkoły do przystanku, w planach jest także droga, biegnąca przez Mielęcin. Nazywamy ją piaskową, jesienią i zimą brnie się w niej po kolana w brei, a latem w piachu – dodaje Barbasiewicz.

Na sołtyskę ktoś nasyłał policję

Raz do roku, w czerwcu, organizowane jest w Mielęcinie święto rodziny.

– To połączenie dnia matki, ojca i dziadków – wyjaśnia Kasia Goleniowska. – Nie mamy dużej sali, a tak dużo ludzi przyszło, że nie mogli się pomieścić. Moi bracia grali podczas koncertu, dzieciaki miały występ, a potem dla nich wystąpili dorośli, że niby gwiazdy przyjechały do Mielęcina: Villaska, Doda (za którą przebrał się mężczyzna), ot tak, żeby się pośmiać. Strażacy wozili dzieciaki swoim wozem.

Teraz sołtys stara się o większą salę u burmistrza. Świetlica mieści się w dawnej szkole i wystarczyłoby połączyć dwie sale lekcyjne, żeby było w sam raz.

Jednak świetlica to też we wsi sprawa jakby sporna. Jak tylko światło dłużej się paliło, to na sołtyskę ktoś nasyłał policję. Pozwoliła, żeby młodzież mogła się spotykać w jednej klasie. Głośno mówiła, że woli, żeby tam się gromadziła, niż w knajpie czy na przystanku, nawet jak jedno piwo przyniesie. I że bierze za młodzież odpowiedzialność.

– Miało to duże wzięcie, a jak posprzątać trzeba było, bo przyjeżdżał ktoś z gminy, to młodzież pomagała i było na błysk. Ale zabrakło zaufania – kwituje Katarzyna Goleniowska.

O tej i innych nieprzyjemnych sprawach Grażyna Wiącek, od kilkudziesięcioleci mieszkanka wsi, mówi, że zawsze znajdą się ludzie nieprzychylnie nastawieni.

Poza sołtysowaniem prowadzi świetlicę terapeutyczną. − W zasadzie jest ona dla dzieci z problemami, ale skoro przychodzą wszystkie, żeby sobie pograć, pogadać, to nie będę wyganiać. Zimą jest ich mniej, latem zbiera się do dwudziestki w różnym wieku, więc trzeba mieć oczy wokół głowy.

Ekologia – tak, ale…

Kiedy trzy lata temu, 6 grudnia, w Mikołaja, na drodze w Mielęcinie zginął mieszkaniec wsi, zaczęła walczyć o wycinkę drzew.

– Ja rozumiem, że ekologia jest ważna, ale tutaj lasu mamy w bród, a po co czekać na nieszczęścia? Które drzewo zagraża bezpieczeństwu, trzeba wyciąć – twierdzi sołtyska. – A drogi tutaj to osobny temat: jest i powiatowa, i gminna, a zimą zamieniają się w lodowisko.

Nie udało się ocalić szkoły we wsi. Sześć czy siedem lat mieszkańcy o nią walczyli. W najlepszych czasach było w niej około stu dzieciaków. Teraz dojeżdżają do Człopy, ale na szczęście dowozi je bezpłatny autobus.

Postulaty dotyczące starszych

W dawnej szkole, o tyle dobrze, jest teraz przychodnia. – To ważne, żeby we wsi był lekarz, głównie dla ludzi starszych. Tych najbardziej mi szkoda, bo młodzi, jak trzeba, to do Człopy dojadą – mówi sołtyska.

Kiedy wieś przechodziła na pojemniki, załatwiła mniejsze kosze, żeby za śmieci mniej płacić. − A dla najstarszych, żeby w umowę wpisywać dwoje lub troje: wiadomo, że śmieci produkują mniej, a jak butelkę trzeba wyrzucić, to kosz we wsi stoi. To jest takie pokolenie, że ze wszystkiego zrezygnuje, a rachunki musi mieć popłacone – zapewnia Goleniowska.

Nigdy nie za wiele cierpliwości

Ludzie przychodzą do sołtyski z wieloma problemami: a to że lampy we wsi się nie palą, a to że jest śnieg.

− Jak na chwilę zabraknie wody albo prądu, to telefony się urywają – mówi córka Paulina. – I mama czasem coś zażartuje, że pomyłka i żeby pod właściwy numer dzwonić. Ale cierpliwości nie straciła, a pracując z ludźmi, wręcz jeszcze nabrała.

środa, 26 luty 2014 19:53

POLACY NIE SZASTALI EURO

Od lat Najwyższa Izba Kontroli monitoruje, jak Polska wydaje unijne pieniądze. Chodzi o kwotę 67,9 miliardów euro przyznanych na lata 2007-2013 z polityki regionalnej UE. I, jak wynika z ostatniego podsumowania, opublikowanego na koniec ubiegłego roku, Polska wypadła na tym polu pozytywnie.

Co więcej to powtórzenie sukcesu, bo taką opinię wydał NIK w identycznym raporcie również w 2012 r. Na stronie Izby można przeczytać, że Polska w efektywny i prawidłowy sposób wydaje pieniądze z funduszy unijnych, chociaż raporty z poszczególnych kontroli nie są pozbawione zastrzeżeń. Ze szczegółowymi analizami można się zapoznać w sprawozdaniach z wykonania budżetu. Na stronie NIK umieszczono również raporty pokontrolne przygotowane w ramach konkretnych programów.

Pod lupą – drogi, szpitale, edukacja

Departamenty i delegatury NIK przeprowadziły cały szereg kontroli, badając wykorzystanie unijnych pieniędzy, zarówno pod względem programów operacyjnych − „Innowacyjna gospodarka” (w tym m.in. prowadzenie konkursów i zawieranie umów przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości) czy „Kapitał ludzki” (realizacja projektów edukacyjnych w ramach Priorytetu III), jak i odbiorców, a wśród nich dwóch głównych grup – samorządowców i przedsiębiorców.

Kontrolerzy oceniali na przykład kwalifikowalność wydatków oraz umiejętność wykorzystania funduszy strukturalnych przez administrację publiczną, ale przede wszystkim sprawdzali, jakie efekty przyniosła realizacja poszczególnych projektów. NIK sprawdzał bardzo różne dotacje, od przeznaczonych na zakup aparatury medycznej, rozwój Euroregionu „Bug” (w województwie lubelskim, ciągnącego się wzdłuż wschodniej granicy Polski z Białorusią i Ukrainą), jak i inwestycje drogowe. Do podsumowania zamieszczonego na stronie Izby w sumie dołączono trzydzieści jeden szczegółowych sprawozdań pokontrolnych.

Doceniono pracę wojewody

Jednym z beneficjentów było Stowarzyszenie Samorządów Euroregionu „Bug”, które pozyskało dotację na rozwój zarówno gospodarczy, jak i społeczno-kulturalny obszaru przygranicznego. Od 2006 r. do końca maja 2013 r. w sumie Stowarzyszenie zrealizowało dwadzieścia nieinwestycyjnych projektów związanych z funkcjonowaniem euroregionu. Łącznie pozyskano na nie 15 395 tys. zł. NIK nie miał zastrzeżeń co do sposobu rozdysponowania tej kwoty, a w podsumowaniu napisał, że była wydatkowana rzetelnie. W raporcie, co warto podkreślić, pozytywnie oceniono pracę wojewody lubelskiego, który pośredniczył i zarządzał Programem Sąsiedztwa Polska-Białoruś-Ukraina INTEREG 2004−06.

Aparatura pokrywa się kurzem

Izba dokładnie przyjrzała się zakupom aparatury medycznej w latach 2007-11, ale przede wszystkim, w jaki sposób była wykorzystywana. Kontrole prowadzono w dziewięciu podmiotach, jednak w tym przypadku raporty wyszczególniały wiele nieprawidłowości. – Mimo, że nowy sprzęt medyczny jest szansą dla polskiej służby zdrowia, jednak nawet on nie poprawi sytuacji pacjentów, jeśli nie będzie wykorzystany – brzmiała najważniejsza konkluzja NIK.

Weryfikatorzy podsumowali, że w skontrolowanych placówkach zabrakło właściwej koordynacji i planowania zakupów. Z tego powodu jedna trzecia skontrolowanych szpitali nie używa obecnie efektywnie nowego sprzętu, tak, jak to było zapowiedziane we wnioskach. Ilość faktycznie wykonanych świadczeń była niższa – a niekiedy dużo niższa – od tego, co szacowano w projektach.

Na tym jednak nie kończy się lista uchybień. Podważono też przyjęte procedury zakupowe, które spowodowały, że w jednych placówkach brakowało sprzętu, a w innych – było go w nadmiarze. Zdarzały się przypadki, że do obsługi nowych urządzeń brakowało wykwalifikowanej kadry, a co więcej – nawet gabinetów i laboratoriów. Mimo, że pieniądze z dotacji można było przeznaczyć również na dostosowanie pomieszczeń.

W sześciu placówkach, w których pojawili się kontrolerzy NIK, wykonywano badania diagnostyczne sprzętem zakupionym w ramach dofinansowań unijnych. Tyle że pobierano przy tym opłaty – choć ta aparatura może być wykorzystywana wyłącznie do świadczeń w ramach kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia.

W raporcie NIK pojawiły się również zarzuty pod adresem samorządów: choćby związane z tym, że nie przeprowadziły na swoich terenach rzetelnych analiz potrzeb zdrowotnych, ani nie posiadały aktualnych danych dotyczących rozmieszczenia aparatury medycznej. Jak się okazało, wiedza wojewodów na ten temat różniła się od danych zgromadzonych przez Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia (CSIOZ).

Wskazówki Rady EU i NIK dla rządu

Izba wzięła pod lupę również to, jak realizowane są zalecenia Rady Unii Europejskiej z 12 lipca 2011 r. w sprawie krajowego programu reform Polski z 2011 r. oraz zaktualizowanego programu konwergencji na lata 2011-14. Rada wydała zalecenia dotyczące finansów publicznych, systemu emerytalnego, finansowania kształcenia i szkoleń, finansowania placówek opieki nad dziećmi, energetyki, transportu kolejowego oraz procedur prawnych związanych z egzekwowaniem zobowiązań zawartych w umowach, budownictwem i zagospodarowaniem przestrzennym.

Rząd rozpoczął pracę nad realizacją tych zaleceń, jednak według Najwyższej Izby Kontroli, te działania mogą okazać się niewystarczające, by w sposób trwały obniżyć deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych do poziomu trzech procent PKB. To również za mało w opinii NIK, by zapewnić wzmocnienie potencjału rozwojowego Polski w dłuższej perspektywie.

Ocenę zaniżyły gminy

Korzystnie Izba zaopiniowała także koordynację i realizację działań z zakresu infrastruktury komunalnej ze środków UE na Wspólną Politykę Rolną i z funduszy strukturalnych. W tym zakresie NIK docenił działania ministra rozwoju regionalnego, ministra rolnictwa i rozwoju wsi, prezesa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz samorządów województw, mające na celu koordynację i realizację przedsięwzięć z zakresu infrastruktury komunalnej w ramach regionalnych programów operacyjnych i Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-13. Jednak, mimo że ostatecznie NIK wydał dobrą opinię, stwierdzono wiele nieprawidłowości w działaniach gmin – co dotyczyło czternastu na szesnaście skontrolowanych JST. Chodziło głównie o wykonanie i utrzymanie przedsięwzięć związanych z infrastrukturą komunalną. W jednym przypadku skontrolowana gmina rozpoczęła inwestycję bez… pozwolenia na budowę.

Mimo, że w raportach pojawiły się nie do końca pochlebne opinie, to generalnie w Polsce euro wydawano efektywnie i zgodnie z prawem. Taka opinia jeszcze w 2012 roku była przekonującym argumentem podczas ustalania budżetu na lata 2014-20, a co się z tym wiąże – pozwoliła na uzyskanie satysfakcjonującej puli pieniędzy dla Polski.

Rozmowa z Janem Stanisławem Kapem – burmistrzem Sejn, w województwie podlaskim

ANNA CEBULA: Jak mógłby pan opisać Sejny i Sejneńszczyznę? Jakie miasto oferuje atrakcje?

Powiat sejneński to przede wszystkim obszar o dużych walorach krajobrazowych, gdzie występuje ponad sto jezior. Trzy z nich występują w samych Sejnach – chociaż w mieście nie są to duże akweny – raczej mają charakter oczek wodnych. Poza tym, region znany jest z pięknych, gęstych lasów, które przyciągają grzybiarzy. Ziemia sejneńska leży w otulinie Narodowego Parku Wigierskiego i na północnym skraju Puszczy Augustowskiej, której granice wyznacza Czarna Hańcza, przepływająca przez południową część powiatu. Osoby, które wolny czas spędzają aktywnie, mogą korzystać z licznych tras rowerowych. Z kolei Czarna Hańcza i przepływająca przez Sejny Marycha to znane szlaki kajakowe.

Z czym miasto mogą kojarzyć mieszkańcy Polski?

Miasto znane jest przede wszystkim jako transgraniczna miejscowość położona dwanaście kilometrów od przejścia granicznego z Litwą i dwadzieścia kilometrów od Białorusi.

Co wynika z takiego położenia na pograniczu?

Co czwarta osoba, a może nawet co trzecia, odwiedzająca Sejny, przyjeżdża zza wschodniej granicy. Dzięki temu całkiem nieźle prosperuje lokalny handel. Swego czasu hitem medialnym były relacje pokazujące puste supermarkety w Sejnach. Towar, już od szóstej rano, wykupywali Litwini, bo Litwa stała się bardzo drogim państwem. Teraz już takiego tłoku w sklepach nie ma, ale sąsiedzi wciąż chętnie nas odwiedzają, ku naszemu zadowoleniu. Od jakiegoś czasu przyjeżdżają do nas również Białorusini. To nowy kierunek.

W Sejnach mieszka największa grupa Litwinów w Polsce…

Litwini mieszkają tu od pokoleń. Obecnie stanowią około ośmiu procent społeczności. Myślę, że tutaj stosunki między dwoma narodowościami, polską i litewską, układają się zdecydowanie lepiej niż na Litwie i nie ma raczej z tym większych problemów. Pewien ferment powodują jedynie działacze litewscy, którzy na antypolonizmie próbują zbudować swój kapitał polityczny. Natomiast jeśli chodzi o społeczność, nie dostrzegam antagonizmów. Podczas świąt narodowych odwiedzamy się wzajemnie. Na każdą uroczystość organizowaną przez Miejski Ośrodek Kultury zapraszani są artyści z Domu Litewskiego.

W mieście działają dwie szkoły – podstawowa i gimnazjum, oraz przedszkole z nauczaniem w języku litewskim. Taka wymiana istnieje również między placówkami oświatowymi, które zapraszają się na świętowanie różnych wydarzeń. Muszę w tym miejscu podkreślić, że poprzedni konsul w Sejnach, Ludvikas Milašius, utrzymywał wzorcowe stosunki z polskimi władzami i mieszkańcami miasta oraz powiatu. Uczestniczył we wszystkich wydarzeniach mniejszej i większej rangi, a poza tym był miłośnikiem odbywającego się w Sejnach Festiwalu Organowego Młodych.

Czy te atuty miasta i okolic, które pan wymienił, służą mieszkańcom jako źródło dochodu?

Ze względu na walory przyrodnicze regionu ogromne nadzieje mieszkańcy wiążą z rozwojem turystyki i agroturystyki. Przez Sejny odbywa się przejazd do Wilna i Grodna, z kolei do Sejn ściągają pielgrzymi odwiedzający sanktuarium Matki Boskiej Sejneńskiej. Trochę miejsc pracy daje handel, małe firmy budowlane i zakłady związane z obróbką drewna, a także rolnictwo oraz usługi. Mimo sporych perspektyw w turystyce, wciąż największym problemem jest bezrobocie.

Według danych z końca 2013 r. w Powiatowym Urzędzie Pracy było zarejestrowanych 1890 osób z całego powiatu, w samych Sejnach zaś  579 bezrobotnych. Stopa bezrobocia wynosi 20,9 proc. i jest jedną z najwyższych w Polsce.

Dodam jeszcze, że drugim istotnym problemem jest zastój w budownictwie komunalnym. Rząd ciągle nie wypracował programu wspierającego takie budownictwo. W miastach poniżej 100 tys. mieszkańców nie buduje się budynków socjalnych. W ubiegłym roku, podczas spotkania samorządowców z panią rzecznik praw obywatelskich w Podlaskim Urzędzie Wojewódzkim, wskazywałem, że to dwa największe problemy. Jednak panią rzecznik bardziej interesowały przypadki podpalenia drzwi w domach należących do Hindusa oraz Ormianina w Łomży i Białymstoku. Nie marginalizuję tego problemu, ale moim zdaniem takie akty wandalizmu są sprawą do załatwienia przez policję. Do tego, żeby zapoznać się z sytuacją, nie jest potrzebne spotkanie z samorządowcami, wystarczy ściągnąć protokół z policji. Natomiast pani rzecznik bardziej powinna przejmować się faktem, że w Polsce dwa miliony osób nie ma pracy.

Czy w związku z trudną sytuacją na lokalnym rynku pracy ratusz znalazł strategię, by zwiększyć ilość miejsc zatrudnienia?

Generalnie jest ciężko. Niestety, oprócz zatrudnienia w porozumieniu z Powiatowym Urzędem Pracy, w ramach staży i prac publicznych, nie mamy innych ofert. W tej chwili po raz kolejny podjęliśmy rozmowy z Suwalską Specjalną Strefą Ekonomiczną o utworzeniu podstrefy, jednak na skuteczność tych działań raczej nie ma co liczyć. Miasto dysponuje gruntami, co bywa problemem dla innych ośrodków, natomiast mimo to nie ściągają do nas inwestorzy. Gościem ostatniej sesji rady miasta był prezes SSSE, który jest zdania, że można rozpocząć tworzenie podstrefy suwalskiej.

Sposobem na przyciągnięcie przedsiębiorców może być ewentualne zwolnienie ich z podatku od nieruchomości, ale biorąc pod uwagę, że znajdujemy się zaledwie trzydzieści kilometrów od Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, w której firmy taki przywilej mają już od dwudziestu lat, raczej nie podołamy konkurencji. Do czasu, gdy funkcjonowało jedno przejście graniczne z Litwą, w Ogrodnikach, wówczas pojawiało się sporo inwestorów. Z chwilą otwarcia ogromnego przejścia w Budzisku ruch transgraniczny przebiega przez Augustów i Suwałki do Budziska z pominięciem Sejn. Przejście w Ogrodnikach straciło swoje znaczenie. Do jego marginalizacji przyczynił się również zakaz ruchu tirów i samochodów ciężarowych. W następstwie również zupełnie wycofali się inwestorzy.

Jakie ważne wydarzenia z 2013 r. zapiszą się w pamięci sejnian?

Myślę, że obchody 450-lecia istnienia miasta Sejny. Warto w tym miejscu podkreślić, że chodziło o upamiętnienie istnienia, a nie roku założenia miasta, ponieważ nie ma dokumentu potwierdzającego rok tego wydarzenia. W województwie trockim, na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, nie obowiązywało prawo magdeburskie, na podstawie którego zakładano miasta.

Jakie działania zaplanował pan na ten rok?

To będzie rok, w którym mieszkańcy Sejn nie mogą liczyć na inwestycje. Kłopoty miasta rozpoczęły się w 2012 r., po ostatecznie przegranej w sądzie rozprawie z wykonawcą oczyszczalni ścieków. Jej budowa trwała w latach 1996-98. Po dwunastu latach batalii sądowej z nierzetelnym wykonawcą miasto musiało zapłacić syndykowi kwotę ponad 4 mln zł wraz z odsetkami. Jednak zdania na temat wykonawcy nie zmieniliśmy, mimo niekorzystnego wyroku. Do dzisiaj wykonawca nie dostarczył części wyposażenia, m.in., laboratorium i agregatów prądotwórczych. Miasto musiało za to zapłacić zgodnie z wyrokiem sądów, Apelacyjnego i Najwyższego. Oczyszczalnia, od momentu uruchomienia, miała już bardzo dużo awarii. Według opinii pięciu biegłych oczyszczalnia jest bublem, natomiast sąd oparł się na ostatniej opinii, która nie potwierdzała wcześniejszych ekspertyz i – na jej podstawie – wyrok był niekorzystny dla miasta.

Ta budowa realizowana była w latach 1996-98 i od razu zakwestionowaliśmy wartość zakresu robót. W kosztorysie, m.in. ujęto kopanie ręczne, które jest czterokrotnie droższe niż koparkami, a wiadomo, że dół o czterometrowej głębokości wykopano koparkami. W komorach biologicznego oczyszczania ścieków doliczyliśmy się po sześciu miesiącach od uruchomienia obiektu piętnastu przeciekających rys. Uważam to za skandaliczną sytuację, ale sąd stanął po stronie wykonawcy.

Tym sposobem zostały przekroczone wszystkie ustawowe wskaźniki wysokości długu. Powstał program naprawczy budżetu, jednak konieczne było zaciągnięcie pożyczki z budżetu państwa, a to z kolei spowodowało, że zarówno w ubiegłym roku, jak i bieżącym, miasto musiało zrezygnować z inwestycji. Przygotowujemy natomiast dokumentację na wykonanie kanalizacji ulicy Konopnickiej i przyległych ulic. Miasto jest skanalizowane w 93 procentach, natomiast w całości zwodociągowane. Podsumowując, w tym roku zostanie sporządzona dokumentacja inwestycji, które będą realizowane już w przyszłej kadencji.

Czy w związku z trudną sytuacją finansową miasta znajdą się w budżecie środki na organizację wydarzeń kulturalnych?

W mieście odbędą się dwa sztandarowe festiwale: Międzynarodowy Festiwal Teatrów Dzieci i Młodzieży „Baltic-Satelid”, na którym występują zespoły z Łotwy, Litwy i Ukrainy, oraz Międzynarodowy Festiwal Organowy Młodych. W tym drugim od początku, od kiedy organizowane jest to wydarzenie – czyli od dwudziestu dwóch lat – biorą udział prof. Józef Serafin, dyrektor artystyczny festiwalu, i prof. Julian Gembalski, dyrektor organizowanych w trakcie festiwalu warsztatów. To dwie najwybitniejsze postacie, jeśli chodzi o muzykę organową w Europie. Na ten festiwal przyjeżdżają, m.in., muzycy z Niemiec, Włoch, Grecji, Austrii, a nawet pojawiła się na nim Chinka. Licznie biorą udział w festiwalu studenci akademii muzycznych z Warszawy i Krakowa. Warto też dodać, że jest to wydarzenie, które trwa osiem dni – z czego na trzy dni przenosi się do litewskiego miasta Onikszta. Litwini, a także Białorusini i Ukraińcy, to również spora grupa uczestników festiwalu.

Na te wydarzenia znajdą się środki, chociaż skromniejsze niż w ubiegłych latach. Ale kultura musi być obecna w mieście. W lipcu odbędą się również Dni Sejn.

Czy Sejnom udało się skorzystać ze środków unijnych rozdysponowanych w latach 2007-13?

Z dotacji w mieście wybudowano czternaście ulic, przebudowano szkołę i położono termomodernizację, wybudowano plażę miejską, powstał punkt informacji turystycznej, wypożyczalnia rowerów. Udało się dokończyć wodociągowanie miasta. Po prawej stronie rzeki Marychy, w dzielnicy domków jednorodzinnych, dokończyliśmy kanalizowanie. Tak jak mówiłem, miasto jest już skanalizowane w 93 procentach.

Przed Polską kolejna perspektywa finansowa UE na lata 2014-20. To ostatnie rozdanie. Czy Sejny już się do niego przygotowują?

Na razie temat jest zamrożony. W nowej perspektywie będziemy próbowali pozyskać środki na skanalizowanie ulic, o których mówiłem wcześniej. Tego typu prace wiążą się także z asfaltowaniem ulic i położeniem chodników. Poza tym mamy nadzieję, że ze środków zewnętrznych uda się nam wybudować drugą plażę miejską, wraz z całą infrastrukturą i parkingiem caravaningowym, skoro jest sporo turystów coraz chętniej jeżdżących na wakacje samochodami z przyczepami. Remontu wymaga Miejski Ośrodek Kultury, na który również chcielibyśmy pozyskać środki spoza budżetu. Podobnie na budowę parku sportowo-rekreacyjnego.

Nie sposób ominąć tematu nadchodzących wyborów. Będzie się pan ubiegał o reelekcję?

Poza tym, że tak, nic nie mogę więcej powiedzieć…

 

JAN STANISŁAW KAP urodził się w Sejnach, w 1960 r. Funkcję burmistrza miasta pełni czwartą kadencję, od 1998 roku.

Ukończył Wydział Mechaniczny na Politechnice Białostockiej i dwa kierunki podyplomowe – jeden dotyczący pozyskiwania środków europejskich dla samorządów jeszcze przed akcesją do UE, na Akademii Polonijnej w Częstochowie, i prawo na wydziale administracji samorządowej Uniwersytetu Białostockiego.

 

SEJNY zajmują 4,5 km kw. powierzchni i liczą 5,8 tys. mieszkańców. W ubiegłym roku miasto uczciło 450-lecie istnienia miasta. Tradycja odnosząca się do 1563 roku wywodzi się z faktu, że w 1522 r. król Zygmunt Stary przekazał ziemię sejneńską Iwanowi Michajłowiczowi Wiśniowieckiemu. W 1564 r. na sejmie w Bielsku Andrzej Wiśniowiecki otrzymał od Zygmunta Augusta potwierdzenie nadania dzisiejszej Sejneńszczyzny rodzinie Wiśniowieckich. Stąd poprzednicy ustalili, że skoro w 1564 r. istniał ośrodek ze wszystkimi funkcjami miasta, to… był on również rok wcześniej. I tak przyjęło się, że co pięćdziesiąt lat obchodzone jest w Sejnach tradycyjne święto istnienia miasta.

W Muzeum Ziemi Sejneńskiej zachował się dokument z 1522 r., natomiast nie ma aktu potwierdzającego założenie miasta i kolejnych dokumentów, aż do 1602 r. Wówczas do Sejn zostali sprowadzeni dominikanie z Wilna.

Historia ich pojawienia się na tym terenie obrosła legendą. Kiedy miastem rządzili Wiśniowieccy, przez trzy pokolenia tego rodu miasto cieszyło się statusem miasta książęcego. W 1593 r. wnuczka M. I. Wiśniowieckiego, Anna Sapiehowa, sprzedała te ziemie Jerzemu Grodzieńskiemu. Ten jednak był bezdzietny i, zgodnie z legendą, przyśniło mu się, że zbawienie osiągnie wyłącznie za pośrednikiem zakonników w białych płaszczach. Gdy w 1602 r. wyruszył do Wilna, spotkał tam dominikanów – i już rok później spisano w Grodnie akt nadania. Oryginalny dokument nadal znajduje się w Sejnach. Aż do 1804 r., kiedy to doszło do kasaty zakonu przez władze zaboru pruskiego, Sejny były więc miastem dominikańskim. Ostatni dominikanie przenieśli się do Różnegostoku w 1804 r.

Od 1818 r. do 1925 r. Sejny były stolicą diecezji sejneńskiej, urzędowało tu dziewięciu biskupów ordynariuszy.

W dniach 23-28 sierpnia 1919 r. trwało powstanie sejneńskie. Jest to drugie zwycięskie powstanie w polskiej historii, obok wielkopolskiego. To mało znane wydarzenie i w tym roku w Sejnach będzie obchodzona jego 95. rocznica, właśnie 23 sierpnia. Dzięki zwycięstwu powstania ziemie augustowska, suwalska i sejneńska wróciły do macierzy. Wówczas została ustalona ostatecznie północno-wschodnia granica Rzeczpospolitej Polskiej.

W Sejnach znajdują się godne uwagi zabytkowe obiekty: XVII-wieczna bazylika, zespół klasztorny, Biała Synagoga (1860−70), ratusz (1846), pałac biskupi, ciekawe muzea − Ziemi Sejneńskiej i Diecezjalne, poza tym centra kultury: Dom Litewski, Miejski Ośrodek Kultury i Ośrodek „Pogranicze − Sztuk, Kultur i Narodów”, przygotowujące bogatą ofertę z udziałem nie tylko lokalnych artystów, ale również zagranicznych gości.

Mimo że tegoroczna zima nie jest najsurowsza, tylko w styczniu – z powodu wychłodzenia organizmu – zmarło czterdzieści sześć osób. Najtragiczniejszym dniem okazał się 25 stycznia, kiedy zmarło jedenaście osób. Siedem ofiar przyniósł również 30 stycznia.

Zima jest najgroźniejsza dla osób bezdomnych, wykluczonych z powodu alkoholizmu czy biedy, ale również osób starszych i samotnych. Opieka nad osobami z tzw. marginesu społecznego ustawowo spoczywa na gminach. Przede wszystkim chodzi o pokrycie kosztów świadczeń, które z kolei realizują Miejskie Ośrodki Pomocy Społecznej i służby medyczne.

Kontrolę nad tym, czy gminy we właściwy sposób wywiązują się z tego obowiązku, przeprowadza przede wszystkim Najwyższa Izba Kontroli, ale działania te nadzorują także Rzecznik Praw Obywatelskich oraz Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Sprawdza się, m.in. czy przygotowana jest odpowiednia ilość miejsc noclegowych (gminy mają ustawowy obowiązek zapewnienia wszystkim swoim mieszkańcom lokali socjalnych), jak współpracują ze sobą MOPS, policja, straż gmina, pogotowie i szpitale – oraz, jak wykorzystywane są środki finansowe przeznaczone na pomoc. W 2012 r. na ten cel samorządy otrzymały 137 mln zł i dodatkowo 30 mln zł na realizację programów aktywizujących bezdomnych.

Kontrole z poprzednich lat wykazały, że jeśli chodzi o pomoc ludziom bezdomnym, wciąż jest bardzo dużo do zrobienia.

Szacunki sięgają nawet pół miliona osób

Przede wszystkim największy problem wiąże się z tym, że tak naprawdę nie wiadomo, jaka jest skala bezdomności w Polsce.

Według raportu NIK w naszym kraju jest 18 tys. ludzi bezdomnych. Większa liczbę – 24 tysięcy – podaje GUS. Ze wspólnego raportu sporządzonego przez wszystkie województwa (powstał w nocy z 7 na 8 lutego 2013 r.) wynika, że w Polsce jest 30 tys. bezdomnych.  Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej szacuje, że problem bezdomności dotyka od 40 do 80 tys. ludzi. Badania wykonane przez poznańską Akademię Ekonomiczną wykazały, że w Polsce jest 35-40 tys. bezdomnych. Rada Naczelna Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej przytacza liczbę około 59 tys. ludzi. To jednak najbardziej „optymistyczne” dane.

W kolejnych statystykach ta liczba drastycznie rośnie. Ze spisu Rządowego Centrum Informatycznego PESEL w Polsce wynika, że ludzi bezdomnych jest 173,5 tys., według Monaru – 250 tys., natomiast Instytut Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego wskazuje, że być może już 500 tys. ludzi pozbawionych jest dachu nad głową.

Te rozbieżności w szacunkach nasuwają przede wszystkim wniosek, że skoro nieznana jest prawdziwa skala zjawiska, nie można też określić, czy do wszystkich osób bezdomnych dociera pomoc, zwłaszcza w czasie zimy. To, że bezdomni nie skupiają się na ulicach, nie jest równoznaczne z tym, że ich nie ma. Czasem po prostu nie udaje się rozpoznać bezdomności. Zdarza się, że ktoś na pozór funkcjonuje normalnie, m.in. pracuje, ale po rozwodzie musiał wyprowadzić się z domu i mieszka w piwnicy.

Ogromne znaczenie mają w tym wypadku działania policji i straży gminnych. Kiedy zimą temperatura spada znacznie poniżej zera, dzięki patrolom, które penetrują wiaty śmietnikowe, działkowe altany, pustostany, dworce, piwnice, udaje się dotrzeć z pomocą do większej liczby osób.

Problem dużych miast

Bezdomni, zwłaszcza zimą, koncentrują się w dużych aglomeracjach – Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu czy Katowicach. Tutaj też ta pomoc w postaci bezpiecznych miejsc noclegowych, ciepłego posiłku i opieki medycznej jest najlepiej zorganizowana i zapewniona całorocznie, nie tylko doraźnie w okresie zimowym.

Na dużą skalę w pomoc angażują się organizacje pozarządowe – Caritas Polska, Polski Komitet Pomocy Społecznej, Bractwo Miłosierdzia im. Brata Alberta, Fundacja Pomocy Wzajemnej Barka. Koszty tej pomocy w dużej części pokrywają gminy.

W województwie mazowieckim, o największej liczbie bezdomnych, działa 71 placówek, w tym 26 w Warszawie, gdzie osoby pozbawione dachu nad głową mogą uzyskać długotrwałą lub doraźną pomoc. Łącznie placówki te zapewniają 3,5 tys. miejsc noclegowych, w tym ok. 1,5 tys. w Warszawie, 95 – w Radomiu, 55 – w Ostrołęce, 73 – w Płocku, 40 – w Siedlcach. Na terenie tego województwa jest też 25 jadłodajni, z czego 10 w stolicy, wydających każdego dnia 5 tys. posiłków.

W Łaźniewie, Radomiu i Warszawie działają też punkty medyczne udzielające pomocy osobom bezdomnym.

Rocznie w województwie mazowieckim na pomoc osobom wykluczonym przeznacza się 600 tys. zł.

Mała gmina – mały problem

W mniejszych ośrodkach, jak zgodnie przyznają pracownicy instytucji samorządowych, problem w ogóle nie występuje – lub zdarzają się sporadyczne przypadki, że trzeba zorganizować pomoc osobie bezdomnej. W małych miastach to najczęściej osoby przejezdne.

Jak informuje Jan S. Kap, burmistrz Sejn (województwo podlaskie), w mieście nie ma osób bezdomnych, którym w okresie zimowym trzeba organizować pomoc doraźną – nocleg i regularne, ciepłe posiłki.

− W Człopie nie ma osób bezdomnych. Takie osoby przenoszą się do dużych miast – twierdzi Elżbieta Drab, kierownik Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Człopie, w województwie zachodniopomorskim. W swojej pracy miała sporadyczne przypadki, kiedy pracownicy socjalni musieli zorganizować pomoc, bo w mieście pojawiła się osoba bezdomna. – Oczywiście, osobie bezdomnej udziela się pomocy, zwłaszcza w okresie zimy – zapewnia Elżbieta Drab. – Tę pomoc zabezpiecza finansowo gmina, natomiast realizują ją pracownicy socjalni MOPS – dodaje.

Ponieważ w mieście nie funkcjonuje noclegownia, zakłada, że MOPS musiałby przewieźć taką osobę własnym busem do miejsca docelowego.

Na temat tego, czy socjalne schroniska spełniają standardy, potrzebne by w godziwy sposób przyjąć osoby bezdomne, Elżbiecie Drab trudno się wypowiadać. – Jedna z osób bardzo chwaliła sobie pobyt w noclegowni w Gałowie koło Szczecinka, do której ją odesłałam, z kolei inny podopieczny nie chciałby już wracać do schroniska w Łagiewnikach pod Łobezem – mówi. Jej zdaniem trudno takie standardy wyznaczyć. – Chyba wszędzie jest lepiej niż pod wiatą śmietnikową, w altance czy pustostanie – podkreśla.

To, że w małych miejscowościach na ogół nie spotyka się bezdomnych, wcale nie oznacza, że problem tam nie istnieje. Według statystyk aż 25 procent bezdomnych w dużych miastach pochodzi ze wsi.

Bezdomny też musi mieć adres

Zanim osoba bezdomna uzyska pomoc, próbuje ustalić się jej tożsamość i dotychczasowe miejsce zamieszkania. – W takich przypadkach adres to najmniej pewna rzecz, ale to normalna procedura – informuje Drab. – Trzeba sprawdzić, czy taka osoba nie jest poszukiwana przez organa ścigania, ale też trzeba ustalić jej meldunek, bo rachunek za pomoc pokrywa gmina, gdzie taka osoba jest – lub była – po raz ostatni zameldowana.

W Świdwinie, w województwie zachodniopomorskim – jak informuje Teresa Szczerbińska, kierownik tamtejszego MOPS – osoby bezdomne spoza miasta kierowane są do ośrodków w miejscowościach, z których pochodzą. Natomiast zdaniem Szczerbińskiej świdwinianom, którzy znaleźli się w trudnej życiowej sytuacji, udzielane jest dostateczne wsparcie. − W mieście są cztery lokale socjalne, sześć osób przebywa w schroniskach w Linowie. Również w Rynowie koło Łobza, w okresie zimy, co drugi dzień pracownicy socjalni sprawdzają swoje rejony, czy gdzieś nie ma osób bezdomnych. Każdego dnia wydawanych jest 1700 darmowych posiłków – wylicza oferowaną pomoc kierownik MOPS.

W styczniu Najwyższa Izba Kontroli rozpoczęła sprawdzanie Miejskich Ośrodków Pomocy Społecznej i schronisk na terenie całego kraju. Kontrole zakończyły się już w największych miastach. Raport NIK ma odpowiedzieć na pytanie, jak naprawdę gminy wywiązują się z ustawowego obowiązku pomocy osobom bezdomnym.

Póki co, pewien obraz sytuacji oddaje statystyka zgonów na ulicy. W styczniu 2013 r. z powodu wychłodzenia organizmu zmarło 55 osób, zaś w grudniu 2012 r. – 62 osoby. Łącznie w sezonie zimowym 2012/13 zmarło 178 osób. Zimą 2011/12 było 155 ofiar mrozów, na przełomie 2010/11 – 212 osób. Rekordowa była zima 2009/10 – 289 zamarzniętych osób, z czego aż 119 w styczniu 2010 r.

Strona 2 z 6

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY