Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

piątek, 22 luty 2013 17:25

Wójt od… dudziarzy

ze Stanisławem Pochylukiem – wójtem wielkopolskiej gminy Połajewo (6,2 tys. mieszkańców), w powiecie czarnkowsko-trzcianeckim, pełniącym tę funkcję od 23 lat – o tym, jak zmieniła się gmina na przestrzeni lat, w minionym roku i o perspektywach na najbliższe 12 miesięcy, rozmawia Anna Cebula

Zarządzał Pan gminą Połajewo jeszcze jako naczelnik. Znajduje się Pan wśród wójtów, którzy mają najdłuższy staż na tym stanowisku. Jakie były największe trudności gminy w pierwszych latach po ’89 r.?

Gmina Połajewo nie należy do obszarów dynamicznie się zmieniających. Jej mieszkańcami są ci sami ludzie. Nie postrzegam swojej pracy, rady, urzędników czy kierowników jednostek, jako takiej, w której trzeba rozwiązywać wielkie problemy. Staramy się robić wszystko, żeby mieszkańcy gminy mogli realizować swoje zamierzenia, umożliwiać im dostęp do infrastruktury, wodociągów i kanalizacji, oświaty i służby zdrowia.

Gmina Połajewo nie ma wielkich dochodów własnych, w związku z tym musimy żyć na miarę możliwości, ale, wydaje mi się, że to co jest potrzebne do normalnego, przyzwoitego życia w sferze zawodowej i osobistej, stworzyliśmy. Wszystko oczywiście jest zależne od środków finansowych. W 1990 r. oszacowaliśmy majątek gminy i kwotę, do jakiej możemy ją zadłużyć oraz ustaliliśmy, jakie inwestycje są niezbędne od zaraz, a które mogą poczekać.

Zaczęło się od…?

„Zwodociągowania” i to nie tylko na obszarach o zwartej zabudowie. Wodę doprowadzono także do najodleglejszych, pojedynczych posesji, bo tam ten problem był największy. Zimą trzeba było ją dowozić. Gmina nastawiona jest na produkcję zwierzęcą, a w takiej działalności nie może być przerw w dostawie wody. Wybudowano też oczyszczalnię ścieków i sieć kanalizacyjną w Połajewie i częściowo we wsi Krosin. Korzystaliśmy już z funduszy unijnych, wcześniej z programu SAPARD, a teraz z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich.

Na początku lat 90. gmina nie miała bazy oświatowej. W czasach peerelowskich nie wybudowano na jej terenie ani jednej szkoły. Te, już istniejące, mieściły się w budynkach przedwojennych. W tej dekadzie udało się z tym problemem uporać. Rozbudowano szkoły w Boruszynie i Młynkowie i niemal od podstaw wybudowano placówkę w Połajewie - z salą sportową, boiskiem Orlik i całym zapleczem. Na szczęście w latach 90. mogliśmy, poprzez Kuratorium Oświaty, pozyskać środki zewnętrzne – do każdej, zainwestowanej przez gminę złotówki dołożono nam kolejną złotówkę, a czasami nawet więcej.

Naszą chlubą są przedszkola. Te stare istnieją do dziś, tyle że w zupełnie innych warunkach, w odnowionych pomieszczeniach. Rodzice płacą tylko za posiłki i, poza Połajewem, gdzie w ostatnich latach liczba dzieci jest większa, wszyscy chętni mogą posyłać maluchy do przedszkola. Mieszkańcy gminy mają także dostęp do podstawowej opieki medycznej. Mamy trzy przychodnie, dwa gabinety stomatologiczne, trzy apteki, poradnię fizykoterapii.

Od 1 lipca br. zmieni się gospodarka odpadami. Jak w gminie Połajewo przyjęto rewolucję śmieciową?

W 2000 r. było oddane w gminie do użytku wysypisko śmieci, które nadal jest eksploatowane i mam nadzieję, że wciąż będzie służyć mieszkańcom. 90 proc. gruntów należy do indywidualnych gospodarzy, więc z tej strony problemu zaśmiecania nie ma. Mieszkańcy gminy mają podpisane umowy na odbiór nieczystości, zajmują się tym dwie firmy i uważam, że tak mogłoby pozostać. Niestety, wchodzi ustawa śmieciowa i musimy ją zrealizować, ale robimy to bez wielkiego pośpiechu i entuzjazmu, bo nie uważam, że gminie Połajewo jest niezbędna. Bez niej śmieci też nie trafiają do rowów czy lasów.

A jak jest z drogami?

Sporo udało się zrobić. Obecnie można dojechać samochodem niemal do każdej posesji, co jest szczególnie ważne, gdyż połajewscy rolnicy nastawieni są na produkcję mleka, które jest odbierane bezpośrednio z gospodarstw i codziennie, przez cały rok, musi do nich dojechać ciężarowy samochód. Permanentnym zadaniem jest profilowanie i utwardzanie dróg gruntowych. Niestety gmina nie dysponuje takimi środkami, by ta nawierzchnia mogła być w lepszym stanie.

Jak ocenia Pan ubiegły, 2012 rok i perspektywy na przyszłość?

Pod względem inwestycyjnym zdecydowanie lepszy był 2011 i 2010 r. W ubiegłym roku gmina miała ograniczone środki pieniężne, chociaż ciągle utrzymujemy płynność finansową. Nie udało się dokończyć utwardzenia kostką polbrukową ulic Okrężnej, Krótkiej i Szerokiej w Połajewie. Prace zostały wstrzymane przez warunki pogodowe. Każde pieniądze, które udałoby się pozyskać, chętnie przyjmiemy i włożymy w ich budowę. Problem w tym, że na teren wiejski nikt nie chce wydawać dużych pieniędzy. W związku z tym trzeba mieć dużą cierpliwość i spokój, i realizować zadania w zakresie, jaki jest możliwy, czyli na bieżąco. Profilowanie, utwardzanie tłuczniem z recyklingu, skruszonym gruzem – drogi to największy i permanentny problem. Liczymy, że w nowym rozdaniu unijnym otrzymamy pieniądze na skanalizowanie wsi Krosin i Młynkowo, a w dalszej przyszłości wsie Boruszyn i Tarnówko. Jednak przy dotacjach stawia się określone kryteria, np. kilometr sieci na 120 mieszkańców, co jest niemożliwe do spełnienia na wsi.

Jak przekonałby Pan młodych ludzi do pozostania tutaj, turystów, do odwiedzenia Połajewa i okolic, a starszych do zakupu ziemi, wybudowania domu i przeniesienia się tu na emeryturze?

Tak szczerze, to nie sądzę, że gmina Połajewo przyciągnie mieszkańców Poznania czy innych miejscowości. Chcielibyśmy, by się nie wyludniała i minimalnie jest nas więcej. Raczej też nie ma większego problemu z bezrobociem. Gmina specjalizuje się w produkcji rolno-spożywczej i w tym sektorze miejsc pracy, co cieszy, przybywa, a te osoby, które zajęły się działalnością usługową, np. ogólnobudowlaną, dekarstwem, nie mają trudności ze znalezieniem zleceń w sąsiedztwie, nie muszą szukać ich aż w Poznaniu. Większość mieszkańców to zaradni i przedsiębiorczy ludzie, radzący sobie z rzeczywistością. Najbardziej rozwojową miejscowością jest Połajewo, jako siedziba gminy, z ponad 2 tys. mieszkańców. Powstają osiedla domków jednorodzinnych. Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego daje wciąż duże możliwości.

Nie ma u nas gospodarstw agroturystycznych. Tutejsi rolnicy specjalizują się w hodowli trzody chlewnej, produkcji mleka, nie mamy żadnego jeziora i zaledwie 25 proc. gruntów stanowią lasy. Pół żartem, pół serio mówię, że gmina Połajewo jest cała zaorana i cała obsiana, a turyści jadący trasą 178, zatrzymują się u nas… i kupują chleb oraz wyroby wędliniarskie – dobre i w przystępnych cenach. Marką Połajewa stały się wędliny państwa Kaczorowskich, które można nabyć także w sklepach w Pile, Szamotułach, Poznaniu. Mamy porządną wytwórnię kebabu, który znany jest również w Poznaniu, Warszawie i nad morzem.

Rozmawiała Anna Cebula

Gmina Połajewo

Liczy 6,2 tys. mieszkańców, ma charakter rolniczy. Tę działalność uzupełniają usługi. Największą miejscowością jest Połajewo z siedzibą urzędu gminy i w nim skupia się najwięcej mieszkańców – 2,3 tys.

O miejscowości tej opowiada się dowcip. Otóż, przyjeżdża turysta, zaczepia miejscowego, pokazuje mu jakiś przedmiot i pyta, co to jest? Na co ten zapytany odpowiada, że to są kozły. Ale obok przechodzi jakiś inny miejscowy, słyszy to i mówi, że to gajdy. Włącza się do rozmowy jeszcze jedna osoba i zaprzecza: − Eee, panowie, mylicie się, to są sierszanki. Na co kolejny przechodzień dorzuca: nie, przecież to dudy…

Połajewo, właśnie z powodu dud, warto odwiedzić w styczniu, kiedy odbywają się tu doroczne Międzynarodowe Spotkania Kolędników-Dudziarzy. W tym roku były zorganizowane już po raz trzynasty pod hasłem „Do szopy hej pasterze-dudziarze”. Przyjechali nie tylko z Polski, ale również z Holandii, Słowacji i Włoch. Od 2002 r. istnieje tu Młodzieżowa Kapela Dudziarska, którą prowadzi Romuald Jędraszczak. Spotkania dudziarzy organizowane są w Połajewie, bo w miejscowym kościele (z końca XVIII w. pw. św. Michała Archanioła) umieszczony jest renesansowy tryptyk „Pokłon pasterzy”, namalowany w 1572 r. przez Mateusza Kossiera z Poznania, przedstawiający Boże Narodzenie z udającymi się do żłóbka pasterzami, z których jeden trzyma właśnie dudy.

piątek, 21 grudzień 2012 12:04

Sołtys kontra stereotypy. A to kobieta!

60 lat, ludowy strój na okolicznych imprezach, a w repertuarze - kujawiaczek. Aldona Piaskowska zmienia stereotyp kobiety z kół gospodyń wiejskich.

Z urodzenia jest karsiborżanką, a od ślubu z mężem Andrzejem, czyli 24 lata – kłębowiczanką i chociaż te dwie wsie – Karsibór i Kłębowiec (w gminie Wałcz, w powiecie wałeckim) − dzieli dystans zaledwie pięciu kilometrów, długo walczyła o… szacunek i akceptację w nowym środowisku.

Najpierw chciała zostać pielęgniarką, tyle że po szkole średniej w Złotowie (powiat złotowski, województwo wielkopolskie), kształcącej w tym zawodzie, długo nie mogła znaleźć pracy, więc prawdziwe powołanie odkryła u siebie wtedy, gdy została nauczycielką… wiejską. Ukończyła pedagogikę ogólną, bibliotekoznawstwo, teraz studiuje informatykę. W szkole, w rodzinnym Karsiborze, uczy dzieci od siedmiu lat.

Powołanie do aktywności

We wsi są dwa kościoły, parę domów, popegeerowskie bloki. Taki typowy krajobraz małej wsi z 900 mieszkańcami, ale szkoła ma imię… Unii Europejskiej. Uczęszcza do niej 250 dzieci, a że Aldona Piaskowska prowadzi bibliotekę i świetlicę, zna wszystkich uczniów. Po lekcjach dzieci przychodzą do niej na kółko fotograficzne. Słabszym pomaga podciągnąć się w nauce. Często spotyka się z nimi w świetlicy nawet w soboty. Zaczyna pracę w szkole o ósmej, ale kiedy jakiś dzieciak, przychodzi z prośbą o pomoc, nigdy nie wyciąga grafiku i nie mówi, że właśnie skończyła urzędowanie.

We wsi świetlica stała się miejscem wyjątkowo uczęszczanym. – Wystarczy zapalić światło i już zjawiają się dzieciaki – pani Aldona opisuje zmiany, jakie zaszły za jej sołtysowania. – W świetlicy było też realizowanych kilkanaście działań aktywizujących społeczność wiejską, głównie projekty Lidera Wałeckiego. Moje dotyczyły przede wszystkim dzieci: „Pożyteczne wakacje” w 2008 roku i „Pożyteczne ferie” w 2010 roku.

Od dziesięciu lat, czyli trzecią kadencję, jest sołtysem. − Wystartowałam zupełnie przez przypadek, potrzebny był kontrkandydat – wspomina pierwsze wybory Aldona Piaskowska. – Ktoś zaproponował moją kandydaturę i, bez nachalnej kampanii, wygrałam. Śmieję się, że mi się to wtedy nawet spodobało. Tak zaczęłam działać.

O początkach w samorządzie mówi, że było trudno, szczególnie, kiedy trzeba było coś załatwić w gminie: − Przyszła jakaś młoda i czegoś chce. No i słyszę, że: − Nie! − A czemu nie? − Bo nie!

Szczególny dar przekonywania radnej

Ludzie we wsi mnie zaakceptowali i zaczęli okazywać poparcie, więc po czterech latach wzięłam udział w wyborach do rady gminy. Niemal trzykrotnie, gdy chodzi o liczbę głosów, zdystansowałam drugiego kandydata. W 2010 r. ta różnica się zmniejszyła − do dwukrotnej przewagi.  

W radzie gminy Wałcz zasiada dziesięciu mężczyzn i pięć kobiet. Bez parytetów osiągnęły jedną trzecią głosów. A jak to się ma do rzeczywistości? Kiedy w gminie organizuje się zawody strażackie, jest na nich dziesięciu radnych, jak festiwal potraw tradycyjnych – piętnastu.

Kiedy ma podsumować sukcesy siebie jako radnej, mówi przewrotnie, że decyduje o nich… dar przekonywania. Tyle że na ten dar pracuje i to dosłownie. Kiedy mieszkańcy Kłębowca idą naprawiać ławki, kopać dołki albo jeszcze coś cięższego, też zakasuje rękawy i pracuje razem z nimi.

W radzie została przewodniczącą Komisji Budżetu i członkiem Komisji Oświaty. Kiedy rada w zdecydowanej większości głosowała za uspołecznieniem trzech szkół na terenie gminy, była przeciw: − Zmienią się warunki finansowe nauczycieli i część z nich zrezygnuje z pracy. Ostatnio obserwuje się taką nagonkę na nauczycieli, jakby to była ich wina, że samorządy dostają za małą subwencję na prowadzenie szkół. Rząd zleca zadanie do realizacji samorządowi, nie dając mu na to wystarczających środków, czyli załatwia kwestię edukacji w białych rękawiczkach, bo pretensje z powodu negatywnych zmian w szkołach będą kierowane potem do samorządowców. Gmina zaś musi szukać oszczędności. I szuka.

Animatorka kultury

Aldona Piaskowska mocno angażuje się w Kole Gospodyń Wiejskich.

– Kłębowickie, podobnie jak inne koła, powstało zaraz po wojnie – opowiada jego historię. My nie mamy tutejszych korzeni. Nasi dziadkowie czy rodzice tu przyjechali, najczęściej ze Wschodu, z terenów dzisiejszej Litwy, Białorusi czy Ukrainy. Dlatego nie wykonujemy w kole tradycyjnych pieśni, nie mamy charakterystycznych dla regionu strojów ludowych. Bardziej nasze wspólne działanie skupia się wokół potraw czy talentów plastycznych. Do końca lat 80., dzięki dofinansowywaniu przez gminę, koło mogło się rozwijać. Zastój nastąpił w latach 90. Dopiero od 2006 r. jego działania wspiera Lider Wałecki. Kobiety dokształciły się na animatorów kultury, zaczęły pisać projekty, a te z kolei zaczęły przyciągać ludzi. Panie spotykają się raz w tygodniu, ale i zawsze wtedy, gdy jest potrzeba.

Przez gotowanie do serca

W 2008 r. ruszył w Kłębowcu Pierwszy Festiwal Potraw. Przyjechało osiem kół gospodyń wiejskich z tej samej gminy.

Raz w roku gospodynie uczestniczą w szczecińskich Dniach Dziedzictwa Kulturalnego.

– To naprawdę duża, regionalna impreza. Jedną z atrakcji jest… gotowanie na scenie. Podczas Dni Dziedzictwa w 2011 r. stanęłyśmy do rywalizacji z drużynami reprezentującymi osiem prestiżowych restauracji. Wówczas przyznano nam trzecie miejsce – wymienia sukcesy koła A. Piaskowska.

− W jury, co warto podkreślić, zasiadała Hanna Szymanderska, autorka popularnych książek kulinarnych. Gospodynie mają też na swoim koncie pierwsze miejsce za produkt tradycyjny – czarmun z czarnej porzeczki z cynamonem.

W 2010 r. w Ostrowcu (gmina Wałcz) odbyły się Pierwsze Zachodniopomorskie Spotkania Kulinarne, sfinansowane przez Program Rozwoju Obszarów Wiejskich. – Udało się zorganizować naprawdę dużą imprezę, na którą przyjechali goście z całego województwa – wspomina to wydarzenie Aldona Piaskowska. – Takie jedno wielkie gotowanie pod namiotem. Największym organizacyjnym problemem, logistycznie trudnym do przeprowadzenia, było… ściągnięcie kuchenek gazowych ze wszystkich świetlic w okolicy. W czasie spotkania, poza warsztatami na temat tradycyjnych potraw, odbył się konkurs kulinarny, a gospodynie z niejednego koła przygotowały dwie, a nawet trzy potrawy. Najgorzej było z komisją, która musiała wszystkiego spróbować.

Teraz te kobiety, które gościnnie wtedy przyjechały do Ostrowca, rozpoznają mnie, nawet jeśli spotykamy się w innym zakątku Polski.

Dla innych

W tamtym roku Aldona Piaskowska wzięła na siebie organizację Trzeciego Zachodniopomorskiego Kongresu Odnowy Wsi, który odbył się w Ośrodku Jeździeckim w Kołatniku. Sala miała typowo wiejski wystrój, była ustrojona dożynkowymi wieńcami. Pomagały jej kobiety ze wsi.

Od 2010 r. dorocznie, w maju, uczestniczy w Ogólnopolskich Spotkaniach Organizacji Działających na Obszarach Wiejskich w Marózie. – Na takich spotkaniach „łapie” się pomysły i… pieniądze – śmieje się. – Tak, dzięki nawiązywanym kontaktom, otrzymałam dofinansowanie z Fundacji Wspomagania Wsi na ferie dla dzieci.

Kolejny projekt miał zupełnie inny charakter. W Kłębowcu jest stary, osiemnastowieczny cmentarz ewangelicki, wpisany w 1985 roku przez wojewódzkiego konserwatora do rejestru zabytków. Trzeba było go uporządkować. Wyciąć stare drzewa, podnieść krzyże. Zaktywizowała do pracy pół wsi. Teraz, po „ogarnięciu” go, jak mówi, to miejsce spacerowe.

Kiedyś realizowała projekt, który miał przekonać mieszkańców Kłębowca do sortowania śmieci. Dzieci w świetlicy zrobiły ulotki i plakaty z wypisanym kodeksem ekologicznym i wszyscy razem przeszli przez wieś.

Ciągle nowe wyzwania

– Moim nowym wyzwaniem jest pomoc osobom starszym. W środowisku wiejskim trudno ich było zaktywizować, ale najważniejsze, że znaleźli się chętni. W poniedziałek dla ponaddwudziestoosobowej grupy „sześćdziesiąt plus” prowadzi w szkole kółko informatyczne. Osoby, które na nie przychodzą, założyły już sobie pocztę mailową, potrafią się zalogować i wysłać e-mail. Projekt „Aktywizacja po 60. roku życia” jest wspierany przez Ministerstwo Pracy.

Tyle jest w gminie wydarzeń, spotkań z ludźmi i pomysłów, że raz zgłosiła na swojej komisji w radzie potrzebę wydawania gminnej gazetki. Propozycja się nie przyjęła. − Jako drugi mówił o tym radny z Czechynia i widać miał większą siłę przekonywania, bo tak powstały „Wieści Gminne”, a ja podjęłam się ich redagowania – opisuje swoje kolejne zajęcie A. Piaskowska. – Redaguję je wieczorami i nocami. Czytam wszystkie wiadomości, gdzieś coś usłyszę, to też zamieszczam, piszę o ludziach, których znam, a na deser zostawiam zdjęcie, np. jak któryś z włodarzy zajada się pierogami i… dopisuję do niego historyjkę.

poniedziałek, 26 listopad 2012 17:42

WYWIAD: Wójt drugiej gminy w kraju

Piotr Świderski pełni funkcję wójta gminy Wałcz nieprzerwanie od 11 czerwca 1991 roku. Magazynowi "GMINA" opowiada o latach swoich doświadczeń.

Jest Pan wójtem drugiej pod względem powierzchni gminy w Polsce od ponad dwudziestu lat. Gminy - z sześćdziesięcioma ośmioma miejscowościami. Udało się Panu dotrzeć do każdej z nich, poznać jej mieszkańców?

− Mieszkam tu i pracuję od ukończenia szkoły, najpierw w PGR, później w Centrali Nasiennej, więc gminę znam znacznie dłużej, bo od 45 lat. Mogę powiedzieć, że od przysłowiowej podszewki i większość jej mieszkańców znam osobiście.

Co, Pana zdaniem, należy do największych zalet tej gminy?

− Przede wszystkim jest to niezwykle piękny krajobrazowo teren, w znacznej części pokryty lasami, z dużą ilością jezior, typowo rolniczy, o bardzo małym zaludnieniu, więc ma duży potencjał do rozwoju turystyki. Piękną miejscowością są Zdbice.

Jednak dzisiejszemu turyście nie wystarczy, że zaoferuje się mu podziwianie przyrody i czyste powietrze. Przede wszystkim chce spędzić wakacje w wygodnych warunkach. Na razie liczba turystów w naszym regionie uzależniona jest od pogody. Kiedy lato jest ciepłe, możemy liczyć na ich przyjazd, kiedy zdarzają się chłody i deszcze, nie mamy im zbyt wiele do zaproponowania i nie przyjeżdżają. 

Jak ocenia Pan szanse na rozwój turystyki, o której nie od dziś mówi się, że mogłaby być najmocniejszą stroną gminy?

− Żeby ją rozwijać i w pełni wykorzystać walory gminy pod tym kątem, trzeba zainwestować jeszcze sporo pieniędzy, a tych brakuje, chociażby na poprawienie infrastruktury. Wszystkie ośrodki, niegdyś państwowe, zostały sprywatyzowane, ale i tę bazę także trzeba poprawić, a to również wymaga dofinansowania. Musi się też zmienić mentalność osób, które na turystyce chcą zarabiać. Nie można oferować wypoczynku w obiekcie, który nie zmienił się od lat 70. czy w najlepszym przypadku 90., przy jednoczesnym windowaniu cen.

Jest Pan włodarzem gminy z tak długim stażem, że uczestniczył Pan w najważniejszych zmianach, jakie zachodziły w Pana otoczeniu po 1989 r. Z jakimi największymi problemami przyszło się Panu uporać?

− Z perspektywy czasu mogę ocenić, że olbrzymią trudnością był ogólny zastój w gminnych miejscowościach po rozpadzie PGR, konieczne było zagospodarowanie gruntów popegeerowskich. Poza tym w tamtych czasach nikt nie zbierał śmieci. Trzeba było likwidować dzikie wysypiska, które szerzyły się przy każdym zakładzie, w rowach, lasach. Gmina rozdawała mieszkańcom za darmo pojemniki na śmieci. Powołano Straż Gminną, żeby czuwała nad porządkiem. Jeżeli ktoś zrywał umowę na wywóz nieczystości, straż natychmiast jechała sprawdzić, z jakiego powodu i czy nie będzie zdarzało się tak, że śmieci trafią do lasu albo rowu. Brakowało instalacji kanalizacyjnych, które chroniłyby środowisko przed ściekami. Trzeba było wybudować oczyszczalnie, naprawić te, które istniały, wybudować szamba ekologiczne przy domach. Rozpoczynała się planowa gospodarka mieszkaniowa. Popegeerowskie mieszkania były sprzedawane, bądź przekazywane mieszkańcom gminy. Powstał Dom Samotnej Matki, bo trzeba było gdzieś ulokować samotne kobiety z dziećmi. Uporządkowania wymagała sieć szkół. Z ówczesnych dziewiętnastu placówek zostało dziewięć. Kilka lat temu w gminie zamykano przedszkola, bo liczba przedszkolaków była równa liczbie wychowawców i stanowiło to duże nadwyrężenie dla budżetu. Nie istniała inna możliwość uporania się z tym finansowo.

Minęło sporo lat, a problemy krążą wokół tych samych spraw?

− Tyle że kiedyś zamykaliśmy przedszkola, a teraz je otwieramy. Mamy ich w gminie cztery. W Ostrowcu działa pierwsza niepubliczna placówka tego typu, jest szansa na drugą. Nadal porządkujemy bazę mieszkaniową. Potrzeby, niestety, nie maleją. Powstają nowe mieszkania socjalne. Świetlice, wykorzystywane trzy−cztery razy do roku, zmniejszamy, a pozostałą część budynku wyodrębnia się na lokale mieszkaniowe.

Palącym problemem ciągle pozostaje infrastruktura drogowa. Trzeba ją poprawić przede wszystkim na osiedlach. Zamykamy przestarzałe oczyszczalnie, w tym roku jedną, w Chwiramie, w najbliższych latach w Strącznie i Nakielnie, żeby mieć pewność, że gminie nie grozi bomba ekologiczna, a nieczystości odprowadzamy do zmodernizowanej oczyszczalni w Wałczu, nawet z oddalonej 20 km od miasta Górnicy.

Co, według Pana, jest obecnie największym problemem gminy?

− Bez zmian. Od wielu, wielu lat palący problem to bezrobocie, które dotyka zwłaszcza kobiet i ludzi młodych. Gmina ma charakter typowo rolniczy i, poza usługami leśnymi i handlowymi, jej mieszkańcy nie mają łatwo ze znalezieniem pracy. W rolnictwie zatrudnienie pozostaje na poziomie 4−7 proc., inne osoby będą musiały się przekwalifikować. Kolejny problem, o czym już mówiłem, to sprawy mieszkaniowe. W popegeerowskiej gminie rodziny pozostały w małych mieszkaniach, dzieci z tych rodzin już dorosły, chciałyby się rozwijać i pójść na swoje, ale lokali brakuje.

Najbardziej aktualną sprawą pozostaje też reforma oświaty. Jeśli edukacja nie zostanie przeorganizowana, gmina nie poradzi sobie finansowo. Jesteśmy na etapie zmian w szkołach, do których uczęszcza od 60 do 90 dzieci. Na ostatniej sesji Rady Gminy radni przyjęli uchwałę uspołeczniającą trzy szkoły.

Jak gmina przygotowuje się do wejścia w życie nowej ustawy związanej z wywozem nieczystości, zwanej popularnie „śmieciową”?

− Do wdrożenia tej ustawy pracownicy urzędu przygotowują się od wielu lat, przeszli szkolenia. Pierwszy problem polega na tym, że gminę Wałcz obsługuje spółka należąca do związku komunalnego w Pile, czyli podlegająca pod Wielkopolskę, natomiast marszałek województwa zachodniopomorskiego nie wyraził zgody na przystąpienie gminy do Wielkopolskiego Związku Komunalnego.

Gmina jest również jedną z większych, więc koszty, jakie przyjdzie ponieść jej mieszkańcom, generować będzie m.in. transport. Wybraliśmy też metodę naliczania opłat od osoby, mogą więc one wzrosnąć nawet o 300 proc. i to na pewno będzie budzić niezadowolenie. Poza tym mogą dojść koszty wymiany pojemników, w które musi być uzbrojona każda posesja.

Do końca roku zamierzamy uporać się z podjęciem uchwał, do których jesteśmy obligatoryjnie zobowiązani. W marcu przyszłego roku zostanie ogłoszony przetarg na wywóz nieczystości dla firm. Już wiadomo, że staną do niego cztery przedsiębiorstwa. Na pewno będziemy się starać, by dostarczać jak najwięcej posegregowanych odpadów, a te są tańsze.

Jak ocenia Pan pracę Urzędu Gminy?

− Kadrę stanowią ludzie od wielu lat sprawdzeni i to oni tworzą wizerunek urzędu. Myślę, że jest on pozytywny, oczywiście zdarzają się skargi, ale tam gdzie się rąbie drewno i wióry lecą. Przyjmujemy skargi uzasadnione.

Jak wyobraża Pan sobie przyszłość gminy?

− Chciałbym, aby gmina miała szeroką ofertę pracy, mieszkania i wypoczynku dla młodych ludzi, by ich tu zatrzymać i by była ona na tyle atrakcyjna, żeby osoby, na przykład ze Śląska, chciały zakupić tu działkę rekreacyjną i spędzić właśnie tutaj czas na emeryturze.

Strona 6 z 6

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY