Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

Zespół „Chabry” z Wałcza tworzą głównie kobiety, choć – jak ktoś słusznie zauważył – jest i… akcent męski. Razem śpiewają już dziesięć lat. A jak tłumaczą swoją w nim obecność? Najprościej: bo ktoś chciał zmienić coś w życiu albo wrócić do tego, co kiedyś było ważne.

W kwietniu „Chabry” obchodziły dziesięciolecie. Zabrakło na nim jednak Marianny Balcerek – założycielki i wieloletniej kierowniczki zespołu i o rok starszej „Czeremchy” – ukraińskiej grupy śpiewaczej.

Dziś Balcerek, emerytowana nauczycielka, mieszka w Rusinowie, w powiecie świdnickim. Wróciła do rodzinnej wsi i domu. Tutaj też założyła dwa zespoły śpiewacze – polski i ukraiński, oraz amatorską grupę teatralną. Kiedy dzwonię, akurat podlewa kwiaty. Pytam, czy chabry?...

O szczegółach z życia zespołu mówi, że już się zatarły. Musiałaby usiąść i spróbować sobie przypomnieć – podróże, próby, jak ktoś się chował po kątach, bo nie miał miejsca w garderobie, a trzeba się było przebrać z codziennego na odświętne. Humorystycznych sytuacji było mnóstwo. – Smutne jest czasami życie, albo jak się wraca do pustego domu. Scena jest jednak od tego, żeby była radość. To jest najważniejsze dla śpiewaków. No i trzeba kochać śpiewanie – mówi założycielka „Chabrów”.

Kiedy powierzała „Chabry” Grażynie Ustrzyckiej-Bochenek, nie miała najdrobniejszej wątpliwości, że przyszłość zespołu nie jest zagrożona. – To taka dziewczyna, jaka powinna pełnić funkcję kierowniczki - podkreśla.

Kwiaty, z których robi się nalewkę

Po części to „Czeremsze” zespół „Chabry” zawdzięcza nazwę, bo skoro jeden nazwę wziął od drzewa, to drugi mógł wybrać sobie kwiat polny. Chaber – piękny chwast w polskich zbożach, z którego wytwarza się nie tylko leki, ale także nalewki. Niektóre śpiewaczki z przymrużeniem oka wyznały, że w strojach w kolorze tych kwiatów wygląda się... smuklej.

Większość osób jest na emeryturze, nieliczne pracują zawodowo. Ale i tak nie ma ciśnienia, regulaminów i listy obecności.

Kazimierz Fecek nie lubi występów, bo zżera go trema (chociaż to podobno kokieteria). – Lepsze są próby, bo sobie można... gębę zedrzeć - mówi. – W czasie, kiedy się odbywają, pije się kawkę, herbatkę, czasami wino, nalewczkę, jak babcia pozwoli zabrać ją ze sobą − opowiadał wnuczce. – A kiedy śpiewacie? – zapytała. – Jak wracamy! – odpowiedział dziadek.

Swoją drogą o tej naleweczce krążą w zespole legendy: że w sumie Jadwiga Fecek raptem raz, kiedyś dała jedną (!) buteleczkę.

− Radosny śpiewak w domu to skarb – mówi dziś o mężu Jadwiga Fecek. – Dlatego w 2004 roku podjęłam negocjacje z Marysią Balcerek, żeby go przyjęła do zespołu. Tyle że wszystko ma swoją cenę. Tu są to zajęte wieczory, czasem weekendy, czas zabrany na wyjazdy, koncerty.

Repertuar ludowy

Zespół niejednokrotnie wyjeżdżał do Niemiec, w tym do Werne – miasta partnerskiego Wałcza, na Europejskie Dni Muzyki, i Kyritz – na spotkania Chórów Seniorów.

W 2005 roku Barbara Tuderek, wraz z Marianną Balcerek, zapoczątkowały w Wałczu spotkania folklorystyczne pod nazwą „Podarunek Królowej Jezior”. Dorocznie goszczą na nich kapele i zespoły ludowe z całej Polski, a „Chabry” zostały na stałe wpisane do kalendarza imprezy.

Na jubileusz Wielkopolskie Stowarzyszenie Krzewienia Kultury Ludowej podarowało „Chabrom” trzydzieści metrów materiału na bluzki i koszule, bo Jadwiga Bonicka – prezes stowarzyszenia, sama zajmuje się kostiumami 60-osobowego zespołu i wie, jak te się zdzierają i niszczą.

Od 2004 roku „Chabry” uczestniczą w Ogólnopolskim Przeglądzie Amatorskich Zespołów Seniorskich w Bydgoszczy. Z tym miejscem jest związana jedna z weselszych historii, jaka się przydarzyła „Chabrom”: tam uczestnicy zostali zdyskwalifikowani, bo byli... za młodzi. A jak podkreślają z dużym sentymentem – nie pomagali sobie, ładując się botoksem i sylikonem.

Przez lata „Chabry” korzystały z przyjaznych cen na bilety PKS, żeby dojechać na festiwale i przeglądy. W zamian zwerbowały emerytowanego kierowcę – Ryszarda Wojczakowskiego, który zresztą nie tylko śpiewa, ale wcześniej bezpiecznie woził kolegów na występy, u dyrektora PKS-u wychodził zaś, żeby dostawać właśnie te kursy.

Sięgają po repertuar ludowy. Na występach wykonują m.in. „Powiadają, żem jest ładna”, „Zielony jaworze”, „Na lewo chłopaki” czy „Kalina”, oparte na polskich tańcach narodowych – krakowiaku, mazurku, kujawiaku i oberku. A ich słowa oddają – w żartobliwy sposób – stosunki damsko-męskie.

Przekrój wszystkich zawodów

W składzie „Chabrów” jest dzisiaj dwudziestu śpiewaków: Grażyna Ustrzycka-Bochenek – obecna kierowniczka, z zawodu nauczycielka geografii, przedstawicielka procentowo najliczniej wykonywanego zawodu wśród członków zespołu; Janina Pauter – rehabilitantka; Halina Wacławek – nauczycielka-bibliotekarka; Mirosław Sobieraj – pilot z Mirosławca – i jego żona, krawcowa Danuta Sobieraj; Grażyna Malec – z wykształcenia nauczycielka klas młodszych (wiele lat uczyła muzyki); Tadeusz Zarywka – wojskowy, a dzisiaj zespołowy fotograf; Kazimierz Fecek i Wiesław Gaworek – budowlańcy; Ryszard Wojczakowski – kierowca; Małgorzata Wiśniewska – technik spożywczy; Karolina Łożecka – nauczycielka fizyki; Mikołaj Terefenko – pracownik bankowy; Iwan Walnyckyj – energetyk; Leon Olesiński – zajmował kierownicze stanowisko w zakładach rolnych; Barbara Iwanicka – właścicielka sklepu; Krystyna Bodnar – nauczycielka we własnej... szkole jazdy; Irena Prus – również nauczycielka; Lucyna Sikora – kasjerka. I wreszcie Grażyna Wysocka – sekretarka z TBS. Zespół tworzą też dwaj muzycy: Andrzej Wiśniewski – klarnecista, wojskowy, który wiele lat prowadził orkiestrę, i Jerzy Bochenek – nauczyciel muzyki, jednocześnie kierownik artystyczny zespołu. To jemu „Chabry” zawdzięczają wielogłosowe brzmienie. Wcześniej przez 11 lat Bochenek koncertował i częściowo szefował greckiemu zespołowi „Hellen”.

Tyle się w tym czasie wydarzyło, że dwie panie z zespołu – Irena Prus i Lucyna Sikora – niezależnie i zupełnie inaczej, stworzyły jego kroniki. Najpierw panią Lucynę namówiła córka – by historia zespołu nie poszła w zapomnienie. Pani Irena, jak przyznaje, podchwyciła ten pomysł i przez 10 lat zapisała pięć tomów. Jej przygoda z zespołem rozpoczęła się rok po jego powstaniu, więc sięgnęła do archiwalnej prasy oraz „Kronik” WCK i odszukała wszystko, co o zespole napisano przez pierwszy rok.

Jako największe wydarzenie, w którym uczestniczyły „Chabry”, kronikarki wymieniają zgodnie udział w Europejskich Dniach Kultury – w programie związanym z wybraniem Essen na Kulturalną Stolicę Europy, podczas których w Dniu Piosenki (Day of Song) na stadionie w Gelsenkirchen spotkało się 55 tysięcy śpiewających ludzi.

Występ za występem

Dwukrotnie „Chabry” były zapraszane przez Akademię Rolniczą z Poznania na święto korbola (czyli dyni – nie należy mylić nazwy z gorszym gatunkiem wina!) i święto śliwki. W ostatnim czasie Pilskie Centrum Kultury zaprosiło zespół na jarmarki z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. „Chabry” były kilkakrotnie zapraszane przez Muzeum Ziemi Wałeckiej na otwarcie wystaw. Wielokrotnie bywały w Muzeum w Osieku nad Notecią, gdzie uczestniczyły w otwarciach sezonów. Śpiewały w Międzyzdrojach i Szprotawie. Gminy Jastrowie, Czaplinek, Lubasz zaprosiły je w celu urozmaicenia święta Plonów.

Przez 10 lat nie tylko zespół się powiększał, ale także z różnych powodów odchodzili jego członkowie. − Jednak nigdy nie było tak, że ktoś zrezygnował, bo się obraził – podkreśla Marianna Balcerek.

Poza tym, ile osób w zespole, tyle najrozmaitszych talentów. A wszystkich łączy bez wątpienia humor w genach oraz przede wszystkim to, że piosenka jest dla nich sposobem na szczęście.

20 kwietnia, uroczystą galą w Wałeckim Centrum Kultury, zespół tortem i biesiadą świętował jubileusz. W imprezie pod hasłem „10 lat minęło, a my… coraz młodsi” wzięło udział trzysta osób: rodziny, przyjaciele, sympatycy i wałczanie. Zaś kilka dni później, w Sali koncertowej Radia Koszalin „Chabry” opowiadały o swojej historii. Wszystkiego najlepszego!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:34

PRZYSTANEK PTAKÓW

Pewnego razu w ich domu, przy oknie, przez dwie godziny siedzieli nieruchomo Ślązacy. Na pytanie, co ich tak zaabsorbowało, odpowiedzieli, że nie mogą się napatrzeć na… fototapetę. Fakt, że widok z okna „Domu nad Rozlewiskiem” zapiera dech w piersi.

Stara Studnica (w gminie Tuczno) to wieś, jakich zachowało się już niewiele. W pierwszej kolejności jest poniemiecka – co przejawia się przede wszystkim w architekturze – a później popegeerowska. Położona jest w lesie, w niezwykle malowniczo pofalowanym krajobrazie. Tworzą go pagórki, górki, jeziora i oczka wodne ukryte wśród drzew lub na łąkach.

Ma nielicznych mieszkańców, a większość z nich znalazła zatrudnienie poza rolnictwem. Kiedy pod koniec lat 90. kolega polecił im to miejsce, to kierowcy – którzy stopem podwieźli tu Krystynę i Henryka Kaźmierczyków – pukali się w głowę, słysząc, że przenoszą się z miasta na to wiejskie wygwizdowo.

Jezioro, które nie zamarza

Faktycznie, kiedy się tu jedzie, wybierając drogę od Tuczna bądź od Mirosławca, trudno uwierzyć, że trafi się jeszcze na jakąś wieś. Pokonuje się piaskową drogę przez las, a według wskazówek gospodarzy, zmierzając tu od Mirosławca, najlepiej jechać po… łące, bo inaczej można ugrzęznąć w piachu.

Przez wiele lat gospodarstwo nie miało nazwy, aż w końcu zrobiło się głośno o „Domu nad Rozlewiskiem” i w Starej Studnicy tak już zostało, od serialu.

O wyborze tego miejsca zadecydowało jezioro – Studnica, jedno z dwudziestu w okolicy, które na zimę nie zamarza, prawdopodobnie dlatego, że przepływa przez nie rzeka Korytnica, płynąca od Mirosławca do Drawy. Warto też dodać, że okolice wdzierają się w granice Drawieńskiego Parku Narodowego.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

Z wójtem Raciechowic, Markiem Gabzdylem, w województwie małopolskim rozmawiała Anna Cebula

Co jest takiego w człowieku, że któregoś dnia postanawia zostać wójtem? Przekonanie, że może dokonać zmian na lepsze, predyspozycje − np. umiejętność zarządzania i podejmowania decyzji – czy może to po prostu pociąg do władzy?

O urzędnikach zawsze miałem wyobrażenie, że to technokraci. W moim przypadku zadecydowało wykształcenie typowo rolnicze. Ukończyłem Wydział Ogólny Akademii Rolniczej w Krakowie. Po czterech latach przepracowanych w Rolniczym Zakładzie Doświadczalnym Uniwersytetu Jagiellońskiego Gaik Brzezowa, naczelnik Urzędu Miasta i Gminy w Dobczycach zaproponował mi stanowisko kierownika służby rolnej i… mieszkanie. Miałem szansę znaleźć się na swoim. Służba rolna zajmowała się wówczas środkami ochrony roślin, akcjami siewnymi i żniwnymi. W Depczycach byłem do października 1994 r.

Wybory na wójta w Raciechowicach to była szansa na powrót do gminy typowo rolniczej – do korzeni i do moich marzeń. Miałem niezły bagaż doświadczenia, m.in. w pozyskiwaniu środków. Do wyborów stanęło czterech kandydatów. Poparło mnie wówczas jedenastu radnych.

Jak scharakteryzowałby Pan gminę z 1994 r., w czasie, kiedy został Pan jej wójtem?

Piękna, malownicza, mocno rozwinięta gospodarczo, z sadownictwem, ale po przejściach – likwidacji krakowskiej Spółdzielni Pszczelarskiej, której członkami byli nasi sadownicy. A to było równoznaczne z utratą przechowalni, punktów skupu, upadku Banku Spółdzielczego w 1993 r. Wówczas przepadły środki finansowe gminy i mieszkańców.

Jakie zadania udało się Panu wykonać od tamtej pory?

Z tych najważniejszych trzeba było wymyślić nową strategię rozwoju dla gminy. Taką, która pobudziłaby aktywność mieszkańców, zachęciła ludzi do wspólnego działania. Postawiliśmy na sadownictwo i to się udało. Powstała Spółdzielnia Producentów „Grodzisko” – zarejestrowane w Małopolsce z pierwszym numerem. Jabłko z Raciechowic uzyskało wtedy certyfikat Unii Europejskiej jak produkt regionalny. Zaktywizowanie ludzi do działania to był na pewno sukces. W wielu miejscowościach przywrócono koła gospodyń wiejskich lub stowarzyszenia działające na rzecz rozwoju środowiska lokalnego, które bardzo aktywnie włączyły się w pisanie i realizację projektów.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

poniedziałek, 27 maj 2013 14:31

NIŻ DEMOGRAFICZNY ZAMYKA POLSKIE SZKOŁY

W polskim szkolnictwie, szczególnie w mniejszych ośrodkach, rozpoczęła się reorganizacja na dużą skalę. Część szkół jest zamykana, a część – uspołeczniana. O co w tym chodzi?

Najprościej można by ująć problem tak: zamykanie szkół to sposób samorządowców na niż demograficzny. Liczba uczniów spada, a nauczycieli jest za dużo. To powoduje kryzys w szkolnictwie. Panaceum na uratowanie szkół, tych najmniejszych – do siedemdziesięciu uczniów, ma być ich uspołecznienie. Tyle że, jak w wielu innych przypadkach, nie ma złotego środka i wszystko ma... plusy i minusy.

Skalę zmian najlepiej widać na przykładzie niedużej gminy, gdzie dochodzi praktycznie do edukacyjnej rewolucji. W gminie Wałcz (powiat wałecki, województwo zachodniopomorskie), największej w Polsce wśród gmin wiejskich, tylko w tym roku szkolnym reorganizacja obejmie siedem publicznych szkół podstawowych i dwa gimnazja. Od września, trzy podstawówki po reorganizacji – w Szwecji, Witankowie i Dębołęce, gdzie uczęszcza najmniej uczniów – zgodnie z decyzją przegłosowaną przez radnych gminy, rozpoczną pracę jako placówki społeczne.

Proces nie zachodzi bez wstrząsów. Decyzję o uspołecznieniu Szkoły Podstawowej w Dębołęce Kuratorium Oświaty w Szczecinie (szkoła ma ponad siedemdziesięcioro uczniów) uznało za niezgodną z prawem. Wójt Piotr Świderski już zapowiedział, że będzie się odwoływać w Sądzie Apelacyjnym.

Lider bierze szkołę

Zdaniem radnej z gminy Wałcz, a zarazem nauczycielki – Aldony Piaskowskiej – tylko jedna z nich miała minimalne szanse na przetrwanie. Subwencje płynące z ministerstwa edukacji są niewystarczające na utrzymanie szkół. A jak argumentował wójt Piotr Świderski na jednej z sesji, gmina ma jeszcze inne zadania wobec wszystkich mieszkańców i musi kierować środki na wszystkie ich potrzeby – nie tylko na edukację dzieci. Nowym zarządcą, a precyzyjniej – menedżerem – ma być prężnie działająca Lokalna Grupa Działania Stowarzyszenie „Lider Wałecki”.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

środa, 24 kwiecień 2013 20:46

ZAPALEŃCY Z OCHOTNICZEJ STRAŻY POŻARNEJ

Od trzynastu lat Alina Pińkowska pisze kroniki Ochotniczej Straży Pożarnej w Szwecji i robi to tak rzetelnie, że były one już wystawiane jak Polska długa i szeroka. Ona sama mówi, że nigdy nie sądziła, że ich popularność sięgnie poza Szwecję.

„Kronika” pani Aliny trafiła na XIII Ogólnopolski Konkurs Kronik OSP w Gnieźnie w 2009 r., na XVII. edycję „Etosu Rycerskiego w polskiej historii i tradycji” w Olsztynie w 2010 r. (jako że strażacy to rycerze św. Floriana), 35-lecie Centralnego Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach. Rok temu na Przeglądzie Wojewódzkim w Dębnie zdobyła pierwsze miejsce, podobnie jak dwa lata wcześniej w Połczynie Zdroju. Jeden strażak z Koszalina, który ją przeglądał, powiedział, że czuł się, jakby służył w tej jednostce.

Autorka ma o tyle uproszczone zadanie, że właściwie pisze historię rodziny i o wszystkim wie z pierwszej ręki. Ale jest to też kronika wsi, bo kiedyś jej życie skupiało się głównie wokół kościoła – od mszy do mszy, ale już życie kulturalne, sport i pomoc ludziom poszkodowanym organizowała prężnie działająca OSP, która nie tylko gasiła pożary. Strażacy organizowali zawody, festyny i dożynki. – Popularne było wtedy ściganie się na rowerach na sto metrów albo z jajkiem na łyżce – wspominają te dawne zabawy Alina i Ireneusz Pińkowscy.

A kiedy w Szwecji budowana była remiza – na odwrót, ludzie uważali, że mają wspólny cel i chętnie brali udział w czynie społecznym.

Z Łodzi, przez Niemcy, do Szwecji

Dzisiaj też trudno wyobrazić sobie bez nich jakieś wydarzenie we wsi. Na masowych imprezach zapewniają bezpieczeństwo, robią pianę, w której brykają dzieciaki, albo pokazują im wozy strażackie. Na potwierdzenie tego, że ta działalność również jest doceniana, 15 marca 2013 r. OSP Szwecja otrzymało Laur Powiatu Wałeckiego za działalność społeczną – co też zostało odnotowane w szwedzkiej „Kronice”.

Alina Pińkowska, z domu Cichoń, mieszka w Szwecji, tyle że... wałeckiej, w gminie Wałcz. Rodzice pani Aliny, Stanisław i Zofia, pochodzili z Łodzi, ale przez zawieruchę wojenną, po powrocie z Niemiec – gdzie trafili na roboty przymusowe – osiedlili się w 1946 r. właśnie w Szwecji. Jej ojciec był przewodniczącym Rady Gromadzkiej (odpowiednika dzisiejszej gminy), a także powoływał we wsi Ochotniczą Straż Pożarną.

W 1966 r. wstąpiła do pierwszej drużyny żeńskiej, a dwa lata później w OSP znalazł się Ireneusz Pińkowski. I, jak śmieje się pani Alina, przyszedł... za nią. Wspomina też, że to był taki trochę „zapaleniec”.

– Naprawdę chciał coś zrobić. To on zdobywał pozwolenia na budowę remizy, co w tamtych czasach wcale nie było proste, a w 1972 r. został pierwszym naczelnikiem OSP w Szwecji. W 2012 r., po czterdziestu latach służby, musiał zrezygnować ze względu na wiek, chociaż teraz pełni tę funkcję honorowo. – To właśnie jest człowiek, o którym powinno się napisać – mówi o Ireneuszu Pińkowskim małżonka i dodaje, że bez jego wiedzy i pomocy nie dałaby rady. On z kolei zachwala piękny styl pisze i wyczucie plastyczne żony. – Jest nieoceniona – mówi krótko.

Do dziś w ich rodzinnej wsi sporo ludzi pamięta, że w maju 1969 r. brali w niej pierwszy ślub strażacki.

Zaczęło się od znalezienia syreny

Najstarsze zdjęcie, jakie udało się jej zdobyć, pochodzi z lat 50. XX w. – Są na nim pierwsi strażacy: Tadek i Heniek Bajorowie oraz Szczepan Gmys, założyciel szwedzkiej OSP – opowiada, przeglądając w „Kronice” stronę po stronie. – Narzędzia, jakimi wówczas operowali strażacy, toporki i siekierki, zdeponowali na posesji u Ryszarda Ryły. Na akcje wyjeżdżali zaprzęgami konnymi od chłopów w ramach szarwarków grodzkich. Za to, że ich użyczali, byli zwalniani z podatku – na zasadzie przysługa za przysługę – podkreśla.

Potem u kogoś w domu – u kogo, tego Alina Pińkowska nie zdołała ustalić – znaleziono ręczną syrenę. – Tak w Szwecji zawiązywała się straż pożarna – podsumowuje to, co zostało zapisane w pierwszym tomie „Kroniki”.

Kiedy w 2000 r. rozpoczynała gromadzenie historycznego materiału, nie udało się jej do końca ustalić pierwszego składu władz straży. – Na komendanta powołano Szczepana Gmysa, prezesem został Aleksander Miazga, sekretarzem Antoni Falkowski, ale pierwszego skarbnika już nie pamiętam. Pytałam o niego całą wieś. Gospodarzem był Władysław Rutkiewicz, a to taka funkcja – wyjaśnia pani Alina – że się wszystko nadzoruje i organizuje.

– Zaraz po wojnie zaczęło się od profilaktyki przeciwpożarowej – wtrąca Ireneusz Pińkowski – bo każdy myśli, że pożar go nie spotka. Wtedy ludzie, zajęci ciężką pracą w oborach i na polach, te sprawy odkładali. I to podejście przetrwało do dziś.

Dziecko, ja nie pamiętam!

Od 1947 r. OSP miała pierwsze, własne pomieszczenie na sprzęt, co odnotowała również pani Alina w „Kronice”. Budynek stoi do dziś, wtedy trzeba było go wyremontować. Do sprzętu doszła ręczna sikawka z sąsiedniego Zabrodzia. Obsługiwało ją ośmiu strażaków. W pierwszym większym pożarze po wojnie, jaki został opisany w „Kronice”, spaliły się dwie stodoły, przy ul. Głównej 17 i 20 w Szwecji. Jedna „pociągnęła” drugą. Pożar roznieciły dzieci. Stodoły i młyny płonęły zresztą najczęściej.

W 1949 r. Komenda Powiatowa przekazała OSP w Szwecji elektryczną syrenę – czytamy w „Kronice” i ta służyła strażakom, ba!, pięćdziesiąt lat. – Teraz mamy nową na remizie – dodaje Ireneusz Pińkowski. – Jak w Wałczu potrzebują pomocy, to Komenda ją włącza systemem radiowym – dodaje.

Kiedy w pierwszej połowie lat 60. we wsi remontowano remizę, pieniądze na to szły od ludzi, a Szwed Józef Maciejewski, własnym wozem jeździł do Sypniewa po materiał. W „Kronice” jest też zapisane, że 1964 r. Komenda przyznała OSP w Szwecji samochód... angielskiego Bedforda.

Rozpoczynając pracę nad „Kroniką”, Alina Pińkowska mówi, że miała najgorzej, zbierając informacje do lat 70. W tamtych czasach nikt nie dbał o przechowanie dyplomów, zdjęć, protokołów z posiedzeń. Większość pamiątek się nie zachowała. – Kiedy zaczepiałam Szczepana Gmysa, żeby mi coś opowiedział, mówił: dziecko, ja nie pamiętam! – wspomina pani Alina. – Więc chodziłam po cmentarzu i spisywałam nazwiska, a kiedy już powstała „Kronika”, to potwierdził, że faktycznie było tak, jak napisałam. Od 1972 r. mieszkałam pod jednym dachem z naczelnikiem, więc miałam łatwiej, bo wszystko działo się u mnie w domu.

Pożary, powodzie, koty na drzewie

O tej pracy mówi, że najbardziej nie lubi, kiedy ma zaległości, bo potem ślęczy nad zdjęciami i zastanawia się, kiedy i gdzie coś się wydarzyło. Stara się więc prowadzić „Kronikę” na bieżąco. Jednego zdjęcia nie może się doprosić i miejsce jest puste, ma tam być zapis o 12-latce Justynie Kowalczewskiej, też Szwedce, pasjonatce pożarnictwa. 5 kwietnia brała udział w XXXVI Ogólnopolskim Turnieju Wiedzy Przeciwpożarniczej w Człopie na poziomie powiatowym i zajęła pierwsze miejsce w kategorii młodzieży gimnazjalnej. W tych turniejach ma pięcioletni staż. W ubiegłym roku zdobyła drugie miejsce na szczeblu ogólnopolskim.

Dla pani Aliny to też trochę zabicie czasu na emeryturze. Dzieci, trójka, powyrastały i mają już swoje rodziny. Teraz uczestniczy w programie 60+ – aktywacyjnym, żeby nie siedzieć w domu. Na zajęciach są lekcje angielskiego czy obsługi komputera, ale i tak mówi, że woli pisać w... „tym zeszycie od religii”, jak nazywa „Kronikę” Ireneusz Pińkowski.

– Poza tym, pisząc takie dzieło, trzeba mieć żyłkę archiwisty, zmysł estetyczny – podkreśla pani Alina. Przede wszystkim jednak trzeba lubić tę pracę, bo „w straży nie ma dwóch takich samych zdarzeń”. O czym to ona już nie pisała! Przeglądając kartka po kartce, pani Alina przypomina sobie różne wydarzenia: raz OSP Szwedów było na Stadionie Narodowym w Warszawie, na koncercie Budki Suflera. Innym razem strażacy uczestniczyli w ćwiczeniach w niemieckim Pinnow – na sprzęcie, którego w Szwecji nie ma: komorach rozgorzeniowych. Ale też brali udział w akcji ratowniczej 30 czerwca 2011 r., kiedy to Wałcz znalazł się pod wodą.

Jeszcze innym razem w Szwecji, na zakręcie, z samochodu dostawczego wypadły skrzynki z piwem. Strażacy pilnowali, by ktoś czegoś „nie skręcił” podczas sprzątania. – Jeden facet buchnął skrzynkę, strażacy go na tym nakryli i skończyło się mandatem od policji – opowiada pan Ireneusz. W latach 80., w czynie społecznym, budowali Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Warszawie. Pomagali w czasie powodzi na południu Polski w 1997 r. W pobliskich Zdbicach ściągali kota z drzewa, a potem dostali podziękowania od wdzięcznego turysty z Torunia. Kiedyś też dostali wezwanie do kota, który siedział na drzewie dwa dni, a jak strażak już po niego sięgał, sam zlazł. Zięć Pińkowskich, też strażak – Stanisław Kudyba – uratował bociana, który ugrzązł na stawach. Wyjeżdżali też, by usuwać kokony szerszeni. 21 lat temu brali udział w akcji ratowniczej wielkiego pożaru w Potrzebowicach, w samym środku Puszczy Noteckiej, po 1500 ha lasu zostało dymiące pogorzelisko, ale tam chodziło głównie o obronę wsi i leśnych osad, a i tak spłonęło dwadzieścia domów. Ot, życie strażaka.

 

Na koniec rozmowy pani Alina mocno podkreśla, że nic by z tego nie wyszło, gdyby nie ludzie – Szwedzi – bo tak naprawdę to oni piszą tę „Kronikę”...

środa, 24 kwiecień 2013 20:41

BURMISTRZ STAWIA NA… ŻUBRY

Z burmistrzem Mirosławca w województwie zachodniopomorskim, Piotrem Pawlikiem rozmawia Anna Cebula

ANNA CEBULA: Jak scharakteryzowałby Pan gminę Mirosławiec?

PIOTR PAWLIK: Spójrzmy na mapę, chociażby zagospodarowania przestrzennego. W pięćdziesięciu procentach pokrywa ją kolor zielony, czyli natura – w znacznej części są to lasy. Resztę okrywa czerwony i żółty, czyli tereny zamieszkane bądź przeznaczone na działalność produkcyjną.

Startując w wyborach na burmistrza, był Pan tu osobą dość dobrze znaną, od dawna związaną z Mirosławcem.

Może nie z dziada pradziada, bo tutaj raczej nikt nie może tego o sobie powiedzieć. Jednak moi rodzice najpierw mieszkali na terenie gminy, a od połowy lat 70. w samym Mirosławcu, gdzie się się wychowałem.

Nie miał Pan ochoty się stąd wyrwać?

Ależ ja miałem trzynastoletnią „przerwę”, od początku szkoły średniej! Wróciłem później, w trakcie studiów, przenosząc tu własną działalność.

Kandydując na burmistrza, miał Pan już doświadczenie w pracy samorządowej. Doświadczenie radnego.

Tak, doświadczenie rady powiatowej, a wcześniej – w latach 2002-2004 – rady miasta i gminy Mirosławiec.

Trzy lata temu wystartował Pan w wyborach obok urzędującej burmistrz. Wygrana była zaskoczeniem?

Nie obstawiałem wygranej, ale chciałem zaproponować jakąś alternatywę. Wynik był dość wyrównany: różnica wynosiła niecałe dwieście głosów, chociaż zdarzało się, że w wyborach – tak było choćby w Wierzchowie w 2006 r. – przesądzały trzy głosy.

Nie obawiał się Pan, że − przynajmniej na początku − starsi będą chcieli zrobić z Pana marionetkę?

Gdyby ktoś miał taki pomysł, nic by z tego nie wyszło, bo do ratusza trafiłem z firmy, gdzie bezpośrednio byłem zwierzchnikiem dla sześćdziesięciu osób, a w całej Polsce dla dwóch tysięcy. Odpowiadałem nie tylko za siebie, ale za zespół. Poza tym już w czasie kampanii przedstawiłem na tyle wyraźny pomysł na gminę, że nikt nie miał wątpliwości, że to była moja wizja, a nie kogoś innego.

I potrafi Pan walnąć w stół, nawet jak ktoś ma dwa razy więcej lat?

Trzeba wyznaczyć granicę między tym, co jest, a co nie jest możliwe do przyjęcia.

Pana pojawienie się w ratuszu, to była szansa dla młodych, docenianie wykształcenia, jakaś podwyżka?

Myślę, że różnica wieku między mną, a poprzedniczką, nie była aż taka duża, żeby można było mówić o zmianie pokoleniowej i o tym, że na wybory poszły osoby bardzo młode. Trudno to ocenić. Jak w każdej gminie na wyborach stawił się żelazny elektorat, czyli osoby, które przed 1989 rokiem głosowały obowiązkowo i mają wpojone, że na wybory trzeba iść.

Urzędowanie rozpoczął Pan od?…

Spotkania z urzędnikami w ratuszu – już następnego dnia po ślubowaniu – i wyjaśnienia, że rewolucji, czyli cięcia głów, nie będzie i że zamierzam z każdym współpracować. Zapewniłem również, że nie przyjechałem autobusem z osobami chętnymi do pracy. Po prostu każdy zaczynał z czystym kontem i musiał mnie przekonać, że powinien tu pracować. Poza tym każdy urzędnik, poza wydziałem finansowym, pracował na samodzielnym stanowisku. Powstały referaty i przez pierwsze trzy miesiące te osoby, które były najbardziej zaangażowane i pokazały, że mają pomysły na to, co dalej, awansowały na funkcje kierowników tych referatów. Przyznam, że były to raczej osoby młodsze.

A jeżeli chodzi o sprawy niezwiązane z funkcjonowaniem urzędu, zaczynałem od załatwienia problemów bieżących. Akurat był grudzień, więc dla mieszkańców ważne było odśnieżanie, a także oświetlenie, bo ktoś nie zorientował się, że ulica jest dłuższa i nie oświetlono jej na całej długości. Więc, gdzie się dało, od razu uzupełniono lampy. Trzeba było poprawić boisko w Jabłonkowie, bo wykonawca oddał je z usterkami.

Czy na półmetku kadencji możemy porozmawiać o inwestycjach, jakich w gminie nie było za poprzedników?

Na to pytanie będę mógł odpowiedzieć w przyszłym roku, kiedy powstanie centrum żubra i zagroda dla tych zwierząt.

Ile ważnych projektów udało się Panu przeprowadzić?

Udział w remoncie drogi powiatowej ul. Parkowa−Orle, rozbudowę oczyszczalni ścieków, przygotowanie dokumentacji drogi wojewódzkiej – ul. Sprzymierzonych do Zarządu Dróg Wojewódzkich.

Kiedy miał Pan ostro pod górkę?

Przy zmianie Regionalnej Izby Obrachunkowej w sprawie księgowania poręczeń kredytowych. Zaczynałem urzędowanie, przejmując część zadań, m.in., rozbudowę oczyszczalni ścieków, realizowaną ze środków PROW (Program Rozwoju Obszarów Wiejskich – przyp. red.). To taki podwójny problem: PROW, niezależnie czy gmina jest mała czy duża, przyznaje do 4 mln zł, potem licznik zostaje wyzerowany. Pieniądze z PROW zostały wykorzystane, a RPO (Regionalny Program Operacyjny – przyp. red.) nie ma dalszych środków.

W sierpniu 2011 r. gmina występowała jako poręczyciel dla spółki miejskiej na kolejne 4 mln, ale to poręczenie zostało zaliczone jako dług tej gminy. Jednocześnie weszły nowe wskaźniki ministra Jacka Rostowskiego co do liczenia długu publicznego i według starych wskaźników – 60 i 15 proc. (dług samorządu nie może być wyższy niż 60 proc. wykonanych dochodów, a koszty jego obsługi nie mogą być wyższe niż 15 proc. planowanych dochodów budżetowych – przyp. red.) gmina wypadała rewelacyjnie, bo zadłużenie w stosunku do budżetu wynosiło niecałe 21 proc., a w ujęciu rocznym — 7 proc. Natomiast według nowych wskaźników okazało się, że nie spełniamy warunków.

Do tego doszło poręczenie gminne i, żeby się go pozbyć, trzeba było stanąć na głowie, by poszukać nowego kredytodawcy w bankach, dla którego majątek spółki byłby wystarczający. To był taki okres, trwający dwa miesiące, przygotowania przetargu, zmiany kredytu i odblokowania wskaźników, kiedy — mogę powiedzieć — było mocno pod górkę.

Jaki gmina ma sposób na przyciągnięcie przedsiębiorców?

W tym zakresie mamy sytuację zarazem i łatwiejszą, i trudniejszą. Dosyć duże zakłady, które są w Mirosławcu, działają już od dwudziestu lat i tak się złożyło, że wciąż się rozbudowują. Natomiast naszym nieszczęściem jest to, że obecnie nie mamy wolnych terenów i nawet, gdyby się pojawili nowi przedsiębiorcy, musimy odsyłać ich na grunty prywatne. Jesteśmy w trakcie pozyskiwania ośmiu hektarów z takim przeznaczeniem, ale dzisiaj ich nie ma.

A tak poza tym trudno pozyskiwać nowych przedsiębiorców w czasie tzw. małej zapaści. Dla nas konkurencją są strefy ekonomiczne, ale i one niczego nie załatwiają. W niedalekim Kaliszu Pomorskim, należącym do  strefy słupskiej, jak widać, cuda się nie zdarzają, bo nie wystarczy otworzenie takiej strefy, żeby pojawiły się fabryki i ludzie dostali pracę.

Dzisiaj przede wszystkim musimy zabezpieczyć potrzeby tych zakładów, które są. Zarówno Żywiec Zdrój, jak i Metaltech, który swoje grunty rolnicze przekwalifikowuje pod nową fabrykę, potrzebowały rozbudowy i modernizacji oczyszczalni ścieków. Przygotowujemy też uchwałę, która dla zaczynających działalność oferuje szereg preferencyjnych ulg. Dla zakładu rozpoczynającego działalność te wszystkie obciążenia są utrudnieniem, bo trzeba zapłacić wynagrodzenie, rachunki za prąd, uiścić koszty postawienia zakładu. Przygotowujemy długoletni program ulg podatkowych od nieruchomości, tak żeby odciążyć właściciela zakładu w płatnościach i żeby miał poczucie, że w Mirosławcu jest poważnie traktowany nie przez rok czy dwa lata, ale w dłuższej perspektywie, minimum dziesięciu lat.

Z tego, co wiem, w tym roku ruszy budowa zakładu Metaltechu – hali o powierzchni 4,5 tys. m kw. Jest mowa o kilkudziesięciu osobach, które będą mogły podjąć w nim pracę. Jednak nawet dwa-trzy zakłady nie poprawią sytuacji tak, jak powrót wojska do Mirosławca, ale są to decyzje poza województwem, właściwie na szczeblu krajowym. Tymczasem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tak się stanie i do bazy lotniczej, do komendy, przybędzie więcej wojsk bezzałogowych. Pod warunkiem, że na świecie nie dojdzie do jakiegoś nagłego krachu, czy innego wydarzenia i środki nie zostaną przesunięte w inne miejsce. To tworzy szansę, że 180 lokali w Mirosławcu Górnym, które teraz stoją puste, zostanie zasiedlonych, a zakłady usługowe czy sklepy, które do tej pory korzystały z zamówień jednostki, ponownie staną na nogi.

Na Osiedlu Górnym było 2 tysiące mieszkańców, teraz jest 1,2 tysiąca, bo w ciągu 10 lat wojsko w takiej liczbie opuściło Mirosławiec. Szkoła, która liczyła prawie dziewięciuset uczniów, teraz ma 550 – a to też wpływa na jej stan finansowy.

Znany jest Pan jako burmistrz, który chętnie korzysta z najnowszych technologii i... Facebooka?

Nie tyle wprowadziłem nowe technologie – bo na przykład e-obieg informacji istniał, przynajmniej teoretycznie – ile rozpocząłem ich użytkowanie. Teraz stosujemy w ratuszu podwójny obieg informacji: w postaci tradycyjnych dokumentów papierowych i, zapasowo, zeskanowanych i wprowadzanych do e-obiegu. Obsługa tych dokumentów jest podwójna, dlatego że rozporządzenia wszelkiego rodzaju nie przewidują tylko drogi elektronicznej. To się powoli zmienia i już od stycznia tego roku Urząd Wojewódzki przesłał nam 68 dokumentów, na które mamy odpowiedzieć elektronicznie, poprzez tzw. podpis zaufany. Jest to przede wszystkim bezpieczne, bo nie ma szansy, że taki dokument zaginie. Nawet jeśli będzie wciąż na papierze, zostanie odtworzony ze skanu. Poza tym z każdego miejsca mogę wejść do systemu i zajrzeć do sprawy.

Natomiast Facebook to narzędzie komunikacji. Nie jedyne, bo trzeba być obecnym i w prasie, i w kablówce – natomiast jest to źródło, które potrafi zaskakiwać szybkością przekazywanych informacji, a także liczbą osób, do jakiej się dociera. Ostatnio na Facebooku na pytanie, kto powinien wystąpić na festiwalu żubra, wskaźnik zainteresowania ze średnio 1200 osób skoczył do kilkunastu tysięcy i wyszedł daleko poza granice gminy, a nawet powiatu.

Jest Pan burmistrzem dostępnym dla ludzi...

Jeśli tak jestem odbierany, to się cieszę. Staram się chodzić po ziemi i to dosłownie. Auto zostawiam w garażu, bo dzięki przejściu zaledwie paru ulic, można dojrzeć więcej problemów, a czasami udaje się po drodze je rozwiązać. Staram się również nie wyznaczać żadnych godzin przyjmowania mieszkańców. Jeśli nikogo nie ma u mnie w gabinecie, to raczej sprawa załatwiana jest od przysłowiowej ręki.

Ma Pan mistrza w polityce?

Jednego wybranego wzoru – nie. Staram się podpatrywać samorządowców z krwi i kości, którzy osiągają pozytywne wyniki w wyborach. Po 1989 roku określona grupa wybierała burmistrza, teraz trzeba zebrać większość. Takie wybory, powiedziałbym, są uczciwe. To jest głosowanie na osobę i rachunek – pozytywny bądź negatywny – przez tych, którzy obdarzyli nas zaufaniem. A czasem można się zdziwić wynikiem...

Ma Pan nadzieję, że...

To, co mówię, jest prawdziwe i będzie okazja, by to zweryfikować.

 

Godne (po)lecenia

Wojska lotnicze stacjonują w Mirosławcu od 1952 r. Po przystąpieniu Polski do NATO istniejący wówczas pułk przekształcono w 8. Eskadrę Lotnictwa Taktycznego i 12. Bazę Lotniczą. W 2003 r. mieszkańcy Mirosławca ufundowali lotnikom sztandar, a w rocznicę jego przekazania co roku organizowany jest „Piknik Lotniczy”.

W gminie Mirosławiec żyje wolno stado żubrów, liczące ponad 70 zwierząt. Możliwość oglądania tych dużych zwierząt to nie lada przygoda. Już w tym roku, na jesieni, w okolicach wsi Jabłonowo powstanie dla nich zagroda.

6-tysięczna gmina miejsko-wiejska Mirosławiec kusi też jeziorami (dwadzieścia jeden). Największe to Wielki Bytyń (847,5 ha, długość linii brzegowej – 37,6 tys. m, maks. głębokość – 41 m), a także Drzewoszewo, Piecnik, Kosiakowo, Orle Wielkie. Istotną turystyczną atrakcją są też rezerwaty „Rosiczki Mirosławieckie” i „Wielki Bytyń”.

sobota, 23 marzec 2013 14:27

Białostockie pisanki Podhalanki

Kiedy w domu Aleksandry Mosiejczuk czuć zapach wosku, domownicy mówią, że… nadchodzi wiosna. Zaczyna się wielkanocne malowanie pisanek.

Po rodzicach– z domu Wojdyła – jest góralką. Mama urodziła się pod Tarnowem, a tata w Rabce Podhalańskiej. W górach przede wszystkim kultywuje się święta Bożego Narodzenia, mimo to pani Aleksandra ma szczególne zamiłowanie do robienia batikowych pisanek. Dzisiaj jest coraz więcej dostępnych w sklepach „sprytnych” i wymyślnych rzeczy, które ułatwiają dekorację jajek, jednak jej pisanki powstają tradycyjnymi metodami ludowymi, a wzornictwo pochodzi z… Białostocczyzny.

Podlaskich motywów nauczyła się od starszej koleżanki – suwałczanki Władysławy Brzezińskiej. Najpierw ją podpatrywała, a od czterdziestu lat, w sezonie, sama przygotowuje setki pisanek.

Zanim rozpoczynamy rozmowę o wielkanocnych zwyczajach i tradycjach, pokazuje, jak wykonać taką piękną pisankę. Wydaje się, że do ich robienia nie potrzeba wielkich nakładów, ale ich twórczyni przyznaje: w tej sztuce przydają się zdolności manualne.

− Do zdobienia najlepsze są białe jajka, chociaż coraz ciężej je dostać – mówi Aleksandra Mosiejczuk. – Przy farbowaniu niekoniecznie musimy ograniczać się do sztucznych barwników. Już dawno temu ludzie wymyślili na to naturalne sposoby. Intensywne kolory możemy uzyskać, zanurzając jajka w wywarze z buraków, który nadaje mocną, różową barwę. Z gotowanych skorupek orzecha włoskiego i kory dębu wychodzą czarne jajka. Z kolei z gotowanych łupin cebuli i olchowych szyszek uzyskuje się wyrazisty, brązowy kolor. Czarne jagody barwią na niebiesko. Całkiem niezła okazuje się również krepina, a jej zaletą jest to, że jeżeli chodzi o różnorodność barw nie ma granic – odsłania tajniki swojego warsztatu.

Wosk uzyskuje się z kolei ze świeczki lub z bryły wosku od pszczelarza, topiąc go na małym ogniu. Trzeba jednak uważać: zbyt mocno podgrzany czernieje. Potem pani Aleksandra maluje pierwsze wzory ołówkiem z wbitą w gumkę szpilką z dość dużą główką, która pozostawia charakterystyczną „łezkę”. Farbuje jajko na żółto. Znowu dodaje ozdobne motywy i wrzuca jajko do czerwonego barwnika. Jeszcze raz nakłada batiki i zanurza w granatowej farbie. A na koniec ściera wosk.

Nie jest to, jak widać, takie proste. Kolory na pisankach można dobierać według uznania, pamiętając jednak o zasadzie – od najjaśniejszego do najciemniejszego.

Kiedy pierwsza pisanka nasiąka kolorami, pani Aleksandra opowiada o swojej kolekcji baranków. Ma ich około stu i, jak mówi, nie jest to żaden cenny zbiór – ale można się w nim doszukać kilku wyjątkowych egzemplarzy. Wśród najbardziej typowych wielkanocnych baranków można znaleźć baranka z Bolesławca, niemieckiego, amerykańskiego, spod krokwi w Zakopanem, wykopaliskowego ze Słowacji. Baranki są z różnych materiałów: plastikowe, pluszowe, porcelanowe. Jeden z nich jest nawet w dekoracyjnej śnieżnej kuli. Mają też różne funkcje: jest baranek gwizdałka, baranek zegar i przylepki na lodówkę – też baranki.

Jednego roku – wspomina − z kuzynką zrobiła tysiąc pisanek… w sierpniu. Zamówienie złożyli Austriacy, którzy polowali w okolicach Wałcza i zatrzymali się u jej rodziców. − Z nieba lał się żar, okna były pootwierane na oścież – opowiada pani Aleksandra – ale za pieniądze zarobione wtedy na pisankach kupiłam pierwszy kolorowy telewizor – uśmiecha się.

Zwykle pisanki sprzedaje w Muzeum Ziemi Wałeckiej, gdzie jest kustoszem, ale jak podkreśla to nie żaden sposób na świąteczny biznes, a hobby. Jej białostockie, wielobarwne pisanki można również obejrzeć w wiejskiej chacie w skansenie, w Osieku nad Notecią.

Najmniej w tym całym robieniu pisanek lubi… wydmuchiwać jajka. Ze „środków” piecze za to mnóstwo ucieranych ciast, przyrządza domownikom jajecznicę albo rozdaje wśród znajomych.

Wielkanocne jajka różnią się, w zależności od miejsca, gdzie powstają. − Tam, skąd pochodzę, w Krakowskiem, nie robiło się pisanek, tylko jednobarwne kraszanki, w Opolskiem − drapanki, w Łowickiem – naklejanki, na Kurpiach oklejane są sitowiem, na Mazurach jajka przeplata się kolorową włóczką, a białostockie pisanki charakteryzuje wielobarwność – sięga do regionalizmów Aleksandra Mosiejczuk, z wykształcenia, było nie było – etnografka.

− Już w czasach pogańskich jajko było symbolem budzącego się życia – odnosi się z kolei do historii pani Aleksandra. – Najstarsza zachowana polska pisanka została znaleziona w wykopaliskach na Śląsku, w Ostrowiu, i jest najprawdopodobniej z X wieku, ale już najstarsza na świecie pisanka, pochodząca z terenu dawnej Persji – ma 4000 lat! Jajka malowali również chrześcijanie. Według przypowieści, kiedy św. Magdalena płakała nad grobem Jezusa, ukazał się jej anioł i rzekł: Nie płacz, Chrystus zmartwychwstał. Gdy wróciła do domu, na stole znalazła jajka zabarwione na czerwono – tłumaczy niezwykła artystka.

Na Podhalu jest o wiele mniej zwyczajów dotyczących świąt wielkanocnych. Od rodziców pani Aleksandra przejęła sposób robienia palm, takich w rodzaju bukietu. Układa je z bazi i świeżych kwiatów, przeplatając wstążkami z kolorowej bibułki. Bardzo lubi palmy wileńskie z barwnych trawek. Dziś można je kupić chociażby na krakowskim Rynku.

− Wielkanocny zając, czyli szukanie drobnych podarunków, to nie jest polski zwyczaj, dotarł do nas z Niemiec i Wielkopolski – wyjaśnia. − Jajka to też nie tylko pisanki. W czasie Wielkanocy można się nimi bić lub toczyć po trawie.

Ogólnie o potrawach wielkanocnych mówi, że są oparte na zieleninie. Z Podhala zna sodrę – zupę przyrządzaną z niezjedzonych resztek święconki. Wrzuca się do niej pokrojony w kostkę chleb, kiełbasę, jajka. Doprawia chrzanem. Trzeba też pamiętać o jednym: ze święconką do kościoła idzie najmłodszy w rodzinie.

O tradycjach i zwyczajach wielkanocnych mówi, że są dzisiaj w zaniku. Kiedyś ludzie bardziej nabierali się na primaaprilisowe żarty. − Sama uwierzyłam wujkowi, że przed moim domem idą słonie i pobiegłam do okna, żeby je zobaczyć. Śmigus-dyngus dawniej był szalenie popularny. Dzisiaj to zabawa dzieci, a kiedyś wodą lali się młodzi ludzie. Nie wiem od czego to zależy: brak chęci, lenistwo?!... – utyskuje.

A tymczasem jedną z pisanek kupiła jakaś pani i chwali, że „dzieło” to przypomina, jak kruche bywa życie i że trzeba się z nim obchodzić, jak z… jajkiem.

sobota, 23 marzec 2013 14:08

UPORCZYWE TRWANIE AZBESTU

Mija pięć lat, od kiedy ruszył „Program oczyszczania kraju z azbestu”. Według jego założeń ten niebezpieczny minerał ma zniknąć z Polski do 2032 r.

Program nie ma w założeniu natychmiastowego uporania się z azbestem – czyli jeszcze nie trzeba zrywać dachów, wymieniać elewacji na nowe bądź usuwać instalacji. Wszystko zależy od tego, jak wypadła ocena i jak wyglądają możliwości dalszego bezpiecznego użytkowania wyrobów zawierających azbest. Precyzuje to par. 3 i 5 rozporządzenia o bezpiecznym użytkowaniu i usuwaniu wyrobów zawierających azbest. Norma dopuszcza wyroby o gęstości 1000 kg/m lub większej, czyli tzw. wyroby twarde.

Oczywiście, wszystko pod warunkiem, że nie są one uszkodzone i nie dochodzi do emisji azbestu do środowiska, a w konsekwencji nie ma to następstw chorobowych.

Urzędnicy odwiedzili każde mieszkanie

Jednak sprawdziliśmy – na przykładzie powiatu wałeckiego – liczącym cztery gminy (województwo zachodniopomorskie), o ile realnie zmniejszyła się ilość azbestu.

W gminie Wałcz, największej w Polsce wśród gmin wiejskich, drugiej – po piskiej – biorąc pod uwagę wszystkie gminy miejsko-wiejskie, w 2010 r. inwentaryzacja wykazała, że na jej terenie znajduje się 3731 ton azbestu do zdjęcia. Zdaniem Jana Matuszewskiego, inspektora ds. ochrony środowiska w gminie Wałcz, jest to miarodajny szacunek.

− Urzędnicy odwiedzili każdą wieś w gminie, mieszkanie po mieszkaniu. Inwentaryzacja wykazała wówczas, że najwięcej azbestu zalega na dachach budynków mieszkalnych bądź gospodarczych, w dużych ilościach wciąż występuje w rurach wodociągowych, w ociepleniach na ścianach budynków, w płytach nakładanych na obiekty w celach ozdobnych − wylicza Jan Matuszewski. – Gama wyrobów zawierających azbest jest szeroka i… wciąż masowa – ocenia.

Od czasu tego spisu w gminie Wałcz azbestu jest mniej o zaledwie 280 ton. W sąsiedniej gminie Mirosławiec, według spisu z 2007 r., było go na dachach i w instalacjach 527 ton. − To oczywiście przybliżona wielkość, bo azbestu na dachach nie da się ukryć – mówi Aleksander Matusiak, inspektor ds. ochrony środowiska w gminie Mirosławiec, ale też dodaje: − Może on jednak zalegać na nielegalnych wysypiskach, których nie ujawniono, np. w lasach, i w składzikach, gdzie do tej pory zwykle układano zdejmowane płyty dachowe, zanim ustawa jasno nie określiła sposobu jego usuwania (tylko przez wyspecjalizowane firmy – przyp. red.) oraz nie narzuciła konieczności inwentaryzacji.

Znika jedynie kilka ton rocznie

Najbardziej aktualny spis, sporządzony w drugiej połowie ubiegłego roku w gminie Mirosławiec, wykazał, że do tego czasu usunięto niespełna 27 ton, czyli statystycznie z jej obszaru znika rocznie średnio około 4−5 ton azbestu. Jego usuwanie wyhamowało w 2010 r. Wówczas nastąpiła zmiana ustawy, która powstrzymała prywatne osoby przed wymianą dachów, bo gwarantowane 50 proc. zwrotu kosztów za zdjęcie, transport i utylizację, wzrosły do 100 proc. Według inspektora Matusiaka kolejne trzy tony azbestu znikną z gminy Mirosławiec być może w pierwszej połowie 2013 r.

Jego zdaniem sytuacja nie wygląda najgorzej, a wolne tempo, w jakim znika azbest, jest spowodowane faktem, że − mimo iż można liczyć na 100-procentową dotację na demontaż, transport i utylizację dachu – na nowe pokrycie trzeba już wyłożyć własne pieniądze. Więc, kto nie musi...

− W efekcie, jeśli inspektor nadzoru budowlanego określi stan azbestu w obiekcie jako katastrofalny i, według norm, do usunięcia, nie podchodzi się do tego zbyt rygorystycznie. Czekamy na środki finansowe – mówi Matuszewski. Obaj inspektorzy zgodnie potwierdzają, że w gminach pojawia się niewiele wniosków. W gminie Człopa zinwentaryzowano 37 442 m kw. płyt azbestowo-cementowych i 600 mb. rur, informuje z kolei Jerzy Bekker, urzędnik w Mieście i Gminie Człopa. Tyle że od tej pory – ani drgnęło. W Tucznie, mimo że wnioski napłynęły w ubiegłym roku, nie przyznano dofinansowań. Sprawę poruszył na jednej z sesji rady gminy mieszkaniec Tuczna, ale według burmistrza Krzysztofa Hary, gmina nie dysponowała wystarczającymi środkami na 100-procentowe zwroty. Burmistrz zapowiedział jedynie, że w tym roku znajdą się pieniądze.

Szacunkowa ilość azbestu na terenie gminy Tuczno w dniu przyjęcia „Programu usuwania azbestu oraz wyrobów zawierających azbest na terenie Gminy Tuczno” − Uchwałą Rady Miejskiej w Tucznie z 2007 r. – wynosiła 917,760 ton. Usunięto od tego czasu 8,145 ton. Dofinansowanie gminy wyniosło 2673,43 zł.

Pozornie prosta procedura

Na BIP gminy Tuczno w połowie listopada ubiegłego roku pojawiła się informacja, że do końca stycznia 2013 r. można się ubiegać o dotację. Koszty usunięcia azbestu zostaną pokryte z dofinansowania Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Szczecinie, o które zamierza ubiegać się w tym roku Krzysztof Hara.

Finansowaniu standardowo podlegać będzie demontaż pokrycia dachowego lub wyrobów i instalacji zawierających azbest, transport z miejsca rozbiórki do miejsca unieszkodliwienia i utylizacja. Dodatkowo, usuwaniem azbestu mogą zajmować się tylko uprawnione firmy z koncesją od starosty. By ją uzyskać, firma musi przeszkolić pracowników m.in. z tego, jak postępować z azbestem, pod kątem ubioru, użycia masek, samego składowania na paletach, owijania w folię.

Wykaz firm znajduje się w starostwie. Tę informację można również znaleźć na BIP każdego powiatu. − W powiecie wałeckim takich firm jest około piętnastu, więc z wyborem nie ma problemu – informuje Jan Matuszewski. Odpady, a także zużyte przy pracy filtry, odzież czy folie, muszą trafić na wyspecjalizowane wysypiska. Po wykonaniu demontażu firma wystawia zaświadczenie, które trzeba przechowywać pięć lat.

O dofinansowanie mogą ubiegać się jednostki samorządu terytorialnego, osoby fizyczne, jednostki sektora finansów publicznych, kościoły i związki wyznaniowe oraz wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe.

Do wniosku konieczny jest dokument wydawany przez starostwo powiatowe – o braku sprzeciwu co do zmiany pokrycia dachowego. Aby go otrzymać, należy złożyć wniosek „Zgłoszenie robót budowlanych niewymagających pozwolenia na budowę” w Wydziale Budowlanym starostwa. Dokument ten, co warto podkreślić, obowiązuje w powiatach całej Polski. Jeśli starostwo zażąda pozwolenia na budowę, a zazwyczaj wymaga, wówczas potrzebny jest projekt budowlany sporządzony przez osobę z uprawnieniami. Trzeba wówczas zawiadomić urzędników powiatowego nadzoru budowlanego i okręgowy inspektorat pracy. Wymagane jest również zdjęcie obiektu przed demontażem. I to w zasadzie tyle biurokratycznych formalności.

Życie w cieniu azbestu

Pozornie wydaje się, że procedura jest relatywnie nieskomplikowana, wszyscy zainteresowani deklarują chęć zmiany stanu rzeczy, a pieniądze na realizację programów usuwania azbestu są. Problem jednak w tym, że na każdym wymienionym obszarze kryją się pułapki i bariery, które ostatecznie zniechęcają do działania. Wygląda na to, że Polacy jeszcze długo będą żyć z azbestem.

sobota, 23 marzec 2013 13:55

ULUBIONY WÓJT POLSKICH TELEWIDZÓW

Tytuł Wójta Roku 2012 − za największe osiągnięcia w pracy na rzecz gminy − zdobył Grzegorz Czapla  z Ożarowic, położonych w powiecie tarnogórskim, w województwie śląskim. Ulubieniec widzów TVP zapewnia jednak, że nie ma talentu do autopromocji.

Od dwunastu lat prestiżowy konkurs na Wójta Roku organizuje Redakcja Audycji Rolnych Programu 1 TVP, w tym roku pod honorowym patronatem Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego oraz Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Tym razem, w ostatecznej rozgrywce, dziewięciu rywali pokonał właśnie Grzegorz Czapla. Wygrał, choć jego gmina była w tym gronie najbiedniejsza i najmniejsza (43,72 km kw., ok. 5,5 tys. mieszkańców) wśród „złotej” dziesiątki.

Gminę mogli zgłaszać mieszkańcy, lokalne organizacje i instytucje.

Finałową dziesiątkę wyłania kapituła, w której w tym roku znaleźli się: Andrzej Hałasiewicz z Kancelarii Prezydenta RP, Adam Daszkowski z Krajowego Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych, Magdalena Kosel z Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Teresa Tiszbierek ze Związku Ochotniczych Straży Pożarnych RP i Wojciech Nalazek z redakcji TVP1. Potem decydują widzowie, wysyłając głosy smsowe. To oni zagłosowali na Grzegorza Czaplę, jedynego wśród finalistów wójta ze Śląska.

Poza nim w „złotej” dziesiątce konkursu znaleźli się: Jacek Anasiewicz − wójt gminy Głusk, z województwa lubelskiego, Dariusz Bielecki − wójt gminy Pomiechówek, w woj. mazowieckim, Sławomir Kopacz − wójt gminy Bieliny, w woj. świętokrzyskim, Iwona Agnieszka Łebek − wójt gminy Długołęka, w woj. dolnośląskim, Przemysław Majchrzak − wójt gminy Wągrowiec, w woj. wielkopolskim, Jarosław Pietrzak − wójt gminy Dobrzyca, w woj. wielkopolskim, Antoni Polkowski − wójt gminy Ełk, woj. warmińsko-mazurskim, Zbigniew Wojas − wójt gminy Gdów, w woj. małopolskim, Marian Zalewski − wójt gminy Szczurowa, w woj. małopolskim.

Budżet gminy większy dziesięciokrotnie!

− Nie mam specjalnego talentu do promocji – mówi najlepszy gospodarz gminy w Polsce, który 9 lutego, w Centralnej Bibliotece Rolniczej w Warszawie, odebrał dyplom i statuetkę. – U nas się buduje, buduje i buduje. I oddaje bez fanfar i przecinania wstęgi. Ale ludzie to widzą, że są nowe place zabaw, boiska, szerokopasmowy Internet.

Ostatecznie wygrał wójt Grzegorz Czapla; otrzymał od widzów najwięcej głosów smsowych. Był jedynym wójtem ze Śląska. Ten sukces zamierza przede wszystkim wykorzystać do promowania gminy.

Wójtem Grzegorz Czapla jest od czternastu lat. To, co się za jego rządów zmieniło, to fakt, że gdy zaczynał urzędowanie,w budżecie Ożarowic było 6,8 mln, dziś gmina ma dziesięciokrotnie więcej środków finansowych do rozdysponowania. Statystycznie na jednego mieszkańca może wydać rocznie 20 tys. zł, z czego niemal 75 proc. pozyskuje z funduszy, nie tylko europejskich, ale również rozwojowych.

Lider samorządowców mówi o swojej pracy, że czasem czuje się, jak na linii frontu. Na wszystkich szczeblach władzy to wójt ma najniższą pozycję i „z góry” nadchodzą zadania. − W gminie Ożarowice − podkreśla wójt − nie ma rozbudowanej administracji. Pracuje tylko dwudziestu pracowników.

Kiedy Czapla objął to stanowisko, nie dokonywał zmian personalnych. Do dziś w gminie pracuje ta sama ekipa urzędników, co czternaście lat temu, a jeśli nawet ktoś przechodzi na emeryturę, jego miejsce zajmuje osoba wyłoniona w konkursie. Wójt nie lubi „kolesiostwa”. Podobnie jak i postaw roszczeniowych oraz charakterystycznej polskiej skłonności do prowizorki i jednorazowych akcji. − Gdyby zaplanować gospodarkę na wiele lat, to chyba by ten kraj… padł – żartuje wójt Ożarowic.

Życie w sąsiedztwie lotniska

Na jego terenie działa ponad czterdzieści różnych stowarzyszeń. Grzegorz Czapla jest współtwórcą Lokalnej Grupy Działania „Brynica to nie granica”. W 2006 r., kiedy powstawała, należały do niej trzy gminy – Ożarowice, Mierzęcice i Woźniki, czyli łączyła około 20 tys. ludzi. Z czasem nawiązano współpracę z krajowymi LGD „Przymierze Jeziorsko” z Dobrej, w województwie łódzkim, oraz „Żywiecki Raj” z Żywca, a także z niemiecką grupą leaderowską z rejonu Frankfurt Hahn.– Sporo się dzieje – mówi wójt Czapla – ale najbardziej cieszy fakt, że nasza grupa się rozrasta, że przybywa osób, które autentycznie chcą z nami współpracować.

W gminie Ożarowice obecnie realizowanych jest szesnaście inwestycji, około dziesięciu jest w przygotowaniach – w konkursach, na liście rezerwowych, ewentualnie czeka na podpisanie umowy o dofinansowanie.

Ożarowice mają swoją niełatwą historię. Po wojnie gmina miała charakter typowo rolniczy, później nadszedł czas chłoporobotników: Ożarowianie zatrudniali się w przemyśle górniczym, dojeżdżając do miast nawet 40 km. Tutejsze gospodarstwa są rozdrobnione, o powierzchni 3-6 ha, o słabej glebie 5. i 6. klasy − dlatego w rolnictwie nie ma perspektyw dla młodych. Dzisiaj w granicach gminy Ożarowice jest Międzynarodowy Port Lotniczy Katowice-Pyrzowice (zajmuje 60 procent jej powierzchni) co jak mówi wójt Czapla ma drobne plusy, ale oznacza też ogromną strefę wyłączoną z użytkowania. − Na tych terenach nie można zakładać stawów, sadzić roślin, bo to przyciąga ptaki, a te są zagrożeniem dla samolotów – wyjaśnia wójt. − Część obszaru rezerwuje się na przyszły rozwój lotniska.  W związku z tym będzie przebiegała tędy autostrada A1, a to z kolei powoduje, że ciągle jest coś rozkopane – wylicza minusy wójt.

Przyszłość gminy wójt Czapla widzi w zagospodarowaniu strefy przy lotnisku. Ma nadzieję, że z czasem powstanie tu sieć hoteli czy zajazdów. Grunty prywatne, nieużytki przeznacza się pod przyszłe budownictwo jednorodzinne. Obecnie w gminie jest około 1700 domów, ale przygotowanych jest już ponad 2000 kolejnych działek.

W 2010 r. o Ożarowicach było głośno w całej Polsce, bo wójt nie zgodził się na zaproponowany przez marszałka województwa śląskiego, Bogusława Śmigielskiego, przebieg linii szybkiej kolei do Pyrzowic. To, że port lotniczy musi być skomunikowany, nie budzi u wójta sprzeciwu, ale samą trasę uważa za narysowaną na kolanie. – Znowu ktoś sprawy nie przemyślał – sarka Czapla, bo niby gdzie ona ma biec, między kościołem a cmentarzem…?!

piątek, 22 luty 2013 17:29

Koniara Kasia

Pasją Katarzyny Laskowskiej są konie. Może o nich opowiadać godzinami. Świat Kasia też najlepiej widzi z perspektywy końskiego grzbietu.

W stajni ma dwadzieścia koni, z czego osiem − sportowych. Urodzony i wyhodowany tutaj sześcioletni Lancome w eliminacjach do Mistrzostw Polski w kategorii młodych koni zwykle zajmuje pierwsze miejsce, a na mistrzostwach zajął trzecią pozycję. Reprezentował również kraj na Mistrzostwach Świata w Belgii. − Jest to bardzo prestiżowe dla konia i jeźdźca wydarzenie, bo o wyborze dwóch koni decydują: Polski Związek Jeździecki i Polski Związek Hodowców Koni – wyjaśnia Katarzyna Laskowska.

Kołatnik, w którym pani Kasia dzisiaj, razem z mężem - Marcinem Laskowskim, prowadzi Ośrodek Jeździecki „Kołacz”, bo tak jeszcze do niedawna nazywała się ta miejscowość, to wieś położona w odległości niecałych dwóch kilometrów od Wałcza (gmina Wałcz, powiat wałecki, województwo zachodniopomorskie), nad rzeką Młynówką, która na rogatkach łączy się z Piławką, i rozpościera wśród lasu ze starodrzewami.

Na popegeerowskiej ziemi

W czasach PGR-u była tu ubojnia, masarnia i warzywniak, skąd dostarczano zaopatrzenie do pobliskiej jednostki. Później popegeerowski majątek trafił w prywatne ręce. Kiedy ponownie został wystawiony na sprzedaż, pięć lat stał nieużytkowany. – Znajdował się w opłakanym stanie – wspomina Kasia Laskowska. – Jedyną zaletą ośrodka było jego położenie - w zaciszu, z dala od głównych dróg, na terenie bezpiecznym dla dzieci i koni.

W tamtym czasie Kasia właśnie skończyła zootechnikę w Poznaniu i szukała ziemi, na której mogłaby zbudować własną stajnię. Tak trafiła do Kołatnika.

W zakupie ośrodka obiecali pomóc jej rodzice. Uczynili jednak jeden warunek. Miała przespać w tym wybranym miejscu jedną noc, a rano stwierdzić, czy wciąż jest to jej wymarzony świat. − Nocka była dość chłodna – wspomina Kasia Laskowska. − Spałam w stajni, na kanapie, owinięta w koce. Pod sufitem kłębiła się chmara komarów, ale rano, kiedy się obudziłam, świeciło słońce, było pięknie i nic mi już tu nie przeszkadzało. Tak zaczęło się jej życie w Kołatniku.

– Najgorzej wspominam pierwszą zimę. Nie było ogrzewania, a temperatury spadały do minus trzydziestu stopni – opisuje Kasia. Kiedy zawieje śnieg, z Kołatnika, bez większego problemu, można dojechać tylko do Wałcza, do Kłębowca – sąsiedniej wsi, bez terenówki już ani rusz.

Z biura - do konia z okienka

Powoli, najpierw sama, a potem już razem z mężem, remontowała i powiększała ośrodek. Pochłaniało to każdą ich zarobioną złotówkę. Stała tu jedynie stajnia i hala z krytą ujeżdżalnią, ale hotel dla koni z 23 boksami musieli już dobudować. Postawili ogrodzenia. Wybudowali wybiegi. Teraz można tu prowadzić zajęcia latem i zimą. Kolejnym pomysłem było zorganizowanie regionalnych zawodów jeździeckich w skokach przez przeszkody. Potrzebne jednak było zaplecze. Musieli zbudować dla koni sześćdziesiąt letnich boksów.

Dom urządzili w dawnym biurze PGR. Budynek, z zewnątrz z pruskim murem, ma około 30 lat, jednak większość wyposażenia stanowią stare, stylowe meble, które gospodyni bardzo lubi. Urządzenie wnętrza to jej dzieło. W salonie stoi stół na trzynaście osób, a wokół niego - krzesła z wygodnymi siedziskami. Kasia kocha piękne przedmioty: lampy, bibeloty, pamiątki.

W domu też widać jej zafascynowanie końmi. Na ścianach wiszą obrazy z wizerunkami koni, wszędzie pełno ceramiki z motywami tych zwierząt i rzeźby koni. Poza tym gospodyni ma kolekcję końskich uprzęży, siodeł i strzemion. Dom otoczony jest wysokimi drzewami i, częściowo, tarasem. Tuż koło niego, o czym mało kto pamięta, kiedyś był stary cmentarz.

W pomieszczeniu, w którym spędziła pierwszą noc, jest biuro z barkiem, kominkiem, stolikiem zamiast biurka, wygodną kanapą i fotelami, a wszystko - połączone przez ścianę ze stajnią. – Takie biuro z okienkiem do konia – opisuje Kasia i pokazując wnętrze, otwiera drewniane okiennice, przez które wychyla się koński łeb.

Biesiady w stadninie

Na starcie Kasia miała czternaście hektarów ziemi, Marcin – pięć. Dzisiaj to o wiele większe gospodarstwo. Jeździectwo połączyli z agroturystyką i wszelkimi usługami dla rolnictwa: koszeniem trawy, prasowaniem słomy. – Z samych koni nie da się utrzymać ośrodka – mówi Marcin Laskowski. 

Do jego specjalności należą również biesiady, organizacja wesel, imprez dla firm nawet do 400 osób. W grudniu w „Kołaczu” gmina zorganizowała, nie po raz pierwszy, dużą regionalną imprezę − doroczny Festiwal Potraw Tradycyjnych. Panie z Kół Gospodyń Wiejskich, z wszystkich gminnych sołectw, prezentowały swoje umiejętności kulinarne. Na festiwalu można było skosztować potraw wigilijnych. W konkursie na najsmaczniejszą z nich zwyciężyły, nie karp, a… płotki. W zagrodzie postawili także grzybek na ognisko. Można upiec kiełbaski, ziemniaki, a nawet prosiaka. Zimą chętni mogą skorzystać z kuligu, latem − z przejażdżki bryczką. Kolejna atrakcja to mini zoo. W zagrodzie biegają m.in. dziki, ptaki, osioł, kucyki.

Kto nie czuje się na siłach i nie chce jeździć konno, może wybrać się na samotną włóczęgę przez starodrzew. Niektóre okazy z pobliskiego lasu liczą trzysta, czterysta lat. Atrakcją są też spływy kajakowe organizowane popularnym szlakiem Piławą i Dobrzycą.

Jak w domu nad rozlewiskiem

Dwa lata temu rozpoczęli remont dużego obiektu po dawnej masarni. Na górze budynku planują urządzić sześć pokoi dla gości i siłownię, na dole będzie kręgielnia i stół do bilardu.

Żyją od projektu do projektu. – Wszystkie - z własnej głowy – mówi Kasia. – I nikt nam nie pomaga. Jeden projekt się kończy, a już rodzi się następny.  

Do zagrody, nad Młynówką, przylega stary, zabytkowy młyn, który znajduje się pod opieką konserwatora. Jego remont i urządzenie dwukondygnacyjnej gospody to kolejna duża inwestycja, którą planują. Na razie szukają środków. – Przydałaby się unijna dotacja – mówi Kasia. – Na remont i rozbudowę obiektów z żadnej nie skorzystaliśmy, na rolnictwo – wzięliśmy wszystkie możliwe – dodaje właścicielka „Kołacza”.     

Marzenia o hipoterapii i jeździectwie

Klamrą spinającą wszystkie działania Kasi i Marcina jest hipoterapia, czyli rehabilitacja przez jazdę konną. − Rodzice mogą również zostawić dzieci na weekend i dłużej i czuć się bezpiecznie, że pociechy mają zapewnioną opiekę. Chodzi o to, żeby odciążyć na chwilę dorosłych od ich, trudnych przecież, obowiązków – wyjaśnia Kasia.

Powstał też klub jeździecki. Kasia jest instruktorką. – Propagujemy jeździectwo. Zależy nam na wychowaniu dobrych jeźdźców – mówi Kasia, a najbardziej ma nadzieję, że jej córka, dwuletnia Aleksandra, przejmie po niej zamiłowanie do jeździectwa i będzie to rodzinna tradycja. Wcześniej zaraziła tą pasją tatę, który woził ją na treningi. 

Kasia jeździ na koniach od 10. roku życia. Zaczynała w Norwegii, dokąd przenieśli się jej rodzice, gdy miała rok. Tam brała udział w Mistrzostwach Norwegii Juniorów. Po maturze, na rok przeniosła się do Niemiec, żeby ćwiczyć z Anitą Sande – bardzo dobrą, norweską trenerką. W czasie studiów w Poznaniu trenowała w Centrum Wyszkolenia Jeździeckiego Hipodrom Wola. Brała m.in. udział w Akademickich Mistrzostwach, zajmując drugie miejsce w Polsce. Wciąż się kształci – na instruktora sportowego z certyfikatem Polskiego Związku Jeździeckiego, jest instruktorem rekreacji, jazdy konnej, hipoterapii. W przyszłości chciałaby organizować w „Kołaczu” Mistrzostwa Polski - takie prawdziwe, nie - amatorskie.    

Dzisiaj każdy, kto znał „Kołacz” wcześniej, jest pod wrażeniem, jak się zmieniło to miejsce. Odwiedzając je, trudno się w nim nie zakochać, zwłaszcza patrząc na nie, tak jak Kasia, dwa metry wyżej… z końskiego grzbietu.

Strona 5 z 6

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY