Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:22

DOŻYNKI CHŁODNE, ALE BAJECZNIE PIĘKNE

Relacja Magazynu Samorządowego „GMINA” z Dożynek Prezydenckich w Spale

14 września − po dożynkach gminnych, powiatowych i wojewódzkich − rozpoczęły się dożynki centralne: największe w Polsce. Na dwa dni stolicą rolników tradycyjnie stała się Spała.

Gospodarzami dwudniowej uroczystości była para prezydencka, Bronisław i Anna Komorowscy. Nawet deszcz nie popsuł zabawy na świeżym powietrzu – a prezydent, witając gości, zauważył, że dożynki przy takiej pogodzie warto połączyć z wyprawą do lasu i… grzybobraniem.

W dożynkach brał udział również minister rolnictwa i rozwoju wsi Stanisław Kalemba, sekretarz stanu i zastępca szefa kancelarii prezydenta RP Dariusz Młotkiewicz, marszałek województwa łódzkiego Witold Stępień, starosta powiatu tomaszowskiego Piotr Kagankiewicz, wójt gminy Inowłódz Zenon Chojnacki oraz przewodniczący Konwentu Marszałków Województw RP w II półroczu 2013 r., marszałek województwa kujawsko-pomorskiego Piotr Całbecki.

Zgodnie z tradycją, gospodarzom dożynek towarzyszą starostowie i ich asystenci. W tym roku starościną była Zofia Kozłowska z Januszkowa koło Żnina (w woj. kujawsko-pomorskim) – właścicielka 93-hektarowego gospodarstwa, dzierżawiąca 31 ha, animatorka życia kulturalnego na wsi, angażująca się w promocję obszarów wiejskich. W 2003 r. zdobyła tytuł rolnika roku Pomorza i Kujaw. Funkcję starosty pełnił Krzysztof Kalenik z Nowego Dworu (woj. podlaskie) właściciel gospodarstwa rolnego o pow. 300 ha, specjalizującego się w produkcji zbóż, które prowadzi wraz z rodziną. Starostom asystowali Anna Sołtyszewska z Gosławic (woj. łódzkie), razem z mężem prowadząca hodowlę zarodowej trzody chlewnej w gospodarstwie o powierzchni 62,7 ha, i Michał Matuszczyk z Modliszewic w powiecie koneckim – największy producent mleka w województwie świętokrzyskim.

W sobotę, obchody święta Plonów zainaugurowało Forum Debaty Publicznej nt. „Kobiety wiejskiej we współczesnym świecie”, w której uczestniczyła Pierwsza Dama.

Rywalizacja na kuchnię i rzemiosło

W istniejącym przez dwa dni Mieście Regionów, na stadionie Centralnego Ośrodka Sportu, szesnaście województw przygotowało swoje stoiska, na których prezentowały swoje walory: miejsca warte odwiedzenia, ale przede wszystkim żywność i produkty rolne. Każde województwo chce w ten sposób przyciągnąć zwiedzających i zarobić na dobrą opinię.

Dziewczyny ze Śląska urobiły się po łokcie, klejąc setki pierogów i kusiły nimi… żonę prezydenta. Wśród przysmaków królowały także wędzone ryby, karkówka, wędliny i kiełbasy z małopolskich Podstolic, a także wyroby mleczarskie i pieczywo z Głuchowa w Lubelskiem, ogórki kiszone, smalec, wina z Winnicy Rodziny Steckich z Jarosławia na Podkarpaciu i miody z… Pszczelej Woli spod Lublina. Trzeba przyznać, że było przede wszystkim obficie.

Dużą popularnością wśród gości dożynek cieszyła się Aleja Twórców Ludowych, gdzie na przystrojonych stoiskach województwa chwaliły się produktami sztuki ludowej − rzemiosłem i rękodziełem artystycznym. Już przy wejściu na stadion COS stał kowal prezentujący dawną sztukę rzemieślniczą. Na jednym ze stoisk można było podziwiać ręcznie zdobioną porcelanę z Opola – prace Leokadii Świderskiej-Trebel. Dużym wzięciem cieszyły się malowane i rzeźbione anioły, stroje ludowe – w tym pszczyński z okolic Bierunia z przełomu XIX/XX w. – a także ręcznie malowane obrusy. Były też rzeźby, obrazy, papierowe ozdoby, wyroby wikliniarskie z Rudnika nad Sanem i wyroby garncarskie z Węgorzewa.

Barwny korowód, a w nim bryczki i ułani

Drugi dzień uroczystości poprzedziła msza święta w Kaplicy Polowej AK celebrowana przez biskupa łowickiego Andrzeja F. Dziubę.

– Spraw Panie, aby nikomu w tym roku nie zabrakło pożywienia – mówił biskup podczas mszy. − Wspomagaj swoją łaską wszystkich pracujących na roli i ich wspomagających. Naucz nas dzielić się Twoimi darami z każdym, kto znajdzie się w niedostatku. Pozwól nam tak korzystać z dóbr tej ziemi, abyśmy zasłużyli na uczestnictwo w wiecznej radości w Twoim domu – modlił się.

Po mszy atrakcją był kolorowy, rozbawiony korowód. Maszerowali w nim uczestnicy dożynek, ubrani przeważnie w regionalne stroje ludowe, a zewsząd dobiegały dźwięki muzyki ludowej. Na przedzie stanęli, zgodnie z tradycją, ułani na koniach, przystrojeni w historyczne mundury. Para prezydencka i zaproszeni goście, w tym minister rolnictwa Stanisław Kalemba, dotarli bryczkami na stadion COS. Tu miała miejsce główna część uroczystości.

Wieńce jak ze złota

Najważniejszy symbol tego święta to chleb, jaki składa się na ręce gospodarzy dożynek, symbolizujący pracę. – Chciałbym, aby w Polsce był dzielony sprawiedliwie i jak najobficiej – mówił prezydent Komorowski, przyjmując od starostów bochen chleba z tegorocznych zbóż. – Aby był świadectwem efektów pracy polskiego rolnika.

− Chleba musiał spróbować każdy na dożynkach, tak jak opłatka podczas Wigilii – wyjaśnia nam etnograf, dr Jan Łuczkowski. Ale dożynki to także piękne wieńce − symbol dostatku i pomyślności. − Zwyczaj wybierania najpiękniejszego wieńca nie ma długiej tradycji. Zapoczątkowany został w 2001 r. – mówi Łuczkowski. – Wieńce są bardzo precyzyjnie oceniane. Pod uwagę brany jest rodzaj splotu. Muszą być w nim wszystkie zboża, warzywa, owoce. Często pojawiają się elementy religijne.

Zdarzają się wieńce naprawdę szczególne, jak czterometrowy z Czerniejowa (w gminie Kamień w województwie lubelskim), zwycięzca z 2007 r. W tym roku spośród wieńców zaprezentowanych przez wszystkie województwa za najpiękniejszy uznano dzieło z Garbowa w województwie lubelskim, wykonane przez tamtejsze Koło Gospodyń Wiejskich. Wieniec przekazano prezydentowi. – Sam splot trwał trzy tygodnie – mówiła jedna z gospodyń. – Wity był ze zbóż, słomy i ziół: lnu i czarnuchy.

Dożynki miały też wymiar magiczny. Wierzono, że w ostatnim snopku kryje się duch zboża, dlatego należy go godnie przyjąć. Z kolei polewanie snopka ożywczą wodą miało zapewnić obfitość na kolejny rok.

W części artystycznej te dwa obrzędy zaprezentował Zespół Pieśni i Tańca „Łany” z Poznania. Twórcą istniejących od 1974 r. „Łanów” był prof. dr hab. Jerzy Zwoliński, ówczesny rektor Akademii Rolniczej. Obecnie „Łany” to ponad stuosobowa grupa oraz kapela studentów i absolwentów poznańskiej Akademii Muzycznej. Od niemal czterech dekad zespół koncertuje na największych festiwalach muzyki ludowej w Europie, Afryce, Azji i Ameryce Południowej.

Polska wieś nie jest rajem

– Polska wieś nie jest rajem na ziemi – mówił prezydent Komorowski. − Ma wiele kłopotów, wiele problemów. Ale jest takim miejscem, w którym widać, że ciężka praca przynosi efekty, jest pracą owocną. I to powinno dla nas stanowić zachętę na przyszłość – dodawał.

– Chcę podziękować wszystkim, którzy pilnują pięknej narodowej tradycji, która ma swoje szczególne zakorzenienie na wsi polskiej – podkreślał prezydent. – Chcę serdecznie podziękować także rodzinom wiejskim: kobietom, rolnikom, dzieciom, młodzieży, za to, że stara się wykorzystać najlepiej jak można nowe szanse w postaci edukacji, dążenia do lepszego wykształcenia. Często z myślą o przeniesieniu tej wiedzy i zdobytego wykształcenia do siebie, do domu, na wieś polską. Aby czynić ją jeszcze lepszą, jeszcze mądrzejszą, jeszcze bardziej atrakcyjną.

Prezydent mówił również o korzystnych zmianach w rolnictwie, jakie zaszły po zmianach ustrojowych, których 25-lecie będzie obchodzone w przyszłym roku, i przyłączeniu Polski do UE. − Podsumujmy skutki mądrej decyzji narodu i jego przywódców o członkostwie w Unii Europejskiej. Warto pamiętać, że to nie tylko dopłaty do hektarów. Warto pamiętać, że sprzedajemy na rynkach zagranicznych niemalże wszystkie produkty wiejskie. W 2012 r. eksport żywności osiągnął pułap 17,7 mld euro, a w tym roku, wszystko na to wskazuje, sprzedamy produkty za 19 mld euro. Warto pamiętać, że będzie to czterokrotnie więcej niż w 2004 r.

Prezydent podkreślił też, że dziś polski rolnik zbiera 44 kwintale zboża z hektara, prawie dwukrotnie więcej niż w latach 80.

− Pamiętam tę miejscowość (Garbów – dop. aut.). Jechaliśmy tam często z żoną maluchem pełnym małych dzieci i wiadomo było, że to jest jedyna miejscowość, gdzie można kupić cukier nie na kartki. I zawsze z tego korzystaliśmy. Dzisiaj ten wieniec, tak wspaniały, świadczy o postępie całej wsi polskiej i warto pamiętać, że wtedy – w 1980 r. – w skali Polski rolnicy zbierali zaledwie 26 kwintali pszenicy z hektara – zaznaczył Bronisław Komorowski.

Po niedzielnych obchodach goście dożynek uczestniczyli w gościńcu – kiermaszu tradycyjnej polskiej żywności.

Perła turystyczna Polski

W tym miejscu kilka słów należy się miejscowości, która tradycyjnie jest sceną dożynkowego spektaklu. Spała leży w południowo-wschodniej części powiatu tomaszowskiego, w gminie Inowłódz, nad rzeką Pilicą.

W latach 1886-1914 mieściła się tu oficjalna rezydencja Aleksandra III i Mikołaja II. Już po I wojnie światowej Spała stała się letnią rezydencją prezydentów. W latach 1923-26 przyjeżdżał tu Stanisław Wojciechowski. Za Ignacego Mościckiego miasto zyskało rangę „drugiego Belwederu”. Prezydent gościł w Spale regularnie co tydzień – na dwa, trzy dni. Często bywał tu Józef Piłsudski.

Dziś Spała ma rangę Centralnego Ośrodka Sportu – jednego z czterech w Polsce. Odbywa się tu Jarmark Antyków i Rękodzieła, który znany jest wśród miłośników staroci z odległych zakątków Polski.

Tradycja dożynek w Spale ma już 86 lat!

Dożynkom towarzyszyły tradycyjnie zawody lekkoatletyczne, gry sportowe, pokazy gimnastyczne, konkursy strzeleckie oraz sztafety kolarskie. Tak było już przed wojną. W 1928 r. wybudowano w tym celu w Spale stadion sportowy z bieżnią o 460 m długości i trybunami na 10 tysięcy widzów, jak również halę o powierzchni 4 tys. m kw.

Pierwsze dożynki odbyły się 27 sierpnia 1927 r. Ich inicjatorem był prezydent Ignacy Mościcki. Uczestniczyło w nich dziesięć tysięcy gości. Już rok później do Spały przybyło 30 tysięcy osób, a według niektórych źródeł – nawet 38 tysięcy ludzi. Z samej Warszawy dotarło dwadzieścia osiem pociągów, nie licząc autokarów. Organizatorem przedwojennych dożynek był Centralny Związek Kółek Rolniczych, a także wiejskie organizacje młodzieżowe i Związek Teatrów Ludowych.

Pewnym odstępstwem był rok 1929, kiedy to dożynki przeniesiono do pobliskiej wsi Smardzewice. W 1933 r. scenografię przygotowała znana malarka młodopolska Zofia Stryjeńska. Wówczas w dożynkach brało udział 25 tysięcy uczestników z różnych stron Polski.

Po raz ostatni przed wybuchem wojny dożynki odbyły się w 1938 r. Reaktywował je w 2000 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski. Obecny prezydent wraz z małżonką uczestniczyli w święcie Plonów, w roli gospodarzy, już po raz czwarty. Według wójta gminy Inowłódz Zenona Chojnackiego w tym roku Spała ściągnęła na dożynki około siedmiu tysięcy gości z całej Polski. Jego zdaniem, trudno jednak ocenić, ile gmina zyskała finansowo na tym wydarzeniu, mimo że przygotowania trwały… pół roku.

Rozmowa z Andrzejem Lemanowiczem − burmistrzem Tolkmicka, miasta i gminy położonych nad Zalewem Wiślanym, w powiecie elbląskim, w województwie warmińsko-mazurskim

Tolkmicko i jego okolice kojarzone są przede wszystkim z wyjątkowo atrakcyjnym położeniem – nad Zalewem Wiślanym. Jakie walory ma jeszcze ten zakątek kraju?

Gmina jest obszarem wyjątkowo cennym przyrodniczo i z tego względu znaczna jej część objęta jest ochroną prawną – jako Park Krajobrazowy „Wysoczyzna Elbląska”. Poza tym mamy tu rezerwaty przyrody, a wśród nich „Kadyński Las”, „Buki Wysoczyzny Elbląskiej”, „Pióropusznikowy Jar” i „Doliny Stradanki” oraz obszary należące do sieci Natura 2000. Dumą naszej gminy jest „Dąb Bażyńskiego” w Kadynach. Wiekowo − drugi po „Bartku” w Polsce, natomiast u podstawy ma największą średnicę. Już przed wojną wnętrze dębu było puste, więc przed deszczem chronili się w nim pracownicy leśni. Największym jednak atutem, który ściąga do Tolkmicka rzesze turystów jest właśnie dostęp do Zalewu Wiślanego, którego wody uważane są za wody morskie. Zalew jest też dość specyficzny ze względu na głębokość. Średnio sięga ona zaledwie 2,7 m. To idealne miejsce do uprawiania sportów wodnych. Nad zalewem są też liczne piaszczyste plaże – dzikie bądź zagospodarowane. Ciekawostką jest też głaz narzutowy w zalewie, nazywany świętym kamieniem, liczący w obwodzie czternaście metrów.

Z jednej strony to miejsce o niepowtarzalnym krajobrazie i cennej przyrodzie, z drugiej – pełne unikatowych zabytków. W Kadynach znajdują się zabudowania pałacowe należące do cesarza Wilhelma II. Tu mieściła się jego letnia rezydencja. Z polecenia monarchy przebudowano również całą miejscowość, a pracę powierzono najlepszym ówczesnym architektom europejskim. Do dziś zachował się dawny, wiejski układ ulic – tzw. ruralistyczny – i architektura budynków. Cała wieś objęta jest nadzorem konserwatorskim. W Tolkmicku stoi przepiękny, zabytkowy kościół pw. św. Jakuba z XIV w., a w Łęczu i Pagórkach zachowały się ciągi domów podcieniowych z przełomu XVIII i XIX w.

Te zabytki, przyroda, cisza i zróżnicowane krajobrazy, od morskich po mające charakter górski, sprawiają, że Tolkmicko jest chętnie odwiedzane przez turystów.

Czy planowane są jakieś działania, które zwiększą atrakcyjność gminy dla turystów?

Tolkmicko znane jest z kilku cyklicznych imprez, których nie trzeba specjalnie polecać. To wszelkiego rodzaju regaty przeprowadzane na wodach Zalewu Wiślanego, w tym te o Puchar Polski Jachtów Kabinowych, rozgrywane na przełomie lipca i sierpnia. Wiosną, w Kadynach, odbywa się majówka cesarska nawiązująca do czasów Wilhelma II. Najważniejszym punktem programu jest wówczas parada, podczas której, zgodnie z tradycją, para cesarska przejeżdża przez wieś zaprzęgiem konnym. Z kolei we wrześniu, na Zalewie, na wysokości Suchacza, odbywa się inscenizacja bitwy morskiej z 1463 r. między flotą krzyżacką a flotą gdańsko-elbląską. Była to jedyna wojna z udziałem kaprów, czyli wojsk zaciężnych. Jesienią mieszkańcy wsi znów przebierają się w dawne stroje, by odtworzyć tę bitwę. W tym roku Suchacz obchodził 550. rocznicę tego wydarzenia.

Jakie propozycje miał Pan dla mieszkańców, kandydując na burmistrza?

Przede wszystkim zaproponowałem nową jakość zarządzania miastem i gminą, bardziej przejrzystą dla mieszkańców. Większą część programu już udało mi się zrealizować, ale było to możliwe dzięki dobrej współpracy z radą miejskąoraz mieszkańcami.Takim przykładem wspólnego działania jest to, że w czasie mojego sprawowania urzędu powstało kilka nowych stowarzyszeń aktywizujących ludzi.

Staram się też być dostępny dla mieszkańców. Jeśli ktoś ma jakąś pilną sprawę, niekoniecznie musi czekać na umówienie terminu spotkania. Jeśli jestem na miejscu, próbuję tę sprawę załatwić od ręki. Zwróciłem też uwagę na możliwość szybkiego i skutecznego pozyskiwania funduszy unijnych na inwestowanie i zadbałem o te środki. Jednak przede wszystkim chcę promować turystykę, bo tu tkwi duży potencjał.

Co zmieniło się w mieście i gminie przez siedem lat, od kiedy jest pan burmistrzem?

W 2007 r. udało się stworzyć wioski tematyczne, z czego znana jest nasza gmina. To nie tylko integruje mieszkańców, ale również promuje gminę. Pogrodzie nazwaliśmy wioską dzieci. W latach 70. w tej miejscowości była jedyna porodówka w gminie i w tamtym czasie większość jej mieszkańców przychodziła na świat w Pogrodziu. Oprócz tego we wsi jest zatrzęsienie bocianich gniazd. Stąd też wzięło się takie skojarzenie – i we wszystkich materiałach promocyjnych Pogrodzia widnieje bocian. Z kolei Kadyny, o czym już mówiłem, to wieś cesarska, ze względu na jej związek z Wilhelmem II, a Suchacz, w nawiązaniu do bitwy morskiej, jest wsią kaperską.

Z ważniejszych rzeczy udało się również powołać Klub Żeglarski, w którym młodzież uczy się pływać na żaglówkach. To też było takie mojemarzenie. Gmina zakupiła siedem kadetów i opłaca trenera. I muszę przyznać, że zainteresowanie jest bardzo duże. Na stałe w klubie trenuje około 25 młodych ludzi. W wakacje zorganizowano obóz żeglarski, by młodzież mogła ten czas spędzać na wodzie.

Może się pan pochwalić dużymi inwestycjami?

Dobiega właśnie końca wodociągowanie i kanalizowanie całej gminy. Oceniam, że gdy skończy się moja kadencja, prace te będą wykonane w 95 procentach. W Tolkmicku zostanie wymieniona główna magistrala starej sieci wodociągowej, a także została wyremontowana stacja uzdatniania wody. Zbudowaliśmy także nowy budynek sanitarno-biurowy i garażowo-magazynowy na potrzeby miejscowego zakładu wodociągowo-kanalizacyjnego.

W ramach projektu „Pętla Żuławska – rozwój turystyki wodnej”, który zakłada rozwój i budowę przystani wokół nabrzeża Zalewu Wiślanego i rzeki Nogat, przy drodze wodnej E 70, wybudowaliśmy w porcie w Tolkmicku marinę jachtową oraz budynek socjalno-sanitarny dla żeglarzy, a także zagospodarowaliśmy teren w porcie. Program był wdrażany na terenie dwóch województw – warmińsko-mazurskiego i pomorskiego, i przez nie finansowany. Wyremontowaliśmy placówki oświatowe w gminie, dom kultury i bibliotekę w mieście Tolkmicku, a także budujemy trzy świetlice wiejskie. Udało się też wyremontować niektóre główne drogi powiatowe, dzięki współpracy i partycypacji w kosztach Starostwa Elbląskiego. Częściowo wybudowaliśmy nowe i poprawiliśmy stan istniejących ulic w mieście. Zaplanowaliśmy w budżecie gminy przebudowę dróg wiejskich tzw. „burmistrzówek” i realizujemy go systematycznie od dwóch lat.

Czy planowane są jakieś prace związane z przeobrażeniem gminy?

Jesteśmy na etapie zmiany studium, a także opracowania planów zagospodarowania przestrzennego dla miasta Tolkmicka i jednostek wiejskich Kamionka Wielkiego i Łęcza. W roku ubiegłym sporządziliśmy i uchwaliliśmy plan zagospodarowania dla Kadyn. W tej chwili trwa budowa nowego ratusza, która zostanie ukończona we wrześniu przyszłego roku. Obiekt będzie nie tylko siedzibą urzędu, ale będą w nim również sale wystawowe i muzealne oraz wieża widokowa, udostępnione do zwiedzania.

Przed wojną ratusz znajdował się w Tolkmicku przy Rynku. Chodziło więc właśnie o przywrócenie historycznego wyglądu centrum. Całość inwestycji wyniesie 7,8 mln złotych, z czego ponad połowa zostanie sfinansowana ze środków unijnych. Poza tym odnawiany jest Rynek i główne ulice: Szkolna, Elbląska i Kościelna. Nawierzchnia ulic zostanie wyłożona kostką kamienną, którą były wybrukowane przed wojną, a którą częściowo udało się odzyskać. Oprócz tego w realizacji jest budowa targowiska miejskiego z miejscami parkingowymi. I, jak wspomniałem wcześniej, budowa trzech świetlic wiejskich wraz z zapleczem sportowym we wsiach Kadyny, Suchacz i Pagórki.

Realizujemy odnowę wsi Pogrodzie i Kamionek Wielki. W Kamionku Wielkim poddaliśmy przebudowie świetlicę wiejską, a także plac przy tym obiekcie. Z kolei w Pogrodziu tworzymy miejsce rekreacyjne dla mieszkańców, gdzie będą mogli spacerować i wypoczywać. Idealnie nadaje się do tego zagospodarowany plac za świetlicą wiejską oraz teren nad stawem z pomostem.

Inwestycje, które pan wymienił, są bliskie ukończenia. Czy coś jeszcze zmieni się w mieście i gminie w tej kadencji?

W Suchaczu i Kadynach świetlice zostaną oddane do użytku w przyszłym roku, zaś w Pagórkach jeszcze przed końcem tego roku. Myślimy też o modernizacji wschodniego terenu lądowego portu w Tolkmicku, a także budowie obiektów hangarowych dla żeglarzy. Taką atrakcją będą w nim akwaria z rybami żyjącymi w Zalewie Wiślanym.

Chcemy też przywrócić funkcjonujące kiedyś połączenie statkiem przez Zalew między Tolkmickiem a Krynicą Morską. Przez Zalew odległość między tymi miejscowościami wynosi osiem kilometrów. Ta droga jest ważna dla rozwoju turystyki. Dzięki niej turyści będą mogli mieszkać w tańszych kwaterach w Tolkmicku, a spędzać czas nad morzem, w Krynicy Morskiej. Taka przeprawa zwiększyłaby standard podróżowania. W okresie letnim, kiedy jest duże natężenie ruchu, podróż wydłuża się nawet o dwie, trzy godziny, bo tyle trzeba stać w korkach. Inna sprawa to funkcjonowanie promu na Zalewie Wiślanym. W dalszych planach jest wyznaczenie nowego szlaku komunikacyjnego dla promu między Tolkmickiem a Krynicą Morską. Stworzyłoby to możliwość przewożenia nie tylko ludzi, ale także samochodów i towarów. Ale na razie jest to w sferze planów.

W Tolkmicku sporo inwestycji i prac nastawionych jest na przyciągnięcie turystów, którzy zostawiają pieniądze. Co jeszcze jest źródłem dochodu dla mieszkańców?

Główne źródła dochodu mieszkańców stanowi praca w gospodarstwach rolnych, praca w rybołówstwie, usługach, praca zarobkowa w miejscowym zakładzie przemysłowym produkującym mrożonki „Masfrost”. Coraz większą popularnością cieszy się baza hotelowa i gastronomiczna oraz powstawanie nowych pensjonatów i udostępnianie kwater turystom, gdzie mieszkańcy znajdują zatrudnienie. Część mieszkańców Tolkmicka, zarówno miasta, jak i gminy, znalazła zatrudnienie w Elblągu (jest położony w odległości 25 km). Bezrobocie sięga 14,2 proc. Przyszłościowo myślimy o pakiecie, który ściągnie inwestorów do gminy – jednak to wymaga w pierwszej kolejności zakończenia remontu głównej drogi wojewódzkiej i jednocześnie dojazdowej do Tolkmicka.

Z jakimi problemami Tolkmicko musi uporać się w najbliższym czasie?

Głównie związanymi z edukacją. Mamy niż demograficzny, ale to nie jest specyfika tylko naszej gminy. W związku z tym najcięższe jest utrzymanie szkół, natomiast szukamy innych rozwiązań niż ich zamykanie. Mamy też za mało lokali socjalnych. Sporą część budżetu pochłaniają koszty pomocy socjalnej, a to związane jest z bezrobociem. Szansą dla miasta i gminy okazał się zaległy podatek od gruntów zajętych pod wodami, tzw. podatek od dna morskiego, do płacenia którego zobligowany był Urząd Morski. Tolkmicko odzyskało z tego tytułu około 30 mln zł i odsetki, które wynikały z rozłożenia tej kwoty na raty.

Jak wygląda współpraca krajowa i międzynarodowa Tolkmicka?

W kraju ściśle współpracujemy z wojewodą warmińsko-mazurskim i samorządami: wojewódzkim, powiatowym oraz gmin ościennych – przy realizacji zadań publicznych, głównie inwestycyjnych. Przynależymy do kilku związków gminnych, działających w ramach stowarzyszeń: Stowarzyszenia Euroregion, Lokalnej Grupy Działania „Wysoczyzna Elbląska”, Lokalnej Grupy Rybackiej, Lokalnej Organizacji Turystycznej, dzięki którym realizujemy wspólne cele i zadania.

Ponadto współpracujemy np. z gminą Kamienskoje w Rosji. Najważniejszym miastem partnerskim jest jednak niemieckie Heringsdorf, a połączyła nas postać cesarza Wilhelma II. W tej niemieckiej gminie monarcha również miał swoją posiadłość, i tam również odpoczywał. Ta współpraca ma głównie charakter kulturalny. Majówki cesarskie w Kadynach organizowane są właśnie na bazie tej współpracy.

Podczas dożynek prezydenckich w Spale wystąpił pan w historycznym stroju…

Gmina bierze udział w ogólnopolskich dożynkach prezydenckich w Spale już po raz trzeci. Zaczęło się w 2010 r.: wówczas nasz wieniec reprezentował województwo warmińsko-mazurskie. Można powiedzieć, że był jedyny w swoim rodzaju, bo miał kształt żaglówki, która symbolizowała jeziora i Zalew Wiślany. W 2012 r. Gminę Tolkmicko w Spale reprezentował Suchacz, czyli wieś kaperska, a w tym roku Kadyny – czyli wieś cesarska. Dlatego na dożynkach wystąpiłem w mundurze Wilhelma II, podobnie jak na majówkach cesarskich i w Heringsdorfie na Kaisertage – dniach cesarskich.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:44

ARCHITEKT Z GŁOWĄ DO… KAPELUSZY

Ma zmysł do mody, jej ubrania, dodatki – a zwłaszcza kapelusze – zawsze budziły podziw. Po maturze chciała iść do łódzkiej „odzieżówki”, ale rodzice przekonali ją, że ubrań do garnka raczej nie da się włożyć. W 1957 roku ukończyła więc Wydział Architektury na Politechnice Gdańskiej, a już na emeryturze zamieniła cyrkiel i ekierkę na pędzel.

Architekt i znana wałecka malarka, Irena Żychowska, urodziła się w Drużkopolu na Wołyniu. Bliscy do dziś wołają na nią Inka, bo w rodzinie, w trzech pokoleniach, były już trzy Ireny.

Rodzina

Matka – Irena z domu Raszyńska, i ojciec – Marian – Maruszniakowie ukończyli Uniwersytet Lwowski. Rodzice byli nauczycielami matematyki i dużo od niej wymagali.

Rodzina ze strony mamy pochodziła spod Warszawy. Babcia – Irena Raszyńska – była modystką w Przasnyszu. Dzięki niej przetrwało wiele rodzinnych historii, bo wszystkie zapisywała w pamiętniku. Dziadek Jan Raszyński, felczer, walczył na wojnie japońsko-rosyjskiej. Wracając z frontu, poznał właściciela fabryki dykty pod Klewaniem i postanowił tam zostać, sprowadzając rodzinę na Wschód.

Ojciec – profesor matematyki, pochodzący spod Lwowa, wybrał pracę na wołyńskiej wsi. Tam budował szkołę. Ukończono ją w 1939 roku, ale już dwa lata wcześniej uczyły się w niej dzieci. Jako rezerwista piechoty, 19 sierpnia 1939 r., na własne imieniny, dostał powołanie do wojska we Włodzimierzu. – Miałam przygotowaną laurkę, ale nawet nie zdążyłam mu jej wręczyć – wspomina po latach Inka. − Przez pierwszy rok wojny nie miałyśmy z matką od niego żadnych wieści.

Pod Bydgoszczą dostał się do niewoli i resztę wojny spędził w obozie jenieckim w Woldenbergu, Oflagu II C, w dzisiejszym Dobiegniewie. Z tego obozu Inka Żychowska do dziś przechowuje książeczkę z rysunkami, przedstawiającymi, jak jeńcy próbowali prowadzić w miarę możliwości normalne życie w warunkach obozowych. Był tam nawet kabaret. Później ojciec Inki wspominał, że siedział w obozie z ludźmi, których nigdy nie spotkałby na wolności. Wśród nich był choćby znany aktor, wykładowca w PWST w Warszawie Kazimierz Rudzki.

Wojenna wędrówka

W 1942 roku na Wołyniu zaczęła się bieda. Ludzie cierpieli głód, a Inka mimo to przygarniała wszystkie zwierzęta. To prawdopodobnie uratowało jej życie. Kiedyś, zimą, wybrała się z matką do szkoły. Idąc z miasta na wieś, musiały pokonać dziesięć kilometrów. Była ładna pogoda, więc poszły na skróty przez las. Kiedy zbliżały się do głównej drogi, nadjechała furmanka z Niemcami. Zaczęły uciekać, ale spuszczono za nimi wilczura. Kiedy je dogonił, przestał szczekać, a nawet zaczął się łasić i lizać jej ręce. Widocznie musiała „pachnieć” zwierzętami. Niemcy strasznie wrzeszczeli, ale po wylegitymowaniu puścili je wolno.

Życie na Wołyniu stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Ludzie zaczęli masowo uciekać. Był styczeń 1944 r. Wtedy mieszkały jeszcze w Kamionce Strumiłowej. Nie pamięta, jak dostały się z matką i babcią do pociągu, z dobytkiem zapakowanym do walizeczek. Z Wołynia przedostały się na Lubelszczyznę, ale w pierwszych dniach błąkały się od miasta do miasta. W końcu znalazły miejsce w Radecznicy za Szczebrzeszynem i Biłgorajem, w klasztorze u ojców Bernardynów. Do Radecznicy, 12 kilometrów, wiózł je saniami chłop ze Szczebrzeszyna. W czasie wojny był to ośrodek tajnych spotkań żołnierzy AK.

Ojciec, po wyjściu z Woldenberga w 1945 r., zatrzymał się w Chodzieży (dzisiaj województwo wielkopolskie) i pisał listy, żeby odszukać rodzinę. Znalazła się jeszcze w tym roku. − Matce pensja była płacona albo i nie, więc żeby zarobić na podróż, wystawiła w szkole „Krakowiaków i górali” – opowiada Inka.

Tą drogą rodzina po wojnie znalazła się w Chodzieży.

Lata powojenne

Dwunastoletnia wówczas Irena była drobniutkim podlotkiem, ale z niespożytą energią, co powodowało, że mimo woli pakowała się w nieprawdopodobne historie. Tu przeprowadziła pierwszy eksperyment malarski. Ojciec jej przyjaciółki Basi był współwłaścicielem znanej przed wojną, a istniejącej do dziś fabryki porcelany. Przed uwłaszczeniem zakładu ukrył złotą farbę, którą wykańczało się porcelanę, w kance. Farba była droga, z racji na domieszkę złota. Na jej dostawę podpisywano zagraniczne kontrakty.

Inka i Basia znalazły kankę gdzieś w szopie i wpadły na pomysł, by tą farbą pomalować mamom płoty na Dzień Matki. – Było to w czasach, kiedy jeszcze nie było zakazu na kary cielesne, a mama specjalnie poczucia humoru nie miała, więc skończyło się setnym laniem – wspomina Irena Żychowska. − A dla ojca Basi dużymi nieprzyjemnościami.

Skandalistka

Kiedy w latach 50. rozpoczynała studia na Politechnice Gdańskiej, postanowiła zostać urbanistką, a nie architektem od budynków. – W normalnym budownictwie nie można się było zrealizować, wszyscy byli biedni, więc budowano najprościej i tanio – tak uzasadnia swój wybór. – Dominowała wielka płyta, a obowiązujące normy narzucały, by budynek dłuższy o dwadzieścia centymetrów skrócić ze względu na koszt. Duże pole do popisu dawało projektowanie kościołów – dodaje.

W czasach gdańskich poznała pisarkę Joannę Chmielewską, która również studiowała architekturę. Ma wszystkie jej książki, ale najbardziej lubi „Lesia”, bo opisana w niej pracownia projektowa przypomina jej klimat miejsc, w jakich sama pracowała. Na studiach poznała też Jacka Fedorowicza, Edmunda Fettinga, Bogumiła Kobielę, Zbyszka Cybulskiego, Czesława Niemena, wówczas jeszcze – Wydrzyckiego.

W 1954 r. wystąpiła epizodycznie w teatrzyku Bim-Bom, w spektaklu w reżyserii Jerzego Gruzy, którego tytułu nie pamięta. Grała… posąg stojący w jesiennym lesie. – Był to pierwszy spektakl, kameralny, tylko dla gdańskich studentów – wspomina Irena Żychowska. – O przedstawieniu napisał „Wieczór Wybrzeża” i nie wiem, jakim cudem gazeta dotarła do Chodzieży, a koło nauczycielskie zwróciło się do ojca z pretensjami, że pojawiłam się… nago.

„Przystanek”

Skończyła studia, rozstała z pierwszym mężem i mogła jechać do Lidzbarka Warmińskiego, choć ten wydawał się końcem świata. Przyjechała do Piły, gdzie mieszkali jej rodzice.

− Ojciec dostał w szkole wilczy bilet. Zarzucono mu, że źle wpływał politycznie na młodzież – przytacza kolejną rodzinną historię pani Irena. − W tamtych czasach każda lekcja miała rozpoczynać się od wychwalania ówczesnego systemu. Ojciec nie wiedział, jak przejść od takiego wstępu do matematyki, więc wchodził do klasy, rzucał: „Niech żyje Stalin” i z dziwną miną rozpoczynał lekcję. Starsza młodzież założyła grupę opozycyjną, która się zbierała w Trzciance. Jeden z uczniów powiedział o tym mojemu ojcu, a inny chłopak doniósł, że on o tej grupie wie – i został usunięty ze szkoły na podstawie donosu.

Kiedy w 1959 r. powstał w Pile szpital powiatowy, Marian Maruszniak zakładał laboratorium. Było to możliwe, bo w Woldenbergu był prawie uniwersytet, na którym skończył chemię i fizykę.

W Pile poznała też drugiego męża. – W szpitalu pracowało pięciu lekarzy, czterech się we mnie kochało, a jeden nie i postanowiłam, że… tak nie będzie – wspomina Inka spotkanie z przyszłym mężem. − Kiedy się przedstawił, myślałam, że nazywa się Ryszard Orzechowski, a był Żychowski – wspomina. Poznali się w 1958 roku. W Wałczu na młodego lekarza czekała praca – ale z kolei nie było posady dla architekta. Na miejsce czekała do czasu, kiedy w mieście powstało Wałeckie Przedsiębiorstwo Budowlane.

W Pile Irena Żychowska była pierwszą szefową Powiatowej Pracowni Urbanistycznej. Miasto, wówczas w powiecie trzcianeckim, było zrujnowane, z dala od dużych ośrodków. Nie było też z nimi dobrze skomunikowane. Dyplom, który Irena Żychowska obroniła 13 marca 1957 roku – „Piła jako miasto wojewódzkie” – o czym na owe czasy nie było mowy, nie odbiegał od planów, które zrealizowano w 1975 roku.

Zawsze myślała, że wróci do Gdańska, a mieszka w Wałczu już pięćdziesiąt lat i „nawet bardzo lubi to miasto”.

Kiedyś z Dobrochną Szymańską, byłą dyrektor Muzeum Ziemi Wałeckiej, próbowała uratować jeden z ładniejszych budynków w mieście, taki naprzeciwko poczty, ale się nie udało – na jego miejscu powstał nowy obiekt. Przy wałeckim Rondzie Niepodległości stoi Pieta z 1908 r., wykonana w Monachium. Jest to rzeźba z kamienia ufundowana przez katolików niemieckich przed I wojną światową jako wotum za ocalenie od epidemii zarazy, nękającej okolice Wałcza. Idąc niedawno obok figury, zauważyła, że ktoś pociągnął ją „barankiem”. Narobiła wówczas szumu i przyniosło to taki skutek, że zdarto tynk. Kosztowało to miasto 40 tysięcy złotych, a Pieta wciąż wymaga renowacji i oczyszczenia cokołu.

Wiele lat temu na Piaskach na przesmyku między jeziorami Trzebieszki i Krępskiem Górnym znalazła zaniedbaną pstrągarnię i przerobiła ją na domek letniskowy, który nazwała od imienia męża „Rysiówką”. Jej koleżanka z Warszawy orzekła jednak, że domek musi mieć nazwę od dwóch imion i wymyśliła „Rysinkę”.

Sześćdziesiąt sześć kapeluszy

− Moja mama od maleńkości mi powtarzała, że jesteśmy za biedne na złe gatunki materiału. Najmniej na dziesięć lat muszą starczyć – wspomina Inka. – A ja marzyłam, żeby po roku wyrzucić uszyte z nich ubrania. Ale materiały były za solidne i to się nie chciało niszczyć – wzdycha. Kiedy brakuje materiałów, przenicowuje ubrania, czyli szyje tak, że najpierw nosi je na prawo, a potem pruje i przekłada… na lewo. To sposób jeszcze z lat wojennych.

Czasy studenckie wspomina, jak prawdziwą rewię mody. Z koleżankami kupowała najtańszy materiał, tzw. cajg – czarny lub szary, z białymi, cieniutkimi niteczkami. Koce w akademikach szły na płaszcze zimowe. Nigdy nie nabrała cierpliwości do szycia, ale nie miała wyjścia, więc szyła i to w rękach.

Kiedy nastała moda „na Bardotkę”, czyli obowiązkowa stała się spódnica na halkach, wypatrzyła w sklepie pszczelarskim sztywną siatkę. Nie podwinęła jej, a kiedy wróciła do domu, nogi miała całe we krwi.

Zazwyczaj nosi się sportowo i klasycznie. Pierwsze dżinsy nabyła w 1952 roku i nie ściąga ich do dziś. Uwielbia marynarki, a za idealne dopełnienie stroju uważa kapelusze, których obecnie ma sześćdziesiąt sześć. − Wiem, że ubieram się niestosownie, ale propozycje dla mojego wieku to zazwyczaj coś szerokiego, workowatego, czarnego, szarego. Nie mam wyjścia. Ubieram się… młodzieżowo – kwituje.

Rozmowa z Andrzejem Rymarczykiem, burmistrzem Dusznik-Zdroju w województwie dolnośląskim

ANNA CEBULA: Co zmieniło się w Dusznikach w czasie pana kadencji?

ANDRZEJ RYMARCZYK: Turysta, który widział miasto trzy lata temu, dzisiaj mógłby go nie poznać. Udało się zrealizować w mieście takie projekty jak „Spacerek z Chopinem”, „Centrum Turystyki Aktywnej − Jamrozowa Polana”, „Duszniki piękniejsze od zaraz”, „Zielona Ścieżka Zdrowia” czy „Kulturalny Kurort”. Po liftingu jest rynek, zmienił się teren przy Hali Sportowej, plac Warszawy i obiekt rekreacyjny na Czarnym Stawie. Dworek Chopina ma podświetlenie. Zmodernizowaliśmy kolorową fontannę. Powstał nowy system informacji miejskiej. Mamy opracowaną nową strategię marketingową miasta. Zostało zaprojektowane nowe logo Dusznik-Zdroju. Lista takich zmian jest długa. Kto ma oczy otwarte, nie może ich nie zauważyć.

Zanim znalazł się Pan w ratuszu, miał Pan doświadczenie w pracy w samorządzie?

Odpowiem pytaniem na pytanie. A czy takie doświadczenie pomaga, czy przeszkadza? Doświadczenie jest konieczne, ale czasami potrzebne jest świeże spojrzenie. Według mnie kadencja burmistrza powinna być dłuższa – tak jak na przykład we Francji: sześcioletnia – z możliwością pełnienia tej funkcji tylko przez dwie kadencje. Wiem, ile zdrowia kosztuje praca w samorządzie. To naprawdę nie jest taki lekki kawałek chleba, jak się wydaje, ale w pracy samorządu potrzebna jest jednak kontynuacja. Szczególnie źle to wygląda w gminach, które zmieniają burmistrzów co cztery lata lub w drodze referendum, które zamiast ostatecznego rozwiązania staje się normą i sposobem walki politycznej, a nie przejawem obywatelskiej troski o losy miasta.

Jakie miał pan propozycje dla mieszkańców, startując w wyborach?

Kandydując, doskonale zdawałem sobie sprawę z ograniczonych możliwości finansowych gminy. Miało na to wpływ zadłużenie wynoszące ponad 8 mln złotych, koniec okresu budżetowego Unii Europejskiej, nowelizacja ustawy o finansach nakładająca „kaganiec” na wydatki gminy, to uwarunkowania, które wziąłem pod uwagę konstruując program z komitetem wyborczym. Zaproponowaliśmy mieszkańcom przejrzystą politykę informacyjną poprzez regularne wydawanie biuletynu, w którym niejako rozliczam się z prac, które wykonałem. Podobnie rada miasta i komisje. Kolejną propozycją było stworzenie nowej atrakcyjnej strony internetowej. W sprawach kluczowych dla miasta konsultujemy się z mieszkańcami. Wyszliśmy naprzeciw organizacjom pozarządowym, proponując ściślejszą współpracę. Wiele jest do zrobienia na polu poprawy bezpieczeństwa mieszkańców i komfortu ich życia, o czym nie zapominamy. Ale też staramy się oszczędnie i rozważnie gospodarować finansami gminy. Stawiamy też na promocję miasta i podniesienie jego atrakcyjności turystycznej.

To dość ambitne plany. Co już udało się zrealizować?

Wiele. Realizację mojego programu wyborczego oceniam na około 65 proc. Jak już wcześniej wspomniałem, w ramach projektu „Spacerek z Chopinem” udało się odnowić cztery obiekty − Rynek, plac Warszawy, podświetlić Dworek Chopina, zmodernizować kolorową fontannę i zbudować obiekt rekreacyjny na Czarnym Stawie. Powstało Centrum Turystyki Aktywnej na Jamrozowej Polanie, w ramach którego wybudowano obiekt wielofunkcyjny, poszerzono strzelnicę, zbudowano system sztucznego naśnieżania i oświetlenia, poszerzono trasy narciarstwa biegowego, odbudowano ujęcie wody pitnej na Bystrzycy Dusznickiej, uratowano i zabezpieczono ulicę Orzechową przed osunięciem, wybudowano plac zabaw i zagospodarowano teren przy szkole podstawowej, zbudowano nową ścieżkę pod nazwą „Zielona Ścieżka Zdrowia”, zagospodarowano teren przy Hali Sportowej, wykonano uzbrojenie drogi na Miejskiej Górce, pozwalając rozpocząć inwestycje budownictwa jednorodzinnego, wyremontowano drogę powiatową na odcinku Stalowy Zdrój−Zieleniec (wspólna inwestycja z powiatem kłodzkim), przywrócono Poradnię Psychologiczno-Pedagogiczną. Zadłużenie gminy zredukowano o prawie 2 miliony złotych.

Czego mieszkańcy mogą się jeszcze spodziewać przed upływem tej kadencji?

Dokończenia remontu drogi powiatowej współfinansowanego ze środków gminy na odcinku Stalowy Zdrój-Muzeum Papiernictwa, a tym samym zakończenia remontu głównej drogi miasta. W ciągu dwóch ostatnich lat zainwestowano w tę drogę ponad 13 mln złotych. Wykonania termomodernizacji szkoły podstawowej oraz dokończenia zagospodarowania terenu szkolnego. Chcemy też dokończyć i zmodernizować plac zabaw przy alei Sybiraków, a także zakończyć Plan Zagospodarowania Przestrzennego najpierw dla strefy uzdrowiskowej A, a następnie dla całej gminy.

Duszniki są znanym w Polsce – i nie tylko – ośrodkiem turystyczno-uzdrowiskowym. Co, poza spędzaniem czasu na sportowo i zadbaniem o zdrowie, oferuje miasto?

Co roku, nieprzerwanie od 68 lat, na początku sierpnia odbywa się w Dusznikach-Zdroju najstarszy festiwal pianistyczny na świecie − Międzynarodowy Festiwal Chopinowski. To tu znajduje się jedyny w Europie Środkowej Młyn Papierniczy, w którym do dziś można zaczerpnąć własną kartkę papieru. Będąc tutaj, warto zwiedzić ten obiekt. To u nas znajdują się jedyne w Polsce, sztucznie oświetlone, a w zimie naśnieżane, rolkostrady, na których przez cały rok można uprawiać narciarstwo biegowe i biathlon (w lecie na nartorolkach, w zimie na nartach biegowych). To w Stacji Narciarskiej w Zieleńcu − dzielnicy Dusznik-Zdroju − od listopada do kwietnia można uprawiać narciarstwo zjazdowe, korzystając z 22 wyciągów, w tym 3 kolei linowych.

Ilu turystów i kuracjuszy rocznie odwiedza miasto?

Ilość miejsc noclegowych sięga prawie 5 tysięcy. W samym Zieleńcu jest prawie 1500 miejsc noclegowych. Wykorzystanie tej bazy jest rozmaite i zależy od sezonu.

Jakie ma pan plany związane z tym sektorem? Zwiększenie bazy noclegowej, lokali gastronomicznych, infrastruktury turystycznej?

Nie ma miesiąca, w którym gmina nie wydawałaby nowych decyzji o warunkach zabudowy. Baza noclegowa się rozwija i remontuje. W planach, oczywiście, musimy uwzględniać wszystkie uwarunkowania prawne. 75 proc. gminy to lasy, w planie zagospodarowania przestrzennego musimy uwzględnić i to. Już na etapie studium wydzieliliśmy tereny pod przyszłe inwestycje. Mam nadzieję, że mimo kryzysu przedsiębiorcy nadal będą chcieli inwestować w naszym miasteczku.

Istnieją inne dziedziny, z których słynęłoby miasto?

Wspomniałem o Międzynarodowym Festiwalu Chopinowskim i projekcie o nazwie Kulturalny Kurort. Duszniki-Zdrój to jednak miasto wielu festiwali: oprócz chopinowskiego, organizujemy Festiwal im. Feliksa Mendelsona-Bartholdiego, Festiwal Muzyka Epok, Festiwal Muzyka z Duszą, Festiwal WPA – Wszelkie Przejawy Artyzmu. Tak więc stawiamy na kulturę, a oprócz kultury również na sport. Miasto wychowało trzech olimpijczyków w biathlonie, mamy Szkołę Mistrzostwa Sportowego w Biathlonie, oprócz tego prężnie działający klub wrotkarstwa szybkiego „Orlica” z sukcesami na poziomie europejskim. Chcemy wybudować profesjonalny stadion, na którym będzie można organizować międzynarodowe zawody wrotkarskie.

Co poza tym jest źródłem utrzymania miasta i jego mieszkańców?

W Dusznikach-Zdroju ciągle działa Zakład Elektrotechniki Motoryzacyjnej. Przetrwał trudne czasy kryzysu i w chwili obecnej rysują się przed nim możliwości rozwoju. Produkuje silniki prądu stałego i ciągle poszerza swoją ofertę.

Udało się panu zachęcić przedsiębiorców do inwestowania w Dusznikach? Jaki ratusz ma pakiet proinwestycyjny?

Powierzchnię gminy w 75 proc. pokrywają lasy, więc grunt przeznaczony na powstawanie nowych przedsiębiorstw jest ograniczony. W mieście nadal nie ma całościowego planu zagospodarowania przestrzennego. Mamy nadzieję, że uda się go w tym roku ukończyć. Zatwierdzone jest już studium uwarunkowań. Kolejnym krokiem w stronę przedsiębiorców ma być uproszczenie procedur pozwalających na budowę.

Jak ocenia pan zaradność duszniczan? Jaka jest stopa bezrobocia?

Jak w każdym mieście, jest grupa bardzo zaradnych przedsiębiorców, są osoby prowadzące małe interesy, są również ci, którzy pracują w sektorze budżetowym oraz duża grupa emerytów. Bezrobocie jest oczywiście dużym problemem. W 2009 r. było 496 zarejestrowanych bezrobotnych, w 2010 − 475 osób, a w 2011 − 426 osób, ale w tej grupie są osoby, które unikają jakichkolwiek zajęć, nawet tych sezonowych. Tak naprawdę, nikogo nie można zmusić do pracy. Ci ludzie są permanentnymi klientami opieki społecznej, a ich aktywizacja na rynku pracy trwa bardzo długo. Aby przeciwdziałać temu zjawisku, realizowaliśmy m.in. projekt w ramach EFS pod nazwą „Głowa do góry”.

Może pan opisać przyrodę miasta i jego okolic? Jakie podejmujecie działania proekologiczne?

W gminie bardzo cennej pod względem przyrodniczym istnieją wszystkie możliwe formy prawne ochrony przyrody, począwszy od Parku Narodowego Gór Stołowych, rezerwatów przyrody ożywionej i nieożywionej, parków krajobrazowych, obszarów „Natura 2000”. Poza tym, poza dwoma budynkami, wszystkie obiekty ogrzewane są gazem ziemnym – więc do atmosfery nie przedostaje się m.in. szkodliwy dwutlenek węgla. Kładziemy też nacisk na działania zmierzające do likwidacji elementów azbestowych. We wrześniu ruszy nabór wniosków o dofinansowanie na usunięcie azbestowych pokryć. Zapewniam, że w naszej gminie przykładamy dużą wagę do dbania o środowisko i można tu złapać oddech pełną piersią.


Duszniki-Zdrój to gmina miejska o pow. 22,28 km kw., z liczbą mieszkańców sięgającą ok. 5 tys.

Miasto nawiązało szeroką współpracę międzynarodową, co jest możliwe m.in. dzięki położeniu w sąsiedztwie Czech. Czeskie Deštne w Orlických horách, Nové Mésto nad Metují, Olešnice v Orlických Horách, Sedloňov i Orlické Záhoří to czeskie miasta partnerskie Dusznik-Zdrojów, poza tym Auchun-Le-Tiche we Francji, Bad Suluza i Hoya/Weser w Niemczech. W Polsce miastem partnerskim jest Trzcianka w woj. wielkopolskim.

Fryderyk Chopin doczekał się tu kilku tablic i dwóch pomników. Jego imieniem nazwano też źródło, dwa osiedla mieszkaniowe, aleję, dworek w centrum i hotel. A przede wszystkim, już od 1946 r. organizowany jest tu Międzynarodowy Festiwal Chopinowski.

Spośród koronowanych głów jako pierwszy do miasta zawitał Jan Kazimierz. Zaledwie jeden dzień pobytu króla w Dusznikach upamiętnia tablica na kamienicy nr 1 przy rynku, jego imieniem nazwano też centralny szpital uzdrowiskowy. Szpital jest otoczony rozległym parkiem zdrojowym, ograniczonym od zachodu Bystrzycą Dusznicką. Właśnie od tego miejsca zazwyczaj zaczyna się poznawanie miasta. Rzeka przecina je na całej długości, a wzdłuż jej brzegów, na znacznym odcinku, ciągną się szpalery spacerowe.

W najbliższym sąsiedztwie „Jana Kazimierza”, zwanego przez duszniczan „Kazikiem”, stoi XIX-wieczny dworek (dawny teatr zdrojowy), w którym występował Chopin. W dworku warto zobaczyć kolekcję popiersi kompozytora, znanych głównie z reprodukcji. Obelisk z wizerunkiem Chopina znajduje się też w parku – po prawej stronie przed głównym wejściem. Przed wejściem południowym znajdziemy też monumentalny pomnik pianisty projektu Jana Kuczy.

Zjeżdżając do Dusznik z drogi krajowej, wiodącej z Kłodzka do Kudowy Zdroju, tuż nad Bystrzycą Dusznicką, stoi charakterystyczny barokowy budynek papierni. Pierwszy młyn papierniczy powstał tu w 1562 r., obecny (fundowany przez Gregora Kretschmera) – w 1605 r. W obiekcie, jednym z nielicznych tego rodzaju w Europie, urządzono muzeum. Nie tylko ogląda się w nim eksponaty, ale papier można tu sobie zrobić. Obecna papiernia należy do najcenniejszych zabytków techniki w Europie.

Z kolei Jamrozowa Polana ma uprawnienia do organizacji Mistrzostw Świata w Biathlonie. 31 sierpnia rozpoczynają się w mieście Mistrzostwa Polski z udziałem kadry olimpijskiej.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:07

GRUNT TO ZIEMIA

Od 5 grudnia ubiegłego roku szczecinianie co jakiś czas przeżywają najazd oflagowanych ciągników na miasto. W ten sposób rolnicy z województwa protestują przeciwko zbywaniu ziemi należącej do Skarbu Państwa osobom, które z prowadzeniem gospodarstwa nie mają nic wspólnego. Rozdysponowaniem gruntów zajmuje się Agencja Nieruchomości Rolnych. Ten proces ma się zakończyć w 2013 r. Ziemi do podziału jest coraz mniej.

27 czerwca około dwudziestu rolników z całego Zachodniego Pomorza przyjechało do Wałcza, by wesprzeć rolników z powiatu wałeckiego i zablokować trzy przetargi na zakup ziemi w okolicach Marcinkowic (gmina Tuczno). Przetargi miały odbyć się w terenowym oddziale Agencji Nieruchomości Rolnych. Chodzi przede wszystkim o to, jak wyjaśniał rzecznik protestujących i rolnik z powiatu pyrzyckiego, Robert Tarnowski, by ograniczyć zakup ziemi przez osoby, które się z niej nie utrzymują. Takimi samymi słowami podsumowuje sytuację jeden z liderów protestu, Edward Kosmal – przewodniczący Komitetu Protestacyjnego Rolników Województwa Zachodniopomorskiego i przewodniczący „Solidarności” Rolników Indywidualnych Pomorza Zachodniego.

Według protestujących podczas przetargów dochodzi do nadużyć i ziemia trafia „w obce ręce”. Sposobem, by mogli ją nabyć cudzoziemcy, są tzw. słupy.

Słupy to ani sposób nowy, ani wyłącznie polski. Podstawione osoby biorą udział nie tylko w obrocie ziemią, ale uważane są za podstawę biznesowych przekrętów. Odegrały kluczową rolę m.in. w aferze paliwowej, przy wyłudzaniu zwrotów podatku VAT przy rzekomym eksporcie złomu i, popularnym ostatnio, wątpliwym recyklingu elektrośmieci.

Na czym polega kant?

Zgodnie z założeniami, ziemia należąca do Skarbu Państwa miała być przeznaczona na powiększanie rodzinnych gospodarstw – o powierzchni od 1 do 300 hektarów. Tymczasem masowo wykupują ją cudzoziemcy. Polską ziemią zainteresowani są m.in. Holendrzy, Duńczycy, Francuzi, którzy sami nie mogą stawać do przetargu (takie ograniczenie obowiązuje od 2004 r., kiedy Polska wstępowała do Unii Europejskiej). W łańcuszku od ANR do rzeczywistego nabywcy gruntu wstawiają więc „słupy”, czyli podstawione osoby.

Cena ziemi klasy IIIb i IV przeznaczonej do zbycia w województwie zachodniopomorskim (obowiązująca od 20 grudnia 2012 r.) została ustalona przez rzeczoznawcę – na zlecenie agencji – na 17 533,70 zł za hektar, podobnie jak w województwach lubuskim – 17 504,10 zł, i małopolskim – 17 692,50 zł. W mazowieckim jest to już 25 391,90 zł, a najdroższe grunty są w Wielkopolsce – 35 535,80 zł – i województwie kujawsko-pomorskim – 32 247,3 zł. Według protestujących 17,5 tys. zł za hektar to cena korzystna dla polskich rolników – tych rzeczywiście utrzymujących się z ziemi, za to często obciążonych kredytami. Jednak na przetargach nie mają szans, bo cena jest windowana przez słupy nawet do 40 tys. zł za hektar.

Dlaczego Duńczykowi czy Holendrowi miałoby się opłacać nabycie ziemi za tę cenę, a nawet podwyższenie stawki? − Ponieważ jest wtedy i tak o wiele tańsza niż za granicą. W Holandii grunt kupuje się średnio za 40 tys. euro za hektar. Więc ta cena wciąż jest atrakcyjna – argumentuje Marek Olech, burmistrz Pyrzyc, który pojawił się w Wałczu razem z grupą protestujących rolników. − W dodatku pieniędzy na zakup maszyn rolniczych Holender również nie zostawi w Polsce, a kupi je w swoim kraju – dodaje burmistrz.

− Pośrednikowi, czyli właśnie słupowi, trzeba dorzucić od 2 do 3 tys. zł za hektar – taką stawkę przytaczają rolnicy, ale tak naprawdę nikt nie potrafi określić stuprocentowo, jaka jest cena za pośrednictwo.

Mobilizacja

− Zwołujemy się telefonicznie. Wczoraj byliśmy w Szczecinie, dzisiaj jesteśmy w Wałczu. Te przetargi udało się nam zablokować, czekamy na decyzję, co z zaplanowanymi na jutro. Jeśli nie zostaną odwołane, akcję powtórzymy – zapowiadają protestujący. Mają się czym zająć – co prawda, w powiecie wałeckim ziemi wchodzącej w skład Zasobów Własności Rolnej Skarbu Państwa pozostało 173 ha – najmniej ze wszystkich powiatów województwa zachodniopomorskiego, ale za to w całym województwie jest jeszcze 117 tys. ha.

− Oddział Terenowy ANR w Szczecinie dwukrotnie organizował przeprowadzenie sześciu przetargów ustnych ograniczonych na sprzedaż nieruchomości rolnych oznaczonych w ewidencji gruntów jako działki nr: 492/2 o powierzchni 30,7857 ha, 492/3 − 30,7966 ha, 492/4 − 27,9323 ha, 492/5 − 28,0842 ha, 492/6 − 28,0836 ha, 2/4 − 27,0345ha – poinformowała Elżbieta Kurpiel z sekcji organizacyjno prawnej OT ANR w Szczecinie. W związku z tym Marek Olech zadaje kolejne pytanie. Dlaczego agencja dzieli ziemię na takie duże działki? − Rolników nie stać na jednorazowy zakup 30 hektarów – podkreśla.

Do OT ANR w Wałczu wezwano policję. Obyło się jednak bez interwencji. – Nikt się nie przepycha. Nie szarpie. Nasz przyjazd jest pokojowy, więc policjanci nie musieli interweniować i odjechali – mówił o sytuacji w siedzibie ANR jeden z rolników.

Porozumienie z ministrem

Według rolników przetarg miał być ofertowy pisemny, do czego agencja była zobligowana. − Najlepszy sektor, jaki pozostał, to ziemia, ale drobni rolnicy przy jej zakupie są dyskryminowani. Jeśli przetarg będzie miał charakter ofertowy pisemny, to część osób z obecnej listy do niego nie przystąpi – wyjaśniają. – Nie będą mogły brać w nim również udziału osoby reprezentujące spółki. Zwiększą się szanse rolników indywidualnych – dodają.

Przetargi rozpisane na 27 i 28 czerwca w Wałczu miały się odbyć ustnie.  − Różnica polega na ocenie i wadze tych kryteriów podczas rozstrzygnięcia przetargu – wyjaśnia Elżbieta Kurpiel. − W przetargu ograniczonym ustnym wygrywa ten kandydat, który wylicytuje najwyższą cenę, a w przetargu ograniczonym pisemnych ofert o rozstrzygnięciu, oprócz ceny proponowanej przez oferenta, decydują jeszcze takie czynniki, jak np. wielkość posiadanego gospodarstwa rodzinnego, odległość sprzedawanej nieruchomości od siedziby gospodarstwa oferenta, dotychczas nabyte grunty od ANR, wsparcie uzyskane w ramach PROW na 1 ha użytków rolnych czy wsparcie uzyskane w ramach programu „Młody rolnik” – tłumaczy.

Teoretycznie 11 stycznia br. minister rolnictwa i rozwoju wsi Stanisław Kalemba podpisał z rolnikami porozumienie. – Według jego postanowień cena nie miała być najważniejszym kryterium przy zakupie ziemi – mówią dziś rolnicy. Pozostałe wyznaczniki to m.in. wiek rolnika, młodszy − jak wyjaśniają protestujący − będzie dłużej pracował,  czy też odległość jego gospodarstwa od ziemi wystawionej na sprzedaż. A także fakt, czy osoba biorąca udział w przetargu po 1992 r. kupiła ziemię i ją zbyła – wówczas pojawia się podejrzenie, że spekuluje gruntem. Burmistrz wystawia zaświadczenie, że osoba przystępująca do przetargu ma już ziemię i jest zameldowana na terenie gminy, gdzie zamierza ją dokupić, bądź w graniczącej z tą gminą.

Pole jak grządka

Rolnicy domagają się sprawdzenia osób przystępujących do przetargu – tych, co do których mają podejrzenie, że spekulują ziemią. − Na liście figuruje m.in. Krystyna K. Nikt jej nie zna – zauważa protestujący rolnik. – W ANR nikt sobie trudu nie zadaje, żeby takie osoby sprawdzić – mówi z kolei Tarnowski. – To nie jest też zadanie rolników, by pilnować źródła pochodzenia kapitału osób startujących w przetargach.

Inną osobą na liście jest Jerzy K., który również uważany jest za figuranta. Rolnik z Lubieszy (gmina Tuczno) zastanawia się, skąd właściciel niewielkiego sklepu, którego zna, ma takie pieniądze. Jest przekonany, że K. kupuje ziemię na zlecenie.

Inny protestujący dodaje jeszcze, że osoba przystępująca do przetargu musi mieć minimum jeden hektar ziemi. To czyni ją gospodarzem. – Na takiej zasadzie równie dobrze za rolnika można uważać kogoś, kto mieszka w bloku i ma szpadel w piwnicy – kwituje kąśliwie.

Jaka jest skala nadużyć?

Na 550 przeprowadzonych w 2012 r. przetargów zaledwie trzy sprawy ANR skierowała do prokuratury.

Od przeprowadzenia przetargów można odstąpić, jak wymienia Elżbieta Kurpiel, na podstawie szeregu aktów prawnych i porozumień. Należą do nich rozporządzenie ministra rolnictwa i rozwoju wsi z 30 kwietnia 2012 r., w sprawie szczegółowego trybu sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa; Zarządzenie Prezesa ANR z dnia 18 stycznia 2013 r. w sprawie sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa; ustalenia z dnia 11 stycznia 2013 r. zawarte w porozumieniu pomiędzy ministrem rolnictwa i rozwoju wsi, prezesem ANR, a Międzyzwiązkowym Komitetem Protestacyjnym Rolników Województwa Zachodniopomorskiego; porozumienie zawarte w dniu 19 marca 2013 r. pomiędzy Zachodniopomorską Izbą Rolniczą, a Oddziałem Terenowym ANR w Szczecinie. Odstąpienie może nastąpić również na wniosek upoważnionego przez Izbę Rolniczą członka komisji albo po zgłoszeniu sprzeciwu Izby Rolniczej, w związku z uzasadnionymi wątpliwościami odnośnie osób mających uczestniczyć w przetargu.

− W Wałczu decyzja o odstąpieniu od przetargów, którą podjął zastępca dyrektora Krzysztof Fidosz, została niejako wymuszona – informuje Elżbieta Kurpiel. − Do dnia, w którym miały odbyć się pierwsze przetargi, do OT ANR nie wpłynął żaden wniosek o ich odwołanie z uwagi na wątpliwości co do osób zakwalifikowanych do wzięcia w nich udziału. Grupa rolników, reprezentująca Międzyzwiązkowy Komitet Protestacyjny Rolników Województwa Zachodniopomorskiego, która przybyła do Wałcza na przetarg w charakterze obserwatorów, zakłócając pracę komisji przetargowej, nie pozwoliła na przeprowadzenie licytacji.

Grupa protestujących domagała się odwołania wszystkich przetargów ograniczonych w Marcinkowicach i ogłoszenia przetargów ograniczonych pisemnych ofert. Wobec takiej sytuacji nie było innego wyjścia, jak odwołanie przetargów.

Aktualnie analizowana jest sytuacja związana z zaplanowanymi przetargami. OT ANR oczekuje również na stanowisko Zachodniopomorskiej Izby Rolniczej, do której obowiązków należy analiza sytuacji środowiska rolniczego i wydanie stosownej opinii. W chwili obecnej nie są też jeszcze ustalone terminy kolejnych przetargów na nieruchomości w Marcinkowicach.

Obcokrajowcy będą mogli nabywać ziemię w Polsce dopiero po 2 maja 2016 roku. Nie ma jednak wątpliwości – a przynajmniej nie mają ich rolnicy – że proceder trwa już teraz, poprzez „słupy”. Siłą rzeczy trudno jednak ocenić, jaka jest skala zjawiska. Jeden z rolników podchodzi do mapy województwa zachodniopomorskiego. – Weźmy powiat pyrzycki. Tyle jest polskiego – mówi i pokazuje skrawek północno-zachodni. − Pozostała część już jest w rękach duńskich i holenderskich. Wolin jest francuski – mówi. Batalia trwa.

niedziela, 25 sierpień 2013 16:50

TAKA DEMOKRACJA TO MI SIĘ NIE PODOBA

Jadwiga Naranowicz ma 51 lat. Szwecja to rodzinna wieś jej męża Władka, ona pochodzi z Sypniewa, w sąsiedniej gminie Jastrowie. Teraz mówi, że jest stąd i że tu naturalnie „wsiąknęła”. Kiedy dzieci poszły do szkoły, spotkała inne matki, miały wspólne tematy, włączyła się w prace na rzecz szkoły. Potem przez szesnaście lat pracowała w radzie sołeckiej. W 2011 r. ludzie wybrali ją na sołtysa największej wsi w największej gminie w Polsce.

Obecną sołtys długo namawiano na udział w wyborach. Zdecydowała się na tydzień przed głosowaniem. Wsiadła do samochodu i pojechała do ludzi, bo chciała ich namówić, żeby przyszli na zebranie. O obecnej demokracji mówi, że jej się nie podoba. − We wsi jest dziewięciuset mieszkańców. Ale jak jest zebranie, to dobrze, jak przyjdzie trzydziestu. A jak się wybiera kandydatów na sołtysa, to jest to nieprzemyślane. Bez  przekonania, że ta osoba coś dla wsi zrobi – mówi Jadwiga Naranowicz.

54 głosy na 96

Skądinąd, sama czasu na kampanię miała mało i właściwie jej nie prowadziła. Ale i niezbyt jej potrzebowała. − Całe życie jest społeczna – mówi o niej Beata Błędowska-Tomajczyk, prowadząca w Szwecji gospodarstwo agroturystyczne „W Pięknej Dolinie”. – Jak może w czymś pomóc ludziom, to idzie. Lubi być wśród nich. I ma jedną nie do przecenienia cechę: jest niekonfliktowa.

We wsi ludzie znają ją od tej właśnie strony, więc mieszkańcy namówili ją na kandydowanie. – Do końca się zarzekałam, że nie chcę startować w wyborach – wspomina jednak Jadwiga Naranowicz. – Tyle że ostatecznie mąż obiecał pomoc i we wsi wsparcie było.

W wyborach na sołtysa wzięło udział dziewięćdziesięciu sześciu mieszkańców. Wygrała ośmioma głosami, już w pierwszej turze.

− Jak Jadzia została sołtysem, to wieś przyspieszyła, wyszła poza Szwecję – mówi Beata Błędowska-Tomajczyk. Często właśnie u niej odbywają się spotkania albo organizowane są różne wydarzenia. – Ale zanim Jadzia została sołtysem, angażowała się w prace na rzecz wsi. Jak coś organizowano, chętnie zakasywała rękawy.

Szwecja jest bliżej, niż myślisz

Takie hasło promocyjne wsi wymyśliła radna Agnieszka Cybulska. A jest się czym chwalić. Największym skarbem jest rzeka Piława, która przecina wieś – to znany w Polsce szlak kajakowy. Ściąga tu latem masa turystów. Jest zabytkowy kościół św. Jakuba, w lipcu w święto patrona od wielu lat organizuje się jarmark.

Sołtys, razem z radną, zgłosiła Szwecję na wieś turystyczną do Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego i miejscowość otrzymała certyfikat, który jest znakiem, że tu warto przyjechać. Nad Piławą rybacy postawili już tablice, jakie ryby w niej występują, a we wsi niebawem pojawią się turystyczne drogowskazy informacyjne, m.in., kierujące do gospodarstw agroturystycznych, albo na szlaki rowerowe. − Będą ekologiczne, drewniane, „wiejskie” – podkreśla sołtys.

− To nigdy nie była wieś typowo rolnicza – opisuje Szwecję Naranowicz. Głównie żyła z lasu, był PGR i gorzelnia – mówi sołtys. – Tu pokolenia pracowały w lesie, ludzi zatrudniało nadleśnictwo w Wałczu i Jastrowiu. Teraz zmieniła się forma zatrudnienia. Dziś to jest wieś „zulowców”. Ludzie rejestrują zakłady usług leśnych i przyjmują zlecenia. Mają konie, własny transport.

Prośba sołtyski: „do roboty”

Najmniej chodzi jej o rządzenie. Jak są jakieś prace do zrobienia – koszenie, sprzątanie – najczęściej w końcu pracuje z mężem Władkiem. Na ostatnim festynie sportowo-sołeckim nabrała odwagi, wzięła mikrofon i poprosiła: − Słuchajcie, razem się bawiliśmy, razem posprzątajmy.

Poskutkowało. Udało się namówić kilka osób.

Jej praca to m.in. przyjmowanie skarg, ale nie ma na to specjalnego miejsca. Odbywa się to więc w najprostszy z możliwych sposób: ktoś ją spotka na ulicy, w remizie, na festynie, zadzwoni albo przyjdzie do domu, który stoi na początku wsi przy szosie wiodącej z Wałcza do Gdańska. – Największym problem są psy – mówi Naranowicz. – Jak są porzucone, ludzie przychodzą do sołtysa albo skarżą się, że latają bezpańsko, albo że są groźne. To jest utrapienie wszystkich sołtysów. Chyba nie ma takiego, który nie przygarnąłby jakiegoś porzuconego psa.

Sołtys stawia na wieś

Bycie ze wsi nie jest wstydliwe - mówi. Dodaje, że prowincja to stan umysłu, a nie współrzędne geograficzne – i że walczy z negatywnym stereotypem.

Od kiedy jest sołtysem, zaczęła zgłaszać wieś do różnych konkursów: o miano wsi turystycznej, ale także sołectwa przyjaznego środowisku. − W tym generalnie zajęliśmy drugie miejsce – mówi z dumą Naranowicz. − Doceniono to, że we wsi segreguje się śmieci, że ich nie palimy i że jest czysta rzeka.

Sołtys od wielu lat jest zwolenniczką segregowania odpadów. Jak idzie ulicą – i widzi puszki albo butelki – nie może tego znieść. W Szwecji, za jej sprawą, dostawiono pojemników na śmiecie. − Jak zostałam sołtysem, były trzy punkty, teraz jest osiem, a pojemniki stale są zapełniane. Dla mnie, od kiedy teraz weszła ta ustawa, to jest urwanie głowy, bo ciągle ktoś zgłasza, że brakuje worków i trzeba je dostarczyć, ale z drugiej strony trzeba się cieszyć, że ludzie segregują śmieci. Na śmieci jestem uczulona. Mogłabym o nich warsztaty prowadzić – kwituje.

− Na spływie kajakowym obserwowała wicewójta, gdzie wrzuci papierowy talerz – wspomina radna Aldona Piaskowska. – A kogoś pytała z wyrzutem, dlaczego butelka niezgnieciona – dorzuca. Na festynie sołecko-sportowym zauważyła błąd. Na jednym pojemniku było napisane „puszki plus plastik”. − Jeszcze źle, bo puszka musi być osobno – tłumaczy sołtys.

Integracja

W Szwecji ludzie spotykają się w lipcu na dorocznym parafialnym Jarmarku św. Jakuba. Sołtyska stała przy stoisku małej gastronomii i sprzedawała pyszne pierogi. Wieś może się też poszczycić, że wypromowała produkt tradycyjny jako jeden z dwóch w powiecie wałeckim. Jest to kiszka ziemniaczana, którą gospodynie ze Szwecji przygotowują na każdą imprezę.

Nieformalnym wydarzeniem są czerwcowe „Wianki”, które odbywają się „W Pięknej Dolinie”. Ich pomysłodawczynią jest Beata Błędowska-Tomajczyk, której udało się ściągnąć na „Wianki” nie tylko szwedów, ale również mieszkańców okolicznych miejscowości, a nawet turystów, m.in. z Czech i Niemiec.

− Kto przychodzi, musi mieć wianek – opowiada sołtys. A inicjatorka przedsięwzięcia dodaje, że wymyśliła „Wianki” od Midsommar – święta narodowego w zamorskiej Szwecji, które się tam odbywa w czasie przesilenia zimowo-wiosennego, można je połączyć z naszym polskim gaikiem. To jest święto światła i powitania lata. – Szwedzi budują pal, który ukwiecają, a potem tańczą wokół niego i śpiewają. Pomyślałam, że można by zrobić coś podobnego u nas w Szwecji. Nawet zadzwoniłam do ambasady, żeby się dowiedzieć więcej o tym święcie, ale tam się zajmują kulturą przez duże „k” i otrzymałam ulotki o hodowli krów – opowiada. Dziś na przepływającą przez gospodarstwo „W Pięknej Dolinie” Piławę spuszczane są stelaże, ludzie palą świeczki, kładą wianki. Każdy z nich jest inny.

W tym roku w Szwecji – jako jednej z piętnastu wsi w gminie – realizowany był też projekt aktywizujący kobiety po sześćdziesiątce. Sołtyska bardzo się zaangażowała. U Beaty Błędowskiej-Tomajczyk w gospodarstwie urządziły jedno ze spotkań − piżowkę. – Śniegu po kolana, Beata napaliła w piecu, a my siedzimy i starym zwyczajem, jak matki, drzemy pierze, opowiadamy sobie różne historie, pijemy herbatkę, jest słodki poczęstunek – opowiada Naranowicz. Kiedy do gminy przyjechali Czesi, działający w ichniej lokalnej grupie działania, zorganizowano im pobyt w Szwecji.

Przyrodniczka

Sołtys kocha zwierzęta. Dużo ich przygarnia. Nie wiedziała, co to jest ubój rytualny. Poczytała i teraz już wie, że jest przeciwna.

Uwielbia obserwować ptaki, zwłaszcza bociany, bo uważa, że przynoszą szczęście i zapowiadają wiosnę na dobre. Ptaki wyznaczają dla niej pory roku. – Latem są to jaskółki, zimą – sikorki, a na jesień – kopciuszki – wymienia. Sama może się pochwalić, że dla bocianów żerowiskiem są jej łąki w sąsiedztwie stawów. I myśli, że gdyby z mężem zrobiła konstrukcję, to by chyba usiadły. Nawet jej pies reaguje na słowo bocian i natychmiast wypatruje ptaka na niebie albo na łące. Jeden procent podatku Jadwiga Naranowicz oddaje na Towarzystwo Opieki nad Ptakami.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:23

CZASAMI PUSZCZAJĄ MI NERWY…

Rozmowa z burmistrz Wałcza, Bogusławą Towalewką – jedną z trzech osób najkrócej urzędujących na tym stanowisku w Polsce

Jak rządzi się kobiecie?

Wydaje mi się, że trudno, bo właśnie kobietom najczęściej podcina się skrzydła, chociażby takim stwierdzeniem: „A co ona tam wie?!”. Faktem też jest, że kobiety mają niższe wynagrodzenie od mężczyzn na równorzędnych stanowiskach. Wystarczy też zauważyć, ile kobiet jest w rządzie: Elżbieta Bieńkowska, Ewa Kopacz, Barbara Kudrycka i Joanna Mucha. Ile jest kobiet wojewodów, marszałków, ile w zarządach spółek Skarbu Państwa?! Ja też nie jestem typową kobietą i pochodzę z domu, w którym zawsze prym wiodła mama. Tak też było z moją teściową. Kobiety są u nas silne.

Wałczanie musieli wcześniej pójść na wybory po przerwanej kadencji zmarłego burmistrza Zdzisława Tuderka. Namawiano Panią na kandydowanie?

Tak, ale to też była z mojej strony potrzeba zrobienia czegoś istotnego, tworzenia miasta, w którym chce się żyć i które zachęca do działania.

Była Pani jednym z czterech kandydatów. Wygrana była dość wyraźna. Co o tym zadecydowało?

Długoletni związek z Wałczem. Może nie od urodzenia, bo pochodzę z Wyrzyska, ale Wałcz to moje miasto, jestem tu już bardzo silnie zakorzeniona. Tu poznałam męża, urodziłam dziecko, mam bardzo dużo znajomych. Przez wiele lat byłam dyrektorem Zakładu Oświatowego w Wałczu. Po raz pierwszy wałczanie zaufali mi, wybierając na posła. To też świadczy o związku z mieszkańcami. Wiele lat przepracowałam w samorządzie. Ale była w tym też przewidywalność, bo pochodzę z ugrupowania poprzednika, a burmistrz cieszył się bardzo dużym zaufaniem. Myślę też, że ludzie mnie znali z nie najgorszej pracy.

Mimo tak krótkiego stażu – zaledwie pół roku – mocno dosięga Panią krytyka?...

Jakoś sobie z nią radzę, chociaż z nieuzasadnioną – niekoniecznie. Czasami nerwy mi puszczają. Co będzie dalej? Nie wiem. Zbieram trochę „nie za swoje”. Myślę, że za poprzednika ilość inwestycji była za duża. Przy budżecie 66 mln zł, przeznaczono na nie 39 mln zł. Nie mam też dla wałczan dobrych wiadomości: w związku z tym ani w tym roku, ani w następnym nie będzie lepiej.

Pani kadencja oznacza dla wałczan duże zmiany czy kontynuację?

W każdym przypadku trzeba kontynuować różne projekty. Przede wszystkim ratusz musi rozliczyć inwestycje ze środków unijnych: termomodernizację obiektów użyteczności publicznej – wszystkich szkół i przedszkoli, MOPS-u, budowę skansenu na Wale Pomorskim, tzw. „Cegielnię”, nabrzeże jeziora Raduń, ścieżki rowerowe, remont ulicy Kolejowej. To ważne, bo zostały w nie włożone środki miejskie, na których zwrot bardzo liczymy. Nie bez znaczenia jest również, w jakiej wysokości je odzyskamy.

Wiem, że nastąpi korekta, ale należy podkreślić, że marszałek województwa zachodniopomorskiego przesunął nam rozliczenie do końca maja (pierwszy termin był wyznaczony na 8 marca – dop. aut.). Nigdy nie było jeszcze takiej uchwały zarządu. Uważam to za duży plus.

Natomiast audyty wypadły nie najlepiej. W związku z tym trzech pracowników z Wydziału Inwestycji odeszło. Trzeba było poszukać takich osób, które sobie z tym poradzą. Nowi pracownicy mają m.in. zadanie sprawdzić wszystkie inwestycje pod kątem uchybień prawnych i projektowych. Zmieniłam też strukturę urzędu. To było najbardziej absorbujące w pierwszych miesiącach mojego urzędowania. No i, oczywiście, wchodząca w życie ustawa śmieciowa.

Może Pani realizować własne pomysły?

Do tej pory niewiele. Tylko takie, które nie wymagają dodatkowych pieniędzy. Na razie muszę odłożyć realizację wyborczych historii.

A dotyczyły one?...

Skupione były wokół turystyki. Zresztą jej rozwojem zainteresowani są wszyscy. Rzeczywiście, aż się prosi, żeby zagospodarować półwysep Strączno – tyle że znajduje się on w obszarze „Natura 2000” i „Dorzecza Gwdy”, a także mikoryzy endotroficznej.

Chcemy stworzyć plan zagospodarowania przestrzennego półwyspu i raczej oddać go w dzierżawę. Wokół jeziora już funkcjonuje MOSiR, jest szansa na odbudowę hotelu „Widok”, w północno-wschodniej części akwenu mamy „Morzycówkę” – Ośrodek Edukacji Leśno-Ekologicznej (należący do Nadleśnictwa), po drugiej stronie jeziora – Centralny Ośrodek Sportu „Bukowinę”.

W ostatnim czasie na nabrzeżu oddano do użytku promenadę. To takie miejsce, żeby usiąść, napić się kawy i patrzeć na jezioro. Stoją na niej trzy drewniane domki – jednak w najbliższych latach, zgodnie z wymogami o udzieleniu dotacji na inwestycję, gmina nie może czerpać korzyści z ich wynajmu. W tej sprawie napisaliśmy pismo do marszałka województwa zachodniopomorskiego, bo chcielibyśmy ogłosić konkurs na ich zagospodarowanie w zamian za użyczenie za darmo. Weźmiemy pod uwagę projekty oryginalne, wymagające i odzwierciedlające klimat.

Drugi pomysł, jaki mam w zanadrzu, to budowa domu dla osób starszych, który pozwoli im na samodzielność, jednocześnie z opieką, miejscem na wspólne spotkania, rozmowę, zagranie w szachy. Będą mogły w nim zamieszkać po zdaniu własnego mieszkania. Te z kolei zostaną zagospodarowane na lokale komunalne dla osób, które starają się o nie w Urzędzie Miasta, bo nie mają pieniędzy na zakup własnościowych.

Po raz kolejny temat obwodnicy schodzi na dalszy plan. Nie ma szans na jej budowę do 2020 r., ale jest projekt alternatywnej, wewnętrznej obwodnicy.

Następny pomysł do zrobienia to ożywienie „trójkąta” między ulicami Nowomiejską (część drogi K10) i Kołobrzeską (trasa W163) poprzez połączenie ich drogą. Tę być może udałoby się sfinansować ze „schetynówki”, ale na realizację całego projektu, także z infrastrukturą wodno-kanalizacyjną, potrzebujemy 22 mln zł. Działki wyodrębnione na tym terenie oddane zostałyby w wieczyste użytkowanie.

Jak się układa Pani współpraca z radą?

Delikatnie mówiąc, to nie jest proste. Nie twierdzę, że bardzo źle, bo to byłoby krzywdzące – i rada też nie jest od tego, żeby głaskać. Ale brakuje wspólnej wizji i współpracy, a często zastępuje je polityka, chociażby przy okazji promenady, przy oddaniu której było tyle zamieszania.

Powołanie Marka Mateli − kontrkandydata w pierwszej turze − na stanowisko wiceburmistrza to zielone światło dla młodych, że teraz jest dla nich miejsce w samorządzie?

Nie zachwycam się młodością dla młodości. To atut − większa energia, przebojowość – ale na tym stanowisku liczy się przede wszystkim doświadczenie, spory dystans, umiejętność wyważania racji, bo podejmowane decyzje są kluczowe dla lokalnej społeczności. Burmistrz Waldemar Lechnik to właśnie fachowość, umiejętność analizy, dystans do spraw. Z kolei Marek Matela jest młody, ale się uczy, widzę, że się angażuje. Wnosi energię do ratusza.

Rozpoczęła Pani urzędowanie w momencie, który się zbiegł z realizacją ustawy śmieciowej przez gminy. Jak Wałcz jest do niej przygotowany?

Pozwolę sobie na komentarz. Sama idea jest dobra, bo wymusza segregowanie, a to po prostu większa dbałość o środowisko. Do 2017 r. pięćdziesiąt procent śmieci powinno być oddawanych po selekcji i państwa dużo bogatsze od Polski robią to od wielu lat.

Tylko w sferze odbioru to już nieuczciwa konkurencja. Po wprowadzeniu ustawy zaistniała taka sytuacja, bo wykluczono firmy komunalne. W Wałczu jest Zakład Komunalny, który nie mógł wziąć udziału w przetargu. Taką możliwość miały spółki komunalne, pod warunkiem dobrego wyposażenia, ale i tak w konfrontacji z wielkimi koncernami szansa na wygranie przetargu była nikła. Tym sposobem wpuściliśmy na rynek koncerny, które wygrały większość przetargów, bo mają potężne zaplecze finansowe, o wiele większe możliwości zaopatrzenia w pojemniki. Ponieważ jest na nie ogromny popyt, ich ceny wzrosły, a firmy nie są w stanie wyprodukować dostatecznej ilości pojemników. Do tego muszą mieć różne kolory. Większe firmy będą je sprowadzać od producentów np. z Grecji. Rozumiem, że jest Europejski Biuletyn Zamówień Publicznych i musieliśmy tam ogłosić swój przetarg. Rozumiem, że jest wolny rynek, ale według mnie ustawa powinna być tak napisana, żeby gmina miała możliwość znalezienia własnego sposobu na odbiór śmieci – bądź przez ogłoszenie przetargu, bądź dostosowanie własnego zakładu komunalnego.

Rynek śmieciowy obliczony jest na około 10 mld zł i lekką ręką oddaliśmy te pieniądze koncernom. W Wałczu przetarg wygrał Remondis-Fiuk. 350 zł kosztować będzie tona odpadów zmieszanych i 1900 zł tona śmieci posegregowanych. Przewidujemy, że rocznie miasto odda 400 ton śmieci posortowanych. Jak to będzie funkcjonować? Trudno powiedzieć. Musimy dać sobie trochę czasu. Cała Polska ma z tym problem. Wałcz nie jest odosobniony.

Jakie są możliwości wałczan, by przyjść i powiedzieć burmistrz, że gdzieś jest dziura, coś nie działa, coś trzeba naprawić?

Nie ma najmniejszych trudności. Chociaż z hasłem wyborczym „Blisko Waszych spraw” trochę przeholowałam. Nie do końca byłam świadoma, ile spraw na mnie spadnie. Chodzi przede wszystkim o inwestycje, w tym nad jeziorem Raduń. Kiedy obejmowałam to stanowisko, najpilniejszym zadaniem było przedłużenie w Urzędzie Marszałkowskim umowy na tę inwestycję, aby wykonawca mógł ją dokończyć, poprawić niedociągnięcia.

Doszły inne inwestycje, wdrażanie ustawy śmieciowej, to była końcówka roku itd. Ale – tak mi się wydaje – od mieszkańców się nie odsunęłam. Zawsze można zaczepić mnie na ulicy i wałczanie to robią. Poza tym poniedziałki są dla interesantów. Każdy mieszkaniec Wałcza może przyjść, porozmawiać, a także napisać.

Widać zresztą, że wałczanie interesują się swoim miastem. Raz zjawił się mieszkaniec Osiedla Tysiąclecie i zgłosił całą listę rzeczy, które trzeba załatwić. Na spotkaniu zaczepiła mnie kobieta i poinformowała, że przy ulicy Bydgoskiej, od piekarni, w kierunku wyjazdu z miasta, nie ma koszy na śmieci. I to jest ważna wiadomość ze spotkania. Na sesji dowiaduję się, że gdzieś brakuje oświetlenia. Powiem więcej: oczywiście, że to jest do zrobienia. Nie zakładam przecież, że my, urzędnicy, wiemy o wszystkim. Natomiast jeśli ktoś zgłosi, że trzeba wyremontować ulicę, to nie będę oszukiwać, że to jest możliwe. Po prostu nie ma na to pieniędzy. Ograniczymy się do załatania dziury.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:14

ANOMALIE ZAWODOWE

Deszcz nie deszcz, śnieg nie śnieg, a opady trzeba zmierzyć. Punktualnie o siódmej rano!

Tuż po minięciu Karsiboru, zmierzając w kierunku Jarogniewia, po prawej stronie drogi, na wysokości 125 m n.p.m., stoi dom. W jego obejściu, już od ponad sześćdziesięciu lat, mierzy się opady. Przez lata jednak mało kto w okolicy wiedział, że jest tu stacja meteorologiczna, choć to jedna z najdłużej funkcjonujących w regionie. Może przesądził fakt, że to oddalona od centrum wsi posesja. Większość ludzi w Karsiborze dowiedziała się, jak wyjątkowe to miejsce, dopiero gdy o stacji napisały lokalne „Wieści Gminne”.

W jednej rodzinie sześćdziesiąt lat

Od 2000 roku stację opadową w Karsiborze prowadzi Krystyna Patora. Pracę odziedziczyła po mamie – Annie Subocz – ale to znacznie dłuższa, rodzinna historia.

− Zaczęło się od ciotki, Heleny Głazak, która mieszkała w bloku na terenie PGR – rozpoczyna opowieść pani Krystyna. − Wokół posterunku meteorologicznego, czyli metalowego pojemnika (tak to mniej więcej wygląda do dziś – dop. aut.), kręciły się dzieci. Ściągała je nie tylko ciekawość, ale często chciały coś najzwyczajniej spsocić i dolewały wody do miernika, więc badania wypadały niewiarygodne. Stację trzeba było przenieść.

Posesja Suboczów, tak jak z domu nazywa się pani Krystyna, stoi na uboczu, poza granicami wsi. I okazało się, że jest to nie tylko idealne miejsce, wyizolowane, gdzie nikt nie zakłóca pomiarów, ale na dodatek otacza je wręcz tajemnica: wielu sąsiadów do dziś reaguje zdziwieniem na wiadomość, że w Karsiborze jest stacja meteorologiczna.

Po ciotce Głazak, która zrezygnowała z pracy telefonicznie, pomiarem opadów zajął się Kazimierz Subocz − 17-letni wówczas brat pani Krystyny. – Uczył się w Wałczu na krawca, ale mimo szkoły miał zacięcie do systematycznego badania – opowiada Krystyna Patora. − Kiedy poszedł do wojska, pracą zajęła się mama, Anna Subocz. I to ona, jak do tej pory, miała najdłuższy staż.

Jeszcze w 2000 r., mając 90 lat, powoli wychodziła na podwórko i mierzyła. Zastąpiła ją córka – Krystyna Patora, najpierw jej pomagając, potem przejmując obowiązki. W 2007 r., po śmierci matki, podpisała umowę z poznańskim oddziałem Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej – i tak odziedziczyła tę pracę. Zapytana, jakie są z tego zarobki, odpowiada niechętnie, chociaż mówi, że to bardziej symboliczna zapłata niż „kokosy”. Traktuje tę pracę bardziej jako pasję, która bardzo wciąga.

Podkreśla, że jest bardzo systematyczna, co potwierdza jej syn Marcin Patora, który w umowie z instytutem zapisany jest jako „zastępca”, na przykład na czas wyjazdu. Żartuje, że jak mama nie mierzy – to ogląda wiadomości z pogodą i bardzo się pasjonuje, zwłaszcza jak przez Europę przetacza się taka ulewa, jak ostatnio. W „brudnopisie” nazywanym przez niego „Pamiętnikiem z gradobicia” zapisuje, ile spadło deszczu na Śląsku i Słowacji. Odnotowuje, że w Bawarii nie było takich opadów od 500 lat, a poziom Dunaju podniósł się w tym czasie o 12 metrów.

Doba zaczyna się o siódmej rano

Z końcem roku Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Poznaniu, zazwyczaj pocztą, dostarcza pani Krystynie „Dziennik do zapisywania spostrzeżeń opadowych” na przyszły rok. Każdego dnia, o siódmej rano, notuje się w nim obserwacje pogodowe: mgły, ilość śniegu lub deszczu, jaka się zebrała, oraz burze. Raport miesięczny wysyła się również tradycyjnie – pocztą – do Poznania.

− „Dziennik” niczym nie różni się od kalendarza. Tyle że doba zaczyna się o siódmej rano – wyjaśnia pani Krystyna. − Tego, czy pomiary zrobiłam o siódmej rano, nikt nie jest w stanie sprawdzić – dodaje. Ale – jak zapewnia – wykonuje je punktualnie. – A kiedy w ciągu dnia pada deszcz, idę sprawdzić, z czystej ciekawości, ile centymetrów wody napadało do zbiorniczka (poprawnie nazywanym deszczomierzem typu Hellmanna – przyp. red.) – mówi.

− Jeśli deszcz pada między godziną 16 a 17, to opady „zalicza się” na poczet następnego dnia – wyjaśnia niuanse pomiarów pani Krystyna.

Bardzo ciekawe jest mierzenie pokrywy śniegowej, do czego stosuje się odmienną metodę. Jeśli na ziemi zalega pięciocentymetrowa warstwa śniegu, a na blasze, o powierzchni jednego metra sześciennego, pojawią się dwa centymetry opadu, „stary” śnieg dodaje się do „świeżego”.

− „Krzyżyk” w dzienniku oznacza śnieg – tłumaczy zapis pani Krystyna. − Dwa krzyżyki, występowanie tylko na połowie połaci, „śl.” − ślady, a kropka jest równoznaczna z brakiem pokrywy śniegowej. Gatunki określa się w skali od zera do dziewięciu. W naszych okolicach najczęściej jest to śnieg puszysty, świeży, któremu przypisana jest jedynka lub mokry  (lepki) z numerem piątym, czasami szreń o powierzchni zlodowaciałej, łamliwej, który oznacza się jako szóstkę.

Literatura specjalistyczna

Wszystkie wskazówki, jak prowadzić dziennik, Krystyna Patora znajduje w kilkustronicowej książeczce z 1992 r.: „Wskazówki dla posterunków opadowych” wydanej przez Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Wcześniejszy podręcznik Feliksa Janiszewskiego jest z 1974 r., a najstarszy, którego również jest posiadaczką, z 1949 r. „Instrukcja dla Stacyj opadowych sieci polskiej” Państwowego Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego. Ten egzemplarz pewnie jest już na rynku „białym krukiem”, znanym wyłącznie pasjonatom.

Po latach obserwacji pogodę w naszym regionie określa jako stabilną ze sporadycznymi wyjątkami. Kiedy 29 lipca 2011 r. w ciągu godziny spadło 17 cm wody, wysłała meldunek do Warszawy: „Komunikuję, że w dn. … spadł ulewny deszcz…”. W komunikacie najważniejsze, co trzeba określić, to początek, przebieg, koniec i skutki ulewy. Ostatnie sprawozdanie do Warszawy sporządziła 25 czerwca tego roku. Tego dnia spadło 37,2 litry deszczu na metr kwadratowy. Dla porównania przez cały kwiecień było raptem 20 litrów opadów.

Z pracownikami instytutu osobistego kontaktu nie ma. Stację odwiedzają sporadycznie. Przyjechali z Warszawy trzy lata temu. Ostatni raz byli 14 maja tego roku. Dostarczyli nową blachę do pomiaru śniegu o wielkości metr na metr. Wcześniejsza była „domowej” roboty. – Łatwiej na równej powierzchni zmierzyć śnieg niż prosto z ziemi – mówi Krystyna Patora. – A tak poza tym nie mieli uwag, że coś notuję źle.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:12

ZMIERZCH WIEJSKICH PRZYCHODNI

Jeszcze dwie dekady temu w każdej większej wsi funkcjonowała przychodnia lekarska. Wiele takich placówek ludzie budowali w czynie społecznym jeszcze do lat 80. XX wieku. Śmiało można powiedzieć, że stały dostęp do opieki medycznej był osiągnięciem. Jednak już od wielu lat wiejskie ośrodki zdrowia masowo znikają. Nie walczą o nie ani lekarze, ani pacjenci. Zjawiska tego nie da się wytłumaczyć tylko względami ekonomicznymi.

W Wałczu jeszcze kilka lat temu były cztery placówki medyczne: w Dębołęce, Lubnie, Szwecji, Różewie. Do dzisiaj przetrwała jednak tylko jedna z nich. Co się stało?

Do wiejskiej przychodni po recepty

Ośrodek Zdrowia w Dębołęce funkcjonował od pierwszej połowy lat 60. Budynek został postawiony w czynie społecznym przez mieszkańców wsi. Od około dwóch lat nie ma lekarza, który przyjmowałby tu pacjentów. Co więcej, brakuje chętnych, by się w tej placówce leczyć, a w efekcie przychodnia – skądinąd, w całkiem niezłym stanie – jest nieczynna i świeci pustkami.

Ostatniego lekarza, chirurga z drugim stopniem specjalizacji, zatrudniał Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej „Salus” z Wałcza (wydzierżawił budynek od gminy), ale z jego pomocy korzystały przede wszystkim osoby starsze. Przy czym chodziło głównie o wypisanie recept, które w miejskiej aptece mógł zrealizować ktoś z rodziny lub sąsiadów. Jednak na specjalistyczne badania trzeba było i tak jechać do Wałcza.

Jeszcze w 2009 roku Sylwia Trojanowska, założycielka spółki „Salus”, zwróciła się do Rady Gminy o zgodę na wykup przychodni. Własność była warunkiem otwierającym drogę do funduszy unijnych, które z kolei umożliwiłyby dostosowanie przychodni do wymogów Unii Europejskiej (niezbędny remont, dostosowanie budynku do potrzeb osób niepełnosprawnych, zakupienie sprzętu). Trojanowska wyceniła te prace na 100 tysięcy złotych.

Rada Gminy Wałcz uchwałą odrzuciła jednak jej wniosek. Radna w poprzedniej kadencji, Aldona Piaskowska, uważa, że to była w tamtym czasie słuszna decyzja i nie było powodu, by gmina musiała się pozbywać obiektu. Tłumaczy również, że o dotacje można się starać – nawet jeśli dzierżawi się pomieszczenia lub korzysta z nich na podstawie umowy użyczenia. Warunkiem jest umowa na minimum 5 lat.

Podobnie sytuację można opisać w Szwecji. Jeszcze dwa lata temu przez pięć dni w tygodniu czynny był tu ośrodek zdrowia. Zdaniem sołtys Szwecji, Jadwigi Naranowicz, problem pojawił się, gdy zmienił się lekarz. Nowego nie akceptowali mieszkańcy. Na 930 z nich tylko dwudziestu złożyło deklaracje. W tej chwili na stronie gminy wciąż widnieje ogłoszenie, że budynek jest do wydzierżawienia, jednak Naranowicz wciąż ma nadzieję, że ośrodek zdrowia we wsi zostanie reaktywowany. Problem w tym, że nie ma ofert od lekarzy, którzy chcieliby tu pracować.

Chętni do pracy są emeryci

Prawda jest taka, że lekarze omijają wiejskie przychodnie, wybierając pracę w dużych, miejskich szpitalach. I to mimo tego, że przez szefów ośrodków kuszeni są bardzo dobrymi ofertami: wysokim wynagrodzeniem, dowolnym rodzajem umowy, a nawet mieszkaniem. – Kiedyś dla lekarza zaraz po studiach to był dobry start w zawodzie – zauważa jeden z mieszkańców wsi Dębołęka, wspominając młodych, zaangażowanych lekarzy, którzy pracowali tu od lat 60.

Teraz na ofertę pracy zwykle odpowiadają lekarze emeryci, którzy chcieliby dorobić, pracują jeden lub dwa dni w tygodniu – więc automatycznie powstaje problem ze skompletowaniem załogi medycznej.  

To już nie problem gminy

Obroniła się, jak na razie, przychodnia w Różewie. Przejął ją również NZOZ „Salus”. Funkcjonuje, bo korzystają z niej nie tylko mieszkańcy tej wsi (mieszka w niej ok. 800 osób), ale również dojeżdżający z Chwiramu (800 mieszkańców) i Gostomi (400).

Sam budynek w Dębołęce, w dobrym stanie i jeszcze nadający się do użytku, jest przedmiotem debat powracających na sesjach Rady Gminy. Przypomina o nim radna Bogusława Wojdyła. − Co będzie w opuszczonym budynku? – dopytuje się. – Jeśli zgłosi się ktoś zainteresowany zagospodarowaniem tego budynku, gmina może go udostępnić nieodpłatnie – deklaruje w odpowiedzi zastępca wójta gminy Wałcz, Janusz Bartczak. Oczywiście, na najemcy będą spoczywały opłaty za media i ogrzewanie. W ten sposób rozwiązałby się problem pustego i, siłą rzeczy niszczejącego budynku.

Jak na razie nikt nie jest zainteresowany wynajęciem wolnych pomieszczeń w tym budynku – nawet na działalność gospodarczą, nie mówiąc już o usługach medycznych. Być może urząd przeznaczy je na lokale gminne. W tej chwili na rozpatrzenie czeka dwieście podań o mieszkanie.

Natomiast, jak wyjaśnia zastępca wójta, „mechanizmy się zmieniły i gmina nie ma obowiązku zatrudniania lekarzy”. Prostym rachunkiem ekonomicznym tłumaczy to, dlaczego nie udało się jej przywrócić. − Taka placówka musi się sama utrzymać – mówi. – Żeby mogła funkcjonować, potrzebnych jest około tysiąca deklaracji, a ani w Szwecji, ani w Dębołęce lekarze tyle ich nie zebrali. Ze Szwecji i Zdbic, gdzie jest łącznie 1100 mieszkańców, napłynęło dwieście deklaracji – podkreśla. − Prawda jest też taka, że dzisiaj większość osób ma własny transport i korzysta ze szpitala w Wałczu, bo przy okazji można zrobić specjalistyczne badania – dodaje.

Inny obrót przybrały sprawy w Mielęcinie (wieś w sąsiedniej gminie Człopa, w województwie zachodniopomorskim). Po wielu latach batalii mieszkańców wsi z włodarzami gminy o zachowanie szkoły podstawowej, placówka została zamknięta. Na jej miejsce w pomieszczeniach budynku zorganizowano przychodnię. − O tyle dobrze – mówi sołtyska Mielęcina Katarzyna Goleniowska. – To ważne, żeby we wsi był lekarz, głównie dla ludzi starszych. Tych najbardziej mi szkoda, bo młodzi, jak trzeba, to do Człopy dojadą – kwituje.

Jak w serialu „Doktor Ewa”

Sołtys i sołtysowa z Dębołęki, Zenon i Wiesława Gruchotowie, z sentymentem wspominają dawnych lekarzy. Były czasy, kiedy byli oni niemalże na każde przysłowiowe „zawołanie”. Dla przychodni była to epoka świetności. – To byli dobrzy, przystępni lekarze: Liszewscy – mąż lekarz, żona dentystka, z najdłuższym stażem tutaj – Janusz Gralak, dwa lata Grzegorz Karczewski z Warszawy, krótko Krzysztof Okrasa, Ewa Musiał-Mróz i ostatnio Jerzy Sołtys – wymieniają. Opisują także samą przychodnię. − W budynku nie tylko był gabinet lekarski, ale także pomieszczenie na zabiegi, poczekalnia, mała rejestracja i gabinet dentystyczny. Ostatni przyjmujący tu lekarze dojeżdżali do wsi, natomiast były czasy, że mieszkali, na pierwszym piętrze, w budynku. Teraz „góra” została sprzedana dwóm rodzinom na mieszkania. Czasami, jak to na wsi, pacjenci za pomoc odwdzięczali się jajkami albo kurą na rosół, a lekarz wezwany do chorego przyjeżdżał rowerem – opowiadają.

wtorek, 25 czerwiec 2013 00:08

GMINA IDEALNA NA… WYPOCZYNEK

Z wójtem gminy Szydłowo, w województwie wielkopolskim, Dariuszem Chrobakiem, rozmawia Anna Cebula

Został Pan wójtem Szydłowa w 2006 r. Jak opisałby Pan ówczesną gminę?

Bardzo duża obszarowo. I tyle samo było do zrobienia w różnych dziedzinach.

I od czego Pan zaczął?

Od zmiany wizerunku gminy, a przede wszystkim samego urzędu, który miał być przyjazny dla mieszkańców. Chodziło o zmianę podejścia pracowników do obsługi przychodzących tu osób. W gminie brakowało też świetlic wiejskich, a istniejące wymagały odnowienia. Takie miejsca pomagają się ludziom integrować, a dzieci i młodzież mają miejsce spotkań.

Od początku stawiałem na rozwój oświaty. Przy Zespole Szkół w Starej Łubiance brakowało sali gimnastycznej, więc została wybudowana. W Zespole Szkół w Szydłowie nie było świetlicy, stołówki, brakowało też pomieszczeń lekcyjnych. Rozbudowę tej placówki właśnie realizujemy. Poza tym szkoły się remontuje, buduje przy nich place zabaw oraz uzupełnia wyposażenie w najnowocześniejsze pomoce dydaktyczne. W ostatnich latach na inwestycje w oświacie przeznaczono ponad 5 mln zł.

Kolejnym celem, jaki sobie wyznaczyłem, było pozyskiwanie dotacji unijnych w programach na lata 2007−13. Przystąpiliśmy do stowarzyszeń, które umożliwiają korzystanie z tych środków. W tym okresie do budżetu pozyskaliśmy kilka milionów złotych.

Jakie są mocne strony Pańskiej gminy? Czym się charakteryzuje?

Ma charakter typowo rolniczy. Na jej terenie znajdują się też zakłady rybackie. Jej potencjał zaś to przede wszystkim rozwój turystki: to piękna gmina, zielona i nieskażona ciężkim przemysłem. Te walory sprzyjają aktywnemu wypoczynkowi. Piękne rzeki zachęcają do kajakarstwa, prężnie rozwija się działalność agroturystyczna. Gorąco zachęcam do odwiedzenia Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Skrzatuszu na terenie naszej gminy.

Które obszary wymagają jeszcze pracy?

Jak wszędzie, wiele do życzenia pozostawiają drogi i to dotyczy całej gminy. Trzeba poprawić ich stan, bo rozwija się agroturystyka, gmina jest promowana jako miejsce atrakcyjne turystycznie, powstają osiedla domków jednorodzinnych i trzeba do nich dojechać. Mnóstwo pracy i nakładów wymagają również drogi śródpolne, z których korzystają rolnicy, pokonując je coraz cięższym sprzętem rolniczym.

Trzeba uporać się także z uporządkowaniem gospodarki wodno-ściekowej. Obecnie w gminie realizowane są nowe inwestycje, jak sieci kanalizacyjne. Dofinansowuje się też budowę przydomowych oczyszczalni ścieków, tam, gdzie doprowadzenie kanalizacji po prostu się nie opłaca. Są takie miejscowości, gdzie nie ma kanalizacji, a dużo do życzenia pozostawiają szamba, wymagające dostosowania do wymogów prawnych i budowlanych. Mam w planach przygotowanie projektu uchwały na dofinansowanie do zbiorników bezodpływowych, aby każdy mieszkaniec miał równe szanse na poprawę gospodarki ściekowej.

Jaka jest strategia gminy wobec inwestorów? Mogą liczyć na wsparcie na przykład w postaci ulg podatkowych?

Gmina nie ma zbyt wielu terenów, które można przeznaczyć pod inwestycje. Nie ma ulg podatkowych, ale − jak wspominałem wcześniej − przynależymy do stowarzyszeń, które umożliwiają przedsiębiorcom oraz osobom fizycznym korzystanie ze środków zewnętrznych, które są przeznaczane na rozwój przedsiębiorczości. Wiele firm i zakładów już skorzystało z tej szansy dzięki przystąpieniu do Lokalnej Grupy Działania „Krajna nad Notecią” bądź programu operacyjnego PO RYBY, jako członkowie Nadnoteckiej Grupy Rybackiej.

Ile nowych podmiotów gospodarczych rozpoczęło działalność na terenie gminy za Pana kadencji?

Kilka. Nie jest to liczba imponująca, ale wzrastająca.

Jaki procent środków z budżetu gminy przeznacza się na inwestycje?

Średnio rocznie ok. 20 proc. Są to inwestycje prowadzone w różnych dziedzinach życia gospodarczego i społecznego. Od 2007 r. najwięcej gmina wydała na oświatę, kanalizację , wodociągi i drogi. W ostatnim roku również inwestujemy w kulturę. Powstaje świetlica wiejska w Szydłowie, która będzie Gminnym Centrum Kultury. Z tą inwestycją wiążę wielkie nadzieje. Liczę, że będzie to ośrodek scalający działalność kulturalną w świetlicach w całej gminie.

Czyli można uznać, że kryzys omija gminę?

Kryzys i nam nie jest obcy, ale dajemy sobie radę. Nadal inwestujemy jako gmina. Gorzej sytuacja wygląda wśród mieszkańców, którzy tracą pracę. Spora część zakładów, znajdujących się w sąsiedztwie gminy, zwalnia pracowników. Mam ogromną nadzieję, że jest to stan przejściowy.

Wcześniej pracował Pan w oświacie. Czy szkoły mogą więc liczyć na parasol ochronny w dobie zamykania i uspołeczniania placówek? Jak gmina uporała się z problemem niżu demograficznego w szkolnictwie?

Znam i rozumiem ten problem. Staram się pomagać, na ile pozwalają finanse publiczne. Niestety demografia jest nieubłagana. Parasol jest możliwy tylko do pewnego momentu. Gdy braknie uczniów, szkoła niestety przestaje istnieć. Z przykrością muszę stwierdzić, że zamknęliśmy jedną ze szkół, w której docelowo byłoby kilkoro dzieci, ale w zamian w obiekcie powstały Warsztaty Terapii Zajęciowej prowadzone przez „Caritas” diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Gmina użyczyła nieodpłatnie budynek szkolny. Dało to szansę innej grupie społecznej. Druga szkoła została zlikwidowana, ale przejściowo, bo zmienia się tylko system zarządzania. Stała się filią Zespołu Szkół. Dzieci uczą się nadal w tym samym budynku, a nauczyciele nie stracili pracy. Jak wspomniałem, jesteśmy dużą obszarowo gminą wiejską – i z tego terenu musimy dowieźć uczniów do czterech szkół. Jest to potężne obciążenie finansowe dla budżetu. Ilość kilometrów się nie zmienia, ale zmniejsza się liczba dzieci, stąd prosty rachunek − większe wydatki, a mniejsza subwencja.

Może Pan liczyć na wsparcie Rady Gminy?

Dobrze mi się współpracuje z radnymi. Nie mam nic do ukrycia w zarządzaniu gminą i liczę na wsparcie w podejmowaniu decyzji. Bo przecież nie tylko ja kieruję gminą. Bardzo często włączam poszczególne komisje rady gminy do wspólnego rozwiązywania naszych problemów. Przecież to właśnie członkowie rady, przedstawiciele sołectw akceptują zadania, jakie realizujemy w budżetach uchwalanych każdego roku. Często różne cele osiągamy na drodze kompromisu, ale tak rozumiem współpracę.

Czy mieszkańcy gminy biorą sprawy w swoje ręce?

W większości to ludzie dobrze radzący sobie w życiu, zaradni, uczynni, nieoglądający się na nikogo i bardzo często wychodzący naprzeciw wspólnym, nowym inicjatywom. Z roku na rok widać coraz większe zaangażowanie sołtysów i rad sołeckich w życie wsi. Należy tu zaznaczyć ogromną rolę tych środowisk, które chętnie współpracują z urzędnikami oraz stowarzyszeniami działającymi na terenie gminy, takimi jak Ochotnicze Straże Pożarne, Koła Gospodyń Wiejskich i innymi. Jednak, jak wszędzie, zdarzają się również „czarne owce”, które same nie wiedzą, czego chcą od życia.

Skoro zakłady zwalniają pracowników, jak rozwiązujecie problem bezrobocia?

Obecnie około 10 proc. mieszkańców nie ma pracy i, niestety, jest to najwięcej w powiecie pilskim. Gmina pomaga w szkoleniu osób zagrożonych wykluczeniem społecznym. Bezrobotni kierowani są do robót społeczno-użytecznych oraz interwencyjnych. Mobilizujemy osoby do zarejestrowania się w Urzędzie Pracy w Pile, aby mogły być w ciągłym kontakcie z szerszą ofertą niż proponuje sama gmina. Pomagamy też finansowo rodzinom czy osobom indywidualnym, które znalazły się w bardzo trudnej sytuacji materialnej. Współpracujemy z Powiatowym Urzędem Pracy w Pile w celu uzyskania bieżących informacji o ofertach pracy.

Warto odwiedzić Szydłowo? Albo tu zamieszkać?

Oczywiście. Jak już wspomniałem, mamy piękne, zabytkowe sanktuarium w Skrzatuszu – znany w Polsce ośrodek kultu maryjnego, ściągający rzesze nie tylko pielgrzymów, ale również turystów. Mamy rozwijające się prężnie gospodarstwa agroturystyczne i rybackie, wykorzystujące walory przyrodnicze. Zapraszam serdecznie do ich odwiedzenia i zaczerpnięcia świeżego powietrza w naszych lasach. Natomiast nasze rzeki, które są wyjątkowo atrakcyjne z uwagi na to, że na wielu odcinkach mają charakter wód górskich, to raj dla miłośników kajaków. Nasza gmina zachęca do zdrowej, aktywnej rekreacji, także poprzez sieć szlaków pieszych i rowerowych wiodących przez najbardziej urokliwe zakątki.

Ale Szydłowo to również miejsce idealne do zamieszkania. Bardzo chętnie sprowadzają się do nas mieszkańcy większych, sąsiadujących aglomeracji miejskich.

Strona 4 z 6

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY