Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

Sołtys i szefowa koła gospodyń wiejskich w Wałczu Drugim, Jadwiga Matysek, namówiła cztery kobiety, by założyły spółdzielnię socjalną. Od dłuższego czasu były bez pracy. W sierpniu ubiegłego roku otrzymały dotację, zakasały więc rękawy…

Wykorzystały te umiejętności, które mają i zajęły się gotowaniem. Potrawy przygotowują tak, jak robią je dla swoich rodzin. Według członkiń spółdzielni, to właśnie źródło ich sukcesu: ich obiady smakują, jak w domu. Dzisiaj każdy dzień zaczynają już o trzeciej rano, by wywiązać się z zamówień.

Spółdzielnię, którą nazwały „Ogrodem Smaków”, tworzy pięć kobiet. Najmłodsza z nich ma 32 lata, najstarsza 57. Jedna dojeżdża z Dobina – sąsiedniej wsi.

I sukces, i porażka do podziału

Jadwiga Matysek wyjaśnia, jak powstał pomysł. Kilka lat wcześniej – jako sołtys – przystąpiła do prężnie działającej w gminie pozarządowej Lokalnej Grupy Działania „Lider Wałecki” i wielokrotnie brała udział w szkoleniach, jakie organizowała grupa. Na wyjazdach podpatrywała, jakie inni ludzie mają pomysły na przedsiębiorczość.

Na jednym z warsztatów usłyszała o spółdzielniach socjalnych. Dowiedziała się, jakie są zasady ich funkcjonowania: skoro kobiety mają problem ze znalezieniem zatrudnienia, muszą same stworzyć sobie stanowisko pracy, a najlepiej znaleźć kilka chętnych osób. Wówczas można podzielić zadania. Poza tym sukces w pojedynkę to nie problem, o wiele trudniejsze jest ryzyko. W grupie łatwiej też poradzić sobie z porażką.

Stabilizacja dla młodych

− Wówczas zaczęło mi świtać, że może coś takiego stworzyć samemu – mówi Matysek. Jednak najpierw, z mężem Ireneuszem, zastanawiała się, czy warto się w to angażować. Przysłowiowego chleba im nie brakowało, ale też – jak mówi pani Jadwiga – sama „kołysała się” między obowiązkami sołtysa, a pracą w kole gospodyń wiejskich. − Nic stałego – podsumowuje. Jednak najbardziej chodziło jej o młodsze kobiety.

− Moja córka i jej bratowa bez powodzenia szukały pracy. Trafiały się im zlecenia, ale po odliczeniu kosztów w sumie nie miały zarobku. W takiej małej miejscowości jest ciężko o pracę. Często to kwestia szczęścia, bo ktoś ją jednak dostaje – utyskuje pani Jadwiga.

Ruszają na szkolenia

Jesienią dwa lata temu, na spotkanie zorganizowane przez „Lidera Wałeckiego” przyjechali pracownicy Zachodniopomorskiej Agencji Rozwoju Regionalnego i zaproponowali udział w kursie tworzenia spółdzielni socjalnych od podstaw. Sołtys zgłosiła się na szkolenie.

Jednak jak przyznaje, o spółdzielni zaczęła myśleć na poważnie, dopiero kiedy pojawiła się szansa na duże dofinansowanie. Aby się o nie starać, kobiety musiały przebrnąć przez szereg formalności i szkolenia na temat tego, jak stworzyć biznesplan, z podstaw księgowości i prawa. Pierwsze warsztaty odbyły w Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka” w Poznaniu.

Kolejny warunek: spółdzielnię mogą założyć tylko osoby bezrobotne. Tu pojawił się problem. Jak wyjaśnia Jadwiga Matysek, razem z córką były pozbawione statusu osób bezrobotnych, bo odmówiły udziału w szkoleniu, które oferował Urząd Pracy. – Zaliczanie piątego kursu z obsługi komputera było bez sensu, dlatego straciłam status bezrobotnej. Jednak w ciągu tygodnia musiałyśmy potwierdzić, że jesteśmy bezrobotne. Pobiegłam do Urzędu Pracy. Przedstawiłam pani kierowniczce sytuację i okazało się, że była bardzo przychylnie nastawiona. Już na drugi dzień wszystkie byłyśmy ponownie zarejestrowane.

Kobiety musiały jeździć do Szczecina, żeby wypełniać stertę formularzy. Wyruszały pociągiem o piątej rano, żeby zdążyć do agencji na dziewiątą. Gdy już się z tym uporały, zakwalifikowały się do programu – ale to jeszcze o niczym nie przesądzało. Przeszły szkolenia, ale też w lutym jedna z nich urodziła dziecko. Na czas szkoleń zostawiała je pod opieką dziadków.

Granty na start

Przyszedł czas na sprawdzian umiejętności. – Dopiero oczy się nam otworzyły, że to wcale nie jest takie proste, jak się nam wydawało na początku. Było dużo niepewności – przyznaje Jadwiga Matysek. – W praktyce okazało się, że nie miałyśmy zielonego pojęcia, jak się tworzy biznesplan, mimo że byłyśmy po szkoleniu w tym zakresie.

Kiedy wstępną wersję przedstawiły w agencji w Szczecinie, okazało się, że wniosek zawierał wiele nieprawidłowości. Przyszło lekkie załamanie, ale osoba odpowiedzialna za weryfikację pokazała, co jest nie tak. − To był człowiek nerwowy, ale rzeczowy – mówi Matysek i podkreśla, że jego wskazówki były cenniejsze niż półroczne szkolenie.

W sierpniu otrzymały 100 tysięcy dofinansowania. Za te pieniądze wyposażyły kuchnię w najnowocześniejszy sprzęt, zakupiły między innymi piec konwekcyjno-parowy. Mają jeszcze problem z jego obsługą, ale uczą się metodą prób i błędów. Czasami coś się nie udaje.

O 6 tysięcy zwiększyła pulę kolejna dotacja, tzw. pomostówka, którą mogą przeznaczyć na ZUS i bieżące rachunki – na przykład za energię. Teraz starają się o następny grant, również w wysokości 6 tysięcy złotych. – Tyle że trzeba się wyrobić z dokumentami w bardzo krótkim czasie – martwi się szefowa spółdzielni. – Jest okres świąteczny – dodaje. Na załatwienie zaświadczeń z ZUS i Urzędu Skarbowego o tym, że nie zalegają z płatnościami, mają cztery dni.

Szefowa walczy o przetargi

Lokal znalazły we własnym zakresie, bez pomocy gminy. Na posesji Jadwigi Matysek zaadaptowały na kuchnię… dawny kurnik. Budynek był w opłakanym stanie. Dziś to miejsce jest nie do poznania. Wiele pracy wykonały własnym sumptem. Mąż Jadwigi Matysek położył kafelki, zainstalował sanitariaty, poprowadził kanalizację i centralne ogrzewanie.

„Ogród Smaków” musi przetrwać minimum rok. Jeśli sobie nie poradzą, będą musiały zwrócić cały sprzęt innej spółdzielni, którą wskaże agencja. Jednak są dobrej myśli. Na początku było dużo problemów, ale chyba się udało. Zaraz po otworzeniu spółdzielni stanęły do przetargu na dostarczanie posiłków dla szkół i… wygrały. Zdecydował łut szczęścia, bo jedyny konkurent nie dopełnił formalności, chociaż zadeklarował konkurencyjną cenę na obiady. Dziś Matysek przyznaje, że bez tego przetargu miały małe szanse na przetrwanie. Szkoły dają im byt. Częścią pracy podzieliły się nawet z bliźniaczą spółdzielnią, działającą w sąsiedniej wsi. W tym samym czasie w gminie powstały jeszcze dwa takie kobiece przedsiębiorstwa.

Szefowa „Ogrodu Smaków” już składa wnioski o kolejne przetargi, bo to zapewnia bezpieczeństwo spółdzielni. Duży ruch miały na święta. Samych pierogów przygotowały sto kilo, do tego domowy barszcz, krokiety i ciasta. Sama pani Jadwiga upiekła szesnaście makowców. To jej specjalność, choć tu mistrzynią jest Regina Stolarska.

Przygotowywały już wesela, „osiemnastki”, roczniki, konsolację, a ostatnio – wigilię sołtysów. Każdego roku organizuje ją jedno z sołectw w gminie. W tym roku wypadło na Wałcz Drugi. Zadania podjęły się kobiety ze spółdzielni. – Dziewczyny, rewelacja! – mówił zachwycony wójt.

Podstawą są potrawy przygotowywane tak, jak gospodynie robią je w domu. I chyba są smaczne, bo klienci wracają z kolejnymi zamówieniami. W ich kuchni nie wykorzystuje się mrożonek. Także zapas mięs i warzyw mają góra na trzy dni. Produkty zamawiają u sprawdzonych hurtowników, nigdy nie kupują ich w supermarketach.

Sposób na pracę i… figurę

Dzień rozpoczynają tuż przed czwartą rano. W kuchni pierwsza zjawia się J. Matysek, która nastawia zupy. Zaraz pojawiają się pozostałe panie. Dziennie przygotowują minimum 326 obiadów, jeśli nie mają innych zleceń. Przed dziewiątą posiłki do szkół: w Witankowie, Różewie, Strącznie i Gostomi. Rozwożą je najmłodsze. Kilka dni temu zakupiły – nie najnowszy, ale większy – samochód.

− Niby ja rządzę i trzymam wszystko w ryzach, zwłaszcza kasę – mówi pani Jadwiga. – Ale dziewczyny są odpowiedzialne. Nie ma spychologii. Każda z pań sprząta po sobie. Brudnych garnków nie zostawia się w kuchni, bo najłatwiej je zapuścić.

Spółdzielnia miała też pierwsze kontrole – skarbówki i sanepidu, ale wszystko było w porządku.

Kobiety pracują w spółdzielni na pół etatu. Na rękę każda z członkiń spółdzielni bierze 632 złote wynagrodzenia. Nie jest to zawrotna kwota, ale już mają więcej w rodzinnych budżetach.

Pani Jadwiga Matysek mówi, że stała praca wymagała zmiany trybu życia. Wszystkie wstają o świcie. Pracują od poniedziałku do piątku i, paradoksalnie, od tego gotowania wszystkie… schudły.

środa, 22 styczeń 2014 00:33

MAMY LASY, SPOKÓJ I CENNE ZABYTKI

Rozmowa z Zenonem Chojnackim – od 2010 r. wójtem gminy Inowłódz w województwie łódzkim

ANNA CEBULA: Gmina Inowłódz to zakątek Polski dość popularny wśród turystów. Co według pana decyduje o tym, że tak chętnie tu przyjeżdżają?

ZENON CHOJNACKI: Po pierwsze, atrakcyjne położenie gminy – nad wodą, w dolinie rzeki Pilicy, na jej najbardziej urokliwym pod względem krajobrazowym odcinku – i w otoczeniu lasów, na obszarze dawnej Puszczy Spalskiej. Zalesienie wynosi obecnie około 60 procent obszaru gminy. Po drugie ta ziemia ma niezwykle ciekawą historię, co wynika m.in. z jej położenia: na przecięciu najstarszych szlaków handlowych. To stanowi jej atut także obecnie. Trzeci element to ciekawe zabytki: XI-wieczny kościół św. Idziego – jest to jeden z najcenniejszych pod względem historycznym obiektów w Polsce, XIX-wieczna synagoga, zamek królewski Kazimierza Wielkiego z XIV w., układ zabudowy pierzejowej przy rynku w Inowłodzu, jeszcze z czasów średniowiecznych.

Miejscowością bardzo atrakcyjną i przyciągającą turystów jest niewątpliwie Spała, w której – w pałacyku myśliwskim – swoją siedzibę mieli carowie, w dwudziestoleciu międzywojennym było to miejsce, gdzie czas chętnie spędzali prezydenci – Stanisław Wojciechowski i Ignacy Mościcki. Stąd miejscowość zyskała miano drugiego Belwederu. Bywał tu także marszałek Józef Piłsudski. Po wojnie znajdował się tu Ośrodek Funduszu Wczasów Pracowniczych, a obecnie, po okresie pewnego zastoju, turystyka znów się rozwija. W miejscowości jest także Ośrodek Przygotowań Olimpijskich − Centralny Ośrodek Sportu, do którego na zgrupowania przyjeżdżają nie tylko sportowcy z Polski, ale i z całego świata. Stąd nasza niewielka gmina jest znana.

Jak gmina jest przygotowana na przyjazd turystów pod względem bazy noclegowej, gastronomicznej, wypożyczalni sprzętu rekreacyjno-sportowego?

Tylko w Spale, liczącej zaledwie 450 mieszkańców, do dyspozycji turystów jest 1200 miejsc noclegowych o urozmaiconym standardzie – począwszy od czterogwiazdkowego hotelu po schronisko. Powstają również coraz liczniej gospodarstwa agroturystyczne. Nie brakuje także restauracji o zróżnicowanych kategoriach. Turyści mogą skorzystać z wypożyczalni sprzętu do aktywnego wypoczynku – kajaków czy rowerów.

Sława gminy wypoczynkowej to kapitał, jaki – zwłaszcza Spała – zawdzięcza w dużym stopniu jeszcze czasom przedwojennym. Jakie działania podejmuje się obecnie w celu promocji gminy? W jaki sposób gmina wspiera turystykę?

Nowością jest kiosk informacji turystycznej przy głównej ulicy w Spale, gdzie można zorientować się, jakie gmina oferuje atrakcje lub bezpłatnie skorzystać z dostępu do Internetu. Zatrudniamy również pracownika, który zajmuje się sprawami turystyki w gminie i prowadzi punkt informacji turystycznej. Organizujemy również cykliczne imprezy: nie tylko doroczne, ogólnopolskie dożynki prezydenckie w Spale, ale również Powiatowe Święto Ziemniaka w Brzustowie, wydarzenia na zamku królewskim. Poza tym powstaje szereg publikacji informacyjnych o gminie, promujących jej atrakcje, wszystkie te ciekawe rzeczy, które się dzieją. To, co gmina realizuje w turystyce.

Region znany jest też z pięknej, tradycyjnej kultury ludowej. W niewielu miejscach można uczestniczyć w wydarzeniach, podczas których gros mieszkańców pojawia się w regionalnych strojach ludowych…

W gminie działają dwa zespoły ludowe i koło gospodyń wiejskich, które kultywują tę tradycję. Odtwarza się potrawy według starych receptur, przypomina się te dawne przepisy i pokazuje, jak te dania przyrządzić. Można ich spróbować, m.in. na imprezie regionalnej Powiatowe Gotowanie, ale także wziąć udział w darciu pierza czy kiszeniu kapusty. Pokazuje się, że takie zwyczaje kiedyś istniały. Jest to też sposób na uatrakcyjnienie regionu. W Brzustowie powstało gospodarstwo „Stary Sad”, gdzie w tradycyjny sposób hoduje się owce. Jego właścicielka z uzyskanej wełny wykonuje rękodzieło artystyczne. W tej wsi odtworzono również starą, wiejską chatę. Tę tradycję regionu tomaszowskiego, czy w ogóle łódzkiego, ciągle pielęgnuje się w domach z potrzeby serca, ale też uatrakcyjnia to region i ma to po części charakter komercyjny.

Czym naprawdę moglibyśmy poczuć się zaskoczeni, co warto zobaczyć, a czego nie opisano w przewodnikach?

Odpowiem z mojej perspektywy. Sam mieszkam w gminie stosunkowo niedługo: zaledwie od siedmiu lat. Zawsze urzekało mnie położenie tego miejsca. To już mówię tak od siebie, od serca – ponieważ przyjeżdżałem tu na wakacje i weekendy. Poza tym spokój, otoczenie lasów i rzeka. Myślę, że osoby, które tu przyjeżdżają, też odnoszą takie wrażenie i chętnie tu powracają.

Ważnym źródłem utrzymania jest dla mieszkańców właśnie turystyka. W czym jeszcze tkwi potencjał gminy i jakie są inne mocne dziedziny lokalnej gospodarki?

Kiedyś dominowało rolnictwo, dzisiaj jest zmarginalizowane. Odbudowuje się przemysł drzewny. Na terenie gminy funkcjonuje kopalnia surowców mineralnych „Chalcedon”, ale generalnie nie ma tu znaczącego przemysłu. Dużym pracodawcą jest Centralny Ośrodek Sportu. Poza tym dominują drobne firmy związane z przemysłem drzewnym, głównie tartaki, i firmy budowlane. Ponieważ teren obfituje w dobre piaski, powstały również betoniarnie.

Jak podsumowałby pan 2013 r. w gminie Inowłódz? To był dobry rok, kiedy udało się przeprowadzić duże inwestycje, czy pozostawił problemy, z którymi trzeba zmierzyć się w najbliższym czasie?

Zakończyliśmy rewitalizację zamku królewskiego. W tym roku skupimy się na jego wyposażeniu. W ubiegłym roku złożyliśmy wniosek – już zatwierdzony – o dofinansowanie unijne na ten cel, na kwotę około 300 tysięcy złotych. Czekamy na finalizację, czyli podpisanie umowy. Do problemu odbudowy zamku podchodzono wielokrotnie, nie tylko za mojej kadencji czy poprzednika. Mieszkańcy domagali się tego przez lata i w końcu, dzięki temu, że pojawiły się środki unijne, udało się odbudować obiekt. Pierwsze starania miały miejsce już w latach 90. Wówczas, w 1997 r., konserwator zabytków stworzył projekt rozbudowy zamku. Według jego zamierzenia miał to być typowy obiekt muzealny. Jednak jego praca trafiła na półkę.

W 2003 r. gmina ponownie rozpoczęła starania o przywrócenie zamku. Wystąpiła do konserwatora i projektanta, aby również nadać obiektowi cechy użytkowe – i uwzględniono to w projekcie. Ja również poparłem tę inicjatywę, bo uważam, że to kolejna doskonała atrakcja w gminie, która będzie przyciągać turystów. Prace polegały na konserwacji i utrzymaniu ruin zamku, częściowej rekonstrukcji wybranych elementów dawnej struktury oraz adaptacji części uzyskanych pomieszczeń. W zamku będzie funkcjonować gminne centrum kultury, biblioteka, centrum informacji turystycznej.

Ważną, tegoroczną inwestycją jest skwer spacerowy nad rzeką w Inowłodzu. Na osiedlu w Spale zbudowaliśmy sieć wodociągową. Natomiast z funduszu sołeckiego w Spale zamontowano urządzenia do ćwiczeń na świeżym powietrzu. Następną inwestycją, która została zrealizowana, była budowa drogi dojazdowej w Brzustowie – nowe 1300 metrów asfaltu.

Natomiast dużym problemem, którego nie udało się rozwiązać, jest jaz w Spale, który nigdy nie był remontowany. Planowałem jego odbudowę w 2013 r., ale procedura jest tak długa, że przełożyło się to na ten rok, a zaczynaliśmy podejście do tego tematu już w 2011 r. Dopiero na jesieni ubiegłego roku dostaliśmy pozwolenie na spuszczenie wody w stawie i dokonanie przeglądu tej budowli. Jaz jest w katastrofalnym stanie i musimy się jak najszybciej za niego zabrać.

Jednym z ważniejszych działań, narzuconych odgórnie, była ustawa śmieciowa. Jak gmina wybrnęła z tego zadania?

Realizację ustawy już skontrolowała Wojewódzka Inspekcja Ochrony Środowiska. Potwierdzeniem tego, że poradziliśmy sobie z tym zadaniem dość dobrze, jest pozytywna opinia inspekcji. Zanim wdrożyliśmy to w praktyce, mieszkańcy otrzymali od gminy pełną informację o zmianach w odbiorze odpadów. Ogłosiliśmy przetarg, który wygrała firma, jak na razie − w mojej ocenie − rzetelnie wykonująca swoje obowiązki. Mamy teraz pół roku na ocenę pod względem finansowym: czy pokrywają się nam koszty, czy będzie nam brakować środków. Ewentualnie będziemy szukać sposobów na usprawnienie tego systemu.

Jakie kluczowe zadania zaplanował pan na ten rok?

Zaplanowałem budowę ciągu spacerowego wzdłuż rzeki w Spale i utwardzenie placu, gdzie odbywają się masowe imprezy, następnie podejście do melioracji części terenów na osiedlu za Pilicą. Jest to potrzebna inwestycja, głównie ze względu na działalność bobrów, które wyrządzają nam duże szkody. Jednak o tym, co będzie realizowane, tak naprawdę zadecydują radni. Przedstawiłem im budżet – zgodnie z harmonogramem – i teraz czekam na sesję 30 stycznia, podczas której zaakceptują, bądź odrzucą, moje propozycje.

Ten rok jest również rokiem na podsumowanie kadencji. Gdyby za podsumowanie przyjąć skalę od jeden do dziesięciu, ile punktów przyznałby pan sobie za realizację własnego programu wyborczego?

Trudno siebie oceniać. To raczej należy do wyborców. Każdego roku otrzymywałem absolutorium, więc moje działania były oceniane pozytywnie. Najważniejsze, że gmina się rozwija w miarę możliwości. A potrzeby są ogromne. To nie sztuka też naobiecywać, że się dużo zrobi i nie spełnić tych obietnic.

Czuje pan już gorączkę przed wyborami samorządowymi − większą krytykę ze strony opozycji, podsumowania, wytykanie błędów?

Chyba jeszcze nie, aczkolwiek jak się czasami twierdzi, następna kampania wyborcza zaczyna się dzień po zakończeniu wyborów. Może już trwa, tylko ja jej nie zauważyłem. Trudno powiedzieć. Przede mną jeszcze dużo pracy do końca kadencji – i to jest moje największe zmartwienie. Zamierzam się dobrze wywiązywać ze swoich obowiązków. Bez ciśnienia i gorączki przedwyborczej.

Zamierza pan ponownie kandydować?

Przede mną jeszcze sesja absolutoryjna. Moja praca będzie podlegała ocenie i jak już powiedziałem – to szmat pracy. Przyjdzie czas na zastanowienie i podjęcie decyzji.

Inowłódz to gmina wiejska licząca niespełna 4 tysiące mieszkańców, położona we wschodniej części powiatu tomaszowskiego, przy drodze krajowej nr 48 w niedużej odległości od Warszawy, Łodzi i Kielc (po 80 kilometrów) oraz Radomia (60 kilometrów), Piotrkowa (40 kilometrów) i Bełchatowa (70 kilometrów). Na jej terenie jest dziesięć sołectw – poza Inowłodzem – także Spała, Brzustów, Dąbrowa, Konewka, Królowa Wola, Liciążna, Poświętne, Zakościele, Żądłowice. Miejscowość Teofilów nie ma statusu sołectwa.

RAPORT „GMINY” PO KATAKLIZMIE

Wiejący z prędkością nawet do 150 kilometrów na godzinę orkan Ksawery, który dotarł do Polski 5 grudnia – a jego kulminacja miała miejsce w ciągu następnych dwóch dni, aż do wyciszenia 8 grudnia – postawił na nogi wszystkie służby ratownicze w kraju.

Łącznie do pracy skierowano 42 tysiące strażaków w całej Polsce. Zaangażowani byli również policjanci i ratownicy medyczni. Ciężki sprzęt wyjeżdżał 4 tysiące razy: 6 grudnia – 1747 razy, 7 grudnia – 1739 razy, i 8 grudnia – 795 razy. Rozmiary huraganu były tak duże, że do koordynacji działań włączyły się sztaby kryzysowe. Dla wielu z nich był to pierwszy taki sprawdzian.

Najsilniej obecność huraganu odczuli mieszkańcy województwa zachodniopomorskiego, śląskiego i łódzkiego, ale także województwa kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego. Spokojniej było w województwie  mazowieckim, podlaskim i lubuskim, niemniej i w tych regionach huragan wyrządził szkody.

Na wodzie, lądzie i w powietrzu

Resort Infrastruktury i Rozwoju oszacował straty powstałe w wyniku huraganu na 55,6 mln złotych, w tym w gospodarce morskiej na 32,68 mln zł. W dniach od 5 do 7 grudnia wstrzymano rejsy do i ze Świnoujścia oraz do i z Gdyni.

Z kolei Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad podliczyła szkody na 16,5 mln zł.

Budżet grupy PKP uszczuplił się o 4,9 mln zł. Na kolei doszło łącznie do 417 wypadków i awarii. Aż 1006 pociągów wyruszyło w trasę z opóźnieniem, 49 z nich odwołano, zaś 101 miało skrócone relacje. Kolejowe służby interwencyjne brały udział w 719 akcjach. Za skutki huraganu przewoźnik towarowy PKP Cargo będzie musiał zapłacić 2,3 mln zł. Zarządzająca torami spółka PKP PLK straty oszacowała na 1,5 mln zł.

Z kolei transport lotniczy stracił 565 tys. zł, z czego około 530 tysięcy to koszty portu lotniczego w Gdańsku. Nie bez zakłóceń pracowały lotniska w Szczecinie, Wrocławiu, Warszawie i Modlinie. W czasie Ksawerego odwołano 136 lotów, a 100 rejsów miało opóźnienia.

Bardzo trudne warunki panowały również na drogach. W województwie kujawsko-pomorskim tworzyły się korki ciągnące się na kilka – a nawet kilkanaście – kilometrów. Na autostradzie A1 w okolicach węzła w Kowalu i na drodze 91 zaspy sięgały ponad dwóch metrów. Konieczna była ewakuacja kierowców. Dzieci, które jechały na wycieczkę, noc spędziły w szkole w Strzelnie. Łącznie z samochodów ewakuowano 200 dzieci i 50 dorosłych. Kierowcom, którzy utknęli na drogach, dostarczano gorącą herbatę i posiłki.

W ciągu zaledwie czterech dni huragan spowodował śmierć pięciu osób, a pięćdziesiąt trzy zostały ranne. To najtragiczniejsze skutki Ksawerego. Poza tym huragan uszkodził również wiele obiektów, połamał setki drzew i konarów, a także pozrywał linie energetyczne i zniszczył stacje transformatorowe. W tym czasie pół miliona osób nie miało prądu nawet przez kilka dni.

W pełnej gotowości, ale spokojnie

W większości gmin pracowały i monitorowały sytuację sztaby kryzysowe. − W zasadzie orkan Ksawery nas nie dotknął – podsumowuje wójt gminy Inowłódz w województwie łódzkim, Zenon Chojnacki. – Czekaliśmy na rozwój wypadków, jednak u nas huragan pozostawił może kilka złamanych drzew i konarów. Mimo to byłem przez cały czas dyspozycyjny, z telefonem w ręku, a także mój zastępca z zespole do reagowania kryzysowego i kierownik Zakładu Usług Komunalnych. Dodatkowo gmina współpracowała z Powiatowym Centrum Zarządzania Kryzysowego. Pod telefonem był kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej i inspektor ds. drogownictwa.

Gminę Tolkmnicko w województwie warmińsko-mazurskim Ksawery w zasadzie obszedł bez większych szkód, mimo położenia nad Zalewem Wiślanym. Tylko w jednej miejscowości, Suchaczu, doszło do niebezpiecznego podniesienia stanu wody, jednak jak poinformował burmistrz Andrzej Lemanowicz, nie zdecydowano się na ogłoszenie stanu zagrożenia powodzią. – Rozwój sytuacji obserwowano z chwili na chwilę. Strażacy byli przygotowani do układania worków z piaskiem – podsumował huragan w Tolkmnicku burmistrz. Swoje działania w zasadzie mógł ograniczyć do „bycia pod telefonem”.

O wiele niebezpieczniej było w pobliskiej gminie Elbląg, gdzie taki alarm ogłoszono. Mieszkańcom zagrażała tzw. cofka, która wypychała wodę z zalewu do rzeki w mieście.

Wnioski z Ksawerego

W gminie Mirosławiec w województwie zachodniopomorskim nie odnotowano niebezpiecznych zdarzeń drogowych. Od świata została odcięta wieś Jadwiżyn, bo nie można było się z niej wydostać, ani do niej dojechać, natomiast nikt nie utknął samochodem w zaspie. Tu działania polegały na udrożnieniu dojazdu. Największym problemem okazał się brak prądu. Zadaniem sztabu kryzysowego było głównie informowanie mieszkańców o rozwoju sytuacji, a także przyjmowanie informacji zwrotnych o tym, co dzieje się w terenie. Z powodu braku prądu pojawiły się problemy z łącznością.

Z tej lekcji burmistrz Piotr Pawlik wyciągnął wnioski. Na ostatniej sesji Rady Miejskiej przedstawił listę niezbędnych inwestycji, by w przyszłości, w razie sytuacji kryzysowej, usprawnić pomoc. Według niego konieczna jest przebudowa hydroforni w Jabłonowie, aby była możliwość podłączenia do niej agregatu prądotwórczego. Poza tym trzeba zakupić opony zimowe dla jednostek OSP i samochód z napędem na obie osie dla strażników miejskich. Pawlik zwrócił też uwagę, że huragan potwierdził, iż zakup beczkowozu i radiotelefonu to były pożytecznie wydane przez gminę pieniądze. Z czasem, kiedy nie było prądu, powstały problemy z dostarczaniem wody, więc trzeba było ją dostarczać mieszkańcom gminy. Również nie do przecenienia okazał się radiotelefon, kiedy rozładowywały się komórki.

Samorządowcy raczej pozytywnie oceniają swoje działania w czasie huraganu Ksawery. Natomiast pojawiły się również negatywne opinie. Wiele do powiedzenia ma sołtys Barbara Ferenc z Nakielna w gminie Wałcz, w województwie zachodniopomorskim. To niewielka wieś nad jeziorem Bytyń, w otoczeniu lasów. W czasie huraganu miejscowość została odcięta od świata. Drogowcy przez trzy dni nie odśnieżyli drogi dojazdowej, na dodatek do mieszkańców nie docierały żadne informacje o tym, kiedy pogotowie energetyczne usunie awarię i przywróci dostawy prądu. Nie otrzymali też komunikatu, gdzie mogą szukać pomocy. Według opinii sołtys albo sztab kryzysowy w gminie w ogóle nie działał, albo był bardzo niesprawny. – Działy się rzeczy naprawdę różne, a nigdzie nie można się było dodzwonić – opisuje huraganowe dni sołtys.

Widoczność była tylko na wyciągnięcie ręki, nad głowami latały nie tylko gałęzie, ale i przedmioty. Silnemu wiatrowi towarzyszyły intensywne opady śniegu, nawet do 70 cm, i błyskawice, co się naprawdę rzadko zdarza. Śniegu napadało tyle, że nawet nie starczyło miejsca, by go przerzucić. Podczas największego nasilenia huraganu we wsi nie pojawił się żaden urzędnik z gminy zainteresowany sytuacją i tym, jak w tym czasie radzą sobie mieszkańcy. W końcu ludzie na własną rękę opanowali sytuację. − Stąd moje rozdrażnienie – podsumowuje sołtys. − I rada, by w przyszłości przynajmniej zadbać o informację, bo najgorsza jest niepewność.

Zapewne to nie jedyny taki przypadek w Polsce. Tymczasem jak zauważyły wówczas media, od poniedziałku – zaraz kiedy ustąpił Ksawery – ludzie ruszyli do sklepów po agregaty prądotwórcze, zapewne by w przyszłości, w podobnych sytuacjach zminimalizować zależność od sprawności samorządowców.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 01:15

ANIOŁ DLA KAŻDEGO

Pani Agnieszka Małaszko od trzech lat pracuje w „Galerii Pod Aniołami”, gdzie sprzedaje obrazy, rzeźby, biżuterię oraz rękodzieło. Motywem przewodnim wielu z tych dzieł są anioły: malowane, rzeźbione w drewnie, ceramiczne, a nawet wykonane z liści kukurydzianych. Niektóre o błogim wyrazie twarzy, inne szelmowsko uśmiechnięte, bądź nieco melancholijne. Trafiają w najróżniejsze gusta, choć sama Agnieszka przyznaje, że najbliższe jej estetyce są anioły przez wielu uważane za nieurodziwe.

Ile anielskich postaci przewinęło się przez galerię? Tego Agnieszka nie potrafi dokładnie określić. Wszystkich aniołów oczywiście nie pamięta, ale utkwiło jej kilka szczególnych, w tym pierwszy – taki anioł-dzwoneczek na choinkę. Anielskie grono było na tyle liczne, że stało się inspiracją dla nazwy nowo otwieranej galerii.

W domu aniołom nie sprzyja szczęście

W domu Agnieszka nie ma zbyt wielu aniołów, ponieważ… odpadają im skrzydła.

– Moja rodzina jest bardzo energiczna, w domu panuje gwar, przewija się dużo gości. Anioły nie mają tu lekkiego życia – wyjaśnia. – W czasie zabaw z dziećmi figurki czasem tracą skrzydła lub głowy. Szczęśliwie zachował się jeden aniołek szklany – prezent od przyjaciółki. Jako jedyny przetrwał bez uszczerbku.

Pierwsze anioły, które zapadły w pamięć naszej gospodyni, wykonała Dorota Kurzyna – jedna z artystek, z którą Agnieszka podjęła współpracę. – One są naprawdę cudowne i najbardziej przypadły mi do gustu. Kurzyna jest bardzo zdolną artystką. Potrafi w ceramice pokazać twarze, co naprawdę nie jest prostą sztuką.

Galeria otwiera swoje podwoje

− Kilka lat temu zajmowałam się robieniem biżuterii i sprzedawałam ją w Internecie – wspomina Agnieszka. – Jednak z czasem chciałam stworzyć miejsce, gdzie mogłabym ją nie tylko robić i sprzedawać, ale i przyciągnąć osoby, które zajmują się podobnymi rzeczami. Miejsce, gdzie artyści mogliby zaprezentować swoje prace, miejsce z klimatem, z duszą.

Decyzja zapadła, Agnieszka postanowiła otworzyć galerię.Znalazła idealne miejsce w urokliwej, przedwojennej kamienicy. Pomieszczenia wymagały gruntownego remontu i znacznych nakładów finansowych.

– Nie chciałam otworzyć kolejnego sklepu. Zależało mi na stworzeniu miejsca, które pozwoliłoby zatrzymać się w codziennym biegu. Chcę, by osoby odwiedzające galerię czuły się swobodnie, mogły bez skrępowania oglądać wystawione w niej dzieła. Staram się poznać moich klientów. Dowiedzieć się, jakie są ich oczekiwania. Znam doskonale prace wystawione w galerii, bardzo chętnie odpowiadam na pytania moich gości. Galeria to strefa wolna od nerwów i stresu. Nawiązałam w niej wiele znajomości, niektóre z czasem przerodziły się w przyjaźnie – mówi Agnieszka. – Galeria ma nie tylko prezentować rękodzieło. Jest to również miejsce, gdzie można się czegoś nauczyć przy okazji różnych warsztatów, które organizuję. Z czasem asortyment powiększył się też o materiały plastyczne, bo takie jest zapotrzebowanie. Ludzie coraz częściej mają potrzebę robienia czegoś własnoręcznie, tworzenia rzeczy pięknych. Niektórym sprawia to większą satysfakcję, niż kupno gotowego dzieła – dodaje.

Otwarcie galerii było opisane w lokalnej prasie. To była skuteczna promocja tego miejsca.

− Twórcy, którzy dziś na stałe współpracują z galerią, sami zaczęli jej szukać, chcąc zaprezentować swoje prace szerszemu gronu odbiorców. Sama również poszukuję nowych rękodzieł, jeżdżąc na okoliczne jarmarki, kiermasze i festiwale. Zależy mi, by najciekawsze prace znalazły się na naszej wystawie, zatem staram się przyciągnąć interesujących artystów – opowiada Agnieszka.

– Bardzo lubię dzieła Marcina Paproty i Katarzyny Aftyki. Poza tym w galerii można zobaczyć prace Danuty Gajewskiej, Basi Klimaszewskej, Agnieszki Urbaniak, Bartłomieja Baranowskiego i wielu innych. Ich twórczość, to jest coś, co trafia w mój gust. Na razie nie mają znanych nazwisk, ale według mnie, jest to tylko kwestia czasu.

– Na wernisażach bywam rzadko – kwituje. – Przyznam, że nie przepadam. Bardziej jest to spotkanie towarzyskie, niż kontemplowanie sztuki. Ktoś z zewnątrz może poczuć się skrępowany. Wolę swobodniejszą atmosferę, jaką gwarantują otwarte imprezy, jak wspomniane już przeze mnie jarmarki.

Każdy anioł jest inny

W galerii mieszka jeden anioł, który zdaniem Agnieszki jest wyjątkowy. To anioł z parasolką, Anioł na Niepogodę, dzieło Doroty Kurzyny. Na razie wystawiony jest do sprzedaży, ale właścicielce galerii szczególnie zależy, by trafił w dobre ręce. – To jest mój anioł, bo ja w ogóle nie odczuwam czegoś takiego, jak niepogoda w życiu. Nawet, gdy zdarzy mi się gorszy dzień, to znajdę w nim coś, co było pozytywne. Mam nadzieję, że znajdzie dobry dom i przyniesie wiele radości nowemu właścicielowi.

Wspaniałe anioły pochodzą ze studia rzeźby i ceramiki unikatowej „Cela 37” w Lublinie. Agnieszka trafiła na nie, przeglądając strony internetowe. – Są takie barokowe i trochę smutne – opisuje. – Każdy jest inny, nie ma dwóch takich samych egzemplarzy, co bardzo sobie cenię. Uważam, że klienci również lubią nabywać rzeczy unikatowe, jedyne w swoim rodzaju. Nie są to seryjne produkty, idealnie gładkie i lśniące. Noszą na sobie odcisk dłoni swoich twórców, a czasem zdaje mi się, że przez ten dotyk artysta oddaje fragment siebie. Ich niedoskonałość jest tym, co nadaje aniołom indywidualny charakter.

W historii galerii zdarzył się też epizod z aniołem gigantem. Do pani Agnieszki zgłosił się łodzianin z ofertą sprzedaży rekordzisty wśród aniołów, o niebagatelnej wysokości trzech metrów. Po prostu nie da się obok takiej postaci przejść obojętnie. Ten anioł miał być wizytówką galerii i zachęcać do jej odwiedzenia. Niestety, był wykonany z tworzywa sztucznego i nie pasował do reszty anielskiej gromadki.

To nie tylko ładny przedmiot

Anioły to powszechnie budzące sympatię postacie. – Prawdziwa moda na anioły zaczęła się rok czy dwa lata temu. Wiele osób zbiera postacie aniołów. Są najlepszym prezentem, by wyrazić dobre intencje. Nie jest to również podarunek, który zbyt mocno zobowiązuje. Pani Agnieszka sama obdarowuje ludzi aniołami, najczęściej takimi, które są jej dziełem. Anioły, które otrzymała w prezencie, może zliczyć na palcach jednej ręki: od mamy, od teściowej, od przyjaciół, w tym Kamili Pajurek, właścicielki „Lawendowego Ogrodu”. Były to dwa anioły przytulone do siebie, namalowane na drewnie. Podarowuje się je, by wyrazić szczególną wdzięczność, ale także, by czuwały nad osobą obdarowaną. Czasami daje się je z miłości, czasami w dowód przyjaźni, bądź tak po prostu, bez okazji. Anioły równie często daje się dzieciom: kiedy się rodzą, przy chrzcie, pierwszej komunii. Tak na szczęście, bo anioły przynoszą szczęście.

Anioły można zrobić ze wszystkiego

− Tu wyobraźnia nie zna granic – zapewnia Agnieszka. Anioły mogą być namalowane, bądź wyrzeźbione w drewnie. Z tych drugich szczególnie ceni sobie prace lokalnego rzeźbiarza Ryszarda Wysockiego. Mogą być witrażowe: w technice Tiffany’ego lub ze szkła fusingowego. Anioły ceramiczne, ręcznie lepione lub z gotowych odlewów. Można też zrobić je na szydełku, uszyć z materiału albo wydziergać na drutach.

Najoryginalniejsze z tych, które pojawiły się w galerii, są z liści kukurydzianych. – Te anioły mają takie różne przebarwienia. Początkowo sądziłam, że to efekt celowego farbowania, a to są naturalne kolory liści.

Anielskie święta

− Największe zapotrzebowanie na anioły pojawia się przed świętami Bożego Narodzenia – mówi właścicielka galerii. – A ja, paradoksalnie, już zastanawiam się, czy właśnie z powodu galerii znajdę czas, by wszystko przygotować.Na pewno będzie świeża choinka. Znajdą się na niej bombki, które zachowały się jeszcze od czasów mojej prababci, babci i mamy. Zbierane przez trzy pokolenia − rodzinny skarb. Na pewno dołożę trochę nowych bombek przyniesionych z galerii, bo też każdego roku w ozdobach są straty. Kiedyś sama wypiekałam pierniki. Teraz dostaję od sąsiadki, która mieszka w sąsiedztwie galerii. Są wyśmienite. Na choince wieszam orzechy, jabłka i cukierki dla dzieci. Oczywiście, nie może na niej zabraknąć aniołów. Taka choinka z aniołami jest dla mnie obietnicą prawdziwie anielskich świąt.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 01:14

NIE ZAMYKAM SIĘ PRZED MIESZKAŃCAMI W GABINECIE

Rozmowa z Jackiem Gurszem, burmistrzem Chodzieży w województwie wielkopolskim

ANNA CEBULA: Jakie były pana pierwsze zadania, kiedy siedem lat temu został Pan burmistrzem Chodzieży?

Przede wszystkim, zaczynałem od uporządkowania stanu finansów miasta i dokończenia rozproszonych inwestycji. Zorganizowałem też współpracę z jednostkami samorządowymi, ale też skontrolowałem, jak funkcjonują. Jednak najpilniejszym zadaniem było zorganizowanie wysypiska, na które mogłyby trafiać odpady z Chodzieży. Miałem na to miesiąc czasu. To była wówczas jedna ze spraw priorytetowych.

Jak siedem lat temu wyglądała Chodzież?

Kiedy rozpoczynałem urzędowanie było to trochę senne miasto. Między ówczesną władzą, a mieszkańcami istniała przepaść, polegająca bardziej na stosowaniu socjotechniki, czyli niepotrzebnym opowiadaniu niż prowadzeniu konkretnych działań. Mieszkańcom dużo obiecywano, znacznie mniej zaś z tych słów dotrzymywano.

Poza tym inwestorzy nie mogli liczyć na przychylność ratusza – z tego, między innymi, powodu postanowiłem kandydować na burmistrza. Na pewno zmian wymagał niekorzystny zarówno dla mieszkańców, jak i inwestorów, plan zagospodarowania przestrzennego. Ogromnym problemem było zadłużenie miasta. Do 2006 roku Chodzież nie mogła również poszczycić się ani jedną złotówką pozyskaną ze środków unijnych. Obecnie pod tym względem jesteśmy w czołówce już nie tylko Wielkopolski, ale całego kraju. Według rankingu „Rzeczpospolitej” z 2011 roku – na ósmym miejscu.

Jakich modernizacji i inwestycji wówczas wymagała Chodzież?

Przede wszystkim, musiała powstać infrastruktura drogowa na miejskich osiedlach. Ich mieszkańcy wciąż poruszali się po drogach polnych. W fatalnym stanie znajdowała się baza oświatowa. Zastałem rozsypujące się szkoły i przedszkola. Łącznie jest w mieście siedem placówek oświatowych – trzy szkoły i cztery przedszkola. Wiele inwestycji przeprowadzono na polu ochrony środowiska i gospodarki wodno-ściekowej.

Udało się panu spełnić oczekiwania, o których pan wówczas myślał?

Budżet miejski zasiliły pieniądze zewnętrzne, m.in. na budowę dróg czy doprowadzenie bazy oświatowej do lepszego stanu. Na pewno ważnym zadaniem była rewitalizacja terenu nad Jeziorem Miejskim, z którego teraz chętniej korzystają nie tylko mieszkańcy, ale i coraz liczniejsi turyści. Jest to doskonałe miejsce do rekreacji i uprawiania sportów. Obecnie w mieście realizowany jest duży projekt związany z gospodarką wodno-kanalizacyjną. Poza tym rozpoczęliśmy także promocję Chodzieży, by przyciągnąć turystów i inwestorów. Reasumując, w ciągu siedmiu lat udało się dużo zrobić, ale to i tak przysłowiowa kropla w morzu potrzeb.

Jak się Panu współpracuje z marszałkiem województwa i starostą?

Jeśli chodzi o te organy, powiedziałbym, że współpraca przebiega bardzo dobrze. Potrafimy rozwiązywać wspólnie wiele problemów i inwestować. Jest dobrze.

Modelowo…?

Nie wiem, czy modelowo, bo chyba dobrego modelu nie ma.

A jak radzi pan sobie z radą miejską?

Zacznijmy od tego, że mam w radzie większość ze swojego komitetu wyborczego, co nie jest równoznaczne z tym, że stosujemy zasadę głosowania klubowego. Ja cenię w radnych to, że czasami mają odmienne zdanie – i inne od mojego spojrzenie na wiele spraw. Często korzystam z ich podpowiedzi i rad. Jednak niewątpliwie większość w radzie pozwala spokojniej i racjonalniej gospodarować w mieście.

Czy spotyka się pan z mieszkańcami, rozmawia z nimi? Jakie mają szanse by do pana dotrzeć, powiedzieć o problemach, załatwić sprawę?

Nie zamykam się w gabinecie. Uczestniczę w dziewięćdziesięciu procentach spotkań, na które jestem zapraszany przez organizacje i stowarzyszenia. Nie unikam rozmów na ulicach, co więcej, od lat praktykuję wieczorne spacery po mieście, czasami z kijkami, czasami bez. Potrafię w ciągu miesiąca przejść około stu kilometrów, doglądając, co się w mieście dzieje. Podczas tych spacerów rozmawiam z mieszkańcami. Myślę, że jestem kontaktowym człowiekiem – i tak jak powiedziałem, nie zamykam się w gabinecie. Urzędowo na spotkanie z interesantami wyznaczony jest poniedziałek, między godziną dziewiątą a dwunastą, ale to nie jest sztywny grafik, więc jeśli nie jestem zajęty, to zapraszam do siebie do gabinetu. Jeśli są tylko jakieś możliwości spotkania, to z nich korzystam.

Czy w czasie minionych siedmiu lat pojawiły się problemy, które konsultował pan z mieszkańcami?

Zazwyczaj w czasie takich spotkań, o których wcześniej mówiłem, często pojawiają się jakieś sugestie i podpowiedzi co do spraw, których z perspektywy ratusza nie widać. Wiele inwestycji jest zainspirowanych oczekiwaniami czy potrzebami, przy czym trzeba mieć świadomość, że nie jesteśmy w stanie zrealizować wszystkiego. Moją dewizą jest mówienie, że z jednej strony wszystko musimy robić etapami i racjonalnie planować zadania, a z drugiej strony tłumaczę, że gospodarowanie finansami miasta niczym nie odbiega od gospodarowania budżetem domowym czy firmowym. I że mogę wydać tylko tyle, ile jest w kasie. Często tłumaczę, co może jest śmieszne, że nie mam pod stołem maszynki do robienia pieniędzy, które pokryłyby wszystkie inwestycje potrzebne w mieście.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że Chodzież jest pana miejscem na ziemi. Czy zatem, pana zdaniem, miasto jest dobrym miejscem do zamieszkania, z perspektywami dla młodych ludzi, przyjaznym dla osób starszych, które tu będą żyć już na emeryturze, z dobrym dostępem np. do opieki zdrowotnej, z idealnymi warunkami środowiska?

Niewątpliwie, jest to dobre miejsce do zamieszkania pod tym względem, że oferuje niesamowite warunki do spokojnego życia. Jest to taki zielony zakątek Wielkopolski – tak nazywamy Chodzież i okolice. Natomiast struktura zabudowy i położenie miasta między trzema jeziorami powoduje, że mamy ograniczone możliwości na nowe, spektakularne inwestycje. A co za tym idzie, tworzenie dużej ilości nowych miejsc pracy. Ponad połowa powierzchni Chodzieży jest wyłączona z zabudowy, czy to mieszkalnej czy produkcyjnej. Dlatego wygospodarowanie jakiegokolwiek terenu dla nowych inwestorów jest niemożliwe i stąd na tym polu ściśle współpracujemy z gminą.

Jak w tej sytuacji radzą sobie mieszkańcy, gdzie znajdują zatrudnienie?

Myślę, że najmocniejszą gałęzią jest sfera produkcyjno-usługowa. Mamy bardzo dużo podmiotów gospodarczych jedno- czy dwuosobowych. W tej chwili w mieście funkcjonuje kilka zakładów. Największy z nich to Europol Meble, no i oczywiście, Fabryka Porcelany – chociaż kiedyś pracowało w niej trzy tysiące osób, a obecnie zatrudnionych jest czterystu pięćdziesięciu pracowników.

Co w pierwszej kolejności pokazałby Pan gościowi, który zawitałby do miasta? Jakie są jego największe atrakcje?

Myślę, że jeziora. Tych zresztą nie da się nie zauważyć, przejeżdżając przez Chodzież. Także lasy są naszym lokalnym dobrem. Na pewno też Starówkę z barokowym kościołem i ulicą z domkami tkaczy.

Co jeszcze chciałby Pan zrobić, co na razie się nie udało?

Chodzież nadal nie ma muzeum. Dużym, stojącym przed nami wyzwaniem jest remont stadionu miejskiego – z zamiarem powiększenia go o bazę lekkoatletyczną. Czynimy starania, by powstała też akademia sztuki, takie centrum warsztatowo-oświatowe – nastawione na muzykę, poezję, kino, śpiew.

Z jakich osiągnięć jest pan naprawdę dumny?

Od kiedy jestem burmistrzem, ratusz nie jest miejscem hermetycznym dla mieszkańców. Myślę, że udało mi się nawiązać z chodzieżanami nić współpracy. Dumny jestem z tego, że w ostatnich latach jesteśmy postrzegani z lepszej perspektywy nie tylko w województwie, ale i w kraju. Miasto jest też promowane w Polsce i za granicą. Kolejnym powodem do zadowolenia jest podwojenie budżetu – w stosunku do 2006 roku – a co się z tym wiąże, uregulowanie finansów miasta, co jest podstawą jego bytu. Cieszy mnie również promenada nad jeziorem. To jest taka perełka Chodzieży, która zmobilizowała mieszkańców do aktywności, zachęciła ich do wyjścia na spacery, do uprawiania sportów. Ale też na terenach przyległych do jeziora zaczęli inwestować drobni przedsiębiorcy.

 

CHODZIEŻ – o powierzchni 12,77 m kw. jest położona na Pojezierzu Chodzieskim, przy drodze krajowej nr 11. Liczy ok. 19,5 tysiąca mieszkańców. Tylko w granicach miasta są trzy jeziora – Chodzieskie, Strzeleckie i Karczewnik. Związany z Chodzieżą prozaik, Tadeusz Siejak, pisał o niej: „Witajcie w miasteczku pięknym, jak Eden…”

Już od XIX wieku, kiedy turyści odkryli piękne okolice miasta, przypominające górskie krajobrazy, miejsce to porównywano do „małej Szwajcarii” – a samą Chodzież nazywano „perłą Wielkopolski”. Jeszcze przed wojną zachwycił się nim Witkacy, a prezydent Ignacy Mościcki często polował w okalających je lasach.

Ze wzniesienia, nazywanego Górą Podanińską, które jest częścią Wysoczyzny Chodzieskiej, pierścieniem okalającej miasto i jego okolice, można podziwiać jedną z najpiękniejszych panoram miasta.

Chodzież znana jest przede wszystkim z Fabryki Porcelany. Jej początki sięgają drugiej połowy XIX w. W 1854 r. doszło do sprzedaży zamku (jego pozostałości znajdują się w pobliżu dworca PKP), a nowi właściciele, Walter i Müller, już po roku uruchomili w nim produkcję fajansu.

poniedziałek, 30 grudzień 2013 00:17

NIK: KONTRAKTY SOCJALNE WYMAGAJĄ GRUNTOWNYCH ZMIAN

W listopadzie Najwyższa Izba Kontroli podsumowała skuteczność kontraktów socjalnych zawieranych między gminami, a osobami znajdującymi się w trudnej sytuacji życiowej – głównie z powodu trwałego bezrobocia. Wnioski z raportu są przytłaczające.

Jeszcze w latach 2006-2010 efektywność tego rodzaju kontraktów utrzymywała się na poziomie 30 procent, jednak przez kolejne dwa lata spadła aż o połowę i obecnie wynosi zaledwie 15 procent. Przy jednoczesnym wzroście liczby podpisywanych umów: w latach 2007-2011 gminy podpisywały średnio około od 70 do 80 tys. kontraktów socjalnych rocznie. Tymczasem w ubiegłym roku ilość kontraktów przekroczyła 83 tys. i dotyczyła aż 130 tys. osób.

Raport sporządzono na podstawie kontroli przeprowadzonych w 35 ośrodkach pomocy społecznej, a jego wyniki prezes Izby Krzysztof Kwiatkowski przedstawił na międzynarodowej konferencji na temat wsparcia przedsiębiorczości społecznej. Konferencję w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi zorganizowało Stowarzyszenie Wsparcia Społecznego JA-TY-MY.

Konkluzja NIK nie pozostawia wątpliwości: to zdecydowanie za mała skuteczność przy nieproporcjonalnie wysokich nakładach finansowych.

Pieniądze na zasiłki i szkolenia

Szacunkowo ośrodki objęte kontrolą NIK wydały ponad 27 mln złotych na realizację tych kontraktów. Najwięcej środków pozyskano z Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Dzięki nim dofinansowano ponad połowę kontraktów zrealizowanych w latach 2011-2012. Z kolei udział samorządów w finansowaniu kontraktów wynosił zaledwie około 14 procent.

NIK zamieścił również informację, jak rozdysponowano tę sumę. Około 30 procent środków przeznaczono na wypłatę zasiłków, a około 20 procent wydano na szkolenia. Na praktyki, staże, prace społecznie użyteczne, roboty publiczne przeznaczono 12 procent środków, a na konsultacje z psychologiem lub terapeutą, grupy samopomocowe, grupy wsparcia – zaledwie 7 procent środków.

Wskazówki NIK

Jednocześnie w raporcie NIK znalazła się instrukcja, jak właściwie powinien być przygotowany kontrakt socjalny. Czytamy więc, że powinien on wskazywać osobie lub rodzinie kierunki działań umożliwiające wyjście z trudnej sytuacji, mobilizować do własnej aktywności, wzmacniać wiarę we własne siły, zapewniać możliwość korzystania z potrzebnego doradztwa lub szkoleń oraz pomocy finansowej.

Między gminą, a osobami czy rodzinami pozostającymi w trudnej sytuacji życiowej, zawierane są dwa rodzaje kontraktów socjalnych – typu A lub B. Pierwszy z nich ma na celu rozwiązanie ciężkiej sytuacji życiowej beneficjenta, zmobilizowanie go do aktywności zawodowej i samodzielności życiowej, z kolei kontrakty typu B mają przeciwdziałać wykluczeniu społecznemu.

Bez pracy ani rusz…

Pod tym względem wnioski zawarte w raporcie NIK niewiele odbiegają od obserwacji samych pracowników socjalnych. Ich zdaniem jednak, niemal jednogłośnym, finalnie efektem zrealizowania takiego kontraktu powinno być podjęcie pracy przez beneficjenta. – Generalnie to wszystko mi się podoba – podsumowuje ideę kontraktów Ewa Januszkiewicz-Goroszkin, kierownik Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Trzciance, w którym co roku zawieranych jest około czterdziestu kontraktów. – Podopieczni też przyzwyczaili się, że w jakiś sposób są zmuszani do aktywności, biorą udział w szkoleniach. W końcu taka osoba powinna się usamodzielnić, ale bez pracy to jest niemożliwe, a rynek na naszym terenie jest, jaki jest. Często dochodzimy do takiego punktu, że te wspólne działania idą na marne – dodaje.

W podsumowaniu NIK również znalazła się opinia pracowników socjalnych. Według nich kontrakt jest narzędziem trudnym, pracochłonnym, odpowiedzialnym i wymaga znacznego zaangażowania z ich strony.

1 pracownik socjalny na 2000 mieszkańców

Kontrola NIK wykazała, że kontrakt często jest realizowany w warunkach niewystarczającego stanu zatrudnienia w tej grupie pracowników oraz ich znacznego obciążenia wykonywaniem zadań niezwiązanych bezpośrednio z pracą socjalną. Według ustawy o pomocy społecznej, na dwa tysiące mieszkańców powinien przypadać jeden pracownik socjalny. Kierownik trzcianeckiego M-GOPS przyznaje, że gdyby dysponowała większymi środkami, zwiększyłaby liczbę wakatów o dwóch pracowników. Wtedy spełniałaby warunki ustawy, zakładające, że mogą oni poświęcić tyle czasu, ile jest konieczne – i na realizację kontraktów, i na inne zadania, jak chociażby pomoc ludziom bezdomnym.

Czy kontrakt aktywizuje beneficjenta?

Z raportu wynika też, że w większości wziętych pod lupę ośrodków pomocy społecznej wymogi kontraktów realizowano właściwie. Jednak dostrzeżono w nich istotne błędy, które mają wpływ na skuteczność.

W dokumencie czytamy, że w kontraktach nieprawidłowo określone są cele podejmowanych działań i sposoby ich osiągnięcia. W ramach kontraktów często organizowane są kursy dla bezrobotnych, tyle że podnoszące ich kwalifikacje w mało atrakcyjnych na rynku pracy zawodach. Na tym polu nie ma również dostatecznej współpracy ośrodków pomocy społecznej z powiatowymi urzędami pracy. Często – jak wykazał NIK – ta współpraca ogranicza się zaledwie do wymiany danych.

Ewa Januszkiewicz-Goroszkin z Trzcianki przyznaje, że M-GOPS organizuje własne szkolenia bez udziału PUP, żeby umożliwić podopiecznemu wszechstronny rozwój, natomiast zapewnia, że nie widzi problemu we współpracy z PUP, mimo że ta ogranicza się zazwyczaj do kierowania na cztero- bądź sześciomiesięczne staże.

Ośrodki pomocy społecznej nie mogą się też pochwalić wystarczającą skutecznością przy aktywizacji beneficjentów. W sytuacji rosnących zadań pomocy społecznej, gminy niechętnie finansowały kontrakty, a ograniczone środki nie pozwalały na działania skutecznie motywujące beneficjentów.

NIK zwrócił też uwagę na niewystarczające regulacje prawne, które uniemożliwiają dyscyplinowanie beneficjentów kontraktów przez wstrzymanie lub odmowę przyznania świadczenia. Z jednej strony, ośrodek pomocy społecznej może wstrzymać świadczenie – lub w ogóle go nie przyznać. Zobowiązany jest jednak do uwzględnienia sytuacji osób będących na utrzymaniu petenta ubiegającego się o świadczenie, bądź z niego korzystającego. Oznacza to, że nawet w przypadku ewidentnego braku współdziałania beneficjenta z pracownikiem socjalnym, skorzystanie z możliwości wstrzymania lub odmowy przyznania świadczenia nie zawsze jest możliwe, jeżeli spełnione są prawne przesłanki do przyznania pomocy.

Więcej pracy… w papierach

Raport NIK pod wieloma względami nie różni się od opinii pracowników socjalnych, którzy od lat na co dzień realizują te kontrakty. Krytycznie kontrakty ocenia również Elżbieta Drab, kierownik Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Człopie (w woj. zachodniopomorskim). W gminie w tym roku podpisano 14 kontraktów (w ubiegłym roku – 10), które realizuje trzech pracowników socjalnych.

Jednak zdaniem Drab problem nie tkwi w liczbie pracowników, a w narzędziu, czyli w tym przypadku kontrakcie socjalnym. − W jakim celu realizuje się te kontrakty, w których zawarte są nierealne zadania? – zastanawia się Elżbieta Drab. – W takiej małej gminie, jak nasza, liczącej 5,5 tys. mieszkańców, nie ma instytucji wspierających, na przykład ośrodka interwencji kryzysowej, poradni psychologicznej i terapeutycznej, urzędu pracy – wymienia. – Więc co można zaoferować podopiecznemu, jeśli na zajęcia z psychologiem, czy do urzędu pracy musi udać się trzydzieści kilometrów?

A w Człopie aż jedna piąta mieszkańców objęta jest opieką socjalną, tyle że zdaniem Drab kontrakt socjalny to kolejny dokument, który podwaja pracę pracowników socjalnych, jednak ogranicza ją do wypełniania dokumentacji.

niedziela, 29 grudzień 2013 23:55

A TU ŻUBR STANIE, JAK BYK!

Dziś na świecie żyje 4,5 tysiąca żubrów w 33 stadach. To imponująca liczba, a do tego ponad połowa tych zwierząt mieszka w Polsce. Bez przesady można powiedzieć, że są naszym dobrem narodowym. Jednak można się z nimi spotkać w nielicznych zakątkach Polski, a gminy promują się dzięki obecności żubrów i… coraz lepiej zarabiają na turystyce.

W lipcu Mirosławiec zorganizował festiwal, którego bohaterem był żubr zamieszkujący gminę od około dwudziestu lat. Według burmistrza Piotra Pawlika w imprezie uczestniczyło nawet sześć tysięcy osób, nie tylko z Mirosławca i okolic. Przy okazji, informacje o żubrach pojawiają się nie tylko w prasie lokalnej. Korzysta na tym gmina.

Ale to nie jedyne wydarzenie w gminie, którego tematem przewodnim jest żubr. Już po raz drugi Mirosławiec wraz z Zachodniopomorskim Towarzystwem Przyrodniczym, które nadzoruje stado, zorganizowały również konferencję dotyczącą żubrów. Spotkali się na niej specjaliści, leśnicy, ale także miłośnicy przyrody. Właśnie z powodu żubra uczestniczył w niej poseł Stefan Niesiołowski, profesor nauk zoologicznych. Według Piotra Pawlika, brało w niej udział około stu sześćdziesięciu osób, o wiele więcej niż w ubiegłym roku, a konferencja miała charakter już nie tylko lokalny.

Podobne działania promocyjne – Dzień Żubra − prowadzone są już od siedmiu lat w bieszczadzkich Lutowiskach, gdzie również jest pokaźne stado, liczące obecnie 360 osobników. Pierwsze z nich trafiły tu w 1960 roku.

O współpracy między gminą Mirosławiec a ZTP, Magdalena Tracz mówi, że można ją określić jako wzorcową. – To wspólne pomysły, które już są wdrażane, m.in. projekt przeciwdziałający presji turystycznej, opracowany wraz z Ośrodkiem Kultury w Mirosławcu. Chodzi o to, by odsunąć turystów od żubrów – wyjaśnia Tracz. – Kolejny projekt ma na celu poprawę relacji żubrów ze społecznością lokalną. Ciekawym scenariuszem są wyprawy naszych żubrów na dalekie wędrówki, jak ostatnia wyprawa byka pod Krzyż Wielkopolski. Zwierzę znalazło sobie tam miejsce do żerowania, ale dla miejscowych było czymś zupełnie nieznanym. Ludzie próbowali przegonić byka nawet ciągnikami. Z czasem reakcje ludzi są mniej emocjonalne, a bardziej racjonalne. Ta wyprawa skończyła się dla żubra tragicznie, w końcu wpadł pod pociąg.

  

Przyszłość pod znakiem zapytania

Mimo że liczba żubrów jest dziś dość imponująca i stale wzrasta, to wciąż nie oznacza, że zwierzętom tym nie zagraża wyginięcie. – O pewności, że ten gatunek przetrwa, będzie można mówić, jeśli liczba żubrów przekroczy 10 tysięcy – mówi Magdalena Tracz. – W światowej czerwonej księdze zwierząt oznaczone są symbolem VU, czyli jako „narażone na wyginięcie” – informuje prof. SGGW dr hab. Wanda Olech-Piasecka, uczestniczka naukowej konferencji w Mirosławcu.

Prawdziwa groźba, że żubry znikną, pojawiła się w latach 20. ubiegłego wieku. Wówczas doliczono się zaledwie 54 osobników, które przetrwały tylko dlatego, że żyły w niewoli. W styczniu 1919 r. w Puszczy Białowieskiej żyły na wolności już tylko cztery zwierzęta. W kwietniu z rąk kłusownika padła ostatni osobnik – żubrza krowa.

Aby ratować żubry, m.in. by zwiększyć ich populację, powstają zagrody pokazowe. W takich hodowlach zwierzętami spokojnie mogą nacieszyć oko turyści. Żeby je spotkać w terenie, w naturalnych ostojach, trzeba liczyć raczej na łut szczęścia. Hodowle pokazowe powstały w Białowieży, Pszczynie, Bieszczadach. Kolejna zagroda powstaje też w gminie Mirosławiec. – Otwarcie zagrody planowane jest na wiosnę – informuje burmistrz Pawlik.

− Żubry, które zamieszkają w zagrodzie, będą służyć stadu wolnemu – wyjaśnia Magdalena Tracz. − Młode będą wypuszczane na wolność, by zasilić genetycznie stado.

Uważajcie w tym miejscu!

Stado z okolic Mirosławca jest najlepszym przykładem, że te zwierzęta nie boją się cywilizacji. Często wypasają się przy drodze K10 i są dla kierowców niemałą sensacją. Jednak dla żubrów to właśnie samochody są największym zagrożeniem. Kiedy przechodzą przez drogę, często dochodzi do wypadków, w których te zwierzęta giną.

Niestety, znaki ostrzegawcze ustawione przy drodze nie działają na wyobraźnię kierowców. A żubrów nie można ostrzec przed niebezpieczeństwem. Ostatni wypadek miał miejsce w sierpniu tego roku, w pobliżu miejscowości Piecnik. Wówczas na drodze zginął trzymiesięczny żubrzy cielaczek. – To drugi taki wypadek w tym roku – informuje Tracz. – Ale było też tak, że w ciągu roku zginęło aż dziewięć osobników, czyli prawie dziesięć procent populacji. Niestety żubry lubią przechodzić przez drogę na tym konkretnym odcinku.

Z kolei człowiek w obecności żubra raczej nie musi obawiać się o swoje bezpieczeństwo. To spokojne zwierzę, mimo swej pokaźnej postury. Nie należy się tylko zbliżać do samicy, kiedy ma młode. A kiedy stanie się z taką oko w oko, trzeba wycofać się bez paniki. Groźny może okazać się również samiec, zwłaszcza w okresie godowym. Obserwatora może on uznać za… rywala.

Żubry zachodniopomorskie

Żubry z Mirosławca żyją w najbardziej na zachód wysuniętej części Europy. W ubiegłym roku, łącznie ze stadem drawskim, doliczono się 110 osobników, jednak całkiem prawdopodobnie jest, że to już nieaktualna liczba.

Starsze stado – mirosławieckie – istnieje od 1980 roku. Jego zalążkiem były żubry sprowadzone wówczas z Puszczy Białowieskiej w okolice Wałcza. Przyczynił się do tego prof. Ryszard Graczyk. Jednak z czasem zwierzęta znalazły dogodniejsze warunki do bytowania w sąsiedniej gminie, Mirosławcu. W ubiegłym roku na świat przyszło tutaj 17 cieląt, a jeszcze w latach 2004-2005 na dwadzieścia osobników rodziło się od trzech od czterech młodych w sezonie.

Żubry od dwóch lat przemieszczają się do sąsiedniej gminy Tuczno, gdzie – zwłaszcza w zimie – znajdują dogodne ostoje. Wędrówki zwierząt przyrodnicy starają się obserwować. Jest to możliwe dzięki zastosowaniu telemetrii. Zwierzętom nakładane są obroże z GPS, chociaż nie wszystkim osobnikom.

Znalazły one również dogodne warunki w Nadleśnictwie Drawsko, na poligonie wojskowym. W pobliże Drawska żubry przybyły w 2008 roku, dzięki zaangażowaniu Zachodniopomorskiego Towarzystwa Przyrodniczego. Grupa przyrodników napisała wówczas projekt ekologiczny na utworzenie stada satelickiego do stada mirosławieckiego.

W tym przypadku teren jest własnością skarbu państwa, więc zwierzęta nikomu nie wyrządzają szkód. Same również mają na tym terenie spokój i mogą się swobodnie rozwijać, a przede wszystkim – mają pożywienia w bród, zarówno traw, jak i innych roślin zielonych. Jesienią żywią się też borówką, wrzosem lub żarnowcem, zimą – nie pogardzą żołędziami, czy kasztanami. Dorosły samiec spożywa dziennie minimum czterdzieści kilogramów paszy. Ciekawostką jest fakt, że większość czasu w ciągu dnia żubry spędzają na żerowaniu.

Waży tonę i skacze dwa metry do góry

Pod względem postury żubr to prawdziwy rekordzista – dorosły samiec może osiągać w kłębie do 190 cm i ważyć nawet tonę (!). Jest tak duży, że u przypadkowej osoby, która po raz pierwszy spotka się z takim zwierzęciem, może wzbudzić panikę. Jednak znawcy natury tego zwierzęcia zapewniają, że przed intruzem raczej sam pierwszy czmychnie.

A wbrew pozorom to akurat potrafi. Zwierzęta te, mimo że są obdarzone potężną sylwetką, mogą przeskakiwać przez przeszkody sięgające nawet dwóch metrów.

Poza tym, to zwierzę, właśnie ze względu na sylwetkę budzi powszechną sympatię. Ma masywny, szeroki przód, z wyraźnym garbem oraz długą i gęstą grzywą. Z kolei tylna partia tułowia jest wąska i pokryta krótką sierścią.

Restytucja żubra

Dziś, kiedy nadal trwa walka o przetrwanie żubrów, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś w polskich lasach było zatrzęsienie tych zwierząt. Ale problem nie jest nowy, po prostu dotarł do nas z opóźnieniem: w Europie żubry zaczęły znikać już w XII w.

Po raz pierwszy żubr został opisany naukowo w XVIII wieku przez Karola Linneusza – szwedzkiego przyrodnika – jako Bos bonasus. Wyróżnia się trzy gatunki żubra: nizinnego (Bison bonasus bonasus), kaukaskiego (górskiego; Bison bonasus caucasicus) i węgierskiego (karpackiego; Bison bonasus hungarorum).

Żubry zawdzięczają swoje istnienie Janowi Sztolcmanowi – przyrodnikowi i podróżnikowi, który w celu ich ochrony założył w 1923 r. Międzynarodowe Towarzystwo Ochrony Żubra. Po przeliczeniu zwierząt okazało się wówczas, że żyje ich zaledwie pięćdziesiąt cztery osobniki czystej krwi. Wszystkie zwierzęta przetrwały w niewoli i zaledwie dwanaście z nich nadawało się do reprodukcji, ale już sześć lat później w Puszczy Białowieskiej na wolność wypuszczono cztery pierwsze żubry.

W 1939 r. ich liczba potroiła się, ba, szczęśliwie przetrwały nawet drugą wojnę światową i przetaczające się ofensywy wojsk. Pod koniec XX wieku na świecie było już niemal trzy tysiące żubrów – z czego siedemset żyło na terenie Polski.

Żubry licznie żyją też za wschodnią granicą Polski – na Litwie (nie jest to duże stado), Białorusi (na terenie której rozciąga się Puszcza Białowieska), w Rosji i na Ukrainie. Jednak, zwłaszcza na Ukrainie, żubry nie podlegają prawnej ochronie i często padają łupem kłusowników. – Wynika to najprawdopodobniej z ogólnego bezhołowia – zastanawia się Magdalena Tracz.

Ponad cztery tysiące żubrów, które dziś żyją na świecie, to wciąż za mała liczba, by uznać, że te zwierzęta powróciły na stałe. Wszystkie te osobniki są ze sobą spokrewnione, co jest dla nich dużym zagrożeniem, bo przez to bardziej narażone są na choroby. Wybuch pandemii mógłby je wytrzebić w bardzo krótkim czasie.

Tymczasem można się tylko cieszyć się z ich sympatycznego sąsiedztwa, mimo że to wielkie zwierzę niekiedy wyrządza drobne szkody na zagonach.

wtorek, 03 grudzień 2013 21:53

DROGI JAK KUKUŁCZE JAJA

13 września br. Sejm przyjął nowelizację ustawy o drogach publicznych, która budzi wiele kontrowersji wśród samorządowców. Zastrzeżenia dotyczą art. 10 ust. 5 tej ustawy, według którego w momencie oddania do użytku alternatywnej drogi do drogi krajowej – chodzi przede wszystkim o drogi ekspresowe bądź obwodnice – gmina automatycznie dostaje pod zarząd „krajówkę”. Gminni włodarze, przy okazji tej nowelizacji, mówią o zamianie ustroju samorządowego na spychologię.

Kontrowersyjny przepis został wprowadzony 9 grudnia 2003 r. Przykładem jego zastosowania może być powstanie drogi ekspresowej S5 – między Gnieznem a Poznaniem. Utrzymanie dotychczasowej drogi K5 przerzucono na trzy wielkopolskie gminy: Pobiedziska, Swarzędz i Łubowo, przez które ta droga przebiega.

Ale to nie jedyny taki przypadek. Podobny problem pojawił się choćby po otwarciu części drogi ekspresowej S3 od zespołu portów Świnoujście-Szczecin planowanej do południowej granicy z Czechami.

Ruina budżetu

Samorządowcy argumentują, że utrzymanie tych dróg na dotychczasowym poziomie rujnuje gminne budżety. Ostatecznie najbardziej odbija się to na bezpieczeństwie kierowców, bo standard dróg pogarsza się z powodu braku pieniędzy na zachowanie ich w należytym stanie. W związku z tym ten kłopotliwy przepis został skierowany przez sześć gmin do Trybunału Konstytucyjnego – jako niezgodny z Konstytucją oraz Europejską Kartą Samorządu Lokalnego.

Prace nad nowelizacją ustawy o drogach publicznych podpisanej we wrześniu przez Sejm, jak zgodnie przyznają samorządowcy, niewiele zmieniły na korzyść. Ustawa zakłada automatyczną zmianę kategorii odcinka drogi, jednak tylko o stopień niżej, czyli z drogi krajowej na wojewódzką. Nie ma to też obligatoryjnego charakteru. Sejmik wojewódzki może uchwałą zmienić kategorię drogi z wojewódzkiej na powiatową. Aby powiadomić o tym zarząd powiatowy, ma na to 30 dni przed podjęciem takiej uchwały.

Z kolei samorządy gminne, na które w przeszłości „zrzucono” takie drogi, mogą zmienić ich status na wojewódzkie. Mają na to 90 dni przed wejściem w życie nowelizacji ustawy o drogach publicznych. Tyle że zarząd wojewódzki może je „zepchnąć” – po nowelizacji – do szczebla powiatowych, a zarząd powiatu – do gminnych.

Kontrola prewencyjna

Prezydent Bronisław Komorowski skierował nowelizację tej ustawy do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. Taki komunikat podało Biuro Prasowe Kancelarii Prezydenta 25 października br.

− Ustawa ta budziła duże kontrowersje, ze względu na regulacje pozwalające samorządom województwa na przekazywanie samorządom innych szczebli zarządu nad istniejącymi odcinkami dróg zastępowanymi nowymi trasami – czytamy w komunikacie.

− Oznaczałoby to swoiste wycofanie się państwa z funkcji, jaką jest określenie bezpośrednio w drodze ustawy zadań poszczególnych szczebli samorządu terytorialnego – doszłoby do scedowania tych uprawnień na jednostki samorządu.

Ponadto, jak podkreślono w komunikacie, po raz pierwszy w systemie prawnym znalazłyby się przepisy stanowiące podstawę do określania zadań realizowanych przez gminy i powiaty nie bezpośrednio w ustawie, ale przez samorząd innego szczebla, w drodze uchwały, odpowiednio sejmiku województwa, rady powiatu i rady gminy. − W opinii Prezydenta RP takie rozwiązanie budzi wątpliwości co do zgodności z wynikającą z Konstytucji zasadą określania zadań samorządów w ustawie, a także z konstytucyjnie chronioną samodzielnością gminy będącej podstawową jednostką samorządu terytorialnego – czytamy dalej w komunikacie.

Podkreślono w nim również, że nowelizacja, będąca kompilacją trzech projektów poselskich (SLD, PO i PiS), spotkała się z protestem środowisk samorządowych, w tym ich krajowych organizacji (m.in. Związku Miast Polskich, którego prezesem jest Ryszard Grobelny, prezydent Poznania). W apelach kierowanych do prezydenta Bronisława Komorowskiego wskazywały one na poważne ryzyko niezgodności nowych przepisów z Konstytucją.

 

Nowelizacja ustawy o drogach publicznych została przegłosowana 13 września przez Sejm i skierowana do Senatu, gdzie czeka na głosowanie. Tymczasem zanim wejdzie w życie, bądź o jej losach zdecyduje Trybunał Konstytucyjny, samorządowcy będą mieli drogi problem z drogami.

wtorek, 03 grudzień 2013 21:49

JAK PSU BUDA…

Według wójta Inowłodzia, Zenona Chojnackiego, jego największym zmartwieniem są… bezdomne psy. Podobnego zdania jest sołtyska Jadwiga Naranowicz ze Szwecji. To zwykle na jej głowie spoczywa przygarnięcie szwędającego się po wsi bez opieki czworonoga i znalezienie mu miejsca do adopcji. Zwierzęta, którymi muszą się zająć, i tak mają wiele szczęścia…

Na przełomie 2012 i 2013 r. Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła kontrole w dziesięciu województwach, sprawdzając, jak gminy i schroniska realizują ustawę o ochronie zwierząt. W sierpniu NIK opublikował raport, jak gminy i przytuliska radzą sobie z bezdomnością zwierząt.

To wstrząsające świadectwo. Według raportu, co czwarte bezdomne zwierzę umiera w schroniskach z powodu panujących w nich warunków. Poza tym jedna trzecia środków publicznych przeznaczonych na bezdomne zwierzęta wydawana jest z naruszeniem prawa. Tak brzmią główne konkluzje raportu Izby.

Kontrola objęła osiemnaście urzędów gmin i miast, dziewiętnaście schronisk i podmiotów zajmujących się opieką nad zwierzętami na podstawie umów podpisanych z gminami (w tym ich wyłapywaniem). Kontrole objęły w sumie dziesięć województw.

Przepełnienie

Jak wynika z inspekcji, największym problemem schronisk jest ich przepełnienie. W 2011 r. funkcjonowało 150 przytulisk, w których żyło ponad 100 tysięcy psów – ale faktycznie tych miejsc było trzykrotnie mniej. Z kolei kotów było 20 tysięcy, a to cztery razy więcej niż dostępnych miejsc. W większości schronisk (71 proc.) zwierzęta nie mają odpowiednich pomieszczeń – ani legowisk, ani wybiegów. Jako fatalne można opisać warunki sanitarne w 43 proc. schronisk, gdzie zwierzęta żyją w klatkach i boksach zanieczyszczonych odchodami. W 21 proc. schronisk są źle karmione.

Negatywną ocenę działalności skontrolowanych gmin NIK uzasadnił w szczególności: niepodejmowaniem skutecznych działań w celu ograniczenia populacji bezdomnych zwierząt, a nawet brakiem takich działań (w 50 proc. skontrolowanych gmin), nieprzestrzeganiem zakazu odławiania bezdomnych zwierząt bez zapewnienia im miejsc w schroniskach (61 proc.) oraz zlecaniem takiej czynności podmiotom, które nie posiadały wymaganych zezwoleń (67 proc.) albo też bez podjęcia stosownej uchwały przez rady gminy (40 proc.).

Izba negatywnie zaopiniowała również wydatkowanie nielegalnie albo niegospodarnie 1.653,7 tys. zł (36 proc. środków z budżetów osiemnastu gmin) na rzecz podmiotów, które nie posiadały wymaganych zezwoleń oraz nie zapewniły standardu usług, dotyczących opieki nad zwierzętami. Zauważono również, że brakuje kontroli wykorzystania środków publicznych i sprawowania opieki nad zwierzętami w schroniskach i w innych miejscach ich przetrzymywania (50 proc.).

Podsumowując NIK napisała w raporcie, że wejście w życie znowelizowanej ustawy o ochronie zwierząt nie przyczyniło się w znaczący sposób do rozwiązania problemu bezdomnych zwierząt. Wprawdzie szesnaście rad skontrolowanych gmin uchwaliło programy opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt, to jednak tylko pięć programów spełniało wszystkie wymogi określone w art. 11a znowelizowanej ustawy. W znacznej części gmin postanowienia tych programów, dotyczące opieki nad bezdomnymi zwierzętami, nie były realizowane.

Trzy miliony

Z ustaleń Izby wynika również, że w porównaniu do 2005 r., psów przebywających w schroniskach jest o 21 proc. więcej. Liczba porzuconych i zabłąkanych zwierząt rośnie znacznie szybciej od miejsc w schroniskach i od liczby zwierząt adoptowanych. Co gorsza, to może być jedynie wierzchołek góry lodowej: z danych Stowarzyszenia Obrona Zwierząt wynika, że w Polsce może być około 3 milionów bezdomnych psów i kotów. Oznaczałoby to, że 120 tysięcy zwierzaków, jakie obecnie znalazły dach nad głową w przytuliskach, to jedynie niewielki odsetek stworzeń wałęsających się po kraju.

Tymczasem już teraz przepełnienie schronisk jest – w ocenie Głównego Inspektoratu Weterynarii – powodem niezapewnienia przebywającym tam zwierzętom właściwych warunków bytowania, a w niektórych schroniskach nawet ochrony przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi.

Stworzono program wychodzenia zwierząt z bezdomności. Zwierzęta pokazywane są w mediach, Internecie, by znaleźć im dom, by nie zostawały w schroniskach. − Jednak do tego potrzebne jest zaangażowanie urzędników – mówi Grzegorz Bielawski, inspektor z Pogotowia dla Zwierząt w Trzciance. Sam jako wzorowe typuje gminy Tłuszcz, Sulejówek czy Obrzycko. Według jego oceny w tych gminach znacznie udało się ograniczyć bezdomność zwierząt. Gminy te otwarte są na szkolenia i prewencyjne działania. Opłacają m.in. sterylizację i kastrację zwierząt.

Znęcanie się

Być może nieco optymistyczniej zabrzmiała opinia NIK, że gminy właściwie reagowały na przypadki niehumanitarnego traktowania zwierząt.

Opinię NIK potwierdzają osoby zaangażowane w działalność organizacji pozarządowych. – Jest sporo gmin świetnie zorganizowanych, które znają prawo o ochronie zwierząt – podkreśla Grzegorz Bielawski, który na co dzień zajmuje się odbieraniem właścicielom maltretowanych czworonogów. – Jest niestety kilkaset gmin, które z tą wiedzą są na bakier.

Bielawski mógłby bez końca wymieniać przypadki drastycznego traktowania zwierząt. Jedna z ostatnich interwencji Pogotowia miała miejsce w Łomiankach, gdzie na terenie prywatnej posesji odkryto nielegalną hodowlę yorków. Około siedemdziesięciu zwierząt żyło w piwnicy, bez wypuszczania na zewnątrz, a nawet bez światła. Z kolei w Posadowie właściciel stajni trzymał w niej 64 konie niemal zagłodzone. Za duży krok uważa, jeśli ktoś w sklepie żelaznym kupuje łańcuch dla psa o przepisowej długości trzech metrów. To znak, że w jakiś sposób respektuje prawo o ochronie zwierząt. Jednak inspektor już zapowiada, że w przyszłości w nowelizacji tej ustawy pojawi się zakaz trzymania psów na łańcuchach.

Wracając do raportu NIK, spada – chociaż nieznacznie – odsetek zgonów w schroniskach. W 2011 roku wynosił 11,9 proc. wśród psów oraz 22,1 proc. wśród kotów. Pozytywnym zjawiskiem jest z kolei wzrost liczby adoptowanych zwierząt. W 2011 roku ze 100,3 tys. psów przebywających w schroniskach adoptowano 54,7 tys. (55 proc.).

poniedziałek, 04 listopad 2013 21:31

SERCE ZOSTAŁO W ŁOWICZU

W wymarzonym domu w Szwecji – największej, wsi w największej gminie w Polsce, w województwie zachodniopomorskim – Beata Błędowska-Tomajczyk odtworzyła wystrój łowickiej chaty. Teraz, razem z mężem Andrzejem, prowadzi w nim gospodarstwo agroturystyczne „W Pięknej Dolinie”.

Dom odkryła, idąc przez Szwecję w procesji Bożego Ciała. Mimo że budynek był mocno zniszczony, zachwyciła się jego architekturą. Do tego położony na uboczu wsi, był niesamowicie wkomponowany w krajobraz. Z jednej strony granicę posesji wyznacza rzeka Piława – ruchliwy i znany wśród turystów z całej Polski szlak kajakowy. Skądinąd, swoją działalność na polu turystycznym Tomajczykowie rozpoczynali przed dwunastu laty od wypożyczania kajaków. W najbliższej okolicy jest jeszcze kilka popularnych szlaków – przez Dobrzycę, Gwdę, jeziora Krępsko Duże i Małe. Kajaki okazały się modne, a potem zaistniała potrzeba stworzenia bazy noclegowej dla masowo przyjeżdżających tu latem turystów. Na rzekach też nie kończą się atrakcje. Andrzej Tomajczyk, leśnik, okolice zna jak własną kieszeń. Sama Szwecja to malownicza wioska.

− Duże miasto nigdy mnie nie pociągało – mówi Beata Tomajczyk. – Ale odnajduję się w nim – dodaje zaraz. – To miejsce nie było zaplanowane, jednak zawsze marzyłam o mieszkaniu na wsi, w wiejskiej chałupie krytej strzechą. Jędrek jest leśnikiem, więc kiedy dostał propozycję pracy w Trzebieszkach, znaleźliśmy się tutaj.

Z Trzebieszkami – położonymi już w sąsiedniej gminie, Jastrowie, i w sąsiednim województwie, wielkopolskim, mimo odległości zaledwie kilku kilometrów od Szwecji – związana jest również ciekawa historia. Przed wojną w tej miejscowości leśnikiem był ojciec Renate Marsch-Potockiej - znanej niemieckiej korespondentki w Polsce, wieloletniej komentatorki w programie „Bliżej świata” Jerzego Klechty. Ojciec Marsch został zastrzelony przez Rosjan w 1945 r. Do dziś w Trzebieszkach z jego gospodarstwa zachował się kurnik, a o tym, że przed wojną leśnik to był ktoś, niech świadczy fakt, że w tym kurniku teraz jest urządzona oryginalnie i ceniona w regionie… restauracja. Renate Marsch-Potocka wielokrotnie powracała w rodzinne strony.

Na ścianie urosło… zboże

Dom w Szwecji Tomajczykom udało się kupić po dwóch latach. Zmarł jego dotychczasowy właściciel, a rodzina, okazało się, wystawiła go na sprzedaż.

Od początku, planując renowację, postanowili, że na pewno nie zniszczą charakteru domu. Nie korzystali też z pomocy architektów. Sami mieli pomysł na to, co chcą stworzyć. I wewnątrz, i na zewnątrz zbili tynki, żeby odkryć cegłę. Taki styl budownictwa powszechny był w Niemczech. Dom trzeba było ocieplić od wewnątrz. W okolicach Piły znaleźli specjalistę od… gliny. − Najpierw na ścianę nabijany był drewniany stelaż – wyjaśnia technologię właścicielka domu. – Ta przestrzeń była wypełniana łupkiem z gliny. Na to z kolei nakładana była masa słomiana, a na to szedł tynk mieszany z gliny, piasku i sieczki.

Pod wpływem wilgoci w glinie, z sieczki urosło zboże, a ściana była gotowa dopiero, jak obeschło.

Ich marzeniem było też klepisko, ale kiedy remontowali dom, w Polsce nie było technologii polegającej na polerowaniu gliny. Na podłogę wykorzystali więc beton przemysłowy. − Przydały się też umiejętności lokalnych rzemieślników – mówi Beata i pokazuje solidne, drewniane drzwi. – Kiedyś zaczepił nas miejscowy fachowiec, który chciał dorobić. Został na bardzo długo. Na koniec zrobił dębowe ławki, na które się nie umawialiśmy, i powiedział, że już nie będzie przychodził. Wtedy zrobiło się tak smutno. Remont właściwie był skończony. Został tylko jeden szczegół: cztery lata temu dom pokryli strzechą.

Kiedy Tomajczykowie kupili ten dom, w pokojach już nie było pieców, ale – na szczęście − przetrwała… baba. – Dawniej było tak, że każda z izb miała swoją kuchnię i wlot kominowy – wyjaśnia Beata. – Babą odprowadzało się dym. − Myślę, że to ostatnia chałupa we wsi, a nawet w dalszej okolicy, z babą. Kiedyś trafiło do nas małżeństwo historyków, które szukało chałupy z czarną izbą albo babą. Znaleźli taki dom dopiero pod Trzcianką.

Chata, jakby z dziecięcych wspomnień

Wnętrze domu Tomajczykowie też urządzili w oryginalny sposób… na wzór łowickiej chaty. W izbie są ludowe kapliczki, malowane i drewniane anioły, łowickie maty i „podręcznik” zabrany z kuźni dziadka: podręczne gwoździe, podkowy, młotek. Wszystko, co potrzebne, kiedy kuł konie.

− Ten kufer jest przywieziony ze „skansenu” – mówi Beata i wyjaśnia, że tak nazwała łowicką chatę babci. − To było zupełnie jak w „Chłopach” – wspomina. − Właściwie jeździliśmy tam od Wielkanocy, kiedy robiło się ciepło. Chałupy łowickie były budowane w taki sposób, że miały dwie izby i wówczas, w każdej z nich, była kuchnia albo westfalka, a w pozostałych pomieszczeniach było zimno. Kiedy nastał Edward Gierek, ludzie zaczęli rozbierać te swoje chałupy z drewna, kryte strzechą, co dawało ciepło, stawiając na ich miejsce domy murowane.

Tu grali „Chłopów”

W latach 70. w okolicach Łowicza, w Jacochowie, co roku Beata Błędowska-Tomajczyk spędzała wakacje u dziadków, gdzie − jak wspomina – wszystko było, jak żywcem przeniesione z Reymontowskich „Chłopów”.

Nic więc dziwnego, że w 1972 roku właśnie w tej łowickiej wsi powstał słynny film. Kowala Michała, w kuźni jej dziadka, zagrał sam Bronisław Pawlik. – Do dziś pamiętam, jak Pawlik przyjeżdżał niebieską ładą – wspomina Beata Błędowska-Tomajczyk. W filmie statystowali jej dziadkowie – i pół wsi. Raz dziewczęta siedziały na ławce przed chatą, kiedy pojawili się filmowcy i zaproponowali, by zagrały dziewczyny pasące gąski. Tak je to wtedy przeraziło, że uciekły do chaty i wlazły za szafę. Tkwiły za nią tak długo, aż ekipa odjechała.

– Przyjeżdżaliśmy w Wielki Piątek. Babcia rozpalała w piecu chlebowym i piekła ciasto: serniki, jabłeczniki, ciasto drożdżowe. I po zającu dla każdego z wnuków – wspomina. – To znam już z opowieści mamy, bo na Niedzielę Palmową nigdy tam nie byłam. Kiedy do domu przynosiło się palemkę po poświęceniu, to jednego kotka trzeba było zerwać, żeby nie opuszczało szczęście. Oczywiście, to nie były palmy sztuczne, tylko robione z naturalnej wierzby – dodaje.

Zapamiętała też bliskość i życzliwość sąsiadek. Jak się u kogoś zaczynały prace polowe, to ludzie szli do sąsiada pomagać. Dziadek szedł w pole i zupełnie jak Boryna zrywał kłosy, młócił w dłoniach i sprawdzał, czy są na tyle twarde, że można zaczynać koszenie.

– Potem długo jeszcze jeździłam na Boże Ciało do Łowicza na słynną procesję, gdzie ludzie idą w strojach ludowych – mówi pani Beata. – Pamiętam również odpusty kościelne z karuzelami. Jechaliśmy na nie wozem, bo kościół znajdował się trzy kilometry od miejsca, gdzie mieszkaliśmy. Kobiety były zawsze tak elegancko ubrane. Niedziela to był naprawdę dzień święty, zawsze. Nie można było robić absolutnie żadnych prac, poza oczywiście karmieniem zwierząt, bo to było naturalne. A w Wielkanoc to już kompletnie. Pamiętam, że jak kiedyś robiłam na szydełku, bo mi się nudziło, to babcia wpadła w przerażenie. To były rzeczy, o które oni bardzo dbali.

Po latach pani Beata postanowiła wybrać się w sentymentalną podróż do krainy dzieciństwa. Ale czekało ją rozczarowanie. – To jednak tylko wspomnienia. Kiedy konfrontuję je z rzeczywistością, tego świata już nie ma. We wsi położony jest asfalt. Ludzie pracują w mieście, tam właściwie tylko nocują – mówi.

Strój, niczym z szafy Jagny

Kiedyś Beata wymyśliła, że musi mieć oryginalny strój łowicki. Najprościej można go było kupić w „Cepelii”, ale miała poczucie, że tam sprzedają „podróbki”. Zadzwoniła do ciotki, która wciąż mieszka pod Łowiczem, i poprosiła, by pomogła. − Ciotka oryginalny pasiak znalazła u jednej z kobiet ze wsi, w stu procentach ręcznie uszyty – kwituje.

W dawnym łowickim stroju Beata Błędowska-Tomajczuk docenia przede wszystkim prostotę. Jest on ręcznie wykonany, począwszy od strzyżenia, przędzenia, po szycie i haftowanie. Do dziś nie stracił też intensywnych kolorów.

Pani Beata chwyta też do ręki charakterystyczny, łowicki koszyk. − Pamiętam jeszcze targi, na które kobiety wędrowały z takimi koszykami, z których wystawały łby gęsi – przywodzi na myśl wspomnienie. – Kobiety ubierały się w te stroje zwłaszcza na święta kościelne, ale w wełniakach pomykały i na rowerach. Gdyby dystans do kościoła był mniejszy, w niedziele chodziłabym w swoim stroju na msze – zapewnia.

Występuje w nim przy okazji innego wydarzenia. Są nim czerwcowe „Wianki”, które wymyśliła i organizuje „W Pięknej Dolinie”. Udało się jej ściągnąć na to święto nie tylko mieszkańców Szwecji, ale również turystów i mieszkańców okolicznych miejscowości.

− Każdy, kto przychodzi, musi mieć wianek – opowiada. Pomysłodawczyni dodaje też, że wymyśliła „Wianki” od midsommar – święta narodowego w zamorskiej Szwecji, które się tam odbywa w czasie przesilenia zimowo-wiosennego, i można je połączyć z naszym polskim gaikiem. To jest święto światła i powitania lata. – Szwedzi budują pal, który ukwiecają, a potem tańczą wokół niego i śpiewają. Pomyślałam, że można by zrobić coś podobnego u nas w Szwecji. Nawet zadzwoniłam do ambasady, żeby się dowiedzieć więcej o tym święcie, ale otrzymałam ulotki o hodowli krów.

W chacie „W Pięknej Dolinie” Tomajczykowie wynajmują dwa pokoje z łazienkami. Od kiedy prowadzą gospodarstwo, zaprzyjaźnili się z kilkoma rodzinami. − Ta praca w gospodarstwie to nie jest lekki kawałek chleba – przyznaje Beata Tomajczyk. – Pranie, gotowanie, sprzątanie – wylicza. Ale też szybko dodaje, że rekompensują to goście. – Kiedy wieczorem zasiada się z nimi przy herbatce, zaczynają się naprawdę piękne opowieści. Każdy przywozi cząstkę siebie. W życiu można spotkać fajnych ludzi i nie warto się uprzedzać. Tego się nauczyłam. Najbardziej zaprzyjaźnionym powierzam klucze i tylko raz mi się zdarzyło, że ktoś uciekł.

Kto jest kim, okazuje się, jak mówimy sobie: − Do widzenia!

Strona 3 z 6

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY