Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:01

SEN O NIEMENIE

Czesław Niemen był jednym z tych nielicznych polskich artystów, których talent zdecydowanie wyrastał poza nasze rodzime podwórko. A jednak znakomity wokalista właściwie nigdy nie zdołał się przebić na zagraniczne sceny. Dziwny jest ten świat – a próbę wytłumaczenia go podjął Krzysztof Magowski w biograficznym filmie dokumentalnym o Niemenie, „Sen o Warszawie”.

Geniusz w czasach PRL nie oznaczał szansy na karierę. 6 milionów sprzedanych płyt nie oznaczało bogactwa. Legenda, wręcz kult, nie oznaczały powszechnego uznania. Wbrew obiegowym sądom, losy Czesława Wydrzyckiego nigdy nie układały się tak, jakbyśmy to mogli sobie wyobrażać.

Reżyser skonstruował swoją opowieść „po bożemu”: mamy tu rok 1939, kiedy to Czesław Wydrzycki przychodzi na świat w Starych Wasiliszkach, dziś na terytorium Białorusi, i rok 1945, kiedy rodzina przenosi się na Ziemie Odzyskane w ramach powojennych migracji i przesiedleń. Choć to tylko sześć pierwszych lat życia, nieliczni z nas mają z tego okresu jakieś wyraźniejsze wspomnienia, artysta traktował tę część swojej biografii niemalże jako kluczową – nie dość, że jego pseudonim wywodził się od przepływającej w pobliżu rzeki (co w świetle powojennych zmian granic mogło uchodzić za niemalże prowokacyjne), to jeszcze po latach potrafił wziąć taksówkę i przejechać setki kilometrów, by na chwilę stanąć w progach dawnego domu.

Na długo przed tym, jak władze PRL uchyliły furtkę dla zachodniej pop-kultury Niemen podchwycił trendy, które przewróciły zachodnią kulturę do góry nogami. Wyrafinowane, niecodzienne, pstrokate, stylizowane stroje; wpływy bluesa, soulu, jazzu, a w końcu i progresywnych nurtów muzyki rockowej pojawiły się w jego twórczości równie szybko, jak u uznanych zachodnich twórców – tyle że z domieszką słowiańską, od języka po melodykę części utworów. Odwołania do rodzimej twórczości, pacyfistyczny przekaz, unikanie politycznych konotacji czy funkcjonowanie gdzieś na obrzeżach oficjalnego mainstreamu kulturalnego nie uchroniły jednak artysty przed niechęcią władz – praktycznie do chwili upadku komunizmu Niemen nie posiadał licencji profesjonalnego wykonawcy. Nie był zatem w stanie korzystać zarówno z możliwości prezentowania się za granicą, ani zarabiania na życie zgodnie z przypisanymi piosenkarzom standardami państwowymi. Dlatego też publiczność na Zachodzie – być może będąca w stanie bardziej docenić jego wyrafinowanie i eksperymenty muzyczne – praktycznie nigdy nie poznała Niemena. Pozostał ciekawostką dla koneserów, którzy najczęściej przypadkiem natknęli się na którąś z jego płyt. Dodatkowo, w czasie stanu wojennego, muzyk i pieśniarz został wplątany w manifestację poparcia dla władz, co zaowocowało wieloletnią niechęcią ówczesnej opozycji.

O tym wszystkim opowiadają reżyserowi członkowie rodziny, przyjaciele i współpracownicy Czesława Niemena. Nie jest to jednak zbiór nieruchomych, klasycznych wypowiedzi do kamery – gdy tylko udawało się znaleźć archiwalia, tam mamy szansę zobaczyć Niemena we własnej osobie. Gdzie zabrakło obrazu, tam reżyser aranżuje inscenizacje.

Przez ostatnie dwie dekady Niemen stał się narodową dumą, klasykiem muzyki (niekoniecznie rozrywkowej), obiektem sporów. Wszyscy kochamy Niemena, choć dziś mało kto tak naprawdę zna jego muzykę – poza kilkoma najsłynniejszymi utworami, od „Dziwny jest ten świat”, przez „Sen o Warszawie” po „Pod Papugami”. Frapujące jest choćby to, że do dziś tylko nieliczni z naszych współczesnych mistrzów sceny zmierzyli się z reinterpretacją jego utworów. Być może dzięki filmowi Magowskiemu sięgniemy, choćby po najważniejsze płyty artysty, a jego twórczość ożyje.

sobota, 01 listopad 2014 20:18

U NAS ZACZYNA SIĘ UNIA EUROPEJSKA

Rozmowa z Tadeuszem Sawickim, wójtem gminy Włodawa w województwie lubelskim

ANNA CEBULA: Ubiega się pan o reelekcję?

TADEUSZ SAWICKI: Oczywiście.

Po raz…

Czwarty.

Jak przebiega pana kampania?

Moja kampania rozpoczęła się dzień po poprzednich wyborach. Oczywiście, gdy sprawuję władzę, to co robię, przez cały czas jest oceniane przez mieszkańców – czyli na dobrą sprawę ta kampania trwa nieprzerwanie od początku mojej obecnej kadencji. Myślę, że mieszkańcy gminy znają mnie często osobiście i widzą efekty mojej pracy.

Udało się panu zrealizować zapowiedzi z poprzedniej kampanii?

Kiedy zrobiłem takie porównanie, to właściwie w dziewięćdziesięciu procentach udało mi się zrobić to, co zaplanowałem na cztery lata – z wyjątkiem dróg. Jednak ich budowa jest uzależniona od ukończenia innych inwestycji, chociażby sieci kanalizacyjnej. W tej chwili sieć wodno-ściekowa jest zakończona, poza przydomowymi oczyszczalniami. Te gmina ma w planach, ale możemy przystępować do budowy dróg.

I te drogi zaproponował pan mieszkańcom gminy na najbliższą kadencję?

W tej chwili drogi osiedlowe i wiejskie wymagają pilnego załatwienia, bo przez ich stan mieszkańcy mają utrudniony dojazd do swoich miejscowości.

Które miejsce, wśród 1500 gmin w Polsce, zajmuje Włodawa pod względem zamożności?

Nie jest to gmina zamożna, mimo że jest gminą najzamożniejszą wśród siedmiu gmin w powiecie włodawskim, przyjmując jako kryterium budżet, a nie dochód na jednego mieszkańca. Jednak gminy na całej ścianie wschodniej, trzeba to zaznaczyć, nie należą do bogatych. Mieścimy się w połowie rankingu, na około siedemsetnym miejscu.

A w klasyfikacji na najlepiej rozwijającą się gminę?

Muszę przyznać – niżej, pomimo że ten rozwój nie jest zły. Jednak zachodnie gminy nas wyprzedzają.

W kwestii podatków – wzrastają, czy udało się je również obniżyć?

Jest to wskaźnik inflacji i, niestety, podatki rosną. Ale – tak na marginesie – mimo że są zwiększane, staramy się w inny sposób pomóc przedsiębiorcom. Natomiast podnosimy je, bo mamy tu głównie firmy, których działalność związana jest z obsługą turystów, czyli, jak zakładamy, ludzi, którzy mają pieniądze. Tylko nad samym Jeziorem Białym, które jest naszą perełką, funkcjonuje około dwustu podmiotów gospodarczych. Akwen ma powierzchnię 106 hektarów i w ciągu dnia potrafi wypoczywać tu sześćdziesiąt tysięcy ludzi. To dowodzi, jak to jezioro jest popularne.

Jak gmina radzi sobie z pozyskaniem środków zewnętrznych?

Podliczając wszystko, co pozyskaliśmy ze środków unijnych, ministerstw, od marszałka województwa, zyskaliśmy kwotę większą niż nasz jednoroczny budżet, czyli ponad 24 mln złotych. Muszę się też pochwalić, że jak do tej pory odrzucono nam tylko jeden projekt dotyczący oświaty.

Na jakim poziomie jest zadłużenie gminy?

W tej chwili zadłużenie gminy mieści się w granicy 46 procent. To sporo, ale co chciałbym podkreślić: poczyniliśmy ogromne inwestycje, w tym o czym już mówiłem, związane z budową sieci wodno-kanalizacyjnej. One, co prawda, nie przynoszą dochodu gminie, ale sprzyjają jej rozwojowi. To ewenement we wschodniej Polsce, a może i w kraju – w naszej gminie cały czas zwiększa się liczba mieszkańców.

Które z inwestycji z ostatnich lat zaliczyłby pan do najważniejszych?

Z większych halę sportową przy Szkole Podstawowej w Orchówku. Wymieniłem już kanalizację i wodociągowanie. Z racji, że zwiększa się liczba mieszkańców w gminie – młodzi ludzie przenoszą się na wieś i tu się budują – konieczne jest przedłużanie tej sieci i doprowadzanie jej do nowych miejsc. Natomiast w najmniejszych miejscowościach, w takich gdzie na przykład mieszkają trzydzieści trzy osoby, budowa wodociągu mija się z celem, bo zużycie jest tak małe, że nie udałoby się utrzymać parametrów wody, by była ona przydatna do picia. Kanalizację również mamy zrobioną, natomiast nie mniej konieczne jest jej przedłużanie.

Na terenie gminy mamy pięć oczyszczalni ścieków, a z czterech miejscowości ścieki przepompowywane są do oczyszczalni miejskiej.

Przejdźmy do oświaty. W gminie buduje się szkoły czy raczej zamyka?

Obecnie mamy jedną szkółkę filialną, w której już od trzech lat nie było naboru, a dzieci przeniesiono do szkoły w mieście. Natomiast tę sieć szkół, którą mamy, czyli trzy sześcioklasowe szkoły podstawowe i gimnazjum w samym mieście, na pewno utrzymamy.

Po stronie sukcesów gminy zapisałby pan…

Jej zaistnienie na mapie turystycznej Polski, między innymi dzięki przepięknej Dolinie Bugu, która stała się naprawdę dużą atrakcją.

Przy każdej okazji podkreślam też, że to u nas najpierw wstaje słońce, a dopiero później w Portugali, więc u nas zaczyna się Unia Europejska. Kiedy gminę odwiedzała międzynarodowa grupa, to niewątpliwą atrakcją była dla niej możliwość zobaczenia, gdzie przebiega granica Unii, a ponieważ przebiega głównym nurtem Bugu, przepływając rzekę, jest szansa zobaczyć zasieki graniczne i, świadomie lub nie, przekraczając linię o 10-15 m, można znaleźć się na terenie innego państwa.

Ale na tym się nie kończy. Mamy tutaj również obszar chronionego krajobrazu – Naturę 2000 i park krajobrazowy, i samo Jezioro Białe z pierwszą klasą czystości wód. Promowanie turystyki przyniosło efekty i przybywa tu coraz więcej turystów. To zaliczyłbym do sporych sukcesów.

Z jakimi problemami borykają się mieszkańcy gminy? Co chciałby pan zrobić w ich interesie w najbliższym czasie?

Chciałbym, by powstały warunki do rozwoju miejsc pracy. Poza tym żyjemy na styku Ukrainy i Białorusi – i nie mamy przejścia granicznego z naszymi sąsiadami, chociaż na Białoruś do samego Bugu prowadzi tor kolejowy, ale brakuje mostu. Swobodne przejście zwiększyłoby atrakcyjność tego regionu dla przedsiębiorców. Trzymamy takie tereny na przyszłość, gdzie można by wybudować przejście kolejowe, ale brakuje decyzji politycznej, żeby ten problem rozwiązać. Innym naszym problemem jest rozdrobnione rolnictwo. Brakuje nam zakładów przetwórstwa rolnego, bo oczywiście nie ma wielkiej produkcji. Są również rolnicy, których gospodarstwa rozwijają dynamicznie, natomiast w ich cieniu tworzy się dość liczna grupa małych gospodarstw, gdzie utrzymanie rodziny staje się problemem.

Na jakie wydarzenia zaprasza Pan do gminy?

Warto tu przyjechać na urlop. Jeden dzień na wizytę, czy udział w jakimś wydarzeniu, to za mało. Natomiast gdybym miał polecić wydarzenie, to zapraszam na weekend z krokodylem organizowany nad Jeziorem Białym. W 1999 roku nie tylko okolice, ale i kraj, obiegła informacja, że w jeziorze jest krokodyl. Każdy, kto tylko mógł, szukał gada. Oczywiście, wydawało się, że jezioro jest stracone, bo ludzie się wystraszyli. Jednak tego krokodyla nikt nie znalazł, ale żeby te emocje zmieniły się w pozytywne, zorganizowano święto krokodyla. Każdego roku, w trzeci weekend lipca, odbywa się impreza, której bohaterem jest krokodyl. Nawet powstała jego rzeźba nad jeziorem.

 

 

Gmina Włodawa, w powiecie włodawskim, ma powierzchnię 24 375 ha, w tym 11 000 ha zajmują lasy. Liczba mieszkańców wynosi nieco ponad 6 tysięcy. W skład gminy wchodzi 16 sołectw. Północna jej część położona jest na Garbie Włodawskim, zaś południowa – na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim. Główną rzeką jest Bug, a poza tym przez gminę przepływają Włodawka i Tarasienka.

Jezioro Białe znajduje się 7 kilometrów od Włodawy. Ma 1616 m długości i 806 m szerokości. Dochodzi do 33 m głębokości. Długość linii brzegowej wynosi 4262 m. Wody jeziora mają pierwszą klasę czystości. Występuje w nim dwadzieścia gatunków ryb. Nad jego brzegiem działają 64 ośrodki wypoczynkowe, do tego kawiarnie, restauracje i wypożyczalnie sprzętu sportowo-rekreacyjnego.

W gminie Włodawa warto wybrać się na zabytkowy cmentarz prawosławny w Sobiborze. Istniał on już w pierwszej połowie XIX wieku. Najstarszym zachowanym nagrobkiem (niestety, niekompletnie) jest piaskowcowy nagrobek Józefy z Górskich Szymańskiej (zm. 1851). Zachowało się kilkadziesiąt nagrobków z pierwszej połowy XX wieku, głównie betonowych – i liczne mogiły z wysokimi na 4–5 m krzyżami drewnianymi. Są one typowe dla okolicy, ale w Sobiborze występują wyjątkowo licznie – i w imponujących rozmiarach. Szczególną rzadkość stanowią krzyże malowane na niebiesko.

Zabytkiem jest rzymskokatolicki kościół parafialny św. Jana Jałmużnika w Orchówku przy klasztorze braci kapucynów – Sanktuarium Maryjne (dawny Augustianów), z lat 1769-77, wraz z całym wystrojem architektonicznym i ruchomościami (Cudowny Obraz Matki Bożej Pocieszenia), a także otaczający go drzewostan w granicach ogrodzenia cmentarza kościelnego.

W Różance zachował się zespół pałacowo-parkowo-folwarczyny z przełomu XVIII–XIX w.

Neogotycki kościół parafialny św. Augustyna w Różance został zbudowany w latach 1908-13 na miejscu rozebranej w 1905 r. cerkwi, ufundowany przez rodzinę Zamoyskich. Wewnątrz świątyni ołtarz główny zdobią późnobarokowe rzeźby śś. Piotra i Pawła z połowy XVII w. oraz kopia obrazu Matki Boskiej Kodeńskiej z 1908 r.

Na terenie gminy znajduje się Muzeum Byłego Hitlerowskiego Obozu Zagłady w Sobiborze. W czasie II wojny światowej w lasach sobiborskich zginęło ok. 250 tys. Żydów, głównie z Generalnej Guberni, ale także z Holandii, Francji, Niemiec, Austrii, Czech, terenów byłego ZSRR i in. W 1965 r. na terenie byłego obozu postawiono pomnik Pamięci Ofiar, przedstawiający matkę z dzieckiem. Kopiec-mauzoleum usypano z ziemi zmieszanej z prochami ludzkimi.

sobota, 01 listopad 2014 20:16

TO NIE PRZYWÓDZTWO, TO MANIPULACJA

Rozmowa z profesorem Andrzejem K. Piaseckim, politologiem i historykiem z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie

ANNA CEBULA: Charyzma pozwala…

ANDRZEJ K. PIASECKI: Przewodzić ludziom. Trudno być przywódcą bez daru przyciągania. Już w przedszkolu widać, które dzieci mają cechy przywódcze. Tej charyzmy można się oczywiście nauczyć, bo nie zawsze jest to cecha wrodzona. Oczywiście, lepiej urodzić się z charyzmą, ale też są politycy, którzy zaczynali karierę w ostatnim szeregu, a z czasem dojrzewali, wykształcili w sobie cechy charyzmatyczne i okazywali się czarnymi końmi wyborów.

Jaki powinien być charyzmatyczny przywódca w naszych realiach?

Gdybyśmy zapytali jakiegokolwiek burmistrza we Włoszech, Francji czy Grecji, kim jest – pewnie odpowiedziałby, że reprezentantem, pierwszym człowiekiem w gminie, liderem. Natomiast nasz burmistrz czuje się gospodarzem i menedżerem, czyli realizuje pewne zadania. Na poziomie lokalnym, a także krajowym, włodarza cechuje bardziej pewna zadaniowość niż poczucie misji i reprezentacji. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, nie chcę wartościować, ale rodzimi przywódcy bardziej chcieliby być menadżerami niż politykami.

Czy Polacy mają zaufanie do lokalnych liderów?

Tak, ale jest ono bardzo zróżnicowane. Po pierwsze, nie jest stuprocentowe, natomiast zdecydowanie większe niż do liderów krajowych. W tej chwili, według badań, wynosi ono 30−40 proc., do kilkunastu procent więcej niż do liderów politycznych w skali kraju, poza prezydentem. Gdyby spojrzeć z kolei na tę wierchuszkę, czyli na liderów najdłużej sprawujących urząd i osiągających najlepsze efekty, to takim prezydentem jest Wojciech Szczurek z Gdyni – od kilkunastu lat uzyskujący 70 proc. poparcia już w pierwszej turze wyborów.

Nie chcę wymieniać nazwisk czy miejscowości, gdzie takiego zaufania nie ma. Gminy są sparaliżowane, źle zarządzane, zadłużone, targane konfliktami, a mieszkańcy organizują protesty i referenda odwoławcze. Z tego trzeba wyciągnąć średnią – która i tak jest lepsza niż statystyczna krajowa.

Pojawia się też inny problem, bardziej na poziomie mniejszych miejscowości, gdzie powstają struktury, które powodują, że lider, wójt czy burmistrz, jest ciągle wybierany…

To jest inne zjawisko – nepotyzmu. Tu niekoniecznie chodzi o to, że lider jest charyzmatyczny i dobry w zarządzaniu gminą. Tę strukturę w małej gminie tworzy rodzina, znajomi, stowarzyszenie strażackie i koło gospodyń wiejskich. Poprzez urząd gminy, zatrudniający kilkadziesiąt osób, w tym pracowników z rodziny włodarza, to już jakieś kilkaset osób bezpośrednio zainteresowanych utrzymaniem status quo, jeżeli mają jakieś relacje z wójtem. Jarosław Flis, politolog z UJ, obliczył, że wójt ubiegający się o reelekcję ma zapewnione około 20 proc. głosów na starcie. Jeżeli rządzący jest jeszcze do tego dobrze oceniany, zyskuje kolejne 20 procent. Właściwie niewiele musi robić, aby przekroczyć wymagane 50 proc. Aż 70 proc. wójtów małych gmin wygrywa kolejne wybory. Około 20 procent nie ma w ogóle rywala. Dochodzimy tu do pewnej patologii. To nie jest przywództwo, a manipulacja, która bierze się z utrwalenia takiego zabetonowanego systemu.

Swój człowiek – jest jeszcze taka kategoria kandydata…

Oczywiście, postrzeganie jako swojaka, na poziomie lokalnym ma znaczenie dla wyborcy. Znowu musimy wyciągnąć jakąś średnią: z mojego rozeznania wynika, że kompetencje jednak się liczą. Dowodem na to są wyniki dotyczące wcześniejszych zajęć burmistrzów. Otóż ci liderzy, którzy byli menadżerami, dyrektorami, prezesami czy prowadzili firmy, lepiej radzą sobie na tym stanowisku, mają lepsze notowania u wyborców i są częściej wybierani. Wyborcy doceniają ich za kompetencje.

Natomiast ten brat łata, co to zagada i wszystkim chce zrobić dobrze, a najbardziej sobie, przy braku kompetencji też może sobie poradzić – ale wygrywa na krótką metę. Ludzie doceniają swojego reprezentanta nie przez dobre czy złe serce, ale efekty – gospodarność, takie racjonalne podejście do majątku gminy, czyli poprzez portfel. Coraz częściej wiążemy wynik wyborów lokalnych z tym, jak nam się żyje. I albo coś mamy, albo nie – i to się odczuwa. Jeżeli nie mamy chodnika, przystanku czy boiska, to się zastanawiamy, dlaczego tak jest. Trudno również wytłumaczyć ten stan brakiem pieniędzy. Wystarczy pomysł i dobry projekt. Przykładów można wymienić wiele, ale chyba takim najlepszym jest Uniejów zarządzany przez burmistrza Józefa Kaczmarka, który rządzi 12 lat, a wcześniej był nauczycielem i radnym. Zanim został liderem, to była szara gmina. Miasteczko bez przyszłości. Przy czym, od co najmniej 30 lat było wiadomo, że w Uniejowie są wody termalne. Nikt jednak nie podjął wyzwania. Dopiero ten przywódca stworzył nową wizję i powstały sanatoria. W tym roku gmina jest już numer jeden na liście najdynamiczniej rozwijających się w Polsce. Ktoś powie, że gminie się udało, ale czemu nikt nie zrobił tego wcześniej? Bo nie było odpowiedniego człowieka.

Jakie znaczenie ma program, rozmowa, kwalifikacje, umiejętność trafnego odczytania, co jest problemem? To może przekonać wyborców?

Nie rozmawiajmy w sposób oderwany od rzeczywistości, którą znamy, bo programów wyborczych nikt nie czyta, poza samymi twórcami. Jednak ludzie znają się nawzajem. Burmistrzem rzadko zostaje się w wieku 20-30 lat, a może szkoda. Natomiast jak się ma 45 lat – to statystyczny wiek burmistrzów – ma się jakiś dorobek, który jest właśnie tym programem. Na podstawie CV można ocenić, co zrobił kandydat do tej pory, kim jest.

Jakie znaczenie mają sympatie polityczne na poziomie lokalnym?

To nie jest priorytet. Na poziomie przywódców lokalnych przynależność polityczna to raczej problem. Na poziomie gmin wiejskich wyraźny jest związek, niemal z urzędu, z PSL. Burmistrzowie większości miast powiatowych, a jest ich około trzystu, chcą startować pod szyldem lokalnym. Na przykład w Wielkopolsce jest Towarzystwo Samorządowe, które nawiązuje do komitetów obywatelskich z 1990 r. Tam też jest burmistrz, który wygrywa od 12 lat. To Towarzystwo wchodzi w koalicje, ale utrzymuje większość w radzie. Ale tak do końca wójtowie czy burmistrzowie nie są apolityczni. Kiedy słyszę od kogoś, że się w politykę nie miesza, to jest to mydlenie oczu – startując w wyborach, bierze się udział w polityce. Można mówić, że burmistrz nie jest związany z jakąś partią, ale nie jest apolityczny. To są dwie różne rzeczy.

Charyzmatycznym przywódcą jest…

To z każdego poziomu: Rafał Dutkiewicz z metropolii. To nie tylko lokalny lider w sensie miasta, ale i regionalnym – bo i PO się do niego uśmiecha, nawet jeśli go nie będzie w tej partii, to sama chęć porozumienia się, świadczy, że jest politykiem w skali krajowej. Schodząc do poziomu miast grodzkich, trzeba sięgnąć do rankingów, ale takim charyzmatycznym przywódcą jest lider Mielca. Wśród miast powiatowych, 20-40-tysięcznych, najlepsze wyniki mają Polkowice. Może jeszcze przywołałbym Turek: tam burmistrz wcześniej był dyrektorem kopalni, typowy przykład menedżera. Z mniejszych miejscowości na pewno Lesznowola. Ich włodarze są znani z mediów, bo tu nie chodzi o sztywne wskaźniki.

Zresztą takie rankingi budzą moje zastrzeżenia. Jeżeli nawet wskażemy pierwsze czy drugie miejsce, to liczy się nie dziesiątka, a pierwsza setka. Tych burmistrzów, którzy dobrze rządzą, jest bardzo dużo. Nieraz się waham, bo myślę, że na 2,5 tys. gmin przynajmniej dziesięć znajdzie się w ścisłej czołówce dobrze zarządzanych. Dorobiliśmy się naprawdę profesjonalnej kadry burmistrzów i wójtów.

Oczywiście, jest jakiś jeden procent takiej – powiedzmy – zakały, kilkudziesięciu włodarzy, którzy mieli kłopoty z prawem, mieszkańcami czy budżetem i w wyniku referendów zostali usunięci. Za niekorzystne uważam struktury przyjacielsko-rodzinne. Dodałbym tutaj soli do beczki miodu: jestem zwolennikiem ograniczenia kadencji wójta czy burmistrza do dwóch, by jedna osoba nie rządziła w nieskończoność. To zabezpiecza też liderów, którzy są bardzo dobrzy. Moim zdaniem, oni sobie poradzą świetnie na innych stanowiskach. Będą świetnymi starostami, wojewodami, zajmą się polityką czy odnajdą się w strukturach UE, natomiast po piętnastu latach zarządzania tą samą gminą, liderzy nie mają siły, wpadają w rutynę, w mechanizmy czasem nawet patologiczne – klientelizm, nepotyzm. Te zjawiska nie są niezgodne z prawem, ale są nieetyczne.

Prof. zw. dr hab. ANDRZEJ K. PIASECKI – kierownik Katedry Samorządu Terytorialnego i Wspólnot Lokalnych w Instytucie Politologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Autor m.in. książek „Wybory w Polsce 1989-2011”, „Menadżer i polityk”, „Model przywództwa”, „Lider społeczny w XXI wieku”.

sobota, 01 listopad 2014 20:13

GMINY SPINAJĄ BUDŻET KOSZTEM SZKÓŁ

Wrześniowy raport Najwyższej Izby Kontroli, dotyczący likwidacji szkół, może uspokoić przede wszystkim rodziców. Według niego w nowych szkołach uczniom zapewniono warunki nauczania − lokalowe i organizacyjne – co najmniej na równorzędnym poziomie, a w wielu przypadkach lepsze niż w starych szkołach. Redukcja szkół to jednak złożony problem.

Samorządy uzasadniają decyzje o zamknięciu szkół głównie względami ekonomicznymi i związanym z niżem demograficznym spadkiem liczby uczniów. Na dalszym miejscu − chęcią poprawy warunków kształcenia. Te, jak wynika z raportu NIK, w większości przypadków zmieniły się na korzyść uczniów. Uczniowie mają dostęp do lepszego sprzętu sportowo-rekreacyjnego, świetlic, stołówek i bibliotek szkolnych.

W 2011 r. gmina Gołcza w województwie małopolskim zlikwidowała Szkołę Podstawową w Czaplach Wielkich, w której uczyło się czterdziestu uczniów i przedszkolaków w klasach łączonych. Dzieci uczęszczały do szkoły ogrzewanej piecami kaflowymi, z nieogrzewaną szatnią na korytarzu, sanitariatami w podpiwniczeniach, bez specjalistycznych pracowni, z zastępczą salą do prowadzenia zajęć z wychowania fizycznego, bez świetlicy szkolnej i ciepłych posiłków dla uczniów. Dzieci przeniesiono do podstawówki w Gołczy. W tej szkole nie ma łączonych klas, uczniowie korzystają z hali widowiskowo-sportowej, boiska o nawierzchni syntetycznej, placu zabaw na powietrzu i miejsc zabaw dla uczniów klas I-III (utworzonych w ramach projektu „Radosna szkoła”), trzech świetlic, w tym dwóch wydzielonych dla najmłodszych. W nowej szkole dzieci otrzymują też dwa posiłki dziennie – śniadanie i obiad.

Najwyższa Izba Kontroli w latach 2011-2013 monitorowała proces likwidacji 119 szkół gminnych w 39 gminach na terenie dziewięciu województw. Ale to wycinek znacznie szerszego zjawiska: z badań prowadzonych przez Instytut Badań Edukacyjnych wynika, że tylko w latach 2008-12 o 954 zmniejszono ilość szkół podstawowych w całym kraju (w tej grupie 856 prowadziły gminy) i o 170 – liczbę gimnazjów. 88 gimnazjów miało status gminnych. W placówkach skontrolowanych przez NIK, a podlegających likwidacji, 52,1 procent uczniów rozpoczęło kształcenie w innych szkołach gminnych. W starych murach pozostało 47,9 procent uczniów a, mimo że dla nich zmiany są praktycznie niezauważalne, ich szkoły utraciły status gminnych.

Rykoszetem w… nauczycieli

O ile zmiany te okazały się w większości korzystne dla uczniów, powodów do zadowolenia nie mają nauczyciele, bo to głównie z ich płac gminy poczyniły oszczędności.

W związku z redukcją szkół, do tej pory już 1179 pedagogów otrzymało wymówienie. Poważnym problemem jest dla nich brak perspektyw zatrudnienia – tylko 40 procent zwolnionych nauczycieli znalazło pracę w szkołach przejmujących uczniów. Ci nauczyciele, którzy pozostali w przekształconych szkołach, stracili przywileje zagwarantowane w „Karcie Nauczyciela”. Na bezrobociu znalazło się 31,5 procent pedagogów.

Według danych NIK nauczyciele pracują 23 godziny dydaktyczne tygodniowo, a to średnio pięć godzin więcej niż w szkołach prowadzonych przez gminy. Dłuższy czas pracy nie przekłada się jednak na wyższe wynagrodzenie. Na nowych warunkach otrzymują średnio 60 procent wcześniejszych zarobków (30−96 procent). Jak zauważa NIK, likwidacja szkół wpłynęła również na znaczne zróżnicowanie poborów tej grupy zawodowej.

Oszczędności będą rosły

Wydatki na oświatę uszczuplały budżety gmin średnio o 70 procent – podaje NIK. Pieniądze pochłaniały opłaty za prąd, wodę i ogrzewanie, a przede wszystkim płace nauczycieli. Z wyliczeń Izby wynika, że gminy, które podjęły decyzję o likwidacji szkoły, tylko w pierwszym roku po zamknięciu placówki oświatowej zaoszczędziły średnio 286 tys. zł z budżetu.

To kwota pomniejszona o odprawy dla zwolnionych nauczycieli. Te wyniosły łącznie 7 mln zł. W najbliższych latach, kiedy gminy nie będą już obciążone tym zobowiązaniem, ich oszczędności będą rosły.

Obowiązkiem samorządów jest zapewnienie transportu uczniom do szkoły lub zrefundowanie kosztów dojazdu, ale to niewielkie obciążenie w porównaniu z utrzymaniem całej placówki oświatowej. Jak zauważyła NIK, dojazd zapewniono również dzieciom, które pozostały w starych-nowych szkołach, dzięki temu, że autobusy dowożące uczniów do placówek gminnych miały wolne miejsca.

Gmina kontra lokalne społeczności

Zamknięcie szkoły nie pozostaje też bez wpływu na lokalne społeczności, dla których oznacza to utratę często jedynego ośrodka kulturotwórczego – zauważa NIK. Izba proponuje społeczne konsultacje, zanim gmina podejmie ostateczną decyzję o likwidacji szkoły.

W raporcie NIK podpowiada również, że rodzice nie są bezradni wobec takiego rozstrzygnięcia. Jedną z możliwości zachowania placówki jest powołanie stowarzyszenia lub fundacji. Ponad połowa szkół skontrolowanych przez Izbę funkcjonuje nadal dzięki inicjatywom społecznym.

Jednym ze zjawisk, jakie wyszczególniła w raporcie NIK, jest wygaszanie szkół, czyli przerwanie naboru do klas pierwszych, co w ostateczności prowadzi do wyłączenia działalności szkoły. Ten proces odbywa się z pominięciem przez gminy procedur likwidacyjnych. Jednak, w opinii Izby, taki sposób stwarza możliwości nadużyć – bo chociaż szkoła nie funkcjonuje, nadal znajduje się formalnie w sieci szkół gminnych.

Mury własnością gmin

Za pozytywny przejaw tego procesu Izba oceniła fakt, że na 108 zamkniętych placówek (skontrolowanych przez NIK) w 105 przypadkach gminy nie sprzedały nieruchomości i nadal są one ich własnością. Ponad połowa z nich (53 procent) została użyczona fundacjom i stowarzyszeniom na prowadzenie placówek oświatowych. Fakt, że gminy nie wyzbywają się nieruchomości po szkołach, ma ogromne znaczenie w przypadku, gdyby gmina chciała reaktywować placówkę oświatową – w razie takiej konieczności.

We wrześniowym raporcie Izba przestrzegła również gminy, że nie powinny wyzbywać się wszystkich szkół, bo zapewnienie edukacji należy do zadań własnych gminy.

Nie bez znaczenia są najnowsze dane GUS, na które w raporcie zwraca uwagę Izba. Od 2009 r. wzrasta liczba dzieci w wieku 3-5 lat. W 2010 r. przybyło sześciolatków, a to oznacza, że obniża się presja demograficzna. W raporcie pominięto też kwestię poziomu nauczania w nowych szkołach. W tej sprawie Izba zwróciła się do Ministerstwa Edukacji Narodowej, by zbadało jakość kształcenia.

Rozmowa z dr. hab. Radosławem Markowskim,politologiem z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej w Warszawie

ANNA CEBULA: Miasto Jest Nasze, Kraków Przeciw Igrzyskom, Stowarzyszenie My Poznaniacy – jeszcze chyba nigdy w wyborach samorządowych nie startowało tylu kandydatów spoza list tradycyjnych partii. Czy to symptom kryzysu systemu partyjnego? Czy Polacy tracą zaufanie do partii politycznych?

RADOSŁAW MARKOWSKI: Takie komitety tworzą obywatele zaangażowani, czasem tacy, którzy są niezadowoleni ze stanu rzeczy, rzadziej – są nim sfrustrowani. Najczęściej ci, którym się wydaje, że odcinając logo partii politycznych, będą mieć większe szanse w wyborach.

Oni niewątpliwie chcą coś zrobić – tyle że zazwyczaj w jednej sprawie. Dlatego jestem krytykiem takiego rozwiązania, choć może w małych miejscowościach mogłoby ono mieć sens. Problem w tym, że polityka to sztuka – na im wyższym szczeblu, w tym większym stopniu – wynajdywania kompromisów między różnymi alternatywami. To zarządzanie całokształtem spraw społeczności: dwudziestoma czy trzydziestoma politykami sektorowymi, od zdrowia poprzez oświatę, na transporcie skończywszy. I na tym wszystkim trzeba się znać, umieć się odnieść, a na dodatek: umieć wybrać między potrzebami jednego a drugiego…

Co przy obecnych kłopotach budżetowych bywa trudne…

Ale na takiej zasadzie muszą działać partie polityczne wszędzie na świecie. Natomiast komitety obywatelskie są zazwyczaj nastawione na protest przeciwko działaniom partii politycznych, albo ich celem jest usprawnienie komunikacji miejskiej, czy lokalizacja wysypiska śmieci (lub jej zablokowanie). To oczywiście są ważne sprawy, ale to nie jest całokształt. I to jest główny problem, jaki możemy mieć z komitetami.

Wyborcy chyba nie mają wyczuwają tu problemu. Niezależni kandydaci już wygrywali w samorządach…

Komitety mogą wygrywać w wyborach, ale przypuszczam, że zawsze będą w mniejszości – i, prędzej czy później, będą musiały kooperować z innymi bytami politycznymi. Samoistne rządzenie, poza dotychczasowym systemem, jest możliwe w bardzo niewielu miejscach. Komitety będą zatem musiały tak czy inaczej pójść na polityczne kompromisy – z czego niewielu lokalnych aktywistów zdaje sobie chyba sprawę. I to jest drugi problem tych komitetów. Choć trudno mieć tu jakąś pewność: zjawisko jest wszakże nowe.

Czy możemy mówić, że taki kandydat „spoza układu” ma większe szanse przy urnach?

Bywa różnie – na poziomie samorządowym dokonuje się kilku wyborów: inna logika obowiązuje tam, gdzie personalnie wybiera się burmistrza, w jednomandatowych okręgach wyborczych, jeszcze inna, bardziej partyjna, na listach kandydatów do samorządowych sejmików wojewódzkich itd.

Polacy nie lubią polityków, ale Polacy nie są też i doskonałymi wyborcami czy obywatelami. Przejawiają niewielkie zainteresowanie sprawami publicznymi, nie chodzą na wybory. Niedawno, podczas uzupełniających wyborów do Senatu, w jednym z okręgów przy urnach stawiło się zaledwie sześć procent uprawnionych do głosowania. Korzystając z demokracji, niby krytykujemy polityków, ale gdyby politycy zechcieli coś powiedzieć o obywatelach, ocena byłaby nie mniej krytyczna.

Przyganiał kocioł garnkowi, czy tak?

Najlepiej widać to na poziomie ogólnonarodowym. Przy okazji wyborów parlamentarnych fala krytyki wobec polityków jest straszliwa – wybory są upartyjnione, partyjni notable zaludniają pierwsze – wybieralne – miejsca list. Ale to przecież są listy otwarte – można głosować na dowolnego kandydata z kilkunastu pozycji. Ale gdy przychodzi zagłosować, 80-90 proc. głosów pada na „jedynkę” czy „dwójkę”. Brak tu więc logiki: krytykujemy ten system, ale z drugiej strony – nikt się nie interesuje, kto jeszcze jest na listach.

Polityka wylewająca się z łamów gazet, ekranów TV, czy z internetu nie zachęca do zainteresowania. Zatem nic dziwnego, że przynajmniej niektóre komitety próbują wyborcom wmówić, że nie mają z nią nic wspólnego?

Formalnie pojawianie się takich komitetów ma cechy protestu przeciw zinstytucjonalizowanej, sformalizowanej polityce. Ale gdy wybrani członkowie komitetów zasiądą w radach, okaże się, że z tą polityką partyjną trzeba się liczyć. Zapomnieliśmy już chyba, że kiedyś także Platforma Obywatelska startowała jako taki, antypartyjny, antysystemowy byt. A w ciągu dekady stała się najbardziej scentralizowaną partią polityczną.

To naturalny proces – chcę podkreślić: nie da się inaczej. Podobne są doświadczenia wielu krajów, które przechodziły tę drogę. Poza bardzo małymi miejscowościami i bardzo specyficznymi sprawami kandydaci wybierani na bazie obywatelskich, niezależnych inicjatyw, nie dają sobie rady z kompleksowością polityki – choć mogą oczywiście wskazać istotne problemy, które wymagają naprawy.

Ale to gotowa recepta wyborcza dla kandydatów partyjnych: najlepiej na poziomie samorządowym kreować się na bezpartyjnego. Na dodatek, według badań CBOS, 60 proc. Polaków ufa politykom lokalnym – to prawie dwa razy tyle, co tych, którzy ufają politykom z Sejmu czy ministerstw!

Ot, paradoks. Samorządem jest też Warszawa: obszar metropolitarny, liczący 2,5 mln mieszkańców – więcej niż dziesięć najmniejszych krajów europejskich, jak Liechtenstein czy San Marino, razem wziętych. Samorządność na poziomie takich aglomeracji, jak warszawska czy śląska, jest zupełnie inna niż na poziomie gminy liczącej dwa tysiące mieszkańców.

Bardzo się koncentrujemy na krytyce rządów czy posłów, a ja wcale nie uważam, że ci politycy są tacy beznadziejni. Ba, wszystko to, co obserwujemy ostatnio, absolutnie potwierdzane w badaniach naukowych – to po pierwsze: jeżeli istnieje gdzieś rozpleniona korupcja i nepotyzm, to dochodzi do tego na szczeblach lokalnych i samorządowych; a po drugie – na tym szczeblu brak demokratycznych procedur. Na stanowiska w samorządach nierzadko wybierani są ciągle ci sami ludzie, obstawiający się z latami rodzinami czy przyjaciółmi – i nieusuwalni w ramach procedur demokratycznych. Oni wprowadzają do lokalnej polityki praktyki daleko odbiegające od tego, czego się oczekuje od demokracji.

Moim zdaniem, mamy więc dużo większy problem z demokracją i transparentnymi procedurami zachowań w sferze publicznej na szczeblu samorządowym niż na poziomie rządu i centralnych organów. To nowy problem, którego nie dostrzegaliśmy długie lata.

Mocne słowa. Czy tymi rozbieżnościami możemy tłumaczyć fatalną frekwencję w wyborach samorządowych – ostatnio 41 proc.?

Cóż, właśnie w tym poniekąd problem: najchętniej chodzimy na wybory prezydenckie. A nasz system – tak się składa – nie jest akurat prezydencki i polityk na tym stanowisku nie ma zbyt wiele do powiedzenia. To taki ojciec narodu, który ma pilnować, żeby nic się rodakom złego nie stało, ma tonować politykę. Oczywiście, mamy tu różne stanowiska, bo był i taki prezydent, który nie rozumiał, co jest napisane w konstytucji. Ale Polacy, z jakiegoś powodu, właśnie tego polityka lubią wybierać, a frekwencja przy tej elekcji jest znacznie wyższa niż przy innych. To wszystko jest efektem niskiego kapitału społecznego i braku zaangażowania w sprawy publiczne.

dr hab. Radosław Markowski – politolog, socjolog SWPS. Dyrektor Centrum Studiów nad Demokracją SWPS oraz kierownik Zakładu Badań Porównawczych nad Polityką w ISP PAN

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:41

PRACA W SAMORZĄDZIE TO SZTUKA KOMPROMISÓW

Rozmowa z Marią Jolantą Batycką-Wąsik – wójtem Lesznowoli w województwie mazowieckim

ANNA CEBULA: Jaka była reakcja pani otoczenia, gdy po raz pierwszy została pani wybrana wójtem?

MARIA JOLANTA BATYCKA-WĄSIK: Pracę w Urzędzie Gminy Lesznowola rozpoczęłam w 1991 r., początkowo jako inspektor, potem kierownik USC i sekretarz gminy. Rada gminy dokonała wyboru mojej osoby na stanowisko wójta gminy Lesznowola w 1998 r. Choć miałam kontrkandydata, wybór był prawie jednomyślny. Reakcja naszych mieszkańców była bardzo sympatyczna.

W obecnej radzie gminy Lesznowola na piętnaście osób jest sześć kobiet, w tym Bożenna Korlak pełni w niej funkcję przewodniczącej. Ile pań było w radzie podczas pani pierwszej kadencji?

Podczas mojej pierwszej kadencji w radzie gminy Lesznowola zasiadało pięć pań, z tym że rada liczyła wówczas dwudziestu jeden radnych. W obecnej kadencji na piętnastu radnych sześć to panie, więc zdecydowanie można mówić o tendencji wzrostowej w tym zakresie.

Wójt-kobieta aktywizuje inne kobiety do działania w samorządzie?

Dużo pań z terenu naszej gminy to osoby bardzo aktywne i zaangażowane w sprawy społeczne – nie potrzebują dodatkowych zachęt do działania. Mimo to, podejmujemy wiele inicjatyw, które inspirują osoby mniej odważne. Taką inicjatywą jest np. projekt „Aktywizacja kobiet 50+ sołectwa Lesznowola” realizowany w ramach konkursu Grantowego „Aktywna Biblioteka”. Celem projektu było utworzenie i prowadzenie społecznościowego bloga kobiet sołectwa Lesznowola, który ma służyć wymianom doświadczeń kulinarnych, dekoratorskich i florystycznych, z wykorzystaniem umiejętności zdobytych na warsztatach przeprowadzonych w ramach projektu.

Ponadto połowa naszych sołtysów, czyli jedenastu, to panie. Są bardzo zaangażowane w sprawy społeczności lokalnej. Mieszkańcy doskonale wiedzą, do kogo mają się zwrócić z ważnymi dla nich sprawami.

Może pani liczyć na wsparcie kobiet w radzie, czy jednak nie jest to sielankowa współpraca?

Współpraca z radą gminy nie opiera się na solidarności płci, lecz na osiąganiu porozumienia w celu realizacji zadań ważnych dla rozwoju gminy. W mojej ocenie współpraca ta jest wzorowa − zarówno z paniami, jak i z panami. Wiadomo, że praca w samorządzie opiera się na sztuce kompromisów. Tak jest i u nas.

Rozpoczął się rok szkolny. W jakim stanie jest oświata w porównaniu z ubiegłym? Konieczna była restrukturyzacja oświaty? Zmniejszyła się ilość szkół, czy pracę rozpoczęło tyle samo placówek oświatowych co w ubiegłym roku?

Oświata w gminie Lesznowola od zawsze traktowana jest priorytetowo. Na naszym terenie funkcjonuje pięć zespołów szkół (szkoła podstawowa i gimnazjum), w których 1 września br. rozpoczęło naukę prawie 3800 uczniów, natomiast w pięciu gminnych przedszkolach opieką objętych jest blisko 300 uczniów. W gminie funkcjonują 24 niepubliczne przedszkola i punkty przedszkolne. Do tych placówek uczęszcza około 1500 dzieci. Zgodnie z ustawą o systemie oświaty samorząd Lesznowoli dofinansowuje działalność placówek niepublicznych. W 2014 r. na ten cel przeznaczymy około 14 mln zł. Gminny system oświatowy obejmuje również sześć niepublicznych szkół, w tym szkoły katolickie prowadzone przez parafię. Całości dopełnia sześć niepublicznych żłobków, również dotowanych przez gminę.

Lesznowolski system oświaty nie wymaga restrukturyzacji. Nie ma mowy o likwidacji żadnej z placówek oświatowych, a wręcz przeciwnie. Stale zwiększająca się liczba mieszkańców gminy powoduje, że nasze szkoły i placówki pękają w szwach – i to nie tylko dlatego, że przybywa nowych mieszkańców i dużo uczniów zamieszkuje w ich obwodzie, ale przede wszystkim dlatego, że jakość nauczania jest bardzo wysoka. Od wielu już lat nasze szkoły osiągają najwyższe wyniki ze sprawdzianów i egzaminów zewnętrznych, co plasuje je w grupie czterech procent najlepszych szkół w Polsce. Oświata w naszej gminie jest dla nas stałym powodem do dumy.

Co z ilością etatów dla nauczycieli?

Zwiększająca się stale liczba uczniów ma swoje konsekwencje w ilości etatów nauczycielskich, których jest coraz więcej. Oprócz nauczycieli prowadzących zajęcia przedmiotowe, nasze placówki oświatowe zatrudniają dużą grupę tzw. nauczycieli wsparcia psychologiczno-pedagogicznego, a więc psychologów, pedagogów, logopedów, reedukatorów, nauczycieli terapii pedagogicznej i asystentów wielokulturowych. Jesteśmy przekonani, że dobrze i w porę rozpoznane dysfunkcje rozwojowe uczniów, to gwarant tego, że w przyszłości uczniowie ci ukończą szkołę z sukcesem. Na uwagę zasługuje również rozbudowany system zajęć pozalekcyjnych, zarówno tych rozwijających zainteresowania i talenty, jak i tych niwelujących wszelkie braki uczniów. Wszystko to powoduje, że nauczyciele w gminie Lesznowola nie mogą narzekać na brak pracy.

Udało się przeprowadzić niezbędne renowacje w placówkach oświatowych?

Nasze obiekty są w pełni nowoczesne i funkcjonalne, spełniają najwyższe standardy. Wszystkie mają pracownie komputerowe, świetlice, sale gimnastyczne oraz stołówki z zapleczem kuchennym. Te, które powstały już jakiś czas temu (ZSP w Mrokowie i ZSP w Nowej Iwicznej) są na bieżąco modernizowane.

W 2002 r. został oddany do użytku supernowoczesny obiekt Zespołu Szkół w Łazach, w skład którego wchodzą segmenty: dydaktyczny, żywieniowy, biblioteka, część administracyjna oraz segment sportowy z halą sportową, salą do gimnastyki korekcyjnej i zapleczem sanitarnym.

Najstarszym obiektem oświatowym w Gminie Lesznowola jest Zespół Szkół w Lesznowoli, ale i ta placówka została gruntownie zmodernizowana. W 2007 r. powstał nowoczesny stadion lekkoatletyczny ze sztuczną nawierzchnią i boiskami do piłki nożnej, siatkowej i koszykowej, kortami tenisowymi, bieżnią oraz torem łuczniczym. Również w 2007 r. wykonano adaptację poddasza szkoły, gdzie zorganizowano sale dydaktyczne, między innymi do nauki języków obcych. W 2010 r. budynek szkoły zyskał nowe skrzydło, w którym znalazło miejsce nowe przedszkole, powierzchnie dydaktyczne dla szkoły podstawowej oraz hala sportowa z zapleczem sanitarnym.

We wrześniu 2013 r. oddany do użytku został I etap Centrum Edukacji i Sportu w Mysiadle – niezwykle nowoczesny obiekt, który będzie łączył w sobie funkcje edukacyjne (szkoła podstawowa, gimnazjum), sportowo-rekreacyjne (wielofunkcyjna hala sportowa, siłownia, klub fitness, kręgielnia) oraz kulturalne (sala koncertowo-widowiskowa, biblioteka). Całość obiektu to 18 tys. m kw. powierzchni użytkowej, a zastosowane rozwiązania technologiczne i organizacyjne są niespotykane dotąd w tego typu obiektach. Bieżące dbanie o stan bazy oświatowej powoduje, że w okresie wakacji nie musimy przeprowadzać wielkich remontów.

Porozmawiajmy o innych inwestycjach, takich jak drogi, wodociągowanie, kanalizacja. Jak pod względem inwestycji podsumowałaby pani dobiegającą końca kadencję?

Inwestycje w każdym budżecie gminy zajmują znaczącą pozycję. Gmina Lesznowola jest zwodociągowana w stu procentach. Sieć wodociągowa jest rozbudowywana o odcinki w nowo powstających ulicach. Jednocześnie na terenie gminy powstają nowe stacje uzdatniania wody. W ubiegłym roku powstała stacja uzdatniania wody w miejscowości Łazy na ul. Kwiatowej, a obecnie rozpoczynamy realizację stacji w Marysinie.
Inwestycje te realizuje Lesznowolskie Przedsiębiorstwo Komunalne.

Dobiega końca proces kanalizowania gminy. W tym roku rozpoczęto budowę kanalizacji w miejscowościach Łoziska, Jazgarzewszczyzna, Podolszyn i Janczewice. Jednocześnie prowadzone są prace nad projektami
budowlano-wykonawczymi kanalizacji w Stefanowie, Koloni Warszawskiej
oraz części wschodniej Marysina. W miejscowościach, które już posiadają
sieć kanalizacyjną, cały czas budowane są odcinki sieci w nowych ulicach.

Wraz z rozbudową sieci kanalizacyjnej konieczna jest rozbudowa oczyszczalni ścieków. W 2012 r. zakończona została budowa kolejnej nowej oczyszczalni ścieków w Zamieniu − koszt tej inwestycji to prawie 8 mln zł. Zadanie to zostało dofinansowane ze środków PROW i WFOŚiGW. W 2013 r. rozbudowana została oczyszczalnia ścieków w Łazach − za około 3,3 mln zł. Inwestycję tę zrealizowaliśmy ze środków własnych gminy. Obecnie dobiegają końca prace nad projektem budowlano-wykonawczym rozbudowy oczyszczalni ścieków w Wólce Kosowskiej. Jej budowa zaplanowana jest na lata 2014-2016.

Jeśli chodzi o inwestycje drogowe, to w latach 2010-2014 wybudowaliśmy 21 dróg za ok. 27,3 mln zł, zaś na projekty budowy dróg (34) wydaliśmy ok. 1,9 mln zł.

Jak zaplanowała pani finisz tej kadencji?

Zgodnie ze statutami sołectw, każdego roku w terminie do 30 września odbywają się zebrania z mieszkańcami. Na terenie gminy mamy 22 sołectwa, więc państwo sołtysi zorganizowali 22 spotkania z moim udziałem. Będę miała okazję, jak zawsze, podzielić się z mieszkańcami tym, co się udało zrealizować, czego się nie udało i dlaczego. Spotkania te są również doskonałą okazją, aby poznać refleksje naszych mieszkańców na temat jakości życia w gminie.

Czuje się pani spełniona w pracy samorządowca?

Praca w samorządzie daje mi bardzo dużo satysfakcji. Mam kontakt z ciekawymi, zaangażowanymi w sprawy lokalnych społeczności ludźmi, a moje działania dają wymierne rezultaty. Od wielu już lat obserwuję, jak gmina, którą zarządzam, rozwija się i pięknieje w oczach, co sprawia mi ogromną radość.

Podczas ostatnich wyborów samorządowych najwyższa frekwencja sięgała zaledwie 41 procent. Ze statystyki wynika, że niechętnie uczestniczymy w lokalnych wyborach. Jak przekonałaby pani wyborców, że warto głosować? Czy wybierając lokalną władzę mamy realny wpływ na to, jak zmienia się nasze najbliższe otoczenie?

Ta statystyka jest trochę wyższa w gminie Lesznowola. Podczas ostatnich wyborów samorządowych w naszej gminie głosowało 50 proc. uprawnionych. Oczywiście, że wybory samorządowe mają ogromne znaczenie lokalne i tak jak pani zauważyła, biorąc w nich udział, decydujemy o przyszłości naszych miejscowości i o tym, co przez najbliższe cztery lata będzie się działo w najbliższym otoczeniu. Bardzo ważne jest, by nie tylko wziąć udział w wyborach, ale w sposób przemyślany zagłosować − na osoby, które nas będą godnie reprezentowały.

Będzie ubiegać się pani o reelekcję?

Tak, oczywiście.

Jakie propozycje ma pani dla mieszkańców gminy w programie wyborczym?

Mój program nie będzie zaskoczeniem dla naszych mieszkańców, ponieważ od lat staram się realizować politykę zrównoważonego rozwoju gminy. Przed nami niezwykłe wyzwanie: rozsądne zagospodarowanie 53 ha gruntów w Mysiadle poprzez stworzenie doskonałej oferty rekreacyjnej, sportowej, kulturalnej, innowacyjnych technologii − nie tylko dla naszych mieszkańców, ale także dla gości.

Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów w nadchodzącej kadencji.

Bardzo dziękuję.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

IDA RUSZA PO OSCARA

We wszystkich rankingach potencjalnych kandydatów do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej „Ida” plasuje się bardzo wysoko. To tytuł, który budzi emocje i jest o nim głośno – twierdzi dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Agnieszka Odorowicz. Film Pawła Pawlikowskiego został polskim kandydatem do najsłynniejszej nagrody świata.

Nominacja została uchwalona jednogłośnie przez specjalną komisję powołaną w lipcu przez minister kultury, prof. Małgorzatę Omilanowską. – Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że w kategorii „Najlepszy Film Nieanglojęzyczny” film Pawlikowskiego ma największe szanse – podkreśla Odorowicz, która znalazła się w składzie komisji. – To wspaniały film, który nie bez przyczyny zyskał takie uznanie i znakomite recenzje na całym świecie. Jest nie tylko świetną wizytówką wszystkich twórców, którzy brali udział w jego powstaniu, ale i całej naszej kinematografii – dodaje.

Nie bez znaczenia jest fakt, że „Ida” triumfalnie przemierzała świat przez ostatnich kilka miesięcy, zdobywając na festiwalach około trzydziestu nagród, a przede wszystkim: udanie szturmując amerykańskie kina. Recenzje tego dramatu zostały opublikowane w najbardziej prestiżowych amerykańskich dziennikach. Według przewodniczącego „oskarowej” komisji – reżysera Filipa Bajona – aktualny box office filmu w USA to 3,5 mln dolarów, co przekłada się na 400-450 tysięcy widzów.

A to dopiero początek. Międzynarodowa premiera filmu odbyła się dokładnie rok temu, podczas 40. Telluride Film Festival, na dwa miesiące przed polską premierą. Od tamtej pory „Idę” zobaczyło pół miliona Francuzów, 100 tysięcy Włochów, kilkadziesiąt tysięcy Hiszpanów i tyle samo – Holendrów. W USA początkowo wyświetlano go w trzech kinach, w ciągu kilku miesięcy liczba ta wzrosła wielokrotnie – do 134 ekranów w apogeum popularności. Wciąż sytuuje się ona poziomie ponad trzydziestu ekranów. Dla amerykańskiej publiczności – i krytyków – „Ida” nie będzie więc terra incognita.

Podbój świata trwa: po Argentynie, Australii, Austrii, Belgii, Japonii, Kanadzie, Niemczech, Norwegii, Nowej Zelandii, Szwajcarii i Tajwanie, w kolejce czekają kolejni zainteresowani dystrybutorzy – z Wielkiej Brytanii, Irlandii, Danii, Szwecji. Można śmiało przypuszczać, że film Pawlikowskiego będzie nie tylko artystycznym czy komercyjnym sukcesem – ale też lepszą promocją Polski niż jakakolwiek kampania promocyjno-reklamowa. Ot, jeszcze jeden dowód, że interes państwa może się też wyrażać poprzez wspieranie artystów.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

POWSTAŃCZA SUPERPRODUKCJA

Tempo – niczym z kina akcji, efekty – jak z batalistycznych superprodukcji, do tego miłosny trójkąt i odcięcie się od wszystkiego, co przypomina dzisiejsze spory o sens Powstania Warszawskiego. „Miasto ‘44” miało być spektaklem, który połączy widzów – zwłaszcza młodszych – i tych starszych. I jeśli ci pierwsi są pod wrażeniem, szczególnie po pokazie na Stadionie Narodowym, ci drudzy oglądali film z bardziej mieszanymi uczuciami.

Punkt wyjścia? 20-letni mniej więcej Stefan – wbrew matce – idzie na zbiórkę szykujących się do powstania członków podziemia. Robi to z rozmaitych zapewne powodów: chęci stania się dojrzałym mężczyzną, zyskania aury bohatera, ale i dla dziewcząt – Kamy i Biedronki, które wraz ze Stefanem zaplotą wątek skomplikowanych uczuć.

Po tej skromnej uwerturze zacznie się właściwa część widowiska stworzonego przez Jana Komasę: najkrócej definiowalna jako „deszcz krwi”. Dosłownie, bowiem po wybuchu czołgu-pułapki taki spadnie na bohaterów „Miasta”, i w przenośni – gdyż reżyser chciał pokazać widzom spektakularne okrucieństwo wojny, wybuchających bomb, jakiego jeszcze w polskim kinie nie było. I jeśli zaczyna się skromnie – od pierwszych ofiar po obu stronach, pierwszych strzałów, bardziej rozbudowanych dialogów, naprędce streszczających ówczesne oczekiwania, motywy wybuchu powstania, nastroje w mieście, to kończy się już apokaliptycznym ciągiem wstrząsających wojennych obrazów. Powoli gubimy wątek pojedynczego powstańczego losu na rzecz panoramy dwóch miesięcy hekatomby milionowego miasta.

Ale o to też chodzi. „Miasto ‘44” powstawało osiem lat nie po to, by pokazać kilkoro młodych ludzi, usiłujących przeżyć pośród świstających dokoła kul – to byłby drugi „Kanał”. Ten film miał uderzać rozmachem w taki sposób, by był zrozumiały dla widzów w każdej sali kinowej na świecie. I tak może się stać, choć „Miasto ‘44” w ten sposób może trafić na półkę szczelnie już zapełnioną superprodukcjami z innych krajów europejskich, Ameryki czy Azji, gdzie kino wojenne zachowuje wciąż wyjątkową popularność.

– Aby wyobrazić sobie powstanie, nie myślałem o „Kanale” Wajdy, tylko o arabskiej wiośnie, wojnie w Syrii, rewolucji ukraińskiej. Pojechałem nawet na Majdan, żeby się przekonać, jak taki zryw wygląda. Dla mojego pokolenia, nie pamiętającego nawet stanu wojennego (urodziłem się w 1981 r.) to są rzeczywiste punkty odniesienia – mówił w jednym z wywiadów Komasa, znany wcześniej raczej z filmów adresowanych do rówieśników i o nich opowiadających („Oda do radości”, „Sala samobójców”).

I chyba właśnie do tych ostatnich w największym stopniu adresowane jest „Miasto ‘44”. Jego bohaterowie są równie skupieni na sobie, jak współcześni nasto- i dwudziestolatkowie. Są osobni, są elitą, sercem, temperamentem, zaangażowaniem odstający od otoczenia. Od współczesnych równolatków różni ich jedno: wielka idea. – Zdałem sobie sprawę z własnej beztroski – kwitował Komasa swoje rozmyślania przed powstaniem filmu. – Z tego, że nigdy nie myślałem o wielkich ideach, odrzucał mnie nasz romantyzm. Jakbym nie widział kolorów, których niedostrzeganie jest ślepotą – dodawał.

Twórcy filmu mają nadzieję, że „Miasto ‘44” ponownie skłoni Polaków do rozmawiania, również o sprawach trudnych. Czy można się tego spodziewać? „Miasto ‘44” raczej nie nawiązuje do współczesnych sporów o powstanie – nie ma tu słowa o sporach toczonych przez dowódców AK, z których jedni parli do wywołania powstania, inni mieli pełną świadomość, że skończy się ono kompletną klęską. Nie ma tych, którzy wysyłali podwładnych na misję, których sens był niewielki, za to ryzyko śmierci – stuprocentowe.

Jest widowisko. – Gdybym miał najdosadniej opisać swoje wrażenie, porównałbym „Miasto ’44” do tunelu okropności w wesołym miasteczku, przez który w ciemnościach przejeżdżają zakochane pary, mijając kolejne stacje grozy – pisał krytyk „Gazety Wyborczej” po przedpremierowych pokazach. Być może efekt ten potęguje fakt, że choć twórcy zastrzegali, że trzymają się realiów epoki, film został skonstruowany na efektach specjalnych, muzyce i ekspresji aktorskiej kojarzących się dobitnie z kinem w pełni współczesnym? Tak czy inaczej, „Miasto ‘44” warto zobaczyć – choćby po to, żeby ocenić, czy mamy do czynienia z „wideoklipem” – jak sarkają krytycy filmu – czy też „arcydziełem”, jak chcieliby ci, którzy w zachwycie opuszczali 1 sierpnia Stadion Narodowy.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

INWAZJA E-PODRĘCZNIKÓW

Wrzesień przyszłego roku – w tym terminie mają zacząć obowiązywać w polskich szkołach elektroniczne wersje podręczników. W ostatnich tygodniach zobaczyliśmy pierwsze materiały naukowe tego typu, kwestią sporną pozostaje jednak to, czy polskie szkoły są gotowe na taką cyfrową rewolucję.

Pod koniec czerwca na Politechnice Łódzkiej odbyła się premiera dwóch kompletnych e-podręczników. Do wspomnianego terminu mają się pojawić kolejne materiały dydaktyczne tego typu, tak, by na wrzesień 2015 r. – symboliczny „punkt zero” cyfrowej rewolucji w systemie edukacyjnym – wszystko było gotowe. W sumie pakiet ma objąć 14 podręczników i około 2500 pomocniczych materiałów edukacyjnych, od prezentacji multimedialnych po filmy.

Tropem Cyfrowej Szkoły

W ten sposób resort idzie za ciosem. Ścieżkę wytyczył bowiem realizowany w latach 2012-2013 pilotażowy program Cyfrowa Szkoła – oficjalnie Rządowy program rozwijania kompetencji uczniów i nauczycieli w zakresie stosowania technologii informacyjno-komunikacyjnych. Zgodnie z przyjętym przez rząd na początku br. sprawozdaniem z realizacji tego przedsięwzięcia, w Cyfrowej Szkole wzięło udział 230 gmin wiejskich i 172 miasta.

Udziałem było jednak zainteresowanych znacznie więcej chętnych – aż 1271 organów prowadzących, czyli 46 proc. uprawnionych, i 3517 szkół – czyli 29 proc. uprawnionych. Dominowały placówki z mniejszych ośrodków, z podsumowania wynika bowiem, że aż 60 proc. wnioskodawców to szkoły z miejscowości liczących do 5 tysięcy mieszkańców. Z tego grona wyselekcjonowano 402 szkoły podstawowe, w tym 153 placówki liczące poniżej 100 uczniów; 156 szkół średniej wielkości (w zakresie 101-300 uczniów) i 93 placówki „duże” (powyżej 300 dzieci).

Pieniądze na Cyfrową Szkołę pochodziły zarówno z budżetu centralnego, jak i środków samorządowych – albowiem to właśnie samorządy uważa się za głównego beneficjenta cyfrowej rewolucji. 46,5 mln złotych wyłożyło ministerstwo, niemal 14 mln – JST. Ze środków tych przede wszystkim kupowano hardware: uczestnicy projektu otrzymali w sumie ponad 8 tysięcy urządzeń, przeważnie laptopów, ale też netbooków czy tabletów. Pod tym względem szkoły miały swobodę wyboru – dominowało najwyraźniej przekonanie, że laptopy pod względem mocy obliczeniowej oraz możliwości wizualnych przewyższają konkurencyjne rozwiązania. Z puli finansowano również zakup tablic interaktywnych i szafek na sprzęt. W nielicznych przypadkach szkoły decydowały się też na bardziej wyrafinowane urządzenia, np. służące do zbierania i analizowania odpowiedzi, wideokonferencyjne, czy zestawy skanujące i drukujące.

Sprzęt trafił do rąk uczniów praktycznie jeszcze w 2012 roku. Oferowano dwie możliwości wykorzystywania hardware’u: „stacjonarną” (tzw. wariant I), w ramach której uczniowie korzystali z zakupionych urządzeń wyłącznie w szkole; oraz – w wariancie II – zakładającą możliwość zabrania komputera ze szkoły do domu. Z drugiego wariantu korzystała mniej więcej co czwarta z uczestniczących w Cyfrowej Szkole placówek.

Poślizgi, przetargi, łącza

Tyle suche statystyki, które – z pozoru – mogłyby wskazywać na to, że pilotażowa faza projektu przebiegła bezkolizyjnie. Realia były jednak nieco inne.

Bariery pojawiły się już na etapie pierwszych kroków, związanych z ogłaszaniem przetargów. Jak w swoim czasie alarmowały media, z dwustu ogłoszonych na jesieni 2012 roku przetargów blisko siedemdziesiąt zostało unieważnionych. Nie ukrywano, że ogrom koniecznych procedur przetargowych oraz konieczność wyspecyfikowania możliwości, jakie miałby dawać kupowany dla szkół sprzęt – przerosły szefów placówek. Z końcem roku na ponad czterysta placówek ledwie 22 cieszyły się nowymi urządzeniami. Pojawiały się też obawy o to, czy firmy z sektora IT nie wykorzystują tego nagłego zapotrzebowania na hardware dla swoich celów: część oferentów proponowała bowiem szkołom, że bezpłatnie przygotuje dokumentację przetargową. Podejrzewano, że przy okazji w specyfikacjach istotnych warunków zamówienia pojawiłyby się wówczas elementy wskazujące na bardzo konkretne produkty. Oczywiście, oferowane przez występujące rzekomo pro publico bono firmy IT. „Dziennik Gazeta Prawna” informował wówczas, że doniesień o potencjalnym naruszeniu procedur przetargowych było tak wiele, że do akcji musiało wkroczyć CBA.

Z drugiej jednak strony nowy sprzęt spotkał się w szkołach z niemalże entuzjastycznym przyjęciem. – Jak widać tu na lekcji, dzieci się garną – opowiadała nauczycielka z jednej z podstawówek w Suwałkach, gdzie udało się wystartować z realizacją Cyfrowej Szkoły bez większych opóźnień. – Każdy chce iść do tablicy, widać że uaktywniona jest cała klasa – podkreślała dobitnie. Urządzenia ożywiały nie tylko zajęcia z najważniejszych przedmiotów – jak język polski czy matematyka – ale też z przedmiotów takich, jak muzyka. – Mamy powgrywane instrumenty muzyczne, różnego rodzaju pomoce naukowe, które wspomagają rozwój dziecka, jeżeli chodzi o muzykę – opowiadała inna z nauczycielek.

W tym przypadku udało się ominąć problemy w prosty sposób: przetarg na sprzęt zorganizowało miasto, które dorzuciło też 60 tysięcy do puli ćwierć miliona złotych na sprzęt dla tej placówki. W taki sposób udało się umieścić przeprowadzenie procedur w rękach kompetentnego personelu z ratusza.

Ale to dopiero początek drogi – w wielu przypadkach bowiem filozofia, jaka stała za zakupami, opierała się na założeniu, że uczniowie będą ze sprzętu korzystać offline. Innymi słowy, będą co najwyżej przeglądać e-podręczniki, materiały w postaci gotowych plików pdf czy prezentacji PowerPoint, obejrzą posiadane już filmy czy dodatkowe materiały dydaktyczne. Nie będą natomiast pracować z internetem, eksplorując – nomen omen – możliwości, jakie daje sieć.

I trudno się dziwić, bowiem infrastruktura sieciowa w wielu placówkach, znajduje się w stanie niewiele odbiegającym od czasów, kiedy z internetem łączyliśmy się za pomocą telefonicznych modemów, z wbijanym numerem TP SA. Technologie typu wi-fi pozostają tu jeszcze pieśnią przyszłości.

Przyszłość pod znakiem zapytania

Już na podstawie pilotażowej fazy programu Cyfrowa Szkoła można zatem zakładać, że rewolucję cyfrową czeka jeszcze wiele zakrętów. Spiętrzenie problemów w skali ogólnopolskiej może dalece przewyższyć wszystko, co w polskich szkołach widzieliśmy do tej pory. Ale z wprowadzaniem zmian nie ma co już dłużej czekać: uczniowie są coraz bardziej znudzeni dotychczasowymi formami wpajania im wiedzy, a ponadto omijanie szerokiego spektrum tematów związanych z nowymi technologiami sprawia, że szkoły opuszczają dzieci niewiele wiedzące o perspektywach i zagrożeniach, jakie stwarza internet. Innymi słowy: lepiej późno niż wcale. Miejmy tylko nadzieję, że za e-podręcznikami i laptopami dla szkół uda się też przeprowadzić rewolucję infrastrukturalną, choćby nawet pełzającą.

piątek, 27 czerwiec 2014 00:11

TEN INNY MUNDIAL

„W kategorii dokumentu ten film ociera się o wielkość” – napisał o „Mundialu” jeden z recenzentów. Wprowadzony pod koniec maja na ekrany kin dokument Michała Bielawskiego to jeden z najlepszych polskich filmów dokumentalnych ostatnich lat – klasyczny w formie i treści, perfekcyjny – w wykonaniu.

W chwili, gdy Polacy siadają przed telewizorami, by śledzić zmagania na murawach brazylijskich stadionów, warto wrócić myślą do innych mistrzostw świata – tych, które rozegrały się 32 lata temu, w tak odległej Hiszpanii. Nie tylko po to, by przypomnieć sobie emocje piłkarskie z okresu, kiedy nasza reprezentacja grała chyba najlepiej w historii – ale by zagłębić się w atmosferze i wspomnieniach z okresu, gdy Polska znalazła się na jednym z najpoważniejszych zakrętów w historii.

Na kilka miesięcy przed wprowadzeniem stanu wojennego Polacy zakwalifikowali się do zbliżającego się mundialu – wielka radość. Ale już wkrótce – wielki dylemat. Czy w chwili, gdy nasza reprezentacja staje się – w taki czy inny sposób – przedstawicielem reżimu, który właśnie wyprowadził wojsko na ulice, można jej kibicować? Czy nie będzie to deklaracja lojalności wobec wojskowych, którzy wbili w mundury prezenterów telewizyjnych dzienników, a opozycjonistów odesłali do ośrodków internowania? Czy sport da się oddzielić od polityki i życia?

Przed dylematami stanęli wszyscy. Zarówno polscy piłkarze, którzy zostali objęci międzynarodowym bojkotem, a do rozgrywek musieli ćwiczyć wyłącznie mierząc się z krajowymi drużynami klubowymi, jak i kibice. A przede wszystkim internowani opozycjoniści, którzy spotkania mogli oglądać (z mniej lub bardziej mieszanymi uczuciami) na niewielkich więziennych odbiornikach.

Z murawy i zza krat

Drogę polskiej reprezentacji do finału mundialu znają wszyscy rodzimi kibice. Dla wielu była niespodzianką – gdy Polacy lądowali na Półwyspie Iberyjskim nikt nie wiedział, w jakiej formie jest drużyna. Dopiero kolejne sukcesy, mozolne pięcie się w górę wraz z kolejnymi rozgrywkami, pozwalało mieć nadzieję, że „jest dobrze”. Dodatkowo o kulisach mundialu opowiadają świadkowie i uczestnicy polskiego sukcesu – m.in. trener reprezentacji Antoni Piechniczek, Zbigniew Boniek, Grzegorz Lato, tuzy sportowego dziennikarstwa, choćby Dariusz Szpakowski. Trener przyznaje się choćby do błędu, jakim było niewystawienie do półfinałowego starcia z Włochami Andrzeja Szarmacha – zagrał on potem w meczu o trzecie miejsce z Francuzami, ale z punktu widzenia mundialowej rywalizacji, błąd został popełniony.

Ale jest i ta druga narracja: zza krat. Przed telewizorami siedzą bowiem i ci, którzy w samym środku „karnawału Solidarności” znaleźli się w opałach: Jan Lityński, Piotr Ikonowicz, Tomasz Wołek i wielu innych. Dzięki ich opowieściom o sporach, jakie toczyli między sobą, zagłębiamy się w atmosferę tamtego smutnego lata, a nawet – do pewnego stopnia – sporów, jakie towarzyszyły Polsce przez wieki. Czy symbole, takie jak sport, powinny łączyć ponad politycznymi konfliktami? Czy można w ogóle mieszać historię piłki nożnej z wydarzeniem takim, jak wprowadzenie stanu wojennego?

Odpowiedź wydaje się być oczywista: można, a nawet trzeba. Obie perspektywy narratorów „Mundialu” zbiegają się w jednym momencie, nazwijmy go kulminacyjnym – gdy polscy sportowcy wychodzą na boisko, by zmierzyć się z reprezentacją Związku Radzieckiego. Za sprawą młodego Francuza o polskich korzeniach (i paryskiego Komitetu Solidarności), Pascala Rossiego, za bramkami rozwinięto wówczas gigantyczne transparenty z charakterystycznym logo Solidarności. Było to zaskoczeniem zarówno dla widzów w Polsce, jak i organizatorów mundialu – transparenty zwinięto w trakcie meczu, po protestach przedstawicieli PRL, przy akompaniamencie ogłuszających gwizdów i okrzyków „Polonia” oraz „Solidaridad”.

Tego jednak na ekranach telewizorów nie mieliśmy szansy zobaczyć. Transmisja akurat urwała się na chwilę… A potem technicy telewizyjni zadbali już o to, by zamiast ujęć z trybun na Camp Nou, kibice byli w stanie zobaczyć jedynie przebitki z innych spotkań. O takich manipulacjach zresztą również traktuje ten film… Happy end tej historii jednak znamy – mecz skończył się bezbramkowym remisem, który dla Polaków oznaczał awans. Po opisanym wyżej spotkaniu zdobycie trzeciego miejsca zdawało się być zaledwie „wisienką na torcie”.

Na nostalgiczną nutę

Historia godna solidnego filmu fabularnego – jest jednak doskonale znana: przynajmniej raz na cztery lata przypomina ją każda z polskich gazet czy stacji telewizyjnych, choćby z okazji kolejnego mundialu. Dzieło Bielawskiego wydobywa z niej jednak to, czego klasycy wielkiego ekranu, czy upychający ją w kilku minutach archiwalnego materiału redaktorzy, nie potrafią.

I chodzi o atmosferę. W „Mundialu” reżyser łączy zapis kronik filmowych, zarówno tych, które rejestrowały wydarzenia w Hiszpanii, jak i tych, które śledziły życie w kraju; dorzuca nagrane w ostatnich latach komentarze i relacje świadków, a luki – zgodnie z najnowszymi modami panującymi w świecie twórców filmów dokumentalnych – uzupełnia animacjami, niczym w „Walcu z Baszirem” czy „Zielonej rewolucji”. Powstaje niezwykły zapis, dla starszego pokolenia szarpiące serce wspomnienie realiów sprzed dekad, dla młodszego – obrazek, który może się wydawać surrealistyczny, do momentu, w którym widz uświadomi sobie, że to archiwalny zapis Polski AD 1982.

Chodzi też o nutę nostalgii – dla wielu osób, które w 1982 roku znalazły się w centrum wydarzeń, na murawie czy też za płotem ośrodka internowania, tamten czas był najlepszym (mimo wszystko) okresem w życiu. Gdzieś między słowami, padającymi w kadrze czy spoza niego, czai się więc nuta tęsknoty, nostalgii, mimo dramatycznych okoliczności – pewnej radości, płynącej z faktu uczestniczenia lub bycia świadkiem wielkich wydarzeń.

To największe atuty tego filmu. Mocnej pointy tu nie doczekamy, bo i nie o to twórcy chodziło. Refleksji za to – co nie miara, i to nie tylko tej dotyczącej dzisiejszej kondycji polskiej piłki nożnej.

Strona 1 z 6

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY