Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

1 lipca 2014 r. ruszy rekrutacja do II edycji szkoleń dla samorządów i ich jednostek organizacyjnych "Procedury administracyjne i techniki prawodawcze w JST" w 2014 r. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji rozpoczyna 1 lipca 2014 r. rekrutację na szkolenia dla jednostek samorządu terytorialnego i ich jednostek organizacyjnych w ramach projektu "Dobre prawo sprawne rządzenie". Rekrutacja rozpocznie się o godzinie 14.00. Od tego dnia ministerstwo będzie przyjmowało zgłoszenia na szkolenia. Osoby, które zgłosiły się do poprzedniej edycji, a nie zostały przyjęte z powodu braku miejsc, będą miały pierwszeństwo rekrutacji. Warunkiem pierwszeństwa dla tych osób jest pozytywna odpowiedź na maila, który zostanie do nich rozesłany 1 lipca 2014 r. oraz wypełnienie formularza zgłoszeniowego do 31 lipca. Informacja o rozpoczęciu rekrutacji zostanie przekazana do wytypowanych do uczestnictwa w projekcie urzędów mailem bądź przez ePUAP. Ministerstwo informuje, że szkolenia w tej edycji odbywać się będą w oparciu o schemat: 16 godzin (2 dni szkoleniowe) - blok stały dla wszystkich uczestników (Kodeks Postępowania Administracyjnego lub ordynacja podatkowa oraz techniki legislacyjne) oraz 16 godzin (2 dni szkoleniowe) - blok do wyboru (m.in.: zagospodarowanie przestrzenne, pomoc społeczna, podatki i opłaty lokalne, ochrona środowiska, zarządzanie drogami). Programy szkoleń znajdują się tutaj https://administracja.mac.gov.pl/adm/projekty-systemowe/dobre-prawo-sprawne-rz/8020,Konspekty-szkolen.html. Wybór grup szkoleniowych (tematyka) odbywał się będzie na etapie rekrutacji do projektu. Ministerstwo zastrzega, że grupy szkoleniowe nie mogą liczyć więcej niż 22 osoby, ilość miejsc na szkolenia jest więc ograniczona. Poza osobami z listy rezerwowej o przyjęciu decydować będzie kolejność zgłoszeń. Lista urzędów objętych wsparciem, regulamin szkoleń, terminy, tematyka szkoleń oraz procedura rekrutacji poniżej. Źródło: www.samorzad.pap.pl
wtorek, 24 czerwiec 2014 12:36

"Bialowieza Forest" na liście UNESCO

Komitet Światowego Dziedzictwa przyjął zgłoszony przez Polskę i Białoruś wspólny wniosek o wpisanie obszaru Puszczy Białowieskiej leżącej po obu stronach granicy jako Obiektu Światowego Dziedzictwa UNESCO - poinformował w poniedziałek resort środowiska. Jak poinformowało ministerstwo, Transgraniczny Obiekt Światowego Dziedzictwa otrzymał nazwę "Bialowieza Forest". Obejmuje on powierzchnię ok. 141 tys ha terenów po stronie polskiej i białoruskiej, a całkowita powierzchnia - włączając w to strefę buforową - wynosi ponad 308 tys ha. Komitet Światowego Dziedzictwa w 1979 r. wpisał na Listę Światowego Dziedzictwa część Puszczy Białowieskiej (Białowieski Park Narodowy) położonej w Polsce. Na początku lat dziewięćdziesiątych obszar ten został powiększony o część terenów położonych u naszego wschodniego sąsiada. Powstał wtedy Transgraniczny Obiekt Światowego Dziedzictwa "Belovezhskaya Pushcha / Bialowieza Forest". W 2008 roku Polska i Białoruś rozpoczęły starania o wpisanie nowego obiektu, z nowymi granicami pod nazwą "Bialowieza Forest". Decyzja o wpisaniu Puszczy Białowieskiej zapadła podczas odbywającego się w Dausze 38 posiedzenia Komitetu Konwencji ws. Ochrony Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Naturalnego UNESCO. Polska jest stroną Konwencji od roku 1976, a od 2013 jednym z 21 członków Komitetu. Na liście Obiektów Światowego Dziedzictwa UNESCO znajduje się ponad tysiąc obiektów w tym blisko 200 związanych ze środowiskiem naturalnym, jak parki, rezerwaty przyrody czy jeziora. Źródło: www.portalsamorzadowy.pl
poniedziałek, 23 czerwiec 2014 11:21

Odpady zamiast do kosza trafiają do kanałów

Codziennie do ścieków w Krakowie trafia ok. 5 ton odpadów, które powinny wylądować w koszu. Tymczasem szmaty, patyczki do uszu, resztki jedzenia spuszczane w sedesach uszkadzają silniki, mieszadła i pompy pracujące w oczyszczalniach. - W ściekach znajdujemy także m.in. gruz i martwe szczury, a kilka razy zdarzyły się też zwłoki psów - mówi "Dziennikowi Polskiemu" Adam Pajdak, kierownik oczyszczalni "Płaszów", do której trafiają ścieki z terenu niemal całego Krakowa. Ze wschodniej części miasta nieczystości spływają do oczyszczalni "Kujawy". Największym jej kłopotem są zaś odpady medyczne - m.in. pieluchomajtki, bandaże, które nie ulegają rozkładowi i powodują niekiedy blokowanie pomp wirowych. Poważnym problemem są patyczki do czyszczenia uszu, które wrzucane do WC praktycznie nienaruszone spływają do oczyszczalni ścieków - zauważają jej pracownicy - i również blokują pompy. A jak podkreśla Pajdak, naprawa takiego urządzenia czasem trwa kilka dni. Pracownicy oczyszczalni oceniają, że nawyki mieszkańców Krakowa zmieniają się na lepsze, jest to jednak proces dość powolny. źródło: www.portalsamorzadowy.pl
poniedziałek, 16 czerwiec 2014 09:54

Bezpieczeństwo RP w cyberprzestrzeni

Bezpieczeństwo Polski w cyberprzestrzeni jest obecnie na dramatycznie niskim poziomie – uważają eksperci zgromadzeni w NIK podczas debaty poświęconej temu zagadnieniu. Państwo musi jak najszybciej uregulować wiele spraw i zacząć skutecznie zapobiegać oszustwom i szpiegostwu w sieci. Czy jest do tego przygotowane? NIK zamierza to sprawdzić. Zdaniem ekspertów wiele problemów Polski powiązanych jest z dynamiką nadrabiania przez nasz kraj zaległości cywilizacyjnych. Tak jest właśnie w przypadku cyberprzestrzeni. - Obywatel, który robi zakupy w Internecie, oczekuje od państwa, że zapewni mu bezpieczeństwo. Tymczasem w Polsce są dziś w tym temacie białe plamy. Jest miejsce na oszustwa i działalność szpiegowską, także ze strony korporacji - uważa przedstawiciel MON. I dodaje, że państwo musi jak najszybciej zacząć organizować działania wokół cyberprzestrzeni, by zapobiec wszelkim podobnym działaniom. Dlatego NIK chce sprawdzić, czy istnieje spójny system działania organów administracji państwowej dotyczący monitorowania i przeciwdziałania zagrożeniom w cyberprzestrzeni. - Warto odpowiedzieć sobie dziś na pytanie: Czy budujemy w Polsce sensowny system i czy mamy na niego zabezpieczone środki? - mówi Marek Bieńkowski, dyr. Departamentu Porządku i Bezpieczeństwa Wewnętrznego NIK. Kontrolerzy wejdą m.in. do ministerstw: Administracji i Cyfryzacji, Obrony Narodowej i Spraw Wewnętrznych. Pojawią się także w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Urzędzie Komunikacji Elektronicznej, Rządowym Centrum Bezpieczeństwa i Komendzie Głównej Policji. NIK zbada aktywność tych instytucji od 2008 r., ale najmocniej przyjrzy się ostatnim dwóm latom. Eksperci byli zgodni, że zapewnienie Polsce bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni wymaga współpracy państwa z prywatnymi firmami, które dysponują krytycznymi dla tego celu zasobami. To one kontrolują cyberprzestrzeń. Czego możemy w tej sytuacji wymagać od publicznych instytucji? - Może przynajmniej tego, by wdrożyły podstawowy dziś dokument, czyli Politykę Ochrony Cyberprzestrzeni Rzeczypospolitej Polskiej - mówi Marek Bieńkowski. I dodaje, że jeśli tego dokumentu nie jest w stanie od roku wdrożyć administracja państwowa - a takie sygnały docierają do Izby - to trudno oczekiwać, że zastosują się do niego podmioty prywatne. Także prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski podkreślił potrzebę współpracy na rzecz bezpieczeństwa Polski między stroną publiczną a prywatną. - Zdajemy sobie też sprawę, że wielkimi krokami zbliża się dyrektywa UE dotycząca bezpieczeństwa w sieci. W jej konsekwencji trzeba będzie zmienić część przepisów, a wiele nowych przyjąć. To dobry moment, żeby sprawdzić, na jakim etapie przygotowań do tej wielkiej zmiany jest nasz kraj. I również temu będzie służyła nasza kontrola. Źródło: www.nik.gov.pl

Nie ma chyba w Polsce nikogo, kto nie zapamiętałby charakterystycznej plakietki – „Finansowane ze środków Unii Europejskiej”. Ile miliardów dostaliśmy w ciągu ostatniej dekady z Unii Europejskiej i jak, dzięki tym pieniądzom, zmieniały się nasze województwa, powiaty i gminy?

Unia to samo zło, nie powinniśmy do niej wchodzić, trzeba się było zwrócić na Wschód. A serio?… W żadnych okolicznościach Polska nie rozwijałaby się tak szybko. Wstąpienie do wspólnoty oznaczało nowe drogi, poprawę środowiska naturalnego, szybki internet, wysyp innowacyjnych firm – to tylko niektóre osiągnięcia 10 lat członkostwa naszego kraju w UE.

Dumni powinnyśmy być też z wysokiego wzrostu gospodarczego w latach 2004-2013 (średniorocznie 4 proc. wobec 1 proc. w UE-27) oraz z faktu, że zdołaliśmy uniknąć recesji w latach 2009-2010, gdy w kryzys osunęły się najbardziej rozwinięte unijne gospodarki. Te sukcesy są w znacznej mierze efektem wykorzystania funduszy, które szeroką rzeką płyną do nas z Brukseli.

– Sukces ma wielu ojców. Duch przedsiębiorczości w narodzie nie ginie, samorządowcy dbają o rozwój lokalnych społeczności, a klasa polityczna przynajmniej świadomie nie utrudnia działalności gospodarczej. Ale jednym z najważniejszych czynników wzrostu są pieniądze z UE – potwierdza Marek Zuber, ekonomistai doradca finansowy.

Mazowsze przoduje,  Opole w tyle

Od akcesji zrealizowaliśmy ponad 185 tysięcy projektów o łącznej wartości prawie 593 mld zł – przy czym ponad połowa tej kwoty pochodziła z unijnej kasy. UE przekazała nam w minionych dziesięciu latach 333 mld zł. W przeliczeniu na mieszkańca jest to ponad 8,6 tys. zł.

33 proc. wszystkich pieniędzy, które dała nam wspólnota, przeznaczyliśmy na rozwój regionów. Według danych Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju (MIiR), w wykorzystaniu funduszy unijnych przoduje województwo mazowieckie, które dostało prawie 50 mld zł. W samej tylko Warszawie UE dopłaciła do 513 przedsięwzięć, a do miasta trafiło 18,7 mld zł. Najwięcej przeznaczono na budowę II linii metra. Drugie w rankingu województwo – śląskie – otrzymało 32 mld zł. Lwią cześć tych pieniędzy pochłonęła budowa autostrady A1 oraz modernizacja kanalizacji. Na kolejnych trzech miejscach znalazły się województwa: dolnośląskie (23,5 mld zł), małopolskie (21,8 mld zł) i łódzkie (21,7 mld zł).

Najgorzej w zestawieniu wypadła Opolszczyzna, która zdołała pozyskać tylko 6,3 mld zł. Zdaniem Piotra Popa, rzecznika MIiR, region ten nie ma prawa jednak czuć się dyskryminowany. Bo dotacje wylicza się na podstawie lokalnego poziomu PKB w stosunku do jego średniego poziomu w całej UE, wskaźników bezrobocia, wielkości czy liczby mieszkańców. – Właśnie z tych powodów opolskie, jako jedno z najmniejszych województw w Polsce, dostaje najmniej pieniędzy – tłumaczy Piotr Popa w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA.

Beton czy człowiek – w co inwestować?

Od 2004 r. otrzymaliśmy ponad 82 mld euro z polityki spójności, której celem jest wyrównanie warunków ekonomicznych i społecznych we wszystkich regionach Unii Europejskiej. Kwota ta ponad trzy razy przewyższyła sumę naszych składek członkowskich. W rezultacie Polska jest największym beneficjentem netto funduszy UE.

W perspektywie 2004-2006 zainwestowaliśmy wszystkie dostępne fundusze – 14,2 mld euro. Z budżetu 2007-2013 wykorzystaliśmy już 97,5 proc. przyznanej nam kwoty – 67,9 mld euro – czyli ponad 66 mld euro. W obu perspektywach – według stanu na 27 kwietnia 2014 r. – beneficjenci zrealizowali łącznie ponad 186 tys. projektów.

Gros przedsięwzięć to tzw. twarde inwestycje: autostrady, drogi, lotniska, dworce kolejowe, środki transportu, oczyszczalnie ścieków czy kanalizacja. Niestety, rzadziej dotacje przeznaczamy na działalność naukowo-badawczą. Dlatego Anna Radwan, prezes Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana i doradca Komisji ds. Unii Europejskiej w Sejmie RP, ostrzega: „Pieniądze płynące z Brukseli są jednak pułapką, w którą łatwo wpaść. Tak było chociażby w przypadku Hiszpanii czy Portugalii. Mówi się, że kraje Południa za dużo zainwestowały w beton, a za mało w człowieka. To scenariusz, którego za wszelką cenę musimy uniknąć” (raport „Europa: rozważna czy romantyczna?”, Instytut Obywatelski, 2014).

Czy wszystkim województwom uda się uniknąć scenariusza Grecji, Portugalii lub Hiszpanii? Pewności nie ma. – Mniej majętne regiony w Polsce wykorzystują fundusze na infrastrukturę drogową, komunikację, kanalizację, czyli to, co poprawia jakość życia, lecz nie inwestują w innowacje– mówi nam Marzena Chmielewska, ekspert PKPP Lewiatan.

Samorządy korzystają na potęgę

Największym beneficjentem Funduszy Europejskich są samorządy. Jak wynika ze statystyk opublikowanych przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, 31 proc. inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych jest realizowanych właśnie przez te podmioty, a łączna wartość dofinansowania wyniosła w sierpniu 2013 r. 76,3 mld złotych.

Spośród 767 przedstawicieli samorządów biorących udział w badaniu Instytutu Spraw Publicznych (ISP) tylko jedna osoba odpowiedziała, że jednostka, którą reprezentuje, nie stara się o dotacje unijne. Aż 9 na 10 ankietowanych (89 proc.) potwierdziło, że robi to często, a co dziesiąty (11 proc.) – że czasami.

Prawie 90 proc. ankietowanych uważa, że fundusze unijne mają znaczący wpływ na rozwój samorządu, przy czym 42 proc. jest zdania, że ten wpływ jest zdecydowanie duży, a 45 proc. – że jest on raczej duży. Jednocześnie ponad połowa (52 proc.) uważa, że dla ich społeczności pula środków unijnego wsparcia jest zbyt skromna.

A na co jednostki samorządu terytorialnego przeznaczają fundusze UE? Główne cele to inwestycje infrastrukturalne (97 proc. ankietowanych), ekologiczne (50 proc.) i kulturalne (36 proc.). Respondenci wskazywali również na wspieranie zatrudnienia i rozwój turystyki (po 25 proc.).

– Szkoda, że tylko 13 proc. lokalnych włodarzy przeznacza fundusze z Brukseli na rozwój przedsiębiorczości, zwłaszcza zaś segmentu MŚP. A przecież właśnie mniejsze firmy decydują o rozwoju regionów i całego kraju – przekonuje w rozmowie z GMINĄ Łukasz Wenerski, analityk społeczno-ekonomiczny, autor raportu „Unia daje czy zabiera? Dekada członkostwa Polski w UE w oczach  przedstawicieli polskich samorządów”, będącego pokłosiem ankiety ISP.

Pieniądze dla rolników

Jedną z grup, które najwięcej zyskały na członkostwie Polski w UE, są rolnicy. Tak przynajmniej uważa 81 proc. uczestników sondażu ISP. Dane statystyczne to potwierdzają. Dziesięć lat temu miesięczny dochód rolnika wynosił około 500 zł, dziś – 1092 zł. Skąd ten wzrost? W momencie akcesji polskie rolnictwo zostało objęte instrumentami Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), mającymi na celu poprawę opłacalności produkcji, co otworzyło w historii wsi nowy rozdział.

Głównym instrumentem wsparcia dochodów rolników w UE są płatności bezpośrednie, których rozdziałem w ramach WPR zajmuje się Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR). W 2004 r. polscy rolnicy otrzymali płatności bezpośrednie po raz pierwszy. W minionych dziesięciu latach o to wsparcie ubiegało się 1,4 mln rolników. Systematycznie rosła łączna kwota płatności – od prawie 7 mld zł w 2005 r. do ponad 14 mld zł w 2013 r. W sumie do końca stycznia 2014 r. ARiMR  wypłaciła z tego tytułu prawie 97 mld zł. Na tę kwotę składają się zarówno środki unijne, jak i krajowe. Z Unii do kieszeni rolników trafiło ponad 53 mld zł. Średnio każdy gospodarz dostał więc 38 tys. zł – wynika z analizy Polityki Insight.

Ogromnie pomocne były też programy inwestycyjne, dzięki którym beneficjenci ARiMR kupili m.in. 338 tys. maszyn i urządzeń rolniczych. To oznacza, że w co czwartym polskim gospodarstwie jest maszyna czy urządzenie rolnicze kupione dzięki wsparciu z programów UE.

Strumień nie wysechł

Jest jeszcze lepsza wiadomość: w nowej perspektywie unijnego finansowania jest ponad 300 mld złotych na spójność, a łącznie Polska wynegocjowała ponad 440 miliardów. Choć europejski budżet na lata 2014-2020 jest mniejszy o 3 proc. od poprzedniego, transfer funduszy do Polski zwiększy się o 4 proc. Tak oto nasz kraj ponownie będzie największym biorcą środków europejskich.

– Te pieniądze będą mogły zmienić Polskę na skalę dotychczas niespotykaną. Jest tylko jeden warunek: musimy je wydawać rozsądnie – zastrzega ekonomista Marek Zuber.

Obawy na wyrost? Niekoniecznie. W dyskusjach na temat wsparcia – np. dla rolnictwa czy start-upów – często pojawia się temat absurdalnie łatwego przyznawania pieniędzy unijnych i braku odpowiednich procedur kontrolnych. Pozwalało to na „przejadanie” środków przeznaczanych na rozwój czy modernizację działalności. Do rzadkości nie należały też przypadki marnotrawienia pieniędzy na poziomie województw, powiatów i gmin. Gwoli sprawiedliwości: do nadużyć dochodziło szczególnie tuż po wejściu do Unii Europejskiej. Wraz z upływem czasu Bruksela rozlicza beneficjentów coraz skuteczniej.

Co dały nam eurofundusze w latach 2004-2013

  • zbudowano lub zmodernizowano łącznie ponad 2 tys. km dróg ekspresowych i autostrad;
  • zbudowano lub przebudowano ponad 14 tys. km dróg krajowych i samorządowych;
  • długość wybudowanych/przebudowanych w latach 2004-2013 linii kolejowych wyniosła około 2,3 tys. km;
  • w ramach umów z zakresu transportu miejskiego zakupionych zostało ponad 2 tys. jednostek taboru komunikacji miejskiej, a zmodernizowanych – ok. 300 jednostek;
  • wsparto ponad20 tys. przedsiębiorstw;
  • wdrożonych zostanie niemal 1200 wyników prac badawczo-rozwojowych;
  • 250 wspartych instytucji otoczenia biznesu wykonało na rzecz przedsiębiorstw ponad 13 tys. usług;
  • zbudowano oraz zmodernizowano prawie 36 tys. km sieci kanalizacyjnej i 12 tys. km sieci wodociągowej;
  • wybudowano i rozbudowano oraz zmodernizowano 683 oczyszczalni ścieków komunalnych;
  • szacuje się, że dzięki FE liczba pracujących w wieku 20-64 wzrosła o około 800 tys. osób;
  • ponad 243 tys. nowych firm założyły osoby bezrobotne dzięki bezzwrotnym dotacjom;
  • wsparto 5 tys. przedszkoli, zespołów i punktów przedszkolnych;
  • blisko 90 tys. studentów rozpoczęło studia na kierunkach zamawianych, takich jak automatyka i robotyka, biotechnologia, budownictwo, informatyka;
  • 55 proc. wszystkich szkół w Polsce zostało wyposażonych w pracownie komputerowe, w których stworzono niemal 250 tys. stanowisk.
sobota, 24 maj 2014 16:17

MEKKA FILMOWYCH TWÓRCÓW-AMATORÓW

Już 12 czerwca ruszy w Koninie Ogólnopolski Konkurs Filmów Niezależnych im. Prof. Henryka Kluby. Zaplanowana na cztery dni impreza to największy i najstarszy w Polsce przegląd kina tworzonego przez amatorów – w niczym jednak nie ustępującego dziełom zawodowców. Tegoroczna edycja ma charakter jubileuszu: konkurs odbywa się bowiem po raz 60.

Sześć dekad doświadczeń i odkryć – tak można by w skrócie podsumować historię odbywającego się w Koninie festiwalu. Organizatorzy od lat starają się nie tylko utrzymać wysoki artystyczny poziom imprezy, ale też przecierać szlaki i otwierać drzwi domorosłym wielbicielom kina, twórcom-amatorom (jak zastrzegają, w każdym wieku) oraz – od kilku lat – również studentom szkół filmowych.

Zgodnie z założeniami twórców, to właśnie przez Konin ma prowadzić szlak młodych debiutantów do świata profesjonalnego filmu. Dlatego podczas festiwalu filmowcy będą mogli uczestniczyć w szeregu warsztatów, mogą też liczyć na fachowe recenzje i omówienia prezentowanych w konkursie prac, a w końcu – możliwość spotkania się ze znakomitościami polskiej kinematografii. W Koninie bowiem gościli tak znakomici artyści, jak Krzysztof Majchrzak, Jan Peszek, Jan Machulski, Magdalena Łazarkiewicz, Michał Rosa, Piotr Dumała czy Michał Chaciński. Jak podkreślają organizatorzy, edukacyjny wymiar Konkursu jest jednym z ich priorytetów.

Poza produkcjami zgłoszonymi do konkursu przez ich autorów w tym roku czekają nas w Koninie prezentacje trzech ważnych dzieł. W pierwszej kolejności widzowie będą mogli zobaczyć „Zaślepioną” – film uzdolnionej 36-letniej polskiej reżyserki Katarzyny Klimkiewicz, balansujący na pograniczu romansu i thrillera. Klimkiewicz opowiada w nim historię kobiety w średnim wieku, która – choć zawodowo odnosi znaczące sukcesy – w prywatnym życiu tkwi w samotności. Gwałtowna zmiana zajdzie, gdy na jej drodze stanie młody algierski student. Niedozwolona miłość, uprzedzenia, namiętności, podejrzenia – czy miłość zwycięży wszystko? Romans wpędzi bohaterkę w świat, w którym prawdy o swoim kochanku będzie musiała szukać sama.

Jeśli w pierwszym przypadku mamy do czynienia z konwencją thrillera, to już „W ukryciu” Jana Kidawy-Błońskiego jest filmem psychologicznym. Choć podobnie jak u Klimkiewicz punktem wyjścia jest miłość – to w obrazie Kidawy-Błońskiego jest to miłość „wielokrotnie zabroniona”. II wojna światowa z wolna dobiega końca, choć bohaterowie filmu nie mogą być pewni jej finału. Do rodziny Janiny trafia Estera, córka żydowskiego przyjaciela domu. Dwie młode kobiety przechodzą stopniowo od niechętnego dystansu do gwałtownych namiętnych uczuć, a intymność relacji miesza się dodatkowo z przymusową izolacją, której przyczyną jest rozgrywające się tuż za ścianami tego mikroświata pandemonium Holokaustu. W tym półmroku rodzą się obsesje…

Ukoronowaniem pozakonkursowych pokazów, jakie zobaczymy w tym roku w Koninie będzie głośna „Papusza” – historia legendarnej romskiej poetki wyreżyserowana przez Joannę Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego. O tym „cygańskim eposie” napisano już wiele: dość przypomnień, że oparta na faktach opowieść o szczególnie uzdolnionej dziewczynie z taboru, odkrytej niemalże wbrew własnej woli i z przypadku zdobył już szereg nagród – m.in. w Karlovych Varach, Stambule, Salonikach, Chicago, Urugwaju czy Valladolid. Poza samą projekcją uczestnicy festiwalu będą mieli szansę spotkać się ze Zbigniewem Walerysiem – odtwórcą filmowej postaci męża Papuszy.

Poza wspomnianymi dziełami w ciągu dwóch pierwszych dni festiwalu widzowie zobaczą zgłoszone do konkursu prace, będą mieli szansę odbyć rejs statkiem „Dziwożona” po konińskich jeziorach oraz przysłuchiwać się omówieniu filmów konkursowych. Trzeciego dnia organizatorzy zaplanowali maraton filmów archiwalnych OKFA, Przegląd Filmów Multimedia Happy End oraz jubileuszową galę, z koncertem muzyki Zygmunta Skoniecznego pt. „Taki pejzaż” włącznie. Ostatniego dnia odbędzie się pokaz nagrodzonych w tegorocznej edycji filmów.

MARIUSZ JANIK: „Olbrzymia liczba wydziedziczonych i pozbawionych środków do życia Polaków stanie się żebrakami we własnej ojczyźnie. Wydziedziczenie będzie skutkiem skrajnej nędzy ludzi pozbawionych pracy i środków do życia. W przypadku czynnego oporu, możemy zostać nazwani terrorystami” – pisał dekadę temu „Nasz Dziennik”. Panie Prezydencie, pamięta pan, jak nas straszono dekadę temu?

ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI: Świetnie pamiętam, w końcu byłem w środku wydarzeń. Prowadziłem wtedy kampanię referendalną w całym kraju. Wymyśliłem ją sobie w ten sposób, że będziemy jeździć po Polsce i zabierać na spotkania takich special guests, gości specjalnych, z obu politycznych flank – z lewa i prawa. Stąd w Tarnowie wystąpili ze mną ksiądz Adam Boniecki i Leszek Moczulski, a choćby w Słupsku – Bogdan Lis i Mieczysław Rakowski. Te spotkania odbywały się w trudnych, dramatycznych wręcz okolicznościach: mieliśmy zorganizowane grupy przeciwników – protestujących, gwiżdżących, zagłuszających. W Słupsku niemalże nie udaremnili spotkania. Kres takim akcjom położył dopiero papież, mówiąc: „od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”.

Pamiętam te wszystkie argumenty, strachy, agresywność wypowiedzi. Choćby Andrzej Lepper, który był wówczas zdecydowanym przeciwnikiem Unii, mówił o tragedii, jaka dotknie polskich rolników i polską wieś. Ale świat jest pełen paradoksów: po akcesji, gdy zostaliśmy objęci dopłatami bezpośrednimi, uznano, że trzeba będzie losować rolników, którzy dostaną jako pierwsi te dopłaty. I w pierwszej takiej grupie znalazł się nie kto inny, jak Lepper. Gdy spotkałem go później przy jakiejś okazji, zapytałem, czy jako zdeklarowany przeciwnik Brukseli, zrezygnuje z tych pieniędzy. Roześmiał się i odparł: protestowałem, ale są nowe reguły gry i ja je akceptuję.

Biorąc pod uwagę tę strachy sprzed dekady, tym większa satysfakcja, że dziś 89 proc. Polaków uważa, że nam się udało – i popiera naszą obecność w UE. A największy, najbardziej spektakularny efekt integracji widać tam, gdzie najbardziej się unii obawiano: na wsi. Tak ze względu na opłaty, jak i wszelkie inne środki inwestycyjne, jakie przeznaczono choćby na infrastrukturę. Naocznie przekonujemy się dziś, jak bardzo świat wokół nas się zmienił.

Nic nie mąci tej sielanki? Żadna z posępnych prognoz się nie sprawdziła?

Cóż, co prawda, nie był to wówczas najmocniejszy z argumentów, ale przewidywano, że otwarcie granic może wywołać znaczącą migrację Polaków, zwłaszcza młodszej i lepiej wykwalifikowanej kadry. I do tego rzeczywiście, w pewnej mierze, doszło. W tej chwili można się doliczyć ponad 2-milionowej rzeszy Polaków pracujących za granicą. W większości wyjechali oni zaraz po wejściu Polski do Unii, od 2004 roku począwszy.

Główna fala migracji skierowała się jednak np. na brytyjski rynek pracy, na którym nie zastosowano żadnych okresów przejściowych. Obawialiśmy, że to się powtórzy siedem lat później – gdy otwierał się m.in. rynek niemiecki i austriacki – ale okazało się, że impet imigracyjny wygasł, sytuacja się ustabilizowała. Z rozmaitych względów, nie tylko w Polsce mniej już chętnych do wyjeżdżania, ale też rynki pracy na Zachodzie „siadły”, ze względów kryzysowych.

Przy czym ta fala, o której mowa, to nie jest typowa emigracja, jakiej w Polsce doświadczaliśmy wielokrotnie i z rozmaitych względów. To nie bilet w jedną stronę – ludzie, którzy wyjeżdżali w 2004 roku mają pieniądze w kieszeni, drzwi dla nich są otwarte, wielu inwestuje w ojczyźnie, kupując tu domy i mieszkania. Wielu wiąże przyszłość z Polską, choć życie ma też swoje reguły – i niejeden ożenił się i zakorzenił w nowym otoczeniu. Tyle że dziś te korzenie Polacy zapuszczają w odległości dwóch godzin lotu od ojczyzny.

Wciąż jednak dominuje przekonanie, że nad Wisłą nie ma czego szukać…

Z jedną rzeczą musimy się oswoić: najsilniejsze centra w poszczególnych dziedzinach mają istotną przewagę w skupianiu najbardziej uzdolnionych specjalistów. Najlepsze uniwersytety będą przyciągać najlepszych profesorów, najlepsze akademie i ośrodki medyczne – najlepszych lekarzy, kluby piłkarskie – zawodników, opery – śpiewaków. To nieodwracalne tendencje i nie ma co w tej sprawie ronić łez. Trzeba się zastanowić, w jakich dziedzinach Polska mogłaby stanowić takie centrum, które niczym magnes przyciągałoby tych najlepszych.

Kto wobec tego jest największym beneficjentem akcesji? Wspomniani już rolnicy?

Moim zdaniem, zdecydowanie.

Jak zatem można opisać skalę zmian na polskiej wsi? Ewolucja czy rewolucja?

Coś między szybką ewolucją, a pełzającą rewolucją. Na wieś trafił ogromny zastrzyk środków, w różnej postaci, zarówno odczuwalnej bezpośrednio w kieszeni, jak i widocznych w infrastrukturze. Gołym okiem widać, jak zmienił się park maszynowy rolników, jak świadomie prowadzą swoją własną politykę rolną w mikroskali. Mam na Mazurach dom i widzę, jak w jego okolicach jednego roku rośnie gryka, drugiego – rzepak. Rolnicy wiedzą, co uprawiać i jak układają się bieżące dopłaty, śledzą zmiany i planują działania. Wieś pięknieje, budują się nowe domy, stare są odnawiane. Część wsi zmienia formułę, idąc w stronę agroturystyki czy innych nowych usług. W sklepach nie ma już kilku produktów, trafiają się wręcz wyrafinowane przyprawy.

Zmieniły się też formy produkcji, przetwórstwo towarów rolnych – mięsa czy mleka. Pracuje się na lepszych maszynach, w warunkach nieporównywalnie wyższej higieny, kontroli jakości, dobrej organizacji. Te zakłady robią nie mniejsze wrażenie niż choćby nowoczesne fabryki samochodów.

A jednocześnie wsie – ale i też mniejsze ośrodki miejskie – pustoszeją.

Ale to już nie wynika z akcesji. Cała Europa ma podobny problem: kryzys demograficzny. Dobra wiadomość – żyjemy coraz dłużej, zła – starzenie się społeczeństw ma liczne wady. To oczywiste, że mamy kłopot. Z jednej strony potrzebujemy polityki prorodzinnej, musimy mieć więcej dzieci. Z drugiej, nawet wprowadzanie radykalnych środków zwiększania dzietności nie rozwiązałoby problemu. To żadne rozwiązanie, jeśli dzieci miałyby się rodzić tylko ze względu na ulgi, dodatki czy zasiłki.

Nawet gdyby jednak rodziło się ich więcej – i tak będą się rodzić w dużych metropoliach. Wsie i miasteczka pustoszeją, bo to właśnie młodzi z nich uciekają.

Skłonność do uciekania do miast jest równie charakterystyczna dla dzisiejszych społeczeństw, jak kryzys demograficzny. Z drugiej strony, Europa Zachodnia – a wkrótce może i Polska – zna już odwrotne zjawisko: ludzie zamożniejsi, o ustabilizowanej sytuacji, raczej po pięćdziesiątce, szuka możliwości powrotu na wieś, choćby na weekendy. Ludzie odnawiają stare domy, budują nowe – właśnie na prowincji, bo miejskie molochy stają się nie do wytrzymania. Warszawa jest właśnie w takim momencie, kiedy póki co jest – przy wszystkich swoich słabościach – jeszcze przyjazna i w miarę wygodna. Ale gdy wyobrazimy sobie, co będzie się tu działo przy czterech milionach mieszkańców… wtedy sam chętnie wyjadę na wieś.

No, to może być niedługo. Z aglomeracją już się do tego pułapu zbliżamy.

Ale jeszcze nie ma tragedii. Miałem okazję spędzać czas w prawdziwych wielomilionowych kolosach – i nie była to wielka przyjemność.

„Miastowych” przybywa nie z miłości do Warszawy, ale dlatego że tu są możliwości pracy i kariery.

Ale jak już ją zrobią, zainicjują ruch w drugą stronę.

Tylko, czy będzie do czego wracać? Polska prowincja rozwija się przede wszystkim dzięki funduszom europejskim. Tymczasem obecna perspektywa finansowa UE – na lata 2014-2020 – to ostatnia okazja, by z nich skorzystać. Czy nie czas zadać sobie pytanie, czy nie uzależniliśmy się zanadto od tych środków?

To bardzo wrażliwy temat. Trudno się gniewać na to, że takie fundusze są i że z nich korzystamy. Z drugiej strony, oczywiście, pytanie brzmi, jak je wykorzystywać, by owocowały w przyszłości. Mam wrażenie, że w pierwszej perspektywie improwizowaliśmy: miło, że są – kto jest sprawny w pisaniu wniosków, dostawał pieniądze i coś nimi finansował. Powstało wiele fajnych, dobrych rzeczy, ale nie uzyskaliśmy efektu synergii – efektów, pozwalających budować wieloletnie strategie. W tej ostatniej perspektywie jest już chyba świadomość, że wydawanie tych funduszy musi być bardziej przemyślane.

Tak czy inaczej, w ostatniej dekadzie Polska została obdarowana kwotą sięgającą stu miliardów euro. W nowej perspektywie gra toczy się o podobną sumę. I to widać, można się zżymać na te aquaparki, ale one powstały i będą częścią infrastruktury, nazwijmy to, sportowo-zdrowotnej. Jeśli ktoś w przyszłości przeprowadzi szczegółową analizę wydatkowania tych środków, zapewne znajdzie wiele słabości – ale nie będzie mógł zaprzeczyć, że był to niezwykły impuls rozwojowy. Dziś robi on kolosalne wrażenie w krajach, które aspirują do członkostwa w Unii – choćby na Ukrainie. Podobnie, jak standardy – odległe od posowieckiego ładu, modelu relacji państwo-obywatel, braku szacunku dla człowieka, wymiaru sprawiedliwości w sowieckim stylu.

Cywilizacyjnego skoku nikt chyba nie kwestionuje. Jednak czy za kilka lat, gdy urwie się dopływ unijnych pieniędzy, nie czeka nas cywilizacyjne hamowanie? Czy zdążymy przestawić myślenie centralnych i lokalnych elit władzy na poszukiwanie innych źródeł dochodu, innowacji, samodzielnego rozwoju?

Przede wszystkim te elity muszą zrozumieć, że rezerwy, którymi dotychczas dysponowaliśmy, nieodwołalnie się kończą. Kończą się fundusze, rosną koszty pracy, ze względów demograficznych kurczy się potencjał rynku wewnętrznego. Pozostaje nam eksport, dla którego problem innowacyjności staje się kluczowy.

Musimy znaleźć takie modus operandi na kolejne lata, by połączyć możliwości budżetowe, środki europejskie, potencjał przedsiębiorców i naukowców – tak, by połączyć siły. Polakom co prawda z trudem przychodzą wspólne działania – ale innowacyjność trzeba budować. Pytanie tylko, czy ta władza da sobie radę z tym zadaniem.

Najbardziej udane przedsięwzięcia na świecie – choćby amerykańska Dolina Krzemowa, czy jej odpowiednik w Izraelu – nie powstawały z inicjatywy władzy jako takiej, ile dzięki warunkom, jakie władza centralna czy lokalna tworzyła przedsiębiorcom.

Trudno przenosić do nas amerykańską specyfikę – prorynkową orientację, skupienie najlepszych specjalistów, American Dream, umiejętność dawania szansy najbardziej przedsiębiorczym. Wiele państw próbowało tworzyć takie Doliny – przykładem choćby rosyjskie Skołkowo. Ale środkami administracyjnymi nie da się tego zrobić. Dużo bardziej pouczający jest przykład izraelski: tam czynnik państwowej strategii jest dużo bardziej widoczny. Nie ma jednak wątpliwości, że proces przestawiania gospodarki na innowacyjne tory byłby czynnikiem przyspieszającym rozwój. Tyle że dużo o tym mówimy – a poważnie nie potrafimy się tym zająć.

Za czynnik przyspieszający uważano przez ostatnie lata możliwość wejścia Polski do strefy euro. Ale ostatnio coraz częściej słyszymy, że nie warto – euro niesie więcej zagrożeń niż korzyści.

W tej chwili strefa euro i tak nie wchodzi w grę – ani my nie spełniamy kryteriów, ani Bruksela do takiego rozszerzenia się nie pali.

W dłuższej perspektywie nie mam jednak żadnych wątpliwości: Polska musi być w strefie euro. Potrzebuje tego Polska, by zakotwiczyć się na dobre w Europie – integracja odbywa się bowiem na dwóch płaszczyznach: wśród tych, którzy są w Eurostrefie, i tych, którzy pozostają poza nią. Jeśli chcemy się liczyć w UE, musimy być w strefie. Przyjęcie euro byłoby też kolejnym impulsem rozwojowym. Zwłaszcza że do strefy wchodzi się, gdy spełnione są kryteria, będące wskaźnikiem zdrowej gospodarki: niska inflacja, dług publiczny i zadłużenie budżetu – pod kontrolą. Taki akces może nam tylko pomóc.

Ale i strefa euro potrzebuje Polski. Bylibyśmy najlepszym dowodem, że sprawy w Europie mają się dobrze. Z perspektywy politycznej chodzi o duży kraj, który staje się częścią strefy, z perspektywy gospodarczej chodzi o jeszcze jeden rynek, dużą i chłonną gospodarkę. W Europie są dwa takie kraje, o które Euroland powinien zawalczyć: Polska i Szwecja. Mamy tę przewagę nad Szwedami, że oni już mieli referendum w tej sprawie – i przegrali. Dla nich powrót do tematu jest znacznie trudniejszy.

Wchodzimy do Eurostrefy i ceny skaczą pod sufit – tak konsekwencje prezentują krytycy.

To byłby skok spekulacyjny, głównie w sferze usług. Wygodnie jest przepisać ceny, zaokrąglając w górę. Ale to później się reguluje – rynek wymusza racjonalność działań. Okresowy wzrost cen nie niweluje też ożywczego efektu dla gospodarki.

Czy to zwiększy naszą siłę przebicia w UE? Kim jesteśmy dziś we Wspólnocie – średniakiem, nowicjuszem? Jaką pozycję będziemy mieli za kolejne dziesięć lat?

Kiedy Polska walczyła o akcesję, wielu w Europie widziało w nas przyszłego troublemakera – duży kraj, duża gospodarka, naród pyskaty – „z tego będą kłopoty”. Po dekadzie widzę po tamtej stronie zaskoczenie – tak dobrze poszło, Polska nie oznacza kłopotów, raczej nadzieję. To się czuje zwłaszcza w Niemczech, gdzie nasza pozycja w olbrzymim stopniu wzrosła: dziś Berlin, formułując swoją politykę wobec np. Ukrainy, pyta często, co Polacy na to powiedzą. Polska nigdy nie była tak istotnym czynnikiem polityki nad Szprewą.

Co ważniejsze, w następnej dekadzie możemy stać się kolejnym europejskim silnikiem. Niemiecki jakoś działa, ale francuski najwyraźniej się zaciera, a brytyjski wydaje się pracować na jałowym biegu. Europa potrzebuje nowego kraju, który nadałby jej nowej energii. Polska wydaje się świetnie do tego nadawać, o ile rządów w kraju nie przejmie np. jakieś radykalnie eurosceptyczne ugrupowanie. Póki co jednak, jesteśmy w Europie oczekiwanym i pożądanym partnerem.

Dziękuję za rozmowę.

Minister Środowiska ogłosił dziś konkurs o unijne dofinansowanie dla zakładów zagospodarowania odpadów. Wnioski można składać od 18 czerwca do 18 lipca 2014 roku. Środki przeznaczone są na projekty z zakresu budowy lub modernizacji zakładów zagospodarowania odpadów. O dofinansowanie mogą ubiegać się jednostki samorządu terytorialnego lub ich związki oraz podmioty świadczące usługi z zakresu zadań własnych jednostek samorządu terytorialnego. Do wykorzystania jest 5 mln euro z Funduszu Spójności. Kwota może ulec zwiększeniu w trakcie trwania konkursu. Wnioski można składać od 18 czerwca do 18 lipca 2014 roku. Nabór wniosków o dofinansowanie odbywa się w ramach Priorytetu II - Gospodarka odpadami i ochrona powierzchni ziemi, działanie 2.1 Kompleksowe przedsięwzięcia z zakresu gospodarki odpadami komunalnymi ze szczególnym uwzględnieniem odpadów niebezpiecznych, Programu Infrastruktura i Środowisko. Źródło: www.portalsamorzadowy.pl
środa, 07 maj 2014 12:34

Lokalność sprzyja świętowaniu

Jedni pracują dla idei, inni dla pieniędzy. Są też tacy, którzy robią to, aby mieć później urlop. - Okazuje się, że czas, który spędzamy na zabawie nie obniża efektywności naszej pracy - wyjaśniał prof. Zbigniew Mikołejko. - Wręcz odwrotnie. Im lepiej celebrujemy wolne dni, tym więcej dajemy z siebie w biurze. Polak wyraźnie rozdziela świętowanie publiczne od prywatnego. Jeśli bierze udział w oficjalnych marszach i paradach, to zaraz po nich udaje się na grilla do przyjaciół. W innych krajach, na przykład we Francji czy w Stanach Zjednoczonych, udaje się połączyć obie formy celebrowania czasu wolnego. - U nas jest to możliwe tylko tam, gdzie przetrwały silne lokalne tradycje - mówił prof. Zbigniew Mikołejko. - Góralszczyzna, Śląsk - mieszkańcy tych regionów mają i szacunek dla pracy i dla wspólnego świętowania. Dlatego cieszy mnie rosnąca popularność wszelkich rekonstrukcji, czyli odtwarzania rozmaitych lokalnych tradycji. To forma celebrowania czasu wolnego nieznana w PRL. - Ten ustrój nie chciał pamięci lokalnych, wolał jedną tradycję centralną. Było to nudne, żałosne i pozbawione treści. Takie tekturowe - podsumował ekspert. - Wyszliśmy z czasów otwartego zniewolenia, a tekturę zastąpił kolorowy plastik. Tyle, że taki, który nie nasyca. Żyjemy w czasach wielkiej parady atrakcji, która nie ma w sobie żadnej wartości dodanej. Hiszpanie i Niemcy mają 34 dni wolnego, Japończycy tylko 19. W Ameryce w ogóle nie istnieją płatne dni urlopowe. W Polsce mamy zaś okazję wypoczywać przez 26 dni w roku. Nie licząc oczywiście świąt i długich weekendów. - Jeśli chodzi o spędzanie czasu w pracy, to Polacy zajmują szóste miejsce na świecie. Niestety nie ma to przełożenia na efektywność. Pracujemy za dużo i za mało skutecznie - ocenia ekspert. - Mamy formalistyczne podejście do siedzenia za biurkiem. Jałowo spędzamy godziny i nie przywiązujemy wagi do intensywności pracy. Zaś w czasie wolnym nie potrafimy połączyć sfery prywatnej z publiczną. Nie chcę oceniać czy to dobrze czy źle, bo są gorsze modele, ale osobiście bardzo podoba mi się południowy temperament i tamtejsze podejście do celebrowania czasu wolnego. Włosi należą do najbardziej produktywnych społeczeństw Zachodu, a bawią się jak mało kto. W sumie moglibyśmy brać z nich przykład. Źródło: www.polskieradio.pl
czwartek, 24 kwiecień 2014 21:40

SKARBONKA BEZ DNA

Krajowy Fundusz Drogowy (KFD) miał rozwiązać infrastrukturalne kłopoty Polski, pozwalając zbierać środki na ich budowę i remonty. Ostatecznie stał się skarbonką, do której rząd może sięgać w dowolnej chwili, by załatać powstałą gdzieś dziurę.

Ubiegłoroczne wpływy do KFD sięgnęły sumy niemal 13,2 mld złotych. Na tę sumę złożyły się opłata paliwowa (prawie 3,6 mld zł), refundacja wydatków poniesionych na inwestycje współfinansowane z budżetu UE (niemal 5,3 mld – lwia część z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko plus 81,7 mln zł – z Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej), wpływy z kredytów Europejskiego Banku Inwestycyjnego (ciut ponad 2,6 mld zł) oraz środki pozyskane w ramach systemu koncesyjnego (ok. 1,5 mld zł).

Można by rzec, że miliardy te nie zagrzały zbyt długo miejsca w odpowiedzialnym za KFD Banku Gospodarstwa Krajowego. Ubiegłoroczne wydatki Funduszu przewyższyły bowiem wpływy – wyniosły łącznie mniej więcej 14,27 mld zł, z czego większość stanowiły płatności z tytułu inwestycji realizowanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad.

Problem w tym, że ta przeszło miliardowa różnica w bilansie KFD to jedynie wierzchołek góry lodowej. W połowie ubiegłego roku szacowano, że zobowiązania Funduszu stanowią już około 41 mld złotych.  Sytuację ratowała – do pewnego stopnia, oczywiście – uchwalona wówczas nowelizacja ustawy o autostradach płatnych i Krajowym Funduszu Drogowym (oraz drugiej, o drogach publicznych), pozwalająca spłacać długi Funduszu poprzez zaciąganie nowych kredytów i pożyczek. Błędne koło, fakt: ale tymczasowo załatwiono problem bieżących przepływów finansowych – na rok bieżący wypadał bowiem termin wykupu obligacji. Z odsetkami, bagatela, 8,5 mld zł, z których półtora miliarda po prostu w kasach BGK nie było. Dzięki rolowaniu długów i wprowadzeniu „bardziej elastycznego korzystania z pieniędzy funduszu”, np. z pieniędzy pobieranych w ramach e-myta, dziurę załatano.

Ale czy na długo? Im szybciej udaje się załatać dziurę, tym szybciej okręt znowu zaczyna przeciekać. Próbkę dostaliśmy pod koniec marca, gdy okazało się, że ministerstwo pracy i polityki społecznej, chroniąc rezerwę budżetową, chce „wyjąć” z Funduszu 180 mln złotych – i przekazać je na świadczenia dla rodziców niepełnosprawnych dzieci. Najważniejszy jest człowiek, oczywiście. Problem w tym, że takie praktyki wchodzą w krew, a następną „górkę” nie trzeba będzie długo czekać – w 2018 r. na wykup obligacji Fundusz będzie musiał przeznaczyć aż 13 mld złotych. A skoro już o człowieku mowa – niewyremontowane, rozjechane drogi też zbierają swoje ponure żniwo. Prawie 35,5 tysiąca wypadków, do jakich doszło w ubiegłym roku, nie da się zrzucić wyłącznie na nieuwagę czy nadużywanie alkoholu przez kierowców.

Poza „przesunięciami” ordynowanymi na wniosek poszczególnych resortów, KFD zagraża też system realizacji budowy autostrad w Polsce. Zgodnie z danymi GDDKiA, kilometr autostrady w Polsce kosztuje w przybliżeniu 9,6 mln euro. – Niemal tyle samo, co europejska średnia wynosząca 10 mln euro za kilometr – dorzuciła w ubiegłorocznym oświadczeniu Dyrekcja. Tyle że dane – publikowane przez tę samą instytucję! – odbiegają od tego obrazka. Cena kilometra autostrady w dalece bogatszych od nas Niemczech sięga 8,24 mln euro, Czesi płacą 8,86 mln euro, Słoweńcy – 7,29 mln euro, Hiszpanie – 6,69 mln euro, Duńczycy – 5,89 mln euro, Litwini – 4 mln euro. Od średniej odbiegają najbogatsze państwa zachodnie: Holandia (50 mln euro), Austria (12,87 mln euro) czy Norwegia (18 mln euro). Tyle że pierwszy z tych krajów leży na podmokłej depresji, drugi – w Aplach, przez które trzeba by się przebić, a trzeci – na dalekiej północy, pośród gór i dominujących przez znaczną część roku wyjątkowo niskich temperatur.

Uruchamiając KFD w 2004 r. politycy mieli nadzieję na stworzenie prostego samonapędzającego mechanizmu: pieniądze od kierowców (w uproszczeniu rzecz ujmując) posłużą do stworzenia serca pompującego środki w rozbudowę infrastruktury. 80 proc. stałych wpływów z opłaty paliwowej od paliw silnikowych i gazu do napędu pojazdów, środki pobierane przez GDDKiA z tytułu płatności dokonywanych przez operatorów autostrad płatnych oraz opłat za dokumentacje przetargowe, plus dodatkowe środki (oprocentowanie lokat i depozytów, wpływy z opłat i kar) – ta góra pieniędzy miała oliwić system. Ale system najwyraźniej się zaciął: nie dość, że znaczna część najcięższych pojazdów omija płatne drogi, kiedy tylko może, to jeszcze odpowiedzialność za nagle zatłoczone boczne drogi jest przerzucana na samorządy.

Trwa więc desperackie poszukiwanie nowych źródeł dochodów: do Funduszu mają trafiać teraz wpływy z mandatów. Tyle że chodzi o kwotę rzędu 70 mln złotych, a więc kroplę w morzu potrzeb. Co gorsza, lepszego pomysłu nikt chyba w tej chwili nie ma. – Kwota ta zostanie użyta jako dźwignia do zdobycia kolejnych funduszy – zapewnia resort finansów. Cóż, gdyby udałoby się rozmnożyć kilkadziesiąt milionów do poziomu kilku miliardów, mielibyśmy pewniaka w wyścigu o ekonomicznego Nobla.

Strona 6 z 9

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY