Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:12

BAŁAGAN W PRACOWNI

Warunki w polskich szkołach bywają gorsze niż w więzieniach – taką prowokacyjną tezę postanowił kilka tygodni temu „Dziennik Zachodni”. Jednak, mimo skrajnych przypadków opisywanych na łamach gazety, sytuacja jest daleka od katastrofy, którą sportretowali dziennikarze. Nie da się natomiast ukryć, że wyposażenie szkolnych klas i specjalistycznych pracowni jest piętą achillesową systemu. W trudnych czasach szkoły radzą sobie, jak potrafią – ale skutkiem tego jest wszechobecny bałagan.

Dwa lata temu Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna sprawdziła śląskie szkoły – i okazało się, że w ponad 13 proc. placówek brak niezbędnych środków czystości (takich jak papier toaletowy czy mydło), a w 6 proc. z kranów płynie wyłącznie zimna woda. Rok temu powtórzono kontrolę: sytuacja pozostała bez zmian. Do dziś prawdopodobnie niewiele się w tym zakresie zmieniło.

Niż i cięcia

Oczywiście, w tak skrajnych przypadkach można się dopatrywać złośliwości i łobuzerstwa samych uczniów, tym niemniej przyczyny kryzysu związanego z doposażaniem szkół w mniej lub bardziej nowoczesne pomoce naukowe są trywialne: niedofinansowanie systemu. Dyrektorzy szkół jak jeden mąż narzekają na niskie subwencje oświatowe, co zmusza ich do cięcia nauczycielskich wynagrodzeń – co z kolei de facto powoduje odpływ najzdolniejszych z publicznego szkolnictwa – a także odwoływania się do hojności rodziców uczniów.

Cięcia w budżecie państwa i samorządów to nie jedyny argument urzędników odpowiedzialnych za oświatę. Likwidację placówek, czy też systematyczne zmniejszanie ich wydatków tłumaczy się też niżem demograficznym. Jednak nie wszyscy podzielają ten pogląd. – Tylko w tym roku w szkole podstawowej nr 13 przyjęto 9 klas pierwszych, a klas pierwszych gimnazjalnych jest 4. Już zdarzają się niższe klasy, w których jest ponad 30 osób – mówiła na łamach „Echa Gorzowa” nauczycielka z jednej z gorzowskich szkół, Danuta Przybysz. I nie oznacza to bynajmniej, że za kilka lat dla szkół nadejdą lepsze czasy.

- Kiedyś w związku z niżem zlikwidowano zawodówki i dotychczas trudno je odbudować – opowiada gazecie Przybysz. – Nauczyciele rozeszli się po różnych szkołach, ucząc zupełnie innych przedmiotów. Zniknęła cała baza, warsztaty itp. Były dobrze wyposażone gabinety, np. chemiczne, fizyczne, geograficzne, w których nauczyciel z młodzieżą prowadził doświadczenia. Obecnie prawie nic z tego nie zostało, bo nie ma pieniędzy na wyposażenie, ani na zapewnienie bezpieczeństwa – tłumaczy.

Widmo cyfrowej rewolucji

Ale brak globusów czy probówek w pracowniach wydaje się być mniejszym problemem niż kłopoty związane z nadchodzącą cyfrową rewolucją technologiczną w polskim szkolnictwie. Ogłoszony z pompą rządowy program Cyfrowa Szkoła – mający w założeniu „rozwijać kompetencje uczniów i nauczycieli w zakresie stosowania technologii informacyjno-komunikacyjnych” został z końcem ubiegłego roku uruchomiony w 399 szkołach (a więc 99 proc. wszystkich placówek zakwalifikowanych do udziału). Jego elementami jest sprzęt komputerowy dla szkół i darmowe e-podręczniki dla uczniów. Ba, ministerstwo edukacji chce uzyskać na ten cel ponad 6 mld zł z unijnego budżetu na lata 2014-2020.

Problem w tym, że osoby obserwujące realia Cyfrowej Szkoły mają znacznie bardziej sceptyczny stosunek do programu. Mniejsza o to, że rodzice musieliby pokryć koszt czytników do e-podręczników. Juliusz Bolek, przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu zarzuca administratorom programu, że Cyfrowa Szkoła jest prowadzona z pogwałceniem zasad wolnorynkowych. Inni eksperci twierdzą, że zawodzą szkolenia dla nauczycieli, a e-podręczniki do tej pory nie trafiły do rąk (czy na czytniki) uczniów. Nie ma modelu nauczania, który precyzowałby, jaką wiedzę mieliby zdobyć w Cyfrowej Szkole uczniowie. – Wszystko wskazuje na to, że szkołę czeka rewolucja edukacyjna podobna do rewolucji śmieciowej, której żałosną realizację właśnie obserwujemy – kwituje Juliusz Bolek na łamach dziennika „Polska the Times”.

Cyfrowa Szkoła brzmi dobrze, ale póki co, każdy stara sobie radzić, jak może. Swego czasu Jarocin – kosztem 1,2 mln zł – postanowił kupić 820 netbooków, by w 26 szkołach gminy stworzyć mobilne pracownie. Zestaw składał się z komputera dla nauczyciela, routera i netbooków „pod Windowsem”, z pakietem Office i programem antywirusowym. W Krzywaczce salę wyremontowała gmina, ale multimedialne wyposażenie do nauki języków obcych czy tablica interaktywna to rezultat zrzutki rodziców.

Kablowy chaos

„Znam placówki, gdzie nie ma problemu z dostępnością pracowni (dotyczy to zespołów szkół posiadających 2-4 takich pracowni z dostaw MEN). Kłopoty pojawiają się w związku z ilością uczniów w klasach – te pracownie to 15 stanowisk, a w szkołach praktycznie prawie zanikł podział na grupy – samorządy tną koszty (na zajęciach np. z geografii, historii, matematyki w pracowni komputerowej nie ma nawet mowy o podziale klasy na grupy)” – pisał na stronach portalu EDUNEWS Adam Cichowicz, nauczyciel z Okszowa.

„W mojej szkole tak zorganizowałem pracownie komputerowe, że poza 15 stanowiskami komputerowymi mam jeszcze 12-14 tradycyjnych stanowisk – stoliki i krzesła. Do tego zaciemnienie okiem oraz duży ekran na stałe zamocowany do sufitu. Wiem, że wiele szkół w ostatnich latach w ramach środków pozabudżetowych zorganizowało u siebie sale multimedialne – pomieszczenie dla ok. 40 uczniów, z projektorem i rzutnikiem multimedialnym podwieszonym pod sufitem, stanowiskiem komputerowym dla prowadzącego + dodatkowe dla laptopa, dostęp do Internetu, telewizor LCD 50’, DVD z zestawem głośnikowym kina domowego. Niestety – nie każda szkoła może mieć do dyspozycji salę o powierzchni ok. 90 m kw.” – komentował.

No właśnie. Sale multimedialne czy wyposażenie klas to rezultat nie tyle standardu edukacyjnego, na straży którego stałoby ministerstwo czy choćby współpracujący ze szkołą ekspert, a raczej efekt pospolitego ruszenia: pasji nauczyciela prowadzącego zajęcia informatyczne, dobroci (albo porządków) w mieszkaniach rodziców uczniów, działań charytatywnych (albo porządków w biurach) lokalnych firm, wydawania „środków pozabudżetowych”, przetargów organizowanych przez samorządy np. dla wszystkich instytucji pozostających w gestii danej JST itp. Rezultat jest taki, że do szkół trafia sprzęt rozmaitego pochodzenia, standardów, na różnych etapach eksploatacji i, jak to już przyjęto w praktyce przetargowej w Polsce – po najniższej cenie. Dość wspomnieć, że choćby komputery z zainstalowaną najnowszą wersją Windows nie są w stanie współpracować ze kilkuletnimi „starymi” – ale jeszcze działającymi – urządzeniami, takimi jak skaner czy drukarka. A to dlatego, że producenci tego sprzętu już nie robią sterowników do niego na najnowszą wersję Windows. Przecież na świecie nikt już nie pracuje na 10-letnich drukarkach!

Poza kontrolą

I, na dodatek, nikt tego nie kontroluje. „Nie widać instytucji zewnętrznych w stosunku do organów prowadzących szkoły i placówki, weryfikujących wyposażenie pracowni, w których uczy się zawodu” – alarmuje na łamach magazynu „Dyrektor szkoły” Stanisław Szelewa. – Obecny system nadzoru nie sprzyja weryfikacji wyposażenia szkół i placówek kształcenia zawodowego. Kontrole i ewaluacje dokonywane raz na kilka lat nie zastąpią wiedzy o szkołach, jaką dawała regularna praca wizytatorów – czytamy w miesięczniku. W efekcie zdarzają się szkoły, które praktycznie nie posiadają zalecanego przez kuratorium wyposażenia.

Problem, w takiej samej mierze, dotyczy wszystkich szkół. – Od minimalnych środków na infrastrukturę szkolną i wyposażenie przedszkoli i szkół w pomoce dydaktyczne, po oskarżanie dyrektorów tych placówek o skorumpowanie, skoro wydawcy podręczników szkolnych zażądali w zamian za przekazanie tym placówkom nowoczesnego sprzętu multimedialnego stosowania w edukacji ich podręczników – charakteryzuje spektrum problemów prof. Bogusław Śliwerski, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, na swoim sieciowym bogu.

wtorek, 24 wrzesień 2013 16:04

OŚWIATA TO PRZYSŁOWIOWY CHŁOPIEC DO BICIA

Rozmowa z prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego, Sławomirem Broniarzem

MARIUSZ JANIK: Według jednych, obecna sytuacja w polskim systemie edukacyjnym jest dramatyczna, jak nigdy. Inni twierdzą, że konflikty i kontrowersje wokół szkolnictwa zawsze były i będą – a obecne spory nie są niczym nadzwyczajnym. Kto ma rację?

SŁAWOMIR BRONIARZ: Nie mogę podzielić opinii, że mamy kryzys w edukacji. Nie mogę też zgodzić się z opinią, że szkoły funkcjonują źle. Wręcz przeciwnie, 99 procent szkół w Polsce funkcjonuje w sposób prawidłowy.

To skąd te wszystkie spory, o których donoszą media w całym kraju? Likwidacja szkół, rosnąca rzesza bezrobotnych nauczycieli? Z igły widły?

Jeżeli mam jakiekolwiek uwagi dotyczące funkcjonowania niektórych szkół, to raczej są one skierowane pod adresem złej polityki edukacyjnej prowadzonej przez samorządy – mógłbym tu podać wiele przykładów. Nie do końca też rozumiem, jaki jest kierunek polityki edukacyjnej państwa. Nie jestem pewien, czy urzędnicy ministerialni zdają sobie sprawę z konsekwencji prowadzonej obecnie polityki.

Pamiętajmy, że utyskując m.in. na sytuację w gimnazjach związaną z problemami natury wychowawczej, czy trudności w pracy z perspektywy nauczyciela – nie ulega wątpliwości, że nie są one winą samych nauczycieli czy samorządów, ale rozwiązań systemowych, kierunków polityki państwa przyjętych w ramach reformy systemu edukacji przeprowadzonej w 1998 r. Wspomina pan problemy związane z bezrobociem nauczycieli – ono procentowo nie jest wielkie, ale ma charakter rosnący i, ilościowo, zjawisko utraty pracy przez czynnych zawodowo nauczycieli jest problemem coraz poważniejszym. Ale też wynika to m.in. z tego, że począwszy od 1998 r. z punktu widzenia polityki centralnej państwo nie miało wobec naszej grupy zawodowej jasno sprecyzowanych celów. Dotyczy to zarówno przygotowywania do wykonywania zawodu, jak i wykorzystywania wiedzy i umiejętności w szeroko rozumianej edukacji i wychowaniu.

Brak pewnej systemowej koncepcji to jedno, ale znacznie groźniejszy dla przyszłości polskiej oświaty wydaje się być kryzys finansów publicznych…

Od dłuższego czasu nadrzędnym imperatywem w polityce edukacyjnej jest zmniejszanie kosztów – i temu celowi podporządkowane są wszystkie kolejne decyzje, dotyczące sektora edukacji. To również źródło kłopotów, zwłaszcza w połączeniu z brakiem jakiegokolwiek całościowego podejścia do oświaty, od przedszkola po szkolnictwo wyższe. Efekt jest taki, że widzimy drzewa – ale nie widzimy lasu.

To znaczy?

Powinniśmy mieć jeden spójny system edukacji, od przedszkola po doktorat. Ten system powinien funkcjonować w koherentny sposób. Na przykład w edukacji przedszkolnej: ZNP – poprzez dwie inicjatywy obywatelskie – domaga się, żeby państwo wspomagało samorządy w zakresie edukacji przedszkolnej, bo nie może zwalać odpowiedzialności wyłącznie na JST, argumentując, że „tak postanowiono w 1991 r.”. Państwo przecież sprawuje nadzór nad kierunkami działań podstawówek, gimnazjów, liceów oraz przygląda się temu, co dzieje się w szkolnictwie wyższym. Tak powinno być również z przedszkolami. Bo  system edukacji powinien być jeden i spójny co do celów.

A tak nie jest. Poza tym oświata jest traktowana jak przysłowiowy „chłopiec do bicia”, głównie przez te osoby, które mają wybiórcze i wąskie spojrzenie na problematykę szkolnictwa. Stąd mnożą się instrumentalne wezwania, np. „szkoła ma przygotowywać do jakiegoś określonego zawodu” – połączone z zarzutami, że szkoła tego nie robi.

A nie powinna?

Szkoła jest w stanie przygotować do każdego zawodu, ale musiałaby wiedzieć, do jakiego. Ustalenie to nie powinno sprowadzać się jednak do decyzji dyrektora szkoły czy wójta. Musi być elementem polityki państwa, a przynajmniej regionalnej polityki edukacyjnej, powiązanej z kierunkami rozwoju gospodarczego danego regionu.. Łatwo sobie wyobrazić, że szkoły zawodowe dowiadują się, że właśnie brakuje nam spawaczy – i nagle wszystkie rzucają się do kształcenia spawaczy. Ale w ten sposób rodziłby się chaos, kompletnie na dodatek nie uwzględniający analizy potrzeb rynku pracy.

Padające w obecnym dyskursie zarzuty nijak nie odnoszą się do rzeczywistości, a tylko sprawiają, że zaczynamy traktować oświatę po macoszemu. A chodzi przecież o, moim zdaniem, najważniejszą dziedzinę życia społecznego. Niestety, brak wiedzy o przedmiocie dyskusji nie pogłębia refleksji, a w dyskusji o szkole wszyscy mają coś do powiedzenia.

To jednak wszystko problemy na poziomie państwa, na poziomie centralnym. Tymczasem można odnieść wrażenie, że największe iskry idą na styku szkolnictwa z samorządami.

Prawie wszystkie samorządy są w trudnej sytuacji i są od państwa uzależnione. Przypadki typu Kleszczów czy Warszawa są odosobnione. Tyle że nawet w tej fatalnej sytuacji należy pamiętać, że olbrzymia większość jednostek samorządowych stara się dbać o swoje placówki oświatowe, co w obecnych realiach jest wielką zasługą samorządu.

Tyle że łyżka dziegciu psuje beczkę miodu. Mamy też do czynienia z gminami, w których władze samorządowe wychodzą z założenia, że wójt może wszystko i mylą samorządność z samowolą. Byłoby więc nieprawdą i nadużyciem, gdybyśmy mieli generalizować, że samorządy nie sprawdziły się jako organy prowadzące szkoły. Sprawdziły się, ale problem w tym, że wśród nich znalazły się i takie, które łamią prawo – a władza centralna nie potrafi lub nie chce na to zareagować. Gdyby przedstawiciele samorządów spojrzeli czasem bardziej krytycznie na to, co proponują, nie mielibyśmy konfliktów w Darłowie, Leśniowicach czy na Podkarpaciu.

Czy to nie przesada? Przecież nierzadko konflikty wynikają z pustej gminnej kasy, a nie braku krytycznego spojrzenia…

Oczywiście, bywa i tak. Przypomnę, że już kilka miesięcy temu mówiliśmy, że samorządom odebrano de facto osiem miliardów złotych. Cztery miliardy „zdjęto” im z dochodów, a kolejne cztery to koszty zwiększonego zakresu zadań.

Ale mówiąc o tym, przypominamy, że pożycza się cudze, ale oddaje – własne. Innymi słowy, samorządy pozaciągały olbrzymie zobowiązania na realizację np. unijnych projektów, inwestowały w przedsięwzięcia nierzadko mniej lub bardziej potrzebne z perspektywy lokalnej społeczności. A teraz muszą je spłacać – i z jednej strony społeczeństwo widzi te imponujące baseny, fitnessy, kanalizację czy drogi, a z drugiej – nie widzi likwidacji przedszkoli, szkół, stołówek czy świetlic. To placówki oświatowe są wśród pierwszych ofiar tego zadłużenia. I ja rozumiem: długi, spadające dochody z podatków itp. – ale jednocześnie nikt nie myśli o tym, że odbieranie szkołom to niszczenie szans rozwojowych przyszłych pokoleń. To proceder groźniejszy niż podgryzanie systemu emerytalnego.

No cóż, zapewne w wielu przypadkach już po prostu nie ma z czego ciąć.

Nie chciałbym popadać w populizm, ale jeszcze nie słyszałem, żeby któryś samorząd oszczędzał na wydatkach czy kosztach funkcjonowania samej jednostki. Za to mogę podać dziesiątki czy setki przykładów, jak JST oszczędza na oświacie. Nie słyszałem, żeby samorządowcy nie korzystali z zapisów ustawy o pracownikach samorządowych w zakresie wysokości wynagrodzeń, ale wielokrotnie słyszałem, jak skrzętnie wypominają nauczycielom ich zarobki i rzekomo destrukcyjny wpływ nauczycielskich pensji na finanse gmin.

I nie chodzi mi o to, żeby się przekrzykiwać. Jestem daleki od twierdzenia, że samorządom cudownie się powodzi. Ale w ramach komunalizacji mienia, samorządy mogą nim dysponować i obracać. Mają dochody z PIT i CIT. 40-miliardowa subwencja oświatowa to również olbrzymi wysiłek państwa, a więc nas wszystkich. I nie w każdej JST pieniądze te są wykorzystywane należycie i służą tym celom, którym powinny służyć. Rośnie liczba gmin, które na oświatę przeznaczają mniej niż 70 procent subwencji. Jeżeli jedna z gmin w Małopolsce wybudowała na swoim terenie kilka domów kultury w sytuacji, gdy na tym samym terenie stoją puste szkoły – to widzi pan tu jakiś zdrowy rozsądek?

Skrajny przykład. Co nam więc pozostaje? Przekazać szkoły stowarzyszeniom rodziców czy organizacjom pozarządowym?

To tylko jeden z wielu pomników megalomanii władzy. ZNP nie walczy ze szkołami zakładanymi przez stowarzyszenia czy rodziców – pod warunkiem jednak, że przestrzegają prawa. A więc przede wszystkim, że działalność placówek mieści się w parametrach opisanych w ustawie o systemie oświaty oraz że zmiana właściciela odbywa się zgodnie z literą prawa. Walczymy za to z obchodzeniem przepisów, przekazywaniem zarządu spółkom, które do tej pory zajmowały się czymś z zupełnie innej parafii, wywożeniem śmieci czy porządkowaniem ulic. Walczymy z „wytrychami” sprowadzającymi się do omijania Karty Nauczyciela, wciskaniem nauczycielom umów z kategorii śmieciowych.

Przecież zapis o tym, że można przekazać szkołę organizacji pozarządowej również jest pokłosiem uzgodnień między ministerstwem edukacji a Związkiem, z 2008 roku. Mówiliśmy wówczas: ważniejszą sprawą jest ratowanie szkoły i miejsc pracy nauczyciela niż trzymanie się przepisu, że każda szkoła musi trwać, nawet jeśli już nie ma w niej dzieci. Przecież żadna gmina nie będzie w stanie utrzymać placówki dla dziesięciorga dzieci. Nie znajdzie pan ani jednego stanowiska ZNP, w którym protestowalibyśmy przeciw takim przekształceniom. Ale protestujemy przeciw łamaniu prawa: to kuriozum, że wójt gminy Darłowo, jak twierdzi, przekazał szkołę stowarzyszeniu w 2008 r. Wówczas nie było jeszcze przepisów, które by na to pozwalały. Co robił i gdzie był wówczas kurator? Co robił i gdzie był wojewoda?

Co powiedziałby pan więc dziś samorządowcom? Co doradził?

W obecnej dramatycznej sytuacji większość samorządów radzi sobie bardzo dobrze. Możemy być dumni z tego, jak wyglądają nasze szkoły. Ta duma ma solidne podstawy: choćby wówczas , gdy zajrzymy do wyników badań europejskich, z których wynika, że Polska należy do państw, gdzie 15-latki osiągają jedne z najlepszych wyników, a jednocześnie – gdzie przepaść między najlepszymi a najgorszymi jest relatywnie najmniejsza. Nie czuję się upoważniony do radzenia komukolwiek jak ma wykonywać swoją funkcję jednakże, niektórym reprezentantom samorządów radziłbym jednak przeczytać z uwagą Kartę Nauczyciela. Nie tylko pozwoli im to wypowiadać się bardziej kompetentnie niż do tej pory, ale też pozwoli im lepiej wykorzystywać przepisy Karty.  Zapewniam, że unikniemy w ten sposób wielu kłopotów.

niedziela, 25 sierpień 2013 17:08

W CIENIU ROSNĄCEGO DŁUGU

Moment był idealny: Polacy rozjechali się na wakacje, media zajęły się pościgiem za lekkimi, letnimi tematami, a i rynki kapitałowe reagują ospale. Pod koniec lipca Sejm znowelizował ustawę o finansach publicznych, zawieszając pierwszy z zapisanych w niej progów oszczędnościowych – 50-procentowy. Odsuwa to konieczność dokonywania bolesnych cięć, ale też otwiera drogę do dalszego zadłużania państwa.

Przegłosowane w samym środku lata zmiany zakładają zawieszenie w 2013 roku ograniczeń w relacji deficytu budżetowego do dochodów. Bez takiego zabiegu nie byłoby możliwe zrealizowanie rządowego planu, by zwiększyć deficyt do 50 miliardów złotych, przy 300 mld zł dochodów. Problem w tym, że już w 2012 r. dług sięgnął poziomu 52,7 proc. PKB, co oznaczało, że w tym roku deficyt nie mógłby przekroczyć ubiegłorocznego poziomu. Tyle że minister Jacek Rostowski nieco wcześniej ujawnił, że niedobór w budżecie będzie większy aż o 16 mld złotych.

Głosowanie było dalekie od formalnego przyklepania zmian, Sejm podzielił się bowiem niemal idealnie po połowie: 235 posłów opowiedziało się za nowelizacją, 210 przeciw, a pięciu – w tym trzech parlamentarzystów PO – wstrzymało się od głosu. Wspomniana trójka buntowników w PO to Jarosław Gowin, John Godson i Jacek Żalek. Ich niesubordynacja została odebrana jako „manifestacja przeciw klubowi” i może doprowadzić do zawieszenia ich w prawach członka klubu PO.

Diabelska alternatywa

- Zawieszenie pierwszego progu ostrożnościowego było konieczne, żeby móc wybrać czy zwiększamy deficyt, czy tniemy do kości wydatki – tłumaczył zabiegi rządzącej koalicji premier Donald Tusk. Gdyby nowelizacja upadła w Sejmie, potrzebne resortowi finansów 25 mld zł trzeba byłoby zebrać albo poprzez cięcia wydatków, albo podwyżkę podatków. Szef rządu zapewniał jednocześnie, że nie ma planu, by zawiesić drugi – 55-procentowy – próg ostrożnościowy. Próg 60-procentowy jest już właściwie „nie do ruszenia”. Jest zapisany w konstytucji.

Opozycja murem stanęła przeciw nowelizacji. Nawet początkowo opowiadający się za projektem klub PiS w ostatecznym głosowaniu zagłosował przeciwko. – Gdyby taki ruch zaproponował Jarosław Kaczyński, mielibyśmy atak, że jest to nieodpowiedzialne i niepoważne – komentował z kolei, w dosyć zaskakujący sposób, Leszek Miller. Jego zdaniem, koalicja rządowa przypomina pilota, ignorującego ostrzeżenie autopilota – „pull up, pull up”. – Jak to się kończy, wszyscy wiemy – kwitował szef SLD.

Zdaniem członka Rady Gospodarczej przy Premierze, profesora Witolda Orłowskiego, wysokie zadłużenie państwa to konsekwencja wieloletnich zaniedbań kolejnych gabinetów rządowych. Tyle że w obecnej sytuacji nie było innego wyjścia. – Zwiększenie deficytu budżetowego ma uzasadnienie ekonomiczne: w tej chwili nie należy wprowadzać drastycznych cięć, które hamowałyby gospodarkę – twierdzi ekspert.

Po uszy w długach

W kłopotach tkwi nie tylko budżet centralny, ale też finanse samorządów. Ich zadłużenie wzrosło dwukrotnie na przestrzeni ostatnich czterech lat. Z jednej strony wynikało to gwałtownego przyspieszenia rozwoju lokalnych społeczności oraz związanych z tym inwestycji. Z drugiej jednak, doprowadziło do sytuacji, w której w 2012 r. aż 89 jednostek samorządowych przekraczało dopuszczalny konstytucyjny limit zadłużenia – co, przynajmniej teoretycznie, powinno prowadzić do ustanowienia zarządu komisarycznego.

W skali całej Polski sytuacja może nie jest jeszcze dramatyczna: średnie zadłużenie polskiej gminy to 32,3 proc. rocznych dochodów. Chętnie pożyczają samorządy z Zachodniopomorskiego, gdzie wskaźnik ten wynosi aż 41 proc. Na przeciwnym biegunie sytuuje się z kolei Lubelszczyzna, gdzie przeciętna gmina jest zadłużona na poziomie 26,8 proc. rocznych dochodów. Skądinąd, regułą jest niższe zadłużenie JST z centralnych i wschodnich regionów Polski, co tłumaczy się słabszym rozwojem tych terenów.

Jednak oprócz samorządów, które trzymają swoje długi w ryzach, trafiają się też niechlubne wyjątki. Rekordowym zadłużeniem wyróżniają się choćby miasta, w których odbywały się mecze EURO 2012. W zeszłym roku poziom długu w Poznaniu sięgnął 67,3 proc. rocznych dochodów. We Wrocławiu było to 63,5 proc., w Warszawie – 47,7 proc. Ale i te przykłady bledną przy Toruniu – zadłużonym na poziomie 84,3 proc. – Samorządy beztrosko zaciągają kredyty na realizację projektów unijnych. Za te długi nie grożą wprawdzie sankcje administracyjne, ale koszty obsługi zadłużenia są ogromne i pogrążają finanse gminy – mówi Piotr Teisseyre ze Stowarzyszenia Klon/Jawor, prowadzącego serwis naszakasa.org.pl. – Spłata długów z odsetkami może być zmorą samorządowców przez wiele lat. W latach 2009-2012 koszty obsługi wzrosły ponad dwukrotnie – ostrzega. Tym bardziej, że wpływy z podatków maleją.

Nadwyżka jeszcze w tym roku?

Co gorsza, może to być dopiero początek kłopotów. Już w przypadku budżetów na 2014 r. będzie obowiązywać tzw. indywidualny wskaźnik zadłużenia – skomplikowany algorytm obliczania oparty na danych z trzech ostatnich lat, uzależniający wielkość dopuszczalnego zadłużenia od relacji nadwyżki do ogółu dochodów.

- Preferuje on przede wszystkim największe miasta. Mam tu na myśli Warszawę czy Kraków, a nie Kielce – tłumaczy Barbara Nowak, skarbnik kieleckiego ratusza. – Upraszczając, we wzorze olbrzymią rolę odgrywają wypracowane dochody. A o te łatwiej, gdy można liczyć na wysokie wpływy z tytułu podatków – dodaje. Potwierdzają to symulacje Krajowej Rady Regionalnych Izb Obrachunkowych, z których wynika, że kłopoty z uchwaleniem budżetu mogłoby mieć aż 138 JST. W takim scenariuszu, przy przekroczonym progu zadłużenia, budżet musiałyby najprawdopodobniej uchwalać… Regionalne Izby Obrachunkowe.

Póki co, samorządy wolą więc ciąć na potęgę. W pierwszym półroczu 2013 r. osiągnęły w ten sposób 8-miliardową nadwyżkę. Dochody JST w ciągu tych sześciu miesięcy sięgnęły poziomu 91 mld zł, przy 83 mld złotych wydatków. Poziom zadłużenia w stosunku do końca 2012 r. zmniejszył się o 1,9 proc. – do 66,5 mld zł. Samorządowcy ambitnie zapowiadają, że jeszcze w tym roku – po raz pierwszy od 2007 r. – odnotują nadwyżkę. Pozostaje mieć nadzieję, że nie obiecują gruszek na wierzbie.

Rozmowa z wiceprzewodniczącym Związku Gmin Wiejskich RP i wójtem Terespola, Krzysztofem Iwaniukiem

MARIUSZ JANIK: W sondażu, przeprowadzonym niedawno przez redakcję Magazynu Samorządowego „Gmina”, gminy wiejskie wypadają nadzwyczaj dobrze: w olbrzymiej większości deklarują przynajmniej „dobre” przygotowanie do realizacji ustawy śmieciowej. Jak, bazując na pańskich doświadczeniach, wygląda sytuacja?

KRZYSZTOF IWANIUK: Gminy wcale nie są tak dobrze przygotowane, dopiero będziemy się wszystkiego uczyć. Niektórzy z nas nie mają do końca świadomości, jakie będą skutki wejścia w życie ustawy śmieciowej.

A czego należy się spodziewać?

Gospodarka odpadami została w ustawie określona jako zadanie własne gminy, ale w rzeczywistości nie zostało ono przekazane gminie do realizacji – a jedynie narzucono ustawą szereg konkretnych rozwiązań. Np. wymóg posiadania instalacji regionalnej. Tyle że gminy nie są jej właścicielem czy współwłaścicielem, więc nie mają na nią żadnego wpływu – a zatem nie wiedzą też, jakie będą ceny przyjęcia tych odpadów.

Przetargi najczęściej ogłaszane są tak, że wystarczy dowieźć śmieci do instalacji regionalnej. Tymczasem ta nie ważne, ile odbierze – bo jak rozumiem, nie narzuconych żadnych warunków – więc może odebrać nawet 5 do 10 proc. A jeśli nie odbierze poziomu narzuconego, zaczynają się kłopoty i kary dla gminy. Kary za coś, na co gmina nie ma żadnego wpływu, bo nie ma własnych służb w postaci spółki komunalnej, ani instalacji. Inna sprawa, że często docierają do mnie sygnały, że w przetargach składano wyłącznie oferty dalece przewyższające ceną sumy zbierane przez gminę z opłat.

Problem w tym, że ta ustawa pojawia się zdecydowanie za późno. Nie wiem, dlaczego nie wprowadzano jej choćby w 2005 roku – dziś bylibyśmy gdzie indziej. A tak, doczekaliśmy się żółtej, czy prawie już czerwonej, kartki od Komisji Europejskiej.

A może to i lepiej? Świadomość Polaków co do konsekwencji śmiecenia jest dziś chyba większa niż kilka lat temu.

Objechałem wszystkie „swoje” miejscowości i stwierdzam, że świadomość w tej kwestii jest nijaka. Podstawowym kryterium jest to, by nie płacić więcej, co zresztą nie powinno dziwić – tereny wiejskie są przecież zwykle uboższe niż miejskie.

Ale to nie koniec. Nasza niewiedza dotyczy też najbliższej przyszłości: gmina przejmuje na siebie odpowiedzialność za śmieci, wydziela na to kwotę w budżecie, cenę ustala sobie bardziej „politycznie” niż realnie, choć nie bardzo jeszcze wiemy, jakie będą naprawdę koszty całego procesu. Wiem, za ile będą przyjmowane odpady zmieszane w tym roku. Ale już na pytanie, ile to będzie kosztować w przyszłym roku, odpowiedzi nie mam. Kto wie, może dwa czy trzy razy więcej.

Poza tym, dzisiaj segregacja w Polsce jest na poziomie nijakim, a ta ustawa została napisana z punktu widzenia dużego miasta. Tymczasem na wsi to normalne, że ktoś ma kurę, świnkę – i tego rodzaju rzeczy, również pozostałości po uboju, nie są wyrzucane do kosza. One się nie marnują, zwłaszcza że przecież wielu mieszkańców ma kompostowniki. Będziemy się długo tłumaczyć, co dzieje się z częścią „śmieci” na wsi.

Z naszego badania wynika, że przeciętnie w Polsce deklaracje śmieciowe złożyło 80-90 proc. zobligowanych do tego obywateli. To oznacza, że mamy kilka milionów maruderów. Co z nimi?

To jest dobre pytanie. Ale to jedynie wierzchołek góry lodowej: no bo, czy należy się po nich spodziewać śmieci posegregowanych czy nieposegregowanych? Znowu proste pytanie, na które nie ma odpowiedzi.

System zaczyna działać, więc wcześnie czy później do nich dotrzemy. Ale trzeba będzie nakładać kary – i kolejne pytanie brzmi: kto ma to robić? Nie ma obowiązku wpuszczenia urzędnika do domu i też nie ma powodu, żeby przyjmował on na siebie rolę „policjanta”. Z drugiej strony, jeżeli tylko co dziesiąty Polak nie złożył deklaracji – to i tak nieźle, należałoby się cieszyć.

wtorek, 23 lipiec 2013 22:36

KONTROWERSYJNY SIÓDMY DZIEŃ TYGODNIA

Polityczny sezon ogórkowy w tym roku rozpoczął się wcześniej: zamiast dyskusji o stanie finansów publicznych powrócił problem niedzielnego handlu. Spór o to, czy zakazać sprzedaży centrom wielkopowierzchniowym może tym razem skończyć się jednak rozwiązaniem salomonowym – przerzuceniem ciężaru decyzji na samorządy.

- Chodzi o to, by nie zmuszać ludzi do pracy w niedzielę. Chodzi też o rodzinę, by razem spędzać ten czas. Chodzi także i o to, by wesprzeć mały kapitał, niewielkie sklepy, kafejki, które będą otwarte – mówił kilka tygodni temu w radiowej dyskusji europoseł Solidarnej Polski Jacek Kurski. Tak można w skrócie ująć stanowisko pomysłodawców ustawy – m.in. z PiS, PO, PSL i SP – którzy forsują w Sejmie nowe prawo. To również argumenty bardzo istotne dla wszystkich instytucji, które opowiedziały się za projektem – od „Solidarności” po kościół katolicki, który w mniej lub bardziej otwarty sposób wspiera poselski pomysł.

Ryzyko? Tysiące miejsc pracy

To argumenty, które – przynajmniej z pozoru – trudno odrzucić. Jednak projekt ma gigantyczną rzeszę przeciwników, przede wszystkim ze względu na koszty ekonomiczne i społeczne. Zdaniem prezesa polskiego oddziału Tesco, Ryszarda Tomaszewskiego, na bruku może wylądować olbrzymia grupa pracowników supermarketów – w skali całego kraju nawet 100 tysięcy osób. Nieco skromniejsze szacunki prezentuje doradca PKPP Lewiatan, Jeremi Mordasewicz. – Zakaz niedzielnego handlu zmniejszy skłonność inwestorów do budowy kolejnych centrów handlowych i może oznaczać likwidację około 50 tysięcy miejsc pracy – wylicza.

Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji w swoim stanowisku podaje jeszcze inne dane. „Eliminacja jednej siódmej czasu pracy to w polskich warunkach niemal pewna fala wielotysięcznych bankructw firm kupieckich, spadnie też niska już rentowność sieci handlowych. Przeprowadzone analizy wskazują, że sprzedaż niedzielna w sklepach wielkopowierzchniowych to 5-12 proc. sprzedaży tygodniowej. Zakaz handlu po działaniach na rzecz rekompensacji strat spowoduje spadek tygodniowych obrotów o 3-7 proc. co przełoży się na redukcję zatrudnienia w handlu o 5-10 proc.” – twierdzą eksperci organizacji. Czyli: 25 tys. miejsc pracy.

Nic więc dziwnego, że są w Polsce takie ośrodki, w których projekt nie budzi entuzjazmu. Należy do nich choćby Radom: dekadę temu tamtejszy ratusz wprowadził zakaz w życie, uchwałę uchylił jednak w końcu wojewoda. Dziś radomianie liczą inaczej – w mieście, w którym panuje 24-procentowe bezrobocie, i gdzie supermarkety zatrudniają kilka tysięcy pracowników, potencjalne skutki wprowadzenia nowego prawa byłyby dramatyczne. – Polski nie stać dziś na tak rygorystyczne podejście do świątecznego handlu – mówi były radny Andrzej Langowski, który dekadę temu przeforsował zakaz niedzielnego handlu, dopuszczając co najwyżej możliwość skrócenia godzin otwarcia sklepów wielkopowierzchniowych.

Niech każdy decyduje sam

Zdaniem posłanki PO Julii Pitery, najlepszym wyjściem z obecnego klinczu byłoby pozostawienie decyzji w gestii samorządów. Za tym stanowiskiem opowiada się też liczna grupa samorządowców. – To słuszny pomysł, żeby o zakazie decydowały samorządy, bo nie wszystko musi być regulowane przez państwo. Bardzo mi się podobają amerykańskie rozwiązania, np. w jednym stanie alkohol można kupić tylko do godziny 20, a w innym przez całą dobę – twierdzi Edward Maniura, burmistrz Lublińca. – Ostateczną decyzję powinni podjąć radni, ale po szerokich konsultacjach z mieszkańcami, bo to przecież ich dotyczy – dodaje.

Co na to mieszkańcy? Wygląda na to, że są równie podzieleni, jak politycy. W sondażach zdecydowanych przeciwników i zwolenników projektu jest niemal idealnie po 30 proc. Prawie 20 proc. Polaków wypowiada się „raczej przeciw” – i tyle samo „raczej za”. Wygląda więc na to, że tak na centralnym, jak i na lokalnym szczeblu politycy będą mieli twardy orzech do zgryzienia. Chyba że po wakacjach sprawa „przyschnie”.

wtorek, 23 lipiec 2013 21:22

NA RANCZU JAK W POLSCE

Rozmowa z autorem scenariusza serialu „Ranczo”, Robertem Brutterem

MARIUSZ JANIK: „Ranczo” to jeden z najpopularniejszych seriali w historii polskiej telewizji. Na czym polega tajemnica jego popularności?

ROBERT BRUTTER: Gdybyśmy wiedzieli, na czym polega tajemnica jego popularności, to po pierwsze nie byłaby to tajemnica, a po drugie – kręcilibyśmy same popularne seriale i w ogóle życie byłoby prostsze. Niestety, nie jest. Wiemy na przykład, że „Ranczo” najbardziej popularne jest w dwóch grupach: mieszkańców wsi i małych miast oraz wśród wielkomiejskiej inteligencji. To pozornie paradoksalny rozkład, ale jak głębiej się zastanowić, może nie aż tak bardzo paradoksalny. Ale wnioski można wyciągać rożne.

A jakie Pan wnioski wyciąga z tego, rzeczywiście – niewątpliwie zaskakującego, zestawienia? Bo ja już sobie wyobrażam, jakie teorie można by tu stworzyć!...

Nie mam żadnej pewności oczywiście – ale może widzowie z mniejszych miejscowości rozpoznają w serialu swoją rzeczywistość i bawią się, kiedy razem śmiejemy się z niektórych jej stron? Natomiast inteligencja – ze wszystkich rodzajów miejscowości – jak mam nadzieję, dostrzega nasze zabawy, żeby pod pozornie prostymi kwestiami i historiami ukrywać klasyczne tropy literackie – albo prezentować w ludowej pigułce przekonania filozofów, myślicieli i artystów.

A z drugiej strony, być może – ale, oczywiście, to tylko hipoteza – są widzowie, którzy aspirują do innych środowisk i czują się jeszcze na tyle niepewnie, że taka zabawa ich nie śmieszy. Albo może po prostu mają inne poczucie humoru i wrażliwości, w końcu wszyscy bardzo różnimy się pod tymi względami.

Jak telewidzowie reagują na perypetie bohaterów i realia portretowane w serialu? Czy pamięta Pan jakieś szczególnie charakterystyczne reakcje?

Z bezpośrednimi reakcjami częściej spotykają się aktorzy – Czarek Żak na przykład z trudem musiał tłumaczyć raz czy dwa, że – niestety – nie można się u niego wyspowiadać. A że Piotr Pręgowski  prywatnie jest człowiekiem niepijącym, to się wielu osobom po prostu w głowach nie mieściło. Tyle razy Piotr na ich twarzach prawdziwy zawód widział, że aż mu przykro było.

Ale to anegdotyczne reakcje. Jeśli chodzi o te naturalne, to ich nieocenionym źródłem dla nas jest Forum sympatyków Rancza „ranczo.org”, na którym – po każdym odcinku – widzowie na gorąco dzielą się wrażeniami. Oczywiście, wiemy, ze są to niejako zaprzyjaźnieni widzowie i traktują nas delikatnie, ale z tonu i temperatury tych wypowiedzi już dawno nauczyliśmy się wnioskować, co się naprawdę podobało, a co mniej.

Czy przypomina Pan sobie sytuację, w której fani serialu wymusiliby jakieś rozwiązanie w scenariuszu? Czy zdarzyło się, że ich reakcje wpływały np. na rozbudowanie jakiegoś wątku czy postaci?

Sympatycy serialu na szczęście pozostawiali nam zawsze autonomię. Nawet więcej – chyba oczekują zaskoczeń, oby tylko uzasadnionych i wpisanych w realia, żadnej łatwizny. Owszem, po czwartej serii „Rancza” był bardzo silny nacisk na kontynuację serialu. W końcu ugięliśmy się, bo nie chcieliśmy, żeby wyglądało to na arogancję. A i my, trzeba przyznać, zżyliśmy się tak z Wilkowyjami, że trudno było się rozstać…

No właśnie, Wilkowyje – na ile serialowe realia odzwierciedlają rzeczywistość polskich małych miasteczek? Czy pisząc scenariusz serialu, inspiruje się Pan rzeczywistymi wydarzeniami?

Wspomniane wyżej Forum ogłosiło konkurs na ten temat kiedyś – czy „Ranczo” opisuje rzeczywistość, czy bajkę. Przeważała opinia, że jak najbardziej rzeczywistość, z tym jednak wyjątkiem, że w żadnej innej gminie nie pojawiła się, niestety, taka osoba, jak Lucy.

A oczywiście, rzeczywistość jest podstawowym źródłem inspiracji – acz nie pojedyncze fakty i zdarzenia, a raczej zjawiska i procesy, które widzimy wokół siebie.

Do pewnego stopnia perypetie części bohaterów – konflikt wójta z księdzem, „Lustro Gminy” czy Polska Partia Uczciwości – wydają się być komentarzem do rzeczywistości. Czy można powiedzieć, że w serialu „zakodowane” są pewne przesłania do naszych elit z małych miasteczek?

Oczywiście, staramy się opowiadać historie po „coś” – nie tylko, żeby było śmiesznie. A przekaz wydaje mi się nie tak głęboko zakodowany i skierowany nie tylko do tej grupy, o której Pan mówi. Przy czym pilnujemy się bardzo, żeby nie był to przekaz polityczny w tym sensie, że kogoś popieramy, a kogoś nie – o ludziach staramy się mówić, o nas samych. A jeżeli już mówimy o polityce, to w kontekście zjawisk i postaw zdarzających się w całej klasie politycznej, bez względu na konkretną legitymację partyjną.

Jednocześnie w każdej sprawie, w której to możliwe – a w wielu naprawdę jest – namawiamy, żeby obywatele brali sprawy w swoje ręce. No, gołym okiem widać, że ta polityka „od góry budowana” nam się nie udała – więc próbujmy od dołu. To, jak wygląda nasze życie, w dużo większej mierze zależy przecież od lokalnego środowiska, niż od decyzji, które zapadają w Warszawie. I tu oczywiście szczególna rola mądrych i aktywnych ludzi w małych miejscowościach – tylko chyba nie używałbym słowa „elit”, bo zaraz ktoś się obrazi, uformuje „antyelitę” i zacznie się kłótnia, jak to u nas. A przecież, na litość boską, jak kilka czy kilkanaście osób chce zrobić naprawdę coś dobrego w swoim środowisku, to ich poglądy polityczne nie mają kompletnie znaczenia. Jeśli tylko to są przyzwoici, inteligentni ludzie, to zawsze się dogadają.

Mam wrażenie, że bardzo optymistycznie widzi Pan możliwości dogadywania się ponad podziałami na poziomie małych miasteczek. Teoretycznie nie powinno tam być tych emocji, co w Sejmie, z drugiej strony jednak – w mikroświatach naszych miasteczek anse potrafią być znacznie gorętsze niż mogłoby się wydawać. Myśli Pan, że na dłuższą metę uda nam się poprawić kulturę polityczną – tak na centralnym, jak i na lokalnym szczeblu?

Pan mówi o działaniach w ramach organów przedstawicielskich,  które często zżera polityka, nawet na poziomie gminy. A ja mówię o działaniu obok nich. Albo wywarciu na nie takiej presji, żeby działały po bożemu. Często zresztą mówimy o kłótniach politycznych, podczas gdy tak naprawdę chodzi o zwykłe kłótnie personalne, między Nowakiem, Kowalskim i Malinowskim. No cóż, bywamy narodem okropnie kłótliwym, niestety. A polityka jest tylko jedną z emanacji tego faktu. Ale są też liczne przykłady, że ludzie potrafią się skrzyknąć i fantastycznie współpracować dla wspólnego dobra. I ten model staramy się propagować najmocniej, jak się da.  Przepraszam, nie chcę tu w zbyt wysokie tony wpadać, no ale naprawdę – uczciwa wspólna praca to najbardziej sensowny wyraz patriotyzmu w czasie pokoju. W odróżnieniu od wymachiwania sztandarami i lżenia rodaków, którzy na jakiś temat inaczej myślą.

Czyli jest Pan piewcą społecznikostwa. Skądinąd, wspominał Pan, że fanom serialu brak osób takich, jak filmowa Lucy w „realu”. Z wielu sygnałów napływających z Polski wynika, że osoby o zacięciu społecznikowskim, chcące bezinteresownie działać na rzecz lokalnych wspólnot, zwykle się poddają – i wcześniej czy później porzucają działalność społeczną. Z czego to wynika? Czy możemy coś zrobić, żeby wpierać lokalnych społeczników?

No, to niestety prawda – w serialu problemy i przeciwności rozwiązuje się oczywiście łatwiej niż w życiu. I naturalnie wiem, że bezinteresowna zawiść, złośliwość albo zwykła głupota niejednego społecznika zniechęciły na długo do jakichkolwiek działań. Ale też trochę takich osób znam i wiem, że ten płomień można w nich przydusić, ale trudno ugasić. Są na szczęście ludzie, dla których działanie dla wspólnoty jest naturalne, jak oddychanie. I oczywiście świetnie, gdyby tacy ludzie łatwiej dostawali organizacyjne i wszelkie inne wsparcie, ale najważniejsze, żeby im nie przeszkadzać, nie rzucać kłód pod nogi. Wtedy oni już sobie poradzą.

Oby. Czego możemy się spodziewać w ósmym sezonie serialu? Czy może Pan uchylić rąbka tajemnicy?

No oczywiście, że nie mogę! Nie byłoby zabawy. Mogę tylko obiecać, że w życiu wsi zajdą epokowe zmiany.

Epokowe zmiany? Czyżby Wilkowyje przygotowywały się do rewolucji śmieciowej?

Z całym szacunkiem, w Wilkowyjach problem śmieci Lucy rozwiązała już dawno. A jak mówię epokowe – to mam na myśli epokowe.

ROBERT BRUTTER – pseudonim Andrzeja Grembowicza, pisarza i scenarzysty, autora scenariusza m.in. „Ekstradycji”, „Ekstradycji 2” i „Rodziny zastępczej” oraz filmów fabularnych „Operacja Samum”, „Nocne graffiti”, „Amok”, „Fuks”, „Wtorek”

poniedziałek, 24 czerwiec 2013 23:42

URZĘDOWY OPTYMIZM

Na finiszu przygotowań do wejścia w życie ustawy śmieciowej redakcja „GMINY” postanowiła sprawdzić u źródła, jaka sytuacja i jakie nastroje panują w polskich samorządach. Na sondaż, jaki rozesłaliśmy gminom odpowiedziało w dniach 6-13 czerwca przeszło dwustu respondentów. Wnioski, jakie z niego płyną są pocieszające: w olbrzymiej mierze urzędnicy deklarują, że jesteśmy gotowi na nowy system. Ale to może być złudny optymizm.

194 zebrane ankiety podzieliliśmy na trzy grupy, zgodnie z rodzajem odpowiadającej JST: gminy miejskie, gminy miejsko-wiejskie oraz gminy wiejskie. Mimo że wyniki sondażu są zbliżone w przypadku wszystkich tych grup, wskazują również na istotne różnice w ich sytuacji. Dlatego też prezentujemy je oddzielnie dla każdej z nich.

Bardzo dobrze o sobie, nieźle o mieszkańcach

Przede wszystkim postanowiliśmy sprawdzić, jak stan przygotowań oceniają samorządy – zarówno w odniesieniu do siebie samych, jak i stopnia przygotowania mieszkańców. Na pytanie, jak gminy oceniają swoją gotowość do wprowadzenia przepisów ustawy, nasi respondenci mogli odpowiedzieć: „bardzo dobrze”, „nieźle”, „słabo” lub „gmina nie jest przygotowana”.

Z zebranych przez nas odpowiedzi wynika, że w polskich samorządach dominuje dobre samopoczucie, choć nieco naznaczone niepewnością – w grupie gmin miejskich niemal połowa miast wybrała wariant „bardzo dobrze” i taka sama grupa „nieźle” (po 48 proc. odpowiedzi, jedna z gmin nie odpowiedziała na to pytanie). Nieco gorsze nastroje panują wśród gmin miejsko-wiejskich. „Bardzo dobre” przygotowanie deklaruje tu już jedynie 15 proc. odpowiadających, „niezłe” jednak – aż 80 proc. (dwie gminy przyznały, że są „słabo” przygotowane). W podobny sposób kształtują się również deklaracje gmin wiejskich: „bardzo dobrze” przygotowanych jest 20 proc. (24 gminy), „nieźle” – 74 proc. (88 gmin), „słabo” – 5 proc. (6 gmin).

Wynika z tego, że miasta czują się zdecydowanie lepiej przygotowane niż mniejsze ośrodki. – Rzeczywiście, wokół śmieciowych problemów miast jest więcej szumu, ale chyba też to właśnie one lepiej się przygotowały do nowych przepisów. I chyba też w większym stopniu konsultowano z nimi zapisy nowej ustawy – mówi nam prof. Eugeniusz Sobczak, ekspert Politechniki Warszawskiej. Jak podkreśla, w przypadku mniejszych jednostek deklarowany stan może jednak odbiegać od optymistycznego obrazu, jaki odmalowują urzędnicy.

Za to już oceny przygotowania mieszkańców gmin zdają się być bliższe realiom – ale też może i łatwiej spojrzeć w bardziej realistyczny sposób na innych. Tylko w sześciu miastach urzędnicy ocenili przygotowanie obywateli jako „bardzo dobre” (19 proc.), choć wciąż olbrzymia większość uznawała je za „niezłe” (77 proc.), w jednym przypadku uznano, że mieszkańcy są „słabo” przygotowani do nowej ustawy. Ocena pogorszyła się w przypadku gmin miejsko-wiejskich, gdzie stan przygotowania mieszkańców oceniono jako „bardzo dobry” jedynie w 11 proc. przypadków, „niezły” w 75 proc. i „słaby” w sześciu przypadkach (13 proc.). Oceny nieco poprawiają się w przypadku gmin wiejskich: „bardzo dobrze” przygotowani są mieszkańcy 16 gmin z grona naszych respondentów (13 proc.), „nieźle” – 87 gmin (73 proc.), „słabo” – 12 gmin (10 proc.). Ale tu również pojawia się kategoryczne „mieszkańcy nie są przygotowani” – i to w dwóch przypadkach (niemal 1,69 proc.).

Optymizm na kruchych fundamentach

Postanowiliśmy skonfrontować powyższy wynik z rezultatami ogólnokrajowego składania deklaracji śmieciowych. Okazuje się, że gdyby spojrzeć w skali całego kraju, mniej więcej 80-90 Polaków złożyło deklaracje w terminie – czyli więcej niż co dziesiąty z nas ich nie złożył. – Wbrew pozorom 80 procent to nie jest zły wynik. W każdym społeczeństwie jest taki odsetek osób, który nie aktywizuje się w żadnej sprawie – podkreśla prof. Sobczak. Mnij więcej co czwarta gmina – bez względu na jej rodzaj – zebrała w terminie 90-100 proc. deklaracji. 44-48 proc. wszystkich gmin zebrało w terminie 80-90 proc. deklaracji. Problem jednak w tym, że aż kilkanaście procent wszystkich gmin zebrało raptem 50-80 proc. deklaracji, a są też pojedyncze gminy, które przyznają, że odsetek zebranych deklaracji nie przekroczył połowy zarejestrowanych mieszkańców, a nawet – 30 proc. mieszkańców. Ponownie, dotyczy to wszystkich rodzajów gmin.

Brak deklaracji oznacza brak informacji kluczowych z punktu widzenia przetargów, jakie gminy miały przeprowadzić przed 1 lipca. Tutaj nieco gorzej wypadają duże ośrodki: zarówno wśród gmin miejskich, jak i miejsko-wiejskich są takie, które otwarcie deklarują, że nie zdążą zakończyć postępowania w terminie (6 proc. gmin miejskich i 4 proc. gmin miejsko-wiejskich). Właściwie żadna z uczestniczących w badaniu gmin wiejskich nie zakłada większych kłopotów z przetargiem. Odsetek ten nie jest jednak wielki i może łatwo podlegać statystycznym błędom. – Brak deklaracji może jednak ostatecznie zaburzyć przebieg przetargów – ostrzega prof. Sobczak. – Przedsiębiorcy mogą powiedzieć, że podpisali umowę na określonych warunkach i nie zgodzą się na jej zmiany w sytuacji, gdy urząd będzie miał już pełny ogląd sytuacji – dodaje. Inna sprawa, że nierzadko gminy stają w obliczu jednej jedynej oferty, zawierającej cenę, która dalece przewyższa ich możliwości, nie mówiąc o obecnych szacunkach. Wtedy samorząd może czekać powtórka z przetargu, co w oczywisty sposób zaburzy też obraz wyłaniający się z naszego sondażu. Kolejny problem będzie się wiązać z udziałem w postępowaniu spółek komunalnych. Biorą one udział w 45 proc. przetargów w miastach, 37 proc. w gminach miejsko-wiejskich oraz w 9 proc. w gminach wiejskich, co jasno pokazuje, że kontrowersje, które pojawiły się w Warszawie mogą stać się zmorą większych miast i miasteczek. Inna sprawa, że z informacji umieszczonych dodatkowo przez część naszych respondentów wynika, iż przynajmniej niektóre spółki komunalne próbują też walczyć o rynek nie tylko we własnej, ale też sąsiednich gminach.

A to wszystko to dopiero początek drogi. – Budowaliśmy oczyszczalnie, teraz będziemy, jak Polska długa i szeroka, budować zakłady utylizacji odpadów – zapowiada prof. Sobczak. Rzeczywiście, inwestycje zapowiada mniej więcej co druga gmina. 32 proc. uczestniczących w sondażu miast ma w tej sprawie konkretne plany, kolejne 22 proc. deklaruje taką chęć. W przypadku gmin miejsko-wiejskich wskaźniki wynoszą odpowiednio 28 i 26 proc., w przypadku wsi już tylko 19 i 22 proc. – Trzeba będzie znaleźć na to pieniądze. W grę wchodzą fundusze unijne, ale też jeden ze sposobów pokazał Poznań: to partnerstwo publiczno-prywatne – mówi prof. Sobczak. Jego zdaniem, zarządzanie obiektami służącymi do utylizacji musi mieć charakter komercyjny. – Gminy same sobie z tym nie poradzą – powątpiewa.

To i tak nie wyjdzie

Na koniec, nie tyle z naukowej pasji, ile zwykłej ciekawości zadaliśmy pytanie dalekie od statystyk: czy nasi respondenci spodziewają się, że nowy system zostanie płynnie wprowadzony w życie po 1 lipca? Okazuje się, że w gruncie rzeczy… tak. Choć przeciętnie co czwarta gmina wykręciła się od odpowiedzi, zaznaczając opcję „nie wiem”, to już 74,19 proc. miast, 64,44 proc. gmin miejsko-wiejskich i 69,49 gmin wiejskich odpowiedziało twierdząco. – To bardzo optymistyczny wynik, ale myślę, że jest też efektem braku świadomości co do czekających nas wyzwań – podkreśla prof. Sobczak.

Gwoli sprawiedliwości, wśród respondentów znaleźli się też kontestatorzy: jedno miasto, choć samo określiło swoje przygotowanie jako „bardzo dobre”, uznało, że system jest bez szans. Podobnie jedna z gmin miejsko-wiejskich oraz sześć gmin wiejskich. A jeden z naszych respondentów, poza swoimi odpowiedziami, dopisał też na marginesie: „TO I TAK NIE WYJDZIE”. Ot, dla kontrastu, urzędowy pesymizm.

Jak Polska długa i szeroka urzędy rozsyłają do mieszkańców deklaracje śmieciowe. Proces nie odbywa się jednak bezproblemowo – bywa, że mieszkańcy nie spieszą się z wypełnianiem i przekazywaniem urzędnikom formularzy. Inni narzekają na konieczność ujawnienia danych, które dalece wykraczają poza informacje konieczne dla sprawnego działania systemu. Gdy do tego dołożyć kampanię informacyjną, której daleko do intensywności, wydaje się, że polska rewolucja śmieciowa wchodzi w kolejny chaotyczny etap realizacji.

Nad wszystkimi, którzy nadmiernie zwlekają z wypełnieniem deklaracji wisi miecz Damoklesa: czekają ich mandaty, podwyższone opłaty za wywóz odpadów, a nawet – odmowa opróżniania ich pojemników na śmieci. Problem dotyczy w szczególności dużych miast, takich jak Warszawa, Toruń czy Bielsko-Biała. Tamtejsi urzędnicy będą na własną rękę decydować, jakiej wysokości i za ile osób naliczyć opłaty. W analogicznej sytuacji Gdańszczanie będą otrzymywać mandaty, których wysokość może sięgać nawet 2800 złotych, a w Rudzie Śląskiej urzędnicy odmówią realizacji wywozu śmieci.

Deklaracje jak dokumenty skarbowe

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest traktowanie deklaracji śmieciowych w sposób identyczny z dokumentami skarbowymi. Osoby, które nie dostarczą w terminie deklaracji, popełnią wykroczenie skarbowe. A wbrew pozorom, rzecz może dotyczyć dziesiątek tysięcy Polaków – według informacji urzędu miejskiego w Olsztynie, w terminie „wyrobiła się” mniej niż połowa mieszkańców. Do końca kwietnia do ratusza spłynęło przeszło 6 tysięcy deklaracji, w których znalazły się informacje dotyczące 60 tysięcy osób. Problem w tym, że w mieście żyje 175 tysięcy osób, co oznacza, że „zadeklarowała” się właściwie co trzecia.

W tym przypadku urzędnicy wykazali się tolerancją – lub obawą przed konfliktem z lokalną społecznością – i przedłużyli termin składania deklaracji na maj. – Złożona ilość deklaracji nie jest imponująca. Dlatego, mimo że z końcem kwietnia mija termin ich składania, będziemy te deklaracje przyjmować jeszcze w pierwszych dniach maja – precyzował Bartosz Kamiński z urzędu miasta. Postanowiono też nieco ułatwić składanie deklaracji: poza samym ratuszem mieszkańcy mogli przekazać dokumenty również w biurze obsługi klienta, jakie działa w jednym z olsztyńskich hipermarketów, a ostatecznie – wysłać je pocztą.

Pełny tekst artykułu w najnowszym wydaniu magazynu „Gmina”. Zapraszamy do lektury!

środa, 24 kwiecień 2013 20:39

SAMORZĄDOWCY PRZECIERAJĄ SZLAKI NA ŚWIECIE

Z danych Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych wynika, że w 2012 roku polscy samorządowcy ściągnęli do naszego kraju inwestycje zagraniczne warte przeszło miliard euro. A chodzi wyłącznie o inicjatywy organizowane przy udziale Agencji – w rzeczywistości więc, skala inwestycji może być znacznie większa. Gra jest warta świeczki, a lokalni włodarze planują dalej podbijać świat.

Tyko wrocławska Silesia Izba Handlowa Sp. z o.o. – firma kojarząca partnerów z Polski i zagranicy – w tym roku zaplanowała dla samorządowców siedem misji, w ramach których nasi samorządowcy będą mogli przedstawić cudzoziemcom oferty inwestycyjne swoich miejscowości, regionów czy Specjalnych Stref Ekonomicznych. Cele podróży są nie byle jakie: to wszystkie kraje tzw. BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny), czyli rozwijające się „nowe” mocarstwa gospodarcze i kilka regionalnych bliskowschodnich potęg – Arabia Saudyjska, Kuwejt i Zjednoczone Emiraty Arabskie. W kryzysowych czasach znaczenie tych krajów jest nawet większe niż dotychczasowych, najbardziej pożądanych, partnerów z państw Zachodniej Europy czy USA. Nie dość, że państwa arabskie w znikomym stopniu odczuwają efekty globalnego kryzysu, to jeszcze stopniowo rośnie w nich świadomość, że zyski z wydobycia surowców naturalnych należy inwestować, a nie przejadać.

Zza Wielkiego Muru na Podkarpacie

Jednym z najważniejszych kierunków samorządowej ekspansji są Chiny. W ubiegłym roku przedstawiciele Podkarpacia – od władz wojewódzkich po władze Rzeszowa – rozpoczęły negocjacje z władzami autonomicznego regionu Kuangsi-Czuang. 27-osobowa delegacja prezentowała oficjelom z Państwa Środka możliwości swojego regionu w zakresie m.in. nowych technologii, odnawialnych źródeł energii i potencjału naukowego miejscowego biznesu i uczelni. Potencjalnym partnerom wskazywano konkretne miejsca, w których można zainwestować – np. strefy ekonomiczne i parki technologiczne w regionie. Podpisano dwa porozumienia – list intencyjny dotyczący współpracy Podkarpacia z Kuangsi-Czuang i umowę o współpracy Rzeszowa z portową metropolią Fangchenggang.

Nie jest tajemnicą, że Chińczycy szukają – zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej – przyczółków do ekspansji na terytorium Unii Europejskiej. Coraz częściej firmy zza Wielkiego Muru szturmują regionalne rynki, czego przykładem była (prawda, niezbyt udana) próba wtargnięcia na polski rynek chińskiej firmy COVEC. Ta sama firma, ze zmiennym powodzeniem, próbowała swoich sił na innych rynkach w regionie.

Polscy samorządowcy chcieliby skorzystać z pojawiających się w ten sposób możliwości. Interesują się nimi nie tylko wrocławska Silesia Izba Handlowa czy Łódzka Agencja Rozwoju Regionalnego, ale też przedstawiciele mniejszych JST. Jesienią ub.r. delegacja z miasta Ningbo zwiedzała m.in. Łomżę. Większości z nas mogłoby się z pozoru wydawać, że chodzi o mało znaczący sojusz dwóch niedużych miast. Zachowajmy jednak skalę: Ningbo ma dziesięć milionów mieszkańców i jeśli nawet nie jest największą metropolią Chin, to gospodarczego potencjału tego miasta nie sposób nie docenić. Z kolei Łomża też nie jest dla Chińczyków miejscem anonimowym: tamtejszy biznes działający na rynku artykułów spożywczych kojarzą choćby jedną z miejscowych firm, produkującą komponenty przypraw i eksportującą technologię przetwórstwa mięsa.

Z kolei samorządowcy ze śląskich Świętochłowic wybrali się do Tai’an, a wkrótce później – dzięki pośrednictwu firmy Kopex, która w tym mieście zlokalizowała swoją chińską spółkę-córkę – doczekała się rewizyty. – Śląsk to region, o którym wiele słyszeliśmy i wiele czytaliśmy. Jesteśmy bardzo zainteresowani współpracą, ponieważ w wielu dziedzinach, choćby w zakresie ochrony środowiska, jesteście lepsi od nas – komplementował gospodarzy mer Tai’an, Li Hongfeng.

Samorządowy korpus dyplomatyczny

Oczywiście, wyprawy polskich samorządowców za Wielki Mur czy nad Zatokę Perską nie są jeszcze codziennością, ani nawet najważniejszym nurtem w obrębie „polityki zagranicznej” prowadzonej przez JST. Ale są żywym dowodem, że ambicje i horyzonty polskich samorządowców gwałtownie się rozszerzają. A profity płynące z takiej działalności są najwyraźniej znaczne, o czym dobitnie świadczą cytowane na wstępie dane PAIiIZ.

Nic więc dziwnego, że w zagraniczne misje angażuje się olbrzymia większość samorządów. Zgodnie z opublikowanym w ubiegłym roku raportem „Współpraca zagraniczna polskich samorządów. Wnioski z badań”, działania w zakresie współpracy międzynarodowej potwierdza 72 proc. JST – w tym niemal wszystkie miasta (95 proc.), olbrzymia większość powiatów i województw (odpowiednio 86 i 85 proc.) oraz – co może zaskoczyć niektórych czytelników – aż 52 proc. gmin wiejskich! Ci, którzy jeszcze nie zaangażowali się w poszukiwanie zagranicznych partnerów usprawiedliwiają się przede wszystkim brakiem pieniędzy, a w drugiej kolejności – brakiem czasu, a czasem znajomości języków obcych wśród pracowników.

Inna sprawa, że kontakty te odbywają się „spontanicznie”: strategie rozwoju współpracy międzynarodowej mają przede wszystkim województwa. Na niższych szczeblach samorządowej drabiny jest z tym znacznie gorzej: tylko 14 proc. miast ma takie dokumenty, a w przypadku powiatów i gmin – jedynie 10 i 9 proc. Dlatego najczęściej polityka w tym zakresie nie jest konsultowana, ewentualnie bywa konsultowana z lokalnymi organizacjami pozarządowymi lub – w co piątym przypadku – z obywatelami. Jeszcze rzadziej samorządowcy konsultują się z MSZ lub innymi instytucjami centralnymi.

Ale epoka działań „na akord” najwyraźniej dobiega końca. „Współpraca zagraniczna rozwija się i staje się bardziej profesjonalna” – piszą autorzy wspomnianego raportu. – „Umowy partnerskie stopniowo tracą znaczenie, a ich miejsce zajmują inne formy działalności międzynarodowej, współpraca projektowa, przedsięwzięcia zależne od potrzeb i działalność w organizacjach międzynarodowych”. Ich zdaniem, polskie samorządy stały się gigantyczną siłą, mogącą odegrać gigantyczną rolę w polskiej polityce zagranicznej. „Polskie miasta i gminy miały w 2009 roku 3349 sformalizowanych partnerów zagranicznych. Obecnie jest ich z pewnością jeszcze więcej. Do tego trzeba dodać niepoliczalne działania i kontakty niesformalizowane. To ogromna liczba kontaktów i możliwości promowania polskich doświadczeń, polskiej kultury czy polskich firm, co powinno być docenione i wspierane przez władze centralne” – konkludują. I tak, po cichu zrodziła się polska alternatywna dyplomacja – kto wie, może nawet o większych możliwościach niż ta, która oficjalnie ma reprezentować Polskę w szerokim świecie.

środa, 24 kwiecień 2013 20:32

SAMORZĄDY ZASTAWIAJĄ SIECI NA TURYSTÓW

Międzyzdroje, Białowieża, Mikołajki, Zakopane – te stolice wypoczynku letniego i zimowego znają niemal wszyscy Polacy. Jednak w ich cieniu rosną, na razie znani przede wszystkim koneserom, rywale. I nie szczędzą pieniędzy na to, by w przyszłości odebrać słynnym kurortom palmę pierwszeństwa w wyścigu o turystów.

Józefów na Roztoczu do niedawna niewiele mówił przeciętnemu polskiemu turyście, był jedną z miejscowości zagubionych gdzieś na Lubelszczyźnie. Jednak w zeszłym roku miasteczko to odwiedziło przeszło pół miliona gości, a media nazywają je „rowerową stolicą Polski”. I rzeczywiście, to chyba jedyna w kraju miejscowość, która ma własną obwodnicę rowerową.

Efekty tych zabiegów już widać. W ubiegłym roku Józefów wygrał organizowany przez Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze konkurs „Gmina przyjazna rowerzystom”. I nie ma zamiaru na tym poprzestać: tylko w ubiegłym roku w Józefowie powstało siedem kilometrów nowych tras rowerowych, siłownia na wolnym powietrzu, ścianka wspinaczkowa oraz kilka placów zabaw. Lokalne władze idą za ciosem – nie chcą ograniczyć się do przyciągania cyklistów lecz mierzą we wszystkich amatorów aktywnego wypoczynku.

Rekord co roku

W zeszłym roku Józefów wydał na rozwój infrastruktury turystycznej cztery miliony złotych, z czego milion wysupłał z własnego budżetu, a resztę udało mu się uzyskać z funduszy unijnych. To jednak tylko kropla w morzu pieniędzy, jakie samorządy wydają ostatnio na promowanie swoich turystycznych walorów. Z opublikowanego przez Ministerstwo Sportu i Turystyki „Raportu o stanie gospodarki turystycznej w latach 2007-2011” wynika, że w 2010 roku władze gminne wydały na podobne inwestycje aż 480 milionów złotych!

Co więcej, wydatki te rosną w postępie geometrycznym: trzy lata wcześniej – w 2007 roku – na promowanie i rozwój turystyki „poszło” raptem 142 mln złotych. Rekordy padają każdego roku i niebawem należy się spodziewać, że wartość inwestycji turystycznych w rozmaitych zakątkach Polski przekroczy pułap miliarda złotych rocznie.

To nie jest nieuzasadniony optymizm. Już dwie trzecie samorządowych wydatków to inwestycje w infrastrukturę wypoczynkową. Tylko jeden projekt – „Rozwój atrakcyjności turystycznej regionu” – zorganizowany w ubiegłym roku na Podlasiu, przyciągnął 37 podmiotów zainteresowanych jej rozbudową. Ich plany obejmowały zarówno turystykę aktywną – niczym w Józefowie – jak i biznesową oraz uzdrowiskową. Wartość złożonych przez nie propozycji sięgnęła w sumie niemal 400 mln złotych – i choć nie wszystkie zostaną zrealizowane, „do wzięcia” jest i tak ponad 250 milionów złotych.

Tropem Pana Samochodzika

Kilka dekad temu Zbigniew Nienacki wysłał miłośników przygód Pana Samochodzika nad Jeziorak. Iława z kart „Nowych przygód Pana Samochodzika” niczym się nie wyróżnia. Dzisiejsze realia są krańcowo odmienne – 32-tysięczna miejscowość z wolna staje się „stolicą nad jeziorami”, stopniowo podbierając miłośników żagli i kąpieli innym mazurskim kurortom. Brzegi Jezioraka usiane są przystaniami jachtowymi i wypożyczalniami sprzętu, po mieście można się poruszać rowerem, a w podmiejskich wioskach – jeździć konno. Na lokalnym stadionie mecz rozegrały swego czasu reprezentacje Polski i Łotwy, a w hali sportowej grywają reprezentacje siatkarzy czy pingpongistów.

Trudno się dziwić. Iława – obok Ostródy – od lat należy do czołówki jednostek samorządowych w Polsce, które na turystykę wydają najwięcej. Zresztą to właśnie władze gminne są najaktywniejsze, jeżeli chodzi o działania turystyczne: w 2009 r. pieniądze na cele z tego zakresu przeznaczyło w swoim budżecie 714 gmin w Polsce. Rok później było to już 795 gmin, a w 2011 roku – 853 gminy.

I to gminy wydają najwięcej: wspomniane 480 mln złotych. Władze powiatowe przeznaczają na turystykę raptem 50 mln złotych, natomiast władze wojewódzkie – 121 mln złotych.

Statystyki pokazują, że przełomowe okazały się lata 2009-2010. Wydawałoby się, że był to moment pełen obaw o przyszłość, w szczególności o to, że globalny kryzys dotknie również polską gospodarkę – co nie powinno ośmielać samorządowców do zwiększania wydatków, zwłaszcza w tak wrażliwym na koniunkturę sektorze, jak turystyka. W rzeczywistości było wręcz przeciwnie: w latach 2008-2009 w wielu samorządach zaczęto opracowywać strategie rozwoju turystyki lub rozwoju regionalnego, co błyskawicznie przerodziło się w wiarę we własne możliwości i zapał do uatrakcyjniania okolicy. Ratusze i urzędy gmin zaczęły też dostrzegać na swoim terenie potencjalnych partnerów – biznesowych, instytucjonalnych i z sektora NGO – którzy mogliby włączyć się w te procesy.

Polska agroturystyczna

Renesansu turystyki lokalnej pewnie by nie było, gdyby nie fundusze europejskie. W perspektywie finansowej UE na lata 2007-2013 znalazło się dla Polski 67 mld euro – i w znacznej części były to środki, które można było wykorzystać na turystykę. Środki te trafiły do Regionalnych Programów Operacyjnych, Programu Innowacyjna Gospodarka i Programu Rozwój Polski Wschodniej. Można było z nich sfinansować zarówno adaptację zabytków kultury regionalnej, rozbudowę infrastruktury – od atrakcji stricte turystycznych, jak stoki narciarskie, po budowę dróg czy parkingów – i obiektów sportowo-rekreacyjnych, jak i dofinansować regionalne rzemiosło czy branżę pamiątkarską.

Dzięki temu nie tylko odzyskały blask tradycyjne miejscowości wypoczynkowe czy uzdrowiskowe, ale też rozkwitły gospodarstwa agroturystyczne i szlaki rowerowe. W 2011 roku tych pierwszych funkcjonowało już w naszym kraju 7852, z ponad 82 tysiącami miejsc noclegowych. Pod tym względem przodowało zwłaszcza województwo małopolskie, gdzie usługi agroturystyczne oferowały aż 1344 ośrodki. Z kolei, jeśli chodzi o trasy rowerowe, palma pierwszeństwa należy się województwu zachodniopomorskiemu, gdzie dla cyklistów przygotowano już przeszło 2,6 tys. kilometrów tras rowerowych. Niewiele ustępowały mu jednak województwa małopolskie, lubuskie i wielkopolskie. Wszędzie tam długość tras rowerowych przekracza 2 tys. kilometrów.

Megalatryna i hipersamowolka

Koniec końców, żeby przyciągnąć uwagę turystów, nie trzeba budować autostrad i gigantycznych akwaparków. Wystarczy znaleźć na swoim terenie coś zadziwiającego i zainteresować tym Polaków. Taką rolę może pełnić dzieło przyrody, jak Krzywy Las pod Szczecinem, zbiorowisko kilkuset fantazyjnie wygiętych drzew, które – z powodów niejasnych dla naukowców – przybrały fantazyjne kształty. Atrakcją może być też zabytek: kwidzyński zamek pewnie nie odróżniałby się specjalnie od innych dzieł średniowiecznej architektury, gdyby nie połączona z kompleksem zamkowym specjalną kładką gigantyczna baszta – największa latryna w Europie, przynajmniej jeśli o średniowieczne zamki chodzi.

Ostatecznie można promować jako atrakcję również nowocześniejsze dzieła architektoniczne, jak pochodząca z lat 80. największa samowolka w Polsce – niszczejący, liczący 5 tys. m kw. kompleks budynków w Łapalicach, obudowany dwunastoma wieżami, salą balową, strażnicą, a do tego – sztucznym jeziorem (w pozwoleniu na zabudowę zapisano „dom jednorodzinny z pracownią rzeźbiarską”). Pomysłów, jak widać, nie brakuje. Miejmy nadzieję, że wszystkie te inwestycje nie będą wyłącznie „atrakcją jednego sezonu”.

Strona 8 z 9

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY