Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

niedziela, 30 listopad 2014 14:44

BRUDNA WOJNA

Z roku na rok wybory stają się coraz większym spektaklem. Co gorsza, zamiast zmagań szlachetnych wojowników na merytoryczne argumenty i programy wyborcze, w coraz większym stopniu spektakl ma charakter bezładnej bijatyki. Tegoroczna kampania wyborcza raz jeszcze przyniosła lawinę szkalujących adwersarzy ulotek i chwytów poniżej pasa.

Na Podhalu ledwie świtało, a w lokalach wyborczych dopiero rozbłysły świata, gdy policjanci z lokalnej komendy dopadli jednego z mieszkańców gminy Sidzina. Ten – nie zważając ani na savoir vivre, ani obowiązującą ciszę wyborczą – rozwieszał jeszcze ulotki w niewybredny sposób atakujące lokalnego kandydata na wójta. Tu sprawa była właściwie oczywista: sprawca poniesie prawdopodobnie karę grzywny.

Gorzej, gdy chodzi o inne tego typu incydenty w regionie. Np. dwóch – zapewne mocno podchmielonych – mężczyzn, którzy w Nowym Targu zerwali plakat wyborczy, czy też wandali, którzy w przeddzień wyborów w Zakopanem wybili w lokalnej cukierni szyby, za którymi powieszono plakaty wyborcze. W obu przypadkach trudno jednoznacznie mówić o „akcie” politycznym, raczej pospolitym chuligaństwie. Problem w tym, że coraz trudniej odróżnić pierwsze od drugiego.

Rabat na myjnię samochodową

Brudna kampania wyborcza zaczęła się w Polsce na dobre, zanim jeszcze zaczęła się kampania właściwa. W Lubaniu prymitywnie składane w programie graficznym ulotki, zestawiające lokalnych włodarzy z obrazkami zrujnowanych obiektów, czy wydłużające im nosy – w ramach oczywistego skojarzenia – pojawiły się już na początku września, budując konfrontacyjną atmosferę. Nie inaczej było w Zgorzelcu, gdzie były wiceburmistrz poświęcił treść swoich ulotek urzędnikowi starającemu się o reelekcję. Choć – jak kpiły lokalne media – w tym drugim przypadku można mówić o pewnej merytoryce, na materiałach powracało bowiem hasło „zadłużania miasta”.

Tempo konfrontacji przyspieszyło, kiedy na ulicach i w skrzynkach pocztowych znalazły się pierwsze materiały wyborcze. W Nysie na systematyczny atak przeciwników skarżył się kandydat na radnego, Ryszard Jamiński: w nocy z 21 na 22 października zniszczono nie tylko baner wyborczy polityka Ligi Powiatu Nyskiego, ale też jego plakaty wyborcze, które zostały zerwane lub zamalowane. – Prowadzę czystą kampanię wyborczą i takiej oczekuję od innych – podkreślał potem Jamiński.

Cóż, najwyraźniej warto wieszać materiały wyborcze w zasięgu miejskiego monitoringu – zasadę tę zlekceważył zarówno feralny kandydat z Nysy, ale i jego odpowiednicy z Mrągowa. Tam, w tym samym czasie, walka wyborcza miała charakter jeszcze bardziej konfrontacyjny. – Kilka dni temu nieznany sprawca ostrym narzędziem przebił mi cztery opony w samochodzie stojącym na osiedlowym parkingu – donosił miejscowym mediom kandydat na radnego Andrzej Zając. – Oburzenie mieszkańców osiedla Brzozowego jest duże. Nie pamiętają, aby coś takiego wydarzyło się tu w ostatnich 35 latach. Zastanawiając się nad przyczynami  takiej niechęci do mojej osoby, zostaje mi tylko myśl o mojej działalności partyjnej – komentował.

Na Lubelszczyźnie sfotografowano urzędników usuwających plakaty rywala urzędującego wójta Milejowa. – Nieprawda, plakat został zdjęty z tablicy gminnej, która jest przeznaczona wyłącznie do wieszania urzędowych obwieszczeń. To nie jest tablica wyborcza, ale osoba z wykształceniem zasadniczym, jak widać, tego nie zrozumiała – ripostował pomówiony. W Grudziądzu z banerów wyborczych wycinano twarze kandydatów. – W sumie straciłem już pięć banerów – szacował pod koniec października startujący na stanowisko wójta Andrzej Rodziewicz. W puli były materiały ukradzione, oblane farbą i te, gdzie została wycięta twarz. Podobne „przygody” ma na koncie poseł i niegdysiejszy bohater telewizyjnego reality-show, Janusz Dzięcioł. Analogiczna sytuacja była w Wadowicach.

Za chwyt poniżej pasa można też uznać metodę zastosowaną w Słodkowie, gdzie właściciel pewnej myjni samochodowej dawał zniżki tym klientom, którzy obiecali nie głosować na jednego z kandydatów na burmistrza. „20% rabatu na wszystkie usługi dla wszystkich, którzy: zrobią zdjęcie swojego dowodu i karty do głosowania na burmistrza z zaznaczonym kimkolwiek OPRÓCZ CZERWA, pokażą to zdjęcie u nas przy składaniu zlecenia. Oferta ważna aż do wakacji!!! Szczegółowy regulamin promocji dostępny jest w siedzibie firmy” – zapewniał na facebookowym profilu przedsiębiorca.

Afera taśmowa. Odsłona lokalna

Jeszcze większą „armatę” wytoczono przeciwko kandydatowi do lubelskiego sejmiku wojewódzkiego, Michałowi Mulawie. W internecie znalazło się przypisywane mu nagranie, pochodzące jakoby z jednej z biłgorajskich restauracji – osoba, przez autora nagrania identyfikowana jako wspomniany polityk – ma tam obraźliwie wypowiadać się o innych działaczach.

Trudno się dziwić, że dyskusja wyborcza zaczęła w pewnej chwili przypominać spór o to, kto komu niszczy plakaty. W Wadowicach „człowiek pani burmistrz” miał zamalowywać plakaty kontrkandydata szefowej. „Obóz” pani burmistrz uznawał jednak te oskarżenia za… nieczysty chwyt. – To zachowanie ma na celu zdobycie popularności, przez robienie z siebie ofiary. Takich spraw jest mnóstwo, to niepoważne – komentował jej rzecznik.

Również wspomniane na wstępie Podhale aż huczało od skandali. Tam raptem na kilkanaście dni przed wyborami kandydaci potykali się przed sądem – spierając się m.in. o nieprawdziwe liczby dotyczące sytuacji gospodarczej JST, podawane na spotkaniach wyborczych, czy też publicznie stawiane zarzuty o kumoterstwo. Przeciwnicy burmistrza Zakopanego, Janusza Majchra, stworzyli na Facebooku profil „AntyMajcher”, gdzie jednak trudno doszukać się merytorycznych argumentów, ale aż roi się od złośliwości.

Na tym tle zaskakującym poczuciem humoru popisał się burmistrz Stronia Śląskiego, Zbigniew Łopusiewicz. Autor plakatu nie czekał na inwencję ulicznych wandali – domalował ubiegającemu się o reelekcję politykowi wąs, brodę i pogrubił brwi. Intencję pomysłodawców tłumaczy zaś hasło „Chciałem wyprzedzić przypadki niszczenia plakatów, ZŁ”.

Sabotaż rozmów pokojowych

Oczywiście, w polskich realiach daleko jeszcze do brudnych kampanii toczących się w największych demokracjach świata. Pod tym względem polscy politycy – i ich współpracownicy – mogą się jeszcze wiele nauczyć. Klasyczny przykład to debata kandydatów do prezydentury USA w 1960 roku, gdzie John F. Kennedy starł się z Richardem Nixonem. Choć obaj kandydaci zawarli „gentelman’s agreement” zakładające, że żaden z nich nie skorzysta z usług makijażysty – obaj je złamali. Górą był, jak wiadomo, Kennedy. Głównie jednak dlatego, że jego współpracownicy ukradkiem podkręcili temperaturę w studio o kilka stopni, co sprawiło, że mający i tak kłopoty ze zdrowiem Nixon co i rusz oblewał się potem.

Od tamtej pory metody stały się jeszcze bardziej wyrafinowane, a przekaz – jeszcze brutalniejszy. W okresie prawyborów w Partii Konserwatywnej w 2000 r., spece ze sztabu George’a W. Busha z upodobaniem rozpowszechniali zdjęcie rywala – Johna McCaina – z adoptowaną w Bangladeszu córką. Przekaz towarzyszący tej szeptanej kampanii był jasny: to owoc „skoku w bok” senatora. Dwa lata później w New Hampshire znienacka, w najgorętszym dniu kampanii, odcięto sztabowcom Partii Demokratycznej linie telefoniczne (a dzwonienie do wyborców to w USA jedna z podstawowych metod mobilizacji elektoratu). Ludzie Ronalda Reagana ukradli jego rywalowi – walczącemu o pozostanie w Białym Domu na drugą kadencję – przygotowany przed debatą skrypt z pytaniami i odpowiedziami.

Ba, autorem jednak najmocniejszego brudnego ciosu w historii amerykańskiej polityki był Richard Nixon (nauka z 1960 r. najwyraźniej nie poszła w las). Przymierzając się do kampanii kandydat Partii Konserwatywnej potajemnie wysłał list do prezydenta Południowego Wietnamu (ogarniętego już wówczas wojną), w którym zapewnił go, że za jego ewentualnej prezydentury Południowy Wietnam może liczyć na znacznie lepsze warunki potencjalnego pokoju. W efekcie rządzący Południem Nguyen Van Thieu zaczął sabotować toczące się już wówczas rozmowy pokojowe – co być może przyczyniło się do przeciągnięcia wojny wietnamskiej o długie miesiące. Dla Nixona nie było to żadną nauczką, jego skłonność do nieczystych chwytów miała się ujawnić już wkrótce – pod postacią afery Watergate.

W polskich warunkach o podobne zacięcie i chwyty trudno: brak możliwości technicznych i kultury politycznej, które pozwalałyby sięgać po podobne metody. Pozostaje zrywanie plakatów, oblewanie ich farbą i pyskówki na przedwyborczych spotkaniach. Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem wyborcy zaczną doceniać tych kandydatów, którzy przynajmniej mają do zaproponowania jakiś program: bo tego właśnie elementu w zakończonej właśnie kampanii wyborczej dramatycznie brakowało.

niedziela, 30 listopad 2014 14:43

BLAMAŻ

Zamykając niniejsze wydanie Magazynu Samorządowego GMINA mieliśmy nadzieję dysponować już reprezentatywnymi wynikami wyborów. Stało się inaczej: w Polsce zapanował bezprecedensowy chaos, wyniki z poszczególnych miast i miasteczek pojawiają się niczym doniesienia z rozciągniętej do granic możliwości linii frontu, a powtórka wyborów wcale nie jest wykluczona. Krótko mówiąc: blamaż.

- Nie dajmy się zwariować, to wszystko da się policzyć – skwitował prezydent Bronisław Komorowski, gdy od zamknięcia lokali wyborczych upłynęło już około stu godzin, a w Państwowej Komisji Wyborczej panował chaos, jakie wcześniej w tej instytucji nigdy chyba nie widziano. Marszałek Radosław Sikorski zareagował z kolei postulatem zwiększenia budżetu PKW – i akurat w tej kwestii nie ma większych wątpliwości, zwłaszcza że już w przyszłym roku PKW czekają kolejne dwa sprawdziany: wybory powszechne i prezydenckie.

Państwowa Kompromitacja Wyborcza

Tak nazywają dziś komisję tabloidy. I jeśli na co dzień można z nimi polemizować, tym razem nikt nie ma wątpliwości: PKW zawiodła. Powodów znaleźć można by wiele: padł system informatyczny, który miał zapewnić błyskawiczne zliczenie głosów (a wysupłano na niego z budżetu państwa 429 tys. złotych); fatalnym pomysłem były stoickie zapewnienia, że „to się policzy”, którymi urzędnicy komisji zbywali pytania mediów; emocje rozbuchał dodatkowo atak hakerski na strony PKW, do jakiego doszło dwa dni po wyborach – a na który najwyraźniej nikt nie był przygotowany.

Burza, która się zerwała po awarii, musiała zebrać swoje żniwo. I tak też się stało, pierwszą realną ofiarą skandalu stał się szef Krajowego Biura Wyborczego, Kazimierz Czaplicki. – Awaria systemu informatycznego nie pozwala na spełnienie oczekiwań klasy politycznej i społeczeństwa na niemal bezzwłoczne po zamknięciu lokali wyborczych ogłoszenie wyników tych wyborów – oświadczył, podkreślając swoją odpowiedzialność za prawidłowe przygotowanie i przeprowadzenie wyborów. – Poczucie tej odpowiedzialności skłania mnie do złożenia przez PKW rezygnacji z pełnionej funkcji – skwitował. I znowuż – tabloidy pomstują, że to zbyt mało: sędziowie PKW mają zarabiać po kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, i choćby z tego powodu powinniśmy spodziewać się po nich najwyższej klasy profesjonalizmu. Zwłaszcza gdy wydają 280 mln złotych przeznaczone na te właśnie wybory.

Sytuacją w Państwowej Komisji Wyborczej z dnia na dzień zainteresowali się wszyscy: politycy prześcigają się w receptach na uzdrowienie tej instytucji, Najwyższa Izba Kontroli przymierza się do kontroli wydatkowania środków przeznaczonych na system informatyczny oraz obsługę listopadowych wyborów, a Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego tropi hakerów, którzy „uziemili” internetową witrynę PKW.

W tym wszystkim zaczęło niknąć to, co miało być najważniejsze: wyniki wyborów. W pierwszych godzinach po głosowaniu silono się jeszcze na zestawienia – PiS miał zdobyć około 31 proc. głosów, PO – 27 proc., PSL – 23 proc. Potem i te dane zniknęły, zastępowane już tylko szczątkowymi doniesieniami o ogłoszeniu wyników tu czy tam. Zliczanych… ręcznie. Co gorsza, przestano nawet określać datę podania do wiadomości publicznej ostatecznych wyników, poprzestając na zapewnieniach, że druga tura wyborów jest niezagrożona i wypada 1 grudnia. Wtedy skądinąd ma też dobiec końca misja Kazimierza Czaplickiego.

Powstała sytuacja kuriozalna. Do ręcznego liczenia przystąpili bowiem również sami kandydaci – i zaczęły się mnożyć pierwsze powyborcze sojusze polityczne. – W wielu powiatach głosy mamy policzone i pracujemy nad składaniem koalicji, by jak najszybciej zająć się pracą merytoryczną – mówił Portalowi Samorządowemu Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich. Według niego, dane samodzielnie przeliczane przez lokalnych polityków pokrywały się w 99,9 proc. z podawanymi potem danymi oficjalnymi. Ale skoro już przechodzimy na poziom lokalny: w Polsce były miejsca, w których nawet 40 proc. oddanych głosów było nieważnych (np. wybory do sejmiku województwa pomorskiego). To kolejny problem, tym razem nie dotyczący już PKW – problem niedostatecznej uwagi wyborców lub niedostatecznej informacji przed samym głosowaniem. W PKW mogło zawieść oprogramowanie, w tym przypadku zawiódł „czynnik ludzki”.

Powtórka z rozrywki

- Jest wiele powodów do niepokoju. Nie wykluczam postulatu o powtórzeniu wyborów samorządowych – rzucił już w środę na antenie TVN24 minister sprawiedliwości, Cezary Grabarczyk. – Nie zdecydowałbym się na zastosowanie w wyborach systemu informatycznego, który jeszcze w tygodniu przedwyborczym był niesprawny – dorzucił. Nie minęło wiele czasu, jak zaczęto się w jego wypowiedzi doszukiwać drugiego dna: w ten sposób Platforma Obywatelska może chcieć poprawić swój – jak już wiadomo, niezbyt imponujący wynik.

Minister wychylił się jednak przed szereg. Gdy następnego dnia z podobnym postulatem wystąpiły PiS i SLD, partie wchodzące w skład rządowej koalicji stanowczo odcięły się od tego pomysłu. Możliwość powtórki dopuszczają tylko w tych miejscach, gdzie sąd okręgowy uznałby głosowanie za nieważne. – Karać poprzez tą inicjatywę o skróceniu tych kadencji, gdzie nie było nieprawidłowości, jest czymś kuriozalnym – dowodził wicemarszałek Sejmu z ramienia PSL, Eugeniusz Grzeszczak.

Teoretycznie, awaria systemu informatycznego nie powinna stanowić pretekstu do powtórki wyborów. Głosy tak czy inaczej są liczone, choćby ręcznie, i nie sposób zakwestionować wyniku takiego liczenia bez dowodu na fałszerstwo. Tym większe znaczenie mają więc nieodpowiednio zaprojektowane karty do głosowania. Właśnie na ten element wyborczego chaosu powołują się przedstawiciele partii prących do powtórki, m.in. Mariusz Błaszczak z PiS czy Krzysztof Gawkowski z SLD. Opozycja chciałaby w tej sprawie uchwalić stosowną ustawę, unikając w ten sposób ciągnących się miesiącami procedur z wnioskami składanymi w każdym powiecie osobno. – To sądy są od tego, żeby stwierdzać ważność wyborów – odcina się jednak poseł PO, Marcin Kierwiński. – Pan przewodniczący Błaszczak, z tego, co wiem, jest przewodniczącym klubu Prawa i Sprawiedliwości, a nie sędzią Sądu Najwyższego – ironizował.

Kierwiński powołuje się tu na „opinię większości konstytucjonalistów”. Rzeczywiście, ekspertom pomysł na powtórne głosowanie nie przypadł do gustu. – To, co się dzieje, to skandal i kompromitacja, ale podstaw do negowania prawidłowości głosowania nie ma – mówił dyrektor programu „Odpowiedzialne państwo” w Fundacji im. Stefana Batorego, Grzegorz Makowski, w rozmowie z Portalem Samorządowym. – Jest problem z liczeniem i moim zdaniem, PKW powinna podać się do dymisji, ale nawoływanie do powtarzania wyborów to już polityczne gierki – dodawał.

Z kolei prof. Piotr Winczorek w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” podważył też argument o niejasno sformułowanych kartach do głosowania. – To, że ktoś nie rozumie, co robi, nie może być powodem unieważnienia wyborów – uciął twardo. – Może druk był za mały, może ktoś niedowidział, gdzie stawia krzyżyk. Musimy zakładać, że wyborca jednak jest świadomy. A wiadomo, że mechanizm psychologiczny jest taki, że jak człowiek nie zna kandydatów, to głosuje na tego „z brzegu” – na początku lub na końcu listy. Ten sam efekt może być z numerem listy: ten komitet, który wylosuje jedynkę, może mieć u tego typu wyborców większe szanse. To nie jest wada kwestionariusza. Zresztą gdyby wszystkie kartki były oddzielnie, byłby jeszcze większy chaos – dodawał.

Cóż, próbując doszukać się w obecnej sytuacji choćby jednego pozytywnego aspektu, warto przypomnieć badania publikowane przed wyborami – wynikało z nich nie tylko, że Polacy darzą lokalnych włodarzy większym zaufaniem niż tych zasiadających w instytucjach centralnych, ale też że to właśnie wybory samorządowe budzą ich największe zainteresowanie. Teraz okazuje się, że budzą też emocje, jakich dawno nie doświadczyliśmy. Może te emocje przełożą się na frekwencję przy urnach i większe zrozumienie (oraz zainteresowanie) sprawami państwa i samorządów? Oby.

PKW opublikowała obwieszczenie o zbiorczych wynikach wyborów samorządowych na burmistrzów, wójtów i prezydentów oraz do rad miast, powiatów i sejmików wojewódzkich. Na stronie PKW dostępne są obwieszczenia komisarzy wyborczych o wynikach wyborów na terenie 16 województw. W sobotę po ostatniej konferencji PKW przed II turą wyborów były dane tylko z 7 województw. Najwięcej mandatów w sejmikach wojewódzkich w skali kraju zdobyła PO - 179, wygrała w ośmiu województwach. PiS zdobył w sumie 171 mandatów, wygrał w sześciu sejmikach; w dwóch zwyciężyło PSL, które w całym kraju zdobyło w sejmikach 157 mandatów.

Dokładne informacje znajdują się na stronie internetowej państwowej komisji pod adresem www.pkw.gov.pl.

Od wyborów do ogłoszenia szczegółowych wyników wyborów przez PKW minął dokładnie tydzień. Sprawę opóźnienia skomentował Kazimierz Czaplicki: - Chciałbym prosić o zrozumienie. PKW podaje ogólne informacje. Jeśli nie ma obwieszczeń od wszystkich wojewódzkich komisji, to nie da się podać dokładnych danych - powiedział Państwowa Komisja Wyborcza po otrzymaniu drogą elektroniczną obwieszczeń od wszystkich komisarzy wyborczych sporządziła obwieszczenia o zbiorowych wynikach wyborów do organów samorządowych na terenie kraju. PKW ogłasza je w Dzienniku Ustaw i podaje do wiadomości publicznej. II tura wyborów wójtów, burmistrzów, prezydentów miast odbędzie się 30 listopada w 890 gminach.

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl

sobota, 01 listopad 2014 20:19

LISTOPAD KINOMANA

Tegoroczna jesień kinem stoi: na listopad zaplanowano w całej Polsce kilka doskonałych imprez filmowych, które żal byłoby stracić. Polecamy kilka doskonałych ogólnopolskich i lokalnych festiwali filmowych.

Kameralny start

Zacząć warto w Gnieźnie – tam odbędzie się 8. Offeliada – Ogólnopolski Festiwal Filmów Amatorskich i Niezależnych. Impreza startuje 6 listopada i potrwa cztery dni. Pomysł na organizowany od 2007 roku festiwal zakłada zaprezentowanie publiczności młodego polskiego kina niezależnego, przy uzupełnieniu tego przeglądu dodatkowymi wydarzeniami kulturalnymi: wystawami, prelekcjami, koncertami oraz warsztatami.

W tym roku, w ramach mocnego otwarcia organizatorzy festiwalu chcą pokazać widzom „Bobry” – dzieło niezależnego reżysera Huberta Gotkowskiego, o którym w ostatnich miesiącach było bardzo głośno. „Bobry” to kameralna opowieść o powrocie do rodzimego miasteczka i próbie reaktywacji punkowej kapeli, w której grali niegdyś razem główni bohaterowie filmu. Gorzko-ironiczna historia konfrontacji młodzieńczych ideałów z prozą życia zdobył już szereg nagród na innych festiwalach – gnieźnieńska projekcja będzie więc podsumowaniem sukcesu dzieła. I pretekstem, by spotkać się z jego twórcami: reżyserem oraz współscenarzystą i odtwórcą jednej z głównych ról, Marcinem Kabajem.

Innym znanym twórcą, którego będziemy mogli spotkać na Offeliadzie, jest Jan „Yach” Paszkiewicz – znany przede wszystkim ze swoich krótkich form, zwłaszcza ponad czterystu teledysków (w tym dla sław polskiej sceny: Wojciecha Waglewskeigo, Macieja Maleńczuka czy Kazika Staszewskiego i Kultu). Paszkiewicz w Gnieźnie będzie przewodniczył pracom jury.

http://www.offeliada.pl

Gwiazdy we Wrocławiu

Jeżeli gnieźnieńska impreza przyciąga twórców niezależnych lub stawiających pierwsze kroki w branży, to już 3. Festiwal Aktorstwa Filmowego we Wrocławiu będzie świętem uznanych weteranów polskiego kina. Odbywający się w dniach 8-13 listopada przegląd to celebra doskonałego aktorstwa: owszem, widzowie oglądają tu filmy, ale są one jedynie pretekstem do próby uchwycenia fenomenu zawodu aktora – pokazują warte zapamiętania kreacje, warsztat najlepszych adeptów tego zawodu, a na dodatek promują Wrocław i pobliskie Oleśnicę i Strzelin.

- W czasach, gdy każdy może być aktorem, choćby w swoim prywatnym filmie, zrobionym telefonem komórkowym, warto zwrócić uwagę na tych, których wyróżnia prawdziwe zawodowstwo i wyjątkowy talent – podkreśla dyrektor naczelny festiwalu, Stanisław Dzierniejko. Ale też we Wrocławiu można próbować utorować sobie drogę do własnej kariery scenicznej: warsztaty aktorskie prowadzi tu dyrektor artystyczny imprezy, czyli… Bogusław Linda we własnej osobie. Wybrany, najlepszy uczestnik warsztatów w ubiegłym roku miał szansę zaprezentować swój samorodny talent w serialu „Ojciec Mateusz”. Nie inaczej ma być i w tym roku.

Organizatorzy zapowiadają już obecność plejady gwiazd. Beata Tyszkiewicz i Marek Kondrat otrzymają Platynowe Szczeniaki – nagrody za wybitne osiągnięcia w aktorstwie filmowym. Widzowie będą mieli też szansę porozmawiać z artystami takimi, jak Tomasz Kot, Marcin Dorociński, Robert Więckiewicz, Agata Kulesza, Artur Żmijewski, Ewa Wiśniewska, Jan i Łukasz Nowiccy, Dawid Ogrodnik, Janusz Chabior, Joanna Brodzik, Paweł Wilczak i Olga Bołądź.

Projekcje będą organizowane w Dolnośląskim Centrum Filmowym, wraz z towarzyszącymi prelekcjami ekspertów. Bilety natomiast – jak zapowiadają twórcy festiwalu – będą bezpłatne i znajdą się w kasach DCF na dwa tygodnie przed rozpoczęciem festiwalu. Dotyczy to zarówno seansów filmowych, jak i spotkań z artystami. Ciekawe zatem, jak długo będą dostępne…

http://www.festiwalaktorstwa.pl/

Katedra niedocenianych profesjonalistów

Ledwie dwa dni po zakończeniu wrocławskiej celebry, w Bydgoszczy zgromadzą się „cisi bohaterowie” planu filmowego: operatorzy. Ich świętem – od przeszło dwóch dekad – jest Międzynarodowy Festiwal Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych CAMERIMAGE. Rozpoczynająca się 15 listopada (i trwająca tydzień) impreza to doskonale znany na całym świecie zlot tych speców, którym zawdzięczamy zarówno spektakularne panoramy, jak i dostrzeżenie drgnięcia najmniejszego mięśnia na twarzy aktora.

- Film jest jak gotycka katedra, która powstaje jako efekt współpracy artystów różnych profesji kierowanych przez „magister operis”, a w filmie przez reżysera – poetycko opisywał specyfikę imprezy jej dyrektor, Marek Żydowicz. – To głównie reżyserzy i aktorzy (którzy są jak rzeźby i obrazy zdobiące katedrę) przyciągają uwagę podczas festiwali, konkursów i przeglądów. Rola autorów zdjęć filmowych i ich znaczenie jako osób mających wkład w wizualny efekt całości – ostateczny kształt obrazu filmowego – jest zwykle niedoceniana. A jednak, tworzenie filmów przy użyciu kamery sięga źródeł kinematografii oraz narracji filmowej i tak samo jak fabuła kreuje znaczenie. Nie byłoby to możliwe bez wyjątkowej sztuki autorów zdjęć filmowych – dodawał. Architektów tych katedr będziemy celebrować w tym roku już po raz 22.

Organizatorzy postanowili się więc upomnieć o szacunek dla „mistrzów szkiełka”, przez które patrzymy na filmowy świat. Przyznawane na festiwalu nagrody – Złote, Srebrne i Brązowe Żaby – to jedne z najbardziej prestiżowych wyróżnień w świecie X Muzy. Co ważne, organizatorzy nie koncentrują się wyłącznie na twórcach uznanych już dzieł. W Bydgoszczy swoją szansę mają i ci, którzy są dopiero u progu kariery: poza Konkursem Głównym zaplanowano zatem Konkurs Etiud Studenckich, Konkurs Filmów Polskich, Konkurs Debiutów Filmowych, Konkurs Wideoklipów, Camerimage Market czy Camerimage Forum. Do tego szereg pokazów specjalnych, premier, przeglądów i retrospektyw, wystawy, koncerty i – jakżeby inaczej – spotkania z gośćmi festiwalu.

http://www.camerimage.pl

Nagroda w rękach widzów

Gdy w Bydgoszczy widzowie będą się jeszcze upajać najlepszymi ujęciami w historii kina, na drugim końcu kraju ruszy impreza może nieco bardziej kameralna – ale nie mniej interesująca. Po raz dziewiąty będzie można uczestniczyć w Międzynarodowym Festiwalu Młodego Kina „Pełny Metraż” w Lublinie (19-23 listopada). Nazwa teoretycznie mówi sama za siebie, ale doprecyzujmy: lubelska impreza to przegląd kina autorskiego, pełnometrażowego (do konkursu przyjmowane są dzieła nie krótsze niż 60 minut), będącego dziełem twórców młodych i niezależnych. Jak rozumieją to organizatorzy? Chodzi im o dzieła „tworzone przez pasjonatów, powstające z prawdziwej potrzeby artystycznej wypowiedzi i kreowania kina, zwykle w oparciu o oryginalne, własne scenariusze twórców”.

Przyjmowane do konkursu filmy mają więc być „autentycznym i ważnym głosem pokoleniowym”. Dzięki rozbudowanej formule filmu – trudno bowiem o etiudę, która trwałaby więcej niż konkursowa godzina – wypowiedź artystów ma być pełniejsza i bardziej przemyślana. Na marginesie: w ubiegłorocznej edycji główną nagrodę Pełnego Metrażu zdobyły wspomniane wyżej „Bobry”…

Twórcy Pełnego Metrażu postanowili też podjąć się ciekawego eksperymentu – tradycyjnie przyznawaną najlepszemu dziełu w danej edycji nagrodę pieniężną – od 2014 roku ma przyznawać… publiczność. „Filmy tworzy się dla widzów i dlatego nadal uważamy, iż nagroda przyznana przez publiczność jest najcenniejszym wyróżnieniem dla filmowca” – deklarują. Oczywiście, nie będzie głosowania całej sali przez podniesienie rąk. Z widowni wyłonione zostanie piątka zapaleńców – tych, którzy obejrzą wszystkie przewidziane w programie filmy, podyskutują o nich, a następnie przeforsują swój wybór w bezpośredniej konfrontacji z resztą festiwalowej publiczności. Nabór do tego wyjątkowego jury będzie trwać do końca października.

http://kinoteatrprojekt.pl

Krótko i na temat

21 listopada w Krakowie ruszy z kolei 21. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Etiuda & Anima: najstarszy w Polsce przegląd osiągnięć studentów szkół filmowych i artystycznych z całego świata, a także dorobek twórców animacji artystycznej. „Filmy, których nie zobaczysz nigdzie indziej, niszowe i autorskie kino, animacje na żywo, studencka twórczość z całego świata, oryginalne filmy animowane, inspirujące spotkania z artystami” – tak zachwalają swoją imprezę organizatorzy. I rzeczywiście, musi być w tym coś więcej niż autopromocja, skoro Polski Instytut Sztuki Filmowej wyróżnił ubiegłoroczną edycję festiwalu specjalną nagrodą.

Dwoma filarami krakowskiego przeglądu są konkursy: na etiudy fabularne i dokumentalne (nagradzane Dinozaurami) oraz dla twórców animacji (tu nagrody noszą nazwę Jabberwocky). Specjalny Złoty Dinozaur trafia z kolei w ręce wybitnych pedagogów, którzy jednocześnie wciąż są praktykami sztuki. Wiele filmów, jakie będziemy mieli okazję zobaczyć na 21. edycji festiwalu, można już dziś obejrzeć (lub przynajmniej zapoznać się z trailerami) na facebookowym profilu imprezy. Z kolei w trakcie przeglądu będzie można też przypomnieć sobie co bardziej interesujące dzieła z poprzednich lat czy nawet historii kina: przede wszystkim dokumentalnego i animowanego. W programie znajdzie się zapewne wiele ciekawostek, które w Polsce nie miały swojej premiery, a miłośnikom twórczości w stylu „Walca z Baszirem” powinny przypaść do gustu. W coraz większym stopniu na program festiwalowych spotkań wpływają nowe media i formy, które można przygotowywać w oparciu o nie.

Ważnym elementem krakowskiego festiwalu jest towarzyszenie uczestniczącym w nim twórcom również w kolejnych latach. Na Etiuda & Anima debiutował m.in. Florian Gallenberger, w 2001 r. laureat Oscara za „Quiero Ser”, film prezentowany raptem rok wcześniej w Krakowie. Ale lista nazwisk związanych z festiwalem artystów – ważnych i liczących się dziś na filmowej giełdzie – mogłaby iść w dziesiątki, jeśli nie setki. Impreza potrwa do 27 listopada.

http://etiudaandanima.com/

sobota, 01 listopad 2014 20:18

W POGONI ZA SENIOREM

Kiepskie wyniki testów poznawczych, rychłe przechodzenie na emeryturę, brak zaangażowania w życie społeczne – takie jest statystyczny obraz polskiego seniora. Mimo rozmaitych inicjatyw polscy emeryci wydają się być niezainteresowani uczestniczeniem w życiu publicznym. A może nie dostrzegają adresowanych do nich inicjatyw?

Według Międzynarodowego Badania Zdrowia, Starzenia się i Przechodzenia na Emeryturę polski senior żyje w większym dyskomforcie niż jego rówieśnicy z innych krajów Europy. Uśredniając, jedynie co szósty, może nawet co siódmy z nich podtrzymuje jakąś aktywność zawodową (u naszych zachodnich sąsiadów – niemalże co drugi), znaczna większość boryka się też z problemami materialnymi. Zresztą, jakakolwiek aktywność pozazawodowa emerytów – czy to rekreacyjna, czy związana z kształceniem – nie cieszy się w Polsce większą popularnością.

Konsultować, doradzać, inicjować?

Prób wciągnięcia seniorów z powrotem do aktywnego życia jednak nie brakuje – zarówno na szczeblu centralnym, jak i samorządowym. Rząd opracował m.in. program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych, zabiega o utrzymanie przechodzących na emeryturę profesjonalistów na rynku pracy, próbuje tworzyć warunki mające sprzyjać podtrzymaniu przez nich samodzielności.

Inna inicjatywa to przeforsowana w ubiegłym roku instytucja gminnej rady seniorów – swoisty odpowiednik młodzieżowych rad gmin, funkcjonujących od trzynastu lat. Teoretycznie ma ono pozwalać najstarszym mieszkańcom danej jednostki przedstawiać swoje oczekiwania i pomysły – według uchwalonego zeszłej jesieni przepisu, „gminy mają sprzyjać solidarności międzypokoleniowej oraz tworzyć warunki do pobudzania aktywności obywatelskiej osób starszych w społeczności lokalnej”.

W praktyce gminne rady seniorów zaczęły powstawać wiosną i latem br. – jednak śladów ich działania, nie mówiąc o realnym wpływie na politykę lokalnych władz, trudno się doszukać. Być może dlatego, że rady powinny mieć „charakter konsultacyjny, doradczy i inicjatywny”. Innymi słowy, może sformułować swoją opinię – na dowolny temat, bowiem zakres tematyczny nie został określony – i… to by było na tyle.

Z drugiej strony, można oczywiście powoływać się na godne uwagi – i pochwały – inicjatywy samych samorządów. Skrzętnie próbują je wyławiać np. senatorzy, którzy w ramach konkursu „Samorząd przyjazny seniorom” (patrz str. 34-35), typują i nagradzają najlepsze projekty inicjatyw adresowanych do starszych osób. Tych jednak wciąż jest tyle, co kot napłakał. Ot, jeszcze jeden przyczynek do zastanowienia się, czy na pasywność polskich seniorów nie wpływa brak adresowanych do nich inicjatyw.

5,5 mln 70-latków

Paradoksalnie, nieunikniony trend do starzenia się polskiego społeczeństwa podchwytuje wyłącznie sektor przedsiębiorstw z branży medycznej. Potentaci tego rynku, np. ostatnio firma Medicover, intensywnie inwestują w rynek usług dla osób starszych. W największych miastach Polski trwa wręcz rywalizacja o to, kto najsprawniej dotrze z firmową ofertą do seniorów. Chodzi zarówno o klasycznie rozumianą opiekę – te same usługi, które polscy rehabilitanci i pielęgniarki oferowali dotychczas seniorom w krajach zachodnich – jak i nowe pomysły, np. teleopiekę. W tym ostatnim przypadku warto nadmienić, że z tej usługi korzysta obecnie około 3 tysięcy osób w Polsce – niektórzy z nich mogą korzystać przy wykupie tej usługi ze wsparcia samorządów.

Być może tędy droga. Według specjalistów największe zapóźnienia w grupie najstarszych Polaków dotyczą opieki zdrowotnej – tym bardziej, że model opieki oparty na, potocznie rzecz nazywając, domach starców, nad Wisłą się nie przyjął. Z jednej strony, świadczy to o przywiązaniu do tradycyjnych wartości rodzinnych, z drugiej jednak – często skutkuje zaniedbaniem osób starszych, co jednocześnie przekłada się na ich pasywność. I dlatego, choć część JST zaczęła w ostatnich latach np. dokładać do budowy lokali przeznaczonych dla seniorów (np. w ramach TBS), to wciąż poprawa stanu zdrowia powinna pozostać priorytetem.

Sprawa jest coraz bardziej paląca: w ciągu dekady nad Wisłą będzie żyć 5,5 mln osób w wieku ponad 70 lat. Jak by nie spojrzeć, ich wiedza i doświadczenie oraz chęć do dalszego uczestnictwa w życiu publicznym to wciąż niewykorzystany potencjał. Druga strona medalu to, oczywiście, konieczność zapewnienia seniorom wymaganych świadczeń – a więc przygotowanie odpowiedniej strategii finansowej. Miejmy nadzieję, że taka powstanie zawczasu.

sobota, 01 listopad 2014 20:17

INTERAKTYWNY PRZYSTANEK

Wkrótce w pejzażu ulic polskich miast może pojawić się kolejna nowinka technologiczna: internaktywna wiata. Do pewnego stopnia nowe rozwiązanie może skończyć z bolączkami metropolii – zrywaniem rozkładów jazdy, ich aktualizacją i zmianami wywołanymi np. przez remonty. Pytanie, jak obroni się przed wandalami.

– Interaktywny przystanek to rozwiązanie przyjazne podróżującym. System nie pozwoli pasażerom na dezorientację, kiedy w rozkładzie komunikacji miejskiej nastąpią zmiany. Poza tym, nasze urządzenie posiada szereg udogodnień dla osób starszych, niedowidzących i głuchoniemych – przekonuje Przemysław Kozłowski, prezes spółki GLIP, producenta urządzenia. Choć w Polsce jest to pewne novum, to internatywne przystanki pojawiły się już w wielu światowych metropoliach – choćby San Francisco, Pekinie czy nawet niedalekim w końcu od Polski, Bukareszcie.

Na „interfejsie” przystanku komunikaty są stale aktualizowane, a zmiany są sygnalizowane podróżnych. Prezentowane w ten sposób informacje obejmują m.in. remonty, zamknięte ulice, korki. Można tu znaleźć również informacje związane z topografią miasta, komunikacją, możliwością przesiadki do innych środków transportu. Dzięki temu interaktywne przystanki mogą być użyteczne zarówno dla mieszkańców metropolii, jak i turystów – którzy próbują się w niej odnaleźć.

Wspomniane udogodnienia dla osób starszych czy niepełnosprawnych to przede wszystkim możliwość powiększania tekstu oraz translator języka migowego (we współpracy z firmą Migam.pl). Producent urządzenia zapowiada też w przyszłości wprowadzenie możliwości nawigacji głosem. – Oprogramowanie przystanku może być dowolnie rozszerzane. Oprócz rozkładu jazdy, pasażerowie mogą sprawdzić pogodę na najbliższe dni, repertuar kin i teatrów, dowiedzieć się o najbliższych wydarzeniach w mieście – dodaje Kozłowski. Do tego można też dorzucić multimedialny przewodnik po zabytkach oraz lokalną tablicę ogłoszeń.

Standardową opcją tego typu rozwiązań jest możliwość wyświetlania reklam, co z czasem rekompensuje wydatki związane z zakupem rozwiązania oraz pozwala zaadaptować wcześniejsze formuły związane z „oplakatowaniem” wiat. Służą do tego zewnętrzne ekrany. – Za pomocą multimedialnych nośników można zapraszać widzów do interakcji i dzięki wbudowanej kamerze – rejestrować ich zachowania, emocje. Można też precyzyjnie dobierać przekaz dla danej lokalizacji, dnia czy godziny – wyjaśnia Przemysław Kozłowski. Inna reklama rano, inna w porze popołudniowych powrotów z pracy, jeszcze inna w weekendy, w dniu matki lub w pobliżu akademika – przekonują konstruktorzy przystanku. W Pekinie interaktywne ekrany pozwalają też na swoiste zabawy z pasażerami – na przykład, określanie ich stanu szczęścia.

Pozwalają na to systemy takie jak system rozpoznawania wielu punktów dotyku jednocześnie. Dzięki temu rozkład jazdy może też równocześnie przeglądać kilka osób. Zastosowane monitory posiadają matrycę LED, dzięki czemu są energooszczędne. Przystanek posiada szereg zabezpieczeń przeciw dewastacji. – To bezpieczna i solidna konstrukcja – zapewnia Mateusz Grzegorski z firmy A2HM, która razem z GLIP zrealizowała wiatę.

Jak podkreśla Przemysław Kozłowski, samorządowcy i instytucje odpowiedzialne za miejską komunikację są zainteresowani nowymi wersjami miejskich przystanków. W ślad za cyfryzacją administracji i wielu usług publicznych czas i na komunikację miejską, a nic bardziej nie przekonuje do technologicznych nowinek, jak „gadający przystanek”. Urządzenie będzie można oglądać m.in. podczas październikowych poznańskich targów GMINA 2014.

sobota, 01 listopad 2014 20:12

ANGELA MERKEL W KAŻDEJ GMINIE

Hanna Gronkiewicz-Waltz w Warszawie, Hanna Zdanowska w Łodzi, Małgorzata Mańka-Szulik w Zabrzu oraz lokalne liderki opisywane choćby na łamach Magazynu Samorządowego GMINA – wydaje się, że kobiet na czołowych stanowiskach w samorządach nie brakuje. Ale też panie mają poczucie niedoreprezentowania w lokalnych władzach – i wszystko wskazuje na to, że w najbliższej kadencji chcą to odrobić.

We Wrocławiu o urząd prezydenta zetrą się aż trzy kobiety: Aldona Wiktorska-Święcka, jeszcze niedawno pełniąca funkcję doradcy prezydenta miasta, kandydatka PiS – Mirosława Stachowiak-Różecka oraz Anna Kubica z Twojego Ruchu. „Hanka! Nie bój się debaty” – apelowała z kolei w Łodzi rywalka Hanny Zdanowskiej, była marszałek województwa łódzkiego Joanna Kopicńska (PiS). Nie jedyna to konkurentka do tego urzędu w mieście, bo należałoby też wspomnieć o Agnieszce Wojciechowskiej van Heukelom, sprawującej swego czasu funkcję doradcy prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. W Warszawie do fotela w ratuszu przymierza się też Joanna Erbel, przedstawicielka Zielonych, w Katowicach była senator i prodziekan Wydziału Radia i TV Uniwersytetu Śląskiego Krystyna Doktorowicz, w Krakowie Platformę Obywatelską reprezentuje Marta Patena.

Wygląda więc na to, że nie jest tak źle, jak przedstawiają to przynajmniej niektórzy uczestnicy debaty o polskim życiu politycznym. Przypomnijmy, że jeszcze latem Rzecznik Praw Obywatelskich Irena Lipowicz utyskiwała na niedostatek adresowanych do kobiet akcji informacyjnych, które pozwalałyby uzyskać wiedzę o nowych rozwiązaniach w zakresie prawa wyborczego, zwłaszcza odnośnie problematyki równości płci. Lipowicz podkreślała, że to czynnik wpływający w negatywny sposób na polską politykę lokalną, przekładający się na niewielki udział kobiet w polskim życiu politycznym.

Obrazek nie jest jednak aż tak jednoznaczny, jak mogłoby się wydawać. Wybory w okręgach jednomandatowych – w obiegowej opinii: kolejna kłoda rzucana pod nogi kobietom – wcale nie muszą eliminować pań z polityki. – Wszystkie badania na świecie wskazują, że systemy większościowe z jednomandatowymi okręgami wyborczymi są mniej sprzyjające udziałowi kobiet w polityce, niż systemy proporcjonalne z listami – przyznawała w trakcie niedawnej specjalnej konferencji na temat udziału kobiet w polityce pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania prof. Małgorzata Fuszara.

Jednocześnie jednak podkreślała, że ta męska dominacja przejawia się przede wszystkim w trakcie wyborów parlamentarnych. Wybory lokalne to już zupełnie inna historia. – Wybory samorządowe w okręgach jednomandatowych już były u nas na poziomie gmin do 20 tys. i kobiet po tamtych wyborach jest więcej, niż wcześniej. Okazuje się, że wybory w okręgach jednomandatowych nie są progiem nie do przekroczenia – podkreślała prof. Fuszara. Jej zdaniem, to po części zasługa specyfiki wyborów samorządowych – opierającej się na roli odgrywanej przez lokalne komitety, mniejszym znaczeniu partii politycznych i ich list kandydatów.

To właśnie na listach partyjnych odbywa się symboliczna „rzeź kobiet” – nawet działaczki z wieloletnim doświadczeniem i sukcesami lądują na dalszych miejscach (nie ukrywajmy, rzadko zauważanych przez głosujących). Efekt? W poprzednich wyborach były takie gminy – w liczbie 61 – gdzie nie wybrano ani jednej kobiety. – Były takie przypadki, kiedy do rady kandydowało ponad 50 proc. kobiet i nie dostała się żadna z nich – komentowała Aleksandra Niżyńska z Instytutu Spraw Publicznych. Takie przypadki pojawiają się w większości, aż w dwunastu, województw. Chlubne wyjątki to województwa lubuskie, warmińsko-mazurskie, opolskie i śląskie. Ta kobiety są w każdym samorządzie.

Oczywiście, w nadchodzących wyborach do rad powiatów, rad miejskich, sejmików oraz rad dzielnic Warszawy obowiązuje system proporcjonalny – kobiety nie mogą stanowić mniej niż 35 proc. liczby wszystkich kandydatów. Można jednak mieć wątpliwości, czy rozwiązania systemowe będą w stanie zmienić ten bilans: bardziej decydować będą luźne skojarzenia, jakie przeciętni wyborcy mogą podchwycić w mediach czy filmach. A tam, na szczęście, silnych kobiet nie brakuje: Angela Merkel w Niemczech, Hillary Clinton w USA, Dilma Rousseff w Brazylii – to archetypy skutecznych i silnych polityków, którym płeć nie przeszkadza w podejmowaniu decyzji i odnoszeniu sukcesów. Może zatem warto rozejrzeć się za ich odpowiednikami w naszym otoczeniu?

sobota, 01 listopad 2014 20:11

JESIENNY FESTIWAL ODDANYCH INWESTYCJI

8 listopada ruszą regularne kursy II linią stołecznego metra. Po czterech latach prac, opóźnieniach i sparaliżowaniu komunikacji w kilku kluczowych punktach miasta – M2, rozciągnięta na sześciu kilometrach długości i obejmująca siedem stacji, błyszczy nowością. W ratuszu musiało rozlec się westchnienie ulgi: zdążyliśmy. Pociągi wyjadą na trasę w idealnym momencie: na tydzień przed wyborami.

W mieście takim, jak Warszawa, i z taką historią – chyba nie mogło być inaczej. Budowa drugiej linii metra przypominała serial, z kolejnymi dramatami: wdarcie się wody na plac budowanej nad Wisłą stacji przy Centrum Nauki Kopernik (z wyłączeniem mostu i tunelu drogowego nad samą rzeką, jednej z najważniejszych arterii komunikacyjnych miasta), niebezpieczeństwo osypania się ziemi i uszkodzenia kamienic w centrum miasta, przy ulicy Świętokrzyskiej, niewybuchy czasów wojny, niezaznaczone na mapach instalacje i pozostałości budynków sprzed II wojny światowej, znaleziska historyczne itp. Do tego artystyczne instalacje Wojciecha Fangora. Nic dziwnego, że przez cztery lata budowa dostarczała pożywki mediom i satyrykom.

Oddawany do użytku obiekt pozostawia prawdopodobnie nieco do życzenia: dziennikarze, którzy mieli możliwość przejechać się nowym metrem jako pierwsi wskazują, że przynajmniej w niektórych miejscach prace właściwie jeszcze trwały. – Mam nadzieję, że uda nam się centralnym odcinkiem II linii metra pojechać jeszcze w tym roku – asekurowała się też oficjalnie prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz. Ale nikt nie miał też większych wątpliwości, że metro ma ruszyć jeszcze przed wyborami. Trudno też uznać za przypadek, że zakończone jeszcze w ubiegłym roku, organizujące już niekiedy imprezy i przyjmujące odwiedzających Muzeum Historii Żydów Polskich oficjalnego otwarcia doczeka się… 28 października. I nic dziwnego, festiwal oddawania inwestycji na kilka tygodni przed wyborami zaczął się praktycznie w całym kraju.

Daj Boże, świętujmy!...

„Daj Boże wybory co roku. W Rzeszowie otwiera się inwestycja za inwestycją” – czytamy na stronach serwisu nowiny24.pl. Ironia być może usprawiedliwiona – faktem jest jednak, że właśnie dobiega jedna ze sztandarowych inwestycji tej kadencji obecnych władz. – Na Alejach Wyzwolenia powstały dodatkowe nitki jezdni, a także dwa ronda. Przebudowaliśmy także wiadukt na ulicy Warszawskiej. Te wszystkie zmiany bardzo usprawnią ruch w tej części Rzeszowa – podkreślał prezydent miasta, Tadeusz Ferenc. W ponownym otwarciu ulic mają uczestniczyć notable z ratusza, a miejscowe media plotkują, że całość poświęci biskup diecezji rzeszowskiej Jan Wątroba. Niewiele mniejszego rozmachu należy się spodziewać w innych przypadkach: na osiedlu Krakowska Południe oddany zostanie do użytku park przy ulicy Błogosławionej Karoliny, mieszkańcy będą mogli korzystać z nowych odcinków tras rowerowych oraz nowych placów zabaw – nowe inwestycje pojawiają się w niemal każdej dzielnicy. Do tego ratusz dorzucił pomnik rzeszowskich siatkarzy oraz darmowe przejazdy komunikacją miejską dla bezrobotnych.

Rzeszowianie wydali na wspomniany remont czołowych arterii miejskich 62 mln zł. Jeszcze więcej kosztowała „największa inwestycja komunikacyjna Częstochowy”: budowa wiaduktu, którym Aleja Jana Pawła II przeskakuje nad „jedynką”, trasą DK1. Miejscowy ratusz, wysiłkiem poprzedniej i obecnej ekipy, wysupłał na tę inwestycję 84 mln zł (w tym należałoby też uwzględnić most nad Wartą, oddany w ramach preludium we wrześniu). Z tego trzy czwarte – podobnie jak w Rzeszowie – pochodziło z funduszy UE. I tutaj napięcie stopniowano. Niektóre elementy inwestycji oddano we wrześniu, w pierwszy weekend października „roboczo” wpuszczono pierwszych kierowców, a oficjalną imprezę zaplanowano na 12 października. – Będziemy świętować i cieszyć się wraz z częstochowianami – zapowiedział okolicznościowy festyn prezydent Krzysztof Matyjaszczyk.

I tak w całym kraju: na Podkarpaciu kierowcy będą mogli wjechać na nowy odcinek autostrady, z Tarnowa do Dębicy, 7 listopada; w Kartuzach dopiero we wrześniu wpuszczono miłośników sportu na nowy kompleks boisk (choć prace zakończyły się w lipcu); w Olsztynie przebudowywana plaża miejska została oddana plażowiczom… z końcem wakacji; w powiecie rybnickim na potęgę powstają nowe wielofunkcyjne boiska, które mają zostać oddane do użytku jeszcze w tym roku; w powiecie śremskim budowa nowego szpitala zakończyła się kilka miesięcy temu. – Od pół roku szpital stoi pusty – precyzował radny powiatowy ze Śremu, Marcin Bednarz. – Wszyscy zastanawiają się, czemu to ma służyć – dodawał.

Okres wyborczy sprzyja nie tylko oddawaniu inwestycji do użytku, ale też zaczynaniu ich – lub zapowiadaniu. Na początku października władze Gdyni postanowiły przypomnieć mieszkańcom o pomyśle na gigantyczną rozbudowę śródmieścia. W ciągu dwudziestu najbliższych lat, być może z lekkim okładem, centrum miasta powinno rozbudować się dwukrotnie, od tzw. Waterfrontu począwszy, po tereny położone „w głębi” lądu. – Ten obszar został wyjęty z terenów miejskich w skutek gwałtownego rozwoju portu, który rozwijał się szybciej niż samo miasto. Jednak pierwotnie był ujęty w szkicach urbanistów jako teren przeznaczony pod funkcje miejskie – podkreślał na łamach lokalnej „Gazety Wyborczej” Marek Stępa, wiceprezydent Gdyni. Pomysł więc stary, ale jary: zwłaszcza w gorącym politycznie okresie.

Przeszarżowane kalkulacje

Trudno oczywiście potępiać lokalnych liderów, że chcą chwalić się zrealizowanymi w czasie kadencji inwestycjami. Inna sprawa, że mogą się w takiej przeliczyć. Tak stało się choćby na warszawskim Wawrze, gdzie prace na jednej z ulic zakończyły się właściwie już wiosną, natomiast przez kilka miesięcy – z niewiadomych powodów – wyremontowaną uliczką nie dało się przejechać, a na chętnych czyhali policjanci. W oczach mieszkańców sytuacja była ewidentnym dowodem na przedwyborcze kalkulacje rządzących dzielnicą polityków.

Opozycyjni radni w Warszawie pomstowali też na metro. – Październik i połowa listopada to najgorętszy okres kampanii wyborczej – podkreślał radny PiS, Jarosław Krajewski. – Władze miasta na pewno będą pokazywać dziennikarzom i radnym że budowa się udała, mimo że inwestycja opóźniła się o rok – dodawał. Cóż, pozostając przy casusie metra: ratusz zapowiada, że przetarg na wydłużenie M2 być może uda się ogłosić jeszcze w tym roku. Dobudowanie sześciu stacji (po trzy z każdej strony) mogłoby się zacząć jesienią przyszłego roku, a pociągi dojeżdżałyby na nowe stacje… z końcem 2018 r., a więc w okresie, kiedy można przewidywać kolejne wybory. Przypadek? – można by zapytać sarkastycznie. – Pewnego rodzaju manipulacja terminami może działać w dwie strony, tzn. dążyć do przyspieszenia albo opóźnienia inwestycji, by wstrzelić się w kalendarz wyborczy – komentował na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” dr Radał Chwedoruk, politolog z UW. Tyle że gdy wyborcy dostrzegą tę manipulację, z łatwością może ona się obrócić przeciw pomysłodawcom.

sobota, 01 listopad 2014 20:09

NA TROPIE CHARYZMATYCZNEGO LOKALNEGO LIDERA

Polacy darzą polityków samorządowych znacznie większym zaufaniem niż tych, którzy zasiadają w rządzie czy Sejmie. Coraz chętniej politolodzy przypominają, że przyszłość należy do lokalnych liderów: miasta są coraz bardziej samodzielne, gminy muszą szukać nowych i frapujących pomysłów na siebie – jeśli chcą przetrwać i rozwijać się, a nie pustoszeć. Nic więc dziwnego, że znaczenie programu, pomysłów i osobowości lokalnego lidera nabiera znaczenia. Jak to wygląda w Polsce?

Gdyby to burmistrzowie rządzili światem – dowodzi znany amerykański politolog Benjamin Barber – ponad 3,5 miliarda ludzi, którzy są dziś mieszkańcami aglomeracji, i wielu innych, którzy żyją na przedmieściach mogłoby żyć lokalnie i współpracować globalnie w tym samym czasie. Nastąpiłby cud obywatelskiej „glokalności”, obietnica pragmatyzmu zamiast polityki, innowacji zamiast ideologii i poszukiwania rozwiązań zamiast zabiegania o suwerenność. To taka globalna wizja powszechnej szczęśliwości, w której to przedstawiciele największych metropolii będą mieli większe znaczenie niż prezydenci i szefowie rządów państw. Gdzie globalne zgromadzenie liderów lokalnych społeczności będzie miało większe znaczenie niż ONZ czy którykolwiek z globalnych sojuszy.

Idea nie jest nowa: sygnalizowali ją już wcześniej nieco mniej medialni zachodni politolodzy, jak Bruce Katz i Jennifer Bradley w „The Metropolitan Revolution” („Metropolitalna rewolucja”) czy Vishaan Chakkrabati w „A Country of Cities” („Kraj miast”). Barber idzie dalej od nich, ale też – jako autor globalnych bestsellerów „Dżihad kontra McŚwiat” czy „Skonsumowani” – może (i musi) pozwalać sobie na więcej.

Przez kilka ostatnich lat Barber podróżował po świecie, zaglądając do gabinetów prezydentów, burmistrzów czy merów aglomeracji, wypytując ich o wizje, plany, potrzeby. W Polsce spotkał się m.in. z prezydentami Wrocławia i Gdańska, Rafałem Dutkiewiczem i Pawłem Adamowiczem. Z tych dociekań powstał obrazek, który po części znajduje częściowe potwierdzenie również w polskich realiach: miasta rosną w siłę, przeniosła się do nich właściwie połowa ludzkości. W ślad za tym do miast przenosi się też siła polityczna, a głos lokalnych polityków nabiera znaczenia. Idee teoretyczne, wszystkie te -izmy, są stopniowo zastępowane egzaminem z praktycznej umiejętności zarządzania społecznością skupioną w metropolii. Umiejętne gospodarowanie w mieście przekłada się, właściwie promieniuje, następnie na cały region.

Przykłady? Reforma konstytucyjna przeforsowana przez obecnego premiera Włoch, a wcześniej burmistrza Florencji, Mateo Renziego: utworzenie dziewięciu metroregionów, zorganizowanych wokół największych miast. Ten model ma pozwolić na uniknięcie degradacji regionów wiejskich – metropolie mają pociągnąć za sobą wieś. Barber sięga też po inny, specyficzny przykład: Detroit, symbol upadku wielkiej przemysłowej aglomeracji. – Dziś to czarna dziura – dowodził na jednym ze spotkań w Polsce amerykański politolog. – Ale dziesięć hrabstw otaczających Detroit to piąty co do zamożności obszar w USA, rozwija się. Mieszkańcy nie wyjechali do Meksyku, ale kilkadziesiąt kilometrów dalej – dodawał.

Według profetycznej wizji Barbera, świat zmierza więc ku formule miast-państw na wzór Singapuru. To już jednak fantazja, w najlepszym przypadku bardzo odległa przyszłość. Jednak to, co można stwierdzić już dzisiaj – a co dotychczasowy przebieg kampanii wyborczej w Polsce zdaje się potwierdzać – to rosnąca pozycja polityków lokalnych. Włodarze tacy jak wspomniany Rafał Dutkiewicz we Wrocławiu, Jacek Majchrowski w Krakowie czy Tadeusz Ferenc w Rzeszowie to samodzielni lokalni liderzy, którzy zbudowali sobie niekwestionowaną pozycję i popularność wśród mieszkańców, co pozwala im całkowicie uniezależnić się od centralnych układów partyjnych i bieżącej polityki na szczeblu centralnym. Jak widzieliśmy w trakcie kampanii przed listopadowymi wyborami – to partie polityczne zabiegają dziś o to, by wciągnąć ich na swoją orbitę, a nie odwrotnie. Ich władza i wpływy będą rosnąć, im więcej kompetencji będzie trafiać w ich ręce. W skali globalnej mogliby być porównywani do Michaela Bloomberga, do niedawna burmistrza Nowego Jorku, czy Klausa Wowereita – również do niedawna rządzącego Berlinem.

Rycerz na lśniącym bicyklu

Konsekwencją procesu usamodzielniania się lokalnych liderów jest coraz wyraźniejsza zmiana akcentów: na znaczeniu traci „typ” przywództwa (oparty na kształcie instytucji samorządowych), a zyskuje jego „styl” (zależny od osobistych przymiotów lidera). – Ostatnie lata przyniosły przejście od typu przywództwa zbliżonego do „modelu kolektywnego” do „modelu silnego burmistrza” – konstatowali już przeszło dekadę temu autorzy analizy „Kto rządzi gminą i jak? Lokalni liderzy polityczni w teorii i praktyce samorządów w Polsce”, Paweł Swianiewicz i Urszula Klimska. Bezpośrednie wybory osób piastujących najwyższe urzędy w samorządzie stały się miniaturą powszechnych wyborów prezydenckich – nie przypadkiem cieszących się w Polsce najwyższą frekwencją.

Widać w tym zjawisku chęć powierzania spraw miasta w ręce wyrazistych przywódców, posiadających „kluczowe umiejętności współpracy, tworzenia koalicji czy mobilizowania zewnętrznych zasobów zewnętrznych”. „Obecność lidera będącego w stanie mobilizować społeczność lokalną wymieniona została na pierwszym miejscu wśród endogennych (wewnętrznych) czynników rozwoju” – dowodziły badania przeprowadzone na przełomie wieków przez Uniwersytet Warszawski. Stąd też swoista moda na odchodzenie od kolektywnego zarządzania na rzecz „rządów silnej ręki”: bezpośrednie wybory lokalnych włodarzy wprowadziły w ciągu ostatnich kilkunastu lat m.in. Grecja, Włochy, Belgia, większość landów niemieckich, Irlandia, częściowo Norwegia i Wielka Brytania. W tym ostatnim przypadku widać specyfikę lokalnej polityki, jak na dłoni: zarówno wybrany na burmistrza Londynu w 2000 r. Ken Livingstone (pierwszy burmistrz w historii tego miasta), jak i jego następca, wybrany w 2008 r. Boris Johnson to polityczni autsajderzy. Obaj byli zbyt ekscentryczni dla politycznego mainstreamu, pierwszy dla rodzimej lewicy, drugi – dla konserwatystów.

I obaj zasłynęli z kontrowersyjnych działań: Livingston toczył batalię o wypędzenie gołębi z Trafalgar Square i legendarnych piętrowych autobusów z londyńskich ulic. Wbrew lewicowym ciągotom sprywatyzował podjął decyzję o prywatyzacji londyńskiego metra. Jednocześnie potrafił mącić w polityce zagranicznej Wielkiej Brytanii, konsekwentnie krytykując wojnę w Iraku czy przyjmując w ratuszu wenezuelskiego prezydenta Hugo Chaveza. – Jeśli będziesz głosować na konserwatystów, twoja żona będzie miała większy biust, a twoje szanse na kierowanie BMW M3 wzrosną – reklamował się z kolei Johnson. Właściciel charakterystycznej, bałaganiarskiej fryzury również nie uniknął kontrowersji – jego rządy w londyńskim ratuszu to skandal wokół wydatków z miejskiej kasy czy konflikt z szefem stołecznej policji. Ale też Johnson twardą ręką przeforsował zakaz picia alkoholu w komunikacji miejskiej, a ratusz zadbał, żeby głośno było o jego rowerowych przejażdżkach po mieście – i interwencji w obronie napadniętego na jednej z ulic filmowca (który zrewanżował się burmistrzowi, nazywając go „rycerzem na lśniącym bicyklu”).

Oczywiście, wielkie metropolie mają swoją specyfikę: tu dobry pomysł – w dobrej realizacji – może wręcz zastąpić program wyborczy. A jednocześnie tu włodarz może sobie pozwolić na więcej niż politycy zajmujący się polityką na szczeblu ogólnokrajowym. W polskich realiach ekscentryków jednak ze świecą szukać głównym lejtmotywem kampanii wyborczej jest poza „na menedżera” – politycy podkreślają swoje dotychczasowe polityczne czy biznesowe doświadczenie, zapowiadają zrobienie porządków w miejskiej kasie, na ulicach, przeforsowanie nowych inwestycji. Osobowość schodzi na drugi plan.

Jednocześnie jednak już w 2010 r. wśród kandydatów można było znaleźć „perełki”. Piotr Franaszek (PO), który wówczas startował do sejmiku województwa lubelskiego, a od niedawna jest dyrektorem Centrum Spotkania Kultur w Lublinie, zaprezentował się wyborcom na plakatach stylizowanych na wyświetlaną wówczas kolejną część przygód Jamesa Bonda (w towarzystwie wystylizowanej na „dziewczynę Bonda” Joanny Muchy). Filmowych skojarzeń nie unikał też ubiegający się ponownie o prezydenturę Olsztyna Janusz Cichoń (obecnie poseł PO), którego wsparł Krzysztof Hołowczyc i batmobil – pojazd niejakiego Batmana. „Do dalszego rozwoju miasta potrzebny jest człowiek z wizją. Potrzebni są Batman…” – dowodził lektor jego klipu – „…i Janusz Cichoń” – dorzucał zza uchylonej szyby Hołowczyc.

Na warszawskim Bemowie starli się wówczas odziany w zbroję, z mieczem w dłoni Jarosław Oborski (z ramienia PO) i rozebrana do kostiumu kąpielowego celebrytka Sara May (Wspólnota Samorządowa Nasze Miasto). Po ulicach Chorzowa szalał w seicento Rafał Przełonczkowski z PO, zza kierownicą prezentował się rapujący kandydat PiS Jerzy Zuba. Osobiście pieśń biesiadną wykonała kandydatka SLD do sejmiku województwa mazowieckiego Marta Ratuszyńska, a kandydat PSL do sejmiku województwa kujawsko-pomorskiego Paweł Sankowski promował się klipami, zawierającymi zbitkę zdjęć z wakacji oraz pościąganych z sieci kadrów rozmaitych zwierzątek w udziwnionych, przerażająco-dramatycznych pozach (wynikających z szoku na wieść o kandydaturze tego polityka).

Prezydent na prezydenta

Te próby wyróżnienia się w tłumie skądinąd podobnych – i w największych miastach, nie ukrywajmy, anonimowych – kandydatów nijak mają się jednak do realiów politycznych. Eksperci zasadniczo wyróżniają cztery modele przywództwa politycznego. Pierwszy to model psychologiczny – oparty na wybitnych, wyjątkowych cechach osobowości polityka, na charyzmie określanej jako osobisty magnetyzm lidera, skłaniający jego zwolenników do popierania go. Znacznie spokojniejszy charakter ma przywództwo interakcyjne – to raczej współzależność lidera i jego zwolenników, wspólnota ideałów lub interesów. Wyróżnia się też model sytuacyjny – oparty na awansie na pozycję lidera w wyniku nierzadko przypadkowego zbiegu okoliczności, wydarzeń, które wymagały reakcji i w których dany lider przejawił inicjatywę (skądinąd, również charyzmę). Ostatni – instytucjonalny – model to z kolei konsekwencja procedur czy decyzji politycznych, które wypchnęły kandydata do przywództwa.

Można przyjąć, że większość politycznych nominacji partyjnych w samorządach – z perspektywy wyborców, oczywiście – można by uznać za przykłady tego modelu. W ściśle teoretycznych kategoriach można by też zapewne mówić o próbie przechodzenia na model pierwszy – kiedy to partie szukają tych charyzmatycznych liderów, by w jakiś sposób pozyskać ich dla siebie.

Jak to wygląda w polskich realiach? W rankingach najbardziej wpływowych polityków w Polsce znajdziemy jedynie garstkę samorządowców. Właściwie obligatoryjnie trafia tu prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz (przypomnijmy jednak, że administrowanie najważniejszą metropolią jest funkcją wyjątkową i bywa punktem wyjścia do kariery na szczeblu ogólnokrajowym: merem Paryża był przez osiemnaście lat Jacques Chirac, burmistrzem Stambułu był wieloletni premier i obecny prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdogan, Warszawą rządził Lech Kaczyński), a także Jacek Majchrowski, Rafał Dutkiewicz czy Wojciech Szczurek. Olbrzymia większość najlepiej znanych samorządowców w Polsce to przedstawiciele przywództwa interakcyjnego lub instytucjonalnego.

Nic więc dziwnego, że większość z nich swoją charyzmę podkreśla przede wszystkim podczas otwierania nowych inwestycji czy pokazując się na imprezach organizowanych dla mieszkańców. Nieliczni próbują prezentować mieszkańcom administrowanych przez siebie jednostek jakieś wizje, które sięgałyby dalej w przyszłość, czy obejmowały coś więcej niż szereg zaplanowanych na następną kadencję inwestycji. Ale też można odnieść wrażenie, że jeśli o pierwszym wyborze na stanowisko decydują czynniki, które wpisują się w model przywództwa „interakcyjnego” i „instytucjonalnego”, to już sztuka reelekcji udaje się przede wszystkim tym, w których mieszkańcy dostrzegą „coś więcej” – jakiś rodzaj charyzmy, niezależności, wychodzenia do wyborców czy przynajmniej schlebiania ich gustom i podążania za ich nastrojami. O tym, że władza nie jest „nad gminą” lecz po to, „by osiągnąć cel”, mówiło w publikowanych przez Magazyn Samorządowy GMINA rozmowach wielu lokalnych liderów, na jednym oddechu niemalże wspominając, że ich drzwi są zawsze otwarte dla mieszkańców. Taki model przywództwa – jeśli rzeczywiście jest realizowany – Polacy zdają się coraz bardziej lubić. Nie tylko Polacy zresztą.

Na dłuższą metę oznacza to jedno: politycy chcący robić karierę w samorządach będą musieli zadbać o charyzmę – rozumianą zarówno jako umiejętność zaprezentowania swoich najlepszych cech charakteru, jak i skuteczności podejmowanych wcześniej działań, profesjonalizmu i przywiązania do miejsca, w którym się startuje. Politycy o niekwestionowanej pozycji w dzisiejszych samorządach to bowiem ci, którzy nie zdradzają się z ambicjami sięgającymi Sejmu, resortów rządowych czy stanowisk ogólnopolskich – to raczej lokalni patrioci. Oczywiście, takie umiejętności autoprezentacji niełatwo zdobyć. Dotychczasowe doświadczenia ze spin doktorami dowiodły raczej, że mogą oni wyeksponować istniejące talenty polityka niż je stworzyć.

17 milisekund na mimikę

Na pocieszenie można też dodać, że eksperci przekonują, iż charyzmy można się nauczyć. – Pamiętaj, charyzmę można zdobyć – przekonuje Olivia Fox Cabane, ceniona amerykańska ekspertka w dziedzinie szkoleń. – Jest ona rezultatem nierzadko konkretnych i określonych zachowań. Ich efektem jest zaufanie, sympatia i chęć podporządkowania się twoim radom lub poleceniom – dodaje. Kluczowe czynniki badaczka podzieliła na trzy grupy: związane z wyglądem i traktowaniem rozmówców, władczością przejawiającą się zarówno w języku ciała, jak i sposobie wyrażania się, a wreszcie… ciepłem. Kategorią może niedookreśloną, ale niewątpliwie pojawiającą się u wszystkich liderów, za którymi wiernie podążali wyborcy.

- Ludzie odczytują mimikę rozmówców w 17 milisekund. Jeśli poczują, że robią na tobie wrażenie, pokochają cię. Ale jeśli nie będziesz zwracać uwagi na to, co mówią, natychmiast to zauważą – mówi Cabane. Wówczas zapewnianie o swoim zaangażowaniu przyniesie wręcz odwrotny od oczekiwanego skutek. Oczywiście, trudno skupiać uwagę, gdy po raz „enty” słyszy się te same argumenty czy historie. Cabane doradza w takim przypadku skupienie się na odczuciach własnych palców, ewentualnie tęczówkach rozmówcy. Podobnie zresztą z władzą: rozsiadanie się przy stole (albo na nim), nogi na biurku, rozkładanie ramion – to wyrażane językiem ciała oznaki władczości. Podobnie ton i natężenie głosu, sposób wyrażania się. Ale i tu można przeholować, bowiem Cabane nie chodzi o krzyk i strofowanie podwładnych czy rozmówców, ani o „męski język” przekazu. Raczej o przebijające z nich zdecydowanie i poczucie, że wiemy, co należy robić. A kto nie zwykł demonstrować swojej władczości – może jej się nauczyć, ćwiczenie władczych zachowań z czasem wpływa na hormony.

Wreszcie najtrudniejsze: ciepło głosu i wyraz oczu. Cabane przestrzega, że nie chodzi tu o grę, nawet skupiając się wewnątrz na czymś budzącym pozytywne uczucia, uzyskamy ten efekt. Nawet siedząc naprzeciwko najtrudniejszego i najbardziej irytującego adwersarza, warto na chwilę odnaleźć w nim pozytywne cechy. Spojrzenie na niego z sympatią może pozyskać nam wielu więcej zwolenników niż najbardziej cięta riposta – a ludzie zobaczą to w oczach. Cóż, taki mamy akurat czas, w którym warto o tych poradach pamiętać.

piątek, 31 październik 2014 13:49

O oświacie w kampanii cicho

Wydatki na oświatę to zdecydowanie największa część kosztów ponoszonych przez samorządy. Zależności tej nie widać w kampanii wyborczej. O szkolnictwie mówi się mało albo wcale. Według danych Związku Gmin Wiejskich samorządy rocznie wydają na szkoły ok. 7,5 mld zł ponad kwotę przekazywaną w ramach subwencji oświatowej. W niektórych gminach wydatki te sięgają nawet 70 proc. budżetu. – System oświatowy jest niedofinansowany od początku przekazania gminom opieki nad szkołami. Nawet pensje nauczycielskie stanowią problem dla części samorządów – mówi przewodniczący Związku Mariusz Poznański. Koszt utrzymania jednego ucznia przekracza nawet 18 tys. zł i z tego powodu brakuje pieniędzy na inwestycje. W 20 proc. gmin stałe wydatki na oświatę są większe niż całe dochody gmin. Dlaczego więc w trwającej kampanii wyborczej kandydaci tak rzadko poruszają tematy związane ze szkolnictwem? – Boją się poruszać tego tematu, bo jak wiemy ilość pieniędzy trafiających do gminy na cele oświatowe zależy od liczby dzieci. Budżety gmin są w ostatnich latach mniej więcej na tym samym poziomie, nie zanosi się na większe wpływy, tymczasem trzeba wygospodarować środki na inwestycje, więc żeby coś zmienić, trzeba się zdecydować na cięcia, m.in. dopłat do oświaty ponad subwencje. A to nigdy nie jest dobrze widziane – mówi Krzysztof Mrowicki, dyrektor firmy doradczej Remedis SA. – Trochę mnie dziwi, że tak mało mówi się o szkolnictwie zawodowym, czyli tym podlegającym powiatom. Temat dostosowywania kształcenia zawodowego mógłby być znacznie lepiej wykorzystywany – dodaje. Nie brak opinii, że nie tylko kandydaci, ale też mieszkańcy nie podejmują dyskusji o oświacie, przyjmując, że szkolnictwo to problem ministerstwa i rządu. – To jednak uproszczenie – nie zgadza się z takim stawianiem sprawy Mrowicki. – Dużo mamy w ostatnim okresie takich sytuacji, że mieszkańcy dyskutują z władzami gminy o zamknięciu szkoły. Mamy choćby świeży przykład dyskusji nad nowym elementarzem. Świadomość odpowiedzialności samorządów za oświatę jednak jest – dodaje. Jego zdaniem oczywistą pokusą jest zrzucanie odpowiedzialności na rząd. – Kto odpowiada za wszystko? Oczywiście centrala! Wiemy, że o stronie programowej rzeczywiście ona decyduje, ale szczegółowa organizacja systemu to już sprawa samorządów. Mamy jednak czas przedwyborczych haseł, a nie czas prawdy – tłumaczy Mrowicki. Jeśli już o oświacie się dyskutuje, to sytuację w szkołach przedstawia się wyłącznie w czarnych barwach. W badaniu ankietowym wśród samorządowców przeprowadzonym przez "Dziennik Gazetę Prawną" oświata została najgorzej oceniona spośród takich kategorii, jak: finanse, zdrowie, inwestycje i wykorzystanie środków unijnych. – Obawiamy się malejącej liczby dzieci w szkołach. Mimo że w tym roku naukę rozpoczęła część sześciolatków, to do systemu oświaty nie trafiło istotnie więcej dzieci. Ich liczba spada szybciej niż liczba nauczycieli – mówi prezydent Szczecina Piotr Krzystek dla DGP. – To będzie rodziło problemy, bo 80 proc. kosztów oświaty dla samorządów stanowią płace nauczycielskie. W dodatku reformy w oświacie trudno jest przeprowadzać z uwagi na opory społeczne – dodaje samorządowiec. Ministerstwo Edukacji w odpowiedzi na narzekania samorządowców broni się, podając przykłady dobrych wyników, jakie w ostatnim czasie w różnych rankingach osiągali polscy uczniowie. Premier Ewa Kopacz mówiła podczas niedawnych obchodów Święta Edukacji Narodowej, że polska oświata jest dzisiaj na takim poziomie, że możemy stanowić przykład dla wielu krajów europejskich. – Chylę głowę przed wszystkimi tymi, którzy w rankingach zapisali się w sposób szczególny. To dzięki wam, dzięki nauczycielom, pedagogom, poziom nauki jest zdecydowanie wyższy i to nie uszło uwagi również obserwatorów międzynarodowych. Chwalą nas, jestem szczęśliwa z tego powodu – powiedziała Kopacz. Czy więc z polską oświatą rzeczywiście jest aż tak źle? – Ani bardzo dobrze, ani bardzo źle – mówi Mrowicki. – Na pewno daleko nam do takich sukcesów jakie odnosi choćby Finlandia, ale z drugiej strony zdecydowanie wyprzedzamy oświatę amerykańską. Oświata jest taka jak sytuacja w kraju. Skupiają się w niej niczym w soczewce wszystkie problemy społeczeństwa. Zdaniem Mrowickiego nie można przeceniać sukcesów w rankingach, ale nie ma też podstaw do tego, żeby przedstawiać sytuację w szkolnictwie wyłącznie w czarnych barwach. – Ciągle jest wielu ludzi, którzy widzą problemy i szukają sposobów ich rozwiązywania – mówi. Jak tłumaczy nasz rozmówca, trudno też przewidzieć przyszłość, bo wiele zależy od stanu gospodarki kraju i od tego, jak będzie wyglądała sytuacja demograficzna. – Jeśli chodzi o demografię, to w najbliższych kilku latach w szkołach podstawowych i gimnazjach uczniów będzie przybywało. Biorąc pod uwagę to, że w skali kraju dokonano pewnych redukcji w szkolnictwie, nie ma chyba podstaw do pesymizmu – dodaje ekspert. Jego zdaniem najgorzej jest na uczelniach, bo tam właśnie weszły roczniki najmniej liczne, ale samorządom, a konkretnie marszałkom, podlega tylko kilka uczelni, poza tym poziom wojewódzki oświaty mało kto dostrzega. – Myślę, że w perspektywie tej kadencji nie powinno być gorzej. Jeśli chodzi o szkolnictwo podstawowe i gimnazjalne, czyli poziom, który najszerzej dotyczy gmin, to najgorsze mamy za sobą. Oczywiście mówimy o sytuacji generalnej, bo są gminy, gdzie czekano z dostosowaniem sieci szkół do sytuacji demograficznej i teraz działania, które trzeba podjąć, mogą być bardzo trudne społecznie i kosztowne. Gdy nagle się okaże, że trzeba zamknąć szkołę lub, co gorsza, kilka z nich, to rzeczywiście może być z tego duża awantura.

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl

Strona 2 z 9

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY