Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 52.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 77.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 142.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

Grudzień 2014

Grudzień 2014 (13)

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:15

DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ

Napisane przez

Bez większego echa przeszło dwudziestolecie uchwalenia ustawy o zamówieniach publicznych, prawie nikt też nie zauważa, że mija właśnie dwadzieścia lat obowiązywania w naszym kraju systemu zamówień publicznych. Wprawdzie tu i ówdzie, na spotkaniach oraz na bardziej lub mniej liczących się konferencjach coś tam się „w temacie” wspomina – merytorycznych ocen bądź poważnych odniesień do minionego okresu brak. A szkoda.

Gdyby ktoś nie pamiętał, dla porządku przypomnijmy, że Sejm uchwalił ustawę o zamówieniach publicznych w dniu 10 czerwca 1994 r. Wprawdzie wchodziła ona w życie z początkiem roku następnego, to znaczy 1 stycznia 1995 r., proces jej wdrażania rozpoczął się zaraz po jej uchwaleniu. Tak było na przykład w ówczesnym województwie krakowskim, które z własnej inicjatywy zaczęto stosować ustawę już w drugim półroczu 1995 roku, podczas gdy w odniesieniu do samorządów obowiązek jej stosowania wyznaczony został na dzień 1 stycznia 1996 r.

Trudne początki

Aby dobrze rozumieć procesy zachodzące w systemie zamówień publicznych oraz obiektywnie oceniać ich efekty, zwłaszcza w pierwszych latach jego obowiązywania, trzeba brać pod uwagę realia, jakie występowały w Polsce przed jego wprowadzeniem. Pamiętać zwłaszcza należy o sporym bagażu złych praktyk, jakie miały miejsce przy zakupach publicznych oraz niedobrych przyzwyczajeniach, które utrwaliły się w czasach peerelu. Wielu z nich nie traktowano wówczas jako coś niewłaściwego bądź nagannego. Powszechne było na przykład unieważnianie przetargów „bez podania przyczyn”, to znaczy w sytuacji, w której odpowiadało to zamawiającemu.

Wbrew pozorom, wprowadzanie nowych zasad, które miały obowiązywać przy zakupach dokonywanych ze środków publicznych, nie było ani proste, ani łatwe. Mało komu podobały się sztywne, sformalizowane rygory, często postrzegane jako zbędna biurokracja oraz przerost formy nad treścią.

Pamiętam, jak na jednym z regionalnych spotkań z przedstawicielami samorządów, na którym przekonywaliśmy ich do słuszności rozwiązań zawartych w nowej ustawie, jeden z wójtów stwierdził z całą powagą, iż ta ustawa w samorządach się „nie przyjmie”. Nie był to wówczas pogląd odosobniony i zapewne dlatego podczas większości spotkań oraz konferencji z udziałem przedstawicieli administracji samorządowej występowała duża nieufność do nowych rozwiązań oraz nieskrywana niechęć ich stosowania. Co ciekawe jednak, podczas trudnych oraz często wielogodzinnych dyskusji z samorządowcami nie padały z ich strony argumenty rzeczowe, które uzasadniałyby tę niechęć, a jeśli już – to takie, które łatwo dawały się zanegować.

Pokazywało to wyraźnie, iż przyczyn nienajlepszego przyjęcia przepisów nowej ustawy należało szukać nie tyle w ich niedoskonałości, ile w sferze mentalnej pracowników szeroko rozumianego sektora finansów publicznych.

Aby przeciwdziałać zagrożeniom dla procesu wdrażania przepisów ustawy, związanym między innymi z tą sytuacją, w latach 1995-1996 wykonano naprawdę wielką pracę. Poza Urzędem Zamówień Publicznych uczestniczyło w niej wiele osób oraz instytucji. Trudno na przykład przecenić zaangażowanie Regionalnych Izb Obrachunkowych oraz trenerów z listy prowadzonej przez Prezesa UZP, a także ówczesnych arbitrów, którzy obok rozpatrywania odwołań, aktywnie uczestniczyli w działaniach informacyjnych i szkoleniowych.

Nie ulega wątpliwości, że to właśnie niezwykle aktywna działalność wielu setek ludzi w pierwszych latach obowiązywania ustawy o zamówieniach publicznych sprawiła, iż system zamówień publicznych „się przyjął” i przez minionych dwadzieścia lat wiele się za jego sprawą zmieniło.

Pod rządami starej ustawy

Pierwsze lata po wejściu w życie ustawy z dnia 10 czerwca 1994 r. były czasem budowania podstaw dzisiejszego systemu zamówień publicznych. Przypomnijmy, że został on oparty na następujących zasadach: powszechność, jawność postępowania według klarownych, obiektywnych reguł, gwarancja uczciwej konkurencji, równe traktowanie wszystkich dostawców i wykonawców, możliwość kontroli poprawności działania zamawiającego poprzez instytucję protestów i odwołań.

Lata te to także okres „uczenia się” zamówień publicznych – zarówno przez zamawiających, jak i przedsiębiorców. Obejmowało to także legislację, czego najlepszym potwierdzeniem była konieczność nowelizacji świeżo uchwalonej ustawy, jeszcze przed jej wejściem w życie.

Początkowo powoli, potem coraz bardziej dynamicznie, kształtował się rynek zamówień publicznych. W pierwszych latach obowiązywania ustawy jego wartość lokowała się na poziomie 7-8 mld złotych. Był to wówczas rynek w miarę spokojny i stabilny, na którym dominowały zamówienia o stosunkowo niewielkiej wartości, udzielane w trybie przetargu nieograniczonego.

Zasadnicza zmiana na zamówieniowym rynku nastąpiła z początkiem lat dwutysięcznych. Zdecydowało o tym wiele czynników, przede wszystkim znaczące zwiększanie się jego wartości oraz zaostrzenie toczącej się na nim walki konkurencyjnej. Wielu przedsiębiorców uznało, iż w walce o publiczne zamówienia „cel uświęca środki”. Zapewne to zdecydowało, iż szybko wzrastała liczba odwołań, wnoszonych do Prezesa UZP. Podczas gdy w roku 1995 pojawiło się 348 odwołań, w roku 2001 wniesiono ich 1687, w roku 2002 – 1936, natomiast w roku 2003 już 2292.

Zjawiskiem pozytywnym był towarzyszący temu systematyczny wzrost konkurencyjności postępowań. W roku 2003 przeciętna liczba ofert składanych w jednym postępowaniu wyniosła 3,6. Jednocześnie rósł wskaźnik postępowań, w których zamawiający wybierali ofertę najtańszą – w latach 2003 i 2004 kształtował się on na poziomie 83 proc.

W sumie, niezależnie od występujących problemów oraz popełnianych wówczas błędów, bilans zamknięcia czasu obowiązywania ustawy o zamówieniach publicznych jest niewątpliwie dodatni.

A co najważniejsze – w okresie tym udało się zbudować podstawy systemu zamówień publicznych, zgodnego z normami europejskimi oraz spójnego z systemem finansów publicznych, i, co szczególnie ważne, „przekonać” do niego zdecydowaną większość zamawiających oraz przedsiębiorców.

Pod rządami Prawa zamówień publicznych

Uchwalenie w styczniu 2004 r., a następnie wdrożenie Prawa zamówień publicznych stanowiło nową jakość w procesie konstruowania polskiego systemu zamówień publicznych. Otwierało też nowy etap jego budowy. Przepisy nowego prawa były w pełni zgodne z obowiązującym wówczas prawem europejskim, uwzględniały też zdecydowaną większość norm, zawartych w nowych dyrektywach dotyczących zamówień publicznych, które zaczynały obowiązywać w 2004 r.

Wprowadzając nowe rozwiązania, w pełni zachowywano te instytucje, które sprawdziły się pod rządami starej ustawy oraz umacniały podstawowe zasady, na których opierał się polski system zamówień publicznych.

Rynek zamówień publicznych, którego wartość w rok po wejściu w życie Pzp wynosiła już około 70 mld zł stał się obszarem w pełni otwartym dla przedsiębiorców europejskich, bowiem przestały go chronić tzw. preferencje krajowe. Wbrew obawom wielu wykonawców oraz zamawiających, nie spowodowało to jednak gwałtownego napływu ofert spoza granic Polski i w najmniejszym stopniu nie zagroziło rodzimemu biznesowi. Zwiększył się natomiast wyraźnie napływ pieniędzy europejskich, z udziałem których realizowane były przetargi publiczne. To z kolei spowodowało istotny wzrost liczby postępowań, w których przedmiot zamówienia był relatywnie dużej wartości.

Dla coraz większej ilości przedsiębiorców rynek zamówień publicznych stawał się podstawowym, a nawet jedynym miejscem pozyskiwania kontraktów, których atrakcyjność polegała na tym, że zamawiający-inwestor zawsze był wypłacalny. Zapewne głównie z tego powodu w połowie lat dwutysięcznych średnia liczba ofert, składanych w jednym postępowaniu, ustabilizowała się na poziomie 4-5. Jednocześnie wyraźnie zaostrzyła się walka konkurencyjna wykonawców ubiegających się o zamówienie, przybierając niekiedy formy zagrażające stabilności rynku. Między innymi pojawiła się praktyka „blokowania” postępowań poprzez permanentne zgłaszanie protestów i odwołań, uniemożliwiających często zamawiającemu podjęcie racjonalnych rozstrzygnięć. W roku 2005 liczba odwołań wniesionych do Prezesa UZP osiągnęła rekordową liczbę 4094.

„Odpowiedzią” zamawiających na te zjawiska było systematyczne ograniczanie liczby kryteriów, według których oceniane były oferty (w r. 2005 – średnio 2,2), a także coraz częstsze stosowanie wyłącznie kryterium cenowego. Według danych UZP w roku 2012 aż w 92 proc. postępowań zamawiający zdecydowali się na zastosowanie ceny jako jedynego kryterium oceny ofert (w roku 2011 i 2010 – 91 proc. postępowań; w 2009 – 90 proc.; w 2008 – 89 proc.; w 2007 – 87 proc.). W ostatnich latach wzrosła natomiast konkurencyjność postępowań, mierzona średnią ilością ofert, składanych w jednym postępowaniu. W roku 2012 wskaźnik ten kształtował się na poziomie 2,9, choć równocześnie w 40 proc. postępowań wpływała tylko jedna oferta.

Na niezmiennie wysokim poziomie utrzymywała się i utrzymuje wartość rynku zamówień publicznych. W roku 2013 wynosiła ona ponad 140 mld zł, a więc dwa razy tyle, jak w roku wejścia w życie przepisów Pzp.

Ewolucja kontrolowana

Wydaje się oczywiste, iż organizm tak złożony, jak system zamówień publicznych, a przede wszystkim kreujące go przepisy prawa, muszą podlegać ewolucji. Jej kierunki wytyczać powinny zmiany zachodzące na zamówieniowym rynku, ale także stan dyscypliny finansów publicznych. Czy procesy zmian, które zachodziły w systemie na przestrzeni dwudziestolecia rzeczywiście determinowane były tymi przesłankami?

Jeśli dobrze pamiętam, ustawa o zamówieniach publicznych nowelizowana była ponad dwadzieścia razy, a więc średnio dwa razy w roku. Zdecydowana większość spośród tych nowelizacji dotyczyła kilku (niekiedy nawet jednego) przepisów. „Dużych” nowelizacji było stosunkowo niewiele. Niezależnie jednak od zakresu, częste zmiany nowych, i dla wielu osób trudnych przepisów, wywoływały spore niezadowolenie, a czasami nawet – ostrą krytykę. Wydaje się jednak, iż rozumiejąc zniecierpliwienie użytkowników ustawy, była to krytyka nieuzasadniona. Wprowadzane zmiany były potrzebne, a w wielu przypadkach wręcz konieczne (np. ustanowienie zasady jawności umów o zamówienie publiczne). Ponadto, o czym dzisiaj rzadko się mówi, system był budowany całkowicie od nowa, bowiem „przetargowe” doświadczenie wyniesione z peerelu bardziej przeszkadzały, niż pomagały.

Po prawie dziesięciu latach funkcjonowania przepisów zawartych w ustawie o zamówieniach publicznych nadszedł czas na zmiany zasadnicze. Przesądziły o tym przede wszystkim procesy, zachodzące na zamówieniowym rynku, ale także doświadczenia zdobyte w okresie minionego dziesięciolecia oraz zmieniające się prawo europejskie.

Potrzeby takich zmian nikt nie negował: w Sejmie i w Senacie panowała w tym zakresie wyjątkowa zgodność poglądów. Być może warto w tym miejscu przypomnieć, iż Prawo zamówień publicznych uchwalone zostało nieomal jednogłośnie, a więc ponad podziałami partyjnymi. Zostało też bardzo dobrze przyjęte przez uczestników systemu.

Po dwóch latach względnej stabilności okazało się jednak, iż nowe przepisy nie rozwiązują wszystkich problemów, występujących w systemie zamówień publicznych. Podjęte więc zostały prace nad opracowaniem projektów zmian, w pierwszej, wstępnej wersji idących bardzo daleko. Ostatecznie jednak dwie pierwsze nowelizacje, poprzedzone szeroką publiczną i ekspercką dyskusją, wprowadziły kilkanaście zmian, korzystnie korygujących przepisy Pzp.

Patrząc na to wszystko dzisiaj, z dystansu i z perspektywy czasu, jaki upłynął, można bez przesady powiedzieć, iż była to autentyczna ewolucja systemu, stymulowana zmieniającymi się przepisami, a zatem przebiegająca „pod kontrolą” na tyle, na ile było to możliwe. I – co szczególnie ważne – do pewnego momentu każdy z jej kolejnych etapów stanowił krok do przodu, był spójny z poprzednim, z czegoś wynikał i bezkolizyjnie „wpasowywał się” w system.

Tezę tę szczególnie wyraziście ilustruje ewolucja instytucji, składających się na system środków ochrony prawnej, bez którego trudno wyobrazić sobie normalne funkcjonowanie rynku zamówień publicznych.

W początkowym okresie obejmowały one wyłącznie protest i odwołanie, bez możliwości zwrócenia się do sądu. Brak ten nadrobiono, choć nastąpiło w dwa i pół roku od wejścia w życie ustawy o zamówieniach publicznych. Nowelizacja z sierpnia 1997 r. wprowadziła prawo do wnoszenia skargi na wyrok zespołu arbitrów do sądu powszechnego, przyznając je „uczestnikom postępowania” odwoławczego. Z kolei nowelizacja z czerwca 2001 r. wskazała Sąd Okręgowy w Warszawie jako właściwy do wniesienia skargi i stan ten został utrzymany do chwili wejścia w życie przepisów Pzp. Prawo zamówień publicznych przebudowało instytucję arbitrażu oraz stworzyło podstawy wprowadzenia zasadniczych zmian w kształtowaniu listy arbitrów, powoływaniu składów orzekających oraz zasad orzekania. Wreszcie, w ramach nowelizacji z kwietnia 2007 r., powołana została Krajowa Izba Odwoławcza, która – będąc zawodowym organem orzekającym – zastąpiła działające ad hoc zespoły arbitrów.

Dzięki tym ewolucyjnym zmianom powstał logiczny i spójny zespół instytucji, skutecznie chroniących interesy wykonawców, ubiegających się o zamówienia publiczne.

Składały się na nie: protest rozstrzygany przez zamawiającego, odwołanie rozpatrywane przez KIO jako organ niezależny oraz skarga na wyrok KIO, wnoszona do sądu powszechnego. Był to model efektywny, powszechnie akceptowany i pozytywnie zweryfikowany przez praktykę. W latach 1995-2007 w jego ramach rozstrzygniętych zostało blisko 19 000 odwołań, co bez wątpienia miało istotny wpływ na funkcjonowanie systemu zamówień publicznych w tym okresie.

Stan permanentnej nowelizacji

Nie wiem, czy można wyznaczyć jakąkolwiek cezurę czasową, kiedy ewolucja systemu ewolucją być przestała i przerodziła się w serię następujących po sobie nowelizacji, podejmowanych zwykle pod wpływem chwili, incydentalnych i coraz bardziej sprzecznych wewnętrznie. Nie wiem też, czy można powiedzieć, że ktokolwiek nad tym wszystkim panował, i że działania te były w jakiś sposób kontrolowane. Wprawdzie niewiele z tego wynika – załóżmy jednak, że były.

Statystycznie rzecz biorąc, Prawo zamówień publicznych nowelizowane było blisko czterdzieści razy, wliczając w to oczywiście zmiany, wprowadzane przy okazji nowelizacji innych ustaw. Tak czy inaczej jednak, jest to ilość znacząca, zważywszy, iż jego pierwszą nowelizację przeprowadzono w roku 2006. Swoisty „cykl” zmian w Prawie zamówień publicznych rozpoczęła nowelizacja z października 2008 r., po której nastąpiły kolejne, przy czym blisko połowę stanowiły ustawy o zmianie Pzp. Bywało nawet tak, iż jedna nowelizacja jeszcze nie została uchwalona, a już do Sejmu trafiało kilka kolejnych. Na portalu UZP prawie zawsze znajdował się albo projekt kolejnej noweli, albo „założenia” do niej, albo jakiś inny dokument, odnoszący się do planowanych zmian w prawie.

Nie statystyki są tu jednak najważniejsze, bowiem ilość zmian wobec ich jakości stanowi mniejszy problem. Zasadniczym problemem było to, na jakich przesłankach nowelizacje te były opierane, czego dotyczyły oraz – jak je przeprowadzano.

Niechlubnym przykładem jest tu przepis art. 24 ust. 1 pkt. 1a, który trafił do ustawy z inicjatywy kilku posłów (przy akceptacji UZP), pomimo tego, iż eksperci, Biuro Analiz Sejmowych, a nawet MSZ wskazywali, iż jest niezgodny z europejskimi dyrektywami. Mimo kilkakrotnych prób usunięcia go z ustawy bądź modyfikacji, przetrwał aż do sierpnia roku bieżącego. Nie pomogło tu nawet orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości, który wskazał na jego niezgodność z europejskim prawem.

Być może jest to teza zbyt daleko idąca, ale można było odnosić wrażenie, iż w drodze kolejnych nowelizacji następuje swoisty demontaż niektórych elementów systemu zamówień publicznych.

Najlepszym tego przykładem są zmiany, wprowadzane w systemie środków ochrony prawnej. Najpierw, w listopadzie 2009 r., nowelizacją ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych drastycznie podwyższono wysokość opłaty od skargi na wyrok KIO, do minimum ograniczając tym samym wykonawcom możliwość korzystania z tego środka ochrony prawnej. Następnie, miesiąc później, nie wiadomo dlaczego, zlikwidowano instytucję protestu, umożliwiającego zamawiającemu uruchomienie procedury naprawczej we własnym zakresie, bez angażowania organów „zewnętrznych”. Potem dokonano zmian dotyczących trybu orzekania Krajowej Izby Odwoławczej, stwarzając możliwość, aby w miejsce składów trzyosobowych orzekała jedna osoba.

Zmianom tym towarzyszyły liczne protesty środowisk zamówieniowych, także członków KIO, które jednak nie przynosiły rezultatu. Nie chciał ich słuchać ani Urząd Zamówień Publicznych, ani – niestety – posłowie, spokojnie pracujący nad kolejnymi nowelizacjami. To, że były słuszne, przynajmniej w odniesieniu do wysokości opłaty od skargi na wyrok KIO, potwierdził Trybunał Konstytucyjny, uznając dotyczący jej przepis za niezgodny z Konstytucją. Ale na rozstrzygnięcie takie trzeba było czekać aż cztery lata.

Kolejny przykład ma wymiar wykraczający poza ramy Prawa zamówień publicznych i dotyczy kontroli postępowań, które podlegają jego przepisom. Wpisany niegdyś w Pzp system kontroli, przede wszystkim uprzedniej, z jakichś powodów został szybko i skutecznie rozmontowany, a w powstałą w ten sposób lukę wcisnął się każdy, kto chciał. W efekcie zrobiło się tak, iż w zakresie kontroli zamówień publicznych, zwłaszcza współfinansowanych ze środków europejskich, Prezes Urzędu ma niewiele, a bywa, że najmniej, do powiedzenia.

Może je kontrolować i kontroluje tyle instytucji, „organów” oraz służb, że trudno je nawet w tym miejscu wyliczyć. Najgorsze jednak jest to, iż w sensie systemowym nikt nawet nie próbuje koordynować podejmowanych przez nie działań.

Nie są to jedyne przykłady, które można by w tym miejscu przedstawić, bowiem poczynając od zmian przepisów dotyczących podwykonawców, jest ich całkiem niemało. Większość z nich łączy jednak wspólny mianownik – nie przyniosły zakładanych wcześniej rezultatów. W niewielkim stopniu albo wcale nie zapobiegły też patologiom, dręczącym system zamówień publicznych oraz występującym w jego obrębie złym praktykom.

Dyktat cenowy

Najbardziej spektakularnym, a zarazem najbardziej dramatycznym przykładem złej praktyki, która nosiła wszelkie cechy patologii, stało się powszechne stosowanie ceny, jako jedynego kryterium oceny ofert i wyboru oferty najkorzystniejszej. Wprawdzie nie była to praktyka, która ukształtowała się w ostatnich latach, ale nigdy wcześniej nie miała tak powszechnego charakteru i takiego stopnia oficjalnej aprobaty.

Nie trzeba być specjalistą od zamówień publicznych, aby wiedzieć, iż przy pomocy wyłącznie kryterium cenowego, stawiając na taniość, a nie na jakość, nie da się pozyskać produktu o godziwym standardzie.

Można natomiast, co miało zresztą miejsce przez dłuższy czas, uruchomiać procesy selekcji negatywnej, promujące bylejakość techniczną, kadrową i organizacyjną. Dzięki temu największe szanse na uzyskanie zamówienia miał ten, kto niewiele, bądź wcale, nie inwestował w firmę oraz zatrudniał niewykwalifikowany personel. Mógł przebijać ceną oferty ambitnego konkurenta, który naiwnie uważał, że warto inwestować w jakość. Wymuszana przez zamawiających wyłącznie cenowa rywalizacja promowała bylejakość oraz swoiste cwaniactwo wykonawców, co z kolei generowało proces równania w dół, któremu, chcąc nie chcąc, wielu innych się poddawało.

Trudno też nie zauważyć, iż wybieranie oferty z najniższą ceną oznaczało (i oznacza także obecnie) wybór najtańszej oferty złożonej w konkretnym postępowaniu, a nie najtańszej, jaka mogłaby się pojawić na rynku, czy tym bardziej najkorzystniejszej (najtańszej) spośród możliwych.

Właśnie dlatego wybudowanie kilometra polskich autostrad, pomimo tego, iż budują je firmy, które zaoferowały najniższą cenę, kosztuje dużo więcej, niż w większości krajów europejskich.

Gwoli uczciwości należy też powiedzieć, iż rozstrzyganie postępowań wyłącznie przy użyciu kryterium cenowego dla wielu zamawiających było rozwiązaniem bardzo wygodnym. Maksymalnie upraszczało proces wyboru oferty, było „bezpieczne”, bowiem nie budziło wątpliwości dotyczących obiektywizmu wyboru, a do tego pozwalało wykazać się „gospodarnością” i „oszczędnością”, zgodnie z przepisami dotyczącymi finansów publicznych.

O problemach tych oraz o związanych z nimi zagrożeniach, wielokrotnie mówili zamówieniowi eksperci. Próbowali także przekonywać, że ten, kto nie kupuje najtaniej, wcale nie musi być podejrzany, a ten, kto wybiera najtańszą ofertę, nie zawsze postępuje gospodarnie i oszczędnie. Wskazywali, iż w Unii Europejskiej na podstawie jedynie kryterium ceny rozstrzyga się 30 proc. przetargów, podczas gdy w Polsce wskaźnik ten kształtuje się obecnie powyżej 90 proc.

Niestety, przez wiele lat zarówno opinie ekspertów, przedstawicieli środowisk gospodarczych, jak i wielu uczestników rynku zamówień publicznych, nie były brane pod uwagę. Dopiero nowelizacja Pzp z 29 sierpnia bieżącego roku, która niedawno weszła w życie, stworzyła szansę rozwiązania tego problemu, bardzo radykalnie kończąc epokę dyktatu cenowego.

Bez wątpienia jest to regulacja o fundamentalnym znaczeniu dla porządkowania rynku zamówień publicznych, a właściwie przywracania mu prawidłowego, „rynkowego” charakteru.

Trudno jednak w tym miejscu nie postawić pytania – dlaczego nastąpiło to dopiero teraz, po tylu latach alarmowania i przestrzegania przed fatalnymi konsekwencjami powszechnej praktyki rozstrzygania przetargów wyłącznie poprzez cenę.

Patologie

Jest powszechnie wiadome, że złe, niejasne, często zmieniane prawo służy złym praktykom, a także stanowi świetną pożywkę dla wszelkiego rodzaju patologii, zwłaszcza w obszarze, w którym sektor publiczny styka się z sektorem prywatnym.

Nie inaczej jest na zamówieniowym rynku. Afera „informatyczna” w byłym MSWiA, afera w Ministerstwie Sprawiedliwości, zmowy wykonawców przy budowie autostrad – to zaledwie początek listy. A przecież korupcja nie jest jedyną patologią, jaką należałoby na niej uwzględniać. Są jeszcze podwykonawcy, najbardziej spektakularne ofiary zamówieniowych patologii, są budzące wątpliwości przetargi w ZUS, rozmaite dziwne „układy” i „układziki”, o których od czasu do czasu mówią media, są manipulacje ludźmi i dokumentami, mniej czy bardziej udane próby oddziaływania na decyzje niezależnych organów, jest ograniczanie konkurencji, stosowanie niewłaściwych trybów postępowania, manipulowanie opisem przedmiotu zamówienia, planowanie zamówień „pod wykonawcę”, porozumiewanie się wykonawców („zmowy”), handel referencjami, dzielenie i łączenie zamówień, składanie oferty przez „zająca”.

Charakterystyczną cechą wielu tego rodzaju patologicznych zachowań jest to, iż w odróżnieniu od korupcji, zwykle nie naruszają przepisów Kodeksu karnego. Często bywają też zgodne z Prawem zamówień publicznych, przepisami samorządowymi czy dotyczącymi finansów publicznych. Zdarza się, iż zyskują aprobatę zwierzchników, organów kontrolnych, a nawet są nagradzane. Znane są przypadki, kiedy formalnie poprawne i powszechnie akceptowane zachowania oraz decyzje zamawiającego stoją w ewidentnej sprzeczności z zasadami racjonalnej i efektywnej gospodarki finansowej, a niekiedy nawet ze zdrowym rozsądkiem. Cóż z tego, że postępowanie przeprowadzone zostanie bez naruszeń przepisów, skutkujących odpowiedzialnością dyscyplinarną, jeśli w jego wyniku zamawiający narażony będzie na straty. Na przykład wówczas, gdy stosując jedyne kryterium cenowe kupił coś byle jakiego, co nie tylko nie w pełni zaspokoi jego potrzeby, ale w nieodległej przyszłości wygeneruje kolejne wydatki.

Jak dotychczas nikt nie próbował ustalić, jaki jest zakres tego rodzaju praktyk, jakie szkody przynoszą polskiemu systemowi zamówień publicznych, jakie straty – liczone w złotówkach – ponosi z tego tytułu budżet państwa.

Kryzys systemu

O tym, że źle i coraz gorzej dzieje się w systemie oraz na rynku zamówień publicznych, mówi się w środowiskach „zamówieniowych” od kilku lat. Wielokrotnie sygnalizowali to także eksperci, nie tylko od zamówień publicznych zresztą, a także media.

Od pewnego czasu coraz bardziej stanowczo wskazują na to przedsiębiorcy i pracodawcy, przedstawiciele samorządu gospodarczego, a także liderzy związkowi. Wątpliwości, a nawet krytyczne oceny, przy okazji kolejnych nowelizacji prezentują niektórzy posłowie. Tyle tylko, że jak na razie nic z tego nie wynika. Wprawdzie premier w grudniu ubiegłego roku odwołał prezesa Urzędu Zamówień Publicznych, ale do dzisiejszego dnia, pomimo przeprowadzenia i rozstrzygnięcia procedury naboru na to stanowisko, nie powołany został jego następca.

Gołym okiem widać, że stan permanentnej nowelizacji Prawa zamówień publicznych nie przyniósł spodziewanych rezultatów. Budowa dróg i autostrad, co było sztandarowym argumentem zwolenników naprawiania ustawy, jakoś nie przyspieszyła, a nawet wręcz przeciwnie. W ustawie, która miała stać się przyjazna przedsiębiorcom, znalazły się przepisy, ewidentnie dla nich niekorzystne, a także normy niezgodne z prawem europejskim.

Kolejne zmiany Prawa zamówień publicznych często szkodziły mu, a nie pomagały, doprowadzając w rezultacie do tego, iż utraciło wewnętrzną spójność i klarowność, przestało być stabilizatorem systemu, gwarantującym jego poprawne funkcjonowanie.

Sytuacji tej nie były w stanie zmienić liczne próby łatania jego przepisów przy pomocy rozmaitych „wytycznych”, „opinii”, „zaleceń”, „stanowisk” oraz innych aktów prawa powielaczowego.

Produktem ubocznym nieprzemyślanych, wyrwanych z systemowego kontekstu nowelizacji było wyraźne zachwianie swoistej równowagi pozycji zamawiającego i wykonawcy, jako głównych graczy występujących na rynku zamówień publicznych, ponad miarę i potrzeby umacniając pozycję zamawiającego kosztem pozycji wykonawcy. Do minimum ograniczono jego możliwości „patrzenia zamawiającemu na ręce” oraz skutecznej obrony własnych interesów. Ma to fatalny wpływ na funkcjonowanie systemu i rynku zamówień publicznych, bowiem żadne instytucje kontrolne państwa nie są w stanie zastąpić mechanizmów kontroli wzajemnej – wzajemnego „patrzenia na ręce” stron postępowania o zamówienie publiczne w trakcie jego prowadzenia.

Ciche, ale przez wiele lat ewidentne, promowanie ceny jako jedynego kryterium oceny ofert wypromowało bylejakość, opłacaną często jak towar pierwszej jakości, a przy okazji, w wielu postępowaniach, z konkurencyjności uczyniło kategorię bardziej statystyczną, niż ekonomiczną.

Nie wiem, czy sytuacja, w jakiej znajduje się obecnie system zamówień publicznych osiągnęła już masę krytyczną, wiem natomiast, że po raz pierwszy w okresie minionego dwudziestolecia znalazł się on w tak poważnym kryzysie.

Czas na zmiany

Najwyższa pora, aby stan ten zmienił się radykalnie. Nieustanne majstrowanie przy wartym sto kilkadziesiąt miliardów rynku zamówień publicznych to zabawa bardzo niebezpieczna. Dla uczestników tego rynku przede wszystkim, ale także dla finansów publicznych i gospodarki państwa. Nie uzdrowi się systemu, mnożąc projekty nowelizacji przepisów, bowiem granice dopuszczalności zmian wprowadzanych do Prawa zamówień publicznych w trybie nowelizacji zostały już dawno przekroczone.

Dlatego też, w miejsce „gabinetowych”, „sztabowych”, „komisyjnych” i jakich tam jeszcze dyskusji czy rozmów, rozpocząć należy rzeczywistą, publiczną debatę o przyszłości i kształcie polskiego systemu zamówień publicznych, poprzedzoną krytyczną analizą tego, co dzisiaj ten system tworzy. Świetną okazję ku temu stwarza cezura dwudziestu lat istnienia systemu.

Zaraz potem usiąść trzeba do pisania nowego prawa, ponieważ tego, które jest dzisiaj, żadną miarą naprawić się nie da. Jego projekt, co oczywiste, uwzględniać powinien czekające na implementację nowe dyrektywy europejskie.

Zdecydowanie zintensyfikować także należy walkę ze złymi praktykami oraz patologiami, dręczącymi system zamówień publicznych. Choć nie będzie to łatwe bez wcześniejszego uporządkowania prawa, problem jest zbyt poważny, aby z jego rozwiązywaniem czekać, aż to nastąpi.

I wreszcie coś, czego nie da się ani wpisać do ustawy, ani zadekretować w oficjalnych dokumentach – przywrócić zaufanie do ludzi. Niech znowu, tak jak w każdym cywilizowanym kraju, w miejsce domniemania winy, powróci domniemanie niewinności.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:14

NOWE ROZDANIE

Napisane przez

Ledwo opadł kurz po kampanii wyborczej i zamieszaniu wokół PKW, a politycy już przystąpili do podsumowań, triumfalnych wystąpień i zapowiedzi strategicznych zmian w partiach. Nic jednak nie jest w stanie odwrócić uwagi od ewidentnego trendu: partie polityczne triumfowały wyłącznie tam, gdzie kandydaci byli anonimowymi propozycjami swoich ugrupowań – w sejmikach wojewódzkich. Tam, gdzie głosowano na konkretne nazwiska, Polacy postawili na niezależne komitety wyborcze. Trudno nam ukryć satysfakcję: to tendencja, o której pisaliśmy w poprzednich numerach Magazynu Samorządowego GMINA.

Gdyby spojrzeć na listopadowe wybory z perspektywy sejmików rządząca koalicja mogłaby mówić o gigantycznym sukcesie. Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe będzie rozdawać karty aż w piętnastu województwach: w dziesięciu urzędy marszałkowskie będą piastować politycy pierwszej z tych partii, w pozostałych pięciu – drugiej. Na Śląsku przyłączą się do rządzącego „zestawu” lokalni politycy SLD, na Opolszczyźnie Mniejszość Niemiecka. Prawo i Sprawiedliwość obroniło zaledwie jedno z województw: swój tradycyjny bastion – Podkarpacie.

- Uzgodniliśmy, że tam, gdzie jedna ze stron koalicyjnych ma największą liczbę radnych, tam otrzymuje stanowisko marszałka – cytuje Eugeniusza Grzeszczaka z PSL Portal Samorządowy. W ten sposób PSL zachowa władzę w sejmikach mazowieckim (gdzie na kolejną kadencję pozostanie Adam Struzik) i świętokrzyskim (tam stanowisko zachowa Adam Jarubas) oraz przejmie urzędy marszałkowskie w lubelskim, podlaskim i warmińsko-mazurskim.

Dotychczasowi marszałkowie z ramienia PO zachowują z kolei urzędy w zachodniopomorskim (Olgierd Geblewicz), pomorskim (Mieczysław Struk), wielkopolskim (Marek Woźniak), dolnośląskim (Cezary Przybylski), opolskim (Andrzej Buła), lubuskim (Elżbieta Polak), małopolskim (Marek Sowa), kujawsko-pomorskim (Piotr Całbecki) oraz łódzkim. W tym ostatnim przypadku obaj koalicji finiszowali „łeb w łeb”, dlatego w pierwszych dniach po wyborach nie było jeszcze jasne, kandydat której partii miałby przejąć stery władzy. Ostatecznie stanęło na tym, że stanowisko zachowa Witold Stępień. Podział władzy był jednak klarowny: gdzie jedna partia bierze urząd marszałkowski, druga desygnuje przewodniczącego sejmiku. Mechanizm zadziałał bez większych tarć.

Na tym poziomie zresztą kandydaci partyjni nie mieli sobie równych. Statystycznie na 555 radnych sejmików, jakich wybieraliśmy w ostatnich tygodniach w całej Polsce, ledwie dwadzieścia osób to politycy spoza grona członków wspomnianych czterech dominujących na ogólnopolskiej scenie politycznej ugrupowań. Już po wyborach dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej” wnioskowali, że to skutek 5-procentowego progu wyborczego, który obowiązuje w ordynacji obowiązującej przy wybieraniu radnych sejmików.

Sprowadzić działaczy na ziemię

Oczywistą niespodzianką była mocna pozycja PSL – które zebrało ostatecznie 23,68 proc. głosów. Można doszukiwać się przyczyn sukcesu – bo trzecie miejsce z takim wynikiem to zdecydowany sukces ludowców – w zmęczeniu dwiema największymi partiami na polskiej scenie politycznej i mizerią działań tej czwartej. Można podkreślać rozbudowany aparat terenowy: od ochotniczych straży pożarnych po koła gospodyń wiejskich i inne organizacje, który w ostatnich tygodniach przed wyborami został zmobilizowany i „rzucony na front”. Można też wskazywać na niedoszacowanie badań sondażowych, prowadzonych zwykle w dużych miastach, tak jakby tylko tam głosowano.

Być może w każdym z tych czynników tkwi „ziarnko prawdy”, choć mniej więcej 3-procentowe niedoszacowanie PSL tym razem okazało się znacznie większe. Faktem – i to bardziej znaczącym – jest jednak to, że Stronnictwu nie zaszkodziły ani wewnętrzne spory liderów, ani niefortunne wypowiedzi Marka Sawickiego o sadownikach, ani pozycja „przystawki” PO we władzach centralnych. Ba, teraz PSL będzie mogło znacznie wzmocnić swoją pozycję wobec koalicjanta, a także rządzić niemal co trzecim sejmikiem. Na dłuższą metę może to też oznaczać zaciśnięcie więzów między PO a PSL, w formule takiej, jaka od dekad łączy brytyjskich konserwatystów z liberałami czy niemiecką CDU z FDP (oczywiście, o ile tym mniejszym graczom udaje się uzyskać liczbę głosów pozwalającą na zawarcie skutecznej koalicji).

Zgodnie z zapowiedziami Janusza Piechocińskiego, PSL nie osiądzie na laurach. – Będę chciał sprowadzić naszych działaczy na ziemię – komentował na początku grudnia szef Stronnictwa. – W 2015 roku są wybory parlamentarne, w których kolejny raz będziemy startowali z bardzo trudnej pozycji, m.in. w wyniku pogarszającej się koniunktury zewnętrznej – dodawał. Ale do przeniesienia proporcji wyników wyborczych na szczebel centralny ludowcy musieliby przede wszystkim zdobyć się na stworzenie bardziej wyrazistego wizerunku i dookreślenie swojego stanowiska wobec wielu spraw, związanych choćby z polityką zagraniczną czy gospodarką, co do których do tej pory zachowywali milczenie lub kwitowali wymijającymi oświadczeniami. Wybory samorządowe okazały się być tą sferą, w której aparat terenowy i brak zaangażowania w najgorętsze spory „wojny polsko-polskiej” po prostu się opłaciły. W przyszłorocznych głosowaniach Stronnictwo zapewne nie powtórzy tego sukcesu.

Bezpartyjni kandydaci partii

- Pojawianie się komitetów ma cechy protestu przeciw zinstytucjonalizowanej, sformalizowanej polityce – komentował na naszych łamach trzy miesiące temu politolog Radosław Markowski. Dziś wiemy już, że to nie był protest – to była rewolucja. Na szczeblu bezpośrednich wyborów włodarzy gmin i miast elektorat urządził partiom politycznym prawdziwą jatkę. Z prowadzonych już po wyborach wyliczeń wynika, że aż 81,5 proc. zwycięzców w bezpośrednim głosowaniu pochodzi z komitetów bezpartyjnych. Oznacza to przechwycenie przez tego typu, na razie efemeryczne, byty 2017 gmin w całej Polsce. I na tym szczeblu wyraźnie zaznaczyła się dobra pozycja PSL, które zdołało utrzymać lub przechwycić władzę w 258 gminach. Potem długo, długo nic – aż mamy PiS z 124 gminami, PO (54 gminy) i SLD Lewica Razem (22 gminy).

Ba, weźmy pod uwagę fakt, że były takie regiony, w których niemal wszystkie wybieralne stanowiska powierzono politykom bezpartyjnym. W Lubuskiem było to 96,3 proc. stanowisk, na Dolnym Śląsku – 93,4 proc., na Pomorzu – 92,7 proc. Z kolei partie okazały się względnie mocne na Lubelszczyźnie, w Łódzkiem i na Mazowszu. I jeszcze jeden znaczący fakt – w większości polskich gmin nowe rozdanie kart zostało zamknięte już w pierwszej turze, co oznacza, że partyjni kandydaci nie cieszyli się nawet poparciem pozwalającym równorzędnie zawalczyć o stanowiska z tymi mniej lub bardziej niezależnymi.

Przy czym, jak już pisaliśmy na łamach Magazynu Samorządowego GMINA, „bezpartyjność” wielu kandydatów jest kwestią sporną. Na Lubelszczyźnie prezydenci zmienią się w dwóch miastach: Zamościu i Białej Podlaskiej. W pierwszym z tych miast przy urnach zwyciężyli zwolennicy lokalnego przedsiębiorcy i wydawcy prasy, Andrzeja Wnuka – nie będącego członkiem żadnej z partii, ale desygnowanego przez PiS. W Starachowicach wygrał z kolei 25-letni bezpartyjny działacz (zapowiada się na najmłodszego prezydenta w Polsce) Marek Materek. Z pozoru trudno byłoby przypisywać mu jakieś polityczne afiliacje, gdyby nie fakt, że wcześniej pracował on jako asystent regionalny europosłanki PO, Róży Thun. W Bielsku-Białej czwartą już kadencję zabezpieczył sobie prezydent Jacek Krywult – oczywiście, nie posiadający legitymacji partyjnej, za to jednoznacznie popierany przez PO i PSL.

Żółta kartka

Emocje jeszcze nie wygasły. – Są dowody na sfałszowanie wyborów – zapewniał tuż po głosowaniach Antoni Macierewicz. – Ja sam dokładnie analizowałem protokoły z wyborów do sejmiku katowickiego. One są antydatowane i różnią się 130 tysiącami głosów. Zostały sfałszowane z pewnością – kwitował. – Nie da się w nieskończoność bredzić, że nic się nie stało. Nikt nie uwierzy, że wyborcy zwymyślani od frajerów, zostali porażeni sztokholmskim syndromem ofiary i pokochali partię swojego oprawcy – sekundował mu jeden z publicystów portalu wpolityce.pl, jeszcze w połowie grudnia. – Są granice hucpy wyborczej i nie można dłużej ignorować faktu, że zostały nie tyle przekroczone, co stratowane. I to stratowane nie tylko przez pazerny PSL, lecz również przez państwo – dodawał.

Cóż, lokalni politycy PiS, którzy zdołali obronić swoje stanowiska, nie są już tak zdecydowani w swoich sądach. – Jeżeli są takie przypadki, to są sądy, jest prokuratura i one mają rozstrzygnąć czy faktycznie zaszły tam jakieś nieprawidłowości – kwitował w RDC Mariusz Orzechowski, wiceprzewodniczący rady miasta w Siedlcach. Przedstawiciele wymienionych organów udzielają z kolei jednoznacznych odpowiedzi. – Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie prowadzi żadnego postępowania w kontekście ewentualnych fałszerstw wyborczych – cytowała telewizja TVN24 oświadczenie przedstawiciela tej instytucji.

Są jednak miejsca w Polsce, gdzie wciąż trwa atmosfera niepewności. Wczesną wiosną przyszłego roku, najpewniej 15 marca, głosowanie odbędzie się w Zielonej Górze. Tam, ze względu na połączenie samorządu miejskiego z gminą podmiejską kadencja władz została przedłużona o tych kilka miesięcy. Z kolei w gminie Sosnówka na Lubelszczyźnie czterokrotny już wójt Krzysztof Bruczuk wystartował, nie mając już nawet rywali – tyle że przy urnach poparło go 46 proc. wyborców, a więc o tych kilka procent za mało. Zupełnie inna sytuacja panowała w świętokrzyskim Moskorzewie: tam wywiązała się zacięta walka czterech rywali, z których do drugiej tury przeszli Zbigniew Krzystek (faworyt) i mający już na koncie trzy kadencje Jarosław Klimek. Tyle że Krzystek w ciągu tych dwóch tygodni między I a II turą zdecydował się objąć stanowisko wicestarosty powiatu włoszczowskiego. W obu miejscowościach wybór włodarza spada więc na radnych.

Zapewnianie, że w listopadzie i grudniu mieliśmy do czynienia z kolejnym sukcesem demokracji, przy wszystkich wpadkach, jakie miały miejsce, nie byłoby usprawiedliwione. Mimo wszystko jednak, nie mieliśmy do czynienia z kryzysem demokracji. Instytucje państwa i partie polityczne mogą mówić o „żółtej kartce”. Oby wzięły ją sobie do serca.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:12

AUTOBUS W WIELKOPOLSCE!

Napisane przez

Na przełomie listopada i grudnia Autobus Energetyczny gościł w województwie wielkopolskim. Tym razem mieszkańcy siedemnastu miejscowości mieli niebywałą okazję posłuchać, zobaczyć i przetestować najnowsze rozwiązania służące efektywności energetycznej.

Prezentowane w autobusie modele oraz towarzyszące temu porady to unikalna szansa zdobycia wiedzy na temat tego, co sami możemy zrobić dla klimatu, jednocześnie obniżając koszty zużycia energii w pracy, w szkole i w domu. W Wielkopolsce ponad 2 tysiące osób odwiedziło mobilne laboratorium przeciwdziałania zmianom klimatu. Eksperci Krajowej Agencji Poszanowania Energii udzielali porad nie tylko na pokładzie autobusu, ale również odwiedzali miejscowe urzędy, gdzie prowadzili bezpłatne szkolenia dla urzędników, podczas których przedstawiali sposoby ograniczenia zużycia energii w biurze.

O Autobusie jest już coraz głośniej, coraz więcej gmin chce wykorzystać ten ciekawy projekt dla swoich mieszkańców. Eksperci na miejscu przeprowadzają warsztaty dla lokalnych szkół, konsultacje dla urzędników i lokalnych przedsiębiorców oraz przede służą mieszkańcom informacją, co można zrobić, ile to kosztuje, gdzie pozyskać odpowiednie fundusze na działania ograniczające zużycie energii.

Poznaj pompę ciepła

Jednym z modeli prezentowanych w autobusie jest pompa ciepła. Urządzenie to umożliwia uzyskanie ciepła np. z otoczenia i następnie wykorzystanie go na wyższym poziomie temperatury do celów grzewczych. Realizacja transportu ciepła z dolnego źródła ciepła do górnego może wykorzystywać wiele zjawisk i procesów. Rozróżnia się pompy ciepła z obiegiem parowym, gazowym, a także pompy wykorzystujące takie efekty jak termoelektryczny, reakcji chemicznych, elektrodyfuzji oraz magnetyczny.

Sprzyjające warunki dla zastosowania pomp ciepła:

·         istnienie źródła ciepła o zbyt niskiej temperaturze (ale wyższej od otoczenia), aby je można było wykorzystać bez pomocy pompy ciepła;

·         występowanie w jakimś urządzeniu przepływowym znacznego strumienia energii, który poprzez zastosowanie pompy ciepła można zawrócić (zamiast doprowadzać energię na wlocie i odprowadzać na wylocie) – co ma miejsce w odniesieniu do klimatyzatorów, suszarek lub różnego typu aparatów przemysłowych;

·         istnienie zapotrzebowania na ciepło (energię oddawaną przez pompę na poziomie źródła górnego) i zimno (energię odbieraną na poziomie źródła dolnego w celach chłodniczych), a zapotrzebowanie to może być jednoczesne lub sezonowe.

Najczęstsze zastosowania dla pomp ciepła to:

·         ogrzewanie domów jednorodzinnych;

·         pompy ciepła mają zastosowanie zarówno w powietrznych, jak i wodnych systemach ogrzewania. W przypadku ogrzewania domów jednorodzinnych mają moce od kilku do kilkunastu kilowatów na poziomie źródła górnego. Pompy w systemach grzewczych w domach jednorodzinnych są na ogół pompami sprężarkowymi, głównie ze sprężarkami tłokowymi, napędzanymi silnikami elektrycznymi. Większość z nich pobiera ciepło z powietrza atmosferycznego. Często pompy te współpracują z innymi systemami ogrzewania np. z elektrycznym lub centralnym, włączonym szeregowo lub równolegle. Znaczna ich część działa zimą jako pompa ciepła, latem jako urządzenie klimatyzacyjne. Stosowane są głównie w domach jedno i dwurodzinnych.

·         ogrzewanie większych pomieszczeń osiedli lub wody dla tych osiedli, biurowców, obiektów sportowych, magazynów handlowych, hal przemysłowych;

·         podgrzewanie wody w basenach kąpielowych.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:11

WYRAZIĆ SIEBIE OBRAZEM

Napisane przez

Czym jest edukacja filmowa? Zgodnie z rozmaitymi definicjami można ją sprowadzić do trzech płaszczyzn: umożliwiania dzieciom i młodzieży kontaktu z dziełami filmowymi, zarówno w szkole, jak i w innych miejscach; wszechstronnego tłumaczenia sposobów i celów, dla jakich powstają filmy, metod, których używają twórcy, by poruszyć daną problematykę oraz wywołać określone emocje; a wreszcie – do zachęcania młodych widzów do eksperymentowania z filmem na własną rękę, tak by uczyli się wyrażać poprzez obrazy samych siebie.

26 płyt, 55 filmów – począwszy od dzieł klasyków i pionierów polskiego kina, jak Andrzej Wajda i jego „Popiół i diament”, po najlepsze filmy ostatnich lat, choćby „Zmruż oczy” Andrzeja Jakimowskiego. Projekt FILMOTEKA SZKOLNA miał ostry start. Jego organizatorzy nie poprzestali na dostarczeniu kadrze pedagogicznej i młodzieży samych filmów – zestawy były wzbogacone o opowieści twórców filmów, a także komentarze filmoznawcy, prof. Tadeusza Lubelskiego, oraz studentów PWSFTviT. W studenckich etiudach wystąpiła też czołówka współczesnych artystów i postaci życia publicznego: Andrzej Chyra, Karolina Gruszka, ksiądz Wojciech Drozdowicz, Tomasz Lis, muzycy z zespołu Lao Che, Muniek Staszczyk, kabaret Mumio oraz Wojciech Sasnal.

Dobór filmów w zestawie to dzieło grona znawców, których celem było stworzenie pomocy naukowej nie tylko dla nauczycieli języka polskiego – zgodnie z powszechnie stosowaną praktyką zastępowania lektur szkolnych ich ekranizacjami. Z pakietu FILMOTEKI SZKOLNEJ mogą korzystać również nauczyciele historii, wychowania obywatelskiego czy wiedzy o sztuce. Krytyczne podejście do pokazywanych dzieł pozwala uczulić młodych widzów zarówno na artystyczne wizje twórców, jak i te elementy historii, które ich zainspirowały i w mniej lub bardziej wiernej formie zostały oddane na ekranie. Całość ma pokazać nie tylko historię polskiego kina, ale też wpływ, jaki miało ono na naszą wiedzę o historii i świadomość tego, jak skomplikowane relacje łączą państwa i ich historię ze społeczeństwami i artystami.

Fabuły, dokumenty, animacje – organizatorzy projektu chcieli młodym widzom pokazać wszystko to, co filmowym jest elementarzem wykształconego Polaka. Formuła przypadła do gustu odbiorcom, zarówno tym młodym, jak i kadrze pedagogicznej, która już w 2009 roku uhonorowała FILMOTEKĘ nagrodą Inicjatywa Edukacyjna Roku (przyznawaną przez MEN oraz redakcję magazynu „Głos Nauczycielski”), a także Platynowymi Koziołkami (na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Młodego Widza „Ale Kino!” w Poznaniu).

Nic więc dziwnego, że Polski Instytut Sztuki Filmowej poszedł za ciosem, kolekcja sukcesywnie rośnie, a poza płytami filmy są również dostępne w internecie. FILMOTEKA SZKOLNA obrosła dodatkowymi inicjatywami. „Filmoteka Szkolna. Akcja!” to dodatkowy mechanizm promocji całego przedsięwzięcia, pozwalający m.in. łączyć nauczycieli z całej Polski w ramach poszukiwania optymalnych możliwości korzystania z FILMOTEKI. „Filmoteka Szkolna. Akademia” to, jak łatwo się domyślić, kurs pozwalający nabyć wiedzę o historii kinematografii, gatunkach, estetyce oraz praktyczne umiejętności w zakresie obsługi kamery cyfrowej i montażu nakręconych materiałów. „Filmoteka Szkolna. Kinoterapia” jest z kolei wyjątkową inicjatywą adresowaną do młodzieży z problemami, wspieraną przez psychologów, pedagogów i polonistów. Wreszcie „Filmoteka Szkolna. Nowe Horyzonty Edukacji Filmowej” to znaczne poszerzenie horyzontów widzów: w ramach tej inicjatywy mają oni szansę poznawać również klasyków zagranicznych i poszerzać swoje kompetencje – pokazy w formie cyklów obejmują też seanse, prelekcje, dyskusje i warsztaty plastyczne.

O kinie centralnie i lokalnie

FILMOTEKA SZKOLNA to nie jedyne tego typu przedsięwzięcie w Polsce. Zarówno na szczeblu centralnym, jak i w regionach inicjatyw edukacyjnych nie brakuje. Najmłodsi mogą choćby uczestniczyć w Ogólnopolskim Programie Edukacji Filmowej „Lekcje w kinie”, czyli multimedialnych zajęciach edukacyjnych połączonych z projekcjami filmowymi – do ubiegłego roku program ten objął już 120 miast. W Wielkopolsce realizowany jest projekt „Wielkopolska Edukacja Medialna”, uzupełniający zajęcia szkolne w poznańskich szkołach – dzięki któremu najmłodsze dzieci mogą zwiedzić choćby kabinę projekcyjną, dotknąć taśmy filmowej czy wziąć udział w konkursie. Regionalny charakter ma też KinoSzkoła – projekt realizowany na południu Polski, obejmujący co miesiąc pięć tysięcy uczniów. We Wrocławiu Galeria Entropia organizuje z kolei cotygodniowe warsztaty filmowe dla dzieci w wieku 6-13 lat. Łódzkie Muzeum Kinematografii adresuje do najmłodszych program Mały Kinematograf.

Jeszcze większe możliwości ma młodzież w wieku ponadpodstawowym. Najlepszym przykładem jest opisywana w ciągu ostatnich miesięcy na łamach Magazynu Samorządowego GMINA kampania „Skrytykuj!”, zachęcająca młodych ludzi do swobodnego analizowania i dyskutowania o filmach, dzielenia się wrażeniami i refleksjami. Szeroko zakrojona kampania toczyła się również na portalach Facebook i YouTube. Ale to nie koniec – równie interesującą ofertę, w zakresie filmów dokumentalnych, oferuje Akademia Planete+ Doc, towarzysząca corocznemu prestiżowemu festiwalowi dokumentów. I tu mamy szansę odnaleźć w całym kraju interesujące przedsięwzięcia lokalne: Ogólnopolski Konkurs Wiedzy o Filmie, organizowany przez Gdańskie Centrum Filmowe, Wielką Przygodę z Filmem organizowaną przez Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu, czy wreszcie krakowskie Przedszkole Filmowe – projekt pod egidą samego Andrzeja Wajdy, adresowany do pasjonatów, którzy już w tak młodym wieku wiedzą, że chcieliby wypowiadać się poprzez sztukę filmową i obrazy.

Dojrzali widzowie nie są bynajmniej poszkodowani. Jeśli ktoś myślał, że Dyskusyjne Kluby Filmowe odeszły w przeszłość wraz z Klubami Książki i Prasy – jest w błędzie. W Polsce wciąż działa około 130 takich instytucji, a niektóre z nich – np. w Bydgoszczy, Lublinie, Krasnystawie czy Grójcu – mają setki członków i organizują wiele dodatkowych atrakcyjnych lokalnych imprez filmowych. W warszawskim kinie „Iluzjon” działa cykliczne 4-letnie studium historii kina światowego na poziomie akademickim – Akademia Filmowa. Nieco krócej – dwa lata – trwa program Akademii Polskiego Filmu, inicjatywy współorganizowanej m.in. przez krakowską Akademię im. A. Frycza-Modrzewskeigo, SFP, WDK w Kielcach, SNH. Swój odpowiednik dla dorosłych ma też Akademia filmu dokumentalnego PLANETE+ DOC.

Gra warta świeczki

Niewątpliwie ta dosyć bogata oferta nie wyczerpuje wszystkich możliwości. Przed edukacją filmową stoją wielkie wyzwania, którym trzeba będzie sprostać w ciągu kilku najbliższych lat. Nie jest bowiem tajemnicą, że publiczność – zwłaszcza najmłodsza – stopniowo odwraca się od oglądania klasycznych mediów, co wkrótce może zepchnąć np. stacje telewizyjne do narożnika. Z kolei projekty edukacyjne, prezentujące klasykę polskiego i światowego kina, uruchamiane w internecie – np. na platformie takiej, jak YouTube – szansę na rozwój zawdzięczają niemal wyłącznie publicznemu wsparciu, bowiem prywatne wytwórnie czy dystrybutorzy uważają udostępnianie dzieł na powszechnie dostępnym portalu za nieuzasadnione ekonomicznie.

Kolejną rewolucją, jaka czeka szeroko rozumiany świat filmu, jest ofensywa urządzeń mobilnych. Już dziś smartfony skutecznie podcięły gałąź, na której od dekad siedziały firmy produkujące sprzęt fotograficzny. Ikony fotografii, firmy takie jak Kodak czy Polaroid, w efekcie praktycznie trafiły do lamusa. Nie inaczej może stać się ze światem kina – już dwa lata temu w oscarowym wyścigu wystartował film „Olive” nakręcony za pomocą smartfona. W Toronto odbywa się pierwszy chyba na świecie festiwal dzieł zrealizowanych za pomocą aparatów komórkowych (jeżeli można je jeszcze tak nazywać). Skala wyzwań jest wielka.

Ale gra jest warta świeczki. Filmy mają znacznie większy wpływ na nasze życie niż zdajemy sobie z tego sprawę. Nie chodzi tylko o ten wpływ, o którym bywa od czasu do czasu głośno: zachęcanie do przemocy czy palenia papierosów. W Polsce trzech na czterech ankietowanych młodych ludzi przyznaje się do tego, że któryś (lub któreś) z obejrzanych niegdyś dzieł zmieniło ich życie, postawy wobec otoczenia, popchnęło na nową drogę w życiu prywatnym czy uświadomiło chęć zajmowania się jakimś zawodem. A to już nie przelewki.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:05

PRADZIADEK

Napisane przez

Rodzinny charakter Świąt Bożego Narodzenia uzasadnia, mam nadzieję, publikację tekstu bardziej osobistego niż zazwyczaj. Grudniową „Historię żywą” ośmielam się poświęcić mojemu pradziadkowi, a dokładniej – pewnemu Jego rękopisowi. W tym roku przypada setna rocznica wybuchu I wojny światowej, a list – który w tym artykule przytaczam – został napisany pod koniec tej wojny.

Nim przeczytacie Państwo ten tekst, będący świadectwem niezwykłej epoki, słów parę o jego Autorze. Dzięki internetowej publikacji archiwów państwowych można, nie ruszając się z fotela, prowadzić poszukiwania antenatów. Skorzystałem i ja z opublikowanych w internecie ksiąg parafii w Dąbiu nad Nerem – pod adresem http://szukajwarchiwach.pl. Wiedziałem, że mój pradziad – Antoni Świątecki, uczestnik powstania styczniowego – urodził się w tym mieście.

Dobrze, że kodeks Napoleona wprowadził polszczyznę do aktów stanu cywilnego. Dzięki temu bez problemu dotarłem aż do aktów urodzenia rodziców mojego pradziadka, Antoniego, to jest do moich prapradziadków. Byli to Jan Paweł Świątecki i Helena Świątecka z Gąsiorkiewiczów. Dzięki treści ich aktów urodzenia sięgnąć można po jeszcze jedną generację – do ich rodziców. Dzięki temu mogę wyliczyć kolejne pokolenia następująco: Szymon, syn Szymona i Tekli – Jan, syn Jana i Heleny – Antoni, córka Antoniego i Anny – Irena ze Świąteckich za Konstantym Świąteckim (tu spotkały się dwie różne linie Świąteckich: wielkopolska i mazowiecka), syn Ireny i Konstantego – Antoni żonaty z Barbarą, syn Antoniego Piotr (czyli autor tego artykułu).

Dzięki internetowej publikacji ksiąg parafialnych udało się sięgnąć daleko w przeszłość. Przecież mój pra-, pra- pradziad Szymon przyszedł na świat w 1769 roku, za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego; trwały wówczas walki Konfederacji Barskiej, Kazimierz Pułaski bronił właśnie przed Rosjanami Okopów Świętej Trójcy. Sto lat później wnuk Szymona, Antoni, z Rosjanami walczył w powstaniu styczniowym…

Oto akt urodzenia tego ostatniego, mego pradziadka Antoniego, odczytany ze skanu księgi parafialnej umieszczonego w internecie:

„Działo się w Mieście Dąbiu dnia szesnastego maja tysiąc osiemset czterdziestego czwartego roku o godzinie czwartej po południu. Stawił się Jan Świątecki obywatel rolny lat trzydzieści mający z Dąbia w obecności Józefa Rucińskiego lat pięćdziesiąt tudzież Jana Gąsiorkiewicza lat czterdzieści mających obywateli rolnych w Dąbiu zamieszkałych i okazał Nam Dziecię płci męskiej urodzone w Dąbiu dnia trzynastego bieżącego miesiąca i roku o godzinie siódmej rano z jego małżonki Heleny z Gąsiorkiewiczów lat trzydzieści liczącej. Dziecięciu temu na chrzcie świętym rano dzisiaj odbytym  nadane zostało imię Antoni a rodzicami jego chrzestnymi byli Jan Gąsiorkiewicz i Józefa Jedyńska (? - niewyraźne). Akt ten stawającemu i świadkom przeczytany a przez Nas tylko podpisany został gdyż stawający wraz ze świadkami pisać nie umieją”.

Jan Świątecki, ojciec Antoniego, był ostatnim w rodzinie, który pisać nie umiał. Urodzony 13 maja 1844 r. Antoni był już wszechstronnie wykształconym prawnikiem. Uczestniczył w powstaniu styczniowym u Padlewskiego i, podobno, również w partii ks. Brzóski (po Antonim w rodzinie już nie było „partyjnych”). Pracował jako urzędnik w magistracie kaliskim (czego potwierdzić dokumentami nie można, bo spłonęły razem z całym Kaliszem na początku I wojny światowej), później był sędzią gminnym w podwarszawskim (wówczas) Wawrze.

Zachował się jego list do nieznanego nam dziś przyjaciela napisany na półtora roku przed śmiercią, który publikuję jako interesujące świadectwo czasu odrodzenia Polski. Oto tekst tego listu z moimi przypisami, prawnuka, w kwadratowych nawiasach.

„Warszawa 4 czerwca 1917 r.

Kochany przyjacielu!!

Waszą zdaje się być zasada: dum vivo – sper [łac. „nie tracę nadziei, póki oddycham”]. Chociaż nie należę do Waszego cechu, wyznawcą jednakże tej zasady jestem i optymistą typowym, co mi pomaga znosić z pogodą ciężar dzisiejszej naszej awantury. Głosi przysłowie – dla kompanii dał się Cygan powiesić – Michałki przerobili to i powiadają – mitgefangen – mitgehangen [niem. „razem wzięci, razem zawisną”]– myśmy wprawdzie piwa nie warzyli, ale pić je musimy dla towarzystwa i głosić i wierzyć, że robimy to pro publico bono [łac. „dla publicznego dobra”].

Cięgi też wziąłem porządne. Żonisko moje przypłaciło życiem tę aferę – aptekę w Kraśniczynie pod Rejowcem Moskale spalili – zięcia Jagielskiego z żoną i 4 dzieci zabrali do Rossyi, nie mam od nich żadnej do tego czasu wiadomości – syn poniósł wskutek wojny (w aptece w Magnuszewie powiat kozienicki) na 2500 rs strat [rubel srebrem – na dzisiejsze straty  wyniosły ok. 200 tys. zł] – ja straciłem posadę sędziego gminnego w Wawrze, przy ogólnej drożyźnie – wszystko to są niby cegiełki, z których ma się odbudować Polska – więc jakże nie błogosławić losu, że mi dał sposobność brać w tem wszystkim udział. Z tą moją posadą to cała historya. Służyłem z wyboru, więc ponieważ Niemcy ogłosili, że urzędników Polaków z posad nie rugują, to byłem spokojny o siebie. Po usunięciu się Moskali pozostali w Warszawie prawnicy polscy schowali się jak ślimaki podczas burzy – po chatach –  wypłynęli zaś na scenę same chłystki i żydziuki i któryś z nich z pomocą niejakiego Szostaka skryby u landrata wszrubowali na tę posadę innego – a ja zostałem na bruku. Zwymyślałem tego mojego następcę jak burą sukę na piśmie, ale rzecz pozostała już zdecydowana na moją niekorzyść. To mnie zirytowało i naraziło na przymusową bezczynność – wymyślam więc na cały świat, że głupi, że się ludzie zabijają i kłócą o ten wiatr co na dworze wieje itd. Bo, że świat jest głupi, a żeby się ludzie zacni bili i zabijali jak pijane chłopy w karczmie na jarmarku, to byłoby naprawdę śmieszne, gdyby nie było tak bolesne. Jak w każdym sporze, tak i w tym prawda leży w środku – obie strony mają swoje słuszne racye – ale bić się o te swoje racye nie powinny. Nemo sapiens, nisi patiens [łac. „nikt nie jest mądry, jeśli nie jest cierpliwy”] – stare przysłowie i Niemcy w tym razie są winni tego, że się sprowokować dali i straci swoją cnotę starą, co się Geduld [niem. „cierpliwość”]nazywa. Spostrzegli się też pierwsi, że wpadli w zasadzkę i zatrąbili na zgodę, ale było już zapóźno. Nic się ostatecznie złego Niemiaszkom nie stało, nie stanie i stać się nie może, bo złe może nas spotkać tylko wtedy, kiedy swoją wartość stracimy – a im nikt ani rozumu, ani nauki, ani cnót obywatelskich i domowych nie zabierze i nie zaprzeczy. Mogą nawet wojnę przegrać, mogą ulec przemocy kapitału i liczby, ale narodem wielkim zostaną – bo wielkość ich nie płynie dopiero od Bismarcka, ale wypływa z mózgu Goethego, Szyllera, Kanta, Kocha, Kochera, Rankego, Bachów, i tylu innych uczonych, filozofów i genialnych ludzi na każdym terenie pracy ludzkiej. I dopóki matrony niemieckie stare cnoty domowe w synach rozwijać będą – Niemcy wielkim narodem pozostaną. Nawet ich kłopoty dzisiejsze na dobre im wyjdą, bo każde cierpienie krzepi ducha i leczy jego wady, czego dowodzą zmiany w konstytucji i łagodzenie antypolskiej polityki. Widzisz, że list mój dowodzi starej prawdy; plenus venter non studet libenter [łac. „pełny brzuch niechętnie studiuje”; „najedzonemu nauka nie idzie”]. Muszę być głodny, skoro filozofuję. Pragnę więc ażeby się to już skończyło, ażebym mógł dogryzać resztek życia z humorem i werwą tak, jak spędziłem całego poprzednie swoje życie i jak spędził je mój śp. Vater [niem. „ojciec”], który umierając żartował z sąsiadami. Jeżeli więc żyjesz i kochasz mnie jeszcze, pisz długo lub przyjedź.

Serwus Ant. Świątecki”

Pradziad mój, Antoni Świątecki, powstaniec styczniowy, były sędzia pokoju gminy Wawer, zmarł 14 grudnia 1918 r. – miesiąc i trzy dni po przejęciu władzy przez Józefa Piłsudskiego 11 listopada 1918 r., którą to datę umownie uznajemy za początek niepodległości. Duma z jego pięknego życia – naznaczonego wojenną i cywilną służbą Polsce, której niepodległością nacieszyć się już nie zdążył – łączy licznych potomków żyjących w Warszawie i okolicach. Duma ta łączy się z moralnym zobowiązaniem, aby tej pamięci sprostać.

Życząc wszystkim Czytelnikom pogodnych, pełnych radosnych wzruszeń Świąt Bożego Narodzenia namawiam do poszukiwania własnych korzeni, bowiem narody, które tracą pamięć, tracą życie…

 

Załączam rysunki 1 - 3. Są w słabej rozdzielczości, ale to się wiąże z ich sędziwością.

Oto podpisy:

1 – 1863 r. – grupa rannych powstańców; pierwszy z lewej, z laską, ranny w lewą nogę – Antoni Świątecki

2 – Wawerskiemu sędziemu pokoju przysługiwał bilet wolnej jazdy kolejki jabłonowskiej (por. tekst „Trzy koleje”, „Gmina” 11/2013 r.).

3 -  Zdjęcie z portretu Antoniego Świąteckiego wykonanego przez nieznanego malarza ok. 1910 r.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:04

RAZEM BEZPIECZNIEJ 2014

Napisane przez

Bezpieczeństwo społeczności lokalnych coraz częściej pomaga w rozumieniu bezpieczeństwa we współczesnym świecie. Ma swe bardzo ważne miejsce w ramach bezpieczeństwa wewnętrznego państwa, czy bezpieczeństwa narodowego. Społeczności lokalne mogą pielęgnować szczególne wartości i więzi społeczne, utrwalające poczucie własnej tożsamości narodowej, patriotyzmu i przywiązania do „małych ojczyzn”. Mogą jednak również hamować postęp oraz rozwój społeczny i cywilizacyjny.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych od 2007 r. koordynuje Rządowy program ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej”, którego celem jest aktywizacja i wspieranie inicjatyw lokalnych na rzecz poprawy bezpieczeństwa i porządku publicznego. Program, który w kolejnych latach wspierany jest środkami budżetowymi (kwotą 3 mln zł), ma na celu wzrost poczucia bezpieczeństwa wśród mieszkańców, zapobieganie przestępczości i aspołecznym zachowaniom, poprawę wizerunku policji i wzrost zaufania społecznego do tej służby oraz aktywizację lokalnych partnerstw różnych podmiotów działających na rzecz poprawy bezpieczeństwa i porządku publicznego.

W ramach Programu funkcjonuje m. in. Bank Dobrych Praktyk obejmujący obecnie kilkaset inicjatyw lokalnych, powiatowych, wojewódzkich i ogólnopolskich, stanowiących różnorodne przykłady realizacji jego celów. Mogą one stanowić cenną pomoc dla ewentualnych naśladowców.

W skład Zespołu wspierającego koordynację programu „Razem bezpieczniej” przez MSW wchodzą przedstawiciele kilkunastu resortów oraz wielu instytucji państwowych. Od strony administracji państwowej zapewnia to możliwość skutecznego przezwyciężania tzw. biurokratycznych barier oraz lepszego rozpoznania prawidłowości i skuteczności wydawania pieniędzy budżetowych na wsparcie różnych przedsięwzięć.

W czerwcowym numerze Magazynu Samorządowego GMINA zainicjowaliśmy cykl publikacji omawiający rządowy program „Razem Bezpieczniej”, koordynowany od 2007 r. przez MSW („Bezpieczeństwo społeczności lokalnych, czyli razem bezpieczniej” – Eugeniusz Pindel). Ten program to nasz polski wariant podejmowania, coraz ważniejszej we współczesnym świecie, problematyki bezpieczeństwa społeczności lokalnych. Oparty na budowaniu przekonania, że na ile będziemy „coraz bardziej razem” w społecznościach lokalnych, na tyle wzrastać będzie poczucie naszego w nich bezpieczeństwa. Zapowiedzieliśmy kolejne publikacje na ten temat.

W sierpniu i wrześniu prezentowaliśmy kolejne pomysły aktywizacji środowisk lokalnych na rzecz poprawy ich bezpieczeństwa („Na ile razem na tyle bezpieczniej”, „Bezpieczeństwo w praktyce”). Czyniliśmy to za Bankiem Dobrych Praktyk, prowadzonym w ramach programu „Razem Bezpieczniej”. Uważaliśmy bowiem za godne prezentowania i wspierania każde wspólne i pożyteczne działanie, które – poprawiając i rozwijając funkcjonowanie społeczności lokalnej – ma pozytywny efekt dla jej bezpieczeństwa. „Widzę – Reaguję” – to projekt  poprawy bezpieczeństwa w szkołach, realizowany  w Piotrkowie Trybunalskim. „Świeć przykładem na drodze” – dotyczy poprawy bezpieczeństwa na drogach na terenie miasta i powiatu głogowskiego. „Błękitny profil” – wychodzi z kolei naprzeciw potrzebom przeciwdziałania narkomanii. Program „Bezpieczne imprezy masowe” Komendy Stołecznej Policji obejmował współpracę z innymi unijnymi stolicami (Berlinem, Bratysławą i Wilnem), kielecki program „Pomaluj mój świat” przeciwstawiał się wandalizmowi i dewastacji murów budynków miejskich. W „Jeśli nadejdzie przemoc…” (program z Lublina) wykorzystano udział młodzieży w produkcji filmu do walki z przemocą w szkole. Zaprezentowaliśmy też system mikrocząsteczkowego znakowania mienia jako ochronę przed kradzieżami.

W naszym cyklu nie komentujemy, ani nie oceniamy konkretnych projektów, złożonych przez inicjatorów i organizatorów do Banku Dobrych Praktyk. Uważamy, że komentarze i oceny najważniejsze są na miejscu, a inicjatywy te warto wspierać i wspomagać, aby było ich coraz więcej i wpisywały się coraz lepiej w codzienność społeczności lokalnych.

Nowa jakość w obszarze bezpieczeństwa

Jednocześnie naszą uwagę zwracały podejmowane na różnych szczeblach konkretne działania koordynacyjne, które zapewne z biegiem czasu rozpędzą pożyteczny wehikuł rozpowszechniania jednostkowych działań na kolejne obszary działania. Zauważmy następujące ciekawe przykłady z ostatniego okresu na szczeblu centralnym.

Jak podaje internetowa strona programu „Razem Bezpieczniej”, autorzy najlepszych kampanii społecznych zostali nagrodzeni w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Tytuły Lidera Programu wręczył wiceminister Grzegorz Karpiński. W trakcie konferencji została także przekazana statuetka Przystanku „PaT”, którą odebrali przedstawiciele miasta-gospodarza organizującego w tym roku akcję.

– To, co Państwo robią w ramach programu „Razem Bezpieczniej”, buduje nową jakość w obszarze bezpieczeństwa. Buduje coś, co można nazwać „kulturą bezpieczeństwa”. To taki rodzaj działalności, dzięki któremu wszyscy zaczynamy rozumieć, że bezpieczeństwo nie jest tylko i wyłącznie kwestią służb. Mam świadomość, że bez współpracy odpowiednich służb, bez współpracy instytucji ze społeczeństwem, ten poziom bezpieczeństwa nigdy nie będzie zadowalający – podkreślił wiceminister Grzegorz Karpiński, otwierając konferencję.

Tytuł „Lidera programu Razem bezpieczniej” to wyróżnienie dla najlepszych realizatorów programu, które świadczy o ich aktywnym zaangażowaniu w działania na rzecz poprawy bezpieczeństwa i porządku publicznego. Liderem programu „Razem bezpieczniej” może być m.in. osoba fizyczna, prawna albo organizacja pozarządowa. W tym roku statuetki Lidera Programu otrzymali:

Dr hab. Marek Konopczyński – rektor Wyższej Szkoły Nauk Społecznych PEDAGOGIUM w Warszawie, członek Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk, twórca pojęcia „twórczej resocjalizacji”. W 2009 r. roku podpisał pierwszą w Polsce DEKLARACJĘ Akademicką pomiędzy PEDAGOGIUM i programem „PaT”, która otworzyła program praktyk studenckich w działaniach „PaT”. Zainicjował utworzenie m.in. pierwszej w kraju studenckiej grupy „PaT” PEDAGOGIUM oraz umożliwił realizację autorskich projektów resocjalizacyjnych przez liderów społeczności PaT, m.in. z warszawskimi bezdomnymi i podopiecznymi Schroniska dla Nieletnich i Zakładu Poprawczego w Falenicy. W 2013 r. był współorganizatorem konferencji otwierającej kolejną edycję kampanii społecznej „Reaguj, nie toleruj”.

Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Opolu – w latach 2010-2013 ROPS w Opolu realizował projekty dofinansowane ze środków programu „Razem bezpieczniej”. W ramach projektów organizowano bezpłatne porady specjalistów, szkolenia, upowszechniano także materiały informacyjno-edukacyjne – w tym 15-sekundowe komunikaty na monitorach w autobusach MZK pod hasłem „Przemoc to Nie-Moc”. Organizowano także spektakle profilaktyczno-edukacyjne dla szkół podstawowych klas IV-VI, np. „Nibylandia Piotrusia Pana” – dziecko w obliczu przemocy i agresji w rodzinie. Z kolei projekt „Reaguj i żyj bezpiecznie” to m.in. spektakl pt. „Pinokio na zakręcie”, który uczulał dzieci na zagrożenia w kontaktach z obcymi osobami.

Wiesława Ćwiklińska – wicekurator oświaty w Białymstoku. Od 2008 r. w ramach programu „Razem bezpieczniej” kieruje pracą grupy zadaniowej „Bezpieczeństwo w szkole”, prowadząc cykliczne narady i spotkania oraz inicjując wiele przedsięwzięć na rzecz poprawy bezpieczeństwa uczniów. Była m.in. organizatorką seminarium dla dyrektorów szkół i placówek oświatowych województwa podlaskiego „Razem o bezpieczeństwie”. Od trzech lat promuje w środowisku podlaskich szkół mediację jako sposób na rozwiązywanie trudnych sytuacji szkolnych. Była pomysłodawczynią zorganizowania dla zainteresowanych nauczycieli w Kuratorium Oświaty cyklu spotkań z mediatorem, a także konferencji regionalnych w tym zakresie. Z jej inicjatywy odbyło się wojewódzkie forum wychowawcze, w ramach którego prezentowano sprawdzone i skuteczne rozwiązania w zakresie wychowania i profilaktyki szkolnej, a następnie we współpracy z dyrektorami i samorządem lokalnym zorganizowano 10 konferencji regionalnych. Uczestniczyli w nich dyrektorzy, nauczyciele, rodzice i uczniowie oraz władze samorządowe.

Konferencja podsumowująca realizację programu „Razem bezpieczniej” odbywa się w MSW co roku. Biorą w niej udział przedstawiciele instytucji rządowych i samorządowych, a także służb i organizacji pozarządowych, zaangażowanych w realizację programu. W tym roku w konferencji wzięli udział m.in. podsekretarz stanu w MSW Grzegorz Karpiński, zastępca komendanta głównego policji nadinsp. Krzysztof Gajewski, zastępca komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej nadbrygadier Piotr Kwiatkowski, sekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej Tadeusz Sławecki i Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak.

W budżecie państwa na lata 2007-2015, w ramach rezerwy celowej, na realizację programu „Razem bezpieczniej” corocznie zabezpieczona jest kwota 3 mln zł. Od 2007 do 2014 roku dofinansowano 339 projektów na kwotę 23,680 tys. zł.

Infrastruktura zwandalizowana

27 listopada w Warszawie odbyła się konferencja „Bezpieczna infrastruktura, bezpiecznie społeczeństwo”. To już drugi rok z rzędu, gdy w ramach projektu funkcjonuje memorandum o współpracy dotyczącej przeciwdziałania kradzieżom i dewastacji infrastruktury.

W pierwszej połowie tego roku akty wandalizmu na infrastrukturze pozbawiły blisko 19 tysięcy odbiorców elektryczności, doprowadziły do około 6,7 tys. opóźnień w kursowaniu pociągów oraz do prawie 80 tys. nieczynnych usług telekomunikacyjnych. Liczba zdarzeń w tym roku jest mniejsza w sektorze energetycznym i telekomunikacyjnym, natomiast odnotowano ich wzrost na infrastrukturze kolejowej. – Mimo wszystko, działania Memorandum przekładają się w znacznym stopniu na zmniejszenie ilości kradzieży. Wynika to z zaangażowania i współpracy z Policją – powiedziała Marzena Śliz, przewodnicząca Komitetu Sterującego Memorandum oraz dyrektor w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej.

Do największych osiągnięć podpisanego memorandum można zaliczyć m.in. dokonanie zmian w ustawie o odpadach, włączenie memorandum do rządowego projektu „Razem Bezpieczniej”, zmniejszenie zdarzeń kradzieży infrastruktury telekomunikacyjnej. W ramach projektu utworzono fundację na rzecz przeciwdziałania kradzieży i dewastacji oraz wypracowano markę „Niezłomni” będącą systemem identyfikacji wizualnej dotyczącej ochrony infrastruktury. Przygotowywana jest obecnie internetowa platforma incydentów kradzieży infrastruktury, która ma zacząć działać w pierwszej połowie 2015 r.

Podczas tegorocznej konferencji podpisano list intencyjny o współpracy z SIPAM (Sichercheitspartnerschft gegen Metalldiestahl). To niemiecka organizacja zrzeszająca zarządców infrastruktury. Honorowy patronat nad konferencją objęła szefowa resortu, Teresa Piotrowska.

Priorytet dla profilaktyki

PaT to skrót od nazwy programu „Profilaktyka a Ty”: co Ty zrobiłeś w sprawie profilaktyki uzależnień? W programie znajdzie miejsce każdy, komu bliska jest myśl humanistyczna. Wartością tej inicjatywy są ludzie, którzy chcą działać dla drugiego człowieka. Autorem programu jest Grzegorz Jach – inspektor Policji (Pełnomocnik Komendanta Głównego Policji ds. promocji bezpieczeństwa publicznego). Program realizuje Zespół Edukacji na Rzecz Bezpieczeństwa Publicznego Gabinetu Komendanta Głównego Policji poprzez Impresariat PaT w Warszawie.

PaT to program: mody na życie bez uzależnień; profilaktyki rówieśniczej; dobrych wiadomości, a nie protestów; zaproszeń, a nie wykluczeń; destygmatyzacji młodzieży wykluczonej lub środowiskowo marginalizowanej; bez nagród i działania za coś; nie robienia, co się chce, ale odpowiedzialności za siebie i innych. PaT to twórcza profilaktyka w działaniu bez fikcji i ulotek. PaT nie ma charakteru akcyjności i konkurencyjności. Społeczność PaT budowana jest na relacjach łączenia środowisk, wzajemnego wsparcia, wymiany doświadczeń i twórczych prezentacji. PaT to głos młodzieży w profilaktyce uzależnień!

Główni partnerzy programu PaT: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poprzez program „Razem bezpieczniej”; Ministerstwo Edukacji Narodowej poprzez program „Bezpieczna i przyjazna szkoła”; Departament Wychowania i Promocji Obronności Ministerstwa Obrony Narodowej; Rzecznik Praw Dziecka; Straż Graniczna; Zarząd Główny NSZZ Policjantów; Miesięcznik „POLICJA 997”.

Wyższe uczelnie obecne są w programie PaT poprzez studenckie koła naukowe lub uczelniane grupy PaT (oficjalne rozpoczęcie współdziałania uczelni z programem PaT następuje z dniem podpisania Deklaracji Akademickiej. Deklarację Akademicką z programem PaT podpisały: Wyższa Szkoła Nauk Społecznych PEDAGOGIUM w Warszawie; Uniwersytet Warszawski (Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji); Uniwersytet Przyrodniczo-Humanistyczny w Siedlcach; Wyższa Szkoła Bankowa w Poznaniu (Oddział Zamiejscowy w Chorzowie); Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu (Wydział Studiów Edukacyjnych); Wyższa Szkoła Policji w Szczytnie; Państwowa Wyższa Szkoła Informatyki i Przedsiębiorczości w Łomży; Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach; Akademia im. Jana Długosza w Częstochowie; Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Koninie.

Cele programu: komunikowanie oraz inicjowanie przez zespoły specjalistów (w tym policyjnych) wspólnoty działań, skierowanych przeciwko zjawiskom patologii społecznej, opartych na innowacyjnych metodach, z zaangażowaniem młodzieżowego wolontariatu i aktywną współpracą z samorządami; zmniejszanie zjawiska uzależnień wśród młodzieży szkolnej poprzez kształtowanie aktywnych społecznie i umacnianie asertywnych postaw; inspirowanie rodziców do pogłębiania wiedzy z zakresu profilaktyki uzależnień oraz nakłanianie ich do częstej rozmowy na ten temat z własnymi dziećmi; tworzenie ogólnopolskiej społeczności, promującej wśród młodzieży modę na życie bez uzależnień.

Siedem obszarów profilaktyki

Program PaT realizowany jest  przez cały rok w siedmiu obszarach jednocześnie.

- Obszar pierwszy – działanie

Działanie PaT polega na przeprowadzeniu spotkania/szkolenia kierowanego do jednego z wymienionych adresatów: MŁODZIEŻ – działanie PaT/M (dla uczniów szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych). Działanie organizowane jest na zaproszenie lokalnego samorządu i policji (miasto/powiat/gmina). Realizacja działania PaT/M jest bezkosztowa. Wymogi logistyczne finansowane są przez samorząd; RODZICE – to działanie PaT/R (dla rodziców młodzieży szkolnej). Działanie organizowane jest na zaproszenie lokalnego samorządu i policji (miasto/powiat/gmina). Realizacja działania PaT/R jest bezkosztowa. Wymogi logistyczne finansowane są przez samorząd; LIDERZY – to działanie PaT/L (dla liderów młodzieżowych PaT w formie szkolenia z zarządzania grupą PaT). Działanie organizowane jest przez Impresariat PaT. Szkolenie liderów PaT finansowane jest z rządowego programu ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej” (MSW); NAUCZYCIELE/ANIMATORZY – PaT/E (dla nauczycieli/animatorów w formie szkolenia eksperckiego PaT). Działanie organizowane jest w porozumieniu z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Obszar szkolenia obejmuje województwa wytypowane przez MEN w danym roku kalendarzowym. Biorą w nim udział osoby dorosłe zaangażowane w różne formy pracy z młodzieżą. Uczestników szkolenia typują lokalne samorządy. Szkolenie PaT/E poprzedza spotkanie na szczeblu wojewódzkim z udziałem przedstawicieli wojewody, marszałka województwa, kuratora oświaty oraz komendanta wojewódzkiego policji. Szkolenie eksperckie PaT/E (edukacja) finansowane jest z rządowego programu „Bezpieczna i przyjazna szkoła” (MEN).

Wyraźne zróżnicowanie grup wynika z odmiennego sposobu komunikowania się z adresatem. Struktura działań PaT obejmuje następujące części: PaT/M (młodzież) – informacja o programie PaT, spektakl edukacyjno-profilaktyczny, badanie naukowe (ankieta audytoryjna) poświęcone rozpoznawaniu zagrożeń zjawiskiem narkomanii wśród uczniów, edukacja w zakresie prawa z wykorzystaniem metody dramy, rozmowa z młodzieżą na temat postaw społecznych, kampania programu PaT „NIE WSIADAM!” dotycząca prowadzenia pojazdów przez nietrzeźwych kierowców oraz film edukacyjno-profilaktyczny. Działanie PaT/M trwa 90 minut i prowadzone jest w ramach szkolnego programu profilaktycznego; PaT/R (rodzice) – informacja o programie PaT, spektakl edukacyjno-profilaktyczny, prezentacja wyników badań z działań PaT/M oraz otwarta dyskusja prowadzona z uczestnikami spotkania. Działanie PaT/R trwa 60 minut i najczęściej prowadzone jest na terenie szkoły przed wywiadówkami z rodzicami; PaT/L (liderzy) – wykłady i ćwiczenia dla młodzieżowych liderów PaT na temat zarządzania grupą rówieśniczą, kompetencji interpersonalnych oraz współpracy z oświatą, samorządem i policją. Szkolenie Ogólnopolskiego Zespołu Liderów PaT prowadzone jest dwa razy w roku. Uczestniczą w nim liderzy PaT lub ich przedstawiciele. Centralne szkolenie trwa 4 dni i dla liderów PaT jest bezkosztowe. Impresariat PaT wspiera również szkolenia lokalnych Zespołów Liderów PaT, które finansowane są przez lokalne samorządy. PaT/E (edukacja) – to szkolenie uczestniczące dla animatorów/nauczycieli, którego program obejmuje bezpośredni udział w przygotowaniu działania PaT/M oraz egzamin ekspercki PaT. Szkolenie trwa 4 dni. Kończy się zbudowaniem młodzieżowej grupy PaT, przeprowadzeniem działania PaT/M z udziałem utworzonej grupy PaT i uczestników szkolenia oraz wręczeniem certyfikatów eksperckich PaT.

- Obszar drugi – informacja

Program PaT, oprócz prezentowania działań bieżących na stronie www.pat.policja.gov.pl, promuje  wartościowe inicjatywy edukacyjno-profilaktyczne realizowane na terenie całego kraju. Program udostępnia także bazę scenariuszy profilaktycznych. Program PaT wydaje materiały informacyjne dostępne na stronie internetowej programu w formie pisanej (gazety „PaTrz!”, „ PaTosfera”,  „Przystankowicz”) i radiowej (internetowe Radio TRAP, czyli „Tematyczna Radiowa Antena Profilaktyczna”, nadająca na fali profilaktyki). Specjalną zakładkę na stronie programu stanowi galeria zdjęć oraz filmów społeczności PaT (dokument, fabuła, LipDub).

- Obszar trzeci – edukacja

To działanie zmierzające do ewaluacji i naukowego podsumowywania efektów programu, jak też służące naukowemu opracowaniu obserwacji, płynących (po 9 latach funkcjonowania programu) z setek wystawionych spektakli i towarzyszących im dyskusji z 60 tysiącami młodzieży. Dotychczas odbyły się dwie konferencje PaT: w 2007 r. w Szkole Policji w Katowicach i 2009 r. na Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach. Główny nurt tego obszaru stanowi działanie PaT/E (edukacja) prowadzone we współpracy z Ministerstwem Edukacji Narodowej, w ramach którego wydany został Poradnik Metodyczny PaT.

- Obszar czwarty – certyfikat „Wspiera nas PaT”

Certyfikat „Wspiera nas PaT” to dokument przyznawany od 2009 r. przez Impresariat programu „Profilaktyka a Ty” najciekawszym projektom profilaktyczno-artystycznym w całej Polsce. Warunkiem otrzymania Certyfikatu jest realizacja przedsięwzięcia o charakterze profilaktycznym z wykorzystaniem narzędzia sztuki. Działanie powinno być przeprowadzone z bezpośrednim, bądź pośrednim, udziałem Policji. Dotychczas Certyfikat otrzymało 16 najbardziej wartościowych inicjatyw, podjętych zarówno przez młodzież, jak też przez instytucje (wykaz wyróżnionych inicjatyw znajduje się na stronie internetowej programu). Certyfikat „Wspiera nas PaT” to wyraz uznania za zaangażowanie w twórczą profilaktykę.

- Obszar piąty – Akcja „Przystanek PaT”

„Przystanek PaT” to coroczne, ogólnopolskie spotkanie społeczności PaT z całego kraju, promującej modę na życie wolne od uzależnień. Przez pięć dni odbywają się bezpłatne warsztaty artystyczne prowadzone przez zawodowych instruktorów. Można wziąć udział m.in. w zajęciach teatralnych, kuglarskich, wokalnych, tanecznych, literackich, recytatorskich, dziennikarskich, radiowych, etnograficznych, charakteryzatorskich czy technicznych. W programie przewidziane są również warsztaty profilaktyczne, rozmowy filozoficzne, koncerty oraz spektakle w wykonaniu grup teatralnych z całej Polski. Ostatniego dnia, podczas finału Akcji, uczestnicy warsztatów prezentują efekty swojej pracy przed zaproszonymi gośćmi, mediami i lokalną społecznością.

W akcję zaangażowane są lokalne władze oświatowe, samorządowe, policja i media. Akcję „Przystanek PaT” odwiedzili obserwatorzy z Niemiec, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Portugalii, Danii i Węgier. Warsztaty artystyczne prowadzili zawodowi instruktorzy z Polski, a także ze Słowacji, Brazylii, Kuby, Izraela, Rosji i Niemiec.

Program „Profilaktyka a Ty” („PaT”) jest organizowany w ramach rządowego programu ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej”. Przystanek „PaT” to część programu „Profilaktyka a Ty”. Odbywa się raz w roku, w czasie wakacji. Trwa 5 dni, a biorą w nim udział liderzy programu, wolontariusze oraz grupy teatralne z całego kraju. Uczestnicy imprezy mogą się spotkać z ludźmi sztuki, artystami i muzykami, którzy promują idee Przystanku. Adresatami akcji są przede wszystkim młodzież i studenci, a jej cel to m.in. tworzenie ogólnopolskiej społeczności promującej wśród młodych ludzi modę na życie bez nałogów.

Głównym pomysłodawcą i organizatorem Przystanku jest Komenda Główna Policji. Akcja organizowana jest od 2006 r., od drugiej edycji patronuje jej Minister Spraw Wewnętrznych. W 2007 r. Przystanek „PaT” został wpisany do programu „Razem bezpieczniej”, a od 3 lat jest dofinansowywany z rezerwy celowej zabezpieczonej na realizację programu. Ostatni Przystanek odbył się w Łodzi. Tegorocznym miastem-organizatorem Przystanku „PaT” będzie Konin. Statuetkę Przystanku odebrali prezydent Konina Józef Nowicki oraz wielkopolski komendant wojewódzki Policji insp. Rafał Batkowski.

- Obszar szósty – PaH czyli Profilaktyka a Harcerstwo

Inicjatywę skierowaną do harcerzy wprowadzili do programu PaT koordynatorzy PaT z Sokołowa Podlaskiego. Głównym jej narzędziem jest Profilaktyczna Gra Miejska, którą przeprowadzają harcerze dla młodzieży szkół ponadpodstawowych (zakładka PaH). Projekt Profilaktyka a Harcerstwo zaprasza do współpracy każdą organizację harcerską w kraju.

- Obszar siódmy – PaTosfera

To najnowszy pomysł w programie PaT. PaTosfera trwa kilka godzin i polega na promocji społeczności PaT w centrach miast. PaTowicze zapraszają do wspólnej zabawy lokalną społeczność, promując modę na życie wolne od uzależnień.

Program „Profilaktyka a Ty” w 2007 r. został wpisany do Banku Dobrych Praktyk, a w 2011 r. otrzymał tytuł LIDERA rządowego programu ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej”. W 2009 r. Akcja „Przystanek PaT” została objęta patronatem Europejskiego Roku Kreatywności i Innowacji. W 2010 r. program PaT przystąpił do Europejskiej Kampanii w sprawie Narkotyków. W 2011 r. program PaT uczestniczył w działaniach Europejskiego Roku Wolontariatu. W 2012 r. społeczność PaT jest intensywnie obecna w działaniach Roku Korczaka.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:02

SAMORZĄD PRZYJAZNY SENIOROM

Napisane przez

13 listopada br. – w trakcie seminaryjnego posiedzenia senackiej Komisji Rodziny, Polityki Senioralnej i Społecznej poświęconego aktywizacji cyfrowej pokolenia 50 – ogłoszono wyniki konkursu „Samorząd przyjazny seniorom 2014 – przyjazna administracja” zorganizowanego przez Parlamentarny Zespół ds. Osób Starszych. Informowaliśmy wcześniej na naszych łamach o tym konkursie.

To już tradycja. Zespół parlamentarny od trzech lat ogłaszał konkursy, w których rywalizowały jednostki samorządu terytorialnego, uwzględniające w godny sposób potrzeby tej rosnącej części populacji, jaką stają się seniorzy we współczesnej sytuacji demograficznej. Przedmiotem rywalizacji był zaszczytny tytuł „Samorząd przyjazny seniorom”. We wcześniejszych konkursach rywalizowano o tytuły „Samorządu przyjaznego edukacji osób starszych i integracji międzypokoleniowej” (w 2012 r.) i „Samorządu przyjaznego seniorom 2013 – przyjaznej przestrzeni publicznej” (w 2013 r.). Przyszedł teraz czas na przyjazną administrację.

Organizujący konkursy Parlamentarny Zespół ds. Osób Starszych przyjmował świadomie szeroką, otwartą i wieloznaczną formułę tematów (tytułów) konkursów, bowiem pozwalało to na uchwycenie także takich inicjatyw, które trudne byłyby do przewidzenia przy kazuistycznym ustaleniu zakresu rywalizacji. W istocie przecież – jak można się domyślać – nie chodziło o stricte sportową rywalizację (bo też jaka może być rywalizacja Szczecina z Katowicami!), lecz o popularyzację pożytecznych pomysłów, ułatwiających życie seniorom.

W tym roku kapituła konkursu pod kierunkiem senatora Mieczysława Augustyna, przewodniczącego Parlamentarnego Zespołu ds. Osób Starszych (w jej pracach uczestniczył również naczelny redaktor PUBLICUSA, Tomasz Czajkowski) najwyżej oceniła inicjatywę z kresów zachodnich.

Pierwsze miejsce zdobyło Miasto Zielona Góra – za realizację projektu „Karta Zielonogórskiego Seniora”. Drugie miejsce zdobyły dwie, mniejsze gminy: sławna z białych serów gmina Korycin, za realizację projektu „Seniorzy w działaniu” oraz dolnośląska gmina Dzierżoniów za realizację projektu „Stworzenie warunków dla rozpowszechniania regionalnych tradycji, poszukiwania tożsamości oraz scalanie pokoleń”.

Przyznano również kilka wyróżnień specjalnych. Wyróżnienie specjalne w kategorii „współpraca z innymi samorządami, instytucjami krajowymi i współpraca międzynarodowa” otrzymał powiat żagański za realizację projektu „Nie starzeje się ten, kto nie ma czasu – Polsko-niemieckie spotkania seniorów”.

Wyróżnienie specjalne w kategorii „kompleksowość projektowanych lub wdrożonych rozwiązań” przypadło gminie Czerwonak za realizację projektu „Gminny Program Pomocy Osobom Niepełnosprawnym i Starszym Mieszkańcom Gminy Czerwonak na lata 2013-2018 ZACHOWAJ RADOŚĆ ŻYCIA”. Wyróżnienie specjalne w kategorii „rozwiązania sprzyjające integracji międzypokoleniowej” powędruje z kolei do Legnicy za realizację projektu „Centrum Seniora”.

Za trwałość zakładanych lub osiągniętych efektów wyróżniona została gmina Polkowice za realizację projektu „Mieszkania Chronione dla osób starszych”. Wyróżnienie specjalne w kategorii „partnerskie współdziałanie z instytucjami administracji rządowej, organizacjami pozarządowymi i przedsiębiorcami na etapie planowania i realizacji rozwiązań” otrzymała gmina Nysa za realizację projektu „Gmina Nysa przyjazna seniorom – seniorze, nie bój się Urzędu”.

Wypada tu napisać słów parę na temat najlepszego programu. Karta zielonogórskiego seniora jest wzorowana na programach lojalnościowych i tych, które samorządy adresują do rodzin wielodzietnych. Celem przedsięwzięcia, skierowanego do osób powyżej 50. roku życia, jest aktywizacja fizyczna i intelektualna zielonogórzan w sile wieku i jednocześnie – wytworzenie oferty zielonogórskich przedsiębiorców przeznaczonej dla beneficjentów programu. Ułatwiając seniorom dostęp do dóbr kulturalnych, sportowych i podstawowych buduje się wizerunek Zielonej Góry, jako miasta przyjaznego i otwartego dla mieszkańców. W Zielonej Górze miesza ponad 40 tysięcy osób w wieku powyżej 50 lat. Udział w programie jest, rzecz jasna, dobrowolny i zapewnia zniżki przy zakupie żywności, artykułów higienicznych, odzieży, rabaty u fryzjerów, w pralniach, przy zakupie biletów na imprezy kulturalne i sportowe, jak i również – zniżki w gastronomii. 

poniedziałek, 12 styczeń 2015 17:01

SEN O NIEMENIE

Napisane przez

Czesław Niemen był jednym z tych nielicznych polskich artystów, których talent zdecydowanie wyrastał poza nasze rodzime podwórko. A jednak znakomity wokalista właściwie nigdy nie zdołał się przebić na zagraniczne sceny. Dziwny jest ten świat – a próbę wytłumaczenia go podjął Krzysztof Magowski w biograficznym filmie dokumentalnym o Niemenie, „Sen o Warszawie”.

Geniusz w czasach PRL nie oznaczał szansy na karierę. 6 milionów sprzedanych płyt nie oznaczało bogactwa. Legenda, wręcz kult, nie oznaczały powszechnego uznania. Wbrew obiegowym sądom, losy Czesława Wydrzyckiego nigdy nie układały się tak, jakbyśmy to mogli sobie wyobrażać.

Reżyser skonstruował swoją opowieść „po bożemu”: mamy tu rok 1939, kiedy to Czesław Wydrzycki przychodzi na świat w Starych Wasiliszkach, dziś na terytorium Białorusi, i rok 1945, kiedy rodzina przenosi się na Ziemie Odzyskane w ramach powojennych migracji i przesiedleń. Choć to tylko sześć pierwszych lat życia, nieliczni z nas mają z tego okresu jakieś wyraźniejsze wspomnienia, artysta traktował tę część swojej biografii niemalże jako kluczową – nie dość, że jego pseudonim wywodził się od przepływającej w pobliżu rzeki (co w świetle powojennych zmian granic mogło uchodzić za niemalże prowokacyjne), to jeszcze po latach potrafił wziąć taksówkę i przejechać setki kilometrów, by na chwilę stanąć w progach dawnego domu.

Na długo przed tym, jak władze PRL uchyliły furtkę dla zachodniej pop-kultury Niemen podchwycił trendy, które przewróciły zachodnią kulturę do góry nogami. Wyrafinowane, niecodzienne, pstrokate, stylizowane stroje; wpływy bluesa, soulu, jazzu, a w końcu i progresywnych nurtów muzyki rockowej pojawiły się w jego twórczości równie szybko, jak u uznanych zachodnich twórców – tyle że z domieszką słowiańską, od języka po melodykę części utworów. Odwołania do rodzimej twórczości, pacyfistyczny przekaz, unikanie politycznych konotacji czy funkcjonowanie gdzieś na obrzeżach oficjalnego mainstreamu kulturalnego nie uchroniły jednak artysty przed niechęcią władz – praktycznie do chwili upadku komunizmu Niemen nie posiadał licencji profesjonalnego wykonawcy. Nie był zatem w stanie korzystać zarówno z możliwości prezentowania się za granicą, ani zarabiania na życie zgodnie z przypisanymi piosenkarzom standardami państwowymi. Dlatego też publiczność na Zachodzie – być może będąca w stanie bardziej docenić jego wyrafinowanie i eksperymenty muzyczne – praktycznie nigdy nie poznała Niemena. Pozostał ciekawostką dla koneserów, którzy najczęściej przypadkiem natknęli się na którąś z jego płyt. Dodatkowo, w czasie stanu wojennego, muzyk i pieśniarz został wplątany w manifestację poparcia dla władz, co zaowocowało wieloletnią niechęcią ówczesnej opozycji.

O tym wszystkim opowiadają reżyserowi członkowie rodziny, przyjaciele i współpracownicy Czesława Niemena. Nie jest to jednak zbiór nieruchomych, klasycznych wypowiedzi do kamery – gdy tylko udawało się znaleźć archiwalia, tam mamy szansę zobaczyć Niemena we własnej osobie. Gdzie zabrakło obrazu, tam reżyser aranżuje inscenizacje.

Przez ostatnie dwie dekady Niemen stał się narodową dumą, klasykiem muzyki (niekoniecznie rozrywkowej), obiektem sporów. Wszyscy kochamy Niemena, choć dziś mało kto tak naprawdę zna jego muzykę – poza kilkoma najsłynniejszymi utworami, od „Dziwny jest ten świat”, przez „Sen o Warszawie” po „Pod Papugami”. Frapujące jest choćby to, że do dziś tylko nieliczni z naszych współczesnych mistrzów sceny zmierzyli się z reinterpretacją jego utworów. Być może dzięki filmowi Magowskiemu sięgniemy, choćby po najważniejsze płyty artysty, a jego twórczość ożyje.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 16:58

PAŃSTWO A OBYWATEL: KWESTIA ZAUFANIA

Napisane przez

Dwadzieścia lat funkcjonowania przepisów dotyczących zamówień publicznych to świetna okazja, aby przyjrzeć się nie tylko wpływowi prawa na procesy zachodzące w Polsce, ale i odwrotnie – jak zmiany ostatnich dwóch dekad wpływały na samo prawo. Analiza legislacji dotyczącej prawa zamówień publicznych może prowadzić do wielu niezwykle ciekawych wniosków. Jednym z nich może być ocena procesu ewolucji zaufania państwa do swoich obywateli, szczególnie zaufania polskiego ustawodawcy do władzy wykonawczej z jednej strony, i przedsiębiorców z drugiej strony.

Pierwsza ustawa, regulująca sposób przeprowadzania przetargów w Polsce – która weszła w życie 1 stycznia 1995 r. – została pomyślana, jako skrajnie sztywny gorset wymogów, przepisów i procedur. Dlaczego? Zasadniczym celem przyświecającym wówczas ustawodawcy było maksymalne ograniczenie możliwości dokonywania przez zamawiającego swobodnego wyboru, i to w dwóch aspektach: zarówno w zakresie konieczności wyboru wykonawcy zlecenia w trybie zamówienia publicznego, jak i w zakresie kryteriów decydujących o uznaniu konkretnej oferty za najbardziej korzystną.

Pierwsze prawo zamówień publicznych, krytycznie można byłoby stwierdzić, nie dawało niemalże żadnego kredytu zaufania jego beneficjentom. Trzeba jednak pamiętać, że dwadzieścia lat temu otaczały nas zupełnie inne realia niż dzisiaj. Tworzone wówczas prawo odpowiadało na potrzebę ograniczenia do minimum tych sytuacji, które mogłyby prowadzić do łamania fundamentalnych zasad, na których opiera się system zamówień publicznych, tj. zasady uczciwej konkurencji, zasady równego traktowania wykonawców oraz zasady bezstronności i obiektywizmu.

Mówiąc wprost, w obawie przed nieprawidłowościami i korupcją, budowany system oparty został na zupełnym braku zaufania państwa, zarówno dla władz publicznych, jak i przedsiębiorstw biorących udział w procedurach przetargowych.

Próg bagatelności

Pierwszy element, który wskazuje na powątpiewanie ówczesnego ustawodawcy w czyste intencje uczestników rynku zamówień publicznych, to wysokość progów zastosowania ustawy o zamówieniach publicznych, czyli tzw. progów bagatelności. Wybór wykonawcy zlecenia w oparciu o procedurę przetargową oznaczał też uruchomienie całego szeregu mechanizmów nadzorczych i kontrolnych. W domyśle, narzucone przez prawo dodatkowe obostrzenia miały uchronić obywateli, czyli nas wszystkich, od nieprawidłowości, marnotrawstwa i korupcji.

Choć dzisiaj już niewielu o tym pamięta, w swojej pierwotnej wersji ustawa o zamówieniach publicznych, która weszła w życie 1 stycznia 1995 r., objęła swoim zakresem wydatkowanie dosłownie wszystkich publicznych środków. Dopiero jedna z pierwszych nowelizacji ustawy, przeprowadzona jeszcze w 1995 r., doprowadziła do rozluźnienia tego rygoryzmu. Wprowadzony wówczas próg bagatelności został wyceniony na kwotę 1000 ECU, czyli zaledwie ok. 3 tysięcy złotych. Było to więc tylko symboliczne uznanie uczciwości obywateli, żeby sarkastycznie nie powiedzieć, iż władza postanowiła się „zgodzić” na potencjalne nieuczciwości, lecz tylko o niewielkiej wartości.

Oczywiście, wraz z kolejnymi nowelizacjami ustawy wartości zamówień, powyżej którego istnieje obowiązek stosowania przepisów o zamówieniach publicznych, był stopniowo podwyższany. Ostatnia nowelizacja, która weszła w życie w dniu 19 października 2014 r., określa próg bagatelności już na poziomie równowartości 30 tysięcy euro.

Mimo iż jest to, w porównaniu z przeszłością, bardzo znacząca kwota, wśród krajów Unii Europejskiej polski próg należy nadal do jednych z najniższych. Jednak skok zaufania, mierzony w tysiącach euro, jest imponujący.

Warto jedynie przypomnieć na marginesie, iż w czasie prac nad ustawą starły się dwa poglądy w tej materii – rządowy i poselski, a nawet można rzec rządowy i poselski, ale prezentowany tylko przez jedną partię, obecnie rządzącą, której przedstawiciele wnieśli o jeszcze wyższe podniesienie progu bagatelności. Jednocześnie były jednak i głosy opozycji, postulujące zachowanie poprzedniego „pułapu wejścia”, lub jego podwyższenie, lecz z równoległymi wyprowadzeniami nowych procedur kontrolnych, co likwidowałoby zupełnie sens liberalizacji.

Dzisiaj, już po nowelizacji, można zaryzykować tezę, iż dyskusje prowadzone podczas wspominanych prac rokują pozytywnie – że w przyszłości próg zastosowania prawa zamówień publicznych będzie nadal podnoszony. Odzwierciedla on bowiem stan rozwoju cywilizacyjnego oraz mentalności społecznej w danym państwie. Jest też dowodem rosnącego zaufania państwa polskiego do własnych obywateli, w tym przypadku do uczestników rynku zamówień publicznych.

Kryteria wyboru oferty

Nie tylko omawiany „próg wejścia” jest odzwierciedleniem poziomu zaufania państwa do obywateli. Innym zagadnieniem były bowiem i są kryteria wyboru oferty. Tu trzeba przyznać, iż w przeszłości znaczenie trudniej przebiegała ewolucja podejścia do kryteriów wyboru, i to nie tylko w zakresie stanowionego prawa, ale szczególnie stosowanej praktyki.

Mimo bowiem, iż w tej materii prawo się niewiele zmieniało, w rzeczywistości coraz większy odsetek przetargów był rozstrzygany przy użyciu wyłącznie ceny, albo ceny, jako głównego kryterium wyboru. Sytuacja w tym względzie stała się niemalże patologiczna.

W ostatnich latach bowiem można było z łatwością zaobserwować, że niemalże wszystkie przetargi rozstrzygane były w oparciu o kryterium ceny. Dla wielu laików właśnie to kryterium może pozornie wydawać się najbardziej obiektywne, umożliwiające podjęcie bezstronnej decyzji. Bardzo szybko jednak przekonać się można, że pominięcie innych przesłanek przy ocenie zgłoszonych ofert może prowadzić do poważnych strat i ponoszenia niepotrzebnych kosztów.

Stan obowiązującego w Polsce prawa, regulującego rynek zamówień publicznych, stał się tematem ogólnonarodowej debaty – szczególnie wiosną 2012 r. To właśnie wówczas, kiedy odliczaliśmy ostatnie dni do EURO 2012, niemal każdego dnia dowiadywaliśmy się z mediów, że kolejne inwestycje są zagrożone, kolejne firmy budowlane stoją na skraju bankructwa, a kolejni podwykonawcy, zniecierpliwieni brakiem zapłaty, grożą zejściem z placu budowy. Wtedy też pojawiły się w pełni uzasadnione pytania o to, jak to możliwe, że firmy budowlane, które wygrały wielomilionowe przetargi na gigantyczne inwestycje infrastrukturalne, znalazły się w aż tak złej sytuacji. Przecież problemem nie mogły być brakujące środki, skoro finansowanie inwestycji strategicznych z punktu widzenia organizacji EURO 2012 było zabezpieczone w budżecie państwa i poszczególnych samorządów.

Odpowiedź na pytanie, której wówczas udzielano, nie była oczywiście zaskoczeniem dla tych, którzy zajmują się przetargami od lat i którzy z bliska obserwowali proces wypaczania systemu zamówień publicznych w Polsce. Winę za tę sytuację przypisywano obowiązującemu prawu, które miało wymagać, aby kryterium decydującym o wyborze najlepszej oferty była niemal wyłącznie cena. W tym kontekście dokonanie wyboru oferty w oparciu np. o kryterium jakości niemal nie wchodziło w grę.

Pojawiło się jednak pytanie, czy aby na pewno winę za taką sytuację można było zrzucić wyłącznie na wadliwe prawo. Oczywiście – nie. Zawiniły bowiem między innymi populizm, nieuzasadniona podejrzliwość oraz nasza mentalność narodowa.

Trzeba bowiem podkreślić, iż prawo w tym względzie nie wymagało i nie wymaga takiego usytuowania kryterium ceny w specyfikacjach istotnych warunków zamówień publicznych. Niestety, dla bardzo wielu organizatorów przetargów określenie warunków przetargu tak, aby rzeczywiście rozstrzygające było zawsze kryterium ceny, stanowiło po prostu swego rodzaju mechanizm samoobrony. Przed czym? Przed zarzutami o interesowność, o kumoterstwo, o korupcję…

Nagonka na administrację, podsycana przez różne środowiska, doprowadziła do takiej sytuacji, że dla świętego spokoju unikano wyboru ofert droższych, ale lepszych. Po co bowiem narażać się na pomówienia. Kryterium ceny zapewniało komfort psychiczny nawet, jeśli nie dawało szansy na wybór ekonomicznie najlepszej oferty. Koniec końców, bardziej wytworzona praktyka, niż wymogi prawa, pociągała za sobą straty dla budżetu, dla urzędów, dla przedsiębiorstw, dla ich pracowników. Tak de facto, dla nas wszystkich. Dawała jednak spokój i brak zagrożenia zainteresowaniem opozycji czy organów ścigania.

W konsekwencji, firmy startujące w przetargach, wiedząc, że kryterium decydującym o wyborze wykonawcy będzie wartość oferty, przystosowywały się do tej sytuacji, tnąc koszty, na czym tylko było można, a nawet… jeśli już nie było można.

Niestety, zbyt często oferowały możliwie najniższą cenę, często rażąco niską, nawet jeśli już w momencie wygrania przetargu było dla nich jasne, że nie będą w stanie zrealizować tego, do czego się zobowiązały. Oczywiście, później próbowały znaleźć sposób na realizację swojego zobowiązania. A to domagano się aneksów do umowy, a to grożono opóźnieniem realizacji inwestycji, czy wręcz zaprzestaniem prac, a to odwoływano się, jak nie do sumienia zamawiających, to do rozstrzygania sporów przez sądy. Byli też i tacy, którzy – chcąc zrealizować przedmiot zamówienia – szukali „oszczędności”, na przykład nie płacąc wynagrodzeń pracownikom, czy też swoim podwykonawcom. Z tych powodów wiele firm, nie tylko małych i średnich przedsiębiorstw, po prostu zbankrutowało. Oczywiście, taka sytuacja była niekorzystna także dla zamawiających, którzy w momencie, gdy wykonawcy nie byli w stanie ukończyć inwestycji, musieli ponownie organizować przetarg i wydawać kolejne środki na dokończenie zamówienia.

Nic więc dziwnego, że zmian domagali się wszyscy. I zleceniodawcy, czyli instytucje publiczne, i oferenci, czyli przedsiębiorcy, i związki zawodowe, ponieważ zbyt często skutki nierealistycznych obietnic firm ponosili zwykli pracownicy, pozostawieni bez pracy i środków do życia.

Zmiany o kluczowym znaczeniu

Jedna z kluczowych ostatnich nowelizacji prawa zamówień publicznych, która weszła w życie w dniu 19 października 2014 r., stanowi odpowiedź na oczekiwania zgłaszane przez różne środowiska. Jej ambicją jest całkowita zmiana sposobu myślenia o zamówieniach publicznych.

Wprowadzone zmiany mają bowiem na celu skłonienie zamawiających do realizacji dobrego jakościowo zamówienia, a nie tylko taniego. Innymi słowy, chodzi o to, żeby zamawiający nie kierował się wyłącznie ceną nabycia, lecz przede wszystkim wartością zamówienia w całym okresie korzystania z zamówionego produktu, czy usługi.

Mam nadzieję – jako współtwórca ostatnich nowelizacji Prawa zamówień publicznych – że wraz z ostatnią zmianą prawa dyktat najniższej ceny odejdzie do lamusa. Kryterium ceny będzie mogło bowiem mieć decydujące znaczenie wyłącznie w przypadku przedmiotów zamówienia powszechnie dostępnych na rynku i o ustalonych standardach, na przykład przy zakupach materiałów biurowych. Ale nawet w takiej sytuacji pod uwagę trzeba będzie wziąć także i inne kryteria, np. koszty użytkowania i eksploatacji.

Oczywiście, liczę się z tym, że ktoś może próbować wykorzystać fakt wyboru droższej oferty do rzucania oskarżeń o niegospodarność, interesowność czy korupcję. Ale kiedyś z tą polską paranoją trzeba było zrobić porządek.

Zresztą, aby wzmocnić rzetelność i uczciwość oraz ułatwić przygotowywanie dokumentów przetargowych, zaproponowaliśmy równocześnie rozwiązanie polegające na tym, że prezes Urzędu Zamówień Publicznych będzie zobowiązany do publikowania wykazu dobrych praktyk i tworzenia wzorców, z których mogliby korzystać zamawiający.

Co więcej, dajemy zleceniodawcom skuteczne narzędzia walki z rażąco niską ceną, czyli ceną tak niską, że niegwarantującą oferentowi żadnego zysku. Nowe bowiem przepisy tworzą kolejne uprawnienia zamawiającego w zakresie kontroli i wzruszenia ofert z jednej strony, ale drugiej strony zamawiający będzie musiał się też „tłumaczyć”, jeśli będzie chciał nadal stosować cenę jako wyłączne, lub główne kryterium wyboru.

I jeszcze jedna, bardzo ważna, zmiana, bez której trudno mówić o prawdziwej reformie i podnoszeniu zaufania na rynku zamówień publicznych. Jest nią wprowadzenie po latach zgłaszania postulatów waloryzacji wartości kontraktów w sytuacjach, na które żadna ze stron nie miała wpływu. To zdecydowany sukces projektodawców i zupełne novum. Po zmianach, ustawa umożliwi wreszcie waloryzację umów zawartych na ponad 12 miesięcy. W przypadku takich kontraktów strony będą mogły podjąć negocjacje w sprawie zmiany wynagrodzenia.

Chodzi tu przede wszystkim o wzrost podatku VAT, który ma istotne znaczenie na przykład dla cen materiałów budowlanych i przez to wpływa bezpośrednio na koszt realizowanej inwestycji. Poza tym, trzeba również uwzględnić wzrost składek na ubezpieczenia społeczne, czy też wzrost płacy minimalnej. Nie można bowiem oczekiwać, że jeśli którykolwiek spośród trzech powyższych czynników ulegnie zmianie, nadal będzie możliwe zrealizowanie inwestycji na podstawie wcześniej ustalonej ceny. Wówczas albo zamówienie zostanie wykonanie nierzetelnie, albo wymierne straty poniesie wykonawca i podwykonawcy.

Kolejną kluczową zmianą jest wprowadzenie nowych, absolutnie prospołecznych i prozatrudnieniowych rozwiązań. Na czym one polegają? Jak już wspomniano wyżej, do tej pory było tak, że o zwycięstwie w przetargu decydowała wyłącznie najniższa cena. Wymuszało to na oferentach maksymalne cięcie kosztów. Jednym ze sposobów było stosowanie umów cywilnoprawnych, w których stawkę za godzinę pracy kalkulowano w całkowitej abstrakcji od realiów rynkowych, a nawet od obowiązującej płacy minimalnej. Ci, którzy chcieli zatrudniać na umowę o pracę swoich pracowników, nie mieli więc szans na zdobycie kontraktu. Teraz zaś będzie można wyeliminować praktyki szkodzące uczciwej konkurencji i wesprzeć stabilne zatrudnienie. To też będzie miało wpływ na poczucie bezpieczeństwa, a więc i na wzajemne zaufanie uczestników rynku.

Wszystkie przedstawione powyżej zmiany – a było ich w ostatnich miesiącach znacznie więcej – tworzą pakiet, którego wielu specjalistów nie waha się określić mianem programu naprawczego rynku zamówień publicznych w Polsce.

W ostatnich bowiem latach byliśmy świadkami bardzo wielu postępowań o zamówienia publiczne, noszących znamiona patologii, które nierzadko prowadziły do dramatu przedsiębiorców, tracących firmy, które rozwijali przez wiele lat, czy też dramatu pracowników, którzy przez wiele miesięcy czekali na wypłacenie zaległych wynagrodzeń. Teraz jest szansa na zmianę tej złej sytuacji.

Warunek konieczny – zmiany mentalne

Oczywiście, nie można przesadzać z hurraoptymizmem. Same zmiany w prawie z pewnością nie wystarczą. Potrzebna jest jeszcze zmiana naszej mentalności, aby nie ulegać populistycznym oskarżeniom wszystkich o wszystko.

Potrzebna jest edukacja nas wszystkich, a nie tylko pracowników administracji publicznej, czy też funkcjonariuszy kontrolujących przetargi w Polsce. Te działania są równie ważne, a być może nawet ważniejsze, niż zmiany prawa, bowiem dzisiaj to przede wszystkim zła praktyka szkodzi efektywności ekonomicznej przetargów. To przez niewłaściwe podejście rażąco nisko cena stała się gangreną, toczącą system zamówień publicznych w naszym kraju. 

Patrząc z dzisiejszej perspektywy na zmiany, jakie zaszły w systemie zamówień publicznych, można śmiało powiedzieć, iż państwo zmieniło swój stosunek do uczestników rynku. Udało nam się zbudować system zamówień publicznych, który w coraz większym stopniu oparty jest na zaufaniu państwa do obywateli, a w szczególności do władz publicznych i jednocześnie do przedsiębiorców, biorących udział w przetargach. Trzeba będzie pewnie jeszcze trochę poczekać, aż praktyka potwierdzi te nadzieje.

Niezależnie od tego, jestem przekonany, że najwyższy czas na zakończenie procesów naprawczych oraz nowelizacyjnych – konieczne staje się stworzenie nowego, nowoczesnego prawa zamówień publicznych, opartego na nowej filozofii, która legła u podstaw – również ostatnio przyjętych – dyrektyw Unii Europejskiej.

Więcej rozumu i zaufania do ludzi, a mniej przepisów. Przepisy karne nie dla wszystkich, lecz dla nieuczciwych. To moje postulaty na przyszłość.

poniedziałek, 12 styczeń 2015 16:41

ZATRUTE ŹRÓDŁO

Napisane przez

Ledwie kilka tygodni po spektakularnej wpadce systemu informatycznego Państwowej Komisji Wyborczej media wytropiły kolejny słaby punkt w państwowych projektach IT. To bezpłatna aplikacja do obsługi Systemu Rejestrów Państwowych o nazwie ŹRÓDŁO.

- Program napisany przez osoby, które nie mają zielonego pojęcia o pracy w USC i ewidencji. Błędy w programie są porażające – pisał na stronach Polskiej Agencji Prasowej jeden z uczestników testowego uruchomienia aplikacji i Systemu, które odbyło się na początku grudnia. – Pod modułem PESEL 500 komentarzy z różnych gmin z Polski, że system nie działa. Śmieszne to jest. Urzędnicy, którzy próbują pracować w systemie, ostrzegają, że wdrożenie Źródła w obecnej formie skończy się paraliżem – dowody i usc – podsumował.

Sekundowali mu inni, dzieląc się wrażeniami z prób pracy z aplikacją. – Pierwsza dziś próba zalogowania i komunikat: ZMOKU – podaj hasło główne. Teraz mam: błąd, wczytywanie strony. Coś mi się wydaje, że to będzie lepsza jazda niż była w noc wyborczą 16 listopada – kwituje kolejna osoba, uczestnicząca w dyskusji. – Moje panie zaczęły dzisiaj zdawać. Kilka kliknięć i „połączenie zostało zresetowane”, znowu kilka kliknięć i komunikat. Odpuściły sobie na razie. One mają pracę, czasu na zabawy na razie brakuje – relacjonował „informatyk gminny”. – Próba zaliczenia egzaminu wyglądała dokładnie tak samo, jak praca na platformie syswyb. Przejście od jednej akcji do drugiej liczone w minutach i co jakiś czas komunikaty o błędach. Wydajność systemu leży – kwitował kolejny użytkownik.

Sama idea egzaminowania „ze ŹRÓDŁA” miała swoich przeciwników. – Warto mieć na uwadze, że urzędnik samorządowy nie ma żadnego obowiązku podejścia do egzaminu! Jak na razie nie znam żadnej ustawy ani rozporządzenia, które zobowiązywałyby do zdanie jakiegokolwiek egzaminu z systemu informatycznego – punktował jeden z użytkowników forum. Inni przyjmowali jednak egzamin „z dobrodziejstwem inwentarza”. – Egzamin zdałam, ale trwało to cały dzień, ponieważ były ciągle problemy. Nie wiem, jak pracownicy obsługujący bezpośrednio interesantów mają to zrobić. Egzamin jest prosty. Chodzi o to, by jak najwięcej pracowników go zaliczyło, a ministerstwo „miało z głowy”. Jak program będzie działał w praktyce, to zobaczymy. Życie go zweryfikuje – konkludowała jedna z uczestniczących w dyskusji urzędniczek.

System łapał zadyszkę

Z podobnym stoicyzmem do sprawy podchodzi również resort spraw wewnętrznych. Z danych Centralnego Ośrodka Informatyki MSW wynika, że pierwszego dnia przez test „przebrnęło” około dwóch tysięcy osób: moduł PESEL – 1617 osób, moduł Rejestru Dowodów Osobistych – 1491 osób, moduł Bazy Usług Stanu Cywilnego – 566 osób. Sumuje się to w 3,5 tysiąca zdanych egzaminów, tyle że niektórym użytkownikom udawało się zdać więcej niż jeden egzamin w „zerowym” terminie.

- W czasie egzaminu identyfikowane były różne problemy użytkowników – przyznał po pierwszym, burzliwym jak wynika z powyższych komentarzy, dniu Marcin Malicki z MSW. „Problemy” można oczywiście usprawiedliwić faktem, że do ŹRÓDŁA zaglądało tego dnia nawet do czterech tysięcy użytkowników jednocześnie – zarówno osoby próbujące zdać resortowy egzamin, jak i urzędnicy, którzy dopiero szkolą się w obsłudze aplikacji i Systemu. Efekt? Cóż, serwer co prawda się nie zawiesił, ale olbrzymia liczba osób, próbujących korzystać z systemu była zmuszona długo oczekiwać na jego odpowiedź, a w wielu przypadkach doszło do zerwania sesji. Różnica zatem zasadniczo – iluzoryczna. – System wytrzymał, ale łapał zadyszkę – miał potem uciąć Marcin Malicki.

Wydajność to jednak nie jedyny problem. Odnotowano też m.in. fakt, że część dokumentów – choćby protokoły i zaświadczenia – nie generują się prawidłowo, czego akurat można się było spodziewać, ze względu na niegotowe rozporządzenia odnośnie wzorów tych dokumentów. W systemie tylko częściowo uwzględniono zmiany w systemie TERYT, dotyczące dużych metropolii – jak Warszawa, Kraków czy Gdańsk. W każdym z tych miast, ze względu na „gabaryt” uwzględniono kilka kodów tego typu – a użytkownicy mogą wykonywać operacje wyłącznie na terenie swojej gminy. W dużych miastach ze zderzenia tych dwóch cech systemu powstaje bałagan. – Problem rozwiązujemy przez zmianę sposobu autoryzacji użytkownika – komentował dla PAP Marcin Malicki. – U sporej części użytkowników jest on już rozwiązany, ale jeszcze nie u wszystkich. Ci ostatni mogli mieć jeszcze problem z wykonaniem niektórych działań – dodawał.

Jak poinformował, wraz z etapem testowania systemu, zaczął się też proces ograniczania uprawnień w zależności od wykonywanych realnie zadań w urzędzie. W tym celu do aplikacji wgrywane są odpowiednie skrypty. I na tym etapie wciąż występowały błędy – skutkujące choćby tym, że niektórzy urzędnicy nie mieli dostępu do funkcji, do których taki dostęp powinni mieć. – Przeważnie użytkownicy mogli normalnie wykonywać zadania egzaminacyjne – skwitował.

Błąd połączenia

Eksperci i media są zgodni co do tego, że – pomimo optymistycznych wniosków, jakie ministerstwo spraw wewnętrznych wyciągnęło z grudniowego testu – urzędy czekają po 1 stycznia mocne wstrząsy. „Szybkie uzyskanie zaświadczenia z urzędu stanu cywilnego może graniczyć z cudem. Jeśli mamy tam coś do załatwienia, lepiej zróbmy to w grudniu” – przestrzegała czytelników „Gazeta Prawna”. Dziennikarze cytowali przy tym anonimowego naczelnika jednego z USC, który informował, że w Polsce do dziś wytworzono około 85 mln aktów stanu cywilnego – od narodzin, przez śluby i zgony, po inne oświadczenia – z których raptem 30 mln zostało wprowadzonych do systemów.

- W styczniu możemy zapomnieć o uzyskaniu aktu od ręki – podkreśla wspomniany naczelnik. „Gazeta Prawna” wymienia więc te dokumenty, o które warto byłoby zadbać jeszcze w grudniu: odpis aktu stanu cywilnego (urodzenia, ślubu, zgonu); uzupełnienie lub sprostowanie informacji zawartych w akcie; transkrypcja do polskich ksiąg stanu cywilnego dokumentów zagranicznych (choćby w przypadku ślubu za granicą), co ma być obowiązkowe od 2015 r.; oświadczenia o uznaniu ojcostwa; zmiana imienia lub nazwiska.

I w tym przypadku próba „podejścia” do ŹRÓDŁA, przeprowadzona w obecności dziennikarza, skończyła się fiaskiem. Najpierw w formularzu adresowym pojawiło się mnóstwo Warszaw (po kilka na województwo), chwilę potem pokazał się komunikat o „błędzie połączenia”. Urzędnicy narzekają też na to, że system automatycznie wypełnia niektóre pola – np. sugerując, że dziecko będzie nosić nazwisko mężczyzny. To pozorne ułatwienie może często być, nomen omen, źródłem kłopotów, jeżeli wypełnione pole umknie uwadze urzędnika, a dziecko jednak miałoby nosić nazwisko matki – co nie jest przecież jakąś wielką rzadkością. Z drugiej strony wpisanie błędnych danych – np. daty urodzenia matki wypadającej po narodzinach jej dziecka – nie sprawiało, żeby system w jakikolwiek sposób zasygnalizował potencjalny problem. Innymi słowy – ŹRÓDŁO nie tylko prostuje błędów, ale wręcz tworzy pole do popełniania kolejnych. – Obecna wersja jest niemal finalna, są w niej już wszystkie zaplanowane funkcjonalności – ucinał rzecznik COI, Piotr Mierzwiński. – Teraz trwają tylko prace związane z poprawkami problemów zauważonych podczas testów – dodawał. Ale nieoficjalnie wiadomo też, że w dziedzinie „problemów” nie istnieje komunikacja między USC a resortem – urzędnicy ministerstwa żalą się, że ich koledzy z USC nie przekazują informacji o występujących problemach do nich, a zamiast tego dzielą się swoją krytyką na internetowych forach.

Ba, to oczywiście nie koniec kłopotów. Na początku grudnia MSW poinformowało też o przesunięciu terminu składania wniosków o wydanie nowego dowodu osobistego w dowolnej gminie na terenie całego kraju. „Wyniki testów nie były satysfakcjonujące” – podsumowała rzeczniczka resortu, Małgorzata Woźniak. – Uwzględniając fakt, że wdrożenie obarczone jest dużym ryzykiem, MSW przeprowadziło zgodnie z harmonogramem wieloetapowe testy – mówiła Woźniak w rozmowie z Polską Agencją Prasową. – Miały one zweryfikować poprawność funkcjonowania nowych aplikacji. Ministerstwo chciało mieć pewność, że w ich działaniu nie pojawią się nieprawidłowości, które zakłóciłyby płynną obsługę mieszkańców – skwitowała.

Jak podkreśla resort, przesunięcie terminu z 1 stycznia na 1 marca to wynik próśb napływających z USC. Na pocieszenie: dotychczasowe dowody osobiste zachowują ważność.

Historia porażek

MSW liczy też na dofinansowanie ze środków europejskich – w oparciu o nie chciałoby przeprowadzić proces migracji danych z lokalnych systemów oraz digitalizację aktów papierowych z ostatnich czterdziestu lat. Resort ocenia, że w przypadku, jeżeli uda się zdobyć te środki, całość projektu zostałaby przeprowadzona w ciągu trzech lat, w tym – w pierwszej kolejności – migracja danych.

Ale pozyskanie tych funduszy nie gwarantuje jeszcze sukcesu. Historia ostatniej dekady po akcesji do UE to przede wszystkim dzieje kolejnych wpadek – i to mimo olbrzymich środków, jakie zostały przeznaczone na e-administrację. Z planowanych kilkudziesięciu systemów informatycznych powstały w gruncie rzeczy nieliczne. Prestiżowy projekt biometrycznych dowodów osobistych zakończył się fiaskiem. Podobnie Zintegrowany Moduł Obsługi Krańcowego Użytkownika, który miał połączyć gminy z administracją centralną – to właśnie w jego miejsce zaprojektowano aplikację ŹRÓDŁO.

Na tym tle platforma ePUAP wygląda na sukces – chociaż po trzech latach istnienia swoje konta założyło na niej ledwie 330 tysięcy użytkowników, czyli mniej niż co setny Polak. Od dekady działa też CEPIK – Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców – znowuż, nie bez kontrowersji. Wiosną br. policja zrezygnowała w wycenianego na 19 mln złotych programu e-Posterunek, który miał ująć papierkowej roboty funkcjonariuszom i usprawnić wykonywanie przez nich pracy. Jednak zmowa cenowa i korupcja, jakie ujawniono przy okazji tego projektu skutecznie przecięły plany Komendy Głównej Policji. Wygląda więc na to, że nad informatyzacją polskich urzędów i służb publicznych wisi jakaś cyfrowa klątwa. 

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY