Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 96.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

Listopad 2014

Listopad 2014 (19)

niedziela, 30 listopad 2014 14:45

CHIŃSKI SYSTEM OBRONY PRZED DRONAMI

Napisane przez

Najnowszy wynalazek chińskich fizyków ma pomóc w zapobieganiu aktom terrorystycznym XXI wieku: w ciągu kilku sekund działo laserowe zestrzeliwuje znajdującego się w powietrzu drona. Najwyraźniej spełniły się dziecięce marzenia niektórych konstruktorów o broni laserowej.

Jednakże inaczej niż w twórczości science-fiction, sprawa z laserami nie jest taka prosta, choćby ze względu na niezbędną do użycia tego urządzenia energię. Broń laserowa nie jest już jednak utopią. W roku 2009 koncern lotniczy Boeing przeprowadził próbę z wykorzystaniem jeepa, na którym zainstalowano działko laserowe. Z urządzenia zestrzelono wiele bezzałogowych aparatów latających.

Incydenty nad elektrowniami nuklearnymi

Wydaje się, że chińscy inżynierowie stworzyli podobny system. Państwowa agencja informacyjna Xinhua poinformowała, że nowo skonstruowany laser może strącić unoszącego się w powietrzu drona w ciągu pięciu sekund od momentu jego namierzenia. Pokazano zdjęcia dużych, metalowych skrzyń pomalowanych na barwy ochronne oraz leżące na ziemi pozostałości zestrzelonych dronów. Niektóre z nich jeszcze płonęły.

Według agencji oczekuje się, że „działo laserowe odegra znaczącą rolę w zabezpieczaniu imprez masowych w wielkich miastach”. Broń może razić cele latające na wysokości do 500 metrów z prędkością do 180 km na godzinę.

Jak twierdzi Yi Jinsong, manager firmy China Jiuyuan Hi-Tech Equipment, podporządkowanej Chińskiej Akademii Fizyki Inżynieryjnej (China Academy of Engineering Physics CAEP), małe drony są relatywnie tanie i łatwe w obsłudze. Stąd istnieje prawdopodobieństwo, że będą chcieli z nich skorzystać terroryści. Podobnie argumentował podczas prezentacji swojego systemu laserowego amerykański Boeing. O tym, że taki scenariusz jest możliwy, zdają się świadczyć niedawne zagadkowe incydenty nad francuskimi elektrowniami atomowymi, nad którymi przeleciały nieproszone drony.

100-procentowa pewność trafienia

Jak twierdzi Yi Jinsong, przechwycenie tego typu dronów jest zadaniem strzelców wyborowych i helikopterów. Jednak współczynnik zestrzeleń w ich przypadku nie jest wysoki. Do tego dochodzą przypadkowe dodatkowe szkody i straty. Na trzydzieści przeprowadzonych  prób skonstruowany w Chinach system osiągnął podczas testów 100-procentowy współczynnik zestrzeleń i może być montowany na samochodach. Agencja  Xinhua informuje również, że specjaliści z Chińskiej Akademii Fizyki Inżynieryjnej pracują równolegle nad działami o większej energii i zasięgu.

Nad najbardziej spektakularnymi laserami trudzą się jednak naukowcy w USA. Wprawdzie, mimo prób zakończonych udokumentowanym sukcesem, odłożono na półkę projekt „lasera lotniczego” zainstalowanego w roku 2012 na pokładzie Boinga 747, ale pod koniec 2013 r. Departament Obrony USA zapowiedział wprowadzenie do uzbrojenia od roku 2030 myśliwców wyposażonych w broń laserową.

niedziela, 30 listopad 2014 14:44

BRUDNA WOJNA

Napisane przez

Z roku na rok wybory stają się coraz większym spektaklem. Co gorsza, zamiast zmagań szlachetnych wojowników na merytoryczne argumenty i programy wyborcze, w coraz większym stopniu spektakl ma charakter bezładnej bijatyki. Tegoroczna kampania wyborcza raz jeszcze przyniosła lawinę szkalujących adwersarzy ulotek i chwytów poniżej pasa.

Na Podhalu ledwie świtało, a w lokalach wyborczych dopiero rozbłysły świata, gdy policjanci z lokalnej komendy dopadli jednego z mieszkańców gminy Sidzina. Ten – nie zważając ani na savoir vivre, ani obowiązującą ciszę wyborczą – rozwieszał jeszcze ulotki w niewybredny sposób atakujące lokalnego kandydata na wójta. Tu sprawa była właściwie oczywista: sprawca poniesie prawdopodobnie karę grzywny.

Gorzej, gdy chodzi o inne tego typu incydenty w regionie. Np. dwóch – zapewne mocno podchmielonych – mężczyzn, którzy w Nowym Targu zerwali plakat wyborczy, czy też wandali, którzy w przeddzień wyborów w Zakopanem wybili w lokalnej cukierni szyby, za którymi powieszono plakaty wyborcze. W obu przypadkach trudno jednoznacznie mówić o „akcie” politycznym, raczej pospolitym chuligaństwie. Problem w tym, że coraz trudniej odróżnić pierwsze od drugiego.

Rabat na myjnię samochodową

Brudna kampania wyborcza zaczęła się w Polsce na dobre, zanim jeszcze zaczęła się kampania właściwa. W Lubaniu prymitywnie składane w programie graficznym ulotki, zestawiające lokalnych włodarzy z obrazkami zrujnowanych obiektów, czy wydłużające im nosy – w ramach oczywistego skojarzenia – pojawiły się już na początku września, budując konfrontacyjną atmosferę. Nie inaczej było w Zgorzelcu, gdzie były wiceburmistrz poświęcił treść swoich ulotek urzędnikowi starającemu się o reelekcję. Choć – jak kpiły lokalne media – w tym drugim przypadku można mówić o pewnej merytoryce, na materiałach powracało bowiem hasło „zadłużania miasta”.

Tempo konfrontacji przyspieszyło, kiedy na ulicach i w skrzynkach pocztowych znalazły się pierwsze materiały wyborcze. W Nysie na systematyczny atak przeciwników skarżył się kandydat na radnego, Ryszard Jamiński: w nocy z 21 na 22 października zniszczono nie tylko baner wyborczy polityka Ligi Powiatu Nyskiego, ale też jego plakaty wyborcze, które zostały zerwane lub zamalowane. – Prowadzę czystą kampanię wyborczą i takiej oczekuję od innych – podkreślał potem Jamiński.

Cóż, najwyraźniej warto wieszać materiały wyborcze w zasięgu miejskiego monitoringu – zasadę tę zlekceważył zarówno feralny kandydat z Nysy, ale i jego odpowiednicy z Mrągowa. Tam, w tym samym czasie, walka wyborcza miała charakter jeszcze bardziej konfrontacyjny. – Kilka dni temu nieznany sprawca ostrym narzędziem przebił mi cztery opony w samochodzie stojącym na osiedlowym parkingu – donosił miejscowym mediom kandydat na radnego Andrzej Zając. – Oburzenie mieszkańców osiedla Brzozowego jest duże. Nie pamiętają, aby coś takiego wydarzyło się tu w ostatnich 35 latach. Zastanawiając się nad przyczynami  takiej niechęci do mojej osoby, zostaje mi tylko myśl o mojej działalności partyjnej – komentował.

Na Lubelszczyźnie sfotografowano urzędników usuwających plakaty rywala urzędującego wójta Milejowa. – Nieprawda, plakat został zdjęty z tablicy gminnej, która jest przeznaczona wyłącznie do wieszania urzędowych obwieszczeń. To nie jest tablica wyborcza, ale osoba z wykształceniem zasadniczym, jak widać, tego nie zrozumiała – ripostował pomówiony. W Grudziądzu z banerów wyborczych wycinano twarze kandydatów. – W sumie straciłem już pięć banerów – szacował pod koniec października startujący na stanowisko wójta Andrzej Rodziewicz. W puli były materiały ukradzione, oblane farbą i te, gdzie została wycięta twarz. Podobne „przygody” ma na koncie poseł i niegdysiejszy bohater telewizyjnego reality-show, Janusz Dzięcioł. Analogiczna sytuacja była w Wadowicach.

Za chwyt poniżej pasa można też uznać metodę zastosowaną w Słodkowie, gdzie właściciel pewnej myjni samochodowej dawał zniżki tym klientom, którzy obiecali nie głosować na jednego z kandydatów na burmistrza. „20% rabatu na wszystkie usługi dla wszystkich, którzy: zrobią zdjęcie swojego dowodu i karty do głosowania na burmistrza z zaznaczonym kimkolwiek OPRÓCZ CZERWA, pokażą to zdjęcie u nas przy składaniu zlecenia. Oferta ważna aż do wakacji!!! Szczegółowy regulamin promocji dostępny jest w siedzibie firmy” – zapewniał na facebookowym profilu przedsiębiorca.

Afera taśmowa. Odsłona lokalna

Jeszcze większą „armatę” wytoczono przeciwko kandydatowi do lubelskiego sejmiku wojewódzkiego, Michałowi Mulawie. W internecie znalazło się przypisywane mu nagranie, pochodzące jakoby z jednej z biłgorajskich restauracji – osoba, przez autora nagrania identyfikowana jako wspomniany polityk – ma tam obraźliwie wypowiadać się o innych działaczach.

Trudno się dziwić, że dyskusja wyborcza zaczęła w pewnej chwili przypominać spór o to, kto komu niszczy plakaty. W Wadowicach „człowiek pani burmistrz” miał zamalowywać plakaty kontrkandydata szefowej. „Obóz” pani burmistrz uznawał jednak te oskarżenia za… nieczysty chwyt. – To zachowanie ma na celu zdobycie popularności, przez robienie z siebie ofiary. Takich spraw jest mnóstwo, to niepoważne – komentował jej rzecznik.

Również wspomniane na wstępie Podhale aż huczało od skandali. Tam raptem na kilkanaście dni przed wyborami kandydaci potykali się przed sądem – spierając się m.in. o nieprawdziwe liczby dotyczące sytuacji gospodarczej JST, podawane na spotkaniach wyborczych, czy też publicznie stawiane zarzuty o kumoterstwo. Przeciwnicy burmistrza Zakopanego, Janusza Majchra, stworzyli na Facebooku profil „AntyMajcher”, gdzie jednak trudno doszukać się merytorycznych argumentów, ale aż roi się od złośliwości.

Na tym tle zaskakującym poczuciem humoru popisał się burmistrz Stronia Śląskiego, Zbigniew Łopusiewicz. Autor plakatu nie czekał na inwencję ulicznych wandali – domalował ubiegającemu się o reelekcję politykowi wąs, brodę i pogrubił brwi. Intencję pomysłodawców tłumaczy zaś hasło „Chciałem wyprzedzić przypadki niszczenia plakatów, ZŁ”.

Sabotaż rozmów pokojowych

Oczywiście, w polskich realiach daleko jeszcze do brudnych kampanii toczących się w największych demokracjach świata. Pod tym względem polscy politycy – i ich współpracownicy – mogą się jeszcze wiele nauczyć. Klasyczny przykład to debata kandydatów do prezydentury USA w 1960 roku, gdzie John F. Kennedy starł się z Richardem Nixonem. Choć obaj kandydaci zawarli „gentelman’s agreement” zakładające, że żaden z nich nie skorzysta z usług makijażysty – obaj je złamali. Górą był, jak wiadomo, Kennedy. Głównie jednak dlatego, że jego współpracownicy ukradkiem podkręcili temperaturę w studio o kilka stopni, co sprawiło, że mający i tak kłopoty ze zdrowiem Nixon co i rusz oblewał się potem.

Od tamtej pory metody stały się jeszcze bardziej wyrafinowane, a przekaz – jeszcze brutalniejszy. W okresie prawyborów w Partii Konserwatywnej w 2000 r., spece ze sztabu George’a W. Busha z upodobaniem rozpowszechniali zdjęcie rywala – Johna McCaina – z adoptowaną w Bangladeszu córką. Przekaz towarzyszący tej szeptanej kampanii był jasny: to owoc „skoku w bok” senatora. Dwa lata później w New Hampshire znienacka, w najgorętszym dniu kampanii, odcięto sztabowcom Partii Demokratycznej linie telefoniczne (a dzwonienie do wyborców to w USA jedna z podstawowych metod mobilizacji elektoratu). Ludzie Ronalda Reagana ukradli jego rywalowi – walczącemu o pozostanie w Białym Domu na drugą kadencję – przygotowany przed debatą skrypt z pytaniami i odpowiedziami.

Ba, autorem jednak najmocniejszego brudnego ciosu w historii amerykańskiej polityki był Richard Nixon (nauka z 1960 r. najwyraźniej nie poszła w las). Przymierzając się do kampanii kandydat Partii Konserwatywnej potajemnie wysłał list do prezydenta Południowego Wietnamu (ogarniętego już wówczas wojną), w którym zapewnił go, że za jego ewentualnej prezydentury Południowy Wietnam może liczyć na znacznie lepsze warunki potencjalnego pokoju. W efekcie rządzący Południem Nguyen Van Thieu zaczął sabotować toczące się już wówczas rozmowy pokojowe – co być może przyczyniło się do przeciągnięcia wojny wietnamskiej o długie miesiące. Dla Nixona nie było to żadną nauczką, jego skłonność do nieczystych chwytów miała się ujawnić już wkrótce – pod postacią afery Watergate.

W polskich warunkach o podobne zacięcie i chwyty trudno: brak możliwości technicznych i kultury politycznej, które pozwalałyby sięgać po podobne metody. Pozostaje zrywanie plakatów, oblewanie ich farbą i pyskówki na przedwyborczych spotkaniach. Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem wyborcy zaczną doceniać tych kandydatów, którzy przynajmniej mają do zaproponowania jakiś program: bo tego właśnie elementu w zakończonej właśnie kampanii wyborczej dramatycznie brakowało.

niedziela, 30 listopad 2014 14:43

BLAMAŻ

Napisane przez

Zamykając niniejsze wydanie Magazynu Samorządowego GMINA mieliśmy nadzieję dysponować już reprezentatywnymi wynikami wyborów. Stało się inaczej: w Polsce zapanował bezprecedensowy chaos, wyniki z poszczególnych miast i miasteczek pojawiają się niczym doniesienia z rozciągniętej do granic możliwości linii frontu, a powtórka wyborów wcale nie jest wykluczona. Krótko mówiąc: blamaż.

- Nie dajmy się zwariować, to wszystko da się policzyć – skwitował prezydent Bronisław Komorowski, gdy od zamknięcia lokali wyborczych upłynęło już około stu godzin, a w Państwowej Komisji Wyborczej panował chaos, jakie wcześniej w tej instytucji nigdy chyba nie widziano. Marszałek Radosław Sikorski zareagował z kolei postulatem zwiększenia budżetu PKW – i akurat w tej kwestii nie ma większych wątpliwości, zwłaszcza że już w przyszłym roku PKW czekają kolejne dwa sprawdziany: wybory powszechne i prezydenckie.

Państwowa Kompromitacja Wyborcza

Tak nazywają dziś komisję tabloidy. I jeśli na co dzień można z nimi polemizować, tym razem nikt nie ma wątpliwości: PKW zawiodła. Powodów znaleźć można by wiele: padł system informatyczny, który miał zapewnić błyskawiczne zliczenie głosów (a wysupłano na niego z budżetu państwa 429 tys. złotych); fatalnym pomysłem były stoickie zapewnienia, że „to się policzy”, którymi urzędnicy komisji zbywali pytania mediów; emocje rozbuchał dodatkowo atak hakerski na strony PKW, do jakiego doszło dwa dni po wyborach – a na który najwyraźniej nikt nie był przygotowany.

Burza, która się zerwała po awarii, musiała zebrać swoje żniwo. I tak też się stało, pierwszą realną ofiarą skandalu stał się szef Krajowego Biura Wyborczego, Kazimierz Czaplicki. – Awaria systemu informatycznego nie pozwala na spełnienie oczekiwań klasy politycznej i społeczeństwa na niemal bezzwłoczne po zamknięciu lokali wyborczych ogłoszenie wyników tych wyborów – oświadczył, podkreślając swoją odpowiedzialność za prawidłowe przygotowanie i przeprowadzenie wyborów. – Poczucie tej odpowiedzialności skłania mnie do złożenia przez PKW rezygnacji z pełnionej funkcji – skwitował. I znowuż – tabloidy pomstują, że to zbyt mało: sędziowie PKW mają zarabiać po kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, i choćby z tego powodu powinniśmy spodziewać się po nich najwyższej klasy profesjonalizmu. Zwłaszcza gdy wydają 280 mln złotych przeznaczone na te właśnie wybory.

Sytuacją w Państwowej Komisji Wyborczej z dnia na dzień zainteresowali się wszyscy: politycy prześcigają się w receptach na uzdrowienie tej instytucji, Najwyższa Izba Kontroli przymierza się do kontroli wydatkowania środków przeznaczonych na system informatyczny oraz obsługę listopadowych wyborów, a Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego tropi hakerów, którzy „uziemili” internetową witrynę PKW.

W tym wszystkim zaczęło niknąć to, co miało być najważniejsze: wyniki wyborów. W pierwszych godzinach po głosowaniu silono się jeszcze na zestawienia – PiS miał zdobyć około 31 proc. głosów, PO – 27 proc., PSL – 23 proc. Potem i te dane zniknęły, zastępowane już tylko szczątkowymi doniesieniami o ogłoszeniu wyników tu czy tam. Zliczanych… ręcznie. Co gorsza, przestano nawet określać datę podania do wiadomości publicznej ostatecznych wyników, poprzestając na zapewnieniach, że druga tura wyborów jest niezagrożona i wypada 1 grudnia. Wtedy skądinąd ma też dobiec końca misja Kazimierza Czaplickiego.

Powstała sytuacja kuriozalna. Do ręcznego liczenia przystąpili bowiem również sami kandydaci – i zaczęły się mnożyć pierwsze powyborcze sojusze polityczne. – W wielu powiatach głosy mamy policzone i pracujemy nad składaniem koalicji, by jak najszybciej zająć się pracą merytoryczną – mówił Portalowi Samorządowemu Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich. Według niego, dane samodzielnie przeliczane przez lokalnych polityków pokrywały się w 99,9 proc. z podawanymi potem danymi oficjalnymi. Ale skoro już przechodzimy na poziom lokalny: w Polsce były miejsca, w których nawet 40 proc. oddanych głosów było nieważnych (np. wybory do sejmiku województwa pomorskiego). To kolejny problem, tym razem nie dotyczący już PKW – problem niedostatecznej uwagi wyborców lub niedostatecznej informacji przed samym głosowaniem. W PKW mogło zawieść oprogramowanie, w tym przypadku zawiódł „czynnik ludzki”.

Powtórka z rozrywki

- Jest wiele powodów do niepokoju. Nie wykluczam postulatu o powtórzeniu wyborów samorządowych – rzucił już w środę na antenie TVN24 minister sprawiedliwości, Cezary Grabarczyk. – Nie zdecydowałbym się na zastosowanie w wyborach systemu informatycznego, który jeszcze w tygodniu przedwyborczym był niesprawny – dorzucił. Nie minęło wiele czasu, jak zaczęto się w jego wypowiedzi doszukiwać drugiego dna: w ten sposób Platforma Obywatelska może chcieć poprawić swój – jak już wiadomo, niezbyt imponujący wynik.

Minister wychylił się jednak przed szereg. Gdy następnego dnia z podobnym postulatem wystąpiły PiS i SLD, partie wchodzące w skład rządowej koalicji stanowczo odcięły się od tego pomysłu. Możliwość powtórki dopuszczają tylko w tych miejscach, gdzie sąd okręgowy uznałby głosowanie za nieważne. – Karać poprzez tą inicjatywę o skróceniu tych kadencji, gdzie nie było nieprawidłowości, jest czymś kuriozalnym – dowodził wicemarszałek Sejmu z ramienia PSL, Eugeniusz Grzeszczak.

Teoretycznie, awaria systemu informatycznego nie powinna stanowić pretekstu do powtórki wyborów. Głosy tak czy inaczej są liczone, choćby ręcznie, i nie sposób zakwestionować wyniku takiego liczenia bez dowodu na fałszerstwo. Tym większe znaczenie mają więc nieodpowiednio zaprojektowane karty do głosowania. Właśnie na ten element wyborczego chaosu powołują się przedstawiciele partii prących do powtórki, m.in. Mariusz Błaszczak z PiS czy Krzysztof Gawkowski z SLD. Opozycja chciałaby w tej sprawie uchwalić stosowną ustawę, unikając w ten sposób ciągnących się miesiącami procedur z wnioskami składanymi w każdym powiecie osobno. – To sądy są od tego, żeby stwierdzać ważność wyborów – odcina się jednak poseł PO, Marcin Kierwiński. – Pan przewodniczący Błaszczak, z tego, co wiem, jest przewodniczącym klubu Prawa i Sprawiedliwości, a nie sędzią Sądu Najwyższego – ironizował.

Kierwiński powołuje się tu na „opinię większości konstytucjonalistów”. Rzeczywiście, ekspertom pomysł na powtórne głosowanie nie przypadł do gustu. – To, co się dzieje, to skandal i kompromitacja, ale podstaw do negowania prawidłowości głosowania nie ma – mówił dyrektor programu „Odpowiedzialne państwo” w Fundacji im. Stefana Batorego, Grzegorz Makowski, w rozmowie z Portalem Samorządowym. – Jest problem z liczeniem i moim zdaniem, PKW powinna podać się do dymisji, ale nawoływanie do powtarzania wyborów to już polityczne gierki – dodawał.

Z kolei prof. Piotr Winczorek w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” podważył też argument o niejasno sformułowanych kartach do głosowania. – To, że ktoś nie rozumie, co robi, nie może być powodem unieważnienia wyborów – uciął twardo. – Może druk był za mały, może ktoś niedowidział, gdzie stawia krzyżyk. Musimy zakładać, że wyborca jednak jest świadomy. A wiadomo, że mechanizm psychologiczny jest taki, że jak człowiek nie zna kandydatów, to głosuje na tego „z brzegu” – na początku lub na końcu listy. Ten sam efekt może być z numerem listy: ten komitet, który wylosuje jedynkę, może mieć u tego typu wyborców większe szanse. To nie jest wada kwestionariusza. Zresztą gdyby wszystkie kartki były oddzielnie, byłby jeszcze większy chaos – dodawał.

Cóż, próbując doszukać się w obecnej sytuacji choćby jednego pozytywnego aspektu, warto przypomnieć badania publikowane przed wyborami – wynikało z nich nie tylko, że Polacy darzą lokalnych włodarzy większym zaufaniem niż tych zasiadających w instytucjach centralnych, ale też że to właśnie wybory samorządowe budzą ich największe zainteresowanie. Teraz okazuje się, że budzą też emocje, jakich dawno nie doświadczyliśmy. Może te emocje przełożą się na frekwencję przy urnach i większe zrozumienie (oraz zainteresowanie) sprawami państwa i samorządów? Oby.

niedziela, 30 listopad 2014 14:42

AUTOBUS RUSZYŁ W TRASĘ!

Napisane przez

16 października Autobus Energetyczny wyruszył w trasę. Pierwszym województwem, które odwiedziliśmy, było województwo łódzkie. Bardzo dziękujemy tym gminom, które zgodziły się przyjąć Autobus i pomóc w organizacji pobytu naszego mobilnego centrum edukacyjno-informacyjnego.

Czas też na małe podsumowanie. Kampania w województwie łódzkim trwała trzy tygodnie. W tym czasie gościliśmy w jedenastu miejscowościach: Rawie Mazowieckiej, Pabianicach, Piotrkowie Trybunalskim, Opocznie, Bełchatowie, Zgierzu, Czerniewicach, Szadku, Sieradzu, Radomsku oraz Łasku.

W sumie Autobus odwiedziło ponad 1100 osób. Nasi eksperci udzielili ponad pięciuset porad, organizowali konkursy dla młodzieży w czasie spotkań z uczniami miejscowych szkół.

Teraz zapraszamy mieszkańców województwa wielkopolskiego. Szczegółowe informacje znajdują się na stronie: www.autobusenergetyczny.pl.

Tajemnice rekuperatora

Otrzymujemy bardzo wiele pytań dotyczących działania poszczególnych urządzeń, znajdujących się w Autobusie Energetycznym. Dlatego w kolejnych naszych spotkaniach z Państwem postaramy się je przybliżyć. Tym razem: rekuperator.

Rekuperator to urządzenie, które pozwala zmniejszyć straty ciepła wynikające z wentylacji pomieszczeń. Zasada działania rekuperatora jest taka, że ogrzewa on świeże powietrze, napływające do domu, ciepłem powietrza wywiewanego z domu. Inaczej mówiąc – rekuperator odzyskuje ciepło z wentylacji.

Rekuperator, czyli centrala nawiewno-wywiewna z odzyskiem ciepła, to – w dużym uproszczeniu – urządzenie składające się z wymiennika ciepła, dwóch wentylatorów, nawiewnego i wywiewnego, oraz filtru powietrza.

Wentylacja mechaniczna z odzyskiem ciepła zapewnia kontrolowany wypływ i napływ powietrza i – co najważniejsze – umożliwia odebranie części ciepła z ogrzanego powietrza wewnętrznego, zanim zostanie ono usunięte na zewnątrz. Ciepło to jest następnie przekazywane powietrzu wpływającemu do wnętrza domu, dzięki czemu odzyskuje się część ciepła, które w wentylacji naturalnej jest bezpowrotnie tracone. Dzięki temu, zmniejsza się zapotrzebowanie na energię do ogrzewania domu, a to oznacza konkretne oszczędności. To istotna zaleta tego typu wentylacji.

niedziela, 30 listopad 2014 14:41

DOBRY WIATR DLA REGIONÓW

Napisane przez

Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej realizuje jesienny cykl wydarzeń w ramach ogólnopolskiej kampanii „Dobry wiatr dla regionów”. Inicjatywa dofinansowana ze środków NFOŚiGW ma na celu zwiększenie wiedzy i świadomości społeczeństwa na temat energetyki wiatrowej.

Konferencja „Energetyka wiatrowa a środowisko”, która odbyła się 21 października we Wrocławiu była trzecią z cyklu bezpłatnych wydarzeń regionalnych. W planach są jeszcze 3 konferencje: w Lublinie, Suwałkach, Rzeszowie. Szczegóły dotyczące projektu dostępne są na stronie internetowej: www.regionalne.psew.pl.

Konferencję otworzył Wojciech Cetnarski, pełniący funkcję Prezesa PSEW, który w swojej prezentacji przedstawił aktualny stan rozwoju energetyki wiatrowej w Polsce i poszczególnych województwach oraz opowiedział zaproszonym gościom o aktualnie planowanych projektach ustaw, które dotyczą sektora odnawialnych źródeł energii.

Następnie głos zabrał dr inż. Piotr Stawski z Instytutu Automatyki Systemów Energetycznych, który przedstawił temat dot. wpływu farm wiatrowych na środowisko. Elektrownie wiatrowe stanowią bezemisyjną alternatywę dla procesów spalania paliw węglowych. Wpływają jednak na takie elementy środowiska jak krajobraz, klimat akustyczny, bioróżnorodność. Prezentacja pokazywała praktyczne kierunki rozwiązań skutkujących marginalizacją tego rodzaju oddziaływań.

Następną prezentację – o możliwości produkcji energii z wykorzystaniem najnowszych technologii – wygłosił dr hab. inż. Robert Smoleński z Instytutu Inżynierii Elektrycznej. Wykorzystanie energii wiatrów na wysokich pułapach (większa gęstość i stałość energii) może przyczynić się do zwiększenia udziału energii wiatru w bilansie energetycznym, a zastosowanie zasobników energii w systemach elektroenergetycznych umożliwia zwiększenie zdolności przyłączeniowych OZE.

Uwarunkowania przestrzenne województwa dolnośląskiego dla rozwoju energetyki wiatrowej przedstawił Piotr Rybkowski z Domrel Biuro Usług Inwestycyjnych Sp. z o.o. W celu wyznaczenia obszarów dla lokalizacji elektrowni wiatrowych wiele gmin w województwie dolnośląskim rozpoczęło w ostatnich latach procedurę sporządzenia miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego lub ich zmian. Anna Siwkowska z Ambiens Sp. z o.o. omówiła proces wydawania decyzji środowiskowych w realizacji inwestycji energetyki wiatrowej. Podstawowym i najważniejszym warunkiem właściwego wyboru lokalizacji parku wiatrowego jest zachowanie tzw. norm jakości środowiska. Oznacza to, że dla każdej inwestycji wykonuje się zaawansowane analizy, które wskazują, czy realizacja danego przedsięwzięcia jest zgodna z przepisami obowiązującego prawa, przede wszystkim pod kątem oddziaływania na środowisko i zdrowie ludzi.

Prelekcja „Oddziaływanie energetyki wiatrowej na zdrowie” została wygłoszona przez dr. hab. n. med. Donatę Kurpas, prof. PMWSZ w Opolu. Przedstawiała ona najświeższe badania, które potwierdzają, że nie ma żadnych dowodów na to, że praca elektrowni wiatrowych wpływa negatywnie na zdrowie ludzi. Dr Krzysztof Badora z Uniwersytetu Opolskiego omówił zagadnienia dotyczące energetyki wiatrowej w polskim krajobrazie. Przedstawił szczegóły oddziaływania elektrowni wiatrowych na środowisko oraz etapy lokalizacji inwestycji (studium, plan zagospodarowania przestrzennego, decyzja o uwarunkowaniach środowiskowych), uwarunkowania rozwoju elektrowni wiatrowych oraz szanse i zagrożenia jakie wynikają z budowy tych elektrowni.

Sposoby skutecznego zarządzania parkiem wiatrowym omówił dr inż. Sebastian Cichowski z WSB Service Sp. z o.o. Dzięki zastosowaniu nowoczesnych, niezależnych od producentów turbin rozwiązań software'owych zawsze wiadomo, co w danym momencie dzieje się z elektrownią wiatrową. Analizowane są wszelkie niezbędne dane, m. in.: ilość wyprodukowanej energii, dostępność turbiny do pracy, usterki i niezaplanowane przerwy w produkcji energii, przeprowadzone naprawy i konserwacje. Miesięczne raporty stanowią bazę właściwej kontroli, jest to również istotny faktor w przypadku opracowywania technicznych ulepszeń.

Więcej informacji o wydarzeniach kampanii znajdą Państwo na stronie projektu: www.regionalne.psew.pl

Niniejszy materiał został opublikowany dzięki dofinansowaniu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Za jego treść odpowiada wyłącznie Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej.

Strona 2 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY