Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 96.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

Październik 2014

Październik 2014 (16)

sobota, 01 listopad 2014 20:28

DHL TESTUJE DRONY

Napisane przez

Z prędkością do 18 metrów na sekundę, na wysokości przelotowej 50 m – w ten sposób firma logistyczna DHL testuje codzienne dostarczanie paczek drogą powietrzną na odcinku wybrzeże Morza Północnego – Wyspa Juist. To pionierski eksperyment w zakresie cywilnego użycia dronów.

Poczta Niemiecka testuje po raz pierwszy w warunkach codziennej pracy regularne użycie dronów przewożących pocztę. Zgodnie z oficjalną wypowiedzią przedstawiciela DHL, eksperyment jest unikalny na skalę światową. Przewiduje się, że do końca roku „paczkopter” DHL będzie dostarczał lekarstwa z portowego miasta Norden do apteki położonej na wyspie Juist.

Według DHL, pierwsze loty próbne niewielkiego bezzałogowego aparatu latającego trwają już od połowy września br. Od 26 września, w ustalonych godzinach, mają się już odbywać regularne dostawy drogą powietrzną dla apteki Seehund na wyspie Juist. Pierwszą, pojedynczą próbę transportu przesyłki ponad Renem drogą powietrzną za pomocą drona DHL zrealizował już pod koniec 2013 r. Używany obecnie bezzałogowy aparat latający stanowi rozwinięcie użytego wówczas „paczkoptera”. Nowa konstrukcja została ulepszona pod kątem długości lotu, zasięgu, prędkości oraz dopasowana do warunków pogodowych i wiatrów panujących na wybrzeżu Morza Północnego.

- Dzięki „paczkopterowi DHL” po raz pierwszy bezzałogowy aparat latający jest w stanie w realnych warunkach, bez pomocy pilota wykonać zadanie transportowe – podkreślał odpowiedzialny za techniczne innowacje członek zarządu firmy, Jürgen Gerdes. – To już regularne połączenie lotnicze – dodawał. „Paczkopter DHL 2.0” lata z prędkością do 18 metrów na sekundę, na wysokości przelotowej 50 metrów – i pokonuje trasę do oddalonej o około 12 kilometrów wyspy całkowicie samodzielnie – a więc bez jakiejkolwiek ingerencji z zewnątrz – utrzymując się za pomocą autopilota na wspomnianej wysokości. Na wypadek, gdyby wystąpiła konieczność interwencji, podczas wszystkich faz lotu aparat jest śledzony z mobilnej stacji naziemnej Norddeich.

Dla ładunków ważących do 1,2 kilograma skonstruowano specjalny, odporny na warunki atmosferyczne i wodę, zasobnik przypominający kształtem kroplę wody. Pojemnik jest podczepiany pod ważący niespełna 5 kilogramów, wykonany z włókien węglowych kadłub drona, utrzymywany w powietrzu przez cztery wirniki.

Na dłuższą metę problemem logistycznym może być fakt, że – choć swoją zgodę na przeloty wyraziły oficjalnie władze odpowiedzialne za bezpieczeństwo lotów, Zarząd Parku Narodowego Wettenmeer oraz inne instancje, którym przedstawiono wyniki wielu testów aparatu w terenie – każdy przelot drona musi być oddzielnie zgłaszany. Być może dlatego firma nie kwapi się z przedstawieniem dalszych planów co do regularnego korzystania z usług „paczkoptera”. DHL nie wyklucza jednak zastosowania tego rodzaju aparatów w przyszłości – na terenach rzadko zaludnionych lub trudno dostępnych, o ile będzie to ekonomicznie uzasadnione i technicznie możliwe.

Należy też wspomnieć, że poza DHL – i producentem dronów, firmą Microdrones – wsparcie naukowe dla przedsięwzięcia zapewnia Instytut Systemów Dynamiki Lotu Nadreńsko-Westfalskiej Politechniki w Akwizgranie (Institut für Flugsystemdynamik der Rheinisch-Westfälische Technische Hochschule Aachen – RWTH).

sobota, 01 listopad 2014 20:20

Jury Młodzieżowe Skrytykuj.pl w akcji!

Napisane przez

Z Jury Młodych 39. Festiwalu Filmowego w Gdyni rozmawia Marta Sikorska (Polski Instytut Sztuki Filmowej)

Jeszcze w październiku poznamy laureatów kolejnej edycji konkursu „Skrytykuj” na recenzje i wideorecenzje! Tym razem dwoje uczniów zaprosimy do Jury Młodych 32. Międzynarodowego Festiwalu Filmów Młodego Widza Ale Kino! w Poznaniu.

W poprzedniej edycji konkursu główną nagrodą było miejsce w Jury Młodzieżowym Skrytykuj.pl podczas 39. Festiwalu Filmowego w Gdyni. Jak wygląda proces wyboru nagrodzonego filmu? Jakimi kryteriami kierowało się Jury? Dowiedzieliśmy się tego, rozmawiając z młodymi jurorami tuż po ogłoszeniu ich werdyktu.

MARTA SIKORSKA (PISF): Jak wyglądał proces wyboru filmu, który nagrodziliście podczas 39. Festiwalu Filmowego w Gdyni?

PAULINA RICHERT: Były to długotrwałe dyskusje, często do późnych godzin nocnych, żeby ustalić, co jest najważniejsze w danym filmie.

KLARA KLUCZYKOWSKA: Spędzaliśmy dużo czasu na rozmowach o każdym filmie. Naprawdę wnikliwie omówiliśmy wszystkie, precyzyjnie. Te, które nam się nie podobały, w szczególności.

KAJETAN CHODOROWSKI: Kiedy obejrzeliśmy „Fotografa” i skłanialiśmy się ku przyznaniu mu naszej nagrody, początkowo byłem przeciw. Powiedziałem „nie”. Nie dlatego, że ten film mi się nie podobał, tego nie mogę powiedzieć. Zobaczyłem „Bogów” i stwierdziłem, że to jest mój typ. Ale potem zacząłem się zastanawiać nad każdym z filmów z Konkursu Głównego. Zacząłem dyskutować z resztą. Zostałem przekonany, choć było ciężko.

Mój sprzeciw wynikał też z tego, że chciałem przyznać nagrodę filmowi, który pokazuje coś nowego. I to znalazłem w „Bogach”, w których było zabawne podejście do tematów, które wcale nie były śmieszne. Ale też w „Hardkor Disko”, gdzie niesamowita była strona estetyczna. Natomiast „Fotograf”, podobnie jak wcześniejsze „80 milionów” jest dobrym filmem. Miło się go oglądało i wciągał widza.

MICHAŁ GLIŃSKI: Ja przy „Fotografie” miałem stosunkowo niewiele wątpliwości. Byłem jedną z osób, które były za tym tytułem prawie od początku. Tak jak dla niektórych obiekcją było to, że jest to film bardzo jednoznacznie gatunkowy, to dla mnie było to jego dużą zaletą. Bardzo chciałem nagrodzić coś takiego. Kiedy go zobaczyłem, stwierdziłem, że choć jeszcze nie zobaczyłem całego Konkursu, to będzie to najprawdopodobniej jeden z moich najsilniejszych typów. I tak było w zasadzie do końca.

Jakie filmy obok „Fotografa” Waldemara Krzystka znalazły się na waszej shortliście?

KK: Przede wszystkim „Bogowie” i „Hardkor Disko” – wokół tych filmów mieliśmy dużą dyskusję.

MICHAŁ SUJETA: W mojej trójce, obok „Fotografa” i „Bogów” znalazł się też film „Zbliżenia” Magdaleny Piekorz.

PR: Ja miałam cztery typy na dość podobnym poziomie: „Kebab&Horoscope”, „Zbliżenia”, „Bogowie” i „Fotograf”. Byłabym zadowolona, gdybyśmy wybrali którykolwiek z tych filmów.

Jakimi kryteriami posługujecie się przy ocenie filmów?

PR: Od jakiegoś czasu filmy oglądam dwutorowo. Z jednej strony, śledzę fabułę i szukam czegoś ciekawego, czego dotąd nie powiedziano w kinie. Z drugiej strony, patrzę na stronę techniczną: jak pracuje kamera, jakie zastosowano ujęcia, kadry. Chodzi o udane połączenie tych dwóch sfer oraz wprowadzenie czegoś nowego i ciekawego.

KK: Dla mnie liczą się przede wszystkim emocje, jakie dany film na mnie wywrze, wzruszenie. Czy to będzie śmiech czy płacz – chcę wyjść z kina poruszona.

MS: Film jest przede wszystkim obrazem, i to obraz powinien być dla nas ważny. To jednak praca kamery, montaż, decydują o tym, jak wygląda nasze spotkanie z filmem. Nie chodzi tylko o przekazanie przez reżysera jakiegoś pomysłu, jakiejś historii. Powinniśmy zwracać w równym stopniu uwagę na estetykę obrazu, to, jakie zastosowano ujęcia.

KCh: Zdjęcia i muzyka dają mi bardzo dużo. Mogę wybrać się na film, w którym będzie cisza, ale jeśli będą piękne zdjęcia, to ten film po prostu mnie oczaruje.

MG: Mój odbiór filmu wywodzi się od mojego odbioru literatury. Jestem chyba jedynym członkiem jury, który najmniejszą wagę przywiązuje do takich rzeczy, jak zdjęcia. Są dla mnie drugorzędne, przede wszystkim wobec historii i tego, co jest bardzo łatwo wyłapać także w literaturze. Chodzi o indywidualny styl autora – czy jest dobry, ciekawy, czy jest adekwatny. Zdjęcia traktuję zatem bardziej jako środek artystycznego wyrazu, a nie wyłącznie kwestię techniki.

KCh: Fascynuje mnie zastosowanie symbolu, przenośni. Fascynujące jest poszukiwanie tego, co autor miał na myśli. Wychodzę z kina i mogę się zastanawiać przez następny tydzień nad tym, co dokładnie ten film miał mi przekazać.

Czego wam brakuje w polskim kinie, a co was zachwyca i porusza?

PR: W tym roku w Gdyni królowało kino gatunkowe. Z jednej strony, to bardzo dobrze, bo do tej pory nie za dużo tego powstawało i nie za dobrej jakości. Teraz idzie to w naprawdę dobrym kierunku. W tym roku w zbyt małym stopniu prezentowane było podejście bardziej artystyczne (...). Bywa czasem tak, że autor chce coś przekazać, jednak większość ludzi go nie rozumie. To jest chyba główny powód, dlaczego „Onirica – Psie Pole” nie znalazł się w czołówce naszych konkursowych wyborów. Jednak ja uważam, że kino artystyczne powinno być w Gdyni szerzej reprezentowane niż jest w tej chwili.

KK: Mnie brakuje trochę oryginalności, którą znalazłam w „Hardkor Disko”, czego się nie spodziewałam, podchodząc do tego filmu bardzo obojętnie. Naprawdę, muzyka i obraz dobrze ze sobą w tym filmie grają. Byłam pod wielkim wrażeniem. Szukam w polskim kinie właśnie takich wrażeń estetycznych. Mamy też wspaniałych aktorów. Jest dużo świetnie opowiedzianych historii. Ja bardzo lubię w polskim kinie humor. Starsze filmy to po prostu coś wspaniałego. W nowych filmach szukam przede wszystkim jakiegoś nowatorstwa.

KCh: Faktycznie, brakuje mi kina artystycznego. Owszem, jest kilka filmów niezwykłych, jak choćby „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego, dlatego bardzo czekałem na „Oniricę”. Uwielbiam filmy, które mają w sobie elementy oniryczne, fragmenty snów. Polskie kino ma niesamowity potencjał, który według mnie ujawnił się np. w „Dziewczynie z szafy” Bodo Koxa. Czekam na to, by reżyserzy nie bali się wybiegać swoją wyobraźnią gdzieś dalej.

MG: Szukam kina gatunkowego i rzeczywiście cieszy, że pojawiło się ono na tegorocznym festiwalu w dość dobrej odsłonie. Przyznając naszą nagrodę „Fotografowi” doceniamy to kino. To jest krok naprzód, by realizować filmy, które są po prostu dobrymi historiami. Niekoniecznie chodzi o to, by uczestniczyć w wyścigu, kto zrobi bardziej artystyczny film. Chciałbym, żeby pojawił się u nas autor „tarantinowski”. Ktoś, kto robiłby ciekawe i krwawe historie, zwłaszcza, że mamy genialne historyczne i społeczne podstawy, żeby coś takiego się w naszym kinie zadziało. Czekam na mocne kino, które niekoniecznie będzie się podobać krytykom.

Czekam też na dobre adaptacje współczesnej literatury, jednak taki film bardzo łatwo zepsuć. Jeśli mamy do czynienia z oryginalnym autorem, to po przeczytaniu 4-5 stron jesteśmy w stanie rozpoznać niepowtarzalny styl. Podobnie jest w kinie: widzimy trzy kadry, widzimy obsadę i wiemy, kto dany film nakręcił. Brakuje mi takiej indywidualności w filmie. Ostatnimi czasy mamy w kinie konflikt pomiędzy mitologizacją, a odzieraniem z mitów, doceniam zaistnienie tego zjawiska. To dużo lepsza sytuacja niż robienie filmów nijakich, stojących pośrodku. Kiedy mamy te dwie skrajności w kinie, to jest to zdrowa, oddychająca kultura. To rzeczywiście fajne.

MS: Podoba mi się, że rosną budżety w polskim kinie. Kolejnym etapem powinna być promocja dobrych polskich filmów, która wydaje się być zaniedbywana. Przeciętny widz wybierze się do kina na coś, czego reklamę zobaczy np. w internecie czy telewizji. Jeśli chce obejrzeć coś więcej, jeśli marzy o dobrym kinie artystycznym, to musi tego po prostu wnikliwiej szukać. Najczęściej znajdzie to w kinach studyjnych, a nie w dużych kinowych sieciach. Najbardziej mnie boli to, że dobre filmy tak szybko znikają, czy wręcz umierają. To błąd dystrybutorów, czy też producentów – niezapewnianie odpowiedniej promocji. Zbyt wiele tytułów jest pomijanych w szerszej dystrybucji. Jeśli reżyser włoży w film całe serce i będzie stawał na głowie, by pozyskać budżet, ale to w żaden sposób nie zostanie docenione, to po prostu za którymś razem on może się poddać.

KK: Mam duże nadzieje związane z dobrym polskim kinem. Wszystko rozwija się w dobrym kierunku. Kolega wspomniał o „Dziewczynie z szafy” – muszę powiedzieć, że i ja jestem fanką tego filmu. Ale też filmów Tomasza Wasilewskiego, który właśnie ma ten rys indywidualności. Zrobił dwa filmy i ja widzę między nimi podobieństwa oraz czekam na trzeci film.

KCh: Pokażmy w kinie żywych ludzi, którzy się cieszą i widzą piękno tego świata, nie tylko katastrofę. Dlatego „Bogowie” tak bardzo przypadli mi do gustu.

PR: Jest coś, co było zaniechane przez kilkadziesiąt lat. O historii mówiło się tylko poważnie i tylko w podniosłym tonie. Źle było widziane przełamywanie tego. W tym roku przełamują to nie tylko „Bogowie”, ale np. „Obywatel”, który prześmiewczo traktuje historię ostatnich kilkudziesięciu lat w Polsce. To bardzo ciekawy kierunek, w jakim może pójść polskie kino.

Jesteście młodymi krytykami filmowymi. Gdzie oglądacie filmy, jak wybieracie to, co chcecie zobaczyć?

KK: Mam dużo do nadrobienia, jeśli chodzi o klasykę zarówno polskiego, jak i światowego kina. Ale na to się bardzo cieszę. Dużo filmów oglądam w kinie, doceniam także festiwale filmowe. Kupuję sporo DVD i lubię oglądać filmy w domu, zwłaszcza w większym gronie, kiedy można na bieżąco komentować. Czasami jednak komentarze przeszkadzają. Zdarza się, że wychodząc z kina nie jestem w stanie rozmawiać, tylko muszę pobyć sama i dopiero po chwili zacząć rozmowę.

MS: Mogę szczerze powiedzieć, że jestem przeciwnikiem piractwa. Po pierwsze, nie wspiera to autorów, a po drugie filmy są dużo gorszej jakości. Wiem, że pieniądze z kupionego przeze mnie biletu do kina gdzieś tam do twórców i dystrybutorów wracają. Oglądam też filmy na platformach VOD w internecie. Do wyboru mamy też teraz sporo stacji telewizyjnych.

PR: Jestem wielką fanką klasyki. Teraz stopniowo ją poznaję i tu jest problem, bo niestety, nie ma gdzie jej oglądać, mimo stale rosnącej ilości rekonstrukcji cyfrowych. W kinach te filmy praktycznie nie istnieją, można na nie trafić jedynie w repertuarze pojedynczych kin studyjnych. Starsze kino prezentują tylko stacje takie jak TVP Kultura i Ale Kino+.

KK: Świetnym pomysłem są kanały na Youtube, gdzie klasykę polskiego kina udostępniają Studio Filmowe KADR czy TOR. Z tego, co się orientuję, to cześć filmów ma napisy angielskie, więc można je polecać swoim zagranicznym znajomym.

KCh: Nie toleruję telewizji, więc nie mam w domu telewizora. Uwielbiam oglądać filmy w kinie i nie da się tego porównać z niczym innym. Przez pewien czas lubiłem oglądać filmy sam. Jednak od pewnego czasu potrzebuję drugiej osoby, z którą mogę po filmie porozmawiać. Czasem mam problem ze znalezieniem tego kogoś, zwłaszcza przy trudniejszym kinie. Próbowałem w szkole założyć klub filmowy, ale się nie udało. Teraz przenoszę się do Warszawy i mam nadzieję, że tutaj znajdę więcej filmowych inicjatyw.

MG: Ja oglądam głównie filmy nowe. Bardzo lubię multipleksy. Jestem kimś kto często mówi: film był słaby, ale w kinie było fajnie. Lubię rozsiąść się w wygodnym fotelu, mieć ze sobą popcorn. Jednak oglądanie filmów w samotności jest dla mnie ciężkie, nie potrafię się skupić. Jestem z Tarnowskich Gór, a w tym roku Nagrodę PISF otrzymał działający u nas DKF „Olbrzym”. Tam odbywają się pokazy klasyki i czasem w nich uczestniczę.

Nie mogę was nie zapytać o to, co dla was było ważne, kiedy zaczynaliście się interesować filmem. Jak to się w waszym przypadku zaczęło? Jak można to rozwijać dalej?

KK: W moim przypadku wszystko zaczęło się w domu, od rozmów z rodziną. Dzieciom filmy do oglądania wybierają rodzice i myślę, że miałam to szczęście: wtedy została we mnie zaszczepiona miłość do filmu. O kinie trzeba rozmawiać, ale też warto pisać, próbować. Świetną okazją są też takie konkursy, jak propozycja PISF i Skrytykuj.pl.

MG: Andrzej Sapkowski, pytany o rady dla początkujących pisarzy, zawsze konsekwentnie odpowiada, żeby się nie wygłupiać i znaleźć sobie uczciwą robotę. I troszkę tak jest. Natomiast w moim przypadku zainteresowanie krytyką jest związane z moim przywiązaniem do słowa pisanego. Dopiero potem przychodzi zainteresowanie filmem. Gdybym miał pisać o czymkolwiek, to pewnie i tak wybrałbym kino, natomiast ja w ogóle chciałbym pisać. Szukam zawsze okazji, by się rozwijać w tym kierunku.

KCh: Owszem, chodzenie do kina z rodziną było ważne, ale nie jest też tak, że oglądałem wszystko. Zainteresowałem się najpierw fizyką i strasznie dużo się jej uczyłem. W pewnym momencie się zorientowałem, że potrzebuję jakiejś odskoczni. Zacząłem oglądać filmy praktycznie dzień w dzień, to może naprawdę uzależniać. Potem spotkałem Paulinę – i ona namówiła mnie na udział w Konkursie Wiedzy o Filmie. Kolejnym etapem jest czytanie książek o kinie. Co polecam innym osobom, które zaczynają się interesować filmem? Trzeba oglądać. To naprawdę fascynujące.

PR: Rodzice zabrali mnie pierwszy raz do kina, jak miałam dwa lata. Dzięki nim obejrzałam sporo klasyki, np. „Obywatela Kane'a”. Zawsze lubiłam czytać o filmie, o tym jak powstaje, jaka jest jego historia. Na poważnie zaczęłam się tym interesować w liceum. W szkole też brałam udział w tworzeniu filmów. Co roku powstaje u nas co najmniej jeden film. Wysyłamy je na przeglądy filmów szkolnych. Tak się to wszystko potoczyło, że właśnie rozpoczynam studia na filmoznawstwie w Krakowie. Jeśli chce się pisać o kinie, trzeba cały czas pisać, podszkalać się. Trzeba czytać, powiększać swoją wiedzę. Dobrym pomysłem jest stworzenie bloga i od razu konfrontowanie się z czytelnikami, by nie pisać do szuflady.

MS: Recenzja, którą zrobiłem na konkurs Skrytykuj!, to była moja pierwsza recenzja w życiu! Brałem raczej udział w konkursach na filmy, uważam się za filmowca-amatora – bardziej niż krytyka. Zorientowałem się, że film jest pięknym narzędziem i w jakiś sposób można nim zmieniać świat. Można coś komuś przekazać w piękny sposób. Dlatego pociąga mnie nie tyle pisanie, co robienie filmów. Na razie długa droga przede mną, będę próbował zdawać do szkoły filmowej. Jak zacząć? Trzeba być konsekwentnym i nie odpuszczać. Wtedy ktoś nas dostrzeże, da nam wskazówkę. Trzeba ciężko pracować.

sobota, 01 listopad 2014 20:19

LISTOPAD KINOMANA

Napisane przez

Tegoroczna jesień kinem stoi: na listopad zaplanowano w całej Polsce kilka doskonałych imprez filmowych, które żal byłoby stracić. Polecamy kilka doskonałych ogólnopolskich i lokalnych festiwali filmowych.

Kameralny start

Zacząć warto w Gnieźnie – tam odbędzie się 8. Offeliada – Ogólnopolski Festiwal Filmów Amatorskich i Niezależnych. Impreza startuje 6 listopada i potrwa cztery dni. Pomysł na organizowany od 2007 roku festiwal zakłada zaprezentowanie publiczności młodego polskiego kina niezależnego, przy uzupełnieniu tego przeglądu dodatkowymi wydarzeniami kulturalnymi: wystawami, prelekcjami, koncertami oraz warsztatami.

W tym roku, w ramach mocnego otwarcia organizatorzy festiwalu chcą pokazać widzom „Bobry” – dzieło niezależnego reżysera Huberta Gotkowskiego, o którym w ostatnich miesiącach było bardzo głośno. „Bobry” to kameralna opowieść o powrocie do rodzimego miasteczka i próbie reaktywacji punkowej kapeli, w której grali niegdyś razem główni bohaterowie filmu. Gorzko-ironiczna historia konfrontacji młodzieńczych ideałów z prozą życia zdobył już szereg nagród na innych festiwalach – gnieźnieńska projekcja będzie więc podsumowaniem sukcesu dzieła. I pretekstem, by spotkać się z jego twórcami: reżyserem oraz współscenarzystą i odtwórcą jednej z głównych ról, Marcinem Kabajem.

Innym znanym twórcą, którego będziemy mogli spotkać na Offeliadzie, jest Jan „Yach” Paszkiewicz – znany przede wszystkim ze swoich krótkich form, zwłaszcza ponad czterystu teledysków (w tym dla sław polskiej sceny: Wojciecha Waglewskeigo, Macieja Maleńczuka czy Kazika Staszewskiego i Kultu). Paszkiewicz w Gnieźnie będzie przewodniczył pracom jury.

http://www.offeliada.pl

Gwiazdy we Wrocławiu

Jeżeli gnieźnieńska impreza przyciąga twórców niezależnych lub stawiających pierwsze kroki w branży, to już 3. Festiwal Aktorstwa Filmowego we Wrocławiu będzie świętem uznanych weteranów polskiego kina. Odbywający się w dniach 8-13 listopada przegląd to celebra doskonałego aktorstwa: owszem, widzowie oglądają tu filmy, ale są one jedynie pretekstem do próby uchwycenia fenomenu zawodu aktora – pokazują warte zapamiętania kreacje, warsztat najlepszych adeptów tego zawodu, a na dodatek promują Wrocław i pobliskie Oleśnicę i Strzelin.

- W czasach, gdy każdy może być aktorem, choćby w swoim prywatnym filmie, zrobionym telefonem komórkowym, warto zwrócić uwagę na tych, których wyróżnia prawdziwe zawodowstwo i wyjątkowy talent – podkreśla dyrektor naczelny festiwalu, Stanisław Dzierniejko. Ale też we Wrocławiu można próbować utorować sobie drogę do własnej kariery scenicznej: warsztaty aktorskie prowadzi tu dyrektor artystyczny imprezy, czyli… Bogusław Linda we własnej osobie. Wybrany, najlepszy uczestnik warsztatów w ubiegłym roku miał szansę zaprezentować swój samorodny talent w serialu „Ojciec Mateusz”. Nie inaczej ma być i w tym roku.

Organizatorzy zapowiadają już obecność plejady gwiazd. Beata Tyszkiewicz i Marek Kondrat otrzymają Platynowe Szczeniaki – nagrody za wybitne osiągnięcia w aktorstwie filmowym. Widzowie będą mieli też szansę porozmawiać z artystami takimi, jak Tomasz Kot, Marcin Dorociński, Robert Więckiewicz, Agata Kulesza, Artur Żmijewski, Ewa Wiśniewska, Jan i Łukasz Nowiccy, Dawid Ogrodnik, Janusz Chabior, Joanna Brodzik, Paweł Wilczak i Olga Bołądź.

Projekcje będą organizowane w Dolnośląskim Centrum Filmowym, wraz z towarzyszącymi prelekcjami ekspertów. Bilety natomiast – jak zapowiadają twórcy festiwalu – będą bezpłatne i znajdą się w kasach DCF na dwa tygodnie przed rozpoczęciem festiwalu. Dotyczy to zarówno seansów filmowych, jak i spotkań z artystami. Ciekawe zatem, jak długo będą dostępne…

http://www.festiwalaktorstwa.pl/

Katedra niedocenianych profesjonalistów

Ledwie dwa dni po zakończeniu wrocławskiej celebry, w Bydgoszczy zgromadzą się „cisi bohaterowie” planu filmowego: operatorzy. Ich świętem – od przeszło dwóch dekad – jest Międzynarodowy Festiwal Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych CAMERIMAGE. Rozpoczynająca się 15 listopada (i trwająca tydzień) impreza to doskonale znany na całym świecie zlot tych speców, którym zawdzięczamy zarówno spektakularne panoramy, jak i dostrzeżenie drgnięcia najmniejszego mięśnia na twarzy aktora.

- Film jest jak gotycka katedra, która powstaje jako efekt współpracy artystów różnych profesji kierowanych przez „magister operis”, a w filmie przez reżysera – poetycko opisywał specyfikę imprezy jej dyrektor, Marek Żydowicz. – To głównie reżyserzy i aktorzy (którzy są jak rzeźby i obrazy zdobiące katedrę) przyciągają uwagę podczas festiwali, konkursów i przeglądów. Rola autorów zdjęć filmowych i ich znaczenie jako osób mających wkład w wizualny efekt całości – ostateczny kształt obrazu filmowego – jest zwykle niedoceniana. A jednak, tworzenie filmów przy użyciu kamery sięga źródeł kinematografii oraz narracji filmowej i tak samo jak fabuła kreuje znaczenie. Nie byłoby to możliwe bez wyjątkowej sztuki autorów zdjęć filmowych – dodawał. Architektów tych katedr będziemy celebrować w tym roku już po raz 22.

Organizatorzy postanowili się więc upomnieć o szacunek dla „mistrzów szkiełka”, przez które patrzymy na filmowy świat. Przyznawane na festiwalu nagrody – Złote, Srebrne i Brązowe Żaby – to jedne z najbardziej prestiżowych wyróżnień w świecie X Muzy. Co ważne, organizatorzy nie koncentrują się wyłącznie na twórcach uznanych już dzieł. W Bydgoszczy swoją szansę mają i ci, którzy są dopiero u progu kariery: poza Konkursem Głównym zaplanowano zatem Konkurs Etiud Studenckich, Konkurs Filmów Polskich, Konkurs Debiutów Filmowych, Konkurs Wideoklipów, Camerimage Market czy Camerimage Forum. Do tego szereg pokazów specjalnych, premier, przeglądów i retrospektyw, wystawy, koncerty i – jakżeby inaczej – spotkania z gośćmi festiwalu.

http://www.camerimage.pl

Nagroda w rękach widzów

Gdy w Bydgoszczy widzowie będą się jeszcze upajać najlepszymi ujęciami w historii kina, na drugim końcu kraju ruszy impreza może nieco bardziej kameralna – ale nie mniej interesująca. Po raz dziewiąty będzie można uczestniczyć w Międzynarodowym Festiwalu Młodego Kina „Pełny Metraż” w Lublinie (19-23 listopada). Nazwa teoretycznie mówi sama za siebie, ale doprecyzujmy: lubelska impreza to przegląd kina autorskiego, pełnometrażowego (do konkursu przyjmowane są dzieła nie krótsze niż 60 minut), będącego dziełem twórców młodych i niezależnych. Jak rozumieją to organizatorzy? Chodzi im o dzieła „tworzone przez pasjonatów, powstające z prawdziwej potrzeby artystycznej wypowiedzi i kreowania kina, zwykle w oparciu o oryginalne, własne scenariusze twórców”.

Przyjmowane do konkursu filmy mają więc być „autentycznym i ważnym głosem pokoleniowym”. Dzięki rozbudowanej formule filmu – trudno bowiem o etiudę, która trwałaby więcej niż konkursowa godzina – wypowiedź artystów ma być pełniejsza i bardziej przemyślana. Na marginesie: w ubiegłorocznej edycji główną nagrodę Pełnego Metrażu zdobyły wspomniane wyżej „Bobry”…

Twórcy Pełnego Metrażu postanowili też podjąć się ciekawego eksperymentu – tradycyjnie przyznawaną najlepszemu dziełu w danej edycji nagrodę pieniężną – od 2014 roku ma przyznawać… publiczność. „Filmy tworzy się dla widzów i dlatego nadal uważamy, iż nagroda przyznana przez publiczność jest najcenniejszym wyróżnieniem dla filmowca” – deklarują. Oczywiście, nie będzie głosowania całej sali przez podniesienie rąk. Z widowni wyłonione zostanie piątka zapaleńców – tych, którzy obejrzą wszystkie przewidziane w programie filmy, podyskutują o nich, a następnie przeforsują swój wybór w bezpośredniej konfrontacji z resztą festiwalowej publiczności. Nabór do tego wyjątkowego jury będzie trwać do końca października.

http://kinoteatrprojekt.pl

Krótko i na temat

21 listopada w Krakowie ruszy z kolei 21. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Etiuda & Anima: najstarszy w Polsce przegląd osiągnięć studentów szkół filmowych i artystycznych z całego świata, a także dorobek twórców animacji artystycznej. „Filmy, których nie zobaczysz nigdzie indziej, niszowe i autorskie kino, animacje na żywo, studencka twórczość z całego świata, oryginalne filmy animowane, inspirujące spotkania z artystami” – tak zachwalają swoją imprezę organizatorzy. I rzeczywiście, musi być w tym coś więcej niż autopromocja, skoro Polski Instytut Sztuki Filmowej wyróżnił ubiegłoroczną edycję festiwalu specjalną nagrodą.

Dwoma filarami krakowskiego przeglądu są konkursy: na etiudy fabularne i dokumentalne (nagradzane Dinozaurami) oraz dla twórców animacji (tu nagrody noszą nazwę Jabberwocky). Specjalny Złoty Dinozaur trafia z kolei w ręce wybitnych pedagogów, którzy jednocześnie wciąż są praktykami sztuki. Wiele filmów, jakie będziemy mieli okazję zobaczyć na 21. edycji festiwalu, można już dziś obejrzeć (lub przynajmniej zapoznać się z trailerami) na facebookowym profilu imprezy. Z kolei w trakcie przeglądu będzie można też przypomnieć sobie co bardziej interesujące dzieła z poprzednich lat czy nawet historii kina: przede wszystkim dokumentalnego i animowanego. W programie znajdzie się zapewne wiele ciekawostek, które w Polsce nie miały swojej premiery, a miłośnikom twórczości w stylu „Walca z Baszirem” powinny przypaść do gustu. W coraz większym stopniu na program festiwalowych spotkań wpływają nowe media i formy, które można przygotowywać w oparciu o nie.

Ważnym elementem krakowskiego festiwalu jest towarzyszenie uczestniczącym w nim twórcom również w kolejnych latach. Na Etiuda & Anima debiutował m.in. Florian Gallenberger, w 2001 r. laureat Oscara za „Quiero Ser”, film prezentowany raptem rok wcześniej w Krakowie. Ale lista nazwisk związanych z festiwalem artystów – ważnych i liczących się dziś na filmowej giełdzie – mogłaby iść w dziesiątki, jeśli nie setki. Impreza potrwa do 27 listopada.

http://etiudaandanima.com/

sobota, 01 listopad 2014 20:18

U NAS ZACZYNA SIĘ UNIA EUROPEJSKA

Napisane przez

Rozmowa z Tadeuszem Sawickim, wójtem gminy Włodawa w województwie lubelskim

ANNA CEBULA: Ubiega się pan o reelekcję?

TADEUSZ SAWICKI: Oczywiście.

Po raz…

Czwarty.

Jak przebiega pana kampania?

Moja kampania rozpoczęła się dzień po poprzednich wyborach. Oczywiście, gdy sprawuję władzę, to co robię, przez cały czas jest oceniane przez mieszkańców – czyli na dobrą sprawę ta kampania trwa nieprzerwanie od początku mojej obecnej kadencji. Myślę, że mieszkańcy gminy znają mnie często osobiście i widzą efekty mojej pracy.

Udało się panu zrealizować zapowiedzi z poprzedniej kampanii?

Kiedy zrobiłem takie porównanie, to właściwie w dziewięćdziesięciu procentach udało mi się zrobić to, co zaplanowałem na cztery lata – z wyjątkiem dróg. Jednak ich budowa jest uzależniona od ukończenia innych inwestycji, chociażby sieci kanalizacyjnej. W tej chwili sieć wodno-ściekowa jest zakończona, poza przydomowymi oczyszczalniami. Te gmina ma w planach, ale możemy przystępować do budowy dróg.

I te drogi zaproponował pan mieszkańcom gminy na najbliższą kadencję?

W tej chwili drogi osiedlowe i wiejskie wymagają pilnego załatwienia, bo przez ich stan mieszkańcy mają utrudniony dojazd do swoich miejscowości.

Które miejsce, wśród 1500 gmin w Polsce, zajmuje Włodawa pod względem zamożności?

Nie jest to gmina zamożna, mimo że jest gminą najzamożniejszą wśród siedmiu gmin w powiecie włodawskim, przyjmując jako kryterium budżet, a nie dochód na jednego mieszkańca. Jednak gminy na całej ścianie wschodniej, trzeba to zaznaczyć, nie należą do bogatych. Mieścimy się w połowie rankingu, na około siedemsetnym miejscu.

A w klasyfikacji na najlepiej rozwijającą się gminę?

Muszę przyznać – niżej, pomimo że ten rozwój nie jest zły. Jednak zachodnie gminy nas wyprzedzają.

W kwestii podatków – wzrastają, czy udało się je również obniżyć?

Jest to wskaźnik inflacji i, niestety, podatki rosną. Ale – tak na marginesie – mimo że są zwiększane, staramy się w inny sposób pomóc przedsiębiorcom. Natomiast podnosimy je, bo mamy tu głównie firmy, których działalność związana jest z obsługą turystów, czyli, jak zakładamy, ludzi, którzy mają pieniądze. Tylko nad samym Jeziorem Białym, które jest naszą perełką, funkcjonuje około dwustu podmiotów gospodarczych. Akwen ma powierzchnię 106 hektarów i w ciągu dnia potrafi wypoczywać tu sześćdziesiąt tysięcy ludzi. To dowodzi, jak to jezioro jest popularne.

Jak gmina radzi sobie z pozyskaniem środków zewnętrznych?

Podliczając wszystko, co pozyskaliśmy ze środków unijnych, ministerstw, od marszałka województwa, zyskaliśmy kwotę większą niż nasz jednoroczny budżet, czyli ponad 24 mln złotych. Muszę się też pochwalić, że jak do tej pory odrzucono nam tylko jeden projekt dotyczący oświaty.

Na jakim poziomie jest zadłużenie gminy?

W tej chwili zadłużenie gminy mieści się w granicy 46 procent. To sporo, ale co chciałbym podkreślić: poczyniliśmy ogromne inwestycje, w tym o czym już mówiłem, związane z budową sieci wodno-kanalizacyjnej. One, co prawda, nie przynoszą dochodu gminie, ale sprzyjają jej rozwojowi. To ewenement we wschodniej Polsce, a może i w kraju – w naszej gminie cały czas zwiększa się liczba mieszkańców.

Które z inwestycji z ostatnich lat zaliczyłby pan do najważniejszych?

Z większych halę sportową przy Szkole Podstawowej w Orchówku. Wymieniłem już kanalizację i wodociągowanie. Z racji, że zwiększa się liczba mieszkańców w gminie – młodzi ludzie przenoszą się na wieś i tu się budują – konieczne jest przedłużanie tej sieci i doprowadzanie jej do nowych miejsc. Natomiast w najmniejszych miejscowościach, w takich gdzie na przykład mieszkają trzydzieści trzy osoby, budowa wodociągu mija się z celem, bo zużycie jest tak małe, że nie udałoby się utrzymać parametrów wody, by była ona przydatna do picia. Kanalizację również mamy zrobioną, natomiast nie mniej konieczne jest jej przedłużanie.

Na terenie gminy mamy pięć oczyszczalni ścieków, a z czterech miejscowości ścieki przepompowywane są do oczyszczalni miejskiej.

Przejdźmy do oświaty. W gminie buduje się szkoły czy raczej zamyka?

Obecnie mamy jedną szkółkę filialną, w której już od trzech lat nie było naboru, a dzieci przeniesiono do szkoły w mieście. Natomiast tę sieć szkół, którą mamy, czyli trzy sześcioklasowe szkoły podstawowe i gimnazjum w samym mieście, na pewno utrzymamy.

Po stronie sukcesów gminy zapisałby pan…

Jej zaistnienie na mapie turystycznej Polski, między innymi dzięki przepięknej Dolinie Bugu, która stała się naprawdę dużą atrakcją.

Przy każdej okazji podkreślam też, że to u nas najpierw wstaje słońce, a dopiero później w Portugali, więc u nas zaczyna się Unia Europejska. Kiedy gminę odwiedzała międzynarodowa grupa, to niewątpliwą atrakcją była dla niej możliwość zobaczenia, gdzie przebiega granica Unii, a ponieważ przebiega głównym nurtem Bugu, przepływając rzekę, jest szansa zobaczyć zasieki graniczne i, świadomie lub nie, przekraczając linię o 10-15 m, można znaleźć się na terenie innego państwa.

Ale na tym się nie kończy. Mamy tutaj również obszar chronionego krajobrazu – Naturę 2000 i park krajobrazowy, i samo Jezioro Białe z pierwszą klasą czystości wód. Promowanie turystyki przyniosło efekty i przybywa tu coraz więcej turystów. To zaliczyłbym do sporych sukcesów.

Z jakimi problemami borykają się mieszkańcy gminy? Co chciałby pan zrobić w ich interesie w najbliższym czasie?

Chciałbym, by powstały warunki do rozwoju miejsc pracy. Poza tym żyjemy na styku Ukrainy i Białorusi – i nie mamy przejścia granicznego z naszymi sąsiadami, chociaż na Białoruś do samego Bugu prowadzi tor kolejowy, ale brakuje mostu. Swobodne przejście zwiększyłoby atrakcyjność tego regionu dla przedsiębiorców. Trzymamy takie tereny na przyszłość, gdzie można by wybudować przejście kolejowe, ale brakuje decyzji politycznej, żeby ten problem rozwiązać. Innym naszym problemem jest rozdrobnione rolnictwo. Brakuje nam zakładów przetwórstwa rolnego, bo oczywiście nie ma wielkiej produkcji. Są również rolnicy, których gospodarstwa rozwijają dynamicznie, natomiast w ich cieniu tworzy się dość liczna grupa małych gospodarstw, gdzie utrzymanie rodziny staje się problemem.

Na jakie wydarzenia zaprasza Pan do gminy?

Warto tu przyjechać na urlop. Jeden dzień na wizytę, czy udział w jakimś wydarzeniu, to za mało. Natomiast gdybym miał polecić wydarzenie, to zapraszam na weekend z krokodylem organizowany nad Jeziorem Białym. W 1999 roku nie tylko okolice, ale i kraj, obiegła informacja, że w jeziorze jest krokodyl. Każdy, kto tylko mógł, szukał gada. Oczywiście, wydawało się, że jezioro jest stracone, bo ludzie się wystraszyli. Jednak tego krokodyla nikt nie znalazł, ale żeby te emocje zmieniły się w pozytywne, zorganizowano święto krokodyla. Każdego roku, w trzeci weekend lipca, odbywa się impreza, której bohaterem jest krokodyl. Nawet powstała jego rzeźba nad jeziorem.

 

 

Gmina Włodawa, w powiecie włodawskim, ma powierzchnię 24 375 ha, w tym 11 000 ha zajmują lasy. Liczba mieszkańców wynosi nieco ponad 6 tysięcy. W skład gminy wchodzi 16 sołectw. Północna jej część położona jest na Garbie Włodawskim, zaś południowa – na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim. Główną rzeką jest Bug, a poza tym przez gminę przepływają Włodawka i Tarasienka.

Jezioro Białe znajduje się 7 kilometrów od Włodawy. Ma 1616 m długości i 806 m szerokości. Dochodzi do 33 m głębokości. Długość linii brzegowej wynosi 4262 m. Wody jeziora mają pierwszą klasę czystości. Występuje w nim dwadzieścia gatunków ryb. Nad jego brzegiem działają 64 ośrodki wypoczynkowe, do tego kawiarnie, restauracje i wypożyczalnie sprzętu sportowo-rekreacyjnego.

W gminie Włodawa warto wybrać się na zabytkowy cmentarz prawosławny w Sobiborze. Istniał on już w pierwszej połowie XIX wieku. Najstarszym zachowanym nagrobkiem (niestety, niekompletnie) jest piaskowcowy nagrobek Józefy z Górskich Szymańskiej (zm. 1851). Zachowało się kilkadziesiąt nagrobków z pierwszej połowy XX wieku, głównie betonowych – i liczne mogiły z wysokimi na 4–5 m krzyżami drewnianymi. Są one typowe dla okolicy, ale w Sobiborze występują wyjątkowo licznie – i w imponujących rozmiarach. Szczególną rzadkość stanowią krzyże malowane na niebiesko.

Zabytkiem jest rzymskokatolicki kościół parafialny św. Jana Jałmużnika w Orchówku przy klasztorze braci kapucynów – Sanktuarium Maryjne (dawny Augustianów), z lat 1769-77, wraz z całym wystrojem architektonicznym i ruchomościami (Cudowny Obraz Matki Bożej Pocieszenia), a także otaczający go drzewostan w granicach ogrodzenia cmentarza kościelnego.

W Różance zachował się zespół pałacowo-parkowo-folwarczyny z przełomu XVIII–XIX w.

Neogotycki kościół parafialny św. Augustyna w Różance został zbudowany w latach 1908-13 na miejscu rozebranej w 1905 r. cerkwi, ufundowany przez rodzinę Zamoyskich. Wewnątrz świątyni ołtarz główny zdobią późnobarokowe rzeźby śś. Piotra i Pawła z połowy XVII w. oraz kopia obrazu Matki Boskiej Kodeńskiej z 1908 r.

Na terenie gminy znajduje się Muzeum Byłego Hitlerowskiego Obozu Zagłady w Sobiborze. W czasie II wojny światowej w lasach sobiborskich zginęło ok. 250 tys. Żydów, głównie z Generalnej Guberni, ale także z Holandii, Francji, Niemiec, Austrii, Czech, terenów byłego ZSRR i in. W 1965 r. na terenie byłego obozu postawiono pomnik Pamięci Ofiar, przedstawiający matkę z dzieckiem. Kopiec-mauzoleum usypano z ziemi zmieszanej z prochami ludzkimi.

sobota, 01 listopad 2014 20:18

W POGONI ZA SENIOREM

Napisane przez

Kiepskie wyniki testów poznawczych, rychłe przechodzenie na emeryturę, brak zaangażowania w życie społeczne – takie jest statystyczny obraz polskiego seniora. Mimo rozmaitych inicjatyw polscy emeryci wydają się być niezainteresowani uczestniczeniem w życiu publicznym. A może nie dostrzegają adresowanych do nich inicjatyw?

Według Międzynarodowego Badania Zdrowia, Starzenia się i Przechodzenia na Emeryturę polski senior żyje w większym dyskomforcie niż jego rówieśnicy z innych krajów Europy. Uśredniając, jedynie co szósty, może nawet co siódmy z nich podtrzymuje jakąś aktywność zawodową (u naszych zachodnich sąsiadów – niemalże co drugi), znaczna większość boryka się też z problemami materialnymi. Zresztą, jakakolwiek aktywność pozazawodowa emerytów – czy to rekreacyjna, czy związana z kształceniem – nie cieszy się w Polsce większą popularnością.

Konsultować, doradzać, inicjować?

Prób wciągnięcia seniorów z powrotem do aktywnego życia jednak nie brakuje – zarówno na szczeblu centralnym, jak i samorządowym. Rząd opracował m.in. program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych, zabiega o utrzymanie przechodzących na emeryturę profesjonalistów na rynku pracy, próbuje tworzyć warunki mające sprzyjać podtrzymaniu przez nich samodzielności.

Inna inicjatywa to przeforsowana w ubiegłym roku instytucja gminnej rady seniorów – swoisty odpowiednik młodzieżowych rad gmin, funkcjonujących od trzynastu lat. Teoretycznie ma ono pozwalać najstarszym mieszkańcom danej jednostki przedstawiać swoje oczekiwania i pomysły – według uchwalonego zeszłej jesieni przepisu, „gminy mają sprzyjać solidarności międzypokoleniowej oraz tworzyć warunki do pobudzania aktywności obywatelskiej osób starszych w społeczności lokalnej”.

W praktyce gminne rady seniorów zaczęły powstawać wiosną i latem br. – jednak śladów ich działania, nie mówiąc o realnym wpływie na politykę lokalnych władz, trudno się doszukać. Być może dlatego, że rady powinny mieć „charakter konsultacyjny, doradczy i inicjatywny”. Innymi słowy, może sformułować swoją opinię – na dowolny temat, bowiem zakres tematyczny nie został określony – i… to by było na tyle.

Z drugiej strony, można oczywiście powoływać się na godne uwagi – i pochwały – inicjatywy samych samorządów. Skrzętnie próbują je wyławiać np. senatorzy, którzy w ramach konkursu „Samorząd przyjazny seniorom” (patrz str. 34-35), typują i nagradzają najlepsze projekty inicjatyw adresowanych do starszych osób. Tych jednak wciąż jest tyle, co kot napłakał. Ot, jeszcze jeden przyczynek do zastanowienia się, czy na pasywność polskich seniorów nie wpływa brak adresowanych do nich inicjatyw.

5,5 mln 70-latków

Paradoksalnie, nieunikniony trend do starzenia się polskiego społeczeństwa podchwytuje wyłącznie sektor przedsiębiorstw z branży medycznej. Potentaci tego rynku, np. ostatnio firma Medicover, intensywnie inwestują w rynek usług dla osób starszych. W największych miastach Polski trwa wręcz rywalizacja o to, kto najsprawniej dotrze z firmową ofertą do seniorów. Chodzi zarówno o klasycznie rozumianą opiekę – te same usługi, które polscy rehabilitanci i pielęgniarki oferowali dotychczas seniorom w krajach zachodnich – jak i nowe pomysły, np. teleopiekę. W tym ostatnim przypadku warto nadmienić, że z tej usługi korzysta obecnie około 3 tysięcy osób w Polsce – niektórzy z nich mogą korzystać przy wykupie tej usługi ze wsparcia samorządów.

Być może tędy droga. Według specjalistów największe zapóźnienia w grupie najstarszych Polaków dotyczą opieki zdrowotnej – tym bardziej, że model opieki oparty na, potocznie rzecz nazywając, domach starców, nad Wisłą się nie przyjął. Z jednej strony, świadczy to o przywiązaniu do tradycyjnych wartości rodzinnych, z drugiej jednak – często skutkuje zaniedbaniem osób starszych, co jednocześnie przekłada się na ich pasywność. I dlatego, choć część JST zaczęła w ostatnich latach np. dokładać do budowy lokali przeznaczonych dla seniorów (np. w ramach TBS), to wciąż poprawa stanu zdrowia powinna pozostać priorytetem.

Sprawa jest coraz bardziej paląca: w ciągu dekady nad Wisłą będzie żyć 5,5 mln osób w wieku ponad 70 lat. Jak by nie spojrzeć, ich wiedza i doświadczenie oraz chęć do dalszego uczestnictwa w życiu publicznym to wciąż niewykorzystany potencjał. Druga strona medalu to, oczywiście, konieczność zapewnienia seniorom wymaganych świadczeń – a więc przygotowanie odpowiedniej strategii finansowej. Miejmy nadzieję, że taka powstanie zawczasu.

sobota, 01 listopad 2014 20:17

INTERAKTYWNY PRZYSTANEK

Napisane przez

Wkrótce w pejzażu ulic polskich miast może pojawić się kolejna nowinka technologiczna: internaktywna wiata. Do pewnego stopnia nowe rozwiązanie może skończyć z bolączkami metropolii – zrywaniem rozkładów jazdy, ich aktualizacją i zmianami wywołanymi np. przez remonty. Pytanie, jak obroni się przed wandalami.

– Interaktywny przystanek to rozwiązanie przyjazne podróżującym. System nie pozwoli pasażerom na dezorientację, kiedy w rozkładzie komunikacji miejskiej nastąpią zmiany. Poza tym, nasze urządzenie posiada szereg udogodnień dla osób starszych, niedowidzących i głuchoniemych – przekonuje Przemysław Kozłowski, prezes spółki GLIP, producenta urządzenia. Choć w Polsce jest to pewne novum, to internatywne przystanki pojawiły się już w wielu światowych metropoliach – choćby San Francisco, Pekinie czy nawet niedalekim w końcu od Polski, Bukareszcie.

Na „interfejsie” przystanku komunikaty są stale aktualizowane, a zmiany są sygnalizowane podróżnych. Prezentowane w ten sposób informacje obejmują m.in. remonty, zamknięte ulice, korki. Można tu znaleźć również informacje związane z topografią miasta, komunikacją, możliwością przesiadki do innych środków transportu. Dzięki temu interaktywne przystanki mogą być użyteczne zarówno dla mieszkańców metropolii, jak i turystów – którzy próbują się w niej odnaleźć.

Wspomniane udogodnienia dla osób starszych czy niepełnosprawnych to przede wszystkim możliwość powiększania tekstu oraz translator języka migowego (we współpracy z firmą Migam.pl). Producent urządzenia zapowiada też w przyszłości wprowadzenie możliwości nawigacji głosem. – Oprogramowanie przystanku może być dowolnie rozszerzane. Oprócz rozkładu jazdy, pasażerowie mogą sprawdzić pogodę na najbliższe dni, repertuar kin i teatrów, dowiedzieć się o najbliższych wydarzeniach w mieście – dodaje Kozłowski. Do tego można też dorzucić multimedialny przewodnik po zabytkach oraz lokalną tablicę ogłoszeń.

Standardową opcją tego typu rozwiązań jest możliwość wyświetlania reklam, co z czasem rekompensuje wydatki związane z zakupem rozwiązania oraz pozwala zaadaptować wcześniejsze formuły związane z „oplakatowaniem” wiat. Służą do tego zewnętrzne ekrany. – Za pomocą multimedialnych nośników można zapraszać widzów do interakcji i dzięki wbudowanej kamerze – rejestrować ich zachowania, emocje. Można też precyzyjnie dobierać przekaz dla danej lokalizacji, dnia czy godziny – wyjaśnia Przemysław Kozłowski. Inna reklama rano, inna w porze popołudniowych powrotów z pracy, jeszcze inna w weekendy, w dniu matki lub w pobliżu akademika – przekonują konstruktorzy przystanku. W Pekinie interaktywne ekrany pozwalają też na swoiste zabawy z pasażerami – na przykład, określanie ich stanu szczęścia.

Pozwalają na to systemy takie jak system rozpoznawania wielu punktów dotyku jednocześnie. Dzięki temu rozkład jazdy może też równocześnie przeglądać kilka osób. Zastosowane monitory posiadają matrycę LED, dzięki czemu są energooszczędne. Przystanek posiada szereg zabezpieczeń przeciw dewastacji. – To bezpieczna i solidna konstrukcja – zapewnia Mateusz Grzegorski z firmy A2HM, która razem z GLIP zrealizowała wiatę.

Jak podkreśla Przemysław Kozłowski, samorządowcy i instytucje odpowiedzialne za miejską komunikację są zainteresowani nowymi wersjami miejskich przystanków. W ślad za cyfryzacją administracji i wielu usług publicznych czas i na komunikację miejską, a nic bardziej nie przekonuje do technologicznych nowinek, jak „gadający przystanek”. Urządzenie będzie można oglądać m.in. podczas październikowych poznańskich targów GMINA 2014.

sobota, 01 listopad 2014 20:16

TO NIE PRZYWÓDZTWO, TO MANIPULACJA

Napisane przez

Rozmowa z profesorem Andrzejem K. Piaseckim, politologiem i historykiem z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie

ANNA CEBULA: Charyzma pozwala…

ANDRZEJ K. PIASECKI: Przewodzić ludziom. Trudno być przywódcą bez daru przyciągania. Już w przedszkolu widać, które dzieci mają cechy przywódcze. Tej charyzmy można się oczywiście nauczyć, bo nie zawsze jest to cecha wrodzona. Oczywiście, lepiej urodzić się z charyzmą, ale też są politycy, którzy zaczynali karierę w ostatnim szeregu, a z czasem dojrzewali, wykształcili w sobie cechy charyzmatyczne i okazywali się czarnymi końmi wyborów.

Jaki powinien być charyzmatyczny przywódca w naszych realiach?

Gdybyśmy zapytali jakiegokolwiek burmistrza we Włoszech, Francji czy Grecji, kim jest – pewnie odpowiedziałby, że reprezentantem, pierwszym człowiekiem w gminie, liderem. Natomiast nasz burmistrz czuje się gospodarzem i menedżerem, czyli realizuje pewne zadania. Na poziomie lokalnym, a także krajowym, włodarza cechuje bardziej pewna zadaniowość niż poczucie misji i reprezentacji. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, nie chcę wartościować, ale rodzimi przywódcy bardziej chcieliby być menadżerami niż politykami.

Czy Polacy mają zaufanie do lokalnych liderów?

Tak, ale jest ono bardzo zróżnicowane. Po pierwsze, nie jest stuprocentowe, natomiast zdecydowanie większe niż do liderów krajowych. W tej chwili, według badań, wynosi ono 30−40 proc., do kilkunastu procent więcej niż do liderów politycznych w skali kraju, poza prezydentem. Gdyby spojrzeć z kolei na tę wierchuszkę, czyli na liderów najdłużej sprawujących urząd i osiągających najlepsze efekty, to takim prezydentem jest Wojciech Szczurek z Gdyni – od kilkunastu lat uzyskujący 70 proc. poparcia już w pierwszej turze wyborów.

Nie chcę wymieniać nazwisk czy miejscowości, gdzie takiego zaufania nie ma. Gminy są sparaliżowane, źle zarządzane, zadłużone, targane konfliktami, a mieszkańcy organizują protesty i referenda odwoławcze. Z tego trzeba wyciągnąć średnią – która i tak jest lepsza niż statystyczna krajowa.

Pojawia się też inny problem, bardziej na poziomie mniejszych miejscowości, gdzie powstają struktury, które powodują, że lider, wójt czy burmistrz, jest ciągle wybierany…

To jest inne zjawisko – nepotyzmu. Tu niekoniecznie chodzi o to, że lider jest charyzmatyczny i dobry w zarządzaniu gminą. Tę strukturę w małej gminie tworzy rodzina, znajomi, stowarzyszenie strażackie i koło gospodyń wiejskich. Poprzez urząd gminy, zatrudniający kilkadziesiąt osób, w tym pracowników z rodziny włodarza, to już jakieś kilkaset osób bezpośrednio zainteresowanych utrzymaniem status quo, jeżeli mają jakieś relacje z wójtem. Jarosław Flis, politolog z UJ, obliczył, że wójt ubiegający się o reelekcję ma zapewnione około 20 proc. głosów na starcie. Jeżeli rządzący jest jeszcze do tego dobrze oceniany, zyskuje kolejne 20 procent. Właściwie niewiele musi robić, aby przekroczyć wymagane 50 proc. Aż 70 proc. wójtów małych gmin wygrywa kolejne wybory. Około 20 procent nie ma w ogóle rywala. Dochodzimy tu do pewnej patologii. To nie jest przywództwo, a manipulacja, która bierze się z utrwalenia takiego zabetonowanego systemu.

Swój człowiek – jest jeszcze taka kategoria kandydata…

Oczywiście, postrzeganie jako swojaka, na poziomie lokalnym ma znaczenie dla wyborcy. Znowu musimy wyciągnąć jakąś średnią: z mojego rozeznania wynika, że kompetencje jednak się liczą. Dowodem na to są wyniki dotyczące wcześniejszych zajęć burmistrzów. Otóż ci liderzy, którzy byli menadżerami, dyrektorami, prezesami czy prowadzili firmy, lepiej radzą sobie na tym stanowisku, mają lepsze notowania u wyborców i są częściej wybierani. Wyborcy doceniają ich za kompetencje.

Natomiast ten brat łata, co to zagada i wszystkim chce zrobić dobrze, a najbardziej sobie, przy braku kompetencji też może sobie poradzić – ale wygrywa na krótką metę. Ludzie doceniają swojego reprezentanta nie przez dobre czy złe serce, ale efekty – gospodarność, takie racjonalne podejście do majątku gminy, czyli poprzez portfel. Coraz częściej wiążemy wynik wyborów lokalnych z tym, jak nam się żyje. I albo coś mamy, albo nie – i to się odczuwa. Jeżeli nie mamy chodnika, przystanku czy boiska, to się zastanawiamy, dlaczego tak jest. Trudno również wytłumaczyć ten stan brakiem pieniędzy. Wystarczy pomysł i dobry projekt. Przykładów można wymienić wiele, ale chyba takim najlepszym jest Uniejów zarządzany przez burmistrza Józefa Kaczmarka, który rządzi 12 lat, a wcześniej był nauczycielem i radnym. Zanim został liderem, to była szara gmina. Miasteczko bez przyszłości. Przy czym, od co najmniej 30 lat było wiadomo, że w Uniejowie są wody termalne. Nikt jednak nie podjął wyzwania. Dopiero ten przywódca stworzył nową wizję i powstały sanatoria. W tym roku gmina jest już numer jeden na liście najdynamiczniej rozwijających się w Polsce. Ktoś powie, że gminie się udało, ale czemu nikt nie zrobił tego wcześniej? Bo nie było odpowiedniego człowieka.

Jakie znaczenie ma program, rozmowa, kwalifikacje, umiejętność trafnego odczytania, co jest problemem? To może przekonać wyborców?

Nie rozmawiajmy w sposób oderwany od rzeczywistości, którą znamy, bo programów wyborczych nikt nie czyta, poza samymi twórcami. Jednak ludzie znają się nawzajem. Burmistrzem rzadko zostaje się w wieku 20-30 lat, a może szkoda. Natomiast jak się ma 45 lat – to statystyczny wiek burmistrzów – ma się jakiś dorobek, który jest właśnie tym programem. Na podstawie CV można ocenić, co zrobił kandydat do tej pory, kim jest.

Jakie znaczenie mają sympatie polityczne na poziomie lokalnym?

To nie jest priorytet. Na poziomie przywódców lokalnych przynależność polityczna to raczej problem. Na poziomie gmin wiejskich wyraźny jest związek, niemal z urzędu, z PSL. Burmistrzowie większości miast powiatowych, a jest ich około trzystu, chcą startować pod szyldem lokalnym. Na przykład w Wielkopolsce jest Towarzystwo Samorządowe, które nawiązuje do komitetów obywatelskich z 1990 r. Tam też jest burmistrz, który wygrywa od 12 lat. To Towarzystwo wchodzi w koalicje, ale utrzymuje większość w radzie. Ale tak do końca wójtowie czy burmistrzowie nie są apolityczni. Kiedy słyszę od kogoś, że się w politykę nie miesza, to jest to mydlenie oczu – startując w wyborach, bierze się udział w polityce. Można mówić, że burmistrz nie jest związany z jakąś partią, ale nie jest apolityczny. To są dwie różne rzeczy.

Charyzmatycznym przywódcą jest…

To z każdego poziomu: Rafał Dutkiewicz z metropolii. To nie tylko lokalny lider w sensie miasta, ale i regionalnym – bo i PO się do niego uśmiecha, nawet jeśli go nie będzie w tej partii, to sama chęć porozumienia się, świadczy, że jest politykiem w skali krajowej. Schodząc do poziomu miast grodzkich, trzeba sięgnąć do rankingów, ale takim charyzmatycznym przywódcą jest lider Mielca. Wśród miast powiatowych, 20-40-tysięcznych, najlepsze wyniki mają Polkowice. Może jeszcze przywołałbym Turek: tam burmistrz wcześniej był dyrektorem kopalni, typowy przykład menedżera. Z mniejszych miejscowości na pewno Lesznowola. Ich włodarze są znani z mediów, bo tu nie chodzi o sztywne wskaźniki.

Zresztą takie rankingi budzą moje zastrzeżenia. Jeżeli nawet wskażemy pierwsze czy drugie miejsce, to liczy się nie dziesiątka, a pierwsza setka. Tych burmistrzów, którzy dobrze rządzą, jest bardzo dużo. Nieraz się waham, bo myślę, że na 2,5 tys. gmin przynajmniej dziesięć znajdzie się w ścisłej czołówce dobrze zarządzanych. Dorobiliśmy się naprawdę profesjonalnej kadry burmistrzów i wójtów.

Oczywiście, jest jakiś jeden procent takiej – powiedzmy – zakały, kilkudziesięciu włodarzy, którzy mieli kłopoty z prawem, mieszkańcami czy budżetem i w wyniku referendów zostali usunięci. Za niekorzystne uważam struktury przyjacielsko-rodzinne. Dodałbym tutaj soli do beczki miodu: jestem zwolennikiem ograniczenia kadencji wójta czy burmistrza do dwóch, by jedna osoba nie rządziła w nieskończoność. To zabezpiecza też liderów, którzy są bardzo dobrzy. Moim zdaniem, oni sobie poradzą świetnie na innych stanowiskach. Będą świetnymi starostami, wojewodami, zajmą się polityką czy odnajdą się w strukturach UE, natomiast po piętnastu latach zarządzania tą samą gminą, liderzy nie mają siły, wpadają w rutynę, w mechanizmy czasem nawet patologiczne – klientelizm, nepotyzm. Te zjawiska nie są niezgodne z prawem, ale są nieetyczne.

Prof. zw. dr hab. ANDRZEJ K. PIASECKI – kierownik Katedry Samorządu Terytorialnego i Wspólnot Lokalnych w Instytucie Politologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Autor m.in. książek „Wybory w Polsce 1989-2011”, „Menadżer i polityk”, „Model przywództwa”, „Lider społeczny w XXI wieku”.

sobota, 01 listopad 2014 20:13

GMINY SPINAJĄ BUDŻET KOSZTEM SZKÓŁ

Napisane przez

Wrześniowy raport Najwyższej Izby Kontroli, dotyczący likwidacji szkół, może uspokoić przede wszystkim rodziców. Według niego w nowych szkołach uczniom zapewniono warunki nauczania − lokalowe i organizacyjne – co najmniej na równorzędnym poziomie, a w wielu przypadkach lepsze niż w starych szkołach. Redukcja szkół to jednak złożony problem.

Samorządy uzasadniają decyzje o zamknięciu szkół głównie względami ekonomicznymi i związanym z niżem demograficznym spadkiem liczby uczniów. Na dalszym miejscu − chęcią poprawy warunków kształcenia. Te, jak wynika z raportu NIK, w większości przypadków zmieniły się na korzyść uczniów. Uczniowie mają dostęp do lepszego sprzętu sportowo-rekreacyjnego, świetlic, stołówek i bibliotek szkolnych.

W 2011 r. gmina Gołcza w województwie małopolskim zlikwidowała Szkołę Podstawową w Czaplach Wielkich, w której uczyło się czterdziestu uczniów i przedszkolaków w klasach łączonych. Dzieci uczęszczały do szkoły ogrzewanej piecami kaflowymi, z nieogrzewaną szatnią na korytarzu, sanitariatami w podpiwniczeniach, bez specjalistycznych pracowni, z zastępczą salą do prowadzenia zajęć z wychowania fizycznego, bez świetlicy szkolnej i ciepłych posiłków dla uczniów. Dzieci przeniesiono do podstawówki w Gołczy. W tej szkole nie ma łączonych klas, uczniowie korzystają z hali widowiskowo-sportowej, boiska o nawierzchni syntetycznej, placu zabaw na powietrzu i miejsc zabaw dla uczniów klas I-III (utworzonych w ramach projektu „Radosna szkoła”), trzech świetlic, w tym dwóch wydzielonych dla najmłodszych. W nowej szkole dzieci otrzymują też dwa posiłki dziennie – śniadanie i obiad.

Najwyższa Izba Kontroli w latach 2011-2013 monitorowała proces likwidacji 119 szkół gminnych w 39 gminach na terenie dziewięciu województw. Ale to wycinek znacznie szerszego zjawiska: z badań prowadzonych przez Instytut Badań Edukacyjnych wynika, że tylko w latach 2008-12 o 954 zmniejszono ilość szkół podstawowych w całym kraju (w tej grupie 856 prowadziły gminy) i o 170 – liczbę gimnazjów. 88 gimnazjów miało status gminnych. W placówkach skontrolowanych przez NIK, a podlegających likwidacji, 52,1 procent uczniów rozpoczęło kształcenie w innych szkołach gminnych. W starych murach pozostało 47,9 procent uczniów a, mimo że dla nich zmiany są praktycznie niezauważalne, ich szkoły utraciły status gminnych.

Rykoszetem w… nauczycieli

O ile zmiany te okazały się w większości korzystne dla uczniów, powodów do zadowolenia nie mają nauczyciele, bo to głównie z ich płac gminy poczyniły oszczędności.

W związku z redukcją szkół, do tej pory już 1179 pedagogów otrzymało wymówienie. Poważnym problemem jest dla nich brak perspektyw zatrudnienia – tylko 40 procent zwolnionych nauczycieli znalazło pracę w szkołach przejmujących uczniów. Ci nauczyciele, którzy pozostali w przekształconych szkołach, stracili przywileje zagwarantowane w „Karcie Nauczyciela”. Na bezrobociu znalazło się 31,5 procent pedagogów.

Według danych NIK nauczyciele pracują 23 godziny dydaktyczne tygodniowo, a to średnio pięć godzin więcej niż w szkołach prowadzonych przez gminy. Dłuższy czas pracy nie przekłada się jednak na wyższe wynagrodzenie. Na nowych warunkach otrzymują średnio 60 procent wcześniejszych zarobków (30−96 procent). Jak zauważa NIK, likwidacja szkół wpłynęła również na znaczne zróżnicowanie poborów tej grupy zawodowej.

Oszczędności będą rosły

Wydatki na oświatę uszczuplały budżety gmin średnio o 70 procent – podaje NIK. Pieniądze pochłaniały opłaty za prąd, wodę i ogrzewanie, a przede wszystkim płace nauczycieli. Z wyliczeń Izby wynika, że gminy, które podjęły decyzję o likwidacji szkoły, tylko w pierwszym roku po zamknięciu placówki oświatowej zaoszczędziły średnio 286 tys. zł z budżetu.

To kwota pomniejszona o odprawy dla zwolnionych nauczycieli. Te wyniosły łącznie 7 mln zł. W najbliższych latach, kiedy gminy nie będą już obciążone tym zobowiązaniem, ich oszczędności będą rosły.

Obowiązkiem samorządów jest zapewnienie transportu uczniom do szkoły lub zrefundowanie kosztów dojazdu, ale to niewielkie obciążenie w porównaniu z utrzymaniem całej placówki oświatowej. Jak zauważyła NIK, dojazd zapewniono również dzieciom, które pozostały w starych-nowych szkołach, dzięki temu, że autobusy dowożące uczniów do placówek gminnych miały wolne miejsca.

Gmina kontra lokalne społeczności

Zamknięcie szkoły nie pozostaje też bez wpływu na lokalne społeczności, dla których oznacza to utratę często jedynego ośrodka kulturotwórczego – zauważa NIK. Izba proponuje społeczne konsultacje, zanim gmina podejmie ostateczną decyzję o likwidacji szkoły.

W raporcie NIK podpowiada również, że rodzice nie są bezradni wobec takiego rozstrzygnięcia. Jedną z możliwości zachowania placówki jest powołanie stowarzyszenia lub fundacji. Ponad połowa szkół skontrolowanych przez Izbę funkcjonuje nadal dzięki inicjatywom społecznym.

Jednym ze zjawisk, jakie wyszczególniła w raporcie NIK, jest wygaszanie szkół, czyli przerwanie naboru do klas pierwszych, co w ostateczności prowadzi do wyłączenia działalności szkoły. Ten proces odbywa się z pominięciem przez gminy procedur likwidacyjnych. Jednak, w opinii Izby, taki sposób stwarza możliwości nadużyć – bo chociaż szkoła nie funkcjonuje, nadal znajduje się formalnie w sieci szkół gminnych.

Mury własnością gmin

Za pozytywny przejaw tego procesu Izba oceniła fakt, że na 108 zamkniętych placówek (skontrolowanych przez NIK) w 105 przypadkach gminy nie sprzedały nieruchomości i nadal są one ich własnością. Ponad połowa z nich (53 procent) została użyczona fundacjom i stowarzyszeniom na prowadzenie placówek oświatowych. Fakt, że gminy nie wyzbywają się nieruchomości po szkołach, ma ogromne znaczenie w przypadku, gdyby gmina chciała reaktywować placówkę oświatową – w razie takiej konieczności.

We wrześniowym raporcie Izba przestrzegła również gminy, że nie powinny wyzbywać się wszystkich szkół, bo zapewnienie edukacji należy do zadań własnych gminy.

Nie bez znaczenia są najnowsze dane GUS, na które w raporcie zwraca uwagę Izba. Od 2009 r. wzrasta liczba dzieci w wieku 3-5 lat. W 2010 r. przybyło sześciolatków, a to oznacza, że obniża się presja demograficzna. W raporcie pominięto też kwestię poziomu nauczania w nowych szkołach. W tej sprawie Izba zwróciła się do Ministerstwa Edukacji Narodowej, by zbadało jakość kształcenia.

sobota, 01 listopad 2014 20:12

ANGELA MERKEL W KAŻDEJ GMINIE

Napisane przez

Hanna Gronkiewicz-Waltz w Warszawie, Hanna Zdanowska w Łodzi, Małgorzata Mańka-Szulik w Zabrzu oraz lokalne liderki opisywane choćby na łamach Magazynu Samorządowego GMINA – wydaje się, że kobiet na czołowych stanowiskach w samorządach nie brakuje. Ale też panie mają poczucie niedoreprezentowania w lokalnych władzach – i wszystko wskazuje na to, że w najbliższej kadencji chcą to odrobić.

We Wrocławiu o urząd prezydenta zetrą się aż trzy kobiety: Aldona Wiktorska-Święcka, jeszcze niedawno pełniąca funkcję doradcy prezydenta miasta, kandydatka PiS – Mirosława Stachowiak-Różecka oraz Anna Kubica z Twojego Ruchu. „Hanka! Nie bój się debaty” – apelowała z kolei w Łodzi rywalka Hanny Zdanowskiej, była marszałek województwa łódzkiego Joanna Kopicńska (PiS). Nie jedyna to konkurentka do tego urzędu w mieście, bo należałoby też wspomnieć o Agnieszce Wojciechowskiej van Heukelom, sprawującej swego czasu funkcję doradcy prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. W Warszawie do fotela w ratuszu przymierza się też Joanna Erbel, przedstawicielka Zielonych, w Katowicach była senator i prodziekan Wydziału Radia i TV Uniwersytetu Śląskiego Krystyna Doktorowicz, w Krakowie Platformę Obywatelską reprezentuje Marta Patena.

Wygląda więc na to, że nie jest tak źle, jak przedstawiają to przynajmniej niektórzy uczestnicy debaty o polskim życiu politycznym. Przypomnijmy, że jeszcze latem Rzecznik Praw Obywatelskich Irena Lipowicz utyskiwała na niedostatek adresowanych do kobiet akcji informacyjnych, które pozwalałyby uzyskać wiedzę o nowych rozwiązaniach w zakresie prawa wyborczego, zwłaszcza odnośnie problematyki równości płci. Lipowicz podkreślała, że to czynnik wpływający w negatywny sposób na polską politykę lokalną, przekładający się na niewielki udział kobiet w polskim życiu politycznym.

Obrazek nie jest jednak aż tak jednoznaczny, jak mogłoby się wydawać. Wybory w okręgach jednomandatowych – w obiegowej opinii: kolejna kłoda rzucana pod nogi kobietom – wcale nie muszą eliminować pań z polityki. – Wszystkie badania na świecie wskazują, że systemy większościowe z jednomandatowymi okręgami wyborczymi są mniej sprzyjające udziałowi kobiet w polityce, niż systemy proporcjonalne z listami – przyznawała w trakcie niedawnej specjalnej konferencji na temat udziału kobiet w polityce pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania prof. Małgorzata Fuszara.

Jednocześnie jednak podkreślała, że ta męska dominacja przejawia się przede wszystkim w trakcie wyborów parlamentarnych. Wybory lokalne to już zupełnie inna historia. – Wybory samorządowe w okręgach jednomandatowych już były u nas na poziomie gmin do 20 tys. i kobiet po tamtych wyborach jest więcej, niż wcześniej. Okazuje się, że wybory w okręgach jednomandatowych nie są progiem nie do przekroczenia – podkreślała prof. Fuszara. Jej zdaniem, to po części zasługa specyfiki wyborów samorządowych – opierającej się na roli odgrywanej przez lokalne komitety, mniejszym znaczeniu partii politycznych i ich list kandydatów.

To właśnie na listach partyjnych odbywa się symboliczna „rzeź kobiet” – nawet działaczki z wieloletnim doświadczeniem i sukcesami lądują na dalszych miejscach (nie ukrywajmy, rzadko zauważanych przez głosujących). Efekt? W poprzednich wyborach były takie gminy – w liczbie 61 – gdzie nie wybrano ani jednej kobiety. – Były takie przypadki, kiedy do rady kandydowało ponad 50 proc. kobiet i nie dostała się żadna z nich – komentowała Aleksandra Niżyńska z Instytutu Spraw Publicznych. Takie przypadki pojawiają się w większości, aż w dwunastu, województw. Chlubne wyjątki to województwa lubuskie, warmińsko-mazurskie, opolskie i śląskie. Ta kobiety są w każdym samorządzie.

Oczywiście, w nadchodzących wyborach do rad powiatów, rad miejskich, sejmików oraz rad dzielnic Warszawy obowiązuje system proporcjonalny – kobiety nie mogą stanowić mniej niż 35 proc. liczby wszystkich kandydatów. Można jednak mieć wątpliwości, czy rozwiązania systemowe będą w stanie zmienić ten bilans: bardziej decydować będą luźne skojarzenia, jakie przeciętni wyborcy mogą podchwycić w mediach czy filmach. A tam, na szczęście, silnych kobiet nie brakuje: Angela Merkel w Niemczech, Hillary Clinton w USA, Dilma Rousseff w Brazylii – to archetypy skutecznych i silnych polityków, którym płeć nie przeszkadza w podejmowaniu decyzji i odnoszeniu sukcesów. Może zatem warto rozejrzeć się za ich odpowiednikami w naszym otoczeniu?

sobota, 01 listopad 2014 20:11

JESIENNY FESTIWAL ODDANYCH INWESTYCJI

Napisane przez

8 listopada ruszą regularne kursy II linią stołecznego metra. Po czterech latach prac, opóźnieniach i sparaliżowaniu komunikacji w kilku kluczowych punktach miasta – M2, rozciągnięta na sześciu kilometrach długości i obejmująca siedem stacji, błyszczy nowością. W ratuszu musiało rozlec się westchnienie ulgi: zdążyliśmy. Pociągi wyjadą na trasę w idealnym momencie: na tydzień przed wyborami.

W mieście takim, jak Warszawa, i z taką historią – chyba nie mogło być inaczej. Budowa drugiej linii metra przypominała serial, z kolejnymi dramatami: wdarcie się wody na plac budowanej nad Wisłą stacji przy Centrum Nauki Kopernik (z wyłączeniem mostu i tunelu drogowego nad samą rzeką, jednej z najważniejszych arterii komunikacyjnych miasta), niebezpieczeństwo osypania się ziemi i uszkodzenia kamienic w centrum miasta, przy ulicy Świętokrzyskiej, niewybuchy czasów wojny, niezaznaczone na mapach instalacje i pozostałości budynków sprzed II wojny światowej, znaleziska historyczne itp. Do tego artystyczne instalacje Wojciecha Fangora. Nic dziwnego, że przez cztery lata budowa dostarczała pożywki mediom i satyrykom.

Oddawany do użytku obiekt pozostawia prawdopodobnie nieco do życzenia: dziennikarze, którzy mieli możliwość przejechać się nowym metrem jako pierwsi wskazują, że przynajmniej w niektórych miejscach prace właściwie jeszcze trwały. – Mam nadzieję, że uda nam się centralnym odcinkiem II linii metra pojechać jeszcze w tym roku – asekurowała się też oficjalnie prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz. Ale nikt nie miał też większych wątpliwości, że metro ma ruszyć jeszcze przed wyborami. Trudno też uznać za przypadek, że zakończone jeszcze w ubiegłym roku, organizujące już niekiedy imprezy i przyjmujące odwiedzających Muzeum Historii Żydów Polskich oficjalnego otwarcia doczeka się… 28 października. I nic dziwnego, festiwal oddawania inwestycji na kilka tygodni przed wyborami zaczął się praktycznie w całym kraju.

Daj Boże, świętujmy!...

„Daj Boże wybory co roku. W Rzeszowie otwiera się inwestycja za inwestycją” – czytamy na stronach serwisu nowiny24.pl. Ironia być może usprawiedliwiona – faktem jest jednak, że właśnie dobiega jedna ze sztandarowych inwestycji tej kadencji obecnych władz. – Na Alejach Wyzwolenia powstały dodatkowe nitki jezdni, a także dwa ronda. Przebudowaliśmy także wiadukt na ulicy Warszawskiej. Te wszystkie zmiany bardzo usprawnią ruch w tej części Rzeszowa – podkreślał prezydent miasta, Tadeusz Ferenc. W ponownym otwarciu ulic mają uczestniczyć notable z ratusza, a miejscowe media plotkują, że całość poświęci biskup diecezji rzeszowskiej Jan Wątroba. Niewiele mniejszego rozmachu należy się spodziewać w innych przypadkach: na osiedlu Krakowska Południe oddany zostanie do użytku park przy ulicy Błogosławionej Karoliny, mieszkańcy będą mogli korzystać z nowych odcinków tras rowerowych oraz nowych placów zabaw – nowe inwestycje pojawiają się w niemal każdej dzielnicy. Do tego ratusz dorzucił pomnik rzeszowskich siatkarzy oraz darmowe przejazdy komunikacją miejską dla bezrobotnych.

Rzeszowianie wydali na wspomniany remont czołowych arterii miejskich 62 mln zł. Jeszcze więcej kosztowała „największa inwestycja komunikacyjna Częstochowy”: budowa wiaduktu, którym Aleja Jana Pawła II przeskakuje nad „jedynką”, trasą DK1. Miejscowy ratusz, wysiłkiem poprzedniej i obecnej ekipy, wysupłał na tę inwestycję 84 mln zł (w tym należałoby też uwzględnić most nad Wartą, oddany w ramach preludium we wrześniu). Z tego trzy czwarte – podobnie jak w Rzeszowie – pochodziło z funduszy UE. I tutaj napięcie stopniowano. Niektóre elementy inwestycji oddano we wrześniu, w pierwszy weekend października „roboczo” wpuszczono pierwszych kierowców, a oficjalną imprezę zaplanowano na 12 października. – Będziemy świętować i cieszyć się wraz z częstochowianami – zapowiedział okolicznościowy festyn prezydent Krzysztof Matyjaszczyk.

I tak w całym kraju: na Podkarpaciu kierowcy będą mogli wjechać na nowy odcinek autostrady, z Tarnowa do Dębicy, 7 listopada; w Kartuzach dopiero we wrześniu wpuszczono miłośników sportu na nowy kompleks boisk (choć prace zakończyły się w lipcu); w Olsztynie przebudowywana plaża miejska została oddana plażowiczom… z końcem wakacji; w powiecie rybnickim na potęgę powstają nowe wielofunkcyjne boiska, które mają zostać oddane do użytku jeszcze w tym roku; w powiecie śremskim budowa nowego szpitala zakończyła się kilka miesięcy temu. – Od pół roku szpital stoi pusty – precyzował radny powiatowy ze Śremu, Marcin Bednarz. – Wszyscy zastanawiają się, czemu to ma służyć – dodawał.

Okres wyborczy sprzyja nie tylko oddawaniu inwestycji do użytku, ale też zaczynaniu ich – lub zapowiadaniu. Na początku października władze Gdyni postanowiły przypomnieć mieszkańcom o pomyśle na gigantyczną rozbudowę śródmieścia. W ciągu dwudziestu najbliższych lat, być może z lekkim okładem, centrum miasta powinno rozbudować się dwukrotnie, od tzw. Waterfrontu począwszy, po tereny położone „w głębi” lądu. – Ten obszar został wyjęty z terenów miejskich w skutek gwałtownego rozwoju portu, który rozwijał się szybciej niż samo miasto. Jednak pierwotnie był ujęty w szkicach urbanistów jako teren przeznaczony pod funkcje miejskie – podkreślał na łamach lokalnej „Gazety Wyborczej” Marek Stępa, wiceprezydent Gdyni. Pomysł więc stary, ale jary: zwłaszcza w gorącym politycznie okresie.

Przeszarżowane kalkulacje

Trudno oczywiście potępiać lokalnych liderów, że chcą chwalić się zrealizowanymi w czasie kadencji inwestycjami. Inna sprawa, że mogą się w takiej przeliczyć. Tak stało się choćby na warszawskim Wawrze, gdzie prace na jednej z ulic zakończyły się właściwie już wiosną, natomiast przez kilka miesięcy – z niewiadomych powodów – wyremontowaną uliczką nie dało się przejechać, a na chętnych czyhali policjanci. W oczach mieszkańców sytuacja była ewidentnym dowodem na przedwyborcze kalkulacje rządzących dzielnicą polityków.

Opozycyjni radni w Warszawie pomstowali też na metro. – Październik i połowa listopada to najgorętszy okres kampanii wyborczej – podkreślał radny PiS, Jarosław Krajewski. – Władze miasta na pewno będą pokazywać dziennikarzom i radnym że budowa się udała, mimo że inwestycja opóźniła się o rok – dodawał. Cóż, pozostając przy casusie metra: ratusz zapowiada, że przetarg na wydłużenie M2 być może uda się ogłosić jeszcze w tym roku. Dobudowanie sześciu stacji (po trzy z każdej strony) mogłoby się zacząć jesienią przyszłego roku, a pociągi dojeżdżałyby na nowe stacje… z końcem 2018 r., a więc w okresie, kiedy można przewidywać kolejne wybory. Przypadek? – można by zapytać sarkastycznie. – Pewnego rodzaju manipulacja terminami może działać w dwie strony, tzn. dążyć do przyspieszenia albo opóźnienia inwestycji, by wstrzelić się w kalendarz wyborczy – komentował na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” dr Radał Chwedoruk, politolog z UW. Tyle że gdy wyborcy dostrzegą tę manipulację, z łatwością może ona się obrócić przeciw pomysłodawcom.

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY