Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 77.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 83.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

Wrzesień 2014

Wrzesień 2014 (12)

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:54

INTENSYWNY FILMOWY PAŹDZIERNIK

Napisane przez

Tegoroczna filmowa jesień zapowiada się doskonale: jak Polska długa i szeroka organizowane są przeglądy i festiwale filmowe, od kina głównego nurtu po amatorskie produkcje zapaleńców. Zapraszamy do podróży po Polsce kinomanów!

Na początek: szczęśliwe zakończenie

– Najbardziej sobie cenię te filmy, które pozostawiają dużo, wzbogacają człowieka, które równocześnie nie uciekają od takiej dawki optymizmu, jakiejś nadziei. Ja to bardzo lubię w kinie i dlatego Festiwal Filmów Optymistycznych to jest festiwal moich filmów – mówił swego czasu Mirosław Baka, znany aktor i laureat Nagrody Honorowej Festiwalu Filmów Optymistycznych w Rzeszowie.

Idea Festiwalu Filmów Optymistycznych Multimedia Happy End – takiego, z którego wyjeżdża się podbudowanym i roześmianym – narodziła się przeszło dekadę temu, na drugim krańcu Polski. W 2001 r. w Karkonoszach, gdzie powstawał film dokumentalny zatytułowany „Szczęściarz”: historia pucybuta z Jeleniej Góry, który spełnił swoje marzenia. Optymistyczna, nomen omen, historia spodobała się na kolejnych przeglądach, gdzie dokument był prezentowany widzom. Posypały się nie tylko nagrody i wyróżnienia, ale też świetne recenzje samych uczestników pokazów. W Polsce, która przez dekadę trawiła problemy transformacji, upadek mniejszych ośrodków, mizerię PGR-owskiej rzeczywistości, „Szczęściarz” był powiewem świeżości i przedsiębiorczego ducha, który nie jest miażdżony przez twarde realia i marazm.

Entuzjastyczna reakcja sprawiła, że z tego filmu wypączkował pomysł na znacznie większą imprezę: Festiwal Filmów Optymistycznych, przegląd tych dzieł, które nie sprowadzają na ziemię, a wręcz przeciwnie – odsyłają do gwiazd. Tu gromadzono historie ludzi, którzy mają nadzieję, działają, ich działania dają rezultaty. I nie chodzi o naiwne komedie romantyczne. – Idea jest rzeczywiście przednia, udało się zebrać sporo filmów, które dają obraz Polski z innej strony – komentował prof. Andrzej Jurga, reżyser i wykładowca PWSFTViT. – W mediach wszystko wygląda bardzo groźnie, a nagle okazuje się, że bardzo wielu ludzi jest w stanie zawalczyć o siebie, żeby lepiej im się żyło, żeby zwalczyć swoje kalectwo, gotowi są pomóc innym i to jest bardzo optymistyczne. Zebranie tych filmów i te portrety ludzi to jest optymizm tego Festiwalu – dodawał.

„Filmów z pozytywnym przesłaniem nie brakuje, a my z ogromną przyjemnością je zbieramy, aby Państwu zaprezentować największą dawkę optymizmu w Polsce” – podkreślają organizatorzy. Tegoroczna edycja odbędzie się w dniach 7-11 października. Obejmie 29 filmów fabularnych, 23 dokumentalne oraz 4 animacje – starannie wyselekcjonowane spośród blisko dwustu zgłoszonych na festiwal dzieł. Najlepszy otrzyma Złotą Rybkę, na szczęście!

http://happyend.multimediaoff.pl/

Lamy z Dolnego Śląska

Komu bardziej po drodze na Śląsk, ten – w tym samym czasie – ma szansę zabawić na 12. Festiwalu Filmowym Opolskie Lamy. W dniach 10-11 października festiwalowe jury dokona wyboru najlepszych filmów krótkometrażowych z lat 2013-2014 – ale to jedynie finał imprezy, która zaczyna się wraz z końcem września.

Widzowie opolskiej imprezy mają szansę zapoznać się z arcydziełami światowego kina niezależnego – w ramach cyklu „Panorama kina światowego” organizatorzy zaprezentują widzom w tym roku m.in. filmy „Rękopisy nie płoną”, „Porwanie Michela Houellebecqua”, „W drodze do Jah”, „Zimowy sen”, „Jak ojciec i syn”, „Lewiatan”. Jeśli tytuły te niewiele mówią konsumentom codziennego repertuaru większości polskich kin, dodajmy: to reprezentacja najlepszych dzieł z Iranu, Japonii, Turcji, Rosji i wielu jeszcze innych stron świata. Esencja tego, co najlepsze w kinie światowym ostatnich kilkunastu miesięcy. Do „Panoramy…” możemy dołożyć jeszcze cykle „Nocna klasyka” (tytuł mówi sam za siebie), „Rekomendacje Doroty Kędzierzawskiej” (światowe klasyki – od pierwszej części „Spalonych słońcem”, „Spragnionych miłości” po „Lecą żurawie”), „Retrospektywy” (w tym roku dzieła Kazimierza Karabasza, Jerzego Kaliny, Macieja Pieprzycy) czy „Dokumentalną odsłonę kina” (nic dodać, nic ująć).

Ukoronowaniem ma być wspomniany Konkurs Główny. W tym roku po raz pierwszy podzielono konkurs na trzy kategorie: Fabuła, Dokument, Animacja. „Pozwoli to na wyrównanie szans w walce o nagrodę główną, a jury nie będzie musiało wybierać pomiędzy gatunkami, skupiając się bardziej na walorach zgłoszonych filmów” – podkreślają organizatorzy. W tegorocznym jury zasiadają Jacek Bławut, Jerzy Armata i Leszek Dawid. Na marginesie, dodajmy, że Opolskie Lamy i środowiska ludzi kultury zaangażowane w powstawanie festiwalu pracują nad wzbogaceniem kulturalnej oferty województwa opolskiego przez cały rok – warto więc zaglądać do Opola również po zakończeniu festiwalu. Kinomanów mogą czekać tam niespodzianki!

http://opolskielamy.pl/

Filmem zafrapowani

Niezwykłe wydarzenie szykuje się też w październiku na zachodzie kraju: 3. Festiwal Filmów Frapujących w Gorzowie. Formuła imprezy niszowej, a zarazem ambitnej – i dedykowanej polskiemu kinu niezależnemu – może sprawić, że przegląd ten będzie przyciągać widzów spragnionych nowości, ekstremalnych przeżyć, rzeczy, jaki w kinie jeszcze nie widzieliśmy.

„Zrobiłeś film i uważasz, że możesz nim zaintrygować widzów? Nie chowaj go do szuflady!” – apelują twórcy Festiwalu. W Gorzowie będziemy mieli okazję zobaczyć filmy, które mają intrygować tematem, podejściem twórców, stroną formalną czy kreacjami aktorskimi. Ich oglądanie może stanowić wyzwanie samo w sobie, co więcej, dzieła ta mają frapować jeszcze długo po obejrzeniu – stawiając widzom pytania, o których warto myśleć jeszcze długo po zakończeniu imprezy.

Organizatorzy przeglądu to gorzowskie Kino 60 krzeseł i DKF Megaron przy Miejskim Ośrodku Sztuki. Październik staje się tradycyjnym miesiącem, w którym organizowana jest ta impreza. Tym razem pokazy będą odbywać się w dniach 17-19 października. Wybrane przez jury dzieła zostaną nagrodzone statuetkami o nazwie FRAPA (w swej artystycznej formie, stworzonej przez Gustawa Nawrockiego, nie mniej intrygującymi niż nagradzane filmy) – oraz nagrodami pieniężnymi. Festiwalowi towarzyszą też wydarzenia specjalne: np. dwa lata temu był to przegląd kina węgierskiego.

http://www.mosart.pl/

„Nie!” maszynowej produkcji festiwali

„Oryginalny i niepokorny” – charakteryzują swoją imprezę twórcy toruńskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Tofifest. W Torunie mamy doświadczać twórczego zamętu artystycznych głów, kreatywności, radości tworzenia – a przy tym, jak zachwalają organizatorzy „wrodzonego braku festiwalowego zadęcia”. – To festiwal bez czerwonych dywanów, lawiny błyskających fleszy. Potrafi z wdziękiem i profesjonalizmem dozować dawki kinowego aromatu i z naturalną dla siebie nonszalancją zapewniać niezapomniane wrażenia zarówno wybitnym gościom, jak i samej publiczności – zachwala szefowa festiwalu, Kafka Jaworska. Nic dziwnego, że „twarzą” Festiwalu w odsłonie 2014 będzie Lisbeth Salander, bohaterka słynnej trylogii „Millenium”.

I rzeczywiście, czy pośród produkcji naszych wschodnich czy południowych sąsiadów, które regularnie mamy szansę zobaczyć w polskich kinach, potrafilibyśmy wskazać choć jeden film ukraiński? W Toruniu zobaczymy ich cały pakiet, dobrany zgodnie z autorskim wyborem organizatorów. Premierę w Polsce będą mieli na Tofifeście „Braty. Ostannya spovid” (Bracia. Ostatnia spowiedź/Brothers. The final confession) Victorii Trofimenko; tegoroczny ukraiński kandydat do Oscara – „Povodyr” (Przewodnik/The Guide) Olesa Sanina; laureat z Cannes, czyli „Plemię” (The Tribe/ Plemya) Myroslava Slaboshpytskiyego; a wreszcie znakomity dokument „Majdan. Rewolucje godności” Siergieja Łoźnicy (twórcę tak wybitnych filmów jak „We mgle” czy „Szczęście ty moje”) oraz film o liderce ruchu Femen „I am Femen” Alaina Margot oraz produkcje rewolucyjnego ruchu artystycznego #Babylon’13. Skądinąd, na Festiwal przyjedzie również gość specjalny ze wspomnianego kolektywu FEMEN.

Niebagatelnym elementem toruńskiej imprezy jest możliwość… podszkolenia się. W ramach warsztatów Filmogranie łączone są działania z zakresu filmu, fotografii, dźwięku, edycji obrazu z formami akcji artystycznych, praktyk fotograficznych. Kino jako synteza sztuk – świadomość tego zjawiska chcieliby upowszechniać twórcy warsztatów. W październiku będzie można doświadczyć tego połączenia, tworząc „nieklasyczną opowieść detektywistyczną” – przez trzy dni uczestnicy będą definiować kryminał jako gatunek filmowy, jego stylistykę i nastrój, próbując na koniec stworzyć własny subgatunek.

Organizowany po raz dwunasty Tofifest zapowiada się zatem jako filmowa uczta, której warto nie przegapić. Impreza rozciągnięta jest aż na siedem dni – od 21 do 27 października. To ułatwi sprawę nawet tym, którzy musieliby się „urwać z biura”, by uczestniczyć w tym niepokornym przeglądzie.

http://www.tofifest.pl/

W pogoni za światem

I tu zła wiadomość dla miłośników kina „politycznego” – aktualnego, goniącego za problemami społecznymi, politycznymi, gospodarczymi, komentującego aktualne wydarzenia i procesy. W tym samym czasie, gdy w Toruniu nie będą rozwijać przed gwiazdami czerwonych dywanów, w atmosferze nieco bardziej kameralnej i skupionej – w nieco mniejszym i spokojniejszym Kędzierzynie-Koźlu – odbywać się będzie Międzynarodowy Festiwal Filmów Niezaleźnych im. Ireneusza Rydza.

Organizowana w dniach 24-26 października w Domu Kultury „Chemik” impreza może jest bardziej kameralna, ale merytorycznie wagę ma nie mniejszą niż inne wspomniane wyżej przedsięwzięcia. Osiemnasta edycja tego przeglądu to dowód, że zainteresowanie widzów wspomnianą problematyką nie słabnie: rośnie zarówno ilość prezentowanych dzieł, ich autorów, jak i liczba widzów. Organizatorzy chcą też konsekwentnie „rozszerzać krąg młodych animatorów sztuki filmowej”, ba, „integrować też europejskie środowiska twórcze”. Festiwal od dziesięciu lat cieszy się też patronatem Światowej Unii Filmu Niezależnego „UNICA”.

Imprezie towarzyszą dodatkowe atrakcje: przeglądy kina off-owego, koncerty muzyki filmowej, spotkania z reżyserami i twórcami filmowymi, projekcje nagrodzonych dzieł w szkołach i ośrodkach kultury. W październiku zobaczymy też pokaz filmów dokumentalnych Macieja Drygasa połączony ze spotkaniem z autorem, mającym charakter warsztatowy i edukacyjny. Warsztaty to zresztą jedna z festiwalowych ofert: są adresowane do młodzieży i przygotowują do tworzenia własnych filmów.

http://www.mok.com.pl/publicystyka

 

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:53

SKANDYNAWSKI KRYMINAŁ PO POLSKU

Napisane przez

„To film zaskakująco dojrzały, wyciągający z gatunkowych ram kryminału wszystko to, co najlepsze, mimo że jest dziełem debiutanta” – piszą recenzenci. „Jeziorak” ma szansę stać się jednym z najważniejszych filmów roku i klasykiem polskiego kina.

To nie jest klimat sielskiej prowincji, z telewizyjnych seriali rodem. Iza Dereń – policjantka w zaawansowanej ciąży z małego komisariatu zagubionego pośród mazurskich lasów i jezior – śledztwo w sprawie zamordowanej dziewczyny prowadzi w realiach polskich popegeerowskich wsi: w scenerii niewielkich, jakby oderwanych od świata miejscowości, w zarzuconych śmieciami chaszczach, w opuszczonym domu wypoczynkowym z poprzedniej epoki. Wnętrza nie przypominają folderów, raczej lapidaria. Przyroda zastygła w oczekiwaniu na pierwszy tej jesieni śnieg.

Mocna kobieca rola

Jakby jednej zbrodni było mało: policjantka musi też dojść, jaki los spotkał dwóch policjantów, z których jeden jest jej partnerem i ojcem przyszłych dzieci. Wkrótce tropy poprowadzą do zagubionej pośród lasów chaty bimbrownika, zacznie też przybywać zbrodni. Z wszystkich tych elementów zacznie układać się mozaika, w której Dereń będzie się musiała odnaleźć…

Recenzenci nie mogą się nachwalić roli Jowity Budnik, odtwarzającej postać Izy Dereń. Konsekwentna w działaniu, choć pełna wątpliwości; wrażliwa, choć pozornie oschła; profesjonalistka, choć jej priorytetem wcale nie jest praca. Wszystkie te sprzeczności aktorka oddała w subtelny, nienachalny sposób, bez uciekania się do stereotypowych chwytów. „Jedna z najciekawszych kobiecych ról w polskim kinie ostatnich lat” – kwitują. Na dodatek, wcale nie budząca bezwarunkowej sympatii widza – tę postać trzeba poznać i zrozumieć, żeby ją choć trochę polubić.

Skojarzenia z pamiętnym „Fargo” braci Coen mogą się naturalnie narzucać – ale w „Jezioraku” nie ma tego klimatu wszechobecnego pecha i fatalizmu, przeplecionego przymrużeniem oka. Są klisze – autorzy filmu w ewidentny sposób nawiązują do kryminalnych klasyków skandynawskiego kina, z „The Killing” i pierwotną wersją „Millenium” na czele. Ale też i na zbudowaniu złożonych, niejednoznacznych portretów psychologicznych im chodziło. Ten cel został zresztą w pełni osiągnięty.

Debiutant w ofensywie

Film Macieja Otłowskiego to mocny debiut, warty zobaczenia. Reżyser jest zarazem twórcą scenariusza. Główną rolę powierzono aktorce, która w zeszłym roku zasłynęła doskonałą rolą Papuszy – cygańskiej poetki, której twórczość w ostatnich latach ponownie odkrywamy. Zresztą Budnik od lat współpracuje z tandemem Krzysztof Krauze i Joanna Kos-Krauze: to dla niej powstał scenariusz filmu „Plac Zbawiciela”, aktorka grała też epizody w filmach „Dług” i „Mój Nikifor”, nie mówiąc już o wspomnianej „Papuszy”.

Ale nie sposób też pominąć ról męskich. Szczególną uwagę trzeba tu zwrócić na Mariusza Bonaszewskiego i Przemysława Bluszcza. Pierwszy z wymienionych to aktor przede wszystkim grywający w teatrach, w ostatniej dekadzie znany jako aktor Teatru Narodowego. W ciągu kilku ostatnich lat pojawiał się na ekranach sporadycznie, w popularniejszych produkcjach („Na dobre i na złe”, „Gliny”), ale i w dziełach bardziej niszowych, jak „Matka Teresa od kotów”, „Święty interes” czy „Daas”. Być może lepiej kojarzyć będziemy Przemysława Bluszcza – choćby z filmów „Skazany na bluesa”, „Hel”, „Kac Wawa”, „Jesteś Bogiem” czy niezwykle popularnej „Drogówki” Wojtka Smarzowskiego. W „Jezioraku” grywający z reguły drugoplanowe role Bluszcz ma możliwość pokazania doskonałego warsztatu – i doskonale ją wykorzystuje.

Dobry polski horror?

„Jednak potrafimy zrobić porządne kino gatunkowe” – triumfują recenzenci. – „Miejmy nadzieję, że film Otłowskiego zachęci innych reżyserów, którzy sprawią, że słowa „dobry polski horror” czy „dobre polskie kino wojenne” nie będą brzmiały jak science fiction” – dorzucają. Nic dodać, nic ująć.

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:52

BEZPIECZEŃSTWO W PRAKTYCE

Napisane przez

Miesiąc temu przedstawiliśmy pierwsze trzy pomysły aktywizacji środowisk lokalnych na rzecz poprawy ich bezpieczeństwa – za Bankiem Dobrych Praktyk, prowadzonym w ramach  programu „Razem Bezpieczniej”.  Poniżej prezentujemy kolejne pozycje z Banku Dobrych Praktyk.

Bezpieczne imprezy masowe. Komenda Stołeczna Policji

Głównym celem projektu było zapobieganie przestępczości oraz eliminacja zachowań antyspołecznych w trakcie przeprowadzania imprez masowych w dużych aglomeracjach UE. Negatywne zjawiska społeczne, jakie towarzyszą tym imprezom, stwarzają bowiem zagrożenia dla bezpieczeństwa i porządku publicznego.

Wszystkie zaplanowane w projekcie działania skierowane były na wymianę doświadczeń oraz opracowanie nowych metod poprawy efektywności funkcjonowania służb policyjnych i innych podmiotów w zakresie zapobiegania i zwalczania przestępczości wynikającej z organizacji imprez masowych. Projekt został przeprowadzony w oparciu o seminaria w Warszawie oraz w krajach partnerskich – z udziałem ekspertów właściwych w sprawach bezpieczeństwa imprez masowych wielu instytucji rządowych, jak i pozarządowych.

Projekt przewidywał przeprowadzenie warsztatów-zajęć plenerowych, mających na celu prezentację lub symulację działań podejmowanych na rzecz bezpieczeństwa w trakcie trwania imprez masowych. Metodyka szkoleń i warsztatów dobrana została w taki sposób, żeby móc ją zastosować w każdym państwie partnerskim. Warsztaty odbywały się z obowiązkowym udziałem instytucji organizujących różnorodne imprezy masowe. W projekcie uczestniczyli policjanci z Berlina, Bratysławy i Wilna, którzy na co dzień zajmują się problematyką bezpieczeństwa, profilaktyką, rozpoznaniem i rozpracowaniem m.in. środowisk kibicowskich.

Projekt trwał dwanaście miesięcy. Seminarium i warsztaty w instytucjach wnioskodawcy i partnerów służyły jako doskonałe narzędzie ułatwiające wdrożenie zarówno samych działań, jak i mechanizmów ich doskonalenia. Po zakończeniu części szkoleniowo-warsztatowej projektu, opracowane i wydrukowane zostały materiały szkoleniowe poseminaryjne do wykorzystania w trakcie prowadzonej profilaktyki (spotkań) dla dzieci i młodzieży w zakresie właściwych postaw kibicowania oraz uświadomienia, głównie młodzieży, potencjalnych konsekwencji prawnych.

Pomocna w tym zakresie okazała się z pewnością przygotowana przez KSP strona internetowa, na której można uzyskać informacje o planowanych imprezach masowych na terenie m.st. Warszawy i miast partnerskich oraz znaleźć linki do stron organizatorów takich imprez. Rozpowszechnianie rezultatów „miękkich”, takich jak zdobyta nowa wiedza, dobre praktyki, wdrażane są we wszystkich jednostkach policji w trakcie odbywających się szkoleń oraz odpraw dotyczących przygotowań do imprezy masowej.

Rezultaty rozpowszechniane były i będą w trakcie spotkań prewencyjnych z młodzieżą, w klubach sportowych, szkołach, uczelniach. Materiały poseminaryjne zostały rozesłane do wszystkich Komend Wojewódzkich w Polsce, do klubów sportowych i innych instytucji – jako organizatorów imprez masowych. Rezultaty projektu miały niewątpliwie wpływ na podniesienie poziomu bezpieczeństwa imprez masowych oraz na podniesienie świadomości wśród potencjalnych ich uczestników.

„Pomaluj mój świat”. Kielce

Efekty akcji „Pomaluj mój świat” można było zauważyć na zniszczonych i pomazanych ścianach kieleckich ulic. Projekt realizowany został w ramach programu „Razem bezpieczniej”.

Akcja przyniosła nadspodziewanie dobry efekt w stolicy województwa, stąd pomysł, by rozszerzyć jej oddziaływanie na cały region świętokrzyski. – Akcja na pewno zachęci tę grupę młodzieży, która ma potrzebę ekspresji plastycznej. Formuła projektu zda zapewne egzamin również w miastach powiatowych i gminach miejskich, bowiem street art to sztuka nowoczesna, modna i inspirująca. Opinie mieszkańców Kielc są jednoznaczne, a szczególne zadowolenie budzi fakt, że ze ścian znikają wulgaryzmy i bohomazy – twierdzi Maciej Pańpuch, pełnomocnik wojewody ds. ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań.

Celem projektu „Pomaluj mój świat” jest przede wszystkim zmniejszenie zjawiska wandalizmu i dewastacji murów budynków miejskich, czyli bloków, szkół, urzędów wśród młodzieży w wieku od 13 do 21 lat, w tym wychowanków świetlic środowiskowych i klubów młodzieżowych. Instruktorzy mają za zadanie pokazać młodym ludziom alternatywę dla wulgarnych napisów, faszystowskich haseł czy obscenicznych rysunków. Priorytetem tego pomysłu jest pokazanie młodzieży, że ma realny wpływ na wygląd ich miasta, najbliższego otoczenia. Takie skoordynowane działania pozwolą zatem uniknąć chaosu twórczego na osiedlach i w centrum miasta.

W ramach akcji zorganizowano szereg imprez towarzyszących, między innymi konkurs „Bezpieczne Świętokrzyskie”, którego podstawowym celem była popularyzacja bezpiecznych wzorców zachowań wśród dzieci i młodzieży czy projekt „Eko sztuka miasta” – przedsięwzięcie, w efekcie którego na zniszczonych elewacjach powstały murale promujące ochronę środowiska i kontakt z przyrodą. Uznanie i dotację finansową Narodowego Centrum Kultury zyskał natomiast, organizowany wspólnie ze stowarzyszeniem „Spektrum Możliwości”, projekt „Barwy Języka Polskiego”, który polegał na stworzeniu osiemnastu grafik ściennych promujących poprawną polszczyznę w gminach województwa świętokrzyskiego. Organizowano również cykliczne akcje, w efekcie których artystyczną elewację zyskały budynki szkół, przedszkoli, przystanków autobusowych, bramy kamienic, a nawet osiedlowe śmietniki.

Inicjatywa „Pomaluj mój świat” powstała jako nieformalna grupa wolontariuszy, jednak idea szybko zyskała przychylność wojewody świętokrzyskiego, prezydenta Kielc, Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach oraz firmy „Zemax” i Składu Budowlanego „Zachęta”.

„Jeśli nadejdzie przemoc…” Lublin

Film edukacyjny „Jeśli nadejdzie przemoc...” powstał w Gimnazjum nr 18 w Lublinie ze środków Gminnego Programu Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Lublinie – jako odpowiedź na zgłaszane podczas Konferencji Dyrektorów szkół dzielnicy Wieniawa coraz częstsze akty kradzieży mienia wśród uczniów oraz akty agresji fizycznej między uczniami okolicznych szkół.

W Lublinie, z racji usytuowania szkól średnich w pobliżu Parku Saskiego, stale utrzymuje się problem dystrybucji środków uzależniających. Zjawisku temu towarzyszą również rozboje i wymuszenia, które najczęściej zdarzają w rejonie przystanków komunikacji miejskiej, Parku Saskiego oraz osiedlach zamieszkanych przez młodzież. Kolejnym problemem jest brak możliwości egzekucji administracyjnej w stosunku do rodziców uczniów uchylających się od realizacji obowiązku szkolnego. W ostatnich latach nasila się – także wśród uczniów – zjawisko agresji, które pojawia się zarówno w na terenie szkoły, jak i w środowisku zamieszkania.

Prace nad scenariuszem i realizacją filmu „Przemoc nie wybiera. Następny możesz być Ty”, podjęli nauczyciele Gimnazjum nr 18 w Lublinie w konsultacji z psychologiem Wydziału Prewencji Komendy Miejskiej Policji w Lublinie. Tekst scenariusza poprzedziły liczne spotkania z uczniami i wysłuchanie ich relacji o przeżytych sytuacjach trudnych, dotyczących kradzieży, czy też bycia świadkiem sytuacji bójki. Scenariusz filmu uzyskał pozytywną opinię Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 5 w Lublinie. W zamierzeniu autorów film ma być pomocą w prowadzeniu zajęć wychowawczych z dziećmi, a także filmem edukacyjno-prewencyjnym na temat występującego zjawiska przemocy wśród młodzieży – adresowanym do rodziców oraz osób na co dzień pracujących z dziećmi i młodzieżą. Treść scenariusza podyktowana jest autentycznymi zdarzeniami, w których uczestniczyli uczniowie Gimnazjum nr 18 w Lublinie. Prapremiera filmu odbyła się 1 czerwca 2006 r. podczas obchodów Dnia Dziecka, będącego jednocześnie w Gimnazjum nr 18 dniem profilaktyki dla 200 zaproszonych uczniów i gości.

Problemy związane z agresją i przemocą są zjawiskami częstymi w życiu uczniów. Dlatego też film profilaktyczno-edukacyjny „Jeśli nadejdzie przemoc...” ma za zadanie zapobiegać, poprzez ukazanie mechanizmu powstawania sytuacji niebezpiecznych, eskalacji tych zjawisk. Film jest bardzo atrakcyjnym dla młodzieży środkiem dydaktycznym. Składa się ze scen pokazujących niebezpieczne zdarzenia najczęściej pojawiające się w otoczeniu młodzieży, takie jak: kradzież telefonu i mienia osobistego oraz spotkanie z grupą nastolatków pod wpływem alkoholu.

Bezpośrednio po scenie przebiegającej w sposób rzeczywisty, pokazana jest scena alternatywna – ukazująca sposób uniknięcia zagrożenia wraz ze stosownym komentarzem. Uczestnictwo młodzieży w zaproponowanych scenkach o charakterze psychodramy, przekłada się na wzrost wiedzy teoretycznej uczestników, jak i poprawę umiejętności prospołecznych.

Szczególną uwagę zwrócono na sposoby zapobiegania wystąpienia problemu przemocy wśród młodzieży, dopatrując się ich w działaniach psychoedukacyjnych i treningowych, podnoszących wiedzę i umiejętności radzenia sobie w sytuacjach trudnych, poprzez atrakcyjną formę przekazu, jaką jest film. Realizowane zadanie składało się z 4 etapów:

I etap – faza koncepcyjna – prace nad scenariuszem filmu edukacyjno-prewencyjnego „Jeśli nadejdzie przemoc...”. Projekt był konsultowany pod względem merytorycznym i psychologicznym z Poradnią Psychologiczno-Pedagogiczną nr 5 w Lublinie, uzyskując pozytywną opinię, oraz Wydziałem Prewencji Komendy Miejskiej Policji w Lublinie przy wsparciu naukowym dr. Irenusza Siudema z Wydziału Psychologii UMCS w Lublinie.

II etap – przeprowadzono wśród uczniów Gimnazjum nr 18 casting na odtwórców głównych ról w filmie, ze szczególnym uwzględnieniem możliwości odtwarzania ról postaci będących ofiarami kradzieży i przemocy zainicjowanej przez alkohol. Z ośmiu uczniów, którzy zgłosili się do castingu wybrano trzech. Pozostałych uczniów mieli wybrać nauczyciele realizujący scenariusze scen filmowych. W dniu 7 listopada odbyło się spotkanie, na którym został przedstawiony zakres obowiązków nauczycieli pracujących przy realizacji filmu, jak również szczegółowo zostały omówione scenariusze scenek wchodzących w skład filmu. Przedstawione scenariusze scenek filmowych zostały poddane ocenie merytorycznej i konsultacji, której dokonał dr Ireneusz Siudem.

W tym czasie uczniowie wybrani do udziału w filmie ćwiczyli odgrywanie ról pod opieką nauczycieli przygotowujących oraz pedagoga szkolnego. Na spotkaniu 2 grudnia 2005 r. nauczyciele realizujący projekt zapoznali się z uwagami dr Siudema – dotyczącymi scenariuszy scenek i komentarza wchodzącego w skład filmu. Powyższe uwagi zostały włączone do prób filmowych i zapoznano z nimi młodzież.

III i IV etap – grupy aktorskie pod opieką nauczycieli rozpoczęły realizację poszczególnych scen na planie filmowym, zgodnie z założeniami scenariusza. Zdjęcia właściwe poprzedzone zostały zdjęciami próbnymi. Zdjęcia próbne i właściwe zostały utrwalone kamerą zakupioną w tym celu przez szkołę z środków GPP i RPA. Końcowe prace polegały na montażu materiału, zgraniu ścieżek dźwiękowych, opracowaniu i zgraniu komentarzy zgodnie ze scenariuszem. Prace te zostały zlecone prywatnej firmie.

Cele realizacji filmu to:

•             uświadomienie zagrożeń życia codziennego wynikających z nadużywania alkoholu oraz niedostatecznego zabezpieczenia własnego mienia,

•             zapoznanie młodzieży z przyczynami prowadzącymi do powstawania zjawiska przemocy oraz kradzieży mienia,

•             kształtowanie u młodzieży postaw protrzeźwościowych i proobywatelskich, ukazanie i wyuczenie młodzieży w zakresie sposobów unikania sytuacji niebezpiecznych, a także wskazanie zachowań po zaistnieniu zdarzenia – postaw właściwych.

Docelową grupą odbiorców filmu są uczniowie wszystkich klas (I-III) Gimnazjum nr 18 w Lublinie – 592 osoby.

Wymierne rezultaty realizacji zadania:

1.            zagospodarowanie czasu wolnego młodzieży – rozwijanie zdolności aktorskich,

2.            kształtowanie umiejętności radzenia sobie w sytuacjach trudnych oraz uczestnictwa w życiu społecznym,

3.            przygotowanie młodych ludzi do dojrzałych form komunikowania się i konfrontacji z trudnościami,

4.            współpraca z Komendą Miejską Policji w Lublinie i Wydziałem Psychologii UMCS Lublinie.

Systemy znakowania mienia

W programie ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej” wykorzystanie Systemu mikrocząsteczkowego zabezpieczania mienia – służącego skutecznej walce z kradzieżami – wskazuje się jako jeden ze sposobów wsparcia realizacji zadań w obszarze Bezpieczeństwo w środkach komunikacji publicznej, tj. „Wprowadzanie skutecznych metod i środków technicznego zabezpieczenia mienia (np. znakowanie elementów infrastruktury, instalowanie monitoringu wizyjnego w pojazdach i na dworcach, zapewnienie środków łączności) z jednoczesną kontrolą, np. punktów skupu metali kolorowych lub złomu w celu zlikwidowania paserstwa (np. propagowanie systemu identyfikacji mienia DNA Program)”.

System mikrocząsteczkowego znakowania jest postrzegany jako efektywne narzędzie w walce z przestępczością nie tylko na podstawie wiarygodnych statystyk kradzieży, jednoznacznie wskazujących na znaczące zmniejszenie liczby kradzieży pojazdów i innego mienia zabezpieczonego tą technologią – lecz również poprzez potwierdzenie jego skuteczności w licznie pojawiających się na przestrzeni ostatnich miesięcy rekomendacjach instytucji opiniotwórczych, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Możliwości zastosowania Systemu są praktycznie nieograniczone, a jego aplikacja metodą natryskiwania jest niezwykle prosta, ekonomiczna i nie jest czasochłonna.

System jest wykorzystywany do zabezpieczania m.in. wszelkich pojazdów, maszyn i urządzeń, dzieł sztuki, sprzętu komputerowego, mienia komunalnego, konstrukcji i maszyn budowlanych, mienia sakralnego itp. Doskonale sprawdza się w zabezpieczaniu elementów metalowych, zarówno tych wykonanych ze stali czy aluminium, jak i innych metali kolorowych. Z powodzeniem można nim zabezpieczyć elementy infrastruktury wodociągowej, kolejowej, elektroenergetycznej, jak również pompy, różnego rodzaju maszyny, w tym ciężki sprzęt wykorzystywany w górnictwie.

System, dzięki swojej prostocie i jednoczesnej wysokiej skuteczności, szybko zaczął być postrzegany jako nowa, skuteczniejsza alternatywa w walce z kradzieżami. Klej, z mikrocząsteczkami naniesionymi na przedmiot, jest łatwy do odnalezienia, gdyż świeci w promieniach lampy UV. Jest on nieusuwalny chemicznie, a wiele tysięcy zawartych w nim mikrocząsteczek naniesionych w ten sposób na zabezpieczane mienie sprawia, iż ich usunięcie staje się praktycznie niemożliwe i nieopłacalne dla złodzieja. Mikrocząsteczki są tak małe (1 mm średnicy), a ich ilość jest tak duża, iż złodziej nigdy nie będzie miał pewności, czy zdołał odnaleźć i usunąć wszystkie. Wystarczy wszak jedna taka mikrocząsteczka, na której naniesione są dane właściciela przedmiotu, aby policja mogła z całą pewnością zidentyfikować mienie i jednoznacznie stwierdzić, czy pochodzi ono z kradzieży.

Zastosowanie Systemu mikrocząsteczkowego sprawia, iż dla złodzieja wartość danego przedmiotu lub jego części spada do zera, a posiadanie skradzionego przedmiotu z mikrocząsteczkami niesie ze sobą duże ryzyko zatrzymania przez policję i postawienia zarzutów paserstwa. Kradzież w celu dalszej odsprzedaży, np. skradzionych części z samochodu, staje się tym samym dla złodzieja nieopłacalna i zbyt ryzykowna. Jedyna bezpieczna alternatywa to rezygnacja z kradzieży mienia zabezpieczonego (oznakowanego) mikrocząsteczkami. Statystyki policyjne i prowadzone badania dowodzą, iż złodzieje zwykle dochodzą właśnie do takich wniosków i rezygnują z kradzieży. Istotą działania Systemu mikrocząsteczkowego zabezpieczania jest zatem bardzo skuteczne działanie prewencyjne.

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:51

PRZEMOC W SZKOLE JEST FAKTEM

Napisane przez

Raport Najwyższej Izby Kontroli na temat przemocy w szkole – „Przeciwdziałanie zjawiskom patologii wśród dzieci i młodzieży szkolnej” nie pozostawia złudzeń: szkoła nie radzi sobie ze zjawiskiem agresji.

Najwięcej zachowań patologicznych odnotowano w gimnazjach – 8,8 proc. uczniów deklarowało udział w sytuacjach mających związek z przemocą. Najwięcej wskazań – aż 74 proc. – dotyczyło agresji werbalnej: ubliżania, przezywania, poniżania. 58 proc. odpowiedzi uczniów wskazywało na obecność w szkole agresji fizycznej. W porównaniu z wcześniejszymi latami to znaczny wzrost.

Podobnie przedstawia się sytuacja, jeśli chodzi o cyberprzemoc – z raportu wynika, że aż co piąty uczeń zetknął się bezpośrednio z takimi działaniami. Dane te są wysoce niepokojące – z racji tego, że nauczyciele nie mają często ani doświadczenia, ani umiejętności poruszania się w wirtualnej przestrzeni.

Przemoc hi-tech

Zbigniew Matwiejek z NIK ocenił, że kadra pedagogiczna nie jest przygotowana do rozpoznawania takich zagrożeń. Nauczyciele niekiedy nie zdają sobie sprawy, czym są dla współczesnych nastolatków portale społecznościowe, i jak mierzy się atrakcyjność osoby za pomocą kliknięć „lubię to” oraz z tego, co nastolatki gotowe są zrobić, by zyskać na popularności. Nietrudno wywnioskować, że z tej racji są szczególnie narażone na uczestniczenie w sytuacjach groźnych.

– Taka sytuacja dotyczyła grupki moich rówieśników. Grozili takiej jednej dziewczynie przez internet – opowiada Ania, uczennica gimnazjum nr 1 w Raszynie. Drastyczny przykład przemocy i cyberprzemocy nagłaśniały w 2011 r. media, kiedy to w Szczecinie 11-latek dokonał brutalnego gwałtu na dziewięciolatku – a wydarzenie to nagrał, i sprzedawał innym uczniom za 10 złotych, piętnastolatek.

Justyna Sedlak z Ministerstwa Edukacji Narodowej w odpowiedzi na raport NIK zaznacza, że resort edukacji za jedno z głównych zadań w soku szkolnym 2014-2015 stawia sobie profilaktykę agresji i przemocy w szkołach. Warto zaznaczyć, że od czerwca 2011 r. kodeks karny zawiera przestępstwo „stalkingu” – definiowanego jako uporczywe nękanie i prześladowanie, a także podszywanie się pod inną osobę w celu wyrządzenia jej szkody, także osobistej.

„Stalking” to forma przemocy psychicznej. W świetle obowiązującego w Polsce prawa, w przypadku przemocy rówieśniczej – a więc wtedy, gdy sprawcą jest nieletni – mają zastosowanie przepisy o postępowaniu w sprawach nieletnich, które mówią że szkoła i nauczyciele stanowią instytucję, do których obowiązków należy dbanie o dobro dziecka. Dlatego posiadają oni szczególny obowiązek zwracania uwagi na przemoc i informowanie o niej policji lub prokuratury.

Zgodnie z literą Ustawy z 7 września 1991 r. o systemie oświaty, nauczyciel w swoich działaniach dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych ma obowiązek kierowania się dobrem uczniów, troską o ich zdrowie, postawę moralną. W Karcie Nauczyciela z kolei ustawodawca zaznacza, że do obowiązków nauczycieli należy także dbanie o wykształcenie postaw moralnych i wzajemnego szacunku w uczniach. Powinni zatem nie dopuszczać oni do sytuacji mobbingu rówieśniczego, a w sytuacjach, gdy ma on jednak miejsce, skutecznie reagować. Lucyna Kicińska z Fundacji Dzieci Niczyje opisuje tymczasem zjawisko odbierania nauczycielom „prawa do wychowywania”.

Według niej raport NIK obnażył problem braku współpracy pomiędzy szkołą a rodzicami. W praktyce wygląda to tak, że nauczyciele mają poczucie bycia na cenzurowanym. Skarżą się na roszczeniowo nastawionych rodziców. Jeśli czyjemuś dziecku dzieje się krzywda, rodzice żądają, by dziecko chronić, a sprawcę ukarać, ale kiedy to ich dziecko jest sprawcą przemocy – kategorycznie zabraniają nauczycielowi się wtrącać. „Pani jest od uczenia, a nie od wychowywania” – mówią. A zatem nauczyciel bywa stawiany pod ścianą.

Kicińska zauważa także, że cyberprzemoc nie bierze się znikąd, skoro niemal wszystkie dzieci zostawione są przez rodziców w sieci same sobie. A jest to przestrzeń specyficzna, dziecko nie uczy się w niej relacji interpersonalnych, za to oswaja z językiem bardzo nasyconym przemocą.

Klęska profilaktyki

Z raportu NIK wynika, że na istnienie zjawiska cyberprzemocy wskazało w roku 2012/2013 8 proc. uczniów. Izba przyczyny tego stanu rzeczy upatruje w tym, że szkoły nie diagnozują sytuacji, a nauczyciele nie umieją odpowiednio reagować na zagrożenia, pozbawieni są także wsparcia ze strony samorządów i rodziców. Autorzy raportu podkreślają, że intensywnie narastającym – i w zasadzie nie rozwiązanym – problemem jest zażywanie narkotyków i innych substancji psychoaktywnych. Wyraźnie odnotowuje się tendencję wzrostową, jeśli chodzi o dopalacze. Ponad 30 proc. ankietowanych przez NIK uczniów deklarowało, że było świadkiem narkotyzowania się lub słyszało o takich sytuacjach od koleżanek i kolegów, 17 proc. potwierdzało występowanie handlu narkotykami na terenie szkoły lub jej okolicy.

Nauczyciele zgadzają się z opinią, że w ich placówce występuje problem zażywania narkotyków przez uczniów. Aż 28 proc. z nich twierdzi zatem jednoznacznie: „u nas w szkole są narkotyki”. Oprócz tego, badani wskazywali na istnienie innych patologii, takich jak wandalizm, kradzieże na terenie szkoły, nadużywanie alkoholu.

Raport NIK dowodzi zupełnej nieskuteczności rządowego programu o szumnej nazwie „Bezpieczna i przyjazna szkoła” wprowadzonego do szkół przez MEN w latach 2008-2011. Zakładany cel, tj. poprawa bezpieczeństwa dzieci w szkole, nie został osiągnięty. Podobnie bezowocne – zdaniem NIK – okazały się działania profilaktyczne szkół w latach 2011-2012 i 2012-2013.

Powstaje zatem pytanie, jakie są słabe strony programów profilaktycznych? Na pewno należy tu wymienić niedoinformowanie nauczycieli, skoro aż 30 proc. z nich przyznaje, że nie ma dostatecznej wiedzy na temat ryzykownych zachowań uczniów. Ponadto kontrolerzy Izby dowodzą, że programy profilaktyczne, z których korzystają szkoły, są ogólnikowe, niedostosowane do potrzeb, oparte na jednostronnym przekazie. To skazuje je na klęskę, ponieważ nowoczesna pedagogika musi umieć się poruszać we współczesnym świecie, programy powinny być interaktywne, angażujące zarówno emocje, jak i intelekt osób, do których są kierowane.

Z lokalnej perspektywy   

– W naszej gminie od wielu lat prowadzone są wielopłaszczyznowe działania profilaktyczne pod nazwą Wyszkowskich Dni Profilaktyki. Kilka miesięcy wcześniej zespół składający się z przedstawicieli wszystkich szkół i przedszkoli przygotowuje zakres merytoryczny tych działań dla swojej placówki. Każda z nich przygotowuje plan działań zgodny ze swoimi potrzebami. Nigdzie nie jest powiedziane, że nasilone są w nich te same negatywne zjawiska, co w Warszawie na przykład – mówi Kamila Puławska, inspektor ds. profilaktyki i uzależnień z Urzędu Miasta w Wyszkowie. – Omawiamy wtedy problemy, charakteryzujemy szkołę. Rzetelna diagnoza musi być podstawą działań by miały one sens – dodaje.

Problem przemocy i przestępczości nieletnich był już dyskutowany nieraz, tak przez samorządowców, jak i przedstawicieli policji. Trudno zarzucać im bezczynność, skoro w 2013 r. funkcjonariusze służb prewencyjnych z Zespołu ds. Nieletnich i Patologii odbyli ponad dwieście spotkań z młodzieżą oraz ponad czterysta spotkań z rodzicami i pedagogami. Policjanci realizowali działania profilaktyczne z Ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. – Ich działania, takie jak akcje „Wagarowicz” czy „Nieletni” ukierunkowane były na profilaktykę wszelkich patologii, w tym przemocy szkolnej. Warto podkreślić, że zwracano w nich także uwagę na zasady bezpiecznego korzystania z Internetu – podkreśla Puławska.

Ciekawą i popularną w wielu gminach inicjatywą profilaktyczną jest PaT. KPP i samorządy, realizując program aktywnej profilaktyki stawiającej na kreatywność i potencjał młodych ludzi, wpisuje się trafnie w postulowaną przez NIK nowoczesność programów profilaktycznych. Program PaT został zaliczony do Banku Dobrych Praktyk rządowego programu ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej” i do programu „Bezpieczna i przyjazna szkoła” – tak ostro skrytykowanego przez NIK.

Trudno jednak, wbrew ustaleniom NIK, zakładać, że wszelkie działania profilaktyczne są nietrafione. Jeżeli bowiem – zgodnie z danymi raportu – tak wielu uczniów było świadkami przemocy lub zażywania narkotyków, to rodzi się pytanie kluczowe: co z tym zrobili i jak reagowali. Jeśli bowiem ktoś proponował im narkotyki, a oni odmówili, uznać można to za sukces profilaktyki kładącej nacisk na asertywność w takich sytuacjach. Jednak liczba wskazuje na coś innego – liczy się tylko fakt, także zresztą niepokojący, że byli uczestnikami takiego zdarzenia.

Dowodzi to, że konieczne jest dokonywanie pogłębionych badań obejmujących konkretną szkołę, konkretne klasy. Kamila Puławska informuje, że w gminie Wyszków dokonuje się bardzo obszernej i szczegółowej diagnozy zagrożeń społecznych, obejmującej także szkoły. – Ostatnia była wykonana w 2012 r., a aktualizuje się ją co cztery lata. Ponadto jest ona na bieżąco przypominana i stanowi podstawę podejmowanych w ramach profilaktyki działań – mówi inspektor ds. profilaktyki i uzależnień z wyszkowskiego ratusza.

Okiem psychologa

– Programy profilaktyczne nie powinny być akcjami jednorazowymi, ale długoterminowymi, ponieważ potrzeby są ogromne – podkreśla psycholog Jolanta Twardowska, od ośmiu lat pracująca w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Wyszkowie. – Ważne jest to, by rodzice dostrzegli problem, współpracowali z nauczycielami, a nie tylko przedstawiali swoje oczekiwania w kwestii bezpieczeństwa ich dziecka w szkole – kwituje. Jak twierdzi, tylko rozwiązania systemowe, angażujące wszystkie ogniwa systemu oświaty, mogą przynieść pozytywne rezultaty. A najniebezpieczniejsze jest niedostrzeganie lub bagatelizowanie problemu.

– Zdarza się, że rodzice mylą wsparcie dziecka z bezkrytycznym bronieniem go – zaznacza Twardowska. Na nic wówczas nie zdadzą się działania wychowawcze podejmowane w szkole. Dziecko, otrzymując immunitet na złe zachowanie od rodziców, znajduje się właściwie poza zasięgiem wpływu nauczycieli. W przekonaniu swoim i rodziców dziecko jest dobre, a nauczyciel zły, niekompetentny lub po prostu się czepia. Wzajemne znoszenie się autorytetów jest sytuacją niebezpieczną dla dziecka, które i tak, w okresie dojrzewania, najintensywniej poddane jest wpływom grup rówieśniczych. Te zaś dysponują różnymi wzorcami, niekiedy premiowane jest w nich to, co najniebezpieczniejsze – także zachowania aspołeczne, w tym przemoc.

Dziecko pozbawione wsparcia ze strony dorosłych, nie mające dobrego kontaktu z rodzicami, jest w stanie całkiem zmodyfikować swoje zachowania, tylko po to, by przypodobać się rówieśnikom. Czasem staje się uczestnikiem klasowej nagonki na inne dziecko, czasem jej prowodyrem, a czasem – kozłem ofiarnym. Jolanta Twardowska, zajmująca się w swej placówce socjoterapią, namawia zwłaszcza do czujności w pewnym okresie życia dziecka. – Bardzo niebezpieczny z psychologicznego punktu widzenia jest okres gimnazjalny – mówi.

Warto zatem uświadamiać rodzicom, że umniejszając wartość nauczyciela jako człowieka, umniejszają  wartość dorosłych jako autorytetów, także swoją. Ważne także, by rodzice mieli świadomość, że powierzchowny kontakt z dzieckiem, brak uwagi i czasu zwiększają ryzyko bezkrytycznego poddania się młodego człowieka złym wpływom. Jolanta Twardowska uczula na indywidualne podejście do dzieci, u których takie zachowania dają się zaobserwować, zaleca także zwykłą czujność, przejrzystość oczekiwań – i to, o co niekiedy najtrudniej: zwykłą przyjaźń i zrozumienie dla swojego dziecka. – Czym wcześniejsza interwencja, czym wcześniej podjęte działania naprawcze, tym większa szansa na pomoc – przekonuje.

– Agresja jest często symptomem bardzo złożonych problemów dziecka, które wymagają korekty – tłumaczy Twardowska. – Mogą to być deficyty w umiejętnościach społecznych, problemy emocjonalne, złe wzorce w domu rodzinnym, które dziecko powiela, za pomocą których próbuje porządkować swą rzeczywistość, nieświadome tego, że odbiegają one od wzorów postępowania właściwego – podsumowuje.

Ale też, według niej, dobrze poprowadzona terapia pedagogiczna i psychologiczna modyfikuje niewłaściwe, destrukcyjne zachowania. Ponad to agresja bywa symptomem złożonych zaburzeń. – Zdarza się, że inteligentne, dobrze rozwijające się dziecko rujnuje swą szkolną karierę, ponieważ nie radzi sobie z frustracją, złością, nudą lub innymi emocjami – mówi Twardowska. A szkoła nie radzi sobie z nim. Warto szukać wtedy porady u specjalistów, ustalić przyczynę i odpowiednio pokierować terapią. – Terapia to nie wstyd, a wyraz rodzicielskiej dojrzałości – apeluje. W Ośrodku Szkolno-Wychowawczym Twardowska była współzałożycielką grupy wsparcia dla rodziców borykających się z trudami rodzicielstwa. To szczególnie cenna inicjatywa, ponieważ uświadamia rodzicom, że inni są w podobnej sytuacji, mają prawo do błędów jako rodzice – ponieważ rodzicielstwa nikt nas nie uczy.

Programy nadziei

Wiele gmin w ramach profilaktyki uzależnień realizuje programy skierowane do nauczycieli i rodziców, zahaczające o problematykę przemocy, takie jak: „Praca z dzieckiem trudnym wychowawczo, agresywnym, pochodzącym z rodziny alkoholowej”, czy „Odczuwaj, ufaj, mów”, „Współpraca szkół z policją w sytuacjach zagrożenia dzieci i młodzieży przestępczością i demoralizacją”, „Picie alkoholu i eksperymentowanie z innymi substancjami psychoaktywnymi przez dzieci i młodzież – reagowanie przez rodzica”.

Kamila Puławska zaznacza, że programy profilaktyczne skierowane do rodziców są szczególnie ważne, gdyż rodzice mają często nikłą świadomość zagrożeń, jakie wiążą się z uzależnieniami. – Do inicjacji alkoholowej wśród dzieci dochodzi najczęściej w obecności i za przyzwoleniem rodziców – alarmuje Kamila Puławska. – Trudno w to uwierzyć, ale rodzice z naszej gminy, co wiemy dzięki wspominanej już diagnozie, nie dostrzegają w piciu piwa zagrożenia dla dziecka, a przecież skutkiem takiego przyzwolenia może być zarówno wczesne uzależnienie, jak problemy z zachowaniem, także agresją – mówi.

Obie specjalistki tłumaczą także, że na krytyczne oceny NIK jest stanowczo za wcześnie. Programy profilaktyczne to element długiego procesu wychowawczego, którego skutki możemy ocenić dopiero po latach – dowodzą.

Przykłady? Gimnazjalista z Długosiodła, pytany o przemoc w szkole, opowiada własną historię. – Prawda jest taka, że znęcałem się nad jednym chłopakiem – mówi. – Potem mieliśmy zajęcia, na których rysowaliśmy portret ofiary i portret sprawcy, i wtedy okazało się, że to ja jestem ten słaby, że krzywdzę, by poczuć się lepiej. Teraz bardzo się tego wstydzę – kwituje. Rzuca to trochę inną perspektywę na skuteczność programów profilaktycznych. Dlatego za niezwykle cenne uważa się te programy, które angażują wyobraźnię i emocje dzieci. Ważne również jest kształcenie i uwrażliwianie nauczycieli, ponieważ powinni oni nadążać za zmianami i nabywać kompetencje, pozwalające rozpoznać i rozwiązać problemy.

Szkoła Wyższa im. Pawła Włodkowica w Płocku i wiele innych uczelni realizuje projekty treningowe dla nauczycieli w ramach programu unijnego „Kapitał ludzki”. Realizowany w 2013 roku projekt dotyczył postępowania w sytuacjach kryzysowych i był – zgodnie z nazwą – Treningiem Zastępowania Agresji. Należał do inicjatyw, które zrealizowano pod szyldem Akademii Profesjonalnego Pedagoga. Na pewno warto, by nauczyciele śledzili ofertę szkoleniową, a jest ona naprawdę szeroka.

Los kozła ofiarnego

Przemoc to nie tylko bicie, szturchanie czy wyzwiska. To także nękanie psychiczne, jakie miało miejsce w przypadku Antka. Dzieci nie siadały z nim w ławce, odsuwały od gier i zabaw, uporczywie powtarzały, że śmierdzi. Obgadywały go na Facebooku. Nauczyciele bagatelizowali problem, dopatrywali się winy w nim. – Miałam wrażenie pomieszania światów – opowiada matka Antka, której syn zaczął często chorować, wymiotować przed pójściem do szkoły.

Ich historia zakończyła się przeniesieniem chłopca do innej szkoły, ale czy to jest najlepsze rozwiązanie? Joanna Węgrzynowska ze Stowarzyszenia Bliżej Dziecka, prowadząca treningi z dziećmi, zdecydowanie zaprzecza. – Zmiana szkoły to rozwiązanie ostateczne, kiedy już wszystko inne zawiodło – podkreśla. – Wtedy całą rodzicielską uwagę trzeba skupić na tym, by dziecko wiedziało, że nie zmienia szkoły, bo jest słabe, bezwartościowe, poniosło porażkę. Porażkę ponosi system, pedagodzy, rodzice agresywnych dzieci. Ono nie. Ono ma prawo uczyć się w szkole, w której będzie traktowane z szacunkiem – kwituje z mocą. Węgrzynowska tłumaczy, że jest wiele strategii radzenia sobie z napastnikiem, których można nauczyć dziecko, jest wiele technik podnoszenia pewności siebie i atrakcyjności interpersonalnej. Ocenia, że około 40 proc. dzieci udaje się wyzwolić z roli kozła ofiarnego.

Co z pozostałymi? Samotna matka pięciorga dzieci zapytana o to, czy z jakichś powodów były one w szkole narażone na przemoc, nie ma złudzeń. – Moje dzieci były w gimnazjum dyskryminowane z powodu biedy. Koleżanki z zamożnych domów często im dokuczały i śmiały się, że moje córki kupują ubrania w lumpeksach – opowiada. Natomiast Jolanta Twardowska, zapytana o to czy są dzieci, które z jakichś przyczyn są szczególnie narażone na przemoc ze strony rówieśników, wyszczególnia nieśmiałość – która także powinna być dla rodziców sygnałem do podjęcia działań korekcyjnych, ponieważ wyraźnie przekłada się ona na jakość całego życia. A także nieporadność, nieumiejętność radzenia sobie dziecka w sytuacjach konfliktowych, zagrażających.

Ważne jest, by zarówno w ofierze, jak i sprawcy, widzieć przede wszystkim dziecko, które wymaga pomocy właściwej dla swojej osobowości, swoich problemów. – Rozwijajmy empatię i umiejętności społeczne naszych dzieci. I im, i nam będzie się wtedy żyło lepiej – apeluje Twardowska. – Pracowałam zarówno z dziećmi agresorami, jak i z dziećmi doświadczającymi agresji i jeśli chodzi o rodziców to widzę różnicę między tymi grupami – wspomina z kolei Węgrzynowska. – Rodzice dzieci agresywnych sami częściej wykazują się agresją, widać, że dziecko nauczyło się takiej postawy od nich. Ci rodzice niechętnie uczestniczą w szkoleniach, nie przychodzą, albo mówią, że nie widzą problemu. Bywa i tak, że są dumni z agresywnych zachowań dziecka sądząc, że „przynajmniej da sobie radę w życiu” lub, że „w życiu trzeba walczyć” – dodaje.

Według niej to rodzice kozłów ofiarnych są chętni do współpracy, empatyczni, chcą zdobywać nowe umiejętności. W świetle wypowiedzi cytowanej matki zgodzić się co do konieczności rozwijania empatii u dzieci po prostu musimy. – Problemy nie znikną, zawsze będą się pojawiać, ponieważ błędy, złe decyzje, zachowania ryzykowne są wpisane w nasze życie, a także w życie naszych dzieci. Ważne by umieć wyciągać wnioski, rozmawiać o problemach, nie zamiatać ich pod dywan – mówi psycholog.

Drogowskazy pośród krętych dróg

My, rodzice, powinniśmy zatem pracować nad komunikacją z młodymi ludźmi, wskazywać konsekwencje zachowań destrukcyjnych i przedstawiać atrakcyjne kierunki samorealizacji. Samymi sankcjami, karami nie zdziałamy nic – wszelka represja prowokuje do zamknięcia się w sobie, buntu. Na takim fundamencie nie zbudujemy relacji opartej na zaufaniu, bezpiecznej relacji. Pozytywne relacje z rodzicami, nauczycielami i rówieśnikami to drogowskazy. Warto je stawiać na krętych drogach, którymi chodzą nasze dzieci.

Programy profilaktyczne, choćby nowoczesne, dobrze zaplanowane i profesjonalnie przeprowadzone – nie rozwiążą wszystkich problemów, ale powinny inspirować do codziennej pedagogicznej pracy z dzieckiem i do zaangażowanego rodzicielstwa. Zachęcamy zatem do korzystania z usług Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, lub pracowni psychologicznych, do aktywnego kontaktu z pedagogiem szkolnym – nie tylko wtedy, gdy już zdarzy się coś złego.

Podsumowując zatem: skuteczność programów profilaktycznych zależy od trafnej diagnozy środowiska lokalnego. Raport NIK należy rozumieć jako sygnał alarmowy, zmuszający gminy i szkoły do przyjrzenia się stosowanym przez nie strategiom: czy nie działają na chybił-trafił, czy nie tracą funduszy, czasu i energii na programy nieadekwatne do potrzeb lokalnych – tylko dlatego, że dany projekt zrealizowano w innych gminach, albo dlatego, że jakiś projekt zrealizować wypada, ponieważ jest rekomendowany przez MEN. Poza tym postulat konieczności zaangażowania wszystkich ogniw systemu oświaty musi być traktowany priorytetowo: nauczyciele, pedagodzy powinni się dokształcać, rodzice aktywnie angażować  w proces wychowawczy i współpracować ze szkołą, a same szkoły – otwierać się na współpracę z instytucjami pozarządowymi, które realizują wartościowe programy profilaktyczne, dysponują wiedzą na temat deficytów społecznych z racji tego, że w tych obszarach pracują.

Samorządy z kolei powinny wspierać placówki oświatowe w ich staraniach o intensywność i trafność realizowanych programów profilaktycznych. Przemoc i agresja to patologie znajdujące odzwierciedlenie w policyjnych statystykach. W 2013 r. dzieci do 15. roku życia popełniły na terenie szkoły 120 tysięcy przestępstw odnotowanych przez policję. Według  Ośrodka Rozwoju Edukacji co czwarty uczeń szkoły podstawowej został co najmniej raz pobity, a co dziesiąty regularnie doświadcza przemocy. Raport ORE jest bliźniaczo podobny do dokumentu NIK. Trudno tu mówić o zbiegu okoliczności: przemoc w szkole jest faktem.

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:50

MAŁE I ŚREDNIE PRZEDSIĘBIORSTWA FILAREM POLSKIEJ GOSPODARKI

Napisane przez

Miniony czas skłania do refleksji, jak wiele zyskała polska gospodarka przez ostatnie 25 lat od transformacji oraz 10 lat obecności Polski w strukturach Unii Europejskiej.

To właśnie w tym okresie najbardziej rozwiniętym sektorem stało się MSP, stanowiąc dziś ponad 90% firm funkcjonujących w Polsce i generując ponad 60% PKB. Trzeba przyznać, że duża zasługa tego sukcesu leży po stronie polskich przedsiębiorców, ale i ich wsparcia finansowego, jakim były dotacje unijne. Pomoc ze strony UE, w tak dużym stopniu jak dotychczas, możliwa będzie jeszcze tylko przez najbliższe lata – warto z niej skorzystać.

Taką możliwość daje dofinansowanie w ramach projektów unijnych realizowanych w tzw. Nowej Perspektywie 2014-2020. Polski sektor MSP może najwięcej zyskać, uczestnicząc w programach regionalnego wsparcia oraz Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój. Można prognozować, że dla polskich przedsiębiorców najefektywniejszymi okażą się działania zwiększające konkurencyjność firm, rozwoju nowoczesnych technologii lub też innowacyjność, choćby poprzez współpracę z ośrodkami badawczymi.

Dynamiczny rozwój sektora MSP na przestrzeni ostatnich lat, to również możliwość zrzeszania się przedsiębiorców w różnego rodzaju organizacje i stowarzyszenia, skupiające firmy branżowo lub geograficznie. Dziś prężnie działające grupy mają większe szanse na rozwój, wzajemną pomoc, a tym samym sukces.

Brzmi zachęcająco? Pomocnym może okazać się tu wsparcie Mazowieckiego Zrzeszenia Handlu Przemysłu i Usług, które od lat działa na rzecz rozwoju polskiej przedsiębiorczości i pomocy polskim przedsiębiorcom. Jedną z inicjatyw organizowanych przez MZHPiU mających na celu wsparcie sektora małych i średnich przedsiębiorstw jest Narodowy Program Promocji Polska Przedsiębiorczość 2020.

Działania związane z uczestnictwem w Programie to m.in. cykliczne spotkania, służące zaprezentowaniu oferty firmy i nawiązaniu nowych kontaktów biznesowych, czy wymiany doświadczeń. To również szereg możliwości korzystania z pomocy prawnej, doradztwa w zakresie dofinansowania (pożyczek, dotacji unijnych) oraz szeroki wachlarz narzędzi promocyjno-wizerunkowych.

„Polska po 1989 r. stała się jedna z najszybciej rozwijających się gospodarek Europy. Co więcej polska przedsiębiorczość jest ceniona, a my Polacy uznawani na świecie jako ludzie  przedsiębiorczy. Czujemy się również grupą społeczną, która musi bardzo ciężko pracować na swój wizerunek i rozwój. Cieszę się, że Narodowy Program Promocji Polska Przedsiębiorczość 2020 daje możliwości umacniania filaru polskiej gospodarki jakim jest MSP, nie tylko w działaniach marketingowych, ale i doradczych (…)” – mówi Robert Składowski, prezes Mazowieckiego Zrzeszenia Handlu Przemysłu i Usług.

Przedsięwzięcie, jakim jest Narodowy Program Promocji Polska Przedsiębiorczość 2020, spotkało się z poparciem Kancelarii Prezydenta RP. Do programu mogą zgłaszać się przedsiębiorcy oraz osoby aktywnie działające w sferze biznesu – każdy, kto zorientowany jest na rozwój swojej firmy. Więcej informacji na stronie www.polskaprzedsiebiorczosc.pl

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:49

KOMITETY I TAK BĘDĄ MUSIAŁY PÓJŚĆ NA KOMPROMISY

Napisane przez

Rozmowa z dr. hab. Radosławem Markowskim,politologiem z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej w Warszawie

ANNA CEBULA: Miasto Jest Nasze, Kraków Przeciw Igrzyskom, Stowarzyszenie My Poznaniacy – jeszcze chyba nigdy w wyborach samorządowych nie startowało tylu kandydatów spoza list tradycyjnych partii. Czy to symptom kryzysu systemu partyjnego? Czy Polacy tracą zaufanie do partii politycznych?

RADOSŁAW MARKOWSKI: Takie komitety tworzą obywatele zaangażowani, czasem tacy, którzy są niezadowoleni ze stanu rzeczy, rzadziej – są nim sfrustrowani. Najczęściej ci, którym się wydaje, że odcinając logo partii politycznych, będą mieć większe szanse w wyborach.

Oni niewątpliwie chcą coś zrobić – tyle że zazwyczaj w jednej sprawie. Dlatego jestem krytykiem takiego rozwiązania, choć może w małych miejscowościach mogłoby ono mieć sens. Problem w tym, że polityka to sztuka – na im wyższym szczeblu, w tym większym stopniu – wynajdywania kompromisów między różnymi alternatywami. To zarządzanie całokształtem spraw społeczności: dwudziestoma czy trzydziestoma politykami sektorowymi, od zdrowia poprzez oświatę, na transporcie skończywszy. I na tym wszystkim trzeba się znać, umieć się odnieść, a na dodatek: umieć wybrać między potrzebami jednego a drugiego…

Co przy obecnych kłopotach budżetowych bywa trudne…

Ale na takiej zasadzie muszą działać partie polityczne wszędzie na świecie. Natomiast komitety obywatelskie są zazwyczaj nastawione na protest przeciwko działaniom partii politycznych, albo ich celem jest usprawnienie komunikacji miejskiej, czy lokalizacja wysypiska śmieci (lub jej zablokowanie). To oczywiście są ważne sprawy, ale to nie jest całokształt. I to jest główny problem, jaki możemy mieć z komitetami.

Wyborcy chyba nie mają wyczuwają tu problemu. Niezależni kandydaci już wygrywali w samorządach…

Komitety mogą wygrywać w wyborach, ale przypuszczam, że zawsze będą w mniejszości – i, prędzej czy później, będą musiały kooperować z innymi bytami politycznymi. Samoistne rządzenie, poza dotychczasowym systemem, jest możliwe w bardzo niewielu miejscach. Komitety będą zatem musiały tak czy inaczej pójść na polityczne kompromisy – z czego niewielu lokalnych aktywistów zdaje sobie chyba sprawę. I to jest drugi problem tych komitetów. Choć trudno mieć tu jakąś pewność: zjawisko jest wszakże nowe.

Czy możemy mówić, że taki kandydat „spoza układu” ma większe szanse przy urnach?

Bywa różnie – na poziomie samorządowym dokonuje się kilku wyborów: inna logika obowiązuje tam, gdzie personalnie wybiera się burmistrza, w jednomandatowych okręgach wyborczych, jeszcze inna, bardziej partyjna, na listach kandydatów do samorządowych sejmików wojewódzkich itd.

Polacy nie lubią polityków, ale Polacy nie są też i doskonałymi wyborcami czy obywatelami. Przejawiają niewielkie zainteresowanie sprawami publicznymi, nie chodzą na wybory. Niedawno, podczas uzupełniających wyborów do Senatu, w jednym z okręgów przy urnach stawiło się zaledwie sześć procent uprawnionych do głosowania. Korzystając z demokracji, niby krytykujemy polityków, ale gdyby politycy zechcieli coś powiedzieć o obywatelach, ocena byłaby nie mniej krytyczna.

Przyganiał kocioł garnkowi, czy tak?

Najlepiej widać to na poziomie ogólnonarodowym. Przy okazji wyborów parlamentarnych fala krytyki wobec polityków jest straszliwa – wybory są upartyjnione, partyjni notable zaludniają pierwsze – wybieralne – miejsca list. Ale to przecież są listy otwarte – można głosować na dowolnego kandydata z kilkunastu pozycji. Ale gdy przychodzi zagłosować, 80-90 proc. głosów pada na „jedynkę” czy „dwójkę”. Brak tu więc logiki: krytykujemy ten system, ale z drugiej strony – nikt się nie interesuje, kto jeszcze jest na listach.

Polityka wylewająca się z łamów gazet, ekranów TV, czy z internetu nie zachęca do zainteresowania. Zatem nic dziwnego, że przynajmniej niektóre komitety próbują wyborcom wmówić, że nie mają z nią nic wspólnego?

Formalnie pojawianie się takich komitetów ma cechy protestu przeciw zinstytucjonalizowanej, sformalizowanej polityce. Ale gdy wybrani członkowie komitetów zasiądą w radach, okaże się, że z tą polityką partyjną trzeba się liczyć. Zapomnieliśmy już chyba, że kiedyś także Platforma Obywatelska startowała jako taki, antypartyjny, antysystemowy byt. A w ciągu dekady stała się najbardziej scentralizowaną partią polityczną.

To naturalny proces – chcę podkreślić: nie da się inaczej. Podobne są doświadczenia wielu krajów, które przechodziły tę drogę. Poza bardzo małymi miejscowościami i bardzo specyficznymi sprawami kandydaci wybierani na bazie obywatelskich, niezależnych inicjatyw, nie dają sobie rady z kompleksowością polityki – choć mogą oczywiście wskazać istotne problemy, które wymagają naprawy.

Ale to gotowa recepta wyborcza dla kandydatów partyjnych: najlepiej na poziomie samorządowym kreować się na bezpartyjnego. Na dodatek, według badań CBOS, 60 proc. Polaków ufa politykom lokalnym – to prawie dwa razy tyle, co tych, którzy ufają politykom z Sejmu czy ministerstw!

Ot, paradoks. Samorządem jest też Warszawa: obszar metropolitarny, liczący 2,5 mln mieszkańców – więcej niż dziesięć najmniejszych krajów europejskich, jak Liechtenstein czy San Marino, razem wziętych. Samorządność na poziomie takich aglomeracji, jak warszawska czy śląska, jest zupełnie inna niż na poziomie gminy liczącej dwa tysiące mieszkańców.

Bardzo się koncentrujemy na krytyce rządów czy posłów, a ja wcale nie uważam, że ci politycy są tacy beznadziejni. Ba, wszystko to, co obserwujemy ostatnio, absolutnie potwierdzane w badaniach naukowych – to po pierwsze: jeżeli istnieje gdzieś rozpleniona korupcja i nepotyzm, to dochodzi do tego na szczeblach lokalnych i samorządowych; a po drugie – na tym szczeblu brak demokratycznych procedur. Na stanowiska w samorządach nierzadko wybierani są ciągle ci sami ludzie, obstawiający się z latami rodzinami czy przyjaciółmi – i nieusuwalni w ramach procedur demokratycznych. Oni wprowadzają do lokalnej polityki praktyki daleko odbiegające od tego, czego się oczekuje od demokracji.

Moim zdaniem, mamy więc dużo większy problem z demokracją i transparentnymi procedurami zachowań w sferze publicznej na szczeblu samorządowym niż na poziomie rządu i centralnych organów. To nowy problem, którego nie dostrzegaliśmy długie lata.

Mocne słowa. Czy tymi rozbieżnościami możemy tłumaczyć fatalną frekwencję w wyborach samorządowych – ostatnio 41 proc.?

Cóż, właśnie w tym poniekąd problem: najchętniej chodzimy na wybory prezydenckie. A nasz system – tak się składa – nie jest akurat prezydencki i polityk na tym stanowisku nie ma zbyt wiele do powiedzenia. To taki ojciec narodu, który ma pilnować, żeby nic się rodakom złego nie stało, ma tonować politykę. Oczywiście, mamy tu różne stanowiska, bo był i taki prezydent, który nie rozumiał, co jest napisane w konstytucji. Ale Polacy, z jakiegoś powodu, właśnie tego polityka lubią wybierać, a frekwencja przy tej elekcji jest znacznie wyższa niż przy innych. To wszystko jest efektem niskiego kapitału społecznego i braku zaangażowania w sprawy publiczne.

dr hab. Radosław Markowski – politolog, socjolog SWPS. Dyrektor Centrum Studiów nad Demokracją SWPS oraz kierownik Zakładu Badań Porównawczych nad Polityką w ISP PAN

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:48

BEZPARTYJNY, ZNACZY LEPSZY?

Napisane przez

Kandydaci na polityków uciekają od partii politycznych. Z jednej strony – nie ma się co dziwić, partie polityczne są w naszym kraju traktowane pogardliwie, nie tylko przez bezpartyjnych. Jedna partia o drugiej mówi per „mafia” albo „banda”, druga o pierwszej – „oszołomy” albo „mohery”.

Trudno, aby stojący z boku obywatel czuł się zobowiązany do poważnego traktowania tychże partii i ich przedstawicieli. Znamienne jest to, że uważamy parlamentarzystów za stado egoistów – i to niezbyt mądrych – ale w kolejnych wyborach głosujemy na tych samych. Znaczy, najdelikatniej rzecz ujmując , opinia o politykach sobie, a życie sobie.

W najmniejszym stopniu odnosi się to do polityków lokalnych. Tu rzeczywiście, ich poglądy polityczne schodzą na dalszy plan. Oczywiście, nie bądźmy naiwni, nie ma ludzi bez poglądów politycznych. Jak człowiek mówi: „Moja partią jest Polska” (albo Warszawa, albo inna gmina), to aż ciśnie się na usta pytanie: jaka Polska (jaka Warszawa itd.)? I wtedy wyłazi na wierzch prawicowość lub lewicowość kandydata.

I to jest OK. Wybierając władzę lokalną kierujemy się przeświadczeniem o zdolnościach menedżerskich i uczciwością człowieka, a nie jego poglądami. Z jednym zastrzeżeniem. Rury kanalizacyjne nie maja kolorów politycznych – to dość znane i nadużywane powiedzenie. Ale hierarchia zadań: szkoła czy aquapark, wsparcie seniorów czy kolejny pomnik czczący historię – ma wprost konotacje polityczne. I o tym warto pamiętać.

Tak nawiasem mówiąc, gdybyśmy wejrzeli w życiorysy wielu obywatelskich kandydatów, to w nich aż rojno od partyjnych legitymacji.

To wcale nie znaczy, że mam coś przeciwko nim. Jak mało kto wiem, jak obezwładniające jest życie partyjne, ile trzeba mieć cierpliwości i samozaparcia, aby w partii i razem z nią coś zrobić dla ludzi. Wielu tego nie wytrzymuje. Chcą robić coś z ludźmi, a tu im każą sprawdzać, co to za ludzie i czy przypadkiem nie myślą inaczej niż my. Wtedy człowiek rzuca najlepszą nawet partię i idzie „na swoje”, na obywatelskie. Patrzy na innych nie jak na wrogów z obcego sobie plemienia, ale jak na potencjalnych współpracowników. To jest nie tyle wybór poglądów i programu politycznego, ile wybór stylu działania, stylu życia, wartości, którym chcemy służyć. Taka obywatelskość powinna być w najwyższej cenie.

Na marginesie: warto odczarować partie polityczne. Jesteśmy nadal młodą demokracją i partie w Polsce powstawały wedle rozmaitych kryteriów: życiorysów, wokół i przeciw jakiemuś politykowi bądź innej sile politycznej (za kościołem – lub przeciw niemu). To dziecięca choroba demokracji. Z czasem partie w Polsce staną się tym, czym powinny być: zrzeszeniem ludzi, którzy maja pewną koncepcję państwa oraz życia społecznego – i organizują się, aby tę koncepcję zrealizować. I będzie tak, jak na Zachodzie Europy, gdzie partie liczą po kilkaset tysięcy ludzi, a coś takiego, jak komitet obywatelski nie występuje.

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:45

(NIE)ZALEŻNE KOMITETY WYBORCZE

Napisane przez

Gdyby z bezpartyjnych komitetów wyborczych, które jak grzyby po deszczu wyrastają w całej Polsce, sformować jednolitą partię – byłaby to trzecia siła polityczna w Polsce. Choć w sondażach dominują PiS i PO, zbierając mniej więcej co czwarty głos, na obywatelskie komitety wyborcze chce głosować już niemal co dziesiąty Polak. To więcej niż na PSL, SLD, Nową Prawicę czy Twój Ruch.

Kto wie, być może zręby takiego ugrupowania właśnie się tworzą? „Jesteśmy mieszkańcami dwunastu polskich miast. Nie jesteśmy partią, przybudówką partyjną, ani grupą biznesowych interesów. Nasz jedyny interes to interes publiczny. Tak jak Wy, chcemy przyjaznego miasta, harmonijnego rozwoju zgodnego z potrzebami mieszkańców. Mówimy DOŚĆ oderwanym od rzeczywistości zawodowym politykom. Zapraszamy Was do decydowania o przyszłości Waszego miasta” – oto credo Porozumienia Ruchów Miejskich, konglomeratu bezpartyjnych komitetów wyborczych z dwunastu wielkich polskich metropolii: Gdańska, Gliwic, Gorzowa Wielkopolskiego, Krakowa, Poznania, Opola, Płocka, Raciborza, Świdnicy, Torunia, Warszawy i Wrocławia.

W sumie, we wszystkich miastach, będących obszarem działania Porozumienia, mieszka 5 milionów ludzi. Do ich codziennej frustracji apelują aktywiści Ruchów. – Hanna Gronkiewicz-Waltz przed referendum nie wiedziała ile kosztuje bilet jednorazowy, co nie przeszkadzało jej wprowadzić trzech podwyżek biletów komunikacji miejskiej – wytykają. Definiują trzy problemy metropolii. Pierwszym jest chaotyczny rozwój, wskutek którego „całe dzielnice powstają bez planu” – bez placówek edukacyjnych i na koszt podatnika, lokalne sklepy znikają zastępowane międzynarodowymi sieciami handlowymi, które transferują zyski za granicę. „Trwa chaotyczny demontaż i prywatyzacja usług publicznych – od szkolnych stołówek po wodociągi i komunikację” – dowodzą aktywiści. „Nie chcemy, by nasze miasta stały się jak Detroit” – deklarują. Drugi problem – oderwanie polityków od rzeczywistości (vide wspomniany casus Hanny Gronkiewicz-Waltz). Trzeci – brak polityki przyjaznej miastom: „niekorzystne rozwiązania prawne, instytucjonalne, utrwalone polityki i praktyki sądowe, niesprawiedliwy podział środków”.

Recepty? Koniec pokazowych inwestycji, odesłanie do lamusa dotychczasowych elit, stworzenie koalicji miejskich aktywistów zdolnej walczyć o swoje w Warszawie, a nawet Brukseli. Cóż, jeżeli wyborcy podchwycą ten patent na uprawianie polityki, koalicja ruchów miejskich będzie o krok od stania się partią. Ale zanim padnie pytanie o program przypomnijmy jeszcze jedną deklarację Porozumienia: „Jesteśmy ideowi, ale nie ideologiczni. Samorząd to nie miejsce na spory światopoglądowe”.

Jak hartowała się obywatelskość

Nadchodzącą ofensywę ruchów miejskich można było przewidzieć. Już cztery lata temu Stowarzyszenie My Poznaniacy zdobyło w stolicy Wielkopolski imponujące 10 proc. głosów. Ostatnie pasmo referendów nad odwołaniem lokalnych włodarzy, inicjatyw związanych z budżetami partycypacyjnymi wzmocniło jednak ofensywę lokalnych aktywistów na ratusze: niewątpliwie, na fali takich inicjatyw poczuli realny wiatr w żagle. W całej Polsce powstają więc tysiące komitetów. Tylko w województwie śląskim doliczono się niemal dziewięciuset mniej lub bardzie niezależnych inicjatyw wyborczych, z tego ponad trzystu w samych Katowicach.

Słabością aktywistów jest jednak wyrywkowy program. Najmocniejszym postulatem kandydatki na prezydenta Warszawy z ramienia Partii Zielonych, aktywistki Joanny Erbel, jest obniżka cen biletów komunikacji miejskiej. Aktywiści z Poznania sprawdzali się dotąd, walcząc o dodatkowe przejścia dla pieszych, lub w próbach blokowania niektórych inwestycji miejskich. Kraków Przeciw Igrzyskom (należący do Porozumienia Ruchów Miejskich) w nazwie podsumowuje dotychczasowe dokonania. Stołeczne ugrupowanie Miasto Jest Nasze błysnęło do tej pory „mapą” reprywatyzacyjnych praktyk ratusza i „inwestorów”, skupujących w mieście roszczenia.

Z kolei KWW Porozumienie Obywatelskie WOLNOŚĆ, działające – przynajmniej teoretycznie – na terenie całego kraju, w ogóle nie definiuje konkretnych celów. „Idziemy do samorządów z hasłem Wolność bo właśnie w wolności zawiera się sens naszej egzystencji i wszystko co ją otacza. Jej ograniczanie, regulowanie, wydzielanie lub pomniejszanie jej znaczenia prowadzi do zagłady społeczeństw i człowieczeństwa” – deklarują twórcy tego komitetu. – „Rodzimy się Wolni , walczymy o Wolność i wolni chcemy umierać. Dlatego to hasło będziemy nosić wysoko na swoich sztandarach, przypominając wszem i wobec, że Wolność powinna gościć na naszych ulicach i w naszych domach, w naszych urzędach, w naszych szkołach i w mediach” – mocne słowa, niestety, oddające przygotowanie do sprawowania urzędów przynajmniej części twórców komitetów.

Do pewnego stopnia komitety tworzą atmosferę, jaką nieco starsze generacje mogą pamiętać z początku lat 90., kiedy to swoją szansę miały rozmaite inicjatywy – również te, które do wyborców „puszczały oko”. Wspomnijmy choćby nazwy niektórych zarejestrowanych w Polsce komitetów: KWW Róbmy Coś (Wrocław), KWW Wierni Wyborcom – Nie Układom (Gdańsk), KWW Pracę Już Mamy, Chcemy Służyć Mieszkańcom oraz KWW Mądrość dziadków przyszłością dzieci (Kraków), KWW Demokratyczne Zarządzanie i Deliberacja Ekonomicznych Korzyści oraz KWW Jak żyć (Radom), KWW Naszą partią jest Gmina Błonie, KWW Sen o Warszawie, KWW Miasto jest nasze – mieszkańców Pragi (Warszawa). W Zabrzu próbowano zarejestrować KWW Chcemy Wszyscy Dostatniej Polski – ale miejscowej komisji wyborczej nie przypadł do gustu akronim nowej organizacji.

Pod bezpartyjnym płaszczykiem

– Bezpartyjność stała się modnym hasłem tegorocznych wyborów lokalnych – podkreśla Maciej Kowalewski, socjolog z Uniwersytetu Szczecińskiego. „Po 25 latach wolności, historia zatoczyła koło. Słowo BEZPARTYJNI znów brzmi lepiej, co zaczęli wykorzystywać kandydaci do dzierżenia steru władzy” – pisał z kolei Adam Zadworny na łamach lokalnego wydania „Gazety Wyborczej”. Rzeczywiście, po kilku latach wojny polsko-polskiej, narastającego zacietrzewienia polityków i ich najgorętszych sympatyków, na tle generalnie karlejącej kultury politycznej w Polsce – bezpartyjność stała się ucieczką dla tysięcy sfrustrowanych wyborców.

Ale nie miejmy też wątpliwości: zjawisko to nie uchodzi uwadze polityków. Weźmy choćby sytuację w Szczecinie, gdzie wieloletni polityk PO i dyrektor tamtejszego XIII Liceum Ogólnokształcącego Cezary Urban zawiesił swoje członkostwo w partii i ubiega się o miejsce w sejmiku jako „bezpartyjny”. Prezydent Szczecina – Piotr Krzystek – wygrał w 2006 r. wybory jako „bezpartyjny kandydat z ramienia PO”, a po kilku miesiącach wstąpił do tej partii. Rozstanie nastąpiło po czterech latach, gdy regionalne władze partyjne odmówiły mu poparcia przed kolejną elekcją – zatriumfował m.in. dzięki współpracy z lokalnymi strukturami Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego.

Jakby tego było mało, szef regionalnych struktur Platformy w województwie zachodniopomorskim, Stanisław Gawłowski, zaanonsował mediom, że aż połowa miejsc na listach jego partii to kandydaci… bezpartyjni.

Zabawa w „dokodowanie” komitetów trwa też w najlepsze w Elblągu. Spośród dwunastu zarejestrowanych komitetów, aż siedem przekonuje o swojej „bezpartyjności”. Afiliacje z PO mieszkańcy przypisują KWW Elbląski Komitet Obywatelski, KWW Witolda Wróblewskiego to grupa polityków związana z PSL, lokalne gazety spodziewają się na listach KWW Wolny Elbląg kandydatów z Twojego Ruchu Janusza Palikota (kandydat tego komitetu na prezydenta, Lech Kraśniański, zrezygnował z członkostwa w TR ledwie dwa dni przed ogłoszeniem kandydatury), wreszcie w KWW Naszą Partią Jest – Elbląg spotykają się politycy politycznego planktonu: partii Polska Jest Najważniejsza, Stowarzyszenia Demokratycznego, Nowej Prawicy.

A co z tymi, którzy realnie funkcjonują poza polskim światkiem politycznym? – W pomyślnym wariancie ruchy miejskie będą stanowić uzupełnienie lokalnej sceny politycznej. Ale większość takich organizacji i stowarzyszeń boryka się skrajnym rozdrobnieniem, wewnętrznymi podziałami i sporami – podkreślał na łamach „Wprost” politolog z UW, Błażej Poboży. Według niego, sytuacja może wyewoluować w dwóch kierunkach. Pierwszy: połączone siły społeczne wprowadzają swoich radnych do samorządów i współuczestniczą w polityce samorządowej, „po bożemu”. – Drugi, bardziej pesymistyczny, ale też chyba bardziej realny: podzieleni aktywiści ponoszą wyborczą porażkę, a ich hasła, a niekiedy także liderów, przejmują duże partie polityczne – kwitował Poboży. Pożyjemy, zobaczymy.

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:43

OGIEŃ I WODA

Napisane przez

Wojsko Polskie liczy dziś około dziewięćdziesięciu generałów i 100 tysięcy żołnierzy innych stopni (wypada mniej więcej po jednym generale na batalion). Część z nich uczestniczy w misjach poza granicami, lecz większość od dziesięcioleci doświadcza jedynie zwykłej, pokojowej służby. Nie mamy więc – za co należy dziękować Bogu – generałów, którzy szlify zdobywali krwią wylaną na polu walki. Są jednak inne formacje mundurowe, które na co dzień posługują się wojenną frazeologią, bowiem ryzykowanie życia i zdrowia jest ich codziennością. To wojownicy czasu pokoju. Każdy pożar, każda powódź niosą za sobą bezpośrednie zagrożenie dla interweniujących strażaków.

Wydawało się, że wraz z rezygnacją z trakcji parowej powinny skończyć się pożary lasów sąsiadujących z liniami kolejowymi. „Iskierka mrugająca z popielnika do Wojtusia” z komina parowozu spadająca na poszycie leśne akurat za pasem ochronnym niejednokrotnie powodowała olbrzymie szkody. Niestety, trakcja elektryczna i spalinowa nie gwarantują pełnego bezpieczeństwa. Wystarczy zablokowanie hamulców w ostatnim wagonie i pociąg sieje iskry wzdłuż dziesiątków kilometrów trasy. Prawdopodobnie tak zaczął się największy w historii Polski pożar lasów śląskich – wzdłuż linii kolejowej Racibórz – Kędzierzyn, 26 sierpnia 1992 r.

Pożar przez kolejnych  26 dni gasiło ponad 4,5 tysiąca strażaków zawodowych i ochotniczych wspieranych przez 3200 żołnierzy, 650 policjantów i przede wszystkim – ponad tysiąc stu pracowników leśnych. – Ten pożar objął ponad 9000 hektarów – wspomina Zbigniew Meres, wówczas szef śląskiej Państwowej Straży Pożarnej. – Ogień przechodził nad drogami, ścierniskami, przesiekami, pokonywał kolejne przeszkody – dodaje.

27 gaśniczych Dromaderów i 4 śmigłowce, pociąg gaśniczy i 36 kolejowych cystern to tylko część sprzętu, zaangażowanego w akcję. Początkowo pożar zwyciężał; zdarzało się porzucić wozy bojowe lub sprzęt na pastwę żywiołu, by ratować życie. Dzięki dobrej współpracy wszystkich służb i wsparciu wybitnych ekspertów-leśników, specjalistów od ochrony przeciwpożarowej lasu, udało się obronić ludzkie osiedla. Choć ogień już lizał płoty, nie spłonął żaden dom. Na tym froncie poległo dwóch zawodowych strażaków.

Dziś, po ponad dwudziestu latach, nadal trwa odbudowa lasu na pożarzysku. I trwać będzie jeszcze wiele dziesiątków lat. Lecz doświadczenia z tamtej akcji stały się podstawą licznych działań. Wpłynęły i na rozwój nowoczesnych technologii odbudowy (sadzenia) lasu, i na nowe rozwiązania organizacyjne w zakresie walki z klęskami żywiołowymi.

Doświadczenia z walki z pożarem w górnośląskich lasach przydały się w zwalczaniu wielkich powodzi w 1997 r. i 2001 r.  Klęska w lipcu 1997 r., nazywana „powodzią tysiąclecia”, dotknęła szczególnie dorzecze Odry. Wylały także m.in.: Bóbr, Bystrzyca, Kaczawa, Kwisa, Nysa Kłodzka, Olza, Widawa. Żywioł objął terytoria Polski, Niemiec i Czech. Tylko w Polsce zginęło ponad 50 osób. Zalało znaczną część Opola, Raciborza, Wrocławia (Kozanów). Gdy prywata wspierała wodę, razem wygrywały; gdyby nie sprzeciw mieszkańców wsi po i wchłonięcie fali przez pola, straty we Wrocławiu byłyby znacznie mniejsze.

Cztery lata później, w 2001 r., kolejna powódź objęła dorzecze Wisły i Odry. Zaczęło się w Gdańsku, woda zalała nawet kolejowy dworzec Gdańsk Główny. Potem żywioł atakował Nowy Sącz, Kraków, Kalwarię Zebrzydowską, Opole Lubelskie, Kazimierz nad Wisłą, Lublin. Generał Zbigniew Meres, w latach 1997-2002 będący komendantem głównym Państwowej Straży Pożarnej, aż 6 dni spędził w Sandomierzu, kierując akcją obrony miasta; tego lata był tam, gdzie woda zagrażała najbardziej. Tysiące worków z piaskiem na sandomierskich wałach uniemożliwiły przelanie się fali przez wał. Niewiele brakowało, by bitwę przegrać. Gdyby szczytowy poziom wody utrzymał się nieco dłużej, wały mogłyby nie wytrzymać naporu wód i ustąpić. Worki z piaskiem nie zastąpią bowiem nigdy prawidłowo zagęszczonego wału przeciwpowodziowego wykonanego z gruntu o właściwej granulacji. Wału właściwie utrzymanego, dozorowanego, na bieżąco naprawianego. Takich wałów, niestety, wciąż w wielu miejscach – nawet tych, dotkliwie doświadczonych powodzią – nie ma. Dlatego w 2010 r. , w czasie kolejnego kataklizmu, Sandomierz został w części zalany.

Podobno pożar jest łatwiej przewidywalny, niż powódź, i w razie niebezpieczeństwa łatwiej jest umknąć przed ogniem niż przed wodą. Ale sposób działania, zasady opanowywania żywiołu, organizacja akcji, potrzeba wzajemnego zaufania jej uczestników, ryzyko wpisane w zakres codziennych obowiązków są podobne.

To zupełnie inne życie, niż codzienna, biurowa praca „białych kołnierzyków”. To prawie wojna, tyle że nie zabija się ludzi, a ratuje ich, ich dorobek i mienie.

Co pewien czas w tabloidach pojawiają się teksty krytykujące nadmierne, zdaniem autorów, uprawnienia socjalne czy świadczenia emerytalne strażaków. Strażacy śmieją się: „podoba nam się pryncypialność redaktorów. Są w tej krytyce tacy zdecydowani, odważni. Szkoda, że nie bywają z nami ani w płonącym lesie, ani na przeciekających wałach. Przydałyby się ich silne ręce i zdecydowane charaktery”.

 

SPEKTAKULARNE POŻARY W POLSCE

26 sierpnia 2012– W ogniu stanęła jedna z hal targowych w Wólce Kosowskiej, w szczytowym momencie w akcji gaszenia brało udział 49 jednostek, z ogniem walczyło stu strażaków. Spłonęło doszczętnie 2,5 tysięcy m kw. hali, ale ogień dotknął powierzchnię dwukrotnie większą.

25-26 grudnia 2008– Ogień wybuchł w centrum handlowym M1 w Zabrzu. Zniszczenia objęły powierzchnię około 12 tys. m kw.

22 maja 2006– Zapalił się dach kościoła św. Katarzyny w Gdańsku. Szczęście w nieszczęściu: płonący dach osiadł na stropie świątyni, co pozwoliło zatrzymać żywioł – ogień nie przeniósł się do środka, a grożąca zawaleniem się kościelna wieża wytrzymała. Strażacy i policjanci zdołali wynieść też większość zabytkowych przedmiotów, jakie znajdowały się w środku.

21 lipca 2002– Przez kilka dni strażacy próbowali zgasić płonący szyb, prowadzący do podziemnego magazynu gazu w Wierzchowicach na Dolnym Śląsku. Olbrzymia temperatura i hałas płonącego surowca nie pozwalały szybko uporać się z żywiołem.

9 grudnia 1980-10 stycznia 1981– W trakcie wiercenia w szybie naftowym we wsi Krzywopłoty, tuż przy granicy Karlina, dochodzi do erupcji, a następnie zapłonu ropy. Ogień ogarnia wkrótce sprzęt i baraki mieszkalne. Na miejsce akcji rzucono najpierw straż pożarną, potem specjalistów wojskowych, ratowników, milicję, specjalistów z krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, w końcu – ekipy ratowników z ZSRR i Węgier. Zanim ugaszono pożar, trzeba było wybudować specjalne drogi, skoncentrować sprzęt i wybudować dodatkowe rurociągi wodne i parowe. Akcja trwała w sumie ponad miesiąc.

23 września 1975– „Jak można zapalić żelbetonowy most?” – pytał wiedeński „Kurier”. Cóż, Polak potrafi: zapalił się drewniany pomost remontowy pod powierzchnią obiektu. Znajdujące się na nim szyny do transportu materiałów konserwacyjnych wygięły się, a nawierzchnia mostu sfalowała do wysokości nawet pół metra. Do dziś nie wiadomo, co właściwie wywołało pożar. Co ciekawe, dwa dni wcześniej spłonął słynny warszawski dom towarowy „Smyk”.

niedziela, 28 wrzesień 2014 22:42

TEN OKROPNY W-F

Napisane przez

 Na nic się nie zdadzą kolejne zmiany w zasadach funkcjonowania szkolnictwa w naszym kraju,  dobre intencje czy kolejne Orliki, jeśli wciąż głównym prześladowcą naszych uczniów będą zajęcia z wychowania fizycznego. Ten sam problem wraca od lat, jak bumerang: lęk przed zajęciami z wychowania fizycznego.

Jak co roku, pod koniec sierpnia zgłaszali się do mnie rodzice z prośbą o wystawienie zaświadczeń zwalniających ich pociechy z zajęć sportowych. Sporo czasu zajęło mi wyjaśnianie, że lepiej, by dziecko ćwiczyło indywidualnie, ale jednak – niż stawało się coraz bardziej niepełnosprawne.

Argumentacja opiekunów była różna. A to, że otyłe dziecko wstydzi się swojego wyglądu, więc lepiej, jeśli posiedzi na ławeczce i poczyta. To znowu zapewnienia o ćwiczeniach indywidualnych w domu pod okiem rodzica. Dzieci stały ze spuszczoną głową i słuchały. Nie miały nic do powiedzenia. Widać było jednak, jak niekomfortowo się czują. Nie ćwiczyć, to przecież oznacza nie mieć kolegów, być też wystawionym na pośmiewisko. Z opowieści rodziców zajęcia sportowe jawiły się jako bardzo stresujące dla ich dziecka, ocena końcowa zaś zdecydowanie „psuła” świadectwo.

Badam dzieci podczas bilansów sześcio-, dziesięcio-, czternastolatka. Zatrważają: ilość wad postawy, złe nawyki w postaci noszenia plecaków na jednym ramieniu, odrabianie lekcji przy ławie przed telewizorem, czy wreszcie godziny spędzone przed monitorem komputera. Równie fatalne wnioski nasuwają się podczas bilansowania uczniów kończących szkolną edukację. Zaniedbane sylwetki, skrzywienia boczne kręgosłupa, okrągłe plecy i brak zainteresowania aktywnością fizyczną.

Tylko część moich podopiecznych czynnie uprawia sport. Nie wynika to z braku dostępu do boisk, czy stadionów. Chętni zawsze znajdą możliwość rozwijania swojej pasji. Stadion po południu świeci pustkami. Spotkamy na nim jedynie starsze panie, uprawiające chodzenie z kijkami lub członków Klubu Sportowego trenujących regularnie. Moi pacjenci-uczniowie po prostu nie lubią zajęć sportowych, a te w szkole traktują, jak zło konieczne.

Zwolnienia z W-F wystawiane przez rodziców z byle powodu są codziennością. Podobnie, jak próba wymuszania takowych na lekarzach POZ. Jak bardzo istotny jest to problem, okazało się w maju br. podczas konferencji zorganizowanej w Bartoszycach: „Sport i aktywność fizyczna w szkole” w ramach szerszej kampanii pn. „Stop zwolnieniom z w-f”. Obecni byli samorządowcy, nauczyciele i lekarze.

Dla mnie najistotniejszym głosem w dyskusji była propozycja zlikwidowania ocen za uczestnictwo w lekcjach W-F. Ocena opisowa, z podkreśleniem osiągnięć danego ucznia, wystarczająco nagrodziłaby tych wyróżniających się, a nie spędzałaby snu z powiek mniej uzdolnionym, ale ambitnym. Urozmaicanie zajęć, podchodzenie indywidualnie do możliwości poszczególnych dzieci dają możliwość zaszczepienia w dzieciach potrzeby ruchu i dbania o sprawność fizyczną. Przecież czym skorupka za młodu... Obowiązkowe zaliczanie poszczególnych elementów, jak przewroty w tył, stanie na rękach czy skoki przez kozła jeszcze dzisiaj, po wielu latach, śnią się po nocach tym, co to byli w szkole mniej sprawni ruchowo, a dobre oceny mieli za solidność.

Zasada prowadzenia monitoringu postępów w danych dyscyplinach z osobna każdego ucznia jest założeniem dobrym, ale jeśli ocenę końcową stawia się, równając do najlepszych, to chyba jakieś nieporozumienie. Jestem za tym, by zajęcia z wychowania fizycznego stały się rzeczywiście rekreacją. Niech będą wytchnieniem od godzin spędzonych w szkolnych ławkach. Niech dzieci z utęsknieniem czekają na to, by wejść na salę gimnastyczną, a zapomnienie stroju będzie dla nich jak kara. Przecież dzieci otyłe, czy niepełnosprawne, mogą wiele zyskać, ćwicząc u boku swych kolegów. Trzeba tylko obdarzyć je empatią i zintegrować uczniów bez względu na ich sprawność. Utopia? W-F to poważna lekcja, więc musi budzić respekt? Oceny z W-F są konieczne, podobnie jak ciągłe sprawdziany i „robienie wyników”? Myślmy tak dalej – a wychowamy kolejne pokolenia inwalidów.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY