Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 52.

Sierpień 2014

Sierpień 2014 (17)

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

CHARAKTER, WIZJA I ENERGIA

Napisane przez

Rozmowa z Czesławem Bieleckim – architektem, publicystą i politykiem, w 2010 roku kandydatem na prezydenta Warszawy

MARIUSZ JANIK: „Ci, którzy już się sprawdzili, powinni kierować grupami środowiskowymi, przedsiębiorstwami, wreszcie wielkim projektem, jakim jest wolna Polska”. Czy polscy samorządowcy spełniają te kryteria, czy mogą należeć do „nowej polskiej elity”, o której pan pisze w książce „Jest alternatywa”?

CZESŁAW BIELECKI: Tylko w części. I bynajmniej nie jest kwestią tylko skala – choć z pewnością zarządzanie metropolią taką, jak Wrocław, jest czymś innym, niż sprawne pełnienie funkcji np. wójta. Skoro dzisiaj mówimy częściej o liderach biznesu niż o menedżerach, to także w polityce nie chodzi o mniej lub bardziej sprawne administrowanie, lecz przewodzenie, kierowanie zmianami, które pchają nas naprzód. Samorząd cierpi lokalnie na te same choroby, które widzimy na poziomie rządowym. Tyle, że z samej natury, szczególnie w mniejszych ośrodkach, władza nie może kompletnie lekceważyć obywateli i wszystkiego kryć dobrym PR-em. Żaden samorząd nie przetrwałby lokalnej katastrofy smoleńskiej, a rządowi się to udało. To był prawdziwy rekord świata w dziedzinie nieodpowiedzialności władzy. Ma szansę utrzymać się przez lata.

Którego z lokalnych liderów w Polsce uznałby pan za wzór idealnego samorządowca? Na czym polega fenomen tego polityka?

Sadzę, że poparcie dla prezydenta Wojciecha Szczurka w Gdyni, czy Rafała Dutkiewicza we Wrocławiu pokazuje ich klasę przywódczą. Nie oznacza to, że nie zdarzały się błędne decyzje (lotnisko w Gdyni – to był drogi żart) czy porażki lokalizacyjnej Wrocławia (kwatery głównej Europejskiego Instytutu Technologicznego). Ale to samorządowcy podobni wymienionym prezydentom miast okazali się lepszymi państwowcami niż kolejni partyjni aroganci w Warszawie.

„Mamy w Polsce tysiące młodych, wykształconych ludzi, znających Europę i świat”. Wygląda jednak na to, że samorządową Polską niepodzielnie rządzą politycy starszego pokolenia – w niektórych miejscach piastujący funkcję już od dwóch dekad. Czy młodzi ludzie nie interesują się lokalną polityką?

To Polska – po Grecji – ma najstarszą klasę polityczną w Europie. Energia, inteligencja, umiejętność budowania zespołu i skuteczność w tworzeniu faktów – tego nie widać po ćwierćwieczu, ani w rządzie, ani w samorządzie. Zdolność podejmowania decyzji to miernik odwagi cywilnej polityka. Choćby ceną tej decyzji była utrata władzy. Przedsiębiorca, gdy podejmuje złe decyzje lub co gorsze, tylko trwa aż do upadku firmy, sam eliminuje się z rynku. Na rynku politycznym niepodejmowanie decyzji okazało się zaletą. Ci przyczajeni, którzy unikali ryzyka, czekając na swoją falę, znaleźli się na szczycie. Im bardziej Polska pozostaje na peryferiach – bez sukcesów w produkcji, nauce, z niedoinwestowaną wysoką kulturą – tym oni pewniej celebrują władzę.

Co decyduje o wieloletnich rządach polityków starszego pokolenia? Przyzwyczajenia wyborców, doświadczenie z wielu lat sprawowania władzy, zakonserwowany układ lokalnych elit?

Społeczeństwo wzbogaciło się, zmieszczaniało, polubiło łatwą konsumpcję. Ale dobrobytu i suwerenności kraju nie da się tak łatwo utrwalić, jak układu elit – także lokalnych. Dlatego potrzebna jest alternatywa dla polityki ciepłej wody w kranie prowadzona pod hasłem: „Nie róbmy polityki, budujmy mosty”. Szczególnie, że za mało powstało mostów, za drogo, i za wolno je budowano.

Wspomina pan o „politykach klasy A”. W oczach swoich przeciwników najlepsi nawet politycy zazwyczaj mogli by się zakwalifikować co najwyżej do „klasy B”. Jak wyborcy mogą rozpoznać uzdolnionego lidera w ogniu wyborczej walki, kiedy większość polityków licytuje się na ilość dostarczonej wyborczej kiełbasy?

To człowiek, który ma charakter, wizję i energię. Buduje mosty w przyszłość. Rozumie, że innowacją nie jest pływalnia z kolorową zjeżdżalnią czy fontanna. To są gadżety, blichtr. Nie zatrzymamy nimi w Polsce ani zdolnych robotników, ani młodych naukowców, wygrywających międzynarodowe olimpiady. Już nasi przodkowie –  Sarmaci – licytowali się na konsumpcję, a nie produkcję skomplikowanych dóbr. Towary luksusowe kupowali za granicą. Eksport zboża i drewna wystarczył im na dwa stulecia leniwego bytowania, aż do upadku Rzeczypospolitej. Wydarzenia na Wschodzie dyktują inny ton polityki. Dlatego usypianie obywateli i kupowanie ich wyborczą kiełbasą to działania antypaństwowe.

Większość jednostek samorządowych w Polsce znajduje się dziś w trudnej sytuacji finansowej. Czy nie grozi nam załamanie się lokalnych budżetów? Jakie mogłyby być jego konsekwencje?

Wiele samorządów zadłużyło się, aby inwestować na większą skalę i absorbować fundusze unijne. Niektóre działania władz lokalnych i centralnych przypominają czasy późnego Gierka. Kredyty trzeba spłacać. Samorządy nie są jak amerykańskie banki – za duże, żeby upaść.

To już ostatnia perspektywa finansowa UE (na lata 2014-2020), w której dla Polski przeznaczono duże środki finansowe. Mnożą się głosy, żeby korzystając z nich po raz ostatni, tym razem wydawać je z myślą o długoterminowych strategiach, a nie zaspokajaniu bieżących potrzeb, typu aquaparki. Jakie powinny być założenia takich strategii?

Dlatego w Polsce potrzebna jest alternatywna polityka i inne myślenie o państwie. Żyjemy na wschodzie Zachodu i potrzebna nam jest polityka z jasnym, średniookresowym celem: silnego, skutecznego państwa – minimum z polityką gospodarczą i obronną na miarę wyzwań, które stworzył imperializm putinowskiej Rosji. A nierząd zaczyna się od marnotrawstwa pieniędzy. Ważniejsza od aquaparków jest droga ekspresowa, łącząca główne ośrodki miejskie na wschodzie i północy, oraz odtworzenie naszej obrony narodowej. Stutysięczna zaledwie armia, w której jest więcej wodzów niż Indian, to kpina z racji stanu.

Co powinno być priorytetem kandydatów do władz samorządowych w zbliżających się wyborach samorządowych?

Ograniczanie rozpraszania wysiłków inwestycyjnych (w tym urbanizacji) i kończenie tego, co rokuje dobrze dla rozwoju produkcji, zatrudnienia i rzeczywistych innowacji. To prawda, że na siłę Polski składa się energia małych ojczyzn. Ale tylko, dopóki lokalne elity nie wynoszą ponad interes Rzeczypospolitej każdego prywatnego i lokalnego interesu.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

PÓŁ ROKU ZA NAMI

Napisane przez

Pierwsze sześć miesięcy 2014 r. już za nami. Czas na przygotowanie informacji półrocznych z realizacji budżetów jednostek samorządu terytorialnego. Czas pierwszych podsumowań, analiz oraz – być może – podejmowania decyzji w sprawie korekty planów finansowych. Można też dokonać oceny, na ile potwierdziły się obawy wyrażane kilka miesięcy temu w związku ze szczególnymi  uwarunkowaniami roku 2014.

Szczególne uwarunkowania roku 2014 to przede wszystkim przejście między okresami programowania finansowego Unii Europejskiej oraz fakt, że bieżący rok to rok wyborczy. Czyli z jednej strony spodziewać należało się tendencji do wskazywania nowych inicjatyw zmierzających do poprawy życia mieszkańców poszczególnych jednostek samorządu terytorialnego – jako haseł pozwalających zdobyć poparcie wyborców. Z drugiej strony przewidywano mniejsze niż w latach poprzednich możliwości jednostek samorządu terytorialnego w zakresie sięgania po środki europejskie, szczególnie związane z realizacją nowych projektów. W przypadku małych jednostek samorządu terytorialnego nakładają się na te okoliczności dodatkowo kłopoty z nową formułą zadłużenia. Czy po zakończeniu pierwszego półrocza można potwierdzić, że obawy były uzasadnione?

Na środki przyjdzie jeszcze poczekać

W pierwszej kolejności spójrzmy, jak wygląda sytuacja z możliwością finansowania   zadań samorządowych środkami z Unii Europejskiej. Tak, jak należało się spodziewać, z bieżących informacji płynących ze strony instytucji odpowiedzialnych za programowanie wydatkowania środków europejskich, prace nad programami operacyjnymi na lata 2014-2020 rozwijają się dynamicznie. Co oznacza w praktyce, że na środki z nowej perspektywy finansowej musimy jeszcze trochę poczekać. Chociaż mamy już za sobą siedem miesięcy pierwszego roku kolejnego okresu programowania.

Jednakże po raz kolejny okazuje się, że na pomoc beneficjentom środków europejskich przychodzi reguła n+2. Myślę o regule obowiązującej przy rozliczaniu środków europejskich pozwalającej realizować finansowanie projektów w ciągu dwóch lat po zakończeniu okresu programowania. W praktyce oznacza to, że jeżeli dostępne europejskie środki finansowe w ramach perspektywy 2007-2013 zostaną zakontraktowane, to ich rozliczenie będzie możliwe do końca roku 2015. Programując, dla przykładu, w ramach regionalnego programu operacyjnego realizację modernizacji drogi w roku 2012 lub 2013, jej wykonanie może przypadać na lata 2014-2015. Bowiem przyjmuje się słuszne założenie, że – szczególnie w przypadku projektów inwestycyjnych – powinniśmy przewidywać kilkuletnią ich realizację. Zasada ta w swoim założeniu wspiera, a przynajmniej usprawiedliwia powstawanie opóźnień w działalności instytucji zarządzających wydatkowaniem środków publicznych. Na każdym poziomie.

Można przecież zadać pytanie, dlaczego przygotowując się do nowego okresu programowania jednostka samorządu terytorialnego nie może posiadać przygotowanych zadań inwestycyjnych. Pozwoliło by to na wykorzystanie środków w szybszym tempie, i nie trzeba byłoby zwlekać z rozliczeniem zadania dwa lata po zakończeniu okresu programowania. Mieszkańcy gminy, powiatu czy województwa mieliby szanse wcześniejszego korzystania z dobrodziejstw, jakie niesie ze sobą członkostwo w Unii Europejskiej. Jestem przekonany, że w sposób wyraźny zwiększyłoby to poparcie dla polityki prowadzonej przez Komisję Europejską. Tyle tylko, że – jak zauważyłem wcześniej – pomimo iż od ponad pół roku trwa nowy okres programowania, w dalszym ciągu procedowane są kwestie zapisów w programach operacyjnych, będące podstawą do wydatkowania środków europejskich.

Jak wynika z doświadczeń prac programistycznych, zarówno dla lat 2004-2006, jak i 2007-2013, opóźnienie we wdrażaniu procedur pozyskiwania i wykorzystania dostępnych środków europejskich jest normą. Oznacza to, że na etapie przygotowania programów mamy swoisty falstart. A to automatycznie przekłada się w dalszej kolejności na harmonogram działań kolejnych szczebli osób zarządzających funduszami unijnymi. Jak w takim razie wymagać od beneficjentów środków europejskich, w tym jednostek samorządu terytorialnego, by przygotowywały projekty w terminie pozwalającym rozliczać dostępne środki w okresach programowania?

Kwestia oszczędności

Oczywiście zasada n+2 ma szczególne znaczenie dla wykorzystania tzw. oszczędności występujących w poszczególnych programach operacyjnych. Z jednej strony ich źródłem są tzw. oszczędności poprzetargowe. Czyli różnica między oszacowaną przez zamawiającego wartością zamówienia, a ceną zaproponowaną przez wybranego wykonawcę. Innym źródłem oszczędności są niezrealizowane projekty. Jeżeli, dla przykładu, jednostka samorządu terytorialnego planowała modernizację systemu informatycznego – i projekt ten nie został z różnych powodów zrealizowany – pozostają niewykorzystane środki finansowe. Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku, instytucja zarządzająca programem operacyjnym może ogłosić nabór do konkursu w ramach kolejnej edycji. Często oznacza to nabór w czasie gdy ku końcowi zmierza perspektywa finansowa.

Z punktu widzenia dodatkowych naborów regułę n+2 należy więc bezwzględnie ocenić pozytywnie. Ale – co ważne z punktu widzenia naszych rozważań – reguła n+2 pozwala na realizację projektów finansowanych ze środków europejskich również w okresie przejściowym. Pomimo braku możliwości przygotowywania  nowych projektów i przedstawiania ich w trakcie kampanii wyborczej, w różnych miejscach kraju odbywają się uroczyste odbiory kolejnych odcinków dróg, mostów czy obiektów współfinansowanych ze środków europejskich. Oczywiście, że w tym przypadku należy mówić wyłącznie o pozytywnej ocenie reguły n+2 przez aktualnie sprawujących władzę. Można w tym miejscu zadać pytanie retoryczne: czy perspektywa wyborcza nie wpływa na sposób planowania poszczególnych projektów finansowanych ze środków zewnętrznych?

Wracając jednakże do wstępnej oceny pierwszego półrocza w zakresie gospodarki finansowej jednostek samorządu terytorialnego trzeba zwrócić uwagę, że generalnie nie można zaobserwować jakiegoś szczególnego zachwiania budżetów jednostek samorządu terytorialnego w obszarze dochodów. Nie nastąpiło załamanie  finansowania samorządów przez ministerstwo finansów w drodze subwencji z budżetu państwa.

Przede wszystkim należy jednak pozytywnie ocenić fakt, że dochody podatkowe są realizowane na poziomie zadowalającym. Co prawda, z ubiegłorocznych deklaracji pana premiera w sprawie zakończenia kryzysu, można było spodziewać się powrotu wielkości strumieni podatkowych z okresu poprzedzającego lata kryzysu. Jednakże, dokonując oceny poziomu wysokości podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT) uzyskanego w pierwszej połowie bieżącego roku, szczególnie przy porównaniu  do wyników lat poprzednich, można zauważyć progres. Cieszyć powinno to szczególnie gminy i powiaty. Również wpływy podstawowego źródła dochodów własnych samorządów województw, czy podatku dochodowego od osób prawnych (CIT), nie wyglądają źle w stosunku do poprzednich lat. Nie trzeba nikogo przekonywać, jak ważna dla sektora samorządowego jest stabilizacja w zakresie wysokości dochodów własnych.

Tempo realizacji wydatków

Z punktu widzenia oceny półrocznej informacji z realizacji budżetów jednostki samorządu terytorialnego, znacznie bardziej jednakże niż na dochodach uwaga opinii społecznej skupiona jest na tempie realizacji wydatków. A co za tym idzie, stopniu wykonania zadań zaplanowanych przez poszczególne jednostki sektora finansów publicznych. Wydaje się, że w tym aspekcie nie nastąpiło również jakieś szczególne odchylenie od dotychczasowych standardów. Można mówić o pewnym wzroście realizacji wydatków w stosunku do lat poprzednich. Jest to zapewne pochodna zwiększenia strumienia środków europejskich, w związku z koniecznością rozliczania szeregu projektów finansowanych w ramach zakończonej perspektywy finansowej. Czyli chodzi o praktyczne wykorzystanie reguły n+2.

Obserwujemy, jak zwykle, znaczną różnicę w tempie realizacji zadań bieżących oraz inwestycyjnych. Ale stosunkowo niskie wykonanie wydatków inwestycyjnych wiąże się z długością cyklu inwestycyjnego. A co za tym idzie, z harmonogramami płatności przewidującymi kolejne raty płatności w drugiej połowie roku. Ten zaś powoduje, że pod koniec roku zwykle zmniejszają się różnice między wykonaniem wydatków bieżących a inwestycyjnych.

Dokonując wstępnej oceny minionego półrocza, wydaje się, że obawy dotyczące finansów samorządowych w roku 2014 nie potwierdziły się. Realizacja zadań odbywa się poprawnie. Poniekąd umożliwiły to dostępne źródła dochodów. Jednocześnie – mimo wcześniejszych uwag – trzeba przyznać, że nie zaobserwowałem jakiejś szczególnej gorączki oddawania kolejnych inwestycji w kontekście zbliżających się wyborów. Można odnieść wrażenie, że szczególnie w obszarze wielkich miast prezydenci zdają się opierać nadchodzącą kampanię o dokonania całej kadencji. Jako szczególny można wskazać przypadek Stołeczno-Królewskiego Miasta Krakowa, gdzie mamy raczej do czynienia z tendencją wycofywania się z nadmiernych wydatków. Myślę w tym miejscu o rezygnacji ze starania się o organizację olimpiady w roku 2022. Przy czym, oczywiście, rezygnacja ze starania się o organizację zimowej olimpiady była wynikiem referendum. Ale nie ukrywajmy, że moment, w jakim referendum w Krakowie się odbyło, nie był raczej przypadkowy.

niedziela, 24 sierpień 2014 00:00

Gmina turystyczna

Napisane przez

Turystyka to na całym świecie jeden z najbardziej dochodowych biznesów. Żyją z niej miliony ludzi, a dla wielu państw stanowi podstawowe źródło dochodu. Także w Polsce, choć może wolniej, niż chcielibyśmy, turystyczny biznes zaczyna być doceniany i coraz więcej ludzi zupełnie nieźle na nim zarabia. W ostatnich latach zwłaszcza, jak grzyby po deszczu, powstawały hotele i pensjonaty, centra rozrywkowe, parki wodne i jurajskie, nowe kąpieliska. W internecie aż gęsto od reklamujących je stron internetowych. Jak się to wszystko ma do ofert z krajów, od lat będących potęgami turystycznymi, to zupełnie inna sprawa. Ważne jest jednak, że coś się dzieje i że nie od razu Kraków zbudowano. Cieszy także, że do tego ogólnokrajowego trendu coraz szerzej włączają się gminy.      

Jeśliby użyć szerokiego znaczenia tego słowa, „turystyka” trafiła „pod strzechy” bardzo dawno temu i wbrew rozmaitym opowieściom, jej znaczenie biznesowe dla miejscowości czy regionu było doceniane zarówno przez właścicieli ziemskich, jak i przez lokalne władze. To przecież nie za naszych czasów do historycznych nazw miejscowości zaczęto dodawać słowo „letnisko”. Dzięki temu mamy dzisiaj Garbatkę Letnisko, Żarki Letnisko, Jedlnię Letnisko, Popowo Letnisko oraz bardzo wiele innych „letnisk”. Niegdyś – przed wojną – jeżdżono „na letnisko”, znaczy na wieś, bo „letnisko”, to właśnie była wieś. A dokładniej – zaprzyjaźniony wiejski pensjonat, w którym spędzało się wakacje każdego roku, bądź zaprzyjaźniony rolnik, który wynajmował jedno lub więcej pomieszczeń. Wyjazd z miasta „na letnisko” należał do dobrego tonu, czy wręcz obowiązku, co przecież dobrze znamy z literatury okresu międzywojennego. Cechą charakterystyczną tego rodzaju wypoczynku była ogromna gościnność i serdeczność gospodarzy, przyjmujących letników, tworząca przyjacielski, czy wręcz rodzinny klimat. Letnicy potrafili to docenić i odwzajemnić, np. w przedwojennej Urli nad Liwcem warszawiacy założyli Stowarzyszenie Miłośników Urli, liczące blisko stu członków.

Po wojnie, z powodów oczywistych, „letniskowe” tradycje mocno podupadły, za to pojawiły się „wczasy pod gruszą”. Początkowo określenie to oznaczało dopłaty pracodawcy do wypoczynku wakacyjnego pracownika, organizowanego we własnym zakresie, ale stosunkowo szybko nabrało sensu dosłownego i uzyskało trwałe miejsce w języku potocznym. Tym sposobem „wczasy pod gruszą” stały się peerelowskim synonimem przedwojennego letniska. Potem, w ramach dynamicznie rozwijającej się nowomowy, pojawiło się określenie „agroturystyka”, które przetrwało do dnia dzisiejszego i miewa się całkiem nieźle. Nie o semantykę tu jednak chodzi ale o to, co obecnie ta „agroturystyka” oznacza. Ze statystyk wynika, iż branża agroturystyczna oferuje ponad 60 tys. miejsc noclegowych, zlokalizowanych w ponad 5,5 tys. obiektów. W skali roku korzysta z nich 6-7% Polaków. No właśnie - dużo to czy mało? Pewnie mało, problem jednak nie sprowadza się wyłącznie do miejsc noclegowych i nie tylko w tych kategoriach powinien być postrzegany.

Zdaniem specjalistów zaledwie połowa gmin jest zainteresowana rozwojem turystki na swoim terenie. Jeśli jest to prawda, dziwić się należy mocno, bowiem każda polska gmina jest gminą turystyczną, choć wiele z nich o tym nie wie, albo wiedzieć nie chce. W każdej jest coś do pokazania, coś do obejrzenia, są miejsca, jakich nie ma gdzie indziej, są rzeczy ciekawe i niepowtarzalne. Chodzi o to, aby umieć te walory dostrzec i odpowiednio wykorzystać. Przykładów, jak z powodzeniem udało się to zrobić, jest dużo i liczba ta systematycznie rośnie. Nie szukając daleko – dzięki Parkowi Jurajskiemu w Bałtowie każdego roku gminę odwiedza kilkaset tysięcy osób.

Nieprawdziwe są argumenty, że szkoda zachodu, bo i tak nie wygra się konkurencji ze znanymi kurortami czy wczasowiskami, podobnie jak twierdzenia, że w turystyczny interes od razu trzeba włożyć wielką kasę. Wszystko otóż zależy od tego, jak do problemu podejdziemy. Doświadczenie pokazuje, że aby oferować miejsca noclegowe, nie trzeba zaraz budować Hiltona. Poza lokalnymi atrakcjami, które znaleźć bądź zorganizować można wszędzie, tak, jak na przedwojennych „letniskach” atutem stać się powinna serdeczna i rodzinna atmosfera, przyjacielskie związki pomiędzy gospodarzami a letnikami, utrwalane w kolejnych latach. Ale także – dobrze zaopatrzone i otwarte w odpowiednich godzinach sklepy, kawiarenki, winiarnie, dyskoteki, oczywiście wszystko to z miłą, sympatyczną i życzliwą obsługą. Do tego naprawdę nie potrzeba wielkich pieniędzy ani szumnych programów „zrównoważonego rozwoju” – pieniądze przyniosą „turyści”, a ich preferencje wskażą „kierunki rozwoju”. Potrzeba tylko chęci, gospodarskiego oka i zdrowego rozsądku.

Strona 2 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY