Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 84.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 83.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 77.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 54.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 85.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

Sierpień 2014

Sierpień 2014 (17)

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

ZOSIA SAMOSIA

Napisane przez

Ministerstwo Zdrowia ponownie wylewa dziecko z kąpielą. Miało być mniej biurokracji, będzie jeszcze więcej wyciętych drzew. Od stycznia 2015 roku pacjent nie dostanie się bez skierowania do dermatologa i okulisty.

Taki zapis widnieje w nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych. Dziennikarze zasypują pytaniami, ministerstwo odpiera ataki. Uzasadnienie wprowadzenia skierowań – co najmniej dziwne.

Od lat tak okulista, jak i dermatolog przyjmowali chorych bez poprzedzającej wizyty u lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. To pacjent decydował o konieczności takiej porady. Rzekomo lekarze rodzinni są pomijani przez chorych, ci bowiem z grzybicą lub zapaleniem spojówek, czy jęczmieniem – od razu biegną do specjalistów. Nowelizacja ma uporządkować system.

Czy jest to realne? Na tym polu najbardziej widać brak konsultacji podczas pracy nad nowelizacją ustawy ze środowiskiem lekarzy pracujących w podstawowej opiece zdrowotnej i ze specjalistami. Przecież wystarczy prześledzić, jak wiele leków okulistycznych, bądź dermatologicznych, jest wypisywanych na receptach przez lekarzy rodzinnych. I nie zawsze chodzi o kontynuację leczenia specjalistycznego.

Mieszkaniec małej miejscowości, nim pomyśli o leczeniu u dermatologa, pokazuje niepojące zmiany skórne swojemu lekarzowi. Podobnie zachowuje się, gdy cierpi na zapalenie spojówek. Lekarz bada i podejmuje leczenie. Na konsultację specjalistyczną wysyła jedynie w uzasadnionych przypadkach. Tak było do tej pory.

Jak będzie od stycznia przyszłego roku? Lekarz rodzinny będzie leczył swoich chorych jak dotychczas. Wydłuży się jednak czas oczekiwania na wizytę. A to za sprawą tych, którzy będą przychodzić „tylko po skierowanie”. Od stycznia każdy pacjent, chcący zmienić okulary, będzie musiał najpierw oznajmić to lekarzowi rodzinnemu, by uzyskać skierowanie. Wydłuży to kolejki w POZ, nie zmniejszy ilości oczekujących na poradę specjalistyczną. Moi pacjenci z problemami skórnymi będą się mnie radzić, jak do tej pory – tyle, że nie wystarczy już przekierowanie ustne do specjalisty, trzeba będzie wypełnić kolejny druk kosztem czasu poświęconego innym pacjentom.

Rozumiem poniekąd ministerstwo. Ma miejsce zjawisko nadkonsumpcji usług, zarówno w podstawowej opiece zdrowotnej, jak i w specjalistyce. Ilością porad udzielanych przez lekarza rodzinnego nikt się nie przejmuje. Płaci się przecież stawkę kapitacyjną, czyli uśrednioną, w miesięcznych transzach, więc – zgodnie z myśleniem urzędników – dokładać pracy w POZ można w nieskończoność. Inaczej wygląda sytuacja z poradami u specjalistów: tutaj każda usługa jest opłacana zgodnie z wyceną punktową. Dołożyć punktów/porad nikt nie chce, więc postanowiono zmniejszyć ilość zainteresowanych poradą poprzez zmuszenie pacjentów do leczenia się u lekarza rodzinnego.

Doprawdy, nie wiem, skąd bierze się przekonanie o ustawicznym przekierowywaniu chorych do poradni specjalistycznych. Zapomina się, że w dobie internetu znacznie wzrosła świadomość naszego społeczeństwa i stąd wzrost zapotrzebowania na porady specjalistyczne. Rzeczywiście, jest grupa osób nadmiernie wykorzystujących możliwości systemu opieki zdrowotnej. To często osoby starsze, schorowane, wymagające wsparcia środowiskowego. Z braku zajęcia potrafią odwiedzić swojego lekarza rodzinnego kilka razy w jednym tygodniu. To po receptę, to po skierowanie na badania, to znowu, by dopytać. Niekiedy „przepadają” na dłużej, bo zasilają wtedy poczekalnie w poradniach specjalistycznych.

Oczywiście, nikt nie odbiera im prawa do leczenia. Nie podlega jednak dyskusji, że to jest właśnie blokowanie miejsc w kolejkach do lekarza – i tego z POZ, i specjalisty. Może ministerstwo zajęłoby się rozwiązaniem tego problemu? Lekarze skupieni w organizacjach związkowych są otwarci na współpracę celem znalezienia systemowych rozwiązań. Do tej pory odrzucone zostały wszelkie propozycje lekarzy-praktyków. Była szansa na poprawienie błędnych zapisów przy konstruowaniu nowelizacji ustawy o opiece zdrowotnej. Kolejny raz punkt widzenia uzależniony był od punktu siedzenia. Pominięto uwagi środowisk świadczących usługi medyczne. Czy w takiej sytuacji może być dobrze w systemie opieki zdrowotnej w naszym kraju? Niestety, nie. Minister Zdrowia nikogo nie słucha. To taka Zosia Samosia.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

IDA RUSZA PO OSCARA

Napisane przez

We wszystkich rankingach potencjalnych kandydatów do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej „Ida” plasuje się bardzo wysoko. To tytuł, który budzi emocje i jest o nim głośno – twierdzi dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Agnieszka Odorowicz. Film Pawła Pawlikowskiego został polskim kandydatem do najsłynniejszej nagrody świata.

Nominacja została uchwalona jednogłośnie przez specjalną komisję powołaną w lipcu przez minister kultury, prof. Małgorzatę Omilanowską. – Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że w kategorii „Najlepszy Film Nieanglojęzyczny” film Pawlikowskiego ma największe szanse – podkreśla Odorowicz, która znalazła się w składzie komisji. – To wspaniały film, który nie bez przyczyny zyskał takie uznanie i znakomite recenzje na całym świecie. Jest nie tylko świetną wizytówką wszystkich twórców, którzy brali udział w jego powstaniu, ale i całej naszej kinematografii – dodaje.

Nie bez znaczenia jest fakt, że „Ida” triumfalnie przemierzała świat przez ostatnich kilka miesięcy, zdobywając na festiwalach około trzydziestu nagród, a przede wszystkim: udanie szturmując amerykańskie kina. Recenzje tego dramatu zostały opublikowane w najbardziej prestiżowych amerykańskich dziennikach. Według przewodniczącego „oskarowej” komisji – reżysera Filipa Bajona – aktualny box office filmu w USA to 3,5 mln dolarów, co przekłada się na 400-450 tysięcy widzów.

A to dopiero początek. Międzynarodowa premiera filmu odbyła się dokładnie rok temu, podczas 40. Telluride Film Festival, na dwa miesiące przed polską premierą. Od tamtej pory „Idę” zobaczyło pół miliona Francuzów, 100 tysięcy Włochów, kilkadziesiąt tysięcy Hiszpanów i tyle samo – Holendrów. W USA początkowo wyświetlano go w trzech kinach, w ciągu kilku miesięcy liczba ta wzrosła wielokrotnie – do 134 ekranów w apogeum popularności. Wciąż sytuuje się ona poziomie ponad trzydziestu ekranów. Dla amerykańskiej publiczności – i krytyków – „Ida” nie będzie więc terra incognita.

Podbój świata trwa: po Argentynie, Australii, Austrii, Belgii, Japonii, Kanadzie, Niemczech, Norwegii, Nowej Zelandii, Szwajcarii i Tajwanie, w kolejce czekają kolejni zainteresowani dystrybutorzy – z Wielkiej Brytanii, Irlandii, Danii, Szwecji. Można śmiało przypuszczać, że film Pawlikowskiego będzie nie tylko artystycznym czy komercyjnym sukcesem – ale też lepszą promocją Polski niż jakakolwiek kampania promocyjno-reklamowa. Ot, jeszcze jeden dowód, że interes państwa może się też wyrażać poprzez wspieranie artystów.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

POWSTAŃCZA SUPERPRODUKCJA

Napisane przez

Tempo – niczym z kina akcji, efekty – jak z batalistycznych superprodukcji, do tego miłosny trójkąt i odcięcie się od wszystkiego, co przypomina dzisiejsze spory o sens Powstania Warszawskiego. „Miasto ‘44” miało być spektaklem, który połączy widzów – zwłaszcza młodszych – i tych starszych. I jeśli ci pierwsi są pod wrażeniem, szczególnie po pokazie na Stadionie Narodowym, ci drudzy oglądali film z bardziej mieszanymi uczuciami.

Punkt wyjścia? 20-letni mniej więcej Stefan – wbrew matce – idzie na zbiórkę szykujących się do powstania członków podziemia. Robi to z rozmaitych zapewne powodów: chęci stania się dojrzałym mężczyzną, zyskania aury bohatera, ale i dla dziewcząt – Kamy i Biedronki, które wraz ze Stefanem zaplotą wątek skomplikowanych uczuć.

Po tej skromnej uwerturze zacznie się właściwa część widowiska stworzonego przez Jana Komasę: najkrócej definiowalna jako „deszcz krwi”. Dosłownie, bowiem po wybuchu czołgu-pułapki taki spadnie na bohaterów „Miasta”, i w przenośni – gdyż reżyser chciał pokazać widzom spektakularne okrucieństwo wojny, wybuchających bomb, jakiego jeszcze w polskim kinie nie było. I jeśli zaczyna się skromnie – od pierwszych ofiar po obu stronach, pierwszych strzałów, bardziej rozbudowanych dialogów, naprędce streszczających ówczesne oczekiwania, motywy wybuchu powstania, nastroje w mieście, to kończy się już apokaliptycznym ciągiem wstrząsających wojennych obrazów. Powoli gubimy wątek pojedynczego powstańczego losu na rzecz panoramy dwóch miesięcy hekatomby milionowego miasta.

Ale o to też chodzi. „Miasto ‘44” powstawało osiem lat nie po to, by pokazać kilkoro młodych ludzi, usiłujących przeżyć pośród świstających dokoła kul – to byłby drugi „Kanał”. Ten film miał uderzać rozmachem w taki sposób, by był zrozumiały dla widzów w każdej sali kinowej na świecie. I tak może się stać, choć „Miasto ‘44” w ten sposób może trafić na półkę szczelnie już zapełnioną superprodukcjami z innych krajów europejskich, Ameryki czy Azji, gdzie kino wojenne zachowuje wciąż wyjątkową popularność.

– Aby wyobrazić sobie powstanie, nie myślałem o „Kanale” Wajdy, tylko o arabskiej wiośnie, wojnie w Syrii, rewolucji ukraińskiej. Pojechałem nawet na Majdan, żeby się przekonać, jak taki zryw wygląda. Dla mojego pokolenia, nie pamiętającego nawet stanu wojennego (urodziłem się w 1981 r.) to są rzeczywiste punkty odniesienia – mówił w jednym z wywiadów Komasa, znany wcześniej raczej z filmów adresowanych do rówieśników i o nich opowiadających („Oda do radości”, „Sala samobójców”).

I chyba właśnie do tych ostatnich w największym stopniu adresowane jest „Miasto ‘44”. Jego bohaterowie są równie skupieni na sobie, jak współcześni nasto- i dwudziestolatkowie. Są osobni, są elitą, sercem, temperamentem, zaangażowaniem odstający od otoczenia. Od współczesnych równolatków różni ich jedno: wielka idea. – Zdałem sobie sprawę z własnej beztroski – kwitował Komasa swoje rozmyślania przed powstaniem filmu. – Z tego, że nigdy nie myślałem o wielkich ideach, odrzucał mnie nasz romantyzm. Jakbym nie widział kolorów, których niedostrzeganie jest ślepotą – dodawał.

Twórcy filmu mają nadzieję, że „Miasto ‘44” ponownie skłoni Polaków do rozmawiania, również o sprawach trudnych. Czy można się tego spodziewać? „Miasto ‘44” raczej nie nawiązuje do współczesnych sporów o powstanie – nie ma tu słowa o sporach toczonych przez dowódców AK, z których jedni parli do wywołania powstania, inni mieli pełną świadomość, że skończy się ono kompletną klęską. Nie ma tych, którzy wysyłali podwładnych na misję, których sens był niewielki, za to ryzyko śmierci – stuprocentowe.

Jest widowisko. – Gdybym miał najdosadniej opisać swoje wrażenie, porównałbym „Miasto ’44” do tunelu okropności w wesołym miasteczku, przez który w ciemnościach przejeżdżają zakochane pary, mijając kolejne stacje grozy – pisał krytyk „Gazety Wyborczej” po przedpremierowych pokazach. Być może efekt ten potęguje fakt, że choć twórcy zastrzegali, że trzymają się realiów epoki, film został skonstruowany na efektach specjalnych, muzyce i ekspresji aktorskiej kojarzących się dobitnie z kinem w pełni współczesnym? Tak czy inaczej, „Miasto ‘44” warto zobaczyć – choćby po to, żeby ocenić, czy mamy do czynienia z „wideoklipem” – jak sarkają krytycy filmu – czy też „arcydziełem”, jak chcieliby ci, którzy w zachwycie opuszczali 1 sierpnia Stadion Narodowy.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

DEBATA O „CHOMIKU” W RAMACH SKRYTYKUJ!

Napisane przez

W kolejnej odsłonie kampanii Skrytykuj!, promującej świadomą dyskusję o kinie wśród młodzieży, poza konkursami odbywają się również debaty młodych krytyków filmowych z młodzieżą ze szkół ponadgimnazjalnych.

26 maja Błażej Hrapkowicz dyskutował z uczniami o filmie „Chomik” w reżyserii Bartka Ignaciuka. Debata towarzyszyła otwarciu Pracowni Filmoteki Szkolnej w Liceum Plastycznym im. Artura Grottgera w Supraślu.

Mały spadochroniarz

„Chomik” w reżyserii Bartka Ignaciuka to absurdalna, pełna zaskakujących wydarzeń opowieść o chomiku Przemku, który odniósł poważne obrażenia w wyniku przykrego incydentu… Ukochane zwierzę starszego małżeństwa, Marii i Wacława, zostało wyrzucone przez okno przez ich dziewięcioletniego wnuka. Przemek zaopatrzony w spadochron z chusteczki i żółty plastikowy kask, niestety, nie miał miękkiego lądowania. Spadochron nie spełnił swojej funkcji. Nad powrotem do zdrowia Przemka czuwa weterynarz, policjant oraz pracownik sklepu zoologicznego, którzy wspólnie przeprowadzają na Przemku operację.

Pierwsze ujęcie

Błażej Hrapkowicz rozpoczął dyskusję z młodzieżą od zwrócenia uwagi na to, jak ważne jest pierwsze ujęcie, pierwsza scena filmu. W „Chomiku” w pierwszej scenie widzimy dom nocą, księżyc. Gimnazjaliści stwierdzili, że film zaczyna się jak horror, ponadto muzyka także wprowadza nastrój grozy. – Czy zwróciliście uwagę, jak budynek jest filmowany w pierwszym ujęciu? – pytał Hrapkowicz. Młodzież słusznie zauważyła, że w pierwszej scenie dom filmowany jest od dołu, z „żabiej perspektywy”. – Żabia perspektywa jest takim środkiem wyrazu w kinie, który sprawia, że to, co widzimy na ekranie jest wyolbrzymione, wydaje się nam groźniejsze” – tłumaczył krytyk. – Bardzo ważne jest pierwsze ujęcie filmu. Reżyser nam daje sygnał pierwszym ujęciem, jakiego tonu i nastroju będzie szukał i do jakiego gatunku będzie się odnosił. Pierwsze ujęcie ustanawia nam perspektywę – mówił dalej.

Na granicy horroru i komedii

Pierwsza scena w „Chomiku” jest wyjęta z horroru – ale dla młodzieży film nie jest w całości zrealizowany w tym gatunku. Uczniowie znaleźli w nim także elementy komedii i groteski. Krytyk przypomniał słowa Sama Raimiego, reżysera słynnego horroru „Martwe zło”: „Dwa najbliższe sobie gatunki to horror i komedia. Śmiech może być obroną przed strachem, a horror może płynnie przechodzić w komedię”. Jedna z uczennic przyznała, że śmieszył ją żółty kask chomika. Dla innej, położenie chomika na stół operacyjny oraz wykonanie na nim „poważnej” operacji było absurdalną sytuacją w filmie.

Bohater w kadrze

Kolejną omawianą kwestią był sposób kręcenia postaci bohaterów w poszczególnych scenach. Grupa uczniów stwierdziła, że w jednej ze scen główny bohater był kręcony z góry. Prowadzący przyznał, że to, w jaki sposób są kręceni bohaterzy w kadrze jest bardzo ważne. Jeżeli są ustawieni na równi, sugeruje to, że są równi sobie, np. w wymiarze społecznym. Młodzież dostrzegła, że poprzez sceny, gdzie bohaterowie kręceni są z góry, reżyser chce pokazać, który z bohaterów jest ważniejszy, który dominuje. Licealiści przywołali wiele scen filmu, w których za pomocą sposobu, w jaki zostały nakręcone, pokazana jest dominacja lub relacja między bohaterami.

Montaż a czarny humor

Dowcip można w filmie wprowadzać poprzez jego montaż. Uczniowie przywołali scenę, w których widoczny jest bardzo szybki montaż ujęć, szybkie najazdy kamery. W tej scenie chomik jest na stole operacyjnym, a weterynarz mówi właścicielom zwierzęcia, że jest z nim wszystko w porządku. Hrapkowicz wytłumaczył uczniom, że to działanie oparte na zasadzie kontrastu, że w tej scenie ukazano, jak słowo może się łączyć z obrazem – i jak jedno z drugim się komunikuje w filmie.

Szybki montaż wprowadza w filmie również groteskę, która wcześniej została dostrzeżona przez licealistów, ale także brutalność i makabrę – a one prowadzą do horroru. Jeden z uczniów zauważył, że brutalność i makabrę potęguje mocna muzyka w niektórych scenach, np. kiedy chomik niesiony jest w pudełku do weterynarza. Uczniowie zapytani o to, czy dostrzegają w filmie proste formy dowcipu przywołali scenę z „Chomika”, w której jeden z bohaterów spada z krzesła. Błażej Hrapkowicz wytłumaczył im, że jest to scena wzięta z komedii slapstickowej. Dowcip w tego typu komedii polega na tym, iż bohaterom ciągle coś się przytrafia, zwykle „nieszczęścia”. Jest oparty na gagach.

Krytyczny portret

Uczniowie – wraz z prowadzącym – doszli do konkluzji, że film „Chomik” w reżyserii Bartka Ignaciuka świetnie pokazuje, jak przy nierealistycznej konwencji, połączeniu horroru i komedii, przy użyciu banalnych środków, można ukazać krytyczny portret rodziny i małej społeczności. Portret ten jest przedstawiony w słodko-gorzki sposób, poprzez humor pokazuje smutną rzeczywistość.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

DALEKO OD ELDORADO, BLISKO DO PRZECIĘTNEJ

Napisane przez

Obroty polskiej branży turystycznej w 2013 roku szacuje się na sumę 85,7 miliarda złotych. Z pozoru tort do podziały jest olbrzymi, ale w gruncie rzeczy – w porównaniu do innych krajów europejskich, nawet tych sąsiednich – branża turystyczna jest u nas niezbyt rozwinięta. Samorządy i instytucje widzą tu zatem pole do popisu, dlatego w całym kraju zaczynają się mnożyć inicjatywy adresowane do turystów.

14 milionów odwiedzin cudzoziemców oraz 40 milionów wyjazdów Polaków, w sumie 63 miliony noclegów – to w zaokrągleniu pula, którą musiała podzielić branża turystyczna w ubiegłym roku. Cudzoziemcy wydają średnio 79 dolarów dziennie, na pobyt w Polsce przeznaczają w sumie około 1600-1700 złotych. W tej grupie warto zapolować na Amerykanów, Kanadyjczyków, Australijczyków, Japończyków, Koreańczyków – oni z reguły dysponują budżetem dwa razy większym. Ale i niektórzy Europejczycy są skłonni wydawać powyżej średniej: tu wyróżniają się Austriacy, Francuzi i Włosi. Przy krajowym turyście – planującym zamknąć budżet na podróże w sumie nieco ponad tysiąca złotych – wydają się być znacznie lepszym targetem.

Czar metropolii

W rankingach zdecydowanie królować będzie stolica. Choć Warszawa nie należy do najatrakcyjniejszych, a zarazem najdroższych, miast kontynentu – to z wspólnego „tortu” wykroiła mniej więcej jedną dziesiątą: 8,5 mld złotych. Przeciętny turysta był w stolicy około trzech dni – 2,7 mln osób wykupiło 4,6 mln noclegów. Ale nie powinno nas to dziwić o tyle, że statystyki nie czynią dokładnego rozróżnienia między podróżami typowo „urlopowymi” a służbowymi. Statystyczna średnia może sugerować, że te drugie stanowią znaczną część wizyt w Warszawie ogółem.

Nieco inaczej wygląda to w przypadku drugiego pod względem atrakcyjności miejsca w Polsce: Krakowa. Krakusi są na polu turystyki bardzo aktywni: w 2013 r. przyciągnęli aż 9,2 mln turystów, którzy w samym mieście wykupili około czterech milionów noclegów. Ich wydatki są różnice szacowane – Małopolska Organizacja Turystyczna podaje, że wydali oni pod Wawelem 4,8 mld złotych, ale już serwis Money.pl szacował niedawno, że może chodzić nawet o 6,5 mld złotych. Co więcej, inwestorzy z branży hotelarskiej wyraźnie stawiają na to miasto: w Krakowie funkcjonuje już 155 obiektów tego typu (ponad 60 obiektów więcej niż w Warszawie), kilka kolejnych jest w budowie, kolejne są w stadium planowania. Urzędnicy zajmujący się planowaniem przestrzennym mają pełne ręce roboty, a ceny najatrakcyjniejszych kamienic na Starówce idą w dziesiątki milionów złotych.

Za tymi metropoliami gonią i inne. Przodują Gdańsk (630 tys. turystów i 1,5 mln sprzedanych noclegów), który wraz z resztą Trójmiasta miałby szansę dogonić wspomniane Warszawę i Kraków – w sumie trójmiejska branża sprzedała w ubiegłym roku niemal 2,4 mln noclegów, zarabiając ok. 3,5 mld zł, z czego sam Gdańsk to 2,3 mld zł. W tym roku może być nawet lepiej. W Sopocie „obłożenie” bazy noclegowej w sezonie wakacyjnym sięgnęło niemal idealnie 100 procent, a miejscowi uważają, że jest nawet wyższe niż w trakcie EURO2012. – Wśród zagranicznych turystów prym wiodą Skandynawowie, którzy wybierają Polskę ze względu na sprzyjający klimat, atrakcyjne ceny oraz dogodne połączenia lotnicze i promy – twierdzi mówi Dawid Wilda, prezes Stowarzyszenia Turystycznego „Sopot”. Ale i Wrocław – który nie ma przecież atutów w postaci nadmorskich deptaków i sopockiej aury kurortu – przyciągnął 800 tysięcy turystów, sprzedając 1,4 mln noclegów i zarabiając około 2,2 mld złotych.

Do tego grona próbują dołączyć również inni. Do turystycznego natarcia przystąpiła chociażby Łódź, która zaczyna reklamować się jako miasto „turystyki biznesowej” – ze względu na rozbudowaną bazę hotelowo-konferencyjną, dobre położenie i skomunikowanie z innymi ważnymi ośrodkami kraju. Łódzki ratusz traktuje wrocławskie hasło „miejsce spotkań” bardziej dosłownie – kosztem przeszło miliona złotych władze chcą zorganizować wizyty studyjne dziennikarzy, seminaria dla organizatorów imprez, przeprowadzić kampanię w branżowych mediach, stworzyć osobny portal internetowy czy wreszcie dokładną, aktualizowaną na bieżąco bazę danych dla potencjalnych graczy z branży. Do tego można dorzucić inną propozycję miasta: wycieczki po ulicy Piotrkowskiej, Księżym Młynie i dawnym getcie na segway’ach. Chociaż moda na te elektryczne wehikuły ominęła Polskę, a w miastach takich jak Berlin czy Londyn trudno je spostrzec – segway’e stają się popularne w Polsce, w ostatnie wakacje można je było zauważyć również na ulicach Warszawy.

Pierwszoligowe kurorty

Nie znaczy to jednak, że – by zarobić miliardy – trzeba być wielką metropolią. Wzorcem dla mniejszych ośrodków mógłby być Kołobrzeg. Z wszystkich statystyk wynika, że miasto to radzi sobie lepiej niż niejeden ośrodek wojewódzki, wzmocnione dodatkowo sąsiedztwem choćby Ustronia Morskiego. W 2013 r. sprzedano tam 3,,9 mln noclegów, a odwiedzający – w tym przypadku, co akurat nie dziwi, pozostający w Kołobrzegu na dłużej, średnio cztery dni – mogli wydać w sumie nawet 6,3 mld złotych. Tendencję do długich pobytów i związanych z tym większych wydatków jeszcze lepiej widać w Świnoujściu: tam na 200 tysięcy turystów przypadło 1,4 mln noclegów oraz wydatki rzędu 2,2 mld złotych.

Na południowych rubieżach równie wielką popularnością – być może nawet większą ze względu na całoroczną atrakcyjność – cieszą się oczywiście polskie góry. Po Warszawie, Krakowie i Kołobrzegu najpopularniejszym miejscem w kraju pozostają Tatry: szacuje się, że w 2013 r. trafiło tu 632 tysiące turystów, którzy wykupili 2,2 mln noclegów w hotelach (i bliżej nieznaną liczbę w najróżniejszych kwaterach prywatnych). Dla powiatu tatrzańskiego oznaczało to, że tutejsza branża „obróciła” 3,5 mld złotych. 2014 rok może być jednak gorszy: kiepska pogoda w lipcu mogła odstraszyć część miłośników górskich wędrówek, dodatkowo nie dopisali turyści z krajów wschodnich – Rosji, Ukrainy i Białorusi. Właściciele miejscowych pensjonatów pomstują też na nieformalną konkurencję, czyli budowane również w kurortach nadmorskich apartamentowce, których właściciele wynajmują mieszkania chętnym, nie świadcząc formalnych usług turystycznych. Widać też stopniową tendencję, polegającą na poszukiwaniu kwater nie w samym Zakopanym, lecz w okolicach miasta.

W nieco mniejszym stopniu dotyczy to Beskidów – w szczególności powiatów cieszyńskiego i nowosądeckiego, które w olbrzymiej mierze pozwalają odpocząć mieszkańcom metropolii południowo-wschodniej Polski. Oba powiaty przyjęły mniej więcej po 1,6 mln turystów – co oznacza szacunkowe obroty rzędu 2,5 mld zł. Analogiczną sytuację widzimy w Karkonoszach, gdzie sprzedano niemal 1,5 mln noclegów, a obroty branży mogły sięgnąć 2,3 mln złotych. W tym przypadku, w przeciwieństwie do Tatr, można mówić o dominacji większych miasteczek górskich: Karpacza i Szklarskiej Poręby. Miejscowe władze chcą zresztą zawalczyć o więcej – ten sezon zaczął się od generalnego remontu szlaków górskich. Kosztem 600 tysięcy zł odnawiane są kładki i nawierzchnia niektórych tras. – Remonty te są prowadzone bez użycia ciężkiego sprzętu. Prowadzimy prace tak, aby nie przeszkadzać turystom – mówił PAP rzecznik Krakonoskiego Parku Narodowego Michał Makowski.

Czarne konie wyścigu

Ale do tej czołówki w szybkim tempie próbują doszlusować nowe ośrodki. Uruchomienie Parku Jurajskiego w Bałtowie czy Miasteczka Twinpigs, czyli westernowego parku rozrywki w Żorach – to dopiero początek listy. Z Wieliczką rywalizuje kopalnia soli w Bochni, ze szlakami bieszczadzkimi choćby podziemna trasa turystyczna w Rzeszowie. Z klasycznymi uzdrowiskowymi –Zdrojami – pierwsze w Polsce uzdrowisko termalne w Uniejowie. Z niszowej, koneserskiej półki chcą wyjść Bieszczady – od początku bieżącego roku zaporę i elektrownie w Solinie odwiedziło już 20 tysięcy osób, a przygotowaną dla nich trasą można zejść nawet 6 metrów pod lustro Zalewu.

O turystów zabiegają nie tylko samorządy. Lasy Państwowe prowadzą warty 129 mln złotych (w tym około stu z funduszy unijnych) projekt rekultywacji dawnych poligonów i terenów powojskowych. To jeden z największych tego typu projektów w Europie. Do początku sierpnia oczyszczono z niewybuchów i przygotowano do eksploatacji turystycznej niemal 15 tys. ha w 28 nadleśnictwach. Potencjalni adresaci powstającej w ten sposób bazy turystycznej to nie tylko miłośnicy przyrody, ale też fani militariów, eksploratorzy bunkrów, grzybiarze, sportowcy. „Dzięki temu projektowi wiele miejsc dotychczas niedostępnych dla turystów – dawne obiekty wojskowe, tereny objęte zakazem wstępu ze względu na bezpieczeństwo – jest teraz otwarte” – podkreśla przedsiębiorstwo.

Podobne starania w mniejszym lub większym stopniu podejmują niemal wszystkie gminy w Polsce. I być może to jeden z najrozsądniejszych kierunków rozwoju, zwłaszcza biorąc pod uwagę możliwość wykorzystywania funduszy unijnych, z których polskie samorządy jeszcze przez kilka lat będą miały szansę skorzystać. Zgodnie z tym jednak, co mówią eksperci, aby włączyć się do tego wyścigu, trzeba mierzyć siły na zamiary. Miejscowości, które nie mają większych tradycji turystycznych powinny na początek nastawiać się na wizyty mieszkańców sąsiednich metropolii, miejscowości przygraniczne mogą adresować ofertę do obywateli sąsiedniego państwa, miejscowości historyczne mogą szukać swojej szansy w solidnie przygotowanej imprezie rekonstrukcyjnej. Byle nie wszystko naraz.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

TA DRUGA RODZINA, TEN DRUGI DOM

Napisane przez

Środowiskowe Domy Samopomocy przeciwko wykluczeniu społecznemu – diagnoza Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego na Mazowszu.

Środowiskowe Domy Samopomocy zaczęły powstawać w Polsce w połowie lat 90. XX w. Stanowiły odpowiedź na trendy we współczesnej psychiatrii, która wskazuje na wiele korzyści opieki środowiskowej nad ludźmi chorymi psychicznie. Szpital jako instytucja, często w ich przypadku niezbędna, w chwilach nawrotu choroby jest jednak tylko instytucją – skoncentrowaną na medycznym aspekcie problemów zdrowotnych człowieka. W 1995 r., przy współpracy przedstawicieli Instytutu Psychiatrii i Neurologii, w Ministerstwie Pracy i Polityki Socjalnej stworzono koncepcję powołania i zorganizowania ŚDS, które już samą nazwą zdradzają, że są czymś więcej niż instytucją – i pokazują, że ich działanie opiera się na samopomocy uczestników. U podstaw ich funkcjonowania leży założenie, że nie można postrzegać człowieka tylko przez pryzmat jego choroby, ale holistycznie – tj. rozwijać, wspierać, chronić wszystkie aspekty jego funkcjonowania, a także motywować go i inspirować do korzystania z własnego potencjału.

Ludzie z zaburzeniami psychicznymi są społecznie napiętnowani, popadają w niełaskę – w kontekście psychologicznym jest to zbiór postaw wobec jednostki, skazujący ją na brak akceptacji. Przekładając to na codzienność: z chwilą, kiedy człowiek zachoruje psychicznie, dla jego otoczenia stopniowo zupełnie przestanie się liczyć, że przed epizodem schizofrenicznym był np. świetnym nauczycielem matematyki. – Piętno choroby psychicznej było równie destrukcyjne, jak samo doświadczenie hospitalizacji – wyznała jedna z pacjentek.

Na marginesie życia

Działania ŚDS typu A skierowane są do osób chorujących psychicznie, zwłaszcza tych doświadczających zaburzeń psychotycznych – takich, jak schizofrenia, zaburzenia schizotypowe, urojeniowe lub schizoafektywne. Liczne badania i praktyka wskazują na to, że pozaszpitalny, społeczny system wsparcia dla osób z problemami psychiatrycznymi to najefektywniejszy sposób udzielania im pomocy. Bazuje na wspólnocie, wzajemnej uwadze, rozwoju więzi społecznych i relacji pomiędzy uczestnikami, buduje motywację do aktywności i, co najistotniejsze, przeciwdziała izolacji i wykluczeniu społecznemu.

Choroba psychiczna skutkuje nie tylko poczuciem wyobcowania i osamotnieniem, utrudniając kontakty z innymi ludźmi. Osoby chorujące  przejawiają też niechęć do podejmowania jakichkolwiek aktywności, tracą wiarę we własne możliwości. Ważne zatem, by mogli znaleźć miejsce zapewniające poczucie bezpieczeństwa, w którym mogą dzielić się swoimi pomysłami, refleksjami, a także trenować codzienne czynności – często sprawiające im trudność.

Najważniejsze cele ŚDS typu A to doprowadzanie do zwiększania poczucia wartości uczestników i ich możliwości w kontaktach interpersonalnych. Nacisk kładzie się także na zwiększanie aktywności uczestników i rozwój ich zainteresowań oraz zdolności. Stąd różnorodność form artystycznych, na których bazują terapeuci – w ŚDS znajdziemy zarówno koła literackie, miłośników witrażu lub rzeźby, jak i warsztaty fotograficzne, grupy teatralne. A zatem wszystko to, co składa się na arteterapię – uznawaną za efektywną i skuteczną metodę wspomagającą inne formy terapii, wyzwalającą kreatywność i budującą poczucie sprawczości, samodyscyplinę, zaangażowanie.

Na przykład ŚDS „Słoneczny Dom”, zlokalizowany w warszawskim Ursusie redaguje od wielu lat czasopismo „Alternatywa”, w którym zamieszczane są artykuły, wiersze czy reportaże pisane przez uczestników tego Domu. Opieka psychologiczna w ŚDS ukierunkowana jest na wykształcenie umiejętności radzenia sobie z doświadczeniem choroby psychicznej. Uczestnicy ŚDS maja zapewnioną możliwość dzielenia się swoimi przeżyciami i poszukiwania rozwiązań, zapewnia im się szerokie wsparcie na wielu płaszczyznach funkcjonowania społecznego. Wykwalifikowany personel ŚDS w razie potrzeby dba o systematyczność zażywania leków, opłacania rachunków, organizuje logistycznie transport do Domu.

Osoby uczęszczające na zajęcia pozostają często pod kuratelą opieki społecznej, posiadają zasiłki, renty, które nie zawsze pozwalają na zaspakajanie wszystkich życiowych potrzeb, zwłaszcza gdy chodzi o osoby samotne, pozbawione wsparcia rodzinnego. Z myślą o nich ŚDS- y zapewniają posiłki – zwykle jest to śniadanie i obiad. Zajęcia terapeutyczne koncentrują się na osiąganiu przez uczestników optymalnego poziomu samodzielności, poprawie w sferze autoprezentacji, komunikacji, a także na umiejętności funkcjonowania w grupie. Ważne jest to, że w system pomocy poszczególnym uczestnikom angażuje się w miarę możliwości bliskich podopiecznego, dla których fakt pojawienia się choroby psychicznej w rodzinie jest nierzadko czymś stresującym. Wsparcie i wzajemną pomoc, integrowanie uczestników i ich rodzin, kreowanie pozytywnego, realnego wizerunku osób chorujących psychicznie należy uznać za cele nadrzędne całego systemu.

Zastępcza rodzina, właściwie – dom

Działania ŚDS regulują dwie ustawy: Ustawa o Ochronie Zdrowia Psychicznego z 19 sierpnia 1994 r. z późniejszymi zmianami, której artykuł 8 ust. 1 mówi o tym, że jednostki organizacyjne i inne podmioty działające na podstawie Ustawy o Pomocy Społecznej, w porozumieniu z zakładami psychiatrycznej opieki zdrowotnej organizują na obszarze swego działania oparcie społeczne dla osób, które z powodu choroby psychicznej lub upośledzenia umysłowego mają poważne trudności w życiu codziennym, zwłaszcza w kształtowaniu swoich stosunków z otoczeniem, w zakresie edukacji, zatrudnienia oraz w sprawach bytowych. A także Ustawa o Pomocy Społecznej z 12 marca 2004 r., której art. 18 stwierdza, że do zadań zleconych z zakresu administracji rządowej realizowanych przez gminę należy: prowadzenie i rozwój infrastruktury ŚDS dla osób z zaburzeniami psychicznymi.

Poszczególne ŚDS obejmują swoimi działaniami obszar powiatu, gminy lub dzielnicy. Wszelkie informacje na temat jego funkcjonowania i zasad naboru można otrzymać w OPS, w PCPR, w Poradni Zdrowia Psychicznego, na stacjonarnych oddziałach psychiatrycznych. Podsumowując zatem: ŚDS typu A to dzienne ośrodki wsparcia dla dorosłych osób z zaburzeniami psychicznymi prowadzone  przez samorządy jako zadanie zlecone z zakresu administracji rządowej, finansowane z budżetu Wojewody.

Co o swoim zaangażowaniu  w ŚDS mówią sami uczestnicy? – ŚDS jest dla mnie właściwie domem. Jego społeczność traktuję jako zastępczą rodzinę – mówi Witek, z powiatowego ŚDS w Wołominie. – Skierowanie do ŚDS było dla mnie szansą na życie w społeczności, w której znalazłem ciepło, zrozumienie, wsparcie. Mogę coś z siebie dać i brać coś dla siebie. Mam szansę na stabilizację stanu zdrowia i powrót do normalności – dodaje. Sekunduje mu Ania, z ŚDS w Warszawie, na ulicy Żytniej. – W tym domu znalazłam logiczne podejście do człowieka i jego problemów. Czuję, że nie jestem sama, że ktoś zna się na mojej chorobie. To jest to, czego potrzebuję. I mam to tutaj – podkreśla. Z kolei Zbyszek z ŚDS w Ostrołęce podkreśla, że to właśnie tam zaznał poczucia bezpieczeństwa i pogłębił swoje zainteresowania. Sławek z ŚDS w Wyszkowie zauważa, że ŚDS jest pierwszym w jego życiu miejscem, w którym nikt go nie nęka, nie wykorzystuje jego słabości. Przeciwnie, ma poczucie że jest we właściwym miejscu, w którym choroba nie jest już aż tak przytłaczającym ciężarem.

Zorganizowanie sprawnie działającego systemu lokalnego oparcia społecznego dla osób z zaburzeniami psychicznymi – to zadanie priorytetowe oraz wielkie wyzwanie dla wielu instytucji i organizacji działających w obszarze ochrony zdrowia i pomocy społecznej. Nie sposób nie dostrzegać wagi zagadnienia, skoro problem zaburzeń psychicznych, zaburzeń zachowania, a także uzależnienia od alkoholu i innych substancji psychoaktywnych dotyczy 450 milionów mieszkańców świata.

Wyrazem zainteresowania tą sferą problemów społecznych na szczeblu międzynarodowym była tzw. Zielona Księga, czyli „Poprawa zdrowia psychicznego ludności. Strategia ochrony zdrowia psychicznego dla UE”. Dokument ten kładzie nacisk na profilaktykę, opiekę i leczenie, a także zapobieganie i upowszechnianie wiedzy na ten temat. W Polsce obowiązuje wspominana już Ustawa o Ochronie Zdrowia Psychicznego, która obecnie jest podstawą do systemowego działania w zakresie ochrony zdrowia i oparcia społecznego dla samorządu wojewódzkiego na Mazowszu. W szczególności należy też zwrócić uwagę na Rozporządzenie Rady Ministrów z 28 grudnia 2010 r., z którego wynikł obowiązek opracowania Wojewódzkiego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego na lata 2011-2015. Za wdrażanie tego Programu odpowiedzialne jest Mazowieckie Centrum Polityki Społecznej.

Diagnoza ekspertów

Obserwatorium Integracji Społecznej w ramach projektu „Koordynacja na rzecz aktywnej integracji”, współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego, dokonało diagnozy w tym zakresie. Przetaczane w Diagnozie dane z Centralnej Aplikacji Danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w roku 2011 wskazują na to, że w 144 gminach województwa mazowieckiego są świadczone usługi opiekuńcze dla osób z zaburzeniami psychicznymi w ich miejscu zamieszkania. Liczba rodzin objętych taką formą pomocy wynosi 1369.

ŚDS wpisują się w ten system i budują oparte na samopomocy wsparcie dla osób, które nie dają sobie rady w życiu codziennym. Jeśli napiszemy, że ich pracownicy niosą pomoc np. w sprawach urzędowych osobom z zaburzeniami psychicznymi, to do przeciętnego człowieka, którego tego rodzaju problemy nie dotyczą, raczej to nie przemówi. Posługujemy się więc na co dzień inną perspektywą.

Dlatego przytoczymy konkretny przykład: osoba cierpiąca na schizofrenię niekoniecznie musi sobie zdawać sprawę z tego, że wyrzucenie monitu od komornika, lub rachunku za światło nie załatwia sprawy, a wręcz przeciwnie – spiętrza problemy, ponieważ zadłużenie rośnie, niespłacanie długu owocuje sankcjami prawnymi lub, na przykład, eksmisją. O to należy zadbać i dopilnować formalności w przypadku takiego człowieka – po to, by uchronić go przed konsekwencjami, których sam nie jest w stanie przewidzieć. Niby drobiazg, a jednak z punktu widzenia takiej osoby, czy nawet jej rodziny, niezwykle istotny. To pokazuje jak wdrożenia systemowe przekładają się na realia życia i funkcjonowania osób w ów system zaangażowanych. Podobnie jest z dbałością o stosowanie leków czy regularne uczęszczanie do ŚDS – badania wykazują jednoznacznie, że z takie postępowanie z osobami chorymi znacznie zmniejsza ryzyko nawrotu choroby, minimalizuje ryzyko ponownej, zawsze traumatycznej, hospitalizacji.

ŚDS powinny być częścią strategii realizowanej przez powiat, mającej na celu zapewnienie osobom z zaburzeniami psychicznymi oparcia społecznego pozwalającego na zaspokojenie ich potrzeb życiowych, usamodzielnienie i  integrację. Za proces rehabilitacji uczestników Domu odpowiada zespół aktywizująco-wspierający, prowadząc zajęcia plastyczne, muzyczne, teatralne, sportowe, kulinarne, a także psychoedukację i inne formy aktywności. Program działania ŚDS uwzględnia wycieczki krajoznawcze, rajdy rowerowe, piesze, turnusy rehabilitacyjne, a także wyjazdy do kina, teatru czy na imprezy plenerowe.

Na terenie Mazowsza w 2011 r. funkcjonowało 25 ŚDS dla osób chorych psychicznie z 747 miejscami. Domy tego typu znajdują się w 14 powiatach: makowskim, mińskim, ostrołęckim, otwockim – aż po trzy tego typu placówki umieszczono w powiatach płockim, przysuskim, radomskim, siedleckim, węgrowskim, warszawskim zachodnim, wołomińskim, wyszkowskim. W samej stolicy zlokalizowanych jest 11 tego typu placówek. Uznać zatem można, że w tych powiatach zarówno zapisy Zielonej Księgi, jak i ustawodawstwa polskiego, wraz z diagnozowanym programem są realizowane.

Niestety, jednak aż w 22 powiatach Mazowsza ŚDS powołane nie zostały. Są to powiaty: białobrzeski, garwoliński, gostyniński, grodziski, grójecki, kozienicki, legionowski, łosicki, nowodworski, piaseczyński, przasnyski, pułtuski, siedlecki, szydłowiecki, sierpecki, zwoleński, żuromiński, żyrardowski. Podobnie przedstawia się sytuacja Domów Pomocy Społecznej dla osób chorych psychicznie, wymagających całodobowej opieki.  Brakuje ich w 24 powiatach. Są to powiaty: białobrzeski, garwoliński, grodziski, legionowski, lipski, łosicki, makowski, ostrołęcki grodzki, ostrowski, płoński, pruszkowski, przasnyski, przysuski, siedlecki grodzki, sierpecki, sochaczewski, sokołowski, szydłowiecki, warszawski zachodni, węgrowski, wołomiński, wyszkowski, żuromiński, żyrardowski.

Czy możemy zakładać, że statystyki i ryzyko chorób psychicznych tych powiatów nie dotyczą – czy raczej, że Program Ochrony Zdrowia Psychicznego na lata 2011-2015 nie został tam jeszcze zrealizowany? Pozostało niewiele czasu by  zmienić taki stan rzeczy.

Dojrzałość społeczności lokalnej

Sposób udzielania pomocy osobom niepełnosprawnym można uważać za miarę dojrzałości społeczności lokalnej. Doświadczenia wielu krajów dowodzą, że środowiskowy system wsparcia osób chorych psychicznie jest niezwykle korzystny. Aktywny udział pacjenta/klienta w procesie terapii to antidotum na wyuczoną bezradność, utrwalaną w dużej instytucji psychiatrycznej. Zmienia się model biernego podporządkowania zaleceniom lekarza lub buntu – na współpracę. Chory dobrowolnie i świadomie uczestniczy w procesie leczenia, zdrowienia.

Do zasobów społecznych ochrony zdrowia psychicznego zaliczyć należy organizacje społeczne i stowarzyszenia pozarządowe, które swoją działalność koncentrują wokół tego zagadnienia, profilaktyki zaburzeń psychicznych i pomocy osobom z tego typu zaburzeniami. Z danych portalu organizacji pozarządowych wynika, że w województwie mazowieckim zarejestrowano 1174 organizacji pozarządowych, zajmujących się osobami niepełnosprawnymi – w tym tylko 87 (7,5 proc.) z nich zajmuje się także osobami chorymi psychicznie. Najwięcej takich organizacji jest w powiecie warszawskim – 45, a dalej – w powiecie radomskim (8) i płockim (6); po 4 w powiecie pruszkowskim, mińskim, otwockim; w powiecie wołomińskim – 3; w powiatach siedleckim, wyszkowskim, ciechanowskim, żyrardowskim i ostrołęckim – po 2; i po jednej w powiatach: piaseczyńskim, przasnyskim, ostrowskim. ŚDS są zazwyczaj otwarte na współpracę z nimi, gdyż wspólne działania owocują ciekawymi, kreatywnymi  projektami.

Wnioski, jakie płyną z diagnozy, a także wieloletnie doświadczenia samorządu województwa Mazowieckiego – Mazowieckiego Centrum Polityki Społecznej formułują się w następujący sposób: samorządy terytorialne wszystkich szczebli nie w pełni wykorzystują możliwości prawne, pozwalające na stworzenie nowoczesnego systemu pomocy i oparcia społecznego dla osób z zaburzeniami psychicznymi. Wykorzystując wymieniane w artykule akty prawne i fakt lokalnego zapotrzebowania, należy podejmować działania zmierzające do stworzenia systemu oparcia dla osób z zaburzeniami psychicznymi, który opierałby się na zasadach partnerstwa i współpracy, a także wykazywał różnorodnością form oddziaływania. Podmiotem wszelkich działań powinien być człowiek chory. Wskazane jest realizowanie programów informacyjnych i integracyjnych dla ogółu mieszkańców województwa mazowieckiego i dla mieszkańców poszczególnych gmin.

Przykładem dobrych praktyk jest tu organizacja imprez czy spotkań, w których uczestniczą ludzie zdrowi i ci chorzy. Także działalność artystyczna – np. teatralna realizowana w ŚDS daje uczestnikom okazję do zaistnienia i oswojenia ludzi ze swoimi problemami. Grupa teatralna z ŚDS Soteria w Wyszkowie prezentuje swoje przedstawienia w miejskiej bibliotece, na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, w szkołach różnego typu i świetlicach, a zatem aktywnie burzy stereotypy. Warto zatem wykorzystać potencjał samych uczestników do budowania systemu wsparcia adekwatnego do założeń Zielonej Księgi, czy Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego realizowanego przez samorząd Mazowsza.

Z „pani nauczycielki” – „wariatka”

Idea samopomocy to idea przekładająca się na praktykę. Pani Halina jest uczestniczką ŚDS, kobietą chorującą  psychicznie od wielu lat, poza tym schorowaną także z racji wieku. Kiedyś była nauczycielką matematyki, o czym nikt już w jej okolicy nie pamięta, ponadto – żoną, matką. Obecnie mieszka sama, a choroba skutecznie pozbawiła ją umiejętności dbania o siebie i ukochanego psiaka, jedynego towarzysza. Pani Halina jednak nadal porusza się samodzielnie, po ostatnim pobycie w szpitalu jej stan ustabilizował się, nie nęka jej już depresja i urojenia. Przywożona jest do ŚDS, gdzie może spędzić czas wśród ludzi, zjeść ciepły posiłek. Tutaj także dba się o to, by pani Halina miała zrobione zakupy, by ugotować jej w weekend posiłek i podać leki. Terapeuci i sprawniejsi uczestnicy ŚDS wspierają ją w tym. Personel na bieżąco kontroluje  stan jej zdrowia, samopoczucie, dysponuje jej środkami – by rachunki zostały zapłacone na czas, umawia wizyty u lekarzy. Uczestnicy ŚDS odwiedzają ją i pomagają, w sprzątaniu na przykład.

Gdyby do pani Haliny nikt nie zaglądał i nie dbał o jej sprawy, skazana byłaby na nieustanny pobyt w szpitalu, cierpiałaby w ciągłych nawrotach choroby. Pomimo wszelkich utrudnień pani Halina mieszka we własnym domu, ale co najsmutniejsze – dopiero od niedawna, dzięki mediacjom pracowników ŚDS, nie jest narażona na przykrości ze strony sąsiadów, którzy nie tylko nie pomagali, ale wręcz utrudniali jej życie. Łatwiej bowiem zrobić awanturę o to, że nie wyprowadzony na spacer pies szczeka, niż tego jedynego przyjaciela starszej pani wyprowadzić, skoro właścicielka nie jest w stanie zrobić tego sama. A także poinformować odpowiednią placówkę, że stan zdrowia ich podopiecznej znacznie się pogorszył i należy interweniować.

Zdecydowanie łatwiej wymyślać staruszce i straszyć ją policją, co w przypadku chorób psychicznych zaostrza przebieg choroby i potęguje stany lękowe. W tym miejscu należy przywołać postulat edukowania społeczeństwa i uwrażliwiania go na problem. Tu uwypukla się także znaczenie przynależności pani Haliny do społeczności ŚDS, która nie pozostała obojętna na trudną sytuację swej koleżanki, a także istotny element odpowiedzialności za uczestnika, którą bierze na siebie zespół terapeutyczny.

Ważnym spostrzeżeniem autorów przywoływanej tu diagnozy systemu wsparcia osób chorujących psychicznie jest fakt, że osoby te są narażone szczególnie na skrajną formę nietolerancji społecznej, jaką jest przemoc. Dlatego właśnie w trakcie realizacji „Wojewódzkiego programu przeciwdziałania przemocy w rodzinie na lata 2011-2016” powinna zostać uwzględniona problematyka przemocy wobec osób z zaburzeniami psychicznymi. Dotychczas jednak nie dostrzega się w przestrzeni publicznej zainteresowania nią, a przecież na powyższym przykładzie widać, jak niezwykle ważne jest wpajanie ludziom umiejętności społecznych, niezbędnych w kontaktach z osobami z zaburzeniami psychicznymi. Tym, którzy uznają, że problem chorób psychicznych i ludzi nimi dotkniętych nie dotyczy jego gminy i jego samego, polecamy przyjrzeć się plakatowi z kampanii społecznej, który konkretyzuje zjawisko i uświadamia, że stoimy w szeregu, który podlega statystyce – co czwarty z nas ma, lub będzie miał, problemy ze zdrowiem psychicznym.

Cóż, pani Halina ponad dwadzieścia lat pracowała jako nauczyciel matematyki. Chorować zaczęła po śmierci pierworodnego syna, być może nie dźwignęła ciężaru tej tragedii. W swoim bloku dawno już przestano ją nazywać „panią nauczycielką”. Teraz jest nazywana „tą wariatką”.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

NA ILE RAZEM, NA TYLE BEZPIECZNIEJ

Napisane przez

W czerwcowym numerze Magazynu GMINA omawialiśmy rządowy program „Razem Bezpieczniej”, koordynowany od 2007 r. przez MSW. To nasz polski wariant podejmowania, coraz ważniejszej we współczesnym świecie, problematyki bezpieczeństwa społeczności lokalnych. Oparty na budowaniu przekonania, że na ile będziemy coraz bardziej razem w społecznościach lokalnych, na tyle wzrastać będzie poczucie naszego w nich bezpieczeństwa.

Zapowiedzieliśmy kolejne publikacje na ten temat. Dziś prezentujemy pierwsze trzy pomysły aktywizacji środowisk lokalnych na rzecz poprawy ich bezpieczeństwa. Czynimy to za Bankiem Dobrych Praktyk, prowadzonym w ramach programu „Razem Bezpieczniej”. Uważamy bowiem za godne prezentowania i wspierania każde wspólne i pożyteczne działanie, które – poprawiając i rozwijając funkcjonowanie społeczności lokalnej – robi również dobrze jej bezpieczeństwu.

Nie komentujemy, ani nie oceniamy konkretnych projektów, złożonych przez inicjatorów i organizatorów do Banku Dobrych Praktyk i przedstawianych dziś jako pierwsze przykłady. Uważamy, że komentarze i oceny najważniejsze są tam na miejscu. Z boku i z oddalenia, ze wszystkich stron, warto te inicjatywy wspierać i wspomagać, aby było ich coraz więcej i wpisywały się coraz lepiej w codzienność społeczności lokalnych.

Widzę – Reaguję. Piotrków Trybunalski

W Piotrkowie Trybunalskim za poprawę bezpieczeństwa w szkołach postanowili się zabrać wspólnie prawie wszyscy święci: komenda miejska policji, urząd miasta, straż miejska – a także: szkoły podstawowe, gimnazja, licea ogólnokształcące, zespoły szkół ponadgimnazjalnych, parafie, lokalne media, lokalni sponsorzy i środowisko sportowe.

Inicjatorem projektu była w 2010 r. komenda miejska policji, która uczestniczyła w przygotowaniu przedsięwzięcia i realizowała najważniejszy jego etap, którym były spotkania z uczniami szkół. Ponadto organizowała spotkania z dyrektorami szkół, sponsorami i rodzicami. Zajmowała się też obsługą strony www oraz była współorganizatorem konkursów organizowanych w ramach projektu.

Placówki edukacyjne współorganizowały z kolei spotkania z dziećmi i młodzieżą, udostępniając swe pomieszczenia oraz organizując zajęcia w taki sposób, aby policjanci mogli spotkać się ze wszystkimi uczniami. Uczestniczyły też we wszystkich konkursach organizowanych w ramach projektu.

Również miejscowe parafie wzięły udział w kampanii promującej projekt, przekazując wiernym informacje na temat jego założeń i sposobu realizacji. Lokalne media objęły kampanię patronatem medialnym. Dzięki nim informacja o niej dotarła do mediów ogólnopolskich, a za ich pośrednictwem do odbiorców na terenie całego kraju. Efektem były informacje i komentarze dzieci i dorosłych z całej Polski. Zawiązała się także koalicja przedstawicieli biznesu, którzy pozytywnie odnieśli się do idei programu, wspierając wysiłki organizatorów. W promocji wziął również udział reprezentant Polski w siatkówce Michał Bąkiewicz, zachęcając młodzież do udziału w programie z plakatów i banerów oraz w spocie reklamowym.

Dzięki projektowi na światło dzienne wyciągnięto problem społecznego akceptowania patologii w szkole. Podkreślono bierność, brak reakcji, poczucia odpowiedzialności za innych i świadomości, że strach prowadzi do nasilania się zjawisk patologicznych w szkołach, a brak reakcji ze strony kolegów, nauczycieli czy rodziców komplikuje walkę z patologiami – w rezultacie pozostają one bezkarne. Wpływ na bezkarność przestępców ma również zakorzenione poczucie, że informowanie policji o zjawiskach patologicznych to zachowanie odbierane w środowisku negatywnie, a wobec informatorów używa się pejoratywnych określeń – jak „donosiciel”, „kabel”, „skarżypyta”.

Działania w ramach projektu „Widzę – Reaguję” objęły w pierwszym roku bezpośrednio ponad 12 000 uczniów, pedagogów szkolnych (przeszkolenie 45 osób), rodziców i nauczycieli – w celu zaktywizowania środowisk szkolnych do reagowania na negatywne zjawiska, ich diagnozowania oraz wyciągania konsekwencji wobec sprawców. Ważne było zwłaszcza uzyskanie informacji o rodzajach zagrożeń w poszczególnych szkołach, aby reakcja mogła być kierowana bezpośrednio do konkretnej szkoły. Zdarzało się bowiem, że pedagodzy szkolni, np. podczas spotkań z policjantem, informowali, że w szkole nie ma żadnych problemów, a statystyki policyjne, dotyczące nieletnich przeczyły tym twierdzeniom. Taka postawa nie sprzyjała budowaniu wspólnej strategii na rzecz poprawy bezpieczeństwa uczniów.

Określenie problemów i wynikających z nich zagrożeń jest niezbędną podstawą do tworzenia koncepcji zapobiegania przestępczości, rozwiązywania problemów społecznych i wzmacniania więzi w danej grupie. Działania realizowane w ramach projektu zaktywizowały lokalne środowisko pedagogiczne do zajmowania się bezpieczeństwem w szkołach, poprzez zwiększanie zaufania i nawiązywanie bezpośrednich kontaktów z młodzieżą, rodzicami, opiekunami prawnymi i przedstawicielami lokalnych służb.

Podstawowym narzędziem współpracy pomiędzy uczniami, nauczycielami, miastem, służbami mundurowymi stała się strona internetowa www.bezpieczny.piotrkow.pl. Stworzenie odpowiedniej witryny, na której młodzi ludzie mogą pod własnym nazwiskiem lub anonimowo przekazywać informacje o dostrzeganych zagrożeniach, zarówno ze strony rówieśników, jak i osób dorosłych, może być – jak się okazuje – spełnieniem ich oczekiwań. W trakcie realizacji projektu, już w pierwszym okresie wpłynęło dzięki niej ponad siedemdziesiąt informacji, co świadczy o tym, że program dotarł do adresatów, a najmłodsi zrozumieli przesłanie kampanii, przełamali stereotypy i REAGUJĄ na zło, które WIDZĄ. W zdecydowanej większości informacje pochodziły od dzieci: nie tyle od samych ofiar, lecz od ich kolegów i koleżanek, które w ten sposób starały się im pomóc.

Dzieci reagowały na akty przemocy, ale również na inne patologie, takie jak kradzieże w szkołach, czy nawet marketach. Nauczyły się reagować stosownie do swoich możliwości, wykorzystując m.in. stronę www. Również dorośli pytali, jak się w trudnej sytuacji zachować, do kogo się zwrócić, i oni informowali policję o przestępstwach i wykroczeniach nie tylko tych z udziałem dzieci, ale także o przestępczości pospolitej. Dzięki projektowi uzyskano też dodatkowy efekt: dyrekcje szkół przestały zatajać informacje o drobnych przestępstwach i wykroczeniach popełnianych na terenie placówek. Idea „zero tolerancji dla zjawisk patologicznych” została zrozumiana i podchwycona.

Poza spotkaniach policjantów z uczniami placówek oświatowych oraz zachętą do korzystania z wspomnianej strony internetowej, odbywały się też konkursy dla dzieci i młodzieży związane tematycznie z programem „Widzę – Reaguję”: konkurs plastyczny i konkurs informatyczny dla uczniów szkół podstawowych i średnich z Piotrkowa Trybunalskiego. Do konkursu plastycznego przystąpiło 9 szkół podstawowych i 5 szkół gimnazjalnych. W konkursie informatycznym wzięło udział 9 szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych. Natomiast najlepsze prace plastyczne wzbogaciły kalendarz na rok szkolny 2010/2011, który otrzymały wszystkie szkoły w mieście.

Ratusz wydał też zarządzenie w sprawie ogłoszenia dodatkowego konkursu filmowego dla uczniów piotrkowskich szkół ponadgimnazjalnych na spot reklamowy promujący program „Widzę – Reaguję”. Do konkursu przystąpili uczniowie z 4 szkół ponadgimnazjalnych, którzy zgłosili 6 filmów reklamowych. Komisja konkursowa wybrała najlepszą pracę pt. „Elektryczna Babcia”, którą oficjalnie przedstawiła podczas uroczystego zakończenia akcji w dniu 10 grudnia 2010 r.

Wiele zrobiono w zakresie propagowania tego przedsięwzięcia: emisja spotów reklamowych w lokalnym radiu, wyświetlanie reklam programu na elektronicznych bilbordach na terenie miasta,  bezpłatne wydrukowanie plakatów reklamujących program i umieszczenie ich na użyczonych billboardach na terenie miasta na okres 14 dni, zakupienie przez pozyskanych sponsorów programu czterech banerów, które wymiennie były rozwieszane w centralnych punktach miasta oraz przed szkołami, wydrukowanie plakatów, kalendarzy, kart informacyjnych, zakładek do książek i dystrybucja ich wśród najważniejszych instytucji użytku publicznego i w szkołach oraz wśród lokalnej społeczności, ogłoszenia prasowe.

Program „Widzę – Reaguję” jest kontynuowany do dziś. Zaglądając na stronę www.bezpieczny.piotrkow.pl zawsze można na niej znaleźć coś ciekawego.

Świeć przykładem na drodze. Głogów

„Świeć przykładem na drodze” to kolejna inicjatywa, mająca na celu zwiększenie bezpieczeństwa społeczności lokalnej, tym razem w ruchu drogowym na terenie miasta i powiatu głogowskiego.

Przedsięwzięcie zainicjowała komenda powiatowa policji w Głogowie, a wsparły ją w tym: urząd miasta, starostwo powiatowe, urząd gminy, ochotnicza straż pożarna, głogowskie przedsiębiorstwo komunalne SITA Głogów, miejscowe przedszkola i szkoły podstawowe, miejscowa wyższa szkoła zawodowa i lokalne media. Policjanci zaplanowali kompleksowe działania zaadresowane do trzech ważnych grup uczestników ruchu drogowego: tzw. młodych kierowców, najmłodszych dzieci oraz rowerzystów.

Ważne były elementy praktyczne: wyposażenie uczniów najniższych klas głogowskich szkół podstawowych w elementy odblaskowe; dostarczenie dzieciom wiedzy nt. zasad bezpieczeństwa na drodze; wyuczenie nawyków noszenia elementów odblaskowych; naukę prawidłowego i bezpiecznego korzystania z przejść dla pieszych. Zajęto się także propagowaniem wśród mieszkańców miasta i powiatu bezpiecznej jazdy rowerem, podnoszeniem świadomości prawnej wśród rowerzystów, zwiększeniem ich widoczności, uświadomieniem, jak ważne jest prawidłowe oświetlenie na drodze i jakie konsekwencje może mieć jego brak.

Zwrócono uwagę na egzekwowanie właściwego oznakowania rowerów, nawyk zapalania światła podczas jazdy na rowerze – w szczególności u najmłodszych rowerzystów, na zwiększenie bezpieczeństwa rowerzystów poprzez zaopatrywanie ich w elementy odblaskowe, zachęcanie do bezpiecznej jazdy (stosowania kasków rowerowych, kamizelek i elementów odblaskowych), na upowszechnianie wśród rowerzystów wiedzy z zakresu zachowania podczas zdarzenia drogowego.

Adresatem byli też tzw. młodzi i przyszli kierowcy, którym próbowano uświadomić problem m.in. nieoświetlonych czy źle wyposażonych rowerzystów, kształtować ich świadomość prawną, pobudzić ich wyobraźnie za pomocą filmów prewencyjnych, upowszechniać wiedzę z zakresu pierwszej pomocy przedmedycznej. Przypominano o konsekwencjach prowadzenia pojazdu pod wpływem alkoholu lub podobnie działających środków.

Przez powiat głogowski przebiegają ważne szlaki komunikacyjne, co roku zwiększa się liczba zarejestrowanych samochodów. Niektóre szkoły usytuowane są w pobliżu ulic o dużym natężeniu ruchu pojazdów, często obejmują duży teren osiedla i dzieci muszą pokonywać drogę do nich przez osiedlowe uliczki – dlatego za tak ważne uznano uczenie najmłodszych dzieci podstawowych zasad bezpieczeństwa i wpajanie prawidłowych nawyków.

Na terenie powiatu głogowskiego jest coraz więcej rowerzystów, w okresie letnim organizowane są rajdy rowerowe. Na rower wsiadają mieszkańcy wybierający się na wycieczki do pobliskich miejscowości. Matki z dziećmi codziennie muszą pokonywać z wózkami wiele przejść dla pieszych, gdzie ich bezpieczeństwo zwiększyć mogą elementy odblaskowe na wózki.

Oprócz działań edukacyjnych głogowska kampania miała też praktyczny wymiar, adresowany do przedszkolaków (120 dzieci otrzymało kamizelki odblaskowe); uczniów I klas szkół podstawowych (1280);  rowerzystów (50 kamizelek), 500 innych osób (500 naklejek odblaskowych), a także studentów i kursantów szkół jazdy (ok. 120 osób) oraz rodziców z małymi dziećmi (100 naklejek na wózki, 150 opasek odblaskowych).

W ramach realizacji programu wybrano trzy przedszkola usytuowane w pobliżu ulic o dużym natężeniu ruchu drogowego. W ramach mikołajek, pod hasłem „Świecący Mikołaj”, przedszkolaki wysłuchały pogadanki na temat podstawowych zasad bezpieczeństwa na drodze oraz otrzymały 90 kamizelek odblaskowych. Podczas spotkania m.in. poprzez zabawę zachęcano, aby dzieci stosowały elementy odblaskowe zwiększające widoczność, a tym samym bezpieczeństwo na drodze. Dzieci otrzymały także słodycze oraz tablicę poglądową, ilustrującą prawidłowe wyposażenie roweru.

Pod hasłem „Świeć przykładem w drodze do szkoły” prowadzono pogadanki dla dzieci nieco starszych. W odblaskowe misie wyposażeni zostali choćby wszyscy pierwszoklasiści. Przeprowadzono także dodatkowe zajęcia dla szkoły usytuowanej w pobliżu dużego skrzyżowania, z nauką umiejętności praktycznych włącznie. Policjanci uczyli, jak korzystać z nowej sygnalizacji świetlnej znajdującej się w pobliżu szkoły. Wszyscy uczniowie pod opieką policjantów uczyli się przejścia przez pasy, a także zostali wyposażeni w odblaski.

W Światowy Dzień Pamięci o Ofiarach Wypadków Drogowych policjanci Wydziału Ruchu Drogowego rozdawali rowerzystom z terenu powiatu kamizelki odblaskowe, a dzielnicowi w godzinach porannych wręczali dzieciom, które szły do szkoły, misie odblaskowe. Kamizelki odblaskowe trafiły do 50 rowerzystów, a na plecaki i kurtki najmłodszych trafiło kilkadziesiąt odblasków. W tym dniu odbyła się również konferencja, na którą zostali zaproszeni studenci głogowskich uczelni oraz kursanci głogowskich szkół jazdy. Spotkanie, mające wpłynąć na postawy przyszłych kierowców, a tym samym zwiększenie bezpieczeństwa w ruchu drogowym, zorganizowano w budynku PWSZ i uczestniczyło w nim około 120 studentów.

Informacje dot. prowadzonej akcji „Świeć przykładem na drodze”  rozpropagowano w lokalnych mediach (prasa, radio, telewizja, portale internetowe) oraz umieszczono na stronie internetowej komendy powiatowej policji w Głogowie.

Błękitny profil. Powiat bartoszycki

Inicjatorem przedsięwzięcia była komenda powiatowa policji w Bartoszycach, a współpracowali: wójt gminy Bartoszyce, starosta bartoszycki, burmistrz Bartoszyc, wójt gminy Górowo Iławeckie, burmistrz Bisztynka, burmistrz Sępopola, Warmińsko-Mazurskie Kuratorium Oświaty, wojewoda warmińsko-mazurski oraz Krajowe Centrum Ruchu Drogowego w Warszawie. Celem podjętych działań było ograniczenie zjawiska narkomanii, alkoholizmu i agresji w szkołach poprzez inspirowanie dzieci, młodzieży, rodziców oraz kadry nauczycielskiej do pogłębiania wiedzy z zakresu profilaktyki narkotykowej. Chodziło również o poprawę bezpieczeństwa dzieci i młodzieży na drogach Warmii i Mazur, a także zainicjowanie wspólnych działań policji, szkół, samorządów i organizacji pozarządowych w zakresie walki ze zjawiskami patologii społecznej w powiecie bartoszyckim.

Pomysł był odpowiedzią na zapotrzebowanie związane z poszukiwaniem nowych, alternatywnych form walki z uzależnieniami. Uznano, że sama pogadanka policjanta w szkole, czy rozmowa specjalisty w dziedzinie uzależnień z młodymi ludźmi, nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Te formy uległy swoistej dewaluacji. Młodzi ludzie poszukują nowych wzorców, właściwych dla środowiska rówieśniczego, dających poczucie akceptacji w tym środowisku. Rodzicie bowiem bardzo często nie mają czasu na rozmowę z nastolatkiem o jego problemach. Komunikacja kończy się zapewnieniem nastoletniego syna czy córki, że „wszystko jest w porządku”.

Badania wykazały, że znaczny procent chłopców i dziewcząt ze szkół podstawowych i gimnazjalnych przyznaje się do kontaktu z marihuaną, haszyszem i alkoholem. Małe wiejskie środowiska mają niewiele do zaoferowania młodym ludziom, którzy po tego rodzaju używki sięgają również z nudów.

Stąd właśnie pomysł na wypowiedzenie się młodych osób poprzez sztukę na temat uzależnień i ich konsekwencji. Spektakle przygotowują uczniowie. Poprzez zabawę i kontakt ze sztuką zdobywają wiedzę na temat zagrożeń wynikających z uzależnień. Tego typu przedsięwzięcia, w atrakcyjnej formie artystycznej, dają możliwości rozwoju intelektualnego, poczucia własnej wartości, rozwijania zainteresowań, odnalezienia swojego miejsca w środowisku, uczą zdrowej rywalizacji, integrują środowiska, poszerzają kontakt dzieci i młodzieży ze środowiskiem nauczycieli, angażują rodziców.

Spektakle reżyserowane są przez opiekunów i pokazywane innym grupom rówieśniczym. Młodzi ludzie, poprzez pracę na scenie, dzielą się ze swoimi rówieśnikami oraz starszymi widzami zdobytą wiedzą, dołączając się do grupy, która mówi „NIE” wszelkim uzależnieniom, przemocy, nietolerancji i innym zachowaniom patologicznym.

Projekt rozpoczęty został warsztatami, które prowadzili zaproszeni aktorzy teatralni. Ponad 250 uczniów szkół podstawowych i gimnazjalnych powiatu bartoszyckiego oraz 20 nauczycieli poznało podstawy rzemiosła teatralnego, jego historię oraz techniki. Uczestnicy biorący udział w zajęciach teoretycznych oraz praktycznych otrzymali pomoce dydaktyczne w postaci scenariuszy do ewentualnego wykorzystania w reżyserowanych przez siebie spektaklach.

Drugim etapem był przegląd. Na deskach Bartoszyckiego Domu Kultury uczniowie szkół powiatu bartoszyckiego zaprezentowali 20 spektakli, które oceniane były przez jury (spektakle oceniano w dwóch kategoriach wiekowych). Przez trzy dni spektakle obejrzały dzieci i młodzież ze szkół podstawowych, gimnazjalnych oraz ponadgimnazjalnych. Na widowni zasiadali nauczyciele, rodzice, policjanci, przedstawiciele samorządów, organizacji pozarządowych, komisji ds. bezpieczeństwa, ds. profilaktyki, rozwiązywania problemów alkoholowych, komisji kultury i edukacji, przedstawiciele kuratorium oświaty oraz innych podmiotów działających na rzecz poprawy bezpieczeństwa publicznego.

Oprócz nagród za trzy pierwsze miejsca, nagrodę GRAND-PRIX Przeglądu otrzymała grupa Teatr Bez Nazwy z Gimnazjum Nr 2 w Bartoszycach, za spektakl „Memento mori po raz drugi”. Ponadto grupa otrzymała nagrodę specjalną Ogólnopolskiej Akcji Profilaktycznej „Wspiera Nas PaT”.  Wśród nagród były kina domowe, aparaty cyfrowe i wieże CD. Nagrodą główną Grand Prix były zajęcia warsztatowe w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Nagrody dla laureatów oraz uczestników Przeglądu ufundowane były przez samorządy, współpracujące z komendą powiatową policji w Bartoszycach.

Do realizacji całego przedsięwzięcia potrzebna była policja jako koordynator, środki na nagrody i wyróżnienia dla uczestników (od samorządów, ze środków przeznaczonych na profilaktykę – przez np. komisje rozwiązywania problemów alkoholowych, fundacje itp.). Niezbędny był też zespół osób, zajmujących się organizacją (program, pisma do szkół, regulamin przeglądu, harmonogram spektakli, ustalenie i zakup nagród, listy szkół i klas zaproszonych do obejrzenia spektakli, lista gości itp.). Nie obyło się bez jury – w skład którego powinna wchodzić chociaż jedna osoba związana z teatrem, oraz ktoś, kto oceni spektakl pod względem językowym, a także – oddziaływania edukacyjno-profilaktycznego. Do tego rzecznik prasowy, który zajmie się rozpropagowaniem przedsięwzięcia w mediach, osoba prowadząca finał przeglądu (może nią być koordynator lub rzecznik prasowy), miejsce ze sceną oraz widownią (teatr, dom kultury lub świetlica), nagłośnienie i oświetlenie, technik do obsługi sprzętu.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

KONSULTACJE SPOŁECZNE W SAMORZĄDZIE

Napisane przez

Wszystkie wymiary życia społecznego przenikają konflikty. Poniżej publikujemy fragment książki prof. Zbigniewa Zychowicza „Konsultacje społeczne w samorządzie”, poświęcony konfliktom i metodom ich rozwiązywania.

Konsultacje społeczne w oczywisty sposób często stanowią okazję do ujawnienia już istniejących podziałów. Dodatkowo, przez wzgląd na przedmiot konsultacji, uświadamiają one mieszkańcom, że dzielą ich rozbieżne postawy i wynikające stąd różne oczekiwania względem decyzji, które mają zostać podjęte przez władze samorządowe.

Konflikty w konsultacjach społecznych

Wbrew powszechnym przekonaniom, konflikty nie są wyłącznie szkodliwe i destrukcyjne. Oczywiście, potrafią przynosić duże straty, dezintegrować społeczność, ale często wymuszają zmiany i poszukiwanie szerszego spektrum możliwych rozwiązań problemu. (…)

 

Etymologicznie, słowo „konflikt” oznacza starcie. Pochodzi od łacińskiego terminu conflictus – zderzenie. Oznacza wszelkie zetknięcia się sprzecznych dążeń, niezgodność celów, interesów, poglądów, antagonizm, kolizje, spór, zatarg. (…) Jednak pojęcie konfliktu jest o wiele szersze i wykracza poza sferę wąsko pojętych interesów dlatego, że przyczyny konfliktów często mają swe źródła w odmiennych systemach wartości osób zaangażowanych w konflikt i wynikających z nich różnych ocenach rzeczywistości.

Inną, ale jakże ważną, przyczyną konfliktów może być zła komunikacja, rodząca szereg nieporozumień, wzajemne stereotypy i uprzedzenia budzące silne emocje wchodzących w relacje ludzi, a także wcześniejsze negatywne doświadczenia, które uniemożliwiają racjonalny konstruktywny dialog. W końcu przyczyna konfliktów może wynikać z braku symetrycznego dostępu do informacji istotnych z punktu widzenia skonfliktowanych stron. Warto zwrócić uwagę na to, że część konfliktów ma pozorny charakter, wynika z lęków, uprzedzeń, niewiedzy i wzajemnej niechęci ludzi wobec siebie, nie zaś wykluczających się interesów. (…)

Z uwagi na przyczyny, które wywołują konflikty można je podzielić na:

1)      Konflikt interesów – dotyczy współzawodnictwa w możliwości zaspokojenia potrzeb materialnych, psychologicznych, społecznych, czy politycznych. (…)

2)      Konflikt wartości – wynika z odmiennych systemów wartości ludzi zaangażowanych w konflikt. (…)

3)      Konflikt strukturalny – jego podłożem są zazwyczaj pewne zewnętrzne ograniczenia wynikające z deficytu jakiegoś dobra, braku czasu, braku uprawnień do podejmowania decyzji, problemów i przeszkód technicznych oraz ról pełnionych przez ludzi w grupach lub instytucjach.

4)      Konflikt danych – ma miejsce wówczas, kiedy strony nie dysponują tymi samymi danymi, są niedoinformowane lub błędnie informowane,   wyciągają inne wnioski z tych samych danych lub w ogóle dostęp do informacji jest asymetryczny (…).

5)      Konflikt relacji – jego podłoże stanowią silne bariery natury psychologicznej, wynikające z ugruntowanych postaw niechęci na bazie negatywnych doświadczeń, stereotypów lub zwyczajnie lęków.

Konflikty mogą mieć charakter jawny lub ukryty. Konflikt ukryty ma miejsce wówczas, gdy artykułowanie roszczeń jest całkowicie lub częściowo zabronione (w systemach autorytarnych) albo gdy jego ujawnienie może stwarzać niebezpieczeństwo, lub gdy osoby bądź grupy podzielone konfliktami unikają antagonistycznej interakcji w obawie, iż jej rezultat może okazać się mniej korzystny niż stan aktualny. Przejście ze stanu utajonego w jawny następuje zazwyczaj po przekroczeniu progu tolerancji dla subiektywnego poczucia krzywdy czy wykorzystania sytuacji, w jakiej znajduje się jedna ze stron konfliktu (…).

Sposoby rozwiązywania konfliktów

Wśród możliwych sposobów rozwiązywania konfliktów wyróżnia się pięć podstawowych:

1)      Unikanie – jest ucieczką od problemu nawet kosztem zaspokoje­nia swoich interesów. Polega na ignorowaniu problemu z powodu niechęci do konfrontacji, wycofaniu się ze współpracy z partnerem, próbie przecze­kania (…).

2)      Przystosowanie – polega na rezygnacji z części własnych interesów w imię rozwiązania konfliktu i kontynuowania współpracy (…).

3)      Rywalizacja – oznacza w istocie klasyczne negocjacje pozycyjne, w których dąży się za wszelką cenę do rozstrzygnięcia kon­fliktu, mając na uwadze wyłącznie własną korzyść (…).

4)      Kompromis – jest poszukiwaniem rozwiązania, w którym wszyst­kie strony świadomie rezygnują z części swoich korzyści i, godząc się na straty, osiągają porozumienie (…).

5)      Współpraca (rozwiązanie problemu) – jest zorientowana na poszukiwanie takiego rozwiązania, które uwzględnia możliwość zaspokojenia potrzeb wszystkich stron zaangażowanych w konflikt. (…) Jest to najlepsza strategia rozwiązywania konfliktów, ponieważ zamiast rywalizacji, strony zaczynają ze sobą współpracować, poprawia się komunikacja i wzajemne relacje po­między ludźmi. Mimo, iż wymaga dużo wysiłku, czasu i dobrej woli stron, jest ona szczególnie przydatna w rozwiązywaniu poważnych konfliktów (…).

Zapobieganie konfliktom

Nie ma uniwersalnej metody, która pomogłaby skutecznie unikać konfliktów wynikających z odmiennych potrzeb, dążeń oraz mniej lub bardziej uświadamianych interesów poszczególnych środowisk tworzących społeczność lo­kalną.

Z pewnością punktem wyjścia do realizowania jakichkolwiek zamie­rzeń w sferze inwestycji czy podejmowania decyzji, ważnych z punktu widzenia mieszkańców, jest gruntowna i rzetelna wiedza odnośnie wszystkich istotnych uwarunkowań, mogących mieć wpływ na przebieg konsultacji. Jeżeli przedmiot planowanych konsultacji jest w sposób oczywisty kontrowersyjny i władze zdają sobie sprawę, że może się pojawić silny opór części społeczności, należy zawcza­su przewidzieć możliwe scenariusze i przygotować adekwatne strategie działania.

Temu celowi służy sporządzenie mapy konfliktu (problemu) społecznego, któ­rej podstawę stanowi analiza otoczenia, umożliwiająca wczesne rozpoznanie istniejących na danym terenie uwarunkowań i czynników ryzyka sprzyjających pojawieniu się protestów społecznych.

Metody rozwiązywania konfliktów

Przede wszystkim należy ustalić i opisać listę wszystkich podmiotów (grupy mieszkańców, liderzy opinii, organizacje po­zarządowe etc.), które mogą zająć różne stanowiska w konsul­towanej sprawie. Służą temu rozmowy i wywiady z mieszkańcami, ich rozmaitymi przedstawicielami, osobami opiniotwórczymi i dobrze osadzonymi w społeczności. Istotne jest, aby spróbować przewidzieć, które grupy mogą wywo­łać konflikt, odpowiedzieć dlaczego właśnie te oraz jakie są ich oczekiwania.

Im bardziej rozległą wiedzą dysponujemy, tym większa szansa na uniknięcie konfliktu dzięki dobrze opracowanej strategii komunikowania się z mieszkańcami. Z tego punktu widzenia niezbędna jest również analiza skutków realizacji decyzji (pro­jektu, inwestycji, likwidacji, odwołania) jeszcze przed jej podjęciem, czyli analiza ex ante.

Dzięki niej można przewidzieć, że np. tak długo oczekiwana budowa hali widowiskowo‑sportowej może nadwerężyć budżet gminy, ponieważ wpływy z od­bywających się w niej imprez tylko w nikłym procencie pokryją koszty utrzymania obiektu. Odnosi się to również do decyzji personalnych, jak choćby odwołania dyrektora placówki oświatowej, który cieszy się powszechną sympatią i autorytetem, ponieważ nietrudno przewidzieć, że ludzie będą go bronić, krytycznie oceniając wyłącznie władze gminy.

Powyższe przykłady wskazują, jak ważna jest gruntowna analiza skutków decyzji przed jej podjęciem. Dzięki niej można dokonać modyfi­kacji lub – w skrajnych przypadkach – zaniechać działania, by nie popełnić kardy­nalnego głupstwa i uniknąć konfliktów.

W wielu polskich gminach, z uwagi na zmiany demograficzne i rachunek ekono­miczny, podejmowane są decyzje, np. o likwidacji szkół. Władze gminy zasadnie zakła­dają, że ich plany spotkają się ze sprzeciwem rodziców. Jednak tłumacząc powody, dla których zamierzają to zrobić, odwołują się zazwyczaj wyłącznie do przesła­nek natury ekonomicznej i zapominają, że istnieje szereg innych, nie mniej waż­nych okoliczności, które mają znaczenie dla obu stron.

Aby uniknąć pojawienia się otwartego konfliktu, należałoby jak najszybciej rozpocząć dialog z rodzicami i przedstawić im merytorycznie uzasadnioną listę ar­gumentów przemawiających za decyzją oraz korzyści, jakie dzięki niej mogą zostać osiągnięte np.:

–           szkoła mieści się w starym budynku do remontu, brakuje dobrego ogrzewania, dach jest dziurawy, stąd koszty utrzymania są wysokie,

–           klasy są łączone, ponieważ jest za mało dzieci,

–           jakość nauczania jest poniżej przeciętnej, ponieważ do kiepskiej i małej szkoły nie przyjdą pracować dobrzy, przedmiotowi nauczyciele, 

–           brak możliwości zorganizowania zajęć pozalekcyjnych i dodatkowych (np. nauki języka),

–           nieprawdą jest, że szkoła pełni funkcję jedynego ośrodka życia kulturalnego na wsi, gdyż sprawdzono ponad wszelką wątpliwość, iż po godz. 16.00 jest zawsze zamknięta,

–           dzieci będą zawożone i odwożone,

–           dostaną obiad,

–           dzięki przedmiotowym nauczycielom zdobędą większą wiedzę i umiejętności i będą mogły kontynuować naukę w lepszych szkołach,

–           zaoszczędzone środki zostaną przeznaczone na (tu podać atrakcyjny i społecznie akceptowany cel, lub zaoszczędzone pieniądze pozwolą na to, by nie rezygnować z… tego, na co aktualnie brakuje środków).

Konsultacje powinno się przeprowadzać na możliwie najwcześniejszym etapie planowanej inwestycji, jeszcze przed zgłoszeniem projektu przedsięwzięcia – tak, aby była szansa na poznanie klimatu towarzyszącego pomysłowi, wstępnych opinii osób zainteresowanych, pozyskania ich zaufania oraz włączenia w proces decyzyj­ny.

Trudno sobie wyobrazić, że konsultacje w sprawie budowy, np. biogazowni zostają przeprowadzone na etapie zaawansowanych przygotowań do inwestycji. Usy­tuowanie takiego obiektu na jakimś terenie z reguły napotyka duży opór społeczny i jakiekolwiek próby postawienia społeczności lokalnej wobec faktów dokonanych i formal­nego w istocie konsultowania inwestycji prowadzić mogą, i zazwyczaj prowadzą, do nasilonych protestów i konsolidacji sił części opinii publicznej w celu podjęcia działań uniemożliwiających jej realizację.

Syndromy postaw negatywnych

Negatywne postawy wobec dużych in­westycji infrastrukturalnych są na tyle uniwersalne, że w literaturze poświęconej konsultacjom społecznym opisuje kilka typowych syndromów:

o   syndrom NIMBY – z ang. Not In My Back Yard, czyli nie na moim podwór­ku. Istota tego syndromu postaw koncentruje się wokół sprzeciwu wobec lokalizacji obiektu w bezpośrednim sąsiedztwie protestujących. Sama in­westycja może być oceniana jako korzystna i potrzebna, jednak najlepiej byłoby usytuować ją gdzie indziej (…).

o   syndrom LULU – z ang. Locally Unacceptable Land Use, czyli niechcia­ne przez społeczność zagospodarowanie terenu. Jest to nieco inna forma NIMBY, bo skoncentrowana nie tyle na sprzeciwie wobec inwestycji, ile na innych oczekiwaniach wobec zagospodarowania terenu (lub pozostawie­nia go w obecnym kształcie), na którym ma być przeprowadzona inwesty­cja. Wyrazicielem negatywnych postaw jest w zasadzie cała społeczność.

o   syndrom BANANA – z ang. Built Absolutely Nothing, Anywhere Near Any­thing, czyli „nie buduj absolutnie nic, nigdzie i w pobliżu niczego”. Z wystę­powaniem tego rodzaju postaw spotkać się można raczej rzadko. Wiążą się one przede wszystkim z bardzo dużym poziomem nieufności wobec władz, inwestorów, którzy postrzegani są zazwyczaj jako „obcy” (…).

Konsultacje w sprawach trudnych

Jedyną skuteczną metodą poradzenia sobie z otwar­tym sprzeciwem i możliwością wybuchu konfliktu jest postawienie wczesnej dia­gnozy w oparciu o analizę otoczenia i ustalenie, czego dokładnie obawiają się mieszkańcy.

Na przykład, jeśli planowana jest budowa spalarni śmieci i wiadomo, że pomysł napotka opór społeczny, należy przede wszystkim zacząć od gruntow­nych badań opinii publicznej na reprezentatywnej próbie mieszkańców. Pozwolą one na poznanie przyczyn obaw mieszkańców jako powodu braku zgody na spa­larnię. Jeśli w badaniu wyszło, że większość mieszkańców boi się:

–           negatywnego wpływu na stan zdrowia,

–           pogorszenia stanu środowiska naturalnego,

–           obniżenia atrakcyjności inwestycyjnej (cen nieruchomości) terenów położonych w pobliżu inwestycji,

to należy przy pomocy ekspertów oraz wizyt studyjnych rozwiać wszelkie wątpli­wości i zanegować stereotypowe postrzeganie przedmiotu obaw. Konieczne za­tem będzie odwołanie się do opinii szanowanych lekarzy, którzy jednoznacznie potwierdzą brak wpływu inwestycji na stan zdrowia mieszkańców.

Ważne będą opinie biegłych inżynierów, którzy wyjaśnią zainteresowanym, że poziom emisji szkodliwych związków na konwencjonalnym wysypisku jest wyższy niż w spalar­ni. Odnośnie zaś do zarzutów dotyczących możliwości pogorszenia stanu środowi­ska naturalnego, konieczne wydaje się zaangażowanie autorytetów instytucjonal­nych, takich jak Państwowa Inspekcja Ochrony Środowiska, Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska oraz przedstawicieli uznanej uczelni, będących specjalistami w zakresie ochrony środowiska, którzy potwierdzą opinie o braku negatywnego wpływu inwestycji na przyrodę (…).

Innym przykładem inwestycji, dla której trudno zyskać zwolenników wśród mieszkańców, jest budowa biogazowni. W tym przypadku należy do konsultacji ze społecznością lokalną pozyskać osoby obdarzone autorytetem, za którymi stoi wiedza, doświadczenie i opinia osób etycznych. W czasie konsultacji należy przed­stawić, w subiektywnie odczuwany dla mieszkańców sposób, korzyści wynikające z budowy biogazowni, np.:

–           pieniądze dla gminy z tytułu opłat (podatek od nieruchomości i podatek CIT),

–           kilkanaście miejsc pracy przy obsłudze obiektu,

–           źródło zbytu dla rolników, którzy na potrzeby biogazowni mogą produkować surowce.

Można dokonać prezentacji, której celem będzie minimalizowanie uciążliwości, np:

–           budowa obiektu w oparciu o surowe reżimy technologiczne,

–           oddalenie od siedzib ludzkich.

Kolejnym, skutecznym zabiegiem, którego celem jest osłabienie niechęci i prze­konanie do inwestycji, jest zaprezentowanie urządzenia w trakcie eksploatacji. W tym celu zasadne jest zorganizowanie wyjazdu studyjnego do podobnego obiek­tu. W wyjeździe studyjnym powinni wziąć udział najbar­dziej nieprzejednani przeciwnicy budowy obiektu oraz przedstawiciele mediów. Po powrocie należy upublicznić relację z wizyty oraz przedstawić opinię biorących w niej udział.

W tych sytuacjach, w których przebieg konsultacji ma znamiona rozwijające­go się konfliktu, wiele zależy od prowadzenia spotkań, warsztatów, prezentacji, wyjaz­dów studyjnych, dyskusji panelowych przez osoby bezstronne, ale fachowe w zakresie prowadzenia debaty i omówionych form, tj. moderatorów lub facylita­torów. W odczuciu uczestniczących w konsultacjach, osoby takie nie są bezpośred­nio kojarzone z władzą i inwestorami.

Nierzadko mamy do czynienia z sytuacją powrotu konfliktu, mimo iż wydawało się, że został on rozwiązany. Mamy wówczas klasyczny przykład syndromu NIMBY. Społeczność lokalna, mocno kontestując projekt decyzji o realizacji inwestycji, w wyniku konsultacji została przekonana do jej celowości, ale część mieszkańców zajęła negatywną postawę i przystąpiła do protestu z powodu lokalizacji inwestycji w miejscu przez nią zamieszkanym.

W takiej sytuacji należy odwołać się do in­nej metody rozwiązywania konfliktu, czyli mediacji. Mediacje prowadzone przez profesjonalnych mediatorów oznaczają działania zmierzające do akceptacji przez zainteresowanych lokalizacji inwestycji w zamian za różnego rodzaju koncesje, korzyści ze strony władzy lokalnej. Na przykład, w zamian za zgodę społeczności na lokalizację uciążliwej inwestycji, miasto zrezygnuje z opłat za wywóz śmieci, podatku od nieruchomości, wybuduje osiedlowy dom kultury, da mieszkańcom prawo do ulgowego korzystania z instytucji kultury, sportu i rekreacji itp.

Składane obietnice powinny mieć jak najbardziej realistyczny charakter i nie sprawiać wra­żenia prezentowanych ad hoc pomysłów, które za wszelką cenę mają przekonać przeciwników inwestycji.

oprac. Elżbieta Karasiewicz

Zbigniew Zychowicz, „Konsultacje społeczne w samorządzie”, Szczecin 2014

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

KLUBY NA KROPLÓWCE Z RATUSZA

Napisane przez

W perspektywie zbliżających się wyborów samorządowych włodarze miast chętniej mówią o wspieraniu sportu amatorskiego niż profesjonalnego. Nikt nie chce być kojarzony z przynoszącymi straty klubami i przepłacanymi zawodnikami. Czyżby wybory miały definitywnie zakończyć współpracę sektora prywatnego i publicznego? Nic bardziej mylnego.

Władze piłkarskiego Górnika Zabrze z niepewnością spoglądają w przyszłość. Klub, który istnieje od ponad sześćdziesięciu lat, stoi na granicy bankructwa. Zadłużenie sięga ponad 40 mln zł, piłkarze od wielu miesięcy grają za darmo. Na dodatek, w ostatnich dniach lipca z klubem pożegnał się prezes Zbigniew Waśkiewicz. Przyczyn jego odejścia upatruje się w konflikcie z władzami miasta, głównego akcjonariusza klubu. Samorządowcom ponoć nie podobały się ostre wypowiedzi prezesa, dotyczące fatalnej sytuacji finansowej i jego oczekiwania, że miasto weprze klub dodatkowymi środkami. Solidarni z zespołem pozostają wciąż kibice i sami piłkarze, pytanie tylko na jak długo? Czy Górnik podzieli los innych znanych bankrutów, jak Warta Poznań czy łódzki Widzew? Czy może miasto zapewni klubowi środki potrzebne na chwilowe przetrwanie kryzysu do czasu znalezienia nowego akcjonariusza?

Promocja na wsparcie

– Miasta powinny wspierać kluby sportowe, choćby z jednego powodu: pełnią one istotną funkcję społeczną. Choćby akademie piłkarskie, gdzie przez lata tysiące dzieciaków nie tylko trenuje, ale uczy się i wychowuje. Środki na to przeznaczane, kiedyś się zwrócą – przekonuje Adam Dawidziuk, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”.

Wspieranie sportu jest jednym z zadań samorządów terytorialnych. Może się to odbywać poprzez bezpośrednie dotacje lub poprzez zlecanie konkretnych działań, mających na celu promowanie zdrowego trybu życia itp. Ile przekazuje się na profesjonalne kluby sportowe? Bydgoszcz, która jest jednym z hojniejszych miast na sportowej mapie Polski, co roku na ten cel przeznacza kilkanaście milionów złotych. Z kolei Wrocław – około 20 milionów złotych, a w Szczecinie na program „Wspieranie i upowszechnianie kultury fizycznej” w budżecie miasta na rok bieżący zarezerwowano 8 mln zł, z czego bezpośrednio do klubów trafiło ponad 3 mln zł. Reszta stanowi budżet na promocję miasta.

Przeprowadzona w latach 2009-2010 kontrola NIK w sześciu miastach wykazała, że aż 91,3 mln zł z 103,5 mln zł z promocji miasta trafiło do profesjonalnych klubów sportowych. 23% środków przeznaczonych na wsparcie sportu kwalifikowanego przekazano niezgodne z przepisami ustawy o sporcie kwalifikowanym, dopatrywano się także mechanizmów korupcjogennych. – Niestety, muszę przyznać, że często jest tak, ze środki „z promocji” są traktowane jako dodatkowe źródło wsparcia lokalnych klubów – mówi Michał Gniatkowski, radca prawny z kancelarii Weremczuk Bobeł & Wspólnicy, ekspert od ustawy o sporcie. Wtóruje mu Dawidziuk. – Patologią jest sytuacja, kiedy klub sportowy zatrudnia zawodników, płaci im wysokie pensje, a w momencie, gdy brakuje pieniędzy, wyciąga rękę do miejskiej kasy. To błąd, a takie sytuacje się zdarzały.

I wciąż zdarzają… Na początku sierpnia br. do prasy lokalnej wyciekła informacja, jakoby piłkarski Śląsk Wrocław miał otrzymać 1 mln złotych za… promowanie maratonu ulicznego.

Weryfikacja zasad podziału środków

Zbliżające się wybory samorządowe zmusiły przedstawicieli miast do zweryfikowania zasad podziału środków na promocję. We wspomnianym już Wrocławiu – wśród klubów, które w przyszłym roku otrzymają dofinansowanie – znalazł się koszykarski Śląsk, który był dotychczas pomijany z powodu „różnic” politycznych. Zmiany zapowiadają także inne miasta, m.in. Bydgoszcz. – Miasto przyznaje środki w oparciu o wiele kryteriów, m.in. popularność dyscypliny, możliwości infrastrukturalne, posiadane środki własne, czy dotychczasowe rozliczenie z powierzonych zadań. To wszystko sprawia, że finansowanie mogą otrzymać tylko kluby działające w dłuższej perspektywie czasowej. Naszym celem nie jest zaprzestanie finansowania sportu, bo to ważny element tożsamości miasta, ale finansowanie wiarygodnych partnerów o właściwych fundamentach działania – tłumaczy Marta Stachowiak, doradca prezydenta miasta.

W Lublinie, który dzięki klubowi SPR Lublin, obecnie MKS Selgros Lublin, był jednym z „antybohaterów” opublikowanego w 2012 r. raportu NIK, wprowadzono bardziej restrykcyjne zasady kontroli środków. – Raport NIK dotyczył złożenia fałszywego oświadczenia przez prezesa SPR w ramach wniosku aplikacyjnego. Fakt ten, pomimo merytorycznego i finansowego rozliczenia dotacji, spowodował zwrot środków, co zostało zrealizowane w ramach wykonania zaleceń pokontrolnych. W chwili obecnej klub nie aplikuje w otwartych konkursach ofert. Miasto Lublin w 2014 r. dokapitalizowało klub kwotą 1 mln zł. Pozostałą część budżetu zapewniają sponsorzy, w tym sponsor tytularny, Selgros. Kontrolę nad wydatkowaniem środków przez Zarząd sprawuje Rada Nadzorcza, w której skład wchodzą osoby wskazane przez Miasto Lublin – tłumaczy Beata Krzyżanowska, rzecznik prasowy prezydenta miasta.

Władze Szczecinka także zdecydowały się na kontrolę lokalnego sportu profesjonalnego. Tamtejsze kluby piłkarskie otrzymały jeden warunek: 250 tys. złotych dofinansowania, ale tylko w sytuacji, gdy połączą one swoje siły i od nowego sezonu będą występowały pod wspólnym sztandarem. Ponieważ porozumiały się tylko dwa kluby piłkarskie, wsparcie zmniejszono do 100 tys. zł, reszta zostanie przekazana na inne cele.

Czy ta nowa, bardziej restrykcyjna taktyka, okaże się zgubna dla profesjonalnych klubów sportowych? Niekoniecznie, bezpośrednie dotacje to tak naprawdę ułamek kwot, na które kluby mogą liczyć dzięki współpracy z samorządami. Oddzielną pulę stanowią bowiem umowy na promocję, m.in. zdrowego trybu życia, szkolenia młodzieży czy walki z alkoholizmem. Kluby nie udzielają informacji, na jakie kwoty są podpisywane umowy z miastami – można jednak przypuszczać, że są to opłacalne kontrakty, choćby jak ten Śląska Wrocław na „promocję maratonu”. – Wsparcie szkolenia sportowego oraz organizacji imprez sportowych odbywa się w ramach otwartych konkursów ofert. Konkursy dla gier zespołowych są ogłaszane na cały sezon rozgrywkowy, co ułatwia aplikowanie o środki i zapewnia stabilność funkcjonowania. W przypadku niektórych dużych wydarzeń sportowych miasto zawiera umowy promocyjne (np. międzynarodowy turniej z udziałem męskiej reprezentacji Polski w piłce ręcznej w 2014 r.) – opowiada Krzyżanowska.

Podobne rozwiązanie obowiązuje także w Bydgoszczy. – Miasto ograniczyło wsparcie klubów poprzez środki przeznaczone na promocję. Aktualnie są one przeznaczane w formie dotacji na szkolenie seniorów. Środki są zbliżonej wysokości, jak wcześniej, jednak dzięki temu miasto ma instrument kontroli ich wydatkowania, a także posiadanych środków własnych gromadzonych przez kluby. Jest to formuła, która pomaga miastu wypełnić jednocześnie dwa ważne cele, czyli: promocję przez sport i kontrolę nad przeznaczanymi środkami – mówi Stachowiak. I dodaje: – Udzielenie zamówienia na usługi promocji zamawiającego w dziedzinie piłki nożnej, siatkarskiej czy koszykarskiej podczas meczów I-ligowych rozgrywanych przez lokalną drużynę (klub sportowy), działający na terenie miasta Bydgoszczy, wypełnia przesłanki uzasadniające udzielenie zamówienia w trybie zamówienia z wolnej ręki. Celem takiego zamówienia jest świadczenie usług promocyjnych przez ściśle określony podmiot, tj. podmiot lokalny, powiązany w określony sposób z zamawiającym, co pozwala osiągnąć efekt rozpropagowania zamawiającego wśród lokalnej społeczności, na skutek jego zaangażowania w wydarzenia sportowe określonego rodzaju – dodaje doradca prezydenta Bydgoszczy.

W harmonii z ratuszem

Podobnie jest także w stolicy. Legia Warszawa to jedyny klub w Polsce, który nie otrzymuje bezpośredniej dotacji z budżetu miasta. Dodatkowo wpłaca do kasy miejskiej 4,5 mln zł za dzierżawę stadionu. Mimo to właściciele Mistrza Polski chwalą sobie kontakty z ratuszem. – Jesteśmy bardzo zadowoleni ze współpracy z miastem – zapewnia Izabela Kuś, rzeczniczka klubu. Stołeczne władze wspierają dwie sekcje Legii: siatkarską i koszykarską, a obiekt przy ul. Łazienkowskiej 3 jest chętnie wykorzystywany podczas organizacji licznym imprez.

Nic więc dziwnego, ze w ostatnich miesiącach prezes Bogusław Leśnodorski, znacznie złagodził swoje wypowiedzi dotyczące współpracy z Hanną Gronkiewicz-Waltz. Czy mimo krytyki ze strony wyborców samorządowcom bardziej opłaca się współpraca z profesjonalnymi klubami? – Miasta powinny częściej korzystać z możliwości promocji poprzez sport. Silna Legia to lepiej postrzegana Warszawa. Mocny Lech to lepsze opinie o Poznaniu. Kilka lat temu, kiedy Kolejorz grał z Manchesterem City, angielscy fani byli pod ogromnym wrażeniem dopingu na stadionie przy Bułgarskiej. Dzień później każda brytyjska gazeta pisała, że kibice The Citizens „będą robić Poznań”. Tego nie da się przeliczyć na pieniądze – reasumuje Dawidziuk. Tezy te potwierdzają dane marketingowe, a w statystykach i rocznych raportach to właśnie te wyglądają najlepiej.

poniedziałek, 25 sierpień 2014 00:00

FELIKS BARTCZUK, OSTATNI POWSTANIEC

Napisane przez

Opowiadana dziś historia wydarzyła się na Podlasiu, na pograniczu dwóch narodowych żywiołów, w okolicy Kosowa Lackiego, w sąsiedztwie Kosowa Ruskiego, w powiecie sokołowskim województwa mazowieckiego.

Nasz bohater – Feliks Bartczuk – urodził się 22 września 1846 r., w rodzinie włościańskiej. Jako nastolatek pracował fizycznie w majątku Ludwika Górskiego w Ceranowie. Pracodawca, ujęty ambicjami młodego parobka, pozwolił mu korzystać z dworskiej biblioteki. Bartczuk skupił się na lekturach historycznych – zarówno naukowych, jak i beletrystycznych  –  i one ukształtowały jego pogląd na świat. Co dokładnie czytał, nie wiadomo, lecz wiemy, że Górscy mieli w Ceranowie bogatą, jak na te czasy, bibliotekę. Ludwik Górski, jeden ze znamienitszych działaczy ziemiańskich tej epoki, był ceniony przez samego Henryka Sienkiewicza.

Pracodawca Bartczuka był typowym przedstawicielem stronnictwa Białych; niewątpliwy, gorący patriota, zwolennik pracy u podstaw (pozytywista), zdecydowanie sprzeciwiał się walce zbrojnej z Rosjanami. W gorącym okresie przedpowstaniowym należał do tej grupy aktywnych ziemian, którzy pojednawczymi gestami pod adresem administracji rosyjskiej starali się równoważyć działania Czerwonych; zamachy i demonstracje. Wspominam o tym, pamiętając, że o ocenę Powstania Styczniowego (sens wywołania i sposób prowadzenia) w Polsce spierano się podobnie, jak o Powstanie Warszawskie; zdaje się, że obie te dyskusje nie doczekają się prędko rozstrzygnięcia. Paradoks tej historii polega na tym, że umożliwiając młodemu, wiejskiemu chłopakowi korzystanie z ziemiańskiej biblioteki, światły acz rozważny ziemianin, Ludwik Górski, bezwiednie ukształtował gorącego, walecznego patriotę, Feliksa Bartczuka.

Gdy w maju 1863 r. w okolicy Ceranowa pojawił się powstańczy oddział Ludwika Lutyńskiego, Feliks Bartczuk wstąpił do niego wraz z grupą młodych mężczyzn z okolicy. Był w oddziale w czasie zwycięskich potyczek pod Węgrowem, w Nagoszewie, przyłączył się też z partią Lutyńskiego do ugrupowania Michała Kruka Haydenreicha i brał udział w sławnej batalii pod Żyrzynem. Przypomnieć warto, że 8 sierpnia 1863 r. Kruk ze swoją partią zaatakował pięćsetosobowy konwój dowodzony przez por. Laudańskiego, rozpraszając go i przejmując ponad 200 tysięcy rubli. Wydarzenie to szeroko relacjonowała europejska prasa, a w rosyjskich sferach rządowych wywołało ono wściekłość i przyczyniło się do zmian władz administracyjnych. Bitwę pod Żyrzynem zrelacjonował Jarosław Iwaszkiewicz w opowiadaniu „Haydenreich”.

W partii Lutyńskiego Bartczuk był jeszcze w czasie walk pod Chotyczami, Wolą Korybutową i Kockiem. W końcu grudnia, ze względu na chorobę, został urlopowany. Zamierzał wrócić do partii, lecz tę Lutyński w styczniu 1864 r. rozwiązał; jednocześnie zaś, w tym samym styczniu 1864 r., Rosjanie aresztowali Bartczuka i przejęli jego powstańcze pamiętniki. Miał wtedy zaledwie 17 lat i zdecydowanie marne perspektywy. Niewiele mógł mu pomóc młody wiek, gdyż Rosjanie potrafili zsyłać na Syberię i piętnastolatków. Rodzina nie poddawała się i podjęła wszelkie możliwe działania. Prawdopodobnie najbardziej Feliksowi pomogła interwencja byłego pracodawcy, Górskiego, oraz fakt, iż Rosjanie starali się skupiać represje na elitach i łagodniej traktować szeregowych. Tym sposobem wbijano klin rozbijający środowiska patriotyczne.

W połowie września 1864 r. Feliks Bartczuk został zwolniony z więzienia i mógł, pod nadzorem policji, zamieszkać w rodzinnym domu. Nie próbował już wracać do walki z zaborcą, zresztą powstanie wygasało. Feliks był jeszcze więziony, gdy 5 sierpnia 1864 r. na szubienicy pod warszawską Cytadelą zginął ostatni dyktator Powstania Styczniowego, Romuald Traugutt.

Bartczuk założył rodzinę i wrócił do pracy w rodzinnym gospodarstwie. 23 maja 1865 roku był świadkiem egzekucji ostatniego dowódcy Powstania, ks. Stanisława Brzóski, w Sokołowie Podlaskim. Wydarzenie to silnie zapisało się w jego pamięci. Ksiądz Brzóska został powieszony w biały dzień, publicznie, na rynku, w obecności wielu modlących się i płaczących rodaków.

Nasz bohater dochował się licznych dzieci i wnuków, doczekał wybuchu Niepodległej w 1918 r. w dobrej formie. Weterani Powstania Styczniowego zostali wówczas otoczeni kultem: Bartczuk został mianowany podporucznikiem, otrzymał stałe uposażenie w wysokości nieznacznie niższej od zawodowego podporucznika służby stałej (ok. 200 zł) i order Polonia Restituta. W charakterystycznym, honorowym mundurze uczestniczył w uroczystościach patriotycznych. W 1933 roku Rydz-Śmigły w obecności Piłsudskiego wręczył mu Krzyż Siedemdziesięciolecia Powstania Styczniowego.

Utrata niepodległości po inwazji hitlerowskich Niemiec bardzo przygnębiła weterana, zwłaszcza że przyszło mu mieszkać blisko obozu śmierci w Treblince. Miał zróżnicowane kontakty z podziemiem; miejscowa organizacja Armii Krajowej uczyniła go swoim honorowym członkiem, zaś grupa partyzantów lewicowej proweniencji zrabowała mu odznaczenia. Mimo traumatycznych przeżyć doczekał zakończenia wojny.

Może ktoś rzec – dlaczego piszę akurat o Feliksie Bartczuku? Typowy polski los, takich było tysiące… Wielu w dziejach Powstania Styczniowego zapisało się w sposób nieskończenie wyrazistszy i barwniejszy, wielu dokonywało czynów, na jakie Feliks Bartczuk się nie porwał (przynajmniej my o nich nie wiemy).

To prawda – Feliks Bartczuk nie był Bobrowskim, Gillerem, Jurgensem, Mierosławskim, Langiewiczem czy Czachowskim, nie był nawet żuawem śmierci z białym krzyżem na piersi. Symboliczne, poczesne miejsce w polskiej historii dał Bartczukowi prosty fakt – spośród znanych nam weteranów Powstania Styczniowego Jemu przyszło żyć najdłużej. Feliks Bartczuk zmarł 9 marca 1946 r., dobiegając setki.

* * *

Opisując dzieje najdłużej żyjącego weterana Powstania 1863 r., skorzystałem z książki Jacka Odziemczaka i Artura Ziontka; Feliks Bartczuk. Ostatni weteran powstania styczniowego, Siedlce
2013 r.

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY