Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 88.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 77.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 85.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 48.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

Czerwiec 2014

Czerwiec 2014 (15)

piątek, 27 czerwiec 2014 00:24

MAZOWIECKIE PIENIĄDZE POWINNY ZOSTAĆ NA MAZOWSZU!

Napisane przez

Rozmowa z Adamem Struzikiem, marszałkiem województwa mazowieckiego

MATEUSZ WEBER: Panie marszałku, dużo mówi się o możliwym bankructwie województwa mazowieckiego. Kiedy zgasi pan więc światło i odda klucze do gabinetu komornikowi?

ADAM STRUZIK*: Województwo formalnie zbankrutować nie może. Niemniej konieczność płacenia janosikowego spowodowała bardzo trudną sytuację ekonomiczną naszego województwa. Wydaje mi się jednak, że zaczął się proces zrozumienia problemu – również w wymiarze sądowym. Ostatni wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który wstrzymał egzekucję zaległego janosikowego za grudzień pokazuje, że żyjemy w państwie prawa. Wierzę głęboko, że nie tylko resztę pieniędzy uda się zatrzymać, ale również, że część rat uda się odzyskać. Bardzo by się nam one przydały.

Województwo Mazowieckie od jakiegoś czasu szukało pomocy finansowej, biorąc kredyty bankowe i pożyczkę z ministerstwa finansów, która miała być spłacana do 2039 roku. Czy po wyroku sądu te pieniądze nadal są potrzebne?

Tak, choć jeszcze nie dostaliśmy żadnej pożyczki. Jest nadzieja, że wkrótce zostanie uruchomiona pierwsza z nich, która zostanie udzielona na podstawie specjalnej ustawy. Chodzi o 246 milionów na zapłatę brakującego janosikowego za rok 2014. Co do zaległych rat z roku 2013 nie ma jeszcze rozstrzygnięcia. My będziemy zabiegali o to, żeby przy okazji nowelizacji ustawy o janosikowym rozwiązać również problem tych długów, które nie zostały zawinione przez nas. Jeżeli nam się to uda, pieniądze zostaną przeznaczone na inwestycje, bo to województwo wymaga dużych nakładów. Choćby na drogi, oświatę i ochronę zdrowia – szczególnie, że ostatnie cztery lata to dla nas okres drastycznych cięć.

Stał się pan – z racji pełnionej funkcji – niejako symbolem walki z janosikowym. Czy ma pan w takim razie inny pomysł jak pomóc ubogim samorządom, które bez wsparcia nie są w stanie się utrzymać? Przecież w Polsce jest ich bardzo dużo.

Myślę, że trzeba brać przykład z Unii Europejskiej. W UE dochód jest liczony i pomoc unijna jest skierowana na poziom regionalny. My też tak powinniśmy zrobić – licząc dochód na poziomie niższym, tak zwanych NUTS 3 (fr.Nomenclature des Unites Territoriales Statistique, Klasyfikacja Jednostek Terytorialnych do Celów Statystycznych), czyli subregionalnym. Województwo mazowieckie jest województwem paradoksalnym.  Mamy Warszawę, w której dochody są na poziomie ponad 185 proc. średniej unijnej – i mamy takie obszary, jak subregion radomski czy subregion ostrołęcko-siedlecki, gdzie dochody są na poziomie 50 proc. średniej unijnej. Powinniśmy system wyrównawczy oprzeć na tym niższym poziomie, czyli nie na poziomie województwa, tylko na poziomie NUTS 3, czyli grup powiatów – i odnosić nie do dochodu, bo na przykład dochód z podatku CIT jest bardzo niestabilny i podlega wahaniom koniunktury. Lepszy byłby system odnoszący się do dochodu narodowego na głowę mieszkańca. Wtedy można zbudować taki system wsparcia od bogatszych do biedniejszych.

Czyli pieniądze płynęłyby od najbiedniejszych powiatów do tych uboższych w ramach jednego województwa.

Tak, ale nie tylko. Wtedy Warszawa płaciłaby na powiaty w biedniejszy województwach, ale po części pieniądze trafiałyby też do Siedlec, Radomia czy Ostrołęki. Dodatkowo trzeba wziąć pod uwagę pieniądze unijne, które są dzisiaj transferowane dużo szerszym strumieniem do regionów biedniejszych. Powiem dla porównania: Mazowsze w latach 2014-2020 otrzyma na 5,2 miliona mieszkańców kwotę 2 miliardy 83 miliony euro, natomiast województwo lubelskie, gdzie jest dwa razy mniej mieszkańców: 2 miliardy 200 milionów euro wsparcia unijnego. A lubelskie dodatkowo może korzystać jeszcze z programu operacyjnego Polska Wschodnia. W ten sposób, jeżeli policzymy pomoc unijną plus janosikowe z Mazowsza, to okazuje się, że dochody tych samorządów są już nawet nie dwa razy, ale trzy razy na głowę mieszkańca większe niż dochody na Mazowszu. Trzeba więc znaleźć takie systemy, które odnoszą się do realnych wskaźników zamożności z jednej strony i uwzględniają też tę politykę unijną, która była prowadzona do tej pory.

Skoro Warszawa jest taka bogata, to może więc warto przy okazji 25-lecia przywrócenia w Polsce samorządności, pokusić się o refleksję i zmienić podział administracyjny kraju, wydzielając Warszawę z Mazowsza, tak jak to było przed wojną?

Proponujemy takie wydzielenie – ale nie administracyjne, tylko statystyczne. Nie ma sensu tworzenie nowych kategorii administracyjnych. Nie ma sensu tworzenie województwa stołecznego wewnątrz Mazowieckiego. Natomiast dzisiaj mamy takie możliwości obliczeniowe i statystyczne, aby sterować rozwojem i wspierać – reagując na bieżąco – biedniejsze regiony. Ten model, o którym mówiłem, opierający się na grupach powiatów, jest właśnie takim rozwiązaniem.

Skoro Mazowsze nie będzie już obciążone balastem janosikowego i czeka nas zastrzyk pieniędzy unijnych z nowej perspektywy finansowej, to przyjdzie czas na nowe inwestycje. Na co Mazowsze przeznaczy pieniądze z Regionalnego Programu Operacyjnego?

Mazowsze będzie oczywiście chciało wyznaczyć sobie cele, ale będzie też musiało to zrobić. Jako jedyne województwo mamy obowiązek koncentracji naszych wydatków wokół określonych przez Komisję Europejską celów. Cztery najważniejsze obszary inwestycyjne to, po pierwsze, cała sfera badawczo-rozwojowa i transfer wiedzy ze świata nauki do świata produkcji. Drugi obszar to dalsza budowa społeczeństwa informacyjnego, czyli informatyzacja w sensie technicznym, ale też zwiększanie zakresu usług dostępnych przez internet. Trzeci obszar to budowanie wsparcia dla małych i średnich przedsiębiorstw – oczywiście, te trzy obszary mogą się ze sobą mieszać. Czwarty obszar to budowanie gospodarki niskoemisyjnej, ale też dobrze wykorzystującej zasoby.

Gospodarka niskoemisyjna to ostatnio modne pojęcie. Co jednak kryje się za nim w rzeczywistości?

Brzmi to trochę technokratycznie, ale chodzi o to żeby jak najbardziej efektywnie wykorzystać energię, odzyskiwać surowce wtórne, wytwarzać energię z odnawialnych źródeł. I  to są te obszary twarde. Mamy też trzy obszary główne, finansowane ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego, które można sprowadzić do trzech słów: to jest praca, szczególnie problem bezrobocia wśród ludzi młodych i tych powyżej 50. roku życia. Po drugie, jest to edukacja przez całe życie. To są procesy kształcenia ustawicznego, ale też polityki senioralnej – w Polsce z roku na rok przybywa ludzi starszych. Jest to niezwykle ważne dlatego, aby ci ludzie nie tylko czuli się potrzebni, ale też, aby ich umiejętności i wiedza były efektywnie wykorzystywane. Kolejna istotna kwestia, trudna z punktu widzenia moralnego, to przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu. Dzisiaj w Europie około 20 milionów ludzi żyje w biedzie. Na Mazowszu można przyjąć, że około 20 proc. mieszkańców, czyli 800 tysięcy do miliona osób, żyje w bardzo trudnych warunkach socjalnych. Z tego powodu trzeba tworzyć gospodarkę społeczną tak, aby tych ludzi aktywizować, a nie tylko transferować do nich pieniądze. Praca daje ludziom godność, której tak bardzo potrzebują.

Zbliżają się wybory samorządowe. Czy będzie się pan starać o kolejną kadencję w fotelu marszałka województwa mazowieckiego?

Zdaje się, że nie mam wyjścia, bo jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji. Z jednej strony walczymy z janosikowym, zamykamy dotychczasową perspektywę finansową i otwieramy nową. A więc tak: poddam się ponownie weryfikacji wyborców. Nigdy nie można powiedzieć, że zrobi się coś na pewno, ale tak – będę się starał o jak najlepszy wynik wyborczy.

 

ADAM STRUZIK – od 2001 roku Marszałek Województwa Mazowieckiego, w latach 1993-1997 Marszałek Senatu RP, wieloletni senator, wiceprzewodniczący Rady Naczelnej Polskiego Stronnictwa Ludowego

piątek, 27 czerwiec 2014 00:23

SOLANIN WZYWA WAS PO RAZ SZÓSTY!

Napisane przez

Ambitny cel, oddani wolontariusze, najlepsze kino z Polski i całego świata. Takie cele przyświęcały organizatorom festiwalu filmowego w Nowej Soli, gdy sześć lat temu podjęli próbę stworzenia markowej imprezy kulturalnej o ogólnokrajowym zasięgu. Mimo przeciwności losu – głównie finansowych – również w to lato będziemy mieli szansę spędzić w województwie lubuskim kilka intensywnych dni.

- Postanowiliśmy zrobić festiwal filmowy w niewielkim mieście, w którym stare kino powoli upadało. Nie mieliśmy wielkich pieniędzy, znanej marki ani ludzi z doświadczeniem branżowym czy znajomościami w świecie filmu. Byliśmy amatorami i nowicjuszami: wszystkiego uczyliśmy się wraz z kolejnymi edycjami – piszą ze szczerością organizatorzy 6. edycji Solanin Film Festiwal w Nowej Soli. Brzmi jak wstęp do filmu z happy endem? Nic nie jest jeszcze przesądzone.

Dzieło grupy zapaleńców z województwa lubuskiego jest dziś na najpoważniejszym zakręcie w swojej kilkuletniej historii. Wiosną br. okazało się bowiem, że władze województwa lubuskiego tym raz nie dofinansują imprezy – co sprawiło, że program festiwalu został okrojony o dwa dni. W tym roku odbędzie się więc w dniach 17-20 lipca, rozpoczynając się dwa dni później niż było to zaplanowane.

Napakowani kulturą

Mimo to warto przyjrzeć się tej niezwykłej, zbudowanej od podstaw imprezie. Organizatorzy postawili od początku na formułę odbiegającą nieco od powagi swoich – niejednokrotnie znacznie starszych – konkurentów, wprowadzając postać Solanina. Ten komiksowy heros ma symbolizować nie tyle mięśniaka z super-produkcji, ile – przewrotnie – „mięśniaka intelektualnego”, „napakowanego kulturą”. Solanin to idealista, pasjonat, kinoman – amator, który jednak chce rządzić w świecie profesjonalistów.

Taki też ma być cały festiwal. Jego twórcy szukają przede wszystkim produkcji niezależnych, filmów, które z założenia wbiją widzów w fotel, otworzą przed nimi nowe światy, zmuszą do refleksji. „Czekamy na obrazy, które są szczere, mocne i bezkompromisowe. Takie, które zmuszają do refleksji, ale także takie, które w humorystyczny sposób ukazują codzienne problemy” – piszą. W tym kontekście nie dziwi więc dobór nagrodzonych artystów: w 2012 r. festiwalowa statuetka Mocnego Solanina przypadła Wojciechowi Smarzowskiemu, autorowi filmów takich jak „Wesele”, „Dom zły” czy „Drogówka”. W zeszłym roku Solanin trafił do rąk Ryszarda Bugajskiego, reżysera legendarnego „Przesłuchania”, a w ostatnich latach – „Generała Nila” czy „Układu zamkniętego”. W Nowej Soli ma dominować kino emocji, mocnych emocji.

Ale Solanin to przede wszystkim konkursy. W ciągu kilkuletniej historii festiwalu utarła się tradycja organizowania przeglądów pogrupowanych według charakter prezentowanych dzieł. Stąd Konkurs Profesjonalny – przeznaczony dla studentów i absolwentów szkół filmowych oraz profesjonalnych grup filmowych, realizujących filmy przy współpracy ze swoimi szkołami, Polskim Instytutem Sztuki Filmowej lub innymi sponsorami. W tej części festiwalu mogą rywalizować filmy fabularne i dokumentalne.

To nie jedyny konkurs w ramach festiwalu. Równie ważne z perspektywy organizatorów są Konkurs Niezależny – rywalizacja przeznaczona dla samouków, amatorskich grup filmowych i pasjonatów, którzy realizują własne projekty (tu również w dwóch kategoriach: fabuła i dokument); Konkurs Animacji – dla wszystkich artystów, których formą ekspresji jest animacja, bez względu na ich profesjonalne lub amatorskie przygotowanie; a wreszcie: Konkurs Lubuski – dla twórców z regionu, w którym organizowany jest festiwal, nawiązujących w swoich dziełach do realiów wojewódzkich.

Pokazy to jednak nie jedyne festiwalowe atrakcje. Powołana w ubiegłym roku Akademia Solanina ma wspierać twórców poprzez warsztaty i szkolenia reżysersko-aktorskie, a akcja Zrób formę na Solanina posłuży z kolei budowaniu muskulatury – a przynajmniej formy – przed kolejnymi festiwalowymi wydarzeniami. Można liczyć też na specjalne wydarzenia adresowane do dzieci i miłośników innych, poza filmowym, gatunków sztuki. Na marginesie należałoby też dodać, że twórcy festiwalu kładą mocny akcent na współpracę ponadgraniczną, z sąsiednimi Niemcami. W ubiegłych latach można więc było liczyć na pozakonkursowe prezentacje kina niemieckiego, a część warsztatów była adresowana do gości zza Odry.

Co równie istotne, wraz z festiwalem udało się ożywić kilka obiektów w Nowej Soli, które wcześniej wydawały się stopniowo zanikać w świadomości mieszkańców. Najważniejszym jest kino ODRA – jedyne kino w miejscowości, przedwojenny hotel z restauracją. Po przebudowach w okresie PRL, w latach 90. kino wręcz zamknięto – i dopiero od 2001 r. ruszyło ponownie. Tam usytuowano Biuro Organizacyjne Solanina. Do tego należałoby dodać trzy kolejne obiekty: Nowosolski Dom Kultury, Miejską Bibliotekę Publiczną oraz Kaflowy MusicCafe, jeden z najnowszych i najpopularniejszych nowosolskich pubów. Jak zatem widać, dla każdego coś dobrego.

Misja dla małych miejscowości

– Rozsądek podpowiada, że być może powinniśmy sobie podarować organizację Solanina w tym roku, ale nadal wierzymy, że warto właśnie w takich małych miejscowościach organizować spotkanie z kulturą, z fanami kina niezależnego i ambitnych produkcji polskiego oraz światowego kina – podkreślają organizatorzy, Konrad Paszkowski i Grzegorz Potęga, w oświadczeniu dla publiczności tegorocznej edycji. – Nieważne, czy są oni z Nowej Soli, województwa lubuskiego czy z każdego innego regionu Polski. Mamy nadzieję, że to będzie nasze MOCNE 6. spotkanie, w czasie którego będziemy wyłącznie solić, a nie pieprzyć, i wszystkim dostarczy wiele radości i satysfakcji – dodają.

piątek, 27 czerwiec 2014 00:22

SKRYTYKUJ I ZOSTAŃ JUROREM 39. FESTIWALU FILMOWEGO W GDYNI!

Napisane przez

10 czerwca rozpoczęła się kolejna edycja konkursu na recenzje i wideorecenzje, towarzyszącego kampanii społecznej „Skrytykuj!”. Dwoje nastolatków w ramach nagrody zasiądzie w jury młodzieżowym 39. Festiwalu Filmowego w Gdyni. Polski Instytut Sztuki Filmowej promuje w ten sposób świadomą dyskusję o kinie wśród młodych widzów.

Kino według Ciebie!

Do 10 sierpnia młodzież może wziąć udział w konkursie „Skrytykuj!”. Zadaniem nastolatków jest opublikowanie na stronie Skrytykuj.pl własnej recenzji dowolnego filmu w formie pisemnej bądź wideo. Co tydzień najciekawsze prace nagradzane będą książkami i filmami DVD, a dwoje laureatów konkursu dołączy do składu młodzieżowego jury, które już po raz drugi wybierze najlepszy film konkursu głównego Festiwalu Filmowego w Gdyni. Podczas ubiegłorocznej edycji licealiści wyróżnili Tomasza Wasilewskiego za film „Płynące wieżowce”.

Sklej to!

Młodzi internauci mogą też tworzyć własne memy i rozsyłać je znajomym oraz zamieszczać w serwisach społecznościowych. 10 najbardziej popularnych memów jest codziennie nagradzanych kodami dostępu do serwisu IPLEX.

Platforma skrytykuj.pl

Wszystkie konkursy organizowane są na portalu Skrytykuj.pl. Tam też młodzi krytycy znajdą materiały pomocnicze: Poradnik krytyka oraz vlogi Ambasadorów. W swoich subiektywnych komentarzach ambasadorzy kampanii – Arkadiusz Jakubik, Eryk Lubos, Katarzyna Zielińska, Joanna Kulig, Tomasz Schuchardt, dr Jacek Wasilewski i Monika Brodka – odwołują się niemal do wszystkich elementów, z jakich składa się dzieło filmowe, od scenariusza przez zdjęcia, scenografię i kostiumy, aż po montaż i dźwięk. Strona stanowi ponadto forum wymiany filmowych wrażeń w ramach udostępnionej platformy blogowej.

Co powiesz o filmie?

W powszechnym przekonaniu jedyne, co można zrobić po seansie, to opowiedzieć fabułę filmu. – Młodzież chce się nauczyć języka filmowego, żeby też później z innymi bardziej profesjonalnie rozmawiać, móc powiedzieć coś więcej niż tylko, że film był „fajny” – ocenia krytyczka filmowa, Anna Bielak. – Język filmowy ma swoje zasady, ma swoją gramatykę, tak jak język polski, czy inny język, jakiego uczymy się w szkole. Trzeba się tego nauczyć, by móc czytać film, tak jak czyta się książkę. Warto znać klasykę kina, tak jak zna się klasykę literatury. W dzisiejszym świecie jest to tak samo ważna wiedza. Może nawet momentami ważniejsza, ponieważ żyjemy w rzeczywistości obrazów. – dodaje. Kampania społeczna PISF ma na celu uwrażliwienie młodzieży na język filmu i kultury audiowizualnej poprzez rozwijanie u nastolatków umiejętności rozpoznawania zabiegów właściwych kinu i tego, na jak różne sposoby można je wykorzystywać.

Edukacja filmowa w PISF

Kampania społeczna „Skrytykuj!” w naturalny sposób rozszerza działalność edukacyjną PISF prowadzoną w programach Filmoteka Szkolna i Akademia Polskiego Filmu. Instytut poprzez udostępnione kanały komunikacji, daje nastolatkom możliwość wyrażenia swoich opinii o oglądanych na co dzień filmach, wierząc, że przyczyni się to do promowania świadomej dyskusji o kinie wśród młodzieży.

Czas start!

Akcja rozpoczyna się 10 czerwca i zakończy się 10 sierpnia. W konkursie mogą wziąć udział osoby w wieku 15-19 lat. Szczegóły dotyczące zgłoszeń i regulaminu znaleźć można na stronie Skrytykuj.pl.

Pomysłodawcą i organizatorem kampanii społecznej „Skrytykuj!” jest Polski Instytut Sztuki Filmowej.

piątek, 27 czerwiec 2014 00:15

BEZPIECZEŃSTWO SPOŁECZNOŚCI LOKALNYCH, CZYLI RAZEM BEZPIECZNIEJ

Napisane przez

Bezpieczeństwo społeczności lokalnych ma swoje, bardzo ważne, miejsce w ramach bezpieczeństwa wewnętrznego państwa, czy bezpieczeństwa narodowego. Stanowi również istotny punkt odniesienia dla postrzegania i rozumienia  bezpieczeństwa we współczesnym świecie.

Społeczności lokalne mogą generować i kumulować szczególne wartości i więzi społeczne, utrwalające poczucie własnej tożsamości narodowej, patriotyzmu i przywiązania do „małej Ojczyzny”. Mogą również stanowić czynnik negatywny, hamujący postęp oraz rozwój społeczny i cywilizacyjny.

CZAS TRANSFORMACJI

Czas transformacji przyniósł Polsce radykalne zmiany ustrojowe, polityczne, gospodarcze, społeczne i kulturalne. Podsumowujemy w tym roku minione ćwierćwiecze, świętując dokonania, podkreślając radykalny charakter i szeroki zakres pozytywnych zmian.

Przemiany te przyniosły również zjawiska negatywne, w tym m. in. osłabienie dyscypliny społecznej i frustrację u wielu osób z rozbudzonymi oczekiwaniami (wobec braku możliwości ich zaspokojenia) oraz wyzwalały motywacje do zachowań antyspołecznych. Rezultatem tego był wzrost przestępczości, alkoholizm, narkomania, a także rozluźnienie się więzi społecznych. Ludzie stawali się w stosunku do siebie coraz bardziej anonimowi, unikając szerszych kontaktów środowiskowych.

Osłabienie kontroli ze strony otoczenia, powstawanie różnych subkultur z własnymi wewnętrznymi normami, rodziło egoistyczne zachowania członków społeczności lokalnych – najczęściej w postaci patologii społecznych – i wywoływało wzrost poczucia zagrożenia bezpieczeństwa w przeważającej ich części.

Taka sytuacja prowadziła z kolei do uciekania się coraz częściej do mechanizmów i instytucji o charakterze formalnym. Dodanie do ich obowiązków nowych zadań powoduje jednak przeciążenie i mniejszą sprawność. Następuje wzrost zagrożenia bezpieczeństwa ze strony przestępczości pospolitej  i zorganizowanej. Nasila się też wrażenie, że współczesne państwo coraz gorzej radzi sobie z realizacją swego podstawowego obowiązku, czyli zapewnienia bezpieczeństwa obywateli.

Wszystko to wymaga zmiany podejścia do kwestii przestępstw i prewencji kryminalnej. Przede wszystkim uznania, że przestępczość nie jest zjawiskiem oderwanym od konkretnej rzeczywistości społecznej, przeciwnie – jest ściśle powiązana z warunkami lokalnymi.

Przestępcy najczęściej wywodzą się z tej samej społeczności lokalnej. Zwłaszcza, gdy chodzi o drobną i średnią przestępczość, skierowaną przeciwko mieniu, także o zakłócenia spokoju i porządku publicznego, czy drobniejsze przestępstwa przeciwko osobie. Dlatego występowanie tych przestępstw możemy ograniczać, wdrażając w życie efektywne programy prewencyjne, opierające się na lokalnym współdziałaniu policji z obywatelami.

ZMIANA STRATEGII DZIAŁANIA POLICJI

Z jednej strony, powinna więc nastąpić zmiana strategii działania policji: policja powinna odstąpić od tradycyjnego działania, obejmującego reagowanie na zdarzenia, z korzyścią dla działań opartych przede wszystkim na budowie zaufania i nawiązywaniu współpracy ze społecznością lokalną. Zaufanie i współpraca ma nie tylko zwiększyć efektywność działania, ale również uświadamiać mieszkańcom zagrożenia i możliwości zapobiegania im.

Z drugiej strony, niezbędna jest aktywizacja społeczności lokalnej, w celu wytworzenia zbiorowego poczucia współodpowiedzialności za terytorium. Są to zwłaszcza różne formy i przejawy tzw. czujności sąsiedzkiej, które w znacznym stopniu przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa społeczności lokalnej. Ważnym przedsięwzięciem w zakresie budowy lokalnych strategii prewencji przestępczości powinna być diagnoza aktualnego stanu bezpieczeństwa i potencjalnych zagrożeń w najbliższej przyszłości.

W budowaniu poczucia bezpieczeństwa w społeczności lokalnej ważną rolę ma do spełnienia młodzież, zarówno ze względu na jej podatność na działania patologiczne, jak i na aktywność, którą można spożytkować w formie działań na rzecz poprawy bezpieczeństwa swojego i innych. W wielu polskich miastach były i są więc podejmowane różne programy, mające na celu przede wszystkim działania prewencyjne zapobiegające przestępczości nieletnich.

PROGRAMY I DZIAŁANIA PREWENCYJNE

Policja – jako instytucja publiczna – nie jest dziś jedyną organizacją, mającą na celu zapewnienie bezpieczeństwa. Pojawiło się wiele instytucji, organizacji społecznych i firm prywatnych, których celem jest ochrona ludzi przed przestępcami. Obserwuje się stopniowe przenoszenie zadań w zakresie zapewniania bezpieczeństwa – z państwa na obywateli i organizacje pozarządowe. W społecznościach lokalnych wzrasta znaczenie innych poza policją organizacji, które z jednej strony przyjmują postać zinstytucjonalizowaną (straże miejskie, firmy ochroniarskie), a z drugiej – formy organizacji społecznych i stowarzyszeń.

Policja jako instytucja państwowa powołana do zapewniania bezpieczeństwa publicznego powinna zatem ściśle współpracować z innymi organizacjami mającymi podobne cele, bowiem bez aktywnej pomocy społeczności lokalnej trudno sobie wyobrazić skuteczną walkę z przestępczością. Policja nie jest w stanie realizować w izolacji społecznej swoich ustawowych zadań. Z kolei społeczeństwo powinno mieć coraz pełniejszą świadomość potrzeby udzielania pomocy i wsparcia organom ścigania. Konieczna jest zatem społeczna akceptacja działań policji.

Rozwiązywanie problemów bezpieczeństwa w środowisku lokalnym opiera się na współpracy policji ze społeczeństwem. Tylko w ten sposób można osiągnąć oczekiwane wyniki. W działaniu na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa, jakie ma do wykonania policja, nie do przecenienia jest dobra współpraca z mieszkańcami, co ułatwi wszelkie działania prewencyjne. Taka współpraca spoczywa w pierwszym rzędzie na  dzielnicowym – jako odpowiedzialnym za bezpieczeństwo w swoim rejonie działania. Jest to policjant pierwszego kontaktu, pracujący dla społeczności lokalnej, będący rzecznikiem policji wobec mieszkańców i rzecznikiem mieszkańców w stosunku do miejscowej policji.

Aktywizowanie się społeczności lokalnych w ramach grup samoobrony może stanowić podstawę budowania lokalnej koalicji na rzecz bezpieczeństwa. W jej skład mogliby wchodzić przede wszystkim  pracownicy pomocy socjalnej, strażnicy miejscy, kuratorzy sądowi, sędziowie, pielęgniarki środowiskowe, pedagodzy szkolni, prokuratorzy, księża, pracownicy spółdzielni mieszkaniowych, liderzy młodzieżowi, przedstawiciele władz samorządowych, wolontariusze i przedstawiciele organizacji pozarządowych. Mogłaby ona kreować wspólne przedsięwzięcia prewencyjne, jak również  analizować prawne i praktyczne możliwości takich przedsięwzięć.

SAMORZĄD GMINNY

To do zadań samorządu gminnego należy zapewnienie realizacji potrzeb społeczności lokalnych w zakresie bezpieczeństwa. Rada gminy posiada np. możliwość rozstrzygnięcia spraw z zakresu porządku publicznego w drodze referendum gminnego; może określić sposób i zakres działania zarządu gminy, służącego utrzymaniu porządku publicznego; ma też możliwość planowania w budżecie gminy środków na działalność w tym zakresie; może podjąć decyzję o utworzeniu przedsiębiorstwa, którego działalność będzie posiadać znaczenie dla sprawy utrzymania porządku publicznego; ma prawo uchwalenia przepisów, mających znaczenie dla wprowadzenia i utrzymania stanu porządku publicznego, np. w zakresie korzystania z gminnych obiektów użyteczności publicznej.

Przewodniczący zarządu gminy (prezydent, burmistrz, wójt) może wydawać decyzje administracyjne, dotyczące utrzymania porządku publicznego. Rady gmin mogą powołać związek komunalny, jeśli dzięki niemu sprawy porządku publicznego miałyby być lepiej prowadzone. Mogą zawrzeć stosowne porozumienie, a nawet utworzyć stowarzyszenie gmin. Umożliwia to rozwinięcie praktycznej działalności i podejmowanie inicjatyw rzeczywistej ochrony bezpieczeństwa. Działalność samorządu w tym zakresie jest coraz bogatsza i zróżnicowana, a w ciągu ostatnich lat intensywnie się rozwija.

SAMOORGANIZACJA SPOŁECZNOŚCI LOKALNEJ

W sytuacji, kiedy w latach 90. następowało pogorszenie społecznego poczucia bezpieczeństwa, a policja i inne instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo napotykały na trudności z zapewnieniem jego oczekiwanego poziomu, niezbędna stała się samoorganizacja członków społeczności lokalnych w  celu  ochrony bezpieczeństwa własnego i innych.

Nastąpiło to w sytuacji, gdy ludzie, którzy boją się stać ofiarą przestępstwa, ze strachu zmieniają swoje przyzwyczajenia i pogarszają standard życia. Pozostają wieczorem w domu, czynią twierdzę z własnego domu lub mieszkania, na ulicy przechodzą na drugą stronę widząc obcych, nadkładają drogi, żeby ominąć miejsca niebezpieczne. Strach i reakcje człowieka nawzajem się nakładają. Strach skłania do zmiany zachowania i porzucenia przyzwyczajeń, a z kolei bojaźliwe zachowanie wzmaga strach.

Jednym z ważniejszych kierunków działań dla poprawy bezpieczeństwa społeczności lokalnej, oprócz działań instytucji publicznych i samorządowych są inicjatywy obywatelskie. Skutkiem tych inicjatyw są głębsze więzi, powstające w wyniku lepszego poznania się, udzielania pomocy, czy przeciwdziałania anonimowości w miejscu zamieszkania.

Można powiedzieć, że zwiększające się zagrożenie stania się ofiarą przestępstwa rodzi konieczność przeciwdziałania tej sytuacji. Zagrożeni przestępstwem częściej zmieniają swoje zachowania i podejmują działania w celu zredukowania niebezpieczeństwa, jakie im grozi.

GRUPY SĄSIEDZKIEJ CZUJNOŚCI

Oprócz indywidualnych zachowań, mających na celu obronę przed przestępstwem, mieszkańcy mogą podejmować działania wspólne. Do najbardziej typowych należą tzw. grupy sąsiedzkiej czujności oraz patrole obywatelskie. Kolektywne sposoby samoobrony przybierają postać od spontanicznej nieformalnej grupy sąsiedzkiej po zarejestrowane w sądzie stowarzyszenia i fundacje.

Podstawą funkcjonowania grupy sąsiedzkiej jest – z jednej strony – prawdopodobieństwo realnego ograniczenia przestępczości dzięki wzmocnionej kontroli społecznej w sąsiedztwie, a z drugiej strony – poprawa poczucia bezpieczeństwa poprzez świadomość, że podejmując wspólne działania, w razie konieczności mogą liczyć na pomoc sąsiedzką.

Korzyści, jakie płyną z samoorganizacji obywateli w grupy sąsiedzkiej czujności, to wzrost nieformalnej kontroli społecznej, wzrost odpowiedzialności za innych mieszkańców i przede wszystkim – ograniczenie możliwości działania okazjonalnym przestępcom. Jednakże grupy sąsiedzkie nie mogą zastępować policji. Na policji spoczywa bowiem ustawowy obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom.

RAZEM BEZPIECZNIEJ

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych od 2007 roku koordynuje Rządowy program ograniczania przestępczości i aspołecznych zachowań „Razem bezpieczniej”, którego celem jest aktywizacja i wspieranie inicjatyw lokalnych na rzecz poprawy bezpieczeństwa i porządku publicznego.

Program, który w kolejnych latach wspierany jest środkami budżetowymi (w 2012 roku była to kwota 3 mln złotych), zmierza do zwiększenia poczucia bezpieczeństwa wśród mieszkańców, zapobiegania przestępczości i aspołecznym zachowaniom, poprawy wizerunku policji i wzrostu zaufania społecznego do tej służby, a wreszcie – aktywizacji lokalnych partnerstw różnych podmiotów działających na rzecz poprawy bezpieczeństwa i porządku publicznego.

W ramach Programu funkcjonuje m. in. Bank Dobrych Praktyk, obejmujący obecnie blisko trzysta inicjatyw lokalnych, powiatowych, wojewódzkich i ogólnopolskich, stanowiących różnorodne przykłady realizacji jego celów. Mogą one stanowić cenną pomoc dla ewentualnych naśladowców.

W skład Zespołu wspierającego koordynację programu „Razem bezpieczniej” przez MSW wchodzą przedstawiciele kilkunastu resortów oraz wielu instytucji państwowych. Od strony administracji państwowej zapewnia to możliwość skutecznego przezwyciężania tzw. biurokratycznych barier oraz lepszego rozpoznania prawidłowości i skuteczności wydawania pieniędzy budżetowych na wsparcie różnych przedsięwzięć.

Konkludując ten wstępny i pobieżny przegląd problemów dotyczących bezpieczeństwa społeczności lokalnych (będą one przedmiotem kolejnych publikacji), chciałbym zwrócić uwagę na następujące kwestie:

•             po pierwsze: rządowy program bardzo by pewnie zyskał, gdyby w jego realizację zaangażowano pełniej – i w różnych formach – liderów społecznych i liderów opinii publicznej, którzy mogliby stanowić przeciwwagę dla obecnego przechyłu instytucjonalno-biurokratycznego;

•             po drugie: zasługuje na większą promocję, a jednocześnie analizę i weryfikację, celowość i skuteczność podejmowanych inicjatyw, głównie na różnych szczeblach administracji rządowej i samorządowej;

•             po trzecie: kwota 3 mln złotych rocznie przeznaczana na wsparcie inicjatyw w zakresie bezpieczeństwa społeczności lokalnych nie wygląda oszałamiająco na tle innych dotacji budżetowych, zwłaszcza, że w prostym przeliczeniu jest to nieco ponad 1200 złotych na gminę; trzeba się chyba bardziej przyłożyć, żeby było co dotować, i bardziej wysilić, żeby było wsparcie znaczące.

piątek, 27 czerwiec 2014 00:14

E-URZĄD Z PRAWDZIWEGO ZDARZENIA

Napisane przez

Jest w Europie państwo, które stało się synonimem powszechnego użycia nowych technologii – w szczególności internetu. To E-stonia, jak zniekształcają nazwę tej bałtyckiej republiki pasjonaci informatyki. Tam kontakty petenta z urzędem załatwiane są zza domowego biurka, a systemy informatyczne gromadzą dane tak, by urzędnicy nie musieli nikogo fatygować, by rozwiązać pojawiający się problem. Tak ma być i w Polsce.

I to już niedługo – projekt pl.ID, czyli przedsięwzięcie realizowane w Centralnym Ośrodku Informatyki, instytucji funkcjonującej przy ministerstwie spraw wewnętrznych, wraz z początkiem 2015 roku ma zostać udostępniony obywatelom. Kluczowym elementem projektu ma być integracja i przebudowa rejestrów publicznych, m.in. referencyjnego zasobu danych osób fizycznych z system PESEL i innych. W ten sposób ma powstać System Rejestrów Państwowych (SRP). Dla działania instytucji administracji centralnej i lokalnej wdrożenie tego systemu będzie oznaczać rewolucję technologiczną (i proceduralną), jakiej w Polsce właściwie jeszcze nie było.

Aby do stycznia

A jeszcze dwa lata temu przyszłość projektu pl.ID rysowała się w ciemnych barwach. „Jak pogrzebano pl.ID” – opisywał wówczas sytuację branżowy magazyn „Computerworld”. Tytuł nieprzypadkowy – wiosną 2012 roku resort spraw wewnętrznych odwołał przetarg na blankiety elektronicznego dowodu osobistego, co było pierwotnym celem projektu i punktem wyjścia do przebudowy całego systemu e-administracji. „Wielka szkoda i zmarnowana kolejna szansa oraz wysiłki ostatnich ośmiu lat urzędników, informatyków administracji publicznej, firm IT” – komentował dziennikarz fiasko postępowania.

To prawda, historia zapoczątkowanego jeszcze w 2005 r. ambitnego przedsięwzięcia to pasmo bolesnych rozczarowań. E-dowody osobiste zapowiedziano w 2008 r. – obywatele mieli się nimi posługiwać już w 2010 r. Projekt notował kolejne opóźnienia, przetarg był przekładany wielokrotnie, wreszcie – odwołany. Firmy z branży IT, dla których był to przecież niebagatelny kąsek, jeszcze dolewały oliwy do ognia. W grę wchodziły miliony złotych: do końca ubiegłego roku na pl.ID wydano blisko 300 milionów złotych, a w perspektywie do tego dojdzie kolejne sto milionów.

Na szczęście, mimo gwałtownego hamowania, prace nad projektem nie zamarły. Gdy pod koniec ubiegłego roku MSW postanowiło „przyspieszyć” w obszarze tego typu przedsięwzięć, okazało się, że – przynajmniej zgodnie z tym, co twierdzą urzędnicy resortu – prace są nie tylko prowadzone, ale wręcz „zaawansowane”. – Zakończona jest już analiza, projekt techniczny jest gotowy w 85 proc., prace programistyczne wciąż trwają: mamy gotowe około 15 proc. zadań, a w przygotowaniu jest migracja danych do nowego rejestru. Musimy zdążyć do czerwca 2014 r. Drugą połowę roku przeznaczamy na testy nowego systemu i szkolenia urzędników – zapewniał wówczas Nikodem Bończa-Tomaszewski, szef COI, na spotkaniu z przedstawicielami urzędów wojewódzkich. Wdrożenie? 1 stycznia 2015 r.

Czy twórcy zmieszczą się w harmonogramie? – Do końca zbliżają się prace programistyczne w zakresie ewidencji ludności (PESEL) oraz rejestru dowodów osobistych – informował niedawno rzecznik prasowy Ośrodka, Piotr Mierzwiński, w rozmowie z Portalem Samorządowym. – Zaawansowanie prac na tych rejestrach jest odpowiednio na poziomie 90 i 87 proc. Jest ono związane z rozpoczynającymi się już w lipcu kolejnymi, niezwykle istotnymi etapami projektu, tj. z testami zewnętrznymi (prowadzonymi przez przyszłych użytkowników) oraz z ogólnopolskimi szkoleniami wdrożeniowymi, którymi zostaną objęci wszyscy urzędnicy obsługujący dane z zakresu programu pl.ID – dodawał. W przypadku Bazy Usług Stanu Cywilnego poziom zaawansowania prac to 47 proc., z założeniem, że zakończą się na przełomie sierpnia i września. – Reasumując, realizacja programu pl.ID następuje zgodnie z przyjętym harmonogramem. Dlatego jesteśmy pewni, że styczniowy termin uruchomienia Systemu Rejestrów Państwowych nie jest zagrożony – podkreślał rzecznik.

Okroić, aby zakończyć

Hamowanie nie obyło się bez skutków ubocznych. Żeby uniknąć kolejnego blamażu, zakres zaplanowanych rozwiązań został znacznie ograniczony, m.in. nie uwzględnia blankietów dowodów. – Nie chcemy popełniać poprzednich błędów, gdy zaczęto budowę ogromnego domu od dachu, bez wcześniejszego postawienia ścian – tłumaczył obrazowo „Dziennikowi Gazecie Prawnej” Rafał Magryś, podsekretarz stanu w MSW. – Skupiamy się na wersji elektronicznej systemu, czyli na zbudowaniu sprawnego rejestru i przyjaznego interfejsu dla pl.ID. Oczywiście, będą zakupione maszyny umożliwiające przygotowanie nowej personalizacji i nowych blankietów, lecz dowód z warstwą elektroniczną może się pojawić najwcześniej pod koniec 2015 roku – konkludował.

Inna sprawa, że decyzja rządu z 2012 r. – o „przecięciu” projektu pl.ID na dwa osobne programy (pierwszy związany z integracją rejestrów; drugi – z informatyzacją rejestrów urzędów stanu cywilnego) – oznacza konieczność przeprowadzenia również zmian legislacyjnych. Nowelizacja zaproponowana w projekcie ustawy Prawo o aktach stanu cywilnego obejmuje: Ustawę z dnia 17 października 2008 r. o zmianie imienia i nazwiska, która umożliwia kierownikowi USC wydającemu decyzję o zmianie imienia lub nazwiska przesłanie decyzji za pośrednictwem systemu teleinformatycznego do innego USC; Ustawę z dnia 24 września 2010 r. o ewidencji ludności, nakładająca na kierownika USC, do którego wpłynął zagraniczny dokument stanu cywilnego dotyczący osoby posiadającej numer PESEL i dla której nie sporządzono polskiego aktu stanu cywilnego, obowiązek zaktualizowania w rejestrze PESEL danych dotyczących stanu cywilnego, zawartego małżeństwa lub zgonu osoby; a wreszcie – Ustawę z dnia 6 sierpnia 2010 r. o dowodach osobistych, która w Rejestrze Dowodów Osobistych zapewnia automatyczne unieważnianie dokumentu osobom, które utraciły obywatelstwo polskie lub zmarły.

Innymi słowy, przed wszystkimi zaangażowanymi w projekt jeszcze wiele pracy (o tym, co zmieni się w pracy urzędników, piszemy bardziej szczegółowo na kolejnych stronach). Samorządowcy nieformalnie przyznają się do czarnowidztwa: doświadczenia z prób modernizacji systemów informatycznych zebrane w poprzednich latach rzeczywiście nie nastrajają nazbyt optymistycznie. Ale też resort spraw wewnętrznych stara się uśmierzać obawy: w kwietniu ruszyły konferencje szkoleniowe dla urzędników. – Wśród nich program może budzić kontrowersje czy wręcz brak wiary w powodzenie przedsięwzięcia – przyznawał kilka tygodni temu w jednym z wywiadów Rafał Magryś. – Dlatego zdecydowałem się na bezpośrednie spotkania, aby pokazać zmianę podejścia i dynamikę realizacji, odpowiedzieć na nasuwające się pytania. Chcę osobiście rozwiać wszelkie wątpliwości co do terminowego uruchomienia Systemu Rejestrów Państwowych – dodawał.

Cóż, gra jest warta świeczki. Choć w ostatnich latach przekonaliśmy się, że wiele spraw załatwia się dziś szybciej i sprawniej niż choćby w poprzedniej dekadzie, to jednak ogrom „papierkowej roboty”, która jest konieczna, by zdobyć podstawowe dokumenty, wciąż bywa przytłaczający – tym bardziej, że nierzadko informacje, jakie petenci mogą zdobyć na witrynach internetowych urzędów, są niejasne lub niekompletne. pl.ID jest więc jednym z tych projektów, za które należałoby trzymać kciuki. Ale – poczekamy, zobaczymy.

piątek, 27 czerwiec 2014 00:12

NOWE ROZDANIE W KRAKOWIE

Napisane przez

Władze Krakowa po przegranym referendum w sprawie organizacji zimowych igrzysk olimpijskich przedefiniowały założenia swojej polityki zarządzania infrastrukturą sportową. Zamiast dużych imprez zdecydowano się na politykę małych kroczków. Czy przekonają do siebie mieszkańców?

– To, że mieszkańcy Krakowa opowiedzieli się przeciwko igrzyskom, wcale nie oznacza, że nie są za organizowaniem w naszym mieście imprez o randze mistrzowskiej, w których będą brały udział wielkie gwiazdy – przekonuje Monika Chylaszek, rzecznik prezydenta miasta. – Na pewnym etapie przygotowań popełniono błędy w sposobie komunikowania się ze społeczeństwem. Komitet organizacyjny Kraków 2022 pod wodzą Jagny Marczułajtis-Walczak nie upubliczniał pewnych danych dotyczących wydatków i zysków, które był winien mieszkańcom miasta. Wokół inicjatywy narasta negatywna atmosfera, co przyczyniło się do tego, że w referendum prawie 70 proc.  głosujących było na „nie” – dodaje.

Gwiazdy estrady, a nie sportu

W ramach inwestycji związanych z przygotowaniem do zimowych igrzysk miały zostać zrealizowane inwestycje w sferze sportowej za około 650 mln zł. Obok areny sportowo-widowiskowej na Czyżynach planowano budowę podobnych, ale znacznie mniejszych obiektów (Hala Wisły i Hala Kolna), oraz profesjonalnego toru do łyżwiarstwa szybkiego przy Akademii Wychowania Fizycznego. Ponadto planowano zadaszyć piłkarski stadion Carcovii.

Dziś wiadomo już, że ostatnia z tych inwestycji nie dojdzie do skutku. Wisła i AWF także będą musiały się uzbroić w cierpliwość. – Obiekty te są w planie inwestycyjnym miasta, więc powstaną. Ale w późniejszym terminie – zapewnia Chylaszek. Tuż przed referendum miastu udało się dokończyć budowę hali Kraków Arena, której koszt wyniósł ok. 400 mln zł. Jest to jeden z największych i najbardziej funkcjonalnych obiektów tego typu w Europie. – Projekt hali był konsultowany z przedstawicielami związków sportowych, niezwykle zależało nam, by spełniał wszystkie wymogi federacji światowych i mógł być areną zmagań największych gwiazd sportu – tłumaczy Jerzy Sasorski, rzecznik Zarządu Infrastruktury Sportowej.

Jak na razie w kolejce do występów na Czyżynach ustawiają się jednak głównie artyści, m.in. brytyjski wokalista Elton John czy gwiazda nastolatek Katy Perry. A gwiazdy sportu? – Nikomu nie zależy na tym, by po postawieniu za setki milionów złotych przepięknego obiektu, stał on teraz pusty – zapewnia rzecznik prezydenta miasta. Rzeczywistość jednak jest inna…

Daleko idąca nadinterpretacja

Kraków, jak dotąd, nie miał szczęścia do dużych imprez. Miasto – mimo że zdecydowało się na przebudowę nowoczesnego obiektu Wisły Kraków – nie znalazło się na liście miast gospodarzy EURO 2012. Na osłodę stolica Małopolski stała się bazą treningową dla trzech drużyn.

Największa i najbardziej funkcjonalna hala nie będzie także główną areną zbliżających się mistrzostw świata w piłce siatkowej mężczyzn. Miasto od samego początku było brane pod uwagę jako gospodarz mundialu, ale ostatecznie zdecydowano, że finał zostanie rozegrany w katowickim Spodku. Natomiast mecze kadry narodowej w fazie grupowej odbędą się w mało funkcjonalnej już Hali Stulecia we Wrocławiu. – Główne rozmowy dotyczące kalendarza rozgrywek toczyły się w momencie, gdy jeszcze trwała budowa obiektu. Rozumiemy, że władze Polskiego Związku Piłki Siatkowej obawiały się o dotrzymanie terminów. Teraz, gdy hala już stoi, taki argument nie istnieje – mówi Chylaszek. Ostatnim ciosem dla władz miasta była porażka w wyścigu o organizację mistrzostw świata dywizji I B w hokeju na lodzie mężczyzn. Rywalem był Donieck – metropolia na ogarniętym pełzającą wojną domową wschodzie Ukrainy.

– Kraków był faworytem – zdradza nam Piotr Wesołowski, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. – Niestety, o wyborze zadecydowały kwestie polityczne i… znajomości. Decyzja międzynarodowej federacji spotkała się z ogólnym zdziwieniem i krytyką. Nikt nie pojedzie tam, gdzie trwa wojna i giną ludzie – dodaje. Władze ZIS starają się na całą sytuację patrzeć z większym dystansem i tłumaczą, że takie decyzje są z reguły podejmowane po wielomiesięcznych negocjacjach, a kandydatura Krakowa została zgłoszona, praktycznie rzecz biorąc, w ostatniej chwili.

Olimpijski spokój krakowskiego ratusza odrobinę zaskakuje, szczególnie, że jeszcze przed miesiącem poważnie rozważano ubieganie się o organizację największej imprezy czterolecia. – Kraków posiada odpowiednie zaplecze infrastrukturalne, więc dziwi brak zainteresowania dużymi imprezami. Moim zdaniem problem leży w ludziach. Mieszkańcy generalnie nie chcą, by do miasta przyjeżdżały tłumy kibiców. Ogólnie bowiem fani sportu są kojarzeni z pseudokibicami Cracovii i Wisły, odpowiedzialnymi za różnego rodzaju wybryki – uważa Wesołowski. – To daleko idąca nadinterpretacja – oponuje rzeczniczka prezydenta. – Krakowianie nie chcą dużych imprez w swoim mieście, takich, które wymagałaby budowy nowej infrastruktury – tłumaczy.

Polityka małych kroków

Może właśnie dlatego miasto po porażce w referendum zdecydowało się na politykę małych kroczków. Siatkarski mundial tak naprawdę ma być przetarciem szlaków. ZIS liczy na kontynuowanie współpracy z PZPS. Jeszcze przed mistrzostwami w Kraków Arenie rozegrane zostaną mecze w ramach Ligi Światowej z udziałem Polski i Brazylii, a potem trzydniowy turniej towarzyski Memoriał im. Huberta Wagnera. – Związek poważnie rozważa wystąpienie o organizację w najbliższych latach finału Ligi Światowej i jesteśmy jednym z głównych kandydatów. Ponadto będziemy chcieli na stałe gościć naszych siatkarzy podczas innych imprez tego typu – zapowiada Sasorski.

Ponadto do Polskiego Związku Tenisowego wpłynęła propozycja zorganizowania pod Wawelem meczu tenisowego Pucharu Fed Cup z udziałem Polski i Rosji. Dodatkową kartą przetargową ma być bliski związek z Krakowem dwóch największych gwiazd ekipy biało-czerwonych, czyli sióstr Radwańskich. Najpoważniejszym wydarzeniem sportowym będą jednak mistrzostwa Europy w piłce ręcznej mężczyzn, które zostaną rozegrane w 2016 r. To właśnie w Krakowie zagra reprezentacja Polski i tu odbędą się mecze fazy finałowej.

– To będzie najpoważniejszy test dla organizatorów – mówi Wesołowski. – Dziennikarze z Niemiec czy Skandynawii są przyzwyczajeni do bardzo wysokich standardów, jeśli chodzi o organizację. Pozytywna opinia u nich to będzie najlepsza reklama dla miasta  – kończy.

piątek, 27 czerwiec 2014 00:11

TEN INNY MUNDIAL

Napisane przez

„W kategorii dokumentu ten film ociera się o wielkość” – napisał o „Mundialu” jeden z recenzentów. Wprowadzony pod koniec maja na ekrany kin dokument Michała Bielawskiego to jeden z najlepszych polskich filmów dokumentalnych ostatnich lat – klasyczny w formie i treści, perfekcyjny – w wykonaniu.

W chwili, gdy Polacy siadają przed telewizorami, by śledzić zmagania na murawach brazylijskich stadionów, warto wrócić myślą do innych mistrzostw świata – tych, które rozegrały się 32 lata temu, w tak odległej Hiszpanii. Nie tylko po to, by przypomnieć sobie emocje piłkarskie z okresu, kiedy nasza reprezentacja grała chyba najlepiej w historii – ale by zagłębić się w atmosferze i wspomnieniach z okresu, gdy Polska znalazła się na jednym z najpoważniejszych zakrętów w historii.

Na kilka miesięcy przed wprowadzeniem stanu wojennego Polacy zakwalifikowali się do zbliżającego się mundialu – wielka radość. Ale już wkrótce – wielki dylemat. Czy w chwili, gdy nasza reprezentacja staje się – w taki czy inny sposób – przedstawicielem reżimu, który właśnie wyprowadził wojsko na ulice, można jej kibicować? Czy nie będzie to deklaracja lojalności wobec wojskowych, którzy wbili w mundury prezenterów telewizyjnych dzienników, a opozycjonistów odesłali do ośrodków internowania? Czy sport da się oddzielić od polityki i życia?

Przed dylematami stanęli wszyscy. Zarówno polscy piłkarze, którzy zostali objęci międzynarodowym bojkotem, a do rozgrywek musieli ćwiczyć wyłącznie mierząc się z krajowymi drużynami klubowymi, jak i kibice. A przede wszystkim internowani opozycjoniści, którzy spotkania mogli oglądać (z mniej lub bardziej mieszanymi uczuciami) na niewielkich więziennych odbiornikach.

Z murawy i zza krat

Drogę polskiej reprezentacji do finału mundialu znają wszyscy rodzimi kibice. Dla wielu była niespodzianką – gdy Polacy lądowali na Półwyspie Iberyjskim nikt nie wiedział, w jakiej formie jest drużyna. Dopiero kolejne sukcesy, mozolne pięcie się w górę wraz z kolejnymi rozgrywkami, pozwalało mieć nadzieję, że „jest dobrze”. Dodatkowo o kulisach mundialu opowiadają świadkowie i uczestnicy polskiego sukcesu – m.in. trener reprezentacji Antoni Piechniczek, Zbigniew Boniek, Grzegorz Lato, tuzy sportowego dziennikarstwa, choćby Dariusz Szpakowski. Trener przyznaje się choćby do błędu, jakim było niewystawienie do półfinałowego starcia z Włochami Andrzeja Szarmacha – zagrał on potem w meczu o trzecie miejsce z Francuzami, ale z punktu widzenia mundialowej rywalizacji, błąd został popełniony.

Ale jest i ta druga narracja: zza krat. Przed telewizorami siedzą bowiem i ci, którzy w samym środku „karnawału Solidarności” znaleźli się w opałach: Jan Lityński, Piotr Ikonowicz, Tomasz Wołek i wielu innych. Dzięki ich opowieściom o sporach, jakie toczyli między sobą, zagłębiamy się w atmosferę tamtego smutnego lata, a nawet – do pewnego stopnia – sporów, jakie towarzyszyły Polsce przez wieki. Czy symbole, takie jak sport, powinny łączyć ponad politycznymi konfliktami? Czy można w ogóle mieszać historię piłki nożnej z wydarzeniem takim, jak wprowadzenie stanu wojennego?

Odpowiedź wydaje się być oczywista: można, a nawet trzeba. Obie perspektywy narratorów „Mundialu” zbiegają się w jednym momencie, nazwijmy go kulminacyjnym – gdy polscy sportowcy wychodzą na boisko, by zmierzyć się z reprezentacją Związku Radzieckiego. Za sprawą młodego Francuza o polskich korzeniach (i paryskiego Komitetu Solidarności), Pascala Rossiego, za bramkami rozwinięto wówczas gigantyczne transparenty z charakterystycznym logo Solidarności. Było to zaskoczeniem zarówno dla widzów w Polsce, jak i organizatorów mundialu – transparenty zwinięto w trakcie meczu, po protestach przedstawicieli PRL, przy akompaniamencie ogłuszających gwizdów i okrzyków „Polonia” oraz „Solidaridad”.

Tego jednak na ekranach telewizorów nie mieliśmy szansy zobaczyć. Transmisja akurat urwała się na chwilę… A potem technicy telewizyjni zadbali już o to, by zamiast ujęć z trybun na Camp Nou, kibice byli w stanie zobaczyć jedynie przebitki z innych spotkań. O takich manipulacjach zresztą również traktuje ten film… Happy end tej historii jednak znamy – mecz skończył się bezbramkowym remisem, który dla Polaków oznaczał awans. Po opisanym wyżej spotkaniu zdobycie trzeciego miejsca zdawało się być zaledwie „wisienką na torcie”.

Na nostalgiczną nutę

Historia godna solidnego filmu fabularnego – jest jednak doskonale znana: przynajmniej raz na cztery lata przypomina ją każda z polskich gazet czy stacji telewizyjnych, choćby z okazji kolejnego mundialu. Dzieło Bielawskiego wydobywa z niej jednak to, czego klasycy wielkiego ekranu, czy upychający ją w kilku minutach archiwalnego materiału redaktorzy, nie potrafią.

I chodzi o atmosferę. W „Mundialu” reżyser łączy zapis kronik filmowych, zarówno tych, które rejestrowały wydarzenia w Hiszpanii, jak i tych, które śledziły życie w kraju; dorzuca nagrane w ostatnich latach komentarze i relacje świadków, a luki – zgodnie z najnowszymi modami panującymi w świecie twórców filmów dokumentalnych – uzupełnia animacjami, niczym w „Walcu z Baszirem” czy „Zielonej rewolucji”. Powstaje niezwykły zapis, dla starszego pokolenia szarpiące serce wspomnienie realiów sprzed dekad, dla młodszego – obrazek, który może się wydawać surrealistyczny, do momentu, w którym widz uświadomi sobie, że to archiwalny zapis Polski AD 1982.

Chodzi też o nutę nostalgii – dla wielu osób, które w 1982 roku znalazły się w centrum wydarzeń, na murawie czy też za płotem ośrodka internowania, tamten czas był najlepszym (mimo wszystko) okresem w życiu. Gdzieś między słowami, padającymi w kadrze czy spoza niego, czai się więc nuta tęsknoty, nostalgii, mimo dramatycznych okoliczności – pewnej radości, płynącej z faktu uczestniczenia lub bycia świadkiem wielkich wydarzeń.

To największe atuty tego filmu. Mocnej pointy tu nie doczekamy, bo i nie o to twórcy chodziło. Refleksji za to – co nie miara, i to nie tylko tej dotyczącej dzisiejszej kondycji polskiej piłki nożnej.

piątek, 27 czerwiec 2014 00:09

ZGRZYT CIUPAG NA MAZOWSZU

Napisane przez

Janosikowe – to ulubione ostatnio słówko samorządowców, polityków, którzy szukają poparcia samorządowców, ale i tez dziennikarzy, którym los Mazowsza spędza sen z powiek. Przypomnijmy, że rzecz stała się modna w momencie, kiedy okazało się, że w kasie samorządu mazowieckiego jest pusto, a marszałek Struzik wskazał właśnie janosikowe jako źródło kłopotów.

Opinia publiczna wyraźnie podzieliła się na dwa obozy. Jeden – głośniejszy – stał na stanowisku, że zabieranie bogatszym, aby dać biednym, jest rozbojem w biały dzień, bo niech sobie biedniejsi wypracują własne bogactwo. Sama nazwa janosikowe miała sugerować, ze instytucja ta jest być może w motywacji  szlachetna, ale ma charakter rozboju, jest zachowaniem godnym kary i potępienia.

Drugi obóz, prawie niesłyszalny, nawoływał do opamiętania. Dla rozumnego i harmonijnego rozwoju państwa, janosikowe jest czymś oczywistym, tak jak progresywne podatki. Bogatsi, płacąc więcej, „kupują” sobie i państwu spokój społeczny, mogą gromadzić majątek proporcjonalnie tak jak inni, ale ich kapitał wyjściowy jest i tak dużo większy. Dlatego państwa dobrobytu, uznawane za najbogatsze, takie jak Szwecja, Norwegia czy Dania, progresję podatkową uznają za rzecz oczywistą, dotyczącą zarówno dochodów osób fizycznych, jak i prawnych. Mądrze i sprawiedliwie realizowana redystrybucyjna funkcja państwa stała się tam podstawą powszechnego dobrobytu.

No, ale tu jest Polska. Tu warto zwrócić uwagę, że dochody budżetu państwa, a w ślad za tym budżetów samorządowych,  nie są jednakowo rozłożone przestrzennie. Że zróżnicowanie majątkowe jest u nas wyjątkowo duże, że 7% obywateli Rzeczypospolitej żyje na poziomie minimum egzystencji (dane GUS za rok 2013). To oznacza, że co czternasty Polak ma głęboko w nosie swoja Ojczyznę, która – w jego przekonaniu – uznaje go za obywatela drugiej kategorii, „machnęła ręką” na jego los i przyszłość. Że emigracja, na którą tak bardzo narzekamy, obejmuje ludzi z terenów słabiej rozwiniętych, bo właśnie w podlaskim, lubelskim czy zachodniopomorskim żyje się poniżej średniej. Nie łudźmy się, oni już nie wrócą. Gdy zróżnicowanie w dostępie do bogactwa, w tym dóbr wspólnotowych, będzie postępować tak, jak do tej pory, nie będą mieli do czego. Wsie i miasteczka będą już kompletnie wyludnione, a proces ten zaczyna być widoczny w miastach średniej wielkości.

Janosikowe jest jednym z niewielu instrumentów, jakimi dysponuje państwo, aby zahamować ten proces. To prawda, że narzędzie to niedoskonałe. Ale brakuje nam innych instrumentów. Ot, choćby specjalnego funduszu, który pomagałby gminom i powiatom w uzbieraniu funduszy własnych, niezbędnych do skorzystania ze środków europejskich. Brakuje nam konsekwencji we wcielaniu obśmianej już w Polsce zasady „każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości”. Ale tak się rozwijała Europa. Państwa, które zlekceważyły ten problem, płacą dziś dużą cenę, choćby w postaci problemów z separatyzmami. Choćby Włosi ze swoją Ligą Północną czy Hiszpanie z Katalonią. Mazowsze to nie Katalonia, ale my nowych kłopotów nie potrzebujemy. Mamy już problem z Ruchem Autonomii Śląska, który – jakby nie patrzeć – nie robi nic innego, jak tylko powtarza argumenty przeciwników janosikowego.

piątek, 27 czerwiec 2014 00:06

ZBÓJNICKI PODATEK IDZIE POD NÓŻ

Napisane przez

Janosikowe niezgodne z konstytucją – ten werdykt Trybunału Konstytucyjnego wstrząsnął samorządową Polską. Dla bogatych jednostek to świetna wiadomość, bo więcej pieniędzy zostanie im w kasie. Biedni natomiast boją się, że nie uda im się dopiąć budżetów. Wszyscy z niecierpliwością czekają na decyzję Warszawy. Bo to politycy będą musieli zdecydować, jak od nowa podzielić pieniądze.

Jaoosikowe to obowiązkowa opłata wyrównawcza, którą – formalnie od 2003, a faktycznie od 2004 roku – ponoszą najbogatsze samorządy na rzecz biedniejszych. Województwa dzielą się z województwami, powiaty z powiatami, gminy z gminami. Pieniądze pochodzą z podatków od przedsiębiorstw (CIT) i osób fizycznych (PIT). Chodzi o to, aby zniwelować różnice między regionami. Tak, by ci, którzy mają na swoim terenie kwitnące przedsiębiorstwa, kopalnie czy uzdrowiska, oddawali część dochodów tym, u których bezrobocie sięga 30-40 proc. i nie są stolicą albo mekką zimowej lub letniej turystyki.

– O sukcesie w dużej mierze decyduje lokalizacja. Przykładem może być nasz region: większość inwestycji na Dolnym Śląsku koncentruje się wokół Wrocławia. Pozostałe samorządy, choćby nie wiem, jak się starały, nigdy nie będą rozwijać się tak dynamicznie, jak stolica województwa. Dlaczego zatem ci, którym łatwiej dochodzić do dobrobytu, nie mieliby części swego bogactwa oddać tym, którym nie z własnej winy idzie gorzej? – zastanawia się w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Stanisław Longawa, wójt gminy Kłodzko.

Solidaryzm – tak, wypaczenia nie

Idea dzielenia się jest słuszna. Ale sposób jej realizacji nie od dziś wzbudza kontrowersje. Niekiedy jednostki bardziej zasobne muszą zaciągać kredyty, by dokonać korekcyjnej wpłaty. Taki los spotkał m.in. najbogatsze w kraju województwo – mazowieckie, które w niektórych z minionych lat musiało gorzej radzącym sobie regionom oddać nawet 80 proc. własnych dochodów i samo szło na żebry do Ministerstwa Finansów.

Niedawno samorząd stanął na skraju bankructwa. W kwietniu tego roku komornik wszedł na jego konta i ściągnął 55 milionów złotych z zaległych 110 milionów Janosikowego – pieniędzy, których władze Urzędu Marszałkowskiego nie zapłaciły w 2013 roku. Aby Mazowsze miało z czego spłacać zobowiązanie w przyszłości, województwo musiało pożyczyć od rządu 400 milionów złotych.

O absurdzie sytuacji stanowi nie tylko to, że bogaty omal nie poszedł z torbami. Na ironię zakrawa również fakt, że choć na początku marca bieżącego roku Trybunał Konstytucyjny (TK) uznał sposób funkcjonowania i egzekwowania janosikowego za niekonstytucyjny, to województwo mazowieckie i tak musi płacić ów swoisty haracz.

– Mimo decyzji Trybunału, resort finansów nam nie odpuszcza. To paradoks, że nadal jesteśmy zmuszeni do płacenia janosikowego według niekonstytucyjnych zasad – skarży się Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego. Ale zaraz uściśla: – Nie myślimy tylko o sobie. Dostrzegamy potrzeby innych. Ze wszech miar popieramy mechanizmy solidarnościowe, pod warunkiem, że są rozsądne i służą wszystkim.

Sędziowie Trybunału orzekli, że niezgodny z ustawą zasadniczą jest przepis, dający ministrowi finansów prawo do wykorzystywania części pieniędzy z janosikowego jako własnej rezerwy. Nie przyzwalają oni na „brak zagwarantowania województwom możliwości zachowania istotnej części dochodów do realizacji zadań własnych”. Dzieje się tak m.in. dlatego, że sposób wyliczania daniny nie uwzględnia silnych zmian w dochodach województw, wynikających z cykli gospodarczych.

– Janosikowe nie stanowiłoby aż tak dużego problemu, gdyby Polska i poszczególne regiony z każdym rokiem rozwijały się coraz lepiej. Sęk w tym, że po okresie dobrej koniunktury, wcześniej czy później zawsze przychodzi zła. A wtedy opłata ta staje się brzemieniem nie do udźwignięcia dla konkretnych jednostek, bo jej wysokość oblicza się na podstawie dochodów sprzed dwóch lat – wskazuje Antoni Szlagor, burmistrz Żywca.

Aby uzdrowić sytuację, warto przyjrzeć się, jakie rozwiązania w dziedzinie wyrównywania szans między regionami funkcjonują w innych krajach. Tak przynajmniej uważa prof. Paweł Swianiewicz, specjalista w zakresie polityki lokalnej i finansów samorządowych oraz doradca społeczny Prezydenta RP. „W Szwajcarii jako podstawę wyliczania subwencji stosuje się średnie z kilku lat, a nie dane dla jednego roku. W Niemczech stosuje się udziały w bieżących, rozliczanych comiesięcznie dochodach, z ewentualnym wyrównaniem – w górę lub w dół – kiedy znane są już dokładne rozliczenia całego roku finansowego. W Danii samorządy mają możliwość posłużenia się własnymi prognozami, z zastrzeżeniem jednak, że po rozliczeniu danego roku następuje wyrównanie wynikające z uwzględnienia faktycznego poziomu bazy podatkowej” – tłumaczył profesor podczas majowej konferencji na Uniwersytecie Warszawskim.

Wędka czy ryba

Polskich płatników oburza jednak nie tylko mechanizm wyliczania janosikowego. Trudno im ze spokojem patrzeć również na to, w jaki sposób beneficjenci wydają ich ciężko zarobione pieniądze. Powinni przeznaczać je na cele społecznie użyteczne – jak drogi, żłobki, przedszkola – a nie na wynagrodzenia urzędników, jak to często się dzieje.

– Opłata korekcyjna ma służyć rozwojowi kraju i zmniejszaniu regionalnych różnic. Tyle teorii. W rzeczywistości stają się często zasiłkiem dla ubogich, którzy przyznane im miliony zwyczajnie przejadają – potwierdza ekonomista Marek Zuber.

Nie dziwi więc złość niektórych majętnych gmin i brak motywacji do dzielenia się owocami swego sukcesu. – Dlaczego mamy płacić tym, którzy nie chcą się rozwijać? Wygląda na to, że nie warto się starać. Janosikowe jest karą dla nas, samorządów dobrze prosperujących, ambitnych, zaradnych – ubolewa Antoni Szlagor. Zaznacza jednak: – Nie każda biedna jednostka zasłużyła na miano marudera. Rząd, tworząc gminy tam, gdzie nie ma zakładów pracy, bogactw naturalnych czy turystyki, skazał je na zależność od innych. Bez wsparcia, czy to z własnej kasy, czy to z budżetów bardziej majętnych samorządów, nie dadzą sobie rady.

Powinniśmy zastanowić się nad tym, jak system podziału dochodu wypracowanego przez bogatsze jednostki działa na motywację uboższych samorządów. Przede wszystkim należy dać biednym wędkę, nie rybę. Stworzyć warunki do zarabiania, a nie grabić najbardziej przedsiębiorczych. Co do tego nie ma wątpliwości prof. Krzysztof Opolski, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego. „Być może zamiast dotacji powinny być długookresowe nieoprocentowane pożyczki, które zachęcą do przeznaczenia tych środków na cele i zadania, które są dla biedniejszego regionu faktycznie najważniejsze. Generowałoby to dużo większe korzyści, a świadomość, że te pieniądze trzeba w jakiś sposób oddać, spowodowałaby lepszy z ekonomicznego punktu widzenia sposób gospodarowania nimi. Być może celniej dobierane byłyby priorytety. Obecnie bogatsze regiony dają środki, nie wiedząc, komu ani na co” – wskazywał Opolski na wspomnianej konferencji zorganizowanej przez UW.

Zaradni tracą, biedniejsi nie zyskują

Czy bogate jednostki są naprawdę bogate, a biedne – faktycznie biedne? Czasem można mieć wątpliwości. Wszak większe dochody takich ośrodków, jak Kraków czy Warszawa, niwelowane są przez większe wydatki, które ponoszą – gminy wiejskie w przeciwieństwie do stolicy nie muszą budować drugiej linii metra. Z drugiej strony, słabiej rozwinięte samorządy są lepiej traktowane niż te, które osiągają sukcesy gospodarcze – mają łatwiejszy start do funduszy unijnych, bo miejscowości położone poza wielkimi miastami dostają więcej i łatwiej. Małe gminy czerpią garściami pieniądze z UE, jednocześnie wykazując mały dochód z podatków.

Z powodu rosnącego janosikowego płatnicy nie mają pieniędzy na realizację zadań własnych i rozwój regionu. Doświadczył tego m.in. powiat legionowski – udział daniny w jego dochodach stanowił tak duży procent, że w 2012 roku samorząd stanął przed koniecznością odrzucenia dotacji z Unii Europejskiej na projekt dotyczący monitorowania wód Zalewu Zegrzyńskiego, ze względu na brak środków na wkład własny.

Nawet Warszawa rozwijałaby się o wiele lepiej, gdyby nie konieczność wspomagania rzekomo gorzej prosperujących miast. To spostrzeżenie dało początek akcji „STOP Janosikowe”, którą w lipcu 2010 roku zainicjował Rafał Szczepański. Ten przedsiębiorca i działacz społeczny z warszawskiej Pragi dobrze przyjrzał się życiu mieszkańców i sytuacji finansowej swojej dzielnicy. Stwierdził, że ludzie żyją niekiedy w warunkach z XIX wieku – bez kanalizacji, prądu, toalet. Gdy w urzędzie miasta spytał, kiedy zaczną się konieczne remonty, usłyszał, że w kasie nie ma pieniędzy, bo jest… janosikowe. To kazało mu napisać projekt ustawy zmieniającej system naliczania opłaty równoważącej. Podpisało się pod nim ponad 155 tys. osób, nie tylko mieszkańców stolicy, ale także Krakowa i Poznania.

Problemem Warszawy i innych dużych miast jest niedoszacowana liczba mieszkańców. Ludzie przyjeżdżają tam pracować, ale podatki odprowadzają w rodzinnych miejscowościach, podczas gdy to wielkie aglomeracje ponoszą rzeczywiste koszty ich zamieszkania.

Płatnicy nie mają powodu do radości, ale i beneficjentom nie zawsze jest do śmiechu, na co zwraca uwagę Jerzy Stępień, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, a w latach 2006-2008 prezes TK. Jak zauważa, uboższe gminy dostają czasem niespodziewanie tak silny strumień dodatkowych wpływów, choćby z przysługujących im odszkodowań z tytułu szkód górniczych, że winduje to je w rejony samorządów najbogatszych. „Na to tylko czeka nasz „Janosik”, nie licząc się zupełnie z tym, że tym gminom właśnie zwrócono to, z czego ich niedawno ograbiono. Jednym słowem to, co miało racjonalnie korygować nierówności, w pewnych sytuacjach tworzy anomalie w innych miejscach, pogłębiając stan nierównowagi całego systemu” – komentuje mecenas na portalu Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej.

Tzw. subwencja równoważąca szkodzi w jeszcze inny sposób – sprawia, że regiony bogatsze i biedniejsze patrzą na siebie krzywym okiem. Pierwsze czują się ofiarą grabieży. Drugie doświadczają upokorzenia, stale słysząc, że są na utrzymaniu bardziej zaradnych – w domyśle: lepszych – gmin, powiatów i województw.

– Państwo samo powinno dopłacać tym, którzy sobie gorzej radzą. A nie zabierać jednemu, by dać drugiemu. To nie służy dobrej atmosferze i współpracy między samorządami – twierdzi Wojciech Lubawski, prezydent Kielc.

Janosikowe to zaledwie początek

Trybunał Konstytucyjny podważył zasady naliczania i rozdzielania Janosikowego, dając parlamentowi osiemnaście miesięcy na wprowadzenie zmian. Zajęła się tym ponoć razem z resortem finansów senacka komisja. Jak podaje Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich, ministerstwo rozważa przesunięcie około 200 mld zł z rezerwy drogowej – miałoby to zrekompensować ewentualne braki dla samorządów, otrzymujących janosikowe.

Więcej szczegółów o postępie prac? W chwili oddania do druku bieżącego wydania Magazynu Samorządowego GMINA ze źródeł oficjalnych nie mogliśmy się niczego dowiedzieć – mimo że Rafał Szczepański zwrócił się do Ministerstwa Finansów o udostępnienie informacji publicznej na ten temat. Resort udzielił mu odpowiedzi odmownej. W specjalnym komunikacie akcji „STOP Janosikowe” czytamy, że jest to „niepokojące i może świadczyć o braku wypracowania konkretnych rozwiązań, które – nawet w roboczej formie – powinny zostać udostępnione wszystkim podmiotom zaangażowanym w sprawę nowelizacji ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego w części regulującej tzw. janosikowe”.

W Sejmie każdy pomysł zmian dotyczących janosikowego jak dotąd upadał. Powód: żaden poseł nie chciał się opowiedzieć za przykręceniem kurka z pieniędzmi dla jego małej ojczyzny, bo to oznaczałoby utratę społecznego poparcia, a tym samym – ryzyko przegranej w kolejnych wyborach.

Przedstawiciele narodu na ogół dobrze rozumieją, że ten, który płaci, często nie ma już z czego. Niemniej wolą kierować się wolą ludu, czyli swojego elektoratu, wyrażaną choćby w różnych ankietach. Przykładem może być ubiegłoroczny sondaż Zespołu Badań Społecznych OBOP w TNS Polska, wedle którego aż 61 proc. Polaków uznaje janosikowe za sprawiedliwe. Przeciwnego zdania jest zaledwie 24 proc. respondentów. Jednocześnie 43 proc. ankietowanych oceniło, że dodatkowe pieniądze są bardziej potrzebne samorządom biednym niż bogatym.

Marszałek Adam Struzik jest jednak optymistą. Jego zdaniem zmiany wymuszone przez Trybunał Konstytucyjny – bynajmniej nie kosmetyczne – będą budować nowy, lepszy sprawiedliwszy porządek w samorządach i kraju. Z nadzieją w przyszłość patrzy również burmistrz Żywca. Podkreśla, że przyszedł dobry moment, by od rozmowy o samym janosikowym przejść do namysłu nad systemem finansowym samorządów i kierunkiem jego zmiany.

– Jako samorządowcy od lat domagamy się zmiany Ustawy o finansach publicznych, ale rząd dotychczas lekceważył nasze postulaty. Wierzę, że teraz się to zmieni – mówi Antoni Szlagor.

Najważniejszą – według włodarza – bolączką jest to, że rząd zleca samorządom coraz więcej zadań, ale nie daje środków na ich realizację. Pieniędzy brakuje na szkoły, przedszkola, zasiłki dla najuboższych i walkę z bezrobociem. Gdyby wsparcie finansowe było odpowiednie do narzucanych mu przedsięwzięć, potrzeby wyrównawcze samorządów byłyby mniejsze.

Ministerstwo Finansów twierdzi, że ma w planach o wiele szerszy zakres zmian niż ten determinowany wyrokiem Trybunału. To dobrze, bo janosikowe potrzebuje totalnego przebudowania. Ale na tym nie może się skończyć. Taktykę łatania dziur w budżecie powinny wreszcie zastąpić zmiany systemowe.

czwartek, 26 czerwiec 2014 23:59

ŚWIT ŻELAZNYCH SZLAKÓW

Napisane przez

Na naszych oczach dobiega końca era klasycznych kolei. Trwająca od początku obecnego tysiąclecia restrukturalizacja, komercjalizacja i prywatyzacja PKP wiąże się ze znaczącym spadkiem przewozów towarowych, pasażerskich i zmniejszeniem rozmiarów sieci kolejowej. Kończy się na naszych oczach pewna epoka – epoka, która trwała na obecnym, polskim terytorium od lat czterdziestych XIX wieku, a więc – ok. 170 lat. Przypomnę początki tej ery. Były to czasy zaborów i rozdarcia ziem polskich między Rosję, Prusy i Austrię.

Zaczęło się w zaborze pruskim. W 1842 roku rozpoczęto eksploatację linii kolejowej Wrocław – Oława. Pięć lat później powstała tzw. górnośląska linia kolejowa z Berlina, przez Wrocław i Opole do Katowic. W zaborze austriackim w tym samym czasie zbudowano trasę z Krakowa do Szczakowej, potem z Krakowa do Trzebini i Mysłowic, przedłużoną w 1847 r. do spotkania z koleją warszawsko-wiedeńską w Granicy. Warto zauważyć, że o budowie linii Kraków – Szczakowa zdecydował Senat Wolnego Miasta Krakowa (przed likwidacją tego państewka), była to więc pierwsza w Polsce linia kolejowa zbudowana w całości na ziemiach polskich bez zezwolenia któregokolwiek z rządów zaborczych.

W Wielkopolsce Poznań połączony został liniami kolejowymi ze Szczecinem przez Krzyż i Starogród (1848), z Tczewem i Królewcem przez Bydgoszcz (1851), z Toruniem przez Gniezno (1870).

W Królestwie – tj. zaborze rosyjskim – już w 1835 r. z pomysłem budowy kolei z Warszawy na południe wystąpił Tomasz Łubieński. Kolej miała umożliwić przewóz produkcji górnictwa i hutnictwa Zagłębia Dąbrowskiego do stolicy i dalej, na północ. W tym czasie, projektując linię przechodzącą po wododziale dorzeczy Wisy i Odry przez Skierniewice, Piotrków i Częstochowę, zakładano, iż opłacalna będzie trakcja konna. Długo trwały kontrowersje w tej sprawie. Łubieński pisał: „W kraju naszym owies jest tak tani i siano, że zdaje się ze wszystkiego, że nierównie taniej wypadnie i te 4 miliony cetnarów przewozić będzie można końmi jak maszynami parowymi”.

W 1839 r. utworzono Towarzystwo Akcyjne Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej, lecz już w 1842 r. przedsięwzięcie przejęło państwo, bowiem inwestycja okazała się ponad siły spółki prywatnej. W tym czasie nie odczuwano jeszcze tak silnie, jak potem, błogosławionego, gospodarczego oddziaływania kolei. Ekonomista Supiński pisał wówczas: „Koleje żelazne są otchłanią, w której toną olbrzymie zasoby, nie zostawiając po sobie żadnych zasobów prócz wysypanej grobli i szyn na niej leżących”. W 1845 r. na wiedence uruchomiono pociągi  na trasie z Warszawy do Łowicza, zaś w 1848 r. – oddano do użytku pozostałą część do granicy. Kolej wiedeńska administrowana przez zarząd państwowy była deficytowa. Dokonano więc jej reprywatyzacji i w końcu lat pięćdziesiątych XIX w. państwo rosyjskie przekazało na 75 lat tę kolej spółce prywatnej kontrolowanej przez kapitał pruski. Od Niemców kupił firmę (bo kolej obejmowała linię i tabor) w 1872 r. Leopold Kronenberg – zaś od niego, przed upływem koncesji, w 1912 r., wykupił tę kolej rząd rosyjski. Można więc rzec, że wiedenka przechodziła z rąk do rąk. W tym czasie, przed
I wojną światową, była to linia o ruchu największym na świecie (czy dziś stać nas na to, by w czymkolwiek w przemyśle przodować?). Linia wiedeńska, i jej odnoga do Łodzi, zbudowana przez Jana Blocha w 1865 r., miały normalny, europejski rozstaw szyn w świetle – 1435 m. Pozostałe linie kolejowe w zaborze rosyjskim miały szyny w rozstawie szerokim, 1520 mm.

Z perspektywy rosyjskiego zaborcy szczególnie istotne było połączenie kolejowe stolicy imperium – Petersburga – z Królestwem. Budowę kolei warszawsko-petersburskiej rozpoczęto w 1851 r. Całą linię z Warszawy do Petersburga z odnogami Wilno-Kowno-Wierzbołowo oraz Dynenburg-Ryga oddano do użytku rok przed Powstaniem Styczniowym – w 1862 r. Kolej Petersburską budowała spółka braci Pereire – Główne Towarzystwo Rosyjskich Dróg Żelaznych, kontrolowana przez kapitał francuski.

Dodać należy, że na początku lat sześćdziesiątych XIX w. spółka belgijska wybudowała kolej warszawsko-bydgoską.

Podsumujmy więc; w przeddzień Powstania Styczniowego istniały na terytorium Królestwa (zaboru rosyjskiego) trzy linie: warszawsko-wiedeńska (normalnotorowa, europejska), warszawsko – bydgoska i petersbursko-warszawska (szerokotorowa, rosyjska). Wszystkie trzy były miejscem działań powstańczych; o jednym z ciekawszych pisałem już w „Historii żywej”, w artykule „Pierwszy polski pociąg pancerny”.

Jednym z ważniejszych celów rosyjskiej administracji po powstaniu było zapewnienie komunikacji na terenie zaboru między najważniejszymi twierdzami. Dlatego powstawały linie siedlecko-małkińska, narewska, niemeńska, siedlecko-bołogojska. Podobne, wojskowe uzasadnienie przemawiało za budową kolei nadwiślańskiej z Warszawy do Kowla i Mławy, dęblińsko-dąbrowskiej i terespolskiej (zbudowanej w 1867 r., przedłużonej w 1871 r. do Moskwy).

Rosjanie dążyli do rozbudowy sieci kolejowej na prawym brzegu Wisły, uważając rzekę za naturalną zaporę przed potencjalną niemiecką inwazją, zaś sieć drogowa i kolejowa po lewej stronie rzeki z założenia była tak rzadka, jak tylko było to możliwe, by potencjalny agresor utknął w piaskach równiny polskiej.

Wszystkie trzy państwa zaborcze z konieczności (ograniczone możliwości budżetowe) długo tolerowały budowę i eksploatację kolei prywatnych. Jednakże jeszcze przed pierwszą wojną światową, na początku XX wieku, większość linii we wszystkich trzech zaborach przeszła pod kontrolę struktur państwowych. Niepodległa Rzeczpospolita objęła więc koleje jako skarbowe, nieliczne prywatne były też w większości zarządzane przez państwo. Niemcy przekuli też w czasie wojny linie na normalny europejski rozstaw szyn; poza tym jednak trzy połączone w Rzeczpospolitej sieci dróg żelaznych dzieliło wiele; tabor, wyposażenie, systemy sygnalizacji, procedury, przepisy. Najjaśniejsza uporała się jednak z tymi różnicami skutecznie, co jest już jednak tematem zasługującym na odrębną opowieść.

W tekście wykorzystałem informacje pochodzące z następujących publikacji: Teofil Bissaga, „Geografia kolejowa Polski”, Warszawa 1938; Stanisław Łaniec, „Partyzanci żelaznych dróg roku 1863”,Warszawa 1974; Aleksander Wasiutyński, „Drogi żelazne”, Warszawa 1925

Strona 1 z 2

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY