Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 78.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 85.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 68.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 84.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 83.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 82.

Maj 2014

Maj 2014 (13)

sobota, 24 maj 2014 16:21

WIEJSKI BÓJ O UNIJNE PIENIĄDZE

Napisane przez

Z perspektywy wsi najbliższa „sześciolatka” nie wygląda gorzej niż poprzednia. Do 2020 r. na obszary wiejskie z budżetu państwa i Unii Europejskiej ma trafić łącznie 42,4 mld euro. A jednak samorządowcy z całego kraju mają się na co skarżyć.

Najwięcej środków unijnych i krajowych zostanie wykorzystanych na płatności bezpośrednie (aż 23,7 mld euro), które są obecnie kluczowym elementem Wspólnej Polityki Rolnej. Innym źródłem finansowania jest Program Rozwoju Obszarów Wiejskich (PROW). Projekt na lata 2014-2020 trafił w połowie kwietnia do akceptacji Komisji Europejskiej. Zdaniem szefa resortu rolnictwa, Marka Sawickiego, Komisja Europejska może go zatwierdzić w ciągu pięciu miesięcy. Istnieje zatem duże prawdopodobieństwo, że jeszcze w tym roku gminy będą mogły starać się o unijną „kasę”. Mimo to część wójtów uważa, że obszary wiejskie są pod względem unijnych pieniędzy dyskryminowane. Chcą gwarancji, że przynajmniej 30 proc. środków trafi na wieś.

Polska wieś jest dyskryminowana

– Mamy serdecznie dość budowania miast i szesnastu stolic – mówił niedawno w rozmowie z PAP Krzysztof Iwaniuk, wójt Terespola i wiceprezes Związku Gmin Wiejskich. Jego zdaniem nikt nie myśli o obszarach wiejskich. Wójt podaje przykład OZE. – Przecież umożliwienie rozwoju małych przydomowych instalacji, które pozwoliłyby tym biednym ludziom z prowincji – bo w większości są biedni – ograniczyć koszty życia, byłoby z korzyścią dla wszystkich. No, może z wyjątkiem wielkiego biznesu. Okazuje się jednak, że to, co możliwe jest w Czechach, czy w Niemczech, u nas takie nie jest – mówił wójt Iwaniuk.

Mimo, że w nowej perspektywie do wykorzystania będzie więcej środków niż w latach ubiegłych, wiejscy samorządowcy patrzą sceptycznie na możliwość pozyskania unijnych funduszy. Zdaniem Wacława Wielesika, wójta gminy Markusy, położonej w województwie warmińsko-mazurskim, wszystkie znaki wskazują, że w nowym okresie gminy będą miały o wiele gorzej. Jego opinię podziela Dominika Grymajło, która w urzędzie gminy Kosakowo w województwie pomorskim zajmuje się funduszami unijnymi.

Jej zdaniem, mimo że w okresie 2014-2020 Polska całościowo uzyska większe dofinansowanie niż poprzednio, gminom wiejskim będzie o wiele trudniej pozyskać środki unijne, a ich wielkość będzie mniejsza od dotychczasowej. Jak dodaje, kryteria przyznawania środków w wielu sytuacjach nie uwzględniają specyfiki wsi. – Chodzi na przykład o wymogi stawiane wnioskodawcom, których i tak nie będą mogli spełnić: zaawansowana innowacyjność, szeroko zakrojone partnerstwa wielosektorowe oraz efekt skali – wymienia w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA i dodaje, że mało która gmina wiejska może się pochwalić takimi działaniami.

Zdaniem Dominiki Grymajło polska wieś jest dyskryminowana i najwięcej pieniędzy zawsze trafia do obszarów miejskich. Tę opinię podzielają też inni samorządowcy. – Mniejsza gęstość zaludnienia i infrastruktura sprawiają, że nie możemy konkurować z miastami, a przy ocenie efektywności jesteśmy skazani na porażkę, gdyż często brana jest pod uwagę liczba osób zamieszkujących dany obszar – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA Krzysztof Barwieniec, zastępca wójta w gminie Lubrza w województwie lubuskim.

Wystarczy się przyłożyć

Innego zdania jest wójt gminy Czorsztyn Tadeusz Wach, który uważa określenie, iż polska wieś czuje się dyskryminowana za przejaskrawione. – Gminy, które przykładają się do pozyskiwania środków unijnych nie mają problemu z ich otrzymaniem. Gmina Czorsztyn pozyskuje ich sporo i nie czujemy się mniej zauważani od miast – podkreśla w rozmowie z GMINĄ.

Zjawiska dyskryminacji polskiej wsi nie dostrzega również Leszek Grombala, wójt gminy Kolbudy położonej w województwie Pomorskim. Podkreśla jednocześnie, że jego gmina jest nietypowa – graniczy z Gdańskiem i jest współzałożycielem Gdańskiego Obszaru Metropolitarnego, co w przyszłości przyniesie zapewne solidne korzyści. Wójt Grombala uważa, że pieniądze zawsze były, są i będą, niezależnie od źródła finansowania. Trzeba tylko ciężko pracować, aby je zdobyć.

Pomimo różnicy w opiniach, samorządowcy zgadzają się co do jednego: najciężej jest zdobyć środki na budowę i odnowę dróg.  – Infrastruktura drogowa jest naszą największą bolączką – mówi GMINIE wójt gminy Słupsk Barbara Dykier i dodaje, że na tego typu projekty zawsze brakuje środków. Tłumaczy, że jedynym wyjściem z sytuacji są tzw. schetynówki, czyli drogi budowane z funduszy Narodowego Programu Przebudowy Dróg Lokalnych, prowadzonego w okresie, gdy ministrem spraw wewnętrznych był Grzegorz Schetyna. Nie dla wszystkich jednak starcza pieniędzy, więc nie każda gmina może skorzystać z programu. Podobnego zdania jest Andrzej Mazur, wójt gminy Sawin, która zajmuje dziesiąte miejsce w Polsce pod względem wykorzystania środków unijnych. – Gdyby nie brak środków finansowych na drogi powiedziałbym, że naszej gminie wiedzie się umiarkowanie dobrze – kwituje w rozmowie z GMINĄ.

Choć zgodnie z unijnymi przepisami samorządy mogły dotychczas ubiegać się o dotacje na budowę lub modernizację dróg gminnych, w praktyce projekty wiejskie przegrywały z miejskimi. – Jeśli plan budowy drogi nie zakładał dostępu do odpowiedniej wielkości obszarów przemysłowych bądź inwestycyjnych, to nie było szansy na fundusze. Ponadto, dość często warunkiem niezbędnym otrzymania środków była liczba użytkowników takiej drogi, a przecież wiadomo, że na wsi jest ich znacznie mniej niż w miastach – tłumaczy zastępca wójta gminy Lubrza, Krzysztof Barwiniec. Zdaniem samorządowców startujących we wszystkich możliwych konkursach, częstą praktyką było faworyzowanie wniosków miejskich na rzecz wiejskich.

Jak zapewnia minister rolnictwa Marek Sawicki, pieniądze na drogi znajdą się w PROW na lata 2014-2020. W zatwierdzonym przez rząd w połowie kwietnia projekcie zostało dodane, w ramach działania ósmego – „Podstawowe usługi i odnowa miejscowości na obszarach wiejskich” – poddziałanie „Inwestycje związane z tworzeniem, ulepszaniem lub rozbudową wszystkich rodzajów małej infrastruktury”. W ten sposób uwzględniono postulaty gmin wiejskich i Związku Powiatów Polskich w zakresie wsparcia projektów drogowych.

Cień Miejskich Obszarów Funkcjonalnych

Mimo trudności w pozyskiwaniu środków na budowę i remont dróg, istnieją inne obszary, na które udało się gminom zdobyć fundusze. Gmina Sopot zrealizowała wiele projektów, od budowy ścieżek rowerowych, przez remont świetlic, po stworzenie placów zabaw. Sporo działań przeprowadziła gmina Sawin – zdobyła pieniądze na wodociągi, przydomowe oczyszczalnie ścieków czy boiska wielofunkcyjne. – Zawsze można powiedzieć, że pieniędzy mogłoby być więcej. Pamiętajmy jednak, że gdyby nawet było ich więcej, i tak nie każda gmina mogłaby je pozyskać. Warunkiem otrzymania funduszy jest bowiem posiadanie wkładu własnego, a nie każda jednostka taki wkład ma – tłumaczy wójt Andrzej Mazur.

Jednym z tematów budzących obawy samorządowców są Miejskie Obszary Funkcjonalne (MOF) ośrodków wojewódzkich, do których – ich zdaniem – będzie płynąć najwięcej pieniędzy. Jak podkreślają, samotna gmina nie będzie miała szans na przebicie i uzyskanie środków. Jedynym rozwiązaniem wydaje się stworzenie wspólnoty gmin i wspólne ubieganie się o unijne fundusze. Dzięki temu gminy są mocniejsze, tworzą wspólną strategię, a także lepiej oceniają wspólne niebezpieczeństwa i wyzwania. Innym pomysłem jest przyłączenie gminy do MOF-u, jednak w dalszym ciągu brakuje na ten temat wystarczającej wiedzy.

Minister Sawicki polecił Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa przeprowadzenie szerokiej kampanii informacyjnej w zakresie PROW. W każdej gminie będą zorganizowane spotkania potencjalnych beneficjentów: rolników, przedsiębiorców i jednostek samorządu terytorialnego na temat zaplanowanych działań i zasad przyznawania pomocy finansowej. Spotkania te mają rozpocząć się jeszcze w maju.

sobota, 24 maj 2014 16:19

POLSKA NA DOPINGU, CZYLI DEKADA Z FUNDUSZAMI UE

Napisane przez

Nie ma chyba w Polsce nikogo, kto nie zapamiętałby charakterystycznej plakietki – „Finansowane ze środków Unii Europejskiej”. Ile miliardów dostaliśmy w ciągu ostatniej dekady z Unii Europejskiej i jak, dzięki tym pieniądzom, zmieniały się nasze województwa, powiaty i gminy?

Unia to samo zło, nie powinniśmy do niej wchodzić, trzeba się było zwrócić na Wschód. A serio?… W żadnych okolicznościach Polska nie rozwijałaby się tak szybko. Wstąpienie do wspólnoty oznaczało nowe drogi, poprawę środowiska naturalnego, szybki internet, wysyp innowacyjnych firm – to tylko niektóre osiągnięcia 10 lat członkostwa naszego kraju w UE.

Dumni powinnyśmy być też z wysokiego wzrostu gospodarczego w latach 2004-2013 (średniorocznie 4 proc. wobec 1 proc. w UE-27) oraz z faktu, że zdołaliśmy uniknąć recesji w latach 2009-2010, gdy w kryzys osunęły się najbardziej rozwinięte unijne gospodarki. Te sukcesy są w znacznej mierze efektem wykorzystania funduszy, które szeroką rzeką płyną do nas z Brukseli.

– Sukces ma wielu ojców. Duch przedsiębiorczości w narodzie nie ginie, samorządowcy dbają o rozwój lokalnych społeczności, a klasa polityczna przynajmniej świadomie nie utrudnia działalności gospodarczej. Ale jednym z najważniejszych czynników wzrostu są pieniądze z UE – potwierdza Marek Zuber, ekonomistai doradca finansowy.

Mazowsze przoduje,  Opole w tyle

Od akcesji zrealizowaliśmy ponad 185 tysięcy projektów o łącznej wartości prawie 593 mld zł – przy czym ponad połowa tej kwoty pochodziła z unijnej kasy. UE przekazała nam w minionych dziesięciu latach 333 mld zł. W przeliczeniu na mieszkańca jest to ponad 8,6 tys. zł.

33 proc. wszystkich pieniędzy, które dała nam wspólnota, przeznaczyliśmy na rozwój regionów. Według danych Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju (MIiR), w wykorzystaniu funduszy unijnych przoduje województwo mazowieckie, które dostało prawie 50 mld zł. W samej tylko Warszawie UE dopłaciła do 513 przedsięwzięć, a do miasta trafiło 18,7 mld zł. Najwięcej przeznaczono na budowę II linii metra. Drugie w rankingu województwo – śląskie – otrzymało 32 mld zł. Lwią cześć tych pieniędzy pochłonęła budowa autostrady A1 oraz modernizacja kanalizacji. Na kolejnych trzech miejscach znalazły się województwa: dolnośląskie (23,5 mld zł), małopolskie (21,8 mld zł) i łódzkie (21,7 mld zł).

Najgorzej w zestawieniu wypadła Opolszczyzna, która zdołała pozyskać tylko 6,3 mld zł. Zdaniem Piotra Popa, rzecznika MIiR, region ten nie ma prawa jednak czuć się dyskryminowany. Bo dotacje wylicza się na podstawie lokalnego poziomu PKB w stosunku do jego średniego poziomu w całej UE, wskaźników bezrobocia, wielkości czy liczby mieszkańców. – Właśnie z tych powodów opolskie, jako jedno z najmniejszych województw w Polsce, dostaje najmniej pieniędzy – tłumaczy Piotr Popa w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA.

Beton czy człowiek – w co inwestować?

Od 2004 r. otrzymaliśmy ponad 82 mld euro z polityki spójności, której celem jest wyrównanie warunków ekonomicznych i społecznych we wszystkich regionach Unii Europejskiej. Kwota ta ponad trzy razy przewyższyła sumę naszych składek członkowskich. W rezultacie Polska jest największym beneficjentem netto funduszy UE.

W perspektywie 2004-2006 zainwestowaliśmy wszystkie dostępne fundusze – 14,2 mld euro. Z budżetu 2007-2013 wykorzystaliśmy już 97,5 proc. przyznanej nam kwoty – 67,9 mld euro – czyli ponad 66 mld euro. W obu perspektywach – według stanu na 27 kwietnia 2014 r. – beneficjenci zrealizowali łącznie ponad 186 tys. projektów.

Gros przedsięwzięć to tzw. twarde inwestycje: autostrady, drogi, lotniska, dworce kolejowe, środki transportu, oczyszczalnie ścieków czy kanalizacja. Niestety, rzadziej dotacje przeznaczamy na działalność naukowo-badawczą. Dlatego Anna Radwan, prezes Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana i doradca Komisji ds. Unii Europejskiej w Sejmie RP, ostrzega: „Pieniądze płynące z Brukseli są jednak pułapką, w którą łatwo wpaść. Tak było chociażby w przypadku Hiszpanii czy Portugalii. Mówi się, że kraje Południa za dużo zainwestowały w beton, a za mało w człowieka. To scenariusz, którego za wszelką cenę musimy uniknąć” (raport „Europa: rozważna czy romantyczna?”, Instytut Obywatelski, 2014).

Czy wszystkim województwom uda się uniknąć scenariusza Grecji, Portugalii lub Hiszpanii? Pewności nie ma. – Mniej majętne regiony w Polsce wykorzystują fundusze na infrastrukturę drogową, komunikację, kanalizację, czyli to, co poprawia jakość życia, lecz nie inwestują w innowacje– mówi nam Marzena Chmielewska, ekspert PKPP Lewiatan.

Samorządy korzystają na potęgę

Największym beneficjentem Funduszy Europejskich są samorządy. Jak wynika ze statystyk opublikowanych przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, 31 proc. inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych jest realizowanych właśnie przez te podmioty, a łączna wartość dofinansowania wyniosła w sierpniu 2013 r. 76,3 mld złotych.

Spośród 767 przedstawicieli samorządów biorących udział w badaniu Instytutu Spraw Publicznych (ISP) tylko jedna osoba odpowiedziała, że jednostka, którą reprezentuje, nie stara się o dotacje unijne. Aż 9 na 10 ankietowanych (89 proc.) potwierdziło, że robi to często, a co dziesiąty (11 proc.) – że czasami.

Prawie 90 proc. ankietowanych uważa, że fundusze unijne mają znaczący wpływ na rozwój samorządu, przy czym 42 proc. jest zdania, że ten wpływ jest zdecydowanie duży, a 45 proc. – że jest on raczej duży. Jednocześnie ponad połowa (52 proc.) uważa, że dla ich społeczności pula środków unijnego wsparcia jest zbyt skromna.

A na co jednostki samorządu terytorialnego przeznaczają fundusze UE? Główne cele to inwestycje infrastrukturalne (97 proc. ankietowanych), ekologiczne (50 proc.) i kulturalne (36 proc.). Respondenci wskazywali również na wspieranie zatrudnienia i rozwój turystyki (po 25 proc.).

– Szkoda, że tylko 13 proc. lokalnych włodarzy przeznacza fundusze z Brukseli na rozwój przedsiębiorczości, zwłaszcza zaś segmentu MŚP. A przecież właśnie mniejsze firmy decydują o rozwoju regionów i całego kraju – przekonuje w rozmowie z GMINĄ Łukasz Wenerski, analityk społeczno-ekonomiczny, autor raportu „Unia daje czy zabiera? Dekada członkostwa Polski w UE w oczach  przedstawicieli polskich samorządów”, będącego pokłosiem ankiety ISP.

Pieniądze dla rolników

Jedną z grup, które najwięcej zyskały na członkostwie Polski w UE, są rolnicy. Tak przynajmniej uważa 81 proc. uczestników sondażu ISP. Dane statystyczne to potwierdzają. Dziesięć lat temu miesięczny dochód rolnika wynosił około 500 zł, dziś – 1092 zł. Skąd ten wzrost? W momencie akcesji polskie rolnictwo zostało objęte instrumentami Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), mającymi na celu poprawę opłacalności produkcji, co otworzyło w historii wsi nowy rozdział.

Głównym instrumentem wsparcia dochodów rolników w UE są płatności bezpośrednie, których rozdziałem w ramach WPR zajmuje się Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR). W 2004 r. polscy rolnicy otrzymali płatności bezpośrednie po raz pierwszy. W minionych dziesięciu latach o to wsparcie ubiegało się 1,4 mln rolników. Systematycznie rosła łączna kwota płatności – od prawie 7 mld zł w 2005 r. do ponad 14 mld zł w 2013 r. W sumie do końca stycznia 2014 r. ARiMR  wypłaciła z tego tytułu prawie 97 mld zł. Na tę kwotę składają się zarówno środki unijne, jak i krajowe. Z Unii do kieszeni rolników trafiło ponad 53 mld zł. Średnio każdy gospodarz dostał więc 38 tys. zł – wynika z analizy Polityki Insight.

Ogromnie pomocne były też programy inwestycyjne, dzięki którym beneficjenci ARiMR kupili m.in. 338 tys. maszyn i urządzeń rolniczych. To oznacza, że w co czwartym polskim gospodarstwie jest maszyna czy urządzenie rolnicze kupione dzięki wsparciu z programów UE.

Strumień nie wysechł

Jest jeszcze lepsza wiadomość: w nowej perspektywie unijnego finansowania jest ponad 300 mld złotych na spójność, a łącznie Polska wynegocjowała ponad 440 miliardów. Choć europejski budżet na lata 2014-2020 jest mniejszy o 3 proc. od poprzedniego, transfer funduszy do Polski zwiększy się o 4 proc. Tak oto nasz kraj ponownie będzie największym biorcą środków europejskich.

– Te pieniądze będą mogły zmienić Polskę na skalę dotychczas niespotykaną. Jest tylko jeden warunek: musimy je wydawać rozsądnie – zastrzega ekonomista Marek Zuber.

Obawy na wyrost? Niekoniecznie. W dyskusjach na temat wsparcia – np. dla rolnictwa czy start-upów – często pojawia się temat absurdalnie łatwego przyznawania pieniędzy unijnych i braku odpowiednich procedur kontrolnych. Pozwalało to na „przejadanie” środków przeznaczanych na rozwój czy modernizację działalności. Do rzadkości nie należały też przypadki marnotrawienia pieniędzy na poziomie województw, powiatów i gmin. Gwoli sprawiedliwości: do nadużyć dochodziło szczególnie tuż po wejściu do Unii Europejskiej. Wraz z upływem czasu Bruksela rozlicza beneficjentów coraz skuteczniej.

Co dały nam eurofundusze w latach 2004-2013

  • zbudowano lub zmodernizowano łącznie ponad 2 tys. km dróg ekspresowych i autostrad;
  • zbudowano lub przebudowano ponad 14 tys. km dróg krajowych i samorządowych;
  • długość wybudowanych/przebudowanych w latach 2004-2013 linii kolejowych wyniosła około 2,3 tys. km;
  • w ramach umów z zakresu transportu miejskiego zakupionych zostało ponad 2 tys. jednostek taboru komunikacji miejskiej, a zmodernizowanych – ok. 300 jednostek;
  • wsparto ponad20 tys. przedsiębiorstw;
  • wdrożonych zostanie niemal 1200 wyników prac badawczo-rozwojowych;
  • 250 wspartych instytucji otoczenia biznesu wykonało na rzecz przedsiębiorstw ponad 13 tys. usług;
  • zbudowano oraz zmodernizowano prawie 36 tys. km sieci kanalizacyjnej i 12 tys. km sieci wodociągowej;
  • wybudowano i rozbudowano oraz zmodernizowano 683 oczyszczalni ścieków komunalnych;
  • szacuje się, że dzięki FE liczba pracujących w wieku 20-64 wzrosła o około 800 tys. osób;
  • ponad 243 tys. nowych firm założyły osoby bezrobotne dzięki bezzwrotnym dotacjom;
  • wsparto 5 tys. przedszkoli, zespołów i punktów przedszkolnych;
  • blisko 90 tys. studentów rozpoczęło studia na kierunkach zamawianych, takich jak automatyka i robotyka, biotechnologia, budownictwo, informatyka;
  • 55 proc. wszystkich szkół w Polsce zostało wyposażonych w pracownie komputerowe, w których stworzono niemal 250 tys. stanowisk.
sobota, 24 maj 2014 16:18

WSTRZĄSAJĄCE NON-FICTION

Napisane przez

9 maja wszedł na ekrany film wyjątkowy. „Powstanie Warszawskie” to nie tylko dokument, to arcydzieło sztuki filmowej: archiwalne nagrania zostały zrekonstruowane, pokolorowane i zmontowane w opowieść, która chwyci za gardło nawet tych, którzy o przebiegu i legendzie Powstania wiedzą już wszystko.

Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, tak nazywała się jednostka w polskim podziemiu wyjątkowa. Stworzona już u progu wojny, wiosną 1940 roku, miała dokumentować zarówno inicjatywy londyńskiego rządu RP, jak i działania Niemców w okupowanej Polsce. Informować, a zarazem walczyć z niemiecką propagandą. Chętnych szkolono z fotoreportażu, reżyserii i obsługi megafonów. W szeregach Biura pracowali – czy właściwie: służyli – znani operatorzy i montażyści: Antoni Bohdziewicz, Wacław Kaźmierczak, Leonard Zawisławski, Seweryn Kruszyński; reżyserzy Jerzy Gabryelski, Jerzy Zarzycki, Andrzej Ancuta, Roman Banach, Ryszard Szope, Henryk Vlassak, Antoni Wawrzyniak; fotografowie Sylwester Braun i Joachim Joachimczyk, historyk Aleksander Gieysztor oraz filolog prof. Kazimierz Feliks Kumaniecki.

Tu fiction: Witek i Karol należą do tej elity. Choć to postaci wymyślone na potrzeby tego filmu, mają być idealnym odzwierciedleniem rzeczywistych bohaterów, którzy w dniach Powstania stali po drugiej stronie kamery. Jak to młodzi, chcą utrwalić obraz „prawdziwej” wojny, nie tej konspiracji co przez kilka ostatnich lat, ani mozołu życia cywilów za linią frontu. Najpierw zbierają i takie obrazki – na potrzeby kroniki filmowej, która ma zostać wyświetlona w kinie „Palladium”. Ale zbliżają się coraz bliżej linii walk, a w końcu wraz z jednym oddziałów uczestniczą „w akcji”.

Rzeczywistość przekracza ich najśmielsze oczekiwania. Z nieba lecą bomby i pociski, śmiejący się powstańcy wkrótce będą martwi, w szpitalach kłębią się lekarze i tysiące rannych, spod gruzów zwalonych domów cywile próbują wygrzebywać swoich bliskich i sąsiadów. Apokalipsa. Zagłada, której świadectwo trzeba zachować. Wraz z końcem filmu Witek i Karol przekradają się poza niemieckie linie…

22.971.520 megabajtów danych

Wróćmy do non-fiction – filmowcom z zespołów BIP udało się ocalić cząstkę z zarejestrowanych podczas powstańczej pożogi materiałów. Nikt nie wiedział dokładnie, ile taśm przetrwało: 122 rolki ukryto jeszcze przed upadkiem Powstania na Wilanowskiej w Warszawie. Rolki umieszczono w samochodowych gazogeneratorach, zakryto, owinięto osmołowaną papą i raz jeszcze włożono do dodatkowych pojemników.

W 1946 roku udało się je znaleźć. Taśmy trafiły do konserwacji i obróbki – z części zarejestrowanych scen powstał film „Warszawa walczy”, po czym… materiały zaginęły! W 1956 r. w przedziwnych okolicznościach odnalazły się jego skrawki: krótkie, bez żadnego porządku posklejane epizody.

Upłynęło przeszło pół wieku zanim filmowcy dostrzegli wybuchowy – nie tylko historyczny, ale też emocjonalny – potencjał zgromadzonego materiału. Z sześciu godzin oryginalnych ujęć przez siedem miesięcy zespół konsultantów z rozmaitych dziedzin – od militariów po varsavianistów – układał 85-minutową opowieść o Powstaniu. Pod patronatem, dzięki wsparciu finansowemu i merytorycznemu Muzeum Powstania Warszawskiego zrodziła się historia chwytająca za gardło.

Twórcy filmu dokonali tu zręcznego zabiegu. – Powstańcy pojawiają się na ekranie, ale zbyt krótko, by opowiedzieć swoją historię. Stąd idea, by bohaterem filmu uczynić osobę, której w ujęciu nie widać, ale której obecność, emocje, działanie utrwalone są na taśmie: operatora kamery – mówiła Milenia Fiedler, czuwająca nad montażem filmu. – Montowaliśmy materiał nie jako obiektywny zapis rzeczywistości, ale subiektywną prawdę o człowieku, który tej rzeczywistości doświadczył – dodawała. Stąd fikcyjne postacie, którym głosów użyczają aktorzy: Maciej Nawrocki, Michał Żurawski oraz Mirosław Zbrojewicz. Ich dialogi napisali Joanna Pawluśkiewicz i Michał Sufin.

Nie jedyny to współczesny wysiłek włożony w tę swoistą mega-produkcję. Kolejnym były kolory: dla każdego ujęcia szukano punktów odniesienia, eliminowano drżenie obrazu. Ręcznie naprawiano zniekształcenia obrazu, usuwano zanieczyszczenia, uszkodzenia taśmy, nadmierną ziarnistość. Tak odrestaurowaną całość koloryzowano, używając do tego bazy fotografii liczącej kilka tysięcy kadrów z bronią, ekwipunkiem, mundurami, ubraniami cywilnymi, ujęciami miasta, tablic informacyjnych, bruku, chodników i najróżniejszych innych detali. Wszystko pod okiem specjalistów z Muzeum Powstania Warszawskiego i dziesiątków innych ekspertów. Do ostatecznego pokolorowania użyto amerykańskiego, unikalnego oprogramowania. Liczba danych, jakie zebrano na dyskach w trakcie prac nad filmem sięgnęła 22.971.520 megabajtów danych!

– Zależało nam, aby widzowie, którzy wyjdą z kina po obejrzeniu filmu, uświadomili sobie, że Powstanie Warszawskie nie jest odległym epizodem w historii Polski. Dzięki koloryzacji, remasteringowi i stabilizacji obrazu oraz pełnemu udźwiękowieniu Powstanie Warszawskie staje się nam bliższe niż kiedykolwiek. To niezwykła podróż w czasie, dzięki której możemy spotkać prawdziwych bohaterów, a nie aktorów. W naszym filmie wszystko jest prawdziwe – miasto, ludzie i wydarzenia. Jeśli ktoś się śmieje, śmieje się naprawdę, jeśli płacze, to są to prawdziwe łzy – podkreśla Piotr Śliwowski, producent filmu.

Od Francji po Stany, od Chin po Nigerię

– Marzymy o tym, żeby ten film zobaczyli także widzowie zagraniczni. Chcemy, żeby zobaczyli go ludzie, którzy nie wiedzą nic o Powstaniu Warszawskim, żeby dzięki temu poznali i zrozumieli historię Polski i jej stolicy – mówił tuż przed premierą Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, a zarazem również jeden z producentów filmu.

I to marzenie może się spełnić. O filmie pisały już media praktycznie na wszystkich kontynentach: brytyjski dziennik „Daily Mail”, francuski „Le Figaro”, amerykański opiniotwórczy „Washington Post”, chińska TV Xianghunet, nigeryjski portal On-line Nigeria… To samo w Meksyku, Kuwejcie, Kazachstanie czy Nowej Zelandii. W sumie w kilkudziesięciu państwach recenzenci starają się rozbudzić zainteresowanie widowni tym niezwykłym dziełem.

Trudno się dziwić. „Powstanie” jest filmem wzruszającym – odchodzi od sztucznej próby rekonstrukcji realiów na rzecz surowego realizmu, a jednocześnie – dzięki włożonej w dzieło pracy – nie jest abstrakcyjną, czarno-białą kroniką filmową z epoki. Czy Powstanie było potrzebne? – pytamy po latach. – Mieć broń w ręku i nie uderzyć na Niemców? To nie mieściło się w głowach ówczesnych dwudziestolatków – odpowiadał na to pytanie Jan Ołdakowski w rozmowie z dziennikiem.pl. I rzeczywiście, nawet pomijając dopisane bohaterom dialogi, atmosfera początkowego entuzjazmu, potem przerażenie hekatombą pacyfikacji miasta, aż po pełną rezygnacji walkę do ostatniego naboju – z emocjami, od jakich aż bucha ten film, trudno dyskutować. Nie sposób też nie zgodzić się, że dzieło – które może być prezentowane widowni od 12. roku życia – powinni zobaczyć wszyscy uczniowie. Prawdziwa dyskusja o Powstaniu Warszawskim powinna się od niego zacząć, a nie – na nim skończyć.

sobota, 24 maj 2014 16:17

MEKKA FILMOWYCH TWÓRCÓW-AMATORÓW

Napisane przez

Już 12 czerwca ruszy w Koninie Ogólnopolski Konkurs Filmów Niezależnych im. Prof. Henryka Kluby. Zaplanowana na cztery dni impreza to największy i najstarszy w Polsce przegląd kina tworzonego przez amatorów – w niczym jednak nie ustępującego dziełom zawodowców. Tegoroczna edycja ma charakter jubileuszu: konkurs odbywa się bowiem po raz 60.

Sześć dekad doświadczeń i odkryć – tak można by w skrócie podsumować historię odbywającego się w Koninie festiwalu. Organizatorzy od lat starają się nie tylko utrzymać wysoki artystyczny poziom imprezy, ale też przecierać szlaki i otwierać drzwi domorosłym wielbicielom kina, twórcom-amatorom (jak zastrzegają, w każdym wieku) oraz – od kilku lat – również studentom szkół filmowych.

Zgodnie z założeniami twórców, to właśnie przez Konin ma prowadzić szlak młodych debiutantów do świata profesjonalnego filmu. Dlatego podczas festiwalu filmowcy będą mogli uczestniczyć w szeregu warsztatów, mogą też liczyć na fachowe recenzje i omówienia prezentowanych w konkursie prac, a w końcu – możliwość spotkania się ze znakomitościami polskiej kinematografii. W Koninie bowiem gościli tak znakomici artyści, jak Krzysztof Majchrzak, Jan Peszek, Jan Machulski, Magdalena Łazarkiewicz, Michał Rosa, Piotr Dumała czy Michał Chaciński. Jak podkreślają organizatorzy, edukacyjny wymiar Konkursu jest jednym z ich priorytetów.

Poza produkcjami zgłoszonymi do konkursu przez ich autorów w tym roku czekają nas w Koninie prezentacje trzech ważnych dzieł. W pierwszej kolejności widzowie będą mogli zobaczyć „Zaślepioną” – film uzdolnionej 36-letniej polskiej reżyserki Katarzyny Klimkiewicz, balansujący na pograniczu romansu i thrillera. Klimkiewicz opowiada w nim historię kobiety w średnim wieku, która – choć zawodowo odnosi znaczące sukcesy – w prywatnym życiu tkwi w samotności. Gwałtowna zmiana zajdzie, gdy na jej drodze stanie młody algierski student. Niedozwolona miłość, uprzedzenia, namiętności, podejrzenia – czy miłość zwycięży wszystko? Romans wpędzi bohaterkę w świat, w którym prawdy o swoim kochanku będzie musiała szukać sama.

Jeśli w pierwszym przypadku mamy do czynienia z konwencją thrillera, to już „W ukryciu” Jana Kidawy-Błońskiego jest filmem psychologicznym. Choć podobnie jak u Klimkiewicz punktem wyjścia jest miłość – to w obrazie Kidawy-Błońskiego jest to miłość „wielokrotnie zabroniona”. II wojna światowa z wolna dobiega końca, choć bohaterowie filmu nie mogą być pewni jej finału. Do rodziny Janiny trafia Estera, córka żydowskiego przyjaciela domu. Dwie młode kobiety przechodzą stopniowo od niechętnego dystansu do gwałtownych namiętnych uczuć, a intymność relacji miesza się dodatkowo z przymusową izolacją, której przyczyną jest rozgrywające się tuż za ścianami tego mikroświata pandemonium Holokaustu. W tym półmroku rodzą się obsesje…

Ukoronowaniem pozakonkursowych pokazów, jakie zobaczymy w tym roku w Koninie będzie głośna „Papusza” – historia legendarnej romskiej poetki wyreżyserowana przez Joannę Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego. O tym „cygańskim eposie” napisano już wiele: dość przypomnień, że oparta na faktach opowieść o szczególnie uzdolnionej dziewczynie z taboru, odkrytej niemalże wbrew własnej woli i z przypadku zdobył już szereg nagród – m.in. w Karlovych Varach, Stambule, Salonikach, Chicago, Urugwaju czy Valladolid. Poza samą projekcją uczestnicy festiwalu będą mieli szansę spotkać się ze Zbigniewem Walerysiem – odtwórcą filmowej postaci męża Papuszy.

Poza wspomnianymi dziełami w ciągu dwóch pierwszych dni festiwalu widzowie zobaczą zgłoszone do konkursu prace, będą mieli szansę odbyć rejs statkiem „Dziwożona” po konińskich jeziorach oraz przysłuchiwać się omówieniu filmów konkursowych. Trzeciego dnia organizatorzy zaplanowali maraton filmów archiwalnych OKFA, Przegląd Filmów Multimedia Happy End oraz jubileuszową galę, z koncertem muzyki Zygmunta Skoniecznego pt. „Taki pejzaż” włącznie. Ostatniego dnia odbędzie się pokaz nagrodzonych w tegorocznej edycji filmów.

sobota, 24 maj 2014 16:16

TO NIE JEST PRACA URZĘDNIKA

Napisane przez

Rozmowa z Anną Baculewską, kierowniczką Środowiskowego Domu Samopomocy w Wałczu

ANNA CEBULA: Dwa lata temu, w uznaniu pani zasług zawodowych została pani uhonorowana tytułem „Przyjaciela Oświaty”. Jak pani odebrała to wyróżnienie?

ANNA BACULEWSKA: Ciepło i… zobowiązująco.

Może nam pani zdradzić, jak uzasadniono przyznanie pani tego tytułu?

Za całokształt (śmiech). Od dziewięciu lat, wraz ze współpracownikami, odwiedzam szkoły wałeckie. Przychodzimy na lekcje i uczymy dzieci oraz młodzież, jak nawiązać pozytywne relacje z osobami niepełnosprawnymi umysłowo. Organizujemy też dni otwarte w Środowiskowym Domu Samopomocy. Zapraszamy wtedy uczniów do siebie i dzięki temu uświadamiają sobie, że taki ośrodek istnieje. Przy okazji organizujemy zajęcia integracyjne.

Te działania są związane z pani pracą zawodową…

Na co dzień jestem kierownikiem Środowiskowego Domu Samopomocy w Wałczu. Ze względu na to stanowisko na dalszy plan zeszła praca pedagoga opiekuńczo-wychowawczego i terapeuty. A co do bycia szefem staram się nie urzędować za zamkniętymi drzwiami: biorę udział we wszystkich organizowanych przedsięwzięciach. Opuściłam tylko dwie wycieczki moich podopiecznych, a było ich sporo. Przede wszystkim jednak walczę o środki finansowe, by mogli wyjeżdżać i jak najwięcej poznawać.

Znajduje się pani w grupie szczęśliwców, która miała szansę wpłynąć na wybór swojej drogi zawodowej czy zadecydował przypadek?

Zawsze szukałam pracy w swoim zawodzie. To moje drugie miejsce zatrudnienia. Z różnymi uczuciami wspominam wcześniejszą pracę w Domu Dziecka w Złotowie. W dzieciach, mających świadomość, że rodzice gdzieś są, tkwiło poczucie odrzucenia, gromadziły się złe emocje – a to wywoływało agresję. Przyznam, że nie miałam przekonania, że mogę coś zrobić. W 2000 r. powstał Środowiskowy Dom Samopomocy i potrzebna była kadra. Spróbowałam swoich sił. Wtedy miałam głowę pełną pomysłów, satysfakcję z kontaktów z ludźmi i z tego, że wpływam na wizerunek ŚDP. Ta praca jest absorbująca, ale jednocześnie ciekawa i różnorodna. To nie jest praca urzędnika.

Jak sobie pani radzi z własnymi emocjami?

Był taki zachwyt: praca-misja, praca, która przynosi dobro. Ale przede wszystkim jest to praca żmudna, dla długodystansowca, bo postępy są znikome. Typowy zadaniowiec, czyli osoba, która ma do wykonania zadanie i chce widzieć efekt natychmiast, nie da sobie rady.

Gdy przychodzi zniechęcenie, obniża się motywacja, trzeba weryfikować swoje emocje. Nie można oczekiwać postaw, umiejętności. Czasami potrzeba roku, by zachęcić podopiecznego do skorzystania z komputera. Wypala się potencjał osobowościowy. Nasi podopieczni to też ludzie bardzo wrażliwi na warunki atmosferyczne. Funkcjonują w zamkniętej społeczności. Zwłaszcza jesienią i wiosną złe samopoczucie jednej osoby odbija się na grupie. I wtedy potrzebna jest specjalistyczna wiedza, wrażliwość, tolerancja.

Ma pani poczucie, że ta praca jest doceniana, także finansowo?

Tam, gdzie nie ma spektakularnych efektów, a jednocześnie wymaga się wysokich kwalifikacji – gratyfikacja finansowa jest jak najbardziej wskazana. Każdy lubi być doceniany. To motywacja do pracy. Zawsze podkreślam, że osoby, z którymi mam przyjemność pracować, terapeuci, chcą wzbogacać warsztat, a do tego potrzebny jest nakład finansowy. Ponadto wychodzą daleko poza swoje obowiązki. Są opiekunami, rodzicami. Czasami przebierają, podają leki, udzielają pierwszej pomocy, pomagają w toalecie.

Co zalicza pani do swoich sukcesów?

Zarządzanie – i tak pojmuję swoją rolę. Dzięki temu udaje się organizować imprezy dla społeczności ŚDS. W planie rocznym zakładam trzy wycieczki, konkursy. Jeżeli zrealizujemy z tego 75 procent to sukces. Mamy również szczęście do ludzi, możemy liczyć na pomoc. Poza tym – choć nie chciałabym użyć skrótu myślowego – wyciągamy osoby ze świata osamotnienia, zaniedbania fizycznego i psychicznego. Przychodzą do ŚDS i znajdują swoje miejsce, takie, że chcą wstać rano, przyjść na czas. Sukcesy są… drobne. Czasami trafia do nas osoba, która nie rozróżnia sztućców, a tu uczy się i z czasem zaczyna korzystać z widelca, talerza, sama się ubierze, skorzysta z toalety.

Zdarzają się porażki?

Są osoby, które nie pozwalają sobie pomóc. Nie znajdujemy klucza do ich osobowości. Zdarza się, że po latach ktoś odchodzi. Tak wybiera. Życie zaczyna mu się rozsypywać. To porażka dla terapeuty. Jest również bardzo dużo osób, które spotykam i wiem, że potrzebują pomocy, a nie mam żadnych możliwości prawnych, by zapukać do ich drzwi, zaczepić na ulicy. Ośrodek ma 30 miejsc. Część podopiecznych choruje. Frekwencja zwykle wynosi do 80 procent. Nie wszystkie osoby przychodzą na cały dzień. Część korzysta po pół roku. Część się wyprowadza albo rezygnuje, bo taka forma jej się nie podoba. Z ośrodka mogłoby korzystać więcej osób.

To praca, która wychodzi poza godziny, kiedy otwarty jest ŚDS, bo zdarzają się wyjazdy, więc jest pani poza domem. Czasami trafiają się trudne sprawy i wtedy, wieczorem, odzywają się emocje. Czy pani rodzina akceptuje tę pracę?

Jestem mamą dziesięciolatka i czterolatki. Syn lubi tu przychodzić. Lubi kontakt z podopiecznymi i nie traktuje ich tak, jakby były niepełnosprawne. Mąż również jest zaangażowany. Często pomaga organizować transport. Bliscy moich współpracowników też się włączają. Mąż jednej z terapeutek jest sędzią podczas zawodów i opiekunem na spływach.

Dziękuję za rozmowę.

sobota, 24 maj 2014 16:15

ŻUŻEL DŹWIGNIĄ INWESTYCJI?

Napisane przez

Jednostki samorządu terytorialnego coraz chętniej wspierają lokalne drużyny sportowe bądź gwiazdy, żeby poprawić swój własny wizerunek. Jednakże – mimo rozwoju marketingu sportowego – wciąż wiele z nich myli pojęcie „promocji sportu” z „promocją miasta poprzez sport”.

– W czasach przesytu „zwykłą” reklamą, specjaliści od marketingu sportowego oferują możliwość budowania marki i promowania produktów i usług w sposób niebanalny – poprzez powiązanie danego produktu z wizerunkiem klubu, sportowca lub imprezy sportowej. Oferują również coś, co stało się swoistą modą ostatnich lat – możliwość promowania miast jako przyjaznych sportowi (profesjonalnemu lub masowemu) – czytamy na blogu Michała Gniatkowskiego, specjalisty od ustawy o sporcie, wspólnika w kancelarii prawnej Weremczuk Bobeł & Wspólnicy. Czy można połączyć wizerunek miasta z wizerunkiem drużyny sportowej? Czy kibic może być twarzą gminy?

Zdaniem amerykańskiego ekonomisty Philipa Kotlera, wizerunek miasta jest „sumą wierzeń, idei i wrażeń, które ludzie odnoszą do danego miejsca”. Jednym słowem tzw. town design to nic innego, jak jednorodny obraz miasta składający się z elementów, za pośrednictwem których prezentuje się ono na zewnątrz i do wewnątrz. Żeby osiągnąć pożądany efekt promocyjny – wizerunek powinien być aktualny, wiarygodny, atrakcyjny i nowoczesny. Sport ze względu na swój uniwersalizm jest nośnikiem pozytywnych emocji, łączy ludzi bez względu na płeć, wiek czy pochodzenie. Czyni go to także idealnym i najbardziej oczywistym elementem komunikatu marketingowego. Jak więc wykorzystać jego potencjał?

Najprostszym elementem jest zainwestowanie w współpracę z tzw. wielkimi nazwiskami – w Łodzi postawiono na półfinalistę wielkoszlemowego tenisowego Wimbledonu Jerzego Janowicza i gwiazdę NBA Marcina Gortata, w Krakowie – m.in. na siostry Radwańskie i kierowcę rajdowego Michała Kościuszkę, w Ostrowie Wielkopolskim – na rodzeństwo szczypiornistów, braci Lijewskich, a w Jeleniej Górze – na wicemistrzynię olimpijską w kolarstwie górskim, Maję Włoszczowską. Gwiazdy sportu promują kulturę, zapraszają na wakacje. Nikogo nie dziwi, że do przyjazdu do województwa świętokrzyskiego zachęcał nas niegdyś Bogdan Wenta, wieloletni trener kadry narodowej w piłce ręcznej mężczyzn oraz twórca sukcesu sportowego klubu Vive Targi Kielce, a twarzą sportowej Bydgoszczy był przed laty Stephane Antiga, aktualnie trener reprezentacji mężczyzn w piłce siatkowej, kiedyś zawodnik klubu znad Brdy. Jednakże gwiazdy – szczególnie w naszym kraju – to inwestycje bardzo niepewne. Polscy kibice mają ogromne oczekiwania i nie wybaczają wpadek, co pokazał ostatnio przypadek Janowicza. Cóż jest pewniejsze? Inwestycje i kibice!

Kibice i inwestycje mówią same za siebie

Po sukcesie organizacyjnym EURO 2012, nasz kraj przestał być omijany przez światowe federacje. W marcu br. Sopot gościł najlepszych lekkoatletów globu. Halowe Mistrzostwa Świata zakończyły się sukcesem polskiej ekipy, która zdobyła rekordową liczbę złotych medali oraz samego miasta – na 31 175 efektywnych ekspozycji logotypów sponsorów imprezy w 49 stacjach telewizyjnych, aż 4278 razy można było zobaczyć logo miasta gospodarza (badania Pentagon Research, marzec 2014). Impreza kosztowała około 20 mln złotych, z czego większość została pokryta ze środków ze światowej federacji lekkoatletycznej, budżetu państwa oraz wpłat od sponsorów. A zysk? Tłumy kibiców na trybunach, zadowoleni sportowcy chwalący organizację, uśmiechnięci wolontariusze oraz nowoczesny obiekt – lepszej wizytówki dla miasta, które pretenduje do miana nie tylko centrum turystycznego, ale i miejsca, gdzie można zainwestować duże pieniądze, prezydent Karnowski nie mógł sobie wymarzyć.

Badania Pentagon Research pokazują, że kibice są najlepszym nośnikiem reklamy. W październiku 2012 r. podczas meczów siatkówki rozgrywanych w ramach europejskich pucharów nazwy miast – wyeksponowane na koszulkach, flagach i banerach – promowały Rzeszów, Bielsko-Białą, Muszynę czy Bełchatów. Szczególnie Bełchatów ma ogromne doświadczenie w promocji miasta poprzez sport. PGE Skra Bełchatów, najbardziej utytułowany zespół siatkarski w naszym kraju, aktualny mistrz Polski, to najlepszy towar eksportowy z województwa łódzkiego. W 2013 r. wystartował projekt unijny „PGE Skra Bełchatów sportową perłą województwa łódzkiego”, będący elementem większej kampanii wizerunkowej pod hasłem: „Łódzkie nabiera prędkości”.

– Celem nadrzędnym projektu jest wzmocnienie atrakcyjności sportowej i rozpoznawalności regionu bełchatowskiego oraz województwa łódzkiego poprzez wykreowanie marki kojarzącej się jednoznacznie z regionem, miastem oraz województwem, a także tworzenie pozytywnego wizerunku PGE Skry Bełchatów, jako jednego z najważniejszych punktów na siatkarskiej mapie Polski i Europy, pobudzającego do rozwoju turystyki sportowej w regionie – mówił podczas konferencji Konrad Piechocki, prezes bełchatowskiego klubu.

Dzięki podjętym działaniom klubu oraz władz regionu, Łódź wyrosła na kolebkę sportu w Polsce. Trzykrotnie, dzięki zabiegom Skry, w łódzkiej Atlas Arenie został zorganizowany finałowy turniej siatkarskiej Ligi Mistrzów z udziałem najlepszych drużyn klubowych Starego Kontynentu. Miasto było też gospodarzem ME kobiet w piłce siatkowej w 2009 r., a we wrześniu będzie gościć czołowych siatkarzy globu. Sukces ogromny, zważywszy na fakt, że Łódź zmaga się nadal z bardzo wysokim bezrobociem, po Białymstoku najwyższym wśród miast wojewódzkich.

Sport jako haczyk na sponsorów

Sport w promocji miasta wykorzystuje także Leszno, stolica żużla. Opracowywana strategia komunikacyjna do 2020 r. zakłada, że dzięki spójnemu przekazowi marketingowemu miasto zacznie być dostrzegane jako konkurencyjne, zarówno pod względem możliwości turystycznych (ośrodek związany z Leszczyńskimi), jak i pod względem inwestycyjnym. Jednym z elementów strategii jest promocja poprzez sport, tj. żużel oraz lotnictwo, kojarzone z profesjonalizmem, rozwojem oraz szerokimi perspektywami.

Potencjał marketingowy żużla jest ogromny. Leszno jest od lat ośrodkiem tzw. czarnego sportu – lokalny klub Unia Leszno to jedna z najbardziej utytułowanych drużyn w tej dyscyplinie. Dotychczas potencjał ten nie był w pełni wykorzystywany, gdyż – jak zwrócono uwagę w raporcie – nie istniał jeden spójny komunikat. Zmarnowane szanse łatwo przeliczyć na miliony złotych. Pojedyncze zawody Speedway Ekstraligi ogląda w naszym kraju średnio między 80 a 90 tysięcy kibiców, podczas gdy finały – ponad 250 tys. osób (dane NC+ z 2013 r.). Miasto, które zainwestowało w rozbudowaną infrastrukturę – teraz zamierza zacząć czerpać korzyści z tej współpracy.

Czy inwestycja w orliki, stadiony czy hale sportowe, może się zwrócić? W końcu przy okazji powstających stadionów budowane są drogi, hotele itp. – Wybudowana już, jak i planowana, infrastruktura sportowa służy i będzie służyć mieszkańcom naszej gminy, jak i turystom. W istotny sposób wzbogaca atrakcyjność naszego terenu, tak turystycznie, jak i w zakresie inwestycyjnym – inwestor wie, co już jest zrobione i z czego będzie mógł korzystać. Naszym zdaniem infrastruktura sportowa integruje społeczeństwo gminy, promuje ją na zewnątrz, jest czynnikiem prozdrowotnych zachowań. Jest też czynnikiem wspomagającym realizację gospodarczej oferty inwestycyjnej– przekonywał Michał Pawlicz, wójt gminy Narewka.

Na zyski liczy także Kraków, gdzie w połowie maja oddano nowoczesną halę widowisko-sportową.– Jest to największy taki obiekt w Europie. Nie wykluczamy, że na początku będziemy musieli do niego jeszcze dopłacać, ale po kilku latach inwestycja ta zacznie nam się zwracać – mówił podczas oficjalnego otwarcia Jacek Majchrowski, prezydent miasta. Chrzest bojowy obiektu odbędzie się już za kilka tygodni przy okazji rozgrywek Ligi Światowej siatkarzy, na inaugurację mecz Polska-Brazylia. W przyszłości hala ma się stać główną areną wielkich wydarzeń sportowych – od popularnego volleyballa, przez hokej na lodzie, po boks.

Kosztowne inwestycje

Jednakże, jak z każdymi działaniami – także z inwestycjami w sport nie powinno się przesadzać, a także, nie rozdrabniać się na wiele czynników. We Wrocławiu na drużyny sportowe przekazuje się do 20 mln rocznie, ale to nie koniec inwestycji. Stolica Dolnego Śląska posiada bogatą infrastrukturę sportową, dzięki czemu z powodzeniem co roku startuje do organizacji poważnych imprez sportowych, które rozgrywane są nad Wisłą. W 2012 r. metropolia była jednym z miast gospodarzy EURO 2012 – w tym roku, na przełomie sierpnia i września, będzie gościć uczestników siatkarskiego mundialu z kadrą narodową na czele. Krytycy polityki ratusza zwracają jednak uwagę, że środki wydatkowane przez miejski budżet są nieporównywalnie większe niż korzyści. Władze Wrocławia za prawo udziału w siatkarskich mistrzostwach świata zapłacą Polskiemu Związkowi Piłki Siatkowej 8 mln zł – tyle samo, ile choćby Łodź czy Katowice, gdzie rozegrane zostaną mecze półfinałowe i finał.

We Wrocławiu natomiast zagrają poza Polakami, Australijczycy, Argentyńczycy, Wenezuelczycy i Serbowie. W ostatniej chwili zdecydowano także, że mecz otwarcia Polska-Serbia zostanie rozegrany na… Stadionie Narodowym w Warszawie, a nie nad Odrą – na Stadionie Śląska, jednej z aren EURO 2012. Nad miastem ciąży także afera związana z budową Stadionu Śląska i zarzuty sprzeniewierzenia środków państwowych oraz przeinwestowanie. Po kompromitującym raporcie Najwyższej Izby Kontroli, obecnie władze miasta na karku mają już CBŚ.

Problemy z przeinwestowaniem dotyczą również np. Bydgoszczy lub Krakowa. Natomiast w Warszawie sport jest traktowany jako dodatek do ogólnych działań. Stolica wciąż kojarzona jest z rozlatującym się torem łyżwiarskim Stegny, niezrealizowanym od lat projektem na Stadion Światła (Skra) oraz przeinwestowanym obiektem Legii Warszawa. Jak więc widać, władze samorządowe jeszcze muszą się wiele nauczyć w dziedzinie zarządzania sportem oraz marką.

sobota, 24 maj 2014 16:13

DLACZEGO NA WIEJSKIEJ?

Napisane przez

W tym roku przypada setna rocznica wybuchu I wojny światowej. Wojny, która spowodowała śmierć i cierpienia milionów Europejczyków, ale Polakom przyniosła wolność. A wolność i niepodległość to nie tylko emocje i idee. To także wytrwała praca państwowa i niezbędna do niej infrastruktura, w tym również – godna  siedziba Parlamentu.

25 lipca 1917 r. tymczasowa Rada Stanu wybrała Radę Regencyjną. Ta zaś powołała pierwszy polski rząd Jana Kucharzewskiego, przejęła kontrolę nad wojskiem i administracją, wreszcie  7 października 1918 r. wydała deklarację niepodległości („…niech zabrzmi jeden wielki głos: Polska zjednoczona, niepodległa”). 11 listopada 1918 r. Józef Piłsudski przyjechał do Warszawy, w ciągu kilku dni przejął od Rady kontrolę nad krzepnącymi instytucjami państwa polskiego i 17 listopada 1918 r. powołał rząd Jędrzeja Moraczewskiego.  Należało szybko doprowadzić do demokratycznej legitymacji władz Niepodległej, Premier Moraczewski wyznaczył więc wybory do Sejmu już na 26 stycznia 1919 r.

Wybory wyborami, ale gdzie ten nowy Sejm miałby się zbierać? Warszawa była  prowincjonalnym miastem imperium rosyjskiego, ze wszystkimi praktycznymi skutkami takiego statusu, w tym – brakiem odpowiednich, reprezentacyjnych pomieszczeń, mogących spełnić aspiracje Odrodzonej Rzeczypospolitej.

Myślano o salach Banku Polskiego, Filharmonii, rozważano wykorzystanie auli Politechniki Warszawskiej. W końcu wybrano – zakładając, że to tymczasowa siedziba – leżący na uboczu, na ul. Wiejskiej, opustoszały budynek byłego Instytutu Aleksandryjsko-Maryjskiego Wychowania Panien.

Drogę polną, przebiegającą z Placu Trzech Krzyży do Ujazdowa nazwano ulicą Wiejską w 1770 r. W miejscu dzisiejszego zbiegu Wiejskiej z Górnośląską podróżny mógł wstąpić do modnej knajpki podmiejskiej – „Wiejskiej Kawy”.

W zacisznej okolicy, wśród ogrodów, ulokowano w 1862 r. Aleksandryjsko-Maryjski Instytut Wychowania Panien – drugą w hierarchii prestiżu, po Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim, instytucję edukacyjną w Królestwie Polskim. Instytut, pod bezpośrednim protektoratem carowej, miał ułatwiać rusyfikację arystokracji Królestwa Polskiego. Polskie dziewczęta, przebywając wśród Rosjanek, miały przejmować ich poglądy i kulturę.

Ponieważ Instytut ewakuowano do Rosji, można było opustoszałe budynki szybko adaptować na cele parlamentarne z założeniem, że jest to czynione wyłącznie prowizorycznie. Na salę posiedzeń przerobiono jadalnię panien. Na adaptację były tylko dwa miesiące, niewiele więc można było zrobić; starczyło jednak czasu na stworzenie nieco godniejszego wystroju – w tym na umieszczenie na ścianie, za mównicą, inskrypcji z łacińską sentencją, która miała stać się drogowskazem Odrodzonej Niepodległej: Salus rei publicae suprema lex (Dobro Rzeczypospolitej jest najwyższym prawem).

10 lutego 1919 r. od przemówienia Józefa Piłsudskiego w tej byłej jadalni rozpoczęło się pierwsze posiedzenie Konstytuanty. Parlamentarzystom od początku było ciasno w byłej szkole dla panien. Był to jednak trudny czas wyrąbywania siłą zbrojną granic Rzeczpospolitej. Wojna polsko-sowiecka nie pozwoliła na podejmowanie jakichkolwiek planów inwestycyjnych. Dopiero w 1925 r. zlecono Kazimierzowi Skórewiczowi zaprojektowanie nowej sali posiedzeń oraz domu mieszkalnego dla posłów i senatorów. Te obiekty również miały mieć charakter prowizoryczny i służyć parlamentowi jedynie przez 10-15 lat – do czasu powstania nowej siedziby. Potem zaś na Wiejskiej miał zagościć warszawski uniwersytet. Skórewicz zbudował na Wiejskiej nową, półokrągłą salę posiedzeń oraz tzw. stary dom poselski. Dawna jadalnia Instytutu Maryjnego stała się salą posiedzeń Senatu.

Po wybuchu wojny, we wrześniu 1939 r., sala sejmowa spłonęła i została pozbawiona dachu, dalsze zniszczenia nastąpiły w 1945 r.  W 1946 r. zdecydowało o odbudowie sali posiedzeń w kształcie przedwojennym. Zaprojektowanie kompleksu obiektów sejmowych od nowa zlecono profesorowi architektury Politechniki Warszawskiej, Bohdanowi Pniewskiemu.

Pniewski przyjął założenie otwartej architektury demokratycznej. Zlikwidowano przedwojenne ogrodzenie parlamentu. Zespół budynków parlamentu miał być częścią ciągu parków na wiślanej skarpie, a jego dziedziniec – agorą obywatelskich debat. Architekt oddawał się wówczas złudzeniom co do charakteru nowej władzy. Zespół obiektów miał być złożony z niewysokich, dwukondygnacyjnych budynków, zdominowany jedną, wysoką wieżą sejmowego archiwum. Oddano do użytku kompleks nie w pełni wykończony (nie udało się m.in. zbudować wspomnianej, dominującej wieży), ale za to w magicznym terminie uchwalenia nowej konstytucji – 22 lipca 1952 r.  Materialistyczna władza przywiązana była bowiem do magii liczb. 22 lipca to data, w której deputacja sejmu grodzieńskiego przyjęła traktat rozbiorowy z Rosją (1793), data konstytucji nadanej przez Napoleona Księstwu Warszawskiemu (1807) oraz data tzw. lubelskiego Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (1944).

Potem jeszcze tylko w latach 70. dobudowano nowy hotel sejmowy dla parlamentarzystów i – w chwili restytucji Senatu (początek lat 90.) – prowizorycznie przysposobiono kilka pomieszczeń we wschodniej części kompleksu na jego salę plenarną. Polski Parlament nadal obraduje jednak w miejscu wybranym na chwilę prawie sto lat temu.

Więcej o historii budynków Parlamentu – w książce „Gmachy Sejmu i Senatu” Marka Czapelskiego, wydanej w 2010 r. przez Wydawnictwo Sejmowe.

sobota, 24 maj 2014 16:12

RAJ PO POLSKU

Napisane przez

W Michałowie mieszkańcy nie płacą lokalnych podatków, w Żorach za darmo jeżdżą komunikacją miejską, Wodzisław Śląski sponsoruje internet, a burmistrz Rychwału postawił na ekologiczne źródła energii. Gminy prześcigają się w pomysłach, jak uprzyjemnić życie mieszkańcom. Jest się o co bić, bo polskie gminy systematycznie się wyludniają.

Polacy chcą żyć wygodniej. Przenoszą się do większych miast, które zapewniają im wyższy komfort życia. Z trendem muszą sobie radzić włodarze gmin, zwłaszcza tych, które się wyludniają. Dlatego coraz odważniej wychodzą z niestandardowymi propozycjami podnoszącymi jakość życia mieszkańców. Ich zdaniem, to szansa na odwrócenie negatywnych trendów demograficznych i przyspieszenie rozwoju gminy.

Za darmo po mieście

Na darmową komunikację miejską postawiły Żory na Śląsku. Pierwszego maja br. na ulice miasta wyjechało osiem klimatyzowanych autobusów, które obsługują siedem linii. Mają one przerwać błędne koło. W ostatnich latach bowiem liczba pasażerów korzystających z tamtejszej komunikacji miejskiej znacznie spadła. Generowało to kolejne dopłaty z budżetu gminy do komunikacji, rosły ceny biletów, a to jeszcze bardziej zniechęcało pasażerów.

– Komunikacja była za droga – przyznaje w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Anna Ujma, doradca prezydenta ds. polityki promocji i informacji. Miasto ostatnio dopłacało do komunikacji miejskiej 70 proc. kosztów. – Darmowa komunikacja podniesie komfort życia w mieście, zwłaszcza osobom niezamożnym, seniorom, czy młodzieży – dodaje Ujma. Żory stać na pokrycie kosztów darmowej komunikacji miejskiej. Obciążenie finansowe – jak wyliczyli urzędnicy – wzrośnie z 2,4 mln do 3,3 mln zł.

Miejską komunikację promuje też dolnośląski Wałbrzych. Każdego pierwszego dnia miesiąca tamtejsi kierowcy mogą korzystać z darmowej komunikacji miejskiej. Uprawniony do darmowego przejazdu jest każdy, kto wylegitymuje się ważnym dowodem rejestracyjnym.

Gmina bez podatku

Kontrowersyjny – ale okazuje się, że skuteczny – sposób na przyciągnięcie nowych mieszkańców znalazł burmistrz Michałowa koło Białegostoku. Od początku tego roku mieszkańcy nie płacą tam podatków od nieruchomości. – Benjamin Franklin miał powiedzieć, że w życiu pewne są dwie rzeczy: śmierć i podatki. Tej drugiej już w Michałowie nie ma, teraz pracujemy nad tym, jak uniknąć tej pierwszej – śmieje się w rozmowie z GMINĄ burmistrz Marek Nazarko. Zniesienie podatków od nieruchomości, budynków mieszkalnych i gruntów to pierwszy taki przypadek w Polsce.

Rocznie z tego tytułu do budżetu gminy wpłynie 0,5 mln zł mniej. To jednak tylko pozorne uszczuplenie dochodów, bo – jak tłumaczy burmistrz – profitów z tego tytułu jest więcej niż strat. – Więcej osób będzie mieszkać w Michałowie, co przełoży się na udział w podatku dochodowym z budżetu państwa. Więcej dzieci będzie chodzić do szkoły, co z kolei wpłynie na potencjał gminy – tłumaczy burmistrz Nazarko. Miasto stać na takie posunięcie, gdyż sytuacja finansowa gminy jest bardzo dobra. – Więcej pieniędzy zostanie w kieszeniach mieszkańców, a te pieniądze i tak wydadzą na terenie naszej gminy – dodaje burmistrz. Mieszkańcy rocznie zaoszczędzą 400-500 zł. Zdaniem burmistrza „tłuste lata” są najlepszym czasem na podejmowanie decyzji prorozwojowych.

W gminie wytyczono kolejne działki pod budownictwo mieszkaniowe, są też plany zagospodarowania przestrzennego. Efekt? Pojawiły się nowe wnioski o zameldowanie, są też zainteresowani kupnem działek. Mieszkańcy muszą jednak zapłacić zaległe podatki. – Aby być zwolnionym z podatku, nie można zalegać wobec niej z żadnymi opłatami – wyjaśnia Nazarko.

Taniej dzięki dzierżawie

Sposób na oszczędzanie znalazł też burmistrz wielkopolskiego Rychwału. Gmina w powiecie konińskim była w finansowym dołku. Jeszcze w 2011 roku deficyt budżetowy wyniósł 2 mln zł. Ale już tegoroczny plan zakłada nadwyżkę budżetową w wysokości 3 tysięcy złotych. To efekt m.in. szukania oszczędności przez władze gminy. Jednym z pomysłów jest oszczędzanie na… ogrzewaniu. Ale nie znaczy to, że mieszkańcy mają zimno w domach.

Miejska kotłownia została wydzierżawiona prywatnej firmie, która wymieniła na własny koszt piece olejowe na te, które jako źródło energii wykorzystują pelet, czyli biomasę. Przy dużych zespołach szkół na terenie Rychwału roczny koszt ogrzewania wynosił 350 tys. zł. Dzięki zmianie źródła energii zaoszczędzono na energii cieplnej 21 proc. pieniędzy. – W tej chwili będzie to około 70-80 tys. zł. Taka suma pozwala na ogrzanie trzech innych placówek – cieszy się Stefan Dziamara, burmistrz gminy i miasta Rychwał.

Internet socjalny

W Wodzisławiu Śląskim dzięki sieci WiMAX dostęp do internetu rzeczywiście jest powszechny. Dysponuje nim 85 proc. mieszkańców. Nie jest to jednak konkurencja dla komercyjnych dostawców sieci. – Nasz internet ma być internetem socjalnym – mówi Barbara Chrobok, rzecznik prasowy Wodzisławia Śląskiego. Jak tłumaczy, ze względu na to, że jest on wolny, ma służyć głównie sprawdzeniu poczty czy przeglądaniu stron. Na uruchomienie ośmiu hot spotów pozwoliły środki unijne.

Zniknie blisko 500 gmin

Po pierwszej fali niezbędnych inwestycji z funduszy unijnych, gminy coraz częściej rywalizują między sobą… na pomysły podnoszące standard życia. Coraz więcej samorządowców rozumie, że za mieszkańcami idą podatki i tym samym zwiększa się potencjał gminy.

Ci samorządowcy, którzy zawczasu postarają się zatrzymać mieszkańców na swoim terenie, unikną poważnych problemów w przyszłości, bo Polska powoli, ale systematycznie się wyludnia. W ciągu najbliższych dziesięciu lat statystyczny powiat będzie się zmniejszał o ok. 500 osób, a na przestrzeni lat 2024-2026 nawet po 1,5 tys. osób rocznie. Wówczas zaczną wymierać roczniki wyżu powojennego. – To spowoduje, że w ciągu jednego pokolenia statystycznie ubędzie nam blisko pięćset gmin, siedemdziesiąt powiatów i dwa województwa – ostrzega Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich.

Obawy samorządowców potwierdzają eksperci, którzy także w swoich prognozach przewidują znaczny ubytek ludności. – Odwrócenie tego trendu będzie trudne, tym bardziej, że Polska jest wciąż krajem emigracyjnym – mówi prof. Jerzy T. Kowaleski z zakładu demografii Uniwersytetu Łódzkiego. I dodaje, że jego zdaniem, istotny ubytek ludności zacznie się jeszcze w tym dziesięcioleciu. Włodarze rozumieją to bardzo dobrze. Nikt przecież nie chce, aby to właśnie jego gmina zniknęła z administracyjnej mapy kraju.

Polski Instytut Sztuki Filmowej, Centrum Edukacji Obywatelskiej oraz Nowe Horyzonty Edukacji Filmowej od trzech lat współpracują w organizacji Filmowych Gier Miejskich na terenie całej Polski.

W tym roku gry odbędą się 30 maja w Krasnymstawie, Przemyślu, Kielcach, Gdańsku, Połczynie-Zdroju, Woli Rzędzińskiej, Kluczborku, Bydgoszczy, Olsztynku, Rybniku, Białymstoku, Tczewie, Warszawie i Wrocławiu.

Filmowe Gry Miejskie

Uczestnictwo w Filmowych Grach jest okazją do przypomnienia sobie ulubionych bohaterów filmowych, scen czy cytatów. Wszystkie zadania związane są z polskimi lub zagranicznymi produkcjami, a punkty często są organizowane w filmowych miejscach w mieście, jak na przykład przestrzenie związane ze znanymi reżyserami, w szkołach filmowych itp.

W grach pojawiają się znane tytuły z pakietu programu edukacyjnego PISF Filmoteki Szkolnej i Nowych Horyzontów Edukacji Filmowej. Dzięki temu uczestnicy poznają zarówno swoje miasto, jak i wartościowe produkcje filmowe, rozwijając przy tym swoje pasje i zainteresowania. W trakcie dobrej zabawy podczas gry uczestnicy poszerzają swoje wiadomości z zakresu wiedzy o filmie, a ponadto formuła gry umożliwia ćwiczenie umiejętności komunikacyjnych.

Filmową Grę Miejską w danym mieście organizuje jedna szkoła (grupa chętnych uczniów i nauczyciel-opiekun grupy), która we współpracy z koordynatorem gry oraz lokalnym kinem i innymi instytucjami przygotowuje i przeprowadza grę terenową o tematyce filmowej. Do udziału w grze zostają zaproszeni również uczniowie z innych szkół w mieście.

Istotnym elementem zabawy jest fakt, że to uczestnicy – uczniowie – mają realny wpływ na to, jak gra będzie wyglądała, m.in. dzięki swobodzie w wymyślaniu jej koncepcji. To oni tworzą listę działań i podejmują najważniejsze decyzje dotyczące kształtu i charakteru gry, szukają interesujących filmowych miejsc w mieście, w których można by zorganizować punkty, i wymyślają ciekawe zadania dla uczestników, tworzą scenariusz gry oraz system punktowania. Pozwalając uczniom decydować o przebiegu filmowego wydarzenia, kształtujemy w nich poczucie odpowiedzialności za swoje działania i zachęcamy do pełnego zaangażowania w przedsięwzięcie.

Miasto jest planszą, odkryj je!

W Filmowej Grze Miejskiej głównym bohaterem jest miasto. Spojrzenie na nie – jako na planszę do gry – zachęca do zabawy oraz twórczych działań. Uczestnik gry musi przyjrzeć się miastu, poznać jego współczesne oblicze, nie zapominając o jego przeszłości. Uczniowie wcielają się w grupę młodych filmowców-detektywów, obierając własną trasę i szukając kolejnych fragmentów kultowych filmów, które są ukryte na terenie całej miejscowości. Rozwiązując zagadki i rebusy, uczniowie kierują się od punktu do punktu, tworząc nowe dzieła filmowe przy użyciu odkrytych fragmentów filmów. Mogą wcielać się w role, przenosić w czasie, nawiązywać do fabularnych gier, angażować znajomych czy mieszkańców. Na to wszystko pozwala otwarta formuła gry terenowej, dzięki której poza elementem rozrywki, uczestnik ma możliwość ćwiczenia umiejętności poruszania się w terenie (orientacji) oraz komunikacji z innymi ludźmi.

Wykaż się!

W czasie gry uczestnicy odwiedzają kolejne punkty, w których czekają na nich różnorodne zadania. Mogą mieć one charakter: fizyczny – priorytetem jest szybkie poruszanie się, wykazanie się siłą lub zręcznością; sprawnościowy – gracze muszą pokazać konkretne  zdolności np. kulinarne, techniczne; kreatywny – zadania o takim charakterze wymagają od graczy użycia wyobraźni; intelektualny – uczestnicy muszą wykazać się inteligencją, np. poprzez rozwiązanie zagadek, rebusów lub matematycznych obliczeń; fabularny – w tym typie zadań najważniejsze jest wejście w konkretną rolę, istotną wartość stanowią umiejętności aktorskie, zarówno graczy, jak i organizatorów; artystyczny – to takie zadania, w których gracze używają swoich zdolności artystycznych, od śpiewania do rysowania; testu wiedzy – sprawdzają lub utrwalają wiedzę z wybranej dziedziny oraz – śmieszny, gdzie przede wszystkim chodzi o dobrą zabawę.

Zadania są różnorodne, a miejska przestrzeń na kilka godzin zmienia swoje znaczenie, staje się odzwierciedleniem innej rzeczywistości, wymyślonej specjalnie na potrzeby gry. W Junackiej Grze Miejskiej gracze dostawali po dwadzieścia cegieł. Ich zadaniem było stworzenie z nich czegoś dla mieszkańców Warszawy. Natomiast na Mariensztacie gracze brali udział w wycieczce prowadzonej, tak jak w filmie „Przygoda na Mariensztacie”, przez energicznego przewodnika. W ramach innego zadania, gracze dostali do rozwiązania kilka prostych obliczeń matematycznych, które były przeliczeniem jednych walut na inne. Tak jak w filmie „Kiler”, nagrodą był certyfikat posiadania Pałacu Kultury i Nauki.

Ważne wsparcie

Dzisiaj w grze miejskiej może wziąć udział każdy, kto w niekonwencjonalny sposób chciałby zwiedzić miasto, poznać lepiej jego historię, podążać śladami autentycznych lub fikcyjnych postaci. Pojawia się coraz więcej propozycji gier przygotowanych pod patronatem organizacji pozarządowych, samorządów – zwłaszcza wydziałów promocji. Istotnym elementem organizacji gry jest jej promocja w środowisku lokalnym. Wsparciem mogą być lokalne władze i firmy, domy kultury, kina, dyskusyjne kluby działające w okolicy, organizacje pozarządowe, lokalne media, a także wszelkie instytucje zaangażowane w edukację filmową.

Gry terenowe cieszą się dużym powodzeniem wśród młodych ludzi ze względu na elementy rywalizacji, zabawy. Gra oparta na filmie lub nawiązująca do historii ma dodatkowy walor edukacyjny. Może być świetnym uzupełnieniem lekcji historii, języka polskiego, historii sztuki czy WOS.

Szczegółowych informacji na temat Filmowych Gier Miejskich udzielają:

Agata Sotomska

Polski Instytut Sztuki Filmowej tel. (22) 42 10 559, 695 363 35, e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Michał Chabiera

Centrum Edukacji Obywatelskiej tel. (22) 659 62 03 wew. 113, e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Karol Kwiatkowski

Nowe Horyzonty Edukacji Filmowej tel. (22) 530 66 49, 668 292 137, e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

sobota, 24 maj 2014 16:06

POCZTÓWKA Z FESTIWALU RADOŚCI ŻYCIA

Napisane przez

W listopadzie 2013 r. w Wyszkowie odbył się Festiwal Radości Życia Osób z Niepełnosprawnościami – wydarzenie wyjątkowe, godne uwagi już choćby z racji idei, jaka mu przyświecała. Impreza była ukoronowaniem projektu Kalkulator Kosztów Zaniechania (KKZ), realizowanego przez Mazowieckie Centrum Polityki Społecznej, SGH i Radomskie Centrum Przedsiębiorczości.

KKZ to projekt szkoleniowy skierowany do samorządowców, pracowników opieki społecznej, centrów pomocy rodzinie oraz do osób z organizacji pożytku publicznego. Jego głównym celem było wprowadzenie na Mazowszu innowacyjnego rozwiązania w obszarze polityki społecznej – analizy kosztów zaniechania działań, które aktywizują i wspierają osoby zagrożone wykluczeniem społecznym, w tym osoby z różnego rodzaju niepełnosprawnościami.

Realizowana na Mazowszu polityka społeczna oceniona została przez badaczy problemu jako pasywna i zachowawcza, ukierunkowana na interwencję, a co za tym idzie – mało wydajna. Tymczasem koncepcja KKZ zakłada zmianę sposobu prowadzenia lokalnej polityki społecznej tak, by stała się ona efektywna, spójna w swych działaniach pomocowych, które powinny być oparte na aktywizacji i integracji osób potrzebujących wsparcia.

Według ustaleń realizatorów KKZ, prawie 100 samorządów gminnych i powiatowych na Mazowszu nie realizuje aktywnej polityki społecznej – mimo przeznaczonych na to funduszy z UE. Gmina Wyszków we współpracy z OPS i instytucjami pożytku publicznego wzięła udział w konkursie, a Jan Woźniak – prezes wyszkowskiego Stowarzyszenia Ważna Róża, działającego na rzecz osób niepełnosprawnych – wnioskował o otrzymanie środków unijnych na realizację tego celu.

Sam  pomysł na formę imprezy to efekt wspólnych działań przedstawicieli różnych instytucji pomocowych z terenu gminy, w tym: Stowarzyszenia Ważna Róża, Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym, Warsztatów Terapii Zajęciowej, ŚDS Soteria dla osób z zaburzeniami psychicznymi, Polskiego Związku Niewidomych, grupy wsparcia dla osób chorych na stwardnienie rozsiane działającej przy OPS, a także Wyszkowskiej Wielobranżowej Spółdzielni Socjalnej „Szron”. Organizacje te reprezentowały różne obszary problemowe, z jakimi borykają się ludzie dotknięci niepełnosprawnością, i było to pierwsze przedsięwzięcie tego typu realizowane wspólnie przez tak różne instytucje.

Warto przyjrzeć się, jaki przebieg miał ten wyjątkowy Festiwal i jaki przekaz zawarły w nim  zaangażowane w jego organizację osoby z niepełnosprawnościami. Ich udział zasługuje na szczególną uwagę, ponieważ właśnie aktywizacja i integracja osób zagrożonych wykluczeniem była ideą przyświecającą przedsięwzięciu. Od początku realizacji projektu towarzyszyło założenie, że osoby niepełnosprawne mają być jego twórcami, a nie konsumentami.

Zachwycający pokaz tańca integracyjnego

Zaskakująca była niewątpliwie artystyczna oś festiwalu, który odbył się w Wyszkowskim Ośrodku Kultury „Hutnik” i zgromadził liczną publiczność. Nie zabrakło tu ani sztuk plastycznych, ani tańca, muzyki czy teatru. Sam ten pomysł niósł ze sobą silny przekaz dla ludzi zdrowych i dość stereotypowo myślących o osobach niepełnosprawnych. Chodziło o to, by uzmysłowić ludziom, że sztuka nie jest obszarem zarezerwowanym wyłącznie dla osób zdrowych, że zdolność kreacji artystycznej wymyka się sztywnym ramom kompetencji  intelektualnych czy sprawności fizycznej. W dodatku jej tworzenie wnosi w świat twórcy i odbiorcy całą gamę emocji, których przeżywania nie warunkują zdrowie czy choroba, są w pełni demokratyczne, dostępne dla każdego zaangażowanego.

Najlepszym dowodem na to, jak bardzo artystyczna forma festiwalu uderzała w szablonowe myślenie o sztuce i niepełnosprawności, był zachwycający, zdumiewający, emanujący energią i radością występ tancerzy – aktualnych mistrzów świata i Europy w tańcu integracyjnym – Pawła Karpińskiego i Nadine Kinczel. Trudno było uwierzyć, że wózek inwalidzki może być rekwizytem w pięknym, tanecznym spektaklu, podczas gdy na co dzień jest narzędziem gwarantującym artyście możliwość poruszania się. Inspirujące i dodające wiary w siebie widowisko!

Nieco przewrotną atrakcją Festiwalu była zabawa przeznaczona dla osób odpowiadających w gminie za jakość życia jej mieszkańców, także tych niepełnosprawnych. Burmistrz Wyszkowa Grzegorz Nowosielski, starosta powiatu wyszkowskiego Bogdan Pągowski, dyrektor OPS Agnieszka Mróz i dyrektor PCPR Joanna Kurowska, na oczach publiczności mieli okazję doświadczyć, jak to jest być osobą niepełnosprawną – stąd podroż burmistrza i starosty na wózku inwalidzkim przez tor przeszkód w postaci krawężnika i kilku trudnych do ominięcia słupków. Jak zapewniał konstruktor toru, był on tylko namiastką prawdziwych torów przeszkód, jakie na co dzień muszą pokonywać osoby niepełnosprawne ruchowo. Często zwyczajnie przerasta to ich możliwości i czyni wiele miejsc w mieście  niedostępnymi. Czy włodarze spojrzą po takim doświadczeniu bardziej empatycznie na swoje plany renowacji i remontów, czy uwrażliwią się na problem osób poruszających się na wózkach czy o kulach, dając temu wyraz w konstrukcji budżetów? Na pewno jednak pokaz ten uświadomił problem ludziom w pełni sprawnym. – Po Festiwalu zwróciłam uwagę mojej dentystce, że wejście po krętych schodkach do jej gabinetu jest zwyczajnie niemożliwe dla osoby niepełnosprawnej i źle świadczy to o jej medycznej wyobraźni. Była zaskoczona. Kiedy ostatnio przechodziłam koło jej gabinetu trwały prace budowlane, powstanie tam podjazd. Czasem wystarczy skłonić ludzi do myślenia – opowiada 23-letnia studentka administracji, gość Festiwalu.

Kolejna artystyczna kreacja oparta na tańcu i muzyce została wykonana przed podopiecznych PSOUU i WTZ. Była to wzruszająca etiuda pt: „Jest jak kwiat”. Grupa wsparcia dla osób chorych na stwardnienie rozsiane, działająca przy OPS, zaprezentowała przejmujący film „The Kladko Family”, opowiadający o życiu z tą chorobą.

Wędrowiec, który szczęścia szukał

Organizatorzy docenili terapeutyczne, integrujące i aktywizujące właściwości teatru – dlatego też na Festiwalu można był zobaczyć aż dwa przedstawienia. Powstały one na warsztatach teatralnych, które odbywały się regularnie przez trzy miesiące poprzedzające Festiwal. Warsztaty te były okazją do spotkań z ludźmi, współpracy, nauki roli, gestów i innych elementów kreacji aktorskiej. Dały szansę na odkrycie swych zdolności i możliwości. Podopieczni Ważnej Róży wystąpili w adaptacji „Małego Księcia”, pt. „Pamiętniki Małego Księcia”. Zaskoczyli publiczność świetnym wczuciem się w role, sugestywnym oddaniem fabuły i puenty opowieści o małym chłopcu odwiedzającym planety zamieszkałe przez ludzi, którzy stracili z oczu to, co najważniejsze.

Z kolei przedstawienie pt. „Opowieść o Wędrowcu, który szczęścia szukał” było wspólnym dziełem zaangażowanych w projekt podopiecznych wszystkich uczestniczących w nim instytucji. Stanowiło kluczowy element prezentacji oparty na współpracy osób borykających się z różnymi niepełnosprawnościami. Współpraca ta okazała się nie tylko możliwa, ale wręcz bardzo owocna i przyniosła zdumiewające efekty. Temat przedstawienia wybrali sami uczestnicy warsztatów, a scenariusz powstał w oparciu o ich refleksje, spostrzeżenia. Zaskakiwać może fakt, że uczestnicy warsztatów, osoby często bardzo chore, borykające się z licznymi ograniczeniami i trudną codziennością, postanowiły opowiedzieć światu o… szczęściu, jego różnych obliczach i poszukiwaniu go wbrew wszystkiemu. Tekst baśni zaprezentowanej przez aktorów zawierał w sobie dydaktyczny przekaz i skłaniał do namysłu.

„Nie buduj murów, buduj mosty” – rzekła do Wędrowca jedna z Wróżek, a Smok Dwugłowy grany przez komiczny duet dodaje, że „źle tylko ten czyni, kto nie chce wyjść ze swej jaskini”. Celem baśni było zwrócenie uwagi na to, że ani egoizm, ani brak akceptacji życia takim, jakie jest, ani wrogość i rezygnacja nie prowadzą do szczęścia, że trzeba się wyzbyć obaw, otworzyć na ludzi, czerpać radość z drobiazgów („bo to z nich życie się składa, z nich piękna opowieść się układa”). Zachód słońca i uśmiech przyjaznego człowieka – w przaśnej codzienności nie dostrzegamy prostego szczęścia, „bo gdy już szczęście mamy, to go nie widzimy i nie doceniamy. I kolejnego szczęścia szukamy. W biegu, w pośpiechu, w nadmiarze – nie pamiętamy, jaki cud otrzymaliśmy w darze”.

Przekaz baśni skierowany był do osób z niepełnosprawnościami – by nie zamykały się i nie rezygnowały z aktywności dla siebie dostępnych. Mimo gorzkich i trudnych doświadczeń, nie powinny tracić nadziei na to, że są ludzie, którzy rozumieją ich specyficzną sytuację i problemy, a ich  pomoc może być tak profesjonalna, jak  serdeczna. W scenariuszu znalazły się także komunikaty skierowane do ludzi zdrowych – że ich stosunek do słabszych i nieobojętność przekładają się bezpośrednio na jakość i wartość życia, że mogą być komuś potrzebni, przyczynić się do poprawy losu drugiego człowieka, że powinni otworzyć oczy na to co dzieje się w ich okolicy, „bo choć różne mamy charaktery, słabości i mocne strony – do jednej gramy bramki” – jak oświadczył zrezygnowanemu Wędrowcowi szacowny Druid.

W baśni padły także słowa „szczęście to hart ducha, który w trudnych czasach może być tarczą, bo nigdy nie wiesz, jaką dolą wyroki losu cię obarczą”. I nad tym zdaniem należałoby się zastanowić, ponieważ zwykle trudno zdać sobie sprawę z tego, jak dzielni są ludzie dotknięci niepełnosprawnością i jak wielu wyzwaniom muszą sprostać zarówno oni, jak i ich rodziny. Taką właśnie treść, odczucia i refleksje postanowiły przekazać widzom osoby uczestniczące w realizacji projektu. Ta premiera  przerosła najśmielsze oczekiwania – zarówno aktorów, jak i publiczności, która nagrodziła spektakl  wielkimi brawami.

Wszystkie smutki Sławka

Jednym z długotrwałych efektów, jakie udało się osiągnąć dzięki Festiwalowi, jest kontynuacja teatralnej pasji przez podopiecznych ŚDS Soteria. Do tych, którzy brali udział w projekcie, dołączyli nowi uczestnicy, gdyż Festiwal pokazał im, że teatr może być świetną zabawą i sposobem na urozmaicenie codzienności. Warto zatem posłuchać, jak wyglądał Festiwal Radości Życia z perspektywy osoby, która wzięła na siebie ciężar wielkiego wyzwania, jakim zapewne była główna rola w spektaklu.

Odtwórcą roli Wędrowca był Sławek Łabędowicz, uczestnik Soterii. Sławek ma 25 lat i  zmaga się z chorobą, która utrudnia mu kontakt i komunikację z ludźmi, ale pytany o swój stosunek do niej odpowiada, że każdego dnia uczy się z nią żyć. Musi dawać radę i stara się pokonywać własne słabości – dlatego zdecydował się na udział w projekcie, i dlatego też nadal uczestniczy w zajęciach teatralnych. Uważa, że zarówno nauka roli, próby, ćwiczenia, poszukiwanie optymalnej interpretacji tekstu dodają mu pewności siebie, a każdy publiczny występ i uznanie publiczności rekompensują mu tremę i obawy, które przeżywa. Zapytany o współpracę z innymi osobami niepełnosprawnymi w trakcie przygotowań „Opowieści o wędrowcu” stanowczo podkreśla, że akceptacja i zrozumienie są warunkiem udanej współpracy, a także – że czuł się odpowiedzialny za swoich towarzyszy. Wiedział, że mogą być potknięcia, że ktoś się może pogubić, a zatem zadbał o to, by być przygotowanym na każdą sytuację. Jednocześnie nie wątpił, że każdy aktor na scenie spisze się świetnie i podniesie poprzeczkę własnych możliwości.

Sławek, zapytany o swoje codzienne doświadczenia z ludźmi, denerwuje się. – Jeśli ktoś chce się ze mnie śmiać, to niech najpierw przeżyje to, co ja, a potem drwi – mówi. Nie wnikając głębiej w jego osobiste przeżycia, możemy się domyślać, że nie raz przyszło mu doświadczać czyjejś ignorancji, a może nawet okrucieństwa. Stygmat choroby psychicznej i ogromna niewiedza, a także brak wyobraźni czy wrażliwości przeciętnego Kowalskiego, czyni osoby dotknięte zaburzeniami psychicznymi szczególnie narażonymi na wykluczenie społeczne. Panuje przekonanie, że depresja jest fanaberią, na schizofrenię cierpią ludzie słabi lub głupi, albo że choroba psychiczna jest wymysłem  pacjenta lub żądnych zysku psychiatrów. Ponadto wychodzimy z założenia, że osoba chora psychicznie jest groźna dla otoczenia, leniwa lub cwana – znalazła wygodny sposób na życie, udaje lub nie potrafi „wziąć się w garść”.

W badaniach socjologicznych aż 67% ankietowanych wyraża się o ludziach chorych pejoratywnie – per „wariat”, „świrus”, „nieobliczalny”, „głupek”. Aż 12% badanych opowiada się za ich izolacją. Ludzie zapominają, że choroba psychiczna nie jest kwestią wiary i przekonań, ale kwestią wiedzy opartej na badaniach naukowych. Tymczasem negatywnemu stosunkowi do chorych towarzyszy  brak kontaktu z nimi – aż 68% respondentów deklaruje, że nie zna żadnej chorej psychicznie osoby i tylko 6% zakłada możliwość współegzystencji. W rankingu chorób budzących największy lęk, choroby psychiczne wyprzedzają narkomanię, nowotwory i alkoholizm.

A nie chodzi przecież o sytuacje wyjątkowe. Według statystyk, na schizofrenię zapada 1% populacji w krajach wysoko rozwiniętych – w Polsce zatem można mówić o 400 tysiącach osób dotkniętych tą chorobą. Schizofrenia charakteryzuje się miedzy innymi osłabieniem funkcjonowania społecznego, niezdolnością do dbania o siebie i zaspakajania swych potrzeb, wiąże się z obniżonym nastrojem i stan ten odbiega daleko od satyrycznych wizerunków uśmiechniętych facetów w kapeluszu Napoleona. Takie spłaszczanie i deformowanie zagadnienia, jakim jest choroba psychiczna, wyrządza wiele szkody osobom naprawdę cierpiącym. W niczym także nie poprawia ich społecznej sytuacji swoista moda na depresje i zespoły lęków, która rozplenia się w Internecie, czyniąc choćby dostępnym dla każdego Kwestionariusz Depresji Becka i gromadząc na forach zastępy osób rozpoznających u siebie różne symptomy. Prowadzi to do bagatelizowania problemów osób naprawdę nękanych zaburzeniami umysłowymi. Społeczeństwo nie ma świadomości tego, czym jest choroba psychiczna, jak trudno się z nią żyje i że zarówno diagnoza, jak i dobór leków to nie zabawa, a walka o życie i jego jakość.

Jako Wędrowiec Sławek spisał się świetnie, jego zdjęcia obiegły lokalną prasę. Pytany o wrażenia z tamtego dnia mówi, że pierwszy raz w życiu czuł ulgę i wielkie spełnienie, był z siebie dumny. Dlatego teraz skrycie marzy, że jeszcze będzie miał okazję wystąpić w tej roli na jakiejś scenie. Ponieważ teatroterapia weszła na stałe do oferty terapeutycznej ŚDS Soteria, Sławek ma szansę wraz ze swoją grupą występować w różnych wcieleniach i twierdzi, że wszystkie role tworzy w oparciu o własne życie, że dzięki pracy nad rolą poznaje lepiej samego siebie i ludzi. Nie stresuje się już, bo wie, że jest dużo czasu na ćwiczenia, naukę – i trochę mu żal, że niektórzy boją się spróbować swoich sił, brakuje im wiary we własne możliwości. Jest pewny, że w teatrze jest miejsce dla każdego. W spektaklu o Wędrowcu na pewno utożsamiał się z granym przez siebie bohaterem, zwłaszcza gdy ten uskarżał się na monotonię i rutynę – bo to one właśnie  doskwierają Sławkowi najbardziej. – A teatr, zarówno próby, jak i występy, tę rutynę łamią. Są swoistą odskocznią, poruszają wyobraźnię i stawiają cele do zrealizowania. Dają okazję do poznawania nowych osób, do zaprezentowania swoich umiejętności i udowodnienia, że my, artyści niepełnosprawni, mamy zdolności, pasje, że potrafimy zrealizować przedstawienie, które bawi, daje do myślenia, zapada w pamięć – podsumowuje Sławek.

Teoria kontra praktyka

Przypomnijmy, że we wrześniu 2012 r. prezydent Bronisław Komorowski ratyfikował Konwencję Praw Osób Niepełnosprawnych, która gwarantuje im równe traktowanie i możliwość uczestniczenia we wszystkich sferach życia społecznego, politycznego i kulturalnego. Przy tej okazji prezydent chwalił ogromny postęp w mentalności społecznej, uwrażliwienie na potrzeby osób z dysfunkcjami, wzrost świadomości co do szczególnej sytuacji takich osób i ich bliskich.

Stoi to, niestety, w jaskrawej sprzeczności z marcowymi protestami rodziców i opiekunów osób niepełnosprawnych w Sejmie, którzy zmuszeni są walczyć o zabezpieczenie socjalne swych rodzin.  Przywoływana Konwencja zakłada bezwarunkowe prawo osób niepełnosprawnych do otrzymywania wsparcia w realizacji wszystkich potrzeb – także kulturalnych, edukacyjnych, społecznych. Dokument ten otwiera nowe możliwości dla organizacji pozarządowych działających na rzecz osób z niepełnosprawnościami.

Miejmy nadzieję, że Festiwal był pierwszym, ale nie ostatnim wydarzeniem aktywizującym i integrującym osoby z tak różnych grup problemowych, otwierającym ich środowiska na całą społeczność. Wszystkim zainteresowanym, którzy chętnie ponownie wzięliby udział w podobnym przedsięwzięciu, pozostaje tylko mieć nadzieję, że uczniowie KKZ z Mazowsza pilnie odrobili lekcje.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY