Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 78.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 77.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 76.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

Kwiecień 2014

Kwiecień 2014 (11)

piątek, 25 kwiecień 2014 11:16

MŁODZIEŻ OGLĄDA FILMY Z GŁOWĄ!

Napisane przez

Od 10 marca trwa kolejna odsłona kampanii społecznej „Skrytykuj!”, promującej świadomą dyskusję o kinie wśród młodzieży. Polski Instytut Sztuki Filmowej rzucił wyzwanie młodym widzom, by zachęcić ich do krytycznej rozmowy o oglądanych na co dzień filmach.

Jak można opowiadać o ważnych dla siebie filmach – pokazują młodzieży Anna Bielak, Błażej Hrapkowicz i Kaja Klimek. Zaproszeni do akcji krytycy prowadzą debaty filmowe „Skrytykuj!”, które podczas tej edycji kampanii odbywają się w całej Polsce – jako wydarzenia towarzyszące inauguracjom Pracowni Filmoteki Szkolnej, czyli sal lekcyjnych dostosowanych do projekcji filmów.

Od zeszłego roku już prawie 1000 młodych widzów debatowało w ponad dwudziestu miejscowościach! Na trasie „Skrytykuj!” znalazły się m.in. Gdańsk, Radomsko, Kluczbork, Białe Błota, czy Supraśl – a w kolejce czekają kolejne miasta.

Wśród omawianych filmów przeważają krótkie metraże zrealizowane w ramach Studia Munka, które jest producentem debiutów filmowych, działającym w strukturach Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Młodzież miała szansę podyskutować m.in. o „Chomiku” Bartka Ignaciuka, czy nagrodzonym na Festiwalu Filmowym w Sundance „Gwizdku” Grzegorza Zaricznego. Podczas dyskusji omawiane są takie kwestie, jak różnica między kinem dokumentalnym a fabularnym, kreacja świata przedstawionego, ekspozycja bohatera czy zabiegi formalne jakimi posługuje się film.

Jak zauważa Błażej Hrapkowicz: – Celem tych spotkań jest uwrażliwienie młodzieży na język kina, tak, żeby nauczyć ich świadomego i krytycznego odbioru filmów, rozpoznawania różnych zabiegów właściwych kinu, i tego, w jak różne sposoby można je wykorzystywać.

W powszechnym przekonaniu oglądanie filmów to czysty relaks, a jedyne, co warto zrobić po seansie, to – opowiedzieć fabułę. Tymczasem młodzież, po udziale w debatach, jest pod wrażeniem liczby poruszanych wątków oraz tego, że nawet krótkie filmy można rozpatrywać na tak wielu płaszczyznach. Dzięki temu uczniowie zaczynają dostrzegać, żewarto zwracać uwagę na wszystkie elementy tworzące film. To w nich tkwi prawdziwa siła kina, to także ich znajomość sprawia, że rozmowa na temat ostatnio obejrzanego obrazu Almodóvara, Tarantino, czy Smarzowskiego może wyjść poza standardowe ramy „lubię to!” czy „ale słabe!”.

– Tak jak w szkole nie uczymy tylko połowy alfabetu, tak nie powinniśmy traktować po macoszemu filmu, bo wtedy pozwalamy na taki wizualny półanalfabetyzm ocenia Ambasador kampanii, dr Jacek Wasilewski z Instytutu Dziennikarstwa UW. Dopóki młodzież nie będzie miała możliwości rozmawiania o metaforach w filmie, dopóty będzie traktować film jako ruchomą wersję tabloidu z ulubionymi aktorami dodaje.

Debaty filmowe to nie jedyny element kampanii „Skrytykuj!”. 11 kwietnia zakończył się konkurs, w ramach którego PISF zaprosił młodzież ze szkół średnich do nadsyłania własnych recenzji dowolnego filmu w formie pisemnej bądź wideo. Oryginalny, twórczy i indywidualny pomysł, ale przede wszystkim świadomy charakter wypowiedzi – to kryteria, według których oceniane są prace młodych krytyków. Autorów najlepszych recenzji filmowych poznamy już 2 maja, gdy zasiądą w Jury młodzieżowym na Festiwalu Off Plus Camera w Krakowie!

By ułatwić młodzieży zmierzenie się z trudną materią krytyki filmowej, na stronie kampanii – skrytykuj.pl – zamieszczone zostały poradniki krytyka Pawła T. Felisa oraz vlogi Ambasadorów kampanii. Cenieni artyści, wśród których znaleźli się Joanna Kulig, Monika Brodka, Kasia Zielińska, Tomasz Schuchardt, Eryk Lubos i Arkadiusz Jakubik dzielą się w swoich wideoblogach refleksjami na temat ulubionych filmów. Wśród produkcji, o których opowiadają ambasadorzy kampanii, znaleźć można „Stalkera” Andrzeja Tarkowskiego, ale też „Wyjście przez sklep z pamiątkami” brytyjskiego artysty graffiti Banksy’ego czy „Dzień świra” w reżyserii Marka Koterskiego.

Strona kampanii stanowi na co dzień forum wymiany filmowych wrażeń w ramach udostępnionej platformy blogowej. Jak zauważa Kaja Klimek: – Kino to nie jest tylko film, ale to są też ludzie, z którymi można o tym pogadać. I nie ma do końca znaczenia czy rozmawiamy o filmach złych czy dobrych, ważne, że ta dyskusja się wokół tego toczy.

Poza pisaniem i nagrywaniem wideo-recenzji, młodzi internauci mogą też tworzyć własne memy i rozsyłać je znajomym oraz zamieszczać w serwisach społecznościowych.

Kampania „Skrytykuj!” w naturalny sposób rozszerza działalność edukacyjną PISF prowadzoną w programach Filmoteka Szkolna i Akademia Polskiego Filmu. Instytut – poprzez udostępnione kanały komunikacji – daje nastolatkom możliwość wyrażenia swoich opinii o oglądanych na co dzień filmach, wierząc, że umiejętność interpretacji i analizy kina mainstreamowego, ułatwi w przyszłości zrozumienie bardziej wyrafinowanego języka filmowego oraz przełoży się na zainteresowanie kinem artystycznym.

W 2014 roku odbędą się jeszcze dwa konkursy, w których główną nagrodą będzie członkostwo w Jury młodzieżowym podczas festiwalu filmowego. Więcej szczegółów pojawi się już wkrótce na stronie skrytykuj.pl.

Pomysłodawcą i organizatorem kampanii społecznej „Skrytykuj!” jest Polski Instytut Sztuki Filmowej. Partnerami kampanii są: Festiwal Off Plus Camera, Festiwal Filmowy w Gdyni, Festiwal Filmów Młodego Widza „Ale Kino!”, IPLEX.PL, filmweb.pl, Cogito, Studio filmowe KADR  oraz agencja marketingu interaktywnego GoldenSubmarine.

 

czwartek, 24 kwiecień 2014 22:04

FESTIWAL BEZ POPCORNU

Napisane przez

30 kwietnia już po raz jedenasty ruszy w Sanodmierzu Festiwal Filmów NieZwykłych. Wraz z twórcami prezentowanych dzieł po raz kolejny ruszymy w poszukiwaniu refleksji, pytań – nie zawsze odpowiedzi, ludzkich portretów. W tym roku najważniejszymi bohaterami Festiwalu będą Feliks Falk (Reżyser Niezwykły 2014) oraz Jerzy Stuhr (Aktor Niezwykły 2014).

„Powinniśmy uczyć młodzież właściwego wyboru. Wychowywać w ten sposób, aby byli zdolni do sprzeciwu wobec sterowania ich pragnieniami, namiętnościami. A nie szli na lep wszystkiego, co im podają” – ta fraza z „Szansy” Falka, przypomniana przez organizatorów sandomierskiego Festiwalu, mogłaby równie dobrze uchodzić za jego motto.

Każdy ze starannie wybranych do pokazania widzom filmów to sztuka wymagająca, zmuszająca do myślenia. W programie imprezy (30 kwietnia-4 maja) są „portrety osób borykających się ze światem, z jego pięknem i okropnościami, portrety ludzi niekiedy mocnych, chwilami słabych, ludzi czasami do nas podobnych, czasem zupełnie innych” – podkreślają autorzy sandomierskich spotkań ze sztuką. Pokazywane publiczności obrazy mają trafić do osób, które szukają w życiu znacznie więcej niż tylko rozrywki, a przy okazji służą promocji polskich twórców oraz ambitniejszych dzieł ze świata, zarówno regionów nam bliskich, jak i tych dalekich.

Co więcej, adresatami nie są wyłącznie ludzi dorośli i doświadczeni. Pod patronatem Akademii Filmowej Otwórz oczy! w Sandomierzu mogą też edukować się najmłodsi: specjalnie dla nich organizatorzy przygotowali prezentacje literatury pięknej, wspólnego pisania bajek, wystawy, koncerty. Do tego wszystkiego przed ekranem w Sandomierzu siadamy bez popcornu…

Bez pośpiechu

To właśnie od programu dla najmłodszych rozpocznie się tegoroczna edycja Festiwalu. 30 kwietnia przed ekranem siadać będą kolejne roczniki najmłodszych – od klas I-III, które będą miały okazję obejrzeć „Rycerza Blaszkę. Pogromcę smoków”, przez starsze klasy podstawówki, którym pokazana zostanie „Dziewczyna w trampkach” – ambitne i słynne już dzieło z Arabii Saudyjskiej, rezultat pracy pierwszej kobiety-reżysera z tego odległego kraju, Haify al-Mansour. Dwie godziny później gimnazjaliści będą oglądać „Joannę” Feliksa Falka.

To na twórczości tego artysty skoncentrują się organizatorzy – a wraz z nimi i widzowie – w tym roku. Przed nami „Szansa”, „Był jazz”, „Wodzirej”, „Rzecz o banalnej miłości”… Esencja dzieł klasyka. 1 maja reżyser spotka się też z uczestnikami festiwalowych pokazów. Ale nie tylko on będzie gościem imprezy – pojawią się tu również Jan Kazimierz Barnaś, Marian Suchanecki, Piotr Wojtowicz, Robert Gliński, Janusz Głowacki, Nona Olejniczak czy dokumentaliści Wojciech Szczudło i Krzysztof Wierzbicki.

Dla każdego coś dobrego: program obejmuje zarówno głośniejsze polskie filmy ostatnich lat – od „Ogrodu Luizy” Macieja Wojtyszko, przez „Chce się żyć” Maciej Pieprzycy, „Idę” Pawła Pawlikowskiego po głośną premierę ostatnich miesięcy – „Kamienie na szaniec” Roberta Glińskiego. Ale równocześnie będziemy mieli szansę zmierzyć się z kinem dla koneserów, dziełami, które nie przyciągnęły uwagi mass-mediów, a jednocześnie znalazły uznanie w oczach widzów. Zobaczymy więc „Bobry” Huberta Gutkowskiego, „Światła domu” Nony Olejniczak, wspólne dzieło grupy twórców – „Stację Warszawa”, wybór krótkich metraży i filmów dokumentalnych. Do tego dochodzą najwartościowsze filmy zagraniczne ostatnich miesięcy: allenowskie „Blue Jasmine”, „Co jest grance, Davis?” braci Coen czy „Wielkie piękno” Paolo Sorrentino.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że widzom Festiwalu Filmów NieZwykłych pozostaje tylko biegać między jednym pokazem, a drugim. Organizatorzy przewidzieli dla uczestników szereg dodatkowych zajęć. Poza wspomnianymi warsztatami i imprezami adresowanymi do dzieci, a także spotkaniami z artystami, w programie znajdziemy również Salon Poezji Solidarności z Narodem Ukraińskim, wystawę obrazów Feliksa Falka, koncert na dwie marimby, warsztaty sieci kin studyjnych i lokalnych (Filmowe Ogrody Wyobraźni), warsztaty dla młodych dziennikarzy czy seminarium filmoznawcze.

Potencjał, energia, siła twórcza

Ta różnorodność nie powinna dziwić. Organizatorzy Festiwalu nie chcą schlebiać gustom przeciętnym lecz te gusta kształtować w sposób, który pociągałby ich samych. Sam festiwal, rodząc się jedenaście lat temu, był pewnym przypadkiem: propozycją rzuconą w trakcie spotkania reżysera Witolda Leszczyńskiego z publicznością w Kinie Moskwa w Kielcach. To wtedy niemal jednogłośnie uznano, że towarzyszący pokazowi przegląd należy powtórzyć. Z corocznych pokazów, których bohaterami stawali się kolejni twórcy kina wysmakowanego, niecodziennego, zrodziła się idea festiwalowa pełną gębą.

I tak bohaterami kolejnych edycji stali się Witold Leszczyński, Jan Jakub Kolski, Lech Majewski, Agnieszka Holland, Wojciech Marczewski, Andrzej Barański, Joanna Kos Krauze i Krzysztof Krauze, Janusz Majewski, Kazimierz Kutz – i wreszcie, Feliks Falk. Trzy lata temu symboliczna nagroda trafiła także do rąk Mistrza Niezwykłego, Andrzeja Wajdy.

Pod opiekę profesjonalistów współpracujących przy kolejnych edycjach trafia też młodzież – z Polski, Włoch, ale też z odległego Maroka. W ramach tej kooperacji młodzi twórcy uczą się realizować zarówno animacje, jak i filmy dokumentalne. Cała nadzieja w tym, że właśnie to sandomierskie pokolenie twórców będzie kontynuować najlepsze tradycje X muzy. – Tu nikt nie ściga się o nagrody, nie ma efektownych premier, ani wielkich pieniędzy – mówił jeden z festiwalowych gości, Andrzej Seweryn. – Tutaj spotykają się normalni ludzie, artyści. I chcą ze sobą rozmawiać… Tego typu działalność odbywa się poza wielkim centrum i jest skierowana do aktywnych i wrażliwych widzów, na co dzień pozbawionych kontaktu z ambitnym kinem artystycznym. Tu jest ogromny potencjał, energia i siła twórcza – dodawał.

czwartek, 24 kwiecień 2014 22:03

STRONG. JACK STRONG

Napisane przez

Milion widzów pofatygowało się do kin w ciągu pierwszych sześciu tygodni od premiery, by zobaczyć najnowsze dzieło Władysława Pasikowskiego – „Jacka Stronga”, czyli filmową historię pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Tym samym film przebił wyniki ubiegłorocznych hitów, „Wałęsy” Andrzeja Wajdy oraz „Drogówki” Wojciecha Smarzowskiego.

„Dobre, solidne, dobrze sprawdzone źródło osobowe, które siedziało na wszystkich zebraniach gabinetu rządu, było często bardziej przydatne niż sterta dosłownych transkrypcji z elektronicznych podsłuchów na każdym zebraniu gabinetu. Człowiek, który bierze udział w podejmowaniu decyzji w kuluarach, uczestniczy w życiu społeczności, bywa na przyjęciach i zna plotki, może wiedzieć czy słowa przywódców, nawet wypowiadane na zamkniętym zebraniu, czy w rozmowie telefonicznej, przedstawiają prawdziwą historię” – pisał w wydanej w Stanach Zjednoczonych w latach 80. książce „Tajne wojny CIA” weteran amerykańskiego dziennikarstwa śledczego, Bob Woodward.

„Dobre źródło osobowe umie przesiać fakty, przeniknąć zasłony dymne, wysortować konwencjonalną mądrość. To naprawdę pożądany, cenny współpracownik – całodobowy, dyżurujący system ostrzegania” – dodaje Woodward. Takim właśnie źródłem był Kukliński i Woodward, który w owym czasie nie mógł ustalić personaliów amerykańskiego agenta, nie ukrywa, że było to najprawdopodobniej najważniejsze „źródło osobowe”, jakim mogła dysponować Agencja w Bloku Wschodnim.

Licencia poetica

I – mimo upływu kolejnych dekad od stanu wojennego i końca zimnej wojny – to wszystko, co wiemy na pewno. Mimo wspomnień i książek na temat działalności pułkownika Kuklińskiego nadal mnożą się teorie i tłumaczenia jego działań – a przede wszystkim, interpretacje roli historycznej, jaką miał do odegrania w procesie upadku Imperium. Jedno wydawałoby się pewne: historia „najważniejszego szpiega” za żelazną kurtyną to idealny materiał na thriller tej klasy co „Szpieg” Tomasa Alfredsona. Najwyraźniej uwierzyli w to również twórcy „Jacka Stronga”.

Stąd trzęsienie ziemi na początek: egzekucja pułkownika Olega Pieńkowskiego, jednego z najważniejszych szpiegów Zachodu po drugiej stronie berlińskiego muru. Pieńkowski w 1962 r. został zdekonspirowany, aresztowany, postawiony przed sądem i skazany na karę śmierci przez rozstrzelanie. O jej wykonaniu poinformowano post factum, co pozwoliło temu wydarzeniu obrosnąć legendą, którą jako pierwszy spisał na kartach „Akwarium” Wiktor Suworow. Pułkownik miał zostać wrzucony żywcem do pieca hutniczego. Ta wersja wydarzeń pojawia się również na kartach poświęconych Kuklińskiemu wspomnień – wznowionej ostatnio książki arii Nurowskiej „Mój przyjaciel zdrajca”. Tyle że okrutna egzekucja może być licencia poetica – kilka lat temu sam Suworow odcinał się od przypisywania opisanej sytuacji do historii Pieńkowskiego. Historycy do tej pory nie byli w stanie potwierdzić lub zdementować okoliczności zgładzenia szpiega.

Ale dla opowiedzianej w „Jacku Strongu” historii wydaje się to nie mieć znaczenia. Twórcy mieli tylko dwie godziny, żeby opowiedzieć o legendzie zimnowojennych czasów – i to w sposób, który wciągnie widzów młodych, dla których okres sprzed transformacji jest abstrakcją. Sposób „bondowski”, nazwijmy to umownie. Dlatego mamy tu choćby te słynne „przebitki” na siedzibę CIA w Langley, widmo nuklearnego Armageddonu (o którym w tamtym czasie już raczej nie było mowy), krańcowy kontrast między rozchełstanymi i brutalnymi Rosjanami – a eleganckimi i zatroskanymi o swoje „źródło” Amerykanami, dylematy „bohatera z przypadku” – jak portretowany jest tu Kukliński i jego próby chronienia rodziny przed prawdą. I wreszcie – finałowy pościg samochodowy, jak kpił recenzent „Newsweeka”: „najwolniejszy pościg w dziejach kina”.

I dlatego zapewne w „Jacku Strongu” trudno odnaleźć to, co w historii Ryszarda Kuklińskiego najważniejsze – przez wcześniejsze dekady pułkownik bez większych wahań i wątpliwości pracował dla polskiego wywiadu, choćby zbierając informacje podczas rejsów swoim jachtem wzdłuż wybrzeży Zachodniej Europy. Awansował – w końcu nie przypadkiem – i należał do uprzywilejowanych elit, którym troski PRL-owskiego dnia codziennego były w sporej mierze obce. Nie ulega wątpliwości, że cieszył się powodzeniem u kobiet i korzystał z tego bez większych dylematów. Co sprawiło, że postanowił zmienić strony? Czy podejmując decyzję o nawiązaniu kontaktu z CIA, przewidywał dla siebie rolę taką, jaką dziś skłonni jesteśmy mu przypisywać? Na jakie skutki swoich działań liczył? Jakie były w rzeczywistości jego relacje z prowadzącym go agentem Davidem Fordenem – i z rodziną, która koniec końców musiała podzielić jego los wiecznego tułacza? Próbując upakować w dwugodzinnym dziele geopolitykę, historię głównej postaci, dzieje przyjaźni i kryzysu małżeńskiego, a do tego dodać tu i ówdzie nieco kina akcji, dostajemy film, który pytania najważniejsze pozostawia jednak nieco z boku.

Fantastyczna rzecz

Ale być może właśnie Pasikowskiemu udaje się dzięki takiej formule dzieła filmowego dotrzeć do tych widzów, których na co dzień nie tak dawna – a jednocześnie jakże skomplikowana – historia zazwyczaj nie interesuje. Tym bardziej, że „Jack Strong” jest dziełem najwyższej klasy profesjonalistów. Olbrzymim atutem filmu jest grający Kuklińskiego Marcin Dorociński – aktor, który swój wszechstronny talent ujawnia w każdym praktycznie dziele, w którym bierze udział, bez względu na konwencję. Doskonale wpisujący się w rolę przeciętnego w sumie człowieka, wepchniętego na poły przypadkiem w tryby historii.

Partnerują mu równie doskonali aktorzy: Maja Ostaszewska w roli żony, jeden z ulubionych aktorów Pasikowskiego – Mirosław Baka, Krzysztof Globisz, Paweł Małaszyński, Krzysztof Pieczyński (odtwarzający tu postać doradcy Białego Domu, Zbigniewa Brzezińskiego) czy Zbigniew Zamachowski. Perełką w ekipie jest autorka zdjęć – Magdalena Górka – 36-letnia operatorka z olbrzymim hollywoodzkim doświadczeniem, która od kilkunastu lat współpracuje z Pasikowskim. Dzięki niej twórcy filmu mogli stworzyć skrzące się mocnymi kolorami dzieło – ekipa od razu postawiła na odejście od szarości, brązów i czerni, które zwykle dominują w polskich filmach historycznych, zwłaszcza tych, opowiadających o czasach komunistycznych, kiedy najwyraźniej słońce świeciło słabiej, niebo było bardziej wyblakłe, drzewa obdarte z liści lub kurzem otulone, a świeżo malowane ławki czy ściany „w przyrodzie nie występowały”.

Warsztatowa doskonałość i pomijanie meandrów historyczno-obyczajowych epoki, czy też uproszczenie biografii Ryszarda Kuklińskiego mają swój cel. Podobnie jak wcześniejszy film Pasikowskiego – „Pokłosie” – „Jack Strong” ma „służyć dawno zapomnianej funkcji społecznej opowiadania ciekawych historii”. – Moim zadaniem nigdy nie było i nie jest pouczanie kogokolwiek – mówił reżyser w wywiadzie dla „Polityki”. – Przy okazji tego filmu nauczyłem się jednej fantastycznej rzeczy: żeby nie oceniać nikogo pochopnie, dopóki nie przyjrzymy się jego prawdziwym, często skrywanym motywom. Na użytek zaś lekcji historii w klasach IV-V mogę powiedzieć, że przykład pułkownika uczy nas, jak ciężko zostać bohaterem w czasach, gdy nikt tego od nas nie oczekuje i gdy nikt o tym nie będzie wiedział. A wręcz przeciwnie, gdy czyny te zostaną już ujawnione, wtedy istnieje prawie pewność, że będą rozumiane opacznie – dodawał.

Klasy IV-V, miejmy nadzieję, zrozumieją to przesłanie. Póki co jednak, wystarczyłoby gdyby „Jack Strong” uczulił widzów na to, jak płynna jest granica między pojęciami „zdrady” i „bohaterstwa”, jak polska historia i nieoczywiste wybory – jakich musieli dokonywać jej mimowolni aktorzy – podlegają zmiennym interpretacjom, zwłaszcza gdy w grę wchodzi interes państwa i narodu, przeciwnicy nie są demonami zła, a sojusznicy nie są tak krystaliczni. Wystarczyłoby skłonić, zwłaszcza młodego widza, do takiej refleksji. To byłaby fantastyczna rzecz.

Jednym ze spektakularnych wydarzeń, poprzedzających sam fakt uzyskania członkostwa w NATO, było zrealizowanie niezbędnego warunku tego przyjęcia – w postaci wprowadzenia w Polsce systemu ochrony dokumentów niejawnych, opartego na standardach Paktu. Przed trzema laty weszła w życie nowa ustawa o ochronie informacji niejawnych. Przyniosła wiele oczekiwanych zmian oraz trudnych wyzwań dla osób zajmujących się tą problematyką.

Fakt o szczególnym znaczeniu w zakresie ochrony informacji niejawnych w Polsce stanowiła nowa ustawa o ochronie informacji niejawnych z dnia 5 sierpnia 2010 r. Bezpośrednim impulsem do dokonania zmian była zbliżająca się polska prezydencja w UE i związana z tym potrzeba wprowadzenia upoważnień umożliwiających dostęp do dokumentów o klauzuli zastrzeżone, w miejsce obowiązującego poprzednio postępowania sprawdzającego, kończonego uzyskiwaniem poświadczenia bezpieczeństwa.

Stało się to również dobrą okazją do „posprzątania” w systemie i jego unowocześnienia. Stąd zamiast nowelizacji – nowa ustawa. Punktem wyjścia przyjętych w nowej ustawie regulacji było stworzenie możliwości znacznie bardziej elastycznego traktowania zasad ochrony informacji o niskich klauzulach tajności, co w strukturach unijnych umożliwia szybkie, bieżące wykorzystywanie tych informacji w pracy grup roboczych oraz ich sprawne przekazywanie i przetwarzanie w systemach teleinformatycznych.

Duże znaczenie dla uproszczenia systemu ochrony informacji niejawnych i radykalnego zmniejszenia ich liczby, a także liczby jednostek organizacyjnych je przetwarzających, miała rezygnacja w ustawie z traktowania informacji dotyczących prawnie chronionych interesów obywateli i jednostek organizacyjnych jako informacji niejawnych w rozumieniu tej ustawy. Jej przepisy chronią bowiem tylko takie informacje, których ujawnienie przyniosłoby szkody interesom państwa, natomiast sposób postępowania z  informacjami dotyczącymi obywateli i jednostek organizacyjnych, a objętymi tajemnicami różnego rodzaju, jest przewidziany w innych ustawach ustanawiających te tajemnice.

W ten sposób dotychczasowe informacje stanowiące tajemnicę państwową lub służbową ograniczono do informacji niejawnych zawierających – jak to stwierdzono w uzasadnieniu do ustawy – w pewnym sensie „tajemnicę państwową o czterech klauzulach”, przy czym – w intencji ustawodawcy – znaczna część informacji do tej pory „ściśle tajnych” miała być klauzulowana jako „tajne” lub „poufne”, „tajnych” jako „poufne” lub „zastrzeżone”. Ustawa określiła nowe zasady znoszenia lub zmiany klauzuli tajności, odchodząc od zdefiniowanych z góry okresów obowiązywania klauzul (bezterminowo, 50 lat, 5 lat i 2 lata).

Na kierowników jednostek organizacyjnych nałożono obowiązek dokonywania przeglądu wszystkich wytworzonych w nich dokumentów niejawnych nie rzadziej niż raz na pięć lat (analogicznie do rozwiązań przyjętych w strukturach Unii Europejskiej) w celu określenia, czy informacje te spełniają nadal ustawowe przesłanki nadania im klauzuli tajności. Jeżeli  taki przegląd wykaże brak przesłanek do dalszej ochrony tych informacji na określonym poziomie – powinna nastąpić zmiana lub zniesienie nadanej klauzuli.

Na większą elastyczność obowiązującego systemu pozwala też możliwość określenia z góry (niezależnie od klauzuli) daty lub wydarzenia, po którym nastąpi zniesienie lub zmiana klauzuli tajności, a także możliwość odrębnego klauzulowania poszczególnych części dokumentu. Jedyny rodzaj informacji podlegających ochronie bez względu na upływ czasu, w stosunku do których zniesienie klauzuli tajności nie jest możliwe, to informacje mogące identyfikować funkcjonariuszy, żołnierzy lub pracowników służb i instytucji uprawnionych do wykonywania czynności operacyjno-rozpoznawczych, a także osoby udzielające pomocy w wykonywaniu tych czynności.

Wszystkie osoby mające dostęp do informacji niejawnych będą teraz szkolone w zakresie ochrony tych informacji nie rzadziej niż co 5 lat. Dotyczy to również tych pracowników, którzy będą mieli dostęp tylko do informacji o klauzuli „zastrzeżone”. Poprzednio ustawa przewidywała cykliczność szkoleń wyłącznie w przypadku pełnomocników ochrony i ich zastępców. Na podstawie nowej ustawy można – w uzasadnionych przypadkach – zorganizować kancelarię tajną, obsługującą dwie lub więcej jednostek organizacyjnych. Możliwość obsługiwania wielu podmiotów przez jedną kancelarię tajną wychodzi naprzeciw potrzebom jednostek, które z przyczyn obiektywnych nie mogły zorganizować takiej kancelarii lub jej organizacja wiązała się z poniesieniem wysokich nakładów finansowych. Takie rozwiązania są również korzystne dla podmiotów, które dysponują niewielką liczbą dokumentów niejawnych.

Zupełnie nowym rozwiązaniem wprowadzanym do funkcjonowania systemu ochrony informacji niejawnych było zastosowanie zarządzania ryzykiem przy określaniu wymogów bezpieczeństwa fizycznego i teleinformatycznego. Rozwiązanie to umożliwia dopasowanie stosowanych środków ochrony do liczby i wagi chronionych informacji oraz rzeczywistego poziomu istniejących dla nich zagrożeń. Wprowadzenie tego rozwiązania miało też znacząco ułatwiać akredytację systemów teleinformatycznych przygotowanych do przekazywania i przetwarzania informacji niejawnych.

Nowa ustawa ma za sobą trzy lata funkcjonowania. Zważywszy na zakres i znaczenie zmian, jakie wprowadza w systemie ochrony informacji niejawnych, trzeba zapewne znacznie więcej czasu, zanim zaczną one przybierać w pełni postać realnej i powszechnej praktyki działania – nie tylko obowiązywać, ale również inspirować kierunki i ramy dalszej ewolucji tego systemu, pomyślnie i z sukcesem realizowanego już od piętnastu lat. Uważam, że zmiany te powinny przebiegać w sposób ewolucyjny, umacniać i stabilizować realnie funkcjonujący system w tej części, która się sprawdza i jest skuteczna w realizacji ustawowych celów, a jednocześnie należy cierpliwie, konsekwentnie i skutecznie analizować, oceniać, poprawiać, doskonalić i stabilizować praktykę oraz nowelizować stosowane prawo, a dopiero na tej podstawie co jakiś czas ustanawiać nowe prawo oraz rozważnie wprowadzać nowe koncepcje i rozwiązania.

Takie podejście można zaobserwować również w NATO i UE, gdzie nie widać wielkiego pośpiechu i radykalizmu we wprowadzaniu zmian. Tak się złożyło, że obie nasze ustawy (z 1999 r. i 2010 r.) powstawały pod presją czasu. W przypadku pierwszej, mówiło się w Sejmie, że jest „dopychana kolanem” ze względu na termin akcesji do NATO. Procedowano ją w wielkim pośpiechu i z dużą determinacją. Również następna ustawa – z 2010 r. – musiała zdążyć na prezydencję. Też nie było zbyt dużo czasu na dyskusję o praktycznych konsekwencjach i szczegółach różnych zmian systemowych, w tym – już na etapie założeń do ustawy. Wydaje się zatem nadal potrzebna wszechstronna dyskusja w środowiskach zainteresowanych ochroną informacji niejawnych na tematy merytoryczne, związane z realizacją ustawowych możliwości i wymogów w tym zakresie.

Na tle wprowadzonych ostatnią ustawą zmian w systemie ochrony informacji nasuwają się również pewne wnioski dotyczące szerszego kontekstu jego funkcjonowania, zarówno w systemie prawa, jak i w praktyce funkcjonowania sfery życia publicznego. Konstytucja RP w art. 61 stanowi, że: „Obywatel ma prawo do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne” oraz – że ograniczenie tego prawa „może nastąpić wyłącznie ze względu na określone w ustawach ochronę wolności i praw innych osób i podmiotów gospodarczych oraz ochronę porządku publicznego, bezpieczeństwa lub ważnego interesu gospodarczego państwa”.

Takie możliwości ograniczania prawa obywatela do informacji stwarza m. in. ustawa o ochronie informacji niejawnych. I są to regulacje prawne, które dotyczą w szczególności funkcjonariuszy publicznych, w tym członków korpusu służby cywilnej. W działalności administracji publicznej wszystko, czego skutecznie nie chroni ustawa o ochronie informacji niejawnych, czy inna ustawa o dostępie do informacji publicznej, nakazuje się udostępnić obywatelowi na jego wniosek. Niewłaściwe zastosowanie ustawy o ochronie informacji niejawnych stwarza przy tym możliwość unieważnienia przez sąd podejmowanych działań ochronnych jako nielegalnych i nieskutecznych, a w rezultacie informacja niejawna może stać się informacją publiczną, co tworzy możliwość powstania potencjalnej lub realnej szkody dla państwa.

Jednocześnie, informacje niejawne w świetle obowiązującej ustawy, to informacje, których nieuprawnione ujawnienie spowodowałoby lub mogłoby spowodować szkody dla Rzeczypospolitej Polskiej, albo byłoby z punktu widzenia jej interesów niekorzystne, także w trakcie ich opracowywania oraz niezależnie od formy i sposobu ich wyrażania. Ponadto informacje niejawne, aby mogły korzystać z możliwości ustawowej ochrony, muszą spełniać wymogi formalne przetwarzania ich już w trakcie tworzenia w ściśle określonych warunkach przy wyraźnym oznaczeniu klauzuli ochronnej.

Przetwarzanie w konkretnej instytucji informacji niejawnych regulują szczegółowo dokumenty wewnętrzne m. in. w sprawie określenia szczególnego sposobu organizacji i funkcjonowania Kancelarii Tajnej, sposobu i trybu przetwarzania informacji niejawnych oraz doboru i stosowania środków bezpieczeństwa fizycznego w celu ich ochrony. Zatem system ochrony informacji niejawnych obok zagrożeń płynących z tradycyjnych źródeł i kierunków (m. in. działania szpiegowskie, w tym szpiegostwo naukowe, przemysłowe, terroryzm, itd.) może dziś mieć w coraz większym stopniu przeciwnika również we własnych błędach i słabościach.

Dotychczas osoby, które – zatrudnione na stanowiskach z wymaganym dostępem do informacji niejawnych – uzyskały odpowiednie poświadczenie bezpieczeństwa, musiały przejść obowiązkowe szkolenie niezbędne dla uzyskania realnego dostępu do informacji niejawnych. Tego typu szkolenie przeprowadza się – zgodnie z wymogami ustawowymi – w celu m. in. zapoznania z: przepisami dotyczącymi ochrony informacji niejawnych oraz odpowiedzialności karnej, dyscyplinarnej i służbowej za ich naruszenie, w szczególności za nieuprawnione ujawnienie informacji niejawnych. Także dla zapoznania z zasadami ochrony informacji niejawnych w zakresie niezbędnym do wykonywania pracy na określonym stanowisku, z uwzględnieniem zasad zarządzania ryzykiem bezpieczeństwa informacji niejawnych, w szczególności szacowania ryzyka, sposobami ochrony informacji niejawnych oraz postępowania w sytuacjach zagrożenia dla takich informacji lub w przypadku ich ujawnienia.

Nie da się ukryć, że cała wiedza ogólna i praktyczna, przekazywana na tych szkoleniach, ze swej natury dotyczy głównie różnorodnych zagrożeń dla urzędnika z tytułu kontaktu z informacjami niejawnymi i może prowadzić do wniosku, że najlepiej tego kontaktu unikać.

Jeśli system ochrony informacji niejawnych ma się rozwijać i spełniać coraz ważniejszą rolę m. in. w podnoszeniu skuteczności działania administracji publicznej – konieczne jest wszechstronne przygotowywanie przyszłych urzędników oraz doskonalenie zawodowe już zatrudnionych w zakresie wykorzystywania i stosowania ustawowych możliwości codziennej pracy z informacjami niejawnymi.

W oparciu o dotychczasowe doświadczenia piętnastu lat funkcjonowania w Polsce systemu ochrony informacji niejawnych, opartego na standardach natowskich i unijnych, można stwierdzić, że znajomość formalnej strony tej działalności wśród zainteresowanych (głównie pracowników pionów ochrony i innych osób obsługujących system) jest coraz większa, zarówno w rezultacie oferty i wymogów szkoleniowych, jak i nabywania wraz z rosnącym stażem pracy praktycznych umiejętności. Są też podstawy do pewnego optymizmu w sprawie dalszego rozwoju zawodowego w nowym zawodzie specjalisty ochrony informacji niejawnych.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:55

INNOWACJA PEDAGOGICZNA Z WYSZKOWA RODEM

Napisane przez

Wykluczenie społeczne, patologie, wysokie wskaźniki bezrobocia – to tematy wstydliwe dla gmin. Zatem inicjatywy obywatelskie zorientowane na profilaktykę społeczną, wspierane przez władze miasta, są warte uwagi i powinny być raczej powodem do dumy niż milczenia. Taki projekt realizowany jest właśnie w Wyszkowie.

„Oderwij dzieci od ulicy”, „Narkotyki nie prowadzą do raju” i wiele innych programów profilaktycznych – to dorobek wyszkowskiego Stowarzyszenia Wiatrak, od 2008 r. zajmującego się pedagogiką ulicy. Inicjatorem tych projektów, który wzorce działania zaczerpnął od warszawskiej Fundacji Wspólna Droga, był wyszkowski działacz społeczny Artur Laskowski. To on zgromadził wokół siebie utalentowanych, pełnych pasji pedagogów i – jak mówi jeden z nich – „rzucił ich na głęboką wodę”.

Kluczem jest tarcza

Wszyscy dostrzegamy w swoim otoczeniu dzieci i młodzież z ubogich rodzin, często dotkniętych alkoholizmem. Zwykle przechodzimy obok nich obojętnie, czasem z obawą.

Ta młodzież z handlowych galerii i osiedlowych ławek, słucha muzyki, która dla starszego pokolenia jest kompletnie niezrozumiała, a czas spędza, wałęsając się między blokami. Ale portrety, jakie moglibyśmy namalować na podstawie biografii tych dzieci, są wielobarwne i nie mają wspólnego mianownika innego niż nieumiejętność odnalezienia się w świecie pełnym sprzeczności. Zwłaszcza, gdy nikt nie pokazuje im możliwości i perspektyw, nikt nie zaszczepia poczucia własnej wartości i pasji, które pedagodzy nazywają „tarczą”.

To do tej grupy skierowane są inicjatywy Stowarzyszenia Wiatrak – organizacji, która powstała dzięki ludziom nieobojętnym. – Jak to się zaczęło? – pytam Andrzeja Grajczyka, pedagoga ulicy, trenera sztuk walki, instruktora surwiwalu, który działa metodą streetworkingu i prowadzi wiele interesujących zajęć dla młodzieży. – Wskoczyłem w ich świat, wszedłem w grupę wyrostków i, od słowa do słowa, rzuciłem kilka pomysłów. Najpierw byli sceptyczni i nieufni, potem postanowili spróbować, właściwie jeden postanowił, ale za nim poszła reszta, gdy stwierdził: P…ę, co będę na klatce siedział? – opowiada Grajczyk. – Już wiedziałem, że ich kupiłem. Nie, to oni kupili mnie – dorzuca.

Także władze Wyszkowa są świadome, jak ważna jest działalność profilaktyczna, przeciwdziałanie marginalizacji, praca u podstaw. Wszakże 2 miliony dzieci w Polsce żyje w rodzinach dotkniętych nędzą, a ich jedyny kontakt z kulturą stanowi telewizor. Na terenie gminy prowadzone są więc różne działania z zakresu profilaktyki uzależnień, działania kierowane do dorosłych w zakresie przeciwdziałania skutkom nadużywania alkoholu – ale też praktyka profilaktyczna Wyszkowa koncentruje się w dużej mierze na dzieciach, bowiem im wcześniej rozpoczyna się takie programy, tym bardziej są skuteczne.

Gmina angażuje się w różne projekty profilaktyczne dla młodych osób, przy czym zdecydowanie dominuje tzw. aktywna profilaktyka – oparta na doświadczaniu przez młodzież konstruktywnych form spędzania czasu, poszukiwaniu pasji i budowaniu świadomości zagrożeń. Podczas gdy trudno ocenić skuteczność konwencjonalnych działań profilaktycznych w szkołach – spotkań i pogadanek z psychologami, których młodzież widzi zapewne pierwszy i ostatni raz w życiu – łatwo przyjrzeć się choćby rezultatom pedagogiki ulicy, choćby na przykładzie Stowarzyszenia Wiatrak: zaangażowana w projekty Stowarzyszenia młodzież aktywnie uczestniczy w organizowanych przez działaczy akcjach, wyprawach czy zajęciach. Wcześniej czy później, uchyla drzwi do swojego świata, zaprasza do niego tych, którym zaczyna ufać.

Gmina nie jest obojętna na te inicjatywy. Wspiera i finansuje projekty Stowarzyszenia.

Dystans wobec praw ulicy

Pod koniec 2013 r. burmistrz Wyszkowa Grzegorz Nowosielski przyznał Stowarzyszeniu 57 tysięcy złotych na realizację zadań profilaktycznych i prewencyjnych w 2014 r. Zdecydowało doświadczenie i profesjonalizm ekipy, jej szczere, aktywne zaangażowanie i skuteczność działań.

To zalety streetworkingu – pracy z młodzieżą w jej naturalnym środowisku i stopniowego poszerzania tego środowiska o nowe wymiary aktywności. Ta forma pomocy nie jest inwazyjna, nie narzuca – a proponuje, nie zmusza – a skłania do działań. Uczestnicy proponowanych zajęć – spływów kajakowych, wypraw na bagna, treningów sztuk walki, wycieczek w ciekawe miejsca – tworzą z czasem coś na kształt wspierającej się wspólnoty. Opiekun grupy i inicjator działań, by dobrze spełniać swoją rolę i cieszyć się zaufaniem takiej grupy, musi liczyć się z jej zdaniem. Pytać choćby, czy chcą, by do grupy dołączyła nowa osoba – i wbrew wcześniejszym postawom, chcą. Wytraca się bowiem gdzieś ta wcześniejsza wrogość wobec obcych, świata i ludzi.

- Tę wiarę w siebie chcemy budować jako pierwszą – mówią streetworkerzy. – Jak już uda się dzieciakowi odzyskać wiarę w siebie, to zaczyna się rozwijać. I przy odpowiednim wsparciu może wiele osiągnąć. Uważam, że wszelkie zawody, małe i duże sukcesy, wzmacniają człowieka, zwłaszcza młodego. Potem nie będzie patrzył na chuliganów, jak na mistrzów, tylko jak na nieudaczników. Tu chodzi o wzorce. Jeżeli jedynym punktem odniesienia dla młodego człowieka jest kumpel żłopiący piwo i nienawidzący całego świata za to, że jego życie wygląda, jak wygląda, to trudno oczekiwać, by nie powiększała się rzesza tych wyrzuconych poza nawias ludzi, którzy szkodzą i sobie, i innym – dodają.

Socjolodzy wskazują, że za nienawiścią i poczuciem odrzucenia idzie agresja: wandalizm, samobójstwa, akty kryminalne. Utrwalane są fatalne wzorce rodzinne – i potrzeba wiele pracy, by takie dziedzictwo odrzucić. Rodzice zwykle wspierają wysiłki pedagogów, ale czasem jednak streetworker jest zmuszony się wycofać: nie może narzucać swoich wartości i podejścia całej rodzinie. Choćby w sytuacji, gdy ta uzna, że należy zakończyć edukację dziecka, bo priorytetem jest praca zarobkowa i jak najszybsze usamodzielnienie się.

Na szczęście, jak wskazują doświadczenia Andrzeja Grajczyka, zostają w nich zaszczepione umiejętności, zainteresowania i dystans wobec praw ulicy. Młode osoby wpisują się w normalność, przestają siedzieć pod sklepem – pracują, w wolnym czasie biwakują, uprawiają sport – choćby w klubie Apis w Wyszkowie – opowiadają o swoich przeżyciach. Zamiast uciekać od rzeczywistości, mają odruch poszukiwania ludzi, którzy wesprą, pomogą, rozładują złość.

Kolega w zasadzie musi uciekać z miasta

Kiedy koledzy 17-letniego M., „chyba z nudów i szarości” – jak opowiada on sam, wpadli po raz pierwszy na pomysł, by kupić amfetaminę, on akurat przemierzał z ekipą niekonwencjonalnych pedagogów bagna nad Bugiem. Trząsł się z zimna, niewiarygodnie wkurzony, przeklinał chwilę, w której zdecydował się na nadbużańską eskapadę, z ciągle uśmiechniętym gościem w moro i bojówkach. Jakby było się z czego cieszyć – zimno, głodno, daleko do domu. A w tym samym czasie chłopaki siedzą pewnie w hot-spotach, wygrywają kasę, śmieją się z jego „zaangażowania”.

Teraz – po kilku latach – z jednym z kolegów kontaktu już nie ma. Ten cały czas spędza w którymś z ośrodków leczenia uzależnień. Z drugim nie ma o czym mówić, kolega pożyczył kasę i przepadł. – Gość wszystkie pieniądze wrzuca w automaty, wziął pożyczki od szemranych typów i w zasadzie, chyba musi uciekać z miasta – mówi M.

Dzień na bagnach, w świecie ludzi tak odmiennych od dotychczas znanych, M. wspomina jako moment, w którym stanął na rozstaju dróg, nawet o tym nie wiedząc. Tak samo bezwiednie ruszył właściwą drogą. – Zmarzłem, wymęczyłem się i odkryłem, że mam co wspominać, mam przyjaciół, chcę wyruszyć znowu, bo na osiedlu nie dzieje się nic interesującego. No i zaangażowałem się. Jeździłem, gdzie się dało, wiele godzin przegadałem z Sensejem – wspomina Grajczyka M. – O sensie życia, o tym, co robić ze sobą w życiu, jak znaleźć się w tym całym syfie, jak gadać z rodzicami, żeby z tych rozmów coś wynikało, a nie tylko pretensje i wrzaski – kwituje.

Kontakt z dawnymi kompanami z podwórka rwał się stopniowo. – Wydawali się coraz bardziej dalecy, ograniczeni i… nieszczęśliwi – mówi M. – Kiedy zaproponowali mi fetę, odmówiłem. Tak po prostu, nawet nie wiem, dlaczego. Chyba zwyczajnie uznałem, że nie chcę robić tego, co oni, że to jakaś farsa: ćpają coś, co ich niszczy, osłabia. Nawymyślali mi od leszczów, ale najdziwniejsze, że miałem już wtedy gdzieś to, co o mnie myślą. Bardziej interesowało mnie, czy trener weźmie mnie do ekipy, jadącej na spływ kajakowy. Nigdy nie byłem na spływie i wiedziałem, że moi kumple też nie byli, ale ja miałem szansę popłynąć. Im nawet by się nie chciało, stwierdziliby, że to głupie, lepiej posiedzieć na automatach, chociaż nie raz proponowałem im jakiś wypad. Nie chcieli – wspomina.

Z Wiatrakiem się nie walczy

Stowarzyszenie Wiatrak współpracuje też z wyszkowskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej. Jego pracownicy mają wgląd w potrzeby rodzin niepełnych, wielodzietnych, tych na życiowym zakręcie. Opieka nad nimi wymaga wielopłaszczyznowych działań – i tu wkracza Stowarzyszenie. Gdy dzieci mają zapewnioną profesjonalną opiekę i zagospodarowany czas wolny, rodzice – często samotni, bezrobotni, na zasiłkach – mogą szukać pracy czy chodzić na kursy, pomagające w jej znalezieniu.

Organizacja pracuje też z młodzieżą, mającą ma koncie pierwsze naruszenia prawa, wyroki w zawieszeniu. W takich przypadkach streetworkerzy próbują zapobiec recydywie – ale nie poprzez moralizowanie, straszenie zmarnowanym życiem, lecz dostarczanie doświadczeń, pozwalających odnaleźć się w nowej roli: osoby robiącej rzeczy ciekawe, wartościowe, godne uznania i naśladowania. Choćby poprzez sport czy surwiwal.

Z Wiatrakiem się nie walczy. Albo się w nim jest, albo nie. Streetworkerzy nikogo nie zmieniają na siłę, nie zmuszają do niczego, nie oceniają. Każdy podopieczny wyznacza własne granice zaangażowania, ale też nie zauważa, jak się one zmieniają. Nagle, zamiast obojętności i pozycji zamkniętego w swojej skorupie ślimaka, przyjmują postawę, którą cechuje troska o rówieśników w podobnej sytuacji, współpraca z grupą, utożsamianie się z nią, samo-rozwój, stawianie sobie konkretnych, realistycznych celów. A w przypadku trudności bez zażenowania proszą o pomoc, wiedząc, że mogą ufać ludziom, którzy kiedyś trafili na ich podwórka.

W takich przypadkach opiekunowie ze Stowarzyszenia nie wahają się rozmawiać z nauczycielami, szukać sposobów wsparcia takich osób. Czasem przezwyciężenie nieumiejętności porozumienia się przynosi choćby sukcesy na mistrzostwach sztuk walki, śpiewająco zdane matury, satysfakcję wszystkich zaangażowanych. Potencjał Wiatraka to właśnie ta niezachwiana wiara, że każdy zasługuje na szansę i odpowiednio pokierowany, wzmocniony poczuciem własnej wartości, może odnosić sukcesy i chronić się przed skutkami pochopnych decyzji, jak choćby rezygnacja z matury.

Otworzyć oczy na świat

Takie decyzje potrafią bowiem położyć się cieniem na całe życie. Frustracja, niemożność znalezienia pracy i robienia tego, do czego ma się smykałkę, to czynniki wyrzucające młodych ludzi na margines, na antypody uzależnień. Na te osiedlowe ławki, gdzie słychać śmiech, a w duszy – ból i gniew. Gdzie pozostaje tylko pójść do sklepu po kolejne piwo.

Pozostaje tylko cieszyć się z otwarcia wyszkowskich władz na streetworking. Pedagogika ulicy, nazywana też pedagogiką niekonwencjonalną – dla wielu „pedagogika ulicy” brzmi stygmatyzująco – to w Wyszkowie przykład profesjonalnie nawiązanego i realizowanego dialogu między władzami miasta, członkami Stowarzyszenia i adresatami podejmowanych przez obie strony działań. Dzięki temu udaje się nie zamiatać problemów, choćby tych związanych z uzależnieniami, pod dywan. Zamiast tego tworzy się system wsparcia na miarę XXI wieku. Otwierając dorosłym i młodzieży oczy na świat.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:44

NIE BĘDZIE DOFINANSOWANIA, NIE BĘDZIE DRÓG

Napisane przez

Wstrzymanie Narodowego Programu Budowy Dróg Lokalnych będzie miało katastrofalne skutki dla rozwoju infrastruktury drogowej kraju. W walce o utrzymanie „schetynówek” samorządy zyskały nowego sprzymierzeńca – Najwyższą Izbę Kontroli.

Samorządy lokalne przeliczają pieniądze i przygotowują się do zawierania umów z wykonawcami. Dzięki nowelizacji uchwały o Narodowym Programie Budowy Dróg Lokalnych i przesunięciu środków z wpłat od Lasów Państwowych, zamiast wcześniej zapowiedzianych 250 mln zł, do kas powiatów i gmin trafi 700 mln zł. Zmieniły się także zasady dofinansowania inwestycji, obecnie koszty są dzielone równo po połowie między samorządy i budżet, a nie w stosunku 70 do 30 procent.

– Chcieliśmy przeznaczyć całość kwoty z Lasów Państwowych na remont i budowę dróg lokalnych. Zdecydowaliśmy się jednak tę kwotę podzielić, aby móc sfinansować tegoroczne zwiększenie świadczenia dla całodobowych opiekunów dla osób niepełnosprawnych (około 200 mln zł – przyp. red.) – wyjaśnił podczas konferencji premier Donald Tusk. Na tym drugim rozdaniu rządowym zyskały m.in. województwa małopolskie i lubelskie, gdzie środki wzrosły z kilkunastu do 50 mln zł i więcej. Stratne okazało się natomiast m.in. Pomorze, któremu ostatecznie odebrano 10 mln zł. Jednak obcięcie środków z dofinansowania to nie jest największy problem samorządów. Jeśli spełnią się zapowiedzi rządu, w 2016 r. program w ogóle nie będzie kontynuowany.

Zamiast kultury i szpitali – budujmy drogi?

W Polsce drogi lokalne stanowią prawie 90% wszystkich dróg krajowych, powiaty zarządzają 127 tys. km, a gminy – 237 tys. km. – Potrzeby finansowe w tym zakresie są ogromne – mówi Andrzej Porawski, dyrektor biura Związku Miast Polskich. – Ile potrzeba pieniędzy? 360 mld złotych, to są budżety wszystkich gmin w naszym kraju na najbliższe trzy lata. Można więc nie dawać na szkoły, kulturę, szpitale, a zainwestować w drogi. Ale takiego nienormalnego człowieka nikt nie znajdzie – dodaje.

Z powodu braku funduszy, ale także, jak to wykazała niedawno przeprowadzona kontrola NIK – braku polityki w zakresie kompleksowego rozwiązywania problemów transportowych i komunikacyjnych – drogi lokalne wciąż nie spełniają krajowych i europejskich standardów. Wystarczy choćby przytoczyć statystyki policyjne: aż 75% wypadków drogowych ma miejsce właśnie na drogach lokalnych i jest to jeden z najwyższych współczynników w Europie. Dzięki zrealizowanym w ostatnich latach inwestycjom powstały nie tylko nowe jezdnie, ale i chodniki, ścieżki rowerowe, oświetlenie, oznakowanie, a nawet wymieniane są istniejące kratki ściekowe wraz z „przykanalikami”.

{youtube}VMeEMv-Gv1k{/youtube}  

Wszystkie te inwestycje wprost proporcjonalnie przekładają się nie tylko na zwiększenie atrakcyjności i konkurencyjności danych terenów, ale i bezpieczeństwo. – W takich miejscowościach chętniej osiedlają się mieszkańcy innych miast. Dobry stan dróg to jest także dobra oferta dla inwestorów – przekonuje w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Jan Plutowski, sekretarz gminy Kobylnica. Wtórują mu także inni samorządowcy. – Dotychczasowa realizacja NPBDL znacząco przyczyniła się zarówno do poprawy stanu technicznego dróg lokalnych, jak i bezpieczeństwa ruchu drogowego na sieci dróg gminnych i powiatowych. Dlatego, ze względu na pozytywne efekty programu, krytycznie ocenia się spadek jego dofinansowania z budżetu państwa, tym bardziej, że samorządów nie stać na samodzielne finansowanie remontów i budowy dróg lokalnych. Niepokojącym jest również fakt, że program budowy dróg lokalnych przewidziany jest tylko do 2015 roku – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA Danuta Wesołowska-Wujaszek, zastępca dyrektora Departamentu Infrastruktury i Komunikacji Urzędu Marszałkowskiego województwa lubuskiego. W tym samym tonie utrzymany jest też raport Najwyższej Izby Kontroli – jak piszą jego autorzy, „ze względu na pozytywne efekty programu NIK krytycznie ocenia spadek jego dofinansowania z budżetu państwa, tym bardziej że samorządów nie stać na samodzielne finansowanie remontów i budowy dróg lokalnych”. Izbę niepokoi też, że nie ma programu inwestycji w lokalne drogi po 2015 r.

W ramach pierwszego etapu „schetynówek” udało się zmodernizować i wybudować w sumie 8,2 tys. km dróg. Inwestycje kosztowały 6,1 mld zł, z czego aż 2,7 mld zł pochodziło z budżetu państwa. Zgodnie z założeniami, co roku na wsparcie inwestycji infrastrukturalnych miał być przekazywany miliard złotych.

{youtube}gt2gWdI30ak{/youtube} 

Miał być… W 2012 r. rząd rozpoczął nowy program: Bezpieczeństwo – Dostępność – Rozwój, zmieniając zasady przydzielania dofinansowania. Zamiast podziału „50/50”, samorządy miały pokrywać dwie trzecie kosztów inwestycji drogowych. Jednocześnie zadecydowano o znaczącym ograniczeniu środków przekazywanych na program. W 2012 r. była to już tylko piąta część obiecanego miliarda złotych. Wprawdzie w 2013 r. dofinansowanie wzrosło do 500 mln zł, ale w 2014 r. – gdyby nie „podatek leśny” – znów wynosiłoby zaledwie 250 mln zł. Efekt cięć przełożył się także na kilometry wyremontowanych dróg – w 2012 r. było ich 827 km a więc 2,5 razy mniej niż w latach poprzednich. Wygląda na to, że program, dzięki któremu miano „zwiększyć dostępność komunikacyjną ośrodków lokalnych, stymulując jednocześnie ich wzrost gospodarczy i zwiększając szanse rozwojowe, a tym samym wydatnie przyczyniając się do osiągnięcia głównego celu, jakim jest podniesienie poziomu i jakości życia mieszkańców Polski” – za drugiej kadencji rządu Tuska zwyczajnie jest traktowany jak kula u nogi.

 

„Nie” dla ponownej izolacji

– To, że „leśne” dofinansowanie obowiązuje do 2015 r. wcale nie oznacza, że program się skończy. Są różne scenariusze na wsparcie budowy dróg lokalnych. Ja przypuszczam, że to będą stałe środki, np. pozyskiwane z akcyzy od paliw – uspakaja Porawski. Jednym z rozwiązań jest sięgnięcie po pieniądze z funduszy unijnych. Jednak skorzystać z niego będą mogły tylko te samorządy, które zdecydują się na budowę dróg dojazdowych do autostrad i dróg ekspresowych, a jak doskonale wiadomo – jest to tylko kropla w morzu potrzeb samorządowych.

Inne rozwiązania? Wspomniana już akcyza od paliw, zmiana ustawy o subwencji drogowej, która nie objęła dróg gminnych. Władze samorządowe apelują jednak przede wszystkim o ustalenie jasnych zasad dotyczących dofinansowania, a szczególnie terminu wypłaty kwot oraz ich wysokości.

– Powinno być zapewnione stabilne dofinansowanie ze strony rządowej, tak aby samorządy mogły w sposób właściwy planować inwestycje na sieci swoich dróg w poszczególnych latach realizacji Programu – tłumaczy nam Wesołowska-Wujaszek. Eksperci nie mają bowiem wątpliwości: aktualne zasady finansowania dróg tak naprawdę sprzyjają zadłużaniu się samorządów. Jednostki samorządowe, które zaplanowały sobie długoterminowe remonty dróg lokalnych, z powodu obcięcia środków przypłaciły to zadłużeniem w bankach i widmem bankructwa. Jednocześnie opóźnienia w wypłatach spowodowały, że cześć inwestycji, szczególnie w biedniejszych gminach, musiała zostać odłożona na lata kolejne, gdyż mimo spełnienia wszystkich kwestii formalno-prawnych, wykonawca nie byłby w stanie zrealizować zadania do końca roku.

NIK wytyka błędy

Jednakże, jak wskazuje kontrola NIK przeprowadzona wśród 35 zarządców dróg lokalnych – pieniądze to nie wszystko. Kontrolerzy Izby ujawnili liczne przypadki nierzetelnego nadzoru realizacji inwestycji, zarówno na etapie budowy, jak i odbioru. Zarządcy nie dysponowali odpowiednią dokumentacją. W raporcie opisano przypadki, gdy dokumentacja była tworzona tuż przed zaplanowaną kontrolą, albo przedstawiano puste księgi prac z wypełnioną tylko stroną tytułową. Protokoły odbioru inwestycji były zatwierdzane bez weryfikacji i potwierdzenia ich wykonania zgodnie z warunkami określonymi w umowach. W wielu przypadkach nie można się było także doszukać m.in. wyników badań laboratoryjnych, certyfikatów i świadectw, stanowiących podstawę do prawidłowego odbioru i rozliczenia zadań. Kontrolerzy zwrócili uwagę, że te wieloletnie zaniedbania w niedalekiej przyszłości mogą przyczynić się do wystąpienia uszkodzeń całej konstrukcji poszczególnych odcinków dróg, co w efekcie spowoduje, że będą potrzebne nowe środki finansowe na kosztowne naprawy.

NIK wytknął także zarządcom poważne braki w zakresie prawidłowego oznakowania dróg oraz sporządzania projektów stałych organizacji ruchu. 91 procent zarządców nie miało zatwierdzonych organizacji ruchu na wszystkich zarządzanych przez siebie drogach, a u 100 procent (!) ujawniono przypadki ustawienia znaków drogowych niezgodnie z zatwierdzonymi wytycznymi.

Urzędy Wojewódzkie odpierają zarzuty. – Nadzór nad sprawami formalno-prawnymi z ramienia rządu stanowią wprawdzie właściwe urzędy wojewódzkie, ale nadzór bezpośredni zapewnia właściwy zarząd dróg, dlatego pytanie odnośnie nieprawidłowości powinno być skierowane do tych podmiotów – mówi nam Wesołowska-Wujaszek. Ten jednak nie ustosunkował się jeszcze do raportu NIK.

Sama Izba zaapelowała tymczasem do Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju, by „w możliwie najkrótszym czasie zająć się nowelizacją rozporządzenia w sprawie szczegółowych warunków zarządzania ruchem na drogach publicznych oraz wykonywania nadzoru nad tym zarządzeniem. Aktualnie potrzebne jest wypracowanie nowych standardów oraz procedur planowania budżetów oraz realizacji inwestycji drogowych oraz nadzór nad nimi”.

Jednak, jeżeli rząd nie zajmie się sprawą do końca bieżącego roku kalendarzowego, nie ma co liczyć na jakiekolwiek zmiany. W roku 2015 uwaga wszystkich będzie skupiona na zbliżających się wyborach parlamentarnych.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:42

NIE KONTYNUUJMY ILUZJI

Napisane przez

Rozmowa europosłem SLD, ministrem transportu i gospodarki morskiej w latach 1993-97, Bogusławem Liberadzkim

MATEUSZ WEBER: Na początku kwietnia rząd przyjął nowelizację II etapu Narodowego Programu Budowy Dróg Lokalnych. W ostatnim momencie znalazło się dodatkowe 450 mln zł dla samorządów na realizację inwestycji drogowych. Władze gmin i powiatów martwią się jednak, że nie ma wciąż pomysłu na finansowanie programu po 2015 r. Czyżby to miały być ostatnie lata „schetynówek”?

BOGUSŁAW LIBERADZKI: „Schetynówki” to była dobra idea, choć zaczęła ewoluować w kierunku iluzji. Po pierwsze – od razu została zweryfikowana faktyczna kwota dofinansowania. Zarówno inwestor, jak i samorządy, musiały odprowadzać do kasy państwa należny podatek VAT. De facto oznaczało to, że z obiecanych 50 proc. dofinansowania zostawało 27 proc. To była pierwsza taka iluzja. Po drugie – po jakimś czasie zaczęło tych środków brakować. Parę miesięcy temu usłyszeliśmy, że dodatkowe pieniądze na budowę dróg lokalnych zostaną pozyskane z podatku, jakim rząd obciążył Lasy Państwowe. Zgodnie z zapowiedziami jest to kwota na poziomie 800 mln zł. Jednak na początku kwietnia dowiedzieliśmy się, ze nawet tych pieniędzy nie będzie, bo z nich będziemy wspierać rodziny opiekujące się dziećmi niepełnosprawnymi. Po trzecie, należałoby się przyjrzeć regionalnym programom operacyjnym, z których wynika, ze środki zarezerwowane na drogi lokalne zostały zredukowane do kilkunastu procent, podczas gdy wcześniej wynosiły 25-30 proc. ogólnego budżetu.

Czyżby więc „schetynówki” były już niepotrzebne?

Mam wrażenie, że po pierwsze – sama idea stała się niemiła rządowi ze względu na nazwisko bohatera i autora programu. A po drugie: rząd uznał, iż ludzie i tak wiedzą, że „schetynówki” są, i że tak naprawdę nikt nie będzie weryfikował efektów programu oraz ilości środków przekazywanych na jego realizację. Po trzecie, wychodzi na jaw prawda, że państwowy budżet jest niewydolny i wszystkie dodatkowe wydatki trzeba zrzucić na barki samorządów. Ewentualnym wsparciem, ale tylko doraźnym, są lasy państwowe. Ale znów widzimy, że z tych 800 mln zł wziętych w tym roku, część środków już została przekazana na inne cele. Nie wiem, jaki będzie ostateczny rachunek wsparcia rodzin dzieci niepełnosprawnych, ale sądzę, że nie 200 mln zł, a raczej 300-400 mln zł. Musimy bowiem pamiętać, że takie same świadczenia należą się opiekunom niepełnosprawnych osób dorosłych, które też prawdopodobnie zostaną zwiększone kosztem środków na budowę dróg lokalnych.

Czy uważa Pan Minister, że mimo złożonej obietnicy, samorządy nie zobaczą tych 700 mln zł?

Uważam, że niestety, ta kwota będzie znacznie niższa. Jednocześnie musimy pamiętać, iż samorządy teraz znacznie ostrożniej planują jakiekolwiek inwestycje. Najpierw muszą wywiązać się z różnego rodzaju dodatkowych obowiązków i powinności, a potem będą realizować plany budowy dróg. Za przykład służy samorząd mazowiecki, który pod pretekstem – co jest również poniekąd prawdą – „janosikowego”, ponosi obecnie konsekwencje bogatego programu inwestycyjnego. W trudnej sytuacji finansowej znalazło się także kilka gmin – od słynnego już Rewala począwszy – które zainwestowały w przeszłości w NPBDL. Tak więc, obawiam się, że te gminy, które zdecydują się na duże inwestycje drogowe, zgodnie z „dobrą” tradycją panującą w naszym kraju, będą tymi, które najpierw zapłacą z własnej kasy rachunki za realizowane umowy, a potem ucierpią najmocniej, bo tych środków z dofinansowania okaże się ostatecznie znacznie mniej.

Może więc powinno się zwiększyć kwoty dofinansowania? Może obiecany miliard rocznie to zwyczajnie za mało?

Jako człowiek tego sektora, oczywiście zawsze powiem, że powinno być więcej niż ten obiecany miliard. Ale uważam, że za tę kwotę w ciągu roku można dużo dokonać, byleby to było dotowane i konsekwentnie realizowane. Słabością u nas jest to, że się robi jeden fragment drogi, a potem inny, i tak dalej – a nie tworzy się zwartego systemu. Nie wykonuje się naprawy, budowy, remontu drogi od jej początku do końca, tworzy się natomiast niewielką mozaikę z różnych odcinków o bardzo różnych parametrach nacisku na oś. A skąd takie kryteria? Nie zawsze są czysto drogowe. Czasami zdarza się, że dany odcinek naprawiamy jest tylko dlatego, że akurat w tym miejscu mieszka największa liczba potencjalnych wyborców.

Władze samorządowe bronią się przed atakami, twierdząc, że plany inwestycyjne są uzależnione od obowiązującego systemu dystrybucji środków. A ten wyraźnie kuleje. W tym roku pieniądze zostaną przekazane w II kwartale roku…

Mam daleko idące wątpliwości co do zarządzania finansami. Zmusza się samorządy do brania kredytów, przez co podnosi się koszty samych inwestycji, uzależnia samorządy od banków, a w efekcie wszyscy płacimy dużo drożej. Byłoby taniej oraz efektywniej, gdyby pieniądze z budżetu przyszły w porę. Obsługiwalibyśmy te inwestycje, nie płacąc odsetek bankom i jednocześnie nie tworząc, jak to bywa,  rezerwy na pokrycie ewentualnych kosztów, gdyby się okazało, że inwestycja nie przyjdzie w porę. Wszyscy wiemy, jak wyglądają procesy przetargu, uzyskania odpowiednich decyzji lokalizacyjnych. Sami sprawiamy, że nasze własne inwestycje stają się droższe i niejako instytucjonalnie podwyższamy koszty dla budżetu.

Najwyższa Izba Kontroli wyraziła poważne zaniepokojenie brakiem planu dofinansowania programu budowy dróg lokalnych po 2015 r. Czy uważa Pan, że znajdą się pieniądze na kontynuowanie NPBDL w latach późniejszych?

Proponowałbym, by jednak trzymać się daty 2015 r. Jest to rok wyborów parlamentarnych, być może okaże się, że znacznie zmieni się układ sił w parlamencie. Niech nowy rząd wypracuje nowy program, z nowymi zasadami finansowania. Inaczej będziemy wydłużać iluzję. Moim zdaniem, należałoby to zamknąć  i zrobić tylko bilans – co zamierzano, a co de facto wykonano. I pokazać na liczbach, jak nie dotrzymano słowa. A nowa ekipa powinna zacząć wszystko od zera, z czystą kartą, bez dziedziczenia czegoś wypaczonego.

A jak powinien wyglądać ten nowy program dofinansowania? Co należałoby zmienić? NIK proponuje, aby poprawić nie tylko kwestię dystrybucji środków, ale i wprowadzić dodatkowe procedury planowania budżetów oraz realizacji inwestycji oraz nadzoru nad nimi. Jak się bowiem okazuje, samorządy mają problem z zarządzaniem inwestycjami i dopuszczają się licznych uchybień.

Obecnie znajdujemy się w błędnym kole. Być może samorządy mogą mieć pewne niedostatki w tzw. metodologii wypracowywania strategii. Ale z drugiej strony, cóż jest warta strategia, skoro zawodzi system zasilania z budżetu. Możemy wypracować najwspanialszą strategię planowania inwestycji, ale cóż po niej, gdy potem okazuje się, że redukuje się wartości dofinansowania, bo są inne ważne cele, a ponadto – pieniądze są dystrybuowane nie na początku roku, kiedy należy zawierać kontrakty, ale kiedyś tam w przyszłości. Cały rachunek ekonomiczny w tej sytuacji wywracany jest do góry nogami, gdyż trzeba wprowadzić dodatkowy czynnik, czyli koszty kredytu. Kolejnego kredytu, bo samorządy nigdy nie są bez kredytu.

Do tego dochodzą nowe wydatki z nakładanymi kolejnymi zobowiązaniami…

U nas jest tak, że trzeba coś permanentnie zmieniać, a wówczas trudno cokolwiek zaplanować. A to umowa śmieciowa, a to nowe rozporządzenie, że obecnie to samorządy będą płacić składki dla nauczycieli, a tu jakiś szpital – itd., itd. Dlatego na samym końcu obwiniałbym samorządy. Najpierw obwiniałbym rząd i większość parlamentarną. Trzeba zacząć od tych, którzy tworzą warunki dla funkcjonowania samorządów, stad prośba o stabilne reguły.

NIK jednak zarzuca samorządom niegospodarność. Wytyka, że przyjmowane są inwestycje bez sprawdzenia dokumentacji, co w efekcie może powodować, ze za kilka lat znów będziemy remontować te same odcinki dróg, zamiast budować nowe.

W naszym kraju mamy deficyt fachowości. Pamiętajmy, że zarówno w strukturach samorządów, jak i administracji drogowej, mamy – przepraszam za wyrażenie – swoich „zaufanych ludzi”. Począwszy od Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Jeszcze do niedawna mieliśmy w całej dyrekcji tylko jednego inżyniera-drogowca, wszyscy pozostali pochodzili spoza środowiska. Miało to zagwarantować, że nie będą skażeni zaszłością tego sektora, i – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – będą sprawniejsi, efektywniejsi i wydajniejsi. Problem w tym, że nie posiadali oni odpowiedniej wiedzy, nie wiedzieli, co to znaczy droga, budowy drogi, jak radzić sobie z niedoborem materiałów, ani jak wybrać odpowiedniego wykonawcę itd. Ponownie wracamy więc do braku wyznaczonych reguł gry. Naturalnie w wielu samorządach może i są popełniane błędy, ale jak podkreślam – zacząłbym porządkowanie sprawy od samej góry, a nie schodzenia na dół. Bo samorządy są samorządami: wcale nie jest łatwo zmusić burmistrza, wójta  do takiej czy innej polityki kadrowej. Zwłaszcza, skoro taki przykład idzie z samej góry.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:40

SKARBONKA BEZ DNA

Napisane przez

Krajowy Fundusz Drogowy (KFD) miał rozwiązać infrastrukturalne kłopoty Polski, pozwalając zbierać środki na ich budowę i remonty. Ostatecznie stał się skarbonką, do której rząd może sięgać w dowolnej chwili, by załatać powstałą gdzieś dziurę.

Ubiegłoroczne wpływy do KFD sięgnęły sumy niemal 13,2 mld złotych. Na tę sumę złożyły się opłata paliwowa (prawie 3,6 mld zł), refundacja wydatków poniesionych na inwestycje współfinansowane z budżetu UE (niemal 5,3 mld – lwia część z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko plus 81,7 mln zł – z Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej), wpływy z kredytów Europejskiego Banku Inwestycyjnego (ciut ponad 2,6 mld zł) oraz środki pozyskane w ramach systemu koncesyjnego (ok. 1,5 mld zł).

Można by rzec, że miliardy te nie zagrzały zbyt długo miejsca w odpowiedzialnym za KFD Banku Gospodarstwa Krajowego. Ubiegłoroczne wydatki Funduszu przewyższyły bowiem wpływy – wyniosły łącznie mniej więcej 14,27 mld zł, z czego większość stanowiły płatności z tytułu inwestycji realizowanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad.

Problem w tym, że ta przeszło miliardowa różnica w bilansie KFD to jedynie wierzchołek góry lodowej. W połowie ubiegłego roku szacowano, że zobowiązania Funduszu stanowią już około 41 mld złotych.  Sytuację ratowała – do pewnego stopnia, oczywiście – uchwalona wówczas nowelizacja ustawy o autostradach płatnych i Krajowym Funduszu Drogowym (oraz drugiej, o drogach publicznych), pozwalająca spłacać długi Funduszu poprzez zaciąganie nowych kredytów i pożyczek. Błędne koło, fakt: ale tymczasowo załatwiono problem bieżących przepływów finansowych – na rok bieżący wypadał bowiem termin wykupu obligacji. Z odsetkami, bagatela, 8,5 mld zł, z których półtora miliarda po prostu w kasach BGK nie było. Dzięki rolowaniu długów i wprowadzeniu „bardziej elastycznego korzystania z pieniędzy funduszu”, np. z pieniędzy pobieranych w ramach e-myta, dziurę załatano.

Ale czy na długo? Im szybciej udaje się załatać dziurę, tym szybciej okręt znowu zaczyna przeciekać. Próbkę dostaliśmy pod koniec marca, gdy okazało się, że ministerstwo pracy i polityki społecznej, chroniąc rezerwę budżetową, chce „wyjąć” z Funduszu 180 mln złotych – i przekazać je na świadczenia dla rodziców niepełnosprawnych dzieci. Najważniejszy jest człowiek, oczywiście. Problem w tym, że takie praktyki wchodzą w krew, a następną „górkę” nie trzeba będzie długo czekać – w 2018 r. na wykup obligacji Fundusz będzie musiał przeznaczyć aż 13 mld złotych. A skoro już o człowieku mowa – niewyremontowane, rozjechane drogi też zbierają swoje ponure żniwo. Prawie 35,5 tysiąca wypadków, do jakich doszło w ubiegłym roku, nie da się zrzucić wyłącznie na nieuwagę czy nadużywanie alkoholu przez kierowców.

Poza „przesunięciami” ordynowanymi na wniosek poszczególnych resortów, KFD zagraża też system realizacji budowy autostrad w Polsce. Zgodnie z danymi GDDKiA, kilometr autostrady w Polsce kosztuje w przybliżeniu 9,6 mln euro. – Niemal tyle samo, co europejska średnia wynosząca 10 mln euro za kilometr – dorzuciła w ubiegłorocznym oświadczeniu Dyrekcja. Tyle że dane – publikowane przez tę samą instytucję! – odbiegają od tego obrazka. Cena kilometra autostrady w dalece bogatszych od nas Niemczech sięga 8,24 mln euro, Czesi płacą 8,86 mln euro, Słoweńcy – 7,29 mln euro, Hiszpanie – 6,69 mln euro, Duńczycy – 5,89 mln euro, Litwini – 4 mln euro. Od średniej odbiegają najbogatsze państwa zachodnie: Holandia (50 mln euro), Austria (12,87 mln euro) czy Norwegia (18 mln euro). Tyle że pierwszy z tych krajów leży na podmokłej depresji, drugi – w Aplach, przez które trzeba by się przebić, a trzeci – na dalekiej północy, pośród gór i dominujących przez znaczną część roku wyjątkowo niskich temperatur.

Uruchamiając KFD w 2004 r. politycy mieli nadzieję na stworzenie prostego samonapędzającego mechanizmu: pieniądze od kierowców (w uproszczeniu rzecz ujmując) posłużą do stworzenia serca pompującego środki w rozbudowę infrastruktury. 80 proc. stałych wpływów z opłaty paliwowej od paliw silnikowych i gazu do napędu pojazdów, środki pobierane przez GDDKiA z tytułu płatności dokonywanych przez operatorów autostrad płatnych oraz opłat za dokumentacje przetargowe, plus dodatkowe środki (oprocentowanie lokat i depozytów, wpływy z opłat i kar) – ta góra pieniędzy miała oliwić system. Ale system najwyraźniej się zaciął: nie dość, że znaczna część najcięższych pojazdów omija płatne drogi, kiedy tylko może, to jeszcze odpowiedzialność za nagle zatłoczone boczne drogi jest przerzucana na samorządy.

Trwa więc desperackie poszukiwanie nowych źródeł dochodów: do Funduszu mają trafiać teraz wpływy z mandatów. Tyle że chodzi o kwotę rzędu 70 mln złotych, a więc kroplę w morzu potrzeb. Co gorsza, lepszego pomysłu nikt chyba w tej chwili nie ma. – Kwota ta zostanie użyta jako dźwignia do zdobycia kolejnych funduszy – zapewnia resort finansów. Cóż, gdyby udałoby się rozmnożyć kilkadziesiąt milionów do poziomu kilku miliardów, mielibyśmy pewniaka w wyścigu o ekonomicznego Nobla.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:28

NIC O NAS BEZ NAS

Napisane przez

Pozyskiwanie funduszy unijnych na lokalne inwestycje i uchwalanie sensownych przepisów prawnych – tego oczekujemy od naszych przedstawicieli w Brukseli. Co jednak rzeczywiście posłowie do Parlamentu Europejskiego mogą zrobić dla swoich małych ojczyzn?

Tylko jeden na czterech lokalnych włodarzy twierdzi, że samorząd, który reprezentuje, współpracuje z posłem lub posłami do Parlamentu Europejskiego – wynika z internetowej ankiety, którą Instytut Spraw Publicznych (ISP) i Związek Miast Polskich (ZMP) przesłały w ubiegłym roku do 2809 jednostek samorządu terytorialnego wszystkich szczebli. Trzech na dziesięciu (29 proc.) respondentów nie dostrzega takiej współpracy, a prawie połowa (46 proc.) nie ma w tej sprawie zdania. Zwłaszcza ten ostatni odsetek może świadczyć o tym, że posłowie do PE nie są znani urzędnikom samorządowym.

Inne zeszłoroczne badanie ISP pokazuje, że również statystyczny Kowalski nie zna eurodeputowanych (nawet tych, którzy pochodzą z jego regionu). 70 proc. Polaków nie potrafi wymienić z nazwiska choćby jednego europosła. Pozostali wskazywali najczęściej byłego premiera Jerzego Buzka. Zapewne z racji pełnienia przez niego przez pół kadencji prestiżowej i ważnej funkcji – przewodniczącego PE. Ale dalej było już tylko gorzej – na kolejnych dwóch pozycjach znaleźli się posłowie znani głównie z brylowania w mediach, którzy nie splamili się nadmierną pracowitością w europarlamencie. Najskuteczniejsi w społecznej świadomości niemal nie zaistnieli.

Czyżby przedstawiciele Polski w Brukseli zapomnieli o tym, skąd się wywodzą i dzięki czyim głosom dostali się do europarlamentu? Czy tak niewiele robią dla swoich regionów, że zasłużyli na kompletny brak zainteresowania ze strony ich mieszkańców?

– Na szczęście, aż tak źle nie jest. Wielu europarlamentarzystów nigdy nie zapomniało o długu wdzięczności, który powinni spłacać swym małym ojczyznom. Pokazują innym członkom europarlamentu, że nawet setki kilometrów od swych rodzinnych stron są użyteczni dla kraju i samorządów – mówi Magazynowi Samorządowemu GMINA Andrzej Porawski, dyrektor Biura ZMP.

Bój nie tylko o kasę

A jak konkretnie deputowani mogą służyć swym lokalnym społecznościom? Adam Aduszkiewicz, prezes Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, uważa, że nie tak należy stawiać pytanie. Jego zdaniem, do kompetencji europosłów nie należy zajmowanie się tym, co zostawili w Polsce. Powinni myśleć globalnie – o Europie, o miejscu Unii w świecie, o tym, co ostatecznie przyniesie pomyślność jej poszczególnym krajom i regionom – zarówno takim, jak hiszpańska Katalonia, czy francuska Bretania, jak i naszym Kaszubom.

– Gdyby nasi ludzie w Brukseli dbali przede wszystkim o swe małe ojczyzny, mielibyśmy do czynienia z patologią podobną do tej, która doprowadziła kiedyś Rzeczpospolitą do upadku. Mam na myśli tzw. instrukcje, które w XV–XVIII wiekuwydawały wybranym przez siebie posłom sejmiki ziemskie. Określały one, jak ci przedstawiciele szlachty z danego terenu czy województwa mają postępować i głosować na sejmie walnym– tłumaczy w rozmowie z Magazynem Samorządowym GMINA Aduszkiewicz.

Posłowie, który działali sprzecznie z tymi wytycznymi, nie byli wybierani następnym razem. Zatem wielu z nich, w obawie o swe polityczne kariery,przedkładało partykularneinteresy określonych ziem nad dobro całego kraju. Wiążący charakter instrukcji zniosła dopiero Konstytucja 3 maja(1791 r.). Za późno. W 1793 r., w wyniku klęski odniesionej przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w wojnie z Rosją, toczonej właśnie w obronie Konstytucji, doszło do drugiego rozbioru Polski.

– O dobro lokalnej społeczności powinien zabiegać wójt, burmistrz lub wojewoda. Natomiast zadaniem eurodeputowanych jest troska o Unię, o jej właściwą organizację, zdrowe funkcjonowanie i uchwalanie dobrego prawa, a nie takich idiotyzmów, jak normy regulujące kształt banana – argumentuje prezes Aduszkiewicz. Trochę inaczej widzi sprawę prof. Bogusław Liberadzki, eurodeputowany z Sojuszu Lewicy Demokratycznej (SLD). Niedawno na antenie Radia Szczecin podkreślał, że po to mamy samorząd, by się zajmował interesami gmin, powiatów i województw. Ale dodawał też, że ochrona tych interesów odbywa się w uwarunkowaniach europejskich. To zaś stwarza pole do popisu posłom do PE. Jak wyjaśniał, każdy region musi mieć porządne drogi, odpowiednią linię kolejową czy – jak w przypadku szczególnie bliskiej mu Ziemi Szczecińskiej – dobry dostęp do morza. W przeciwnym razie pozbawiony jest szans na rozwój. „Rolą deputowanych jest pomóc takiemu regionowi wyjść z wykluczenia, stagnacji i marazmu. A następnie sprawić, by na mapie Europy stał się rozpoznawalny, a nawet więcej: atrakcyjny” – klarował.

Na pytanie dziennikarza, czy jako europoseł dysponuje niezbędnymi do tego narzędziami, prof. Liberadzki odpowiedział stanowczo: „Nie tylko mam takie instrumenty, ale też udowodniłem, że umiem ich używać”. Na potwierdzenie wskazał budowaną właśnie drogę S3 oraz korytarz Adriatyk-Bałtyk, którego częścią po latach zabiegów stały się we wrześniu ubiegłego roku Szczecin, Świnoujście i Zachodnie Pomorze. Za duży sukces uważa również linię kolejową Poznań-Berlin. Wszystkie te przedsięwzięcia finansowane są przez UE.

Członkowie europarlamentu – zdaniem przedstawiciela SLD – walczą o inwestycje niezbędne w poszczególnych regionach, lecz ich zaangażowanie ujawnia się także w sferze prawnej. Uświadamiał, że 60 proc. obowiązującej w Polsce legislacji powstaje w Brukseli. A na jej kształt duży wpływ mają nasi eurodeputowani. Jako przykład podawał projekt rozporządzenia Komisji Europejskiej (KE), nazywanego regulacją portową. KE zakładało poważną ingerencję w swobodę działalności gospodarczej spółek portowych. „Moją rolą było doprowadzić do odrzucenia regulacji portowej. Udało się” – cieszył się w szczecińskim radiu Bogusław Liberadzki.

Skutecznym posłem jest również Jan Olbrycht, który już po raz drugi w PE reprezentuje Platformę Obywatelską. Pochodzący z Rybnika polityk uważany jest za jednego z najlepszych w Unii Europejskiej specjalistów w dziedzinie unijnej polityki regionalnej oraz wykorzystania funduszy UE przez regiony i samorządy krajów członkowskich. W marcu tego roku odebrał w Brukseli nagrodę MEP Awards 2014 w kategorii „Zrównoważone środowisko zurbanizowane” (Sustainable Built Environment). Nie mniej jednak ceni statuetkę „Hanysów” przyznawaną osobom i instytucjom zasłużonym dla Śląska. Dostał ją w 2011 r. za „wysoką kulturę polityczną”. Droga jego sercu jest również statuetka „Zasłużony dla Polskich Regionów”, którą w 2012 r. uhonorował go Związek Województw RP – za wieloletnią pracę na rzecz Śląska i innych regionów kraju. Wykonywał ją m.in. jako burmistrz Cieszyna (1990-1998), marszałek województwa śląskiego (1998-2002), członek zarządu Rady Polityki Regionalnej Państwa (2002-2004), a od 2004 r. jako poseł do Parlamentu Europejskiego.

– Posłowi Olbrychtowi zawdzięczamy unowocześnienie Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Zmiany są korzystne dla naszych jednostek samorządu terytorialnego. Wszystkie polskie województwa, z wyjątkiem mazowieckiego, zostały uznane za mniej rozwinięte, co wiąże się z wyższym finansowaniem inwestycji przez UE – chwali Andrzej Porawski.

Według Ryszarda Czarneckiego, posła do PE z ramienia Prawa i Sprawiedliwości (PiS), eurodeputowany może być dla samorządów lobbystą w dobrym znaczeniu tego słowa.

–Niekoniecznie oznacza to, że będzie wydeptał dla tej czy innej gminy lub powiatu dodatkowe pieniądze. Nie tak to działa. Może za to wspierać działania danego regionu, bo na tym poziomie fundusze UE są załatwiane – mówi GMINIE polityk.

Jak zaznacza, polscy posłowie wiele mogliby się nauczyć w tej dziedzinie od swych kolegów z Niemiec. – Aż miło patrzeć, jak doskonale współpracują oni z biurami poszczególnych landów niemieckich, które działają w Brukseli. To sytuacja wręcz modelowa – zachwyca się Czarnecki.

Nasze samorządy również mają swe przedstawicielstwa przy PE. Tyle że – zdaniem przedstawiciela PiS – nie są one jeszcze dość aktywne, co wynika głównie z ograniczeń finansowych i kadrowych. – Polskie biura regionalne w Brukseli często mają bardzo małą obsadę personalną w porównaniu z biurami innych krajów. A szkoda, bo na promocję, propagandę, właściwie pojęty lobbing, nie należy żałować pieniędzy – przekonuje Czarnecki.

Gdzie Bruksela, a gdzie Jasło?

– Niektórzy wybrańcy narodu w Brukseli zapominają o Polsce, a cóż dopiero mówić o regionie, czy miejscowości, z której pochodzą. O Europę też nie dbają, tylko o własną kieszeń – uśmiecha się Adam Aduszkiewicz.

Andrzej Porawski jest jednak optymistą. Jak twierdzi, w Parlamencie Europejskim w coraz większym stopniu uwzględniane jest zarówno stanowisko naszego rządu, jak i interes gmin, powiatów, województw. Świadczy o tym chociażby unijna dyrektywa dotycząca zamówień publicznych: na jej ostateczny kształt duży wpływ miały sugestie lokalnych włodarzy.

– Posłowie z Brukseli nie tylko o nas pamiętają, ale też konsultują z nami wszystkie decyzje dotyczące regionów – kwituje przedstawiciel Związku Miast Polskich.

czwartek, 24 kwiecień 2014 21:24

ROZMOWA Z MIESZKAŃCAMI NIGDY NIE BYŁA PROBLEMEM

Napisane przez

Rozmowa z Mariuszem Walachnią – wójtem Bliżyna, w powiecie skarżyskim, w województwie świętokrzyskim

ANNA CEBULA: Kim jest obecny wójt Bliżyna?

MARIUSZ WALACHNIA: Urodziłem się w 1973 roku. Jestem rodowitym bliżynianinem, tutaj się wychowałem. Objąłem urząd wójta w 2008 r. po śmierci poprzednika. Wcześniej zajmowałem w gminie stanowisko sekretarza. Ukończyłem Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie.

Znajduje pan czas dla mieszkańców? Mają szansę powiedzieć panu, że w chodniku jest dziura?

Nigdy nie miałem problemu z kontaktem z mieszkańcami. Wprawdzie w urzędzie wisi tabliczka z informacją, kiedy przyjmuję interesantów – bo to nasz obowiązek, żeby ją wywiesić – natomiast w rzeczywistości drzwi są otwarte przez cały czas. Więc jak ktoś przyjdzie, to może się ze mną spotkać. Często ludzie czekają na mnie już przed urzędem, więc – już idąc z parkingu – załatwiam ich sprawy.

Poza tym mieszkańcy angażują się w sprawy swoich wsi. Istnieje tu sporo stowarzyszeń i staram się uczestniczyć w ich działaniach. Przy orlikach powstała liga gminna, w której gra dwanaście drużyn. Choć osobiście trochę odpuściłem piłkę nożną i gram tylko w tenisa, ale wciąż staram się przynajmniej być na rozgrywkach. Powstały cztery kluby seniora, w każdej „parafii” w sensie terytorialnym – i to się fajnie rozwinęło. Na rozruch pozyskaliśmy pieniądze z programu integracji społecznej, natomiast teraz funkcjonuje to samodzielnie, bez wsparcia funduszy unijnych.

Myślę, że jestem otwartym człowiekiem. Wiele osób jest ze mną na ty, chociażby z racji tego, że wychowałem się w tej miejscowości.

W rankingu miast o największym i najmniejszym przychodzie podatkowym na jednego mieszkańca, Bliżyn zajmuje…?

Około 2200. pozycję, a kwota, jaką każdy z nas wnosi do budżetu, to około 637 złotych.

Na jakim poziomie utrzymuje się przy tym stopa bezrobocia?

Ostatnie dane mówią o 25,7 procentach w powiecie. Jest to, niestety, najwyższy wskaźnik w województwie świętokrzyskim.

W jakich branżach mieszkańcy gminy mają największą szansę znaleźć pracę?

Zapewnia ją przede wszystkim sektor publiczny, czyli szkoły, urząd gminy, ośrodek zdrowia, ośrodek kultury. Następnie, miejsca pracy tworzą też dwie duże firmy prywatne. Jedna z nich specjalizuje się w produkcji chemii budowlanej, czyli farb, lakierów, rozpuszczalników. Pracuje w niej około pięćdziesięciu osób. Druga firma, z branży motoryzacyjnej, produkująca części samochodowe, zatrudnia podobną liczbę osób.

Dodatkowo, działa tu również duża firma specjalizująca się w instalacjach elektrycznych. Pokaźny sektor stanowią też zakłady przerabiające drewno – zakłady usług leśnych i tartaki oraz producenci mebli. Wiąże się to z faktem, że gmina zajmuje trzecie miejsce pod względem lesistości w Polsce. Na jej terenie znajdują się aż trzy nadleśnictwa, wyodrębniono cztery obszary Natura 2000 i kilka rezerwatów. W jakimś stopniu sąsiedztwo tych stref hamuje inwestycje i budowę – ale w związku z tym nie ma tu żadnego przemysłu ciężkiego. Dawniej istniał Polifarb w Bliżynie, ale upadł, a teren został sprzedany przez syndyka, a obecna działalność zlokalizowanych tam firm nie jest uciążliwa dla środowiska. Bliżyn to bardzo czysta gmina, a rzeka Kamienna, która przez nią przepływa, wyróżnia się czystością wód pierwszej klasy.

Czy są szanse na pojawienie się nowych przedsiębiorców? Co gmina robi, by ich znaleźć i zachęcić do inwestycji w Bliżynie?

Gmina ma powierzchnię 140 kilometrów kwadratowych, na której rozrzucone są dwadzieścia trzy wsie. Najwięcej jednak jest tu lasów. Te obszary, które miały jakieś przemysłowe tradycje, mają jednak jeszcze rezerwy, by prowadzić na nich działalność gospodarczą.

Urząd prowadzi przyjazną przedsiębiorcom politykę niskich podatków, do których zaliczają się podatki od nieruchomości i środków transportowych. Stosujemy ją od lat, ale już np. sąsiednie miasto – Skarżysko-Kamienna – ma podatki wyższe przynajmniej o dwadzieścia pięć procent. Staramy się też robić plany zagospodarowania przestrzennego, co stanowi duże ułatwienie dla przedsiębiorców – zostały one sporządzone dla prawie połowy obszaru gminy.

Budowa kanalizacji również ułatwia rozwój działalności gospodarczej, przynajmniej w głównych miejscowościach gminy, do tej pory związanych z przemysłem. Jest też dość bardzo dobra komunikacja: przez Bliżyn biegnie linia kolejowa, a miejscowość leży w odległości 150 kilometrów od Warszawy i Krakowa oraz Łodzi i Lublina. Możliwości wydają się być spore.

Zauważył pan napływ przedsiębiorców do gminy?

Mimo ogólnego marazmu, pojawiło się jednak kilka zwiastunów pozytywnych zmian. Jeden z przedsiębiorców z innej gminy kupił działkę od prywatnej osoby i zamierza przenieść tutaj swój zakład, również bazujący na eksploatacji drewna. Myślę, że w tym roku nabywców znajdzie również siedem hektarów terenu, w całości uzbrojonego, po byłym Tartaku w Wojtyniowie.

Może szansą na rozwój są turyści? Co Bliżyn może im zaproponować?

Na terenie gminy jest kilka rezerwatów – w tym „Świnia Góra”, prawdopodobnie jedno z nielicznych miejsc w Polsce, w których człowiek nie ingerował od dwustu lat. Wydaliśmy poświęcony temu miejscu album, który zawiera opracowania naukowców – zachwyconych tym miejscem.

Są też rezerwaty przyrody nieożywionej: „Piekło Dalejowskie”, czy „Brama Piekielna”. Atutem są rzeki, które przecinają gminę w kierunku od zachodu na wschód i wpływają do rzeki Kamiennej, w dolinie której leży gmina. Wokół są niekończące się lasy. Do tego jest masa ścieżek rowerowych, szlaków. W tej chwili wybudowaliśmy dwanaście punktów rekreacji i wypoczynku. Powstaje też projekt „Piekielny Szlak” – zakładający wytyczenie przez obszar gminy kilkunastokilometrowego traktu z miejscami do wypoczynku, sięgającego aż do województwa łódzkiego.

Od dwóch lat otwarty jest – odbudowany po powodzi – Zalew w Bliżynie. Przy akwenie jest deptak z lampami, ławeczkami, koszami, jest też kąpielisko piaszczyste, plac zabaw, boisko do siatkówki plażowej, parking. W planach jest też dobudowa parku gimnastycznego na powietrzu. W tym punkcie początek brać będą trzy szlaki nordic walking.

Poza tym, jest tu również kilka gospodarstw agroturystycznych, które polecam turystom – a ostatnio doszła, powiedziałbym: perełka. „Jesienne Liście” to z założenia miejsce przeznaczone dla wypoczynku osób starszych. Jest w nim spa i całe centrum rehabilitacyjne. Może to być szpital geriatryczny na miarę XXI wieku – bo posiada pełne wyposażenie nie tylko dla osób starszych, ale również kuracjuszy po udarach, a także zwykłych turystów, którzy mogą po prostu wynająć pokój, jak w hotelu. Obiekt ma w sumie 120 miejsc z dużą jadłodajnią. Placówka ta ma szanse stać się wizytówką naszej gminy.

Czym Bliżyn może zasłynąć w innych regionach Polski?

Chcemy być takim przyjaznym miejscem do zamieszkania. Mamy rozwiniętą sieć dróg, która umożliwia bezproblemowe poruszanie się po gminie. Tam, gdzie tylko jest możliwość dojazdu, tworzymy plany pod budownictwo mieszkaniowe. Natomiast naszą wizytówką, o czym już wcześniej wspominałem, jest Zalew Bliżyński. Sztandarową imprezą od kilku już lat jest z kolei „Przystań Bliżyn”. W ramach tego projektu wypromowaliśmy walory historyczne naszej gminy, związane z 600-leciem bitwy pod Grunwaldem. Król Jagiełło, podczas wyprawy na Grunwald, nocował w naszych okolicach, co zostało opisane w „Diariuszach historycznych” Jan Długosza.

Inną imprezą promującą gminę była „Glina i tkanina”: ze względu na nasze bardzo bogate tradycje, jeśli chodzi o rękodzieło artystyczne w zakresie rzeźbiarstwa, garncarstwa czy tkactwa. W tej chwili czynnych jest kilka warsztatów, a w przyszłości nawet zamierzamy przekształcić jedną ze wsi, liczącą dzisiaj 70 mieszkańców, w takie żywe muzeum garncarstwa. Planujemy wykupić opuszczony warsztat i wygospodarować miejsce na parking, by mogły tam przyjechać dzieci, np. na naukę lepienia garnków, kręcenia kołem. W założeniu ma powstać takie miejsce, gdzie można zatrzymać się na dłużej.

Czy Bliżyn jest w jakiś sposób promowany?

Wydajemy folder dotyczący naszej gminy, w trzech wersjach językowych. Był on już kilkakrotnie wznawiany. „Przystań Bliżyn” ma swoją odrębną stronę internetową. Powstała też pokaźna, kilkusetstronicowa monografia „Dzieje Bliżyna” w twardej oprawie. Gmina dysponuje mapami turystycznymi, albumami. Działamy w Lokalnej Grupie Działania „U Źródeł” – i w ramach tej grupy co roku promujemy Bliżyn na odbywających się w kwietniu targach Agro Travel w Kielcach.

Udało się Panu przeprowadzić w tej kadencji znaczące inwestycje?

Pierwsza, która przychodzi mi na myśl, to była kanalizacja: rzecz pilna z racji położenia Bliżyna w dolinie i w otoczeniu lasu, co oznacza też, że mamy dużo wody. Pod tym względem w gminie były duże zaniedbania. Dwa lata temu udało się też wybudować, całkowicie od podstaw, oczyszczalnię ścieków. Do tej pory w gminie nie było takiego obiektu. Jest to oczyszczalnia bardzo zaawansowana technologicznie, działa praktycznie bez udziału człowieka. Jedna osoba pracuje przy niej osiem godzin. Oczyszczalnia jest monitorowana, więc gdyby działo się coś niepokojącego, obsługę wzywa system monitorujący.

Budowa oczyszczalni i pierwszy etap kanalizacji, obejmujący dwie największe wsie, pochłonęły w sumie ponad dziesięć milionów złotych. W tym momencie rozpoczął się drugi etap kanalizacji, w którym przewidziana jest budowa dwudziestu kilometrów sieci za ponad siedem milionów złotych.

Dodam też, że Bliżyn to, w sumie, taki rzadki przypadek – nie ma tu zakładu komunalnego. Jego funkcję przejęła gmina. Ale dzięki temu chyba nigdzie w województwie świętokrzyskim nie ma tak niskich cen wody i ścieków – 1,5 zł za metr sześcienny wody, plus 8 procent VAT oraz 3,5 zł za ścieki.

Kolejna duża inwestycja, o której już wspominałem, to oddany w 2012 r. Zalew Bliżyński. Na jego rewitalizację wydaliśmy ponad siedem mln zł. Poza tym mamy dwa kompleksy ORLIK, a także odnowiliśmy centrum Bliżyna – część historyczną tego terenu wokół Zameczku. Powstały też place zabaw i obiekty małej infrastruktury do wypoczynku. Z dużych przedsięwzięć: w 2010 r. dzięki dotacjom unijnym udało się również przywrócić przedszkole, do dzisiaj funkcjonujące ze środków UE. Po piętnastu latach przerwy przedszkole znowu jest w naszej gminie! Może z niego korzystać 66 dzieci w Bliżynie lub w filii w Mroczkowie. W Bliżynie są też cztery szkoły podstawowe, w tym jedna społeczna. Udało się ją przekształcić, co warto podkreślić, bez żadnych lokalnych wojen.

Czy jest coś czego nie udało się zrobić w tej kadencji?

Myślę, że to, co zostało zaplanowane, udało się przeprowadzić z naddatkiem.

Jakimi sprawami zamierza się pan zająć w przyszłości?

Ważnym zadaniem jest budowa pełnowymiarowej hali sportowej, o ile gmina będzie w stanie podołać takiej inwestycji finansowo. Konieczna jest też termomodernizacja obiektów szkolnych. Ale najważniejszym zadaniem będzie dalsza kanalizacja gminy.

Czuje pan już gorączkę zbliżających się wyborów samorządowych?

Ja, osobiście, jeszcze nie. W poprzednich wyborach byłem jedynym kandydatem. W radzie również panuje spokój: nie ma ani koalicji, ani opozycji. Radni nastawieni są na pracę, a nie na walkę między sobą, jak to się dzieje w innych gminach, gdzie połowę energii spala się na spory. Nas to na szczęście nie dotyczy.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY