Wydawnictwo Publicus Sp. z o.o.
04-260 Warszawa, ul. Jedwabnicka 1
tel/fax: +48 22 610 10 99 w. 26
Bank Zachodni WBK SA XVII Oddział Warszawa 
08 1090 1753 0000 0001 1981 0954

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 64.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 65.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 47.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 53.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 51.

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 58.

Marzec 2014

Marzec 2014 (12)

wtorek, 25 marzec 2014 21:10

LEPIEJ DECYDOWAĆ SAMEMU

Napisane przez

Czy to możliwe, by mieszkańcy sami decydowali o wydatkach z budżetu miasta? Jak najbardziej. Po raz pierwszy spróbowano tego w brazylijskim Porto Alegre w 1989 roku. Pomysł dobrze się sprawdzał – i budżet obywatelski (nazywany także budżetem partycypacyjnym) zaczęto wprowadzać także w innych miastach w Brazylii i na świecie. Od kilku lat zyskuje również na popularności w naszym kraju.

Pionierem pod względem wprowadzania budżetu obywatelskiego w Polsce był Sopot. W 2011 roku jego mieszkańcy zadecydowali, na co wydać 5 mln zł – czyli ponad 1 proc. wydatków z budżetu miasta. Była to pierwsza próba i sprawdzian całej procedury, która w kolejnych latach miała być usprawniana.

Zawrotna kariera

Po Sopocie próby skonstruowania budżetu obywatelskiego podjęło kilka innych dużych miast. Prowadzono je m.in. w Poznaniu, Łodzi, Rzeszowie, Tarnowie, Wrocławiu czy Elblągu. Wbrew obawom sceptyków, mieszkańcy miast unieśli ciężar odpowiedzialności i swoimi pieniędzmi dysponują bardzo rozważnie. – Doświadczenia miast, które dały obywatelom możliwość decydowania o wydatkach, są bardzo budujące. Ludzie nie chcą jakichś nieistotnych i nikomu niepotrzebnych, ale bardzo konkretnych rzeczy, które poprawiają jakość ich życia. Dlatego na przykład autorzy i autorki Obywatelskiej Strategii Konina 2013-2020, która ma być wdrażana, chcą, by do 2018 roku wszystkie wydatki inwestycyjne zależały od decyzji obywateli. Warto też brać przykład z Łodzi, gdzie prace nad budżetem na 2014 rok zaczęto już pod koniec 2012 roku – mówiła w jednym z wywiadów Joanna Erbel, socjolog zajmująca się problematyka miast.

– Oczywiście z jednej strony możemy narzekać, że mamy w Polsce niski poziom aktywności społecznej. Spójrzmy jednak na drugą stronę: budżety partycypacyjne zrobiły w Polsce oszałamiającą karierę. Gdyby jeszcze trzy lata temu spytać kogoś o budżet partycypacyjny, popukałby się w głowę i zaczął uzasadniać, że nie jesteśmy na to gotowi, ludzie są nieodpowiedzialni i nikt nie będzie chciał się tym zajmować. Dzisiaj to rozwiązanie działa w kilkunastu dużych miastach. Odważnie poczynają sobie też małe ośrodki, które mają większą skłonność do eksperymentowania – zachwalała. Wtórował jej Jarosław Makowski, szef Instytutu Obywatelskiego, ośrodka badawczo-analitycznego, który jest zapleczem eksperckim Platformy Obywatelskiej. – Jeżeli ludzie dostają możliwość decydowania, na co mają iść pieniądze, to okazuje się, że wcale nie chcą żadnych aquaparków, ale chcą rzeczy niskobudżetowych, które podnoszą jakość życia. To są place zabaw na osiedlach, siłownie pod chmurką, ścieżki rowerowe, oświetlenie w parkach – mówił.

Dodatkowo, zdaniem Makowskiego, budżet partycypacyjny jest elementem, który angażuje ludzi do działania – jest zatem remedium na niechęć do aktywności społecznej. – Przecież o to chodzi w Polsce samorządowej – żeby ludzie się „samorządzili", bo oni najlepiej wiedzą, co jest problemem na ich osiedlu, w ich gminie, powiecie czy mieście. Narzędziem do tego „samorządzenia się", bardzo dobrym i skutecznym, jest właśnie budżet partycypacyjny – uważa Makowski. Opinię tę potwierdzają zresztą liczby. W głosowaniu nad tegorocznym budżetem obywatelskim Poznania wzięło 88 tysięcy osób, czyli ponad cztery razy więcej niż nad poprzednim. – Frekwencja przekroczyła nasze oczekiwania i świadczy o pozytywnym odbiorze budżetu obywatelskiego przez mieszkańców miasta. Obawialiśmy się, że będzie głosowało mniej osób niż przed rokiem – nie ukrywał zadowolenia Ryszard Grobelny, prezydent Poznania.

Łatwiej, niż się wydaje

Wbrew pozorom, aby wprowadzić budżet obywatelski w polskim mieście lub wsi, nie potrzeba nowego prawa. Wystarczy jedynie dobra wola prezydenta miasta (wójta lub burmistrza) i rady gminy. Od strony formalnej wygląda to tak, że przeprowadzane są konsultacje w sprawie wydatków z budżetu miasta, z jedną, istotną różnicą w stosunku do zwykłych konsultacji ‒ prezydent i rada gminy deklarują, że projekty wybrane przez mieszkańców zostaną zrealizowane. Wszystko opiera się zatem nie na regulacjach ustawowych, lecz na wzajemnym zaufaniu pomiędzy mieszkańcami, a ich przedstawicielami (co jest zresztą cenne samo w sobie).

W ramach budżetu obywatelskiego mieszkańcy mogą nie tylko wybierać najlepsze projekty, ale także zgłaszać ich propozycje. Takie propozycje wypracowuje się na spotkaniach mieszkańców na przestrzeni nawet kilku miesięcy, a pod koniec roku poddaje się je pod głosowanie. Na przykład w Rzeszowie na ten rok mieszkańcy zgłosili 197 pomysłów. 12-osobowa komisja złożona z radnych i urzędników odrzuciła 95 takich, które nie spełniały wymogów formalnych. Na początku stycznia br. pod głosowanie trafiły 102 zadania. Kwalifikacje trwały do 15 stycznia. Głosować można było w ratuszu, w siedzibach rad osiedli, w Punktach Informacyjnych Urzędu Miasta, Punktach Obsługi Mieszkańców, przez Internet, albo pocztą. Każdy obywatel Rzeszowa mógł oddać głos na maksymalnie trzy pomysły. Do realizacji zakwalifikowało się dziesięć. Jest wśród nich siłownia na świeżym powietrzu, park, zadaszenie nad skateparkiem, plac zabaw i boisko.

Od czego zacząć, jeżeli chce się wprowadzić budżet obywatelski w swojej miejscowości? Najprościej od spotkania z radnymi, prezydentem i mieszkańcami, na którym przedstawiona zostanie idea budżetu obywatelskiego. Następnie zazwyczaj odbywa się dyskusja, czy i jak mógłby on działać w danej gminie. Nie ma potrzeby martwić się niskim początkowo poziomem aktywności obywatelskiej. Jeżeli budżet obywatelski będzie działał prawidłowo, mieszkańcy sami zaczną się uaktywniać, bo zobaczą, że ich zaangażowanie przynosi konkretne efekty – powstał plac zabaw, nowy park czy wyremontowano ulicę. Wskazuje na to stopniowy wzrost frekwencji w budżecie obywatelskim choćby właśnie w Porto Alegre.

Według ekspertów, mała aktywność obywateli w wielu przypadkach nie wynika z tego, że ludzie nie są zdolni do zachowań społecznych, lecz z tego, że nie mają, jak i gdzie włączyć się w sprawy lokalnej społeczności. Konsultacje, których wyniki są ignorowane, nie zachęcają do tego, by udzielać się w sprawach miasta czy gminy wiejskiej. Budżet obywatelski oznacza natomiast, że decyzje podjęte przez mieszkańców będą wprowadzone w życie, niezależnie od tego, czy radni się z nimi zgadzają, czy też nie. Wówczas mieszkańcy widzą sens angażowania własnego czasu i energii.

Dlaczego jednak mieszkańcy w ogóle mieliby decydować o wydatkach z budżetu miasta czy gminy wiejskiej? Odpowiedź jest prosta ‒ dlatego, że to ich własne pieniądze. Nie należą one do radnych, wójta czy burmistrza, tylko właśnie do mieszkańców, którzy są gospodarzami gminy.

wtorek, 25 marzec 2014 21:09

WARSZAWSKI EGZAMIN NA OBYWATELSKOŚĆ

Napisane przez

Mieszkańcy stolicy bardzo poważnie potraktowali temat budżetu partycypacyjnego – do władz dzielnicy wpłynęła rekordowa liczba 2204 projektów. W połowie lipca br. okaże się, które z nich zostaną zrealizowane w przyszłym roku w ramach zarezerwowanych na ten cel 25,6 mln zł. Jednakże, ciekawsze wydaje się pytanie, jak przedstawiciele władz samorządowych wykorzystają ten społeczny zryw?

Stolica jest kolejnym miastem, które zdecydowało się na wprowadzenie budżetu partycypacyjnego. W dzielnicach uruchomiono punkty konsultacyjne dla mieszkańców, w proces zaangażowano także instytucje pozarządowe. Z prawie 26-milionowej puli, w zależności od wielkości okręgu czy dzielnicy, na jeden projekt można otrzymać nawet czterysta tysięcy złotych. – Liczba zgłoszonych projektów świadczy o tym, że warszawiacy bardzo zaangażowali się w proces decydowania o lokalnych wydatkach stolicy. Ponad dwa tysiące projektów to absolutny rekord wśród polskich miast – chwaliła mieszkańców prezydent miasta Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Powrót Misia

– Nie mam wątpliwości, że większość ze złożonych wniosków będzie spełniać wymogi formalne – zapewnia w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Ewelina Buczyńska, rzecznik dzielnicy Praga Południe. – Staraliśmy się wszelkimi dostępnymi środkami dotrzeć do mieszkańców i służyć im pomocą. Niezwykle pomocne okazały się organizacje NGO – dodała. Najwięcej projektów wpłynęło do dzielnicy Mokotów (315), o połowę mniej do Pragi Południe oraz Woli. Na szarym końcu znalazły się Wilanów, Wesoła i Ursus. Wśród zgłoszonych projektów dominują te związane z zagospodarowaniem infrastruktury miejskiej, rewitalizacją skwerów i parków oraz organizacją zajęć dla dzieci i osób starszych. Choć zdarzały się także i bardzo oryginalne, jak – zapożyczony z Niemiec – pomysł na biblioteki w drzewach, ale i… – Turniej na mini sumo dla dzieci albo wieża dla jeżyków. Jednym z ciekawszych było także postawienie na jednym z rond na terenie dzielnicy figury Misia z filmu Barei – wylicza Buczyńska. Pomysłowi okazali się także mieszkańcy Bemowa. – Wpłynęło do nas 75 projektów, obecnie są one weryfikowane, więc nie możemy podać pełnej kwoty – tłumaczy Magazynowi Samorządowemu „GMINA” Mariusz Gruza, rzecznik dzielnicy. – Jednym z ciekawszych projektów jest uruchomienie w Bemowskim Centrum Kultury drukarki trójwymiarowej wraz z cyklem szkoleń. W punkcie do użytku mieszkańców znajdowałyby się trzy drukarki 3D, skaner 3D oraz zapas tuszu na rok użytkowania. Cykl szkoleń byłby dedykowany młodzieży, dzieciom i dorosłym. Kolejnymi są: budowa skateparku, wybiegu dla psów lub domku dla owadów – dodaje.

Spośród 2204 projektów tylko ułamek zostanie poddany głosowaniu (konsultacje zgodnie z harmonogramem odbędą się w dniach 11-25 maja br.) , które zostało zaplanowane na drugą połowę czerwca br. Większość swoją karierę zakończy na etapie konsultacji społecznych. Wcale jednak nie musi oznaczać to, że nie zostaną one w ogóle zrealizowane. Projekty mogą być zgłoszone w ramach tzw. inicjatywy obywatelskiej.

A co stanie się z projektem? – Jak na razie jest to dla nas wszystkich, zarówno władz, jak i mieszkańców, pewna zagadka – mówi Buczyńska. – Wierzę jednak, że ten test na obywatelskość zdaliśmy i z każdym rokiem projektów będzie coraz więcej – dodaje. Podobnego zdania jest także stołeczny ratusz, choć jeszcze w lipcu ubiegłego roku uznawano, że takie rozwiązanie w Warszawie jest niepotrzebne. A teraz zapowiada się rozszerzenie kompetencji budżetu partycypacyjnego. – Naszym celem jest także udział mieszkańców w programowaniu strategicznym na poziomie całego miasta, które wraz z myśleniem o finansach niezbędnych do realizacji konkretnych działań, stanie się budżetem partycypacyjnym na poziomie całej Warszawy – zapowiadała w styczniu br. Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Stołeczne władze mogą się jednak przeliczyć – czym innym jest bowiem zryw związany ze składaniem projektów, a czym innym obowiązek udania się do urn i oddania głosu na najlepszy projekt. Statystyki są bezlitosne – na wybory chodzi najwyżej co trzeci mieszkaniec danego samorządu, a częściej procent ten jest nawet o połowę niższy. Nie dziwi więc, że przedstawiciele władz samorządowych nie myślą o zwalnianiu z rozkręconą już kampanią informacyjną. Plakaty, spotkania z mieszkańcami, osiedlowe stacje radiowe oraz kampanie w mediach społecznych okazały się ogromnym sukcesem w procesie mobilizacji mieszkańców. – Zamierzamy dalej wykorzystywać dostępne środki komunikacji, by namawiać mieszkańców do wzięcia udziału w głosowaniu nad poszczególnymi projektami. Doskonałym środkiem komunikacji okazał się Facebook, z którego korzystają nie tylko osoby młode, ale również 50+. Będziemy również kontynuować współpracę z organizacjami pozarządowymi – wylicza Buczyńska. Pytanie jednak, czy to wystarczy.

Gotowiec dla polityków

Niska frekwencja, szczególnie w perspektywie zbliżających się wyborów samorządowych, będzie poważnym „prztyczkiem” dla Platformy Obywatelskiej. Na forach internetowych nie brakuje krytycznych głosów, że stołeczne władze szukają inspiracji oraz pragną na szybko odbudować swój nadszarpnięty wizerunek. Eksperci nie mają wątpliwości – powodzenie całego projektu jest możliwe tylko wówczas, gdy władze samorządowe pokażą szczere zaangażowanie w projekt, a nie będzie to tylko kolejna zagrywka polityczna. – Zawsze jest ryzyko, że politycy będą chcieli wykorzystać pomysły zgłoszone przez obywateli do własnych celów. W końcu otrzymują gotowe projekty, odpowiadające potrzebom społeczności lokalnych – mówi Magazynowi Samorządowemu „GMINA” Ewa Stokłuska z Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”, członek Rady ds. budżetu partycypacyjnego przy Prezydencie m. st. Warszawy.

Stokłuska liczy jednak, że pewien – już rozpoczęty – proces nie okaże się tylko i wyłącznie zagrywką polityczną. – Nie jesteśmy demokracją ateńską i na pewno nie będziemy decydować o 100 proc. budżetów samorządowych. Liczę jednak, że w niedalekiej przyszłości budżet partycypacyjny nie będzie stanowił 0,5-1 proc., ale 2-3 proc. budżetu dzielnic – mówi Stokłuska. – Sam mechanizm jest bowiem jak najbardziej potrzebny. Po raz pierwszy mieszkańcy miasta otrzymują narzędzie, za pomocą którego bezpośrednio sami mogą decydować o swoim najbliższym otoczeniu – dodaje.

Jak pokazuje przykład państw Europy Zachodniej, budżet partycypacyjny wcale nie musi dotyczyć tylko kasy publicznej, ale i zarządzania szkołami, uniwersytetami, a nawet klubami sportowymi. Idea ta ma ogromne znaczenie dla perspektyw rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Niezwykle istotne jest, by mieszkańcy postrzegali ją jako szansę, a nie obowiązek. – W społeczeństwie zawsze znajdą się jednostki zaangażowane, przejawiające ogromne postawy prospołeczne, które swoim zaangażowaniem i determinacją mogą zarazić kolejne – mówi Stokłuska. W jakim kierunku będziemy zmierzać? – Niewykluczone, że sama idea będzie ewoluować, że w przyszłości będziemy decydować nie tylko o wydatkach, ale także o oszczędnościach oraz kierunkach rozwoju – dodaje. Najbliższe miesiące pokażą, czy obecny huraoptymizm nie okazał się jednak przedwczesny i czy entuzjazm w sprawie budżetów partycypacyjnych nie zostanie zaprzepaszczony.

Któregoś ranka usłyszałem w radiu informację, z której wynikało, że prezydent Królewsko-Stołecznego Miasta Krakowa przekazał do dyspozycji mieszkańców środki w wysokości prawie 5 mln złotych w ramach budżetu obywatelskiego. Teraz mieszkańcy mają prawo bezpośrednio decydować, na jaki cel te środki zostaną przeznaczone. Informacja ta zrodziła u mnie kilka refleksji, z którymi postanowiłem się z Państwem podzielić.

Co to jest budżet obywatelski  

Pierwsza dotyczy wątpliwości związanej z warstwą definicyjną zagadnienia. Co to jest budżet obywatelski w samorządzie terytorialnym? I jaki charakter mają uchwalane przez demokratycznie wybranych reprezentantów obywateli  samorządowe budżety w  „klasycznym” kształcie?

Budżet obywatelski, zwany też budżetem partycypacyjnym, definiowany jest jako  „demokratyczny proces dyskusji i podejmowania decyzji, w którym każda mieszkanka i każdy mieszkaniec miasta decyduje o tym, w jaki sposób wydawać część budżetu miejskiego lub też publicznego”[1].Pierwszy budżet partycypacyjny został uchwalony w Brazylii, w mieście Porto Alegre w roku 1989. W Polsce pierwszym samorządem, który zdecydował się na takie działanie, był Sopot, gdzie budżet obywatelski wprowadzono w roku 2011. W kolejnych latach inicjatywy takie podejmują duże miasta jak Poznań, Wrocław, Łódź, Elbląg, Tarnów, Warszawa Gdańsk, no i wspomniany już – Kraków.

Działania prowadzone przez polskie samorządy zakresie przygotowania budżetu obywatelskiego polegają na wyodrębnieniu kwoty środków w  budżecie jednostki samorządu terytorialnego i umożliwieniu mieszkańcom zdecydować w sposób bezpośredni o kierunkach ich wydatkowania. Z dostępnych informacji wynika, że generalnie w grę wchodzą kwoty na poziomie od 3 do 10 mln złotych.

W trakcie przygotowania budżetu obywatelskiego wyodrębnić można dwa zasadnicze etapy.

Pierwszy obejmuje zgłaszanie projektów, które winny być realizowane w ramach tej inicjatywy. Spotykamy się z różnymi stanowiskami co do zakresu uprawnień do zgłaszania propozycji zadań, które miałyby być realizowane w ramach budżetu obywatelskiego. Z jednej strony, wskazując na obywatelski charakter działań, przyjmuje się stanowisko, że uprawnienie takie przysługuje wyłącznie mieszkańcom gminy. Dla przykładu, organizacje pozarządowe mają możliwość poszukiwania środków przyznawanych w ramach ustawy o organizacjach pożytku publicznego i wolontariacie. A więc nie powinny posiadać prawa do zgłaszania projektów do budżetu obywatelskiego.

Z kolei przeciwnicy ograniczania prawa do składania propozycji projektów przedstawiają zupełnie inny punkt widzenia. Zgodnie z nim, najważniejsze jest, aby projekty były sensowne. Czyli związane z efektywnym zabezpieczeniem rzeczywistych potrzeb społecznych. Nie jest istotne, kto je zgłasza. Mogą je zgłaszać bezpośrednio mieszkańcy, organizacje społeczne, jak również prezydent miasta czy radni.

Istotnym jest natomiast, aby zabezpieczyć rzeczywisty wpływ obywateli na wybór optymalnych projektów. Ten odbywa się w drugim etapie projektowania budżetu obywatelskiego, w którym mieszkańcy głosują bezpośrednio na zgłoszone wcześniej projekty. I z punktu widzenia istoty budżetu obywatelskiego najważniejszym jest, aby głos obywateli był respektowany. Niezależnie od tego, czy wybrane projekty są akceptowane przez władze samorządu.

Wybierane projekty mogą dotyczyć prac z zakresu zieleni, małej architektury, rekreacji czy też innych potrzeb ważnych dla lokalnych społeczności. Mogą dotyczyć budowy chodnika czy modernizacji drogi. Mogą dotyczyć także placu zabaw, czy zagospodarowania parku miejskiego. Właściwie wybór jest limitowany wyłącznie wysokością dostępnych środków.

Znaczenie budżetu obywatelskiego

Uczestnictwo obywateli w decyzjach dotyczących wykorzystania środków budżetu jest postrzegane jako sposób na zwiększenie aktywności obywatelskiej. Realna możliwość wpływania na kierunki inwestowania środków budżetowych wpływać powinna na większe zainteresowanie społeczne problematyką funkcjonowania samorządu terytorialnego w naszym kraju.

Z drugiej strony, można też patrzeć na budżet obywatelski jako na delegowanie bezpośrednio na członków wspólnoty odpowiedzialności w zakresie zarządzania samorządem. Poprzez udział w podejmowaniu decyzji w zakresie kierunków finansowania zadań, prezydent zaprasza jego mieszkańców do współodpowiedzialności za losy miasta. Biorąc pod uwagę jednak wielkość budżetów partycypacyjnych w polskich samorządach, a przede wszystkim ich udział w wielkościach globalnych środków to skala wspomnianej współodpowiedzialności jest raczej marginalna. Budżet dużego miasta sięga 3-4 miliardów złotych. Plan wydatków budżetu Miasta Stołecznego Warszawy obejmuje nawet ponad 14 miliardów złotych.  W tej sytuacji poziom kwot oddawanych do dyspozycji budżetów obywatelskich oscyluje w okolicach promila wszystkich wydatków zaplanowanych w uchwale budżetowej dużego miasta. Inna sprawa, że na wielkość wydatków planowanych w budżetach jednostek samorządu terytorialnego składają się liczne pozycje wydatków, na które samorząd ma ograniczony wpływ. Chociażby środki na zadania zlecone z zakresu administracji rządowej. W budżecie jednostki samorządu terytorialnego znajdują się też wydatki, które z różnych względów nie mogą być przedmiotem decyzji publicznej. Z jednej strony myślę na przykład o wydatkach na wynagrodzenia. Z drugiej istnieją pozycje wydatków strategicznych,  zagwarantowanych w wieloletnich prognozach finansowych. W tym oczywiście dotyczących projektów finansowanych ze środków zagranicznych.

Być może jednak system rozwinie się w taki sposób, że również decyzje co do kształtu wieloletniej prognozy finansowej podejmować będą bezpośrednio obywatele?

Ale w dzisiejszych realiach budżet obywatelski spełniać będzie przede wszystkim zadania w zakresie zwiększenia aktywności obywatelskiej. Nie będzie miał znaczenia dla delegacji odpowiedzialności.

Podstawy stosowania budżetu obywatelskiego

Budzenie aktywności obywatelskiej poprzez zaproszenie do kształtowania kierunków wydatków w oparciu o budżet obywatelski jest obecnie wyrazem woli władz samorządowych. Obowiązujące przepisy prawne nie przewidują rozwiązań w tym zakresie. Czyli decyzja o wdrażaniu zasad budżetu obywatelskiego jest obecnie uzależniona od woli prezydenta, burmistrza czy wójta.

Warto w tym miejscu zwrócić może uwagę, że aktualnie toczą się prace nad  przepisami mającymi na celu zwiększenie udziału obywateli w działalności samorządu terytorialnego. Myślę w tym miejscu o prezydenckim projekcie ustawy o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym na rzecz rozwoju lokalnego i regionalnego oraz o zmianie niektórych ustaw. Przy czym projekt ten opiera się na innym pomyśle niż omawiana idea budżetu obywatelskiego. Nowy projekt przewiduje m.in. powoływanie stowarzyszeń i komitetów aktywności lokalnej, tworzenie nowych ciał kontrolnych na wszystkich szczeblach samorządu (np.konwent delegatów samorządu lokalnego w województwie) oraz możliwości opiniowaniacałości budżetów wszystkich szczebli samorządu przez obywateli. Tymczasem, o ile partycypację obywateli w kształtowaniu kierunków wydatków z poziomu samorządu lokalnego, realizowaną szczególnie w ramach budżetu zadaniowego, należy oceniać pozytywnie, o tyle stopień skomplikowania budżetu województwa samorządowego oraz zakres zadań tej instytucji każe mi wątpić w sensowność partycypacji poszczególnych obywateli w kształtowaniu kierunków wydatków regionu.

Zamiast podsumowania

Ostatnia refleksja związana jest z rozterkami o charakterze systemowym. Dlaczego jest nam potrzebny budżet obywatelski? Po co ten nowy wymysł? Czy demokratycznie wybrane władze samorządowe nie są gwarantem realizacji zadań samorządu w interesie jego mieszkańców?

Budżet obywatelski, tak jak i wspomniany prezydencki projekt ustawy, może być postrzegany jako potwierdzenie porażki obecnego modelu demokracji, szczególnie w wydaniu samorządowym. Bo cóż innego oznacza wdrażanie rozwiązań pozwalających obywatelom mieć rzeczywisty wpływ na wykorzystanie środków publicznych? A więc środków, których źródłem są „portfele” tychże obywateli. Środków, które jesteśmy zobowiązani oddać Państwu w oparciu o obowiązujące przepisy – czyli reguły uchwalone przez naszych przedstawicieli w strukturach władzy. Dążenie do wdrażania w samorządach rozwiązań pozwalających obywatelom bezpośrednio decydować o przeznaczeniu środków budżetowych wskazuje, że faktycznie społeczeństwo nie posiada wpływu na wykorzystanie środków publicznych. A system ich dystrybucji w obecnym kształcie jest niezadawalający. Innymi słowy, tendencja ta oznaczać może, że model demokracji pośredniej, w którym najważniejsze decyzje w imieniu obywateli podejmują ich przedstawiciele, nie sprawdza się. A więc testujemy wdrażanie alternatywnego rozwiązania, opartego na modelu demokracji ateńskiej. Demokracji bezpośredniej, w której funkcje agory spełnia internet. Bo jakże można by dzisiaj bez tego instrumentu zmobilizować jakąkolwiek znacząca grupę obywateli do aktywności samorządowej?

Pojawiające się bardzo wyraźnie tendencje powrotu do zasad demokracji bezpośredniej wydają się potwierdzać dość często stawianą tezę o znacznym oderwaniu się władz od obywatela – w tym również na poziomie samorządu lokalnego.



[1] Taka definicję znaleźć można przykładowo  w Wikipedii

wtorek, 25 marzec 2014 21:07

W STRONIU ŚLĄSKIM UTRZYMUJEMY SIĘ… ZE ŚNIEGU

Napisane przez

Rozmowa ze Zbigniewem Łopusiewiczem – burmistrzem Stronia Śląskiego – gminy miejsko-wiejskiej w powiecie kłodzkim, w województwie dolnośląskim

ANNA CEBULA: Jakie możliwości mają młodzi ludzie, by w Stroniu Śląskim znaleźć pracę?

ZBIGNIEW ŁOPUSIEWICZ: Tak jak w każdej gminie tej wielkości, szanse są, niestety, bardzo ograniczone. Natomiast gmina nastawiona jest na turystykę, dlatego kiedy władze powiatu poważnie zastanawiały się nad likwidacją szkoły ponadgimnazjalnej, gmina przejęła tę placówkę, by kształcić w niej przyszłych hotelarzy czy kucharzy, czyli w takich specjalizacjach, dzięki którym młodzi ludzie będą mieli większe szanse na zatrudnienie.

Jaka jest obecnie stopa bezrobocia wśród ludzi w wieku 25-34 lat?

Według danych z końca 2013 roku − 17,23 procent.

A ile można zarobić w Stroniu Śląskim? Jaki jest średni dochód brutto?

3024,46 zł.

Jakie branże „nakręcają” taki dochód?

Przede wszystkim turystyka, która opiera się na prywatnej działalności. W ostatnich latach w Stroniu powstało bardzo dużo pensjonatów i hoteli. Wieś zdominowała agroturystyka, bo z rolnictwa, które jest u nas bardzo szczątkowe, nie można się utrzymać. Jeśli ktoś ma niewykorzystany prywatny budynek, przekształca go na obiekt noclegowy.

Znaczącym pracodawcą jest również Huta Szkła Kryształowego „Violetta”, mimo że kiedyś było w niej zatrudnionych dwa tysiące pracowników, a obecnie – zaledwie dwieście osób. Jednak to nadal jeden z największych zakładów na terenie Stronia Śląskiego. Kolejnym miejscem jest Wojewódzkie Centrum Psychiatrii Długoterminowej. Sporo mieszkańców jest zatrudnionych w Lasach Państwowych.

Czy ratusz wypracował politykę wspomagającą przedsiębiorców?

Po pierwsze, to polityka podatkowa. Mówiąc w skrócie, mamy najniższe stawki podatkowe na ziemi kłodzkiej, jeśli chodzi o działalność gospodarczą. Poza tym wprowadziliśmy ulgi, a nawet zwolnienia podatkowe na okres dwóch lat. Dotyczy to przede wszystkim oddanych do użytkowania obiektów gastronomicznych, hoteli i pensjonatów. Ponadto pomagamy firmom, które postawiły na rozwój narciarstwa. Na wszystkie obiekty związane z narciarstwem: wyciągi, koleje, trasy, a także systemy sztucznego naśnieżania, podatek wynosi jeden, a nie dwa procenty od wartości budowli.

Następnie, w przypadku ośrodków narciarskich, stosujemy tzw. sezonowość, czyli na przykład grunty, na których przebiegają trasy narciarskie, zimą są opodatkowane jako obiekty związane z prowadzeniem działalności gospodarczej, natomiast po sezonie, kiedy to są łąki i pastwiska, odprowadzany jest podatek rolny. Myślę, że taki system jest niezbędny, bo firmy nie byłyby w stanie takich podatków zapłacić.

Wdrożyliśmy również politykę regionalną, która już nie obowiązuje w związku z zakończeniem pierwszego etapu przyznawania środków unijnych na lata 2007-2013. Ta strategia zakładała możliwość zastosowania zwolnienia podatkowego w momencie zainwestowania w budowę obiektów narciarskich, gastronomicznych lub hotelarskich lub przy zwiększaniu zatrudnienia. Przy pomocy de minimis sytuacja wygląda tak, że po uzyskaniu dotacji w wysokości dwustu tysięcy euro, firma nie może ubiegać się o tę ulgę.

Ile firm, zarówno jednoosobowych, jak i spółek, działa w Stroniu Śląskim?

764 na niemal osiem tysięcy mieszkańców w mieście i całej gminie.

W Stroniu, jeśli chodzi o pozyskanie inwestora, sprawa jest trochę utrudniona. Wynika to generalnie z położenia… na początku Polski. Nigdy nie mówię na końcu Polski. Droga prowadzi tu tylko w jedną stronę, a jakiekolwiek zakłady produkcyjne czy usługowe lokalizuje się tam, gdzie jest dobra komunikacja. Stronie Śląskie niestety leży na takim cypelku na początku Polski, gdzie droga biegnie w jednym kierunku. Z drugiej strony są Czechy, co jest na pewno utrudnieniem, chociaż i pewnego rodzaju ułatwieniem, jeśli chodzi o turystykę. Natomiast też dużą przeszkodą jest fakt, że od ośmiu lat nie funkcjonuje linia kolejowa Kłodzko-Stronie Śląskie, o której przywrócenie walczymy.

Ze względu na położenie Stronia Śląskiego, w sąsiedztwie gór, trudno zapewne o nowe tereny dla inwestorów?

Gmina ma plan zagospodarowania przestrzennego i zostało jeszcze trochę wolnego terenu na ewentualną budowę hoteli i pensjonatów. Kilka działek jest przeznaczonych na działalność usługową i nieuciążliwy przemysł. Jednak są inne ograniczenia, które w jakimś stopniu hamują rozwój gminy. Po pierwsze − 70 procent jej powierzchni stanowią lasy. Po drugie − prawie cała gmina znajduje się w obrębie albo w otulinie Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego. I po trzecie − duża część gminy znajduje się w obszarze Natura 2000, a do tego mamy jeszcze cztery rezerwaty przyrody.

Ile nowych podmiotów gospodarczych rozpoczęło funkcjonowanie w ciągu ostatniego roku?

Powstało sześć.

Ile zaś zakończyło działalność?

Siedem.

Czy w Stroniu Śląskim dostępne są miejsca dla maluchów w żłobkach i przedszkolach?

Jeśli chodzi o zapewnienie młodym ludziom opieki nad ich małymi dziećmi, nie ma problemu. Jeszcze do niedawna w mieście funkcjonowało tylko przedszkole. W tej chwili jest również żłobek, na który gmina otrzymała dotację z budżetu państwa.

Wszystkie dzieci zgłoszone przez rodziców do przedszkola i żłobka zostały przyjęte. Nie ma listy dzieci oczekujących na swoje miejsce. Sytuacja jeszcze się zmieni, gdy w przyszłym roku część sześciolatków pójdzie do szkoły. To automatycznie spowoduje, że będą dodatkowe miejsca w przedszkolu.

Na jakim poziomie kształtują się wydatki z budżetu na dofinansowanie szkolnych i przedszkolnych świetlic?

Z budżetu przeznaczamy 175 796 zł, to stanowi 0,84 proc. wydatków budżetowych za rok 2013, z tego na stołówki – 83 269 zł, i na świetlice − 92 536 zł.

Czy ratusz stworzył jakiś program wspomagania rodziny?

Przymierzaliśmy się do takiego programu, jednak dodatkowy dochód rodziny mógłby spowodować komplikacje fiskalne, to budziło wątpliwości, ale rząd zapowiedział, że przygotowuje projekt pomocy rodzinom wielodzietnym. Prawdopodobnie w tym roku wejdzie w życie. Wówczas do tego, co zaoferuje państwo, dodamy jakieś ulgi.

Czy mieszkańcy Stronia mają szanse na aktywność kulturalną, społeczną i sportową?

Warunki ku temu są – jak w żadnym innym miejscu. Przez wiele lat w mieście straszył niemal całkowicie zdewastowany dworzec, zamknięty ze względu na nieczynną kolej. Po długich i ciężkich bojach gmina przejęła obiekt i stworzyła w nim Centrum Edukacji, Turystyki i Kultury, nazywane po prostu domem kultury. Powstało bardzo ładne i użyteczne miejsce z dużą salą widowiskową, galeriami oraz innymi pomieszczeniami, np. salką baletową, gdzie młodzi ludzie mogą rozwijać swoje zainteresowania.

Najbardziej obawiałem się, czy ten obiekt będzie w pełni wykorzystywany, jak na tak dużą inwestycję finansową. Zainteresowanie przeszło moje oczekiwania i muszę powiedzieć, że dziś jest to miejsce wielopokoleniowych spotkań − zarówno dzieci przedszkolnych, młodzieży, jak i seniorów. Teraz ten obiekt tętni życiem. I został wyróżniony na oficjalnej stronie prezydenta RP w witrynie obywatelskiej w ramach dobrych praktyk.

W Stroniu Śląskim jest też hala sportowa i kryty basen, gdzie młodzież ma doskonałe warunki do aktywności sportowej. Na lato dobrym miejscem jest zalew z kąpieliskiem w Starej Morawie. Prace, polegające na zagospodarowaniu tego terenu, zostały zakończone w ubiegłym roku. Pojawiły się szatnie, natryski, przebieralnie, pole namiotowe, ogólnodostępna kuchnia, toalety zamiast powszechnie stojących toalet przenośnych toi-toi. Wcześniej była tu łąka, a właściwie ściernisko, a w tej chwili jest tam kąpielisko z plażą strzeżone przez ratowników, boisko sportowe, plac zabaw dla dzieci, ścianka wspinaczkowa oraz istnieje możliwość skorzystania ze sprzętu wodnego: kajaków, rowerów wodnych. Kiedy dopisuje pogoda, nad tym niewielkim oczkiem wodnym, o powierzchni pięciu hektarów, gromadzi się nawet do trzech tysięcy ludzi. Wodę co dwa tygodnie bada sanepid, który potwierdza jej czystość.

Dzięki środkom przyznawanym na rozwój współpracy transgranicznej polsko-czeskiej wytyczyliśmy i oznakowaliśmy 68 kilometrów tras narciarstwa biegowego, zakupiliśmy ratrak do zakładania śladu i skuter śnieżny. Niestety, tej zimy ani razu nie udało się wykorzystać tych urządzeń ze względu na brak śniegu. Mamy tutaj pewien problem, a mianowicie w Stroniu Śląskim utrzymujemy się… ze śniegu. Jeśli słyszę, że gdzieś pada śnieg i w związku z tym drogi są nieprzejezdne, to ja się bardzo cieszę z tego powodu. I ośrodki narciarskie, i nasz projekt, niestety, potrzebują śniegu. Dodam jeszcze, że według internautów ośrodek „Czarna Góra” jest na drugim miejscu jako najlepiej przygotowany ośrodek narciarski w Polsce. Jest więc gdzie poszaleć na nartach. Oprócz tego CETiK i Stroński Park Aktywności z Jaskinią Niedźwiedzią organizują kilkanaście imprez plenerowych w ciągu roku, by przyciągnąć turystów nie tylko zimą, ale również latem.

Oprócz tych działań, organizowanych przez gminę, w przygotowanie wielu imprez włączają się sołectwa. Takim wydarzeniem jest, na przykład, Grzybomania czy Noc Świętojańska.

W Starej Morawie działa prywatne muzeum „Wapiennik”, zajmujące się także działalnością kulturalną, do którego zapraszani są pisarze, poeci i rzeźbiarze. Sam właściciel, Jacek M. Rybczyński, jest profesorem grafiki.

Atrakcje, które już pan wymienił, to zaledwie początek listy…

I zależą od tego, w jakim okresie chcemy odwiedzić gminę Stronie Śląskie. W zimie zapraszam na narty, a w przyszłym roku również na narty biegowe. To właściwie ta największa atrakcja, która zimą ściąga tu dwieście tysięcy ludzi, co ustaliliśmy po ilości sprzedanych karnetów.

W tym roku próbowaliśmy uruchomić Ski Region Śnieżnik, ale brak śniegu popsuł nam te zamiary. Wchodziłyby do niego trzy ośrodki narciarskie − na Czarnej Górze i w Kamienicy w gminie Stronie Śląskie i w Lądku Zdroju. Komunikację zapewniałby skibus, który za darmo dowoziłby narciarzy do tych trzech ośrodków, do korzystania z których uprawniałby jeden wspólny karnet.

Oczywiście, również zimą zapraszam do odwiedzenia Jaskini Niedźwiedziej czy Muzeum Ziemi w Kletnie, gdzie znajduje się chyba jedyna kolekcja skamieniałych jaj dinozaurów, a które prowadzi wielki pasjonat, geolog Arnold Miziołek. Warto też przejść się podziemną trasą po nieczynnej kopalni uranu w Kletnie.

Gminę Stronie Śląskie dzielimy też w taki sposób, że okolice Siennej, Czarnej Góry i Kamienicy uważane są za taki rejon bardziej hałaśliwy, natomiast rejon po przeciwnej stronie gminy, w dolinie rzeki Białej Lądeckiej, ze Starym i Nowym Gierałtowem oraz Bielicami, to obszar ciszy i spokoju, gdzie można wejść do rezerwatu, przejść się po duktach leśnych, przekroczyć granicę czeską, można zajrzeć do schronisk tam zlokalizowanych i wypocząć. W czasie wyprawy przez Stronie zapraszam na łowiska pstrągów, gdzie można nie tylko skosztować ryby, ale ją sobie samemu złowić.

W planach jest jeszcze duże przedsięwzięcie przygotowywane z myślą o uatrakcyjnieniu gminy, a mianowicie do lat 70. na Śnieżniku stała wieża widokowa. Wierzchołek Śnieżnika to taki charakterystyczny, płaski stół, z którego nic nie widać, poza tym, co dookoła szczytu. Stąd pomysł, by odbudować wieżę. Jest już sporządzona dokumentacja, a do starostwa trafił wniosek o pozwolenie na budowę. Jest to niezwykle ciężkie zadanie ze względu na to, że budowa będzie prowadzona na terenie rezerwatu przyrody „Śnieżnik Kłodzki”. Elementy wieży będą transportowane śmigłowcem ze Stronia Śląskiego na szczyt Śnieżnika i tam montowane. Teraz pozostaje odczekać na środki z rozdania 2014-20. Myślę, że uda się pozyskać pieniądze i – nie chciałbym prorokować, czy za rok, czy za dwa lata – będziemy mogli podziwiać niezwykłą panoramę, sięgającą może nawet gdzieś pod Wrocław i Pragę.

W marcu 2014 roku Polski Instytut Sztuki Filmowej otworzy pierwsze Pracownie Filmoteki Szkolnej w województwach mazowieckim, łódzkim, opolskim, małopolskim, świętokrzyskim i lubelskim.

Jednocześnie 14 000 polskich szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych otrzyma bezpłatny dostęp on-line do ponad 100 polskich filmów fabularnych, dokumentalnych i animowanych. Celem akcji jest wprowadzenie elementów edukacji filmowej do programów nauczania.

Pracownie Filmoteki Szkolnej

Pracownie Filmoteki Szkolnej to kolejna inicjatywa, za pośrednictwem której Polski Instytut Sztuki Filmowej upowszechnia edukację filmową w szkołach, wspomaga nauczycieli w procesie dydaktycznym i realizowaniu działań filmowych, które angażują młodzież i lokalne społeczności.

Pracownie Filmoteki Szkolnej mają służyć popularyzacji szkolnej edukacji filmowej. Opiekunowie merytoryczni pracowni to nauczyciele – liderzy Filmoteki Szkolnej – którzy podjęli się nie tylko prowadzenia lekcji przedmiotowych dla uczniów z danej szkoły, ale także warsztatów dla nauczycieli i młodzieży z całego regionu. W ten sposób budowany jest kolejny element systemu wsparcia metodycznego w całej Polsce. Do końca czerwca  PISF otworzy Pracownie Filmoteki Szkolnej w każdym województwie.

W ramach adaptacji na Pracownię Filmoteki Szkolnej, każda sala klasowa zostanie dostosowana do projekcji filmów, wyremontowana i wyposażona w profesjonalny sprzęt: serwer, projektor i ekran, system nagłaśniający oraz podłączenie do Internetu, umożliwiające odtwarzanie filmów on-line.

Biblioteka filmów i nowoczesne narzędzia dydaktyczne

Otwarciu Pracowni Filmoteki Szkolnej towarzyszy poszerzenie filmowego repertuaru dostępnego bezpłatnie we wszystkich szkołach ponadpodstawowych w Polsce. Od marca nauczyciele i uczniowie mogą oglądać ponad 100 polskich filmów przez stronę www.filmotekaszkolna.pl. Wśród tytułów znajdują się m.in. wybitne produkcje zrekonstruowane cyfrowo: „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa, „Wesele” Andrzeja Wajdy, jak również nominowana do Oscara „Katedra” Tomasza Bagińskiego czy dokument „Muzykanci” Kazimierza Karabasza. Filmy podzielone są na lekcje tematyczne, m.in.: „W społeczeństwie”, „Człowiek i sztuka”, „Moje korzenie”.

Opracowany materiał dydaktyczny ułatwia młodzieży świadomie i krytycznie obcowanie ze sztuką filmową i rozpoznawanie filmowych środków wyrazu.  Co ważne, przygotowuje do uczestnictwa w kulturze i pomaga w zrozumieniu współczesnego świata.

Zastosowana technologia pozwala na dostęp do filmów w dobrej jakości, a także umożliwia nauczycielom korzystanie z rozwiązań takich, jak przygotowanie playlisty, szybki dostęp do fragmentu filmu, stworzenie lekcji z wykorzystaniem materiałów ze strony internetowej Filmoteki Szkolnej.

Współpraca międzyinstytucjonalna

Filmoteka Szkolna realizowana jest przez Polski Instytut Sztuki Filmowej we współpracy z instytucjami partnerskimi od 2009 roku. Razem z organizacjami zrzeszonymi w Koalicji dla Edukacji Filmowej – m.in.: Centrum Edukacji Obywatelskiej, Warszawską Szkołą Filmową, Fundacją Generator, Stowarzyszeniem Nowe Horyzonty i Stowarzyszeniem Filmowców Polskich – prowadzone są warsztaty metodyczne i filmoznawcze, zajęcia operatorskie, montażowe i aktorskie. Ponadto organizowane są konkursy  filmowe i recenzenckie oraz Filmowe Gry Miejskie.

Otwarta formuła Filmoteki Szkolnej umożliwia nauczycielom prowadzenie zajęć w zróżnicowany sposób, zarówno w systemie lekcyjnym, jak i pozalekcyjnym (koła zainteresowań, szkolne dyskusyjne kluby filmowe). Mogą z niej korzystać nauczyciele wielu przedmiotów – języka polskiego, wiedzy o kulturze, historii czy wiedzy o społeczeństwie.

– Film na stałe zagościł w życiu młodzieży, która na kontakt z mediami nie tylko przeznacza znacznie więcej czasu niż kiedyś, ale przede wszystkim już od wczesnego dzieciństwa żyje w świecie nasyconym przekazami audiowizualnymi. W tej sytuacji nauka o filmie poprzez film wydaje się nie tylko wyzwaniem, lecz także koniecznością – mówi Agnieszka Odorowicz,dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Kalendarium wydarzeń:

Uroczyste otwarcie Pracowni Filmoteki Szkolnej zaplanowano w terminie 10-19 marca 2014 r. w następujących miejscowościach:

  • 10 marca (poniedziałek) – Piaseczno, Liceum Ogólnokształcące im. Pierwszej Dywizji Kościuszkowskiej
  • 11 marca (wtorek) – Radomsko, I Liceum Ogólnokształcące im. F. Fabianiego
  • 12 marca (środa) – Kluczbork, Zespół Szkół Ogólnokształcących im. A. Mickiewicza
  • 17 marca (poniedziałek) – Kielce, Katolickie Liceum Ogólnokształcące im. św. S. Kostki
  • 18 marca (wtorek) – Wola Rzędzińska, Gimnazjum nr 1
  • 19 marca (środa) – Krasnystaw, II Liceum Ogólnokształcące im. C.K. Norwida

W każdej ze szkół otwarcie Pracowni Filmoteki Szkolnej rozpocznie się od konferencji prasowej o godz. 11.00. Wezmą w niej udział: przedstawiciele Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwa Edukacji Narodowej, Dyrektor PISF Agnieszka Odorowicz, prof. Sławomir Bobowski oraz władze miasta i regionu. Wydarzeniu towarzyszyć będą: projekcja filmu dla uczniów połączona z debatą „Skrytykuj.pl”, którą poprowadzą krytycy filmowi Kaja Klimek, Błażej Hrapkowicz i Anna Bielak, wykład dla nauczycieli oraz dyrektorów szkół dotyczący miejsca edukacji filmowej w podstawie programowej oraz prezentacja dobrych praktyk przygotowana przez nauczyciela –  lidera Filmoteki Szkolnej.

Szczegółowych informacji na temat programu Filmoteka Szkolna udziela Agata Sotomska z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript., tel. 22 42 10 559, 695 363 351, www.filmotekaszkolna.pl.

wtorek, 25 marzec 2014 21:01

MIASTO W WERSJI SMART

Napisane przez
Mądra rewitalizacja przestrzeni, ekologiczny transport, systemy zarządzania siecią wodociągową… Dzięki współpracy samorządowców, urbanistów, architektów, inżynierów IT i obywateli powstają aglomeracje, w których naprawdę chce się żyć.
 
Wrocławianie dostali właśnie narzędzie, które z powodzeniem stosowane jest od dawna w Nowym Jorku, Singapurze czy Londynie. To Platforma Usług dla Obywateli, która wykorzystuje oprogramowanie Microsoft Dynamics CRM. Częścią teleinformatycznego systemu wdrożonego w tamtejszym magistracie przez firmę Outbox jest Centrum Kontaktu z Mieszkańcami (CKM), które umożliwia bardziej efektywną komunikację pomiędzy administracją publiczną a społecznością lokalną.
 
CKM ma tę przewagę nad tradycyjnym call center, że mieszkańcy mogą się kontaktować z włodarzami nie tylko za pomocą telefonu, lecz także przez e-mail, czat i stronę WWW. Każde zgłoszenie otrzymuje numer i zostaje dodane do bazy. Dzięki tak uzyskanym informacjom, samorządowcy mogą lepiej ustalać priorytety działania, poznawać potrzeby interesantów i podejmować odpowiednie inicjatywy. Natomiast wrocławianie mają pewność, że ich sprawa nie pozostanie bez odpowiedzi.
 
– Rozwiązanie Microsoft Dynamics CRM niesie ze sobą wiele korzyści. Obywatele mają ułatwiony dostęp do informacji za pośrednictwem kilku kanałów komunikacji, zaś zespół naszych konsultantów jest w stanie precyzyjnie określić, do jakiej bazy przypisać dane zgłoszenie lub przekierować sprawę bezpośrednio do specjalisty – podkreśla w rozmowie z Magazynem Samorządowym „GMINA” Dariusz Jędryczek, dyrektor Wydziału Informatyki Urzędu Miejskiego Wrocławia.
 
Inteligencja niejedno ma imię
 
Takie inwestycje jak wrocławskie CKM wpisują się w promowaną przez Unię Europejską koncepcję inteligentnych miast (ang. smart cities). Pod tym pojęciem kryją się także: szerokopasmowy internet, rewitalizacja obszarów poprzemysłowych, ekologiczne autobusy, promocja komunikacji publicznej, a także systemy satelitarne ułatwiające kierowanie ruchem drogowym, energooszczędne domy czy ograniczenie hałasu i zanieczyszczenia powietrza.
 
– W koncepcji smart cities chodzi z grubsza o to, by nasze aglomeracje były przyjazne dla mieszkańców, efektywnie korzystały z technologii i energii, a także sprawnie monitorowały życie społeczne i gospodarcze – mówi Magazynowi Samorządowemu „GMINA” Michał Gembal, dyrektor marketingu w spółce Arcus, oferującej urządzenia i oprogramowanie usprawniające cyfrowy obieg dokumentów i informacji.
 
Filozofia inteligentnych miast bliska jest m.in. fimie Oracle. Technologiczny gigant zza Oceanu coraz częściej podnosi IQ polskich ośródków. Przykładem mogą być „Wrota Regionu Łódzkiego”, czyli pierwszy tej klasy zintegrowany system e-usług publicznych w naszym kraju, działający w chmurze prywatnej.
 
– We wczesnej fazie takich przedsięwzięć występujemy jako strategiczny doradca pomagający skutecznie przygotować się do wdrożenia, ocenić poziom dojrzałości miasta, czy określić ścieżkę dojścia do korzyści finansowych i biznesowych. W późniejszych stadiach odgrywamy istotną rolę jako partner technologiczny, dostarczający bezpośrednio lub przez sieć partnerów różne elementy środowiska technologicznego – tłumaczy Bartosz Soroczyński, dyrektor generalny Oracle Polska.
 
Garść informacji dla wtajemniczonych: elementy środowiska technologicznego to m.in. zintegrowane systemy – zarządzania miastem, majątkiem i billingowe, a także rozwiązania warstwy pośredniej, które umożliwiają komunikację między różnymi aplikacjami składającymi się na sieć teleinformatyczną całej aglomeracji. Specjalną klasą elementów infrastruktury IT są systemy prekonfigurowane łączące sprzęt i oprogramowanie – jak maszyna Oracle Exadata w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy.
 
Samorządowcy (na razie) ostrożni
 
Ubiegłoroczny raport „Przyszłość miast – Miasta przyszłości”, przygotowany przez ośrodek analityczny THINKTANK i firmę RWE Polska, nie pozostawia złudzeń: polskie ośrodki zaczynają interesować się inteligentnymi rozwiązaniami, lecz są dosyć ostrożne. Porywają się raczej na pojedyncze inicjatywy, które wprawdzie usprawniają działanie wybranych elementów miejskiej infrastruktury, ale nie dają kompleksowej zmiany. W rezultacie nie możemy się pochwalić wieloma tak wszechstronnymi projektami, jak choćby bazujący na technologii Oracle kompleks King Abdullah Financial District (KAFD) budowany w Rijadzie w Arabii Saudyjskiej.
 
– Naprawdę warto zobaczyć wizualizację KAFD na YouTube – jak inteligentna infrastruktura poprzez „ogólnomiejską” warstwę pośrednią integruje się z systemami zarządzania całej aglomeracji, które odpowiadają za takie sfery jak bezpieczeństwo, projekty outsourcingowe, budynki i transport w wersji smart czy efektywne wykorzystanie energii – wskazuje prezes Soroczyński.
 
– Może nie ma jeszcze w Polsce spektakularnych inicjatyw typu smart. Tym bardziej trzeba się cieszyć z tych skromnych przedsięwzięć, które kończą się sukcesem. Bo gdy inteligentne inwestycje przynoszą korzyści, samorządowcy decydują się na kolejne – uważa Michał Gembal.
 
Włodarze Gdańska z pewnością nie żałują budowy systemu, który zdalnie monitoruje oraz dostosowuje do pogody i natężenia ruchu 60 proc. oświetlenia ulicznego w tym mieście. Zrealizowane przez firmy Orange i Rabbit wdrożenie pozwala ograniczyć zużycie prądu o 35 proc. Wykonawcy zastosowali technologię M2M (machine to machine), która umożliwia automatyczną wymianę informacji między urządzeniami.
 
Na  bazie architektury M2M Orange stworzył też system zdalnego monitorowania pomiaru zużytej wody dla Miejskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej, Wodociągów i Kanalizacji w Środzie Wielkopolskiej. U jednej piątej odbiorców zainstalowano nowoczesne wodomierze wyposażone w nakładkę, pozwalającą na precyzyjny odczyt parametrów pracy oraz rejestrowanie wszelkich zdarzeń związanych z poborem wody, a także wysyłanie tych informacji przez sieć komórkową do centralnego serwera w celu analizy i wystawiania rachunków. Dzięki temu nie ma już konieczności indywidualnego odczytu stanu wodomierzy. Efekt – komunalna spółka zwiększyła przychody o 11 proc.
 
Bruksela sypnie groszem
 
Zaledwie 14 proc. ankietowanych przez THINKTANK włodarzy miast deklarowało, że wprowadzali dotąd projekty typu smart na dużą skalę, choć w przypadku dużych aglomeracji ten odsetek był prawie trzy razy większy (41 proc.). Tylko co trzeci badany (32 proc.) nie miał wątpliwości, że takie inwestycje mogą przynieść ich miejscowościom  korzyści. Ale i przedstawiciele tej grupy mówili o braku odpowiednich zasobów ludzkich do wdrażania systemów oraz niedostatku doświadczenia i wiedzy (know-how). Lecz główną barierą – według zdecydowanej większości (92 proc.) – są czynniki finansowe.
 
Tej ostatniej przeszkody nie przestraszyły się władze Sosnowca, które w ubiegłym roku podpisały z Siemensem umowę gwarantującą redukcję zużycia energii cieplnej i elektrycznej w budynkach oświatowych (odpowiednio o 31 i 25 proc.). Kontrakt opiewa na 17 mln zł, ale koszt będzie pokryty jedynie z części uzyskiwanych oszczędności. Z kolei urzędnicy z Bełchatowa prawie 10 mln zł na modernizację oświetlenia ulicznego pozyskali z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Zaś włodarze Ożarowic prawie 3 mln zł na zdalne narzędzie odczytu gazu, wody i przesyłania danych z systemów kierowania ruchem otrzymali z Unii Europejskiej.
 
Wygląda więc na to, że pieniądze można jednak zdobyć. Pod warunkiem, że samorządowcy będą choć trochę bardziej smart – jak nasze wymarzone miasta przyszłości.
 
wtorek, 25 marzec 2014 20:59

CZY POLSKA TO ŚCIEK?...

Napisane przez

W latach 2011-2012 Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jak w Polsce funkcjonują oczyszczalnie ścieków. Kontrole przeprowadzono w 36 obiektach tego typu na terenie całego kraju. Z podsumowania sporządzonego po dwóch latach inspekcji – a opublikowanego na początku bieżącego roku – wynika, że aż w 32 skontrolowanych podmiotach ujawniono nieprawidłowości na niepokojącą skalę, a polska ziemia może być tykającą bombą ekologiczną.

Kontrola objęła osiem urzędów marszałkowskich (w Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi, Gdańsku, Bydgoszczy, Białymstoku i Kielcach) oraz 36 spółek i zakładów miejskich eksploatujących komunalne oczyszczalnie. Wśród nich czternaście obsługiwało aglomeracje o równoważnej liczbie mieszkańców (RLM) w granicach od dwóch do dwudziestu tysięcy, 22 – powyżej dwudziestu tysięcy mieszkańców, w tym trzy aglomeracje o RLM powyżej stu tysięcy.

Według NIK oczyszczalnie wykorzystują osady ściekowe, czyli główny odpad nieczystości z komór fermentacyjnych, w 98 procentach. Jednak przy ich zagospodarowaniu nagminnie łamią przepisy prawa. Reguluje je Ustawa o odpadach z 27 kwietnia 2001 r. oraz Rozporządzenie ministra środowiska w sprawie komunalnych osadów ściekowych z 13 lipca 2010 r.

Niewłaściwa rekultywacja i metodologia

Podstawowym sposobem wykorzystania i zagospodarowania osadów ściekowych w procesie odzysku jest zastosowanie ich na gruntach.

− Mogłyby one podnosić wartość gleby po specjalnej obróbce, jednak nie są przetwarzane we właściwy sposób przez oczyszczalnie komunalne – brzmiał główny wniosek podsumowania. Ponadto aż 90 proc. oczyszczalni, wziętych pod lupę przez NIK, wylewając osady ściekowe do gleby, nie dostarczało badań, a także nie informowało właścicieli gruntów o maksymalnych dawkach, w jakich można te osady stosować.

Ujawniono również, że 13 proc. skontrolowanych oczyszczalni w ogóle nie przeprowadzało wymaganych badań – natomiast tam, gdzie były one wykonywane, w wielu przypadkach kontrolerzy mieli zastrzeżenia co do ich wiarygodności, a tym samym skuteczności w ochronie gleby przed skażeniem. Przede wszystkim badania wykonywano sporadycznie, najczęściej na niewłaściwych próbkach. Taki stan stwierdzono w niemal 64 proc. skontrolowanych zakładów (np. w oczyszczalni w Polanicy Zdroju, zarządzanej przez Miejski Zakład Komunalny, w latach 2011-2012 zaniechano badań w pięciu z sześciu obowiązujących terminach, z kolei w raportach z poboru prób osadów do badań wytworzonych w oczyszczalni w Aleksandrowie Łódzkim nie podano czasu i miejsca pobrania próbek, ich liczby oraz objętości osadu).

Poza tym dość częstą praktyką było badanie gruntów na wiele miesięcy przed zastosowaniem osadów, nie zaś bezpośrednio przed ich wylaniem lub już po ich użyciu.

Na oko zamiast na wagę

W toku kontroli wykazano, że osady na dużą skalę wylewano w miejscach niedozwolonych – na terenach cennych pod względem przyrodniczym i chronionych prawnie (oczyszczalnia w Rogoźnie stosowała osady na terenie Obszaru Chronionego Krajobrazu „Dolina Wełny i Rynna Gołaniecko-Wągrowiecka”), na obszarach zabudowanych (osady z oczyszczalni w Grajewie trafiły w 2012 r. na działki położone około 30 metrów od dwóch domów, podczas gdy ta odległość powinna być minimum na sto metrów), w miejscach ujęć wody (oczyszczalnia w Koronowie), czy w czasie wegetacji roślin przeznaczonych bezpośrednio do spożycia przez ludzi. Takich praktyk dopuszczano się w 40 proc. skontrolowanych oczyszczalni.

Połowa z 33 oczyszczalni, które wylewały osady bezpośrednio na grunty, nie ustalała – oddzielnie dla każdej badanej partii osadów – dawki maksymalnej możliwej do zastosowania. Tym sposobem do ziemi przedostawały się zarówno osady zbadane, jak i niezbadane – ale tego typu nieprawidłowości miały miejsce już na etapie przechowywania osadów. W składowisku należącym do oczyszczalni w Oleśnicy nie było wydzielonych sektorów na osady już zbadane i niezbadane. Podobnie sytuacja wyglądała w oczyszczalni w Ostrowcu Świętokrzyskim, gdzie brakowało oznaczeń osadów z bieżącej produkcji, nieprzebadanych laboratoryjnie, i tych, które przebadano, i mogły być wydawane odbiorcom do stosowania na glebie.

Kontrolerzy NIK zwrócili również uwagę, że w większości oczyszczalni brakowało wag, tak więc do ziemi wylewano szacunkową masę osadów, a to – jak zaopiniowano w raporcie – może spowodować przekroczenie maksymalnych dawek odprowadzanych do gleby.

Kolejne zastrzeżenia dotyczyły sposobu przechowywania osadów ściekowych. Najczęściej – w niemal 50 proc. oczyszczalni – składowano je w magazynach bez utwardzonego podłoża lub bez zadaszenia. W takim stanie, bez odpowiedniego podłoża i zadaszenia, było składowisko w oczyszczalni w Hajnówce, natomiast w oczyszczalni w Strzelnie nie było zadaszone. Na osadzie m.in. zalegała pokrywa śnieżna. Tam, gdzie nie był przykryty śniegiem, widoczny był mech.

Takie zaniechania stanowią duże zagrożenie dla środowiska – np. z osadów znajdujących się bezpośrednio na ziemi, przenikają odcieki do gruntów i mogą powodować skażenie wód podziemnych.

Pozytywnie z kolei wypadła kontrola czasu przechowywania, który nie przekraczał terminów określonych w przepisach.

Na tym jednak lista nieprawidłowości wskazanych przez NIK, się nie kończy. W oczyszczalniach – w prawie 73 procentach wszystkich skontrolowanych obiektów − nieprawidłowo prowadzono ewidencje wytwarzania i przekazywania osadów. Powinny być w nich zawarte m.in. dane o zawartości w osadach masy suchej, substancji organicznych, metali oraz pasożytów. Brakowało również kart przekazywania osadów. Jednak, jak zauważyła NIK, ewidencje wytwarzania i przekazywania osadów nie budziły zainteresowania samorządowców. Tylko 422 z nich na 1270 wójtów, burmistrzów i prezydentów oraz 119 na 165 starostów zapoznało się z tymi spisami.

Monitoring danych obowiązkiem marszałków

Wiele wątpliwości budzi według Izby kontrola tych danych, do której ustawowo zobowiązani są marszałkowie województw. W związku z tym bazy danych dotyczące osadów, a będące w posiadaniu marszałków, a także wykazy ministra środowiska nie są wiarygodnymi źródłami informacji. Ponadto wykazano, że dane rejestrowane są często nawet z rocznym opóźnieniem. Także działające w urzędach marszałkowskich wojewódzkie systemy odpadowe „WSO” pozostawiają wiele do życzenia, jeśli chodzi o zgodność z obowiązującymi przepisami prawa.

Nieźle w Wielkopolsce

Najlepiej w kraju wypadło województwo wielkopolskie. Skontrolowano oczyszczalnie w Gostyniu, Koninie, Krotoszynie, Kuślinie, Rogoźnie i Stawiszynie. Miały one ważne pozwolenia na wytwarzanie oraz transport odpadów i prowadziły wymaganą przepisami dokumentację. W zasadzie przestrzegały warunków dotyczących technologii przetwarzania osadów.

Tę wysoką ocenę zaniżyła spółka Aquabellis w Rogoźnie – negatywnie zaopiniowano sposób, w jaki prowadzi ewidencję osadów ściekowych i wywiązuje się z obowiązków sprawozdawczych.

Być może o najwyższej pozycji Wielkopolski w raporcie NIK zadecydował fakt, że tutejsze oczyszczalnie były sprawdzane już w 2009 r. Wówczas wykazano wiele nieprawidłowości, ale nie zabrakło też wskazówek, jak poprawić funkcjonowanie oczyszczalni.

Jak pozbyć się smrodu w okolicy

Jednym ze skutecznych sposobów usprawnienia pracy oczyszczalni, jaki wskazała NIK, jest informowanie gminy o ilości osadów ściekowych, jaką oczyszczalnia zamierza zastosować na jej gruncie. Informacja ponadto powinna zawierać masę osadów, wyniki badań tych osadów oraz gruntów, na których będą zastosowane. Ważne jest też, by badania prowadzone były ponownie, jeśli na gruntach wykonano zabiegi agrotechniczne – nawożenie, plonowanie – które w zasadniczy sposób zmieniają skład ziemi.

Podczas panelu ekspertów, jaki odbył się 23 maja 2013 r. w siedzibie NIK, wskazano jako przykład dobrej praktyki metodę polegającą na zastosowaniu w oczyszczalniach specjalnej kompozycji mikroorganizmów o właściwościach probiotycznych, które niwelują uciążliwe zapachy. Drobnoustroje mają również tę właściwość, że mogą usuwać z osadów chorobotwórcze patogeny i inne szkodliwe substancje.

wtorek, 25 marzec 2014 20:57

ODNAWIALNE ŹRÓDŁA PIENIĘDZY

Napisane przez

Odnawialne źródła energii (OZE) tworzą szanse, których nie da się lekceważyć. Ich zwolennicy podkreślają, że przestawienie krajowej energetyki właśnie na OZE przyczyni się do tworzenia nowych miejsc pracy, niskich rachunków za energię i poprawy stanu środowiska. Trend cieszy się wsparciem Unii i na całym kontynencie wydaje się już być nieodwracalny. Krytycy uważają z kolei, że powyższe zyski to jedynie projekcja optymistów i upłyną dekady zanim alternatywna energetyka zacznie się opłacać. Na dodatek cała branża tkwi w prawnej próżni: mimo zapowiedzi wciąż nie doczekaliśmy się ustawy o OZE.

W połowie marca projektem ustawy o OZE miał się zająć rząd, jednak do momentu zamknięcia tego wydania Magazynu Samorządowego „GMINA” sprawa nie stanęła na porządku obrad. Opozycja i branża energetyczna próbuje więc zwiększać presję na gabinet Donalda Tuska, by prace jednak przyspieszyć. – Od kilku lat słyszymy, że koalicja PO i PSL przygotowuje nowe, nowoczesne rozwiązania prawne, które mają uregulować wiele problemów działalności branży OZE, ale jeśli to będzie się działo w takim tempie, to prędzej OZE przestaną istnieć, niż doczekają się stosownych regulacji – krytykował na początku marca szef SLD, Leszek Miller, przypominając, że Sojusz złożył własny projekt dotyczący OZE.

Rzeczywiście, prace nad rządowym projektem wyjątkowo się ślimaczą. Pierwotna wersja powstała w resorcie gospodarki jeszcze jesienią 2011 r. Po dwóch latach to samo ministerstwo przedstawiło jednak drugi, w dużej mierze zmodyfikowany, wariant ustawy. Ale i ten na niemal pół roku utknął w urzędniczych trybach. W lutym jednak Stały Komitet Rady Ministrów przyjął go, rekomendując przyjęcie przez rząd. I w tym miejscu narracja się urywa…

Rewolucja prosumencka

Sprawą zainteresowali się senatorowie. Na marcowym spotkaniu z nimi pojawił się wiceminister gospodarki, Jerzy Pietrewicz. – Ministerstwo intensywnie pracuje nad pełnym wdrożeniem regulacji unijnych w zakresie tzw. pakietu energetyczno-klimatycznego, w szczególności promowania energii ze źródeł odnawialnych – mówił. – Znaczna część tych regulacji została już wprowadzona do polskiego systemu prawa, zwłaszcza w ramach dotychczasowej nowelizacji ustawy Prawo energetyczne – dodawał.

Jednak to, co budzi najwięcej emocji, to zmiany, które ujęto w projekcie będącym wciąż „w drodze”. Założono w nim m.in. odejście od obecnego dotowania bieżącej produkcji energii ze źródeł odnawialnych na rzecz aukcji: oferent proponujący najniższą cenę dostawałby gwarancję zakupu nawet na okres piętnastu lat. Aukcje miałyby być ogłaszane przynajmniej raz w roku. Minister gospodarki wcześniej ogłaszałby tzw. cenę referencyjną – a więc maksymalną, jaką można zaoferować na aukcji, a także pulę energii, jaka może w danym roku liczyć na wsparcie państwa.

Resort chce zapewnić też wsparcie dla małych producentów energii. Producenci energii o potencjale nie przekraczającym 1MW braliby udział w osobnych aukcjach, a co najmniej 25 proc. energii objętej wsparciem państwa miałoby pochodzić właśnie z takiej mini-produkcji. Koszty takiej operacji zostałyby jednak przerzucone na odbiorców energii – jako tzw. opłata OZE. Jej wysokość na 2015 r. określono na poziomie 2,27 zł/MWh, przy średniej wspieranej energii z OZE na poziomie 362 zł/MWh.

Ponadto projekt wprowadza np. definicję mikroinstalacji – a więc niewielkiej instalacji, często służącej do produkcji energii na własne potrzeby, użytkowanej bez koncesji i zakładania działalności gospodarczej.

Dodatkowo wreszcie, resort chce położyć kres jednemu z najpopularniejszych dotychczasowych sposobów wytwarzania polskiej „zielonej” energii: współspalaniu biomasy z węglem w dużych blokach energetycznych. W zamian ministerstwo chciałoby wspierać tzw. dedykowane instalacje spalania wielopaliwowego, gdzie każdemu paliwu „dedykowany” jest osobny podajnik.

Zmiany w branży energetycznej

Problem w tym, że czas płynie, a brak rozwiązań w tym zakresie tylko pogłębia zamieszanie. Branża OZE najwyraźniej uznała więc – zwłaszcza w obliczu sporu z Rosją i potencjalnych zakłóceń dostaw surowców zza Buga – że to idealny moment na wywarcie presji na rządzących. 25 organizacji i podmiotów z tego sektora w drugiej połowie marca opublikowało list otwarty do premiera. – Polska ma znaczący potencjał odnawialnych zasobów energetycznych, w tym wiatru – piszą sygnatariusze listu. – Należy pamiętać, że rozwój OZE oznacza nie tylko dynamiczne uzupełnianie niedoborów mocy innowacyjnymi, zielonymi technologiami, ale przede wszystkim dywersyfikację źródeł wytwarzania energii, a co za tym idzie – znaczącą poprawę bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju – dodają.

Temu przypomnieniu służą też statystyki. Jak skrzętnie liczą autorzy listu, w 2012 roku 13 proc. węgla kamiennego, 70 proc. gazu ziemnego, 96 proc. ropy naftowej i 2,5 proc. energii elektrycznej zużywanych w Polsce pochodziło z importu. Ich zdaniem, podtrzymywanie podobnych proporcji w kolejnych latach tylko pogłębi naszą zależność od zewnętrznych dostaw.

To zestawienie jest tym bardziej uderzające, gdy porówna się je z wynikami całej Europy. Według opublikowanego w marcu br. raportu EurObserv’ER, w 2012 r. OZE w UE wytworzyły 763,5 TWh energii elektrycznej, czyli 23,4 proc. całej produkcji – 3 proc. więcej niż rok wcześniej. Podczas gdy w całej branży energetyki elektrycznej produkcja wręcz nieznacznie spadła (o 0,3 proc.), OZE produkowały więcej – wytworzyły o 14,4 proc. więcej energii niż w 2011 r. W statystykach przodują Austria i Szwecja – z odnawialnych źródeł energii pochodziło tam odpowiednio 68,3 i 67,1 proc. puli. O sukcesach mogli też mówić Łotysze (43,4 proc.) i Duńczycy (41,7 proc.). Polacy znaleźli się na 21. pozycji – z wynikiem 10,6 proc.

Nawet wielkie koncerny energetyczne uznają najwyraźniej trend za nieodwracalny. Koncern GDF Suez nie ukrywa, że nie widzi przyszłości dla praktycznie wszystkich swoich elektrowni węglowych i gazowych w Europie. – W ciągu kilku lat wygrają z nimi panele fotowoltaiczne – kwitował wiceprezes GDF Suez Energy Europe, Grzegorz Górski. – Nasza strategia to bardzo mocny sygnał dla europejskich polityków, że doprowadzili do zniszczenia europejskiej energetyki konwencjonalnej. I nie chodzi tu o wyznaczanie celów zmniejszenia emisji dwutlenku węgla lecz o wpływ dotowanej energetyki odnawialnej – dodawał. Tego typu sygnały wywołały jednak pewien oddźwięk: w styczniu Komisja Europejska zaproponowała, aby po 2020 r. powstrzymać nieco tempo ekspansji OZE. W ciągu dekady 2020-2030 ich udział w produkcji miałby wzrosnąć „zaledwie” z 20 do 27 proc.

W Polsce to jednak wciąż margines. OZE zaspokajają 4 proc. naszego zapotrzebowania na energię – głównie poprzez spalanie biomasy, energetykę wiatrową i hydroenergetykę. Pozostaje więc mieć nadzieję, że uda nam się ustalić reguły dla tego sektora, by wreszcie zacząć dyskutować o realnych kosztach i zyskach z OZE, a nie przerzucać się wizjami rozkwitu – lub upadku – sektora, bez posiadania żadnych poważnych doświadczeń w tej dziedzinie.

wtorek, 25 marzec 2014 20:54

PODRĘCZNIKOWY PROBLEM GMIN

Napisane przez

Pierwszoklasiści rozpoczynający naukę 1 września, będą korzystali z darmowego podręcznika. Ich rodzice nie poniosą też kosztów zakupu materiałów do ćwiczeń oraz książki do nauki języka obcego. Zgodnie z nowelizacją ustawy o oświacie, za wszystko zapłaci państwo – które w kolejnych latach planuje dostarczyć bezpłatne podręczniki także uczniom klas II i III. Docelowo reforma podręcznikowa zakłada darmowe książki dla uczniów wszystkich klas szkół podstawowych i gimnazjów.

Koszty podręczników, które we wrześniu br. znajdą się na ławkach pierwszoklasistów, będą pokrywane z budżetu państwa. Za książki do ćwiczeń i do nauki języka obcego zapłacą natomiast jednostki samorządu terytorialnego, z pieniędzy otrzymanych w ramach dotacji celowych. Według szacunków resortu edukacji, koszt obsługi tego zadania wyniesie 1 proc. dotacji.

Gminy wątpią w deklaracje MEN

Mimo zapewnień minister edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej, że gminy nie będą musiały pokrywać części kosztów przedsięwzięcia oraz że samorządy mają być wyłącznie pośrednikiem w przekazywaniu podręczników szkołom i uczniom, przedstawiciele jednostek samorządu terytorialnego wątpią w prawdziwość tych deklaracji. Nauczony doświadczeniem prezydent Ostrowca Świętokrzyskiego Jarosław Wilczyński obawia się, że gminy będą musiały dopłacić do zakupu podręczników. – Zawsze otrzymujemy za mało pieniędzy, nie wierzę więc, że tym razem mogłoby być inaczej – twierdzi. Takiego samego zdania jest burmistrz Drawska Pomorskiego Zbigniew Ptak, który sposób przygotowania podręczników i podchodzenia do całego projektu nazywa głęboką abstrakcją. – Nie mam wątpliwości, że będziemy dopłacać do projektu. Od zawsze przecież dopłacamy. Zgodnie z ustawą, jeśli rodzicom nie spodoba się podręcznik proponowany przez MEN i podejmą decyzję o zakupie alternatywnych książek, wówczas to my będziemy musieli do nich dopłacić – mówi. Zdaniem Ptaka podręczniki powinny być w 100 proc. dotowane przez państwo.

Wątpliwości samorządowców rozwiewa rzecznik prasowy MEN Joanna Dębek, która podkreśla, że nie ma mowy o tym, aby gminy dopłacały do podręczników. – Nasze wyliczenia odnośnie kwot potrzebnych na zakup książek pochodzą z analizy rynku. Wiemy dokładnie, ilu siedmiolatków pójdzie 1 września do szkoły. Mamy również szacunkowe dane co do liczby sześciolatków wybierających się do pierwszej klasy. Ich będzie prawdopodobnie mniej, niż przypuszczamy, ponieważ w dalszym ciągu wielu rodziców nie jest przekonanych do idei wcześniejszego posyłania swoich dzieci do szkoły. Dlatego też może co najwyżej być mniej uczniów niż przewidujemy, więc pieniędzy na pewno nie zabraknie – tłumaczy. Joanna Dębek komentuje również wątpliwości samorządowców, czy oferowane przez resort edukacji kwoty na pokrycie kosztów zakupu podręczników będą wystarczające. – Pamiętajmy, że podręczniki kupowane przez gminy będą tańsze od obecnych. Szkoły będą bowiem nabywać je hurtowo, odejdą m.in. koszty dystrybucji – podkreśla.

Dotacje będą przyznawane na każdego ucznia z osobna, do wysokości kosztu zakupu kompletu podręczników. Dla dzieci z I-III klasy szkoły podstawowej maksymalna kwota to 25 zł na podręcznik do języka obcego oraz 50 zł na materiały do ćwiczeń. Dla uczniów z klas IV-VI limit ceny jednego podręcznika to 140 zł, a ćwiczeń – 25 zł. Docelowo projekt ma również objąć gimnazja. Tam maksymalna kwota na podręcznik wyniesie 250 zł, a na ćwiczenia 25 zł.

Podręczniki za miliony

W 2014 r. planowane jest zatem rozdysponowanie 73 mln zł z budżetu państwa. W kolejnym roku, kiedy reforma podręcznikowa obejmie również klasy II i III, państwo wyda na ten cel 284 mln zł. W 2016 r., w związku z zakupem darmowych podręczników dla kolejnych klas – IV-VI – z budżetu zostanie wyasygnowana kwota 338 mln zł.

Podręczniki, których właścicielem zostaną gminy, będą wymieniane raz na trzy lata. Jeśli jednak zaistnieje konieczność zapewnienia danego kompletu podręczników lub materiałów edukacyjnych innych niż podręcznik dla większej liczby dzieci niż w poprzednim roku, wówczas zakup nowych książek nastąpi wcześniej. Dotacja na kupno ćwiczeń będzie udzielana corocznie dla każdego ucznia z każdej klasy. W praktyce będzie to zatem oznaczać, że pierwszoklasiści rozpoczynający naukę we wrześniu 2015 i 2016 r. będą korzystali z książek zakupionych w 2014 r., jednak każdy z nich otrzyma nowy zestaw ćwiczeń.

Zdecydują nauczyciele

Reforma podręcznikowa nie oznacza, że szkoły będą musiały korzystać z książek narzucanych przez MEN. Zgodnie z nowymi zasadami, jeśli tak zdecydują nauczyciele, szkoła będzie mogła wybrać droższe książki. W takim jednak przypadku zgodę na zakup tych podręczników będzie wydawał organ prowadzący. To on bowiem będzie zobligowany do pokrycia różnicy między ceną takich podręczników, a dotacją celową – albo nawet do pokrycia całkowitego kosztu rynkowego podręcznika.

Nauczyciele obawiają się, że w praktyce może to oznaczać brak wyboru i korzystanie z darmowych książek z resortu edukacji. – Jeśli władze gminy odrzucą nasz wniosek o dofinansowanie podręczników innych niż pochodzące z resortu edukacji, uzasadniając swoją decyzję brakiem środków, będziemy zmuszeni używać książek narzuconych przez MEN – uważa dyrektor jednej z warszawskich podstawówek. Rzeczniczka resortu edukacji uspokaja. – Nikomu nie będą narzucane podręczniki. Zakup tych przeznaczonych dla starszych klas szkoły podstawowej, które w kolejnych latach mają trafić do szkół, MEN będzie wcześniej wspólnie konsultował z rodzicami i nauczycielami – mówi. Odnosząc się do darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów, który trafi w tym roku do wszystkich placówek edukacyjnych, Dębek apeluje, aby „dać mu szansę”. – Będzie on przygotowany przez specjalistów, którzy zadbają o to, aby nie odbiegał ani merytorycznie, ani wizualnie od dotychczasowych książek. Poczekajmy aż się ukaże – być może rodzicom na tyle się spodoba, że nie będą chcieli zastępować go innym – tłumaczy Dębek.

Kontrowersyjny projekt

Planowana przez rząd reforma podręcznikowa zakłada „zapewnienie uczniom objętym obowiązkiem szkolnym dostępu do bezpłatnych podręczników albo innych materiałów edukacyjnych zastępujących podręczniki służących realizacji programów nauczania oraz materiałów ćwiczeniowych”. Od samego początku projekt budzi liczne kontrowersje. Początkowo zapowiadano stworzenie darmowego podręcznika do edukacji wczesnoszkolnej, pozbawionego ćwiczeń i innych materiałów dydaktycznych, umożliwiających aktywne wykorzystywanie zdobytej wiedzy. Po krytyce Związku Nauczycielstwa Polskiego zaniechano jednak pomysłu i zdecydowano się dodać do podręcznika materiały do ćwiczeń. 7 marca prezydent Bronisław Komorowski podpisał nowelizację ustawy o systemie oświaty, która upoważnia ministra edukacji do zlecania opracowania i wydania podręcznika. Z tego samego prawa będzie mógł skorzystać minister kultury, o ile podręcznik będzie dotyczył szkół artystycznych.

wtorek, 25 marzec 2014 20:51

SOŁECTWO TO PRACA CAŁEJ RODZINY

Napisane przez

W Mielęcinie (gmina Człopa w województwie zachodniopomorskim) sołtysem jest 42-letnia Katarzyna Goleniowska. Tę funkcję sprawuje od ośmiu lat. Matriarchat to tu sprawdzony ustrój, bo poprzedniczka rządziła wsią przez dwadzieścia lat.

− Całe życie jest społeczna – mówi Agata Jajus, mama Katarzyny Goleniowskiej. To się bierze stąd, że lubi być wśród ludzi. Jak tylko mają jakiś problem, biegnie pomóc. We wsi ludzie ją od tej strony znają, więc kiedy poprzedniczka – Sławomira Waplakowa – zrezygnowała z sołtysowania, mieszkańcy namówili ją na kandydowanie.

− Mąż nie bardzo był temu przychylny – wspomina Kasia Goleniowska. – Ale we wsi wsparcie było i powiem pani, że bardzo duże, także w drugiej kadencji, więc się zdecydowałam.

Do kampanii nie przykładała wagi, bo się jej źle to kojarzy. Nie lubi, jak przed wyborami kandydaci obrzucają się błotem. Jej kapitałem był fakt, że była zaangażowana w życie wsi, a mieszkańcy Mielęcina znali ją od urodzenia.

Rodzina

Mama Katarzyny Goleniowskiej pochodzi z sąsiednich Wołowych Lasów, tata – z Mielęcina, ale już babcia i dziadek Burdowie − z Galicji i centralnej Polski. To duża rodzina. U ojca było jedenaścioro rodzeństwa, nas było dziesięcioro. Co trzeci dom we wsi to my. Nikt nie wyjechał.

− Kasia, jak wieży kościoła w Mielęcinie nie widzi, to jest chora – śmieje się z niej mama.

Mąż Henryk pochodzi z Przemyskiego. Mają trzy zdolne córki: Esterę, Paulinę i Weronikę – co z dumą podkreśla sołtys. Nie żyją ani lepiej, ani gorzej od przeciętnej rodziny we wsi. Córce, która studiuje na Politechnice Poznańskiej, nie dała jeszcze ani złotówki.

– Warunek jest jeden. Jeśli Estera chce się uczyć, musi na to zapracować. Ale sobie radzi – mówi sołtyska.

Sukcesy

− Chciałabym, żeby moja wieś się modernizowała, ale my, sołtysi, możemy dużo pisać. Zwracam się więc do rady, że boiska we wsi nie ma i wszystko zależy od jej stanowiska – opowiada.

Budżet wiejski to 13 złotych na mieszkańca rocznie. Te pieniądze wydaje się głównie na upiększanie wsi, na namioty, które się rozstawia w czasie festynu, na krzesła, ławki, stoły, sprzęt do gry, czy pomalowanie przystanku. Żeby zarobić, organizuje się w Mielęcinie festyn. Ludzie towar biorą w komis, później za niego płacą. Zysku z tego jest pięć tysięcy – które przeznacza się na prace wokół kościoła i głównej ulicy.

− Córki mi dużo pomagają, jak są imprezy okolicznościowe – mówi sołtyska. − Mąż się trochę burzy, ale w końcu i on pomaga. Wcześniej kosił we wsi trawniki, dopóki gmina nie skierowała tu ludzi na prace interwencyjne. Dzień Sołtysa, 11 marca, powinna obchodzić cała moja rodzina, bo sołectwo to praca nas wszystkich.

Sołtyska razem z radą napisała dwanaście projektów do Lokalnej Grupy Działania „Lidera Wałeckiego”. Dzięki temu dostała dla wsi stół do ping-ponga, rowerek do ćwiczeń, kosiarkę (już się zużyła), piłki do gry.

W 2009 r. we wsi odbyły się gminne dożynki. Czterdzieści osób zaangażowało się przy ich organizacji, a zysk poszedł na potrzeby wsi.

– Kasia pracowała razem z mężem, dekoracje to było jej dzieło i wyszły przepięknie, a jeszcze wtedy żył nasz muzyk, Wacław Waplak, i tak pięknie grał. Mimo że zazwyczaj nigdzie nie wychodzę, na dożynkach z mężem byłam – opowiada Maria Chruścicka, mieszkanka wsi.

− Wywalczyła dla wsi, u burmistrza, oświetlenie – wylicza osiągnięcia sołtyski Janusz Barbasiewicz z rady sołeckiej. Był czas, że lampy stały tylko w pobliżu kościoła i przy centralnej ulicy, teraz oświetlają niemal całą miejscowość.

− Za jej czasów utwardzono zdrapką asfaltową drogę przy szkole i przy przystanku, a jeszcze wczoraj rozmawialiśmy o pociągnięciu odcinka od szkoły do przystanku, w planach jest także droga, biegnąca przez Mielęcin. Nazywamy ją piaskową, jesienią i zimą brnie się w niej po kolana w brei, a latem w piachu – dodaje Barbasiewicz.

Na sołtyskę ktoś nasyłał policję

Raz do roku, w czerwcu, organizowane jest w Mielęcinie święto rodziny.

– To połączenie dnia matki, ojca i dziadków – wyjaśnia Kasia Goleniowska. – Nie mamy dużej sali, a tak dużo ludzi przyszło, że nie mogli się pomieścić. Moi bracia grali podczas koncertu, dzieciaki miały występ, a potem dla nich wystąpili dorośli, że niby gwiazdy przyjechały do Mielęcina: Villaska, Doda (za którą przebrał się mężczyzna), ot tak, żeby się pośmiać. Strażacy wozili dzieciaki swoim wozem.

Teraz sołtys stara się o większą salę u burmistrza. Świetlica mieści się w dawnej szkole i wystarczyłoby połączyć dwie sale lekcyjne, żeby było w sam raz.

Jednak świetlica to też we wsi sprawa jakby sporna. Jak tylko światło dłużej się paliło, to na sołtyskę ktoś nasyłał policję. Pozwoliła, żeby młodzież mogła się spotykać w jednej klasie. Głośno mówiła, że woli, żeby tam się gromadziła, niż w knajpie czy na przystanku, nawet jak jedno piwo przyniesie. I że bierze za młodzież odpowiedzialność.

– Miało to duże wzięcie, a jak posprzątać trzeba było, bo przyjeżdżał ktoś z gminy, to młodzież pomagała i było na błysk. Ale zabrakło zaufania – kwituje Katarzyna Goleniowska.

O tej i innych nieprzyjemnych sprawach Grażyna Wiącek, od kilkudziesięcioleci mieszkanka wsi, mówi, że zawsze znajdą się ludzie nieprzychylnie nastawieni.

Poza sołtysowaniem prowadzi świetlicę terapeutyczną. − W zasadzie jest ona dla dzieci z problemami, ale skoro przychodzą wszystkie, żeby sobie pograć, pogadać, to nie będę wyganiać. Zimą jest ich mniej, latem zbiera się do dwudziestki w różnym wieku, więc trzeba mieć oczy wokół głowy.

Ekologia – tak, ale…

Kiedy trzy lata temu, 6 grudnia, w Mikołaja, na drodze w Mielęcinie zginął mieszkaniec wsi, zaczęła walczyć o wycinkę drzew.

– Ja rozumiem, że ekologia jest ważna, ale tutaj lasu mamy w bród, a po co czekać na nieszczęścia? Które drzewo zagraża bezpieczeństwu, trzeba wyciąć – twierdzi sołtyska. – A drogi tutaj to osobny temat: jest i powiatowa, i gminna, a zimą zamieniają się w lodowisko.

Nie udało się ocalić szkoły we wsi. Sześć czy siedem lat mieszkańcy o nią walczyli. W najlepszych czasach było w niej około stu dzieciaków. Teraz dojeżdżają do Człopy, ale na szczęście dowozi je bezpłatny autobus.

Postulaty dotyczące starszych

W dawnej szkole, o tyle dobrze, jest teraz przychodnia. – To ważne, żeby we wsi był lekarz, głównie dla ludzi starszych. Tych najbardziej mi szkoda, bo młodzi, jak trzeba, to do Człopy dojadą – mówi sołtyska.

Kiedy wieś przechodziła na pojemniki, załatwiła mniejsze kosze, żeby za śmieci mniej płacić. − A dla najstarszych, żeby w umowę wpisywać dwoje lub troje: wiadomo, że śmieci produkują mniej, a jak butelkę trzeba wyrzucić, to kosz we wsi stoi. To jest takie pokolenie, że ze wszystkiego zrezygnuje, a rachunki musi mieć popłacone – zapewnia Goleniowska.

Nigdy nie za wiele cierpliwości

Ludzie przychodzą do sołtyski z wieloma problemami: a to że lampy we wsi się nie palą, a to że jest śnieg.

− Jak na chwilę zabraknie wody albo prądu, to telefony się urywają – mówi córka Paulina. – I mama czasem coś zażartuje, że pomyłka i żeby pod właściwy numer dzwonić. Ale cierpliwości nie straciła, a pracując z ludźmi, wręcz jeszcze nabrała.

Lock full review www.8betting.co.uk 888 Bookmaker

PARTNERZY